Powrót do Maple Tree - Alison Sherlock

Kup ebooka

24.00 zł
19.92 zł (24,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

-?"Skręć w lewo tutaj -?oznaj­miła nawi­ga­cja. -?Dotar­łeś do celu".

Lily Wil­son zje­chała z wiej­skiej drogi i gwał­tow­nie naci­snęła hamu­lec. Spoj­rzała przez przed­nią szybę samo­chodu na zamkniętą drew­nianą bramę przed sobą, led­wie widoczną w ulew­nym desz­czu. Naci­snęła przy­cisk, by opu­ścić szybę, i wychy­liła głowę na zewnątrz, po czym wes­tchnęła, wpa­tru­jąc się w roz­le­głe, zaro­śnięte i puste pole za bramą. To z całą pew­no­ścią nie było Maple Tree Lodge. Deszcz spły­wał jej po twa­rzy, więc szybko z powro­tem pod­nio­sła szybę. Lily zer­k­nęła na ekran Google Maps w swoim tele­fo­nie komór­ko­wym. Ale jej tele­fon w ogóle nie miał zasięgu i wciąż mu się wyda­wało, że znaj­duje się w małej wio­sce Cran­ley, przez którą prze­jeż­dżała dzie­sięć minut wcze­śniej.

Wyłą­czyła więc ekran nawi­ga­cji i ruszyła dalej, mając nadzieję, że ślepy traf pomoże jej odna­leźć hotel. Prze­łą­czyła wycie­raczki na naj­wyż­sze obroty, ale na dro­dze przed sobą wciąż pra­wie nic nie widziała -?tak inten­sywna była ulewa. Był koniec wrze­śnia, a jesień nad­cho­dziła z wyjąt­kowo mokrą pompą. Musiała spoj­rzeć praw­dzie w oczy. W to desz­czowe piąt­kowe popo­łu­dnie była cał­ko­wi­cie i bez­na­dziej­nie zagu­biona pośrodku angiel­skiej wsi. A wokół nie było ani jed­nej osoby, którą mogłaby zapy­tać o drogę. Czuła się tak, jakby wszech­świat wysy­łał jej wyraźny sygnał. Zgu­bi­łaś się i leje jak z cebra. Na pewno nie chcesz zawró­cić i wró­cić do domu, do Lon­dynu? Pokrę­ciła głową na tę myśl, mówiąc sobie, że były trzy powody, dla któ­rych nie powinna rezy­gno­wać z tej podróży, mimo że wszystko zda­wało się dzia­łać prze­ciwko niej.

Po pierw­sze, jej obecny dom nie był tak naprawdę miej­scem, do któ­rego chcia­łaby wra­cać o jakiej­kol­wiek porze dnia czy nocy. Od sze­ściu mie­sięcy wynaj­mo­wała mały dwu­oso­bowy pokój we współ­dzie­lo­nym domu na Wim­ble­do­nie i było to o ponad pięć mie­sięcy za długo, by miesz­kać z trójką obcych, któ­rzy byli jej obec­nymi współ­lo­ka­to­rami. Mię­dzy tym, jak Wayne każ­dego popo­łu­dnia włą­czał swoją dud­niącą muzykę i nie wyłą­czał jej aż do pół­nocy, Moirą twier­dzącą, że wcale nie "poży­cza" kosme­ty­ków Lily za każ­dym razem, gdy wycho­dziła, oraz Jaso­nem z jego podej­rzaną plan­ta­cją roślin na stry­chu, Lily nie mogła się docze­kać wypro­wadzki, ponie­waż umowa najmu dobie­gała końca w następ­nym tygo­dniu.

Przez ostat­nią dekadę miesz­kała w róż­nych ponu­rych miej­scach w sto­licy i każde z nich wyda­wało się gor­sze od poprzed­niego. Kon­tra­sto­wało to wyraź­nie z ele­ganc­kimi, luk­su­so­wymi rezy­den­cjami, w któ­rych dora­stała. Lily uro­dziła się w Anglii, ale rodzina nie pozo­stała w kraju zbyt długo i wyje­chała, gdy miała zale­d­wie dwa lata. Jej ojciec był dyplo­matą i odkąd tylko się­gała pamię­cią, mniej wię­cej co dwa lata prze­pro­wa­dzali się z kraju do kraju, wysy­łani tam, gdzie w danym cza­sie posta­no­wił ich skie­ro­wać aktu­alny rząd. Jej matka była nauczy­cielką języka angiel­skiego i dzięki temu w więk­szo­ści przy­pad­ków mogła kon­ty­nu­ować pracę w każ­dym nowym kraju, jed­no­cze­śnie wspie­ra­jąc męża.

Lily spę­dziła całe dzie­ciń­stwo, zaczy­na­jąc co roku lub co dwa lata nową szkołę w innym kraju, a cza­sem nawet na innym kon­ty­nen­cie. Ledwo miała czas, by nawią­zać przy­jaź­nie, zanim musiała wyje­chać i zaczy­nać wszystko od nowa. Było to nie­zwy­kle desta­bi­li­zu­jące.

Z bie­giem lat Lily zaczęła powstrzy­my­wać się od zawie­ra­nia przy­jaźni, przy­zwy­cza­ja­jąc się do poczu­cia, że nic ni­gdy nie jest trwałe, bo wszystko -?nie­uchron­nie -?się zmie­niało: szkoły, przy­ja­ciele i domy. W rezul­ta­cie, jako jedy­naczka, przez więk­szość czasu miała jedy­nie rodzi­ców za towa­rzy­stwo, a poczu­cie samot­no­ści ni­gdy tak naprawdę nie znik­nęło.

W wieku dwu­na­stu lat została wysłana do szkoły z inter­na­tem w Anglii i znie­na­wi­dziła ją od chwili przy­jazdu. Nie­mal od samego początku bła­gała rodzi­ców, by pozwo­lili jej do nich wró­cić, lecz odmó­wili, mówiąc, że z cza­sem będzie lepiej. Ale nie było. Poczu­cie braku akcep­ta­cji wśród zży­tych grup dziew­cząt tylko pogłę­biało jej samot­ność i poczu­cie odrzu­ce­nia. Dla­tego Lily zamknęła się w sobie, uzna­jąc, że nikogo nie potrze­buje. Że sama jest sil­niej­sza i że w ten spo­sób życie będzie łatwiej­sze.

Kiedy pod­czas waka­cji szkol­nych odwie­dzała rodzi­ców, zda­wali się nie dostrze­gać, jak wiele traci, nie mając przy­ja­ciół, zachę­ca­jąc ją jedy­nie do sku­pie­nia się na nauce, aby jej wła­sna kariera była rów­nie impo­nu­jąca jak ich. Ale Lily ni­gdy nie była szcze­gól­nie ambitna. Wła­ści­wie cza­sami miała wra­że­nie, że jedyne, co odzie­dzi­czyła po rodzi­cach, to gęste rude włosy i zie­lone oczy matki. Zawsze pra­gnęła jedy­nie uwagi ze strony rodzi­ców, lecz przy ich napię­tym kalen­da­rzu towa­rzy­skim nie mieli dla niej zbyt wiele czasu. Jed­nak jej bystry umysł spra­wiał, że wyniki egza­mi­nów zawsze były zado­wa­la­jące i ich cie­szyły.

W jedne święta Bożego Naro­dze­nia, gdy była jesz­cze dziec­kiem, rodzice poda­ro­wali jej domek dla lalek. Nie był zbyt duży, miał tylko dwa pię­tra, ale Lily go uwiel­biała. Dla niej sym­bo­li­zo­wał stały dom -?jedyną rzecz, o któ­rej zawsze marzyła.

W wieku dzie­się­ciu lat była już za duża na zabawę lal­kami, ale puste pomiesz­cze­nia obu­dziły w niej coś innego. Wciąż je od nowa urzą­dzała, eks­pe­ry­men­tu­jąc z róż­nymi sty­lami i pomy­słami dla każ­dego pokoju, eks­cy­tu­jąc się, gdy poja­wiał się nowy pomysł na kolejny pro­jekt. Od tam­tej chwili wie­działa, że chce zostać pro­jektantką wnętrz, mimo zastrze­żeń rodzi­ców. Chcieli, by poszła w ślady ojca, mówiąc, że to bar­dziej sta­bilna kariera, ale Lily pod­jęła już decy­zję.

Po ukoń­cze­niu col­lege'u stu­dio­wała pro­jek­to­wa­nie gra­ficzne i tek­stylne, a następ­nie prze­pro­wa­dziła się do Lon­dynu, by roz­po­cząć prak­tykę w pro­jek­to­wa­niu wnętrz.

Zda­wała sobie sprawę, że rodzice są roz­cza­ro­wani jej wybo­rem kariery. Wie­dzieli, jak nie­wiele zara­biała mie­sięcz­nie jako prak­ty­kantka, ale jej twór­cza natura była zbyt silna, by mogła się jej oprzeć. Odrzu­cała wszel­kie pro­po­zy­cje finan­so­wej pomocy z ich strony, zde­ter­mi­no­wana, by udo­wod­nić, że ich obawy są bez­pod­stawne. Dla­tego pra­co­wała w każdy week­end i brała nad­go­dziny, by wyprze­dzić kon­ku­ren­cję.

Jej celem zawsze było posia­da­nie wła­snej firmy zaj­mu­ją­cej się pro­jek­to­wa­niem wnętrz -?marze­nie, które wciąż pozo­sta­wało nie­uchwytne. Ale musiała je zre­ali­zo­wać. Musiała dopro­wa­dzić do speł­nie­nia tej ambi­cji. Bo wie­działa, że wtedy jej rodzice w końcu zaak­cep­tują jej wybór kariery. Jed­nak ciężka praca spra­wiła, że przed­kła­dała ambi­cję ponad nie­mal wszystko inne, w tym ponad nie­wielką grupę ludzi w jej życiu, któ­rzy zna­czyli dla niej naj­wię­cej. Co było dru­gim powo­dem, dla któ­rego nie mogła zawró­cić samo­chodu, mimo że czuła się coraz bar­dziej zagu­biona w nie­zna­nym kra­jo­bra­zie Cot­swolds.

Kiedy czter­na­ście lat temu przy­je­chała do Lon­dynu, Lily nie znała tam nikogo. Udało jej się wyna­jąć pokój bez wcze­śniej­szego obej­rze­nia go. Ceny wynajmu w Lon­dy­nie były absur­dal­nie wyso­kie, więc jej wybór ogra­ni­czał się do współ­dzie­lo­nego domu w wyjąt­kowo nie­po­żą­da­nej oko­licy. Jed­nak mimo zanie­dba­nego stanu zarówno oko­licy, jak i samego domu, oka­zało się to jedną z naj­lep­szych rze­czy, jakie kie­dy­kol­wiek spo­tkały Lily.

Dom był świeżo wysta­wiony na wyna­jem i przy­cią­gnął trzy inne kobiety w tym samym wieku: Han­nah, Beth i Ellę. Mimo nie­chęci Lily do zbli­ża­nia się do kogo­kol­wiek, w pierw­szych tygo­dniach wspól­nego miesz­ka­nia nie potra­fiła powstrzy­mać się od stop­nio­wego nawią­zy­wa­nia więzi ze współ­lo­ka­tor­kami. Wszyst­kie dopiero co ukoń­czyły col­lege i z zapa­łem roz­po­czy­nały to, co -?miały nadzieję -?będzie dłu­gimi i bły­sko­tli­wymi karie­rami w wybra­nych przez sie­bie dzie­dzi­nach. Han­nah szko­liła się na cukier­niczkę w popu­lar­nej restau­ra­cji na West Endzie, Beth była począt­ku­jącą astro­nomką i dla­tego była zachwy­cona pracą w Kró­lew­skim Obser­wa­to­rium w Gre­en­wich, a Ella była asy­stentką do spraw mediów spo­łecz­no­ścio­wych w Canary Wharf.

Pocho­dząc z róż­nych czę­ści Anglii, wszyst­kie po raz pierw­szy miesz­kały w Lon­dy­nie i po cięż­kim dniu pracy lubiły wycho­dzić wie­czo­rami do barów z winem, a także spę­dzać bar­dziej eko­no­miczne wie­czory w domu, plot­ku­jąc przy pizzy, pod­czas gdy w tle leciały Gotowe na wszystko i Teo­ria wiel­kiego pod­rywu.

Każda z nich miała inną oso­bo­wość i ścieżkę kariery, ale od tam­tej pory nie­zmien­nie pozo­sta­wały naj­lep­szymi przy­ja­ciół­kami. Po tak dłu­gim okre­sie samot­no­ści w swoim życiu Lily natych­miast poczuła się oto­czona ich miło­ścią i przy­jaź­nią. Mimo to ni­gdy tak naprawdę nie otwo­rzyła się przed żadną z nich w pełni, jeśli cho­dzi o swoje naj­skryt­sze uczu­cia. Doświad­cze­nia z inter­natu spra­wiły, że zawsze oba­wiała się odrzu­ce­nia i zra­nie­nia. A jed­nak Han­nah, Beth i Ella stały się jej rodziną, pod­czas gdy jej rodzice zawsze byli tak bar­dzo zdy­stan­so­wani.

Po kilku latach wspól­nego miesz­ka­nia sytu­acja w domu zaczęła się jed­nak zmie­niać. Beth wypro­wa­dziła się jako pierw­sza, otrzy­maw­szy nie­po­wta­rzalną szansę dwu­let­niego stażu nauko­wego w Połu­dnio­wo­afry­kań­skim Obser­wa­to­rium Astro­no­micz­nym. Wkrótce potem Ella prze­nio­sła się do Man­che­steru, by pra­co­wać w start-upie tech­no­lo­gicz­nym. W domu zostały tylko Lily i Han­nah, a dwie nowe współ­lo­ka­torki w żaden spo­sób nie zaskar­biły sobie sym­pa­tii zży­tych przy­ja­ció­łek, więc przez kolejne dwa lata trzy­mały się na ubo­czu, spo­ty­ka­jąc się od czasu do czasu z Beth i Ellą, kiedy tylko było to moż­liwe.

Cztery lata po przy­jeź­dzie do Lon­dynu Lily wciąż była nisko posta­wioną juniorką w fir­mie pro­jek­to­wa­nia wnętrz, nie robiąc żad­nych postę­pów, a Han­nah była zbyt nie­śmiała i pozba­wiona pew­no­ści sie­bie, by wyro­bić sobie nazwi­sko w bez­względ­nym świe­cie gastro­no­mii. Wtedy Han­nah nie­spo­dzie­wa­nie się zako­chała. Lily znie­na­wi­dziła Seana od pierw­szego wej­rze­nia i nie mogła zro­zu­mieć, co Han­nah w nim widzi. Był ponury i zupeł­nie nie­po­dobny do łagod­nej, cie­płej Han­nah. Ale jej przy­ja­ciółka była zauro­czona i gdy Sean zasu­ge­ro­wał, by po kilku mie­sią­cach zamiesz­kali razem, Han­nah bez waha­nia się na to zgo­dziła.

Lily odkryła, że nagle nie jest w sta­nie znieść prze­by­wa­nia w domu, w któ­rym kie­dyś była tak szczę­śliwa ze swo­imi trzema naj­lep­szymi przy­ja­ciół­kami. Szybko więc zło­żyła wypo­wie­dze­nie umowy i się wypro­wa­dziła, od tam­tej pory dzie­ląc miesz­ka­nia i duże apar­ta­menty z innymi ludźmi, ale ni­gdy nie zbli­ża­jąc się do żad­nych nowych współ­lo­ka­to­rów.

Poza swo­imi naj­lep­szymi przy­ja­ciół­kami krąg towa­rzy­ski Lily w ogóle się nie powięk­szył -?tak bar­dzo uni­kała nawią­zy­wa­nia bliż­szych rela­cji z kim­kol­wiek innym. Z powodu swo­jej nie­śmia­ło­ści Han­nah rów­nież nie miała zbyt wielu zna­jo­mych, a Lily miała prze­czu­cie, że jej zwią­zek z Seanem nie jest szcze­gól­nie zdrowy. Oka­zało się, że miała rację, rok póź­niej Han­nah poin­for­mo­wała ją, że roz­stała się z Seanem i na jakiś czas wró­ciła do swo­jej rodziny w Cran­ley. Dzie­sięć lat póź­niej na­dal tam była.

Cztery naj­lep­sze przy­ja­ciółki przez lata na­dal regu­lar­nie się spo­ty­kały. Ostat­nio jed­nak, gdy umie­jęt­no­ści Lily zaczęły w końcu zdo­by­wać uzna­nie, a ona sama zyskała więk­szą odpo­wie­dzial­ność w pracy, zauwa­żyła, że ma coraz mniej czasu. Z powodu gonią­cych ter­mi­nów czę­sto musiała z żalem odwo­ły­wać spo­tka­nia. Wciąż goniła za karierą, bez­u­stan­nie pró­bu­jąc udo­wod­nić rodzi­com, jak bar­dzo się mylili, i spra­wić, by w końcu byli dumni z jej decy­zji o zosta­niu pro­jek­tantką wnętrz. Mimo to przy­ja­ciółki roz­ma­wiały co tydzień i pisały do sie­bie nie­mal codzien­nie. Teraz, po trzy­dzie­stce, ich losy toczyły się w róż­nych kie­run­kach, choć żadna z nich nie zna­la­zła szczę­ścia w życiu uczu­cio­wym. Wszyst­kie miały za sobą różne związki, jed­nak Lily -?mimo kilku chło­pa­ków na prze­strzeni lat - cał­ko­wi­cie zre­zy­gno­wała z rand­ko­wa­nia, aby sku­pić się na karie­rze.

Lily oczy­wi­ście dużo wie­działa o rodzi­nie Han­nah -?przez lata sły­szała o nich mnó­stwo, mimo że ni­gdy ich nie poznała. Jed­nak fakt, że pro­wa­dzili hotel, nie wyda­wał się szcze­gól­nie istotny aż do ich ostat­niej roz­mowy kilka dni wcze­śniej.

-?Teraz wszystko jest zupeł­nie inne, odkąd Ben prze­jął inte­res - powie­działa jej Han­nah. Jej brat prze­jął pro­wa­dze­nie hotelu po tym, jak ich ojciec nie­spo­dzie­wa­nie zmarł sześć mie­sięcy wcze­śniej. -?W całym domu jest potworny bała­gan, bo naj­wy­raź­niej wszystko wymaga odno­wie­nia. W każ­dym razie, kiedy skoń­czą się już te wszyst­kie cięż­kie roboty, trzeba będzie odświe­żyć wnę­trza, więc pod­su­nę­łam mu myśl, że jesteś ide­alną osobą, żeby do nas wpaść i nam w tym pomóc!

Lily wcią­gnęła głę­boko powie­trze.

-?Ja? -?zapy­tała.

-?Oczy­wi­ście! -?odparła Han­nah ze śmie­chem. -?A kto inny? W końcu jesteś tą uta­len­to­waną pro­jek­tantką z tej ele­ganc­kiej firmy!

Zachwyt Lily nie trwał jed­nak długo, gdy prze­łknęła wstyd zwią­zany z tym, że nie była szczera wobec swo­jej naj­lep­szej przy­ja­ciółki. To był trzeci powód, dla któ­rego nie mogła zawró­cić samo­chodu, mimo że wciąż była zagu­biona. Potrze­bo­wała tego zle­ce­nia bar­dziej niż cze­go­kol­wiek wcze­śniej w swoim życiu.

Od samego początku Lily powoli budo­wała swoją karierę, awan­su­jąc od prak­ty­kantki do sta­no­wi­ska juniorki. Wiele poświę­ciła, w tym wła­sne życie oso­bi­ste -?a wła­ści­wie jego brak -?aż w końcu dwa lata temu przy­jęła pracę jako asy­stentka u odno­szą­cego suk­cesy pro­jek­tanta wnętrz w nowo­cze­snym stylu. Hans Hau­ber­mann ucho­dził za geniu­sza i po kilku ostat­nich pre­sti­żo­wych zle­ce­niach od lon­dyń­skiej elity stał się naj­go­ręt­szym nazwi­skiem w świe­cie współ­cze­snego desi­gnu.

Lily była zachwy­cona, że dostała pracę u tak eks­klu­zyw­nego pro­jek­tanta. W końcu jej poświę­ce­nia się opła­ciły. Była już tak bli­sko. Kilka wła­snych zle­ceń i mogłaby wresz­cie pra­co­wać na wła­sny rachu­nek. Nawet jej rodzice byli pod wra­że­niem eks­klu­zyw­nej listy klien­tów Hansa.

Ale ta praca miała wysoką cenę. Pro­jekty Hansa były mini­ma­li­styczne i skraj­nie nowo­cze­sne -?zupeł­nie odmienne od stylu Lily, która zawsze dbała o to, by wnę­trza były cie­płe i przy­tulne. Uznała jed­nak, że warto się poświę­cić, jeśli jego nazwi­sko znaj­dzie się w jej CV.

Ku swo­jemu prze­ra­że­niu szybko odkryła, że Hans jest oszu­stem. Nie miał za grosz talentu. Było to tajem­nicą firmy, że wyko­rzy­sty­wał talent wszyst­kich swo­ich asy­sten­tów i ukry­wał się za ich kre­atyw­no­ścią, przy­pi­su­jąc sobie ich pracę. Lily nie była wyjąt­kiem -?odkryła prawdę dopiero trzy mie­siące wcze­śniej dzięki nie­za­do­wo­lo­nej kole­żance, która wyga­dała się pod­czas swo­jego poże­gnal­nego przy­ję­cia.

To było strasz­nie nie­spra­wie­dliwe. Na początku Hans obie­cy­wał jej tak wiele, w tym, że zrobi z niej part­nerkę w fir­mie pro­jek­to­wej. Oka­zało się jed­nak, że były to te same obiet­nice, które przez lata skła­dał wielu róż­nym pro­jek­tan­tom.

A tydzień temu zrzu­cił na nią praw­dziwą bombę -?wrę­czył jej wypo­wie­dze­nie. Hans twier­dził, że firma prze­cho­dzi reduk­cję eta­tów, ale Lily wie­działa, że tylko ona stra­ciła pracę. Był na tyle sprytny, że roz­wią­zał z nią umowę zale­d­wie kilka dni przed upły­wem dwóch lat pracy, przez co nie przy­słu­gi­wała jej nawet usta­wowa odprawa.

Od chwili natych­mia­sto­wego zwol­nie­nia Lily spę­dziła ostat­nie dni w roz­sypce, pła­cząc w swoim pokoju nad nie­spra­wie­dli­wo­ścią całej sytu­acji. Ale co mogła zro­bić? Nikt by jej nie uwie­rzył, nawet gdyby mogła o wszyst­kim opo­wie­dzieć. Oka­zało się bowiem, że w jej pier­wot­nej umo­wie o pracę znaj­do­wał się zapis zabra­nia­jący ujaw­nia­nia komu­kol­wiek tajem­nic firmy.

Chciała tylko udo­wod­nić, że doko­nała wła­ści­wego wyboru zawo­do­wego, poka­zać rodzi­com, że potrafi sobie pora­dzić sama. Miała umie­jęt­no­ści i doświad­cze­nie. Teraz jed­nak nie miała żad­nych refe­ren­cji, a baza klien­tów, którą zbu­do­wała, prze­pa­dła -?była przy­pi­sana do firmy Hansa.

Wie­działa, że jest wystar­cza­jąco dobra, by pro­wa­dzić wła­sną firmę. Ale od czego zacząć? Potrze­bo­wała tylko odro­biny szczę­ścia.

I wtedy zadzwo­niła do niej kochana Han­nah w spra­wie hotelu -?jakby los dał jej drugą szansę. Han­nah wciąż była prze­ko­nana, że Lily pra­cuje w fir­mie, a Lily nie powie­działa jej prawdy. Wła­ści­wie nie powie­działa jej nikomu -?ani naj­lep­szym przy­ja­ciół­kom, ani rodzi­com, któ­rzy obec­nie miesz­kali w Can­be­rze. Prawda była taka, że po pro­stu się wsty­dziła. Czuła, że ponio­sła klę­skę. Po tylu latach cięż­kiej pracy nie miała abso­lut­nie nic, czym mogłaby się pochwa­lić. Jeśli jed­nak zle­ce­nie dla hotelu wypali, z cza­sem wyjawi przy­ja­cio­łom prawdę -?gdy tylko jej przy­szłość się usta­bi­li­zuje.

Wie­działa jed­nak także, że rodzina Jack­so­nów nie powie­rzy takiego zle­ce­nia komuś bez wspar­cia pro­fe­sjo­nal­nej firmy, dla­tego naj­le­piej było na razie zacho­wać to w tajem­nicy. Lily była prze­świad­czona, że praca przy tak pre­sti­żo­wym pro­jek­cie jak wiej­ski hotel byłaby dla niej ide­alną szansą -?kro­kiem do zało­że­nia wła­snej dzia­łal­no­ści i, miejmy nadzieję, suk­cesu. Gdyby tylko udało jej się zna­leźć ten hotel!

Deszcz już osłabł i wyraź­nie widziała, że jesień odci­ska już swoje piętno na żywo­pło­tach cią­gną­cych się wzdłuż wiej­skiej drogi oraz na odle­głych, zie­lo­nych wzgó­rzach. Ciemna zie­leń kra­jo­brazu mie­niła się teraz pierw­szymi pla­mami bursz­tynu i ochry, zwia­stu­jąc nie­uchronną zmianę pór roku. Był to wyraźny kon­trast w sto­sunku do miej­skich ulic, do któ­rych była przy­zwy­cza­jona, ale dzięki temu widok był jesz­cze przy­jem­niej­szy.

W końcu, dokład­nie w chwili, gdy deszcz ustał, zauwa­żyła na pobo­czu drogi coś, co wyglą­dało na nowiutki znak z napi­sem "Maple Tree Lodge". Z okrzy­kiem ulgi skrę­ciła na wąską ścieżkę i nie­mal natych­miast zna­la­zła się w cie­ni­stym lesie. Od razu zro­biło się znacz­nie ciem­niej, ale gdy poko­nała zakręt, dostrze­gła w oddali migo­czącą mię­dzy drze­wami taflę wody.

Poja­wił się rów­nież frag­ment spo­rego budynku. Han­nah mówiła jej, że to mały hotel, ale był znacz­nie więk­szy, niż Lily się spo­dzie­wała. Poczuła dreszcz eks­cy­ta­cji. Jaki to byłby począ­tek -?mieć ten hotel jako swoje wła­sne zle­ce­nie.

Nie­przy­zwy­cza­jona do pro­wa­dze­nia samo­chodu po tak dłu­gim cza­sie życia w Lon­dy­nie, Lily przez pomyłkę naci­snęła pedał gazu zamiast hamulca i wyna­jęty samo­chód ruszył do przodu tak gwał­tow­nie, że omal nie zde­rzyła się czo­łowo z nad­jeż­dża­ją­cym pojaz­dem, który wła­śnie wyło­nił się zza zakrętu. Aby unik­nąć zde­rze­nia, chwy­ciła kie­row­nicę i gwał­tow­nie skrę­ciła w lewo. Udało się unik­nąć wypadku, ale samo­chód zaczął ostro zjeż­dżać ze skarpy pro­sto w coś, co wyglą­dało na nie­wielki staw.

Sil­nik zgasł i samo­chód w końcu sta­nął w miej­scu. Dziew­czyna poczuła ulgę, mimo że auto z każ­dej strony ota­czała woda. Wzięła głę­boki oddech i spraw­dziła, czy nic jej nie jest. Na szczę­ście miała zapięte pasy, które uchro­niły ją przed czymś gor­szym niż sztyw­ność karku.

Dostrze­ga­jąc ruch w pobliżu, spoj­rzała w stronę dru­giego samo­chodu i zoba­czyła męż­czy­znę wysia­da­ją­cego ze swo­jego pojazdu. Czu­jąc się nieco zakło­po­tana, opu­ściła szybę.

-?Nic ci nie jest?! -?zawo­łała, uświa­da­mia­jąc sobie, że jej głos brzmi nieco ury­wa­nie z powodu szoku.

Prze­cze­sał dło­nią ciemne włosy i wyglą­dał na oszo­ło­mio­nego.

-?Nic mi nie jest. A tobie? -?odkrzyk­nął.

-?W porządku -?odpo­wie­działa, mimo że samo­chód utknął pośrodku stawu.

Nie­zna­jomy wes­tchnął ciężko, po czym spoj­rzał na nią z iry­ta­cją.

-?Gdy­byś pro­wa­dziła jak należy, a nie jak Lewis Hamil­ton, to by do tego nie doszło -?powie­dział.

Zawsty­dzona, już miała odpo­wie­dzieć, gdy zauwa­żyła, że do wnę­trza samo­chodu zaczyna wle­wać się woda przy dol­nej kra­wę­dzi drzwi. Krzy­wiąc się, pchnęła drzwi, chcąc jak naj­szyb­ciej się wydo­stać, zanim auto zato­nie jesz­cze bar­dziej.

-?Zacze­kaj! -?Usły­szała woła­nie męż­czy­zny.

Ale nie była w nastroju, by go słu­chać. Ogar­niała ją panika na widok wdzie­ra­ją­cej się wody i po ode­pchnię­ciu drzwi, które napo­tkały coś na kształt kopca ziemi, Lily wysko­czyła z samo­chodu pro­sto w coś, co wyglą­dało jak bagno.

Jej ulu­bione białe trampki natych­miast zanu­rzyły się w bru­nat­nej mazi, która na szczę­ście się­gała tylko do kostek. Spoj­rzała w dół z nie­do­wie­rza­niem na staw, który zda­wał się być bar­dziej bło­tem niż wodą.

-?Mówi­łem, żebyś zacze­kała! -?zawo­łał męż­czy­zna, idąc w jej stronę.

-?Mogłeś to tro­chę lepiej wyar­ty­ku­ło­wać -?odpo­wie­działa, a jej upo­ko­rze­nie rosło z każdą sekundą.

-?Podam ci rękę -?powie­dział, pod­cho­dząc do brzegu i wycią­ga­jąc do niej ramię.

-?Pora­dzę sobie -?mruk­nęła, odtrą­ca­jąc jego dłoń. Nie była żadną damą w opa­łach. Zakło­po­ta­nie spra­wiło, że zabrzmiała ostrzej niż zwy­kle. -?Nie potrze­buję ratunku!

Wyglą­dał na zasko­czo­nego, cof­nął rękę i oparł się o pobli­skie drzewo.

-?Pro­szę bar­dzo -?powie­dział. -?Jesz­cze dzi­siaj się nie pośmia­łem.

Co jest nie tak z tym face­tem? -?pomy­ślała. Był mniej wię­cej w jej wieku, ubrany swo­bod­nie w dżinsy i swe­ter. Ale jego -?trzeba przy­znać - atrak­cyjna twarz miała teraz wyjąt­kowo zaro­zu­miały wyraz i Lily nie wie­działa dla­czego.

I wtedy zro­zu­miała. Nie mogła ruszyć sto­pami. W ogóle. Pró­bo­wała i pró­bo­wała, aż zro­biła się czer­wona na twa­rzy, ale bez względu na to, jak bar­dzo szar­pała nogami, nie mogła ich uwol­nić. Jakby ugrzę­zły w kleju.

Z jękiem fru­stra­cji, spoj­rzała w końcu nie­chęt­nie, na męż­czy­znę, który stał na brzegu i uśmie­chał się do niej z góry.

-?To przez połą­cze­nie pia­sku i ziemi -?wyja­śnił. -?Two­rzy naj­gor­sze, naj­bar­dziej lep­kie błoto. Drzewa to uwiel­biają. Zatrzy­muje wil­goć i dzięki temu rosną duże i silne.

-?Świet­nie -?mruk­nęła, pró­bu­jąc jesz­cze raz bez­sku­tecz­nie wyrwać nogę. - Szczę­ścia­rze.

-?Więc teraz przyj­miesz moją pomoc? -?zapy­tał.

-?Tak, pro­szę -?odpo­wie­działa cicho.

Wycią­gnął obie ręce, by chwy­cić jej dło­nie. Sple­tli palce, a ona sta­rała się nie czuć jesz­cze więk­szego zaże­no­wa­nia.

-?Gotowa? -?zapy­tał, napi­na­jąc się. -?Na trzy, raz, dwa, trzy...

Na "trzy" szarp­nął ją z całej siły. Ale w tej samej sekun­dzie, gdy dotarło do niej, że w końcu uwol­niła się z błota, zdała sobie rów­nież sprawę -?lecąc wła­śnie w powie­trzu -?że jej stopy są zupeł­nie bose. Trampki zostały z tyłu.

Jed­nak to było nic w porów­na­niu z naj­więk­szym pro­ble­mem, jaki zaprzą­tał jej myśli -?dzięki jego nie­zwy­kle sil­nemu pocią­gnię­ciu została nie tylko wyrwana z błot­ni­stego stawu, ale wprost wyrzu­cona na pierś nie­zna­jo­mego. Sły­sząc jego "uff" przy zde­rze­niu, poczuła, jak impet pcha ją dalej i oboje runęli na zie­mię.

Przez chwilę Lily była oszo­ło­miona. A potem nagle dotarło do niej, że leży bez­po­śred­nio na obcym męż­czyź­nie, pośrodku lasu.

Spoj­rzała w dół na jego twarz i zoba­czyła, że patrzy na nią ciem­nymi, brą­zo­wymi oczami. Przez moment sły­chać było tylko kro­ple wody spa­da­jące z drzew na zie­mię.

W końcu jego przy­stojna twarz roz­ja­śniła się uśmie­chem.

-?Witamy w Maple Tree Lodge -?powie­dział.

Rozdział 2

Ben Jack­son miał kiep­ski dzień, dopóki nie­spo­dzie­wa­nie nie wylą­do­wała na nim prze­piękna rudo­włosa. Szkoda tylko, że patrzyła na niego z gnie­wem, a jej zie­lone oczy znaj­do­wały się zale­d­wie kilka cen­ty­me­trów od jego. No i oczy­wi­ście była zupeł­nie obcą osobą. Co rodziło pyta­nie: kim ona, u licha, była? Wła­śnie miał się przed­sta­wić, gdy nagle pode­rwała się na nogi, pozo­sta­wia­jąc go, by powoli pod­niósł się z leśnej ściółki. Ben potrze­bo­wał dłuż­szej chwili, by spró­bo­wać oswoić się z tym, co się przed momen­tem wyda­rzyło -?a wszystko to roze­grało się prze­cież w mgnie­niu oka.

Minęło zale­d­wie pięć cha­otycz­nych minut od momentu, gdy w gnie­wie opu­ścił hotel. Nawet nie wie­dział, dokąd jedzie -?byle gdzie, byle dalej od hotelu. Byle dalej od Maple Tree Lodge. A jed­nak prze­je­chał zale­d­wie kil­ka­dzie­siąt metrów od hote­lo­wego par­kingu, gdy unik­nął czo­ło­wego zde­rze­nia z innym samo­cho­dem. Spoj­rzał na swoje auto, które na szczę­ście wyszło z tego bez szwanku. Nato­miast drugi samo­chód, wbity w staw, wyglą­dał na kom­plet­nie znisz­czony. Wie­dział więc, że jego upra­gniona ucieczka skoń­czyła się rów­nie szybko, jak się zaczęła. Teraz musiał wró­cić do hotelu i ponow­nie zmie­rzyć się z dziad­kiem, mimo że zale­d­wie chwilę wcze­śniej wyszedł stam­tąd w napa­dzie zło­ści po kolej­nej kłótni. Ben ogrom­nie kochał swo­jego dziadka. Po pro­stu uwa­żał, że na dłuż­szą metę nie dadzą rady dłu­żej miesz­kać pod jed­nym dachem.

Spoj­rzał na nie­zna­jomą i zoba­czył, jak strze­puje z dżin­sów i swe­tra igły sosny oraz mokre liście. Gdy się schy­liła, jej dłu­gie rude włosy opa­dły na ramiona, przy­po­mi­na­jąc mu liście kasz­ta­now­ców, które już przy­brały jesienne barwy -?lśniące, cie­płe i pełne życia.

-?Nic ci nie jest? -?zapy­tał, pod­no­sząc się z ziemi.

-?Ucier­piała tylko moja duma -?odpo­wie­działa z zawsty­dzo­nym uśmie­chem, który natych­miast roz­ja­śnił jej ładną twarz.

Nie mógł powstrzy­mać się od spoj­rze­nia na jej nie­zwy­kłe włosy, potem na dłu­gie, ciemne rzęsy i bladą skórę pokrytą pie­gami oraz zaró­żo­wioną ze wstydu twarz. Potrzą­snął lekko głową i odwró­cił wzrok. Czy minęło aż tyle czasu, odkąd był na randce, że pierw­sza atrak­cyjna kobieta, jaka poja­wiła się w zasięgu jego wzroku, ode­brała mu mowę?

-?Więc zanim wylą­do­wa­łaś w naszym sta­wie, co robi­łaś tutaj, pośrodku niczego? -?zapy­tał w końcu, odzy­sku­jąc głos.

Wyglą­dała na zasko­czoną.

-?Jecha­łam do hotelu. Zatrzy­muję się tam na noc.

Tym razem to Ben był zdzi­wiony.

-?Zatrzy­mu­jesz się? W Maple Tree Lodge? -?zapy­tał, nie potra­fiąc ukryć zasko­cze­nia w gło­sie.

Ski­nęła głową, po czym zmarsz­czyła brwi.

-?Tak.

Zdu­miał się jesz­cze bar­dziej. Nie zamie­rzał przy­znać, że tego wie­czoru nie było żad­nych rezer­wa­cji. I że nie było ich od mie­siąca -?dodał w myślach. Obecny stan hotelu oczy­wi­ście nie poma­gał. Wszę­dzie byli robot­nicy i pano­wał bała­gan. I to wła­śnie było powo­dem poran­nej kłótni z dziad­kiem. Powo­dem każ­dej kłótni od czasu, gdy na początku roku wró­cił do domu.

Był part­ne­rem w dobrze pro­spe­ru­ją­cej fir­mie archi­tek­to­nicz­nej w Lon­dy­nie. Dostał pracę, o któ­rej zawsze marzył i dla któ­rej tak ciężko haro­wał na stu­diach. Ale nie poto­czyło się to tak, jak sobie wyobra­żał. Zamiast pro­jek­to­wać impo­nu­jące budynki zaj­mo­wał się raczej bar­dziej typo­wymi pro­jek­tami cen­trów han­dlo­wych na całym świe­cie. Zapew­niało mu to bar­dzo przy­zwo­ite wyna­gro­dze­nie, ale nie dawało twór­czej satys­fak­cji, któ­rej tak bar­dzo pra­gnął.

Mimo to, mając porządne miesz­ka­nie i dobrą pracę, jego życie w sto­licy nie było takie złe. Cie­szył się uda­nym życiem towa­rzy­skim w gro­nie przy­ja­ciół i regu­lar­nie cho­dził na randki. Wszystko było w porządku aż do tele­fonu od matki pew­nego wio­sen­nego wie­czoru, który zmie­nił wszystko i spro­wa­dził go z powro­tem do domu.

Dla Bena domem zawsze było Maple Tree Lodge. W rze­czy­wi­sto­ści był to dom pię­ciu poko­leń rodziny Jack­so­nów. Jego pra­pra­pra­dzia­dek, pra­gnąc zosta­wić za sobą kosz­mar I wojny świa­to­wej w 1918 roku, wyru­szył w głąb angiel­skiej wsi w poszu­ki­wa­niu upra­gnio­nego spo­koju.

Na obrze­żach maleń­kiej wio­ski Cran­ley odkrył duże jezioro i pięć­dzie­siąt akrów lasu wysta­wio­nych na sprze­daż. Po ich zaku­pie zaczął budo­wać dom dla sie­bie i swo­jej świeżo poślu­bio­nej żony, w któ­rym mieli zało­żyć rodzinę.

Każde kolejne poko­le­nie Jack­so­nów roz­bu­do­wy­wało dom o nowe pokoje i prze­strze­nie. Uży­wano do tego zarówno popu­lar­nej w tej oko­licy cegły o cie­płym odcie­niu, jak i nie­zli­czo­nych ilo­ści drewna, któ­rych rodzina miała pod dostat­kiem dzięki ota­cza­ją­cym posia­dłość lasom.

Obec­nie był to dwu­pię­trowy budy­nek z dłu­gimi skrzy­dłami roz­cią­ga­ją­cymi się wzdłuż piasz­czy­stego brzegu jeziora. Był zde­cy­do­wa­nie za duży, by miesz­kała w nim tylko jego rodzina -?rodzice, żona i dwoje dzieci - dla­tego ojciec Bena, Tony, na początku lat osiem­dzie­sią­tych posta­no­wił prze­kształ­cić go w hotel. Prze­bu­do­wał górne pię­tro, two­rząc dwa­dzie­ścia pokoi gościn­nych z łazien­kami, pod­czas gdy rodzina zamiesz­kała w pry­wat­nych pomiesz­cze­niach służ­bo­wych na końcu zachod­niego skrzy­dła.

Jed­nak choć Tony był zna­ko­mi­tym sto­la­rzem, nie miał zbyt smy­kałki do inte­re­sów i mimo że przez lata poja­wiali się goście, a opi­nie były bar­dzo dobre, hotel ni­gdy nie odniósł suk­cesu, o jakim marzył. Nie poma­gał fakt, że miej­sce znaj­do­wało się na ubo­czu, a przed erą inter­netu roz­pro­pa­go­wa­nie jego ist­nie­nia było nie­mal nie­moż­liwe.

W ostat­nich latach poja­wiali się jacyś goście, ale czy hotel kie­dy­kol­wiek naprawdę pro­spe­ro­wał? Ben nie był o tym prze­ko­nany. Dora­sta­jąc, pamię­tał jedy­nie spo­ra­dyczne przy­jazdy gości, a poza tym on i jego sio­stra mieli cały hotel dla sie­bie, bawiąc się w cho­wa­nego z przy­ja­ciółmi.

Jego ojciec czę­sto popa­dał w przy­gnę­bie­nie, że marze­nie o pro­wa­dze­niu odno­szą­cego suk­cesy hotelu się nie speł­niło, a stres zwią­zany z biz­ne­sem praw­do­po­dob­nie dodat­kowo obcią­żył jego serce -?co spra­wiło, że tam­tej wio­sny tak nagle odszedł.

Ben natych­miast wró­cił do domu, by być z rodziną w żało­bie. Jed­nak pod­czas prze­dłu­ża­ją­cego się pobytu odkrył źró­dło stresu ojca. Księgi rachun­kowe hotelu nie napa­wały opty­mi­zmem, a rodzinny dom był nie­bez­piecz­nie bli­ski finan­so­wej ruiny. Tony zacią­gnął duży kre­dyt, by utrzy­mać wszystko na powierzchni, ale wraz z pil­nie potrzeb­nymi remon­tami zadłu­że­nie było ogromne.

A potem był jesz­cze list, który zna­lazł w szu­fla­dzie biurka -?praw­dziwa bomba. Pocho­dził od dużego kon­sor­cjum hote­lo­wego, które ofe­ro­wało zakup Maple Tree Lodge, by prze­kształ­cić go w nowo­cze­sny hotel spa. Kwota była zawrotna i dla Bena nie­zwy­kle kusząca, a jed­nak zna­lazł doku­ment, w któ­rym jego ojciec przy­go­to­wał już odpo­wiedź odrzu­ca­jącą ofertę. Z cięż­kim ser­cem Ben wie­dział, że on rów­nież będzie musiał ją odrzu­cić i spró­bo­wać speł­nić wolę zmar­łego ojca, utrzy­mu­jąc hotel w rękach rodziny. Sprze­daż mię­dzy­na­ro­do­wej kor­po­ra­cji ozna­cza­łaby koniecz­ność opusz­cze­nia uko­cha­nego domu, a tego nikt nie chciał.

Jedy­nym roz­wią­za­niem było więc uno­wo­cze­śnie­nie hotelu, aby zapew­nić mu przy­szłość. Jego dziad­ko­wie zbli­żali się do osiem­dzie­siątki, a matka wciąż pogrą­żona była w żało­bie, więc odpo­wie­dzial­ność spa­dła na Bena. Sprze­dał swój udział w fir­mie archi­tek­to­nicz­nej i od tam­tej pory pozo­stał w Maple Tree Lodge, roz­pacz­li­wie pró­bu­jąc zna­leźć spo­sób, by uchro­nić go przed ban­kruc­twem. Mimo ogromu prac moder­ni­za­cyj­nych, jakich wyma­gał stary budy­nek, począt­kowo wyda­wało mu się, że to będzie sto­sun­kowo łatwe zada­nie. Skoro duża mię­dzy­na­ro­dowa firma chciała kupić ten hotel, to prze­cież musiał mieć coś do zaofe­ro­wa­nia. Jed­nak wraz z upły­wem mie­sięcy i rosną­cym zakre­sem remon­tów cię­żar odpo­wie­dzial­no­ści - za szczę­ście i bez­pie­czeń­stwo rodziny -?coraz bar­dziej go przy­tła­czał.

Nagle uświa­do­mił sobie, że kobieta patrzy na niego pyta­jąco, i posta­no­wił się przed­sta­wić.

-?Cześć, jestem Ben Jack­son -?powie­dział. -?Kie­row­nik hotelu.

-?Lily Wil­son -?odpo­wie­działa. -?Przy­ja­ciółka Han­nah.

-?Ach, tak -?odparł, nagle przy­po­mi­na­jąc sobie, co sio­stra mówiła mu rano przy śnia­da­niu. -?Oczy­wi­ście.

Przez lata wiele sły­szał o naj­lep­szych przy­ja­ciół­kach Han­nah, ale odkąd wró­cił do domu, poznał tylko Beth i Ellę. Lily -?jak mówiła jego sio­stra -?była zapra­co­waną kobietą suk­cesu i zda­wało się, że ni­gdy nie ma czasu na spo­tka­nia z przy­ja­ciółmi.

Han­nah wspo­mi­nała też, że jej przy­ja­ciółka jest pro­jek­tantką wnętrz i miała nadzieję, że mogliby sko­rzy­stać z jej pomocy przy odświe­że­niu hotelu. Ben spraw­dził w inter­ne­cie firmę, w któ­rej pra­co­wała Lily, i był pod wra­że­niem. Ich styl był mini­ma­li­styczny i nowo­cze­sny -?dokład­nie taki, jakiego chciał dla hotelu. Miej­sce potrze­bo­wało świe­żego, ele­ganc­kiego wyglądu, który dorów­nałby kon­ku­ren­cji. Miał tylko nadzieję, że koszt nie okaże się zbyt wysoki, bo jego środki były już poważ­nie ogra­ni­czone.

Już miał zapy­tać ją o pracę, gdy nad nimi roz­legł się zło­wiesz­czy pomruk grzmotu i zauwa­żył, że niebo znów ciem­nieje, zapo­wia­da­jąc kolejną ulewę.

-?Myślę, że powin­ni­śmy wejść do środka, zanim zupeł­nie prze­mok­niemy - powie­dział.

-?Zga­dzam się -?odpo­wie­działa, pod­cho­dząc do swo­jego unie­ru­cho­mio­nego samo­chodu, by z gra­cją pochy­lić się i wyjąć z przed­niego sie­dze­nia torebkę, a następ­nie więk­szą torbę podróżną.

Gdy się wypro­sto­wała, Ben miał wła­śnie zapro­po­no­wać jej pod­wie­zie­nie swoim autem, ale ona już ruszyła przed sie­bie w stronę otwar­tej prze­strzeni hote­lo­wego par­kingu.

Posta­no­wił zosta­wić samo­chód i szyb­kim kro­kiem ruszył za nią, by dotrzy­mać jej kroku. Wyda­wało się, że zupeł­nie nie prze­szka­dza jej cho­dze­nie boso po lesie, co go zdzi­wiło. Więk­szość kobiet, z któ­rymi uma­wiał się przez lata, pisz­cza­łaby na widok błota i na samą myśl o owa­dach peł­za­ją­cych po ziemi. Ta kobieta zda­wała się nie przej­mo­wać takimi dro­bia­zgami -?zauwa­żył.

Gdy tylko dotarli na par­king, Lily zatrzy­mała się, by podzi­wiać widok. Nie mógł jej się dzi­wić. To było naprawdę spek­ta­ku­larne miej­sce - pomy­ślał, spo­glą­da­jąc w stronę jeziora. Nawet w tak ciemny i desz­czowy dzień sze­ro­kie niebo odbi­jało się w roz­le­głej tafli wody. Łagodne, falu­jące wzgó­rza ota­czały jezioro, jakby obej­mu­jąc je i chro­niąc przed świa­tem zewnętrz­nym. A samo jezioro -?nawet w tak ponury dzień - poły­ski­wało. Ota­czały je drzewa i roz­le­głe poła­cie lasu, nale­żące do jego rodziny.

Następ­nie zoba­czył, jak Lily odwraca się i patrzy z sze­roko otwar­tymi oczami na hotel. Podą­żył za jej spoj­rze­niem na duży budy­nek przed nimi. Jego pra­pra­pra­dzia­dek wyciął wiele drzew, by zbu­do­wać pier­wotny dom, a kolejne poko­le­nia kon­ty­nu­owały tę tra­dy­cję, dzięki czemu zewnętrzne ściany hotelu skła­dały się z warstw potęż­nych bali, nada­ją­cych mu solidny, a zara­zem cie­pły wygląd. Potężne ceglane kominy pia­sto­wały zewnętrzne ściany aż po kryty łup­kiem dach, skąd w niebo uno­siły się wąskie smugi dymu.

Mimo uroku hotelu Ben -?jak zwy­kle ostat­nio -?widział tylko ogrom pie­nię­dzy, jakie pochło­nęły dotych­cza­sowe remonty. Więk­szość środ­ków ze sprze­daży swo­jego udziału w fir­mie prze­zna­czył na wzmoc­nie­nie fun­da­men­tów, gdy oka­zało się, że budy­nek grozi osu­nię­ciem się do jeziora. Te kosz­towne prace, wraz z wymianą okien na podwójne, drzwi i całego dachu, nie­mal cał­ko­wi­cie opróż­niły jego konto.

Insta­la­cje wodne i elek­tryczne wciąż były moder­ni­zo­wane i Ben na­dal nie miał pew­no­ści, czy hotel prze­trwa, nawet gdy wszystko zosta­nie ukoń­czone. Ale musiał spró­bo­wać -?dla dobra swo­jej rodziny.

Zmiany te jed­nak nie­ustan­nie pro­wa­dziły do kon­flik­tów z dziad­kiem. Uparty sta­ru­szek chciał zosta­wić wszystko tak, jak było. Ben wie­dział jed­nak, że to po pro­stu nie wcho­dzi w grę -?w prze­ciw­nym razie inte­res splaj­tuje, a oni i tak stracą dach nad głową.

Spoj­rzał w stronę wej­ścia i zoba­czył swoją sio­strę, która wła­śnie poja­wiła się na dębo­wym ganku i ruszyła ku nim bie­giem.

-?Dotar­łaś! -?zawo­łała Han­nah, a jej twarz roz­ja­śnił sze­roki uśmiech.

Ben zdał sobie sprawę, że dawno nie widział młod­szej sio­stry tak szczę­śli­wej na widok kogo­kol­wiek i sam uśmiech­nął się, patrząc, jak obej­muje Lily.

Słodka Han­nah -?pomy­ślał. -?Dobrze było znów widzieć jej uśmiech po tak smut­nym cza­sie po śmierci ojca.

Zawsze była cicha, ale wno­siła spo­kój. W prze­ci­wień­stwie do Bena kom­plet­nie nie radziła sobie w szkole -?nauka ni­gdy nie przy­cho­dziła jej łatwo. Pod­czas egza­mi­nów po pro­stu pękła pod pre­sją i już ni­gdy tam nie wró­ciła.

Nie mając żad­nego wykształ­ce­nia, jako szes­na­sto­latka zatrud­niła się w lokal­nej restau­ra­cji i pra­co­wała tam do momentu, gdy za namową Bena w końcu sko­czyła na głę­boką wodę i wyje­chała do Lon­dynu. Była nie­zwy­kle uta­len­to­waną cukier­niczką, ale on póź­niej zro­zu­miał, że wysła­nie Han­nah do bez­względ­nego świata wiel­kiego mia­sta było jak wypusz­cze­nie wiej­skiej myszy na afry­kań­ską sawannę. Do dziś czuł wyrzuty sumie­nia, że wywarł na nią taką pre­sję, zwłasz­cza że ani praca, ani zwią­zek nie poto­czyły się dobrze i cztery lata póź­niej wró­ciła do bez­piecz­nego Cran­ley. I została tam do dziś.

Han­nah była naj­szczę­śliw­sza w kuchni, dzia­ła­jąc z dala od ludz­kich spoj­rzeń. Pie­cze­nie było jej naj­więk­szą pasją. Obec­nie pra­co­wała wie­czo­rami w lokal­nym pubie, by zara­biać pie­nią­dze, pod­czas gdy restau­ra­cja hote­lowa pozo­sta­wała zamknięta w trak­cie remontu.

-?Minęło tyle czasu, ale wyglą­dasz jak zawsze pięk­nie -?powie­działa Han­nah do Lily, odsu­wa­jąc się po przy­ja­ciel­skim uści­sku. Po chwili zmarsz­czyła brwi, przy­glą­da­jąc się jej uważ­nie. -?Tylko masz liść we wło­sach... i gdzie są twoje buty? -?Spoj­rzała sze­roko otwar­tymi oczami to na Lily, to na Bena.

-?Mia­łam mały wypa­dek -?odpo­wie­działa Lily z lek­kim śmie­chem. - Wje­cha­łam do stawu po dro­dze!

-?Co? -?Han­nah nie zaśmiała się, tylko spoj­rzała prze­ra­żona. -?Nic ci nie jest? Nie jesteś ranna?

-?Nic mi nie jest -?zapew­niła Lily. -?Ale przy­da­łoby się, żebym umyła stopy!

Han­nah ode­tchnęła z wyraźną ulgą i objęła Lily ramie­niem, pro­wa­dząc ją do środka.

-?Musisz mi wszystko opo­wie­dzieć -?powie­działa.

Ben miał już ruszyć ich śla­dem, gdy nagle zza rogu hotelu wyło­nił się jego dzia­dek. Nawet z tej odle­gło­ści Ben wyraź­nie czuł na sobie wście­kłe spoj­rze­nie dziadka -?to był owoc kolej­nej już awan­tury, do któ­rej doszło tam­tego popo­łu­dnia.

Wal­ter Jack­son był uparty, ale mimo swo­ich sie­dem­dzie­się­ciu dzie­wię­ciu lat wciąż pełen deter­mi­na­cji i ener­gii. Ben wie­dział, że dzia­dek chce dla hotelu jak naj­le­piej, ale jed­no­cze­śnie każdy nowy pomysł spo­ty­kał się z opo­rem i roz­po­czy­nał kolejną bata­lię. Dla­tego pro­po­zy­cja Bena, by każdy pokój miał bez­prze­wo­dowy inter­net, nowe tele­wi­zory z pła­skim ekra­nem i oświe­tle­nie LED, spo­tkała się jedy­nie z kolej­nym narze­ka­niem na "utratę duszy" tego miej­sca.

Kie­dyś Ben i jego dzia­dek mieli dobre rela­cje, ale odkąd zmarł jego ojciec, Ben miał wra­że­nie, że jest dla Wal­tera nie­ustan­nym roz­cza­ro­wa­niem. Że nic z tego, co zro­bił dla hotelu, nie spo­tyka się z jego apro­batą.

Ojciec zapi­sał mu hotel w testa­men­cie, ale dla Bena był to tylko nie­ustanny stres, który wisiał nad nim jak fatum. Finanse po pro­stu się nie dopi­nały i to od bar­dzo dłu­giego czasu. Cały ten inte­res był jed­nym wiel­kim bagnem, które chło­pak roz­pacz­li­wie pró­bo­wał ukryć przed rodziną, wciąż opła­ku­jącą nagłą śmierć ojca.

Wie­dział, że musi na­dal wal­czyć o ura­to­wa­nie tego miej­sca -?nie tylko po to, by zado­wo­lić dziadka, ale dla­tego, że był to ich dom. Ben pró­bo­wał wszyst­kiego, co przy­cho­dziło mu do głowy, by utrzy­mać Maple Tree Lodge na powierzchni, ale wciąż nie wie­dział, czy to wystar­czy.

Rozdział 3

Gdy Lily pozwo­liła Han­nah popro­wa­dzić się w stronę hotelu, w gło­wie wciąż huczało jej od natłoku myśli -?głów­nie z powodu abso­lut­nego, potwor­nego wstydu.

To było sza­lone dzie­sięć minut: roz­bi­cie samo­chodu w sta­wie, utknię­cie w bło­cie, a potem zna­le­zie­nie się na tor­sie brata Han­nah.

Han­nah przez lata poka­zy­wała jej zdję­cia Bena. A jed­nak Lily nie sko­ja­rzyła jej star­szego brata z przy­stoj­nym męż­czy­zną, na któ­rym wła­śnie wylą­do­wała. Nie spo­dzie­wała się, że będzie aż tak atrak­cyjny, że jego oczy będą tak ciem­no­brą­zowe ani że okaże się na tyle silny, by wycią­gnąć ją z błota.

Zer­k­nęła na niego jesz­cze raz. Wcale nie był podobny do młod­szej sio­stry. Pod­czas gdy włosy Han­nah były zło­ci­sto­blond, jego były ciemne i wciąż lekko nastro­szone po desz­czu. Han­nah była drobna i szczu­pła, a Ben był znacz­nie wyż­szy i bar­dziej umię­śniony. Przez chwilę zła­pała się na tym, że zasta­na­wia się, czy ma dziew­czynę, po czym szybko się opa­no­wała.

Zde­cy­do­wa­nie nie zro­biła takiego pierw­szego wra­że­nia, jakie chciała zro­bić jako pro­fe­sjo­na­listka -?zwłasz­cza że powie­dział jej, iż jest kie­row­ni­kiem hotelu. W końcu to zle­ce­nie mogło zade­cy­do­wać o jej karie­rze, więc nie był to naj­lep­szy począ­tek.

Lily była jed­nak zachwy­cona, że znów widzi Han­nah. Minęło zbyt wiele czasu od ich ostat­niego spo­tka­nia twa­rzą w twarz i cie­szyła się, widząc przy­ja­ciółkę w dobrej for­mie. Nie mogła się docze­kać, aż nad­ro­bią zale­gło­ści, choć wie­działa, że musi prze­mil­czeć utratę pracy.

Ale jakie to mogło być zle­ce­nie -?pomy­ślała, spo­glą­da­jąc na hotel. Wyglą­dał tak cie­pło i rusty­kal­nie, a przy tym był znacz­nie więk­szy, niż sobie wyobra­żała.

Gdy zbli­żyły się do wej­ścia, Han­nah zawo­łała do star­szego męż­czy­zny, który poja­wił się zza rogu.

-?Dziadku! Chodź poznać moją przy­ja­ciółkę Lily -?powie­działa.

Dzia­dek ski­nął głową i wycią­gnął rękę.

-?Wal­ter Jack­son -?przed­sta­wił się.

-?Lily Wil­son -?odpo­wie­działa. Przy­po­mniała sobie, jak Han­nah wspo­mi­nała, że na początku roku świę­to­wali jego sie­dem­dzie­siąte dzie­wiąte uro­dziny, ale mimo to sta­ru­szek miał zaska­ku­jąco mocny uścisk dłoni, a nie­bie­skie oczy, któ­rymi ją tak­so­wał, wciąż patrzyły bystro spod krza­cza­stych, siwych brwi.

-?Witamy w Maple Tree Lodge -?powie­dział Wal­ter. -?Co sądzisz o naszym domu?

Odwró­cił się z wyraźną dumą na twa­rzy, spo­glą­da­jąc na budy­nek przed nimi.

-?Jest piękny -?odpo­wie­działa. -?Naprawdę robi wra­że­nie.

Cie­pło drew­nia­nych paneli w połą­cze­niu z pia­sko­wym odcie­niem kamie­nia ide­al­nie kom­po­no­wało się z oto­cze­niem lasu. Han­nah wiele razy zapra­szała ją tu na pobyt, ale Lily była zawsze tak zajęta pracą, że ni­gdy nie zna­la­zła na to czasu. Teraz żało­wała, że nie przy­je­chała wcze­śniej -?to miej­sce było naprawdę piękne.

Uśmiech Wal­tera znik­nął.

-?Szkoda, że w środku nie zoba­czysz go w peł­nej kra­sie -?wymru­czał sta­ru­szek, rzu­ca­jąc swo­jemu wnu­kowi pio­ru­nu­jące spoj­rze­nie, gdy tylko Ben pod­szedł, by do nich dołą­czyć.

-?Wejdźmy do środka i dopro­wadźmy cię do porządku, dobrze? -?powie­działa Han­nah prze­sad­nie pogod­nym tonem.

Lily zaczęła się zasta­na­wiać, czy tylko jej się wydaje, czy rze­czy­wi­ście w powie­trzu poja­wiło się napię­cie.

Podą­żyła za Han­nah przez dębowy ganek do dużego holu recep­cyj­nego. Było to dłu­gie pomiesz­cze­nie, z jed­nej strony ozdo­bione mister­nie rzeź­bio­nymi dębo­wymi scho­dami, które łukiem pro­wa­dziły na pię­tro. Całe wnę­trze wypeł­niały drew­niane belki na ścia­nach i szara kamienna posadzka. Mimo braku deko­ra­cji miej­sce wyda­wało się przy­tulne i cie­płe -?zauwa­żyła. Nie było tu żad­nych obra­zów ani mebli. W rze­czy­wi­sto­ści nie było niczego. Trwał remont, o czym świad­czyła duża wieża rusz­to­wa­nia zaj­mu­jąca więk­szość pomiesz­cze­nia.

-?To Fran­kie, nasza recep­cjo­nistka -?powie­działa Han­nah, wska­zu­jąc ciem­no­włosą kobietę po pięć­dzie­siątce, która wła­śnie wyszła z pobli­skiego pomiesz­cze­nia, sły­sząc ich głosy. -?A to moja przy­ja­ciółka Lily, która zostaje tu na week­end.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki