Powrót do Missing - Abraham Verghese

-
Proszę czekać

Przy­by­cie

Spę­dziw­szy osiem mie­się­cy w ciem­no­ściach łona na­szej mat­ki, mój brat Shi­va i ja przy­szli­śmy na świat póź­nym po­po­łu­dniem dwu­dzie­ste­go wrze­śnia roku pań­skie­go ty­siąc dzie­więć­set pięć­dzie­sią­te­go czwar­te­go. W Ad­dis Abe­bie, sto­li­cy Etio­pii, na wy­so­ko­ści dwóch ty­się­cy czte­ry­stu me­trów nad po­zio­mem mo­rza, po raz pierw­szy za­czerp­nę­li­śmy do płuc roz­rze­dzo­ne po­wie­trze.

Cud na­szych na­ro­dzin miał miej­sce w sali ope­ra­cyj­nej nu­mer trzy szpi­ta­la Mis­sing, w miej­scu, gdzie na­sza mat­ka, sio­stra Mary Jo­seph Pra­ise, spę­dza­ła więk­szość swo­ich go­dzin pra­cy i znaj­do­wa­ła naj­wyż­sze speł­nie­nie.

Gdy pew­ne­go wrze­śnio­we­go ran­ka na­sza mat­ka, mnisz­ka z za­ko­nu kar­me­li­ta­nek bo­sych z Ma­dra­su, nie­spo­dzie­wa­nie za­czę­ła ro­dzić, w Etio­pii wła­śnie ustał wiel­ki deszcz, koń­cząc dużą porę desz­czo­wą. Jego mia­ro­we bęb­nie­nie o wy­ko­na­ne z bla­chy fa­li­stej da­chy bu­dyn­ków Mis­sing za­mil­kło tak na­gle, jak gdy­by ktoś prze­rwał ga­du­le w pół zda­nia. W cią­gu jed­nej nocy po­śród tej doj­mu­ją­cej ci­szy roz­kwi­tły kwia­ty me­skel, za­mie­nia­jąc wzgó­rza Ad­dis Abe­by w czy­ste zło­to. Na łą­kach wo­kół Mis­sing tu­rzy­ca wy­gra­ła wal­kę z bło­tem i roz­po­star­ła się ni­czym lśnią­cy dy­wan aż do bru­ko­wa­ne­go pod­jaz­du szpi­ta­la, zwia­stu­jąc po­waż­niej­sze spra­wy niż gra w kry­kie­ta, kro­kie­ta albo w bad­min­to­na.

Mis­sing było po­ło­żo­ne na po­kry­tym buj­ną zie­le­nią wznie­sie­niu i sta­no­wi­ło nie­re­gu­lar­ne sku­pi­sko bie­lo­nych par­te­ro­wych i jed­no­pię­tro­wych bu­dyn­ków wy­glą­da­ją­cych, jak gdy­by zo­sta­ły do­słow­nie wy­pchnię­te z zie­mi pod­czas tego sa­me­go geo­lo­gicz­ne­go pa­rok­sy­zmu, któ­ry dał po­czą­tek gór­skie­mu pa­smu En­to­to. Przy­po­mi­na­ją­ce ko­ry­ta ra­ba­ty, po­jo­ne wodą spły­wa­ją­cą z ry­nien, ota­cza­ły ni­czym fosy przy­sa­dzi­ste domy. Wła­dzę nad ścia­na­mi spra­wo­wa­ły róże sio­stry prze­ło­żo­nej Ma­tro­ny Hirst, opra­wia­jąc każ­de okno w szkar­łat­ną ram­kę i się­ga­jąc aż po dach. Ila­sta gle­ba była tak ży­zna, że Ma­tro­na - mą­dra i prak­tycz­na sze­fo­wa szpi­ta­la Mis­sing - ostrze­ga­ła nas, by­śmy nie bie­ga­li po niej boso, chy­ba że chce­my, aby wy­ro­sły nam do­dat­ko­we pal­ce u nóg.

Od głów­ne­go bu­dyn­ku szpi­ta­la, ni­czym szpry­chy w kole ro­we­ru, roz­cho­dzi­ło się pięć dróg wy­zna­czo­nych szpa­le­ra­mi się­ga­ją­cych do ra­mion krza­ków. Pro­wa­dzi­ły one do pię­ciu kry­tych strze­chą par­te­ro­wych pa­wi­lo­nów czę­ścio­wo scho­wa­nych za za­gaj­ni­ka­mi, ży­wo­pło­ta­mi, dzi­ki­mi eu­ka­lip­tu­sa­mi i so­sna­mi. Ma­tro­na Hirst pra­gnę­ła nade wszyst­ko, by Mis­sing przy­po­mi­na­ło ar­bo­re­tum lub za­ką­tek Ogro­dów Ken­sing­ton (w któ­rych od­by­wa­ła spa­ce­ry jako mło­da za­kon­ni­ca, za­nim przy­je­cha­ła do Afry­ki), ewen­tu­al­nie raj tuż przed wy­gna­niem zeń lu­dzi.

Mis­sing był tak na­praw­dę szpi­ta­lem mi­sji, ale etiop­skie usta wy­ma­wia­ły sło­wo mis­sion z sy­kiem, któ­ry zbli­żał je brzmie­nio­wo do mis­sing. Urzęd­nik w Mi­ni­ster­stwie Zdro­wia - świe­żo upie­czo­ny ab­sol­went li­ceum - wy­pi­sał li­cen­cję dla THE MIS­SING HO­SPI­TAL, co w jego mnie­ma­niu było fo­ne­tycz­nie po­praw­ną wer­sją na­zwy szpi­ta­la. Błęd­ną pi­sow­nię utrwa­lił dzien­ni­karz "Ethio­pian He­rald". Kie­dy Ma­tro­na Hirst uda­ła się do urzę­du, by omył­kę sko­ry­go­wać, pra­cow­nik mi­ni­ster­stwa wy­cią­gnął ory­gi­nal­ny do­ku­ment.

- Niech pani sama spoj­rzy, sio­stro. Jest Mis­sing, quod erat de­mon­stran­dum - po­wie­dział, jak­by za jed­nym za­ma­chem do­wiódł słusz­no­ści twier­dze­nia Pi­ta­go­ra­sa, wy­ka­zał cen­tral­ną po­zy­cję Słoń­ca w Ukła­dzie Sło­necz­nym, udo­wod­nił, że Zie­mia jest okrą­gła, a na ko­niec pre­cy­zyj­nie okre­ślił na niej po­ło­że­nie Mis­sing. I zo­sta­ło Mis­sing.

* * *

Z ust sio­stry Mary Jo­seph Pra­ise w trak­cie bó­lów na­głe­go po­ro­du nie wy­do­był się ża­den krzyk ani na­wet jęk. Lecz tuż za wa­ha­dło­wy­mi drzwia­mi pro­wa­dzą­cy­mi do po­miesz­cze­nia są­sia­du­ją­ce­go z salą ope­ra­cyj­ną nu­mer trzy ogrom­ny au­to­klaw (dar ko­ścio­ła lu­te­rań­skie­go w Zu­ry­chu) ry­czał, krzy­czał i łkał za moją mat­kę, pod­czas gdy go­rą­ca para ste­ry­li­zo­wa­ła na­rzę­dzia chi­rur­gicz­ne i ręcz­ni­ki, któ­re za chwi­lę mia­ły zo­stać uży­te. W koń­cu to wła­śnie tu­taj, w ką­cie po­miesz­cze­nia z au­to­kla­wem, tuż obok tego nie­rdzew­ne­go mo­lo­cha, moja mat­ka zna­la­zła schro­nie­nie, w któ­rym wy­trwa­ła w Mis­sing sie­dem lat, za­nim my - Shi­va i ja - wtar­gnę­li­śmy bru­tal­nie w jej świat. Pod ścia­ną sta­ło jej biur­ko po­łą­czo­ne z krze­słem, ura­to­wa­ne z li­kwi­do­wa­nej szko­ły mi­syj­nej i no­szą­ce pięt­no żło­bio­nej w bla­cie fru­stra­cji nie­jed­ne­go ucznia. Bia­ły roz­pi­na­ny swe­ter mo­jej mat­ki, któ­ry, jak mi po­wie­dzia­no, czę­sto na­rzu­ca­ła na ra­mio­na po­mię­dzy jed­ną ope­ra­cją a dru­gą, spo­czy­wał prze­wie­szo­ny przez opar­cie krze­sła.

Do otyn­ko­wa­nej ścia­ny nad biur­kiem mat­ka przy­cze­pi­ła ilu­stra­cję z ka­len­da­rza przed­sta­wia­ją­cą zna­ną rzeź­bę Ber­ni­nie­go Eks­ta­za św. Te­re­sy. Po­stać Te­re­sy leży bez­wład­na, jak­by świę­ta ze­mdla­ła, ma lek­ko roz­chy­lo­ne usta, oczy męt­ne, po­wie­ki pół­przy­mknię­te. Z oby­dwu stron przy­glą­da się jej wścib­ski chór oku­pu­ją­cy klęcz­ni­ki. Chło­piec anioł z de­li­kat­nym uśmiesz­kiem i cia­łem znacz­nie bar­dziej umię­śnio­nym, niż­by pa­so­wa­ło do mło­dej twa­rzycz­ki, spo­glą­da na świę­tą zmy­sło­wą sio­strę. Ko­niusz­ki pal­ców jego le­wej dło­ni uno­szą brzeg tka­ni­ny za­kry­wa­ją­cej pierś Te­re­sy. W pra­wej ręce, de­li­kat­nie jak skrzy­pek dzier­żą­cy smy­czek, anioł trzy­ma strza­łę.

Dla­cze­go aku­rat ten ob­ra­zek? Dla­cze­go św. Te­re­sa, mat­ko?

Ma­jąc czte­ry lata, za­kra­da­łem się do po­zba­wio­ne­go okien po­miesz­cze­nia z au­to­kla­wem, żeby przy­glą­dać się tej ilu­stra­cji. Zbyt mało było we mnie od­wa­gi, abym mógł bez lęku przejść przez cięż­kie drzwi, ale po­czu­cie, że ona tam jest, i moja ob­se­sja, by po­znać tę za­kon­ni­cę, moją mat­kę, do­da­wa­ły mi sił. Sia­da­łem obok au­to­kla­wu, któ­ry sy­czał i bu­czał jak bu­dzą­cy się ze snu smok, i mia­łem wra­że­nie, że to moje wa­lą­ce ser­ce po­bu­dza be­stię do ży­cia. Gdy zaj­mo­wa­łem miej­sce za biur­kiem mat­ki, po­wo­li opa­no­wy­wał mnie spo­kój i czu­łem jej du­cho­wą bli­skość.

Póź­niej do­wie­dzia­łem się, że nikt nie od­wa­żył się usu­nąć stam­tąd jej swe­tra, któ­ry nadal wi­siał na opar­ciu krze­sła. Był ni­czym uświę­co­ny przed­miot, ni­czym re­li­kwia. Lecz dla czte­ro­lat­ka wszyst­ko jest za­ra­zem i sa­crum, i pro­fa­num. Za­rzu­ca­łem więc pach­ną­cą my­dłem Cu­ti­cu­ra część gar­de­ro­by na ra­mio­na. Do­ty­ka­łem wy­schnię­te­go ka­ła­ma­rza, od­twa­rza­jąc dro­gę, jaką mu­sia­ły po­ko­ny­wać jej pal­ce. Pa­trzy­łem w górę i mój wzrok pa­dał na ilu­stra­cję z ka­len­da­rza - tak samo, jak mu­sia­ło się to od­by­wać w jej przy­pad­ku - i ten ob­ra­zek wy­wie­rał na mnie wiel­kie wra­że­nie. Wie­le lat póź­niej do­wie­dzia­łem się, że na­wra­ca­ją­ce wi­zje aniel­skie św. Te­re­sy na­zy­wa­ją się trans­wer­be­ra­cją, co we­dług słow­ni­ka ozna­cza du­szę "roz­pa­lo­ną" mi­ło­ścią do Boga, a tak­że ser­ce "prze­bi­te" bo­ską mi­ło­ścią; me­ta­fo­ra jej wia­ry oka­za­ła się jed­no­cze­śnie me­ta­fo­rą me­dy­cy­ny. W wie­ku czte­rech lat na­praw­dę nie po­trze­bo­wa­łem słów w ro­dza­ju "trans­wer­be­ra­cja", by ota­czać wi­ze­ru­nek św. Te­re­sy czcią. Po­nie­waż nie dys­po­no­wa­łem żad­ną fo­to­gra­fią mo­jej praw­dzi­wej mat­ki, wy­obraź­nia pod­po­wia­da­ła mi, że moją ro­dzi­ciel­ką jest w isto­cie ko­bie­ta z ob­raz­ka za­gro­żo­na przez wy­ma­chu­ją­ce­go włócz­nią chłop­czy­ka anio­ła i za­pew­ne wkrót­ce przez nie­go znie­wo­lo­na.

- Kie­dy przyj­dziesz, mamo? - py­ta­łem, a mój dzie­cin­ny gło­sik od­bi­jał się echem od ka­fel­ków. Kie­dy przyj­dziesz?

A po­tem sam so­bie od­po­wia­da­łem szep­tem:

- Na Boga!

To było wszyst­ko, czym mu­sia­łem się obejść: sło­wa­mi, któ­re dok­tor Ghosh wy­krzyk­nął, gdy po raz pierw­szy za­wę­dro­wa­łem do tego miej­sca, a on przy­biegł, szu­ka­jąc mnie, i wle­pił wzrok w ob­ra­zek na ścia­nie. Po­tem wziął mnie w swo­je sil­ne ra­mio­na i po­wie­dział gło­sem, któ­ry za­brzmiał w do­sko­na­łym uni­so­no z au­to­kla­wem:

- Na Boga, ona DO­CHO­DZI!

* * *

Od dnia mych na­ro­dzin upły­nę­ły te czte­ry lata i jesz­cze czter­dzie­ści sześć na­stęp­nych i oto, cu­dow­nym zrzą­dze­niem losu, mam oka­zję po­wró­cić do tego po­miesz­cze­nia. Od­kry­wam, że dziś krze­sło jest dla mnie za małe, a swe­ter leży na mo­ich ra­mio­nach ni­czym ko­ron­ko­wy księ­żow­ski hu­me­rał. Ale naj­waż­niej­sze, że krze­sło, swe­ter i ilu­stra­cja przed­sta­wia­ją­ca trans­wer­be­ra­cję nadal są na swo­im miej­scu. Ja, Ma­rion Sto­ne, zmie­ni­łem się, lecz wszyst­ko inne - pra­wie wca­le. Po­wrót do tego za­cho­wa­ne­go w nie­na­ru­szo­nym sta­nie po­ko­ju przy­po­mi­na oglą­da­nie al­bu­mu ze zdję­cia­mi: co­fa­nie się w cza­sie i pa­mię­ci. Re­pro­duk­cja rzeź­by Ber­ni­nie­go (dziś opra­wio­na w ram­kę i umiesz­czo­na za szkłem w celu za­cho­wa­nia tego, co kie­dyś moja mat­ka po pro­stu przy­pię­ła pi­nez­ka­mi do ścia­ny), któ­ra nie chce wy­blak­nąć, skła­nia do wspo­mnień. Zmu­sza mnie do tego, bym upo­rząd­ko­wał wy­da­rze­nia z mo­je­go ży­cia, bym po­wie­dział, że wszyst­ko za­czę­ło się wła­śnie tu­taj i dla­te­go sta­ło się to i tam­to, a po­nie­waż ko­niec łą­czy się z po­cząt­kiem, je­stem tu­taj.

Przy­cho­dzi­my na świat nie­pro­sze­ni, a je­śli do­pi­sze nam szczę­ście, znaj­du­je­my cel w ży­ciu pcha­ją­cy nas przez głód, nie­do­lę i śmierć za mło­du, któ­ra - oby­śmy tyl­ko nie za­po­mnie­li - spo­ty­ka wie­lu. Do­ros-łem i zna­la­złem swój cel, a było nim: zo­stać le­ka­rzem. Nie chcia­łem ura­to­wać świa­ta, cho­dzi­ło ra­czej o ule­cze­nie sa­me­go sie­bie. Nie­wie­lu le­ka­rzy po­tra­fi się do tego przy­znać, a już z całą pew­no­ścią nie­wie­lu mło­dych me­dy­ków, ale po­dej­mu­jąc się wy­ko­ny­wa­nia tego za­wo­du, pod­świa­do­mie wie­rzy­my za­pew­ne, że pie­lę­gno­wa­nie dru­gie­go czło­wie­ka ule­czy na­sze wła­sne rany. To jest moż­li­we. Ale z dru­giej stro­ny, może też te rany po­głę­bić.

Po­sta­no­wi­łem spe­cja­li­zo­wać się w chi­rur­gii przez wzgląd na Ma­tro­nę, tę jej nie­usta­ją­cą obec­ność w moim dzie­ciń­stwie i okre­sie doj­rze­wa­nia.

- Jaka jest naj­trud­niej­sza rzecz, któ­rą mógł­byś zro­bić? - za­py­ta­ła mnie, kie­dy uda­łem się do niej po po­ra­dę w naj­mrocz­niej­szym dniu pierw­szej po­ło­wy mo­je­go ży­cia.

Skrzy­wi­łem się. Z ja­kąż ła­two­ścią Ma­tro­na ba­da­ła te­ren mię­dzy am­bi­cją a wzglę­da­mi prak­tycz­ny­mi.

- Dla­cze­go mu­szę ro­bić to, co naj­trud­niej­sze?

- Po­nie­waż je­steś, Ma­rio­nie, in­stru­men­tem Boga. Nie po­zwól, by in­stru­ment gnu­śniał w fu­te­ra­le, mój synu. Graj! Po­znaj taj­ni­ki tego in­stru­men­tu, zba­daj go. Cze­muż to miał­by cię za­do­wo­lić Wlazł ko­tek na pło­tek, sko­ro mógł­byś za­grać Glo­rię?

To nie­spra­wie­dli­we ze stro­ny Ma­tro­ny, że wy­mie­ni­ła jako przy­kład aku­rat ten wznio­sły cho­rał, któ­ry za­wsze spra­wiał, że czu­łem się, jak­bym stał we­spół ze wszyst­ki­mi ży­ją­cy­mi isto­ta­mi i głu­pio onie­mia­ły pa­trzył w nie­bo. Do­sko­na­le ro­zu­mia­ła mój nie­u­kształ­to­wa­ny cha­rak­ter.

- Ależ Ma­tro­no, na­wet nie ma­rzę, by grać Ba­cha, Glo­rię... - po­wie­dzia­łem po ci­chu. Nig­dy w ży­ciu nie gra­łem na żad­nym in­stru­men­cie, ani dę­tym, ani stru­no­wym. Na­wet nie umia­łem czy­tać nut.

- Nie, Ma­rio­nie - od­par­ła, piesz­cząc mnie ła­god­nym spoj­rze­niem i gła­dząc mój po­li­czek sę­ka­tą dło­nią. - Nie cho­dzi mi o Glo­rię Ba­cha, ale o two­ją wła­sną Glo­rię! O tę Glo­rię, któ­ra żyje w to­bie. Naj­więk­szym grze­chem jest nie­zna­le­zie­nie jej w so­bie, zi­gno­ro­wa­nie moż­li­wo­ści, któ­re dał ci Bóg.

Je­śli cho­dzi o tem­pe­ra­ment, bar­dziej nada­wa­łem się do ja­kiejś dys­cy­pli­ny po­znaw­czej, in­tro­spek­tyw­nej spe­cja­li­za­cji w ro­dza­ju me­dy­cy­ny we­wnętrz­nej lub być może psy­chia­trii. Po­ci­łem się na sam wi­dok sali ope­ra­cyj­nej. Na samą myśl o wzię­ciu do ręki skal­pe­la skrę­cał mi się żo­łą­dek. (Nadal tak jest). Chi­rur­gia była dla mnie naj­trud­niej­szą rze­czą, jaką po­tra­fi­łem so­bie wy­obra­zić.

Zo­sta­łem za­tem chi­rur­giem.

Trzy­dzie­ści lat póź­niej nie je­stem le­ka­rzem zna­nym z szyb­ko­ści, od­wa­gi ani kunsz­tu tech­nicz­ne­go. Mo­że­cie po­wie­dzieć, że je­stem po­wol­ny, roz­wle­kły, że styl i tech­ni­kę ope­ra­cji do­sto­so­wu­ję do po­trzeb pa­cjen­ta i sy­tu­acji na sto­le, a uznam to za naj­więk­szy kom­ple­ment. Otu­chy do­da­je mi świa­do­mość, że kie­dy tyl­ko któ­ryś z mo­ich ko­le­gów le­ka­rzy musi pójść pod nóż, przy­cho­dzi do mnie. Oni wszy­scy do­sko­na­le wie­dzą, że Ma­rion Sto­ne za­trosz­czy się o nich za­rów­no przed ope­ra­cją, pod­czas niej, jak i póź­niej. I wie­dzą, że nie prze­pa­dam za chi­rur­gicz­ny­mi afo­ry­zma­mi w ro­dza­ju: "Masz wąt­pli­wo­ści - tnij!" albo: "Na co cze­kać, sko­ro moż­na ope­ro­wać!", któ­re nie­za­wod­nie ob­na­ża­ją naj­niż­sze in­stynk­ty przed­sta­wi­cie­li na­szej pro­fe­sji. Mój oj­ciec, dla któ­re­go umie­jęt­no­ści jako chi­rur­ga mam naj­wyż­szy sza­cu­nek, ma­wia: "Naj­bar­dziej uda­na ope­ra­cja to taka, któ­rej po­sta­na­wiasz nie prze­pro­wa­dzać". Wie­dza, kie­dy nie ope­ro­wać, świa­do­mość, kie­dy wpa­dłem po uszy i po­trze­bu­ję po­mo­cy chi­rur­ga po­kro­ju mo­je­go ojca - ta­kie­go ro­dza­ju ta­lent, taki ge­niusz ob­ja­wia się bez za­po­wie­dzi.

Raz, ma­jąc pa­cjen­ta z za­gro­że­niem ży­cia, bła­ga­łem ojca, by to on go zo­pe­ro­wał. Stał w mil­cze­niu przy łóż­ku, a jego pal­ce po­zo­sta­wa­ły w kon­tak­cie z prze­gu­bem cho­re­go jesz­cze dłu­go po tym, jak już wy­czuł rytm pra­cy jego ser­ca, jak gdy­by po­trze­bo­wał do­ty­ku, nie­sły­szal­ne­go szu­mu krwi w ar­te­rii, tych ni­kłych sy­gna­łów, któ­re po­mo­gły mu pod­jąć de­cy­zję. Na jego twa­rzy uj­rza­łem ab­so­lut­ne sku­pie­nie. Wy­obra­zi­łem so­bie try­bi­ki ob­ra­ca­ją­ce mu się w gło­wie, wy­obra­zi­łem so­bie lśnie­nie łez zbie­ra­ją­cych się w ką­ci­kach jego oczu. Z naj­wyż­szą ostroż­no­ścią wa­żył ar­gu­men­ty. W koń­cu po­trzą­snął gło­wą i od­wró­cił się od pa­cjen­ta. Po­sze­dłem za nim.

- Dok­to­rze Sto­ne - po­wie­dzia­łem, zwra­ca­jąc się do nie­go ofi­cjal­nie, choć pra­gną­łem krzyk­nąć: "Oj­cze!". - Ope­ra­cja jest dla nie­go je­dy­ną szan­są.

W głę­bi du­szy zda­wa­łem so­bie spra­wę, że szan­sa jest wręcz nie­skoń­cze­nie mała, a naj­lżej­sze znie­czu­le­nie tak­że może go uśmier­cić. Oj­ciec po­ło­żył mi dłoń na ra­mie­niu. Prze­mó­wił ła­god­nie, jak gdy­by zwra­ca­jąc się do młod­sze­go ko­le­gi, a nie do wła­sne­go syna.

- Ma­rio­nie, nie za­po­mi­naj o je­de­na­stym przy­ka­za­niu - rzekł. - Nie bę­dziesz ope­ro­wał w dniu śmier­ci pa­cjen­ta.

Wspo­mi­nam jego sło­wa przy peł­ni księ­ży­ca w Ad­dis Abe­bie, gdy lśnią ostrza noży, a kule i ka­mie­nie la­ta­ją jak mu­chy, i kie­dy czu­ję się, jak­bym stał nie w sali ope­ra­cyj­nej nu­mer trzy, ale w rzeź­ni, ma­jąc skó­rę upstrzo­ną pla­ma­mi krwi ob­cych lu­dzi. Pa­mię­tam. Ale nie za­wsze przed ope­ra­cją znasz od­po­wie­dzi na wszyst­kie py­ta­nia. Ope­ru­jesz te­raz. Póź­niej re­tro­spek­to­skop, to jak­że po­ręcz­ne na­rzę­dzie prze­śmiew­ców i spe­ców, or­ga­ni­za­to­rów far­sy, któ­rą w skró­cie na­zy­wa­my kon­fe­ren­cja­mi M&M1 - uzna two­ją de­cy­zję za słusz­ną bądź nie. Ży­cie jest ta­kie samo: ży­jesz nim do przo­du, ale ro­zu­miesz je wstecz. Do­pie­ro gdy się za­trzy­masz i spoj­rzysz za sie­bie, zo­ba­czysz czło­wie­ka, któ­re­go prze­je­cha­łeś.

Dziś, w pięć­dzie­sią­tym roku ży­cia, ota­czam wiel­ką czcią wi­dok otwar­tej jamy brzusz­nej lub klat­ki pier­sio­wej. Wstyd mi za ludz­ką zdol­ność ra­nie­nia i ka­le­cze­nia się na­wza­jem, za ta­lent do pro­fa­no­wa­nia ciał po­bra­tym­ców. Mimo to po­tra­fię do­strzec w tym wszyst­kim ka­ba­li­stycz­ną har­mo­nię ser­ca wy­glą­da­ją­ce­go zza płu­ca, wą­tro­by i śle­dzio­ny, któ­re pod osło­ną prze­po­ny mają jed­na na dru­gą ba­cze­nie - brak mi słów wo­bec cze­goś ta­kie­go. Prze­su­wam pal­ca­mi po je­li­cie, szu­ka­jąc per­fo­ra­cji po ostrzu noża albo kuli z ka­ra­bi­nu, ba­dam je­den lśnią­cy zwój za dru­gim, sie­dem me­trów upcha­nych na tak nie­wiel­kiej prze­strze­ni. Gdy­by po­łą­czyć ze sobą je­li­ta, któ­re pod­czas afry­kań­skiej nocy prze­szły mię­dzy mo­imi pal­ca­mi, się­gnę­ły­by za­pew­ne Przy­ląd­ka Do­brej Na­dziei, a wciąż jesz­cze nie uj­rza­łem gło­wy tego węża. Wi­dzę zwy­czaj­ne cuda ukry­te pod skó­rą, klat­ką z że­ber i masą mię­śnio­wą - wi­do­ki nie do obej­rze­nia przez ich po­sia­da­cza. Czy ist­nie­je więk­szy za­szczyt?

W ta­kich chwi­lach nie za­po­mi­nam, by po­dzię­ko­wać mo­je­mu bra­tu bliź­nia­ko­wi Shi­vie - dok­to­ro­wi Shi­vie Pra­ise'owi Sto­ne'owi. Pa­mię­tam, by od­na­leźć jego twarz, jego od­bi­cie na szkla­nej ścian­ce dzia­ło­wej, któ­ra od­dzie­la dwie sale ope­ra­cyj­ne, i prze­słać mu krót­kie ski­nie­nie gło­wą, bo bez nie­go nie był­bym tym, kim dzi­siaj je­stem: chi­rur­giem.

Zda­niem Shi­vy w ży­ciu w grun­cie rze­czy cho­dzi o ła­ta­nie dziur. Shi­va nie po­słu­gi­wał się me­ta­fo­ra­mi, a ła­ta­nie dziur jest do­słow­nie tym, o co mu cho­dzi­ło. A jed­nak - ła­ta­nie dziur może być traf­ną me­ta­fo­rą na­sze­go za­wo­du. Ist­nie­je wszak­że jesz­cze inna dziu­ra, pęk­nię­cie, któ­re dzie­li ro­dzi­nę. Cza­sem po­ja­wia się w mo­men­cie na­ro­dzin, a in­nym ra­zem po­ka­zu­je się znacz­nie póź­niej. Każ­dy z nas na­pra­wia to, co zo­sta­ło ze­psu­te. To za­da­nie ży­cia. Nie damy rady na­pra­wić wszyst­kie­go i wie­le zo­sta­nie dla przy­szłych po­ko­leń.

Ja - któ­ry uro­dzi­łem się w Afry­ce, ży­łem na wy­gna­niu w Ame­ry­ce, a po­tem po­wró­ci­łem do ko­leb­ki - je­stem ży­ją­cym do­wo­dem na to, że geo­gra­fia to prze­zna­cze­nie. Los rzu­cił mnie z po­wro­tem do­kład­nie tam, gdzie przy­sze­dłem na świat, na tę samą salę ope­ra­cyj­ną, w któ­rej wy­sze­dłem z łona mat­ki. Moje chro­nio­ne rę­ka­wicz­ka­mi dło­nie dzie­lą tę samą prze­strzeń nad sto­łem ope­ra­cyj­nym w sali nu­mer trzy, któ­rą kie­dyś zaj­mo­wa­ły dło­nie mo­jej mat­ki i mo­je­go ojca.

By­wa­ją noce, gdy świersz­cze gra­ją cyk, cyk, cyk, ich ty­sięcz­ny chór tłu­mi chrzą­ka­nie i stę­ka­nie hien miesz­ka­ją­cych na zbo­czach wzgórz. Rap­tem przy­ro­da milk­nie. Brzmi to tak, jak­by apel do­biegł koń­ca i nad­szedł czas, by w ciem­no­ściach od­na­leźć swo­ich przy­ja­ciół i zło­żyć gło­wę do snu. W tej ci­szy, gra­ni­czą­cej z ci­szą ab­so­lut­ną, sły­szę prze­ni­kli­we brzę­cze­nie gwiazd i je­stem prze­szczę­śli­wy, wdzięcz­ny za to moje nie­zna­czą­ce miej­sce w ga­lak­ty­ce. W ta­kich chwi­lach czu­ję rów­nież wdzięcz­ność dla Shi­vy.

Bliź­nia­cy - całe dzie­ciń­stwo prze­spa­li­śmy w jed­nym łóż­ku, do­ty­ka­jąc się gło­wa­mi, z tor­sa­mi i no­ga­mi uło­żo­ny­mi pod dzi­wacz­nym ką­tem. Wy­ro­śli­śmy już z po­trze­by ta­kiej in­tym­no­ści, choć ja nadal za nią tę­sk­nię, za bli­sko­ścią jego czasz­ki. Gdy bu­dzę się i wiem, że otrzy­ma­łem w da­rze ko­lej­ny wschód słoń­ca, pierw­szą moją my­ślą bu­dzę bra­ta i mó­wię do nie­go: "Za­wdzię­czam ci wi­dok po­ran­ka".

Tym, co Shi­vie za­wdzię­czam naj­bar­dziej, jest moż­li­wość opo­wie­dze­nia tej hi­sto­rii - hi­sto­rii, któ­rej moja mat­ka, sio­stra Mary Jo­seph Pra­ise, nie wy­ja­wi­ła; hi­sto­rii, od któ­rej mój nie­ustra­szo­ny oj­ciec Tho­mas Sto­ne uciekł; któ­rą ja mu­sia­łem zło­żyć ka­wa­łek po ka­wał­ku. Je­dy­nie snu­jąc tę opo­wieść, za­mknę szcze­li­nę, któ­ra od­dzie­la mnie od bra­ta. Owszem, mam nie­ogra­ni­czo­ną wia­rę w sztu­kę chi­rur­gii, ale wiem, że ża­den chi­rurg nie jest w sta­nie za­le­czyć rany, któ­ra dzie­li dwóch bra­ci. Tam, gdzie je­dwab i stal za­wo­dzą, musi przy­nieść sku­tek opo­wie­dze­nie hi­sto­rii. Za­cznij­my więc od po­cząt­ku...

Roz­dział 1Nowe spoj­rze­nie na stan du­ro­wy

Sio­stra Mary Jo­seph Pra­ise przy­by­ła do szpi­ta­la Mis­sing z In­dii sie­dem lat przed na­szy­mi na­ro­dzi­na­mi. Ona i sio­stra An­ja­li były pierw­szy­mi no­wi­cjusz­ka­mi za­ko­nu kar­me­li­ta­nek bo­sych z Ma­dra­su, któ­re ukoń­czy­ły żmud­ny kurs pie­lę­gniar­ski w Głów­nym Szpi­ta­lu Rzą­do­wym w tym­że mie­ście. W dniu roz­da­nia dy­plo­mów otrzy­ma­ły od­zna­ki pie­lę­gniar­skie i tego sa­me­go wie­czo­ru zło­ży­ły osta­tecz­ne ślu­by ubó­stwa, ce­li­ba­tu i po­słu­szeń­stwa. Te­raz nie mu­sia­ły już re­ago­wać, gdy mó­wio­no do nich "sta­żyst­ko" (w szpi­ta­lu) lub "no­wi­cjusz­ko" (w klasz­to­rze), po­nie­waż w oby­dwu miej­scach przy­słu­gi­wał im ty­tuł sióstr. Ich prze­ory­sza, Shes­sy Ge­eva­ru­ghe­se, świą­to­bli­wa ko­bie­ta w po­de­szłym wie­ku czu­le na­zy­wa­na Szla­chet­ną Ammą, po­spie­szy­ła z bło­go­sła­wień­stwem dla dwóch mło­dych, świe­żo upie­czo­nych za­kon­nic-pie­lę­gnia­rek i ob­wie­ści­ła im za­ska­ku­ją­cy przy­dział: Afry­ka.

Tego dnia, gdy mia­ły wy­pły­nąć w po­dróż, wszyst­kie no­wi­cjusz­ki z klasz­to­ru uda­ły się do por­tu ko­lum­ną riksz, by ży­czyć swo­im dwóm sio­strom szczę­śli­wej dro­gi. Ocza­mi wy­obraź­ni wi­dzę za­stęp no­wi­cju­szek usta­wio­nych na na­brze­żu, traj­ko­czą­cych i drżą­cych z emo­cji i pod­nie­ce­nia; ich bia­łe ha­bi­ty ło­po­czą na wie­trze, a po­mię­dzy obu­ty­mi w san­da­ły sto­pa­mi prze­cha­dza­ją się mewy.

Czę­sto za­sta­na­wia­łem się, o czym my­śla­ła mat­ka, kie­dy ra­zem z sio­strą An­ja­li - oby­dwie mia­ły wów­czas po dzie­więt­na­ście lat - zro­bi­ła ostat­ni krok na in­dyj­skiej zie­mi i po­sta­wi­ła sto­pę na po­kła­dzie "Ca­lan­gu­te". Z pew­no­ścią sły­sza­ła tłu­mio­ne łka­nia i gło­śne ży­cze­nia "Z Bo­giem" od­pro­wa­dza­ją­ce sta­tek aż do wyj­ścia z por­tu. Czy się bała? Czy mia­ła wąt­pli­wo­ści? Wstę­pu­jąc do za­ko­nu, po­że­gna­ła się na za­wsze ze swą miesz­ka­ją­cą w mie­ście Ko­czin ro­dzi­ną bio­lo­gicz­ną i prze­nio­sła do Ma­dra­su, od­da­lo­ne­go od ro­dzin­ne­go mia­sta dzień i noc dro­gi po­cią­giem. Ro­dzi­ców, dla któ­rych Ma­dras mógł rów­nie do­brze le­żeć na dru­gim koń­cu świa­ta, mia­ła już nig­dy nie zo­ba­czyć. Te­raz, po trzech la­tach ży­cia w Ma­dra­sie, że­gna­ła się ze swo­ją ro­dzi­ną w wie­rze, uda­jąc się tym ra­zem za oce­an. Po­now­nie wy­ru­szy­ła w po­dróż bez po­wro­tu.

Na kil­ka lat przed tym, za­nim usia­dłem do spi­sa­nia mo­jej opo­wie­ści, po­je­cha­łem do Ma­dra­su w po­szu­ki­wa­niu hi­sto­rii mo­jej mat­ki. W ar­chi­wum kar­me­li­ta­nek bo­sych nie zna­la­złem na jej te­mat żad­nych in­for­ma­cji, ale na­tra­fi­łem za to na dzien­ni­ki Szla­chet­nej Ammy, w któ­rych prze­ory­sza no­to­wa­ła wy­da­rze­nia każ­de­go upły­wa­ją­ce­go dnia. Kie­dy "Ca­lan­gu­te" od­cu­mo­wał od kei, Szla­chet­na Amma wznio­sła dłoń ku gó­rze ni­czym kie­ru­ją­cy ru­chem po­li­cjant i, "moim gło­sem ka­zno­dziei, któ­ry, jak mó­wią, myl­nie świad­czy o moim wie­ku", wy­re­cy­to­wa­ła sło­wa: "Wyjdź z two­jej zie­mi ro­dzin­nej"2, po­nie­waż Księ­gę Ro­dza­ju lu­bi­ła naj­bar­dziej. Szla­chet­na Amma de­dy­ko­wa­ła tej mi­sji głę­bo­ką myśl. Praw­da, że In­die mają nie­zgłę­bio­ne po­trze­by, lecz to się nig­dy nie zmie­ni i nie jest żad­ną wy­mów­ką. Dwie mło­de mnisz­ki, naj­mą­drzej­sze i naj­ład­niej­sze, mia­ły zo­stać pio­nier­ka­mi: Hin­du­ska­mi za­no­szą­cy­mi ciem­nej Afry­ce mi­łość Chry­stu­sa - oto naj­więk­sza am­bi­cja prze­ory­szy. Szla­chet­na Amma wy­ja­wia w tych za­pi­skach swój tok my­śle­nia: gdy an­giel­scy mi­sjo­na­rze przy­by­li do In­dii, od­kry­li, że nie ist­nie­je lep­szy spo­sób na gło­sze­nie chrze­ści­jań­skiej mi­ło­ści, jak tyl­ko po­przez kom­pre­sy i ka­ta­pla­zmy, ma­ści i opa­trun­ki, oczysz­cza­nie ran i nie­sie­nie po­cie­chy. Ja­każ po­słu­ga prze­wyż­sza po­słu­gę uzdra­wia­nia? Jej dwie mło­de za­kon­ni­ce prze­pły­ną oce­an i w ten spo­sób za­po­cząt­ku­ją afry­kań­ską mi­sję kar­me­li­ta­nek bo­sych z Ma­dra­su.

Gdy do­bra prze­ory­sza pa­trzy­ła, jak dwie sto­ją­ce przy re­lin­gu, ma­cha­ją­ce ener­gicz­nie rę­ka­mi po­sta­cie od­da­la­ją się co­raz bar­dziej, aż w koń­cu przy­po­mi­na­ją dwie bia­łe krop­ki, po­czu­ła ukłu­cie trwo­gi. A je­śli sio­stry przez śle­pe po­słu­szeń­stwo wo­bec jej wiel­kie­go pla­nu zo­sta­ły ska­za­ne na strasz­ny los? "An­giel­scy mi­sjo­na­rze mie­li za sobą po­tęż­ne im­pe­rium... a moje dziew­czę­ta?". Na­pi­sa­ła w swo­im dzien­ni­ku, że prze­ni­kli­we prze­krzy­ki­wa­nie się mew i wszech­obec­ne pta­sie od­cho­dy ze­psu­ły uro­czy­ste po­że­gna­nie z za­kon­ni­ca­mi, któ­re so­bie wy­obra­zi­ła. Roz­pro­szył ją prze­moż­ny za­pach psu­ją­cej się ryby i zbu­twia­łe­go drew­na, jak rów­nież pół­na­dzy do­ke­rzy, któ­rym z brą­zo­wych od be­te­lu ust cie­kła od­ra­ża­ją­ca śli­na na sam wi­dok dzie­wi­czej trzód­ki Szla­chet­nej Ammy.

"Oj­cze, po­wie­rza­my Twej opie­ce na­sze sio­stry", po­wie­dzia­ła Szla­chet­na Amma, prze­ka­zu­jąc od­po­wie­dzial­ność za mnisz­ki na bar­ki Pana. Prze­sta­ła ma­chać i jej dło­nie zna­la­zły azyl w rę­ka­wach ha­bi­tu. "Usil­nie bła­ga­my Cię o ła­skę i o Two­ją opie­kę nad mi­sją kar­me­li­ta­nek bo­sych...".

Był rok 1947. Bry­tyj­czy­cy wresz­cie wy­jeż­dża­li z In­dii; Quit In­dia Mo­ve­ment3 spra­wił, że to, co wy­da­wa­ło się nie­moż­li­we, sta­ło się fak­tem. Szla­chet­na Amma po­wo­li wy­pu­ści­ła po­wie­trze z płuc. To był nowy świat, któ­ry do­ma­gał się wiel­kich czy­nów - przy­najm­niej tak są­dzi­ła.

Uno­szą­ce się na wo­dzie czar­no-czer­wo­ne pu­dło, po­noć na­zy­wa­ją­ce się stat­kiem, po­ko­ny­wa­ło peł­ną parą Oce­an In­dyj­ski, pły­nąc ku por­to­wi prze­zna­cze­nia, któ­rym był Aden. W ła­dow­ni "Ca­lan­gu­te" spo­czy­wa­ły nie­zli­czo­ne skrzy­nie peł­ne ba­weł­ny, ryżu, je­dwa­biu, sza­fek fir­my Go­drej, szaf na do­ku­men­ty fir­my Tata, a tak­że trzy­dzie­ści je­den mo­to­cy­kli Roy­al En­field Bul­let, któ­rych sil­ni­ki owi­nię­to ce­ra­tą. Za­sad­ni­czo sta­tek nie miał prze­wo­zić pa­sa­że­rów, lecz grec­ki ka­pi­tan po­sta­no­wił przy­jąć na po­kład "pła­cą­cych za po­dróż go­ści". Wie­lu po­dróż­nych było go­to­wych okrę­to­wać się na stat­kach to­wa­ro­wych, żeby za­osz­czę­dzić na bi­le­cie, a ka­pi­tan, ską­piec ża­łu­ją­cy na za­ło­gę, chęt­nie im to umoż­li­wiał. Tym ra­zem za­brał na po­kład dwie za­kon­ni­ce z Ma­dra­su, trzech Ży­dów z Ko­czi­nu, ro­dzi­nę ze sta­nu Gu­dża­rat, trzech po­dej­rza­nie wy­glą­da­ją­cych Ma­laj­czy­ków oraz kil­ku Eu­ro­pej­czy­ków, w tym dwóch fran­cu­skich ma­ry­na­rzy wra­ca­ją­cych na swój ma­cie­rzy­sty sta­tek w Ade­nie.

"Ca­lan­gu­te" miał ogrom­ny po­kład, da­ją­cy więk­sze złu­dze­nie sta­łe­go lądu, niż­by moż­na się spo­dzie­wać na mo­rzu. Na jed­nym koń­cu, ni­czym ko­mar na ple­cach sło­nia, przy­sia­dła trzy­po­zio­mo­wa nad­bu­dów­ka, w któ­rej po­mie­ści­ła się za­ło­ga i pa­sa­że­ro­wie i któ­rej naj­wyż­sze pię­tro zaj­mo­wał mo­stek.

Moja mat­ka, sio­stra Mary Jo­seph Pra­ise, po­cho­dzi­ła z mia­sta Ko­czin w sta­nie Ke­ra­la. Ke­ral­czy­cy, chrze­ści­ja­nie, da­tu­ją po­cząt­ki swo­jej wia­ry na rok pań­ski 52, kie­dy to św. To­masz przy­był do In­dii z Da­masz­ku. "Nie­wier­ny" To­masz po­bu­do­wał pierw­sze ko­ścio­ły w Ke­ra­li na dłu­go przed­tem, nim św. Piotr do­tarł do Rzy­mu. Moja mat­ka była bo­go­boj­ną, su­mien­nie prak­ty­ku­ją­cą ko­bie­tą; w szko­le śred­niej pod­da­ła się wpły­wo­wi cha­ry­zma­tycz­nej kar­me­li­tan­ki pra­cu­ją­cej z bie­do­tą. Jej ro­dzin­ne mia­sto leży na pię­ciu wy­spach osa­dzo­nych ni­czym klej­no­ty na pier­ście­niu otwar­tym ku Mo­rzu Arab­skie­mu. Przez set­ki lat hand-la­rze przy­pra­wa­mi - wśród nich nie­ja­ki Va­sco da Gama w 1498 roku - przy­pły­wa­li do Ko­czi­nu po kar­da­mon i goź­dzi­ki. Por­tu­gal­czy­cy po­ło­ży­li swą ko­lo­nial­ną łapę na Goa i siłą na­wró­ci­li hin­du­istów na chrze­ści­jań­stwo. Ka­to­lic­cy księ­ża i za­kon­ni­ce w koń­cu do­tar­li z mi­sją do Ke­ra­li, jak gdy­by nie pa­mię­ta­li, że ty­siąc lat przed nimi To­masz Apo­stoł po­da­ro­wał temu sta­no­wi nie­ska­żo­ną wi­zję Je­zu­sa. Ku roz­cza­ro­wa­niu swo­ich ro­dzi­ców moja mat­ka zo­sta­ła kar­me­li­tan­ką bosą, po­rzu­ca­jąc sta­ro­żyt­ną tra­dy­cję chrze­ści­jan św. To­ma­sza, by przy­jąć do ser­ca praw­dy gło­szo­ne przez tę - zda­niem jej ro­dzi­ców - pa­pie­ską, no­wo­bo­gac­ką sek­tę. Mniej by ich za­wio­dła, gdy­by prze­szła na is­lam albo hin­du­izm. Do­brze, że ro­dzi­ce nie wie­dzie­li, że zo­sta­ła rów­nież pie­lę­gniar­ką, po­nie­waż w ich prze­ko­na­niu ozna­cza­ło­by to, że do tego pla­mi so­bie ręce ni­czym nie­do­ty­kal­ni.

Moja mat­ka do­ra­sta­ła nad brze­giem oce­anu w oto­cze­niu wie­ko­wych chiń­skich sie­ci ry­bac­kich uwią­za­nych na dłu­gich bam­bu­so­wych żer­dziach i roz­pię­tych nad wodą ni­czym gi­gan­tycz­na pa­ję­czy­na. Mo­rze było spi­chle­rzem jej ludu, za­pew­nia­ło cen­ne po­ży­wie­nie: ryby i kre­wet­ki. Te­raz, sto­jąc na po­kła­dzie "Ca­lan­gu­te", z wy­brze­żem Ko­czi­nu poza za­się­giem wzro­ku, mat­ka nie roz­po­zna­wa­ła tego spi­chle­rza. Za­sta­na­wia­ła się, czy w grun­cie rze­czy oce­an za­wsze był taki: dy­mią­cy, zło­wro­gi, nie­spo­koj­ny. Mo­rze po­nie­wie­ra­ło "Ca­lan­gu­te", rzu­ca­ło łaj­bą, spy­cha­ło ją z kur­su, zmu­sza­ło do ję­kli­wych wy­sił­ków, pra­gnąc po pro­stu po­łknąć ją w ca­ło­ści.

Moja mat­ka i sio­stra An­ja­li zna­la­zły w swo­jej ka­bi­nie schro­nie­nie za­rów­no przed mo­rzem, jak i męż­czy­zna­mi. Wznio­słe mo­dły sio­stry An­ja­li prze­ra­ża­ły moją mat­kę. Ry­tu­al­ne czy­ta­nia z Ewan­ge­lii we­dług św. Łu­ka­sza były po­my­słem sio­stry An­ja­li, któ­ra twier­dzi­ła, że sło­wa te przy­da­ją du­szy skrzy­deł, a cia­łu na­rzu­ca­ją dys­cy­pli­nę. Dwie mnisz­ki pod­po­rząd­ko­wa­ły każ­dą li­te­rę, każ­de sło­wo, li­nij­kę i zda­nie di­la­ta­tio, ele­va­tioexces­sus - kon­tem­pla­cji, unie­sie­niu i za­chwy­to­wi. Daw­na prak­ty­ka klasz­tor­na Ry­szar­da od Świę­te­go Wik­to­ra przy­da­ła się pod­czas cią­gną­cej się bez koń­ca prze­pra­wy przez oce­an. Dru­giej nocy, po dzie­się­ciu go­dzi­nach in­ten­syw­nych me­dy­ta­cyj­nych czy­tań, sio­stra Mary Jo­seph Pra­ise z za­sko­cze­niem stwier­dzi­ła, że li­te­ry roz­my­wa­ją jej się przed ocza­mi; gra­ni­ca mię­dzy Bo­giem a jaź­nią prze­sta­ła ist­nieć. Spra­wi­ło to czy­ta­nie - ra­do­sne pod­da­nie cia­ła temu, co uświę­co­ne, wiecz­ne i nie­skoń­czo­ne.

Pod­czas nie­szpo­rów szó­stej nocy (mnisz­ki po­sta­no­wi­ły bez wzglę­du na wszyst­ko prze­strze­gać klasz­tor­nej ru­ty­ny) wy­ko­na­ły hymn, dwa psal­my, an­ty­fo­ny, a po­tem jesz­cze hymn po­chwal­ny i wła­śnie śpie­wa­ły Ma­gni­fi­cat, gdy rap­tem ogłu­sza­ją­cy dźwięk spro­wa­dził je na zie­mię. Chwy­ci­ły ka­mi­zel­ki ra­tun­ko­we i wy­bie­gły na ze­wnątrz. Ich oczom uka­zał się po­kład, któ­ry od­kształ­cił się w jed­nym miej­scu i wy­pię­trzył ni­czym pi­ra­mi­da, spra­wia­jąc wra­że­nie, jak­by "Ca­lan­gu­te" zbu­do­wa­no nie z drew­na, lecz z kar­to­nu. Ka­pi­tan na­wet nie wy­pu­ścił z ust nie­od­łącz­nej faj­ki, a lek­ce­wa­żą­cy uśmie­szek na jego twa­rzy su­ge­ro­wał, że pa­sa­że­ro­wie prze­sa­dza­ją z hi­ste­rycz­ny­mi re­ak­cja­mi.

Dzie­wią­tej nocy czte­rech z szes­na­stu pa­sa­że­rów i je­den czło­nek za­ło­gi zle­gli zmo­że­ni go­rącz­ką, któ­ra dru­gie­go dnia nie­mo­cy ob­ja­wi­ła się cie­le­śnie w po­sta­ci ró­żo­wych pla­mek roz­miesz­czo­nych jak chiń­ska ła­mi­głów­ka na pier­si i brzu­chu. Sio­stra An­ja­li cier­pia­ła ka­tu­sze, jej skó­ra pło­nę­ła z go­rą­ca. Dru­gie­go dnia ma­ja­czy­ła już w go­rącz­ce.

Jed­nym z pa­sa­że­rów "Ca­lan­gu­te" był mło­dy chi­rurg, by­stro­oki An­glik, któ­ry po­sta­no­wił po­że­gnać się z in­dyj­ską służ­bą me­dycz­ną i wy­ru­szyć na po­szu­ki­wa­nie lep­szych per­spek­tyw. Był wy­so­ki i sil­ny i choć jego su­ro­wa mę­ska uro­da spra­wia­ła, że wy­glą­dał na głod­ne­go, uni­kał wi­zyt w me­sie. Sio­stra Mary Jo­seph Pra­ise wpa­dła na nie­go - i to do­słow­nie - dru­gie­go dnia po­dró­ży, gdy stra­ci­ła rów­no­wa­gę na mo­krych me­ta­lo­wych schod­kach pro­wa­dzą­cych z ka­jut na górę. Idą­cy za nią An­glik zła­pał ją tak, jak zdo­łał, to zna­czy za oko­li­ce ko­ści ogo­no­wej i za lewą stro­nę klat­ki pier­sio­wej. Po­mógł jej od­zy­skać rów­no­wa­gę, jak gdy­by była ma­łym dziec­kiem. Bą­ka­jąc sło­wa po­dzię­ko­wa­nia, zro­bi­ła się czer­wo­na jak ce­gła; chwi­lą tej nie­spo­dzie­wa­nej in­tym­no­ści on wy­da­wał się bar­dziej po­de­ner­wo­wa­ny niż ona. Po­czu­ła, że w miej­scu, w któ­rym ści­snę­ła ją jego dłoń, bę­dzie mia­ła si­nia­ka, była to jed­nak nie­do­god­ność, prze­ciw któ­rej nic nie mia­ła. Póź­niej przez wie­le dni nie spo­ty­ka­ła już An­gli­ka.

Te­raz, roz­pacz­li­wie po­trze­bu­jąc po­mo­cy le­ka­rza, sio­stra Mary Jo­seph Pra­ise ze­bra­ła się w so­bie i za­pu­ka­ła do drzwi jego ka­ju­ty. Nie­wy­raź­ny głos po­le­cił jej wejść. Po­wi­ta­ła ją ace­to­no­wa żo­łąd­ko­wa woń.

- To ja - za­wo­ła­ła. - To ja, sio­stra Mary Jo­seph Pra­ise.

Dok­tor le­żał na koi. Spo­czy­wał na boku z pół­przy­mknię­ty­mi po­wie­ka­mi. Jego skó­ra mia­ła tę samą bar­wę co spoden­ki kha­ki.

- Dok­to­rze - spy­ta­ła z wa­ha­niem - czy pan też ma go­rącz­kę?

Kie­dy spró­bo­wał na nią spoj­rzeć, jego gał­ki oczne wy­ko­na­ły ruch jak szkla­ne kul­ki to­czą­ce się po prze­chy­la­nym ta­le­rzu. Wy­chy­lił się z koi i nad wia­drem zła­pał go od­ruch wy­miot­ny; nie tra­fił, co zresz­tą nie mia­ło więk­sze­go zna­cze­nia, bo wia­dro było peł­ne po brze­gi. Sio­stra Mary Jo­seph Pra­ise po­de­szła do nie­go ener­gicz­nym kro­kiem i po­ło­ży­ła mu dłoń na czo­le. Było zim­ne i lep­kie, wca­le nie wy­da­wa­ło się roz­pa­lo­ne go­rącz­ką. Dok­tor miał za­pad­nię­te po­licz­ki, a jego cia­ło wy­glą­da­ło, jak gdy­by skur­czy­ło się, by móc się wpa­so­wać w cia­sno­tę ka­bi­ny. Żad­ne­mu z pa­sa­że­rów oce­an nie oszczę­dził cho­ro­by mor­skiej, ale do­le­gli­wo­ści An­gli­ka były naj­wy­raź­niej dużo po­waż­niej­sze.

- Dok­to­rze, pra­gnę zgło­sić go­rącz­kę, któ­ra po­ło­ży­ła już pię­cio­ro pa­cjen­tów. To­wa­rzy­szą jej wy­syp­ka, dresz­cze, poty, spo­wol­nio­ne tęt­no i utra­ta ape­ty­tu. Stan wszyst­kich cier­pią­cych jest sta­bil­ny, z wy­jąt­kiem sio­stry An­ja­li. Dok­to­rze, na­praw­dę oba­wiam się o An­ja­li...

Po­czu­ła się le­piej, gdy zrzu­ci­ła cię­żar z pier­si, na­wet je­śli je­dy­ną od­po­wie­dzią An­gli­ka był zdu­szo­ny jęk. Jej wzrok padł na kat­gu­to­wą pod­wiąz­kę za­su­pła­ną na re­lin­gu łóż­ka, bli­sko jego dło­ni - skła­da­ła się z jed­ne­go wę­zła na dru­gim, do­słow­nie z dzie­siąt­ków wę­złów. Było ich tak wie­le, że nić ster­cza­ła do góry jak sę­ka­ty maszt. W ten spo­sób śle­dził upływ go­dzin. Albo li­czył ata­ki wy­mio­tów.

Opróż­ni­ła wia­dro, wy­płu­ka­ła je i po­sta­wi­ła mu z po­wro­tem koło gło­wy. Wy­tar­ła pod­ło­gę ręcz­ni­kiem, po czym prze­płu­ka­ła go i roz­wie­si­ła do wy­schnię­cia. Przy­nio­sła wodę. Po­tem wy­szła, du­ma­jąc, od ilu już dni nie miał ni­cze­go w ustach.

Wie­czo­rem jego stan się po­gor­szył. Sio­stra Mary Jo­seph Pra­ise przy­nio­sła koce, ręcz­ni­ki i bu­lion. Klę­cząc, usi­ło­wa­ła go na­kar­mić, ale sam za­pach je­dze­nia wy­wo­ły­wał u nie­go nud­no­ści. Wy­wró­cił ocza­mi. Jego wy­schnię­ty ję­zyk przy­po­mi­nał ję­zyk pa­pu­gi. Roz­po­zna­ła w po­miesz­cze­niu owo­co­wy za­pach wi­szą­cej w po­wie­trzu śmier­ci gło­do­wej. Kie­dy uszczyp­nę­ła go pod łok­ciem, skó­ra nie wró­ci­ła na miej­sce, tyl­ko zo­sta­ła roz­cią­gnię­ta jak poła na­mio­tu, jak wy­brzu­szo­ny po­kład "Ca­lan­gu­te". Wia­dro było do po­ło­wy wy­peł­nio­ne prze­zro­czy­stym pły­nem. Le­karz beł­ko­tał o zie­lo­nych po­lach, nie­świa­dom obec­no­ści za­kon­ni­cy. Czy cho­ro­ba mor­ska może skoń­czyć się śmier­cią? - za­sta­na­wia­ła się. A może on cier­pi na for­me fru­ste4 tej sa­mej go­rącz­ki, któ­ra tra­wi sio­strę An­ja­li? Tak mało jesz­cze wie­dzia­ła, je­śli cho­dzi o me­dy­cy­nę. Po­środ­ku oce­anu, oto­czo­na cho­ry­mi, czu­ła cię­żar wła­snej igno­ran­cji.

Wie­dzia­ła wszak­że, jak na­le­ży pie­lę­gno­wać cho­rych. I wie­dzia­ła też, jak na­le­ży się mo­dlić. Tak za­tem, mo­dląc się, zsu­nę­ła mu z ra­mion ko­szu­lę, sztyw­ną od żół­ci i śli­ny, a po­tem ścią­gnę­ła spoden­ki. Z pew­nym skrę­po­wa­niem myła cho­re­go w łóż­ku. Czu­ła się za­że­no­wa­na, po­nie­waż nig­dy wcze­śniej nie opie­ko­wa­ła się bia­łym czło­wie­kiem, a to tego jesz­cze le­ka­rzem. Przy naj­lżej­szym do­tknię­ciu po­ja­wia­ła się u nie­go gę­sia skór­ka. Nie za­ata­ko­wa­ła go wy­syp­ka, któ­rą stwier­dzi­ła na cie­le czwór­ki zmo­żo­nych go­rącz­ką pa­sa­że­rów i u jed­ne­go chłop­ca okrę­to­we­go. Ży­la­ste mu­sku­ły ra­mion na­pi­na­ły mu się i roz­luź­nia­ły pod skó­rą. Do­pie­ro te­raz za­uwa­ży­ła, że lewa stro­na jego klat­ki pier­sio­wej jest mniej­sza niż pra­wa; we wgłę­bie­niu po­wy­żej le­we­go oboj­czy­ka moż­na by zmie­ścić pół szklan­ki wody, a w tym po pra­wej stro­nie nie wię­cej niż ły­żecz­kę. Po­ni­żej le­we­go sut­ka za­czy­na­ło się głę­bo­kie wklę­śnię­cie, któ­re się­ga­ło aż po pa­chę. Skó­ra nad tym kra­te­rem była błysz­czą­ca i po­marsz­czo­na. Do­tknę­ła go tam i na­bra­ła z prze­ję­ciem po­wie­trza, gdy pa­lec za­padł się, nie na­po­tkaw­szy opo­ru ze stro­ny ko­ści. Wy­glą­da­ło to tak, jak gdy­by męż­czy­zna był po­zba­wio­ny dwóch lub na­wet trzech są­sia­du­ją­cych ze sobą że­ber. We­wnątrz tego za­głę­bie­nia czu­ła jego bi­ją­ce ser­ce, od­dzie­lo­ne od świa­ta ze­wnętrz­ne­go le­d­wie cien­ką war­stwą skó­ry. Kie­dy cof­nę­ła pa­lec, wy­raź­nie wi­dzia­ła po­ru­sza­ją­cą się w środ­ku i na­pie­ra­ją­cą na skó­rę ko­mo­rę.

Moc­no prze­rze­dzo­ne wło­sy na jego klat­ce pier­sio­wej i brzu­chu wy­glą­da­ły, jak gdy­by sta­no­wi­ły mar­ną ko­pię buj­ne­go owło­sie­nia ło­no­we­go. Sio­stra Mary Jo­seph Pra­ise bez­na­mięt­nie umy­ła jego nie­obrze­za­ny czło­nek, po czym od­su­nę­ła go na bok, by za­jąć się po­marsz­czo­nym, bez­rad­nie zwie­sza­ją­cym się po­ni­żej wor­kiem. Umy­ła mu sto­py, pła­cząc, bo my­śli jej nie­uchron­nie po­dą­ży­ły ku Panu Je­zu­so­wi i Jego ostat­niej nocy u boku uczniów.

W ku­frze zna­la­zła książ­ki o chi­rur­gii. Dok­tor na­kre­ślił na mar­gi­ne­sie na­zwi­ska i daty. Do­pie­ro po pew­nym cza­sie uzmy­sło­wi­ła so­bie, że były to na­zwi­ska pa­cjen­tów, za­rów­no Hin­du­sów, jak i Bry­tyj­czy­ków, na pa­miąt­kę cho­rób, któ­re po raz pierw­szy uj­rzał na wła­sne oczy, a o któ­rych czy­tał w pod­ręcz­ni­kach Pe­abo­dy'ego i Kri­sh­na­na. Krzy­żyk obok na­zwi­ska, jak się do­my­śli­ła, ozna­czał pa­cjen­ta, któ­ry zmarł na sku­tek cho­ro­by. Zna­la­zła aż je­de­na­ście ze­szy­tów wy­peł­nio­nych oszczęd­nym od­ręcz­nym pi­smem cha­rak­te­ry­zu­ją­cym się dłu­gi­mi po­cią­gnię­cia­mi; tekst tań­czył po kart­ce tuż po­nad li­nij­ka­mi i nie sto­so­wał się do mar­gi­ne­sów, bo je­dy­nym dla nie­go ogra­ni­cze­niem był brzeg stro­ni­cy. Mimo że dok­tor spra­wiał wra­że­nie ma­ło­mów­ne­go, jego pi­smo zdra­dza­ło elo­kwen­cję.

Wresz­cie wy­grze­ba­ła z ku­fra czy­stą ko­szu­lę i spoden­ki. O czym to świad­czy, że męż­czy­zna ma mniej ubrań niż ksią­żek? Ma­new­ru­jąc jego ule­głym cia­łem raz w jed­ną, raz w dru­gą stro­nę, uda­ło jej się zmie­nić pod nim prze­ście­ra­dło, a na­stęp­nie go ubrać.

Wie­dzia­ła, że na­zy­wa się Tho­mas Sto­ne, po­nie­waż ta­kie na­zwi­sko wid­nia­ło na­kre­ślo­ne na pierw­szej stro­nie pod­ręcz­ni­ka chi­rur­gii, któ­ry le­żał u wez­gło­wia. W książ­ce nie zna­la­zła wie­le na te­mat go­rącz­ki z wy­syp­ką, a w ogó­le nic o cho­ro­bie mor­skiej.

Owej nocy sio­stra Mary Jo­seph Pra­ise wie­lo­krot­nie po­ko­ny­wa­ła chy­lą­cy się na pra­wo i na lewo ko­ry­tarz, uwi­ja­jąc się po­mię­dzy jed­nym pa­cjen­tem a dru­gim. Miej­sce, w któ­rym po­kład wy­brzu­szył się, przy­po­mi­na­ło spo­wi­tą ca­łu­nem po­stać, więc za każ­dym ra­zem od­wra­ca­ła od nie­go wzrok. Raz uj­rza­ła przed sobą czar­ną górę - wzno­szą­cą się, wy­so­ką na kil­ka pię­ter falę - i po­my­śla­ła, że za chwi­lę "Ca­lan­gu­te" wpad­nie w jej od­mę­ty. Tony wody prze­la­ły się przez dziób, a ha­łas, jaki przy tym po­wstał, na­pę­dził jej wię­cej stra­chu niż sam wi­dok zbli­ża­ją­cej się fali.

W środ­ku tar­ga­ne­go sztor­mem oce­anu, pół­przy­tom­na z bra­ku snu, sta­nąw­szy twa­rzą w twarz z kry­zy­so­wą sy­tu­acją, po­czu­ła, że jej świat uległ uprosz­cze­niu i po­dzie­lił się na tych, któ­rych zmo­gła go­rącz­ka, na tych, któ­rzy cier­pie­li z po­wo­du cho­ro­by mor­skiej, oraz po­zo­sta­łych. Moż­li­we, że po­dział ten był bez zna­cze­nia, sko­ro lada mo­ment i tak mie­li za­to­nąć.

Ock­nę­ła się z transu przy boku An­ja­li. Uła­mek se­kun­dy póź­niej znów była przy­tom­na, ale tym ra­zem czu­wa­ła przy An­gli­ku, za­snąw­szy, klę­cząc przy jego łóż­ku; po­ło­ży­ła gło­wę na jego pier­si, a jego ręka obej­mo­wa­ła jej ra­mio­na. Za­nim zdą­ży­ła zdać so­bie z tego spra­wę, zno­wu od­pły­nę­ła, by obu­dzić się o brza­sku na brze­gu koi u boku Tho­ma­sa Sto­ne'a. Po­gna­ła ile sił w no­gach do An­ja­li po to, by prze­ko­nać się, że jej stan jesz­cze się po­gor­szył. Nie od­dy­cha­ła nor­mal­nie, a ra­czej szyb­ko, ale płyt­ko wzdy­cha­ła. Na jej skó­rze po­ja­wi­ły się duże, zle­wa­ją­ce się fio­le­to­we pasy.

Za­tro­ska­ne twa­rze za­ło­gi, któ­ra nie zmru­ży­ła oka, jak rów­nież to, że je­den z jej człon­ków ukląkł przed nią, mó­wiąc: "Sio­stro, od­puść mi grze­chy!", upew­ni­ły ją w prze­ko­na­niu, że sta­tek nadal jest w nie­bez­pie­czeń­stwie. Za­ło­ga igno­ro­wa­ła jej apel o po­moc.

Zroz­pa­czo­na, sfru­stro­wa­na sio­stra Mary Jo­seph Pra­ise wy­cią­gnę­ła z mesy ha­mak, bo­wiem w tym dziw­nym sta­nie po­mię­dzy prze­bu­dze­niem a snem mia­ła wi­zję. Roz­pię­ła go w ka­ju­cie mię­dzy bu­la­jem a drąż­kiem koi.

Dok­tor Sto­ne sta­no­wił cię­żar po­nad jej siły i tyl­ko dzię­ki wsta­wien­nic­twu św. Ka­ta­rzy­ny zdo­ła­ła zwlec go z łóż­ka na pod­ło­gę, a po­tem, cen­ty­metr po cen­ty­me­trze, wcią­gnąć na ha­mak, któ­ry, po­zo­sta­jąc w zgo­dzie z gra­wi­ta­cją, a nie z prze­chy­ła­mi stat­ku, cały czas utrzy­my­wał po­zy­cję po­zio­mą. Uklę­kła i mo­dli­ła się z ca­łe­go ser­ca do Je­zu­sa, koń­cząc Ma­gni­fi­cat, któ­re­go nie dane jej było od­śpie­wać w ca­ło­ści owej nocy, gdy po­kład się wy­brzu­szył.

Jako pierw­sza za­ró­żo­wi­ła się szy­ja Sto­ne'a, po­tem jego po­licz­ki. Sio­stra Mary Jo­seph Pra­ise po­da­ła mu kil­ka ły­że­czek wody. Go­dzi­nę póź­niej utrzy­mał w żo­łąd­ku na­wet bu­lion. Otwo­rzył oczy, oswa­ja­jąc się ze świa­tłem i śle­dząc każ­dy jej ruch. Gdy na­bra­ła ko­lej­ną łyż­kę, jego sil­ne pal­ce zła­pa­ły ją za nad­gar­stek i skie­ro­wa­ły je­dze­nie do ust. Przy­po­mnia­ła so­bie wers, któ­ry przed chwi­lą za­śpie­wa­ła: "Głod­nych syci do­bra­mi, a bo­ga­czy od­pra­wia z ni­czym"5.

Bóg wy­słu­chał jej mo­dlitw.

Bla­dy, z tru­dem trzy­ma­ją­cy się na no­gach dok­tor Tho­mas Sto­ne udał się w to­wa­rzy­stwie sio­stry Mary Jo­seph Pra­ise do jej ka­ju­ty, gdzie le­ża­ła sio­stra An­ja­li. Wi­dząc ma­ja­czą­cą z sze­ro­ko otwar­ty­mi ocza­mi mnisz­kę, gło­śno na­brał po­wie­trza. Mia­ła ścią­gnię­te, str­wo­żo­ne ob­li­cze i nos ostry jak pió­ro, noz­drza roz­sze­rza­ły się przy każ­dym od­de­chu. Nie spa­ła, a jed­nak zda­wa­ła się kom­plet­nie nie­świa­do­ma od­wie­dzin.

Przy­klęk­nął obok niej, lecz szkli­sty wzrok An­ja­li prze­szedł przez nie­go, jak­by go tam nie było. Sio­stra Mary Jo­seph Pra­ise przy­glą­da­ła się, jak fa­cho­wym ru­chem le­karz roz­chy­la po­wie­ki An­ja­li, chcąc zba­dać spo­jów­kę, i jak ma­cha jej przed ocza­mi la­tar­ką, spraw­dza­jąc re­ak­cję źre­nic. Jego ru­chy były gład­kie i płyn­ne. Przy­giął gło­wę An­ja­li ku pier­si, ba­da­jąc, czy nie wy­stą­pi­ła sztyw­ność kar­ku, po­ma­cał wę­zły chłon­ne, po­ru­szył jej koń­czy­na­mi, a na­stęp­nie spraw­dził od­ruch ko­la­no­wy, opu­ku­jąc wię­za­dło rzep­ki za­gię­tym pal­cem - w za­stęp­stwie młot­ka neu­ro­lo­gicz­ne­go. Po skrę­po­wa­niu, któ­re sio­stra Mary Jo­seph Pra­ise wy­czu­ła w nim jako pa­sa­że­rze, a po­tem pa­cjen­cie, nie było śla­du.

Na­stęp­nie dok­tor Sto­ne zdjął sio­strze An­ja­li ubra­nie i bez­na­mięt­nie obej­rzał ple­cy, uda i po­ślad­ki pa­cjent­ki. Dłu­gie, smu­kłe pal­ce, któ­re w tej chwi­li prze­śli­zgi­wa­ły się po brzu­chu An­ja­li, ba­da­jąc jej wą­tro­bę i śle­dzio­nę, wy­da­wa­ły się stwo­rzo­ne do tego celu - sio­stra Mary Jo­seph Pra­ise nie po­tra­fi­ła so­bie wy­obra­zić, by mo­gły ro­bić co­kol­wiek in­ne­go. Nie ma­jąc na po­do­rę­dziu ste­to­sko­pu, dok­tor przy­ło­żył ucho do ser­ca sio­stry An­ja­li, a póź­niej do jej brzu­cha. Na­stęp­nie prze­wró­cił ją na bok i przy­ło­żył ucho do że­ber, wsłu­chu­jąc się w pra­cę płuc. Zro­bił w my­ślach bi­lans i mruk­nął:

- Po pra­wej stro­nie słab­szy od­dech... śli­nian­ki przy­usz­ne po­więk­szo­ne... ma guz­ki. Dla­cze­go? Tęt­no sła­be i przy­spie­szo­ne...

- Puls zwol­nił, kie­dy wy­stą­pi­ła go­rącz­ka - wy­ja­śni­ła sio­stra Mary Jo­seph Pra­ise.

- Tak, sio­stra wspo­mi­na­ła - uciął. - Ile? - Nie pod­niósł gło­wy.

- Czter­dzie­ści pięć do pięć­dzie­się­ciu, dok­to­rze.

Czu­ła, że zdą­żył za­po­mnieć o wła­snej cho­ro­bie, a na­wet że w ogó­le znaj­du­je się na stat­ku. Stał się jed­no­ścią z cia­łem sio­stry An­ja­li, zna­lazł się na swo­im te­ry­to­rium i prze­cze­sy­wał je, szu­ka­jąc w cho­rej ukry­te­go wro­ga. Sio­stra Mary Jo­seph Pra­ise ob­da­rzy­ła go tak wiel­kim za­ufa­niem, że zu­peł­nie za­po­mnia­ła o stra­chu o ży­cie An­ja­li. Gdy klę­cza­ła u jego boku, prze­peł­nia­ła ją eu­fo­ria, jak gdy­by w tej oto chwi­li osią­gnę­ła doj­rza­łość jako pie­lę­gniar­ka, po­nie­waż po raz pierw­szy spo­tka­ła ta­kie­go le­ka­rza jak on. Ugry­zła się w ję­zyk, bo prze­moż­nie pra­gnę­ła wy­znać mu to wszyst­ko - i jesz­cze wię­cej.

Coma vi­gil - oznaj­mił, a sio­stra Mary Jo­seph Pra­ise za­ło­ży­ła, że ją po­ucza. - Wi­dzi sio­stra, jak jej oczy błą­dzą? Jak gdy­by cze­ka­ła na coś. Nie­chyb­ny znak. I pro­szę spoj­rzeć, jak sku­bie prze­ście­ra­dło, to się na­zy­wa kar­fo­lo­gia, a te le­d­wo wi­docz­ne skur­cze mię­śni to nic in­ne­go jak sub­sul­tus ten­di­num. To jest stan du­ro­wy. Moż­na go za­ob­ser­wo­wać jako póź­ne sta­dium wie­lu ro­dza­jów za­tru­cia krwi, nie tyl­ko ty­fu­su... Ale uprze­dzam - spoj­rzał na nią z de­li­kat­nym uśmiesz­kiem, któ­ry prze­czył temu, co po­wie­dział po­tem - je­stem chi­rur­giem, a nie le­ka­rzem ogól­nym. Cóż ja mogę wie­dzieć o me­dy­cy­nie? Wiem tyl­ko tyle, że chi­rurg nie ma tu nic do ro­bo­ty.

Jego obec­ność pod­nio­sła sio­strę Mary Jo­seph Pra­ise na du­chu, a na­wet uspo­ko­iła wzbu­rzo­ne mo­rze. Za ich ple­ca­mi uka­za­ło się ukry­te do tej pory słoń­ce. Pi­jac­ka ra­dość za­ło­gi świad­czy­ła o tym, jak nie­bez­piecz­ne były ostat­nie go­dzi­ny.

Choć sio­stra Mary Jo­seph Pra­ise nie chcia­ła dać wia­ry jego sło­wom, rze­czy­wi­ście nie­wie­le mógł zro­bić dla sio­stry An­ja­li - zresz­tą na­wet gdy­by chciał, nie miał czym tego zro­bić. Je­dy­ną za­war­to­ścią ap­tecz­ki w kam­bu­zie był bo­wiem za­su­szo­ny ka­ra­luch, bo całą resz­tę je­den z człon­ków za­ło­gi za­sta­wił w ja­kimś por­cie. Zaś ap­tecz­ka w ka­ju­cie ka­pi­ta­na, któ­ra słu­ży­ła mu za fo­tel, mu­sia­ła chy­ba po­cho­dzić jesz­cze ze śre­dnio­wie­cza. No­życz­ki, nóż i klesz­cze były je­dy­ny­mi na­da­ją­cy­mi się do użyt­ku przed­mio­ta­mi ukry­ty­mi w tej ozdob­nej skrzy­ni. Cóż mógł chi­rurg po­kro­ju Sto­ne'a zro­bić z go­rą­cy­mi okła­da­mi i po­jem­nicz­ka­mi za­wie­ra­ją­cy­mi pio­łun, ma­cie­rzan­kę i szał­wię? Sto­ne ro­ze­śmiał się, zo­ba­czyw­szy ety­kiet­kę z na­pi­sem oleum phi­lo­so­pho­rum (wte­dy po raz pierw­szy sio­stra Mary Jo­seph Pra­ise usły­sza­ła ten dźwięk, ra­do­sny, mimo iż kry­ła się w nim nie­po­ko­ją­ca nuta).

- Pro­szę po­słu­chać - po­wie­dział i za­czął czy­tać: - "Za­wie­ra ka­wał­ki por­ce­la­ny i ce­gły na prze­wle­kłe za­par­cia"!

Chwy­cił skrzy­nię i wy­rzu­cił ją za bur­tę, wy­jąw­szy z niej uprzed­nio tępe na­rzę­dzia i bursz­ty­no­wą bu­te­lecz­kę lau­da­num opia­tum pa­ra­cel­si. Łyż­ka tego sta­re­go spe­cy­fi­ku po­da­na sio­strze An­ja­li wy­da­wa­ła się ła­go­dzić jej strasz­li­wy głód po­wie­trza lub też "odłą­czy­ła płu­ca od mó­zgu", jak wy­ja­śnił Tho­mas Sto­ne.

Do ka­bi­ny wkro­czył ka­pi­tan, za­spa­ny, apo­plek­tycz­ny, któ­ry mó­wiąc, pluł śli­ną i bran­dy.

- Jak pan śmie dys­po­no­wać wy­po­sa­że­niem stat­ku? - za­grzmiał.

Sto­ne ze­rwał się na nogi, a sio­strze Mary Jo­seph Pra­ise przy­szło na myśl, że wy­glą­da jak uczniak szy­ku­ją­cy się do bój­ki. Sto­ne wbił w ka­pi­ta­na spoj­rze­nie, któ­re spra­wi­ło, że ma­ry­narz prze­łknął śli­nę i zro­bił krok do tyłu.

- Wy­rzu­ce­nie tej skrzy­ni za bur­tę wyj­dzie ludz­ko­ści na do­bre. Go­rzej dla ryb. Jesz­cze jed­no sło­wo, a zło­żę na pana do­nie­sie­nie, że wziął pan na po­kład pa­sa­że­rów, nie za­pew­niw­szy im pod­sta­wo­wych le­ków.

- Stoi!

- Bę­dziesz pan ją miał na su­mie­niu - po­wie­dział Sto­ne, wska­zu­jąc na An­ja­li.

Twarz ka­pi­ta­na stra­ci­ła sro­gi wy­raz, brwi, po­wie­ki, nos i war­gi opa­dły.

Tho­mas Sto­ne prze­jął do­wo­dze­nie, roz­biw­szy obóz przy koi An­ja­li. Wy­cho­dził, by prze­mie­rzać po­kład i ba­dać wszyst­kich pły­ną­cych na stat­ku, bez wzglę­du na to, czy go­dzi­li się na kon­sul­ta­cję, czy nie. Po­dzie­lił za­ło­gę i pa­sa­że­rów na tych z go­rącz­ką i zdro­wych. Ro­bił przy tym ob­szer­ne no­tat­ki; na­szki­co­wał plan ka­jut "Ca­lan­gu­te", sta­wia­jąc X wszę­dzie tam, gdzie za­no­to­wał przy­pa­dek go­rącz­ki. Uparł się, by od­ka­zić dy­mem wszyst­kie ka­bi­ny. Spo­sób, w jaki Sto­ne roz­ka­zy­wał zdro­wej czę­ści za­ło­gi i pa­sa­że­rów, do­pro­wa­dzał ob­ra­żo­ne­go ka­pi­ta­na do szew­skiej pa­sji, ale na­wet je­śli dok­tor to za­uwa­żył, zu­peł­nie się nie prze­jął. Przez na­stęp­ne dwa­dzie­ścia czte­ry go­dzi­ny wła­ści­wie nie spał, re­gu­lar­nie za­glą­da­jąc do sio­stry An­ja­li, a w mię­dzy­cza­sie ba­da­jąc po­zo­sta­łych - i czu­wa­jąc. Prócz sio­stry An­ja­li w cięż­kim sta­nie było jesz­cze star­sze mał­żeń­stwo. Sio­stra Mary Jo­seph Pra­ise nie od­stę­po­wa­ła Sto­ne'a na krok.

Dwa ty­go­dnie po tym, jak wy­ru­szył z Ko­czi­nu, sta­tek z tru­dem do­tarł do por­tu w Ade­nie. Ka­pi­tan Grek roz­ka­zał ma­ry­na­rzo­wi, z po­cho­dze­nia Ma­da­ga­skar­czy­ko­wi, wcią­gnąć por­tu­gal­ską ban­de­rę, pod jaką łaj­ba zo­sta­ła za­re­je­stro­wa­na, lecz z po­wo­du pa­nu­ją­cej na po­kła­dzie go­rącz­ki "Ca­lan­gu­te" miał zo­stać pod­da­ny kwa­ran­tan­nie nie­za­leż­nie od tego, czy na masz­cie po­wie­wa fla­ga por­tu­gal­ska, czy ja­ka­kol­wiek inna. Ko­twi­cę rzu­co­no da­le­ko od por­tu, skąd za­ło­ga i pa­sa­że­ro­wie ni­czym trę­do­wa­ci wy­gnań­cy mo­gli je­dy­nie spo­glą­dać na mia­sto. Sto­ne za­po­wie­dział szkoc­kie­mu ka­pi­ta­no­wi por­tu, któ­ry oso­bi­ście po­fa­ty­go­wał się na sta­tek, że je­śli nie do­star­czy tor­by z na­rzę­dzia­mi le­kar­ski­mi, bu­te­lek z mle­cza­nem Rin­ge­ra do po­da­nia do­żyl­nie, jak rów­nież sul­fa­mi­dów, to on, Tho­mas Sto­ne, obar­czy go od­po­wie­dzial­no­ścią za śmierć wszyst­kich prze­by­wa­ją­cych na po­kła­dzie oby­wa­te­li Wspól­no­ty Bry­tyj­skiej. Sio­stra Mary Jo­seph Pra­ise jed­no­cze­śnie po­dzi­wia­ła jego szcze­rość i otwar­tość w wy­ra­ża­niu po­glą­dów, jak i czu­ła, że prze­ma­wia w jej imie­niu. Mia­ła wra­że­nie, jak­by Sto­ne za­stą­pił sio­strę An­ja­li w roli jej je­dy­ne­go przy­ja­cie­la i sprzy­mie­rzeń­ca pod­czas tej nie­for­tun­nej po­dró­ży.

Kie­dy przy­wie­zio­no za­opa­trze­nie, Sto­ne pierw­sze kro­ki skie­ro­wał do ka­ju­ty sio­stry An­ja­li. Do­ko­naw­szy po­bież­ne­go od­ka­że­nia skó­ry, jed­nym cię­ciem skal­pe­la od­sło­nił żyłę od­pisz­cze­lo­wą bie­gną­cą przez jej kost­kę. Wbił igłę w za­pad­nię­te na­czy­nie, któ­re po­win­no mieć śred­ni­cę cien­kie­go ołów­ka. Za­bez­pie­czył igłę, wią­żąc wę­zeł za wę­złem tak spraw­nie, że trud­no było do­strzec ru­chy jego pal­ców. Po­mi­mo kro­plów­ki z mle­cza­nu Rin­ge­ra i sul­fa­mi­dów An­ja­li nie od­da­ła na­wet kro­pli mo­czu ani też nie oka­za­ła in­ne­go, choć­by naj­mniej­sze­go zna­ku ży­cia. Póź­niej, tego sa­me­go dnia wie­czo­rem, umar­ła w osta­tecz­nym śmier­tel­nym pa­rok­sy­zmie. Po­zo­sta­ła dwój­ka - star­sza ko­bie­ta i jej mąż - rów­nież nie prze­ży­li; zmar­li w od­stę­pie kil­ku go­dzin. Dla sio­stry Mary Jo­seph Pra­ise te okrut­ne śmier­ci były za­sko­cze­niem. Za­śle­pi­ła ją eu­fo­ria, któ­rą po­czu­ła, gdy Tho­mas Sto­ne wstał z koi i zba­dał sio­strę An­ja­li. Nie mo­gła opa­no­wać dresz­czy.

O zmierz­chu sio­stra Mary Jo­seph Pra­ise i Tho­mas Sto­ne, bez po­mo­cy prze­sąd­nej za­ło­gi, któ­ra nie chcia­ła na­wet spoj­rzeć w stro­nę tru­pów, po­zby­li się za­wi­nię­tych w ca­łun ciał, wy­py­cha­jąc je za bur­tę.

Sio­stra Mary Jo­seph Pra­ise była nie­po­cie­szo­na, gdy wraz z od­gło­sem wpa­da­ją­ce­go do wody cia­ła przy­ja­ciół­ki ru­nął mur od­wa­gi, jaki wo­kół sie­bie wznio­sła. Obok niej stał nie­pew­ny Sto­ne. Jego twarz po­ciem­nia­ła ze zło­ści i wsty­du, po­nie­waż nie po­tra­fił oca­lić sio­stry An­ja­li.

- Jak­że jej za­zdrosz­czę - po­wie­dzia­ła w koń­cu sio­stra Mary Jo­seph Pra­ise przez łzy. Zmę­cze­nie i brak snu pchnę­ły ją do szcze­ro­ści. - Ode­szła do Pana. Z pew­no­ścią jest te­raz w lep­szym świe­cie niż ten nasz.

Sto­ne zdu­sił w so­bie śmiech. Dla nie­go tego ro­dza­ju sen­ty­men­ta­lizm zwia­sto­wał zbli­ża­ją­ce się nie­uchron­nie sza­leń­stwo. Ujął sio­strę Mary Jo­seph Pra­ise pod ra­mię i za­pro­wa­dził do swo­jej ka­ju­ty, uło­żył ją na koi i ka­zał od­po­czy­wać - za­le­ce­nie le­ka­rza. Sam zaś usiadł na ha­ma­ku i ob­ser­wo­wał, jak spły­wa na nią je­dy­ne bło­go­sła­wień­stwo ży­cia: sen. Po­tem po­biegł zba­dać po­zo­sta­łych pa­sa­że­rów i człon­ków za­ło­gi. Dok­tor Tho­mas Sto­ne, chi­rurg, nie po­trze­bo­wał snu.

Dwa dni póź­niej, gdy oka­za­ło się, że nie ma no­wych przy­pad­ków go­rącz­ki, "Ca­lan­gu­te" wresz­cie za­wi­nął do por­tu, a pa­sa­że­rom i za­ło­dze po­zwo­lo­no zejść na ląd. Za­nim opu­ści­li po­kład, Tho­mas Sto­ne po­sta­no­wił zo­ba­czyć się z sio­strą Mary Jo­seph Pra­ise. Zna­lazł ją w ka­bi­nie, któ­rą od po­cząt­ku po­dró­ży dzie­li­ła z sio­strą An­ja­li. Mia­ła za­czer­wie­nio­ne oczy. Jej po­licz­ki i ró­ża­niec, któ­ry ści­ska­ła w dło­ni, były mo­kre. Tho­mas Sto­ne za­uwa­żył coś, co przed­tem umknę­ło jego uwa­dze - że za­kon­ni­ca jest ko­bie­tą wy­jąt­ko­wej uro­dy, a jej wiel­kie smut­ne oczy wy­ra­ża­ją wię­cej, niż mają pra­wo wy­ra­żać oczy na­le­żą­ce do oso­by du­chow­nej. Po­czuł go­rą­co na twa­rzy i nie mógł wy­krztu­sić sło­wa. Prze­niósł wzrok na sto­ją­cy na pod­ło­dze ba­gaż. Kie­dy w koń­cu się ode­zwał, po­wie­dział tyl­ko:

- Dur pla­mi­sty.

Wcze­śniej zdą­żył zaj­rzeć do swo­ich ksią­żek i do­brze to so­bie prze­my­śleć. Wi­dząc jej kon­ster­na­cję, rzu­cił:

- Nie­wąt­pli­wie dur.

Ocze­ki­wał, że to sło­wo, ta dia­gno­za spra­wi, iż mnisz­ka po­czu­je się le­piej, lecz za­miast tego do jej oczu na­pły­nę­ły ko­lej­ne łzy.

- Naj­praw­do­po­dob­niej ty­fus. Oczy­wi­ście ba­da­nie su­ro­wi­cy po­twier­dzi­ło­by... - bąk­nął.

Prze­stą­pił z nogi na nogę. Skrzy­żo­wał ręce, a po­tem je roz­ło­żył.

- Nie wiem, do­kąd sio­stra się uda­je, ale je­śli cho­dzi o mnie, to jadę do Ad­dis Abe­by... w Etio­pii - do­dał, jak gdy­by bar­dziej do sie­bie niż do niej. - Jadę do szpi­ta­la... w któ­rym przy­da­ła­by się po­moc sio­stry... gdy­by sio­stra ze­chcia­ła mi to­wa­rzy­szyć.

Spoj­rzał na nią i za­czer­wie­nił się po­now­nie, bo praw­da wy­glą­da­ła tak, że zu­peł­nie nic nie wie­dział na te­mat szpi­ta­la, do któ­re­go się uda­wał, ani czy w ogó­le przy­da­ła­by się w nim po­moc sio­stry, a poza tym czuł, że te wil­got­ne, ciem­ne oczy po­tra­fią czy­tać w jego my­ślach.

Lecz to nie sło­wa dok­to­ra, a jej wła­sne re­flek­sje spra­wi­ły, że sio­stra Mary Jo­seph Pra­ise mil­cza­ła. Przy­po­mnia­ła so­bie, jak mo­dli­ła się za nie­go i za An­ja­li, i że Bóg od­po­wie­dział na jed­ną tyl­ko z mo­dlitw. Sto­ne, po­wsta­ły z mar­twych ni­czym Ła­zarz, rzu­cił się na­tych­miast do dzia­ła­nia, usi­łu­jąc opa­no­wać cho­ro­bę. Prze­trzą­snął ka­bi­ny za­ło­gi, zgro­mił ka­pi­ta­na, gro­ził i siłą eg­ze­kwo­wał po­słu­szeń­stwo. Ro­bił za­tem złe rze­czy - w mnie­ma­niu sio­stry Mary Jo­seph Pra­ise - któ­rym przy­świe­ca­ła do­bra idea. Jego za­cię­tość była dla niej ob­ja­wie­niem. W uczel­nia­nym szpi­ta­lu w Ma­dra­sie, gdzie przy­swa­ja­ła so­bie taj­ni­ki za­wo­du pie­lę­gniar­ki, chi­rur­dzy ochot­ni­cy (w owym cza­sie prze­waż­nie An­gli­cy) prze­cha­dza­li się po ko­ry­ta­rzach po­god­ni i od­dzie­le­ni od pa­cjen­tów, a za nimi, jak ka­czę­ta za mat­ką, drep­ta­li asy­sten­ci w to­wa­rzy­stwie młod­szych i star­szych eta­to­wych chi­rur­gów szpi­ta­la (bez wy­jąt­ku Hin­du­si). Cza­sem mia­ła wra­że­nie, że do tego stop­nia sku­pia­li się na sa­mej cho­ro­bie, że pa­cjent wraz ze swym cier­pie­niem sta­no­wił w ich pra­cy kwe­stię naj­zu­peł­niej mar­gi­nal­ną. Tho­mas Sto­ne był inny.

Czu­ła, że jego za­pro­sze­nie, by to­wa­rzy­szyć mu w dro­dze do Etio­pii, było spon­ta­nicz­ne. Sło­wa po­pły­nę­ły z ust, za­nim zdą­żył się opa­mię­tać. Co te­raz po­cząć? Szla­chet­na Amma opo­wia­da­ła o bel­gij­skiej za­kon­ni­cy, któ­ra wy­szła z za­ko­nu i osia­dła w Je­me­nie, w Ade­nie, ale z po­wo­du sła­be­go zdro­wia jej po­byt tam był za­gro­żo­ny. Plan Szla­chet­nej Ammy za­kła­dał, że sio­stra An­ja­li i sio­stra Mary Jo­seph Pra­ise za­czną wła­śnie w tym miej­scu, na gó­rze kon­ty­nen­tu afry­kań­skie­go, i na­uczą się od bel­gij­skiej mnisz­ki wszyst­kie­go, co po­win­ny wie­dzieć na te­mat pra­cy w tym nie­go­ścin­nym kli­ma­cie. Póź­niej, wy­mie­niw­szy ko­re­spon­den­cję ze Szla­chet­ną Ammą, sio­stry mia­ły wy­ru­szyć na po­łu­dnie, lecz nie do Kon­ga (rzą­dzo­ne­go przez Fran­cu­zów i Bel­gów), nie do Ke­nii, Tan­ga­ni­ki, Ugan­dy ani Ni­ge­rii (wła­dzę nad tymi du­szycz­ka­mi spra­wo­wa­li an­gli­ka­nie, któ­rzy nie prze­pa­da­li za kon­ku­ren­cją), ale być może do Gha­ny lub Ka­me­ru­nu. Sio­stra Mary Jo­seph Pra­ise za­sta­na­wia­ła sie, co Szla­chet­na Amma po­wie­dzia­ła­by na Etio­pię.

Wi­zja Szla­chet­nej Ammy zda­wa­ła się te­raz sio­strze Mary Jo­seph Pra­ise mrzon­ką, za­stęp­czą ewan­ge­li­za­cją, tak źle zo­rien­to­wa­ną, że wsty­dzi­ła się w ogó­le o niej wspo­mi­nać w obec­no­ści Tho­ma­sa Sto­ne'a. Za­miast tego ode­zwa­ła się bez­rad­nym, ła­mią­cym się gło­sem:

- Mam przy­ka­za­ne zo­stać w Ade­nie, dok­to­rze. Ale dzię­ku­ję. Dzię­ku­ję za wszyst­ko, co pan zro­bił dla sio­stry An­ja­li. - Za­pro­te­sto­wał, że prze­cież wła­śnie nic dla niej nie zro­bił. - Zro­bił pan wię­cej, niż mógł zro­bić czło­wiek - rze­kła, uję­ła jego rękę w dło­nie i przy­trzy­ma­ła ją. Spoj­rza­ła mu w oczy. - Niech Bóg pana bło­go­sła­wi i pro­wa­dzi.

Sto­ne czuł w dło­ni ró­ża­niec ople­cio­ny wo­kół jej pal­ców, a tak­że mięk­kość jej skó­ry i wil­goć łez. Przy­wo­łał wspo­mnie­nie jej rąk my­ją­cych jego cia­ło, ubie­ra­ją­cych go, a na­wet pod­trzy­mu­ją­cych mu gło­wę, gdy wstrzą­sa­ły nim wy­mio­ty. Prze­cho­wy­wał w my­ślach ob­raz jej twa­rzy zwró­co­nej ku nie­bu, kie­dy śpie­wa­ła i mo­dli­ła się o jego wy­zdro­wie­nie. Po­czuł cie­pło spły­wa­ją­ce po kar­ku i już wie­dział, że ko­lor twa­rzy zdra­dził go po raz trze­ci. W jej oczach przy­cza­ił się ból, a z ust wy­do­był się okrzyk i do­pie­ro wte­dy Sto­ne zdał so­bie spra­wę, że ści­ska jej dłoń, wgnia­ta­jąc w nią ró­ża­niec. Na­tych­miast pu­ścił jej rękę. Otwo­rzył usta, ale się nie ode­zwał. Od­wró­cił się gwał­tow­nie i wy­szedł.

Sio­stra Mary Jo­seph Pra­ise nie była w sta­nie się ru­szyć. Wi­dzia­ła, że jej dłoń jest czer­wo­na, i czu­ła, jak pul­su­je. Ból był ni­czym po­da­rek, bło­go­sła­wień­stwo tak na­ma­cal­ne, tak fi­zycz­ne, że roz­prze­strze­ni­ło się po jej ra­mie­niu i się­gnę­ło klat­ki pier­sio­wej. Nie mo­gła znieść po­czu­cia, że wraz z odej­ściem dok­to­ra Sto­ne'a coś jak­by wy­rwa­ło się z ko­rze­nia­mi z jej pier­si. Chcia­ła się go ucze­pić, za­wo­łać, by jej nie opusz­czał. Są­dzi­ła, że słu­żąc Panu, żyje peł­nią ży­cia, a tym­cza­sem - te­raz wi­dzia­ła to wy­raź­nie - w jej ży­ciu ist­nia­ła pust­ka, któ­rej do tej pory so­bie nie uświa­da­mia­ła.

* * *

W chwi­li gdy sio­stra Mary Jo­seph Pra­ise ze­szła z po­kła­du "Ca­lan­gu­te" i po­sta­wi­ła sto­pę na je­meń­skiej zie­mi, na­tych­miast tego po­ża­ło­wa­ła. Ja­kim ab­sur­dem wy­da­ło jej się na­raz to, że przez te wszyst­kie dni, gdy pod­da­wa­no ich kwa­ran­tan­nie, usy­cha­ła z tę­sk­no­ty za sta­łym lą­dem. Aden, Aden, Aden - przed po­dró­żą nie wie­dzia­ła nic o tym mie­ście, a i te­raz nie było ono dla niej ni­czym wię­cej niż eg­zo­tycz­ną na­zwą. Ze słów ma­ry­na­rzy z "Ca­lan­gu­te" wy­wnio­sko­wa­ła, że nie spo­sób po­dró­żo­wać po świe­cie, nie za­wi­ja­jąc do por­tu w Ade­nie. Jego stra­te­gicz­ne po­ło­że­nie w prze­szło­ści do­brze przy­słu­ży­ło się Bry­tyj­czy­kom. Ist­nie­ją­ca dziś w mie­ście stre­fa wol­no­cło­wa spra­wia­ła, że war­to było tu za­wi­nąć, by wy­brać się na za­ku­py albo za­cią­gnąć do służ­by na no­wym stat­ku. Aden był po­noć wro­ta­mi do Afry­ki, a przez Afry­kę wio­dła dro­ga do Eu­ro­py. Sio­strze Mary Jo­seph Pra­ise Aden sko­ja­rzył się ra­czej z wro­ta­mi pie­kieł.

Mia­sto spra­wia­ło wra­że­nie za­ra­zem mar­twe­go i bę­dą­ce­go w nie­ustan­nym ru­chu, ni­czym fa­lu­ją­cy ko­bie­rzec czer­wi na gni­ją­cej pa­dli­nie. Z pra­żo­nej skwa­rem głów­nej uli­cy sio­stra Mary Jo­seph Pra­ise umknę­ła w wą­skie, za­cie­nio­ne za­uł­ki. Bu­dyn­ki wy­glą­da­ły jak wy­cio­sa­ne z wul­ka­nicz­nej ska­ły. Przez pły­ną­cą jak rze­ka ciż­bę pie­szych tu i ów­dzie prze­dzie­ra­ły się wóz­ki nie­praw­do­po­dob­nie wy­ła­do­wa­ne ba­na­na­mi, ce­gła­mi, me­lo­na­mi; je­den prze­wo­ził na­wet ła­du­nek w po­sta­ci dwóch trę­do­wa­tych. Przy­gar­bio­na star­sza ko­bie­ta z za­sło­nię­tą twa­rzą prze­szła obok, nio­sąc na gło­wie pie­cyk na wę­giel drzew­ny, w któ­rym tlił się żar. Nikt nie zwra­cał uwa­gi na ten nie­zwy­kły wi­dok, wszy­scy pa­trzy­li na brą­zo­wo­skó­rą za­kon­ni­cę kro­czą­cą w tłu­mie. Z od­sło­nię­tą twa­rzą czu­ła się naga.

Po go­dzi­nie, pod­czas któ­rej mia­ła wra­że­nie, że jej skó­ra na­pęcz­nia­ła jak cia­sto w pie­kar­ni­ku, i gdy py­ta­ni o dro­gę prze­chod­nie wska­zy­wa­li jej za każ­dym ra­zem inny kie­ru­nek, sio­stra Mary Jo­seph Pra­ise sta­nę­ła przed ma­leń­ki­mi drzwia­mi, któ­re za­my­ka­ły wą­ski za­ułek mię­dzy dwo­ma do­ma­mi. Na ka­mien­nej ścia­nie wid­niał za­rys nie­daw­no zdję­tej ta­blicz­ki. Zmó­wi­ła w du­chu mo­dli­twę, wzię­ła głę­bo­ki od­dech i za­pu­ka­ła. W od­po­wie­dzi usły­sza­ła za­chryp­nię­ty mę­ski głos mó­wią­cy coś, co wzię­ła za za­pro­sze­nie do środ­ka.

We­wnątrz uj­rza­ła pół­na­gie­go Ara­ba sie­dzą­ce­go na pod­ło­dze obok lśnią­cej, ko­ły­szą­cej się wagi. Do­ko­ła nie­go pię­trzy­ły się aż pod su­fit wiel­kie bele li­ści po­wią­za­nych w pęcz­ki.

Za­pach cie­plar­ni buch­nął jej w twarz, tak że za­czę­ła się du­sić. To było dla niej coś no­we­go, ów in­ten­syw­ny aro­mat cza­tu6 - coś jak świe­żo sko­szo­na tra­wa, ale z nie­co ostrzej­szą nutą.

Bro­da Ara­ba była czer­wo­na od hen­ny; w pierw­szej chwi­li po­my­śla­ła, że to krew. Miał oczy pod­kre­ślo­ne kre­ską jak ko­bie­ta i sio­strze Mary Jo­seph Pra­ise przy­po­mi­nał Sa­la­dy­na, któ­ry ode­brał Krzy­żow­com Zie­mię Świę­tą. Spoj­rzał naj­pierw na jej mło­dą twarz oko­lo­ną bia­łym czep­kiem, a po­tem prze­niósł wzrok na tor­bę po­dróż­ną, któ­rą ści­ska­ła w ręku. Prze­chy­lił się do tyłu i za­śmiał gru­biań­sko, po­ka­zu­jąc po­zła­ca­ne zęby. Za­milkł, gdy zo­ba­czył, że jesz­cze chwi­la, a mnisz­ka stra­ci rów­no­wa­gę. Po­sa­dził ją, po­dał wodę i her­ba­tę. Póź­niej, po­słu­gu­jąc się mie­szan­ką ge­stów i ku­la­we­go an­giel­skie­go, po­in­for­mo­wał ją, że bel­gij­ska za­kon­ni­ca, któ­ra tu miesz­ka­ła, zmar­ła nie­spo­dzie­wa­nie. Usły­szaw­szy to, sio­stra Mary Jo­seph Pra­ise za­czę­ła się trząść, opa­dły ją złe prze­czu­cia, wy­da­ło jej się, że sły­szy sze­lest stóp śmier­ci kro­czą­cej po li­ściach za­ście­ła­ją­cych pod­ło­gę cie­plar­ni. W swo­jej Bi­blii prze­cho­wy­wa­ła fo­to­gra­fię sio­stry Be­atri­ce i te­raz ocza­mi wy­obraź­ni uj­rza­ła, jak ob­li­cze za­kon­ni­cy zmie­nia się w po­śmiert­ną ma­skę, a po­tem sta­je się twa­rzą An­ja­li. Zmu­si­ła się, by spoj­rzeć Ara­bo­wi w oczy i wy­py­tać o szcze­gó­ły. Na co? Któż­by w Ade­nie py­tał "na co"? Jed­ne­go dnia czu­jesz się do­brze, masz spła­co­ne wszyst­kie dłu­gi, two­je żony są szczę­śli­we, niech Al­la­ho­wi będą dzię­ki, a na­stęp­ne­go dnia do­pa­da cię go­rącz­ka i je­śli two­ja skó­ra otwo­rzy się na żar, z któ­rym wal­czy­ła przez te wszyst­kie lata, umie­rasz. Na co? Nie­waż­ne na co. Na złą skó­rę! Na za­ra­zę! Na pe­cha, je­śli wo­lisz. Na szczę­ście, je­śli ci to bar­dziej od­po­wia­da.

Dom na­le­żał do nie­go. Kie­dy mó­wił, w jego ustach uka­zy­wa­ły się zie­lo­ne ło­dy­gi cza­tu. Bóg sta­rej mnisz­ki nie umiał jej oca­lić, stwier­dził, wzno­sząc oczy ku su­fi­to­wi i po­ka­zu­jąc pal­cem, jak gdy­by Stwór­ca nadal tam się cza­ił. Wzrok sio­stry Mary Jo­seph Pra­ise, za­nim się opa­mię­ta­ła, mi­mo­wol­nie po­wę­dro­wał za spoj­rze­niem Ara­ba. Tym­cza­sem jego męt­ne oczy sku­pi­ły się na jej twa­rzy, prze­su­nę­ły po jej ustach i spo­czę­ły na pier­siach.

Wiem tak wie­le o po­dró­ży mo­jej mat­ki, po­nie­waż opo­wie­dzia­ła o niej in­nym, ci zaś prze­ka­za­li tę hi­sto­rię mnie. Opo­wieść nie­spo­dzie­wa­nie ury­wa się w Ade­nie, w cie­plar­ni u Ara­ba.

Oczy­wi­ste jest, że we­szła na po­kład stat­ku peł­na wia­ry w to, iż sko­ro Bóg po­chwa­la jej mi­sję, za­opie­ku­je się swo­ją po­słan­nicz­ką i za­trosz­czy o nią. Ale w Ade­nie coś się wy­da­rzy­ło. Nikt do koń­ca nie wie, co się sta­ło sio­strze Mary Jo­seph Pra­ise, ale to wła­śnie tam zro­zu­mia­ła, że jej Bóg jest isto­tą mści­wą i su­ro­wą na­wet dla tych, któ­rzy po­kła­da­ją w nim wia­rę. W pur­pu­ro­wej, znie­kształ­co­nej ma­sce po­śmiert­nej sio­stry An­ja­li uka­zał się sam Dia­beł - Bóg na to ze­zwo­lił. Uzna­ła Aden za złe mia­sto, w któ­rym Bóg wy­ko­rzy­stał Sza­ta­na, by ten po­ka­zał jej, jak kru­chą i nie­kom­plet­ną kon­struk­cją jest świat, jak de­li­kat­na jest rów­no­wa­ga mię­dzy do­brem a złem i jak na­iw­na ona była w swej wie­rze. Oj­ciec sio­stry Mary Jo­seph Pra­ise zwykł mó­wić: "Je­śli chcesz roz­śmie­szyć Boga, wy­jaw mu swo­je pla­ny". Zro­bi­ło jej się żal Szla­chet­nej Ammy, któ­rej ma­rze­nie o mi­sji nio­są­cej afry­kań­skie­mu kon­ty­nen­to­wi oświe­ce­nie oka­za­ło się mrzon­ką kosz­tu­ją­cą ży­cie sio­stry An­ja­li.

Przez dłu­gie lata wie­dzia­łem je­dy­nie, że po pew­nym cza­sie - któ­ry rów­nie do­brze mógł być kil­ko­ma mie­sią­ca­mi, jak i ca­łym ro­kiem - moja mat­ka, dzie­więt­na­sto­let­nia za­kon­ni­ca, ja­kimś spo­so­bem wy­do­sta­ła się z Je­me­nu, po­ko­na­ła Za­to­kę Adeń­ską, a na­stęp­nie po­dró­żo­wa­ła lą­dem, do­cie­ra­jąc być może do oto­czo­ne­go mu­ra­mi sta­ro­żyt­ne­go mia­sta Ha­rer w Etio­pii albo do Dżi­bu­ti, skąd po­cią­giem wje­cha­ła do Etio­pii przez Dire Dauę i po­tem pro­sto do Ad­dis Abe­by.

Hi­sto­ria sta­je się peł­niej­sza od mo­men­tu, gdy mat­ka do­tar­ła do szpi­ta­la Mis­sing. Trzy­krot­nie za­pu­ka­ła do drzwi biu­ra sio­stry prze­ło­żo­nej.

- Pro­szę - po­wie­dzia­ła Ma­tro­na, tym jed­nym sło­wem zmie­nia­jąc przy­szłość szpi­ta­la w spo­sób, ja­kie­go nikt nie mógł prze­wi­dzieć.

Mia­ło to miej­sce na po­cząt­ku ma­łej pory desz­czo­wej, gdy Ad­dis Abe­ba ka­pi­tu­lo­wa­ła przed otę­pia­ją­cą wil­go­cią; gdy go­dzi­na za go­dzi­ną, dzień za dniem sły­sza­ło się szmer wody i wi­dzia­ło po­to­ki desz­czu, moż­na było do­znać oma­mów wzro­ko­wych i słu­cho­wych. Ma­tro­na za­sta­na­wia­ła się, czy da­ło­by się tym wy­tłu­ma­czyć wi­zję pięk­nej, brą­zo­wo­skó­rej za­kon­ni­cy le­d­wo trzy­ma­ją­cej się na no­gach, któ­ra sta­ła w otwar­tych drzwiach biu­ra.

Utkwio­ne w sio­strze prze­ło­żo­nej nie­ru­cho­me spoj­rze­nie głę­bo­kich brą­zo­wych oczu po­dzia­ła­ło na nią jak do­tknię­cie po­licz­ka cie­płą dło­nią. "Nie­zna­jo­ma mia­ła roz­sze­rzo­ne źre­ni­ce, jak gdy­by - po­my­śla­ła póź­niej Ma­tro­na - prze­ra­że­nie to­wa­rzy­szą­ce jej pod­czas po­dró­ży nadal trwa­ło". Dol­ną war­gę mia­ła tak spuch­nię­tą, że gdy­by ją do­tknąć, pę­kła­by jak bań­ka. Za­pię­ty pod szy­ją cze­pek za­my­kał ob­li­cze w zgrab­nym owa­lu, lecz żad­na tka­ni­na nie była w sta­nie ukryć żar­li­we­go za­pa­łu wy­zie­ra­ją­ce­go z jej twa­rzy ani też bólu i za­gu­bie­nia. Sza­ro­brą­zo­wy ha­bit mu­siał być kie­dyś bia­ły. Po­wiódł­szy wzro­kiem w dół syl­wet­ki za­kon­ni­cy, Ma­tro­na zo­ba­czy­ła w miej­scu, w któ­rym nogi łą­czą się z tu­ło­wiem, świe­żą pla­mę krwi.

Zja­wa była nie­mi­ło­sier­nie wy­chu­dzo­na, chwia­ła się na no­gach, ale jed­no­cze­śnie spra­wia­ła wra­że­nie nie­ugię­tej. Cud, że po­tra­fi­ła wy­do­być z sie­bie głos. Ode­zwa­ła się zmę­czo­nym, peł­nym smut­ku to­nem:

- Pra­gnę po­znać ta­jem­ni­cę i słu­chać gło­su Boga, któ­ry prze­ma­wia do wspól­no­ty i po­przez nią. Pro­szę o mo­dli­twę, bym mo­gła spę­dzić resz­tę mo­ich dni w Jego eu­cha­ry­stycz­nej obec­no­ści i przy­go­to­wać mą du­szę na dzień, gdy ob­lu­bie­ni­ca i Pan Mło­dy sta­ną się jed­no­ścią.

Ma­tro­na roz­po­zna­ła li­ta­nię po­stu­lant­ki wstę­pu­ją­cej do za­ko­nu, sło­wa, któ­re sama wy­po­wie­dzia­ła przed laty. Od­po­wie­dzia­ła au­to­ma­tycz­nie, jak nie­gdyś jej mat­ka prze­ło­żo­na:

- Wejdź ku ra­do­ści Pań­skiej.

Do­pie­ro gdy nie­zna­jo­ma osu­nę­ła się po fra­mu­dze drzwi, Ma­tro­na ock­nę­ła się i pod­bie­gła, by wes­przeć ją ra­mie­niem. Głód? Wy­czer­pa­nie? Krwa­wie­nie men­stru­acyj­ne? Cóż to mo­gło być? Sio­stra Mary Jo­seph Pra­ise w ra­mio­nach Ma­tro­ny wa­ży­ła tyle co nic. Mnisz­ki za­nio­sły obcą za­kon­ni­cę do łóż­ka. Pod jej ha­bi­tem od­kry­ły de­li­kat­ną klat­kę pier­sio­wą, ni­czym wy­ple­cio­ną z wi­kli­ny, i za­pad­nię­ty brzuch. Dziew­czy­na! Nie ko­bie­ta. Tak, dziew­czy­na, któ­ra bar­dzo nie­daw­no po­że­gna­ła się z dzie­ciń­stwem. Dziew­czy­na z wło­sa­mi, któ­re nie były ob­cię­te na krót­ko jak u więk­szo­ści za­kon­nic, lecz wiły się dłu­gie i gę­ste. Dziew­czy­na z (jak­że mo­gły tego nie za­uwa­żyć?) nad wiek roz­wi­nię­ty­mi pier­sia­mi.

Ma­tro­na, w któ­rej ode­zwał się in­stynkt ma­cie­rzyń­ski, po­sta­no­wi­ła czu­wać przy dziew­czy­nie. Była przy niej, gdy mło­da mnisz­ka obu­dzi­ła się w środ­ku nocy prze­ra­żo­na, w ma­li­gnie, i przy­war­ła do Ma­tro­ny, gdy tyl­ko prze­ko­na­ła się, że jest w bez­piecz­nym miej­scu.

- Dziec­ko, dziec­ko, cóż to się to­bie sta­ło? Już do­brze. Już je­steś bez­piecz­na - uspo­ka­ja­ła ją Ma­tro­na ła­god­ny­mi sło­wa­mi, lecz do­pie­ro po ty­go­dniu mło­da za­kon­ni­ca mo­gła za­snąć sama, a mu­sia­ło mi­nąć ko­lej­ne sie­dem dni, za­nim jej twarz na po­wrót na­bra­ła ko­lo­rów.

Gdy prze­szła mała pora desz­czo­wa i słoń­ce zwró­ci­ło swe ob­li­cze ku mia­stu, chcąc jak­by uca­ło­wać je i wy­na­gro­dzić desz­czo­wy czas, mó­wiąc, że prze­cież nadal jest jego ulu­bio­nym mia­stem, dla któ­re­go za­re­zer­wo­wa­ło naj­pięk­niej­sze bez­chmur­ne dni, Ma­tro­na wy­pro­wa­dzi­ła sio­strę Mary Jo­seph Pra­ise na dwór. Pra­gnę­ła przed­sta­wić ją miesz­kań­com Mis­sing. We­szły na salę ope­ra­cyj­ną nu­mer trzy i za­sko­czo­na sio­stra prze­ło­żo­na zo­ba­czy­ła, jak na wi­dok sio­stry Mary Jo­seph Pra­ise po­waż­ny i su­ro­wy wy­raz twa­rzy no­we­go chi­rur­ga Tho­ma­sa Sto­ne'a prze­obra­ża się w coś na po­do­bień­stwo szczę­ścia. Za­ru­mie­nił się, ścis-ka­jąc jej dłoń tak, że aż łzy na­pły­nę­ły mło­dej mnisz­ce do oczu.

Moja mat­ka mu­sia­ła wów­czas wie­dzieć, że zo­sta­nie w Ad­dis Abe­bie już na za­wsze, że po­zo­sta­nie w szpi­ta­lu Mis­sing u boku tego chi­rur­ga. Pra­co­wać dla nie­go, dla jego pa­cjen­tów, stać się jego asy­stent­ką - oto jej am­bi­cja po­zba­wio­na py­chy, am­bi­cja, któ­rej, je­śli Bóg po­zwo­li, zdo­ła spro­stać. Na­wet nie bra­ła pod uwa­gę prze­pra­wy z po­wro­tem przez Aden do In­dii.

Przez sie­dem lat, ja­kie moja mat­ka prze­ży­ła i prze­pra­co­wa­ła w szpi­ta­lu Mis­sing, bar­dzo rzad­ko wspo­mi­na­ła o swo­jej po­dró­ży mor­skiej i nig­dy nie za­jąk­nę­ła się o cza­sie spę­dzo­nym w Ade­nie.

- Za­wsze kie­dy po­ru­sza­łam te­mat Ade­nu - po­wie­dzia­ła mi Ma­tro-na - two­ja mat­ka oglą­da­ła się za sie­bie, jak gdy­by Aden lub to, co w nim zo­sta­wi­ła, cza­iło się za jej ple­ca­mi. Prze­ra­że­nie na jej twa­rzy spra­wia­ło, że prze­cho­dzi­ła mi chęć, by drą­żyć te­mat. Ale po­wiem ci, że się ba­łam. Po­wie­dzia­ła je­dy­nie: "By­łam tam z woli Boga, Ma­tro­no. Jego po­wo­dy są dla nas nie­od­gad­nio­ne". Zwróć uwa­gę, że od­po­wiedź nie była po­zba­wio­na sza­cun­ku. Ona wie­rzy­ła, że jej za­da­niem było uczy­nić ze swe­go ży­cia coś pięk­ne­go dla Boga. To On przy­wiódł ją do Mis­sing.

Ta ogrom­na luka w ży­cio­ry­sie, zwłasz­cza oso­by tak mło­dej, zwra­ca uwa­gę. Bio­graf lub syn musi drą­żyć da­lej. Być może wie­dzia­ła, że efek­tem ubocz­nym mo­ich po­szu­ki­wań bę­dzie to, że na­uczę się me­dy­cy­ny - lub że znaj­dę Tho­ma­sa Sto­ne'a.

Sio­stra Mary Jo­seph Pra­ise roz­po­czę­ła za­da­nie resz­ty swo­je­go ży­cia w chwi­li, gdy we­szła na salę ope­ra­cyj­ną nu­mer trzy. Wy­szo­ro­wa­ła dło­nie, wcią­gnę­ła rę­ka­wicz­ki, wło­ży­ła far­tuch i za­ję­ła miej­sce po dru­giej stro­nie sto­łu ope­ra­cyj­ne­go, na­prze­ciw­ko dok­to­ra Sto­ne'a, jako jego pierw­sza asy­stent­ka: trzy­ma­ła mały hak chi­rur­gicz­ny, gdy po­trze­bo­wał od­sło­nić or­gan, uci­na­ła nić, kie­dy wska­zy­wał na jej ko­niec, uprze­dza­ła jego proś­bę o iry­ga­cję lub ssa­nie. Kil­ka ty­go­dni póź­niej, kie­dy pie­lę­gniar­ka in­stru­men­ta­riusz­ka nie mo­gła wziąć udzia­łu w ope­ra­cji, moja mat­ka peł­ni­ła za­rów­no jej obo­wiąz­ki, jak i swo­je, pierw­szej asy­stent­ki. Któż, je­śli nie pierw­sza asy­stent­ka, miał wie­dzieć le­piej, kie­dy Sto­ne bę­dzie po­trze­bo­wał skal­pe­la do od­dzie­le­nia tka­nek albo kie­dy przy­da mu się ka­wa­łek gazy. Wy­glą­da­ło to tak, jak­by mia­ła po­dziel­ny umysł: jed­na po­ło­wa umoż­li­wia­ła jej wy­ko­ny­wa­nie obo­wiąz­ków in­stru­men­ta­riusz­ki - bra­nie na­rzę­dzi z tac­ki i po­da­wa­nie mu do ręki, pod­czas gdy dru­ga słu­ży­ła jako trze­cia ręka Sto­ne'a - pod­wa­ża­ła wą­tro­bę, od­su­wa­ła sieć, ów tłusz­czo­wy far­tuch chro­nią­cy je­li­ta, albo ko­niusz­kiem pal­ca de­li­kat­nie uci­ska­ła obrzęk­nię­tą tkan­kę, tak by Sto­ne wi­dział, gdzie wbić igłę.

Ma­tro­na przy­cho­dzi­ła, żeby przy­glą­dać się ich pra­cy.

- Ba­let w naj­czyst­szej po­sta­ci, mój dro­gi Ma­rio­nie. Bo­ska para. I to w zu­peł­nej ci­szy - za­chwy­ca­ła się. - Żad­ne­go pro­sze­nia o na­rzę­dzia, żad­ne­go: "Wy­trzyj", "Cię­cie", "Ssa­nie". Ona i Sto­ne... Nig­dy nie wi­dzia­łam ni­ko­go rów­nie szyb­kie­go. Przy­pusz­czam, że zwal­nia­li­śmy im tem­po, po­nie­waż nie po­tra­fi­li­śmy do­sta­tecz­nie pręd­ko za­bie­rać pa­cjen­tów ze sto­łu i kłaść na nim ko­lej­nych.

Przez sie­dem lat Sto­ne i sio­stra Mary Jo­seph Pra­ise dzia­ła­li we­dług nie­zmien­ne­go pla­nu. Kie­dy on ope­ro­wał do póź­na w nocy, cza­sem do rana, ona sta­ła po dru­giej stro­nie sto­łu, pew­niej­sza niż jego cień, wier­na, kom­pe­tent­na, nie­skar­żą­ca się, za­wsze obec­na. Tak było do dnia, w któ­rym ja i mój brat za­mel­do­wa­li­śmy się w jej ło­nie, a po­tem da­li­śmy wy­raz nie­po­ha­mo­wa­ne­mu pra­gnie­niu wy­mia­ny sub­stan­cji od­żyw­czych z ło­ży­ska na mle­ko z jej pier­si.

Roz­dział 2Bra­ku­ją­cy pa­lec

Tho­mas Sto­ne miał w Mis­sing re­pu­ta­cję czło­wie­ka na po­zór skry­te­go, lecz w rze­czy­wi­sto­ści uczu­cio­we­go, a na­wet ta­jem­ni­cze­go, choć dok­tor Ghosh, spe­cja­li­sta w dzie­dzi­nie me­dy­cy we­wnętrz­nej i szpi­tal­na zło­ta rącz­ka, kwe­stio­no­wał tę ostat­nią ety­kiet­kę, mó­wiąc: "Kie­dy czło­wiek sta­no­wi za­gad­kę dla sie­bie sa­me­go, trud­no na­zy­wać go ta­jem­ni­czym". Współ­pra­cow­ni­cy Sto­ne'a na­uczy­li się, by nie wy­cią­gać z jego za­cho­wa­nia zbyt da­le­ko idą­cych wnio­sków - to, co in­nym mo­gło się wy­da­wać opry­skli­wo­ścią, na­praw­dę ozna­cza­ło głę­bo­ko za­ko­rze­nio­ną nie­śmia­łość. Sto­ne, za­gu­bio­ny i odro­bi­nę nie­zdar­ny poza salą ope­ra­cyj­ną nu­mer trzy, gdy tyl­ko do niej wkra­czał, sku­piał się na za­da­niu, a jego ru­chy zy­ski­wa­ły płyn­ność, jak gdy­by je­dy­nie w tym miej­scu jego cia­ło i du­sza umia­ły ze sobą współ­pra­co­wać, a tok my­śli współ­grał z po­lem dzia­ła­nia.

Jako chi­rurg Sto­ne zna­ny był z szyb­ko­ści, od­wa­gi, śmia­ło­ści, zu­chwa­ło­ści, po­my­sło­wo­ści, oszczęd­no­ści ru­chów, a tak­że opa­no­wa­nia w stre­su­ją­cej sy­tu­acji. Ce­chy te do­sko­na­lił na uf­nej i po­tul­nej spo­łecz­no­ści, krót­ko w In­diach, a po­tem na dłuż­szą metę w Etio­pii. Ale w dniu, kie­dy sio­stra Mary Jo­seph Pra­ise, jego asy­stent­ka z sied­mio­let­nim sta­żem, za­czę­ła ro­dzić, wszyst­ko to prze­sta­ło się li­czyć.

W dniu na­szych na­ro­dzin Tho­mas Sto­ne stał po­chy­lo­ny nad cia­łem mło­de­go chłop­ca, któ­re­mu miał otwo­rzyć brzuch. W ocze­ki­wa­niu na skal­pel wy­cią­gnął dłoń we­wnętrz­ną stro­ną do góry, z lek­ko roz­sta­wio­ny­mi pal­ca­mi, w tym po­nad­cza­so­wym ge­ście, któ­ry na za­wsze stał się mia­rą jego ży­cia jako chi­rur­ga. Po raz pierw­szy jed­nak od sied­miu lat stal skal­pe­la nie do­tknę­ła jego dło­ni w tej sa­mej se­kun­dzie, w któ­rej ją wy­cią­gnął; sta­ło się coś gor­sze­go: spo­sób, inny niż zwy­kle, w jaki na­rzę­dzie zna­la­zło się w dło­ni Sto­ne'a, po­wie­dział mu, że po prze­ciw­nej stro­nie sto­łu nie stoi sio­stra Mary Jo­seph Pra­ise.

- Nie­moż­li­we - bąk­nął, kie­dy skru­szo­ny głos wy­ja­śnił, że sio­stra Mary Jo­seph Pra­ise jest nie­dy­spo­no­wa­na. Przez ostat­nie sie­dem lat ani razu nie zda­rzy­ło się, żeby nie zna­lazł jej u swe­go boku. Jej nie­obec­ność była rów­nie iry­tu­ją­ca i wy­trą­ca­ją­ca z rów­no­wa­gi jak kro­pel­ka potu, któ­ra wy­bra­ła so­bie aku­rat sam śro­dek ope­ra­cji, by wpaść mu do oka.

Sto­ne, nie pod­nió­sł­szy na­wet wzro­ku, wy­ko­nał pierw­sze na­cię­cie. Skó­ra. Tłuszcz. Po­więź. Roz­sz­cze­pić mię­sień. Po­tem, od­dzie­liw­szy tkan­ki na tępo, od­sło­nił po­ły­sku­ją­cą otrzew­ną, któ­rą na­ciął. Przez po­wsta­ły otwór wsu­nął pal­ce do jamy brzusz­nej i zlo­ka­li­zo­wał wy­ro­stek ro­bacz­ko­wy. Przy każ­dym kro­ku mu­siał od­cze­kać uła­mek se­kun­dy albo od­rzu­cić po­da­ne na­rzę­dzie i wy­brać inne. Nie­po­ko­ił się o sio­strę Mary Jo­seph Pra­ise, na­wet je­śli nie był świa­dom swej tro­ski lub nie chciał się do niej przy­znać.

Przy­wo­łał prak­ty­kant­kę, mło­dą, ner­wo­wą Ery­trej­kę. Po­pro­sił ją, by zna­la­zła sio­strę Mary Jo­seph Pra­ise i przy­po­mnia­ła jej, że le­ka­rzy i pie­lę­gnia­rek nie stać na luk­sus cho­ro­wa­nia.

- Za­py­taj ją... - prze­ra­żo­ne usta prak­ty­kant­ki po­ru­sza­ły się bez­głoś-nie, bo dziew­czy­na pró­bo­wa­ła na­uczyć się na pa­mięć jego słów - grzecz­nie ją za­py­taj, czy... - mógł te­raz spoj­rzeć na prak­ty­kant­kę, po­nie­waż pal­ca­mi wi­dział wię­cej niż ocza­mi - pa­mię­ta, kie­dy wró­ci­łem na salę ope­ra­cyj­ną na­stęp­ne­go dnia po am­pu­ta­cji wła­sne­go pal­ca?

Mia­ło to miej­sce pięć lat wcze­śniej i oka­za­ło się ka­mie­niem mi­lo­wym w ży­ciu Sto­ne'a. Igłą w ima­dle ukłuł się w opusz­kę pra­we­go pal­ca wska­zu­ją­ce­go, gdy aku­rat pra­co­wał nad brzu­chem wy­peł­nio­nym ropą. Bły­ska­wicz­nie zdjął rę­ka­wicz­kę i w miej­sce, któ­re spe­ne­tro­wa­ła za­błą­ka­na igła, po­dał so­bie strzy­kaw­ką do za­strzy­ków pod­skór­nych try­pa­fla­wi­nę, do­kład­nie je­den mi­li­litr roz­two­ru roz­cień­czo­ne­go w sto­sun­ku 1:500. Na­stęp­nie wstrzyk­nął ją w tkan­kę ota­cza­ją­cą ranę. Po­ma­rań­czo­wy barw­nik zmie­nił pa­lec w prze­ro­śnię­ty li­zak. Po­mi­mo ak­cji za­po­bie­gaw­czej, w nie­speł­na kil­ka go­dzin póź­niej peł­za­ją­ca czer­wo­na fala roz­la­ła się na po­chew­kę ścię­gna dło­ni. Cho­ciaż Sto­ne wziął daw­kę ko­tri­mok­sa­zo­lu, a po­tem, ule­ga­jąc na­ci­skom Gho­sha, przy­jął w po­śla­dek za­strzyk cen­nej pe­ni­cy­li­ny, na jego nad­garst­ku po­ja­wi­ły się szkar­łat­ne prę­gi (ce­cha cha­rak­te­ry­stycz­na in­fek­cji pa­cior­kow­co­wej), a wę­zły chłon­ne zlo­ka­li­zo­wa­ne przy nad­kłyk­ciu przy­środ­ko­wym ko­ści ra­mien­nej, tuż za łok­ciem, uro­sły do roz­mia­rów pi­łecz­ki gol­fo­wej. Do­stał ta­kich dresz­czy, że szczę­kał zę­ba­mi i wpra­wiał w drga­nie całe łóż­ko. (W ten spo­sób na­ro­dził się afo­ryzm w jego słyn­nym pod­ręcz­ni­ku, je­den ze "sto­ni­zmów", jak je na­zy­wa­li czy­tel­ni­cy: "Je­śli szczę­ka­ją ci zęby, jest ci po pro­stu zim­no, ale je­śli ra­zem z tobą trzę­sie się łóż­ko, to do­pie­ro są dresz­cze"). Pod­jął szyb­ką de­cy­zję: am­pu­to­wać pa­lec, za­nim in­fek­cja się roz­sze­rzy - i zro­bić to sa­me­mu.

Pod­czas gdy prak­ty­kant­ka cze­ka­ła na dal­sze po­le­ce­nia, Sto­ne wy­jął przez na­cię­cie przy­po­mi­na­ją­cy tłu­ste­go ro­ba­ka wy­ro­stek pa­cjen­ta i roz­cią­gnął go jak węd­karz, któ­ry ukła­da na po­mo­ście swo­ją zdo­bycz. Z wpra­wą, jak snaj­per strze­la­ją­cy do po­ja­wia­ją­cych się na strzel­ni­cy ka­czek, za­mknął klesz­cza­mi he­mo­sta­tycz­ny­mi kil­ka na­czyń krwio­no­śnych pro­wa­dzą­cych do wy­rost­ka, prze­ciął je i po­ru­sza­jąc pal­ca­mi jak ma­gik, pod­wią­zał kat­gu­tem, na ko­niec zdjął dyn­da­ją­ce na na­czyn­kach klesz­cze.

Wy­cią­gnął pra­wą rękę do prak­ty­kant­ki, pro­sząc w ten spo­sób o jej spraw­dze­nie. Pięć lat po am­pu­ta­cji dłoń wy­glą­da­ła po­dej­rza­nie nor­mal­nie, cho­ciaż przyj­rzaw­szy się jej bli­żej, moż­na było za­uwa­żyć brak pal­ca wska­zu­ją­ce­go. Klu­czem do es­te­tycz­ne­go suk­ce­su tej am­pu­ta­cji było to, że gło­wa mię­śnia śród­ręcz­ne­go - kły­kieć bra­ku­ją­ce­go pal­ca - rów­nież zo­sta­ła usu­nię­ta po to, by w prze­rwie mię­dzy pal­cem środ­ko­wym a kciu­kiem nie było wi­dać bra­ku. Wy­glą­da­ło to tak, jak gdy­by pal­ce dło­ni po pro­stu prze­su­nę­ły się w sze­re­gu. Ro­bio­ne na za­mó­wie­nie czte­ro­pal­cza­ste rę­ka­wicz­ki do­peł­nia­ły złu­dze­nia nor­mal­no­ści. Nie­kom­plet­ność dło­ni nie ozna­cza­ła jej nie­peł­no­spraw­no­ści, wręcz prze­ciw­nie - dzię­ki mniej­szej licz­bie pal­ców mo­gła wśli­zgnąć się w szcze­li­nę i zba­dać tkan­kę, do któ­rej zwy­kła dłoń nie mia­ła do­stę­pu; środ­ko­wy pa­lec prze­jął całą zręcz­ność po pal­cu wska­zu­ją­cym. To, w po­łą­cze­niu z fak­tem, że pa­lec środ­ko­wy jest dłuż­szy niż wska­zu­ją­cy, po­zwa­la­ło Sto­ne'owi wy­czuć wy­ro­stek ukry­ty za kąt­ni­cą (po­czą­tek je­li­ta gru­be­go) le­piej niż in­nym chi­rur­gom. Mógł za­mo­co­wać wę­zeł chi­rur­gicz­ny w naj­głęb­szej wnę­ce ło­ży­ska wą­tro­by, po­słu­gu­jąc się przy tym je­dy­nie pal­ca­mi, pod­czas gdy inni chi­rur­dzy po­trze­bo­wa­li do tego celu ima­dła do igieł. W póź­niej­szych la­tach, w Bo­sto­nie, dał swo­im sta­ży­stom zło­tą radę: "Sem­per per rec­tum, per anum sa­lu­tem, le­piej włóż­cie pa­lec, bo bę­dzie źle", i pod­kre­ślił ją, po­ka­zu­jąc były środ­ko­wy pa­lec, któ­ry awan­so­wał do sta­tu­su pal­ca wska­zu­ją­ce­go.

Ci, któ­rzy uczy­li się u boku Sto­ne'a, nig­dy nie za­nie­dby­wa­li ba­da­nia swo­ich pa­cjen­tów per rec­tum, nie tyl­ko dla­te­go, że Sto­ne wbił im do gło­wy, iż więk­szość przy­pad­ków raka je­li­ta gru­be­go ob­ser­wu­je się w od­by­cie i esi­cy, czę­sto w za­się­gu pal­ca ba­da­ją­ce­go, ale rów­nież dla­te­go, że wie­dzie­li, iż zo­sta­ną za to prze­ocze­nie wy­rzu­ce­ni. Wie­le lat póź­niej w Ame­ry­ce krą­ży­ła opo­wieść o jed­nym z prak­ty­kan­tów Sto­ne'a o na­zwi­sku Bles­sing - któ­ry, zba­daw­szy na od­dzia­le po­mo­cy do­raź­nej pi­ja­ka i za­jąw­szy się tym, co u pa­cjen­ta wy­ma­ga­ło in­ter­wen­cji me­dycz­nej, wró­cił do swo­je­go ga­bi­ne­tu. Kie­dy już miał za­snąć, przy­po­mniał so­bie, że nie zba­dał pa­cjen­ta per rec­tum. Po­czu­cie winy i strach, że szef ja­kimś spo­so­bem do­wie się o jego prze­wi­nie, spra­wi­ły, że wstał i ru­szył w noc na po­szu­ki­wa­nie owe­go męż­czy­zny. Zna­lazł go w ba­rze. Męż­czy­zna, prze­ko­na­ny ofer­tą dar­mo­we­go piwa, zgo­dził się zdjąć spodnie i dać się prze­ba­dać za po­mo­cą pal­ca - mó­wio­no, że zo­stał w ten spo­sób "po­bło­go­sła­wio­ny"7. Do­pie­ro wte­dy mło­dy le­karz z czy­stym su­mie­niem po­ło­żył się spać.

Tego dnia, gdy sio­stra Mary Jo­seph Pra­ise za­czę­ła ro­dzić i przy­szli­śmy na świat my, prak­ty­kant­ką w sali ope­ra­cyj­nej nu­mer trzy była ład­na - nie, pięk­na - mło­da dziew­czy­na z Ery­trei. Nie­ste­ty, z po­wo­du jej po­zba­wio­ne­go hu­mo­ru prze­ję­cia wła­sną rolą i od­da­nia, z ja­kim po­świę­ca­ła się pra­cy, lu­dzie czę­sto za­po­mi­na­li o jej wy­glą­dzie i wie­ku.

Prak­ty­kant­ka po­bie­gła zna­leźć moją mat­kę, nie tra­cąc cza­su na kwe­stio­no­wa­nie sto­sow­no­ści prze­sła­nia, któ­re mia­ła za­nieść sio­strze Mary Jo­seph Pra­ise. Le­ka­rzo­wi, rzecz ja­sna, na­wet przez myśl nie prze­szło, że sło­wa, któ­re ka­zał po­wtó­rzyć za­kon­ni­cy, mo­gły­by ją ura­zić. Jak to czę­sto bywa w przy­pad­ku uta­len­to­wa­nych, choć nie­śmia­łych osób, Sto­ne'owi zwy­kle wy­ba­cza­no coś, co Ghosh na­zwał spo­łecz­nym upo­śle­dze­niem. Luki w to­wa­rzy­skiej edu­ka­cji nie były prze­cież per­fo­ra­cją je­li­ta i nie za­gra­ża­ły ży­ciu, dla­te­go dla Sto­ne'a nie sta­no­wi­ły pro­ble­mu, a je­dy­nie draż­ni­ły jego oto­cze­nie.

Gdy przy­cho­dzi­li­śmy na świat, prak­ty­kant­ka nie mia­ła jesz­cze osiem­na­stu lat, ale wy­róż­nia­ła się skłon­no­ścią do my­le­nia dba­ło­ści o schlud­ność kar­ty pa­cjen­ta (któ­ra, gdy ład­nie wy­ka­li­gra­fo­wa­na, cie­szy­ła oko Ma­tro­ny) z fak­tycz­ną tro­ską o cho­re­go. By­cie naj­star­szą z pię­ciu prak­ty­kan­tek szko­ły pie­lę­gniar­skiej Mis­sing sta­no­wi­ło dla niej po­wód do dumy. Zwy­kle uda­wa­ło jej się wy­god­nie za­po­mnieć o tym, że jej star­szeń­stwo wy­ni­ka­ło z po­wta­rza­nia roku, czy też, jak to ujął dok­tor Ghosh, po­sia­da­nia "dłu­go­ter­mi­no­we­go pla­nu".

Prak­ty­kant­ka, osie­ro­co­na w dzie­ciń­stwie przez czar­ną ospę, któ­ra rów­nież na niej od­ci­snę­ła swo­je pięt­no w po­sta­ci księ­ży­co­we­go kra­jo­bra­zu na po­licz­kach, od naj­młod­szych lat pró­bo­wa­ła po­ko­nać wła­sną nie­śmia­łość, wy­ka­zu­jąc się prze­sad­ną wręcz pra­co­wi­to­ścią, ce­chą cha­rak­te­ru, któ­rą wzmoc­ni­ły w niej wło­skie za­kon­ni­ce, Sio­stry Ni­gri­zii (czy­li Afry­ki), po­śród któ­rych wy­cho­wa­ła się w sie­ro­ciń­cu w Asma­rze. Mło­da prak­ty­kant­ka ob­no­si­ła się ze swą pil­no­ścią, jak gdy­by nie była to po pro­stu jed­na z jej za­let, lecz dar od Boga, taki jak pie­przyk albo do­dat­ko­wy pa­lec u nogi. Była obie­cu­ją­cą mło­dą dziew­czy­ną, któ­ra, ska­cząc z kla­sy do kla­sy, do­słow­nie prze­fru­nę­ła na skrzy­dłach lata na­uki w przy­klasz­tor­nej szko­le w Asma­rze, po­tra­fi­ła po­słu­gi­wać się płyn­nym aka­de­mic­kim wło­skim (w od­róż­nie­niu od wie­lu Etiop­czy­ków, któ­rzy mó­wią ba­ro­wo-ki­no­wą wer­sją tego ję­zy­ka po­zba­wio­ną przed­im­ków i za­im­ków), a na­wet re­cy­to­wać z pa­mię­ci ta­blicz­kę mno­że­nia 19 × 19.

Moż­na po­wie­dzieć, że obec­ność prak­ty­kant­ki w Mis­sing sta­no­wi­ła przy­pa­dek hi­sto­rycz­ny. Jej ro­dzin­ne mia­sto, Asma­ra, była sto­li­cą Ery­trei, kra­ju, któ­ry od 1885 roku po­zo­sta­wał wło­ską ko­lo­nią. W roku 1935 Wło­chy Mus­so­li­nie­go za­ata­ko­wa­ły Etio­pię z te­ry­to­rium Ery­trei, a pań­stwa świa­ta nie po­fa­ty­go­wa­ły się, by za­pro­te­sto­wać. Kie­dy Mus­so­li­ni zwią­zał się z Hi­tle­rem na do­bre i na złe, los wło­skie­go dyk­ta­to­ra zo­stał przy­pie­czę­to­wa­ny. W 1941 roku siły Ge­de­ona pod wo­dzą ge­ne­ra­ła Win­ga­te'a po­ko­na­ły Wło­chów i wy­zwo­li­ły Etio­pię. Alian­ci po­da­ro­wa­li etiop­skie­mu ce­sa­rzo­wi Haj­le Syl­la­sje nie­ty­po­wy pre­zent: pro­kla­mo­wa­li byłą wło­ską ko­lo­nię Ery­treę pro­tek­to­ra­tem nowo wy­zwo­lo­nej Etio­pii. Ce­sarz bar­dzo in­ten­syw­nie lob­bo­wał za tym, żeby jego po­zba­wio­ny do­stę­pu do mo­rza kraj mógł wejść w po­sia­da­nie por­tu Mas­saua, nie mó­wiąc już o cu­dow­nym mie­ście Asma­ra. Bry­tyj­czy­cy chcie­li praw­do­po­dob­nie uka­rać Ery­trej­czy­ków za ich ma­ją­cą dłu­gą tra­dy­cję ko­la­bo­ra­cję z Wło­cha­mi; ty­sią­ce ery­trej­skich aska­ry­sów8 sta­no­wi­ło część wło­skiej ar­mii; wal­czy­li oni ze swy­mi czar­ny­mi są­sia­da­mi, umie­ra­jąc za bia­łych pa­nów.

Dla Ery­trej­czy­ków od­da­nie ich kra­ju Etiop­czy­kom było nie­wy­obra­żal­nym cio­sem, po­rów­ny­wal­nym na przy­kład z hi­po­te­tycz­nym po­wie­rze­niem Bry­tyj­czy­kom pa­no­wa­nia w wy­zwo­lo­nej Fran­cji tyl­ko dla­te­go, że miesz­kań­cy oby­dwu państw są bia­li i je­dzą ka­pu­stę. Kie­dy kil­ka lat póź­niej ce­sarz za­anek­to­wał te­ry­to­rium Ery­trei, jej miesz­kań­cy z miej­sca roz­po­czę­li woj­nę par­ty­zanc­ką.

Usta­no­wie­nie Ery­trei czę­ścią Etio­pii mia­ło wszak­że rów­nież do­bre stro­ny: prak­ty­kant­ka zdo­by­ła sty­pen­dium w je­dy­nej szko­le pie­lę­gniar­skiej w kra­ju - w Ad­dis Abe­bie, w szpi­ta­lu Mis­sing, i była pierw­szą mło­dą Ery­trej­ką, któ­rej przy­padł ów za­szczyt. Jej do­tych­cza­so­wa edu­ka­cyj­na ścież­ka ro­bi­ła spo­re wra­że­nie i nie mia­ła so­bie rów­nych, sta­wia­no ją za wzór wszyst­kim mło­dym lu­dziom. Było to oczy­wi­ście wy­zwa­nie rzu­co­ne lo­so­wi lu­bią­ce­mu pod­sta­wiać nogę tym, któ­rym do­brze się wie­dzie.

A jed­nak to nie los po­krzy­żo­wał jej pla­ny, gdy przy­szła na staż do szpi­ta­la, i nie cho­dzi­ło też o nie­po­rad­ność w po­słu­gi­wa­niu się am­har­skim i an­giel­skim, po­nie­waż szyb­ko po­ko­na­ła tę prze­szko­dę i na­uczy­ła się płyn­nie wła­dać obo­ma ję­zy­ka­mi. Od­kry­ła za to, że ucze­nie się na pa­mięć ("na­pa­mię­cio­wa­nie", jak ma­wia­ła Ma­tro­na) na nie­wie­le jej się zda­wa­ło, gdy sta­wa­ła u wez­gło­wia cho­re­go i usi­ło­wa­ła od­róż­nić to, co ba­nal­ne, od tego, co za­gra­ża­ło jego ży­ciu. Po­tra­fi­ła, owszem, re­cy­to­wać ni­czym man­trę na­zwy ner­wów czasz­ko­wych, pró­bu­jąc uspo­ko­ić wła­sne sko­ła­ta­ne ner­wy. Po­tra­fi­ła wy­pi­sać na za­wo­ła­nie skład mi­stu­ra car­mi­na­ti­va (je­den gram dwu­wę­gla­nu so­do­we­go, po dwa mi­li­li­try de­sty­la­tu amo­nia­ku i na­lew­ki kar­da­mo­no­wej, sześć dzie­sią­tych mi­li­li­tra na­lew­ki im­bi­ro­wej, je­den mi­li­litr de­sty­la­tu chlo­ro­for­mu, do­peł­nić do trzy­dzie­stu mi­li­li­trów wodą z mię­tą pie­przo­wą) na nie­straw­ność. Lecz tym, cze­go nie umia­ła - i co ją bar­dzo iry­to­wa­ło, gdy wi­dzia­ła, z jaką ła­two­ścią ra­dzi­ły so­bie inne prak­ty­kant­ki - było od­na­le­zie­nie w so­bie je­dy­nej rze­czy, któ­rej we­dług słów Ma­tro­ny jej bra­ko­wa­ło: Sil­ne­go Zmy­słu Pie­lę­gniar­skie­go. W pod­ręcz­ni­ku zna­la­zła o tym za­le­d­wie kil­ka słów, w do­dat­ku tak nie­zro­zu­mia­łych, że gdy już na­uczy­ła się ich na pa­mięć, uzna­ła ego­istycz­nie, iż za­war­to je spe­cjal­nie po to, by ją znie­chę­cić:

Sil­ny Zmysł Pie­lę­gniar­ski jest waż­niej­szy niż wie­dza, choć wie­dza go wzmac­nia. Sil­ny Zmysł Pie­lę­gniar­ski jest zdol­no­ścią, któ­rej nie spo­sób zde­fi­nio­wać, a jed­nak oka­zu­je się on nie do prze­ce­nie­nia, gdy wy­stę­pu­je u uczen­ni­cy, zaś jego brak sta­je się z miej­sca za­uwa­żal­ny. Pa­ra­fra­zu­jąc Osle­ra, pie­lę­gniar­ka, któ­ra ma pod­ręcz­ni­ko­wą wie­dzę, lecz jest po­zba­wio­na Sil­ne­go Zmy­słu Pie­lę­gniar­skie­go, jest ni­czym ma­ry­narz na stat­ku zdol­nym do że­glu­gi, ale bez mapy, sek­stan­su i kom­pa­su na po­do­rę­dziu. (Oczy­wi­ście, pie­lę­gniar­ka, któ­ra nie opa­no­wa­ła pod­ręcz­ni­ko­wej wie­dzy, niech le­piej w ogó­le nie wy­cho­dzi w mo­rze!).

Prak­ty­kant­ka wy­pły­nę­ła z por­tu - tego była pew­na. Go­to­wa była za wszel­ką cenę do­wieść, że dys­po­nu­je mapą i kom­pa­sem, i dla­te­go każ­de po­wie­rzo­ne za­da­nie trak­to­wa­ła jak spraw­dzian wła­snych umie­jęt­no­ści, oka­zję do po­chwa­le­nia się Sil­nym Zmy­słem Pie­lę­gniar­skim (lub spo­sob­ność ukry­cia bra­ku te­goż).

Bie­gła, jak­by go­nił ją dżin, osło­nię­tym przej­ściem po­mię­dzy blo­kiem ope­ra­cyj­nym a po­zo­sta­łą czę­ścią szpi­ta­la. Pa­cjen­ci oraz ro­dzi­ny tych, któ­rzy tego dnia cze­ka­li na ope­ra­cję, sie­dzie­li w kuc­ki lub po tu­rec­ku po oby­dwu stro­nach tra­sy, któ­rą prze­mie­rza­ła. Bo­so­no­gi męż­czy­zna, jego żona i dwój­ka ma­łych dzie­ci spo­ży­wa­li po­si­łek, pal­ca­mi wy­ja­da­jąc cur­ry z so­cze­wi­cy z misy wy­ło­żo­nej in­dże­rą9. Nie­mow­lę, oku­ta­ne szam­mą10 mat­ki, ssa­ło jej pierś. Kie­dy prak­ty­kant­ka nad­bie­gła, za­alar­mo­wa­ni człon­ko­wie ro­dzi­ny od­wró­ci­li gło­wy w jej stro­nę, więc przez chwi­lę po­czu­ła się kimś waż­nym. Po dru­giej stro­nie po­dwó­rza zo­ba­czy­ła odzia­ne w bia­łe szam­my i ja­sno­czer­wo­ne oraz ja­sno­po­ma­rań­czo­we chust­ki ko­bie­ty, któ­re roz­sia­dły się na ła­wecz­ce przed am­bu­la­to­rium i z tej od­le­gło­ści wy­glą­da­ły jak kury na grzę­dzie.

Zna­la­zł­szy się w kwa­te­rach pie­lę­gnia­rek, wbie­gła po scho­dach i skie­ro­wa­ła się do po­ko­ju mo­jej mat­ki. Za­pu­ka­ła, lecz nikt nie od­po­wie­dział. Za­uwa­ży­ła, że drzwi nie są za­mknię­te. W za­ciem­nio­nym po­miesz­cze­niu do­strze­gła sio­strę Mary Jo­seph Pra­ise le­żą­cą pod ko­cem, ob­ró­co­ną twa­rzą do ścia­ny.

- Sio­stro? - ode­zwa­ła się ci­cho, a kie­dy moja mat­ka jęk­nę­ła, prak­ty­kant­ka wzię­ła to za znak, że za­kon­ni­ca się bu­dzi. - Dok­tor Sto­ne przy­słał mnie, że­bym po­wie­dzia­ła sio­strze... - Z ulgą stwier­dzi­ła, że za­pa­mię­ta­ła każ­de sło­wo wia­do­mo­ści. Za­cze­ka­ła na od­po­wiedź, ale po­nie­waż moja mat­ka nie wy­ra­zi­ła chę­ci prze­ka­za­nia le­ka­rzo­wi cze­go­kol­wiek, prak­ty­kant­ka uzna­ła, że sio­stra jest na nią zła. - Przy­szłam, bo dok­tor Sto­ne mi ka­zał. Prze­pra­szam, je­śli prze­szko­dzi­łam. Mam na­dzie­ję, że sio­stra czu­je się już le­piej. Czy cze­goś sio­strze trze­ba?

Od­cze­ka­ła po­słusz­nie kil­ka chwil, a po­tem wy­szła z po­ko­ju. Po­nie­waż nie mia­ła nic do prze­ka­za­nia dok­to­ro­wi Sto­ne'owi, a wkrót­ce mia­ły się za­cząć za­ję­cia z pie­lę­gniar­stwa pe­dia­trycz­ne­go, nie wró­ci­ła już do sali ope­ra­cyj­nej nu­mer trzy.

Dok­tor Sto­ne udał się do kwa­ter pie­lę­gnia­rek wcze­snym po­po­łu­dniem. Za­koń­czył usu­wa­nie wy­rost­ka ro­bacz­ko­we­go, po­tem wy­ko­nał dwa ze­spo­le­nia żo­łąd­ko­wo-czcze z po­wo­du wrzo­dów tra­wien­nych, trzy za­bie­gi na prze­pu­kli­nę, ope­ro­wał je­den wod­niak, do­ko­nał nie­peł­ne­go wy­cię­cia jed­nej tar­czy­cy, a tak­że prze­szcze­pu skó­ry - wszyst­ko to okrut­nie po­wo­li, jak na jego wła­sne stan­dar­dy. Praw­dzi­wa męka. Ze zmarsz­czo­ny­mi brwia­mi wszedł po scho­dach. Po­jął, że jego zręcz­ność jako chi­rur­ga w du­żym stop­niu - więk­szym, niż to so­bie kie­dyś wy­obra­żał - za­le­ży od umie­jęt­no­ści sio­stry Mary Jo­seph Pra­ise... Dla­cze­go musi my­śleć o ta­kich rze­czach? Gdzież ona się po­dzie­wa? W tym cały sęk. I kie­dy wró­ci?

Gdy za­pu­kał do drzwi, od­po­wie­dzia­ła mu ci­sza. Po­kój sio­stry Mary Jo­seph Pra­ise znaj­do­wał się na dru­gim pię­trze na koń­cu ko­ry­ta­rza. Żona spe­cja­li­sty od przy­rzą­dza­nia le­ków przy­bie­gła za­pro­te­sto­wać prze­ciw­ko obec­no­ści męż­czy­zny w kwa­te­rach pie­lę­gnia­rek. Cho­ciaż Ma­tro­na i sio­stra Mary Jo­seph Pra­ise były je­dy­ny­mi za­kon­ni­ca­mi w ca­łym Mis­sing, żona spe­cja­li­sty za­cho­wy­wa­ła się tak, jak­by mi­nę­ła się z prze­zna­cze­niem, sama wy­glą­da­ła bo­wiem jak mnisz­ka z na­su­nię­tą na czo­ło chu­s­tą i kru­cy­fik­sem o roz­mia­rach re­wol­we­ru. Uwa­ża­ła sie­bie za straż­nicz­kę domu pie­lę­gnia­rek, obroń­czy­nię dzie­wic Mis­sing. Pa­ję­czym in­stynk­tem wy­czu­wa­ła kro­ki męż­czyzn na­ru­sza­ją­cych gra­ni­cę jej te­ry­to­rium. Tym ra­zem, wi­dząc, z kim ma do czy­nie­nia, wy­co­fa­ła się.

Sto­ne nig­dy wcze­śniej nie był w po­ko­ju sio­stry Mary Jo­seph Pra­ise. Gdy pi­sa­ła na ma­szy­nie lub pra­co­wa­ła nad ilu­stra­cja­mi do jego rę­ko­pi­sów, przy­cho­dzi­ła do jego kwa­te­ry albo do ga­bi­ne­tu są­sia­du­ją­ce­go z przy­chod­nią.

Na­ci­snął klam­kę, mó­wiąc:

- Sio­stro? Sio­stro!

Po­wi­tał go zna­jo­my nie­po­ko­ją­cy za­pach, któ­re­go po­cząt­ko­wo nie po­tra­fił zi­den­ty­fi­ko­wać. Po omac­ku po­szu­kał włącz­ni­ka świa­tła i za­klął, gdy na nie­go nie tra­fił. Ru­szył przed sie­bie, po­ty­ka­jąc się, w stro­nę okna, ude­rza­jąc się po dro­dze o ko­mo­dę. Otwo­rzył do we­wnątrz skrzy­dło okna, a po­tem pchnął drew­nia­ne okien­ni­ce. Świa­tło dnia za­la­ło wą­skie po­miesz­cze­nie.

Na ko­mo­dzie stał cięż­ki słój, któ­ry przy­cią­gał pro­mie­nie słoń­ca. Bursz­ty­no­wy płyn się­gał aż po samą ma­syw­ną za­kręt­kę, do­dat­ko­wo uszczel­nio­ną wo­skiem. Po­cząt­ko­wo Sto­ne uznał, że w sło­ju może się znaj­do­wać re­li­kwia, ja­kaś iko­na. Po­czuł na ra­mie­niu gę­sią skór­kę - naj­wy­raź­niej re­ak­cja cia­ła wy­prze­dzi­ła zro­zu­mie­nie. Otóż w sło­ju, za­wie­szo­ny w pły­nie ni­czym w próż­ni, ba­lan­su­jąc na pa­znok­ciu na szkla­nym dnie jak ba­le­ri­na na czub­kach pal­ców, pły­wał jego pa­lec. Skó­ra po­wy­żej pa­znok­cia mia­ła fak­tu­rę sta­re­go per­ga­mi­nu, zaś pod­brzu­sze tego nie­zwy­kłe­go tan­ce­rza wy­ka­zy­wa­ło pur­pu­ro­we za­bar­wie­nie in­fek­cji. Po­czuł tę­sk­no­tę, pust­kę, swę­dze­nie w pra­wej dło­ni, któ­re­mu mo­gło za­ra­dzić je­dy­nie umiesz­cze­nie bra­ku­ją­ce­go pal­ca na wła­ści­wym miej­scu.

- Nie wie­dzia­łem... - za­czął, od­wra­ca­jąc się w stro­nę jej łóż­ka, lecz to, co zo­ba­czył, spra­wi­ło, że za­po­mniał, co chciał po­wie­dzieć.

Sio­stra Mary Jo­seph Pra­ise zwi­ja­ła się z bólu na wą­skiej pry­czy. Jej usta były sine. Zma­to­wia­łe oczy sku­pi­ła na ja­kimś punk­cie za ple­ca­mi Sto­ne'a. Była śmier­tel­nie bla­da. Zba­dał jej tęt­no - sła­bo wy­czu­wal­ne, bar­dzo szyb­kie. Nie­spo­dzie­wa­nie za­la­ło go wspo­mnie­nie po­dró­ży "Ca­lan­gu­te" sprzed sied­miu lat - przy­po­mniał so­bie roz­pa­lo­ną sio­strę An­ja­li w sta­nie śpiącz­ki. Lo­do­wa­ta kula, któ­ra ści­snę­ła mu żo­łą­dek, po­wę­dro­wa­ła ku pier­si. Opa­no­wa­ło go uczu­cie, ja­kie­go rzad­ko do­świad­czał jako chi­rurg: strach.

Nogi ugię­ły się pod nim.

Padł na ko­la­na tuż przy jej łóż­ku.

- Mary? - po­wie­dział. Je­dy­ne, co mógł zro­bić, to po­wta­rzać jej imię. W jego ustach imię sio­stry Mary Jo­seph Pra­ise za­brzmia­ło naj­pierw jak prze­słu­cha­nie, po­tem czu­łość, a na ko­niec jak wy­zna­nie mi­ło­ści za­war­te w jed­nym sło­wie. Mary? Mary, Mary!... Nie od­po­wie­dzia­ła, nie mo­gła.

Wy­cią­gnął ku jej twa­rzy drżą­ce jak u star­ca dło­nie. Zło­żył na jej czo­le po­ca­łu­nek. Ośmie­liw­szy się zro­bić tę nie­zwy­kłą, nie do po­wstrzy­ma­nia rzecz, uświa­do­mił so­bie z dumą, że ją ko­cha. I że on, Tho­mas Sto­ne, nie tyl­ko jest zdol­ny do mi­ło­ści, ale że czu­je ją od sied­miu lat. Po­cząt­ko­wo nie do­strze­gał jej, po­nie­waż przy­szła do nie­go, gdy spo­tka­li się na śli­skich stop­niach stat­ku i gdy się nim opie­ko­wa­ła, myła go, pró­bo­wa­ła przy­wró­cić do ży­cia. Mi­łość po­ja­wi­ła się, gdy sio­stra Mary Jo­seph Pra­ise wzię­ła go w ra­mio­na i sa­piąc ni­czym za­pa­śnik, uło­ży­ła w ha­ma­ku, a po­tem na­kar­mi­ła, tak że od­zy­skał świa­do­mość. To się sta­ło, kie­dy oby­dwo­je sie­dzie­li przy cie­le sio­stry An­ja­li. Mi­łość osią­gnę­ła swo­je apo­geum, gdy sio­stra Mary Jo­seph Pra­ise przy­by­ła do Etio­pii, by pra­co­wać u jego boku; po­tem uczu­cie już nig­dy nie osła­bło. Mi­łość tak sil­na, bez przy­pły­wów i od­pły­wów, wzlo­tów i upad­ków, po­zba­wio­na dy­na­mi­ki do tego stop­nia, że przez te sie­dem lat była dla nie­go nie­mal nie­wi­dzial­na - sta­ła się czę­ścią skła­do­wą świa­ta poza nim, ele­men­tem, któ­ry nie­mal­że brał za pew­nik.

Czy Mary go ko­cha­ła? Tak. Był tego pe­wien. Ko­cha­ła go, lecz bio­rąc z nie­go przy­kład - za­wsze bra­ła z nie­go przy­kład - nie wspo­mnia­ła o tym na­wet jed­nym sło­wem. A cóż on ro­bił przez te wszyst­kie lata? Po pro­stu uwa­żał, że ona za­wsze bę­dzie. Mary, Mary, Mary. Na­wet brzmie­nie jej imie­nia było dla nie­go ob­ja­wie­niem, po­nie­waż nig­dy nie mó­wił do niej in­a­czej jak "sio­stro". Szlo­chał, bo­jąc się, że ją stra­ci, co zresz­tą uznał za ko­lej­ny prze­jaw ego­izmu, za wła­sną po­trze­bę, by ją zno­wu uj­rzeć w peł­nym zdro­wiu. Czy bę­dzie miał czas, by jej to wszyst­ko zre­kom­pen­so­wać? Jak­że głu­pi po­tra­fi być czło­wiek.

Sio­stra Mary Jo­seph Pra­ise pra­wie nie czu­ła jego do­ty­ku. Kie­dy przy­ło­żył po­li­czek do jej po­licz­ka, po­czuł żar. Pod­niósł koc, pod któ­rym le­ża­ła. Zwró­cił uwa­gę na po­kaź­ny obrzęk brzu­cha.

W jego umy­śle każ­dy obrzęk ko­bie­ce­go brzu­cha rów­nał się cią­ży, chy­ba że ktoś wska­zał­by inną przy­czy­nę. Od­rzu­cił tę myśl - prze­cież była za­kon­ni­cą - i za­miast tego po­sta­wił bły­ska­wicz­ną dia­gno­zę, że cho­dzi o ob­struk­cję... albo płyn w otrzew­nej... albo krwo­tocz­ne za­pa­le­nie trzust­ki... w każ­dym ra­zie ja­kiś ka­ta­stro­fal­ny pro­blem z brzu­chem...

Ostroż­nie ma­new­ru­jąc w nie­wiel­kim po­miesz­cze­niu, wy­niósł ją na ko­ry­tarz, a po­tem, sta­ra­jąc się nie ude­rzać jej sto­pa­mi o ba­rier­kę - jego szlo­chy zdą­ży­ły w tym cza­sie zmie­nić się w stę­ka­nie z wy­sił­ku - prze­szedł z nią z kwa­ter pie­lę­gnia­rek na salą ope­ra­cyj­ną. Miał wra­że­nie, że waży wię­cej, niż po­win­na.

Gdy po za­li­cze­niu wszel­kich eg­za­mi­nów pi­sem­nych w edyn­bur­skim Kró­lew­skim Ko­le­gium Chi­rur­gów przy­szedł czas na eg­za­min ust­ny, prze­wod­ni­czą­cy ko­mi­sji za­dał mu py­ta­nie: "Ja­kie­go ro­dza­ju śro­dek pierw­szej po­mo­cy po­da­je się pa­cjen­to­wi przez ucho?". Od­po­wiedź Sto­ne'a: "Sło­wa po­cie­chy!" za­pew­ni­ła mu po­zy­tyw­ną oce­nę. Te­raz, za­miast szep­tać do ucha sio­stry Mary Jo­seph Pra­ise ła­god­ne sło­wa po­cie­sze­nia, wma­wia­jąc jej, że wszyst­ko bę­dzie do­brze - co by­ło­by nie­wąt­pli­wie dzia­ła­niem głę­bo­ko ludz­kim i te­ra­peu­tycz­nym - Sto­ne krzy­czał na cały głos, do­ma­ga­jąc się od świa­ta po­mo­cy.

Jego we­zwa­nie, pod­chwy­co­ne przez straż­nicz­kę dzie­wic, po­sta­wi­ło na nogi do­słow­nie wszyst­kich w Mis­sing, łącz­nie z Ge­brew, stró­żem, któ­ry przy­biegł aż spod głów­nej bra­my, a tak­że Ko­ocho­oloo i dwo­ma in­ny­mi bez­i­mien­ny­mi psa­mi.

Wi­dok szlo­cha­ją­ce­go jak dziec­ko, bez­rad­ne­go Sto­ne'a za­szo­ko­wał Ma­tro­nę tak samo jak roz­pacz­li­wy stan sio­stry Mary Jo­seph Pra­ise.

"Pa­nie, on to zno­wu zro­bił", taka była pierw­sza myśl sio­stry prze­ło­żo­nej.

Pil­nie strze­żo­nym se­kre­tem było to, że od dnia przy­jaz­du do Mis­sing Sto­ne dwu- lub trzy­krot­nie ru­szył w sza­lo­ne pi­jac­kie tan­go. U męż­czy­zny, któ­ry pra­wie nie pił, któ­ry ko­chał swo­ją pra­cę, uwa­żał sen za prze­szko­dę w wy­ko­ny­wa­niu obo­wiąz­ków, któ­re­mu na­le­ża­ło przy­po­mi­nać, by po­szedł się prze­spać, te chwi­le sła­bo­ści były praw­dzi­wą za­gad­ką. Przy­cho­dzi­ły na­gle jak gry­pa i prze­ra­ża­ły jak opę­ta­nie. Za pierw­szym ra­zem, gdy po­ran­ny pa­cjent le­żał już przy­go­to­wa­ny na sto­le ope­ra­cyj­nym, chi­rurg znik­nął bez śla­du. Po­szli go szu­kać i zna­leź­li beł­ko­czą­ce­go, roz­mam­ła­ne­go bia­łe­go czło­wie­ka cho­dzą­ce­go tam i z po­wro­tem po swo­jej kwa­te­rze. Gdy wpa­dał w taki stan, nie spał i nie jadł, a tyl­ko od cza­su do cza­su wy­my­kał się w ciem­ność nocy, żeby uzu­peł­nić za­pa­sy rumu. Ostat­nim ra­zem stwo­rze­nie, któ­rym się stał, wspię­ło się na drze­wo ro­sną­ce nie­opo­dal jego okna i sie­dzia­ło tam przez wie­le go­dzin, mam­ro­cząc do sie­bie. Upa­dek z ta­kiej wy­so­ko­ści za­koń­czył­by się roz­trza­ska­niem czasz­ki. Ma­tro­na, uj­rzaw­szy jego na­bie­głe krwią wpa­tru­ją­ce się w nią oczy man­gu­sty, ucie­kła, zo­sta­wia­jąc przy nim war­tow­ni­ków - sio­strę Mary Jo­seph Pra­ise i dok­to­ra Gho­sha - któ­rzy mie­li na­mó­wić go do zej­ścia z drze­wa, na­kar­mić i na­ka­zać po­rzu­ce­nie pi­cia.

Rów­nie nie­ocze­ki­wa­nie, jak się za­czy­nał, zwy­kle po dwóch dniach, ale nie dłu­żej niż po trzech, ciąg al­ko­ho­lo­wy usta­wał, a po bar­dzo dłu­gim śnie Sto­ne wra­cał do pra­cy, jak gdy­by nic się nie sta­ło. Nig­dy się nie za­jąk­nął, że zdez­or­ga­ni­zo­wał pra­cę szpi­ta­la; zu­peł­nie wy­rzu­cał to z pa­mię­ci. Nikt mu tego nie wy­po­mi­nał, po­nie­waż tego dru­gie­go Sto­ne'a, tego, któ­ry pra­wie nie pił, oskar­że­nia i do­py­ty­wa­nia zra­ni­ły­by i ob­ra­zi­ły. Ten dru­gi Sto­ne pra­co­wał za trzech chi­rur­gów, więc cią­gi al­ko­ho­lo­we sta­no­wi­ły do­praw­dy nie­wiel­ką cenę, jaką przy­cho­dzi­ło szpi­ta­lo­wi pła­cić za jego usłu­gi.

Ma­tro­na po­de­szła bli­żej. Oczy Sto­ne'a wca­le nie były na­bie­głe krwią i nie czuć było od nie­go al­ko­ho­lu. Po­mie­sza­ło mu się w gło­wie, gdy zo­ba­czył, w ja­kim sta­nie jest sio­stra Mary Jo­seph Pra­ise - i słusz­nie. Gdy Ma­tro­na prze­nio­sła spoj­rze­nie z chi­rur­ga na za­kon­ni­cę, mimo wszyst­ko po­czu­ła ukłu­cie sa­tys­fak­cji: wresz­cie ten męż­czy­zna ob­na­żył du­szę i oka­zał swo­jej asy­stent­ce ludz­kie uczu­cia.

Ma­tro­na zi­gno­ro­wa­ła beł­kot Sto­ne'a o skrę­cie je­li­ta, nie­droż­no­ści, za­pa­le­niu trzust­ki i za­pa­le­niu otrzew­nej.

- Idzie­my na salę - roz­ka­za­ła, a kie­dy już się tam zna­leź­li, po­le­ci-ła: - Pro­szę ją po­ło­żyć na sto­le.

Sto­ne uło­żył sio­strę Mary Jo­seph Pra­ise na sto­le i wte­dy Ma­tro­na uj­rza­ła wi­dok, któ­ry za­pa­mię­ta­ła sprzed sied­miu lat: ubiór za­kon­ni­cy za­pla­mio­ny na czer­wo­no w oko­li­cy łona. W my­ślach sio­stra prze­ło­żo­na szyb­ko cof­nę­ła się do dnia, w któ­rym sio­stra Mary Jo­seph Pra­ise przy­by­ła z Ade­nu, i przy­po­mnia­ła so­bie, jak wów­czas śla­dy krwi na ha­bi­cie mło­dej mnisz­ki wy­wo­ła­ły u niej po­dob­ny nie­po­kój. Ma­tro­na nig­dy wprost nie za­py­ta­ła tej dzie­więt­na­sto­let­niej dziew­czy­ny, co było przy­czy­ną krwa­wie­nia. Nie­re­gu­lar­ność owej pla­my skła­nia­ła pa­trzą­ce­go do do­szu­ki­wa­nia się sen­su w jej kształ­cie. Wy­obraź­nia Ma­tro­ny pod­po­wia­da­ła jej cały ze­staw sce­na­riu­szy tłu­ma­czą­cych tę za­gad­kę. Z bie­giem lat pa­mięć zmie­ni­ła cha­rak­ter zda­rze­nia z ta­jem­ni­cze­go w mi­stycz­ne.

Dla­te­go te­raz, kie­dy Sto­ne po­ło­żył za­kon­ni­cę, sio­stra prze­ło­żo­na zer­k­nę­ła na jej dło­nie i pier­si, jak­by spo­dzie­wa­ła się uj­rzeć tam krwa­we styg­ma­ty, jak gdy­by ta pierw­sza za­gad­ka splo­tła się w oso­bli­wy spo­sób z dru­gą. Lecz nie, krew po­ja­wi­ła się je­dy­nie w oko­li­cy łona. Dużo krwi. I ciem­ne skrze­py. I ja­sno­czer­wo­ne stru­mie­nie, któ­re spły­wa­ły po udach mnisz­ki. Pa­trząc na kro­ple ka­pią­ce na pod­ło­gę, Ma­tro­na nie mia­ła wąt­pli­wo­ści: tym ra­zem cho­dzi­ło o świec­kie krwa­wie­nie.

Usia­dła po­mię­dzy no­ga­mi sio­stry Mary Jo­seph Pra­ise, roz­myśl­nie igno­ru­jąc wy­dę­ty brzuch, wzno­szą­cy się przed nią ni­czym góra. War­gi sro­mo­we były obrzęk­nię­te i sine, a kie­dy Ma­tro­na wsu­nę­ła do środ­ka osło­nię­ty rę­ka­wicz­ką pa­lec, stwier­dzi­ła, że szyj­ka ma­ci­cy jest mak­sy­mal­nie roz­war­ta.

Krwi było o wie­le za dużo. Nie na­dą­ża­ła z wy­cie­ra­niem pa­cjent­ki. Od­chy­li­ła tyl­ną ścian­kę po­chwy, żeby mieć lep­szy wi­dok. Gdy z płuc za­kon­ni­cy wy­do­był się ża­ło­sny jęk, sio­stra prze­ło­żo­na pra­wie wy­puś-ciła wzier­nik z rąk. Ser­ce biło jej jak osza­la­łe, a dło­nie trzę­sły się jak w fe­brze. Po­chy­li­ła się do przo­du, a po­tem prze­chy­li­ła gło­wę, żeby po­now­nie zaj­rzeć do środ­ka. A tam, ni­czym ka­mień na dnie wy­peł­nio­nej bło­tem jamy, ka­mień na ser­cu, wid­nia­ła głów­ka dziec­ka.

- Boże, ona... - bąk­nę­ła Ma­tro­na, gdy w koń­cu od­zy­ska­ła mowę. Wzię­ła głę­bo­ki od­dech i czym prę­dzej wy­rzu­ci­ła ro­sną­ce jej w ustach i gro­żą­ce za­krztu­sze­niem świę­to­krad­cze sło­wa: - Na Boga, ona jest w cią­ży!

Każ­da oso­ba, któ­ra prze­by­wa­ła wów­czas w sali ope­ra­cyj­nej nu­mer trzy i z któ­rą póź­niej roz­ma­wia­łem, za­pa­mię­ta­ła tę chwi­lę, gdy czas sta­nął w miej­scu, kie­dy wiel­ki ze­gar wi­szą­cy na ścia­nie za­marł i za-pa­dła dłu­ga, ni­czym nie­zmą­co­na ci­sza.

- Nie­moż­li­we! - po­wie­dział wresz­cie Sto­ne, dru­gi raz tego dnia, i cho­ciaż nie była to praw­da, przy­najm­niej wszy­scy mo­gli znów za­cząć od­dy­chać.

Ma­tro­na była pew­na, że się nie po­my­li­ła.

Bę­dzie mu­sia­ła ode­brać to dziec­ko. Dok­tor K. Hem­la­tha - Hema, jak na nią mó­wio­no - była aku­rat nie­obec­na.

Ma­tro­na przy­ję­ła już set­ki dzie­ci. Przy­po­mnia­ła so­bie o tym w tej chwi­li i spró­bo­wa­ła nie pod­dać się pa­ni­ce.

Ale ja­kim spo­so­bem dać od­pór nie tyl­ko po­czu­ciu winy, ale i mę­tli­ko­wi w gło­wie? Jed­na z jej pod­opiecz­nych, ob­lu­bie­ni­ca Chry­stu­sa - w cią­ży! Nie do po­my­śle­nia. Jej umysł nie po­tra­fił przy­jąć tego do wia­do­mo­ści, cho­ciaż do­wód - głów­ka dziec­ka - był tu, do­słow­nie na wy­cią­gnię­cie ręki.

Po­dob­ne my­śli gnę­bi­ły pie­lę­gniar­kę in­stru­men­ta­riusz­kę, bo­so­no­gą sa­ni­ta­riusz­kę i sio­strę ane­ste­zjo­loż­kę Asqu­al. Po­ty­ka­ły się jed­na o dru­gą, a na­wet prze­wró­ci­ły sto­jak do kro­pló­wek, uwi­ja­jąc się wo­kół sto­łu i przy­go­to­wu­jąc pa­cjent­kę. Je­dy­nie prak­ty­kant­ka, za­wsty­dzo­na, że rano nie uda­ło jej się roz­po­znać kry­zy­su, kie­dy przy­szła prze­ka­zać wia­do­mość sio­strze Mary Jo­seph Pra­ise, na­wet przez chwi­lę nie prze­sta­ła za­sta­na­wiać się, ja­kim spo­so­bem za­kon­ni­ca za­szła w cią­żę.

Ma­tro­na mia­ła wra­że­nie, że ser­ce za mo­ment wy­sko­czy jej z pier­si.

"Pa­nie Boże, czy wi­dzia­łeś kie­dy gor­sze oko­licz­no­ści po­ro­du? Cią­ża, któ­ra w tym wy­pad­ku jest grze­chem śmier­tel­nym. Przy­szła mat­ka, któ­ra jest dla mnie jak cór­ka. In­ten­syw­ne krwa­wie­nie, tru­pia bla­dość...". A wszyst­ko to aku­rat wte­dy, gdy Hema, je­dy­ny gi­ne­ko­log Mis­sing, nie tyl­ko naj­lep­sza spe­cja­list­ka w ca­łym kra­ju, ale w ogó­le naj­lep­sza, jaką Ma­tro­na kie­dy­kol­wiek wi­dzia­ła, jest nie­obec­na.

Ba­chel­li z Piaz­zy nadał­by się być może na po­łoż­ni­ka, ale nie­ste­ty nie po dru­giej po po­łu­dniu, zresz­tą jego ery­trej­ska ko­chan­ka z po­dejrz­li­wo­ścią trak­to­wa­ła "wi­zy­ty do­mo­we" dok­to­ra. Jean Tran, pół Fran­cuz, pół Wiet­nam­czyk, le­karz z Casa Po­po­la­re, był po tro­chu do­bry we wszyst­kim i czę­sto się uśmie­chał. Lecz na­wet za­ło­żyw­szy, że je­den z nich był­by aku­rat osią­gal­ny, mu­sia­ło­by mi­nąć spo­ro cza­su, za­nim do­tarł­by na miej­sce.

Nie, Ma­tro­na musi po­ra­dzić so­bie sama. Na­le­ży na chwi­lę za­po­mnieć o im­pli­ka­cjach tego po­ro­du. Od­dy­chać. Skon­cen­tro­wać się. Ode­brać nor­mal­ny po­ród.

Lecz tego po­po­łu­dnia i wie­czo­ru nor­mal­ność nie mia­ła wstę­pu do Mis­sing.

Sto­ne stał obok z otwar­ty­mi usta­mi i pa­trzył na sio­strę prze­ło­żo­ną, ocze­ku­jąc od niej in­struk­cji, pod­czas gdy Ma­tro­na usia­dła przo­dem do sro­mu sio­stry Mary Jo­seph Pra­ise, cze­ka­jąc, aż dziec­ko się uka­że. Sto­ne na zmia­nę krzy­żo­wał ręce i opusz­czał je, sta­jąc kar­nie na bacz­ność. Ob­ser­wo­wał co­raz in­ten­syw­niej­szą bla­dość sio­stry Mary Jo­seph Pra­ise, a kie­dy sio­stra Asqu­al krzyk­nę­ła spa­ni­ko­wa­nym gło­sem "skur­czo­we osiem­dzie­siąt, wy­raź­ne", za­chwiał się, jak­by miał za chwi­lę ze­mdleć.

Mimo skur­czów ma­ci­cy, któ­re Ma­tro­na czu­ła przez skó­rę brzu­cha i wi­dzia­ła w wy­krzy­wio­nej twa­rzy pa­cjent­ki, i mimo fak­tu, że szyj­ka ma­ci­cy była sze­ro­ko roz­war­ta, nic się dzia­ło. Głów­ka dziec­ka wi­docz­na w ka­na­le rod­nym, oto­czo­na szyj­ką ma­ci­cy ni­czym uszczel­ką, za­wsze ko­ja­rzy­ła się sio­strze prze­ło­żo­nej z bi­sku­pią ton­su­rą, ale ten bi­skup się nie po­ru­szał. Do tego wszyst­kie­go tyle krwi! Na sto­le ope­ra­cyj­nym już utwo­rzy­ła się ciem­na, nie­re­gu­lar­na ka­łu­ża, a z po­chwy cały czas pły­nął stru­mień szkar­łat­ne­go pły­nu. Krew jest dla po­ro­dów­ki i sali ope­ra­cyj­nej tym, co kał dla uboj­ni, lecz mimo to Ma­tro­na mia­ła wra­że­nie, że jest jej zde­cy­do­wa­nie zbyt dużo.

- Dok­to­rze Sto­ne - po­wie­dzia­ła drżą­cy­mi usta­mi.

Onie­mia­łe­mu Sto­ne'owi prze­bie­gło przez myśl py­ta­nie, dla­cze­go ta ko­bie­ta go wzy­wa.

- Dok­to­rze Sto­ne - po­wtó­rzy­ła. Dla Ma­tro­ny Sil­ny Zmysł Pie­lę­gniar­ski ozna­czał, iż pie­lę­gniar­ka zna swo­je ogra­ni­cze­nia. Na Boga, tej ko­bie­cie po­trzeb­ne jest ce­sar­skie cię­cie. Jed­nak nie po­wie­dzia­ła tego gło­śno, po­nie­waż w przy­pad­ku Sto­ne'a mo­gło to od­nieść od­wrot­ny sku­tek. Za­miast tego, ob­ni­żyw­szy głos i po­chy­liw­szy gło­wę, sio­stra prze­ło­żo­na wspar­ła się na udach i dźwi­gnę­ła ze stoł­ka, ro­biąc miej­sce mię­dzy no­ga­mi sio­stry Mary Jo­seph Pra­ise. - Dok­to­rze Sto­ne, pana pa­cjent­ka - oznaj­mi­ła męż­czyź­nie, o któ­rym wszy­scy są­dzi­li, że jest moim oj­cem. Prze­ka­za­ła w ten spo­sób w jego ręce nie tyl­ko los ko­bie­ty, któ­rą ob­da­rzył mi­ło­ścią, lecz rów­nież dwa ży­cia - moje i mo­je­go bra­ta - któ­re przy­szło mu znie­na­wi­dzić.

Roz­dział 3Wro­ta Łez

Gdy sio­stra Mary Jo­seph Pra­ise po­czu­ła pierw­sze skur­cze po­ro­do­we, dok­tor Kal­pa­na Hem­la­tha - ko­bie­ta, któ­rą będę na­zy­wał moją mat­ką - znaj­do­wa­ła się w od­le­gło­ści sied­miu­set pięć­dzie­się­ciu ki­lo­me­trów w po­zio­mie i trzech ty­się­cy me­trów w pio­nie od Mis­sing. Wy­glą­da­jąc przez okno sa­mo­lo­tu z pra­wej bur­ty, Hema mia­ła wspa­nia­ły wi­dok na Bab al-Man­dab - Wro­ta Łez, na­zwa­ne tak dla upa­mięt­nie­nia nie­wy­obra­żal­nej licz­by stat­ków, któ­re za­to­nę­ły w tej wą­skiej cie­śni­nie od­dzie­la­ją­cej Je­men i po­zo­sta­łą część Ara­bii od Afry­ki. Na tej sze­ro­ko­ści geo­gra­ficz­nej Afry­ka była za­le­d­wie Ro­giem: Etio­pią, Dżi­bu­ti, So­ma­lią. Hema wio­dła wzro­kiem wzdłuż Wrót Łez, któ­re ze szcze­li­ny nie­wie­le szer­szej od wło­sa prze­cho­dzi­ły w Mo­rze Czer­wo­ne cią­gną­ce się na pół­noc aż po ho­ry­zont.

Jako dziew­czyn­ka Hema mu­sia­ła na lek­cji geo­gra­fii w szko­le w Ma­dra­sie na­no­sić na mapę Wysp Bry­tyj­skich zło­ża wę­gla i ośrod­ki pro­duk­cji weł­ny. W pro­gra­mie na­ucza­nia Afry­ka fi­gu­ro­wa­ła jako plac za­baw dla Por­tu­ga­lii, Wiel­kiej Bry­ta­nii i Fran­cji, kra­ina, w któ­rej Li­ving­sto­ne zna­lazł wi­do­wi­sko­we wo­do­spa­dy i na­zwał je na cześć kró­lo­wej Wik­to­rii; po­tem Stan­ley zna­lazł Li­ving­sto­ne'a. Póź­niej, kie­dy z moim bra­tem Shi­vą od­bę­dzie­my po­dróż w to­wa­rzy­stwie Hemy, na­uczy­my się od niej prak­tycz­nej geo­gra­fii, ta­kiej, jaką ona sama po­zna­ła. Po­ka­że nam pal­cem Mo­rze Czer­wo­ne i po­wie:

- Wy­obraź­cie so­bie, że ta wstę­ga wody jest jak roz­cię­cie spód­ni­cy, któ­re od­dzie­la Ara­bię Sau­dyj­ską od Su­da­nu, a da­lej Jor­da­nię od Egip­tu. My­ślę, że Bóg chciał odła­mać Pół­wy­sep Arab­ski od Afry­ki. Bo cze­mu nie? Co lu­dzie z tej stro­ny mają wspól­ne­go z ludź­mi z tam­tej stro­ny?

Na sa­mym koń­cu roz­cię­cia spód­ni­cy wą­ski skra­wek lądu, Sy­naj, uda­rem­nia bo­ski za­miar i łą­czy Egipt z Izra­elem. Stwo­rzo­ny ludz­ki­mi rę­ka­mi Ka­nał Su­eski wień­czy dzie­ło i po­zwa­la Mo­rzu Czer­wo­ne­mu po­łą­czyć się z Mo­rzem Śród­ziem­nym, oszczę­dza­jąc stat­kom cza­so­chłon­nej po­dró­ży wo­kół Przy­ląd­ka Do­brej Na­dziei. Hema czę­sto nam po­wta­rza­ła, że tam w gó­rze, po­nad Wro­ta­mi Łez, uświa­do­mi­ła so­bie coś, co zmie­ni­ło jej ży­cie.

- W sa­mo­lo­cie usły­sza­łam we­zwa­nie. Kie­dy te­raz o tym my­ślę, wiem, że to wy mnie wo­ła­li­ście.

Trzę­są­ca się, tną­ca po­wie­trze bla­sza­na pusz­ka za­wsze wy­da­wa­ła mi się naj­mniej sto­sow­nym miej­scem na ob­ja­wie­nie Hemy.

Hema sie­dzia­ła na drew­nia­nej ła­wecz­ce, któ­ra cią­gnę­ła się po oby­dwu stro­nach że­bro­wa­ne­go ka­dłu­ba sa­mo­lo­tu DC-3. Nie zda­wa­ła so­bie spra­wy, jak bar­dzo szpi­tal Mis­sing po­trze­bu­je jej usług do­kład­nie w tej sa­mej chwi­li - szpi­tal, w któ­rym prze­pra­co­wa­ła ostat­nie osiem lat. War­kot dwóch sil­ni­ków sa­mo­lo­tu był tak gło­śny i mo­no­ton­ny, że już po pół go­dzi­nie lotu Hema mia­ła wra­że­nie, że dźwięk stał się nie­od­łącz­ną czę­ścią jej cia­ła. Czu­ła, że po­łą­cze­nie twar­dej ła­wecz­ki i gwał­tow­nych tur­bu­len­cji po­skut­ku­je si­nia­ka­mi na sie­dze­niu. Za każ­dym ra­zem, gdy za­my­ka­ła oczy, zda­wa­ło jej się, że od­bi­ja się od ścian by­dlę­ce­go wa­go­nu.

Współ­to­wa­rzy­sza­mi lotu z Ade­nu do Ad­dis Abe­by byli Gu­dża­ra­to­wie, Ke­ral­czy­cy, Fran­cu­zi, Or­mia­nie, Gre­cy, Je­meń­czy­cy i kil­ku in­nych pa­sa­że­rów, któ­rych ję­zyk i spo­sób ubie­ra­nia się nie zdra­dza­ły wy­raź­nie po­cho­dze­nia. Hema mia­ła na so­bie bia­łe ba­weł­nia­ne sari i bluz­kę bez rę­ka­wów w ko­lo­rze zła­ma­nej bie­li. W jej le­wym noz­drzu tkwił nit z bry­lan­ci­kiem. Wło­sy prze­dzie­li­ła po­środ­ku i spię­ła z tyłu klam­rą, po­zwa­la­jąc ko­smy­kom opa­dać swo­bod­nie na kark.

Sie­dzia­ła bo­kiem, wy­glą­da­jąc przez okno. Uj­rza­ła prze­su­wa­ją­cą się sza­rą strza­łę, cień sa­mo­lo­tu na tle oce­anu. Wy­obra­zi­ła so­bie, że tuż pod po­wierzch­nią wody pły­nie gi­gan­tycz­na ryba, do­sto­so­wu­jąc swo­ją pręd­kość do pręd­ko­ści ma­szy­ny. Mo­rze spra­wia­ło wra­że­nie chłod­ne­go i przy­jem­ne­go, było więc prze­ci­wień­stwem wnę­trza DC-3, w któ­rym po star­cie zro­bi­ło się co praw­da nie­co mniej par­no, ale nadal wy­raź­nie było czuć in­ten­syw­ny za­pach ludz­kie­go ła­dun­ku. Ara­bo­wie wy­dzie­la­li su­chą, za­tę­chłą woń pod­ziem­ne­go spi­chle­rza; Azja­ci pach­nie­li im­bi­rem i czosn­kiem; woń bia­łych ko­ja­rzy­ła się na­to­miast z aro­ma­tem prze­siąk­nię­te­go mle­kiem śli­nia­ka.

Przez na wpół roz­su­nię­tą ko­ta­rę od­dzie­la­ją­cą kok­pit od ka­bi­ny Hema wi­dzia­ła za­rys po­sta­ci pi­lo­ta. Za każ­dym ra­zem, gdy ten od­wra­cał się, żeby zer­k­nąć na swo­ich pa­sa­że­rów, oku­la­ry w ko­lo­rze bu­tel­ko­wej zie­le­ni jak­by po­ły­ka­ły jego twarz, zo­sta­wia­jąc tyl­ko wy­sta­ją­cy nos. Gdy pa­sa­że­ro­wie wcho­dzi­li na po­kład, oku­la­ry miał na­su­nię­te na czo­ło i wi­dać było jego czer­wo­ne jak u gry­zo­nia oczy. Wy­czu­wal­ny w od­de­chu za­pach ja­gód ja­łow­ca zdra­dzał upodo­ba­nie do ginu. Hema po­czu­ła do nie­go nie­chęć, za­nim jesz­cze otwo­rzył usta, by czym prę­dzej za­go­nić sta­do pa­sa­że­rów do wnę­trza sa­mo­lo­tu, po­ga­nia­jąc ich krót­ki­mi Al­lez!, jak­by byli pod­ludź­mi. Za­ci­snę­ła zęby i mil­cza­ła, bo prze­cież to ten czło­wiek miał ich wy­nieść w po­wie­trze.

Jego twarz i uszy jak u dzba­na przy­po­mi­na­ły ry­su­nek dziec­ka wy­ko­na­ny kred­ką na pa­pie­rze pa­ko­wym. Licz­ba szcze­gó­łów prze­wyż­sza­ła jed­nak umie­jęt­no­ści dziec­ka: de­li­kat­na siat­ka ży­łek na po­licz­kach, ufar­bo­wa­ne na czar­no bo­ko­bro­dy, bia­ły krąg star­czej ob­wód­ki wo­kół źre­nic, sza­re brwi, któ­re mia­ły mu nada­wać po­zo­ry mło­dzień­czo­ści. Hema za­sta­na­wia­ła się, jak to moż­li­we, że ten męż­czy­zna po­tra­fi pa­trzeć w lu­stro i nie do­strze­gać ab­sur­dal­no­ści wła­sne­go wy­glą­du.

Przyj­rza­ła się swo­je­mu od­bi­ciu w okien­ku. Mia­ła okrą­głą twarz o sze­ro­ko roz­sta­wio­nych oczach i za­dar­tym no­sie. Nad nim na środ­ku czo­ła wid­nia­ło czer­wo­ne bin­di. Woda mo­rza na dole w ko­lo­rze ko­bal­to­we­go błę­ki­tu pod­kre­śla­ła mar­sjań­ski od­cień jej po­licz­ków i ak­cen­to­wa­ła zie­leń nie­ty­po­wych jak na Hin­du­skę oczu.

- Twój wzrok tra­fia do wszyst­kich męż­czyzn i spra­wia, że na­wet naj­zwy­klej­sze spoj­rze­nie wy­da­je się in­tym­ne, cie­le­sne - po­wie­dział jej kie­dyś dok­tor Ghosh. - Jak gdy­byś po­sia­dła mnie sa­my­mi ocza­mi!

Ghosh lu­bił się draż­nić i wszyst­ko, co mó­wił, za­po­mi­nał rów­nie szyb­ko, jak wy­my­ślał, ale te jego sło­wa na dłu­go za­pa­dły jej w pa­mięć. Po­my­śla­ła o wło­cha­tych koń­czy­nach Gho­sha i prze­szedł ją dreszcz. Nie zno­si­ła owło­sio­ne­go cia­ła, a przy­najm­niej tak jej się wy­da­wa­ło. Wie­dzia­ła, że to nie­for­tun­ne uprze­dze­nie jak na Hin­du­skę, ale Ghosh na­praw­dę wy­glą­dał, jak­by wło­żył na sie­bie fu­tro z go­ry­la; wło­sy po­ra­sta­ją­ce jego klat­kę pier­sio­wą ster­cza­ły spod ka­mi­zel­ki i wy­do­sta­wa­ły się na ze­wnątrz spod koł­nie­rza ko­szu­li.

"Po­sia­dła cię? Chciał­byś, ty zbe­reź­ni­ku" - po­wie­dzia­ła te­raz do sie­bie, jak­by Ghosh sie­dział tuż obok.

Mu­sia­ła mu to przy­znać: je­że­li zda­rzy­ło jej się pa­trzeć na męż­czy­znę o uła­mek se­kun­dy za dłu­go, zwra­ca­ła na sie­bie wię­cej uwa­gi, niż­by so­bie ży­czy­ła. No­si­ła oku­la­ry w wiel­kich dru­cia­nych opraw­kach, po­nie­waż są­dzi­ła, że w ten spo­sób jej oczy wy­da­ją się osa­dzo­ne bli­żej sie­bie. Lu­bi­ła moc­no wy­gię­ty łuk Ero­sa swo­ich ust, ale nie po­do­ba­ły jej się po­licz­ki, któ­re uwa­ża­ła za zbyt pu­co­ło­wa­te. Cóż po­ra­dzić? Była dużą ko­bie­tą. Nie gru­bą, ale dużą... No do­brze, może mia­ła odro­bi­nę tłusz­czu, a w do­dat­ku przy­ty­ła ki­lo­gram lub dwa albo trzy w In­diach, ale prze­cież nie da się in­a­czej na nie­sa­mo­wi­tej kuch­ni mat­ki. "Je­stem wy­so­ka, więc tego po mnie nie wi­dać", po­my­śla­ła. Sari też ro­bi­ło swo­je.

Chrząk­nę­ła, przy­po­mniaw­szy so­bie, ja­kie dok­tor Ghosh wy­my­ślił dla niej prze­zwi­sko: "po­więk­szo­na". Wie­le lat póź­niej, kie­dy roz­tań­czo­ne i roz­śpie­wa­ne in­dyj­skie fil­my sta­ły się w Afry­ce praw­dzi­wym hi­tem, sa­lo­wi ze szpi­ta­la w Ad­dis Abe­bie na­zwa­li ją Mo­ther In­dia, nie po to, by z niej drwić, lecz od­da­jąc hołd wy­ci­ska­czo­wi łez pod ta­kim ty­tu­łem i z głów­ną rolą Na­rgis. Mo­ther In­dia wy­świe­tla­no w Em­pi­re The­ater przez bite trzy mie­sią­ce, po czym film prze­niósł się do Ci­ne­ma Ado­wa. Etiop­ski dys­try­bu­tor nie za­prząt­nął so­bie gło­wy przy­go­to­wa­niem na­pi­sów. Sa­lo­wi śpie­wa­li więc Du­niya mein hum aaye hain - przy­by­li­śmy na ten świat - cho­ciaż nie ro­zu­mie­li ani sło­wa w ję­zy­ku hin­du­sta­ni.

"Je­śli ja je­stem "po­więk­szo­na", to co po­wie­dzieć o to­bie? - stwier­dzi­ła, pro­wa­dząc da­lej wy­ima­gi­no­wa­ną roz­mo­wę i w my­ślach tak­su­jąc sta­re­go przy­ja­cie­la wzro­kiem. Nie był przy­stoj­nia­kiem w tra­dy­cyj­nym ro­zu­mie­niu tego sło­wa. - Może "obcy"? To zna­czy, wiesz, to ma być kom­ple­ment. Mó­wię "obcy", Ghosh, bo je­steś tak bar­dzo nie­świa­do­my sa­me­go sie­bie, swo­je­go wy­glą­du. Nie­któ­rzy mogą go uznać za ku­szą­cy. To, co obce, sta­je się pięk­ne. Mó­wię ci o tym wszyst­kim, bo cie­bie tu nie ma. Prze­by­wa­nie w obec­no­ści oso­by, któ­rej pew­ność sie­bie jest znacz­nie więk­sza, niż ocze­ki­wa­li­by­śmy po niej na pierw­szy rzut oka, jest po­cią­ga­ją­ce".

W ta­jem­ni­czy spo­sób pod­czas urlo­po­wych wy­jaz­dów Hemy do In­dii imię Gho­sha wciąż wy­pły­wa­ło przy oka­zji roz­mów z mat­ką. Mimo bra­ku za­in­te­re­so­wa­nia Hemy mał­żeń­stwem, jej mat­kę prze­ra­ża­ła wi­zja cór­ki zwią­za­nej z nie­bra­mi­nem, kimś wła­śnie ta­kim jak Ghosh. Po­nie­waż jed­nak Hema zbli­ża­ła się do trzy­dziest­ki, mat­ka po­wo­li za­czy­na­ła do­cho­dzić do wnio­sku, że w ta­kiej sy­tu­acji lep­szy ja­ki­kol­wiek mąż niż ża­den.

- Mó­wisz, że nie jest przy­stoj­ny? A ma od­po­wied­ni ko­lor skó­ry?

- Mamo, jest ja­sny... ja­śniej­szy ode mnie, i ma brą­zo­we oczy. Ben­gal­czyk, Pars, Bóg wie, co jesz­cze sie­dzi w tych oczach.

- No to kim on jest?

- Sam o so­bie mówi, że jest ma­dra­skim mie­szań­cem z wy­so­kiej ka­sty - od­par­ła, chi­cho­cząc. Zmarsz­czo­ne brwi mat­ki się­gnę­ły pra­wie skrzy­de­łek nosa, więc Hema szyb­ko zmie­ni­ła te­mat.

Nie spo­sób było opi­sać Gho­sha ko­muś, kto nig­dy go nie spo­tkał. Mo­gła po­wie­dzieć, że no­sił gład­ko przy­cze­sa­ne wło­sy z prze­dział­kiem po­środ­ku, któ­re każ­de­go ran­ka przez ja­kieś dzie­sięć mi­nut wy­glą­da­ły schlud­nie i za­cho­wy­wa­ły nada­ny fry­zu­rze wy­gląd, po czym ko­smy­ki wy­my­ka­ły się spod kon­tro­li ni­czym ban­da roz­bry­ka­nych dzie­cia­ków. Mo­gła po­wie­dzieć, że o do­wol­nej po­rze dnia, na­wet tuż po go­le­niu, jego szczę­kę po­kry­wa­ła czar­na szcze­ci­na. Mo­gła po­wie­dzieć, że nie miał szyi, któ­ra ska­pi­tu­lo­wa­ła pod na­po­rem gło­wy w kształ­cie owo­cu chle­bow­ca. Mo­gła po­wie­dzieć, że wy­glą­dał na nie­wy­so­kie­go, a to przez brzu­szek, któ­ry, choć w su­mie nie­wiel­ki, wy­da­wał się więk­szy, gdy Ghosh od­chy­lał się do tyłu i idąc, ko­ły­sał się na obie stro­ny, co od­wra­ca­ło uwa­gę od li­nii pio­no­wej jego po­sta­ci. I jesz­cze głos, zdu­mie­wa­ją­co do­no­śny, jak gdy­by ktoś usta­wił mu po­krę­tło gło­śno­ści na mak­si­mum. Jak­że Hema mo­gła dać mat­ce do zro­zu­mie­nia, że cały ten ob­raz, po do­da­niu do sie­bie wszyst­kich szcze­gó­łów, wca­le nie wy­da­wał jej się brzyd­ki, lecz oso­bli­wie pięk­ny?

Po­mi­mo wi­docz­nej wy­syp­ki na wierz­chu dło­ni - tak na­praw­dę było to opa­rze­nie - jego pal­ce wy­da­wa­ły się zmy­sło­we. Przy­czy­ną wy­syp­ki był wie­ko­wy apa­rat rent­ge­now­ski fir­my Kel­ley-Ko­ett. Na samą myśl o "Ko­ocie", jak prze­zwa­no urzą­dze­nie, w He­mie bu­rzy­ła się krew. W roku 1909 ce­sarz Me­ne­lik, usły­szaw­szy, że krze­sło elek­trycz­ne wy­dat­nie po­mo­że mu po­zbyć się wro­gów pań­stwa, spro­wa­dził ów wy­na­la­zek do Etio­pii. Kie­dy zo­rien­to­wał się, że do dzia­ła­nia ma­szy­na po­trze­bu­je prą­du, zre­zy­gno­wał z jej mor­der­czej funk­cji i za­czął uży­wać jej jako tro­nu. Po­dob­ny los spo­tkał apa­rat Kel­ley-Ko­ett: urzą­dze­nie przy­by­ło do Etio­pii w la­tach trzy­dzie­stych dwu­dzie­ste­go wie­ku przy­wie­zio­ne przez ame­ry­kań­skich mi­syj­nych za­pa­leń­ców, któ­rzy wkrót­ce zro­zu­mie­li, że cho­ciaż elek­trycz­ność, owszem, jest do­stęp­na w Ad­dis Abe­bie, to nie­ste­ty tyl­ko spo­ra­dycz­nie, a na­pię­cie w gniazd­ku nie po­tra­fi spro­stać wy­ma­ga­niom ka­pry­śnej be­stii. Gdy mi­sja zli­kwi­do­wa­ła swo­ją pla­ców­kę, cen­ny, wciąż nie­roz­pa­ko­wa­ny apa­rat po pro­stu zo­sta­wio­no. Po­nie­waż w Mis­sing bra­ko­wa­ło apa­ra­tu rent­ge­now­skie­go, Ghosh zło­żył urzą­dze­nie i do­sto­so­wał je do trans­for­ma­to­ra.

Nikt poza Gho­shem nie ośmie­lał się tknąć Ko­ota. Z gi­gan­tycz­ne­go pro­stow­ni­ka biegł zwój prze­wo­dów do lam­py rent­ge­now­skiej osa­dzo­nej na szy­nie i mo­gą­cej prze­su­wać się w każ­dym kie­run­ku. Ghosh ma­ni­pu­lo­wał prze­łącz­ni­ka­mi na­pię­cia i tar­cza­mi, aż w koń­cu mię­dzy dwo­ma mo­sięż­ny­mi prze­wod­ni­ka­mi prze­ska­ki­wa­ła iskra. Na jed­nym ze spa­ra­li­żo­wa­nych pa­cjen­tów ta wy­bu­cho­wa ilu­mi­na­cja zro­bi­ła ta­kie wra­że­nie, że ze­sko­czył z no­szy i uciekł - Ghosh na­zwał to "me­to­dą le­cze­nia Sturm und Drang". To on był straż­ni­kiem Ko­ota, jego me­cha­ni­kiem i opie­ku­nem, tak sku­tecz­nym, że trzy de­ka­dy po upad­ku fir­my, któ­ra apa­rat wy­pro­du­ko­wa­ła, nadal nada­wał się do użyt­ku. Dzię­ki nie­mu Ghosh mógł obej­rzeć tań­czą­ce w pier­si ser­ce albo pre­cy­zyj­nie wska­zać, gdzie znaj­du­je się otwór w płu­cu cho­re­go. Prze­su­nąw­szy ekran ni­żej, wy­da­wał wer­dykt, czy guz na­cie­ka je­li­ta, czy przy­le­ga do śle­dzio­ny. We wcze­snym okre­sie pra­cy z apa­ra­tem nie przej­mo­wał się zbyt­nio rę­ka­wicz­ka­mi z oło­wia­nym wkła­dem ani też oło­wia­nym far­tu­chem, sko­ro już o tym mowa. Skó­ra na jego cie­kaw­skich dło­niach za­pła­ci­ła za to wi­docz­ną cenę.

Hema spró­bo­wa­ła wy­obra­zić so­bie Gho­sha opo­wia­da­ją­ce­go o niej swo­jej ro­dzi­nie: "Ma dwa­dzie­ścia dzie­więć lat. Tak, cho­dzi­li­śmy ra­zem do Szko­ły Me­dycz­nej w Ma­dra­sie, cho­ciaż jest o kil­ka lat ode mnie młod­sza. Nie wiem, dla­cze­go nig­dy nie wy­szła za mąż. Po­zna­łem ją, do­pie­ro gdy zo­sta­li­śmy sta­ży­sta­mi na od­dzia­le za­kaź­nym. Jest po­łoż­ną. Bra­min­ka. Tak, z Ma­dra­su. Emi­grant­ka. Od ośmiu lat miesz­ka i pra­cu­je w Etio­pii". Oto ety­kiet­ki, któ­re cha­rak­te­ry­zo­wa­ły Hemę, jed­no­cze­śnie nie­wie­le wy­ja­śnia­jąc i wła­ści­wie nic o niej nie mó­wiąc. "Prze­szłość za­cie­ra się za po­dró­żu­ją­cym", po­my­śla­ła.

W sa­mo­lo­cie Hema za­mknę­ła oczy i wy­obra­zi­ła so­bie sie­bie jako uczen­ni­cę z dwo­ma ku­cy­ka­mi, w dłu­giej bia­łej spód­ni­cy i bia­łej bluz­ce pod pur­pu­ro­wym pół­sa­ri. Wszyst­kie dziew­czę­ta cho­dzą­ce do Mrs. Hood Se­con­da­ry Scho­ol w My­la­po­re mu­sia­ły no­sić ta­kie pół­sa­ri, któ­re two­rzył pro­sto­kąt­ny ka­wa­łek ma­te­ria­łu za­wi­nię­ty je­den raz wo­kół spód­ni­cy i upię­ty na ra­mie­niu. Nie zno­si­ła tego stro­ju, po­nie­waż nie czu­ła się w nim ani dziec­kiem, ani do­ro­słą, tyl­ko taką pół­ko­bie­tą. Wszyst­kie na­uczy­ciel­ki no­si­ły peł­ne sari, na­to­miast czci­god­na dy­rek­tor­ka, Mrs. Hood, pre­fe­ro­wa­ła spód­ni­ce. Kie­dy Hema pro­te­sto­wa­ła, oj­ciec po­uczał ją: "Czyż­byś nie wie­dzia­ła, ile masz szczę­ścia, że mo­żesz cho­dzić do szko­ły, w któ­rej dy­rek­tor­ką jest Bry­tyj­ka? Czy wiesz, że set­ki dziew­cząt pró­bo­wa­ły do­stać się do tej szko­ły, ofe­ru­jąc dzie­się­cio­krot­nie wię­cej, niż wy­no­si cze­sne, ale Miz-Iz-Ood nie zgo­dzi­ła się ich przy­jąć? Na jej szko­łę na­le­ży za­słu­żyć. Wo­la­ła­byś cho­dzić do zwy­kłej ma­dra­skiej szko­ły pu­blicz­nej?".

I tak Hema każ­de­go dnia wkła­da­ła znie­na­wi­dzo­ny mun­du­rek i szła do szko­ły, ma­jąc wra­że­nie, że jest pół­na­ga, i czu­jąc się, jak­by za­prze­da­wa­ła w ten spo­sób część swo­jej du­szy.

Velu, syn są­sia­da, któ­ry kie­dyś był jej naj­lep­szym przy­ja­cie­lem, ale w wie­ku dzie­się­ciu lat rap­tem stał się nie­zno­śnym chło­pa­kiem, lu­bił sia­dać na mur­ku od­dzie­la­ją­cym po­se­sje i na­igra­wać się z niej:

Pa­nie­necz­ki Miz-Iz-Ood, par­lez-vous?

Pa­nie­necz­ki Miz-Iz-Ood, par­lez-vous?

Pa­nie­necz­ki Miz-Iz-Ood,

To jesz­cze nie ko­bie­ty,

To do­pie­ro był­by cud.

Inky Pin­ky, par­lez-vous!

Igno­ro­wa­ła go. Velu, któ­re­go ciem­na skó­ra kon­tra­sto­wa­ła z jej ja­sną kar­na­cją, po­wie­dział kie­dyś:

- Je­steś taka dum­na, że je­steś ja­sna. Słu­chaj no, mał­py wbi­ją zęby w two­je słod­kie cia­ło, bo po­my­ślą, że je­steś owo­cem chle­bow­ca!

Mia­ła do­pie­ro je­de­na­ście lat i po­mniej­szał ją jesz­cze im­po­nu­ją­cy ro­wer mar­ki Ra­le­igh, na któ­rym je­cha­ła do szko­ły, ale za­trzy­ma­ła się, żeby po­prze­rzu­cać się zło­śli­wo­ścia­mi z Velu. Nio­sła książ­ki upchnię­te do san­ji z frędz­la­mi. Pa­sek od tor­by biegł do­kład­nie mię­dzy pier­sia­mi. Z jej po­sta­wy i spo­so­bu, w jaki mia­ro­wo na­ci­ska­ła na pe­da­ły ro­we­ru, dało się wy­czy­tać nie­ustę­pli­wość.

Ro­wer, kie­dyś po­ra­ża­ją­co wy­so­ki i nie­bez­piecz­ny, wkrót­ce skur­czył się pod nią. Po oby­dwu stro­nach pa­ska san­ji za­kwi­tły pier­si, a po­mię­dzy no­ga­mi wy­ro­sły wło­sy. (Je­że­li to o to cho­dzi­ło Velu, gdy śpie­wał, że jesz­cze nie jest ko­bie­tą, to mia­ła wresz­cie do­wód, że się my­lił). Była pil­ną uczen­ni­cą, ka­pi­ta­nem dru­ży­ny net­bal­lo­wej, oso­bą od­po­wie­dzial­ną za pil­no­wa­nie po­rząd­ku w szko­le, a tak­że wy­ka­zy­wa­ła ta­lent do bha­ra­ta­na­tjam, w lot za­pa­mię­tu­jąc i po­wta­rza­jąc naj­bar­dziej skom­pli­ko­wa­ne ukła­dy tego kla­sycz­ne­go tań­ca hin­du­skie­go, na­wet je­śli zo­ba­czy­ła je tyl­ko raz.

Nie czu­ła się ani zo­bli­go­wa­na, by iść z tłu­mem, ani też nie­spe­cjal­nie po­trze­bo­wa­ła się z tłu­mu alie­no­wać. Kie­dy przy­ja­ciół­ka wy­zna­ła jej, że za­wsze wy­glą­da na za­gnie­wa­ną, była za­sko­czo­na i na­wet tro­chę pod­eks­cy­to­wa­na, że po­zo­ry mogą aż tak my­lić. W szko­le me­dycz­nej (te­raz już cho­dzi­ła w peł­nym sari i jeź­dzi­ła au­to­bu­sem) jej ce­chy wzmoc­ni­ły się - nie gniew, lecz nie­za­leż­ność i po­czu­cie mar­no­wa­nia ta­len­tu. Nie­któ­rzy uzna­wa­li ją za aro­ganc­ką. In­nych przy­cią­ga­ła jak pro­rok ako­li­tów, do­pó­ki się nie prze­ko­na­li, że wca­le nie szu­ka wy­znaw­ców. Męż­czyź­ni wy­ma­ga­li od swo­ich przy­ja­ció­łek ela­stycz­no­ści, a ona nie po­tra­fi­ła się zdo­być na uda­wa­nie nie­śmia­ło­ści i dziew­czę­co­ści, aby im spra­wiać przy­jem­ność. Pary, któ­re ści­ska­ły się w bi­blio­te­ce za pół­ka­mi z wiel­ki­mi atla­sa­mi ana­to­micz­ny­mi i szep­ta­ły so­bie do uszu sło­wa mi­ło­ści, śmie­szy­ły ją.

Nie mia­łam cza­su na ta­kie głu­po­ty. Lecz mia­ła go pod do­stat­kiem na szmi­ro­wa­te po­wie­ści­dła, któ­rych ak­cja roz­gry­wa­ła się w zam­kach i wiej­skich dom­kach i któ­rych bo­ha­ter­ki no­si­ły imio­na w ro­dza­ju Ber­na­det­te. Fan­ta­zjo­wa­ła o szy­kow­nych męż­czy­znach z Chil­ling­fo­rest, Loc­kin­gwo­od i Knot­ty­pi­ne. Na tym po­le­gał jej pro­blem w tam­tych cza­sach: ma­rzy­ła o mi­ło­ści wspa­nial­szej niż ta, na któ­rą na­ty­ka­ła się w bi­blio­tecz­nych alej­kach. Prze­peł­nia­ła ją tak­że nie­spre­cy­zo­wa­na am­bi­cja, któ­ra nie mia­ła nic wspól­ne­go z mi­ło­ścią. Cze­go kon­kret­nie pra­gnę­ła? To była am­bi­cja, przez któ­rą nie szu­ka­ła tego, co wszy­scy, i nie ści­ga­ła się z in­ny­mi.

Gdy bę­dąc uczen­ni­cą w Szko­le Me­dycz­nej w Ma­dra­sie, Hema zo­rien­to­wa­ła się, że po­dzi­wia swo­je­go pro­fe­so­ra te­ra­peu­ty­ki (je­dy­ne­go Hin­du­sa w szko­le, w któ­rej na­wet u pro­gu nie­pod­le­gło­ści In­dii więk­szość gro­na pro­fe­sor­skie­go sta­no­wi­li Bry­tyj­czy­cy), kie­dy od­kry­ła, że po­ru­sza ją jego czło­wie­czeń­stwo, jego opa­no­wa­nie przed­mio­tu (Przy­znaj się, Hema: za­bu­ja­łaś się!), kie­dy przy­ła­pa­ła się na snu­ciu ma­rzeń o tym, że zo­sta­nie jego za­stęp­czy­nią, i gdy oka­za­ło się, że spodo­bał mu się ten po­mysł, z roz­my­słem po­dą­ży­ła inną dro­gą. Ni­ko­mu nie mia­ła ocho­ty da­wać ta­kiej wła­dzy nad sobą. Po­rzu­ci­ła więc jego spe­cja­li­za­cję, me­dy­cy­nę we­wnętrz­ną, i wy­bra­ła po­łoż­nic­two i gi­ne­ko­lo­gię. O ile dzie­dzi­na pro­fe­so­ra nie zna­ła ogra­ni­czeń i wy­ma­ga­ła sze­ro­kiej wie­dzy, któ­ra obej­mo­wa­ła za­rów­no scho­rze­nia ser­ca, jak i cho­ro­bę He­ine-Me­di­na, a tak­że ty­sią­ce in­nych do­le­gli­wo­ści, ona wy­bra­ła skoń­czo­ną dzie­dzi­nę z me­cha­nicz­ną czę­ścią skła­do­wą, czy­li ope­ra­cja­mi, choć i tych był ogra­ni­czo­ny re­per­tu­ar: ce­sar­skie cię­cie, hi­ste­rek­to­mia, wy­pad­nię­cie na­rzą­dów.

Od­kry­ła w so­bie ta­lent do ma­nu­al­ne­go po­łoż­nic­twa, sta­jąc się eks­per­tem w orze­ka­niu uło­że­nia dziec­ka w mied­ni­cy. Lu­bi­ła to, cze­go inni po­łoż­ni­cy się oba­wia­li. Po­tra­fi­ła z za­mknię­ty­mi ocza­mi od­róż­nić klesz­cze lewe od pra­wych, a na­stęp­nie użyć ich choć­by po omac­ku. Ocza­mi wy­obraź­ni wi­zu­ali­zo­wa­ła so­bie geo­me­trię splo­tu mied­nicz­ne­go pa­cjent­ki, do­pa­so­wy­wa­ła ją do krzy­wi­zny głów­ki dziec­ka, wsu­wa­ła na­rzę­dzie do środ­ka, umiesz­cza­ła w od­po­wied­niej po­zy­cji i pew­nym ru­chem wy­cią­ga­ła dziec­ko.

Po­je­cha­ła za oce­an pod wpły­wem ka­pry­su, ale roz­sta­nie z Ma­dra­sem zła­ma­ło jej ser­ce. Nadal by­wa­ły wie­czo­ry, gdy pła­ka­ła, wy­obra­ża­jąc so­bie ro­dzi­ców, któ­rzy wy­no­szą krze­sła przed dom i cze­ka­ją na mor­ską bry­zę nie­odmien­nie po­ja­wia­ją­cą się o zmierz­chu na­wet w naj­go­ręt­sze, naj­bar­dziej bez­wietrz­ne dni. Wy­je­cha­ła, po­nie­waż gi­ne­ko­lo­gia - przy­najm­niej w Ma­dra­sie - po­zo­sta­wa­ła do­me­ną męż­czyzn, a tak­że, choć In­die były na pro­gu uzy­ska­nia nie­pod­le­gło­ści, do­me­ną Bry­tyj­czy­ków. Hema nie mia­ła naj­mniej­szych szans na uzy­ska­nie przy­dzia­łu do pań­stwo­wej kli­ni­ki. Cie­szy­ła się, cho­ciaż jed­no­cze­śnie wy­da­wa­ło jej się to dziw­ne, że za­rów­no ona sama, jak i Ghosh, Sto­ne i sio­stra Mary Jo­seph Pra­ise w pew­nym mo­men­cie swo­je­go ży­cia uczy­li się lub pra­co­wa­li w Głów­nym Szpi­ta­lu Rzą­do­wym w Ma­dra­sie. Ty­siąc pięć­set łó­żek i dwa razy tyle pa­cjen­tów pod nimi i mię­dzy nimi - ta­kie to było mia­sto. To tam sio­stra Mary Jo­seph Pra­ise pra­co­wa­ła i była do­brze za­po­wia­da­ją­cą się no­wi­cjusz­ką i sta­żyst­ką; nie­wy­klu­czo­ne, że mi­ja­ły się na ko­ry­ta­rzu. Nie­sa­mo­wi­te, że na­wet Tho­mas Sto­ne przez krót­ki czas pra­co­wał w Głów­nym Szpi­ta­lu Rzą­do­wym; ra­czej nie mo­gli się spo­tkać z Hemą, po­nie­waż od­dział po­łoż­ni­czy sta­no­wił za­mknię­tą część szpi­ta­la, a dok­tor Sto­ne nie miał tam żad­ne­go in­te­re­su.

Zo­sta­wi­ła za sobą Ma­dras i jego sys­tem ka­sto­wy i wy­je­cha­ła da­le­ko, tam gdzie sło­wo "bra­min" nic nie zna­czy­ło. Pra­cu­jąc w Etio­pii, sta­ra­ła się od­wie­dzać ro­dzin­ne stro­ny raz na trzy, czte­ry lata. Te­raz wła­śnie wra­ca­ła z dru­giej ta­kiej wi­zy­ty. Sie­dzia­ła w ogłu­sza­ją­cym ryku sa­mo­lo­tu, pa­trzy­ła przez okien­ko i ła­pa­ła się na tym, że roz­pa­mię­tu­je wy­bo­ry, na ja­kie zde­cy­do­wa­ła się w ży­ciu. W cią­gu ostat­nich paru lat pra­wie uda­ło jej się zde­fi­nio­wać tę po­zba­wio­ną na­zwy am­bi­cję, któ­ra pcha­ła ją do przo­du: za wszel­ką cenę unik­nąć ży­cia po­tul­nej owiecz­ki.

Kie­dy pierw­szy raz przy­je­cha­ła do Mis­sing, to miej­sce wy­da­ło jej się zna­jo­me, przy­po­mi­na­ło Głów­ny Szpi­tal Rzą­do­wy w In­diach, tyle że na znacz­nie mniej­szą ska­lę: lu­dzie cze­ka­ją­cy w ko­lej­ce, ro­dzi­ny ko­czu­ją­ce pod drze­wa­mi i wy­cze­ku­ją­ce z nie­skoń­czo­ną cier­pli­wo­ścią lu­dzi, któ­rym nie po­zo­sta­ło nic in­ne­go, jak tyl­ko cze­kać. Już od pierw­sze­go dnia wpa­dła w wir za­jęć. Nie wzbra­nia­ła się przed tym, a na­wet w głę­bi du­szy lu­bi­ła kry­zy­so­we sy­tu­acje, chwi­le, w któ­rych ser­ce pod­cho­dzi­ło jej do gar­dła, kie­dy li­czy­ła się każ­da se­kun­da, gdy ży­cie mat­ki wi­sia­ło na wło­sku lub też dziec­ko uwię­zio­ne w ło­nie, po­zba­wio­ne tle­nu, wy­ma­ga­ło he­ro­icz­nej ak­cji ra­tun­ko­wej. W ta­kich chwi­lach Hema nie mie­wa­ła eg­zy­sten­cjal­nych wąt­pli­wo­ści. Ży­cie na­bie­ra­ło ostro­ści i sen­su aku­rat wte­dy, gdy nie za­sta­na­wia­ła się nad jego zna­cze­niem. Mat­ka, żona, cór­ka - rap­tem nie li­czy­ło się, kim jest pa­cjent­ka, po pro­stu isto­tą ludz­ką w nie­bez­pie­czeń­stwie. Taka sy­tu­acja re­du­ko­wa­ła Hemę do po­zio­mu na­rzę­dzia nie­zbęd­ne­go do wy­ko­na­nia za­bie­gu.

Ostat­nio czu­ła wszak­że po­tęż­ny roz­dź­więk mię­dzy swo­ją afry­kań­ską prak­ty­ką a awan­gar­dą na­uko­wej me­dy­cy­ny uosa­bia­ną przez An­glię i Ame­ry­kę. C. Wal­ton Lil­le­hei z Min­ne­apo­lis w tym roku za­ini­cjo­wał nową epo­kę w kar­dio­chi­rur­gii, znaj­du­jąc spo­sób na pom­po­wa­nie krwi przy nie­pra­cu­ją­cym ser­cu. Opra­co­wa­no szcze­pion­kę na cho­ro­bę He­ine-Me­di­na, któ­ra jed­nak nie zdą­ży­ła jesz­cze do­trzeć do Afry­ki. Na Ha­rvar­dzie w Mas­sa­chu­setts dok­tor Jo­seph Mur­ray do­ko­nał pierw­szej uda­nej trans­plan­ta­cji ner­ki mię­dzy ro­dzeń­stwem. Na zdję­ciu w ma­ga­zy­nie "Time" wy­glą­dał na zu­peł­nie zwy­czaj­ne­go i bez­pre­ten­sjo­nal­ne­go. Fo­to­gra­fia zdu­mia­ła Hemę i uświa­do­mi­ła jej, że od­kry­cia i tego typu suk­ce­sy znaj­du­ją się w za­się­gu każ­de­go le­ka­rza - rów­nież w jej za­się­gu.

Za­wsze lu­bi­ła hi­sto­rię o Pa­steu­rze od­kry­wa­ją­cym drob­no­ustro­je albo opo­wie­ści o Li­ste­rze eks­pe­ry­men­tu­ją­cym z od­ka­ża­niem. Każ­dy hin­du­ski uczeń ma­rzył, by być kimś ta­kim jak sir C.V. Ra­man, któ­re­go nie­skom­pli­ko­wa­ne do­świad­cze­nia ze świa­tłem do­pro­wa­dzi­ły w koń­cu do Na­gro­dy No­bla. Co z tego, sko­ro miesz­ka­ła w pań­stwie, któ­re nie­wie­lu lu­dzi po­tra­fi­ło zlo­ka­li­zo­wać na ma­pie ("Róg Afry­ki, w gór­nej jej czę­ści, na wschod­nim wy­brze­żu - ta część, któ­ra wy­glą­da jak gło­wa no­so­roż­ca i wska­zu­je In­die", wy­ja­śnia­ła), a jesz­cze mniej wie­dzia­ło o ce­sa­rzu Haj­le Syl­la­sje; na­wet je­śli pa­mię­ta­li, że w 1935 roku wy­bra­no go czło­wie­kiem roku we­dług ma­ga­zy­nu "Time", to za­po­mnie­li na­zwę kra­ju, któ­re­go praw bro­nił na zgro­ma­dze­niu Ligi Na­ro­dów.

Gdy­by ją za­py­tać, Hema od­po­wie­dzia­ła­by:

- Tak, ro­bię to, co za­mie­rza­łam ro­bić; je­stem za­do­wo­lo­na.

Lecz cóż in­ne­go mia­ła rzec? Kie­dy czy­ta­ła "Sur­ge­ry, Gy­ne­co­lo­gy & Ob­ste­trics" (każ­dy nu­mer mie­sięcz­ni­ka przy­pły­wał do niej stat­kiem wie­le ty­go­dni po uka­za­niu się, po­mię­ty i po­pla­mio­ny, w brą­zo­wej ko­per­cie), opi­sy­wa­ne tam in­no­wa­cje brzmia­ły dla niej jak wy­twór wy­obraź­ni pi­sa­rza. Były fa­scy­nu­ją­ce, ale spro­wa­dza­ły ją na zie­mię, po­nie­waż wszyst­ko, o czym czy­ta­ła w ma­ga­zy­nie, było już prze­szło­ścią. Prze­ko­ny­wa­ła samą sie­bie, że jej pra­ca, jej afry­kań­ska mi­sja, w ja­kiś spo­sób łą­czy się z po­stę­pem, o któ­rym pi­sa­no w cza­so­pi­śmie. Ale w głę­bi ser­ca wie­dzia­ła, że jest in­a­czej.

Nowy dźwięk. Dra­pa­nie i stu­ka­nie drew­na o me­tal. Ogon sa­mo­lo­tu zaj­mo­wa­ły dwie ogrom­ne drew­nia­ne skrzy­nie i kil­ka sto­sów mniej­szych sze­ścien­nych skrzy­nek na her­ba­tę oko­lo­nych bla­sza­ną ta­śmą z na­pi­sem LON­GLE­ITH ES­TA­TES, S. IN­DIA. Siat­ka roz­pię­ta na przy­po­mi­na­ją­cych szkie­let roz­pór­kach nie po­zwa­la­ła co praw­da pi­ra­mi­dzie zwa­lić się na pa­sa­że­rów, ale skrzy­nie mo­gły się w mia­rę swo­bod­nie prze­su­wać, gdy ma­szy­na się prze­chy­la­ła. Hema i po­zo­sta­łe sie­dzą­ce na ła­wecz­kach oso­by trzy­ma­ły nogi na sta­rych wy­pcha­nych wor­kach ju­to­wych. Na pod­ło­dze i srebr­nym ka­dłu­bie sa­mo­lo­tu wid­nia­ły wy­pło­wia­łe, na­nie­sio­ne sza­blo­nem ozna­ko­wa­nia woj­sko­we. W tym sa­mym miej­scu sie­dzie­li kie­dyś żoł­nie­rze z ame­ry­kań­skich od­dzia­łów w pół­noc­nej Afry­ce i za­sta­na­wia­li się nad wła­snym lo­sem. Nie­wy­klu­czo­ne, że sam Pat­ton le­ciał tym sa­mo­lo­tem. Albo może ma­szy­na była po­zo­sta­ło­ścią po fran­cu­skich ko­lo­niach w So­ma­lii i Dżi­bu­ti. Wy­da­wa­ło się, że prze­wo­że­nie pa­sa­że­rów było póź­niej­szym do­dat­kiem do przed­się­wzięć tej no­wej li­nii lot­ni­czej, któ­ra dys­po­no­wa­ła uży­wa­ny­mi sa­mo­lo­ta­mi i wie­ko­wy­mi pi­lo­ta­mi. Hema wi­dzia­ła, jak pi­lot kłó­ci się z kimś za­żar­cie przez ra­dio, ge­sty­ku­lu­je, po­tem słu­cha dru­giej stro­ny i zno­wu wy­bu­cha. Pa­sa­że­ro­wie sie­dzą­cy bli­żej kok­pi­tu marsz­czy­li brwi.

Hema ko­lej­ny raz wy­cią­gnę­ła szy­ję, żeby prze­ko­nać się, czy uda jej się zo­ba­czyć skrzy­nię z jej grun­di­giem, ale nic z tego. Za każ­dym ra­zem, gdy po­my­śla­ła o swo­im eks­tra­wa­ganc­kim za­ku­pie, czu­ła wy­rzu­ty su­mie­nia. Lecz dzię­ki nie­mu - ra­dio­gra­mo­fo­no­wi, w któ­ry po­sta­no­wi­ła za­in­we­sto­wać - noc, któ­rą spę­dzi­ła w Ade­nie, sta­ła się bar­dziej zno­śna. Aden był mia­stem wy­bu­do­wa­nym na drze­mią­cym wul­ka­nie, pie­kłem na zie­mi, ale przy­najm­niej sta­no­wił stre­fę bez­cło­wą. Ach tak, kie­dyś miesz­kał tam Rim­baud - i nig­dy wię­cej nie na­pi­sał już ani jed­ne­go wier­sza.

Wy­my­śli­ła so­bie, gdzie po­sta­wi grun­di­ga w swo­im po­ko­ju. Ab­so­lut­nie musi się dla nie­go zna­leźć miej­sce pod opra­wio­nym, czar­no-bia­łym zdję­ciem Gan­dhie­go przę­dą­ce­go ba­weł­nę. Bę­dzie mu­sia­ła zna­leźć dla Ma­hat­my cich­szą lo­ka­li­za­cję.

Wy­obra­zi­ła so­bie Gho­sha są­czą­ce­go swo­ją bran­dy, Ma­tro­nę, Tho­ma­sa Sto­ne'a i sio­strę Mary Jo­seph Pra­ise pi­ją­cych sher­ry lub kawę. Na­gle Ghosh zry­wa się na nogi, sły­sząc po­wa­la­ją­ce pierw­sze akor­dy Take the 'A' Tra­in pły­ną­ce z grun­di­ga. Po nich na­stę­pu­je nie­ocze­ki­wa­na zu­chwa­ła me­lo­dia, ja­kiej zu­peł­nie byś się nie spo­dzie­wał. Ale te akor­dy na otwar­cie... jak­że za­pa­dły jej w pa­mięć. I jak bar­dzo im się opie­ra­ła! Nie cier­pia­ła sno­bi­zmu Hin­du­sów, któ­rzy za­chwy­ca­li się tyl­ko tym, co obce. Sły­sza­ła akor­dy we śnie i ła­pa­ła się na tym, że nuci je pod no­sem pod­czas my­cia. To­wa­rzy­szy­ły jej rów­nież te­raz, w sa­mo­lo­cie. Kil­ka dziw­nych dy­so­nan­so­wych nut zło­żo­nych w jed­ną ca­łość, po­szu­ku­ją­cych roz­wią­za­nia. Ja­kimś spo­so­bem uda­ło im się uchwy­cić du­cha Ame­ry­ki i na­uki, i wszyst­kie­go tego, co w Ame­ry­ce od­waż­ne, krzy­kli­we i śmia­łe (a przy­najm­niej ta­kie, ja­kie so­bie w Ame­ry­ce wy­obra­ża­ła). Dźwię­ki wy­pły­wa­ją­ce z czasz­ki czar­ne­go czło­wie­ka, któ­re­go na­zwi­sko brzmia­ło Bil­ly Stray­horn. Stray... horn11!

Ghosh za­po­znał ją z jaz­zem i Take the 'A' Tra­in.

- Po­cze­kaj... Patrz! Wi­dzisz? - po­wie­dział, gdy pierw­szy raz usły­sza­ła me­lo­dię i kie­dy już wy­brzmia­ły po­cząt­ko­we akor­dy. - Mu­sisz się uśmiech­nąć. Nie ma siły!

Miał ra­cję, bo me­lo­dia była chwy­tli­wa i opty­mi­stycz­na - Hema zaś mia­ła szczę­ście, że to wła­śnie przez tę kom­po­zy­cję po­zna­ła za­chod­nią mu­zy­kę. Za­czę­ła my­śleć o niej jak o swo­jej pio­sen­ce, swo­im od­kry­ciu, i iry­to­wa­ło ją, że usły­sza­ła ją dzię­ki Gho­sho­wi. Ro­ze­śmia­ła się, gdy do­pa­dła ją oso­bli­wa myśl, że im bar­dziej chce nie lu­bić Gho­sha, tym więk­szą czu­je do nie­go sym­pa­tię.

W tej sa­mej chwi­li, gdy przy­szło jej to do gło­wy, gdy wy­bie­gła na­przód ku swo­je­mu po­wro­to­wi do Ad­dis Abe­by... rap­tem za­czę­ła wzy­wać imię Śiwy, po­nie­waż sa­mo­lot, wy­słu­żo­ny DC-3, god­ny za­ufa­nia wiel­błąd prze­stwo­rzy, za­trząsł się, jak gdy­by otrzy­mał śmier­tel­ny cios.

Wyj­rza­ła przez okno. Śmi­gło po jej stro­nie za­trzy­ma­ło się, a z ma­syw­nej osło­ny sil­ni­ka za­czę­ły się wy­do­by­wać kłę­by dymu.

Ma­szy­na prze­chy­li­ła się na pra­we skrzy­dło. Hema na­gle uświa­do­mi­ła so­bie, że przy­wie­ra po­licz­kiem do szy­by. Pa­sa­że­ro­wie wo­kół niej krzy­cze­li. Po pod­ło­dze ka­bi­ny po­to­czył się ter­mos, roz­le­wa­jąc po dro­dze her­ba­tę. Hema się­gnę­ła dło­nią do uchwy­tu, ale w tej sa­mej chwi­li sa­mo­lot wy­rów­nał lot i przez mo­ment wy­da­wa­ło się, że do­słow­nie za­wisł w po­wie­trzu, aby w na­stęp­nej se­kun­dzie gwał­tow­nie za­cząć tra­cić wy­so­kość. Nie, sa­mo­lot nie tra­ci po pro­stu wy­so­ko­ści, po­pra­wił ją wzbu­rzo­ny żo­łą­dek - on spa­da. Gra­wi­ta­cja wy­cią­gnę­ła mac­ki i ob­ła­pi­ła lśnią­ce, srebr­ne cy­ga­ro ze skrzy­dła­mi. Gra­wi­ta­cja zwia­sto­wa­ła wo­do­wa­nie, a mó­wiąc pre­cy­zyj­niej - po­nie­waż ma­szy­na mia­ła prze­cież koła, a nie pły­wa­ki - roz­trza­ska­nie się o po­wierzch­nię wody. Pi­lot krzy­czał coś, ale w jego gło­sie nie było pa­ni­ki, tyl­ko wście­kłość. Hema nie mia­ła cza­su po­my­śleć, jak dziw­nie to brzmia­ło.

Wie­le lat póź­niej, gdy spo­glą­da­ła wstecz na tę chwi­lę swo­jej prze­mia­ny, gdy pa­trzy­ła na nią na zim­no, bez emo­cji ("Wy­cią­gnij­cie z hi­sto­rii wszyst­ko, co się da! Kie­dy do­kład­nie i jak do­kład­nie to się za­czę­ło? Po­czą­tek to pod­sta­wa! Sed­nem dia­gno­zy jest anam­ne­sis!", ma­wiał jej pro­fe­sor), ro­zu­mia­ła, że trans­for­ma­cja za­bra­ła tak na­praw­dę wie­le mie­się­cy. Jed­nak­że do­pie­ro spa­da­jąc z nie­ba nad Bab al-Man­dab, uświa­do­mi­ła so­bie, że zmia­na się do­peł­ni­ła.

* * *

Mały hin­du­ski chło­piec spadł jej na pier­si. Był sy­nem je­dy­nej ke­ral­skiej pary na po­kła­dzie - na­uczy­cie­li z Etio­pii, bez wąt­pie­nia, po­zna­ła to na pierw­szy rzut oka. Dzie­ciak o ik­so­wa­tych no­gach, pię­cio-, może sze­ścio­let­ni, w za du­żych szor­tach, ści­skał w dło­ni sa­mo­lo­cik i od po­cząt­ku lotu nie wy­pusz­czał go z rąk, jak gdy­by za­baw­ka nie była z drew­na, lecz ze zło­ta. Sto­pa chłop­ca utkwi­ła mię­dzy dwo­ma ju­to­wy­mi wor­ka­mi, a kie­dy ma­szy­na wy­rów­na­ła lot, ma­lec upadł pro­sto na Hemę.

Przy­trzy­ma­ła go. Jego za­sko­czo­ny wzrok płyn­nie prze­szedł w spoj­rze­nie peł­ne stra­chu i bólu. Hema za­uwa­ży­ła skrzy­wie­nie go­le­ni - kość, jak zie­lo­na ga­łąz­ka, była zbyt mło­da, by cał­kiem się zła­mać. Zwró­ci­ła na to uwa­gę, cho­ciaż jej cia­ło re­je­stro­wa­ło fakt, że sa­mo­lot gwał­tow­nie opa­da, szyb­ko tra­cąc wy­so­kość.

Mło­dy Or­mia­nin, Bogu niech będą dzię­ki za jego za­rad­ność, do­czoł­gał się do chłop­ca i uwol­nił jego nogę. To nie­sa­mo­wi­te, ale Or­mia­nin się uśmie­chał. Pró­bo­wał jej coś po­wie­dzieć, za­pew­ne w ja­kiś spo­sób ją po­cie­szyć. Była zszo­ko­wa­na, wi­dząc oso­bę bar­dziej opa­no­wa­ną od sie­bie w ka­bi­nie peł­nej krzy­czą­cych pa­sa­że­rów - krzy­ki oczy­wi­ście tyl­ko po­gar­sza­ły sy­tu­ację.

Pod­nio­sła chłop­ca i po­sa­dzi­ła so­bie na ko­la­nach. Jej my­śli były jed­no­cze­śnie - o ile to moż­li­we - kla­row­ne i bez­ład­ne. Noga się wy­pro­sto­wu­je, ale nie­wąt­pli­wie kość jest pęk­nię­ta. Sa­mo­lot leci w dół. Za­trzy­ma­ła za­szo­ko­wa­nych ro­dzi­ców dziec­ka wy­cią­gnię­tą dło­nią jak po­li­cjant, a chwi­lę póź­niej tą samą dło­nią za­sło­ni­ła usta łka­ją­cej mat­ce. Po­czu­ła zna­jo­my spo­kój opa­no­wu­ją­cy ją w kry­zy­so­wej sy­tu­acji, ale rów­no­cze­śnie zda­ła so­bie spra­wę z jego fał­szy­wo­ści, po­nie­waż tym ra­zem to jej ży­cie wi­sia­ło na wło­sku.

- Niech zo­sta­nie ze mną - po­wie­dzia­ła, zdej­mu­jąc dłoń z ust ko­bie­ty. - Pro­szę mi za­ufać, je­stem le­ka­rzem.

- Tak, wie­my - od­parł oj­ciec chłop­ca.

Usie­dli obok niej na ław­ce. Chło­piec nie pła­kał, je­dy­nie po­ję­ki­wał. Jego twarz zro­bi­ła się bla­da - był w szo­ku - przy­tu­lił się do niej, przy­ci­ska­jąc po­li­czek do jej pier­si.

"Pro­szę mi za­ufać, je­stem le­ka­rzem". Po­my­śla­ła, jaką by­ło­by iro­nią, gdy­by te sło­wa oka­za­ły się jej ostat­ni­mi.

Bia­łe grzy­wy fal za oknem zbli­ża­ły się z co­raz więk­szą pręd­ko­ścią i nie wy­glą­da­ły już jak de­li­kat­na ko­ron­ka na błę­kit­nym ma­te­ria­le. Hem­la­tha za­wsze za­kła­da­ła, że bę­dzie mia­ła do dys­po­zy­cji wie­le lat na to, by zgłę­bić sens ży­cia. Te­raz uświa­do­mi­ła so­bie, że po­zo­sta­ło jej za­le­d­wie kil­ka se­kund. Wła­śnie wte­dy do­zna­ła ob­ja­wie­nia.

Po­chy­la­jąc się nad ran­nym dziec­kiem, zda­ła so­bie spra­wę, że tra­ge­dia śmier­ci po­le­ga na po­zo­sta­wie­niu za sobą tak wie­lu nie­do­koń­czo­nych spraw. Za­wsty­dzi­ła się, że to pro­ste spo­strze­że­nie umy­ka­ło jej tyle lat. "Uczyń ze swo­je­go ży­cia coś pięk­ne­go". Czy to nie w myśl tego na­ka­zu żyła sio­stra Mary Jo­seph Pra­ise? Tym­cza­sem ona, Hema - któ­ra przy­ję­ła na ten świat nie­zli­czo­ną rze­szę ma­łych lu­dzi, któ­ra od­rzu­ci­ła wi­zję mał­żeń­stwa, ja­kie­go ocze­ki­wa­li po niej ro­dzi­ce, któ­ra uwa­ża­ła, że na świe­cie jest zbyt dużo dzie­ci i nie ma sen­su po­więk­szać tej licz­by - po raz pierw­szy zro­zu­mia­ła, że uro­dze­nie dziec­ka jest spo­so­bem na oszu­ka­nie śmier­ci. Dziec­ko jest ni­czym sto­pa we­tknię­ta mię­dzy drzwi a fra­mu­gę nie­po­zwa­la­ją­ca ich za­mknąć, jak prze­błysk na­dziei, że po śmier­ci bę­dzie do­kąd wró­cić, choć­by czło­wiek od­ro­dził się w cie­le psa, my­szy albo pchły, któ­ra żyje na cie­le czło­wie­ka. Je­śli - w co wie­rzą Ma­tro­na i sio­stra Mary Jo­seph Pra­ise - ist­nie­je wskrze­sze­nie, wów­czas dziec­ko może być pew­ne, że jego ro­dzi­ce prze­bu­dzą się ze śmier­tel­ne­go snu. Oczy­wi­ście pod wa­run­kiem, że to dziec­ko nie zgi­nie w ka­ta­stro­fie sa­mo­lo­tu.

"Uczy­nić z ży­cia coś pięk­ne­go" - ten łka­ją­cy chłop­czyk z błysz­czą­cy­mi ocza­mi i dłu­gi­mi rzę­sa­mi, zbyt dużą gło­wą i nie­sfor­ny­mi ko­smy­ka­mi wło­sów pach­ną­cych jak sierść szcze­nia­ka... on był naj­pięk­niej­szą rze­czą, jaką moż­na zro­bić w ży­ciu.

Po­zo­sta­li pa­sa­że­ro­wie byli rów­nie prze­ra­że­ni jak ona. Je­dy­nie Or­mia­nin krę­cił gło­wą i uśmie­chał się, jak­by chciał po­wie­dzieć: "To nie tak, jak my­ślisz".

"Co za kre­tyn", po­my­śla­ła Hema.

Dru­gi Or­mia­nin, star­szy, być może oj­ciec tego młod­sze­go, sie­dział nie­wzru­szo­ny, wpa­tru­jąc się przed sie­bie. Kie­dy wcho­dzi­li na po­kład, star­szy męż­czy­zna wy­glą­dał na wy­jąt­ko­wo po­sęp­ne­go czło­wie­ka i te­raz jego na­strój nie zmie­nił się ani na lep­sze, ani na gor­sze. Hema za­uwa­ży­ła ze zdzi­wie­niem, że w ta­kiej chwi­li po­tra­fi zwra­cać uwa­gę na mało istot­ne szcze­gó­ły - prze­cież za­miast roz­kła­dać czyjś wy­raz twa­rzy na czyn­ni­ki pierw­sze, po­win­na przy­go­to­wać się na nie­uchron­ne ude­rze­nie.

Gdy mo­rze pę­dzi­ło na spo­tka­nie sa­mo­lo­tu, Hema my­śla­ła o Gho­shu. Z za­sko­cze­niem po­czu­ła, jak za­le­wa ją fala cie­płych uczuć do tego męż­czy­zny, jak gdy­by to on miał za mo­ment zgi­nąć w ka­ta­stro­fie, jak gdy­by to jego przy­go­da z me­dy­cy­ną i jego bez­tro­skie dni mia­ły się skoń­czyć, a wraz z nim na za­wsze mia­ła prze­paść szan­sa na osią­gnię­cie celu, któ­re­go pra­gnął po­nad wszyst­ko: po­ślu­bie­nia Hemy.

Roz­dział 4Za­sa­da pię­ciu F

Dokto­rze Sto­ne, pana pa­cjent­ka - po­wtó­rzy­ła Ma­tro­na, zwal­nia­jąc sto­łek usta­wio­ny mię­dzy no­ga­mi sio­stry Mary Jo­seph Pra­ise. Uj­rzaw­szy jego minę, po­my­śla­ła, że le­karz za­raz czymś w nią rzu­ci.

Tho­ma­so­wi Sto­ne'owi zda­rza­ło się ci­skać in­stru­men­ta­mi, ale nig­dy w obec­no­ści Ma­tro­ny. Przy­pad­ki, by sio­stra Mary Jo­seph Pra­ise wrę­czy­ła mu nie­wła­ści­we na­rzę­dzie, były nie­zwy­kle rzad­kie, ale od cza­su do cza­su by­wa­ło, że klesz­cze nie zwol­ni­ły za­ci­sku albo no­życz­ki Met­zen­bau­ma nie były wy­star­cza­ją­co ostre. Sto­ne miał swo­ją tar­czę strzel­ni­czą, któ­rą był punkt na ścia­nie sali ope­ra­cyj­nej nu­mer trzy, tuż nad włącz­ni­kiem świa­tła i nie­bez­piecz­nie bli­sko oszklo­nej ga­blo­ty na in­stru­men­ty.

Nikt nie brał tych jego wy­bu­chów oso­bi­ście - nikt poza sio­strą Mary Jo­seph Pra­ise, któ­ra wy­glą­da­ła na stra­pio­ną, cho­ciaż przed umiesz­cze­niem na­rzę­dzi w au­to­kla­wie wszyst­kie je grun­tow­nie spraw­dza­ła. Ma­tro­na twier­dzi­ła, że ci­ska­nie na­rzę­dzia­mi ma swo­je do­bre stro­ny.

- Po­daj mu od cza­su do cza­su klesz­cze bez ząb­ków - po­wie­dzia­ła kie­dyś sio­strze Mary Jo­seph Pra­ise. - W prze­ciw­nym ra­zie bę­dzie się w nim zbie­ra­ło, aż za­cznie z nie­go wy­pły­wać usza­mi i bę­dzie­my tu mia­ły nie­zły pro­blem.

Tynk nad włącz­ni­kiem świa­tła był upstrzo­ny śla­da­mi w kształ­cie gwiaz­dek, jak gdy­by w tym miej­scu eks­plo­do­wa­ła pe­tar­da. Za­głę­bie­nie w ścia­nie po­ja­wia­ło się w ułam­ku se­kun­dy po tym, jak sło­wo ZU­PEŁ­NIE, i za­raz przed tym, jak sło­wo BEZ­U­ŻY­TECZ­NE!, opusz­cza­ły jego usta. Bar­dzo rzad­ko Sto­ne kie­ro­wał swój gniew na sio­strę Asqu­al, ane­ste­zjo­loż­kę, je­śli pa­cjent był zbyt lek­ko uśpio­ny lub kie­dy otrzy­mał zbyt mało ku­ra­ry. Gdy ba­dał wów­czas ręką jamę brzusz­ną pa­cjen­ta, mię­śnie za­ci­ska­ły się na­gle jak ima­dło wo­kół jego nad­garst­ka. Nie­raz zda­rza­ło się, że pa­cjent, któ­re­mu po­da­no eter, bu­dził się prze­ra­żo­ny, sły­sząc grzmią­cy głos chi­rur­ga:

- Jak mi go za­raz nie zwiot­czysz, będę po­trze­bo­wał ki­lo­fa!

Lecz te­raz, pa­trząc na po­sza­rza­łe usta sio­stry Mary Jo­seph Pra­ise, słu­cha­jąc jej płyt­kie­go od­de­chu, wi­dząc jej błęd­ny wzrok, ob­ser­wu­jąc nie­usta­ją­ce krwa­wie­nie i w koń­cu uświa­da­mia­jąc so­bie, że Ma­tro­na wła­śnie prze­ka­za­ła mu ini­cja­ty­wę, Sto­ne onie­miał. Do­świad­czył po­czu­cia bez­rad­no­ści, któ­re z pew­no­ścią czę­sto sta­je się udzia­łem ro­dzin pa­cjen­tów, i ani tro­chę mu się to nie po­do­ba­ło. Usta za­czę­ły mu się trząść i na­raz za­wsty­dził się, że wszyst­kie uczu­cia są wi­docz­ne na jego wil­got­nej twa­rzy. Ale sil­nie od­czu­wał strach i zdu­mie­wa­ją­cy pa­ra­liż my­śli, któ­ry po­więk­szał jego wstyd.

Kie­dy wresz­cie się ode­zwał, prze­mó­wił ła­mią­cym się gło­sem:

- Gdzie jest Hem­la­tha? Dla­cze­go jesz­cze nie wró­ci­ła? Po­trze­bu­je­my jej - co było ak­tem nie­zwy­kłej u nie­go po­ko­ry.

Pod­niósł rękę i dzie­cię­cym ge­stem prze­tarł oczy. Ma­tro­na przy­glą­da­ła mu się z nie­do­wie­rza­niem: wy­co­fał się, za­miast za­siąść na miej­scu, któ­re dla nie­go zwol­ni­ła. Sto­ne pod­szedł do ścia­ny, na któ­rej wi­docz­ne były śla­dy jego gnie­wu. Ude­rzył czo­łem w tyn­ko­wa­ną po­wierzch­nię, na­cie­ra­jąc na nią jak ko­zi­ca. Nogi się pod nim ugię­ły. Ucze­pił się szkla­nej ga­blo­ty. Ma­tro­na po­czu­ła się zo­bli­go­wa­na do mruk­nię­cia pod no­sem: "Zu­peł­nie bez­u­ży­tecz­ne" na wy­pa­dek, gdy­by jego agre­sja mia­ła ja­kieś zna­cze­nie, żeby broń Boże nie za­wio­dła przez brak to­wa­rzy­szą­cej jej man­try.

Praw­da wy­glą­da­ła tak, że Sto­ne mógł prze­pro­wa­dzić ce­sar­skie cię­cie, ale dziw­nym tra­fem - jak na chi­rur­ga pra­cu­ją­ce­go w tro­pi­kach - była to jed­na z nie­wie­lu ope­ra­cji, ja­kich do tej pory nie wy­ko­ny­wał. "Zo­ba­czyć, wy­ko­nać, na­uczyć" - brzmiał ty­tuł jed­ne­go z roz­dzia­łów w jego pod­ręcz­ni­ku Sku­tecz­ny chi­rurg: krót­ki kurs ope­ro­wa­nia w tro­pi­kach. Tym wszak­że, o czym jego czy­tel­ni­cy nie wie­dzie­li, a o czym ja do­wie­dzia­łem się do­pie­ro wie­le lat póź­niej, było to, że Sto­ne miał awer­sję do wszyst­kie­go, co wią­za­ło się z gi­ne­ko­lo­gią (nie wspo­mi­na­jąc o po­łoż­nic­twie). Nie­chęć mia­ła swo­je źró­dło w ostat­nim roku jego me­dycz­nych stu­diów, kie­dy to zro­bił coś nie­sły­cha­ne­go: ku­pił so­bie zwło­ki, by móc do­sko­na­lić się w ana­to­mii, któ­rą do tej pory po­zna­wał, pra­cu­jąc na pierw­szym roku na uczel­nia­nym tru­pie. Mę­ski okaz z przy­tuł­ku dla ubo­gich, któ­rym zaj­mo­wa­li się stu­den­ci pierw­sze­go roku, był już na­praw­dę sfa­ty­go­wa­nym i wy­schnię­tym eg­zem­pla­rzem, miał upior­ne mię­śnie i ścię­gna, jak gdy­by od za­wsze słu­żył w sa­lach ope­ra­cyj­nych edyn­bur­skiej szko­ły me­dycz­nej. Sto­ne mu­siał dzie­lić się cia­łem z pię­cior­giem in­nych stu­den­tów. Zwło­ki, któ­re za­ku­pił na ostat­nim roku, były z punk­tu wi­dze­nia stu­den­ta me­dy­cy­ny nie lada ką­skiem: do­brze od­ży­wio­ną ko­bie­tą w śred­nim wie­ku, ty­pem pra­cow­ni­cy fa­bry­ki li­no­leum w Fife. Dy­sek­cja dło­ni w wy­ko­na­niu Sto­ne'a oka­za­ła się za­bie­giem tak ele­ganc­kim (od­sło­nił je­dy­nie po­chew­kę ścię­gna środ­ko­we­go pal­ca, w przy­pad­ku pal­ca ser­decz­ne­go po­szedł zaś o krok da­lej i prze­ciął po­chew­kę, by uka­zać ścię­gna fle­xor sub­li­mis przy­po­mi­na­ją­ce z bie­gną­cym mię­dzy nimi pro­fun­dus most wi­szą­cy), że pro­fe­sor ana­to­mii po­sta­no­wił za­cho­wać tę dłoń, by móc ją póź­niej pre­zen­to­wać stu­den­tom pierw­sze­go roku. Tho­mas Sto­ne mo­zo­lił się nad zwło­ka­mi przez wie­le ty­go­dni, spę­dza­jąc z tru­pem ko­bie­ty wię­cej cza­su niż z ja­kim­kol­wiek in­nym osob­ni­kiem płci żeń­skiej, ży­wym lub mar­twym, z wy­jąt­kiem wła­snej mat­ki. Zaj­mo­wał się nią ze swo­bo­dą i lek­ko­ścią, osią­gnął płyn­ność wy­ni­ka­ją­cą z do­głęb­nej zna­jo­mo­ści jej cia­ła. Z jed­nej stro­ny roz­ciął jej po­li­czek aż do ucha, od­cią­ga­jąc płat skó­ry i mo­cu­jąc go do gło­wy, żeby od­sło­nić śli­nian­kę przy­usz­ną i ner­wy twa­rzo­we, któ­rych od­ga­łę­zie­nia ukła­da­ły się we wzór gę­siej sto­py, stąd zresz­tą ich na­zwa: pes an­se­ri­nus. Po dru­giej stro­nie twa­rzy usu­nął tkan­kę pod­skór­ną i tłusz­czo­wą, chcąc po­ka­zać nie­zli­czo­ne mię­śnie mi­micz­ne, któ­rych wspól­ny wy­si­łek od­po­wia­dał za wy­ra­ża­nie smut­ku i szczę­ścia ko­bie­ty, jak rów­nież wszyst­kich uczuć po­mię­dzy tymi dwo­ma. Sto­ne nie my­ślał o niej jak o oso­bie. Była dla nie­go po pro­stu za­bal­sa­mo­wa­nym ucie­le­śnie­niem wie­dzy. Każ­de­go wie­czo­ra wkła­dał mię­śnie na miej­sce i za­sła­niał je pła­ta­mi skó­ry wi­szą­cy­mi na wą­skich pa­skach, a po­tem na­kry­wał cia­ło na­są­czo­ny­mi w for­ma­li­nie szma­ta­mi. Cza­sa­mi, zwłasz­cza kie­dy otu­lał ją gu­mo­wą płach­tą i wsu­wał pod nią jej luź­ne koń­ce, przy­wo­dzi­ło mu to na myśl mat­czy­ny ry­tu­ał przy­go­to­wy­wa­nia go do snu. Wte­dy, gdy wra­cał do swo­je­go po­ko­ju, jego po­czu­cie sa­mot­no­ści sta­wa­ło się jesz­cze bar­dziej doj­mu­ją­ce.

Tego dnia, gdy usu­nął ko­bie­cie je­li­ta, żeby od­sło­nić aor­tę i ner­ki, uj­rzał jej ma­ci­cę. Nie wy­glą­da­ła jak uło­żo­na w mi­sie mied­ni­cy po­marsz­czo­na to­reb­ka, któ­rą się spo­dzie­wał zo­ba­czyć, lecz wy­sta­wa­ła poza ob­ręb mied­ni­cy. Kil­ka dni póź­niej za­brał się do sa­mej mied­ni­cy, prze­szedł­szy do ko­lej­ne­go roz­dzia­łu w pod­ręcz­ni­ku dy­sek­cji Cun­ning-hama. Nie mógł się na­dzi­wić ge­nial­no­ści pod­ręcz­ni­ka, któ­ry, pro­wa­dząc stu­den­ta krok po kro­ku, od­sła­niał taj­ni­ki ludz­kie­go cia­ła war­stwa po war­stwie. Cun­nin­gham za­le­cał pio­no­we cię­cie przez przed­nią część ma­ci­cy, w któ­re­go na­stęp­stwie chi­rurg miał de­li­kat­nie otwo­rzyć or­gan. Sto­ne po­stą­pił we­dług wska­zó­wek i kie­dy roz­chy­lił ma­ci­cę, ze środ­ka wy­padł płód. Miał głów­kę nie­wie­le więk­szą od wi­no­gro­na, moc­no za­ci­śnię­te po­wie­ki i pod­kur­czo­ne koń­czy­ny - jak ja­kiś owad. Dyn­dał na pę­po­wi­nie ni­czym ohyd­ny ta­li­zman za­wie­szo­ny u pasa łow­cy głów. Sto­ne wi­dział cał­ko­wi­cie znisz­czo­ną szyj­kę ma­ci­cy ko­bie­ty, czar­ną, stra­wio­ną in­fek­cją lub gan­gre­ną. For­ma­li­na za­kon­ser­wo­wa­ła tra­ge­dię.

Le­d­wo zdą­żył do­biec do zle­wu, gdy obiad pod­szedł mu do gar­dła. Czuł się zdra­dzo­ny, jak gdy­by ktoś go szpie­go­wał. Przez cały ten czas wy­obra­żał so­bie, że jest z nią sam na sam. Nie był w sta­nie pra­co­wać da­lej. Nie po­tra­fił na­wet na nią spoj­rzeć, nie mó­wiąc o owi­nię­ciu jej z po­wro­tem szma­ta­mi. Na­stęp­ne­go dnia po­pro­sił zdzi­wio­ne­go pra­cow­ni­ka in­sty­tu­tu, żeby po­zbył się za nie­go zwłok, cho­ciaż nie do­koń­czył dy­sek­cji mied­ni­cy i na­wet nie tknął koń­czyn dol­nych. Tho­mas Sto­ne miał dość.

W szpi­ta­lu Mis­sing, dzię­ki He­mie, Sto­ne nig­dy nie mu­siał za­pusz­czać się na ru­bie­że ko­bie­cych na­rzą­dów roz­rod­czych - zrzekł się pra­wa do nich na rzecz Hemy (a nie miał w zwy­cza­ju z cze­go­kol­wiek re­zy­gno­wać).

Poza salą ope­ra­cyj­ną Sto­ne i Hem­la­tha za­cho­wy­wa­li się wo­bec sie­bie uprzej­mie, po ko­le­żeń­sku, może na­wet od­no­si­li się do sie­bie przy­jaź­nie. Cóż, w Mis­sing re­zy­do­wa­ła za­le­d­wie trój­ka le­ka­rzy - Sto­ne, Hema i Ghosh - i nie by­ło­by do­brze, gdy­by nie po­tra­fi­li się ze sobą po­ro­zu­mieć. Lecz w sali ope­ra­cyj­nej nu­mer trzy Hema i Sto­ne uwiel­bia­li się na­wza­jem pro­wo­ko­wać. Hema ope­ro­wa­ła pre­cy­zyj­nie i uważ­nie (i jak uwa­ża­ła Ma­tro­na, była ży­wym do­wo­dem, że wię­cej ko­biet po­win­no zo­sta­wać chi­rur­ga­mi). Cza­sem Ma­tro­nie wy­da­wa­ło się, że ła­pie Hem­la­thę na tym, jak przyj­mu­jąc pa­cjen­ta w przy­chod­ni, naj­pierw go słu­cha, a do­pie­ro po­tem my­śli, nie robi zaś tych dwóch rze­czy na­raz. Hema była ty­pem chi­rur­ga, któ­ry za­ło­ży czte­ry szwy tam, gdzie inni obej­dą się trze­ma. Za­wsze zo­sta­wa­ła przy pa­cjen­cie w sali ope­ra­cyj­nej, do­pó­ki ten nie obu­dził się z nar­ko­zy. Jej pole ope­ra­cyj­ne za­wsze było za­dba­ne i upo­rząd­ko­wa­ne jak pod­czas za­jęć ze stu­den­ta­mi: pre­cy­zyj­nie iden­ty­fi­ko­wa­ła struk­tu­ry na­ra­żo­ne na atak cho­ro­by i za­bez­pie­cza­ła je, sta­ran­nie opa­no­wy­wa­ła krwa­wie­nie. Ma­tro­nie pole ope­ra­cyj­ne Hemy wy­da­wa­ło się nie­ru­cho­me, a za­ra­zem żywe, jak na ob­ra­zie Ty­cja­na albo da Vin­cie­go.

- Chi­rurg nie wie, gdzie jest - chęt­nie ma­wia­ła Hema - je­śli nie wie, gdzie już był.

Dla Sto­ne'a zaś li­czył się mi­ni­mal­ny kon­takt z tkan­ką, on nie dbał o es­te­ty­kę pra­cy chi­rur­ga.

- Hema, je­śli chcesz, żeby cię­cia ład­nie wy­glą­da­ły, krój zwło­ki - po­wie­dział jej kie­dyś.

- Sto­ne, je­śli chcesz krwi, za­trud­nij się jako rzeź­nik - od­par­ła.

Do­świad­cze­nie i prak­ty­ka Sto­ne'a w za­kre­sie sztu­ki chi­rur­gicz­nej były tak wiel­kie, że jego dzie­więć pal­ców po­tra­fi­ło zna­leźć dro­gę w krwa­wej ot­chła­ni po­zba­wio­nej wi­docz­nych dla po­stron­ne­go ob­ser­wa­to­ra dro­go­wska­zów; jego ru­chy były oszczęd­ne i pre­cy­zyj­ne, a re­zul­ta­ty wy­jąt­ko­we.

W tych rzad­kich chwi­lach, gdy na sto­le ope­ra­cyj­nym kła­dzio­no ko­bie­tę ze świe­żym bło­tem na sto­pach i cią­gną­cą się aż po mied­ni­cę raną za­da­ną przez byka albo kie­dy wno­szo­no pa­nien­kę z baru ze zlo­ka­li­zo­wa­ną w oko­li­cach ma­ci­cy raną po­strza­ło­wą lub kłu­tą, Hem­la­tha i Sto­ne bra­li się do niej wspól­nie, do­bie­ra­jąc się do jej brzu­cha w du­ecie, na­rze­ka­jąc jed­no na dru­gie, stu­ka­jąc się gło­wa­mi i cza­sa­mi ude­rza­jąc się po rę­kach uchwy­tem klesz­czy. Ma­tro­na twier­dzi­ła, że no­to­wa­ła, któ­ry z jej chi­rur­gów przy ostat­niej wspól­nej ope­ra­cji stał po pra­wej stro­nie, i pil­no­wa­ła, by się za­mie­nia­li. Pod­czas gdy Hem­la­tha pie­czo­ło­wi­cie ro­bi­ła na­cię­cie na ma­ci­cy lub ce­ro­wa­ła pę­cherz, Sto­ne, któ­re­mu słoń na­dep­nął na ucho, nie przej­mo­wał się ni­czym i, okrut­nie fał­szu­jąc, gwiz­dał God Save the Qu­een, co do­pro­wa­dza­ło Hemę do wście­kło­ści. Je­że­li to Sto­ne pierw­szy przy­stę­po­wał do pra­cy, Hem­la­tha roz­wo­dzi­ła się o słyn­nych chi­rur­gach z prze­szło­ści: Co­ope­rze, Hal­ste­dzie, Cu­shin­gu12, i pe­ro­ro­wa­ła, jaka to szko­da, że chi­rur­dzy pra­cu­ją­cy w tro­pi­kach nie wy­ka­zu­ją do­wo­dów ist­nie­nia tej wspa­nia­łej me­dycz­nej spu­ści­zny.

Sto­ne nie wie­rzył w całą tę chwa­leb­ną otocz­kę ope­ra­cji.

- Ope­ra­cja to ope­ra­cja - ma­wiał i dla za­sa­dy nie glo­ry­fi­ko­wał neu­ro­chi­rur­gów i nie pa­trzył z góry na pe­dia­trów. "Do­bry chi­rurg po­trze­bu­je od­wa­gi, do któ­rej ab­so­lut­nie nie­zbęd­ne jest po­sia­da­nie pary jaj", stwier­dził na­wet w rę­ko­pi­sie swo­je­go pod­ręcz­ni­ka, do­sko­na­le zda­jąc so­bie spra­wę, że an­giel­ski wy­daw­ca usu­nie ten frag­ment, i rów­no­cześ-nie czer­piąc nie­wy­sło­wio­ną przy­jem­ność z prze­nie­sie­nia tej my­śli na pa­pier. W sło­wach prze­le­wa­nych na kar­ty pod­ręcz­ni­ka Sto­ne od­na­lazł elo­kwen­cję, siłę i wa­lecz­ność - ce­chy, któ­rych bra­ko­wa­ło mu, gdy po­słu­gi­wał się mową.

- Od­wa­ga? Coś tam na­pi­sał o od­wa­dze? - za­py­ta­ła Hema. - Czy ry­zy­ku­jesz wła­snym ży­ciem?

Tech­nicz­nie rzecz bio­rąc, ce­sar­skie cię­cie le­ża­ło w za­się­gu moż­li­wo­ści Sto­ne'a. Lecz tam­te­go pa­mięt­ne­go dnia sama myśl, że mógł­by pod­nieść skal­pel na sio­strę Mary Jo­seph Pra­ise - swo­ją asy­stent­kę, naj­bar­dziej za­ufa­ną po­wier­nicz­kę, ma­szy­nist­kę, muzę, ko­bie­tę, któ­rą, jak w koń­cu zro­zu­miał, ko­chał - spa­ra­li­żo­wa­ła go. Za­kon­ni­ca była w fa­tal­nym sta­nie, mia­ła bla­dą twarz i lep­ką skó­rę, a jej tęt­no było tak sła­be, że Sto­ne oba­wiał się, iż co­kol­wiek by zro­bił, wy­śle ją na tam­ten świat. Gdy­by to była obca ko­bie­ta, wów­czas za­pew­ne nie za­wa­hał­by się przed ope­ra­cją. "Le­karz, któ­ry le­czy sa­me­go sie­bie, ma głup­ca za pa­cjen­ta", brzmia­ło po­wie­dze­nie, któ­re do­brze znał. Lecz co z le­ka­rzem, któ­ry ma prze­pro­wa­dzić nie­zna­ną mu ope­ra­cję na uko­cha­nej oso­bie? Czy na taką sy­tu­ację też ist­nia­ło ja­kieś po­rze­ka­dło?

Kie­dy jego pod­ręcz­nik zo­stał opu­bli­ko­wa­ny, Sto­ne co­raz czę­ściej ła­pał się na tym, że cy­tu­je sa­me­go sie­bie, jak gdy­by wy­dru­ko­wa­ne sło­wa mia­ły więk­szą za­sad­ność niż my­śli, któ­re (bę­dąc nie­wy­po­wie­dzia­ny­mi) do dru­ku nie tra­fi­ły. Na­pi­sał: "Le­karz, któ­ry le­czy sa­me­go sie­bie, ma głup­ca za pa­cjen­ta, ale ist­nie­ją oko­licz­no­ści, w któ­rych nie ma in­ne­go wyj­ścia...". Opo­wie­dział na­stęp­nie hi­sto­rię am­pu­ta­cji wła­sne­go pal­ca, jak po­dał so­bie w pra­wy ło­kieć znie­czu­le­nie miej­sco­we, a po­tem, przy "po­mo­cy" sio­stry Mary Jo­seph Pra­ise, wy­ko­nał na­cię­cie - lewą ręką, pod­czas gdy dło­nie sio­stry Mary Jo­seph Pra­ise za­stą­pi­ły mu rękę pra­wą. Gdy ob­ser­wo­wał ją pod­czas prze­ci­na­nia ko­ści, do­tar­ło do nie­go, że gdy­by tyl­ko ze­chcia­ła, mo­gła­by ro­bić o wie­le wię­cej niż tyl­ko mu asy­sto­wać. To dzię­ki tej aneg­do­cie - a tak­że umiesz­czo­ne­mu na fron­ty­spi­sie zdję­ciu, na któ­rym trzy­ma uło­żo­ne w pi­ra­mi­dę pal­ce, wszyst­kie dzie­więć, na wy­so­ko­ści bro­dy - książ­ka sprze­da­wa­ła się tak świet­nie. Na księ­gar­skich pół­kach le­ża­ło tak wie­le pod­ręcz­ni­ków chi­rur­gii, że po­wo­dze­nie Sku­tecz­ne­go chi­rur­ga (albo Krót­kie­go kur­su - pod ta­kim ty­tu­łem książ­ka uka­za­ła się w kil­ku kra­jach) nie prze­sta­wa­ło go za­dzi­wiać. Choć pod­ręcz­nik trak­to­wał o chi­rur­gii w kra­jach tro­pi­kal­nych, więk­szość eg­zem­pla­rzy sprze­da­ła się poza tro­pi­ka­mi. Być może cho­dzi­ło o jej nie­ty­po­wość, jej uszczy­pli­wy ton i czę­sto nie­za­mie­rzo­ny do­sad­ny hu­mor. Sto­ne pi­sał wy­łącz­nie o wła­snych do­świad­cze­niach lub przy­ta­czał ostroż­ną in­ter­pre­ta­cję do­świad­czeń in­nych le­ka­rzy. Czy­tel­ni­cy wy­obra­ża­li go so­bie jako re­wo­lu­cjo­ni­stę, lecz ta­kie­go, któ­ry ope­ru­je bied­nych, a nie pro­pa­gu­je re­for­mę rol­ną. Stu­den­ci pi­sa­li do nie­go peł­ne uwiel­bie­nia li­sty, a kie­dy su­mien­ne od­po­wie­dzi (ręką sio­stry Mary Jo­seph Pra­ise) nie epa­to­wa­ły eg­zal­to­wa­nym, in­tym­nym to­nem, po­dob­nym do tonu ich li­stów, dą­sa­li się.

Ilu­stra­cje w pod­ręcz­ni­ku (wszyst­kie wy­ko­na­ne i opi­sa­ne przez sio­strę Mary Jo­seph Pra­ise) mia­ły w so­bie szla­chet­ną pro­sto­tę i spra­wia­ły wra­że­nie na­szki­co­wa­nych na ser­wet­ce; au­tor nie przej­mo­wał się dba­niem o per­spek­ty­wę i od­po­wied­nie pro­por­cje, cho­dzi­ło mu po pro­stu o wy­raź­ne przed­sta­wie­nie pew­nych za­gad­nień. Książ­kę prze­tłu­ma­czo­no na por­tu­gal­ski, hisz­pań­ski i fran­cu­ski.

"Śmia­łe ope­ra­cje w afry­kań­skim bu­szu" - oto ja­kim ha­słem wy­dru­ko­wa­nym na tyl­nej okład­ce po­le­cał książ­kę wy­daw­ca. Czy­tel­nik, oso­ba zwy­kle nie­wie­dzą­ca zbyt wie­le o Czar­nym Lą­dzie, do­po­wia­da­ła so­bie resz­tę i ocza­mi wy­obraź­ni wi­dzia­ła Sto­ne'a w na­mio­cie, w któ­rym je­dy­nym źró­dłem świa­tła jest trzy­ma­na przez Ho­ten­to­ta lam­pa naf­to­wa, a na ze­wnątrz prze­cha­dza­ją się sta­da sło­ni, pod­czas gdy do­bry dok­tor cy­tu­je Cy­ce­ro­na i bez­tro­sko wy­kra­wa ka­wa­łek swo­je­go cia­ła z taką samą ła­two­ścią, z jaką usu­wał­by pa­cjen­to­wi ka­mie­nie. Tym, cze­go ani czy­tel­nik, ani Sto­ne nie chcie­li za­ak­cep­to­wać, był fakt, że am­pu­ta­cja czę­ści wła­sne­go cia­ła była czy­nem za­rów­no za­ro­zu­mia­łym, jak i he­ro­icz­nym.

* * *

- Dok­to­rze Sto­ne, pana pa­cjent­ka! - za­wo­ła­ła Ma­tro­na po raz trze­ci.

Sto­ne za­jął zwol­nio­ne przez nią miej­sce mię­dzy no­ga­mi sio­stry Mary Jo­seph Pra­ise, cho­ciaż, zo­ba­czyw­szy jego re­ak­cję, Ma­tro­na jak­by zmie­ni­ła zda­nie i nie­chęt­nie zgo­dzi­ła się, by usiadł na stoł­ku. Nie była to ko­rzyst­na po­zy­cja, nie był do niej przy­zwy­cza­jo­ny, a przy­najm­niej nie­czę­sto miał z nią do czy­nie­nia w przy­pad­ku ko­bie­ty. Je­śli cho­dzi o męż­czyzn, cza­sem sia­dał w tym miej­scu, żeby opróż­nić ro­pień od­byt­ni­czy albo pod­wią­zać i wy­ciąć he­mo­ro­idy, lub zo­pe­ro­wać prze­to­kę oko­ło­od­byt­ni­czą. Był chi­rur­giem, któ­ry bar­dzo rzad­ko sie­dział pod­czas ope­ra­cji.

Kie­dy Sto­ne nie­zdar­nie roz­chy­lił war­gi sro­mo­we sio­stry Mary Jo­seph Pra­ise, ze środ­ka wy­pły­nę­ła krew. Po­pra­wił lam­pę, a po­tem po­chy­lił się, żeby zaj­rzeć do ka­na­łu rod­ne­go.

Pró­bo­wał przy­po­mnieć so­bie ze stu­diów "re­gu­łę cy­tru­sów". Jak to szło? Li­mon­ka, cy­try­na, po­ma­rań­cza i grejp­frut od­po­wia­da­ją czte­rem, sze­ściu, ośmiu i dzie­się­ciu cen­ty­me­trom roz­war­cia szyj­ki ma­ci­cy. A może dwóm, czte­rem, sze­ściu i ośmiu? Czy nie było w tej re­gu­le jesz­cze wi­no­gro­na i śliw­ki?

Zbladł na wi­dok szyj­ki ma­ci­cy sio­stry Mary Jo­seph Pra­ise: wy­szła poza fazę grejp­fru­ta i wkro­czy­ła w fazę me­lo­na. W środ­ku, jak­by na dnie krwa­wej stud­ni, znaj­do­wa­ła się głów­ka dziec­ka, a wo­kół niej spłasz­czo­ne tkan­ki. W mo­krych czar­nych wło­sach po­ra­sta­ją­cych czasz­kę dziec­ka od­bi­ja­ło się świa­tło lamp.

W tym mo­men­cie Sto­ne po­czuł, że jego do­tąd uśpio­na część obu­dzi­ła się do ży­cia.

Je­że­li ist­nia­ła łącz­ność mię­dzy nim a bied­nym, uwię­zio­nym w cie­le sio­stry Mary Jo­seph Pra­ise dziec­kiem, było to coś, cze­go Sto­ne nie do­strzegł. Wi­dok czasz­ki dziec­ka wstrzą­snął nim. Złość na­pę­dza­ła strach - złość, któ­ra mia­ła swo­ją wła­sną prze­wrot­ną przy­czy­nę: Cóż to za bez­czel­ność, że ten mały na­jeźdź­ca na­ra­ża na nie­bez­pie­czeń­stwo ży­cie Mary! Jak gdy­by od­na­lazł zwło­ki ry­ją­ce­go w cie­le Mary kre­ta i je­dy­nym spo­so­bem na przy­nie­sie­nie ulgi za­kon­ni­cy było po­zby­cie się in­tru­za. Wi­dok błysz­czą­ce­go skal­pu nie wy­wo­łał w Tho­ma­sie Sto­nie czu­ło­ści, lecz je­dy­nie wzbu­dził w nim od­ra­zę. I pod­su­nął po­mysł.

"Znajdź wro­ga i po­ko­naj go", brzmia­ło jed­no z jego po­wie­dzeń. Oto zna­lazł prze­ciw­ni­ka.

Fla­tus (gazy), flu­ids (pły­ny), fe­ces (sto­lec), fo­re­ign bo­dies (obce cia­ła) i fe­tus (płód) czu­ją się le­piej poza or­ga­ni­zmem niż w nim - po­wie­dział na głos, jak­by sfor­mu­ło­wał tę zło­tą myśl przed chwi­lą. W swo­jej książ­ce na­zwał ją "Five-F rule" - za­sa­dą pię­ciu F. Pod­jął strasz­ną de­cy­zję: le­piej wy­wier­cić dziu­rę w czasz­ce tego kre­ta - prze­stał my­śleć o nim jak o dziec­ku - niż eks­pe­ry­men­to­wać na sio­strze Mary Jo­seph Pra­ise, ro­biąc jej ce­sar­skie cię­cie, ope­ra­cję, z któ­rą nie był obe­zna­ny i któ­ra, jak są­dził, za­bi­ła­by osła­bio­ną za­kon­ni­cę. Wróg Sto­ne'a był mniej pło­dem, a bar­dziej ob­cym cia­łem, ra­kiem to­czą­cym or­ga­nizm Mary. Stwo­rze­nie bez wąt­pie­nia nie żyło. Za­mie­rzał wbić się w tę czasz­kę, opróż­nić jej za­war­tość, skru­szyć, tak jak kru­szy się ka­mie­nie w pę­che­rzu, a po­tem wy­cią­gnąć sfla­cza­łą, za­klesz­czo­ną w mied­ni­cy gło­wę. Je­śli zaj­dzie taka po­trze­ba, prze­tnie mu no­ży­ca­mi oboj­czyk, a że­bra po­trak­tu­je skal­pe­lem; zła­pie, po­tnie, po­kroi i zgnie­cie każ­dą część pło­du, któ­ra blo­ku­je po­ród, po­nie­waż je­dy­nie wy­cią­ga­jąc "to" na ze­wnątrz, ulży cier­pie­niu Mary i za­trzy­ma krwa­wie­nie. Tak, tak - le­piej na ze­wnątrz niż w środ­ku.

To była ra­cjo­nal­na de­cy­zja miesz­czą­ca się w gra­ni­cach jego ir­ra­cjo­nal­nej lo­gi­ki. "Zro­bić coś złe­go, by zro­bić coś do­bre­go", jak po­wie­dzia­ła­by sio­stra Mary Jo­seph Pra­ise.

Ku za­sko­cze­niu i prze­ra­że­niu Ma­tro­ny męż­czy­zna, któ­ry usiadł mię­dzy no­ga­mi sio­stry Mary Jo­seph Pra­ise, w ni­czym nie przy­po­mi­nał ich żar­li­we­go, nie­śmia­łe­go i wy­jąt­ko­wo kom­pe­tent­ne­go Tho­ma­sa Sto­ne'a. To nie był ten sam Tho­mas Sto­ne, czło­nek Kró­lew­skie­go Ko­le­gium Chi­rur­gów, au­tor Sku­tecz­ne­go chi­rur­ga. Jego miej­sce za­jął zde­spe­ro­wa­ny, roz­wście­czo­ny fa­cet, dla któ­re­go li­te­ry FRCS13 ozna­cza­ły ra­czej (dok­tor Ghosh twier­dził, że w isto­cie tak było) far­ting ro­und the co­un­try-side - opie­prza­nie się po wio­sce.

Oży­wio­ny Sto­ne, po­chło­nię­ty po­czu­ciem mi­sji, oparł Prak­tycz­ne po­łoż­nic­two Mun­ro Ker­ra o wy­dat­ny brzuch sio­stry Mary Jo­seph Pra­ise i otwo­rzył pod­ręcz­nik jak książ­kę ku­char­ską.

- Do dia­bła, Hem­la­tha, aleś so­bie wy­bra­ła cho­ler­ną porę na wy-jazd - po­wie­dział na głos, czu­jąc po­wra­ca­ją­cą śmia­łość.

Dwa bluź­nier­stwa, za­uwa­ży­ła Ma­tro­na.

- Pro­szę się li­czyć ze sło­wa­mi - mruk­nę­ła pod no­sem.

Zba­da­ła so­bie puls, po­nie­waż mimo za­ufa­nia, ja­kie po­kła­da­ła w Panu, de­ner­wo­wa­ła się mi­go­ta­niem przed­sion­ków, któ­re jak nie­pro­szo­ny gość po­ja­wi­ło się u niej rok wcze­śniej. Te­raz jej ser­ce pę­dzi­ło jak osza­la­łe i czu­ła, że za chwi­lę ze­mdle­je.

Dziw­ne in­stru­men­ty, o któ­re pro­sił Sto­ne, a któ­re Ma­tro­na wy­naj­dy­wa­ła w sta­rej ga­blot­ce z za­pa­so­wy­mi na­rzę­dzia­mi, od­ma­wia­ły w jego dło­niach po­słu­szeń­stwa.

- Gdzie, do dia­bła, po­dzie­wa się Ghosh? - krzyk­nął.

Ghosh czę­sto przy­cho­dził He­mie z po­mo­cą przy abor­cjach i pod­wią­zy­wa­niu ja­jo­wo­dów, a poza tym - jako spec od wszyst­kie­go - miał wię­cej do­świad­cze­nia z ko­bie­cy­mi na­rzą­da­mi rod­ny­mi niż Sto­ne. Ma­tro­na raz jesz­cze wy­sła­ła po­słań­ca do bun­ga­lo­wu Gho­sha, bar­dziej po to, by udo­bru­chać Sto­ne'a, niż wie­rząc, że chło­pak przy­pro­wa­dzi le­ka­rza ze sobą. Zro­bi­ła­by le­piej, gdy­by wy­sła­ła słu­żą­cą, żeby po­py­ta­ła o ba­nya dok­to­ra w ba­rze Blue Nile lub w jego oko­li­cy. Ale na­wet Ghosh na rau­szu po­wie­dział­by Sto­ne'owi, że to, co za­mie­rza zro­bić, wca­le nie jest dzia­ła­niem prak­tycz­ne­go chi­rur­ga, lecz idio­tycz­nym po­my­słem, i że jego de­cy­zja jest błęd­na, a lo­gi­ka nie­lo­gicz­na. Ma­tro­na czu­ła, że cią­ża i po­ród są po­nie­kąd jej winą, że prze­są­dził brak uwa­gi z jej stro­ny. Wi­dząc wy­pły­wa­ją­ce z cia­ła sio­stry Mary Jo­seph Pra­ise po­to­ki krwi, ona rów­nież za­ło­ży­ła, że dziec­ko od daw­na już nie żyje. Gdy­by choć przez chwi­lę po­my­śla­ła, że jest żywe (nie mia­ła po­ję­cia, że uro­dzą się bliź­nia­ki), po­wstrzy­ma­ła­by Sto­ne'a.

Sto­ne prze­krzy­wiał gło­wę to w jed­ną, to w dru­gą stro­nę, usi­łu­jąc do­pa­so­wać wi­ze­run­ki in­stru­men­tów w książ­ce Ker­ra - no­ży­ce Smel­le­go, kra­nio­klast Brau­na, hak Jar­di­ne'a - do na­rzę­dzi, któ­re wa­żył w dło­ni. In­stru­men­ty, któ­ry­mi dys­po­no­wał, były da­le­ki­mi ku­zy­na­mi tych przed­sta­wio­nych w pod­ręcz­ni­ku, ale wszyst­ko wska­zy­wa­ło na to, że za­pro­jek­to­wa­no je do tego sa­me­go ohyd­ne­go celu.

Klesz­cza­mi Ja­cob­sa zła­pał owal­ną głów­kę mo­je­go bra­ta.

- Wi­dzę cię tam, ty kre­atu­ro! Niech cię szlag tra­fi za tor­tu­ro­wa­nie Mary - wy­mam­ro­tał do sie­bie.

Po­tem, uży­wa­jąc no­życ, prze­ciął skó­rę mię­dzy klesz­cza­mi i dał in­tru­zo­wi po­sma­ko­wać bólu.

Ko­lej­nym kro­kiem było za­ło­że­nie miaż­dżu na głów­kę. Ten oso­bli­wy śre­dnio­wiecz­ny in­stru­ment skła­dał się z trzech od­dziel­nych czę­ści. Środ­ko­wą sta­no­wił szpi­ku­lec, któ­ry miał za za­da­nie wbić się głę­bo­ko w mózg, ro­biąc przy tym spo­rych roz­mia­rów otwór w czasz­ce. To­wa­rzy­szy­ły mu dwie przy­po­mi­na­ją­ce klesz­cze kon­struk­cje, któ­re słu­ży­ły do ob­ję­cia czasz­ki. Kie­dy wszyst­kie trzy ele­men­ty znaj­do­wa­ły się na swo­im miej­scu, za­ska­ki­wa­ły od­po­wied­nie za­pad­ki i chi­rurg otrzy­my­wał rącz­kę z wy­god­ny­mi za­głę­bie­nia­mi na pal­ce. W ten spo­sób moż­na było jed­no­cze­śnie utrzy­my­wać czasz­kę w sta­łej po­zy­cji, tak by się nie wy­śli­zgnę­ła, i zgnia­tać ją. Czas po­zbyć się in­tru­za.

Na sali ope­ra­cyj­nej pa­no­wał chłód, ale pot spły­wa­ją­cy po czo­le Sto­ne'a ka­pał mu do oczu i wsią­kał w ma­secz­kę.

Sto­ne pra­co­wał nad wpro­wa­dze­niem szpi­kul­ca w głów­kę dziec­ka.

(Dziec­ko, mój brat Shi­va przez osiem mie­się­cy bez­piecz­nie scho­wa­ny w mat­czy­nym ło­nie i wciąż od­czu­wa­ją­cy ból po na­cię­ciu no­ży­ca­mi, wy­da­ło z sie­bie krzyk. Szpi­ku­lec ze­śli­zgnął się z jego czasz­ki, a ja wcią­gną­łem go do kry­jów­ki).

Sto­ne stwier­dził, że bę­dzie mu ła­twiej, je­śli wpierw uży­je po­zo­sta­łych czę­ści apa­ra­tu skła­da­ją­cych się na miażdż, a do­pie­ro po­tem, przy­cią­gnąw­szy głów­kę bli­żej, tak by zna­la­zła się w jego za­się­gu, wpro­wa­dzi szpi­ku­lec do czasz­ki. Jego ru­chy były nie­zgrab­ne i ogra­ni­czo­ne cia­sno­tą miej­sca. Ma­tro­nę prze­szedł dreszcz, gdy uświa­do­mi­ła so­bie, że Sto­ne mógł po­ra­nić sio­strę Mary Jo­seph Pra­ise, a tak­że uszko­dzić dziec­ko, któ­re­mu na­ło­żył na­rzę­dzie na głów­kę i przy­cią­gnął bli­żej wyj­ścia - przy­najm­niej tak mu się wy­da­wa­ło.

Ma­tro­na pra­wie ze­mdla­ła.

Obo­wiąz­kiem pie­lę­gniar­ki jest asy­sto­wać le­ka­rzo­wi i uprze­dzać jego żą­da­nia - czy nie tego uczy­ła swo­je sta­żyst­ki? Oka­za­ło się, że wszyst­ko po­szło nie tak, zu­peł­nie nie tak; te­raz nie wie­dzia­ła, jak go po­wstrzy­mać. Ża­ło­wa­ła, że w ogó­le od­szu­ka­ła te sta­re na­rzę­dzia, któ­re wy­na­lazł ma­ją­cy ludz­kie od­ru­chy po­łoż­nik z my­ślą o naj­bar­dziej po­trze­bu­ją­cych mat­kach, a nie o zde­spe­ro­wa­nych le­ka­rzach. Głu­piec z na­rzę­dziem w ręku nadal po­zo­sta­je tyl­ko głup­cem. In­stru­men­ty, któ­re Sto­ne ob­ra­cał w dło­ni, kie­ro­wa­ły jego ru­cha­mi i my­śla­ły za nie­go. Ma­tro­na wie­dzia­ła, że nie może z tego wyjść nic do­bre­go.

Roz­dział 5Ostat­nie chwi­le

W ostat­niej chwi­li, gdy dok­tor Hem­la­tha po­my­śla­ła, że mog-łaby scho­wać gło­wę mię­dzy ko­la­na, szy­ku­jąc się na ude­rze­nie sa­mo­lo­tu o po­wierzch­nię wody, zo­ba­czy­ła, że oce­an na­gle ustę­pu­je wy­schnię­te­mu bu­szo­wi.

Za­nim umysł prze­tra­wił tę nową in­for­ma­cję, ma­szy­na po­de­szła do lą­do­wa­nia, pę­dząc nad po­ły­sku­ją­cym as­fal­tem. Sa­mo­lot z pi­skiem wy­pu­ścił pod­wo­zie, po­ru­szył ogo­nem i parę chwil póź­niej, wy­tra­ciw­szy pręd­kość, po­to­czył się po pa­sie lot­ni­ska ni­czym pies spusz­czo­ny ze smy­czy.

Ulga pa­sa­że­rów szyb­ko prze­szła w zdu­mie­nie i za­wsty­dze­nie, po­nie­waż na­wet naj­mniej wie­rzą­cy zdą­ży­li pod­czas spa­da­nia wznieść mo­dły z proś­bą o bo­ską in­ter­wen­cję.

Sa­mo­lot za­trzy­mał się, ale pi­lot nie prze­rwał kłót­ni z wie­żą. Za­pa­lił pa­pie­ro­sa, cho­ciaż tuż po wy­lą­do­wa­niu z wiel­kim halo włą­czył lamp­kę pod na­pi­sem ZA­KAZ PA­LE­NIA.

Chło­piec jęk­nął, więc Hema ko­ły­sa­ła go z wpra­wą, o jaką by sie­bie nie po­dej­rze­wa­ła.

- Za­ło­żę ci na nóż­kę taki mały, ma­leń­ki ban­daż, do­brze? Wte­dy już nie bę­dzie bo­la­ło.

Mło­dy Or­mia­nin wy­trza­snął skądś ka­wa­łek trzci­ny i po­mógł He­mie skon­stru­ować pry­mi­tyw­ną szy­nę.

Kie­dy huk sil­ni­ków umilkł, Hema po­czu­ła, że ci­sza, któ­ra rap­tem za­pa­dła w sa­mo­lo­cie, roz­sa­dza jej bę­ben­ki. Pi­lot ro­zej­rzał się do­ko­ła z uśmiesz­kiem sa­tys­fak­cji na twa­rzy, jak gdy­by chciał się prze­ko­nać, czy pa­sa­że­ro­wie wy­trzy­ma­li atrak­cje lotu. Po na­my­śle po­wie­dział:

- Ro­bi­my po­stój, żeby za­brać pe­wien ba­ga­aaż i parę Bar­dzo Waż­nych Osób. Je­ste­śmy w Dżi­bu­ti! - Uśmiech­nął się i po­ka­zał wszyst­kim swo­je fa­tal­ne uzę­bie­nie. - Nie po­zwa­la­ją mi lą­do­wać, chy­ba że w sy­tu­acji awa­ryj­nej. No to zro­bi­łem awa­rię sil­ni­ka. - Wzru­szył ra­mio­na­mi, jak gdy­by skrom­ność nie po­zwa­la­ła mu przy­jąć od pa­sa­że­rów wy­ra­zów naj­wyż­sze­go uzna­nia.

Hem­la­tha prze­stra­szy­ła się wła­sne­go gło­su, któ­ry nie­spo­dzie­wa­nie prze­ciął świ­dru­ją­cą ci­szę.

- Ba­gaż? Ty cho­ler­ny na­jem­ni­ku. Wy­da­je ci się, że czym je­ste­śmy? Ko­za­mi? Wy­łą­czasz sil­nik i spa­dasz z nie­ba ot tak, żeby za­trzy­mać się w Dżi­bu­ti? Bez ostrze­że­nia? Tak po pro­stu?

Być może po­win­na być mu wdzięcz­na, cie­szyć się, że żyje, ale w hie­rar­chii jej emo­cji złość za­wsze zaj­mo­wa­ła naj­wyż­szą po­zy­cję.

- Cho­ler­ny? - za­re­ago­wał pi­lot, czer­wie­niąc się. - Cho­ler­ny? - po­wtó­rzył, gra­mo­ląc się z kok­pi­tu. Gdy uwol­nił się z pa­sów, spod jego szor­tów w sty­lu sa­fa­ri bły­snę­ły bia­łe ko­la­na.

Sta­nął przed nią, dy­sząc z wy­sił­ku. Spra­wiał wra­że­nie bar­dziej ura­żo­ne­go "cho­ler­nym" niż "na­jem­ni­kiem". Jego po­gar­da w sto­sun­ku do tej Hin­du­ski, któ­ra go ob­ra­zi­ła, prze­wyż­sza­ła złość. Pod­niósł na nią rękę.

- Za­raz cię wy­sa­dzę, bez­czel­na babo, jak coś ci się nie po­do­ba.

Póź­niej upie­rał się, że pod­niósł rękę je­dy­nie sym­bo­licz­nie i wca­le nie miał za­mia­ru jej ude­rzyć, niech Bóg bro­ni, by on, dżen­tel­men i Fran­cuz, miał ude­rzyć ko­bie­tę.

Lecz było już za póź­no, po­nie­waż Hem­la­tha po­czu­ła, jak jej koń­czy­ny po­ru­sza­ją się bez udzia­łu woli, na­pę­dza­ne wście­kło­ścią i obu­rze­niem. Mia­ła wra­że­nie, że przy­glą­da się ru­chom ob­cej Hem­la­thy, któ­rej wcze­śniej nie było. Ta nowa Hem­la­tha z nie­daw­no od­no­wio­ną li­cen­cją na ży­cie, któ­ra wresz­cie od­na­la­zła tego ży­cia cel, pod­nio­sła się z miej­sca. Wzro­stem do­rów­ny­wa­ła pi­lo­to­wi. Unio­sła oku­la­ry i prze­su­nę­ła je na czo­ło. Sta­nę­ła z męż­czy­zną oko w oko.

Pi­lot nie wie­dział, co ze sobą zro­bić. Spo­strzegł, że jest pięk­ną ko­bie­tą, a po­nie­waż miał wy­so­kie mnie­ma­nie o swo­ich umie­jęt­no­ściach pod­ry­wa­cza, przy­szło mu do gło­wy, czy przy­pad­kiem wła­śnie nie za­prze­pa­ścił szan­sy wy­pi­cia z nią tego wie­czo­ru kil­ku drin­ków w ho­te­lu Ghion. Do­pie­ro te­raz za­uwa­żył, że lu­dzie sku­pi­li się wo­kół po­ję­ku­ją­ce­go chłop­ca. I do­pie­ro te­raz zdał so­bie spra­wę z wście­kło­ści jego ojca i z za­ci­śnię­tych pię­ści po­zo­sta­łych pa­sa­że­rów, spo­śród któ­rych kil­ko­ro usta­wi­ło się obok Hemy, nie­wąt­pli­wie go­to­wych do jej obro­ny.

"Co za typ", po­my­śla­ła Hema, stu­diu­jąc syl­wet­kę pi­lo­ta. Całą po­wierzch­nię jego nie­osło­nię­tej skó­ry po­kry­wa­ły pa­jącz­ki na­czy­nio­we. Żół­tacz­ka nada­ła oczom spe­cy­ficz­ny od­cień. Bez wąt­pie­nia miał po­więk­szo­ną klat­kę pier­sio­wą, po­zba­wio­ne owło­sie­nia pa­chy, a jego ją­dra wy­schły i z pew­no­ścią wy­glą­da­ły jak orze­chy wło­skie, a wszyst­ko dla­te­go, że jego wą­tro­ba nie usu­wa już es­tro­ge­nów, któ­re nor­mal­nie pro­du­ku­je or­ga­nizm męż­czy­zny. Do tego stę­chły za­pach ja­gód ja­łow­ca w jego od­de­chu. "Ach tak - po­my­śla­ła Hema, sta­wia­jąc dia­gno­zę - mar­skość wą­tro­by. Oto prze­siąk­nię­ty gi­nem re­likt ery ko­lo­nial­nej nie­po­tra­fią­cy sta­wić czo­ła post­ko­lo­nial­nej Afry­ce. Je­śli w In­diach kto­kol­wiek się was boi, to ra­czej z przy­zwy­cza­je­nia. Etiop­skie­go sa­mo­lo­tu ta za­sa­da nie do­ty­czy".

Po­czu­ła, jak za­le­wa ją fala wście­kło­ści skie­ro­wa­nej nie tyl­ko ku temu czło­wie­ko­wi, ale w ogó­le ku wszyst­kim męż­czy­znom, ku każ­de­mu fa­ce­to­wi w Głów­nym Szpi­ta­lu Rzą­do­wym w In­diach, któ­ry po­mia­tał nią, uwa­żał, że może ją mieć na każ­de za­wo­ła­nie, ka­rał za samo by­cie ko­bie­tą, zmie­niał jej gra­fik we­dług wła­sne­go wi­dzi­mi­się, prze­no­sił ją to tu, to tam, nie bąk­nąw­szy na­wet "pro­szę" ani nie za­py­taw­szy o zda­nie.

Jej bli­skość, jej wdar­cie się w jego nie­na­ru­szal­ną stre­fę ba­wa­na zbi­ło pi­lo­ta z tro­pu. Mimo to nie opu­ścił pod­nie­sio­nej ręki. Ale te­raz, jak gdy­by do­pie­ro to za­uwa­żył, po­ru­szył dło­nią, nie żeby ude­rzyć Hemę - przy­najm­niej tak twier­dził - ale żeby prze­ko­nać się, czy to na­praw­dę jego ręka, i spraw­dzić, czy nadal po­słusz­nie wy­ko­nu­je po­le­ce­nia.

Pod­nie­sio­na ręka była wszak­że wy­star­cza­ją­co sil­ną obe­lgą. Póź­niej, kie­dy Hema przy­po­mi­na­ła so­bie całe to zaj­ście, czer­wie­ni­ła się na wspo­mnie­nie wła­snej re­ak­cji.

Jej pal­ce wy­strze­li­ły bo­wiem z pręd­ko­ścią bły­ska­wi­cy ku szor­tom pi­lo­ta i za­trzy­ma­ły się na jego ją­drach, chwy­ta­jąc je jak klesz­cza­mi. Ostat­nim ba­stio­nem obro­ny po­zo­sta­ła pi­lo­to­wi bie­li­zna. Za­sko­czy­ła ją ła­twość, z jaką wy­ko­na­ła ten ruch, a tak­że lek­kość, z jaką uło­ży­ła kciuk i pa­lec wska­zu­ją­cy tak, by nie za­blo­ko­wać po­wróz­ka na­sien­ne­go łą­czą­ce­go mosz­nę z resz­tą cia­ła. Po la­tach uzna­ła, że to, co zro­bi­ła, było uwa­run­ko­wa­ne śro­do­wi­skiem, w ja­kim przy­szło jej żyć: skłon­no­ścią gra­su­ją­cych w Afry­ce Wschod­niej shi­fta - ra­bu­siów - i in­nych prze­stęp­ców do ob­ci­na­nia ofia­rom ją­der. Cóż, je­śli wej­dziesz mię­dzy wro­ny...

Oczy pło­nę­ły jej jak mę­czen­ni­cy za spra­wę. Pot zmie­nił krop­kę na czo­le w wy­krzyk­nik. Mia­ła na so­bie ba­weł­nia­ne sari, a po­nie­waż pa­no­wał nie­mi­ło­sier­ny upał, wcze­śniej, kie­dy po­sa­dzo­no ich w ka­bi­nie sa­mo­lo­tu, pod­cią­gnę­ła ma­te­riał aż nad ko­la­na - do dia­bła ze skrom­no­ścią - a te­raz, gdy na­gle wsta­ła, sari nie wró­ci­ło na swo­je miej­sce, lecz po­zo­sta­ło pod­wi­nię­te, uka­zu­jąc jej uda. Po­czu­ła na ustach smak potu, gdy ści­ska­ła i krę­ci­ła, sta­ra­jąc się wzbu­dzić we Fran­cu­zie tyle stra­chu i bólu, ile on za­dał jej.

- Po­słu­chaj, złot­ko - po­wie­dzia­ła (stwier­dza­jąc nie­ja­ko przy oka­zji, że fak­tycz­nie na­stą­pi­ła u nie­go atro­fia ją­der, i pró­bu­jąc wy­ma­cać tu­ni­ca al­bu­gi­neatu­ni­ca coś tam jesz­cze, i na­sie­nio­wód oczy­wi­ście, i to po­bruż­dżo­ne coś z tyłu, jak to się zwa­ło... na­ją­drze!). Zo­ba­czy­ła, jak pi­lot opusz­cza bez­rad­nie ra­mio­na, a z jego twa­rzy od­pły­wa cała krew, jak gdy­by Hema od­krę­ci­ła tam na dole ja­kiś ku­rek. Na czo­ło wy­stą­pi­ła mu wil­goć nie­bę­dą­ca po­tem.

- Przy­najm­niej two­ja kiła nie jest w za­awan­so­wa­nym sta­dium, bo czu­jesz ból w ją­drach, co?

Jego pod­nie­sio­na ręka opa­dła płyn­nie w dół, po czym z wa­ha­niem i nie­mal w tro­skli­wym ge­ście spo­czę­ła na przed­ra­mie­niu Hemy, bła­ga­jąc ją w ten spo­sób, by nie zwięk­sza­ła siły uści­sku. W sa­mo­lo­cie za­pa­dła gro­bo­wa ci­sza.

- Słu­chasz mnie te­raz? - ode­zwa­ła się Hem­la­tha (prze­szło jej przez myśl, że wo­la­ła­by nie po­zna­wać w ten spo­sób ana­to­mii męż­czy­zny). - Czy te­raz po­roz­ma­wia­my jak rów­ni so­bie?... Moje ży­cie jest w two­ich rę­kach, a two­je klej­no­ty ro­do­we spo­czy­wa­ją w mo­jej dło­ni. Uwa­żasz, że mo­żesz po­gry­wać so­bie z ludź­mi i ich stra­chem? Przez two­je po­pi­sy ten chło­piec ma zła­ma­ną nogę.

Od­wró­ci­ła gło­wę w stro­nę po­zo­sta­łych pa­sa­że­rów i nie spusz­cza­jąc oka z twa­rzy Fran­cu­za, za­py­ta­ła:

- Czy ktoś ma ostry nóż? Albo ży­let­kę?

Sze­lest, jaki usły­sza­ła, mógł mieć coś wspól­ne­go z re­ak­cją mię­śni dźwi­ga­czy ją­der wszyst­kich obec­nych na po­kła­dzie męż­czyzn, któ­re od­ru­cho­wo skur­czy­ły się i po­spiesz­nie wcią­gnę­ły wi­szą­ce mię­dzy no­ga­mi fa­bry­ki na­sie­nia do bez­piecz­nej kry­jów­ki.

- Nie mie­li­śmy po­zwo­le­nia... mu­sia­łem... - wy­rzę­ził pi­lot.

- Wyj­mij port­fel i na­tych­miast za­płać temu dziec­ku - roz­ka­za­ła Hema, któ­ra nie wie­rzy­ła w skryp­ty dłuż­ne, a je­dy­nie w siłę go­tów­ki.

Kie­dy pi­lot szpe­rał w port­fe­lu, mło­dy Or­mia­nin wy­rwał mu go z rąk i po­dał ojcu ran­ne­go chłop­ca.

Je­den z Je­meń­czy­ków, od­zy­skaw­szy w koń­cu głos, wy­rzu­cił z sie­bie po­tok prze­kleństw, ma­cha­jąc pi­lo­to­wi pal­cem przed no­sem.

Hema po­wie­dzia­ła:

- A te­raz zwró­cisz temu chłop­cu i jego ro­dzi­com koszt bi­le­tów. Po­tem wy­star­tu­jesz, i to szyb­ko... Je­śli tego nie zro­bisz, nie tyl­ko zo­sta­niesz eu­nu­chem, ale oso­bi­ście na­pi­szę pe­ty­cję do ce­sa­rza, żeby za­ła­twił, byś nie do­stał pra­cy na­wet jako po­ga­niacz wiel­błą­dów, już nie mó­wiąc o prze­wo­że­niu cza­tu.

Na­raz otwo­rzy­ły się drzwi za­ła­dun­ko­we i dały się sły­szeć pod­nie­sio­ne gło­sy ku­li­sów tło­czą­cych się wo­kół sa­mo­lo­tu.

Fran­cuz, któ­re­go gał­ki oczne nie­mal cał­ko­wi­cie scho­wa­ły się w oczo­do­łach, ski­nął gło­wą bez sło­wa. Za­nim Fran­cu­zi zna­leź­li punkt opar­cia w Pon­di­cher­ry, sko­lo­ni­zo­wa­li Dżi­bu­ti i czę­ścio­wo So­ma­lię, a na­wet za­cie­kle wal­czy­li z An­gli­ka­mi w In­diach. Lecz tego par­ne­go po­po­łu­dnia pew­na brą­zo­wa du­sza, któ­ra nig­dy już nie bę­dzie tą samą du­szą i za któ­rą sta­li Ke­ral­czy­cy, Or­mia­nie, Gre­cy i Je­meń­czy­cy, po­ka­za­ła Fran­cu­zom, że jest wol­nym czło­wie­kiem.

- I jak tu po­zo­stać przy zdro­wych zmy­słach w taki upał? - po­wie­dzia­ła Hem­la­tha, nie zwra­ca­jąc się do ni­ko­go szcze­gól­ne­go. Pu­ści­ła pi­lo­ta i po­wstrzy­mu­jąc się od śmie­chu, wy­szła z sa­mo­lo­tu, żeby umyć ręce.