Rozdział I
Przeżył.
Przeżył, ale mógł teraz kontrolować jedynie myśli, których zresztą nie było za wiele, bo z dnia na dzień zwyczajnie zgłupiał.
Wysłany w samobójczą misję dron musiał spisać się na medal, dostarczając go w precyzyjnie wybrane wcześniej miejsce. Zniszczeniu uległ zapewne wkrótce później, bo szanse na to, że sterowany sztuczną inteligencją samolot akurat tym razem wrócił do bazy, były tradycyjnie zerowe. Z kolei brak dobrej łączności bezprzewodowej zapewne uniemożliwił ludziom w Arce zebrania dowodów na potwierdzenie powodzenia misji. Przerabiał już to o jeden raz za dużo, dlatego wiedział, że krótkie sygnały z drona mogły jedynie dać im znać, że sprzęt nadal funkcjonuje, ale po takim locie byłby to istny cud.
Było jeszcze ciemno, kiedy zdołał uchylić powieki, ale krążący ciągle w żyłach środek paraliżujący nie pozwolił mu nawet drgnąć. Leżał więc tylko i myślał, a razem ze świtem i powoli rozganiającym się mrokiem, odzyskiwał coraz więcej panowania nad kończynami. Taka reakcja organizmu była naturalna i doskonale zdawał sobie z tego sprawę, ale nawet mimo tego, nie był w stanie stłamsić narastającego niepokoju, którego potęgował nawet najmniejszy szmer w pobliżu.
Po całkowitym usunięciu wszczepów, jego mózg musiał teraz na nowo przejąć kontrolę nad każdą częścią ciała. Nikt z Pierwszych nie miał pewności, jak dokładnie organy i układ nerwowy na to zareagują, ale po przeprowadzeniu wszystkich symulacji, decyzja finalnie zapadła. Jedynym pewnym wyjściem miała być jednorazowa, dziesięciokrotna dawka zmodyfikowanych wspomagaczy, na których powstanie musiał czekać aż do wczoraj. Miała postawić na nogi każdego w ciągu doby nawet po tak rozległych zmianach ciała... albo zabić, jeśli organizm postanowiłby je odrzucić. Jednak dopiero teraz poczuł, przed czym dodatkowo miały ochronić go znajdujące się w nich środki.
Przed nim samym.
Szacunki okazały się bowiem trafne. Czuł się dokładnie tak, jak nikt nigdy nie chciałby się poczuć. Jak gówno. Jak nic niewarta kupa mięśni i kości z umysłem tak ograniczonym, że sam tok myślenia przypominał mu nie ludzką świadomość, a instynkt. Przemienił się w zwierzę. Wiedział to. Czuł to każdym skrawkiem swojego ciała, które zostało właśnie pozbawione każdego, nawet najprostszego technologicznego wspomagania.
Chciał krzyczeć. Chciał rozedrzeć swoją zwyczajną ludzką powłokę na kawałki, ale przede wszystkim chciał cofnąć się w czasie i choć na moment poczuć raz jeszcze możliwości, które gwarantowała synergia natury z technologią. Jeszcze wczoraj nie ograniczało go nic. Żadna biologiczna bariera nie dawała mu o sobie znać, a teraz... a teraz nie mógł nawet wstać. Był uwięziony w swoim własnym ciele bez dostępu do wszczepów, które wyniosły owoce matki natury na niewyobrażalny jeszcze przed kilkoma dekadami poziom, w którym ból i zmęczenie nie istniały.
Jak ktoś mógł tak żyć?
Po co ktoś w ogóle miał żyć z takimi ograniczeniami?
Walczył z tymi myślami długo. Zbyt długo, a za każdym razem, kiedy je odrzucał, powracały do niego ze zdwojoną siłą. Dopiero po wielu stoczonych bataliach, słabnący ciągle umysł przypomniał mu, dlaczego tutaj trafił i po co zdecydował się na to wszystko. Umarł, aby odrodzić się na nowo. Wierzył, że ma rację. Wierzył w to każdą częścią swojego ciała, choć miał ciągle trudności z odsianiem faktów od wyobrażeń wśród wszystkich myśli, które kotłowały się w jego głowie. Narastająca w nim frustracja wraz z potęgującym się z każdą chwilą poczuciem beznadziei, doprowadzały go na skraj szaleństwa, ale walczył z tym.
Dla nich. Zrób to dla nich - powiedział do siebie i wtedy zobaczył twarze. Całe mnóstwo twarzy, które przypomniały mu, że jego podróż dopiero się zaczyna. Musiał przetrwać i dać świadectwo, a przede wszystkim ochronić tych, którzy już raz mu zaufali. Myślał nad tym długo. Tak długo, że początkowy szok spowodowany odrzuceniem wszczepów minął praktycznie całkowicie, ale ciągle czyhał z tyłu głowy, aby uderzyć w najmniej spodziewanym momencie.
Pierwsze zwycięstwo.
Małe, ale w gruncie rzeczy najważniejsze.
Kiedy tylko słońce wyjrzało zza horyzontu, ogarniając jego zgrabiałe ciało ciepłem, udało mu się poruszyć i wreszcie wstać z wysiłkiem godnym starca. Zgodnie z planem przetransportowano go tutaj wraz z zapasami wyłącznie z użyciem zautomatyzowanego transportowego drona, co samo w sobie stanowiło ogromne ryzyko. Pozostawienie tak wielu czynników w rękach zautomatyzowanego systemu w nieznanym środowisku po prostu nie mogło skończyć się dobrze, ale oto ciągle żył. Żył, choć zważywszy na przekonania wszystkich Pierwszych, już dawno powinien umrzeć.
Czując zupełnie obce ciało i umysł, rozejrzał się wokół, a wtedy rzeczywiście poczuł, że po raz pierwszy od dziesiątek lat patrzy na otaczający świat inaczej, niż dotychczas. Natura przestała być podporządkowana ludziom i nie była już skora służyć najbardziej niszczycielskiemu gatunkowi w historii Ziemi.
Teraz cały świat był zupełnym przeciwieństwem tego, czym był w czasach jego młodości. Widział to w każdym najmniejszym szczególe natury nieskalanej ludzką dłonią, która rozwinęła się tak, jakby minęły nie dekady, a całe wieki, a być może nawet tysiąclecia. Na całej Ziemi miało teraz panować wieczne lato i choć nie tak upalne, jak dawniej, to z drugiej strony znacznie obfitsze w opady i intensywne burze, wyznaczające teraz kolejne sezony. Sezony, bo tradycyjnymi porami roku trudno było je nazwać.
Pamiętający dawne czasy klimatolodzy, którzy musieli odnaleźć się nowej erze ludzkości i całej planety, określili obecny klimat mianem wiecznego lata. Wskazywali, że teraz rok dzieli się na około dziesięciomiesięczne śródziemnomorskie lato z cechami tropików i pojedynczy okres łączący jesień z wiosną. W tym drugim natura zasypiała równie szybko, jak się budziła w towarzystwie intensywnych, ale krótkich ulew z niszczycielskimi nawałnicami, które akurat skończyły się przed kilkoma dniami. Ślad po nich już jednak zniknął, a tak przynajmniej uznał, rozglądając się dookoła.
Określenie otoczenia mianem dziewiczego kompletnie mu nie pasowało. To, co niegdyś uważano za nieskalane ręką ludzką dziewicze tereny, odbiegało od tego, co miał właśnie przed sobą, choć w teorii miało być tym samym. Jednak nie czuł przez to niepokoju. Na każdym calu swojej skóry i z każdym kolejnym głębokim oddechem prawdziwie czystego, a nie sztucznie wygenerowanego powietrza, wyczuwał pewną dziwną, trudną do opisania więź z otoczeniem. Było jednak coś jeszcze. Coś, od czego bardzo chciał się uwolnić, bo ledwie stojąc teraz na skromnej polanie z trawą sięgającą do kolan, czuł się, jak niespecjalnie chciany gość.
Nie mógł zwalczyć odczucia wpatrywania się setek oczu w jego plecy i wrażenia, że jest nieustannie oceniany. Miał wręcz wrażenie, że ktoś ukrywający się w gęstwinach właśnie decydował, czy pozwolić mu przeżyć, czy może rozszarpać go na kawałki. Na samą myśl o tym przeszedł go dreszcz, który okazał się zbawienny, bo dopiero wtedy wyrwał się z hipnotycznego transu, a dziwne uczucie synergii z naturą i wrażenie, że ta chce mu coś przekazać, zniknęło w tej samej chwili. Nie zdziwiło go to, bo przecież stał się oficjalnie największym ćpunem wspomagaczy w historii, a umysł ciągle powracał do dawnej formy, ucząc się pracować na nowo tak, jak został niegdyś stworzony, a to najwyraźniej wiązało się z tego typu odchyleniami.
Był inny, więc wedle wszelkich definicji, oficjalnie kwalifikował się na wariata, a kiedy tylko przeszło mu to przez myśl, uśmiechnął się pod nosem. Doskonale wiedział, jak wyglądał w oczach pozostałych, którzy zupełnie zmieniliby zdanie, gdyby tylko chcieli uwierzyć. Nie ześwirował, a jedynie świadomie zgłupiał i osłabił się, porzucając technologię wspomagającą nieustannie tkanki biologiczne. Teraz był skazany wyłącznie na nie i to tylko na własne życzenie, ale według eksperymentów, które przeprowadził wcześniej, porzucenie wszystkich wszczepów powinno uaktywnić jego zmodyfikowany odpowiednio genotyp, mający pomóc mu przeżyć w tym świecie. Był więc teraz chodzącym eksperymentem, ewenementem na skalę całego gatunku ludzkiego, o którym mógł teraz uczyć się na nowo.
Nie czuł jeszcze głodu i pragnienia. Zadbały o to zaaplikowane podczas operacji wspomagacze, na których mógł utrzymać się przy życiu przez kilka dni. Miał więc jeszcze wiele czasu na rozpoczęcie pierwszego etapu całej misji, bo zanim miałby cokolwiek udowadniać i zmieniać, najpierw musiał przeżyć w tym świecie. Jakoś.
Był świt.
Tak przynajmniej zakładał, będąc na szerokiej polanie otoczonej z każdej strony drzewami. Było nieco chłodno, ale przyjemnie. Przynajmniej jak na zestaw składający się ze spodni jeansowych i flanelowej koszuli w barwach zgniłej zieleni. Chociaż organizm podpowiadał mu, że po tym wszystkim warto było jeszcze odpocząć, zwyczajnie nie mógł po tak wielu latach wysiedzieć na miejscu. Magiczny wręcz świergot ptaków nie dawał mu spokoju, a choć nie przypominał niczego, co pamiętał z dawnych lat, to był jednocześnie aż za bardzo znajomy.
Nie wytrzymał długo.
Wstał i ruszył w gąszcz, znacząc swoimi wysokimi butami pierwsze ścieżki w tym nienaruszonym nawet wiatrem leśnym runie. Wśród drzew trudno było wskazać dominujący gatunek, bo tych nie tylko było całe mnóstwo, ale też różniły się znacznie od tych, które widywał w czasach młodości. W niektórych rozpoznawał świerki, dęby, sosny i brzozy, ale było w nich równie dużo znajomego, co zupełnie obcego, a znacznie okazalsze rozmiary były tylko jedną z tych cech. Rozłożyste, gęste i niebywale potężne korony najwyższych drzew zatrzymywały wysoko w górze promienie słońca, utrzymując las w półmroku. Promienie dało się wprawdzie dostrzec wysoko w górze, ale był to zaledwie ułamek światła, który zwykle oświetlał dawne lasy. Nie przeszkadzało to jednak równie bujnym, co dziwacznym krzakom, roślinom i trawom rosnąć w najlepsze.
Z oddali docierał do niego delikatny szmer wody, ale dalszej wędrówki w nieznane tereny nie miał zamiaru ryzykować. Miał jeszcze zbyt dużo do zrobienia przy tym, co miało stać się dla niego nowym domem. Skierował się więc z powrotem, ale kiedy tylko się odwrócił, słysząc dziwny hałas, zamarł, a razem z nim zamarł też delikatny wiatr, a nawet śpiew rozbrzmiewający w odległych koronach drzew.
Mógłby przysiąc, że kątem oka dostrzegł dziwny ruch przy drzewie, które dopiero co omijał. Coś go śledziło? Na tę myśl od razu zbeształ samego siebie w myślach. Pozostali ludzie mogli mówić sobie cokolwiek, ale kiedy im się przeciwstawiał, musiał być pewny swego. Reagując w taki sposób, tylko podkopywał własny autorytet, dlatego pokonał szybko nie tyle strach, ile kłębiący się w głębi niepokój i ruszył w drogę powrotną, a wtedy, jak na zawołanie, ptaki ponownie zaczęły przypominać o swojej obecności. Dopiero po tym rzeczywiście poczuł, że to on jest tutaj gościem, który musiał postępować wedle zasad otoczenia. Gościem i nikim więcej. Wprawdzie zdawał sobie z tego sprawę od początku, ale wiedzieć coś, a poczuć to coś na własnej skórze, to dwa zupełnie różne światy.
Drogę powrotną pokonał szybko, nie zaprzątając sobie już głowy otoczeniem. Postanowił, że swoje badania i obserwacje zacznie dopiero wtedy, kiedy zadba o swoje bezpieczeństwo i względny komfort, a na to trzeba było jeszcze zapracować. Wreszcie przeszedł linię lasu, stając na rażącej w oczy zielenią polanie, na której środku znajdował się jego nietknięte wyposażenie na platformie zrzuconej przez drona. Już samo to, że nadal żył, potwierdzało wiele z jego teorii, ale wolał nie chwalić dnia przed zachodem słońca, który był zresztą nadal odległy, zachęcając tym samym do działania.
Wśród rzeczy, które zabrał ze sobą, miał wszystko, co mogło mu się przydać i nie narazić na niebezpieczeństwo ze strony natury. Przynajmniej wedle prywatnych ustaleń oraz przekonań, na które naprowadziły go najnowsze odkrycia. Już teraz miał jednak wrażenie, że natura rzeczywiście uspokoiła się w ciągu ostatnich dekad na tyle, że teraz nie okazywała żadnej litości nie wszystkim ludziom, a wyłącznie tym, którzy od technologii zupełnie uzależnili swoje życie, co zresztą jednoznacznie wyjaśniało, dlaczego poprzednie ekspedycje poza Arkę Zero spełzły na niczym.
Podczas nich każdy z członków był chodzącą wystawą najnowszych zdobyczy technologicznych, a jakiekolwiek próby odpowiedzenia na to, co się z nimi stało, były tylko i wyłącznie zabawą w zgadywanie. Sam ją zresztą wtedy praktykował, a przynajmniej do czasu aż zakazał podejmowania prób wykonania następnych misji. Pierwsi potrzebowali ich... ba, cała ludzkość ich potrzebowała, ale zanim wydałby pozwolenie na trzecią ekspedycję, najpierw musiał zweryfikować najnowsze teorie, biorąc całą odpowiedzialność na własne barki.
Nie bez powodu jego wyposażenie, choć okazałe i wszechstronne, było wręcz starodawne. Niektóre z nich do tego stopnia, że całymi tygodniami uczył się nie tylko przetrwania na własną rękę w dziczy, ale też obsługi od podstaw narzędzi, które zabrał ze sobą. Wcześniejszy technologiczny detoks, który był konieczny przed przeprowadzeniem najbardziej skomplikowanych operacji usuwania wszczepów, opłacił mu się, bo teraz jego umysł nie przeżywał wieszczonego przez wszystkich rozpadu, który miał go posunąć aż do samobójstwa. Po przeżyciu początkowego szoku był już od tych myśli bardzo odległy, ale w to dokładnie miejsce wkradał się coraz bardziej rosnący strach.
Skrzynie wypełnione narzędziami, skromnymi zapasami i prostymi urządzeniami badawczymi na czele z papierem i ołówkiem, leżały w tym samym miejscu, ale zupełnie inaczej, niż przed jego krótką wyprawą. Wyglądały dokładnie tak, jakby ktoś niedawno je przeszukiwał i nie był najlepszy w tuszowaniu śladów, co zresztą sugerowało nawet uchylone wieko jednej ze skrzyń. Kiedy tylko to zauważył, poczuł coś dziwnego.
Czyjąś obecność.
Odwrócił się powoli, niespecjalnie wiedząc, czego miałby oczekiwać i wtedy coś go uderzyło. Nie tyle nagły, porywisty wiatr, ile krótki, ale zaskakująco mocny podmuch, który uchylił wieko otwartej skrzyni jeszcze bardziej. Odetchnął z ulgą i unieruchomił deski inną skrzynią, rozpamiętując przy tym ostatnie godziny. Był pewny, że odkąd się obudził, pogoda była zupełnie bezwietrzna, ale nie miał zamiaru się nad tym zastanawiać. Musiał przygotować się na różne absurdy w zupełnie nowym środowisku, a anomalie pogodowe nie powinny go zupełnie dziwić. Rażony jednak nagle wcześniejszą głupotą, przeszukał jedną ze skrzyń, wyjął długą maczetę, przypiął do pasa dwa pokrowce, w które następnie wsadził długie noże. Odwrotu już przecież nie było, a wolał żyć dłużej niż krócej.
Mając ciągle wrażenie, że jego życie znajduje się na szali, którą w wahanie wprawia każdy kolejny krok, nie miał już zamiaru wracać do mrocznego lasu. Zamiast ruszać z siekierą w las po materiały, udał się w stronę wznoszącej się w górę skalnej ściany na przeciwnym końcu polany. Idąc, ścinał jednocześnie wysoką trawę, ciesząc się, że już po pierwszym zamachu maczetą nic na niego nie wyskoczyło. Był pewien, że w okolicy ciągle czają się jakieś zwierzęta, obserwując go z ukrycia i weryfikując, czy jest dla nich jakimkolwiek zagrożeniem.
Zgodnie z oczekiwaniami, a raczej zebranymi wcześniej informacjami, zauważył nieregularną dziurę o średnicy kilku metrów w pionowym masywie skalnym, znajdującym się kilkadziesiąt metrów dalej. Była wejściem do jaskini, która mogła zagłębiać się na wiele mil w ziemskie czeluści, a przynajmniej w przeszłości, bo teraz kończyła się usypiskiem skalnym jakieś trzydzieści stóp od szerokiego wejścia. Wkroczył do niej, ocenił jej wielkość i kilka godzin później skończył przenoszenie wszystkich skrzyń, ustawiając je na koniec równo wzdłuż usypiska.
Nawet w tym nie pozwolił sobie na niedokładność, bo przecież ta grota miała być dla niego nowym domem, a na to określenie jeszcze nie zasługiwała. Chciał zmienić ten stan jeszcze dziś, ale senność uderzyła go niespodziewanie, gdy tylko usiadł przy wejściu i oparł się o skały, wystawiając twarz do promieni słońca, które były wręcz magiczne i usypiające. Bardzo... usypiające.
________________________________________
Obudził go chrapliwy oddech.
Nie, nie oddech, a ciężkie sapanie, które z każdym kolejnym wydechem posyłało mu na twarz ciężkie krople lepkiej cieczy. Był tego świadom na długo, zanim porządnie wybudził się ze snu, czując coraz bardziej uporczywy smród zgnilizny, który przyprawiał go o mdłości. Zachowując spokój, uchylił nieznacznie powieki, a początkowo oślepiające słońce ustąpiło po chwili wszechobecnej zieleni.
Rozejrzał się powoli po okolicy, trzymając noże w obu dłoniach, aż wreszcie zajrzał do wnętrza groty, gotów na najgorsze. Ta jednak była pusta, a okoliczna ziemia i trawa zupełnie nie zdradzała, że ktoś go odwiedził. To więc musiał być tylko sen. Coś, czego nie doświadczył od niepamiętnych czasów, ale nie mógł przecież być to tylko sen. Przynajmniej nie w formie, którą pamiętał, bo kiedy przetarł twarz dłonią, wyczuł pod palcami lepką ciecz. Śmierdziała aż za bardzo znajomo.
W okolicy nie dostrzegł jednak żadnego zwierzęcia, które mogło się do niego podkraść i teraz czyhać gdzieś w trawie i go obserwować, a to jeszcze bardziej wzmogło u niego wrażenie, że coś nieustannie wodzi za nim wzrokiem i poddaje ocenie. Kiedy o tym myślał, poczuł coś na karku. Odskoczył od razu w bok, ale kiedy się odwrócił, zobaczył tylko wnętrze swojej jaskini... i tym razem coś jeszcze. Kroplę, która spadła tuż obok. Spojrzał w górę i zobaczył, jak na wystającym z ziemi korzeniu zbiera się ciecz. Wspiął się kilka metrów na skałę i zebrał ją palcami. Była lepka i śmierdząca.
- Zagadka rozwiązana - mruknął pod nosem.
Jej pochodzenie było jednak tajemnicą. Sprawiała wrażenie, jakby spływała prosto z masywu skalnego na korzeń, którego wcześniej na pewno tutaj nie było, dlatego z miejsca stał się czujniejszy. Zastąpił jeden z noży maczetą, która została w jaskini, a że ciepły wiosenny dzień powoli się kończył, udał się bezpośrednio w stronę słyszanego wcześniej strumyka. Dzięki ciągle działającym wspomagaczom, które powoli rozkładał organizm, nie był spragniony, a przynajmniej nie odczuwał tego w stopniu, w jaki powinien, ale za wszelką cenę chciał pozbyć się tego smrodu z twarzy.
Szybko pożałował tej decyzji, kiedy tylko las przywitał go głębokim mrokiem, potęgując powoli przytłaczający go strach. Nie miał zamiaru zawrócić. Chciał na razie pozostawić swoje zapasy nietknięte, bo równie dobrze mógłby nie wyściubiać nosa z jaskini i umrzeć w niej za kilka tygodni z odwodnienia. Ku jego zaskoczeniu strumyk, a raczej spokojna rzeka obmywająca niespiesznie swoje skalne koryto w tej części nurtu, była niedaleko.
Nie tak blisko, jak pragnął tego w tym dokładnie momencie, ale wystarczająco, aby dotarcie do niej zajmowało zaledwie kilka minut marszu. Podczas niego oznaczał kredą mijane drzewa, a relaksujący szum wypełnił jego uszy na długo, zanim odłożył maczetę i upadł na kolana nad lustrem wody. Umywszy ręce, postąpił podobnie z twarzą, uśmiechając się po raz pierwszy, odkąd trafił do nowego świata. W zachodzącym słońcu krystalicznie czysta, lodowata woda emanowała złocistym blaskiem, zachęcając do poczucia przynajmniej kilku kropel na języku. Powszechnie było wiadomo, że woda nie zmieniła się na przestrzeni dekad, ale nie mógł być pewny, czy w górnej części strumienia nie zanieczyściło jej jakieś truchło albo coś jeszcze gorszego.
Zatrucie było ostatnim, czego teraz chciał, dlatego zadowolił się tylko wypełnieniem metalowej manierki i już ją zakręcał, kiedy coś przeleciało koło jego głowy. Poruszało się tak szybko, że nawet plusk kilka metrów przed nim zauważył dziwnie późno, a świstu powietrza nawet nie usłyszał. Zerwał się od razu, podnosząc ręce w obronnym geście i wtedy zobaczył, jak coś się porusza w gąszczu. Nie dojrzał nic więcej. Tylko nagle poruszone gałązki krzewów zaledwie kilkanaście metrów od niego, które znieruchomiały w mgnieniu oka, jakby ktoś akurat je przytrzymał. Wpatrywał się w to miejsce przez dłuższy czas, a choć nie zauważył już nic równie niepokojącego, to i tak każda kolejna sekunda w tym miejscu zachęcała go do ucieczki. Chowające się za horyzontem słońce tylko to potęgowało, a problem był w tym, że droga powrotna wymagała od niego zagłębienia się w dokładnie ten sam las, od którego teraz nie mógł odwrócić wzroku.
Wyprostował się powoli i w zupełnej ciszy, wytężając wzrok i słuch. Nie miał nawet zamiaru myśleć, co może kryć się za tą linią zieleni, dlatego zachowując pozory spokoju i pewności, przytroczył manierkę do pasa i powoli wyciągnął zdrętwiałymi dłońmi maczetę z pokrowca.
Ostrze zalśniło w karmazynowym słońcu. Woda miarowo i spokojnie szumiała, delikatny wiatr wprawiał liście w subtelny ruch, a on czekał. Zbierał w sobie odwagę, aby wreszcie postawić pierwszy krok i postawił go szybciej, niż początkowo się spodziewał. W tych chwilach przestał być sobą. Wyłączył zupełnie myślenie i skupił się wyłącznie na kolejnych ruchach.
Zbliżając się do lasu, nie zauważył niczego niepokojącego, dlatego zagłębił się w niego na kilkanaście metrów. Odetchnął, kiedy rozpoznał ledwie widoczne na pniach białe kreski znaczące ścieżkę, którą tutaj dotarł, ale była to tylko chwila ulgi, bo w tej następnej serce podskoczyło mu do gardła. Miał wrażenie, że usłyszał za sobą stłumiony chichot z wyschniętego na wiór gardła.
Przeszły go dreszcze, ale kiedy odwrócił się, nie zobaczył niczego.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.