Powrót do Missing - Abraham Verghese

Reflow text when sidebars are open.
Spędziwszy osiem miesięcy w ciemnościach łona naszej matki, mój brat Shiva i ja przyszliśmy na świat późnym popołudniem dwudziestego września roku pańskiego tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego czwartego. W Addis Abebie, stolicy Etiopii, na wysokości dwóch tysięcy czterystu metrów nad poziomem morza, po raz pierwszy zaczerpnęliśmy do płuc rozrzedzone powietrze.
Cud naszych narodzin miał miejsce w sali operacyjnej numer trzy szpitala Missing, w miejscu, gdzie nasza matka, siostra Mary Joseph Praise, spędzała większość swoich godzin pracy i znajdowała najwyższe spełnienie.
Gdy pewnego wrześniowego ranka nasza matka, mniszka z zakonu karmelitanek bosych z Madrasu, niespodziewanie zaczęła rodzić, w Etiopii właśnie ustał wielki deszcz, kończąc dużą porę deszczową. Jego miarowe bębnienie o wykonane z blachy falistej dachy budynków Missing zamilkło tak nagle, jak gdyby ktoś przerwał gadule w pół zdania. W ciągu jednej nocy pośród tej dojmującej ciszy rozkwitły kwiaty meskel, zamieniając wzgórza Addis Abeby w czyste złoto. Na łąkach wokół Missing turzyca wygrała walkę z błotem i rozpostarła się niczym lśniący dywan aż do brukowanego podjazdu szpitala, zwiastując poważniejsze sprawy niż gra w krykieta, krokieta albo w badmintona.
Missing było położone na pokrytym bujną zielenią wzniesieniu i stanowiło nieregularne skupisko bielonych parterowych i jednopiętrowych budynków wyglądających, jak gdyby zostały dosłownie wypchnięte z ziemi podczas tego samego geologicznego paroksyzmu, który dał początek górskiemu pasmu Entoto. Przypominające koryta rabaty, pojone wodą spływającą z rynien, otaczały niczym fosy przysadziste domy. Władzę nad ścianami sprawowały róże siostry przełożonej Matrony Hirst, oprawiając każde okno w szkarłatną ramkę i sięgając aż po dach. Ilasta gleba była tak żyzna, że Matrona - mądra i praktyczna szefowa szpitala Missing - ostrzegała nas, byśmy nie biegali po niej boso, chyba że chcemy, aby wyrosły nam dodatkowe palce u nóg.
Od głównego budynku szpitala, niczym szprychy w kole roweru, rozchodziło się pięć dróg wyznaczonych szpalerami sięgających do ramion krzaków. Prowadziły one do pięciu krytych strzechą parterowych pawilonów częściowo schowanych za zagajnikami, żywopłotami, dzikimi eukaliptusami i sosnami. Matrona Hirst pragnęła nade wszystko, by Missing przypominało arboretum lub zakątek Ogrodów Kensington (w których odbywała spacery jako młoda zakonnica, zanim przyjechała do Afryki), ewentualnie raj tuż przed wygnaniem zeń ludzi.
Missing był tak naprawdę szpitalem misji, ale etiopskie usta wymawiały słowo mission z sykiem, który zbliżał je brzmieniowo do missing. Urzędnik w Ministerstwie Zdrowia - świeżo upieczony absolwent liceum - wypisał licencję dla THE MISSING HOSPITAL, co w jego mniemaniu było fonetycznie poprawną wersją nazwy szpitala. Błędną pisownię utrwalił dziennikarz "Ethiopian Herald". Kiedy Matrona Hirst udała się do urzędu, by omyłkę skorygować, pracownik ministerstwa wyciągnął oryginalny dokument.
- Niech pani sama spojrzy, siostro. Jest Missing, quod erat demonstrandum - powiedział, jakby za jednym zamachem dowiódł słuszności twierdzenia Pitagorasa, wykazał centralną pozycję Słońca w Układzie Słonecznym, udowodnił, że Ziemia jest okrągła, a na koniec precyzyjnie określił na niej położenie Missing. I zostało Missing.
* * *
Z ust siostry Mary Joseph Praise w trakcie bólów nagłego porodu nie wydobył się żaden krzyk ani nawet jęk. Lecz tuż za wahadłowymi drzwiami prowadzącymi do pomieszczenia sąsiadującego z salą operacyjną numer trzy ogromny autoklaw (dar kościoła luterańskiego w Zurychu) ryczał, krzyczał i łkał za moją matkę, podczas gdy gorąca para sterylizowała narzędzia chirurgiczne i ręczniki, które za chwilę miały zostać użyte. W końcu to właśnie tutaj, w kącie pomieszczenia z autoklawem, tuż obok tego nierdzewnego molocha, moja matka znalazła schronienie, w którym wytrwała w Missing siedem lat, zanim my - Shiva i ja - wtargnęliśmy brutalnie w jej świat. Pod ścianą stało jej biurko połączone z krzesłem, uratowane z likwidowanej szkoły misyjnej i noszące piętno żłobionej w blacie frustracji niejednego ucznia. Biały rozpinany sweter mojej matki, który, jak mi powiedziano, często narzucała na ramiona pomiędzy jedną operacją a drugą, spoczywał przewieszony przez oparcie krzesła.
Do otynkowanej ściany nad biurkiem matka przyczepiła ilustrację z kalendarza przedstawiającą znaną rzeźbę Berniniego Ekstaza św. Teresy. Postać Teresy leży bezwładna, jakby święta zemdlała, ma lekko rozchylone usta, oczy mętne, powieki półprzymknięte. Z obydwu stron przygląda się jej wścibski chór okupujący klęczniki. Chłopiec anioł z delikatnym uśmieszkiem i ciałem znacznie bardziej umięśnionym, niżby pasowało do młodej twarzyczki, spogląda na świętą zmysłową siostrę. Koniuszki palców jego lewej dłoni unoszą brzeg tkaniny zakrywającej pierś Teresy. W prawej ręce, delikatnie jak skrzypek dzierżący smyczek, anioł trzyma strzałę.
Dlaczego akurat ten obrazek? Dlaczego św. Teresa, matko?
Mając cztery lata, zakradałem się do pozbawionego okien pomieszczenia z autoklawem, żeby przyglądać się tej ilustracji. Zbyt mało było we mnie odwagi, abym mógł bez lęku przejść przez ciężkie drzwi, ale poczucie, że ona tam jest, i moja obsesja, by poznać tę zakonnicę, moją matkę, dodawały mi sił. Siadałem obok autoklawu, który syczał i buczał jak budzący się ze snu smok, i miałem wrażenie, że to moje walące serce pobudza bestię do życia. Gdy zajmowałem miejsce za biurkiem matki, powoli opanowywał mnie spokój i czułem jej duchową bliskość.
Później dowiedziałem się, że nikt nie odważył się usunąć stamtąd jej swetra, który nadal wisiał na oparciu krzesła. Był niczym uświęcony przedmiot, niczym relikwia. Lecz dla czterolatka wszystko jest zarazem i sacrum, i profanum. Zarzucałem więc pachnącą mydłem Cuticura część garderoby na ramiona. Dotykałem wyschniętego kałamarza, odtwarzając drogę, jaką musiały pokonywać jej palce. Patrzyłem w górę i mój wzrok padał na ilustrację z kalendarza - tak samo, jak musiało się to odbywać w jej przypadku - i ten obrazek wywierał na mnie wielkie wrażenie. Wiele lat później dowiedziałem się, że nawracające wizje anielskie św. Teresy nazywają się transwerberacją, co według słownika oznacza duszę "rozpaloną" miłością do Boga, a także serce "przebite" boską miłością; metafora jej wiary okazała się jednocześnie metaforą medycyny. W wieku czterech lat naprawdę nie potrzebowałem słów w rodzaju "transwerberacja", by otaczać wizerunek św. Teresy czcią. Ponieważ nie dysponowałem żadną fotografią mojej prawdziwej matki, wyobraźnia podpowiadała mi, że moją rodzicielką jest w istocie kobieta z obrazka zagrożona przez wymachującego włócznią chłopczyka anioła i zapewne wkrótce przez niego zniewolona.
- Kiedy przyjdziesz, mamo? - pytałem, a mój dziecinny głosik odbijał się echem od kafelków. Kiedy przyjdziesz?
A potem sam sobie odpowiadałem szeptem:
- Na Boga!
To było wszystko, czym musiałem się obejść: słowami, które doktor Ghosh wykrzyknął, gdy po raz pierwszy zawędrowałem do tego miejsca, a on przybiegł, szukając mnie, i wlepił wzrok w obrazek na ścianie. Potem wziął mnie w swoje silne ramiona i powiedział głosem, który zabrzmiał w doskonałym unisono z autoklawem:
- Na Boga, ona DOCHODZI!
* * *
Od dnia mych narodzin upłynęły te cztery lata i jeszcze czterdzieści sześć następnych i oto, cudownym zrządzeniem losu, mam okazję powrócić do tego pomieszczenia. Odkrywam, że dziś krzesło jest dla mnie za małe, a sweter leży na moich ramionach niczym koronkowy księżowski humerał. Ale najważniejsze, że krzesło, sweter i ilustracja przedstawiająca transwerberację nadal są na swoim miejscu. Ja, Marion Stone, zmieniłem się, lecz wszystko inne - prawie wcale. Powrót do tego zachowanego w nienaruszonym stanie pokoju przypomina oglądanie albumu ze zdjęciami: cofanie się w czasie i pamięci. Reprodukcja rzeźby Berniniego (dziś oprawiona w ramkę i umieszczona za szkłem w celu zachowania tego, co kiedyś moja matka po prostu przypięła pinezkami do ściany), która nie chce wyblaknąć, skłania do wspomnień. Zmusza mnie do tego, bym uporządkował wydarzenia z mojego życia, bym powiedział, że wszystko zaczęło się właśnie tutaj i dlatego stało się to i tamto, a ponieważ koniec łączy się z początkiem, jestem tutaj.
Przychodzimy na świat nieproszeni, a jeśli dopisze nam szczęście, znajdujemy cel w życiu pchający nas przez głód, niedolę i śmierć za młodu, która - obyśmy tylko nie zapomnieli - spotyka wielu. Doros-łem i znalazłem swój cel, a było nim: zostać lekarzem. Nie chciałem uratować świata, chodziło raczej o uleczenie samego siebie. Niewielu lekarzy potrafi się do tego przyznać, a już z całą pewnością niewielu młodych medyków, ale podejmując się wykonywania tego zawodu, podświadomie wierzymy zapewne, że pielęgnowanie drugiego człowieka uleczy nasze własne rany. To jest możliwe. Ale z drugiej strony, może też te rany pogłębić.
Postanowiłem specjalizować się w chirurgii przez wzgląd na Matronę, tę jej nieustającą obecność w moim dzieciństwie i okresie dojrzewania.
- Jaka jest najtrudniejsza rzecz, którą mógłbyś zrobić? - zapytała mnie, kiedy udałem się do niej po poradę w najmroczniejszym dniu pierwszej połowy mojego życia.
Skrzywiłem się. Z jakąż łatwością Matrona badała teren między ambicją a względami praktycznymi.
- Dlaczego muszę robić to, co najtrudniejsze?
- Ponieważ jesteś, Marionie, instrumentem Boga. Nie pozwól, by instrument gnuśniał w futerale, mój synu. Graj! Poznaj tajniki tego instrumentu, zbadaj go. Czemuż to miałby cię zadowolić Wlazł kotek na płotek, skoro mógłbyś zagrać Glorię?
To niesprawiedliwe ze strony Matrony, że wymieniła jako przykład akurat ten wzniosły chorał, który zawsze sprawiał, że czułem się, jakbym stał wespół ze wszystkimi żyjącymi istotami i głupio oniemiały patrzył w niebo. Doskonale rozumiała mój nieukształtowany charakter.
- Ależ Matrono, nawet nie marzę, by grać Bacha, Glorię... - powiedziałem po cichu. Nigdy w życiu nie grałem na żadnym instrumencie, ani dętym, ani strunowym. Nawet nie umiałem czytać nut.
- Nie, Marionie - odparła, pieszcząc mnie łagodnym spojrzeniem i gładząc mój policzek sękatą dłonią. - Nie chodzi mi o Glorię Bacha, ale o twoją własną Glorię! O tę Glorię, która żyje w tobie. Największym grzechem jest nieznalezienie jej w sobie, zignorowanie możliwości, które dał ci Bóg.
Jeśli chodzi o temperament, bardziej nadawałem się do jakiejś dyscypliny poznawczej, introspektywnej specjalizacji w rodzaju medycyny wewnętrznej lub być może psychiatrii. Pociłem się na sam widok sali operacyjnej. Na samą myśl o wzięciu do ręki skalpela skręcał mi się żołądek. (Nadal tak jest). Chirurgia była dla mnie najtrudniejszą rzeczą, jaką potrafiłem sobie wyobrazić.
Zostałem zatem chirurgiem.
Trzydzieści lat później nie jestem lekarzem znanym z szybkości, odwagi ani kunsztu technicznego. Możecie powiedzieć, że jestem powolny, rozwlekły, że styl i technikę operacji dostosowuję do potrzeb pacjenta i sytuacji na stole, a uznam to za największy komplement. Otuchy dodaje mi świadomość, że kiedy tylko któryś z moich kolegów lekarzy musi pójść pod nóż, przychodzi do mnie. Oni wszyscy doskonale wiedzą, że Marion Stone zatroszczy się o nich zarówno przed operacją, podczas niej, jak i później. I wiedzą, że nie przepadam za chirurgicznymi aforyzmami w rodzaju: "Masz wątpliwości - tnij!" albo: "Na co czekać, skoro można operować!", które niezawodnie obnażają najniższe instynkty przedstawicieli naszej profesji. Mój ojciec, dla którego umiejętności jako chirurga mam najwyższy szacunek, mawia: "Najbardziej udana operacja to taka, której postanawiasz nie przeprowadzać". Wiedza, kiedy nie operować, świadomość, kiedy wpadłem po uszy i potrzebuję pomocy chirurga pokroju mojego ojca - takiego rodzaju talent, taki geniusz objawia się bez zapowiedzi.
Raz, mając pacjenta z zagrożeniem życia, błagałem ojca, by to on go zoperował. Stał w milczeniu przy łóżku, a jego palce pozostawały w kontakcie z przegubem chorego jeszcze długo po tym, jak już wyczuł rytm pracy jego serca, jak gdyby potrzebował dotyku, niesłyszalnego szumu krwi w arterii, tych nikłych sygnałów, które pomogły mu podjąć decyzję. Na jego twarzy ujrzałem absolutne skupienie. Wyobraziłem sobie trybiki obracające mu się w głowie, wyobraziłem sobie lśnienie łez zbierających się w kącikach jego oczu. Z najwyższą ostrożnością ważył argumenty. W końcu potrząsnął głową i odwrócił się od pacjenta. Poszedłem za nim.
- Doktorze Stone - powiedziałem, zwracając się do niego oficjalnie, choć pragnąłem krzyknąć: "Ojcze!". - Operacja jest dla niego jedyną szansą.
W głębi duszy zdawałem sobie sprawę, że szansa jest wręcz nieskończenie mała, a najlżejsze znieczulenie także może go uśmiercić. Ojciec położył mi dłoń na ramieniu. Przemówił łagodnie, jak gdyby zwracając się do młodszego kolegi, a nie do własnego syna.
- Marionie, nie zapominaj o jedenastym przykazaniu - rzekł. - Nie będziesz operował w dniu śmierci pacjenta.
Wspominam jego słowa przy pełni księżyca w Addis Abebie, gdy lśnią ostrza noży, a kule i kamienie latają jak muchy, i kiedy czuję się, jakbym stał nie w sali operacyjnej numer trzy, ale w rzeźni, mając skórę upstrzoną plamami krwi obcych ludzi. Pamiętam. Ale nie zawsze przed operacją znasz odpowiedzi na wszystkie pytania. Operujesz teraz. Później retrospektoskop, to jakże poręczne narzędzie prześmiewców i speców, organizatorów farsy, którą w skrócie nazywamy konferencjami M&M1 - uzna twoją decyzję za słuszną bądź nie. Życie jest takie samo: żyjesz nim do przodu, ale rozumiesz je wstecz. Dopiero gdy się zatrzymasz i spojrzysz za siebie, zobaczysz człowieka, którego przejechałeś.
Dziś, w pięćdziesiątym roku życia, otaczam wielką czcią widok otwartej jamy brzusznej lub klatki piersiowej. Wstyd mi za ludzką zdolność ranienia i kaleczenia się nawzajem, za talent do profanowania ciał pobratymców. Mimo to potrafię dostrzec w tym wszystkim kabalistyczną harmonię serca wyglądającego zza płuca, wątroby i śledziony, które pod osłoną przepony mają jedna na drugą baczenie - brak mi słów wobec czegoś takiego. Przesuwam palcami po jelicie, szukając perforacji po ostrzu noża albo kuli z karabinu, badam jeden lśniący zwój za drugim, siedem metrów upchanych na tak niewielkiej przestrzeni. Gdyby połączyć ze sobą jelita, które podczas afrykańskiej nocy przeszły między moimi palcami, sięgnęłyby zapewne Przylądka Dobrej Nadziei, a wciąż jeszcze nie ujrzałem głowy tego węża. Widzę zwyczajne cuda ukryte pod skórą, klatką z żeber i masą mięśniową - widoki nie do obejrzenia przez ich posiadacza. Czy istnieje większy zaszczyt?
W takich chwilach nie zapominam, by podziękować mojemu bratu bliźniakowi Shivie - doktorowi Shivie Praise'owi Stone'owi. Pamiętam, by odnaleźć jego twarz, jego odbicie na szklanej ściance działowej, która oddziela dwie sale operacyjne, i przesłać mu krótkie skinienie głową, bo bez niego nie byłbym tym, kim dzisiaj jestem: chirurgiem.
Zdaniem Shivy w życiu w gruncie rzeczy chodzi o łatanie dziur. Shiva nie posługiwał się metaforami, a łatanie dziur jest dosłownie tym, o co mu chodziło. A jednak - łatanie dziur może być trafną metaforą naszego zawodu. Istnieje wszakże jeszcze inna dziura, pęknięcie, które dzieli rodzinę. Czasem pojawia się w momencie narodzin, a innym razem pokazuje się znacznie później. Każdy z nas naprawia to, co zostało zepsute. To zadanie życia. Nie damy rady naprawić wszystkiego i wiele zostanie dla przyszłych pokoleń.
Ja - który urodziłem się w Afryce, żyłem na wygnaniu w Ameryce, a potem powróciłem do kolebki - jestem żyjącym dowodem na to, że geografia to przeznaczenie. Los rzucił mnie z powrotem dokładnie tam, gdzie przyszedłem na świat, na tę samą salę operacyjną, w której wyszedłem z łona matki. Moje chronione rękawiczkami dłonie dzielą tę samą przestrzeń nad stołem operacyjnym w sali numer trzy, którą kiedyś zajmowały dłonie mojej matki i mojego ojca.
Bywają noce, gdy świerszcze grają cyk, cyk, cyk, ich tysięczny chór tłumi chrząkanie i stękanie hien mieszkających na zboczach wzgórz. Raptem przyroda milknie. Brzmi to tak, jakby apel dobiegł końca i nadszedł czas, by w ciemnościach odnaleźć swoich przyjaciół i złożyć głowę do snu. W tej ciszy, graniczącej z ciszą absolutną, słyszę przenikliwe brzęczenie gwiazd i jestem przeszczęśliwy, wdzięczny za to moje nieznaczące miejsce w galaktyce. W takich chwilach czuję również wdzięczność dla Shivy.
Bliźniacy - całe dzieciństwo przespaliśmy w jednym łóżku, dotykając się głowami, z torsami i nogami ułożonymi pod dziwacznym kątem. Wyrośliśmy już z potrzeby takiej intymności, choć ja nadal za nią tęsknię, za bliskością jego czaszki. Gdy budzę się i wiem, że otrzymałem w darze kolejny wschód słońca, pierwszą moją myślą budzę brata i mówię do niego: "Zawdzięczam ci widok poranka".
Tym, co Shivie zawdzięczam najbardziej, jest możliwość opowiedzenia tej historii - historii, której moja matka, siostra Mary Joseph Praise, nie wyjawiła; historii, od której mój nieustraszony ojciec Thomas Stone uciekł; którą ja musiałem złożyć kawałek po kawałku. Jedynie snując tę opowieść, zamknę szczelinę, która oddziela mnie od brata. Owszem, mam nieograniczoną wiarę w sztukę chirurgii, ale wiem, że żaden chirurg nie jest w stanie zaleczyć rany, która dzieli dwóch braci. Tam, gdzie jedwab i stal zawodzą, musi przynieść skutek opowiedzenie historii. Zacznijmy więc od początku...
Siostra Mary Joseph Praise przybyła do szpitala Missing z Indii siedem lat przed naszymi narodzinami. Ona i siostra Anjali były pierwszymi nowicjuszkami zakonu karmelitanek bosych z Madrasu, które ukończyły żmudny kurs pielęgniarski w Głównym Szpitalu Rządowym w tymże mieście. W dniu rozdania dyplomów otrzymały odznaki pielęgniarskie i tego samego wieczoru złożyły ostateczne śluby ubóstwa, celibatu i posłuszeństwa. Teraz nie musiały już reagować, gdy mówiono do nich "stażystko" (w szpitalu) lub "nowicjuszko" (w klasztorze), ponieważ w obydwu miejscach przysługiwał im tytuł sióstr. Ich przeorysza, Shessy Geevarughese, świątobliwa kobieta w podeszłym wieku czule nazywana Szlachetną Ammą, pospieszyła z błogosławieństwem dla dwóch młodych, świeżo upieczonych zakonnic-pielęgniarek i obwieściła im zaskakujący przydział: Afryka.
Tego dnia, gdy miały wypłynąć w podróż, wszystkie nowicjuszki z klasztoru udały się do portu kolumną riksz, by życzyć swoim dwóm siostrom szczęśliwej drogi. Oczami wyobraźni widzę zastęp nowicjuszek ustawionych na nabrzeżu, trajkoczących i drżących z emocji i podniecenia; ich białe habity łopoczą na wietrze, a pomiędzy obutymi w sandały stopami przechadzają się mewy.
Często zastanawiałem się, o czym myślała matka, kiedy razem z siostrą Anjali - obydwie miały wówczas po dziewiętnaście lat - zrobiła ostatni krok na indyjskiej ziemi i postawiła stopę na pokładzie "Calangute". Z pewnością słyszała tłumione łkania i głośne życzenia "Z Bogiem" odprowadzające statek aż do wyjścia z portu. Czy się bała? Czy miała wątpliwości? Wstępując do zakonu, pożegnała się na zawsze ze swą mieszkającą w mieście Koczin rodziną biologiczną i przeniosła do Madrasu, oddalonego od rodzinnego miasta dzień i noc drogi pociągiem. Rodziców, dla których Madras mógł równie dobrze leżeć na drugim końcu świata, miała już nigdy nie zobaczyć. Teraz, po trzech latach życia w Madrasie, żegnała się ze swoją rodziną w wierze, udając się tym razem za ocean. Ponownie wyruszyła w podróż bez powrotu.
Na kilka lat przed tym, zanim usiadłem do spisania mojej opowieści, pojechałem do Madrasu w poszukiwaniu historii mojej matki. W archiwum karmelitanek bosych nie znalazłem na jej temat żadnych informacji, ale natrafiłem za to na dzienniki Szlachetnej Ammy, w których przeorysza notowała wydarzenia każdego upływającego dnia. Kiedy "Calangute" odcumował od kei, Szlachetna Amma wzniosła dłoń ku górze niczym kierujący ruchem policjant i, "moim głosem kaznodziei, który, jak mówią, mylnie świadczy o moim wieku", wyrecytowała słowa: "Wyjdź z twojej ziemi rodzinnej"2, ponieważ Księgę Rodzaju lubiła najbardziej. Szlachetna Amma dedykowała tej misji głęboką myśl. Prawda, że Indie mają niezgłębione potrzeby, lecz to się nigdy nie zmieni i nie jest żadną wymówką. Dwie młode mniszki, najmądrzejsze i najładniejsze, miały zostać pionierkami: Hinduskami zanoszącymi ciemnej Afryce miłość Chrystusa - oto największa ambicja przeoryszy. Szlachetna Amma wyjawia w tych zapiskach swój tok myślenia: gdy angielscy misjonarze przybyli do Indii, odkryli, że nie istnieje lepszy sposób na głoszenie chrześcijańskiej miłości, jak tylko poprzez kompresy i kataplazmy, maści i opatrunki, oczyszczanie ran i niesienie pociechy. Jakaż posługa przewyższa posługę uzdrawiania? Jej dwie młode zakonnice przepłyną ocean i w ten sposób zapoczątkują afrykańską misję karmelitanek bosych z Madrasu.
Gdy dobra przeorysza patrzyła, jak dwie stojące przy relingu, machające energicznie rękami postacie oddalają się coraz bardziej, aż w końcu przypominają dwie białe kropki, poczuła ukłucie trwogi. A jeśli siostry przez ślepe posłuszeństwo wobec jej wielkiego planu zostały skazane na straszny los? "Angielscy misjonarze mieli za sobą potężne imperium... a moje dziewczęta?". Napisała w swoim dzienniku, że przenikliwe przekrzykiwanie się mew i wszechobecne ptasie odchody zepsuły uroczyste pożegnanie z zakonnicami, które sobie wyobraziła. Rozproszył ją przemożny zapach psującej się ryby i zbutwiałego drewna, jak również półnadzy dokerzy, którym z brązowych od betelu ust ciekła odrażająca ślina na sam widok dziewiczej trzódki Szlachetnej Ammy.
"Ojcze, powierzamy Twej opiece nasze siostry", powiedziała Szlachetna Amma, przekazując odpowiedzialność za mniszki na barki Pana. Przestała machać i jej dłonie znalazły azyl w rękawach habitu. "Usilnie błagamy Cię o łaskę i o Twoją opiekę nad misją karmelitanek bosych...".
Był rok 1947. Brytyjczycy wreszcie wyjeżdżali z Indii; Quit India Movement3 sprawił, że to, co wydawało się niemożliwe, stało się faktem. Szlachetna Amma powoli wypuściła powietrze z płuc. To był nowy świat, który domagał się wielkich czynów - przynajmniej tak sądziła.
Unoszące się na wodzie czarno-czerwone pudło, ponoć nazywające się statkiem, pokonywało pełną parą Ocean Indyjski, płynąc ku portowi przeznaczenia, którym był Aden. W ładowni "Calangute" spoczywały niezliczone skrzynie pełne bawełny, ryżu, jedwabiu, szafek firmy Godrej, szaf na dokumenty firmy Tata, a także trzydzieści jeden motocykli Royal Enfield Bullet, których silniki owinięto ceratą. Zasadniczo statek nie miał przewozić pasażerów, lecz grecki kapitan postanowił przyjąć na pokład "płacących za podróż gości". Wielu podróżnych było gotowych okrętować się na statkach towarowych, żeby zaoszczędzić na bilecie, a kapitan, skąpiec żałujący na załogę, chętnie im to umożliwiał. Tym razem zabrał na pokład dwie zakonnice z Madrasu, trzech Żydów z Koczinu, rodzinę ze stanu Gudżarat, trzech podejrzanie wyglądających Malajczyków oraz kilku Europejczyków, w tym dwóch francuskich marynarzy wracających na swój macierzysty statek w Adenie.
"Calangute" miał ogromny pokład, dający większe złudzenie stałego lądu, niżby można się spodziewać na morzu. Na jednym końcu, niczym komar na plecach słonia, przysiadła trzypoziomowa nadbudówka, w której pomieściła się załoga i pasażerowie i której najwyższe piętro zajmował mostek.
Moja matka, siostra Mary Joseph Praise, pochodziła z miasta Koczin w stanie Kerala. Keralczycy, chrześcijanie, datują początki swojej wiary na rok pański 52, kiedy to św. Tomasz przybył do Indii z Damaszku. "Niewierny" Tomasz pobudował pierwsze kościoły w Kerali na długo przedtem, nim św. Piotr dotarł do Rzymu. Moja matka była bogobojną, sumiennie praktykującą kobietą; w szkole średniej poddała się wpływowi charyzmatycznej karmelitanki pracującej z biedotą. Jej rodzinne miasto leży na pięciu wyspach osadzonych niczym klejnoty na pierścieniu otwartym ku Morzu Arabskiemu. Przez setki lat hand-larze przyprawami - wśród nich niejaki Vasco da Gama w 1498 roku - przypływali do Koczinu po kardamon i goździki. Portugalczycy położyli swą kolonialną łapę na Goa i siłą nawrócili hinduistów na chrześcijaństwo. Katoliccy księża i zakonnice w końcu dotarli z misją do Kerali, jak gdyby nie pamiętali, że tysiąc lat przed nimi Tomasz Apostoł podarował temu stanowi nieskażoną wizję Jezusa. Ku rozczarowaniu swoich rodziców moja matka została karmelitanką bosą, porzucając starożytną tradycję chrześcijan św. Tomasza, by przyjąć do serca prawdy głoszone przez tę - zdaniem jej rodziców - papieską, nowobogacką sektę. Mniej by ich zawiodła, gdyby przeszła na islam albo hinduizm. Dobrze, że rodzice nie wiedzieli, że została również pielęgniarką, ponieważ w ich przekonaniu oznaczałoby to, że do tego plami sobie ręce niczym niedotykalni.
Moja matka dorastała nad brzegiem oceanu w otoczeniu wiekowych chińskich sieci rybackich uwiązanych na długich bambusowych żerdziach i rozpiętych nad wodą niczym gigantyczna pajęczyna. Morze było spichlerzem jej ludu, zapewniało cenne pożywienie: ryby i krewetki. Teraz, stojąc na pokładzie "Calangute", z wybrzeżem Koczinu poza zasięgiem wzroku, matka nie rozpoznawała tego spichlerza. Zastanawiała się, czy w gruncie rzeczy ocean zawsze był taki: dymiący, złowrogi, niespokojny. Morze poniewierało "Calangute", rzucało łajbą, spychało ją z kursu, zmuszało do jękliwych wysiłków, pragnąc po prostu połknąć ją w całości.
Moja matka i siostra Anjali znalazły w swojej kabinie schronienie zarówno przed morzem, jak i mężczyznami. Wzniosłe modły siostry Anjali przerażały moją matkę. Rytualne czytania z Ewangelii według św. Łukasza były pomysłem siostry Anjali, która twierdziła, że słowa te przydają duszy skrzydeł, a ciału narzucają dyscyplinę. Dwie mniszki podporządkowały każdą literę, każde słowo, linijkę i zdanie dilatatio, elevatio i excessus - kontemplacji, uniesieniu i zachwytowi. Dawna praktyka klasztorna Ryszarda od Świętego Wiktora przydała się podczas ciągnącej się bez końca przeprawy przez ocean. Drugiej nocy, po dziesięciu godzinach intensywnych medytacyjnych czytań, siostra Mary Joseph Praise z zaskoczeniem stwierdziła, że litery rozmywają jej się przed oczami; granica między Bogiem a jaźnią przestała istnieć. Sprawiło to czytanie - radosne poddanie ciała temu, co uświęcone, wieczne i nieskończone.
Podczas nieszporów szóstej nocy (mniszki postanowiły bez względu na wszystko przestrzegać klasztornej rutyny) wykonały hymn, dwa psalmy, antyfony, a potem jeszcze hymn pochwalny i właśnie śpiewały Magnificat, gdy raptem ogłuszający dźwięk sprowadził je na ziemię. Chwyciły kamizelki ratunkowe i wybiegły na zewnątrz. Ich oczom ukazał się pokład, który odkształcił się w jednym miejscu i wypiętrzył niczym piramida, sprawiając wrażenie, jakby "Calangute" zbudowano nie z drewna, lecz z kartonu. Kapitan nawet nie wypuścił z ust nieodłącznej fajki, a lekceważący uśmieszek na jego twarzy sugerował, że pasażerowie przesadzają z histerycznymi reakcjami.
Dziewiątej nocy czterech z szesnastu pasażerów i jeden członek załogi zlegli zmożeni gorączką, która drugiego dnia niemocy objawiła się cieleśnie w postaci różowych plamek rozmieszczonych jak chińska łamigłówka na piersi i brzuchu. Siostra Anjali cierpiała katusze, jej skóra płonęła z gorąca. Drugiego dnia majaczyła już w gorączce.
Jednym z pasażerów "Calangute" był młody chirurg, bystrooki Anglik, który postanowił pożegnać się z indyjską służbą medyczną i wyruszyć na poszukiwanie lepszych perspektyw. Był wysoki i silny i choć jego surowa męska uroda sprawiała, że wyglądał na głodnego, unikał wizyt w mesie. Siostra Mary Joseph Praise wpadła na niego - i to dosłownie - drugiego dnia podróży, gdy straciła równowagę na mokrych metalowych schodkach prowadzących z kajut na górę. Idący za nią Anglik złapał ją tak, jak zdołał, to znaczy za okolice kości ogonowej i za lewą stronę klatki piersiowej. Pomógł jej odzyskać równowagę, jak gdyby była małym dzieckiem. Bąkając słowa podziękowania, zrobiła się czerwona jak cegła; chwilą tej niespodziewanej intymności on wydawał się bardziej podenerwowany niż ona. Poczuła, że w miejscu, w którym ścisnęła ją jego dłoń, będzie miała siniaka, była to jednak niedogodność, przeciw której nic nie miała. Później przez wiele dni nie spotykała już Anglika.
Teraz, rozpaczliwie potrzebując pomocy lekarza, siostra Mary Joseph Praise zebrała się w sobie i zapukała do drzwi jego kajuty. Niewyraźny głos polecił jej wejść. Powitała ją acetonowa żołądkowa woń.
- To ja - zawołała. - To ja, siostra Mary Joseph Praise.
Doktor leżał na koi. Spoczywał na boku z półprzymkniętymi powiekami. Jego skóra miała tę samą barwę co spodenki khaki.
- Doktorze - spytała z wahaniem - czy pan też ma gorączkę?
Kiedy spróbował na nią spojrzeć, jego gałki oczne wykonały ruch jak szklane kulki toczące się po przechylanym talerzu. Wychylił się z koi i nad wiadrem złapał go odruch wymiotny; nie trafił, co zresztą nie miało większego znaczenia, bo wiadro było pełne po brzegi. Siostra Mary Joseph Praise podeszła do niego energicznym krokiem i położyła mu dłoń na czole. Było zimne i lepkie, wcale nie wydawało się rozpalone gorączką. Doktor miał zapadnięte policzki, a jego ciało wyglądało, jak gdyby skurczyło się, by móc się wpasować w ciasnotę kabiny. Żadnemu z pasażerów ocean nie oszczędził choroby morskiej, ale dolegliwości Anglika były najwyraźniej dużo poważniejsze.
- Doktorze, pragnę zgłosić gorączkę, która położyła już pięcioro pacjentów. Towarzyszą jej wysypka, dreszcze, poty, spowolnione tętno i utrata apetytu. Stan wszystkich cierpiących jest stabilny, z wyjątkiem siostry Anjali. Doktorze, naprawdę obawiam się o Anjali...
Poczuła się lepiej, gdy zrzuciła ciężar z piersi, nawet jeśli jedyną odpowiedzią Anglika był zduszony jęk. Jej wzrok padł na katgutową podwiązkę zasupłaną na relingu łóżka, blisko jego dłoni - składała się z jednego węzła na drugim, dosłownie z dziesiątków węzłów. Było ich tak wiele, że nić sterczała do góry jak sękaty maszt. W ten sposób śledził upływ godzin. Albo liczył ataki wymiotów.
Opróżniła wiadro, wypłukała je i postawiła mu z powrotem koło głowy. Wytarła podłogę ręcznikiem, po czym przepłukała go i rozwiesiła do wyschnięcia. Przyniosła wodę. Potem wyszła, dumając, od ilu już dni nie miał niczego w ustach.
Wieczorem jego stan się pogorszył. Siostra Mary Joseph Praise przyniosła koce, ręczniki i bulion. Klęcząc, usiłowała go nakarmić, ale sam zapach jedzenia wywoływał u niego nudności. Wywrócił oczami. Jego wyschnięty język przypominał język papugi. Rozpoznała w pomieszczeniu owocowy zapach wiszącej w powietrzu śmierci głodowej. Kiedy uszczypnęła go pod łokciem, skóra nie wróciła na miejsce, tylko została rozciągnięta jak poła namiotu, jak wybrzuszony pokład "Calangute". Wiadro było do połowy wypełnione przezroczystym płynem. Lekarz bełkotał o zielonych polach, nieświadom obecności zakonnicy. Czy choroba morska może skończyć się śmiercią? - zastanawiała się. A może on cierpi na forme fruste4 tej samej gorączki, która trawi siostrę Anjali? Tak mało jeszcze wiedziała, jeśli chodzi o medycynę. Pośrodku oceanu, otoczona chorymi, czuła ciężar własnej ignorancji.
Wiedziała wszakże, jak należy pielęgnować chorych. I wiedziała też, jak należy się modlić. Tak zatem, modląc się, zsunęła mu z ramion koszulę, sztywną od żółci i śliny, a potem ściągnęła spodenki. Z pewnym skrępowaniem myła chorego w łóżku. Czuła się zażenowana, ponieważ nigdy wcześniej nie opiekowała się białym człowiekiem, a to tego jeszcze lekarzem. Przy najlżejszym dotknięciu pojawiała się u niego gęsia skórka. Nie zaatakowała go wysypka, którą stwierdziła na ciele czwórki zmożonych gorączką pasażerów i u jednego chłopca okrętowego. Żylaste muskuły ramion napinały mu się i rozluźniały pod skórą. Dopiero teraz zauważyła, że lewa strona jego klatki piersiowej jest mniejsza niż prawa; we wgłębieniu powyżej lewego obojczyka można by zmieścić pół szklanki wody, a w tym po prawej stronie nie więcej niż łyżeczkę. Poniżej lewego sutka zaczynało się głębokie wklęśnięcie, które sięgało aż po pachę. Skóra nad tym kraterem była błyszcząca i pomarszczona. Dotknęła go tam i nabrała z przejęciem powietrza, gdy palec zapadł się, nie napotkawszy oporu ze strony kości. Wyglądało to tak, jak gdyby mężczyzna był pozbawiony dwóch lub nawet trzech sąsiadujących ze sobą żeber. Wewnątrz tego zagłębienia czuła jego bijące serce, oddzielone od świata zewnętrznego ledwie cienką warstwą skóry. Kiedy cofnęła palec, wyraźnie widziała poruszającą się w środku i napierającą na skórę komorę.
Mocno przerzedzone włosy na jego klatce piersiowej i brzuchu wyglądały, jak gdyby stanowiły marną kopię bujnego owłosienia łonowego. Siostra Mary Joseph Praise beznamiętnie umyła jego nieobrzezany członek, po czym odsunęła go na bok, by zająć się pomarszczonym, bezradnie zwieszającym się poniżej workiem. Umyła mu stopy, płacząc, bo myśli jej nieuchronnie podążyły ku Panu Jezusowi i Jego ostatniej nocy u boku uczniów.
W kufrze znalazła książki o chirurgii. Doktor nakreślił na marginesie nazwiska i daty. Dopiero po pewnym czasie uzmysłowiła sobie, że były to nazwiska pacjentów, zarówno Hindusów, jak i Brytyjczyków, na pamiątkę chorób, które po raz pierwszy ujrzał na własne oczy, a o których czytał w podręcznikach Peabody'ego i Krishnana. Krzyżyk obok nazwiska, jak się domyśliła, oznaczał pacjenta, który zmarł na skutek choroby. Znalazła aż jedenaście zeszytów wypełnionych oszczędnym odręcznym pismem charakteryzującym się długimi pociągnięciami; tekst tańczył po kartce tuż ponad linijkami i nie stosował się do marginesów, bo jedynym dla niego ograniczeniem był brzeg stronicy. Mimo że doktor sprawiał wrażenie małomównego, jego pismo zdradzało elokwencję.
Wreszcie wygrzebała z kufra czystą koszulę i spodenki. O czym to świadczy, że mężczyzna ma mniej ubrań niż książek? Manewrując jego uległym ciałem raz w jedną, raz w drugą stronę, udało jej się zmienić pod nim prześcieradło, a następnie go ubrać.
Wiedziała, że nazywa się Thomas Stone, ponieważ takie nazwisko widniało nakreślone na pierwszej stronie podręcznika chirurgii, który leżał u wezgłowia. W książce nie znalazła wiele na temat gorączki z wysypką, a w ogóle nic o chorobie morskiej.
Owej nocy siostra Mary Joseph Praise wielokrotnie pokonywała chylący się na prawo i na lewo korytarz, uwijając się pomiędzy jednym pacjentem a drugim. Miejsce, w którym pokład wybrzuszył się, przypominało spowitą całunem postać, więc za każdym razem odwracała od niego wzrok. Raz ujrzała przed sobą czarną górę - wznoszącą się, wysoką na kilka pięter falę - i pomyślała, że za chwilę "Calangute" wpadnie w jej odmęty. Tony wody przelały się przez dziób, a hałas, jaki przy tym powstał, napędził jej więcej strachu niż sam widok zbliżającej się fali.
W środku targanego sztormem oceanu, półprzytomna z braku snu, stanąwszy twarzą w twarz z kryzysową sytuacją, poczuła, że jej świat uległ uproszczeniu i podzielił się na tych, których zmogła gorączka, na tych, którzy cierpieli z powodu choroby morskiej, oraz pozostałych. Możliwe, że podział ten był bez znaczenia, skoro lada moment i tak mieli zatonąć.
Ocknęła się z transu przy boku Anjali. Ułamek sekundy później znów była przytomna, ale tym razem czuwała przy Angliku, zasnąwszy, klęcząc przy jego łóżku; położyła głowę na jego piersi, a jego ręka obejmowała jej ramiona. Zanim zdążyła zdać sobie z tego sprawę, znowu odpłynęła, by obudzić się o brzasku na brzegu koi u boku Thomasa Stone'a. Pognała ile sił w nogach do Anjali po to, by przekonać się, że jej stan jeszcze się pogorszył. Nie oddychała normalnie, a raczej szybko, ale płytko wzdychała. Na jej skórze pojawiły się duże, zlewające się fioletowe pasy.
Zatroskane twarze załogi, która nie zmrużyła oka, jak również to, że jeden z jej członków ukląkł przed nią, mówiąc: "Siostro, odpuść mi grzechy!", upewniły ją w przekonaniu, że statek nadal jest w niebezpieczeństwie. Załoga ignorowała jej apel o pomoc.
Zrozpaczona, sfrustrowana siostra Mary Joseph Praise wyciągnęła z mesy hamak, bowiem w tym dziwnym stanie pomiędzy przebudzeniem a snem miała wizję. Rozpięła go w kajucie między bulajem a drążkiem koi.
Doktor Stone stanowił ciężar ponad jej siły i tylko dzięki wstawiennictwu św. Katarzyny zdołała zwlec go z łóżka na podłogę, a potem, centymetr po centymetrze, wciągnąć na hamak, który, pozostając w zgodzie z grawitacją, a nie z przechyłami statku, cały czas utrzymywał pozycję poziomą. Uklękła i modliła się z całego serca do Jezusa, kończąc Magnificat, którego nie dane jej było odśpiewać w całości owej nocy, gdy pokład się wybrzuszył.
Jako pierwsza zaróżowiła się szyja Stone'a, potem jego policzki. Siostra Mary Joseph Praise podała mu kilka łyżeczek wody. Godzinę później utrzymał w żołądku nawet bulion. Otworzył oczy, oswajając się ze światłem i śledząc każdy jej ruch. Gdy nabrała kolejną łyżkę, jego silne palce złapały ją za nadgarstek i skierowały jedzenie do ust. Przypomniała sobie wers, który przed chwilą zaśpiewała: "Głodnych syci dobrami, a bogaczy odprawia z niczym"5.
Bóg wysłuchał jej modlitw.
Blady, z trudem trzymający się na nogach doktor Thomas Stone udał się w towarzystwie siostry Mary Joseph Praise do jej kajuty, gdzie leżała siostra Anjali. Widząc majaczącą z szeroko otwartymi oczami mniszkę, głośno nabrał powietrza. Miała ściągnięte, strwożone oblicze i nos ostry jak pióro, nozdrza rozszerzały się przy każdym oddechu. Nie spała, a jednak zdawała się kompletnie nieświadoma odwiedzin.
Przyklęknął obok niej, lecz szklisty wzrok Anjali przeszedł przez niego, jakby go tam nie było. Siostra Mary Joseph Praise przyglądała się, jak fachowym ruchem lekarz rozchyla powieki Anjali, chcąc zbadać spojówkę, i jak macha jej przed oczami latarką, sprawdzając reakcję źrenic. Jego ruchy były gładkie i płynne. Przygiął głowę Anjali ku piersi, badając, czy nie wystąpiła sztywność karku, pomacał węzły chłonne, poruszył jej kończynami, a następnie sprawdził odruch kolanowy, opukując więzadło rzepki zagiętym palcem - w zastępstwie młotka neurologicznego. Po skrępowaniu, które siostra Mary Joseph Praise wyczuła w nim jako pasażerze, a potem pacjencie, nie było śladu.
Następnie doktor Stone zdjął siostrze Anjali ubranie i beznamiętnie obejrzał plecy, uda i pośladki pacjentki. Długie, smukłe palce, które w tej chwili prześlizgiwały się po brzuchu Anjali, badając jej wątrobę i śledzionę, wydawały się stworzone do tego celu - siostra Mary Joseph Praise nie potrafiła sobie wyobrazić, by mogły robić cokolwiek innego. Nie mając na podorędziu stetoskopu, doktor przyłożył ucho do serca siostry Anjali, a później do jej brzucha. Następnie przewrócił ją na bok i przyłożył ucho do żeber, wsłuchując się w pracę płuc. Zrobił w myślach bilans i mruknął:
- Po prawej stronie słabszy oddech... ślinianki przyuszne powiększone... ma guzki. Dlaczego? Tętno słabe i przyspieszone...
- Puls zwolnił, kiedy wystąpiła gorączka - wyjaśniła siostra Mary Joseph Praise.
- Tak, siostra wspominała - uciął. - Ile? - Nie podniósł głowy.
- Czterdzieści pięć do pięćdziesięciu, doktorze.
Czuła, że zdążył zapomnieć o własnej chorobie, a nawet że w ogóle znajduje się na statku. Stał się jednością z ciałem siostry Anjali, znalazł się na swoim terytorium i przeczesywał je, szukając w chorej ukrytego wroga. Siostra Mary Joseph Praise obdarzyła go tak wielkim zaufaniem, że zupełnie zapomniała o strachu o życie Anjali. Gdy klęczała u jego boku, przepełniała ją euforia, jak gdyby w tej oto chwili osiągnęła dojrzałość jako pielęgniarka, ponieważ po raz pierwszy spotkała takiego lekarza jak on. Ugryzła się w język, bo przemożnie pragnęła wyznać mu to wszystko - i jeszcze więcej.
- Coma vigil - oznajmił, a siostra Mary Joseph Praise założyła, że ją poucza. - Widzi siostra, jak jej oczy błądzą? Jak gdyby czekała na coś. Niechybny znak. I proszę spojrzeć, jak skubie prześcieradło, to się nazywa karfologia, a te ledwo widoczne skurcze mięśni to nic innego jak subsultus tendinum. To jest stan durowy. Można go zaobserwować jako późne stadium wielu rodzajów zatrucia krwi, nie tylko tyfusu... Ale uprzedzam - spojrzał na nią z delikatnym uśmieszkiem, który przeczył temu, co powiedział potem - jestem chirurgiem, a nie lekarzem ogólnym. Cóż ja mogę wiedzieć o medycynie? Wiem tylko tyle, że chirurg nie ma tu nic do roboty.
Jego obecność podniosła siostrę Mary Joseph Praise na duchu, a nawet uspokoiła wzburzone morze. Za ich plecami ukazało się ukryte do tej pory słońce. Pijacka radość załogi świadczyła o tym, jak niebezpieczne były ostatnie godziny.
Choć siostra Mary Joseph Praise nie chciała dać wiary jego słowom, rzeczywiście niewiele mógł zrobić dla siostry Anjali - zresztą nawet gdyby chciał, nie miał czym tego zrobić. Jedyną zawartością apteczki w kambuzie był bowiem zasuszony karaluch, bo całą resztę jeden z członków załogi zastawił w jakimś porcie. Zaś apteczka w kajucie kapitana, która służyła mu za fotel, musiała chyba pochodzić jeszcze ze średniowiecza. Nożyczki, nóż i kleszcze były jedynymi nadającymi się do użytku przedmiotami ukrytymi w tej ozdobnej skrzyni. Cóż mógł chirurg pokroju Stone'a zrobić z gorącymi okładami i pojemniczkami zawierającymi piołun, macierzankę i szałwię? Stone roześmiał się, zobaczywszy etykietkę z napisem oleum philosophorum (wtedy po raz pierwszy siostra Mary Joseph Praise usłyszała ten dźwięk, radosny, mimo iż kryła się w nim niepokojąca nuta).
- Proszę posłuchać - powiedział i zaczął czytać: - "Zawiera kawałki porcelany i cegły na przewlekłe zaparcia"!
Chwycił skrzynię i wyrzucił ją za burtę, wyjąwszy z niej uprzednio tępe narzędzia i bursztynową buteleczkę laudanum opiatum paracelsi. Łyżka tego starego specyfiku podana siostrze Anjali wydawała się łagodzić jej straszliwy głód powietrza lub też "odłączyła płuca od mózgu", jak wyjaśnił Thomas Stone.
Do kabiny wkroczył kapitan, zaspany, apoplektyczny, który mówiąc, pluł śliną i brandy.
- Jak pan śmie dysponować wyposażeniem statku? - zagrzmiał.
Stone zerwał się na nogi, a siostrze Mary Joseph Praise przyszło na myśl, że wygląda jak uczniak szykujący się do bójki. Stone wbił w kapitana spojrzenie, które sprawiło, że marynarz przełknął ślinę i zrobił krok do tyłu.
- Wyrzucenie tej skrzyni za burtę wyjdzie ludzkości na dobre. Gorzej dla ryb. Jeszcze jedno słowo, a złożę na pana doniesienie, że wziął pan na pokład pasażerów, nie zapewniwszy im podstawowych leków.
- Stoi!
- Będziesz pan ją miał na sumieniu - powiedział Stone, wskazując na Anjali.
Twarz kapitana straciła srogi wyraz, brwi, powieki, nos i wargi opadły.
Thomas Stone przejął dowodzenie, rozbiwszy obóz przy koi Anjali. Wychodził, by przemierzać pokład i badać wszystkich płynących na statku, bez względu na to, czy godzili się na konsultację, czy nie. Podzielił załogę i pasażerów na tych z gorączką i zdrowych. Robił przy tym obszerne notatki; naszkicował plan kajut "Calangute", stawiając X wszędzie tam, gdzie zanotował przypadek gorączki. Uparł się, by odkazić dymem wszystkie kabiny. Sposób, w jaki Stone rozkazywał zdrowej części załogi i pasażerów, doprowadzał obrażonego kapitana do szewskiej pasji, ale nawet jeśli doktor to zauważył, zupełnie się nie przejął. Przez następne dwadzieścia cztery godziny właściwie nie spał, regularnie zaglądając do siostry Anjali, a w międzyczasie badając pozostałych - i czuwając. Prócz siostry Anjali w ciężkim stanie było jeszcze starsze małżeństwo. Siostra Mary Joseph Praise nie odstępowała Stone'a na krok.
Dwa tygodnie po tym, jak wyruszył z Koczinu, statek z trudem dotarł do portu w Adenie. Kapitan Grek rozkazał marynarzowi, z pochodzenia Madagaskarczykowi, wciągnąć portugalską banderę, pod jaką łajba została zarejestrowana, lecz z powodu panującej na pokładzie gorączki "Calangute" miał zostać poddany kwarantannie niezależnie od tego, czy na maszcie powiewa flaga portugalska, czy jakakolwiek inna. Kotwicę rzucono daleko od portu, skąd załoga i pasażerowie niczym trędowaci wygnańcy mogli jedynie spoglądać na miasto. Stone zapowiedział szkockiemu kapitanowi portu, który osobiście pofatygował się na statek, że jeśli nie dostarczy torby z narzędziami lekarskimi, butelek z mleczanem Ringera do podania dożylnie, jak również sulfamidów, to on, Thomas Stone, obarczy go odpowiedzialnością za śmierć wszystkich przebywających na pokładzie obywateli Wspólnoty Brytyjskiej. Siostra Mary Joseph Praise jednocześnie podziwiała jego szczerość i otwartość w wyrażaniu poglądów, jak i czuła, że przemawia w jej imieniu. Miała wrażenie, jakby Stone zastąpił siostrę Anjali w roli jej jedynego przyjaciela i sprzymierzeńca podczas tej niefortunnej podróży.
Kiedy przywieziono zaopatrzenie, Stone pierwsze kroki skierował do kajuty siostry Anjali. Dokonawszy pobieżnego odkażenia skóry, jednym cięciem skalpela odsłonił żyłę odpiszczelową biegnącą przez jej kostkę. Wbił igłę w zapadnięte naczynie, które powinno mieć średnicę cienkiego ołówka. Zabezpieczył igłę, wiążąc węzeł za węzłem tak sprawnie, że trudno było dostrzec ruchy jego palców. Pomimo kroplówki z mleczanu Ringera i sulfamidów Anjali nie oddała nawet kropli moczu ani też nie okazała innego, choćby najmniejszego znaku życia. Później, tego samego dnia wieczorem, umarła w ostatecznym śmiertelnym paroksyzmie. Pozostała dwójka - starsza kobieta i jej mąż - również nie przeżyli; zmarli w odstępie kilku godzin. Dla siostry Mary Joseph Praise te okrutne śmierci były zaskoczeniem. Zaślepiła ją euforia, którą poczuła, gdy Thomas Stone wstał z koi i zbadał siostrę Anjali. Nie mogła opanować dreszczy.
O zmierzchu siostra Mary Joseph Praise i Thomas Stone, bez pomocy przesądnej załogi, która nie chciała nawet spojrzeć w stronę trupów, pozbyli się zawiniętych w całun ciał, wypychając je za burtę.
Siostra Mary Joseph Praise była niepocieszona, gdy wraz z odgłosem wpadającego do wody ciała przyjaciółki runął mur odwagi, jaki wokół siebie wzniosła. Obok niej stał niepewny Stone. Jego twarz pociemniała ze złości i wstydu, ponieważ nie potrafił ocalić siostry Anjali.
- Jakże jej zazdroszczę - powiedziała w końcu siostra Mary Joseph Praise przez łzy. Zmęczenie i brak snu pchnęły ją do szczerości. - Odeszła do Pana. Z pewnością jest teraz w lepszym świecie niż ten nasz.
Stone zdusił w sobie śmiech. Dla niego tego rodzaju sentymentalizm zwiastował zbliżające się nieuchronnie szaleństwo. Ujął siostrę Mary Joseph Praise pod ramię i zaprowadził do swojej kajuty, ułożył ją na koi i kazał odpoczywać - zalecenie lekarza. Sam zaś usiadł na hamaku i obserwował, jak spływa na nią jedyne błogosławieństwo życia: sen. Potem pobiegł zbadać pozostałych pasażerów i członków załogi. Doktor Thomas Stone, chirurg, nie potrzebował snu.
Dwa dni później, gdy okazało się, że nie ma nowych przypadków gorączki, "Calangute" wreszcie zawinął do portu, a pasażerom i załodze pozwolono zejść na ląd. Zanim opuścili pokład, Thomas Stone postanowił zobaczyć się z siostrą Mary Joseph Praise. Znalazł ją w kabinie, którą od początku podróży dzieliła z siostrą Anjali. Miała zaczerwienione oczy. Jej policzki i różaniec, który ściskała w dłoni, były mokre. Thomas Stone zauważył coś, co przedtem umknęło jego uwadze - że zakonnica jest kobietą wyjątkowej urody, a jej wielkie smutne oczy wyrażają więcej, niż mają prawo wyrażać oczy należące do osoby duchownej. Poczuł gorąco na twarzy i nie mógł wykrztusić słowa. Przeniósł wzrok na stojący na podłodze bagaż. Kiedy w końcu się odezwał, powiedział tylko:
- Dur plamisty.
Wcześniej zdążył zajrzeć do swoich książek i dobrze to sobie przemyśleć. Widząc jej konsternację, rzucił:
- Niewątpliwie dur.
Oczekiwał, że to słowo, ta diagnoza sprawi, iż mniszka poczuje się lepiej, lecz zamiast tego do jej oczu napłynęły kolejne łzy.
- Najprawdopodobniej tyfus. Oczywiście badanie surowicy potwierdziłoby... - bąknął.
Przestąpił z nogi na nogę. Skrzyżował ręce, a potem je rozłożył.
- Nie wiem, dokąd siostra się udaje, ale jeśli chodzi o mnie, to jadę do Addis Abeby... w Etiopii - dodał, jak gdyby bardziej do siebie niż do niej. - Jadę do szpitala... w którym przydałaby się pomoc siostry... gdyby siostra zechciała mi towarzyszyć.
Spojrzał na nią i zaczerwienił się ponownie, bo prawda wyglądała tak, że zupełnie nic nie wiedział na temat szpitala, do którego się udawał, ani czy w ogóle przydałaby się w nim pomoc siostry, a poza tym czuł, że te wilgotne, ciemne oczy potrafią czytać w jego myślach.
Lecz to nie słowa doktora, a jej własne refleksje sprawiły, że siostra Mary Joseph Praise milczała. Przypomniała sobie, jak modliła się za niego i za Anjali, i że Bóg odpowiedział na jedną tylko z modlitw. Stone, powstały z martwych niczym Łazarz, rzucił się natychmiast do działania, usiłując opanować chorobę. Przetrząsnął kabiny załogi, zgromił kapitana, groził i siłą egzekwował posłuszeństwo. Robił zatem złe rzeczy - w mniemaniu siostry Mary Joseph Praise - którym przyświecała dobra idea. Jego zaciętość była dla niej objawieniem. W uczelnianym szpitalu w Madrasie, gdzie przyswajała sobie tajniki zawodu pielęgniarki, chirurdzy ochotnicy (w owym czasie przeważnie Anglicy) przechadzali się po korytarzach pogodni i oddzieleni od pacjentów, a za nimi, jak kaczęta za matką, dreptali asystenci w towarzystwie młodszych i starszych etatowych chirurgów szpitala (bez wyjątku Hindusi). Czasem miała wrażenie, że do tego stopnia skupiali się na samej chorobie, że pacjent wraz ze swym cierpieniem stanowił w ich pracy kwestię najzupełniej marginalną. Thomas Stone był inny.
Czuła, że jego zaproszenie, by towarzyszyć mu w drodze do Etiopii, było spontaniczne. Słowa popłynęły z ust, zanim zdążył się opamiętać. Co teraz począć? Szlachetna Amma opowiadała o belgijskiej zakonnicy, która wyszła z zakonu i osiadła w Jemenie, w Adenie, ale z powodu słabego zdrowia jej pobyt tam był zagrożony. Plan Szlachetnej Ammy zakładał, że siostra Anjali i siostra Mary Joseph Praise zaczną właśnie w tym miejscu, na górze kontynentu afrykańskiego, i nauczą się od belgijskiej mniszki wszystkiego, co powinny wiedzieć na temat pracy w tym niegościnnym klimacie. Później, wymieniwszy korespondencję ze Szlachetną Ammą, siostry miały wyruszyć na południe, lecz nie do Konga (rządzonego przez Francuzów i Belgów), nie do Kenii, Tanganiki, Ugandy ani Nigerii (władzę nad tymi duszyczkami sprawowali anglikanie, którzy nie przepadali za konkurencją), ale być może do Ghany lub Kamerunu. Siostra Mary Joseph Praise zastanawiała sie, co Szlachetna Amma powiedziałaby na Etiopię.
Wizja Szlachetnej Ammy zdawała się teraz siostrze Mary Joseph Praise mrzonką, zastępczą ewangelizacją, tak źle zorientowaną, że wstydziła się w ogóle o niej wspominać w obecności Thomasa Stone'a. Zamiast tego odezwała się bezradnym, łamiącym się głosem:
- Mam przykazane zostać w Adenie, doktorze. Ale dziękuję. Dziękuję za wszystko, co pan zrobił dla siostry Anjali. - Zaprotestował, że przecież właśnie nic dla niej nie zrobił. - Zrobił pan więcej, niż mógł zrobić człowiek - rzekła, ujęła jego rękę w dłonie i przytrzymała ją. Spojrzała mu w oczy. - Niech Bóg pana błogosławi i prowadzi.
Stone czuł w dłoni różaniec opleciony wokół jej palców, a także miękkość jej skóry i wilgoć łez. Przywołał wspomnienie jej rąk myjących jego ciało, ubierających go, a nawet podtrzymujących mu głowę, gdy wstrząsały nim wymioty. Przechowywał w myślach obraz jej twarzy zwróconej ku niebu, kiedy śpiewała i modliła się o jego wyzdrowienie. Poczuł ciepło spływające po karku i już wiedział, że kolor twarzy zdradził go po raz trzeci. W jej oczach przyczaił się ból, a z ust wydobył się okrzyk i dopiero wtedy Stone zdał sobie sprawę, że ściska jej dłoń, wgniatając w nią różaniec. Natychmiast puścił jej rękę. Otworzył usta, ale się nie odezwał. Odwrócił się gwałtownie i wyszedł.
Siostra Mary Joseph Praise nie była w stanie się ruszyć. Widziała, że jej dłoń jest czerwona, i czuła, jak pulsuje. Ból był niczym podarek, błogosławieństwo tak namacalne, tak fizyczne, że rozprzestrzeniło się po jej ramieniu i sięgnęło klatki piersiowej. Nie mogła znieść poczucia, że wraz z odejściem doktora Stone'a coś jakby wyrwało się z korzeniami z jej piersi. Chciała się go uczepić, zawołać, by jej nie opuszczał. Sądziła, że służąc Panu, żyje pełnią życia, a tymczasem - teraz widziała to wyraźnie - w jej życiu istniała pustka, której do tej pory sobie nie uświadamiała.
* * *
W chwili gdy siostra Mary Joseph Praise zeszła z pokładu "Calangute" i postawiła stopę na jemeńskiej ziemi, natychmiast tego pożałowała. Jakim absurdem wydało jej się naraz to, że przez te wszystkie dni, gdy poddawano ich kwarantannie, usychała z tęsknoty za stałym lądem. Aden, Aden, Aden - przed podróżą nie wiedziała nic o tym mieście, a i teraz nie było ono dla niej niczym więcej niż egzotyczną nazwą. Ze słów marynarzy z "Calangute" wywnioskowała, że nie sposób podróżować po świecie, nie zawijając do portu w Adenie. Jego strategiczne położenie w przeszłości dobrze przysłużyło się Brytyjczykom. Istniejąca dziś w mieście strefa wolnocłowa sprawiała, że warto było tu zawinąć, by wybrać się na zakupy albo zaciągnąć do służby na nowym statku. Aden był ponoć wrotami do Afryki, a przez Afrykę wiodła droga do Europy. Siostrze Mary Joseph Praise Aden skojarzył się raczej z wrotami piekieł.
Miasto sprawiało wrażenie zarazem martwego i będącego w nieustannym ruchu, niczym falujący kobierzec czerwi na gnijącej padlinie. Z prażonej skwarem głównej ulicy siostra Mary Joseph Praise umknęła w wąskie, zacienione zaułki. Budynki wyglądały jak wyciosane z wulkanicznej skały. Przez płynącą jak rzeka ciżbę pieszych tu i ówdzie przedzierały się wózki nieprawdopodobnie wyładowane bananami, cegłami, melonami; jeden przewoził nawet ładunek w postaci dwóch trędowatych. Przygarbiona starsza kobieta z zasłoniętą twarzą przeszła obok, niosąc na głowie piecyk na węgiel drzewny, w którym tlił się żar. Nikt nie zwracał uwagi na ten niezwykły widok, wszyscy patrzyli na brązowoskórą zakonnicę kroczącą w tłumie. Z odsłoniętą twarzą czuła się naga.
Po godzinie, podczas której miała wrażenie, że jej skóra napęczniała jak ciasto w piekarniku, i gdy pytani o drogę przechodnie wskazywali jej za każdym razem inny kierunek, siostra Mary Joseph Praise stanęła przed maleńkimi drzwiami, które zamykały wąski zaułek między dwoma domami. Na kamiennej ścianie widniał zarys niedawno zdjętej tabliczki. Zmówiła w duchu modlitwę, wzięła głęboki oddech i zapukała. W odpowiedzi usłyszała zachrypnięty męski głos mówiący coś, co wzięła za zaproszenie do środka.
Wewnątrz ujrzała półnagiego Araba siedzącego na podłodze obok lśniącej, kołyszącej się wagi. Dokoła niego piętrzyły się aż pod sufit wielkie bele liści powiązanych w pęczki.
Zapach cieplarni buchnął jej w twarz, tak że zaczęła się dusić. To było dla niej coś nowego, ów intensywny aromat czatu6 - coś jak świeżo skoszona trawa, ale z nieco ostrzejszą nutą.
Broda Araba była czerwona od henny; w pierwszej chwili pomyślała, że to krew. Miał oczy podkreślone kreską jak kobieta i siostrze Mary Joseph Praise przypominał Saladyna, który odebrał Krzyżowcom Ziemię Świętą. Spojrzał najpierw na jej młodą twarz okoloną białym czepkiem, a potem przeniósł wzrok na torbę podróżną, którą ściskała w ręku. Przechylił się do tyłu i zaśmiał grubiańsko, pokazując pozłacane zęby. Zamilkł, gdy zobaczył, że jeszcze chwila, a mniszka straci równowagę. Posadził ją, podał wodę i herbatę. Później, posługując się mieszanką gestów i kulawego angielskiego, poinformował ją, że belgijska zakonnica, która tu mieszkała, zmarła niespodziewanie. Usłyszawszy to, siostra Mary Joseph Praise zaczęła się trząść, opadły ją złe przeczucia, wydało jej się, że słyszy szelest stóp śmierci kroczącej po liściach zaściełających podłogę cieplarni. W swojej Biblii przechowywała fotografię siostry Beatrice i teraz oczami wyobraźni ujrzała, jak oblicze zakonnicy zmienia się w pośmiertną maskę, a potem staje się twarzą Anjali. Zmusiła się, by spojrzeć Arabowi w oczy i wypytać o szczegóły. Na co? Któżby w Adenie pytał "na co"? Jednego dnia czujesz się dobrze, masz spłacone wszystkie długi, twoje żony są szczęśliwe, niech Allahowi będą dzięki, a następnego dnia dopada cię gorączka i jeśli twoja skóra otworzy się na żar, z którym walczyła przez te wszystkie lata, umierasz. Na co? Nieważne na co. Na złą skórę! Na zarazę! Na pecha, jeśli wolisz. Na szczęście, jeśli ci to bardziej odpowiada.
Dom należał do niego. Kiedy mówił, w jego ustach ukazywały się zielone łodygi czatu. Bóg starej mniszki nie umiał jej ocalić, stwierdził, wznosząc oczy ku sufitowi i pokazując palcem, jak gdyby Stwórca nadal tam się czaił. Wzrok siostry Mary Joseph Praise, zanim się opamiętała, mimowolnie powędrował za spojrzeniem Araba. Tymczasem jego mętne oczy skupiły się na jej twarzy, przesunęły po jej ustach i spoczęły na piersiach.
Wiem tak wiele o podróży mojej matki, ponieważ opowiedziała o niej innym, ci zaś przekazali tę historię mnie. Opowieść niespodziewanie urywa się w Adenie, w cieplarni u Araba.
Oczywiste jest, że weszła na pokład statku pełna wiary w to, iż skoro Bóg pochwala jej misję, zaopiekuje się swoją posłanniczką i zatroszczy o nią. Ale w Adenie coś się wydarzyło. Nikt do końca nie wie, co się stało siostrze Mary Joseph Praise, ale to właśnie tam zrozumiała, że jej Bóg jest istotą mściwą i surową nawet dla tych, którzy pokładają w nim wiarę. W purpurowej, zniekształconej masce pośmiertnej siostry Anjali ukazał się sam Diabeł - Bóg na to zezwolił. Uznała Aden za złe miasto, w którym Bóg wykorzystał Szatana, by ten pokazał jej, jak kruchą i niekompletną konstrukcją jest świat, jak delikatna jest równowaga między dobrem a złem i jak naiwna ona była w swej wierze. Ojciec siostry Mary Joseph Praise zwykł mówić: "Jeśli chcesz rozśmieszyć Boga, wyjaw mu swoje plany". Zrobiło jej się żal Szlachetnej Ammy, której marzenie o misji niosącej afrykańskiemu kontynentowi oświecenie okazało się mrzonką kosztującą życie siostry Anjali.
Przez długie lata wiedziałem jedynie, że po pewnym czasie - który równie dobrze mógł być kilkoma miesiącami, jak i całym rokiem - moja matka, dziewiętnastoletnia zakonnica, jakimś sposobem wydostała się z Jemenu, pokonała Zatokę Adeńską, a następnie podróżowała lądem, docierając być może do otoczonego murami starożytnego miasta Harer w Etiopii albo do Dżibuti, skąd pociągiem wjechała do Etiopii przez Dire Dauę i potem prosto do Addis Abeby.
Historia staje się pełniejsza od momentu, gdy matka dotarła do szpitala Missing. Trzykrotnie zapukała do drzwi biura siostry przełożonej.
- Proszę - powiedziała Matrona, tym jednym słowem zmieniając przyszłość szpitala w sposób, jakiego nikt nie mógł przewidzieć.
Miało to miejsce na początku małej pory deszczowej, gdy Addis Abeba kapitulowała przed otępiającą wilgocią; gdy godzina za godziną, dzień za dniem słyszało się szmer wody i widziało potoki deszczu, można było doznać omamów wzrokowych i słuchowych. Matrona zastanawiała się, czy dałoby się tym wytłumaczyć wizję pięknej, brązowoskórej zakonnicy ledwo trzymającej się na nogach, która stała w otwartych drzwiach biura.
Utkwione w siostrze przełożonej nieruchome spojrzenie głębokich brązowych oczu podziałało na nią jak dotknięcie policzka ciepłą dłonią. "Nieznajoma miała rozszerzone źrenice, jak gdyby - pomyślała później Matrona - przerażenie towarzyszące jej podczas podróży nadal trwało". Dolną wargę miała tak spuchniętą, że gdyby ją dotknąć, pękłaby jak bańka. Zapięty pod szyją czepek zamykał oblicze w zgrabnym owalu, lecz żadna tkanina nie była w stanie ukryć żarliwego zapału wyzierającego z jej twarzy ani też bólu i zagubienia. Szarobrązowy habit musiał być kiedyś biały. Powiódłszy wzrokiem w dół sylwetki zakonnicy, Matrona zobaczyła w miejscu, w którym nogi łączą się z tułowiem, świeżą plamę krwi.
Zjawa była niemiłosiernie wychudzona, chwiała się na nogach, ale jednocześnie sprawiała wrażenie nieugiętej. Cud, że potrafiła wydobyć z siebie głos. Odezwała się zmęczonym, pełnym smutku tonem:
- Pragnę poznać tajemnicę i słuchać głosu Boga, który przemawia do wspólnoty i poprzez nią. Proszę o modlitwę, bym mogła spędzić resztę moich dni w Jego eucharystycznej obecności i przygotować mą duszę na dzień, gdy oblubienica i Pan Młody staną się jednością.
Matrona rozpoznała litanię postulantki wstępującej do zakonu, słowa, które sama wypowiedziała przed laty. Odpowiedziała automatycznie, jak niegdyś jej matka przełożona:
- Wejdź ku radości Pańskiej.
Dopiero gdy nieznajoma osunęła się po framudze drzwi, Matrona ocknęła się i podbiegła, by wesprzeć ją ramieniem. Głód? Wyczerpanie? Krwawienie menstruacyjne? Cóż to mogło być? Siostra Mary Joseph Praise w ramionach Matrony ważyła tyle co nic. Mniszki zaniosły obcą zakonnicę do łóżka. Pod jej habitem odkryły delikatną klatkę piersiową, niczym wyplecioną z wikliny, i zapadnięty brzuch. Dziewczyna! Nie kobieta. Tak, dziewczyna, która bardzo niedawno pożegnała się z dzieciństwem. Dziewczyna z włosami, które nie były obcięte na krótko jak u większości zakonnic, lecz wiły się długie i gęste. Dziewczyna z (jakże mogły tego nie zauważyć?) nad wiek rozwiniętymi piersiami.
Matrona, w której odezwał się instynkt macierzyński, postanowiła czuwać przy dziewczynie. Była przy niej, gdy młoda mniszka obudziła się w środku nocy przerażona, w malignie, i przywarła do Matrony, gdy tylko przekonała się, że jest w bezpiecznym miejscu.
- Dziecko, dziecko, cóż to się tobie stało? Już dobrze. Już jesteś bezpieczna - uspokajała ją Matrona łagodnymi słowami, lecz dopiero po tygodniu młoda zakonnica mogła zasnąć sama, a musiało minąć kolejne siedem dni, zanim jej twarz na powrót nabrała kolorów.
Gdy przeszła mała pora deszczowa i słońce zwróciło swe oblicze ku miastu, chcąc jakby ucałować je i wynagrodzić deszczowy czas, mówiąc, że przecież nadal jest jego ulubionym miastem, dla którego zarezerwowało najpiękniejsze bezchmurne dni, Matrona wyprowadziła siostrę Mary Joseph Praise na dwór. Pragnęła przedstawić ją mieszkańcom Missing. Weszły na salę operacyjną numer trzy i zaskoczona siostra przełożona zobaczyła, jak na widok siostry Mary Joseph Praise poważny i surowy wyraz twarzy nowego chirurga Thomasa Stone'a przeobraża się w coś na podobieństwo szczęścia. Zarumienił się, ścis-kając jej dłoń tak, że aż łzy napłynęły młodej mniszce do oczu.
Moja matka musiała wówczas wiedzieć, że zostanie w Addis Abebie już na zawsze, że pozostanie w szpitalu Missing u boku tego chirurga. Pracować dla niego, dla jego pacjentów, stać się jego asystentką - oto jej ambicja pozbawiona pychy, ambicja, której, jeśli Bóg pozwoli, zdoła sprostać. Nawet nie brała pod uwagę przeprawy z powrotem przez Aden do Indii.
Przez siedem lat, jakie moja matka przeżyła i przepracowała w szpitalu Missing, bardzo rzadko wspominała o swojej podróży morskiej i nigdy nie zająknęła się o czasie spędzonym w Adenie.
- Zawsze kiedy poruszałam temat Adenu - powiedziała mi Matro-na - twoja matka oglądała się za siebie, jak gdyby Aden lub to, co w nim zostawiła, czaiło się za jej plecami. Przerażenie na jej twarzy sprawiało, że przechodziła mi chęć, by drążyć temat. Ale powiem ci, że się bałam. Powiedziała jedynie: "Byłam tam z woli Boga, Matrono. Jego powody są dla nas nieodgadnione". Zwróć uwagę, że odpowiedź nie była pozbawiona szacunku. Ona wierzyła, że jej zadaniem było uczynić ze swego życia coś pięknego dla Boga. To On przywiódł ją do Missing.
Ta ogromna luka w życiorysie, zwłaszcza osoby tak młodej, zwraca uwagę. Biograf lub syn musi drążyć dalej. Być może wiedziała, że efektem ubocznym moich poszukiwań będzie to, że nauczę się medycyny - lub że znajdę Thomasa Stone'a.
Siostra Mary Joseph Praise rozpoczęła zadanie reszty swojego życia w chwili, gdy weszła na salę operacyjną numer trzy. Wyszorowała dłonie, wciągnęła rękawiczki, włożyła fartuch i zajęła miejsce po drugiej stronie stołu operacyjnego, naprzeciwko doktora Stone'a, jako jego pierwsza asystentka: trzymała mały hak chirurgiczny, gdy potrzebował odsłonić organ, ucinała nić, kiedy wskazywał na jej koniec, uprzedzała jego prośbę o irygację lub ssanie. Kilka tygodni później, kiedy pielęgniarka instrumentariuszka nie mogła wziąć udziału w operacji, moja matka pełniła zarówno jej obowiązki, jak i swoje, pierwszej asystentki. Któż, jeśli nie pierwsza asystentka, miał wiedzieć lepiej, kiedy Stone będzie potrzebował skalpela do oddzielenia tkanek albo kiedy przyda mu się kawałek gazy. Wyglądało to tak, jakby miała podzielny umysł: jedna połowa umożliwiała jej wykonywanie obowiązków instrumentariuszki - branie narzędzi z tacki i podawanie mu do ręki, podczas gdy druga służyła jako trzecia ręka Stone'a - podważała wątrobę, odsuwała sieć, ów tłuszczowy fartuch chroniący jelita, albo koniuszkiem palca delikatnie uciskała obrzękniętą tkankę, tak by Stone widział, gdzie wbić igłę.
Matrona przychodziła, żeby przyglądać się ich pracy.
- Balet w najczystszej postaci, mój drogi Marionie. Boska para. I to w zupełnej ciszy - zachwycała się. - Żadnego proszenia o narzędzia, żadnego: "Wytrzyj", "Cięcie", "Ssanie". Ona i Stone... Nigdy nie widziałam nikogo równie szybkiego. Przypuszczam, że zwalnialiśmy im tempo, ponieważ nie potrafiliśmy dostatecznie prędko zabierać pacjentów ze stołu i kłaść na nim kolejnych.
Przez siedem lat Stone i siostra Mary Joseph Praise działali według niezmiennego planu. Kiedy on operował do późna w nocy, czasem do rana, ona stała po drugiej stronie stołu, pewniejsza niż jego cień, wierna, kompetentna, nieskarżąca się, zawsze obecna. Tak było do dnia, w którym ja i mój brat zameldowaliśmy się w jej łonie, a potem daliśmy wyraz niepohamowanemu pragnieniu wymiany substancji odżywczych z łożyska na mleko z jej piersi.
Thomas Stone miał w Missing reputację człowieka na pozór skrytego, lecz w rzeczywistości uczuciowego, a nawet tajemniczego, choć doktor Ghosh, specjalista w dziedzinie medycy wewnętrznej i szpitalna złota rączka, kwestionował tę ostatnią etykietkę, mówiąc: "Kiedy człowiek stanowi zagadkę dla siebie samego, trudno nazywać go tajemniczym". Współpracownicy Stone'a nauczyli się, by nie wyciągać z jego zachowania zbyt daleko idących wniosków - to, co innym mogło się wydawać opryskliwością, naprawdę oznaczało głęboko zakorzenioną nieśmiałość. Stone, zagubiony i odrobinę niezdarny poza salą operacyjną numer trzy, gdy tylko do niej wkraczał, skupiał się na zadaniu, a jego ruchy zyskiwały płynność, jak gdyby jedynie w tym miejscu jego ciało i dusza umiały ze sobą współpracować, a tok myśli współgrał z polem działania.
Jako chirurg Stone znany był z szybkości, odwagi, śmiałości, zuchwałości, pomysłowości, oszczędności ruchów, a także opanowania w stresującej sytuacji. Cechy te doskonalił na ufnej i potulnej społeczności, krótko w Indiach, a potem na dłuższą metę w Etiopii. Ale w dniu, kiedy siostra Mary Joseph Praise, jego asystentka z siedmioletnim stażem, zaczęła rodzić, wszystko to przestało się liczyć.
W dniu naszych narodzin Thomas Stone stał pochylony nad ciałem młodego chłopca, któremu miał otworzyć brzuch. W oczekiwaniu na skalpel wyciągnął dłoń wewnętrzną stroną do góry, z lekko rozstawionymi palcami, w tym ponadczasowym geście, który na zawsze stał się miarą jego życia jako chirurga. Po raz pierwszy jednak od siedmiu lat stal skalpela nie dotknęła jego dłoni w tej samej sekundzie, w której ją wyciągnął; stało się coś gorszego: sposób, inny niż zwykle, w jaki narzędzie znalazło się w dłoni Stone'a, powiedział mu, że po przeciwnej stronie stołu nie stoi siostra Mary Joseph Praise.
- Niemożliwe - bąknął, kiedy skruszony głos wyjaśnił, że siostra Mary Joseph Praise jest niedysponowana. Przez ostatnie siedem lat ani razu nie zdarzyło się, żeby nie znalazł jej u swego boku. Jej nieobecność była równie irytująca i wytrącająca z równowagi jak kropelka potu, która wybrała sobie akurat sam środek operacji, by wpaść mu do oka.
Stone, nie podniósłszy nawet wzroku, wykonał pierwsze nacięcie. Skóra. Tłuszcz. Powięź. Rozszczepić mięsień. Potem, oddzieliwszy tkanki na tępo, odsłonił połyskującą otrzewną, którą naciął. Przez powstały otwór wsunął palce do jamy brzusznej i zlokalizował wyrostek robaczkowy. Przy każdym kroku musiał odczekać ułamek sekundy albo odrzucić podane narzędzie i wybrać inne. Niepokoił się o siostrę Mary Joseph Praise, nawet jeśli nie był świadom swej troski lub nie chciał się do niej przyznać.
Przywołał praktykantkę, młodą, nerwową Erytrejkę. Poprosił ją, by znalazła siostrę Mary Joseph Praise i przypomniała jej, że lekarzy i pielęgniarek nie stać na luksus chorowania.
- Zapytaj ją... - przerażone usta praktykantki poruszały się bezgłoś-nie, bo dziewczyna próbowała nauczyć się na pamięć jego słów - grzecznie ją zapytaj, czy... - mógł teraz spojrzeć na praktykantkę, ponieważ palcami widział więcej niż oczami - pamięta, kiedy wróciłem na salę operacyjną następnego dnia po amputacji własnego palca?
Miało to miejsce pięć lat wcześniej i okazało się kamieniem milowym w życiu Stone'a. Igłą w imadle ukłuł się w opuszkę prawego palca wskazującego, gdy akurat pracował nad brzuchem wypełnionym ropą. Błyskawicznie zdjął rękawiczkę i w miejsce, które spenetrowała zabłąkana igła, podał sobie strzykawką do zastrzyków podskórnych trypaflawinę, dokładnie jeden mililitr roztworu rozcieńczonego w stosunku 1:500. Następnie wstrzyknął ją w tkankę otaczającą ranę. Pomarańczowy barwnik zmienił palec w przerośnięty lizak. Pomimo akcji zapobiegawczej, w niespełna kilka godzin później pełzająca czerwona fala rozlała się na pochewkę ścięgna dłoni. Chociaż Stone wziął dawkę kotrimoksazolu, a potem, ulegając naciskom Ghosha, przyjął w pośladek zastrzyk cennej penicyliny, na jego nadgarstku pojawiły się szkarłatne pręgi (cecha charakterystyczna infekcji paciorkowcowej), a węzły chłonne zlokalizowane przy nadkłykciu przyśrodkowym kości ramiennej, tuż za łokciem, urosły do rozmiarów piłeczki golfowej. Dostał takich dreszczy, że szczękał zębami i wprawiał w drganie całe łóżko. (W ten sposób narodził się aforyzm w jego słynnym podręczniku, jeden ze "stonizmów", jak je nazywali czytelnicy: "Jeśli szczękają ci zęby, jest ci po prostu zimno, ale jeśli razem z tobą trzęsie się łóżko, to dopiero są dreszcze"). Podjął szybką decyzję: amputować palec, zanim infekcja się rozszerzy - i zrobić to samemu.
Podczas gdy praktykantka czekała na dalsze polecenia, Stone wyjął przez nacięcie przypominający tłustego robaka wyrostek pacjenta i rozciągnął go jak wędkarz, który układa na pomoście swoją zdobycz. Z wprawą, jak snajper strzelający do pojawiających się na strzelnicy kaczek, zamknął kleszczami hemostatycznymi kilka naczyń krwionośnych prowadzących do wyrostka, przeciął je i poruszając palcami jak magik, podwiązał katgutem, na koniec zdjął dyndające na naczynkach kleszcze.
Wyciągnął prawą rękę do praktykantki, prosząc w ten sposób o jej sprawdzenie. Pięć lat po amputacji dłoń wyglądała podejrzanie normalnie, chociaż przyjrzawszy się jej bliżej, można było zauważyć brak palca wskazującego. Kluczem do estetycznego sukcesu tej amputacji było to, że głowa mięśnia śródręcznego - kłykieć brakującego palca - również została usunięta po to, by w przerwie między palcem środkowym a kciukiem nie było widać braku. Wyglądało to tak, jak gdyby palce dłoni po prostu przesunęły się w szeregu. Robione na zamówienie czteropalczaste rękawiczki dopełniały złudzenia normalności. Niekompletność dłoni nie oznaczała jej niepełnosprawności, wręcz przeciwnie - dzięki mniejszej liczbie palców mogła wślizgnąć się w szczelinę i zbadać tkankę, do której zwykła dłoń nie miała dostępu; środkowy palec przejął całą zręczność po palcu wskazującym. To, w połączeniu z faktem, że palec środkowy jest dłuższy niż wskazujący, pozwalało Stone'owi wyczuć wyrostek ukryty za kątnicą (początek jelita grubego) lepiej niż innym chirurgom. Mógł zamocować węzeł chirurgiczny w najgłębszej wnęce łożyska wątroby, posługując się przy tym jedynie palcami, podczas gdy inni chirurdzy potrzebowali do tego celu imadła do igieł. W późniejszych latach, w Bostonie, dał swoim stażystom złotą radę: "Semper per rectum, per anum salutem, lepiej włóżcie palec, bo będzie źle", i podkreślił ją, pokazując były środkowy palec, który awansował do statusu palca wskazującego.
Ci, którzy uczyli się u boku Stone'a, nigdy nie zaniedbywali badania swoich pacjentów per rectum, nie tylko dlatego, że Stone wbił im do głowy, iż większość przypadków raka jelita grubego obserwuje się w odbycie i esicy, często w zasięgu palca badającego, ale również dlatego, że wiedzieli, iż zostaną za to przeoczenie wyrzuceni. Wiele lat później w Ameryce krążyła opowieść o jednym z praktykantów Stone'a o nazwisku Blessing - który, zbadawszy na oddziale pomocy doraźnej pijaka i zająwszy się tym, co u pacjenta wymagało interwencji medycznej, wrócił do swojego gabinetu. Kiedy już miał zasnąć, przypomniał sobie, że nie zbadał pacjenta per rectum. Poczucie winy i strach, że szef jakimś sposobem dowie się o jego przewinie, sprawiły, że wstał i ruszył w noc na poszukiwanie owego mężczyzny. Znalazł go w barze. Mężczyzna, przekonany ofertą darmowego piwa, zgodził się zdjąć spodnie i dać się przebadać za pomocą palca - mówiono, że został w ten sposób "pobłogosławiony"7. Dopiero wtedy młody lekarz z czystym sumieniem położył się spać.
Tego dnia, gdy siostra Mary Joseph Praise zaczęła rodzić i przyszliśmy na świat my, praktykantką w sali operacyjnej numer trzy była ładna - nie, piękna - młoda dziewczyna z Erytrei. Niestety, z powodu jej pozbawionego humoru przejęcia własną rolą i oddania, z jakim poświęcała się pracy, ludzie często zapominali o jej wyglądzie i wieku.
Praktykantka pobiegła znaleźć moją matkę, nie tracąc czasu na kwestionowanie stosowności przesłania, które miała zanieść siostrze Mary Joseph Praise. Lekarzowi, rzecz jasna, nawet przez myśl nie przeszło, że słowa, które kazał powtórzyć zakonnicy, mogłyby ją urazić. Jak to często bywa w przypadku utalentowanych, choć nieśmiałych osób, Stone'owi zwykle wybaczano coś, co Ghosh nazwał społecznym upośledzeniem. Luki w towarzyskiej edukacji nie były przecież perforacją jelita i nie zagrażały życiu, dlatego dla Stone'a nie stanowiły problemu, a jedynie drażniły jego otoczenie.
Gdy przychodziliśmy na świat, praktykantka nie miała jeszcze osiemnastu lat, ale wyróżniała się skłonnością do mylenia dbałości o schludność karty pacjenta (która, gdy ładnie wykaligrafowana, cieszyła oko Matrony) z faktyczną troską o chorego. Bycie najstarszą z pięciu praktykantek szkoły pielęgniarskiej Missing stanowiło dla niej powód do dumy. Zwykle udawało jej się wygodnie zapomnieć o tym, że jej starszeństwo wynikało z powtarzania roku, czy też, jak to ujął doktor Ghosh, posiadania "długoterminowego planu".
Praktykantka, osierocona w dzieciństwie przez czarną ospę, która również na niej odcisnęła swoje piętno w postaci księżycowego krajobrazu na policzkach, od najmłodszych lat próbowała pokonać własną nieśmiałość, wykazując się przesadną wręcz pracowitością, cechą charakteru, którą wzmocniły w niej włoskie zakonnice, Siostry Nigrizii (czyli Afryki), pośród których wychowała się w sierocińcu w Asmarze. Młoda praktykantka obnosiła się ze swą pilnością, jak gdyby nie była to po prostu jedna z jej zalet, lecz dar od Boga, taki jak pieprzyk albo dodatkowy palec u nogi. Była obiecującą młodą dziewczyną, która, skacząc z klasy do klasy, dosłownie przefrunęła na skrzydłach lata nauki w przyklasztornej szkole w Asmarze, potrafiła posługiwać się płynnym akademickim włoskim (w odróżnieniu od wielu Etiopczyków, którzy mówią barowo-kinową wersją tego języka pozbawioną przedimków i zaimków), a nawet recytować z pamięci tabliczkę mnożenia 19 × 19.
Można powiedzieć, że obecność praktykantki w Missing stanowiła przypadek historyczny. Jej rodzinne miasto, Asmara, była stolicą Erytrei, kraju, który od 1885 roku pozostawał włoską kolonią. W roku 1935 Włochy Mussoliniego zaatakowały Etiopię z terytorium Erytrei, a państwa świata nie pofatygowały się, by zaprotestować. Kiedy Mussolini związał się z Hitlerem na dobre i na złe, los włoskiego dyktatora został przypieczętowany. W 1941 roku siły Gedeona pod wodzą generała Wingate'a pokonały Włochów i wyzwoliły Etiopię. Alianci podarowali etiopskiemu cesarzowi Hajle Syllasje nietypowy prezent: proklamowali byłą włoską kolonię Erytreę protektoratem nowo wyzwolonej Etiopii. Cesarz bardzo intensywnie lobbował za tym, żeby jego pozbawiony dostępu do morza kraj mógł wejść w posiadanie portu Massaua, nie mówiąc już o cudownym mieście Asmara. Brytyjczycy chcieli prawdopodobnie ukarać Erytrejczyków za ich mającą długą tradycję kolaborację z Włochami; tysiące erytrejskich askarysów8 stanowiło część włoskiej armii; walczyli oni ze swymi czarnymi sąsiadami, umierając za białych panów.
Dla Erytrejczyków oddanie ich kraju Etiopczykom było niewyobrażalnym ciosem, porównywalnym na przykład z hipotetycznym powierzeniem Brytyjczykom panowania w wyzwolonej Francji tylko dlatego, że mieszkańcy obydwu państw są biali i jedzą kapustę. Kiedy kilka lat później cesarz zaanektował terytorium Erytrei, jej mieszkańcy z miejsca rozpoczęli wojnę partyzancką.
Ustanowienie Erytrei częścią Etiopii miało wszakże również dobre strony: praktykantka zdobyła stypendium w jedynej szkole pielęgniarskiej w kraju - w Addis Abebie, w szpitalu Missing, i była pierwszą młodą Erytrejką, której przypadł ów zaszczyt. Jej dotychczasowa edukacyjna ścieżka robiła spore wrażenie i nie miała sobie równych, stawiano ją za wzór wszystkim młodym ludziom. Było to oczywiście wyzwanie rzucone losowi lubiącemu podstawiać nogę tym, którym dobrze się wiedzie.
A jednak to nie los pokrzyżował jej plany, gdy przyszła na staż do szpitala, i nie chodziło też o nieporadność w posługiwaniu się amharskim i angielskim, ponieważ szybko pokonała tę przeszkodę i nauczyła się płynnie władać oboma językami. Odkryła za to, że uczenie się na pamięć ("napamięciowanie", jak mawiała Matrona) na niewiele jej się zdawało, gdy stawała u wezgłowia chorego i usiłowała odróżnić to, co banalne, od tego, co zagrażało jego życiu. Potrafiła, owszem, recytować niczym mantrę nazwy nerwów czaszkowych, próbując uspokoić własne skołatane nerwy. Potrafiła wypisać na zawołanie skład mistura carminativa (jeden gram dwuwęglanu sodowego, po dwa mililitry destylatu amoniaku i nalewki kardamonowej, sześć dziesiątych mililitra nalewki imbirowej, jeden mililitr destylatu chloroformu, dopełnić do trzydziestu mililitrów wodą z miętą pieprzową) na niestrawność. Lecz tym, czego nie umiała - i co ją bardzo irytowało, gdy widziała, z jaką łatwością radziły sobie inne praktykantki - było odnalezienie w sobie jedynej rzeczy, której według słów Matrony jej brakowało: Silnego Zmysłu Pielęgniarskiego. W podręczniku znalazła o tym zaledwie kilka słów, w dodatku tak niezrozumiałych, że gdy już nauczyła się ich na pamięć, uznała egoistycznie, iż zawarto je specjalnie po to, by ją zniechęcić:
Silny Zmysł Pielęgniarski jest ważniejszy niż wiedza, choć wiedza go wzmacnia. Silny Zmysł Pielęgniarski jest zdolnością, której nie sposób zdefiniować, a jednak okazuje się on nie do przecenienia, gdy występuje u uczennicy, zaś jego brak staje się z miejsca zauważalny. Parafrazując Oslera, pielęgniarka, która ma podręcznikową wiedzę, lecz jest pozbawiona Silnego Zmysłu Pielęgniarskiego, jest niczym marynarz na statku zdolnym do żeglugi, ale bez mapy, sekstansu i kompasu na podorędziu. (Oczywiście, pielęgniarka, która nie opanowała podręcznikowej wiedzy, niech lepiej w ogóle nie wychodzi w morze!).
Praktykantka wypłynęła z portu - tego była pewna. Gotowa była za wszelką cenę dowieść, że dysponuje mapą i kompasem, i dlatego każde powierzone zadanie traktowała jak sprawdzian własnych umiejętności, okazję do pochwalenia się Silnym Zmysłem Pielęgniarskim (lub sposobność ukrycia braku tegoż).
Biegła, jakby gonił ją dżin, osłoniętym przejściem pomiędzy blokiem operacyjnym a pozostałą częścią szpitala. Pacjenci oraz rodziny tych, którzy tego dnia czekali na operację, siedzieli w kucki lub po turecku po obydwu stronach trasy, którą przemierzała. Bosonogi mężczyzna, jego żona i dwójka małych dzieci spożywali posiłek, palcami wyjadając curry z soczewicy z misy wyłożonej indżerą9. Niemowlę, okutane szammą10 matki, ssało jej pierś. Kiedy praktykantka nadbiegła, zaalarmowani członkowie rodziny odwrócili głowy w jej stronę, więc przez chwilę poczuła się kimś ważnym. Po drugiej stronie podwórza zobaczyła odziane w białe szammy i jasnoczerwone oraz jasnopomarańczowe chustki kobiety, które rozsiadły się na ławeczce przed ambulatorium i z tej odległości wyglądały jak kury na grzędzie.
Znalazłszy się w kwaterach pielęgniarek, wbiegła po schodach i skierowała się do pokoju mojej matki. Zapukała, lecz nikt nie odpowiedział. Zauważyła, że drzwi nie są zamknięte. W zaciemnionym pomieszczeniu dostrzegła siostrę Mary Joseph Praise leżącą pod kocem, obróconą twarzą do ściany.
- Siostro? - odezwała się cicho, a kiedy moja matka jęknęła, praktykantka wzięła to za znak, że zakonnica się budzi. - Doktor Stone przysłał mnie, żebym powiedziała siostrze... - Z ulgą stwierdziła, że zapamiętała każde słowo wiadomości. Zaczekała na odpowiedź, ale ponieważ moja matka nie wyraziła chęci przekazania lekarzowi czegokolwiek, praktykantka uznała, że siostra jest na nią zła. - Przyszłam, bo doktor Stone mi kazał. Przepraszam, jeśli przeszkodziłam. Mam nadzieję, że siostra czuje się już lepiej. Czy czegoś siostrze trzeba?
Odczekała posłusznie kilka chwil, a potem wyszła z pokoju. Ponieważ nie miała nic do przekazania doktorowi Stone'owi, a wkrótce miały się zacząć zajęcia z pielęgniarstwa pediatrycznego, nie wróciła już do sali operacyjnej numer trzy.
Doktor Stone udał się do kwater pielęgniarek wczesnym popołudniem. Zakończył usuwanie wyrostka robaczkowego, potem wykonał dwa zespolenia żołądkowo-czcze z powodu wrzodów trawiennych, trzy zabiegi na przepuklinę, operował jeden wodniak, dokonał niepełnego wycięcia jednej tarczycy, a także przeszczepu skóry - wszystko to okrutnie powoli, jak na jego własne standardy. Prawdziwa męka. Ze zmarszczonymi brwiami wszedł po schodach. Pojął, że jego zręczność jako chirurga w dużym stopniu - większym, niż to sobie kiedyś wyobrażał - zależy od umiejętności siostry Mary Joseph Praise... Dlaczego musi myśleć o takich rzeczach? Gdzież ona się podziewa? W tym cały sęk. I kiedy wróci?
Gdy zapukał do drzwi, odpowiedziała mu cisza. Pokój siostry Mary Joseph Praise znajdował się na drugim piętrze na końcu korytarza. Żona specjalisty od przyrządzania leków przybiegła zaprotestować przeciwko obecności mężczyzny w kwaterach pielęgniarek. Chociaż Matrona i siostra Mary Joseph Praise były jedynymi zakonnicami w całym Missing, żona specjalisty zachowywała się tak, jakby minęła się z przeznaczeniem, sama wyglądała bowiem jak mniszka z nasuniętą na czoło chustą i krucyfiksem o rozmiarach rewolweru. Uważała siebie za strażniczkę domu pielęgniarek, obrończynię dziewic Missing. Pajęczym instynktem wyczuwała kroki mężczyzn naruszających granicę jej terytorium. Tym razem, widząc, z kim ma do czynienia, wycofała się.
Stone nigdy wcześniej nie był w pokoju siostry Mary Joseph Praise. Gdy pisała na maszynie lub pracowała nad ilustracjami do jego rękopisów, przychodziła do jego kwatery albo do gabinetu sąsiadującego z przychodnią.
Nacisnął klamkę, mówiąc:
- Siostro? Siostro!
Powitał go znajomy niepokojący zapach, którego początkowo nie potrafił zidentyfikować. Po omacku poszukał włącznika światła i zaklął, gdy na niego nie trafił. Ruszył przed siebie, potykając się, w stronę okna, uderzając się po drodze o komodę. Otworzył do wewnątrz skrzydło okna, a potem pchnął drewniane okiennice. Światło dnia zalało wąskie pomieszczenie.
Na komodzie stał ciężki słój, który przyciągał promienie słońca. Bursztynowy płyn sięgał aż po samą masywną zakrętkę, dodatkowo uszczelnioną woskiem. Początkowo Stone uznał, że w słoju może się znajdować relikwia, jakaś ikona. Poczuł na ramieniu gęsią skórkę - najwyraźniej reakcja ciała wyprzedziła zrozumienie. Otóż w słoju, zawieszony w płynie niczym w próżni, balansując na paznokciu na szklanym dnie jak balerina na czubkach palców, pływał jego palec. Skóra powyżej paznokcia miała fakturę starego pergaminu, zaś podbrzusze tego niezwykłego tancerza wykazywało purpurowe zabarwienie infekcji. Poczuł tęsknotę, pustkę, swędzenie w prawej dłoni, któremu mogło zaradzić jedynie umieszczenie brakującego palca na właściwym miejscu.
- Nie wiedziałem... - zaczął, odwracając się w stronę jej łóżka, lecz to, co zobaczył, sprawiło, że zapomniał, co chciał powiedzieć.
Siostra Mary Joseph Praise zwijała się z bólu na wąskiej pryczy. Jej usta były sine. Zmatowiałe oczy skupiła na jakimś punkcie za plecami Stone'a. Była śmiertelnie blada. Zbadał jej tętno - słabo wyczuwalne, bardzo szybkie. Niespodziewanie zalało go wspomnienie podróży "Calangute" sprzed siedmiu lat - przypomniał sobie rozpaloną siostrę Anjali w stanie śpiączki. Lodowata kula, która ścisnęła mu żołądek, powędrowała ku piersi. Opanowało go uczucie, jakiego rzadko doświadczał jako chirurg: strach.
Nogi ugięły się pod nim.
Padł na kolana tuż przy jej łóżku.
- Mary? - powiedział. Jedyne, co mógł zrobić, to powtarzać jej imię. W jego ustach imię siostry Mary Joseph Praise zabrzmiało najpierw jak przesłuchanie, potem czułość, a na koniec jak wyznanie miłości zawarte w jednym słowie. Mary? Mary, Mary!... Nie odpowiedziała, nie mogła.
Wyciągnął ku jej twarzy drżące jak u starca dłonie. Złożył na jej czole pocałunek. Ośmieliwszy się zrobić tę niezwykłą, nie do powstrzymania rzecz, uświadomił sobie z dumą, że ją kocha. I że on, Thomas Stone, nie tylko jest zdolny do miłości, ale że czuje ją od siedmiu lat. Początkowo nie dostrzegał jej, ponieważ przyszła do niego, gdy spotkali się na śliskich stopniach statku i gdy się nim opiekowała, myła go, próbowała przywrócić do życia. Miłość pojawiła się, gdy siostra Mary Joseph Praise wzięła go w ramiona i sapiąc niczym zapaśnik, ułożyła w hamaku, a potem nakarmiła, tak że odzyskał świadomość. To się stało, kiedy obydwoje siedzieli przy ciele siostry Anjali. Miłość osiągnęła swoje apogeum, gdy siostra Mary Joseph Praise przybyła do Etiopii, by pracować u jego boku; potem uczucie już nigdy nie osłabło. Miłość tak silna, bez przypływów i odpływów, wzlotów i upadków, pozbawiona dynamiki do tego stopnia, że przez te siedem lat była dla niego niemal niewidzialna - stała się częścią składową świata poza nim, elementem, który niemalże brał za pewnik.
Czy Mary go kochała? Tak. Był tego pewien. Kochała go, lecz biorąc z niego przykład - zawsze brała z niego przykład - nie wspomniała o tym nawet jednym słowem. A cóż on robił przez te wszystkie lata? Po prostu uważał, że ona zawsze będzie. Mary, Mary, Mary. Nawet brzmienie jej imienia było dla niego objawieniem, ponieważ nigdy nie mówił do niej inaczej jak "siostro". Szlochał, bojąc się, że ją straci, co zresztą uznał za kolejny przejaw egoizmu, za własną potrzebę, by ją znowu ujrzeć w pełnym zdrowiu. Czy będzie miał czas, by jej to wszystko zrekompensować? Jakże głupi potrafi być człowiek.
Siostra Mary Joseph Praise prawie nie czuła jego dotyku. Kiedy przyłożył policzek do jej policzka, poczuł żar. Podniósł koc, pod którym leżała. Zwrócił uwagę na pokaźny obrzęk brzucha.
W jego umyśle każdy obrzęk kobiecego brzucha równał się ciąży, chyba że ktoś wskazałby inną przyczynę. Odrzucił tę myśl - przecież była zakonnicą - i zamiast tego postawił błyskawiczną diagnozę, że chodzi o obstrukcję... albo płyn w otrzewnej... albo krwotoczne zapalenie trzustki... w każdym razie jakiś katastrofalny problem z brzuchem...
Ostrożnie manewrując w niewielkim pomieszczeniu, wyniósł ją na korytarz, a potem, starając się nie uderzać jej stopami o barierkę - jego szlochy zdążyły w tym czasie zmienić się w stękanie z wysiłku - przeszedł z nią z kwater pielęgniarek na salą operacyjną. Miał wrażenie, że waży więcej, niż powinna.
Gdy po zaliczeniu wszelkich egzaminów pisemnych w edynburskim Królewskim Kolegium Chirurgów przyszedł czas na egzamin ustny, przewodniczący komisji zadał mu pytanie: "Jakiego rodzaju środek pierwszej pomocy podaje się pacjentowi przez ucho?". Odpowiedź Stone'a: "Słowa pociechy!" zapewniła mu pozytywną ocenę. Teraz, zamiast szeptać do ucha siostry Mary Joseph Praise łagodne słowa pocieszenia, wmawiając jej, że wszystko będzie dobrze - co byłoby niewątpliwie działaniem głęboko ludzkim i terapeutycznym - Stone krzyczał na cały głos, domagając się od świata pomocy.
Jego wezwanie, podchwycone przez strażniczkę dziewic, postawiło na nogi dosłownie wszystkich w Missing, łącznie z Gebrew, stróżem, który przybiegł aż spod głównej bramy, a także Koochooloo i dwoma innymi bezimiennymi psami.
Widok szlochającego jak dziecko, bezradnego Stone'a zaszokował Matronę tak samo jak rozpaczliwy stan siostry Mary Joseph Praise.
"Panie, on to znowu zrobił", taka była pierwsza myśl siostry przełożonej.
Pilnie strzeżonym sekretem było to, że od dnia przyjazdu do Missing Stone dwu- lub trzykrotnie ruszył w szalone pijackie tango. U mężczyzny, który prawie nie pił, który kochał swoją pracę, uważał sen za przeszkodę w wykonywaniu obowiązków, któremu należało przypominać, by poszedł się przespać, te chwile słabości były prawdziwą zagadką. Przychodziły nagle jak grypa i przerażały jak opętanie. Za pierwszym razem, gdy poranny pacjent leżał już przygotowany na stole operacyjnym, chirurg zniknął bez śladu. Poszli go szukać i znaleźli bełkoczącego, rozmamłanego białego człowieka chodzącego tam i z powrotem po swojej kwaterze. Gdy wpadał w taki stan, nie spał i nie jadł, a tylko od czasu do czasu wymykał się w ciemność nocy, żeby uzupełnić zapasy rumu. Ostatnim razem stworzenie, którym się stał, wspięło się na drzewo rosnące nieopodal jego okna i siedziało tam przez wiele godzin, mamrocząc do siebie. Upadek z takiej wysokości zakończyłby się roztrzaskaniem czaszki. Matrona, ujrzawszy jego nabiegłe krwią wpatrujące się w nią oczy mangusty, uciekła, zostawiając przy nim wartowników - siostrę Mary Joseph Praise i doktora Ghosha - którzy mieli namówić go do zejścia z drzewa, nakarmić i nakazać porzucenie picia.
Równie nieoczekiwanie, jak się zaczynał, zwykle po dwóch dniach, ale nie dłużej niż po trzech, ciąg alkoholowy ustawał, a po bardzo długim śnie Stone wracał do pracy, jak gdyby nic się nie stało. Nigdy się nie zająknął, że zdezorganizował pracę szpitala; zupełnie wyrzucał to z pamięci. Nikt mu tego nie wypominał, ponieważ tego drugiego Stone'a, tego, który prawie nie pił, oskarżenia i dopytywania zraniłyby i obraziły. Ten drugi Stone pracował za trzech chirurgów, więc ciągi alkoholowe stanowiły doprawdy niewielką cenę, jaką przychodziło szpitalowi płacić za jego usługi.
Matrona podeszła bliżej. Oczy Stone'a wcale nie były nabiegłe krwią i nie czuć było od niego alkoholu. Pomieszało mu się w głowie, gdy zobaczył, w jakim stanie jest siostra Mary Joseph Praise - i słusznie. Gdy Matrona przeniosła spojrzenie z chirurga na zakonnicę, mimo wszystko poczuła ukłucie satysfakcji: wreszcie ten mężczyzna obnażył duszę i okazał swojej asystentce ludzkie uczucia.
Matrona zignorowała bełkot Stone'a o skręcie jelita, niedrożności, zapaleniu trzustki i zapaleniu otrzewnej.
- Idziemy na salę - rozkazała, a kiedy już się tam znaleźli, poleci-ła: - Proszę ją położyć na stole.
Stone ułożył siostrę Mary Joseph Praise na stole i wtedy Matrona ujrzała widok, który zapamiętała sprzed siedmiu lat: ubiór zakonnicy zaplamiony na czerwono w okolicy łona. W myślach siostra przełożona szybko cofnęła się do dnia, w którym siostra Mary Joseph Praise przybyła z Adenu, i przypomniała sobie, jak wówczas ślady krwi na habicie młodej mniszki wywołały u niej podobny niepokój. Matrona nigdy wprost nie zapytała tej dziewiętnastoletniej dziewczyny, co było przyczyną krwawienia. Nieregularność owej plamy skłaniała patrzącego do doszukiwania się sensu w jej kształcie. Wyobraźnia Matrony podpowiadała jej cały zestaw scenariuszy tłumaczących tę zagadkę. Z biegiem lat pamięć zmieniła charakter zdarzenia z tajemniczego w mistyczne.
Dlatego teraz, kiedy Stone położył zakonnicę, siostra przełożona zerknęła na jej dłonie i piersi, jakby spodziewała się ujrzeć tam krwawe stygmaty, jak gdyby ta pierwsza zagadka splotła się w osobliwy sposób z drugą. Lecz nie, krew pojawiła się jedynie w okolicy łona. Dużo krwi. I ciemne skrzepy. I jasnoczerwone strumienie, które spływały po udach mniszki. Patrząc na krople kapiące na podłogę, Matrona nie miała wątpliwości: tym razem chodziło o świeckie krwawienie.
Usiadła pomiędzy nogami siostry Mary Joseph Praise, rozmyślnie ignorując wydęty brzuch, wznoszący się przed nią niczym góra. Wargi sromowe były obrzęknięte i sine, a kiedy Matrona wsunęła do środka osłonięty rękawiczką palec, stwierdziła, że szyjka macicy jest maksymalnie rozwarta.
Krwi było o wiele za dużo. Nie nadążała z wycieraniem pacjentki. Odchyliła tylną ściankę pochwy, żeby mieć lepszy widok. Gdy z płuc zakonnicy wydobył się żałosny jęk, siostra przełożona prawie wypuś-ciła wziernik z rąk. Serce biło jej jak oszalałe, a dłonie trzęsły się jak w febrze. Pochyliła się do przodu, a potem przechyliła głowę, żeby ponownie zajrzeć do środka. A tam, niczym kamień na dnie wypełnionej błotem jamy, kamień na sercu, widniała główka dziecka.
- Boże, ona... - bąknęła Matrona, gdy w końcu odzyskała mowę. Wzięła głęboki oddech i czym prędzej wyrzuciła rosnące jej w ustach i grożące zakrztuszeniem świętokradcze słowa: - Na Boga, ona jest w ciąży!
Każda osoba, która przebywała wówczas w sali operacyjnej numer trzy i z którą później rozmawiałem, zapamiętała tę chwilę, gdy czas stanął w miejscu, kiedy wielki zegar wiszący na ścianie zamarł i za-padła długa, niczym niezmącona cisza.
- Niemożliwe! - powiedział wreszcie Stone, drugi raz tego dnia, i chociaż nie była to prawda, przynajmniej wszyscy mogli znów zacząć oddychać.
Matrona była pewna, że się nie pomyliła.
Będzie musiała odebrać to dziecko. Doktor K. Hemlatha - Hema, jak na nią mówiono - była akurat nieobecna.
Matrona przyjęła już setki dzieci. Przypomniała sobie o tym w tej chwili i spróbowała nie poddać się panice.
Ale jakim sposobem dać odpór nie tylko poczuciu winy, ale i mętlikowi w głowie? Jedna z jej podopiecznych, oblubienica Chrystusa - w ciąży! Nie do pomyślenia. Jej umysł nie potrafił przyjąć tego do wiadomości, chociaż dowód - główka dziecka - był tu, dosłownie na wyciągnięcie ręki.
Podobne myśli gnębiły pielęgniarkę instrumentariuszkę, bosonogą sanitariuszkę i siostrę anestezjolożkę Asqual. Potykały się jedna o drugą, a nawet przewróciły stojak do kroplówek, uwijając się wokół stołu i przygotowując pacjentkę. Jedynie praktykantka, zawstydzona, że rano nie udało jej się rozpoznać kryzysu, kiedy przyszła przekazać wiadomość siostrze Mary Joseph Praise, nawet przez chwilę nie przestała zastanawiać się, jakim sposobem zakonnica zaszła w ciążę.
Matrona miała wrażenie, że serce za moment wyskoczy jej z piersi.
"Panie Boże, czy widziałeś kiedy gorsze okoliczności porodu? Ciąża, która w tym wypadku jest grzechem śmiertelnym. Przyszła matka, która jest dla mnie jak córka. Intensywne krwawienie, trupia bladość...". A wszystko to akurat wtedy, gdy Hema, jedyny ginekolog Missing, nie tylko najlepsza specjalistka w całym kraju, ale w ogóle najlepsza, jaką Matrona kiedykolwiek widziała, jest nieobecna.
Bachelli z Piazzy nadałby się być może na położnika, ale niestety nie po drugiej po południu, zresztą jego erytrejska kochanka z podejrzliwością traktowała "wizyty domowe" doktora. Jean Tran, pół Francuz, pół Wietnamczyk, lekarz z Casa Popolare, był po trochu dobry we wszystkim i często się uśmiechał. Lecz nawet założywszy, że jeden z nich byłby akurat osiągalny, musiałoby minąć sporo czasu, zanim dotarłby na miejsce.
Nie, Matrona musi poradzić sobie sama. Należy na chwilę zapomnieć o implikacjach tego porodu. Oddychać. Skoncentrować się. Odebrać normalny poród.
Lecz tego popołudnia i wieczoru normalność nie miała wstępu do Missing.
Stone stał obok z otwartymi ustami i patrzył na siostrę przełożoną, oczekując od niej instrukcji, podczas gdy Matrona usiadła przodem do sromu siostry Mary Joseph Praise, czekając, aż dziecko się ukaże. Stone na zmianę krzyżował ręce i opuszczał je, stając karnie na baczność. Obserwował coraz intensywniejszą bladość siostry Mary Joseph Praise, a kiedy siostra Asqual krzyknęła spanikowanym głosem "skurczowe osiemdziesiąt, wyraźne", zachwiał się, jakby miał za chwilę zemdleć.
Mimo skurczów macicy, które Matrona czuła przez skórę brzucha i widziała w wykrzywionej twarzy pacjentki, i mimo faktu, że szyjka macicy była szeroko rozwarta, nic się działo. Główka dziecka widoczna w kanale rodnym, otoczona szyjką macicy niczym uszczelką, zawsze kojarzyła się siostrze przełożonej z biskupią tonsurą, ale ten biskup się nie poruszał. Do tego wszystkiego tyle krwi! Na stole operacyjnym już utworzyła się ciemna, nieregularna kałuża, a z pochwy cały czas płynął strumień szkarłatnego płynu. Krew jest dla porodówki i sali operacyjnej tym, co kał dla ubojni, lecz mimo to Matrona miała wrażenie, że jest jej zdecydowanie zbyt dużo.
- Doktorze Stone - powiedziała drżącymi ustami.
Oniemiałemu Stone'owi przebiegło przez myśl pytanie, dlaczego ta kobieta go wzywa.
- Doktorze Stone - powtórzyła. Dla Matrony Silny Zmysł Pielęgniarski oznaczał, iż pielęgniarka zna swoje ograniczenia. Na Boga, tej kobiecie potrzebne jest cesarskie cięcie. Jednak nie powiedziała tego głośno, ponieważ w przypadku Stone'a mogło to odnieść odwrotny skutek. Zamiast tego, obniżywszy głos i pochyliwszy głowę, siostra przełożona wsparła się na udach i dźwignęła ze stołka, robiąc miejsce między nogami siostry Mary Joseph Praise. - Doktorze Stone, pana pacjentka - oznajmiła mężczyźnie, o którym wszyscy sądzili, że jest moim ojcem. Przekazała w ten sposób w jego ręce nie tylko los kobiety, którą obdarzył miłością, lecz również dwa życia - moje i mojego brata - które przyszło mu znienawidzić.
Gdy siostra Mary Joseph Praise poczuła pierwsze skurcze porodowe, doktor Kalpana Hemlatha - kobieta, którą będę nazywał moją matką - znajdowała się w odległości siedmiuset pięćdziesięciu kilometrów w poziomie i trzech tysięcy metrów w pionie od Missing. Wyglądając przez okno samolotu z prawej burty, Hema miała wspaniały widok na Bab al-Mandab - Wrota Łez, nazwane tak dla upamiętnienia niewyobrażalnej liczby statków, które zatonęły w tej wąskiej cieśninie oddzielającej Jemen i pozostałą część Arabii od Afryki. Na tej szerokości geograficznej Afryka była zaledwie Rogiem: Etiopią, Dżibuti, Somalią. Hema wiodła wzrokiem wzdłuż Wrót Łez, które ze szczeliny niewiele szerszej od włosa przechodziły w Morze Czerwone ciągnące się na północ aż po horyzont.
Jako dziewczynka Hema musiała na lekcji geografii w szkole w Madrasie nanosić na mapę Wysp Brytyjskich złoża węgla i ośrodki produkcji wełny. W programie nauczania Afryka figurowała jako plac zabaw dla Portugalii, Wielkiej Brytanii i Francji, kraina, w której Livingstone znalazł widowiskowe wodospady i nazwał je na cześć królowej Wiktorii; potem Stanley znalazł Livingstone'a. Później, kiedy z moim bratem Shivą odbędziemy podróż w towarzystwie Hemy, nauczymy się od niej praktycznej geografii, takiej, jaką ona sama poznała. Pokaże nam palcem Morze Czerwone i powie:
- Wyobraźcie sobie, że ta wstęga wody jest jak rozcięcie spódnicy, które oddziela Arabię Saudyjską od Sudanu, a dalej Jordanię od Egiptu. Myślę, że Bóg chciał odłamać Półwysep Arabski od Afryki. Bo czemu nie? Co ludzie z tej strony mają wspólnego z ludźmi z tamtej strony?
Na samym końcu rozcięcia spódnicy wąski skrawek lądu, Synaj, udaremnia boski zamiar i łączy Egipt z Izraelem. Stworzony ludzkimi rękami Kanał Sueski wieńczy dzieło i pozwala Morzu Czerwonemu połączyć się z Morzem Śródziemnym, oszczędzając statkom czasochłonnej podróży wokół Przylądka Dobrej Nadziei. Hema często nam powtarzała, że tam w górze, ponad Wrotami Łez, uświadomiła sobie coś, co zmieniło jej życie.
- W samolocie usłyszałam wezwanie. Kiedy teraz o tym myślę, wiem, że to wy mnie wołaliście.
Trzęsąca się, tnąca powietrze blaszana puszka zawsze wydawała mi się najmniej stosownym miejscem na objawienie Hemy.
Hema siedziała na drewnianej ławeczce, która ciągnęła się po obydwu stronach żebrowanego kadłuba samolotu DC-3. Nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo szpital Missing potrzebuje jej usług dokładnie w tej samej chwili - szpital, w którym przepracowała ostatnie osiem lat. Warkot dwóch silników samolotu był tak głośny i monotonny, że już po pół godzinie lotu Hema miała wrażenie, że dźwięk stał się nieodłączną częścią jej ciała. Czuła, że połączenie twardej ławeczki i gwałtownych turbulencji poskutkuje siniakami na siedzeniu. Za każdym razem, gdy zamykała oczy, zdawało jej się, że odbija się od ścian bydlęcego wagonu.
Współtowarzyszami lotu z Adenu do Addis Abeby byli Gudżaratowie, Keralczycy, Francuzi, Ormianie, Grecy, Jemeńczycy i kilku innych pasażerów, których język i sposób ubierania się nie zdradzały wyraźnie pochodzenia. Hema miała na sobie białe bawełniane sari i bluzkę bez rękawów w kolorze złamanej bieli. W jej lewym nozdrzu tkwił nit z brylancikiem. Włosy przedzieliła pośrodku i spięła z tyłu klamrą, pozwalając kosmykom opadać swobodnie na kark.
Siedziała bokiem, wyglądając przez okno. Ujrzała przesuwającą się szarą strzałę, cień samolotu na tle oceanu. Wyobraziła sobie, że tuż pod powierzchnią wody płynie gigantyczna ryba, dostosowując swoją prędkość do prędkości maszyny. Morze sprawiało wrażenie chłodnego i przyjemnego, było więc przeciwieństwem wnętrza DC-3, w którym po starcie zrobiło się co prawda nieco mniej parno, ale nadal wyraźnie było czuć intensywny zapach ludzkiego ładunku. Arabowie wydzielali suchą, zatęchłą woń podziemnego spichlerza; Azjaci pachnieli imbirem i czosnkiem; woń białych kojarzyła się natomiast z aromatem przesiąkniętego mlekiem śliniaka.
Przez na wpół rozsuniętą kotarę oddzielającą kokpit od kabiny Hema widziała zarys postaci pilota. Za każdym razem, gdy ten odwracał się, żeby zerknąć na swoich pasażerów, okulary w kolorze butelkowej zieleni jakby połykały jego twarz, zostawiając tylko wystający nos. Gdy pasażerowie wchodzili na pokład, okulary miał nasunięte na czoło i widać było jego czerwone jak u gryzonia oczy. Wyczuwalny w oddechu zapach jagód jałowca zdradzał upodobanie do ginu. Hema poczuła do niego niechęć, zanim jeszcze otworzył usta, by czym prędzej zagonić stado pasażerów do wnętrza samolotu, poganiając ich krótkimi Allez!, jakby byli podludźmi. Zacisnęła zęby i milczała, bo przecież to ten człowiek miał ich wynieść w powietrze.
Jego twarz i uszy jak u dzbana przypominały rysunek dziecka wykonany kredką na papierze pakowym. Liczba szczegółów przewyższała jednak umiejętności dziecka: delikatna siatka żyłek na policzkach, ufarbowane na czarno bokobrody, biały krąg starczej obwódki wokół źrenic, szare brwi, które miały mu nadawać pozory młodzieńczości. Hema zastanawiała się, jak to możliwe, że ten mężczyzna potrafi patrzeć w lustro i nie dostrzegać absurdalności własnego wyglądu.
Przyjrzała się swojemu odbiciu w okienku. Miała okrągłą twarz o szeroko rozstawionych oczach i zadartym nosie. Nad nim na środku czoła widniało czerwone bindi. Woda morza na dole w kolorze kobaltowego błękitu podkreślała marsjański odcień jej policzków i akcentowała zieleń nietypowych jak na Hinduskę oczu.
- Twój wzrok trafia do wszystkich mężczyzn i sprawia, że nawet najzwyklejsze spojrzenie wydaje się intymne, cielesne - powiedział jej kiedyś doktor Ghosh. - Jak gdybyś posiadła mnie samymi oczami!
Ghosh lubił się drażnić i wszystko, co mówił, zapominał równie szybko, jak wymyślał, ale te jego słowa na długo zapadły jej w pamięć. Pomyślała o włochatych kończynach Ghosha i przeszedł ją dreszcz. Nie znosiła owłosionego ciała, a przynajmniej tak jej się wydawało. Wiedziała, że to niefortunne uprzedzenie jak na Hinduskę, ale Ghosh naprawdę wyglądał, jakby włożył na siebie futro z goryla; włosy porastające jego klatkę piersiową sterczały spod kamizelki i wydostawały się na zewnątrz spod kołnierza koszuli.
"Posiadła cię? Chciałbyś, ty zbereźniku" - powiedziała teraz do siebie, jakby Ghosh siedział tuż obok.
Musiała mu to przyznać: jeżeli zdarzyło jej się patrzeć na mężczyznę o ułamek sekundy za długo, zwracała na siebie więcej uwagi, niżby sobie życzyła. Nosiła okulary w wielkich drucianych oprawkach, ponieważ sądziła, że w ten sposób jej oczy wydają się osadzone bliżej siebie. Lubiła mocno wygięty łuk Erosa swoich ust, ale nie podobały jej się policzki, które uważała za zbyt pucołowate. Cóż poradzić? Była dużą kobietą. Nie grubą, ale dużą... No dobrze, może miała odrobinę tłuszczu, a w dodatku przytyła kilogram lub dwa albo trzy w Indiach, ale przecież nie da się inaczej na niesamowitej kuchni matki. "Jestem wysoka, więc tego po mnie nie widać", pomyślała. Sari też robiło swoje.
Chrząknęła, przypomniawszy sobie, jakie doktor Ghosh wymyślił dla niej przezwisko: "powiększona". Wiele lat później, kiedy roztańczone i rozśpiewane indyjskie filmy stały się w Afryce prawdziwym hitem, salowi ze szpitala w Addis Abebie nazwali ją Mother India, nie po to, by z niej drwić, lecz oddając hołd wyciskaczowi łez pod takim tytułem i z główną rolą Nargis. Mother India wyświetlano w Empire Theater przez bite trzy miesiące, po czym film przeniósł się do Cinema Adowa. Etiopski dystrybutor nie zaprzątnął sobie głowy przygotowaniem napisów. Salowi śpiewali więc Duniya mein hum aaye hain - przybyliśmy na ten świat - chociaż nie rozumieli ani słowa w języku hindustani.
"Jeśli ja jestem "powiększona", to co powiedzieć o tobie? - stwierdziła, prowadząc dalej wyimaginowaną rozmowę i w myślach taksując starego przyjaciela wzrokiem. Nie był przystojniakiem w tradycyjnym rozumieniu tego słowa. - Może "obcy"? To znaczy, wiesz, to ma być komplement. Mówię "obcy", Ghosh, bo jesteś tak bardzo nieświadomy samego siebie, swojego wyglądu. Niektórzy mogą go uznać za kuszący. To, co obce, staje się piękne. Mówię ci o tym wszystkim, bo ciebie tu nie ma. Przebywanie w obecności osoby, której pewność siebie jest znacznie większa, niż oczekiwalibyśmy po niej na pierwszy rzut oka, jest pociągające".
W tajemniczy sposób podczas urlopowych wyjazdów Hemy do Indii imię Ghosha wciąż wypływało przy okazji rozmów z matką. Mimo braku zainteresowania Hemy małżeństwem, jej matkę przerażała wizja córki związanej z niebraminem, kimś właśnie takim jak Ghosh. Ponieważ jednak Hema zbliżała się do trzydziestki, matka powoli zaczynała dochodzić do wniosku, że w takiej sytuacji lepszy jakikolwiek mąż niż żaden.
- Mówisz, że nie jest przystojny? A ma odpowiedni kolor skóry?
- Mamo, jest jasny... jaśniejszy ode mnie, i ma brązowe oczy. Bengalczyk, Pars, Bóg wie, co jeszcze siedzi w tych oczach.
- No to kim on jest?
- Sam o sobie mówi, że jest madraskim mieszańcem z wysokiej kasty - odparła, chichocząc. Zmarszczone brwi matki sięgnęły prawie skrzydełek nosa, więc Hema szybko zmieniła temat.
Nie sposób było opisać Ghosha komuś, kto nigdy go nie spotkał. Mogła powiedzieć, że nosił gładko przyczesane włosy z przedziałkiem pośrodku, które każdego ranka przez jakieś dziesięć minut wyglądały schludnie i zachowywały nadany fryzurze wygląd, po czym kosmyki wymykały się spod kontroli niczym banda rozbrykanych dzieciaków. Mogła powiedzieć, że o dowolnej porze dnia, nawet tuż po goleniu, jego szczękę pokrywała czarna szczecina. Mogła powiedzieć, że nie miał szyi, która skapitulowała pod naporem głowy w kształcie owocu chlebowca. Mogła powiedzieć, że wyglądał na niewysokiego, a to przez brzuszek, który, choć w sumie niewielki, wydawał się większy, gdy Ghosh odchylał się do tyłu i idąc, kołysał się na obie strony, co odwracało uwagę od linii pionowej jego postaci. I jeszcze głos, zdumiewająco donośny, jak gdyby ktoś ustawił mu pokrętło głośności na maksimum. Jakże Hema mogła dać matce do zrozumienia, że cały ten obraz, po dodaniu do siebie wszystkich szczegółów, wcale nie wydawał jej się brzydki, lecz osobliwie piękny?
Pomimo widocznej wysypki na wierzchu dłoni - tak naprawdę było to oparzenie - jego palce wydawały się zmysłowe. Przyczyną wysypki był wiekowy aparat rentgenowski firmy Kelley-Koett. Na samą myśl o "Koocie", jak przezwano urządzenie, w Hemie burzyła się krew. W roku 1909 cesarz Menelik, usłyszawszy, że krzesło elektryczne wydatnie pomoże mu pozbyć się wrogów państwa, sprowadził ów wynalazek do Etiopii. Kiedy zorientował się, że do działania maszyna potrzebuje prądu, zrezygnował z jej morderczej funkcji i zaczął używać jej jako tronu. Podobny los spotkał aparat Kelley-Koett: urządzenie przybyło do Etiopii w latach trzydziestych dwudziestego wieku przywiezione przez amerykańskich misyjnych zapaleńców, którzy wkrótce zrozumieli, że chociaż elektryczność, owszem, jest dostępna w Addis Abebie, to niestety tylko sporadycznie, a napięcie w gniazdku nie potrafi sprostać wymaganiom kapryśnej bestii. Gdy misja zlikwidowała swoją placówkę, cenny, wciąż nierozpakowany aparat po prostu zostawiono. Ponieważ w Missing brakowało aparatu rentgenowskiego, Ghosh złożył urządzenie i dostosował je do transformatora.
Nikt poza Ghoshem nie ośmielał się tknąć Koota. Z gigantycznego prostownika biegł zwój przewodów do lampy rentgenowskiej osadzonej na szynie i mogącej przesuwać się w każdym kierunku. Ghosh manipulował przełącznikami napięcia i tarczami, aż w końcu między dwoma mosiężnymi przewodnikami przeskakiwała iskra. Na jednym ze sparaliżowanych pacjentów ta wybuchowa iluminacja zrobiła takie wrażenie, że zeskoczył z noszy i uciekł - Ghosh nazwał to "metodą leczenia Sturm und Drang". To on był strażnikiem Koota, jego mechanikiem i opiekunem, tak skutecznym, że trzy dekady po upadku firmy, która aparat wyprodukowała, nadal nadawał się do użytku. Dzięki niemu Ghosh mógł obejrzeć tańczące w piersi serce albo precyzyjnie wskazać, gdzie znajduje się otwór w płucu chorego. Przesunąwszy ekran niżej, wydawał werdykt, czy guz nacieka jelita, czy przylega do śledziony. We wczesnym okresie pracy z aparatem nie przejmował się zbytnio rękawiczkami z ołowianym wkładem ani też ołowianym fartuchem, skoro już o tym mowa. Skóra na jego ciekawskich dłoniach zapłaciła za to widoczną cenę.
Hema spróbowała wyobrazić sobie Ghosha opowiadającego o niej swojej rodzinie: "Ma dwadzieścia dziewięć lat. Tak, chodziliśmy razem do Szkoły Medycznej w Madrasie, chociaż jest o kilka lat ode mnie młodsza. Nie wiem, dlaczego nigdy nie wyszła za mąż. Poznałem ją, dopiero gdy zostaliśmy stażystami na oddziale zakaźnym. Jest położną. Braminka. Tak, z Madrasu. Emigrantka. Od ośmiu lat mieszka i pracuje w Etiopii". Oto etykietki, które charakteryzowały Hemę, jednocześnie niewiele wyjaśniając i właściwie nic o niej nie mówiąc. "Przeszłość zaciera się za podróżującym", pomyślała.
W samolocie Hema zamknęła oczy i wyobraziła sobie siebie jako uczennicę z dwoma kucykami, w długiej białej spódnicy i białej bluzce pod purpurowym półsari. Wszystkie dziewczęta chodzące do Mrs. Hood Secondary School w Mylapore musiały nosić takie półsari, które tworzył prostokątny kawałek materiału zawinięty jeden raz wokół spódnicy i upięty na ramieniu. Nie znosiła tego stroju, ponieważ nie czuła się w nim ani dzieckiem, ani dorosłą, tylko taką półkobietą. Wszystkie nauczycielki nosiły pełne sari, natomiast czcigodna dyrektorka, Mrs. Hood, preferowała spódnice. Kiedy Hema protestowała, ojciec pouczał ją: "Czyżbyś nie wiedziała, ile masz szczęścia, że możesz chodzić do szkoły, w której dyrektorką jest Brytyjka? Czy wiesz, że setki dziewcząt próbowały dostać się do tej szkoły, oferując dziesięciokrotnie więcej, niż wynosi czesne, ale Miz-Iz-Ood nie zgodziła się ich przyjąć? Na jej szkołę należy zasłużyć. Wolałabyś chodzić do zwykłej madraskiej szkoły publicznej?".
I tak Hema każdego dnia wkładała znienawidzony mundurek i szła do szkoły, mając wrażenie, że jest półnaga, i czując się, jakby zaprzedawała w ten sposób część swojej duszy.
Velu, syn sąsiada, który kiedyś był jej najlepszym przyjacielem, ale w wieku dziesięciu lat raptem stał się nieznośnym chłopakiem, lubił siadać na murku oddzielającym posesje i naigrawać się z niej:
Panieneczki Miz-Iz-Ood, parlez-vous?
Panieneczki Miz-Iz-Ood, parlez-vous?
Panieneczki Miz-Iz-Ood,
To jeszcze nie kobiety,
To dopiero byłby cud.
Inky Pinky, parlez-vous!
Ignorowała go. Velu, którego ciemna skóra kontrastowała z jej jasną karnacją, powiedział kiedyś:
- Jesteś taka dumna, że jesteś jasna. Słuchaj no, małpy wbiją zęby w twoje słodkie ciało, bo pomyślą, że jesteś owocem chlebowca!
Miała dopiero jedenaście lat i pomniejszał ją jeszcze imponujący rower marki Raleigh, na którym jechała do szkoły, ale zatrzymała się, żeby poprzerzucać się złośliwościami z Velu. Niosła książki upchnięte do sanji z frędzlami. Pasek od torby biegł dokładnie między piersiami. Z jej postawy i sposobu, w jaki miarowo naciskała na pedały roweru, dało się wyczytać nieustępliwość.
Rower, kiedyś porażająco wysoki i niebezpieczny, wkrótce skurczył się pod nią. Po obydwu stronach paska sanji zakwitły piersi, a pomiędzy nogami wyrosły włosy. (Jeżeli to o to chodziło Velu, gdy śpiewał, że jeszcze nie jest kobietą, to miała wreszcie dowód, że się mylił). Była pilną uczennicą, kapitanem drużyny netballowej, osobą odpowiedzialną za pilnowanie porządku w szkole, a także wykazywała talent do bharatanatjam, w lot zapamiętując i powtarzając najbardziej skomplikowane układy tego klasycznego tańca hinduskiego, nawet jeśli zobaczyła je tylko raz.
Nie czuła się ani zobligowana, by iść z tłumem, ani też niespecjalnie potrzebowała się z tłumu alienować. Kiedy przyjaciółka wyznała jej, że zawsze wygląda na zagniewaną, była zaskoczona i nawet trochę podekscytowana, że pozory mogą aż tak mylić. W szkole medycznej (teraz już chodziła w pełnym sari i jeździła autobusem) jej cechy wzmocniły się - nie gniew, lecz niezależność i poczucie marnowania talentu. Niektórzy uznawali ją za arogancką. Innych przyciągała jak prorok akolitów, dopóki się nie przekonali, że wcale nie szuka wyznawców. Mężczyźni wymagali od swoich przyjaciółek elastyczności, a ona nie potrafiła się zdobyć na udawanie nieśmiałości i dziewczęcości, aby im sprawiać przyjemność. Pary, które ściskały się w bibliotece za półkami z wielkimi atlasami anatomicznymi i szeptały sobie do uszu słowa miłości, śmieszyły ją.
Nie miałam czasu na takie głupoty. Lecz miała go pod dostatkiem na szmirowate powieścidła, których akcja rozgrywała się w zamkach i wiejskich domkach i których bohaterki nosiły imiona w rodzaju Bernadette. Fantazjowała o szykownych mężczyznach z Chillingforest, Lockingwood i Knottypine. Na tym polegał jej problem w tamtych czasach: marzyła o miłości wspanialszej niż ta, na którą natykała się w bibliotecznych alejkach. Przepełniała ją także niesprecyzowana ambicja, która nie miała nic wspólnego z miłością. Czego konkretnie pragnęła? To była ambicja, przez którą nie szukała tego, co wszyscy, i nie ścigała się z innymi.
Gdy będąc uczennicą w Szkole Medycznej w Madrasie, Hema zorientowała się, że podziwia swojego profesora terapeutyki (jedynego Hindusa w szkole, w której nawet u progu niepodległości Indii większość grona profesorskiego stanowili Brytyjczycy), kiedy odkryła, że porusza ją jego człowieczeństwo, jego opanowanie przedmiotu (Przyznaj się, Hema: zabujałaś się!), kiedy przyłapała się na snuciu marzeń o tym, że zostanie jego zastępczynią, i gdy okazało się, że spodobał mu się ten pomysł, z rozmysłem podążyła inną drogą. Nikomu nie miała ochoty dawać takiej władzy nad sobą. Porzuciła więc jego specjalizację, medycynę wewnętrzną, i wybrała położnictwo i ginekologię. O ile dziedzina profesora nie znała ograniczeń i wymagała szerokiej wiedzy, która obejmowała zarówno schorzenia serca, jak i chorobę Heine-Medina, a także tysiące innych dolegliwości, ona wybrała skończoną dziedzinę z mechaniczną częścią składową, czyli operacjami, choć i tych był ograniczony repertuar: cesarskie cięcie, histerektomia, wypadnięcie narządów.
Odkryła w sobie talent do manualnego położnictwa, stając się ekspertem w orzekaniu ułożenia dziecka w miednicy. Lubiła to, czego inni położnicy się obawiali. Potrafiła z zamkniętymi oczami odróżnić kleszcze lewe od prawych, a następnie użyć ich choćby po omacku. Oczami wyobraźni wizualizowała sobie geometrię splotu miednicznego pacjentki, dopasowywała ją do krzywizny główki dziecka, wsuwała narzędzie do środka, umieszczała w odpowiedniej pozycji i pewnym ruchem wyciągała dziecko.
Pojechała za ocean pod wpływem kaprysu, ale rozstanie z Madrasem złamało jej serce. Nadal bywały wieczory, gdy płakała, wyobrażając sobie rodziców, którzy wynoszą krzesła przed dom i czekają na morską bryzę nieodmiennie pojawiającą się o zmierzchu nawet w najgorętsze, najbardziej bezwietrzne dni. Wyjechała, ponieważ ginekologia - przynajmniej w Madrasie - pozostawała domeną mężczyzn, a także, choć Indie były na progu uzyskania niepodległości, domeną Brytyjczyków. Hema nie miała najmniejszych szans na uzyskanie przydziału do państwowej kliniki. Cieszyła się, chociaż jednocześnie wydawało jej się to dziwne, że zarówno ona sama, jak i Ghosh, Stone i siostra Mary Joseph Praise w pewnym momencie swojego życia uczyli się lub pracowali w Głównym Szpitalu Rządowym w Madrasie. Tysiąc pięćset łóżek i dwa razy tyle pacjentów pod nimi i między nimi - takie to było miasto. To tam siostra Mary Joseph Praise pracowała i była dobrze zapowiadającą się nowicjuszką i stażystką; niewykluczone, że mijały się na korytarzu. Niesamowite, że nawet Thomas Stone przez krótki czas pracował w Głównym Szpitalu Rządowym; raczej nie mogli się spotkać z Hemą, ponieważ oddział położniczy stanowił zamkniętą część szpitala, a doktor Stone nie miał tam żadnego interesu.
Zostawiła za sobą Madras i jego system kastowy i wyjechała daleko, tam gdzie słowo "bramin" nic nie znaczyło. Pracując w Etiopii, starała się odwiedzać rodzinne strony raz na trzy, cztery lata. Teraz właśnie wracała z drugiej takiej wizyty. Siedziała w ogłuszającym ryku samolotu, patrzyła przez okienko i łapała się na tym, że rozpamiętuje wybory, na jakie zdecydowała się w życiu. W ciągu ostatnich paru lat prawie udało jej się zdefiniować tę pozbawioną nazwy ambicję, która pchała ją do przodu: za wszelką cenę uniknąć życia potulnej owieczki.
Kiedy pierwszy raz przyjechała do Missing, to miejsce wydało jej się znajome, przypominało Główny Szpital Rządowy w Indiach, tyle że na znacznie mniejszą skalę: ludzie czekający w kolejce, rodziny koczujące pod drzewami i wyczekujące z nieskończoną cierpliwością ludzi, którym nie pozostało nic innego, jak tylko czekać. Już od pierwszego dnia wpadła w wir zajęć. Nie wzbraniała się przed tym, a nawet w głębi duszy lubiła kryzysowe sytuacje, chwile, w których serce podchodziło jej do gardła, kiedy liczyła się każda sekunda, gdy życie matki wisiało na włosku lub też dziecko uwięzione w łonie, pozbawione tlenu, wymagało heroicznej akcji ratunkowej. W takich chwilach Hema nie miewała egzystencjalnych wątpliwości. Życie nabierało ostrości i sensu akurat wtedy, gdy nie zastanawiała się nad jego znaczeniem. Matka, żona, córka - raptem nie liczyło się, kim jest pacjentka, po prostu istotą ludzką w niebezpieczeństwie. Taka sytuacja redukowała Hemę do poziomu narzędzia niezbędnego do wykonania zabiegu.
Ostatnio czuła wszakże potężny rozdźwięk między swoją afrykańską praktyką a awangardą naukowej medycyny uosabianą przez Anglię i Amerykę. C. Walton Lillehei z Minneapolis w tym roku zainicjował nową epokę w kardiochirurgii, znajdując sposób na pompowanie krwi przy niepracującym sercu. Opracowano szczepionkę na chorobę Heine-Medina, która jednak nie zdążyła jeszcze dotrzeć do Afryki. Na Harvardzie w Massachusetts doktor Joseph Murray dokonał pierwszej udanej transplantacji nerki między rodzeństwem. Na zdjęciu w magazynie "Time" wyglądał na zupełnie zwyczajnego i bezpretensjonalnego. Fotografia zdumiała Hemę i uświadomiła jej, że odkrycia i tego typu sukcesy znajdują się w zasięgu każdego lekarza - również w jej zasięgu.
Zawsze lubiła historię o Pasteurze odkrywającym drobnoustroje albo opowieści o Listerze eksperymentującym z odkażaniem. Każdy hinduski uczeń marzył, by być kimś takim jak sir C.V. Raman, którego nieskomplikowane doświadczenia ze światłem doprowadziły w końcu do Nagrody Nobla. Co z tego, skoro mieszkała w państwie, które niewielu ludzi potrafiło zlokalizować na mapie ("Róg Afryki, w górnej jej części, na wschodnim wybrzeżu - ta część, która wygląda jak głowa nosorożca i wskazuje Indie", wyjaśniała), a jeszcze mniej wiedziało o cesarzu Hajle Syllasje; nawet jeśli pamiętali, że w 1935 roku wybrano go człowiekiem roku według magazynu "Time", to zapomnieli nazwę kraju, którego praw bronił na zgromadzeniu Ligi Narodów.
Gdyby ją zapytać, Hema odpowiedziałaby:
- Tak, robię to, co zamierzałam robić; jestem zadowolona.
Lecz cóż innego miała rzec? Kiedy czytała "Surgery, Gynecology & Obstetrics" (każdy numer miesięcznika przypływał do niej statkiem wiele tygodni po ukazaniu się, pomięty i poplamiony, w brązowej kopercie), opisywane tam innowacje brzmiały dla niej jak wytwór wyobraźni pisarza. Były fascynujące, ale sprowadzały ją na ziemię, ponieważ wszystko, o czym czytała w magazynie, było już przeszłością. Przekonywała samą siebie, że jej praca, jej afrykańska misja, w jakiś sposób łączy się z postępem, o którym pisano w czasopiśmie. Ale w głębi serca wiedziała, że jest inaczej.
Nowy dźwięk. Drapanie i stukanie drewna o metal. Ogon samolotu zajmowały dwie ogromne drewniane skrzynie i kilka stosów mniejszych sześciennych skrzynek na herbatę okolonych blaszaną taśmą z napisem LONGLEITH ESTATES, S. INDIA. Siatka rozpięta na przypominających szkielet rozpórkach nie pozwalała co prawda piramidzie zwalić się na pasażerów, ale skrzynie mogły się w miarę swobodnie przesuwać, gdy maszyna się przechylała. Hema i pozostałe siedzące na ławeczkach osoby trzymały nogi na starych wypchanych workach jutowych. Na podłodze i srebrnym kadłubie samolotu widniały wypłowiałe, naniesione szablonem oznakowania wojskowe. W tym samym miejscu siedzieli kiedyś żołnierze z amerykańskich oddziałów w północnej Afryce i zastanawiali się nad własnym losem. Niewykluczone, że sam Patton leciał tym samolotem. Albo może maszyna była pozostałością po francuskich koloniach w Somalii i Dżibuti. Wydawało się, że przewożenie pasażerów było późniejszym dodatkiem do przedsięwzięć tej nowej linii lotniczej, która dysponowała używanymi samolotami i wiekowymi pilotami. Hema widziała, jak pilot kłóci się z kimś zażarcie przez radio, gestykuluje, potem słucha drugiej strony i znowu wybucha. Pasażerowie siedzący bliżej kokpitu marszczyli brwi.
Hema kolejny raz wyciągnęła szyję, żeby przekonać się, czy uda jej się zobaczyć skrzynię z jej grundigiem, ale nic z tego. Za każdym razem, gdy pomyślała o swoim ekstrawaganckim zakupie, czuła wyrzuty sumienia. Lecz dzięki niemu - radiogramofonowi, w który postanowiła zainwestować - noc, którą spędziła w Adenie, stała się bardziej znośna. Aden był miastem wybudowanym na drzemiącym wulkanie, piekłem na ziemi, ale przynajmniej stanowił strefę bezcłową. Ach tak, kiedyś mieszkał tam Rimbaud - i nigdy więcej nie napisał już ani jednego wiersza.
Wymyśliła sobie, gdzie postawi grundiga w swoim pokoju. Absolutnie musi się dla niego znaleźć miejsce pod oprawionym, czarno-białym zdjęciem Gandhiego przędącego bawełnę. Będzie musiała znaleźć dla Mahatmy cichszą lokalizację.
Wyobraziła sobie Ghosha sączącego swoją brandy, Matronę, Thomasa Stone'a i siostrę Mary Joseph Praise pijących sherry lub kawę. Nagle Ghosh zrywa się na nogi, słysząc powalające pierwsze akordy Take the 'A' Train płynące z grundiga. Po nich następuje nieoczekiwana zuchwała melodia, jakiej zupełnie byś się nie spodziewał. Ale te akordy na otwarcie... jakże zapadły jej w pamięć. I jak bardzo im się opierała! Nie cierpiała snobizmu Hindusów, którzy zachwycali się tylko tym, co obce. Słyszała akordy we śnie i łapała się na tym, że nuci je pod nosem podczas mycia. Towarzyszyły jej również teraz, w samolocie. Kilka dziwnych dysonansowych nut złożonych w jedną całość, poszukujących rozwiązania. Jakimś sposobem udało im się uchwycić ducha Ameryki i nauki, i wszystkiego tego, co w Ameryce odważne, krzykliwe i śmiałe (a przynajmniej takie, jakie sobie w Ameryce wyobrażała). Dźwięki wypływające z czaszki czarnego człowieka, którego nazwisko brzmiało Billy Strayhorn. Stray... horn11!
Ghosh zapoznał ją z jazzem i Take the 'A' Train.
- Poczekaj... Patrz! Widzisz? - powiedział, gdy pierwszy raz usłyszała melodię i kiedy już wybrzmiały początkowe akordy. - Musisz się uśmiechnąć. Nie ma siły!
Miał rację, bo melodia była chwytliwa i optymistyczna - Hema zaś miała szczęście, że to właśnie przez tę kompozycję poznała zachodnią muzykę. Zaczęła myśleć o niej jak o swojej piosence, swoim odkryciu, i irytowało ją, że usłyszała ją dzięki Ghoshowi. Roześmiała się, gdy dopadła ją osobliwa myśl, że im bardziej chce nie lubić Ghosha, tym większą czuje do niego sympatię.
W tej samej chwili, gdy przyszło jej to do głowy, gdy wybiegła naprzód ku swojemu powrotowi do Addis Abeby... raptem zaczęła wzywać imię Śiwy, ponieważ samolot, wysłużony DC-3, godny zaufania wielbłąd przestworzy, zatrząsł się, jak gdyby otrzymał śmiertelny cios.
Wyjrzała przez okno. Śmigło po jej stronie zatrzymało się, a z masywnej osłony silnika zaczęły się wydobywać kłęby dymu.
Maszyna przechyliła się na prawe skrzydło. Hema nagle uświadomiła sobie, że przywiera policzkiem do szyby. Pasażerowie wokół niej krzyczeli. Po podłodze kabiny potoczył się termos, rozlewając po drodze herbatę. Hema sięgnęła dłonią do uchwytu, ale w tej samej chwili samolot wyrównał lot i przez moment wydawało się, że dosłownie zawisł w powietrzu, aby w następnej sekundzie gwałtownie zacząć tracić wysokość. Nie, samolot nie traci po prostu wysokości, poprawił ją wzburzony żołądek - on spada. Grawitacja wyciągnęła macki i obłapiła lśniące, srebrne cygaro ze skrzydłami. Grawitacja zwiastowała wodowanie, a mówiąc precyzyjniej - ponieważ maszyna miała przecież koła, a nie pływaki - roztrzaskanie się o powierzchnię wody. Pilot krzyczał coś, ale w jego głosie nie było paniki, tylko wściekłość. Hema nie miała czasu pomyśleć, jak dziwnie to brzmiało.
Wiele lat później, gdy spoglądała wstecz na tę chwilę swojej przemiany, gdy patrzyła na nią na zimno, bez emocji ("Wyciągnijcie z historii wszystko, co się da! Kiedy dokładnie i jak dokładnie to się zaczęło? Początek to podstawa! Sednem diagnozy jest anamnesis!", mawiał jej profesor), rozumiała, że transformacja zabrała tak naprawdę wiele miesięcy. Jednakże dopiero spadając z nieba nad Bab al-Mandab, uświadomiła sobie, że zmiana się dopełniła.
* * *
Mały hinduski chłopiec spadł jej na piersi. Był synem jedynej keralskiej pary na pokładzie - nauczycieli z Etiopii, bez wątpienia, poznała to na pierwszy rzut oka. Dzieciak o iksowatych nogach, pięcio-, może sześcioletni, w za dużych szortach, ściskał w dłoni samolocik i od początku lotu nie wypuszczał go z rąk, jak gdyby zabawka nie była z drewna, lecz ze złota. Stopa chłopca utkwiła między dwoma jutowymi workami, a kiedy maszyna wyrównała lot, malec upadł prosto na Hemę.
Przytrzymała go. Jego zaskoczony wzrok płynnie przeszedł w spojrzenie pełne strachu i bólu. Hema zauważyła skrzywienie goleni - kość, jak zielona gałązka, była zbyt młoda, by całkiem się złamać. Zwróciła na to uwagę, chociaż jej ciało rejestrowało fakt, że samolot gwałtownie opada, szybko tracąc wysokość.
Młody Ormianin, Bogu niech będą dzięki za jego zaradność, doczołgał się do chłopca i uwolnił jego nogę. To niesamowite, ale Ormianin się uśmiechał. Próbował jej coś powiedzieć, zapewne w jakiś sposób ją pocieszyć. Była zszokowana, widząc osobę bardziej opanowaną od siebie w kabinie pełnej krzyczących pasażerów - krzyki oczywiście tylko pogarszały sytuację.
Podniosła chłopca i posadziła sobie na kolanach. Jej myśli były jednocześnie - o ile to możliwe - klarowne i bezładne. Noga się wyprostowuje, ale niewątpliwie kość jest pęknięta. Samolot leci w dół. Zatrzymała zaszokowanych rodziców dziecka wyciągniętą dłonią jak policjant, a chwilę później tą samą dłonią zasłoniła usta łkającej matce. Poczuła znajomy spokój opanowujący ją w kryzysowej sytuacji, ale równocześnie zdała sobie sprawę z jego fałszywości, ponieważ tym razem to jej życie wisiało na włosku.
- Niech zostanie ze mną - powiedziała, zdejmując dłoń z ust kobiety. - Proszę mi zaufać, jestem lekarzem.
- Tak, wiemy - odparł ojciec chłopca.
Usiedli obok niej na ławce. Chłopiec nie płakał, jedynie pojękiwał. Jego twarz zrobiła się blada - był w szoku - przytulił się do niej, przyciskając policzek do jej piersi.
"Proszę mi zaufać, jestem lekarzem". Pomyślała, jaką byłoby ironią, gdyby te słowa okazały się jej ostatnimi.
Białe grzywy fal za oknem zbliżały się z coraz większą prędkością i nie wyglądały już jak delikatna koronka na błękitnym materiale. Hemlatha zawsze zakładała, że będzie miała do dyspozycji wiele lat na to, by zgłębić sens życia. Teraz uświadomiła sobie, że pozostało jej zaledwie kilka sekund. Właśnie wtedy doznała objawienia.
Pochylając się nad rannym dzieckiem, zdała sobie sprawę, że tragedia śmierci polega na pozostawieniu za sobą tak wielu niedokończonych spraw. Zawstydziła się, że to proste spostrzeżenie umykało jej tyle lat. "Uczyń ze swojego życia coś pięknego". Czy to nie w myśl tego nakazu żyła siostra Mary Joseph Praise? Tymczasem ona, Hema - która przyjęła na ten świat niezliczoną rzeszę małych ludzi, która odrzuciła wizję małżeństwa, jakiego oczekiwali po niej rodzice, która uważała, że na świecie jest zbyt dużo dzieci i nie ma sensu powiększać tej liczby - po raz pierwszy zrozumiała, że urodzenie dziecka jest sposobem na oszukanie śmierci. Dziecko jest niczym stopa wetknięta między drzwi a framugę niepozwalająca ich zamknąć, jak przebłysk nadziei, że po śmierci będzie dokąd wrócić, choćby człowiek odrodził się w ciele psa, myszy albo pchły, która żyje na ciele człowieka. Jeśli - w co wierzą Matrona i siostra Mary Joseph Praise - istnieje wskrzeszenie, wówczas dziecko może być pewne, że jego rodzice przebudzą się ze śmiertelnego snu. Oczywiście pod warunkiem, że to dziecko nie zginie w katastrofie samolotu.
"Uczynić z życia coś pięknego" - ten łkający chłopczyk z błyszczącymi oczami i długimi rzęsami, zbyt dużą głową i niesfornymi kosmykami włosów pachnących jak sierść szczeniaka... on był najpiękniejszą rzeczą, jaką można zrobić w życiu.
Pozostali pasażerowie byli równie przerażeni jak ona. Jedynie Ormianin kręcił głową i uśmiechał się, jakby chciał powiedzieć: "To nie tak, jak myślisz".
"Co za kretyn", pomyślała Hema.
Drugi Ormianin, starszy, być może ojciec tego młodszego, siedział niewzruszony, wpatrując się przed siebie. Kiedy wchodzili na pokład, starszy mężczyzna wyglądał na wyjątkowo posępnego człowieka i teraz jego nastrój nie zmienił się ani na lepsze, ani na gorsze. Hema zauważyła ze zdziwieniem, że w takiej chwili potrafi zwracać uwagę na mało istotne szczegóły - przecież zamiast rozkładać czyjś wyraz twarzy na czynniki pierwsze, powinna przygotować się na nieuchronne uderzenie.
Gdy morze pędziło na spotkanie samolotu, Hema myślała o Ghoshu. Z zaskoczeniem poczuła, jak zalewa ją fala ciepłych uczuć do tego mężczyzny, jak gdyby to on miał za moment zginąć w katastrofie, jak gdyby to jego przygoda z medycyną i jego beztroskie dni miały się skończyć, a wraz z nim na zawsze miała przepaść szansa na osiągnięcie celu, którego pragnął ponad wszystko: poślubienia Hemy.
Doktorze Stone, pana pacjentka - powtórzyła Matrona, zwalniając stołek ustawiony między nogami siostry Mary Joseph Praise. Ujrzawszy jego minę, pomyślała, że lekarz zaraz czymś w nią rzuci.
Thomasowi Stone'owi zdarzało się ciskać instrumentami, ale nigdy w obecności Matrony. Przypadki, by siostra Mary Joseph Praise wręczyła mu niewłaściwe narzędzie, były niezwykle rzadkie, ale od czasu do czasu bywało, że kleszcze nie zwolniły zacisku albo nożyczki Metzenbauma nie były wystarczająco ostre. Stone miał swoją tarczę strzelniczą, którą był punkt na ścianie sali operacyjnej numer trzy, tuż nad włącznikiem światła i niebezpiecznie blisko oszklonej gabloty na instrumenty.
Nikt nie brał tych jego wybuchów osobiście - nikt poza siostrą Mary Joseph Praise, która wyglądała na strapioną, chociaż przed umieszczeniem narzędzi w autoklawie wszystkie je gruntownie sprawdzała. Matrona twierdziła, że ciskanie narzędziami ma swoje dobre strony.
- Podaj mu od czasu do czasu kleszcze bez ząbków - powiedziała kiedyś siostrze Mary Joseph Praise. - W przeciwnym razie będzie się w nim zbierało, aż zacznie z niego wypływać uszami i będziemy tu miały niezły problem.
Tynk nad włącznikiem światła był upstrzony śladami w kształcie gwiazdek, jak gdyby w tym miejscu eksplodowała petarda. Zagłębienie w ścianie pojawiało się w ułamku sekundy po tym, jak słowo ZUPEŁNIE, i zaraz przed tym, jak słowo BEZUŻYTECZNE!, opuszczały jego usta. Bardzo rzadko Stone kierował swój gniew na siostrę Asqual, anestezjolożkę, jeśli pacjent był zbyt lekko uśpiony lub kiedy otrzymał zbyt mało kurary. Gdy badał wówczas ręką jamę brzuszną pacjenta, mięśnie zaciskały się nagle jak imadło wokół jego nadgarstka. Nieraz zdarzało się, że pacjent, któremu podano eter, budził się przerażony, słysząc grzmiący głos chirurga:
- Jak mi go zaraz nie zwiotczysz, będę potrzebował kilofa!
Lecz teraz, patrząc na poszarzałe usta siostry Mary Joseph Praise, słuchając jej płytkiego oddechu, widząc jej błędny wzrok, obserwując nieustające krwawienie i w końcu uświadamiając sobie, że Matrona właśnie przekazała mu inicjatywę, Stone oniemiał. Doświadczył poczucia bezradności, które z pewnością często staje się udziałem rodzin pacjentów, i ani trochę mu się to nie podobało. Usta zaczęły mu się trząść i naraz zawstydził się, że wszystkie uczucia są widoczne na jego wilgotnej twarzy. Ale silnie odczuwał strach i zdumiewający paraliż myśli, który powiększał jego wstyd.
Kiedy wreszcie się odezwał, przemówił łamiącym się głosem:
- Gdzie jest Hemlatha? Dlaczego jeszcze nie wróciła? Potrzebujemy jej - co było aktem niezwykłej u niego pokory.
Podniósł rękę i dziecięcym gestem przetarł oczy. Matrona przyglądała mu się z niedowierzaniem: wycofał się, zamiast zasiąść na miejscu, które dla niego zwolniła. Stone podszedł do ściany, na której widoczne były ślady jego gniewu. Uderzył czołem w tynkowaną powierzchnię, nacierając na nią jak kozica. Nogi się pod nim ugięły. Uczepił się szklanej gabloty. Matrona poczuła się zobligowana do mruknięcia pod nosem: "Zupełnie bezużyteczne" na wypadek, gdyby jego agresja miała jakieś znaczenie, żeby broń Boże nie zawiodła przez brak towarzyszącej jej mantry.
Prawda wyglądała tak, że Stone mógł przeprowadzić cesarskie cięcie, ale dziwnym trafem - jak na chirurga pracującego w tropikach - była to jedna z niewielu operacji, jakich do tej pory nie wykonywał. "Zobaczyć, wykonać, nauczyć" - brzmiał tytuł jednego z rozdziałów w jego podręczniku Skuteczny chirurg: krótki kurs operowania w tropikach. Tym wszakże, o czym jego czytelnicy nie wiedzieli, a o czym ja dowiedziałem się dopiero wiele lat później, było to, że Stone miał awersję do wszystkiego, co wiązało się z ginekologią (nie wspominając o położnictwie). Niechęć miała swoje źródło w ostatnim roku jego medycznych studiów, kiedy to zrobił coś niesłychanego: kupił sobie zwłoki, by móc doskonalić się w anatomii, którą do tej pory poznawał, pracując na pierwszym roku na uczelnianym trupie. Męski okaz z przytułku dla ubogich, którym zajmowali się studenci pierwszego roku, był już naprawdę sfatygowanym i wyschniętym egzemplarzem, miał upiorne mięśnie i ścięgna, jak gdyby od zawsze służył w salach operacyjnych edynburskiej szkoły medycznej. Stone musiał dzielić się ciałem z pięciorgiem innych studentów. Zwłoki, które zakupił na ostatnim roku, były z punktu widzenia studenta medycyny nie lada kąskiem: dobrze odżywioną kobietą w średnim wieku, typem pracownicy fabryki linoleum w Fife. Dysekcja dłoni w wykonaniu Stone'a okazała się zabiegiem tak eleganckim (odsłonił jedynie pochewkę ścięgna środkowego palca, w przypadku palca serdecznego poszedł zaś o krok dalej i przeciął pochewkę, by ukazać ścięgna flexor sublimis przypominające z biegnącym między nimi profundus most wiszący), że profesor anatomii postanowił zachować tę dłoń, by móc ją później prezentować studentom pierwszego roku. Thomas Stone mozolił się nad zwłokami przez wiele tygodni, spędzając z trupem kobiety więcej czasu niż z jakimkolwiek innym osobnikiem płci żeńskiej, żywym lub martwym, z wyjątkiem własnej matki. Zajmował się nią ze swobodą i lekkością, osiągnął płynność wynikającą z dogłębnej znajomości jej ciała. Z jednej strony rozciął jej policzek aż do ucha, odciągając płat skóry i mocując go do głowy, żeby odsłonić śliniankę przyuszną i nerwy twarzowe, których odgałęzienia układały się we wzór gęsiej stopy, stąd zresztą ich nazwa: pes anserinus. Po drugiej stronie twarzy usunął tkankę podskórną i tłuszczową, chcąc pokazać niezliczone mięśnie mimiczne, których wspólny wysiłek odpowiadał za wyrażanie smutku i szczęścia kobiety, jak również wszystkich uczuć pomiędzy tymi dwoma. Stone nie myślał o niej jak o osobie. Była dla niego po prostu zabalsamowanym ucieleśnieniem wiedzy. Każdego wieczora wkładał mięśnie na miejsce i zasłaniał je płatami skóry wiszącymi na wąskich paskach, a potem nakrywał ciało nasączonymi w formalinie szmatami. Czasami, zwłaszcza kiedy otulał ją gumową płachtą i wsuwał pod nią jej luźne końce, przywodziło mu to na myśl matczyny rytuał przygotowywania go do snu. Wtedy, gdy wracał do swojego pokoju, jego poczucie samotności stawało się jeszcze bardziej dojmujące.
Tego dnia, gdy usunął kobiecie jelita, żeby odsłonić aortę i nerki, ujrzał jej macicę. Nie wyglądała jak ułożona w misie miednicy pomarszczona torebka, którą się spodziewał zobaczyć, lecz wystawała poza obręb miednicy. Kilka dni później zabrał się do samej miednicy, przeszedłszy do kolejnego rozdziału w podręczniku dysekcji Cunning-hama. Nie mógł się nadziwić genialności podręcznika, który, prowadząc studenta krok po kroku, odsłaniał tajniki ludzkiego ciała warstwa po warstwie. Cunningham zalecał pionowe cięcie przez przednią część macicy, w którego następstwie chirurg miał delikatnie otworzyć organ. Stone postąpił według wskazówek i kiedy rozchylił macicę, ze środka wypadł płód. Miał główkę niewiele większą od winogrona, mocno zaciśnięte powieki i podkurczone kończyny - jak jakiś owad. Dyndał na pępowinie niczym ohydny talizman zawieszony u pasa łowcy głów. Stone widział całkowicie zniszczoną szyjkę macicy kobiety, czarną, strawioną infekcją lub gangreną. Formalina zakonserwowała tragedię.
Ledwo zdążył dobiec do zlewu, gdy obiad podszedł mu do gardła. Czuł się zdradzony, jak gdyby ktoś go szpiegował. Przez cały ten czas wyobrażał sobie, że jest z nią sam na sam. Nie był w stanie pracować dalej. Nie potrafił nawet na nią spojrzeć, nie mówiąc o owinięciu jej z powrotem szmatami. Następnego dnia poprosił zdziwionego pracownika instytutu, żeby pozbył się za niego zwłok, chociaż nie dokończył dysekcji miednicy i nawet nie tknął kończyn dolnych. Thomas Stone miał dość.
W szpitalu Missing, dzięki Hemie, Stone nigdy nie musiał zapuszczać się na rubieże kobiecych narządów rozrodczych - zrzekł się prawa do nich na rzecz Hemy (a nie miał w zwyczaju z czegokolwiek rezygnować).
Poza salą operacyjną Stone i Hemlatha zachowywali się wobec siebie uprzejmie, po koleżeńsku, może nawet odnosili się do siebie przyjaźnie. Cóż, w Missing rezydowała zaledwie trójka lekarzy - Stone, Hema i Ghosh - i nie byłoby dobrze, gdyby nie potrafili się ze sobą porozumieć. Lecz w sali operacyjnej numer trzy Hema i Stone uwielbiali się nawzajem prowokować. Hema operowała precyzyjnie i uważnie (i jak uważała Matrona, była żywym dowodem, że więcej kobiet powinno zostawać chirurgami). Czasem Matronie wydawało się, że łapie Hemlathę na tym, jak przyjmując pacjenta w przychodni, najpierw go słucha, a dopiero potem myśli, nie robi zaś tych dwóch rzeczy naraz. Hema była typem chirurga, który założy cztery szwy tam, gdzie inni obejdą się trzema. Zawsze zostawała przy pacjencie w sali operacyjnej, dopóki ten nie obudził się z narkozy. Jej pole operacyjne zawsze było zadbane i uporządkowane jak podczas zajęć ze studentami: precyzyjnie identyfikowała struktury narażone na atak choroby i zabezpieczała je, starannie opanowywała krwawienie. Matronie pole operacyjne Hemy wydawało się nieruchome, a zarazem żywe, jak na obrazie Tycjana albo da Vinciego.
- Chirurg nie wie, gdzie jest - chętnie mawiała Hema - jeśli nie wie, gdzie już był.
Dla Stone'a zaś liczył się minimalny kontakt z tkanką, on nie dbał o estetykę pracy chirurga.
- Hema, jeśli chcesz, żeby cięcia ładnie wyglądały, krój zwłoki - powiedział jej kiedyś.
- Stone, jeśli chcesz krwi, zatrudnij się jako rzeźnik - odparła.
Doświadczenie i praktyka Stone'a w zakresie sztuki chirurgicznej były tak wielkie, że jego dziewięć palców potrafiło znaleźć drogę w krwawej otchłani pozbawionej widocznych dla postronnego obserwatora drogowskazów; jego ruchy były oszczędne i precyzyjne, a rezultaty wyjątkowe.
W tych rzadkich chwilach, gdy na stole operacyjnym kładziono kobietę ze świeżym błotem na stopach i ciągnącą się aż po miednicę raną zadaną przez byka albo kiedy wnoszono panienkę z baru ze zlokalizowaną w okolicach macicy raną postrzałową lub kłutą, Hemlatha i Stone brali się do niej wspólnie, dobierając się do jej brzucha w duecie, narzekając jedno na drugie, stukając się głowami i czasami uderzając się po rękach uchwytem kleszczy. Matrona twierdziła, że notowała, który z jej chirurgów przy ostatniej wspólnej operacji stał po prawej stronie, i pilnowała, by się zamieniali. Podczas gdy Hemlatha pieczołowicie robiła nacięcie na macicy lub cerowała pęcherz, Stone, któremu słoń nadepnął na ucho, nie przejmował się niczym i, okrutnie fałszując, gwizdał God Save the Queen, co doprowadzało Hemę do wściekłości. Jeżeli to Stone pierwszy przystępował do pracy, Hemlatha rozwodziła się o słynnych chirurgach z przeszłości: Cooperze, Halstedzie, Cushingu12, i perorowała, jaka to szkoda, że chirurdzy pracujący w tropikach nie wykazują dowodów istnienia tej wspaniałej medycznej spuścizny.
Stone nie wierzył w całą tę chwalebną otoczkę operacji.
- Operacja to operacja - mawiał i dla zasady nie gloryfikował neurochirurgów i nie patrzył z góry na pediatrów. "Dobry chirurg potrzebuje odwagi, do której absolutnie niezbędne jest posiadanie pary jaj", stwierdził nawet w rękopisie swojego podręcznika, doskonale zdając sobie sprawę, że angielski wydawca usunie ten fragment, i równocześ-nie czerpiąc niewysłowioną przyjemność z przeniesienia tej myśli na papier. W słowach przelewanych na karty podręcznika Stone odnalazł elokwencję, siłę i waleczność - cechy, których brakowało mu, gdy posługiwał się mową.
- Odwaga? Coś tam napisał o odwadze? - zapytała Hema. - Czy ryzykujesz własnym życiem?
Technicznie rzecz biorąc, cesarskie cięcie leżało w zasięgu możliwości Stone'a. Lecz tamtego pamiętnego dnia sama myśl, że mógłby podnieść skalpel na siostrę Mary Joseph Praise - swoją asystentkę, najbardziej zaufaną powierniczkę, maszynistkę, muzę, kobietę, którą, jak w końcu zrozumiał, kochał - sparaliżowała go. Zakonnica była w fatalnym stanie, miała bladą twarz i lepką skórę, a jej tętno było tak słabe, że Stone obawiał się, iż cokolwiek by zrobił, wyśle ją na tamten świat. Gdyby to była obca kobieta, wówczas zapewne nie zawahałby się przed operacją. "Lekarz, który leczy samego siebie, ma głupca za pacjenta", brzmiało powiedzenie, które dobrze znał. Lecz co z lekarzem, który ma przeprowadzić nieznaną mu operację na ukochanej osobie? Czy na taką sytuację też istniało jakieś porzekadło?
Kiedy jego podręcznik został opublikowany, Stone coraz częściej łapał się na tym, że cytuje samego siebie, jak gdyby wydrukowane słowa miały większą zasadność niż myśli, które (będąc niewypowiedzianymi) do druku nie trafiły. Napisał: "Lekarz, który leczy samego siebie, ma głupca za pacjenta, ale istnieją okoliczności, w których nie ma innego wyjścia...". Opowiedział następnie historię amputacji własnego palca, jak podał sobie w prawy łokieć znieczulenie miejscowe, a potem, przy "pomocy" siostry Mary Joseph Praise, wykonał nacięcie - lewą ręką, podczas gdy dłonie siostry Mary Joseph Praise zastąpiły mu rękę prawą. Gdy obserwował ją podczas przecinania kości, dotarło do niego, że gdyby tylko zechciała, mogłaby robić o wiele więcej niż tylko mu asystować. To dzięki tej anegdocie - a także umieszczonemu na frontyspisie zdjęciu, na którym trzyma ułożone w piramidę palce, wszystkie dziewięć, na wysokości brody - książka sprzedawała się tak świetnie. Na księgarskich półkach leżało tak wiele podręczników chirurgii, że powodzenie Skutecznego chirurga (albo Krótkiego kursu - pod takim tytułem książka ukazała się w kilku krajach) nie przestawało go zadziwiać. Choć podręcznik traktował o chirurgii w krajach tropikalnych, większość egzemplarzy sprzedała się poza tropikami. Być może chodziło o jej nietypowość, jej uszczypliwy ton i często niezamierzony dosadny humor. Stone pisał wyłącznie o własnych doświadczeniach lub przytaczał ostrożną interpretację doświadczeń innych lekarzy. Czytelnicy wyobrażali go sobie jako rewolucjonistę, lecz takiego, który operuje biednych, a nie propaguje reformę rolną. Studenci pisali do niego pełne uwielbienia listy, a kiedy sumienne odpowiedzi (ręką siostry Mary Joseph Praise) nie epatowały egzaltowanym, intymnym tonem, podobnym do tonu ich listów, dąsali się.
Ilustracje w podręczniku (wszystkie wykonane i opisane przez siostrę Mary Joseph Praise) miały w sobie szlachetną prostotę i sprawiały wrażenie naszkicowanych na serwetce; autor nie przejmował się dbaniem o perspektywę i odpowiednie proporcje, chodziło mu po prostu o wyraźne przedstawienie pewnych zagadnień. Książkę przetłumaczono na portugalski, hiszpański i francuski.
"Śmiałe operacje w afrykańskim buszu" - oto jakim hasłem wydrukowanym na tylnej okładce polecał książkę wydawca. Czytelnik, osoba zwykle niewiedząca zbyt wiele o Czarnym Lądzie, dopowiadała sobie resztę i oczami wyobraźni widziała Stone'a w namiocie, w którym jedynym źródłem światła jest trzymana przez Hotentota lampa naftowa, a na zewnątrz przechadzają się stada słoni, podczas gdy dobry doktor cytuje Cycerona i beztrosko wykrawa kawałek swojego ciała z taką samą łatwością, z jaką usuwałby pacjentowi kamienie. Tym, czego ani czytelnik, ani Stone nie chcieli zaakceptować, był fakt, że amputacja części własnego ciała była czynem zarówno zarozumiałym, jak i heroicznym.
* * *
- Doktorze Stone, pana pacjentka! - zawołała Matrona po raz trzeci.
Stone zajął zwolnione przez nią miejsce między nogami siostry Mary Joseph Praise, chociaż, zobaczywszy jego reakcję, Matrona jakby zmieniła zdanie i niechętnie zgodziła się, by usiadł na stołku. Nie była to korzystna pozycja, nie był do niej przyzwyczajony, a przynajmniej nieczęsto miał z nią do czynienia w przypadku kobiety. Jeśli chodzi o mężczyzn, czasem siadał w tym miejscu, żeby opróżnić ropień odbytniczy albo podwiązać i wyciąć hemoroidy, lub zoperować przetokę okołoodbytniczą. Był chirurgiem, który bardzo rzadko siedział podczas operacji.
Kiedy Stone niezdarnie rozchylił wargi sromowe siostry Mary Joseph Praise, ze środka wypłynęła krew. Poprawił lampę, a potem pochylił się, żeby zajrzeć do kanału rodnego.
Próbował przypomnieć sobie ze studiów "regułę cytrusów". Jak to szło? Limonka, cytryna, pomarańcza i grejpfrut odpowiadają czterem, sześciu, ośmiu i dziesięciu centymetrom rozwarcia szyjki macicy. A może dwóm, czterem, sześciu i ośmiu? Czy nie było w tej regule jeszcze winogrona i śliwki?
Zbladł na widok szyjki macicy siostry Mary Joseph Praise: wyszła poza fazę grejpfruta i wkroczyła w fazę melona. W środku, jakby na dnie krwawej studni, znajdowała się główka dziecka, a wokół niej spłaszczone tkanki. W mokrych czarnych włosach porastających czaszkę dziecka odbijało się światło lamp.
W tym momencie Stone poczuł, że jego dotąd uśpiona część obudziła się do życia.
Jeżeli istniała łączność między nim a biednym, uwięzionym w ciele siostry Mary Joseph Praise dzieckiem, było to coś, czego Stone nie dostrzegł. Widok czaszki dziecka wstrząsnął nim. Złość napędzała strach - złość, która miała swoją własną przewrotną przyczynę: Cóż to za bezczelność, że ten mały najeźdźca naraża na niebezpieczeństwo życie Mary! Jak gdyby odnalazł zwłoki ryjącego w ciele Mary kreta i jedynym sposobem na przyniesienie ulgi zakonnicy było pozbycie się intruza. Widok błyszczącego skalpu nie wywołał w Thomasie Stonie czułości, lecz jedynie wzbudził w nim odrazę. I podsunął pomysł.
"Znajdź wroga i pokonaj go", brzmiało jedno z jego powiedzeń. Oto znalazł przeciwnika.
- Flatus (gazy), fluids (płyny), feces (stolec), foreign bodies (obce ciała) i fetus (płód) czują się lepiej poza organizmem niż w nim - powiedział na głos, jakby sformułował tę złotą myśl przed chwilą. W swojej książce nazwał ją "Five-F rule" - zasadą pięciu F. Podjął straszną decyzję: lepiej wywiercić dziurę w czaszce tego kreta - przestał myśleć o nim jak o dziecku - niż eksperymentować na siostrze Mary Joseph Praise, robiąc jej cesarskie cięcie, operację, z którą nie był obeznany i która, jak sądził, zabiłaby osłabioną zakonnicę. Wróg Stone'a był mniej płodem, a bardziej obcym ciałem, rakiem toczącym organizm Mary. Stworzenie bez wątpienia nie żyło. Zamierzał wbić się w tę czaszkę, opróżnić jej zawartość, skruszyć, tak jak kruszy się kamienie w pęcherzu, a potem wyciągnąć sflaczałą, zakleszczoną w miednicy głowę. Jeśli zajdzie taka potrzeba, przetnie mu nożycami obojczyk, a żebra potraktuje skalpelem; złapie, potnie, pokroi i zgniecie każdą część płodu, która blokuje poród, ponieważ jedynie wyciągając "to" na zewnątrz, ulży cierpieniu Mary i zatrzyma krwawienie. Tak, tak - lepiej na zewnątrz niż w środku.
To była racjonalna decyzja mieszcząca się w granicach jego irracjonalnej logiki. "Zrobić coś złego, by zrobić coś dobrego", jak powiedziałaby siostra Mary Joseph Praise.
Ku zaskoczeniu i przerażeniu Matrony mężczyzna, który usiadł między nogami siostry Mary Joseph Praise, w niczym nie przypominał ich żarliwego, nieśmiałego i wyjątkowo kompetentnego Thomasa Stone'a. To nie był ten sam Thomas Stone, członek Królewskiego Kolegium Chirurgów, autor Skutecznego chirurga. Jego miejsce zajął zdesperowany, rozwścieczony facet, dla którego litery FRCS13 oznaczały raczej (doktor Ghosh twierdził, że w istocie tak było) farting round the country-side - opieprzanie się po wiosce.
Ożywiony Stone, pochłonięty poczuciem misji, oparł Praktyczne położnictwo Munro Kerra o wydatny brzuch siostry Mary Joseph Praise i otworzył podręcznik jak książkę kucharską.
- Do diabła, Hemlatha, aleś sobie wybrała cholerną porę na wy-jazd - powiedział na głos, czując powracającą śmiałość.
Dwa bluźnierstwa, zauważyła Matrona.
- Proszę się liczyć ze słowami - mruknęła pod nosem.
Zbadała sobie puls, ponieważ mimo zaufania, jakie pokładała w Panu, denerwowała się migotaniem przedsionków, które jak nieproszony gość pojawiło się u niej rok wcześniej. Teraz jej serce pędziło jak oszalałe i czuła, że za chwilę zemdleje.
Dziwne instrumenty, o które prosił Stone, a które Matrona wynajdywała w starej gablotce z zapasowymi narzędziami, odmawiały w jego dłoniach posłuszeństwa.
- Gdzie, do diabła, podziewa się Ghosh? - krzyknął.
Ghosh często przychodził Hemie z pomocą przy aborcjach i podwiązywaniu jajowodów, a poza tym - jako spec od wszystkiego - miał więcej doświadczenia z kobiecymi narządami rodnymi niż Stone. Matrona raz jeszcze wysłała posłańca do bungalowu Ghosha, bardziej po to, by udobruchać Stone'a, niż wierząc, że chłopak przyprowadzi lekarza ze sobą. Zrobiłaby lepiej, gdyby wysłała służącą, żeby popytała o banya doktora w barze Blue Nile lub w jego okolicy. Ale nawet Ghosh na rauszu powiedziałby Stone'owi, że to, co zamierza zrobić, wcale nie jest działaniem praktycznego chirurga, lecz idiotycznym pomysłem, i że jego decyzja jest błędna, a logika nielogiczna. Matrona czuła, że ciąża i poród są poniekąd jej winą, że przesądził brak uwagi z jej strony. Widząc wypływające z ciała siostry Mary Joseph Praise potoki krwi, ona również założyła, że dziecko od dawna już nie żyje. Gdyby choć przez chwilę pomyślała, że jest żywe (nie miała pojęcia, że urodzą się bliźniaki), powstrzymałaby Stone'a.
Stone przekrzywiał głowę to w jedną, to w drugą stronę, usiłując dopasować wizerunki instrumentów w książce Kerra - nożyce Smellego, kranioklast Brauna, hak Jardine'a - do narzędzi, które ważył w dłoni. Instrumenty, którymi dysponował, były dalekimi kuzynami tych przedstawionych w podręczniku, ale wszystko wskazywało na to, że zaprojektowano je do tego samego ohydnego celu.
Kleszczami Jacobsa złapał owalną główkę mojego brata.
- Widzę cię tam, ty kreaturo! Niech cię szlag trafi za torturowanie Mary - wymamrotał do siebie.
Potem, używając nożyc, przeciął skórę między kleszczami i dał intruzowi posmakować bólu.
Kolejnym krokiem było założenie miażdżu na główkę. Ten osobliwy średniowieczny instrument składał się z trzech oddzielnych części. Środkową stanowił szpikulec, który miał za zadanie wbić się głęboko w mózg, robiąc przy tym sporych rozmiarów otwór w czaszce. Towarzyszyły mu dwie przypominające kleszcze konstrukcje, które służyły do objęcia czaszki. Kiedy wszystkie trzy elementy znajdowały się na swoim miejscu, zaskakiwały odpowiednie zapadki i chirurg otrzymywał rączkę z wygodnymi zagłębieniami na palce. W ten sposób można było jednocześnie utrzymywać czaszkę w stałej pozycji, tak by się nie wyślizgnęła, i zgniatać ją. Czas pozbyć się intruza.
Na sali operacyjnej panował chłód, ale pot spływający po czole Stone'a kapał mu do oczu i wsiąkał w maseczkę.
Stone pracował nad wprowadzeniem szpikulca w główkę dziecka.
(Dziecko, mój brat Shiva przez osiem miesięcy bezpiecznie schowany w matczynym łonie i wciąż odczuwający ból po nacięciu nożycami, wydało z siebie krzyk. Szpikulec ześlizgnął się z jego czaszki, a ja wciągnąłem go do kryjówki).
Stone stwierdził, że będzie mu łatwiej, jeśli wpierw użyje pozostałych części aparatu składających się na miażdż, a dopiero potem, przyciągnąwszy główkę bliżej, tak by znalazła się w jego zasięgu, wprowadzi szpikulec do czaszki. Jego ruchy były niezgrabne i ograniczone ciasnotą miejsca. Matronę przeszedł dreszcz, gdy uświadomiła sobie, że Stone mógł poranić siostrę Mary Joseph Praise, a także uszkodzić dziecko, któremu nałożył narzędzie na główkę i przyciągnął bliżej wyjścia - przynajmniej tak mu się wydawało.
Matrona prawie zemdlała.
Obowiązkiem pielęgniarki jest asystować lekarzowi i uprzedzać jego żądania - czy nie tego uczyła swoje stażystki? Okazało się, że wszystko poszło nie tak, zupełnie nie tak; teraz nie wiedziała, jak go powstrzymać. Żałowała, że w ogóle odszukała te stare narzędzia, które wynalazł mający ludzkie odruchy położnik z myślą o najbardziej potrzebujących matkach, a nie o zdesperowanych lekarzach. Głupiec z narzędziem w ręku nadal pozostaje tylko głupcem. Instrumenty, które Stone obracał w dłoni, kierowały jego ruchami i myślały za niego. Matrona wiedziała, że nie może z tego wyjść nic dobrego.
W ostatniej chwili, gdy doktor Hemlatha pomyślała, że mog-łaby schować głowę między kolana, szykując się na uderzenie samolotu o powierzchnię wody, zobaczyła, że ocean nagle ustępuje wyschniętemu buszowi.
Zanim umysł przetrawił tę nową informację, maszyna podeszła do lądowania, pędząc nad połyskującym asfaltem. Samolot z piskiem wypuścił podwozie, poruszył ogonem i parę chwil później, wytraciwszy prędkość, potoczył się po pasie lotniska niczym pies spuszczony ze smyczy.
Ulga pasażerów szybko przeszła w zdumienie i zawstydzenie, ponieważ nawet najmniej wierzący zdążyli podczas spadania wznieść modły z prośbą o boską interwencję.
Samolot zatrzymał się, ale pilot nie przerwał kłótni z wieżą. Zapalił papierosa, chociaż tuż po wylądowaniu z wielkim halo włączył lampkę pod napisem ZAKAZ PALENIA.
Chłopiec jęknął, więc Hema kołysała go z wprawą, o jaką by siebie nie podejrzewała.
- Założę ci na nóżkę taki mały, maleńki bandaż, dobrze? Wtedy już nie będzie bolało.
Młody Ormianin wytrzasnął skądś kawałek trzciny i pomógł Hemie skonstruować prymitywną szynę.
Kiedy huk silników umilkł, Hema poczuła, że cisza, która raptem zapadła w samolocie, rozsadza jej bębenki. Pilot rozejrzał się dokoła z uśmieszkiem satysfakcji na twarzy, jak gdyby chciał się przekonać, czy pasażerowie wytrzymali atrakcje lotu. Po namyśle powiedział:
- Robimy postój, żeby zabrać pewien bagaaaż i parę Bardzo Ważnych Osób. Jesteśmy w Dżibuti! - Uśmiechnął się i pokazał wszystkim swoje fatalne uzębienie. - Nie pozwalają mi lądować, chyba że w sytuacji awaryjnej. No to zrobiłem awarię silnika. - Wzruszył ramionami, jak gdyby skromność nie pozwalała mu przyjąć od pasażerów wyrazów najwyższego uznania.
Hemlatha przestraszyła się własnego głosu, który niespodziewanie przeciął świdrującą ciszę.
- Bagaż? Ty cholerny najemniku. Wydaje ci się, że czym jesteśmy? Kozami? Wyłączasz silnik i spadasz z nieba ot tak, żeby zatrzymać się w Dżibuti? Bez ostrzeżenia? Tak po prostu?
Być może powinna być mu wdzięczna, cieszyć się, że żyje, ale w hierarchii jej emocji złość zawsze zajmowała najwyższą pozycję.
- Cholerny? - zareagował pilot, czerwieniąc się. - Cholerny? - powtórzył, gramoląc się z kokpitu. Gdy uwolnił się z pasów, spod jego szortów w stylu safari błysnęły białe kolana.
Stanął przed nią, dysząc z wysiłku. Sprawiał wrażenie bardziej urażonego "cholernym" niż "najemnikiem". Jego pogarda w stosunku do tej Hinduski, która go obraziła, przewyższała złość. Podniósł na nią rękę.
- Zaraz cię wysadzę, bezczelna babo, jak coś ci się nie podoba.
Później upierał się, że podniósł rękę jedynie symbolicznie i wcale nie miał zamiaru jej uderzyć, niech Bóg broni, by on, dżentelmen i Francuz, miał uderzyć kobietę.
Lecz było już za późno, ponieważ Hemlatha poczuła, jak jej kończyny poruszają się bez udziału woli, napędzane wściekłością i oburzeniem. Miała wrażenie, że przygląda się ruchom obcej Hemlathy, której wcześniej nie było. Ta nowa Hemlatha z niedawno odnowioną licencją na życie, która wreszcie odnalazła tego życia cel, podniosła się z miejsca. Wzrostem dorównywała pilotowi. Uniosła okulary i przesunęła je na czoło. Stanęła z mężczyzną oko w oko.
Pilot nie wiedział, co ze sobą zrobić. Spostrzegł, że jest piękną kobietą, a ponieważ miał wysokie mniemanie o swoich umiejętnościach podrywacza, przyszło mu do głowy, czy przypadkiem właśnie nie zaprzepaścił szansy wypicia z nią tego wieczoru kilku drinków w hotelu Ghion. Dopiero teraz zauważył, że ludzie skupili się wokół pojękującego chłopca. I dopiero teraz zdał sobie sprawę z wściekłości jego ojca i z zaciśniętych pięści pozostałych pasażerów, spośród których kilkoro ustawiło się obok Hemy, niewątpliwie gotowych do jej obrony.
"Co za typ", pomyślała Hema, studiując sylwetkę pilota. Całą powierzchnię jego nieosłoniętej skóry pokrywały pajączki naczyniowe. Żółtaczka nadała oczom specyficzny odcień. Bez wątpienia miał powiększoną klatkę piersiową, pozbawione owłosienia pachy, a jego jądra wyschły i z pewnością wyglądały jak orzechy włoskie, a wszystko dlatego, że jego wątroba nie usuwa już estrogenów, które normalnie produkuje organizm mężczyzny. Do tego stęchły zapach jagód jałowca w jego oddechu. "Ach tak - pomyślała Hema, stawiając diagnozę - marskość wątroby. Oto przesiąknięty ginem relikt ery kolonialnej niepotrafiący stawić czoła postkolonialnej Afryce. Jeśli w Indiach ktokolwiek się was boi, to raczej z przyzwyczajenia. Etiopskiego samolotu ta zasada nie dotyczy".
Poczuła, jak zalewa ją fala wściekłości skierowanej nie tylko ku temu człowiekowi, ale w ogóle ku wszystkim mężczyznom, ku każdemu facetowi w Głównym Szpitalu Rządowym w Indiach, który pomiatał nią, uważał, że może ją mieć na każde zawołanie, karał za samo bycie kobietą, zmieniał jej grafik według własnego widzimisię, przenosił ją to tu, to tam, nie bąknąwszy nawet "proszę" ani nie zapytawszy o zdanie.
Jej bliskość, jej wdarcie się w jego nienaruszalną strefę bawana zbiło pilota z tropu. Mimo to nie opuścił podniesionej ręki. Ale teraz, jak gdyby dopiero to zauważył, poruszył dłonią, nie żeby uderzyć Hemę - przynajmniej tak twierdził - ale żeby przekonać się, czy to naprawdę jego ręka, i sprawdzić, czy nadal posłusznie wykonuje polecenia.
Podniesiona ręka była wszakże wystarczająco silną obelgą. Później, kiedy Hema przypominała sobie całe to zajście, czerwieniła się na wspomnienie własnej reakcji.
Jej palce wystrzeliły bowiem z prędkością błyskawicy ku szortom pilota i zatrzymały się na jego jądrach, chwytając je jak kleszczami. Ostatnim bastionem obrony pozostała pilotowi bielizna. Zaskoczyła ją łatwość, z jaką wykonała ten ruch, a także lekkość, z jaką ułożyła kciuk i palec wskazujący tak, by nie zablokować powrózka nasiennego łączącego mosznę z resztą ciała. Po latach uznała, że to, co zrobiła, było uwarunkowane środowiskiem, w jakim przyszło jej żyć: skłonnością grasujących w Afryce Wschodniej shifta - rabusiów - i innych przestępców do obcinania ofiarom jąder. Cóż, jeśli wejdziesz między wrony...
Oczy płonęły jej jak męczennicy za sprawę. Pot zmienił kropkę na czole w wykrzyknik. Miała na sobie bawełniane sari, a ponieważ panował niemiłosierny upał, wcześniej, kiedy posadzono ich w kabinie samolotu, podciągnęła materiał aż nad kolana - do diabła ze skromnością - a teraz, gdy nagle wstała, sari nie wróciło na swoje miejsce, lecz pozostało podwinięte, ukazując jej uda. Poczuła na ustach smak potu, gdy ściskała i kręciła, starając się wzbudzić we Francuzie tyle strachu i bólu, ile on zadał jej.
- Posłuchaj, złotko - powiedziała (stwierdzając niejako przy okazji, że faktycznie nastąpiła u niego atrofia jąder, i próbując wymacać tunica albuginea i tunica coś tam jeszcze, i nasieniowód oczywiście, i to pobrużdżone coś z tyłu, jak to się zwało... najądrze!). Zobaczyła, jak pilot opuszcza bezradnie ramiona, a z jego twarzy odpływa cała krew, jak gdyby Hema odkręciła tam na dole jakiś kurek. Na czoło wystąpiła mu wilgoć niebędąca potem.
- Przynajmniej twoja kiła nie jest w zaawansowanym stadium, bo czujesz ból w jądrach, co?
Jego podniesiona ręka opadła płynnie w dół, po czym z wahaniem i niemal w troskliwym geście spoczęła na przedramieniu Hemy, błagając ją w ten sposób, by nie zwiększała siły uścisku. W samolocie zapadła grobowa cisza.
- Słuchasz mnie teraz? - odezwała się Hemlatha (przeszło jej przez myśl, że wolałaby nie poznawać w ten sposób anatomii mężczyzny). - Czy teraz porozmawiamy jak równi sobie?... Moje życie jest w twoich rękach, a twoje klejnoty rodowe spoczywają w mojej dłoni. Uważasz, że możesz pogrywać sobie z ludźmi i ich strachem? Przez twoje popisy ten chłopiec ma złamaną nogę.
Odwróciła głowę w stronę pozostałych pasażerów i nie spuszczając oka z twarzy Francuza, zapytała:
- Czy ktoś ma ostry nóż? Albo żyletkę?
Szelest, jaki usłyszała, mógł mieć coś wspólnego z reakcją mięśni dźwigaczy jąder wszystkich obecnych na pokładzie mężczyzn, które odruchowo skurczyły się i pospiesznie wciągnęły wiszące między nogami fabryki nasienia do bezpiecznej kryjówki.
- Nie mieliśmy pozwolenia... musiałem... - wyrzęził pilot.
- Wyjmij portfel i natychmiast zapłać temu dziecku - rozkazała Hema, która nie wierzyła w skrypty dłużne, a jedynie w siłę gotówki.
Kiedy pilot szperał w portfelu, młody Ormianin wyrwał mu go z rąk i podał ojcu rannego chłopca.
Jeden z Jemeńczyków, odzyskawszy w końcu głos, wyrzucił z siebie potok przekleństw, machając pilotowi palcem przed nosem.
Hema powiedziała:
- A teraz zwrócisz temu chłopcu i jego rodzicom koszt biletów. Potem wystartujesz, i to szybko... Jeśli tego nie zrobisz, nie tylko zostaniesz eunuchem, ale osobiście napiszę petycję do cesarza, żeby załatwił, byś nie dostał pracy nawet jako poganiacz wielbłądów, już nie mówiąc o przewożeniu czatu.
Naraz otworzyły się drzwi załadunkowe i dały się słyszeć podniesione głosy kulisów tłoczących się wokół samolotu.
Francuz, którego gałki oczne niemal całkowicie schowały się w oczodołach, skinął głową bez słowa. Zanim Francuzi znaleźli punkt oparcia w Pondicherry, skolonizowali Dżibuti i częściowo Somalię, a nawet zaciekle walczyli z Anglikami w Indiach. Lecz tego parnego popołudnia pewna brązowa dusza, która nigdy już nie będzie tą samą duszą i za którą stali Keralczycy, Ormianie, Grecy i Jemeńczycy, pokazała Francuzom, że jest wolnym człowiekiem.
- I jak tu pozostać przy zdrowych zmysłach w taki upał? - powiedziała Hemlatha, nie zwracając się do nikogo szczególnego. Puściła pilota i powstrzymując się od śmiechu, wyszła z samolotu, żeby umyć ręce.