Powrót do Lwowa - Maria Nurowska

-
Proszę czekać

Uczu­cie, że jest już kimś in­nym, kimś, kogo do­pie­ro przyj­dzie jej po­zna­wać dzień po dniu. Tak jak­by wy­ma­za­no jej pa­mięć, któ­rą te­raz bę­dzie mu­sia­ła od­twa­rzać, ucząc się sie­bie od nowa. Po­śród zna­jo­mych ścian, me­bli i bi­be­lo­tów czu­ła się obco. Czy dla­te­go, że w po­ko­ju Jef­fa spał te­raz jego syn? Ta za­mia­na wy­wra­ca­ła jej ży­cie do góry no­ga­mi. Po­dróż do Lwo­wa zmie­ni­ła wszyst­ko i na­wet gdy­by nie przy­wio­zła tu Ale­ka, czu­ła­by się tak samo. Nie była już tam­tą Eli­za­beth Con­ne­ry i czy chcia­ła tego, czy nie, mu­sia­ła się z tym po­go­dzić.

Jesz­cze dłu­go po po­wro­cie do No­we­go Jor­ku prze­śla­do­wa­ły ją "ukra­iń­skie sny": drew­nia­na cha­łu­pa z za­wa­lo­nym do po­ło­wy da­chem, z któ­rej wy­cho­dzi wiej­ska baba w gru­bej wa­to­wa­nej ku­faj­ce, ob­szar­pa­nych dre­li­cho­wych spodniach i woj­ło­ko­wych bu­tach. Ma ufar­bo­wa­ne na rudo rzad­kie wło­sy z si­wy­mi od­ro­sta­mi i nie­na­tu­ral­nie czer­wo­ną twarz. Kie­dy pod­cho­dzi bli­żej, Eli­za­beth z prze­ra­że­niem kon­sta­tu­je, że ta twarz po­zba­wio­na jest skó­ry. Ko­bie­ta wy­cią­ga ku niej dło­nie o zde­for­mo­wa­nych pal­cach, beł­ko­cze nie­zro­zu­mia­le. Po­tem ja­kieś wnę­trze: w ką­cie na sien­ni­ku sie­dzi dwo­je umo­ru­sa­nych dzie­ci, a obok gli­nia­ne­go pie­ca śpi na ła­wie bro­da­ty męż­czy­zna, gło­śno chra­piąc. Inny ob­raz: ry­su­ją­ce się na tle nie­ba kon­tu­ry wie­żow­ców, z pu­sty­mi ra­ma­mi okien. I ci­sza, żad­ne­go dźwię­ku, zu­peł­nie jak­by Eli­za­beth zna­la­zła się pod wodą. Wszę­dzie do­oko­ła ro­sną gi­gan­tycz­nych roz­mia­rów chwa­sty, szcze­gól­nie nie­sa­mo­wi­te wra­że­nie spra­wia­ją osty, wyż­sze od niej, o na­je­żo­nych kol­ca­mi od­no­gach. Spo­śród tych ostów wy­cho­dzi męż­czy­zna o nie­na­tu­ral­nie sze­ro­kich, jak u ba­se­bal­li­sty, ra­mio­nach i krót­kich, krzy­wych no­gach. Ma na­brzmia­łą twarz i małe, prze­krwio­ne oczy. Pa­trzą nie­uf­nie.

Eli­za­beth roz­po­zna­je tego męż­czy­znę, spo­tka­ła go w stre­fie Czar­no­by­la, po­szu­ku­jąc tam męża. Miał na imię My­ko­ła, swe­go na­zwi­ska nie pa­mię­tał. Od lat nie po­sia­dał żad­nych do­ku­men­tów i nie za­mie­rzał ich wy­ra­biać. Ofi­cjal­nie nie ist­niał, cho­ciaż wła­dze o nim wie­dzia­ły. Mi­li­cjan­ci przy­jeż­dża­li do nie­go po ryby, któ­re ło­wił w rze­ce. Były ogrom­ne, szczu­pa­ki po sześć kilo, ka­ra­sie. Dość czę­sto tra­fia­ły się oka­zy "uszko­dzo­ne", jak się wy­ra­ził, bez oczu albo ze znie­kształ­co­ny­mi skrze­la­mi, te wy­rzu­cał z po­wro­tem do rze­ki, klnąc na czym świat stoi. W tym śnie Eli­za­beth pro­wa­dzi z My­ko­łą go­rą­cą dys­ku­sję, po­dob­ną do tej, jaką pro­wa­dzi­ła z nim na ja­wie. Tłu­ma­czy mu, że ryby są na­pro­mie­nio­wa­ne i je­dze­nie ich za­gra­ża zdro­wiu.

- Ja­kie tam na­pro­mie­nio­wa­ne - de­ner­wu­je się My­ko­ła - to wszyst­ko buj­da i pro­pa­gan­da. Po to, żeby mę­czyć lu­dzi. Było ta­kie pięk­ne mia­sto i co zro­bi­li?

Po­dob­ne py­ta­nie za­da­wa­ło so­bie wie­lu jej ro­da­ków po za­wa­le­niu się wież WTC. Eli­za­beth prze­ży­wa­ła tę ka­ta­stro­fę wraz z in­ny­mi, ale w od­róż­nie­niu od swo­ich zna­jo­mych i przy­ja­ciół w ja­kiś spo­sób była na nią przy­go­to­wa­na po tym, cze­go do­świad­czy­ła na Ukra­inie i w Cze­cze­nii, któ­ra wy­da­wa­ła się te­raz jak od­le­gły i za­tar­ty w pa­mię­ci ob­raz. Czy na­praw­dę zdo­by­ła się na to, aby do­trzeć w te nie­do­stęp­ne góry i spo­tkać się z ludź­mi, któ­rych uwa­ża­no za bez­względ­nych ter­ro­ry­stów? Za­sta­ła tam bo­jow­ni­ków go­to­wych na wszyst­ko, dla któ­rych je­dy­ną war­to­ścią była wol­ność ich ma­łej, gó­rzy­stej oj­czy­zny. Prze­ka­zy­wa­li to so­bie z po­ko­le­nia na po­ko­le­nie, cho­ciaż ży­cie w nie­wo­li zo­sta­ło nie­ja­ko wpi­sa­ne w ich los. Skar­by, któ­re kry­ła w so­bie ta zie­mia, prze­kre­śla­ły ich ma­rze­nia o wol­no­ści. Taki jest te­raz świat, że wa­run­ki dyk­tu­je ropa...

Z całą siłą do­tar­ło wów­czas do niej, do cze­go zdol­ny jest czło­wiek; je­że­li mia­ła jesz­cze ja­kieś złu­dze­nia, to po tej po­dró­ży roz­sy­pa­ły się w pył. Je­cha­ła tam z na­dzie­ją, nie­mal pew­no­ścią, że od­naj­dzie Jef­fa i ra­zem wró­cą do domu. Ale go nie od­na­la­zła. Co te­raz czu­ła, po tak dłu­gim cza­sie? Gdzieś w głę­bi to była nadal nie­za­go­jo­na rana. Naj­gor­sze, że nie wie­dzia­ła, co się z nim na­praw­dę sta­ło. Każ­da praw­da by­ła­by lep­sza od nie­pew­no­ści. Ist­nia­ło małe praw­do­po­do­bień­stwo, że Jeff żyje, ale do koń­ca nie mo­gła tego wy­klu­czyć.

Wszyst­ko wska­zy­wa­ło na to, że zo­stał za­mor­do­wa­ny, tak samo jak ten dzien­ni­karz i Oksa­na...

...otwo­rzy­ły się drzwi i straż­nik wpro­wa­dził mło­dą ko­bie­tę. Była drob­na, o po­cią­głej twa­rzy i ja­snych, krót­ko ostrzy­żo­nych wło­sach. Mia­ła na so­bie golf i po­mię­tą spód­ni­cę w szkoc­ką kra­tę.

Pa­trzy­ły na sie­bie.

- Wie­dzia­łam, że do mnie przyj­dziesz - ode­zwa­ła się wresz­cie mło­da ko­bie­ta. - Jeff tak cię opi­sał, że wie­dzia­łam. Jak mi po­wie­dzie­li, że tu je­steś, cze­ka­łam na cie­bie.

- Co jesz­cze pani po­wie­dzie­li?

- Je­stem Oksa­na. Po­wie­dzie­li mi, że ze­zna­łaś, iż ja i Jeff by­li­śmy ko­chan­ka­mi. On miał ci wy­znać, że boi się mo­jej za­zdro­ści...

- Nic po­dob­ne­go! - wy­krzyk­nę­ła obu­rzo­na. - Nic ta­kie­go nie mó­wi­łam!

Dziew­czy­na uśmiech­nę­ła się.

- Wiem, chcą z nas zro­bić Ro­mea i Ju­lię, aby ukryć swo­je brud­ne spra­wy.

Eli­za­beth sta­ra­ła się ochło­nąć po tym, co usły­sza­ła.

- Był u cie­bie mój ad­wo­kat, dla­cze­go mu tego nie prze­ka­za­łaś?

Tam­ta skrzy­wi­ła się iro­nicz­nie.

- Bo nie wie­dzia­łam, czyj to jest ad­wo­kat, czy przy­pad­kiem nie ich... Nie mamy dużo cza­su, słu­chaj, co ci po­wiem. Jeff to wspa­nia­ły fa­cet, mam na­dzie­ję, że żyje i że go od­naj­dziesz. Co in­ne­go z Geo­r­gi­jem... już może być po nim.

- Co Jef­fa z nim łą­czy­ło?

Dziew­czy­na po­chy­li­ła się i Eli­za­beth do­strze­gła gniaz­do z krót­kich wło­sów na czub­ku gło­wy. Tak zwy­kle ukła­da­ją się wło­sy u dzie­ci.

- Jeff nam po­ma­gał... miał wy­wieźć bar­dzo waż­ne ma­te­ria­ły. Zdo­by­li­śmy do­wo­dy, że na Ukra­inie ist­nie­ją kon­tro­lo­wa­ne przez wła­dze "szwa­dro­ny śmier­ci", któ­re li­kwi­du­ją prze­ciw­ni­ków po­li­tycz­nych pre­zy­den­ta, a tak­że nie­wy­god­nych świad­ków. Ja je­stem ta­kim świad­kiem i wiem, że mnie za­bi­ją...

Sto­su­nek Eli­za­beth do mat­ki Ale­ka był na­der skom­pli­ko­wa­ny. Mimo że los ze­tknął je na tak krót­ko i choć tam­ta od daw­na nie żyła, Eli­za­beth cią­gle do­zna­wa­ła sprzecz­nych uczuć. Oksa­na była jed­ną z nie­wie­lu osób, a kto wie, czy nie je­dy­ną, z któ­rą po­czu­ła tak bli­ską więź. Kie­dy do­tar­ła do dziew­czy­ny pod­czas jej gło­dów­ki w wię­zie­niu i kie­dy mo­gły się po­ro­zu­mie­wać je­dy­nie wzro­kiem, emo­cje prze­pły­wa­ły mię­dzy nimi jak fale, któ­re każ­da z nich bez­błęd­nie od­bie­ra­ła. A po­tem, już po śmier­ci Oksa­ny, kie­dy zna­la­zła się w tej sa­mej celi, w któ­rej tam­ta umie­ra­ła, wciąż czu­ła jej obec­ność. Cier­pie­nie Oksa­ny sta­ło się jej cier­pie­niem. Ale na­cho­dzi­ły ją też inne my­śli. Świa­do­mość, że Jeff miał z Oksa­ną dziec­ko, była dla niej bar­dzo bo­le­sna, tym bar­dziej że te­raz mia­ła to dziec­ko przy so­bie. "No do­brze - my­śla­ła - sko­ro chło­piec jest te­raz ze mną, to mój syn". Ale na­tych­miast po­ja­wia­ło się po­czu­cie winy wo­bec jego praw­dzi­wej mat­ki, zu­peł­nie jak­by ode­bra­ła go Oksa­nie, wy­ko­rzy­stu­jąc jej bez­bron­ność. "Bła­ga­ła mnie, że­bym wzię­ła jej syna. To był jej po­mysł - uspra­wie­dli­wia­ła się przed sobą. - No tak, chcia­ła, abym go wy­wio­zła z Ukra­iny, a nie że­bym go jej od­bie­ra­ła. Żad­na mat­ka by się na to nie zgo­dzi­ła". Mu­sia­ła zna­leźć ja­kieś roz­wią­za­nie, umiej­sco­wić sie­bie w tej sy­tu­acji, nie tyl­ko ze wzglę­du na nią samą, ale tak­że na Ale­ka. For­mal­nie był jej ad­op­to­wa­nym sy­nem, ale prze­cież li­czy­ło się tyl­ko to, co do sie­bie czu­ją. Po wie­lu roz­ter­kach, nie­prze­spa­nych no­cach Eli­za­beth zde­cy­do­wa­ła się zwró­cić dziec­ko ro­dzo­nej mat­ce. Alek jest sy­nem Oksa­ny i nikt nie może jej za­stą­pić. Dała więc do po­więk­sze­nia jej zdję­cie i po­sta­wi­ła na noc­nym sto­li­ku obok łóż­ka chłop­ca. Kie­dy rano we­szła do jego po­ko­ju, za­uwa­ży­ła, że zdję­cie znik­nę­ło. Od­czu­ła to bar­dzo bo­le­śnie, nie­mal jak po­li­czek. Po­sta­no­wi­ła po­roz­ma­wiać z nim po jego po­wro­cie ze szko­ły, ale w ostat­niej chwi­li za­bra­kło jej od­wa­gi. Bała się tego, co mo­gła­by od nie­go usły­szeć. Za­uwa­ży­ła, że Alek bar­dzo nie­chęt­nie wra­ca do prze­szło­ści, co, bio­rąc pod uwa­gę wszyst­ko, cze­go do­świad­czył, wy­da­wa­ło się jak naj­bar­dziej zro­zu­mia­łe. Tyl­ko że tu cho­dzi­ło o jego mat­kę, któ­ra tak bar­dzo go ko­cha­ła, i on tak­że ją ko­chał. Czy to moż­li­we, że tak szyb­ko o niej za­po­mniał? Ale nie umia­ła o tym z nim roz­ma­wiać...

...po prze­kro­cze­niu pol­skiej gra­ni­cy za­trzy­ma­li się w przy­droż­nym McDo­nal­dzie, usie­dli na­prze­ciw sie­bie przy ma­łym sto­li­ku.

- Mi­nie dużo cza­su, za­nim bę­dziesz mógł wró­cić do swo­jej oj­czy­zny. Wiesz o tym? - spy­ta­ła.

Alek z po­wa­gą ski­nął gło­wą.

- Chcia­ła­bym, abyś nie za­po­mniał, kim je­steś. To bar­dzo waż­ne, żeby wie­dzieć, kim się jest.

Spoj­rzał na nią z ża­lem.

- Ale ja je­stem od po­ło­wy Ame­ry­ka­ni­nem, po moim ta­cie.

- W po­ło­wie - po­pra­wi­ła go. - W po­ło­wie je­steś Ame­ry­ka­ni­nem i dla­te­go ty i ja tu wła­śnie te­raz sie­dzi­my. Two­ja mama ży­czy­ła so­bie, abym tak po­stą­pi­ła, za­bra­ła cię od dziad­ka, któ­ry nie jest chy­ba do­brym czło­wie­kiem...

- Na pew­no nie jest do­bry - prze­rwał jej chło­piec.

- To sta­ry pi­jak i nie chcę go nig­dy wię­cej wi­dzieć! Bił mnie i moją bab­cię, kie­dyś tak ją po­pchnął, że so­bie wy­bi­ła ząb.

Chwi­lę sie­dzie­li w mil­cze­niu.

- A bab­cia? Była do­bra dla cie­bie?

Alek zmarsz­czył brwi, wi­docz­nie to py­ta­nie oka­za­ło się dla nie­go trud­ne.

- Bab­cia za­wsze robi, co jej dzia­dek każe - od­po­wie­dział wresz­cie.

- Ale lu­bi­łeś ją?

- Nie wiem - od­rzekł po na­my­śle.

Wzru­szy­ły ją te wy­zna­nia, Alek tak bar­dzo się sta­rał, aby od­po­wia­da­ły praw­dzie. Praw­dzie ma­łe­go chłop­ca, su­ro­wo do­świad­czo­ne­go przez los i zmu­szo­ne­go do wy­bo­rów, przed któ­ry­mi sta­ją zwy­kle do­ro­śli.

Wte­dy w przy­droż­nym ba­rze na ob­cej zie­mi jesz­cze nie w peł­ni zda­wa­ła so­bie spra­wę, jak trud­no jej bę­dzie do­trzeć do tego dziec­ka. Może coś prze­ga­pi­ła, może nie wy­ko­rzy­sta­ła sy­tu­acji, po­zwa­la­jąc, aby Alek stwo­rzył so­bie swój osob­ny świat, w któ­rym dla niej za­czy­na­ło bra­ko­wać miej­sca. Jed­nak­że za­raz po ich przy­jeź­dzie do No­we­go Jor­ku wpa­dła w wir za­ła­twia­nia ty­sią­ca spraw, przede wszyst­kim za­wi­łych for­mal­no­ści zwią­za­nych z ad­op­cją, po­by­tem Ale­ka w Ame­ry­ce, jego szko­łą. Nie mo­gła też w nie­skoń­czo­ność prze­dłu­żać urlo­pu na uczel­ni. Wy­kła­da­ła hi­sto­rię sztu­ki w Par­sons Scho­ol of De­sign i za­wsze to lu­bi­ła. Te­raz bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek po­trze­bo­wa­ła kon­tak­tu ze swo­imi stu­den­ta­mi, trak­tu­jąc to jak na­miast­kę nor­mal­no­ści, pró­bę po­wro­tu do daw­ne­go ży­cia. Wiel­kim wy­zwa­niem były dla niej w tym cza­sie spo­tka­nia ze zna­jo­my­mi i przy­ja­ciół­mi; wszy­scy cze­ka­li na ja­kieś wy­ja­śnie­nia, wy­py­ty­wa­li o jej męża, a tak­że o dziec­ko, któ­re ze sobą przy­wio­zła. Po­cząt­ko­wo udzie­la­ła od­po­wie­dzi wy­mi­ja­ją­cych: Jeff za­gi­nął bez śla­du, a chło­piec jest sy­nem pew­nej ko­bie­ty, któ­rą za­mor­do­wa­ły re­żi­mo­we wła­dze Ukra­iny. Ale wkrót­ce i tak wszy­scy do­wie­dzie­li się praw­dy, gdyż oka­za­ło się, że w spra­wie Ale­ka trze­ba było przed­sta­wić w są­dzie sze­reg do­ku­men­tów; sam list Jef­fa, w któ­rym uzna­je syna, nie wy­star­czał. Po­trzeb­ni też byli świad­ko­wie. Tyl­ko jak mia­ła ich zna­leźć? Py­tać po ko­lei swo­ich zna­jo­mych, czy wi­dzie­li Jef­fa w to­wa­rzy­stwie mło­dej Ukra­in­ki, ileś tam lat temu, i czy ze­chcą o tym za­świad­czyć? Poza wszyst­kim upo­ka­rza­ło ją wy­wle­ka­nie naj­bar­dziej oso­bi­stych spraw przed ob­cy­mi ludź­mi. W ich oczach sta­wa­ła się ko­bie­tą zdra­dzo­ną przez męża, któ­ry miał dziec­ko z inną. Jed­ne­go świad­ka wresz­cie zna­la­zła: przy­ja­ciel Jef­fa, Ed­gar, zgo­dził się ze­znać w są­dzie pod przy­się­gą, że znał Oksa­nę Kry­wen­ko i że czę­sto prze­by­wa­ła ona w to­wa­rzy­stwie Jef­freya Con­ne­ry'ego. Nikt inny z jej oto­cze­nia nie pa­mię­tał Oksa­ny, a na­kła­nia­nie ko­go­kol­wiek do skła­da­nia fał­szy­wych oświad­czeń nie wcho­dzi­ło w grę. Eli­za­beth była na­praw­dę w kło­po­cie, z któ­re­go wy­ba­wi­ła ją jej przy­ja­ciół­ka z pra­cy, Sha­ron. Sama za­dzwo­ni­ła do Eli­za­beth i oznaj­mi­ła, że wła­śnie przy­po­mnia­ła so­bie pew­ne spo­tka­nie z Jef­fem i mło­dą ko­bie­tą o imie­niu Oksa­na. Obie wie­dzia­ły, że Sha­ron wy­ssa­ła tę hi­sto­ryj­kę z pal­ca, ale nie przy­zna­wa­ły się do tego. Eli­za­beth była jej nie­zmier­nie wdzięcz­na i mia­ła na­dzie­ję, że w przy­szło­ści bę­dzie się jej mo­gła ja­koś zre­wan­żo­wać. Nie wie­dzia­ła, że na­stą­pi to tak szyb­ko. Mąż Sha­ron miał biu­ro na sześć­dzie­sią­tym ósmym pię­trze w pół­noc­nej wie­ży World Tra­de Cen­ter i fe­ral­ne­go dnia punk­tu­al­nie przy­szedł do pra­cy. Jego cia­ła nig­dy nie od­na­le­zio­no, a Sha­ron po­pa­dła w tak cięż­ką de­pre­sję, że tra­fi­ła do szpi­ta­la. Eli­za­beth czę­sto ją od­wie­dza­ła. Kie­dy szła szpi­tal­nym ko­ry­ta­rzem, przy­szła jej do gło­wy smut­na myśl, że te­raz już obie są wdo­wa­mi. A jesz­cze kil­ka lat temu wszy­scy czwo­ro spę­dza­li wspól­nie urlop na dru­gim krań­cu świa­ta, na Sri Lan­ce.

...Jeff w ko­lo­ro­wej ko­szul­ce i krót­kich spoden­kach szedł pla­żą parę kro­ków przed nimi i strasz­nie bła­zno­wał. W pew­nej chwi­li chwy­cił Eli­za­beth na ręce i wrzu­cił ją w ubra­niu do wody.

- Oto przed pań­stwem miss mo­kre­go pod­ko­szul­ka! - rzekł ze śmie­chem, gdy wy­krę­ca­ła wło­sy.

Tego było dla niej za wie­le; zdję­ła san­dał z nogi i po­czę­ła za nim go­nić, w koń­cu go do­pa­dła i bez li­to­ści obi­ła po ple­cach.

- Co ty, żono, na żar­tach się nie znasz? - bro­nił się Jeff.

- Na głu­pich się nie znam - od­rze­kła z fu­rią.

Mo­kra su­kien­ka ob­le­pia­ła jej cia­ło i za­nim do­tar­ła do ho­te­lu, aby się prze­brać, czu­ła się, jak­by była naga.

Do wie­czo­ra nie za­mie­ni­ła z Jef­fem sło­wa, dała się prze­pro­sić do­pie­ro przy wspól­nej ko­la­cji, i to po me­dia­cjach męża Sha­ron, Ro­ber­ta, któ­ry był czło­wie­kiem bar­dzo wy­wa­żo­nym, a przy tym ani tro­chę nud­nym. Eli­za­beth na­praw­dę go lu­bi­ła.

A te­raz obie zo­sta­ły same i zna­la­zły się w po­dob­nej sy­tu­acji - były ta­ki­mi wdo­wa­mi nie­wdo­wa­mi, któ­re nie mo­gły po­cho­wać swo­ich mę­żów, bo ich ciał nie od­na­le­zio­no.

Tak więc po ka­ta­stro­fie 11 wrze­śnia Eli­za­beth wie­le cza­su po­świę­ca­ła przy­ja­ciół­ce i siłą rze­czy bra­ko­wa­ło go jej dla Ale­ka, a on wte­dy wła­śnie po­szedł do szko­ły. Zna­lazł się w no­wym śro­do­wi­sku, po­śród ró­wie­śni­ków, któ­rzy po­tra­fią być okrut­ni dla ko­goś, kto jest tro­chę inny. Przez dłu­gi czas nie mo­gła się zde­cy­do­wać, do ja­kiej szko­ły za­pi­sać chłop­ca, pu­blicz­nej czy pry­wat­nej. Jej mat­ka, któ­ra na­gle od­kry­ła w so­bie uczu­cia ro­dzin­ne, da­rząc nimi w nad­mia­rze za­rów­no Eli­za­beth, jak i Ale­ka, sta­now­czo na­le­ga­ła, aby umie­ścić go w pry­wat­nej. Oka­za­ło się to po­my­słem chy­bio­nym, bo chło­piec nie mógł się od­na­leźć w świe­cie ma­łych pro­te­stan­tów z za­moż­nych ro­dzin. Jego nowi ko­le­dzy nie to­le­ro­wa­li ak­cen­tu bro­oklyń­skie­go, nie mó­wiąc o ukra­iń­skim. Jesz­cze przed koń­cem roku szkol­ne­go mu­sia­ła prze­nieść Ale­ka do szko­ły pu­blicz­nej, bo chło­piec oświad­czył, że do tej wię­cej nie pój­dzie.

Tak, mia­ła świa­do­mość, że cze­goś za­nie­dba­ła, i chcia­ła to nad­ro­bić, upo­rząd­ko­wać, ale oka­za­ło się to bar­dzo trud­ne, bo tym­cza­sem gdzieś po dro­dze za­gu­bił się ich wspól­ny ję­zyk, któ­rym świet­nie po­ro­zu­mie­wa­li się tam, na Ukra­inie. A te­raz nie po­tra­fi­ła go za­py­tać, dla­cze­go scho­wał fo­to­gra­fię mat­ki. Dłu­go biła się z my­śla­mi, w koń­cu za­dzwo­ni­ła do An­drew. On jed­nak nie po­dzie­lał jej obaw.

- Daj mu spo­kój, Eli­za­beth - po­wie­dział - nie masz in­nych zmar­twień?

- Ale to wła­śnie jest moje zmar­twie­nie - od­rze­kła. - Mu­szę do­pil­no­wać, aby syn prze­cho­wał pa­mięć o wła­snej mat­ce.

- A skąd wiesz, czy tak nie jest?

Eli­za­beth wes­tchnę­ła głę­bo­ko.

- Gdy­by tak było, nie po­zby­wał­by się jej zdję­cia.

- To tro­chę za pro­ste. Nie wie­my, co się dzie­je w jego gło­wie.

- Chcę wie­dzieć, co się dzie­je w jego ser­cu!

- Wszyst­ko jed­no, jak to na­zwie­my, on te­raz bu­du­je swo­je nowe ży­cie i nie wol­no mu w tym prze­szka­dzać - po­wie­dział An­drew sta­now­czo.

Eli­za­beth po­czu­ła się do­tknię­ta tymi sło­wa­mi, bo chcia­ła jak naj­le­piej, ze wszyst­kich sił chcia­ła po­móc chłop­cu, a nie prze­szka­dzać, jak to ujął An­drew. Już mia­ła na koń­cu ję­zy­ka ri­po­stę, kie­dy przy­po­mnia­ła so­bie, że jej roz­mów­ca jako dziec­ko zna­lazł się w ta­kiej sa­mej jak Alek sy­tu­acji. Był na­wet w po­dob­nym wie­ku.

- Ale... ja czu­ję, że on się co­raz bar­dziej ode mnie od­da­la, za­my­ka się w so­bie - po­wie­dzia­ła bez­rad­nie. - Ostat­nio przy­szedł ze szko­ły z du­żym siń­cem na po­licz­ku. Je­stem pew­na, że ktoś go ude­rzył, ale on twier­dzi, że się po­śli­znął.

An­drew ro­ze­śmiał się.

- Za­cho­wał się jak praw­dzi­wy męż­czy­zna. Nie wzię­łaś na wy­cho­wa­nie de­li­kat­nej pa­nien­ki, ale twar­de­go fa­ce­ta. Prze­stań się nad nim trząść, po­ra­dzi so­bie.

Jej przy­ja­ciel wy­raź­nie ba­ga­te­li­zo­wał pro­ble­my, ja­kie na­po­ty­ka­ła w swo­jej no­wej roli. Mat­ki? Nie po­tra­fi­ła tego zde­fi­nio­wać. Uczu­cie, ja­kie ży­wi­ła do chłop­ca, z pew­no­ścią moż­na było na­zwać mi­ło­ścią, ale nie do koń­ca wie­dzia­ła, czy na­praw­dę cho­dzi­ło o nie­go, czy nie szu­ka­ła w nim jego ro­dzi­ców, Jef­fa i Oksa­ny. Był tak łu­dzą­co po­dob­ny do mat­ki, że za każ­dym ra­zem, kie­dy to so­bie uświa­da­mia­ła, ogar­nia­ło ją wzru­sze­nie. Pa­mię­ta­ła do­brze jej bied­ną twarz z ostat­nie­go wi­dze­nia, jej tra­gicz­ne oczy. Była mło­da, ład­na, całe ży­cie mia­ła jesz­cze przed sobą, a wie­dzia­ła, że umie­ra. Ona to wie­dzia­ła, w prze­ci­wień­stwie do Eli­za­beth, któ­ra na­gle jak­by ogłu­chła i ośle­pła. Uwa­ża­ła, że na­kła­nia­jąc Oksa­nę do prze­rwa­nia gło­dów­ki, ra­tu­je jej ży­cie. Tym­cza­sem ska­zy­wa­ła ją na śmierć.

...pew­ne frag­men­ty dro­gi do aresz­tu jej umknę­ły, tak samo jak mo­ment wej­ścia do bu­dyn­ku, szyb­kie prze­bie­ra­nie się w far­tuch i wspi­na­nie po scho­dach. Pa­mię­ta cha­rak­te­ry­stycz­ny wię­zien­ny odór sta­re­go potu i ku­rzu. Szła za le­ka­rzem, po­tęż­nym męż­czy­zną o ka­ry­ka­tu­ral­nie du­żej gło­wie. Ka­za­no jej nieść tor­bę, była bar­dzo cięż­ka. A po­tem wą­ska cela, z okien­kiem osło­nię­tym blen­dą i drew­nia­ną pry­czą pod ścia­ną, na któ­rej le­ża­ła Oksa­na. W ostrym świe­tle ża­rów­ki jej twarz wy­glą­da­ła jak pa­pie­ro­wa ma­ska ze zbyt du­ży­mi otwo­ra­mi na oczy.

Eli­za­beth po­chy­li­ła się nad dziew­czy­ną:

- To ja, po­zna­jesz mnie?

Oksa­na dała znak ocza­mi. Z bli­ska zo­ba­czy­ła jej usta, były sine. Po­my­śla­ła, że mat­ka Ale­ka jest bli­ska śmier­ci.

- Mu­sisz prze­rwać gło­dów­kę - szep­ta­ła. - Mu­sisz stąd wyjść dla swo­je­go syn­ka. Jeff przy­słał list... On wie, że Alek jest jego sy­nem, do­my­ślił się. On go uzna. Twój syn jest bez­piecz­ny, cze­ka tyl­ko na cie­bie...

W oczach Oksa­ny po­ja­wi­ły się łzy, jed­na z nich spły­nę­ła po twa­rzy. Eli­za­beth de­li­kat­nie otar­ła ją wierz­chem dło­ni.

- Obie­caj, że prze­rwiesz gło­dów­kę... Przy­szłam tu, aby to usły­szeć.

Pa­trzy­ły na sie­bie, a po­tem Oksa­na przy­mknę­ła na chwi­lę po­wie­ki na znak, że się zga­dza.

W kil­ka dni póź­niej An­drew zo­stał ofi­cjal­nie po­in­for­mo­wa­ny przez pro­ku­ra­to­ra, że Oksa­na Kry­wen­ko zmar­ła. "Pod­czas przy­mu­so­we­go kar­mie­nia do­szło do śmier­tel­ne­go za­chły­śnię­cia się przez po­dej­rza­ną".

Po tej wia­do­mo­ści Eli­za­beth do­sta­ła wy­so­kiej go­rącz­ki, ma­ja­czy­ła. "To nie­praw­da! - krzy­cza­ła. - Za­bi­li ją, bo prze­rwa­ła gło­dów­kę. Oni ją za­bi­li! Ja ją za­bi­łam!"

An­drew cały czas był przy niej, jak za mgłą wi­dzia­ła jego prze­ję­tą, współ­czu­ją­cą twarz.

Tak, czu­ła się rów­nie win­na jak ci, któ­rzy za­mor­do­wa­li mat­kę Ale­ka. Jak więc mo­gła­by ode­brać jej jesz­cze dziec­ko? An­drew zu­peł­nie tego nie ro­zu­miał. Być może miał tro­chę ra­cji, je­śli cho­dzi­ło o sa­me­go Ale­ka, ale co z jego mat­ką?

Wy­sła­ła do An­drew e-mail:

Dear An­drew, za­pew­ne masz więk­sze po­ję­cie o tym, co czu­je mały emi­grant, i nie po­win­nam na ten te­mat z Tobą dys­ku­to­wać, ale wy­da­je mi się, że nie moż­na po­rów­ny­wać Two­ich lo­sów z lo­sa­mi Ale­ka. Ty jed­nak po­zo­sta­wi­łeś w swo­im kra­ju mat­kę, ocze­ku­ją­cą Two­je­go po­wro­tu, a zresz­tą śro­do­wi­sko, w ja­kim prze­by­wa­łeś na emi­gra­cji, nie było do koń­ca obce, nie stra­ci­łeś kon­tak­tu ze swo­im ję­zy­kiem, z tra­dy­cją. Z Ale­kiem jest in­a­czej, ze zro­zu­mia­łych wzglę­dów roz­ma­wia­my tyl­ko po an­giel­sku, a tu­taj nikt nic nie wie o Ukra­inie, dla jego ró­wie­śni­ków to kraj rów­nie mi­tycz­ny jak Atlan­ty­da, więc je­że­li ja nie będę mu przy­po­mi­na­ła o tym, kim jest, już nie­ba­wem bę­dzie­my mie­li do czy­nie­nia ze skoń­czo­nym Ame­ry­ka­ni­nem. A do tego za żad­ną cenę nie chcia­ła­bym do­pu­ścić. Nie po to jego mat­ka od­da­ła ży­cie za wol­ność oj­czy­zny, aby jej syn za­po­mniał o swo­ich ko­rze­niach.

Pro­szę Cię, An­drew, nie ba­ga­te­li­zuj tego, tyle mogę jesz­cze zro­bić dla jego mat­ki: nie dać mu o niej za­po­mnieć.

Jak za­wsze wie­rzę, że się w koń­cu zo­ba­czy­my.

Two­ja Eli­za­beth

Jesz­cze tego sa­me­go dnia na­de­szła od­po­wiedź:

Ma Che­rié, my­ślę, że źle od­czy­ta­łaś moje in­ten­cje. Ja wca­le nie ba­ga­te­li­zu­ję pro­ble­mów, z któ­ry­mi się zma­gasz. Nie jest ła­two wy­cho­wy­wać dziec­ko i to dziec­ko, któ­re los tak cięż­ko do­świad­czył. Ja tyl­ko nie wiem, Eli­za­beth, czy nie by­ło­by le­piej dla wszyst­kich za­in­te­re­so­wa­nych, aby Alek za­po­mniał o swo­im po­cho­dze­niu i wy­rósł na praw­dzi­we­go Ame­ry­ka­ni­na, jak to okre­śli­łaś. On prze­cież te­raz jest tam, tam żyje i ra­czej nie wy­glą­da na to, aby mia­ło się to kie­dy­kol­wiek zmie­nić. Ani Ty, ani on nie ma­cie szans na przy­jazd na Ukra­inę na­wet w od­wie­dzi­ny, bo Cie­bie, jako nie­po­praw­ną kid­na­per­kę, cze­ka­ło­by aresz­to­wa­nie, a Alek tra­fił­by znów pod opie­kę dziad­ka - ko­mu­ni­stycz­ne­go or­to­dok­sa. My­ko­ła Kry­wen­ko jest jak sta­ry dąb, krzep­ko się trzy­ma i nic nie wska­zu­je, aby szyb­ko miał opu­ścić ten pa­dół, a do­pó­ki on żyje, po­wrót chłop­ca tu­taj jest wy­klu­czo­ny. Oba­wiam się, że bę­dzie to re­al­ne do­pie­ro, kie­dy Alek osią­gnie peł­no­let­ność. Za­sta­nów się więc, Eli­za­beth, czy chcesz ho­do­wać za­gu­bio­ne­go w ob­cym świe­cie oby­wa­te­la nie­szczę­śli­we­go pań­stwa, któ­re nie po­tra­fi­ło zrzu­cić jarz­ma na­wet wte­dy, gdy oka­za­ło się to moż­li­we, czy też Ame­ry­ka­ni­na, któ­ry ma szan­se żyć w wol­nym, pra­wo­rząd­nym kra­ju. Pa­mię­taj o jed­nym, Ro­sja nie od­pu­ści Ukra­iny. Pa­mię­tasz, co mi­mo­cho­dem po­wie­dział mer Łuż­kow? Że nig­dy nie po­go­dzi się z tym, by dla oby­wa­te­li Mo­skwy wcza­sy na Kry­mie mia­ły być wy­jaz­dem za gra­ni­cę! Oni pa­mię­ta­ją, że Ki­jów jest ko­leb­ką Rusi, pa­mię­ta­ją i nie za­po­mną. Zro­bią wszyst­ko, aby rzu­cić Ukra­inę na ko­la­na i ją z po­wro­tem wchło­nąć. To jest cel nu­mer je­den mo­skiew­skie­go cara - ka­ge­bi­sty. I jak do tej pory dąży do nie­go bez prze­szkód. My­ślę, że dni wol­nej Ukra­iny, za któ­rą od­da­la swo­je mło­de ży­cie Oksa­na Kry­wen­ko, są po­li­czo­ne. Na­ród ukra­iń­ski się nie­ste­ty nie obu­dził, przy­po­mi­na sta­do owiec, któ­rym moż­na do­wol­nie kie­ro­wać. A kie­ru­nek, wo­bec obo­jęt­no­ści Eu­ro­py, jest je­den: Azja!

Weź to wszyst­ko pod roz­wa­gę, za­sta­nów się, czy Ci nie wy­star­czy, że pe­wien bez­na­dziej­ny ro­man­tyk mar­nu­je so­bie ży­cie, i czy chcia­ła­byś zna­leźć mu na­stęp­cę?

Bar­dzo mi Cie­bie bra­ku­je, Eli­za­beth, ale cie­szę się, że ży­jesz jak wol­ny czło­wiek, pod­czas gdy ja tkwię w tym ba­gnie po uszy. Może uda mi się jed­nak cho­ciaż na tro­chę stąd wy­rwać. Ma­rzę o wspól­nych wa­ka­cjach z Tobą, wzię­li­by­śmy to trud­ne i upar­te dziec­ko, Ale­ka, i za­szy­li gdzieś na koń­cu świa­ta, gdzie nikt by nas nie zna­lazł.

Twój An­drew

Ona też nie ma­rzy­ła o ni­czym in­nym, ale wy­jazd oka­zał się nie­moż­li­wy. Mat­ka An­drew po­waż­nie za­cho­ro­wa­ła i nie mógł zo­sta­wić jej sa­mej, Eli­za­beth nie mo­gła z ko­lei zo­sta­wić Ale­ka, a nie chcia­ła zwal­niać go ze szko­ły choć­by na krót­ko, bo miał duże trud­no­ści w na­uce i mu­siał brać do­dat­ko­we pry­wat­ne lek­cje. Tę­sk­ni­ła za An­drew, za jego obec­no­ścią, za jego do­ty­kiem. To on spra­wił, że znów po­czu­ła się ko­bie­tą. Dzię­ki nie­mu do­świad­czy­ła wie­lu nie­zna­nych przed­tem uczuć, ra­do­ści z ob­co­wa­nia z dru­gim czło­wie­kiem, tak bli­sko, jak tyl­ko moż­na. Ona, za­wsze taka osob­na, na­gle po­tra­fi­ła się otwo­rzyć, opo­wia­dać o swo­ich naj­skryt­szych prze­ży­ciach. An­drew stał się jej schro­nie­niem. Tak my­śla­ła na tej le­śnej dro­dze.

...sta­li na­prze­ciw sie­bie.

- Po­wi­nie­nem jak naj­szyb­ciej zna­leźć się zno­wu we Lwo­wie, mu­szę mieć ali­bi - po­wie­dział. - Chłop­ca za­czną szu­kać oko­ło pierw­szej, dru­giej. Tyle cza­su zaj­mu­je mu po­wrót ze szko­ły do domu.

Ski­nę­ła ze zro­zu­mie­niem gło­wą, pró­bo­wa­ła się na­wet uśmiech­nąć, ale pod czasz­ką kłę­bi­ły się go­rącz­ko­we my­śli. "Jak będę te­raz żyła? Prze­cież bez cie­bie ni­cze­go nie ro­zu­miem z tego świa­ta. Ze świa­ta, któ­ry jest tak bez­li­to­sny i okrut­ny. Tyl­ko mi­łość, tyl­ko w niej moż­na się jesz­cze scho­wać, a ty mi od­ma­wiasz tej kry­jów­ki..."

- Za­dzwoń z Pol­ski - usły­sza­ła jego głos.

- Za­dzwo­nię na­tych­miast, jak tyl­ko bę­dzie­my bez­piecz­ni - od­rze­kła skwa­pli­wie. - A my... kie­dy się zo­ba­czy­my?

An­drew przy­tu­lił ją, po­czu­ła zna­jo­my za­pach jego skó­ry.

- Zo­ba­czy­my się na pew­no - obie­cał. - Na ra­zie po­win­ni­ście po­być tyl­ko we dwo­je, ty i Alek.

Czu­ła, że An­drew mówi tak, gdyż nie wie, kie­dy znów się spo­tka­ją. Tam, na le­śnej dro­dze nie­opo­dal gra­ni­cy pol­sko-ukra­iń­skiej, jesz­cze nic nie było wia­do­me. Nie wia­do­mo było, czy Eli­za­beth uda się bez­piecz­nie prze­wieźć chłop­ca, czy spra­wa się nie wyda i czy jej nie aresz­tu­ją. Nie wia­do­mo było, czy nie aresz­tu­ją An­drew, nie da­jąc wia­ry jego za­pew­nie­niom, że nic nie wie o znik­nię­ciu Ołek­san­dra Kry­wen­ki i że nie brał udzia­łu w jego upro­wa­dze­niu. W jego kra­ju nie li­czy­ły się fak­ty, ale przy­pusz­cze­nia. Na tej pod­sta­wie moż­na było uwię­zić, a na­wet za­mor­do­wać czło­wie­ka.

Przez ten cały czas my­śle­li o so­bie, nie­mal co­dzien­nie pi­sy­wa­li do sie­bie ma­ile, czę­sto bar­dzo krót­kie, do­słow­nie kil­ka zdań:

Co wczo­raj ro­bi­łaś? Ja by­łem w ki­nie, obej­rza­łem Pia­ni­stę Po­lań­skie­go i wiesz, wzru­szy­łem się, co mi się zda­rza bar­dzo rzad­ko. To hi­sto­ria mło­de­go ży­dow­skie­go mu­zy­ka, któ­ry cu­dem unik­nąw­szy wy­wie­zie­nia do Au­schwitz, ukry­wa się w War­sza­wie, ogar­nię­tej po­wsta­niem prze­ciw­ko Niem­com. Po­la­cy chcą oswo­bo­dzić mia­sto, za­nim zro­bią to Ro­sja­nie. W od­we­cie Hi­tler każe zrów­nać je z zie­mią i to mu się nie­ste­ty uda­je. Nie oca­le­je pra­wie ża­den dom. I wy­obraź so­bie, po tej gi­gan­tycz­nej ku­pie gru­zów błą­ka się sa­mot­ny czło­wiek, ty­tu­ło­wy pia­ni­sta. Robi to tym więk­sze wra­że­nie, że kry­je się za tym au­ten­tycz­ny los.

U mnie pro­za ży­cia. Alek roz­wa­lił so­bie na rol­kach ko­la­no i było jeż­dże­nie do chi­rur­ga i szy­cie. A po­tem sie­dzia­łam nad re­cen­zją z wy­sta­wy bar­dzo cie­ka­we­go gra­fi­ka, jest Pe­ru­wiań­czy­kiem, a ma taką eu­ro­pej­ską wy­obraź­nię, aż mnie to zdzi­wi­ło.

Przy­szła do mnie cho­ra na raka ko­bie­ta z bar­dzo dziw­ną spra­wą. Chcia­ła­by za­pi­sać w te­sta­men­cie ma­ją­tek, na­praw­dę nie­ma­ły, swo­im ko­tom i oba­wia się, że po jej śmier­ci ro­dzi­na to za­kwe­stio­nu­je.

Śni­ło mi się, że za­po­mnia­łam, jak wy­glą­dasz. W tym śnie nie pa­mię­ta­łam Two­jej twa­rzy i to było ni­czym kosz­mar.

A gdy się obu­dzi­łaś?

Gdy się obu­dzi­łam, szyb­ko po­bie­głam do biur­ka i spoj­rza­łam na Two­ją fo­to­gra­fię.

Trzy­masz moje zdję­cie na biur­ku?

Nie­ste­ty w biur­ku, ze wzglę­du na Ale­ka. Przy­zwy­cza­ił się, że w ram­ce stoi fo­to­gra­fia jego ojca.

Czy­li je­ste­śmy ze sobą w peł­nej kon­spi­ra­cji?

Do cza­su, ko­cha­ny, do cza­su.

Niby to nie było nic waż­ne­go, na ekra­nie kom­pu­te­ra jej sło­wa, jego sło­wa, ale wła­śnie w nich szu­ka­ła opar­cia w cięż­kich chwi­lach. Mi­ja­ły mie­sią­ce, po­tem już lata, a on sta­le się pod­pi­sy­wał: Twój An­drew. Czy na­praw­dę był wciąż jej?

Czę­sto też do sie­bie te­le­fo­no­wa­li. An­drew żar­to­wał, że przy­tra­fił mu się ro­mans te­le­fo­nicz­ny. Ale cze­go jesz­cze może ocze­ki­wać od ży­cia sta­ry czło­wiek?

- Ty nig­dy nie bę­dziesz sta­ry - ob­ru­szy­ła się.

- Dzię­ki za do­bre sło­wo - od­rzekł ze śmie­chem.

Pod ko­niec dwa ty­sią­ce trze­cie­go roku Eli­za­beth pod­pi­sa­ła umo­wę na ko­lej­ną książ­kę. Czy­tel­ni­kom tak się po­do­ba­ło to, co na­pi­sa­ła o Mi­cha­le Anie­le mło­dym, że wy­daw­ca na­mó­wił ją, aby te­raz na­pi­sa­ła o Mi­cha­le Anie­le sta­rym. Pra­ca nad książ­ką wią­za­ła się z wy­jaz­da­mi do Włoch, co z ko­lei wy­ma­ga­ło zmian w ży­ciu domu; Eli­za­beth mu­sia­ła po­my­śleć o kimś, kto za­stą­pił­by ją w cza­sie nie­obec­no­ści. Oczy­wi­ście jej mat­ka na­tych­miast za­ofia­ro­wa­ła się z po­mo­cą, twier­dząc, że zaj­mie się wszyst­kim, a Alek bę­dzie pod opie­ką ko­cha­ją­cej oso­by. Ale Eli­za­beth to nie prze­ko­na­ło; mat­ka mie­wa­ła lep­sze i gor­sze dni, i w cza­sie tych gor­szych nie wy­su­wa­ła nosa ze swo­jej kry­jów­ki, któ­rą był luk­su­so­wy apar­ta­ment na Fi­fth Ave­nue. I co wte­dy? Po­my­śla­ła więc, żeby ścią­gnąć ko­goś z Ukra­iny. By­ło­by to o tyle do­bre roz­wią­za­nie, że Alek mógł­by mieć żywy kon­takt ze swo­im oj­czy­stym ję­zy­kiem. Eli­za­beth co praw­da pro­si­ła An­drew o przy­sła­nie ka­set i ksią­żek po ukra­iń­sku, chło­piec jed­nak nie kwa­pił się, aby z nich ko­rzy­stać. Le­ża­ły na pół­ce i po­kry­wa­ły się ku­rzem. Tak, po­mysł wy­da­wał się do­bry, ale z re­ali­za­cją trze­ba było po­cze­kać, bo dwie po­le­co­ne przez An­drew oso­by nie otrzy­ma­ły ame­ry­kań­skiej wizy, uda­ło się to do­pie­ro jego mło­dziut­kiej ku­zyn­ce, któ­ra przy­le­cia­ła do No­we­go Jor­ku na po­cząt­ku stycz­nia.

Już na lot­ni­sku Eli­za­beth ogar­nę­ły wąt­pli­wo­ści, czy taka oso­ba po­ra­dzi so­bie z obo­wiąz­ka­mi. Alo­na wy­glą­da­ła jak dziew­czyn­ka. Drob­na, z dłu­gim ja­snym war­ko­czem oka­la­ją­cym jej gło­wę. Mia­ła wiel­kie nie­bie­skie oczy, za­dar­ty nos i do­łek w bro­dzie. Nie mó­wi­ła po an­giel­sku, to­też Eli­za­beth usi­ło­wa­ła po­ro­zu­mie­wać się z nią swo­im nie­po­rad­nym ukra­iń­skim. Nie­ste­ty ku­zyn­ka An­drew po pro­stu jej nie ro­zu­mia­ła, Eli­za­beth po ci­chu li­czy­ła więc na po­moc Ale­ka, ale tu spo­tkał ją nie­ocze­ki­wa­ny za­wód. Chło­piec oświad­czył, że nie pa­mię­ta ukra­iń­skie­go i nie ro­zu­mie, co dziew­czy­na do nie­go mówi, po czym, trza­snąw­szy drzwia­mi, za­mknął się w swo­im po­ko­ju. Eli­za­beth po­szła za nim. Sie­dział na łóż­ku z za­cię­tą miną.

- Dla­cze­go tak po­trak­to­wa­łeś na­sze­go go­ścia? - spy­ta­ła, sta­ra­jąc się za­cho­wać spo­kój.

Wzru­szył ra­mio­na­mi.

- To jest twój gość, ja jej nie za­pra­sza­łem.

- I dla­te­go wol­no ci się za­cho­wy­wać tak nie­grzecz­nie? Nie tak się uma­wia­li­śmy.

- My­śmy się uma­wia­li, że bę­dziesz moją mamą. I nie je­steś moją mamą! - za­wo­łał ze łza­mi w gło­sie.

Usia­dła obok nie­go na łóż­ku i ob­ję­ła go ra­mie­niem. Po­czu­ła, jak cały ze­sztyw­niał, i zro­bi­ło jej się na­praw­dę przy­kro. To też było wy­ni­kiem jej za­nie­dba­nia, te ich kon­tak­ty na dy­stans, nie czy­ta­ła mu przed snem, nie przy­tu­la­ła go, nie po­pra­wia­ła mu koł­dry. Rzad­ko za­glą­da­ła wie­czo­rem do jego po­ko­ju, zwy­kle wy­cho­dził w pi­ża­mie z ła­zien­ki, mó­wił jej "do­bra­noc", a ona mu od­po­wia­da­ła, nie ru­sza­jąc się zza biur­ka. Nie ukła­da­ło im się od sa­me­go po­cząt­ku, od dnia, kie­dy we­szli z ba­ga­ża­mi do tego miesz­ka­nia i Eli­za­beth po­czu­ła się tu na­gle sa­mot­nie i obco. Nie umia­ła od­na­leźć się w no­wej sy­tu­acji, więc za­ję­ła się sobą, za­miast wię­cej uwa­gi po­świę­cić osie­ro­co­ne­mu dziec­ku. Bo to on przede wszyst­kim zo­stał osie­ro­co­ny.

- Ja... bar­dzo bym chcia­ła być two­ją mamą, ale ty już mia­łeś mamę, mu­sisz o tym za­wsze pa­mię­tać.

- Ona jest pod zie­mią, sam wi­dzia­łem, jak ją za­ko­py­wa­li - od­parł rze­czo­wo.

Eli­za­beth po­czu­ła się na­gle bez­rad­na, nie wie­dzia­ła, jak ma wy­tłu­ma­czyć temu dziec­ku ich obec­ną sy­tu­ację i, przede wszyst­kim, dla­cze­go nie wol­no krzyw­dzić nie­obec­nych. A może to on miał ra­cję, może na­le­ża­ło słu­chać swo­ich uczuć i nie oglą­dać się na in­nych. Ale prze­cież ist­nia­ło coś ta­kie­go jak obo­wią­zek pa­mię­ta­nia. Co mia­ła mu od­po­wie­dzieć? Czy ona, oso­ba wąt­pią­ca, po­win­na mó­wić o Bogu i o tym, że du­sza jest nie­śmier­tel­na? Czy też zdra­dzić mu swo­je prze­czu­cia, że umar­li są za­wsze bli­sko nas?

- Two­ja mama bę­dzie żyła, do­pó­ki ją bę­dziesz pa­mię­tał - po­wie­dzia­ła wresz­cie.

- Ale ona zo­sta­ła tam, a ja je­stem tu­taj i nie chcę tam wra­cać... wolę pa­mię­tać mo­je­go tatę.

Ta­kie więc były jego kal­ku­la­cje, nie chciał przy­zna­wać się do mat­ki, bo to we­dług nie­go za­gra­ża­ło po­by­to­wi tu­taj. Bał się, że jako syn Oksa­ny Kry­wen­ko w któ­rymś mo­men­cie zo­sta­nie ode­sła­ny na Ukra­inę.

- Alek, twój dom jest tu­taj i ani ja, ani nikt inny nie zro­bi ni­cze­go wbrew two­jej woli, obie­cu­ję ci - po­wie­dzia­ła mięk­ko. - Ale zo­staw tro­chę miej­sca w ser­cu dla swo­jej mamy, za­słu­ży­ła na to.

- Do­brze - usły­sza­ła drżą­cy gło­sik.

Ta roz­mo­wa tro­chę zbli­ży­ła ich do sie­bie, ale pro­ble­my po­zo­sta­ły. Eli­za­beth wy­rzu­ca­ła so­bie, że bra­ku­je jej tego cie­pła, ja­kie mają inne ko­bie­ty. Po­zor­nie ła­twe na­tu­ral­ne ge­sty, jak przy­tu­le­nie ko­goś, po­ca­ło­wa­nie w po­li­czek czy roz­wi­chrze­nie wło­sów, przy­cho­dzi­ły jej z ogrom­nym tru­dem. Na­wet w obec­no­ści An­drew od­czu­wa­ła taką ba­rie­rę, ale on po­tra­fił ją prze­ła­mać. An­drew był pod tym wzglę­dem nor­mal­ny. Za­rów­no ona, jak i Alek zo­sta­li w dzie­ciń­stwie ja­koś oka­le­cze­ni emo­cjo­nal­nie i, przy­najm­niej w jej przy­pad­ku, skut­ki wy­da­wa­ły się nie­od­wra­cal­ne. Może źle się sta­ło, że chło­piec był wła­śnie z nią, może w ja­kimś in­nym domu, wśród lu­dzi, któ­rzy oka­za­li­by mu wię­cej cie­pła, jego rany szyb­ciej by się za­bliź­ni­ły. Dla­cze­go? Dla­cze­go była taka spę­ta­na w środ­ku, "zim­na jak ryba", jak jej kie­dyś po­wie­dział w gnie­wie Jeff? Po­tem ją prze­pro­sił, pró­bu­jąc ob­ró­cić wszyst­ko w żart.

- Wy­cho­wa­no cię na praw­dzi­wą damę - po­wie­dział - a, jak wia­do­mo, praw­dzi­wym da­mom nie wy­pa­da oka­zy­wać uczuć.

Ko­cha­ła Ale­ka, ale nie umia­ła mu tego oka­zać. Sta­wa­ło się to dla niej praw­dzi­wym pro­ble­mem. Za­czę­ła się za­sta­na­wiać, czy nie zwró­cić się o po­moc do te­ra­peu­ty. Jej przy­ja­ciół­ka Sha­ron pod­ję­ła taką te­ra­pię za­raz po wyj­ściu ze szpi­ta­la i uwa­ża­ła, że bar­dzo jej po­mo­gła. Więc może war­to, żeby i ona spró­bo­wa­ła? Ale kie­dy? Kie­dy? Na wszyst­ko bra­ko­wa­ło jej cza­su. Po­win­na wy­brać się do szko­ły Ale­ka, bo gdy była tam ostat­nio, na­uczy­ciel­ka po­wie­dzia­ła jej, że chło­piec jest bar­dzo zdol­ny, robi po­stę­py, ale trud­no na­wią­zać z nim kon­takt. Nig­dy się nie od­zy­wa nie­py­ta­ny.

W ław­ce sie­dzi sam, nie zna­lazł żad­ne­go ko­le­gi. Może na­le­ża­ło za­się­gnąć rady u psy­cho­lo­ga. Ale czas, czas ją go­nił. Bra­ko­wa­ło go jej na spo­tka­nia ze stu­den­ta­mi po za­ję­ciach, kie­dy z za­pa­łem dys­ku­to­wa­li o ostat­nich hap­pe­nin­gach albo o dziw­nym świe­tle ob­ra­zów El Gre­ca. Od daw­na za­le­ga­ła z re­cen­zją do week­en­do­we­go wy­da­nia "New York Ti­me­sa", po­na­gla­no ją już kil­ka razy.

Mimo pier­wot­nych obaw, czy Alo­na po­ra­dzi so­bie z do­mo­wy­mi obo­wiąz­ka­mi w ob­cym kra­ju, w ob­cym mie­ście, bez zna­jo­mo­ści ję­zy­ka, Eli­za­beth była z niej bar­dzo za­do­wo­lo­na. Swo­ją obec­no­ścią ta miła i bez­po­śred­nia dziew­czy­na wnio­sła do ich domu nutę opty­mi­zmu. Mia­ła ład­ny głos i czę­sto śpie­wa­ła, sprzą­ta­jąc miesz­ka­nie. Po­cząt­ko­wo tro­chę to iry­to­wa­ło Eli­za­beth, bo me­lo­dyj­ne pio­sen­ki prze­ni­ka­ły na­wet przez za­mknię­te drzwi, z cza­sem jed­nak do nich przy­wy­kła i kie­dy Alo­na wy­czer­py­wa­ła swój re­per­tu­ar i w domu za­le­ga­ła ci­sza, cze­goś za­czy­na­ło Eli­za­beth bra­ko­wać. Alek z upo­rem od­ma­wiał roz­mo­wy w swo­im daw­nym ję­zy­ku; gdy dziew­czy­na coś do nie­go mó­wi­ła, słu­chał z miną sfink­sa. Albo uda­wał, albo na­praw­dę wy­parł z pa­mię­ci swój ukra­iń­ski. Eli­za­beth sama już nie wie­dzia­ła, co o tym my­śleć. Gdy­by oka­za­ło się to praw­dą, zna­czy­ło­by, że pod­świa­do­mość dziec­ka wy­ma­za­ła ję­zyk, któ­ry ko­ja­rzył mu się ze stra­chem i cier­pie­niem.

Alo­na tym­cza­sem ro­bi­ła szyb­kie po­stę­py w na­uce an­giel­skie­go, po kil­ku mie­sią­cach moż­na już się było z nią swo­bod­nie po­ro­zu­mieć. Oka­za­ło się, że ta dziew­czy­necz­ka skoń­czy­ła wła­śnie stu­dia i ma za­miar pi­sać dok­to­rat.

- A jaki so­bie wy­bra­łaś te­mat, Alon­ko? - spy­ta­ła ją Eli­za­beth.

- Ży­cie płcio­we afry­kań­skich mo­ty­li - od­po­wie­dzia­ła z całą po­wa­gą.

Eli­za­beth uzna­ła w koń­cu, że spo­koj­nie może zo­sta­wić Ale­ka pod opie­ką pan­ny dok­to­rant­ki, i za­czę­ła się przy­go­to­wy­wać do wy­jaz­du do Włoch. Po­dróż jed­nak się od­wle­ka­ła, bo An­drew, któ­ry miał tam do niej do­łą­czyć, nie mógł z po­wo­du waż­nych spraw za­wo­do­wych opu­ścić Lwo­wa.

- Nie cze­kaj na mnie, Eli­za­beth, nie trać cza­su - mó­wił.

- Nie, tym ra­zem mu­si­my się zo­ba­czyć - od­rze­kła sta­now­czo. - Te­raz albo nig­dy!

W koń­cu uda­ło im się usta­lić datę spo­tka­nia na po­czą­tek maja.

- Ale bę­dziesz na pew­no? - py­ta­ła z nie­po­ko­jem.

- Po­sta­ram się, ko­cha­nie.

- Pa­mię­taj, je­że­li coś ci zno­wu wy­pad­nie, ja przy­ja­dę do Lwo­wa.

- To wte­dy na pew­no się nie zo­ba­czy­my!

Gdy sa­mo­lot wzbił się w po­wie­trze, po­my­śla­ła, że te­raz z każ­dą chwi­lą bę­dzie przy­bli­ża­ła się do An­drew, i ogar­nę­ło ją uczu­cie ogrom­nej ra­do­ści. Tak cie­szyć się po­tra­fi­ła tyl­ko jako dziec­ko, gdy do­sta­wa­ła dłu­go ocze­ki­wa­ny pre­zent, ro­wer albo lal­kę.

Oby nic im nie prze­szko­dzi­ło, żeby jej sa­mo­lot się nie roz­bił, a An­drew nie za­trzy­ma­ły pil­ne spra­wy.

Była jesz­cze cho­ra pani Sa­nic­ka, któ­ra w każ­dej chwi­li mo­gła po­czuć się go­rzej.

Ale sa­mo­lot wy­lą­do­wał szczę­śli­wie na Fiu­mi­ci­no i Eli­za­beth bez prze­szkód do­tar­ła do ho­te­lu, w któ­rym za­wsze się za­trzy­my­wa­ła. Był to so­lid­ny ho­tel z tra­dy­cja­mi; z okien roz­ta­czał się na­praw­dę wspa­nia­ły wi­dok na Rzym. Wcho­dzi­ło się do nie­go po słyn­nych Hisz­pań­skich Scho­dach, skrę­ca­ło w pra­wo w pięk­ną, sta­rą ulicz­kę i po le­wej stro­nie znaj­do­wa­ło się już wej­ście, przed któ­rym por­tier z nie­zwy­kłą ser­decz­no­ścią wi­tał go­ści. Zdzi­wi­ła się na wi­dok zna­jo­mej, lek­ko przy­gar­bio­nej syl­wet­ki le­ci­we­go An­to­nia, bo kie­dy była tu ostat­nio, za­po­wie­dział, że wkrót­ce od­cho­dzi na eme­ry­tu­rę.

Be­nve­nu­ta a Roma, si­gno­ra Con­ne­ry! - za­wo­łał ura­do­wa­ny.

Bu­on­gior­no, An­to­nio, la­vo­ri sem­pre?

- Si, sono an­da­to in pen­sio­ne ma che noia. Devo la­vo­ra­re, ve­de­re la gen­te, al­tri­men­ti sen­to la mor­te avvi­ci­nar­si... - od­parł z sil­nym rzym­skim ak­cen­tem.

Eli­za­beth przy­ję­ła to do wia­do­mo­ści i we­szła do środ­ka. Na pierw­szym pię­trze od po­łu­dnio­wej stro­ny mia­ła swój ulu­bio­ny po­kój, a po­nie­waż był dwu­oso­bo­wy, mo­gła go tym ra­zem za­re­zer­wo­wać dla nich oboj­ga. Ho­te­lo­wy boy wniósł jej ba­ga­że, dała mu na­pi­wek i wy­szła na ta­ras; wśród da­chów Rzy­mu do­strze­gła cha­rak­te­ry­stycz­ną ko­pu­łę Ba­zy­li­ki św. Pio­tra i po­czu­ła się tak, jak­by wła­śnie wró­ci­ła do domu.

An­drew miał przy­le­cieć na­za­jutrz oko­ło po­łu­dnia, a ona o tej po­rze umó­wio­na była w wy­daw­nic­twie, któ­re wy­da­ło wła­śnie tłu­ma­cze­nie jej książ­ki o Pie­te­rze Bru­eglu star­szym, i nie mo­gła przy­wi­tać się z nim na lot­ni­sku.

Spo­tka­li się w ho­te­lu. Pra­wie nie mo­gła uwie­rzyć, że to na­praw­dę on. Wy­glą­dał do­kład­nie tak, jak go za­pa­mię­ta­ła: te same szpa­ko­wa­te skro­nie, może odro­bi­nę wię­cej si­wi­zny, zna­jo­me bruz­dy wo­kół ust i lek­ko zmru­żo­ne, ciem­ne, nie­co kpią­ce oczy.

- Nic się nie zmie­ni­łeś - po­wie­dzia­ła, sta­ra­jąc się za­pa­no­wać nad swo­im gło­sem. - A ja?

- Ty to je­steś ty - od­rzekł. - Czy to waż­ne, że mo­żesz mieć dwie zmarszcz­ki wię­cej?

Eli­za­beth zro­bi­ła na­dą­sa­ną minę.

- Sko­ro tak mó­wisz, to zna­czy, że się po­sta­rza­łam.

- Li­czę na to - od­rzekł ze śmie­chem. - Co taki star­szy pan ro­bił­by z pod­lot­kiem? Chodź, pój­dzie­my coś zjeść, je­stem bar­dzo głod­ny.

Eli­za­beth za­pro­wa­dzi­ła go do ma­łej re­stau­ra­cyj­ki nie­opo­dal ho­te­lu, gdzie też zo­sta­ła miło po­wi­ta­na przez wła­ści­ciel­kę. Za­mie­ni­ły kil­ka słów, po­tem tam­ta przy­ję­ła za­mó­wie­nie.

Do obia­du wy­pi­li bu­tel­kę wina. Sie­dzie­li przy ma­łym sto­li­ku z wi­do­kiem na sta­ry mur po­ro­śnię­ty pną­czem ob­sy­pa­nym drob­ny­mi ró­żo­wy­mi kwiat­ka­mi. Okno było otwar­te, więc ich sil­ny za­pach przy­pra­wiał nie­mal o za­wrót gło­wy.

- Cie­ka­we, co to za ro­śli­na - za­sta­na­wia­ła się Eli­za­beth. - Sły­sza­łam taką plot­kę, że swe­go cza­su Kle­opa­tra przy­wio­zła do Rzy­mu sa­dzon­kę krze­wu, któ­re­go kwia­ty wy­dzie­la­ły sil­ny aro­mat po­zba­wia­ją­cy męż­czyzn woli, dzię­ki cze­mu ła­two przy­cho­dzi­ło kró­lo­wej pro­wa­dzić ne­go­cja­cje.

- Czy cho­dzi­ło tyl­ko o męż­czyzn? - do­py­ty­wał się An­drew. - Na ko­bie­ty ten za­pach nie dzia­łał?

- Sły­sza­łam tyl­ko o męż­czy­znach - ro­ze­śmia­ła się.

Wró­ci­li po­tem do ho­te­lu. Zna­leź­li się na­gle sami, na wy­cią­gnię­cie ręki. Eli­za­beth tak dłu­go cze­ka­ła na tę chwi­lę, czę­sto wy­obra­ża­ła so­bie, jak to bę­dzie, kie­dy się wresz­cie spo­tka­ją. A te­raz nie od­czu­wa­ła ni­cze­go prócz po­twor­ne­go onie­śmie­le­nia. Wy­da­wa­ło jej się, że nie od­wa­ży się przed nim ro­ze­brać. "Może wspól­ny po­kój to błąd - po­my­śla­ła - może trze­ba było za­miesz­kać osob­no?"

An­drew mu­siał wy­czuć, co się z nią dzie­je. Pod­szedł do drzwi bal­ko­no­wych i otwo­rzył je na oścież, po­tem, sto­jąc w nich, za­pa­lił pa­pie­ro­sa.

- Mam taki ulu­bio­ny film, o dwoj­gu nie­mło­dych już lu­dziach, któ­rzy za­ko­cha­li się w so­bie - po­wie­dział. - O ile do­brze pa­mię­tam, nosi ty­tuł Cie­ni­sta do­li­na. Wi­dzia­łaś go może?

- Nie są­dzę, rzad­ko cho­dzę do kina - od­rze­kła nie­na­tu­ral­nie spię­tym gło­sem.

- Głów­ną rolę grał w nim An­tho­ny Hop­kins - cią­gnął An­drew - a part­ne­ro­wa­ła mu nie­zwy­kła ak­tor­ka, De­bra Win­ger. I wiesz, była tam taka sce­na: sta­ry ka­wa­ler, ze swo­imi przy­zwy­cza­je­nia­mi i dzi­wac­twa­mi, przy­wo­zi świe­żo po­ślu­bio­ną żonę, tęże De­brę, do swo­je­go domu. Idą do sy­pial­ni, ale pan mło­dy ma bar­dzo nie­wy­raź­ną minę. Ona pyta: "O co cho­dzi?", a on od­po­wia­da, że nie jest pe­wien pro­ce­du­ry. I na to De­bra: "A co ro­bi­łeś wczo­raj przed pój­ściem spać?" On: "Wło­ży­łem pi­ża­mę, umy­łem zęby i po­ło­ży­łem się do łóż­ka". "Więc zrób to te­raz, włóż pi­ża­mę, umyj zęby, jak wró­cisz z ła­zien­ki, ja tu nadal będę".

An­drew pod­szedł do Eli­za­beth, ujął ją za ra­mio­na i spoj­rzał pro­sto w oczy.

- Są­dzę, ko­cha­nie, że ty też nie je­steś pew­na pro­ce­du­ry - po­wie­dział cie­pło. - Więc idź do ła­zien­ki, umyj zęby, a ja tu będę na cie­bie cze­kał...

I na­gle wszyst­ko się zmie­ni­ło, nie­daw­ne skrę­po­wa­nie znik­nę­ło bez śla­du. Obo­je byli nadzy, tak bar­dzo po­trze­bu­ją­cy sie­bie na­wza­jem. Szep­ta­ła nie­przy­tom­nie ja­kieś sło­wa, po­wta­rza­ła An­drew, że go ko­cha. Ale on prze­cież o tym wie­dział.

Le­że­li po­tem obok sie­bie wy­czer­pa­ni, ona z gło­wą na jego pier­si.

- Wiesz co - po­wie­dzia­ła - chcia­ła­bym obej­rzeć tę Cie­ni­stą do­li­nę...

- Nie wiem, czy jesz­cze ją gra­ją, to sta­ry film.

- Jak sta­ry? - spy­ta­ła.

- No... kie­dy ja go oglą­da­łem? - za­sta­na­wiał się.

- Chy­ba to był rok dzie­więć­dzie­sią­ty dru­gi albo trze­ci.

- Sam by­łeś w ki­nie?

- Sam. I jest to je­dy­ny film, któ­ry oglą­da­łem dwa razy.

Eli­za­beth ziew­nę­ła, z wol­na ogar­nia­ła ją sen­ność po tym dniu peł­nym na­pięć, ale i wiel­kiej ra­do­ści. Za­sy­pia­jąc, czu­ła obec­ność An­drew. I było tak, jak­by nig­dy się nie roz­sta­wa­li.

Śnia­da­nie za­mó­wi­li do po­ko­ju, parę mi­nut po dzie­wią­tej wje­cha­ło na wóz­ku cap­puc­ci­no w sta­rych por­ce­la­no­wych fi­li­żan­kach, cor­net­ti, go­rą­ce ro­ga­li­ki pach­ną­ce cy­na­mo­nem, i obo­wiąz­ko­wo spre­mu­ta d'aran­cio. An­drew do­dat­ko­wo za­ży­czył so­bie ja­jecz­ni­cę na bocz­ku, bo stwier­dził, że po tak cien­kim śnia­dan­ku nie do­trwał­by do obia­du.

Jej po­dał do łóż­ka srebr­ną tacę, przy­kry­tą bia­łą ser­wet­ką, gdzie obok ta­le­rzy­ków i fi­li­żan­ki stał mały wa­zo­nik z or­chi­deą; mia­ła zie­lo­ne płat­ki i fio­le­to­wy śro­dek.

- Pierw­szy raz ktoś mnie tak roz­piesz­cza - po­wie­dzia­ła z roz­bra­ja­ją­cą szcze­ro­ścią.

- Od­tąd już za­wsze będę cię tak roz­piesz­czał - od­rzekł z uśmie­chem.

- O ile bę­dziesz w po­bli­żu.

- My­ślę, że na­sza łódź przy­bi­ła wresz­cie do brze­gu.

- Są­dzisz, że tu­taj jest na­sza Ita­ka? - spy­ta­ła.

- My je­ste­śmy dla sie­bie Ita­ką - od­rzekł po­waż­nie.

- Ale to bę­dzie Ita­ka prze­no­śna, bo ja nie mogę być z tobą we Lwo­wie, a ty nie ze­chcesz przy­je­chać do Ame­ry­ki. Nie ze­chcesz, praw­da?

An­drew dłu­go mil­czał.

- Do­pó­ki żyje mat­ka, mu­szę być tam, a po­tem... je­że­li jesz­cze bę­dziesz tego chcia­ła, przy­ja­dę.

Od­sta­wi­ła tacę na pod­ło­gę i usia­dła na łóż­ku, pod­cią­ga­jąc ko­la­na pod bro­dę.

- Może coś się na Ukra­inie zmie­ni i ja będę mo­gła przy­je­chać do cie­bie. W tym roku mają być wy­bo­ry pre­zy­denc­kie.

An­drew za­pa­lił pa­pie­ro­sa.

- Nic się nie zmie­ni, Eli­za­beth, Ro­sja nie wy­pu­ści nas ze swo­ich łap. Dla Pu­ti­na to spra­wa ży­cia lub po­li­tycz­nej śmier­ci. Obie­cał swo­im, że od­bu­du­je im­pe­rium, a do tego po­trze­bu­je Ukra­iny.

- Ale prze­cież to Ukra­iń­cy będą wy­bie­ra­li swo­je­go pre­zy­den­ta, a nie Pu­tin - po­wie­dzia­ła to­nem pre­ten­sji, że jej od­bie­ra złu­dze­nia.

- Nie­ste­ty my­lisz się, to on bę­dzie wy­bie­rał. Tak jak na Bia­ło­ru­si sfał­szu­ją wy­bo­ry, wy­gra kan­dy­dat wła­dzy i na­ród to za­ak­cep­tu­je, bo na­ro­du ukra­iń­skie­go, że tak po­wiem, nie ma. Ale zmień­my te­mat na ja­kiś we­sel­szy.

An­drew od­su­nął fi­ran­kę i wyj­rzał przez okno.

- Nie­bo zno­wu bez­chmur­ne, co bę­dzie­my ro­bić dzi­siaj? Po­zwie­dza­my coś?

- A chciał­byś coś po­zwie­dzać? - od­po­wie­dzia­ła py­ta­niem.

- To ja cie­bie py­tam! - Uśmiech­nął się. - Ty tu je­steś kul­tu­ral­no-oświa­to­wa.

- Kul­tu­ral­no-oświa­to­wa? - zdzi­wi­ła się. - Kto to taki?

- U nas w po­przed­nim sys­te­mie była taka spe­cjal­na funk­cja - wy­ja­śnił - ale kul­tu­ra i oświa­ta ist­nia­ły tyl­ko na pa­pie­rze, wiesz, dla za­my­dle­nia oczu. Więc za­bie­rzesz mnie w ja­kieś ru­iny i zro­bisz mały wy­kład?

- A by­łeś już w Rzy­mie?

Zro­bił nie­okre­ślo­ny ruch ręką.

- No, miesz­kam w ma­łym Rzy­mie, jak na­zy­wa­ją Lwów. Jak wiesz, jest usy­tu­owa­ny na sied­miu wzgó­rzach.

- I jest pięk­ny! Ale od­po­wiedz na moje py­ta­nie: by­łeś już tu­taj?

- Nie, ale nie przy­je­cha­łem do Rzy­mu, tyl­ko do cie­bie. Cie­bie chcę oglą­dać i mieć bli­sko. Mo­żesz mi ewen­tu­al­nie coś opo­wie­dzieć, ale pod wa­run­kiem, że nie wło­żysz ko­szul­ki!

Eli­za­beth po­krę­ci­ła gło­wą z dez­apro­ba­tą, ko­szu­li jed­nak nie wło­ży­ła.

- No więc - za­czę­ła - Rzym był oczy­wi­ście naj­waż­niej­szym ośrod­kiem sztu­ki, lecz naj­peł­niej­szy ob­raz jej roz­wo­ju dały Pom­pe­je i Her­ku­la­num... przyj­mu­je się trzy okre­sy: kró­lew­ski, re­pu­bli­ki i ce­sar­stwa... ten ostat­ni roz­po­czął się w trzy­dzie­stym roku przed na­szą erą i trwał do pią­te­go wie­ku na­szej ery. Z tym że po­cząt­ki ar­chi­tek­tu­ry i pla­sty­ki kształ­to­wa­ły się pod wpły­wem Etru­sków.

- To wszyst­ko jest bar­dzo cie­ka­we - prze­rwał jej An­drew - ale co byś po­wie­dzia­ła, gdy­by­śmy jesz­cze na chwi­lę wró­ci­li do łóż­ka?

- Nie spę­dzi­my w nim chy­ba ca­łe­go ty­go­dnia? - ro­ze­śmia­ła się.

- Nie miał­bym nic prze­ciw temu.

- Ale ja mam wo­bec nas inne pla­ny. Czy by­łeś kie­dyś na Ca­pri?

- Na Ca­pri? - zdu­miał się An­drew. - Na Ca­pri jeż­dżą te­raz nie­miec­kie miesz­czu­chy z gru­by­mi port­fe­la­mi.

Eli­za­beth zmarsz­czy­ła groź­nie brwi.

- An­drew! Ca­pri przed se­zo­nem to zu­peł­nie inna wy­spa niż w se­zo­nie - po­wie­dzia­ła. - Ca­pri przed se­zo­nem to naj­pięk­niej­sze miej­sce na świe­cie, a poza tym krzy­żu­ją się tu róż­ne kul­tu­ry, grec­ka, rzym­ska...

Na­za­jutrz wy­ru­szy­li Au­to­stra­dą Słoń­ca do Ne­apo­lu, a stam­tąd wy­na­ję­tą mo­to­rów­ką na wy­spę. Prze­woź­ni­kiem był Aldo, mło­dy ne­apo­li­tań­czyk, jak­by wy­ję­ty z ko­lo­ro­we­go pi­sma dla ko­biet: wy­so­ki, mu­sku­lar­ny, o oliw­ko­wej ce­rze i olśnie­wa­ją­co bia­łych zę­bach. Przy­ja­zny uśmiech nie scho­dził mu z twa­rzy.

Sei in­na­mo­ra­ta? - spy­tał ją w pew­nej chwi­li.

Uśmiech­nę­ła się.

Si vede cosi tan­to?

Al­lo­ra non c'e me­glio di Ca­pri in mag­gio - od­rzekł za­lot­nie.

- Cze­góż to do­ty­czy wa­sza kon­wer­sa­cja i po­ro­zu­mie­waw­cze uśmie­chy? - spy­tał An­drew. - Za­czy­nam być za­zdro­sny!

- To na­sza ta­jem­ni­ca - od­po­wie­dzia­ła.

Aldo od razu zro­zu­miał, o co cho­dzi, i za­jął się ste­rem, a po­tem za­czął nu­cić ne­apo­li­tań­ską pio­sen­kę, wkrót­ce już śpie­wał na całe gar­dło: O sole mio... Jak­że­by in­a­czej.

- Wi­docz­nie li­czy na duży na­pi­wek - stwier­dził z lek­kim prze­ką­sem An­drew.

- Że­byś wie­dział - od­po­wie­dzia­ła. - Ci mło­dzi Wło­si tu­taj to chy­ba naj­lep­si psy­cho­lo­go­wie na świe­cie. Ten od razu się zo­rien­to­wał, że nie je­ste­śmy sta­rym mał­żeń­stwem, ale parą za­ko­cha­nych, więc od­sta­wia nam tu Ku­pi­dy­na.