Rozdział I Spotykam Sebastiana Flyte'a - I Anthony'ego Blanche'a - Po raz pierwszy odwiedzam Brideshead
"Już tu kiedyś byłem" - powiedziałem.
Byłem tu po raz pierwszy z Sebastianem przeszło dwadzieścia lat temu w bezchmurny czerwcowy dzień, kiedy rowy kipiały kremowobiałą tawułą, a w powietrzu unosiły się ciężkie zapachy lata. Był to dzień niezwykłej urody i chociaż później bywałem tu często, w najprzeróżniejszych nastrojach, tym razem moje serce wracało właśnie do tej pierwszej wizyty.
Owego dnia także spotkałem, nie wiedząc o tym, moje przeznaczenie. Był akurat Tydzień Wyścigów Ósemek. Zmarniały teraz i zamazany, bezpowrotnie stracony, jak owa legendarna kraina Lyonesse, którą zalały fale powodzi, Oxford w owych dniach był jeszcze miastem z akwatinty. Na rozległych spokojnych ulicach ludzie chodzili i mówili jak za czasów Newmana; jesienne leniwe mgły, szara wiosna i niezwykła promienność letnich dni - takich jak ów dzień, kiedy kasztany kwitły, a głos dzwonów niósł się jasno i dźwięcznie ponad chmurami i kopułami - wszystko to promieniowało słodkimi melodiami całych wieków młodości. Klasztorna zaś cisza dodawała dźwięczności naszemu śmiechowi i niosła go wesoło ponad dobiegający aż tutaj zgiełk. I nagle w tę harmonię w Tygodniu Ósemek wdarła się wataha rodzaju niewieściego - parę setek kobiet mocnych, rozświergotanych, trzepocących na brukowanych ulicach, na schodach, wypatrujących rozrywki i polujących na nią, pijących czerwone wino, jedzących kanapki z ogórkami, wożonych łodziami po rzece, spędzanych stadami na barki kolegiów, witanych w Isis i w Union rozpaczliwymi żarcikami w stylu operetek Gilberta i Sullivana i specjalnymi popisami chórów w kaplicach kolegialnych. Echa obecności intruzek wciskały się w każdy kąt, a w moim własnym collage'u nie były to tylko echa, lecz wulkan największych niepokojów, bo to u nas miał się odbyć bal. Frontowy dziedziniec, na który wychodziły moje okna, został pokryty drewnianą podłogą i osłonięty płótnem, wokół domku portiera ustawiono palmy i azalie, a co najgorsze, wykładowca, który mieszkał nade mną, cichy jak trusia jegomość, specjalista od nauk przyrodniczych, odstąpił swoje mieszkanie na garderobę dla pań i drukowane zawiadomienie głoszące tę hańbę wisiało o niecałe sześć cali od mego dębu. Najbardziej tym dotknięty czuł się mój służący.
- Dżentelmeni, do których nie przybyły panie, proszeni są w miarę możności o spożywanie posiłków przez najbliższe parę dni poza college'em - obwieścił z przygnębieniem. - A pan, czy będzie jadał lunch na miejscu?
- Nie, Lunt.
- Powiadają, że to po to, żeby ułatwić pracę służbie. Też mi ułatwienie! Ja na ten przykład mam kupić poduszeczkę do szpilek do garderoby pań. A co oni sobie wyobrażają z tymi tańcami? Nie widzę żadnego sensu. Przedtem w Tygodniu Ósemek nigdy nie było żadnych tańców. Święto Pamięci to zupełnie inna sprawa, bo to jest w okresie wakacji, ale w Tygodniu Ósemek? Jak gdyby podwieczorki i przejażdżki po rzece nie wystarczały... Moim zdaniem, proszę pana, wszystkiemu winna jest wojna. Gdyby nie wojna, nigdy by do tego nie doszło... - Był to bowiem rok 1923 i dla Lunta, jak dla tysięcy innych ludzi, nic nigdy nie miało już być takie samo jak przed 1914. - Owszem, wino wieczorem - ciągnął, jak to miał w zwyczaju, stojąc na poły w drzwiach, na poły poza nimi - kilku młodych panów na lunch, to można zrozumieć. Ale nie tańce! To wszystko przynieśli ci, co wrócili z wojny. Byli za starzy, nic nie wiedzieli i nie nauczyliby się niczego. W tym sęk. Są nawet tacy, co chodzą do Masonie tańczyć razem z mieszczuchami, ale woźni poradzą sobie z nimi, przekona się pan... Idzie do nas lord Sebastian. Nie mogę tu tak stać i gadać, kiedy mam kupić tę poduszeczkę do szpilek.
Wszedł Sebastian - w jasnoszarych spodniach, w koszuli z crepe-de-Chine, w krawacie, w moim krawacie, tak się złożyło, we wzór ze znaczków pocztowych.
- Charles? Cóż, do licha, dzieje się w twoim college'u? Cyrk przyjechał? Widziałem tu wszystko z wyjątkiem słoni. Muszę przyznać, że cały Oxford stał się nagle dziwaczny. Wczoraj wieczorem roił się od kobiet. Musisz natychmiast stąd się wydostać, uciekać ze strefy niebezpieczeństwa. Służę ci samochodem, koszykiem truskawek i butelką Chateau Peyraguey, którego to wina nigdy jeszcze nie piłeś, więc nie rób mądrej miny. Z truskawkami smakuje wprost bosko.
- Gdzie jedziemy?
- Odwiedzić kogoś.
- Jak się ten ktoś nazywa?
- Hawkins. Weź ze sobą trochę pieniędzy, na wszelki wypadek, gdybyśmy chcieli coś kupić. Samochód należy do jegomościa nazwiskiem Hardcastle. Przekaż mu resztki wozu, gdybym się zabił. Trzeba ci wiedzieć, że nie jestem najlepszym kierowcą.
Za bramą, za ogrodem zimowym, gdzie kiedyś był domek portiera, stał otwarty dwuosobowy morris cowley. Pluszowy miś Sebastiana siedział za kierownicą; ulokowaliśmy go między nami.
- Uważaj, żeby go przypadkiem nie zemdliło - pouczył mnie Sebastian i ruszyliśmy w drogę. Na St. Mary wydzwoniła właśnie dziewiąta, gdy cudem udało nam się uniknąć zderzenia z siwobrodym duchownym w słomianym kapeluszu, pedałującym z godnością po niewłaściwej stronie High Street; minęliśmy Carfax, stację kolejową i wkrótce wjechawszy na Botley Road, znaleźliśmy się na wsi (jakże łatwo było w owych dniach znaleźć się na wsi!).
- Jest zupełnie wcześnie - oświadczył Sebastian. - Kobiety nadal jeszcze robią to co zwykle, zanim zejdą na dół. Gnuśność je wykończyła. Udało nam się uciec. Niech Bóg błogosławi Hardcastle'owi.
- Kimkolwiek jest.
- On przypuszczał, że jedzie z nami. Gnuśność i jego wykończyła. Zresztą powiedziałem mu, żeby gotów był o dziesiątej. To pewien bardzo ponury jegomość z mojego college'u. Prowadzi podwójne życie. Przynajmniej mnie się tak zdaje. Nie może być bez przerwy Hardcastle'em, dzień po dniu, zawsze, prawda? Umarłby z tego. Powiada, że zna mego ojca, co jest zupełnie niemożliwe.
- Dlaczego?
- Bo nikt papy nie zna. W sensie towarzyskim on jest trędowaty. Nie słyszałeś o tym?
- Jaka szkoda, że żaden z nas nie potrafi śpiewać - stwierdziłem rzeczowo.
W Swindon zboczyliśmy z szosy i pod wysokim słońcem wjechaliśmy w krainę murów z kamienia ciosanego. Około jedenastej Sebastian bez uprzedzenia skręcił w boczną polną drogę i się zatrzymał. Było już na tyle gorąco, że należało poszukać cienia. Na pagórku, gdzie pasły się owce, pod kępą wiązów jedliśmy truskawki i piliśmy wino - zgodnie z obietnicą Sebastiana smakowało to bosko - paliliśmy ciężkie tureckie papierosy i leżeliśmy na plecach, Sebastian zapatrzony w liście w górze, ja w jego profil; szaroniebieski dym wznosił się spokojnie, nietknięty najmniejszym powiewem, w błękitnozielone cienie listowia; przenikliwy zapach tytoniu łączył się ze słodyczą letnich zapachów wokół nas, aromat słodkiego złocistego wina zdawał się unosić nieco ponad murawą.
- Świetne miejsce, żeby zakopać gliniany garnek pełen złota - odezwał się wreszcie Sebastian. - W każdym miejscu, gdzie byłem szczęśliwy, chciałbym zakopać coś cennego, a potem, kiedy będę stary, odrażający i nieszczęśliwy, wrócić w to miejsce, odkopać skarb i snuć wspomnienia.
Był to trzeci trymestr od immatrykulacji, ale mój oxfordzki żywot datuje się od pierwszego spotkania z Sebastianem, do którego doszło zupełnie przypadkowo w środku ubiegłego trymestru. Byliśmy w różnych kolegiach i ukończyliśmy różne szkoły. Z równym powodzeniem mogłem spędzić swoje trzy czy cztery lata na uniwersytecie i nigdy go nie spotkać, gdyby nie przypadek, że pewnego wieczoru upił się w moim college'u i że miałem mieszkanie na parterze z frontu czworoboku.
O niebezpieczeństwach takiego rodzaju mieszkania ostrzegł mnie mój kuzyn Jasper, który, kiedy się zjawiłem w Oxfordzie, postanowił mnie szczegółowo wprowadzić w tajniki życia studenckiego. Mój ojciec tego nie uczynił. Wtedy, jak zresztą zawsze, starannie unikał jakiejkolwiek poważniejszej rozmowy ze mną. Dopiero na niecałe dwa tygodnie przed moim wyjazdem poruszył ten temat. Powiedział wtedy raczej nieśmiało, ale z pewną dozą przebiegłości:
- Rozmawiałem o tobie, spotkałem twego przyszłego dyrektora w Ateneum. Chciałem pogadać z nim o etruskiej interpretacji nieśmiertelności, a on znowu o wykładach dokształcających dla klasy robotniczej, poszliśmy więc na kompromis i rozmawialiśmy o tobie. Spytałem go, jaką sumę pieniędzy mam ci przeznaczyć, odparł, że trzysta funtów rocznie i że pod żadnym pozorem nie mam ci dawać więcej, gdyż tyle właśnie otrzymuje większość studentów. Uważałem, że to odpowiedź godna ubolewania. Kiedy ja byłem w Oxfordzie, miałem więcej niż większość moich kolegów i jestem przekonany, że nigdzie indziej na świecie i w żadnym innym czasie kilkaset funtów, otrzymanych w tej czy innej formie, nie odgrywa tak wielkiej roli, jeśli idzie o znaczenie i popularność, jak w Oxfordzie. Zastanawiam się, czy dać ci sześćset funtów - mówił mój ojciec, pociągając nieco nosem, jak zawsze, kiedy był czymś rozbawiony - ale doszedłem do wniosku, że jeżeli dyrektor się dowie, mógłby poczytać to za niegrzeczność. Dlatego dam ci pięćset pięćdziesiąt.
Podziękowałem mu.
- Wiem, że okazuję ci nadmierną doprawdy pobłażliwość, gdyż to idzie z kapitału... Sądzę, że nadszedł odpowiedni moment, żeby ci udzielić paru rad. Mnie nie udzielał ich nikt poza twoim kuzynem Alfredem. Czy wiesz, że tego lata, gdy miałem pierwszy raz pojechać do Oxfordu, kuzyn Alfred specjalnie przyjechał do Boughton, żeby udzielić mi paru rad? "Ned - powiedział - o jedno muszę cię prosić. Podczas trymestru zawsze w niedzielę noś cylinder. Na podstawie tego właśnie, a nie innych rzeczy, sądzi się człowieka". I wiesz, mój drogi - ciągnął ojciec, sapiąc mocno - posłuchałem go! Niektórzy moi koledzy nosili cylindry, niektórzy nie. Nigdy nie dostrzegłem żadnej różnicy pomiędzy nimi ani nie słyszałem żadnych komentarzy na ten temat, ale ja zawsze nosiłem cylinder. To tylko dowodzi, jaki wpływ może mieć roztropna rada udzielona we właściwym czasie. Ja sam chciałbym ci udzielić paru rad, ale ich nie mam.
Mój kuzyn Jasper wypełnił tę lukę. Był on synem starszego brata mego ojca, do którego nieraz na poły tylko żartobliwie zwracał się jako do "głowy rodu"; był na czwartym roku i w poprzednim trymestrze znalazł się na wysokim szczeblu: otrzymał błękitną odznakę za wioślarstwo, był sekretarzem klubu Canning i przewodniczącym Junior Common Room Internal Club, słowem - wybitną osobistością w swoim college'u. Złożył mi oficjalną wizytę w pierwszym tygodniu mego pobytu i został na podwieczorku; zjadł całą masę miodowych bułeczek, tostów z anchois i orzechowych ciastek, potem zapalił fajkę i rozparty wygodnie w trzcinowym fotelu zaczął mi wykładać, jak powinienem postępować. Poruszył wiele tematów, jeszcze dzisiaj słowo w słowo mogę powtórzyć prawie wszystko, co powiedział.
- Studiujesz historię? Bardzo szacowny przedmiot. Najgorsza jest literatura angielska i nauki ekonomiczne. Zajmuj się tym, co dobre. Czas poświęcony czemuś drugorzędnemu jest czasem straconym. Powinieneś chodzić na najlepsze wykłady - na przykład Arkwrighta o Demostenesie - niezależnie od tego, czy się wiążą z twoim przedmiotem czy nie... Dalej ubranie. Ubieraj się tak jak w wiejskiej posiadłości. Nie noś nigdy tweedowej marynarki i flanelowych spodni - zawsze garnitur. Ubieraj się u londyńskiego krawca, będziesz miał lepszy krój i dłuższy kredyt... Kluby. Wstąp teraz do Carltonu, a do Gridu na początku drugiego roku. Jeżeli chcesz się starać o przyjęcie do Union - a to byłby wcale niezły pomysł - najpierw wyrób sobie opinię na zewnątrz, w Canning albo w Chatham, zacznij od zabierania głosu na temat wygłoszonego referatu... Trzymaj się z dala od Boar's Hill... - Niebo świetliste nad przeciwległymi dachami powoli gasło, wreszcie ściemniało; dołożyłem węgla do ognia i zapaliłem światło, ukazujące w całej okazałości jego londyńskie pumpy i wytworny krawat. - Nie traktuj wykładowców jak nauczycieli, traktuj ich tak jak pastora w domu... Połowę drugiego roku spędzisz na pozbywaniu się niepożądanych przyjaciół, z którymi zbliżyłeś się na pierwszym. Sam się o tym przekonasz... Strzeż się tutejszych katolików, to sodomici mówiący nieprzyjemne rzeczy. W ogóle trzymaj się z daleka od wszelkich grup religijnych, potrafią tylko szkodzić...
Wreszcie, już na odchodnym, dodał:
- I punkt ostatni. Zmień mieszkanie. - Zajmowałem dwa duże pokoje z wnękami okiennymi i malowaną osiemnastowieczną boazerią i miałem wielkie szczęście, że jako fuks dostałem to lokum. - Widziałem już wielu studentów, którzy zmarnowali się dlatego, że mieszkali na parterze we frontowym skrzydle - wyjaśnił mój kuzyn z całą powagą. - Najpierw zaczynają wpadać koledzy. Zostawiają swoje togi, potem zabierają je przed wykładami, a ty zaczynasz częstować ich sherry. Zanim zorientujesz się, co się święci, prowadzisz darmowy bar dla różnych wałkoni z college'u.
Nie wiem, czy kiedykolwiek świadomie skorzystałem z tych rad. Z całą pewnością nie zmieniłem mieszkania, gdyż pod moimi oknami rosły goździki, które w letnie wieczory cudownie pachniały.
Gdy się patrzy wstecz, łatwo jest przypisywać własnej młodości fałszywą przedwczesną dojrzałość albo fałszywą niewinność, manipulować datami, znacząc swój wzrost na framudze drzwi. Chciałbym wyobrazić sobie - co mi się czasem naprawdę zdarza - że przyozdobiłem swoje pokoje drobiazgami w stylu Morrisa i tekstami z Arundel, a półki zapełniłem siedemnastowiecznymi foliałami i francuskimi powieściami z drugiego cesarstwa oprawnymi w skórę i jedwab. Ale tak nie było. Pierwszego popołudnia z dumą powiesiłem nad kominkiem reprodukcję Słoneczników van Gogha, ustawiłem parawan z krajobrazem prowansalskim malowanym przez Rogera Frya, kupiony niedrogo, kiedy wyprzedawano remanenty Omegi. Wystawiłem również na widok publiczny plakat malowany przez McKnighta Kauffera oraz Stronice rymów z Oficyny Poetyckiej, ponadto, co wspominam z największą przykrością, pomiędzy dwiema czarnymi świecami na gzymsie kominka umieściłem porcelanową figurkę Polly Peachum. Książek miałem niewiele, i to raczej bardzo przeciętne: Rogera Frya Wizję i rysunek, Chłopaka z Shropshire w wydaniu Medici Press, Wybitnych wiktorian, kilka tomów Poezji georgiańskej, Ponurą ulicę i Popołudniowy wiatr - i trzeba przyznać, że moi najwcześniejsi przyjaciele dobrze pasowali do tego tła. Byli to: Collins, absolwent Winchester College, urodzony naukowiec, chłopak niezwykle oczytany, o dziecięcym wprost poczuciu humoru, i małe grono intelektualistów z college'u, którzy w dziedzinie kultury trzymali się czegoś pośredniego pomiędzy żarliwym estetyzmem a proletariackim pędem do wiedzy i z zapałem poszukiwali faktów w kamienicach czynszowych przy Iffley Road i Wellington Square. W czasie mojego pierwszego trymestru właśnie ta grupa mnie wciągnęła; zapewnili mi towarzystwo w stylu, jakim się cieszyłem w szóstej klasie i do którego ta szósta klasa mnie przygotowała; ale nawet w tym najwcześniejszym okresie, kiedy źródłem wielkiej radości był już sam fakt posiadania własnego mieszkania i książeczki czekowej, w głębi serca czułem, że to nie wszystko, że Oxford ma mi do zaofiarowania coś więcej.
Z chwilą gdy spotkałem Sebastiana, te szare postacie spokojnie zmierzchły w krajobrazie i znikły jak owce w górach, wtapiając się w mgłę na wrzosowisku. Collins wygłosił mi kiedyś wykład na temat fałszywości współczesnej estetyki:
- Cała dyskusja na temat znaczenia formy opiera się na obojętności albo przez nią upada. Jeżeli pozwolisz Cézanne'owi reprezentować trzeci wymiar na jego dwuwymiarowych płótnach, musisz pozwolić Landseerowi na błysk lojalności w oku spaniela...
Ale dopiero gdy Sebastian, leniwie przewracając kartki Sztuki Clive'a Bella, przeczytał: "Czy ktoś czuje ten sam rodzaj wzruszenia na widok motyla lub kwiatu, jaki odczuwa na widok katedry lub obrazu?", i odparł: "Tak. Ja odczuwam" - otworzyły mi się oczy.
Sebastiana dość często widywałem, zanim go poznałem osobiście. Było to nieuniknione, gdyż od pierwszego tygodnia był najbardziej rzucającym się w oczy studentem na swoim roku z powodu urody i ekscentrycznego sposobu bycia, nieuznającego żadnych hamulców. Po raz pierwszy zobaczyłem go w drzwiach u Germera i przy tej okazji moją uwagę zwrócił nie jego wygląd, lecz to, że niósł dużego pluszowego niedźwiedzia.
- To był lord Sebastian Flyte - powiedział fryzjer, kiedy usiadłem w fotelu. - Niezwykle zabawny młody człowiek.
- Niewątpliwie - stwierdziłem chłodno.
- Drugi syn markizy Marchmain. Jego brat, hrabia Brideshead, opuścił Oxford w ubiegłym trymestrze. Ten był zupełnie inny, bardzo spokojny, zachowywał się jak człowiek dojrzały. A wie pan, po co do mnie przyszedł lord Sebastian? Po szczotkę do włosów dla swego niedźwiadka, z bardzo twardym włosiem; nie po to, jak mi oświadczył, żeby go czesać, ale żeby mu grozić klapsem, kiedy jest w złym humorze. Kupił bardzo ładną szczotkę oprawną w kość słoniową i kazał na niej wyryć imię "Aloysius", to znaczy imię tego niedźwiadka.
Golibroda, który przez tyle lat miał pełne prawo znudzić się wybrykami młodszych studentów, był tym wyraźnie oczarowany. Ja jednak nadal byłem nastawiony krytycznie i następne spotkania, kiedy go zobaczyłem powożącego dwukółką i jedzącego obiad u George'a w fałszywych bokobrodach, wcale mnie nie rozbroiły, chociaż Collins, który studiował Freuda, na wszystko potrafił znaleźć moc uczonych określeń.
Również kiedyśmy się wreszcie spotkali, okoliczności nie były zbyt sprzyjające. Zdarzyło się to tuż przed północą na początku marca. Właśnie byłem po wizycie paru intelektualistów z mojego college'u, których podejmowałem czerwonym winem z korzeniami; ogień jeszcze huczał, powietrze w pokoju było gęste od dymu i przypraw, a mój umysł oczadziały od metafizyki. Otworzyłem szeroko okno i z zewnętrznego dziedzińca usłyszałem dobrze mi znany pijacki śmiech i chwiejne kroki. Jakiś głos powiedział: "Wstrzymaj się", inny dodał: "Chodźże", a jeszcze inny: "Mamy moc czasu... Christ Church... dopóki Tom nie przestanie dzwonić". A ponad to wybił się czyjś wysoki dźwięczny głos: "Czuję się wprost okropnie, na chwilę muszę was opuścić" - i wtedy w moim oknie pojawiła się twarz Sebastiana, ale nie taka, jaką przedtem widywałem, ożywiona, rozjaśniona wesołością; teraz patrzył na mnie przez chwilę błędnym wzrokiem, a potem, nachylając się w głąb pokoju, zwymiotował.
Niejedna kolacyjka studencka kończyła się w ten sposób, zresztą nawet służący mieli specjalną taryfę na takie okazje; wszyscyśmy popełniali omyłki, ucząc się pić wino. Była nawet jakaś nierozumna, sympatyczna schludność w tym, że Sebastian wybrał w ostatecznej potrzebie otwarte okno. Mimo to fakt pozostawał faktem: spotkanie nie było zbyt fortunne.
Przyjaciele zawlekli go do bramy, a po paru minutach organizator jego przyjęcia, sympatyczny etończyk z mego roku, przyszedł mnie przeprosić. On również był pijany, a jego wyjaśnienia, powtarzające się w kółko, pod koniec przybrały ton wręcz płaczliwy:
- Za dużo było gatunków win - powiedział. - Nie należy tu winić ani jakości, ani ilości, tylko to, żeśmy mieszali. W tym rzecz. Zrozumieć wszystko, to wszystko przebaczyć.
- Tak - odparłem, ale na drugi dzień rano stanąłem oko w oko z Luntem nie bez poczucia winy.
- Dwa dzbanki bordeaux z korzeniami na pięciu wystarczy - powiedział - żeby tak się stało. Nie można to było chociaż wychylić się przez okno? Ci, którzy nie potrafią się opanować, lepiej, żeby nie pili.
- Ależ to nie był nikt z mojego towarzystwa, to ktoś z innego college'u.
- Czyjekolwiek by to było, sprzątanie tego nie należy do przyjemności.
- Na kredensie leży pięć szylingów.
- Widziałem i dziękuję, ale wolałbym nie dostać tych pieniędzy i co rano nie sprzątać tego paskudztwa.
Wziąłem togę i zostawiłem go; w owych dniach jeszcze chodziłem na wykłady. Wróciłem dopiero po jedenastej. W moim pokoju pełno było kwiatów. To, co wydawało się - i w rzeczywistości było! - całodziennym zapasem kwiatów z kiosku, stało we wszelkich możliwych naczyniach we wszystkich kątach pokoju. Lunt ostatnie z nich pakował właśnie w brązowy papier, żeby zabrać je do domu.
- Lunt, co to wszystko ma znaczyć?
- Ten pan, co to wczoraj wieczorem... Zostawił dla pana list.
List był napisany ołówkiem na całej stronie mego wytwornego papieru rysunkowego firmy Whatman H. P.:
Jestem pełen skruchy. Aloysius nie odezwie się do mnie ani słowem, dopóki nie przekona się, że mi przebaczono. Dlatego więc proszę, żeby Pan zjadł dzisiaj ze mną lunch.
Sebastian Flyte
"Jakże to dla niego typowe - pomyślałem. - Jest przekonany, że doskonale wiem, gdzie mieszka". Zresztą rzeczywiście wiedziałem.
- Bardzo zabawny młody dżentelmen, to nawet przyjemność po nim sprzątać. Zrozumiałem, że pan nie będzie jeść lunchu w domu, i tak powiedziałem panu Collinsowi i panu Partridge'owi, którzy chcieli zjeść tu razem z panem.
- Tak, Lunt, jem poza domem.
To przyjęcie - bo w rezultacie okazało się, że było to przyjęcie - zapoczątkowało nową erę w moim życiu.
Poszedłem na spotkanie raczej z niepewnością, gdyż miałem się znaleźć na terenie zupełnie obcym, i cichy ostrzegawczy głos wewnętrzny w stylu Collinsa radził mi, żebym się wycofał z tej imprezy. Ale w owym czasie poszukiwałem miłości i poszedłem wielce ciekaw, a zarazem odczuwając słabą nadzieję, że tam wreszcie powinienem znaleźć te niskie drzwi w murze, które inni znaleźli przede mną, a które otwierały się na zamknięty, zaczarowany ogród, niewidzialny z żadnego okna, ukryty gdzieś w sercu tego szarego miasta.
Sebastian mieszkał w Christ Church, wysoko w Meadow Buildings. Był sam, kiedy wszedłem. Obierał jajko siewki wyjęte z dużego gniazda z mchu, które leżało na środku stołu.
- Właśnie je policzyłem - powiedział. - Po pięć na każdego i dwa na dokładkę, więc wziąłem te dwa. Jestem dzisiaj potwornie głodny. Bez zastrzeżeń oddałem się w ręce Dolbeara i Goodalla i czuję się tak otumaniony, że zaczynam wierzyć, iż cały wczorajszy wieczór był snem. Proszę, niech mnie pan nie budzi.
Urzekał tą ponadpłciową pięknością, która we wczesnej młodości domaga się pełnym głosem uczucia, a więdnie pod wpływem pierwszego chłodnego powiewu.
W jego pokoju pełno było najprzeróżniejszych rupieci: harmonia w gotyckim futerale, kosz na śmieci w kształcie nogi słonia, patera z woskowymi owocami, dwie nieproporcjonalnie duże wazy sewrskie, oprawione rysunki Daumiera - wszystko to kłóciło się wyraźnie z surowymi meblami i szerokim stołem nakrytym do lunchu. Gzyms kominka zasłany był zaproszeniami z Londynu.
- Ten okropny Hobson zostawił Aloysiusa w drugim pokoju - powiedział Sebastian ze skargą w głosie. - Może to nawet dobrze, bo i tak nie ma dla niego jajek siewki. Proszę sobie wyobrazić, że Hobson nienawidzi Aloysiusa! Ogromnie bym chciał mieć takiego służącego jak pański. Dziś rano był dla mnie bardzo uprzejmy, a przecież mógł się zachować sztywno.
Towarzystwo powoli się zbierało. Było trzech fuksów z Eton, miłych, eleganckich, obojętnych, wyniosłych młodych ludzi, którzy poprzedniego wieczoru byli na tańcach w Londynie i mówili o tym, jak gdyby wrócili z pogrzebu bliskiego, ale niekochanego kuzyna. Każdy z nich, wchodząc do pokoju, najpierw podchodził do gniazda z jajkami siewki, potem dopiero spoglądał na Sebastiana, a w końcu na mnie, moją osobę kwitując grzecznym brakiem ciekawości, który zdawał się mówić: "Nie ośmielamy się nawet przypuszczać, żeś mógł nas nie spotkać".
- Pierwsze tego roku - powiedział któryś z nich. - Gdzież je zdobyłeś?
- Matka przysyła mi je z Brideshead. Dla niej zawsze je wcześnie składają.
Kiedy jajka zniknęły i właśnie jedliśmy homara, przyszedł ostatni gość.
- Moi drodzy - powiedział - nie mogłem się wcześniej wydostać, jadłem lunch z moim id-d-diotycznym tutorem. Bardzo się zdziwił, że tak szybko chcę go opuścić, ale powiedziałem mu, że mam mecz piłki nożnej i muszę się p-p-przebrać.
Wysoki, smukły, raczej smagły, miał wielkie, impertynenckie oczy. My wszyscy byliśmy ubrani w szorstkie tweedy i sportowe buty. On natomiast miał gładki czekoladowobrązowy garnitur w grube białe paski, zamszowe buty, dużego motylka, a wchodząc do pokoju, zdjął żółte rękawiczki z irchy; było w nim coś amerykańskiego, częściowo galijskiego, nawet żydowskiego - słowem całość egzotyczna.
Był to, nie muszę chyba mówić, Anthony Blanche, esteta par excellence, uosobienie występku od Cherwell Edge aż po Somerville. Pokazywano mi go często na ulicy, kiedy przechadzał się pompatycznie, krokiem przypominającym chód pawia. Nieraz słyszałem u George'a jego głos, kiedy drwił ze wszystkich konwenansów, a teraz, spotykając go u Sebastiana, którego wdzięk mnie urzekł, z całą łapczywością cieszyłem się jego towarzystwem.
Po lunchu stanął na balkonie z megafonem, który w nieoczekiwany sposób znalazł się w bric-a-brac Sebastiana, i leniwym głosem zaczął recytować całe ustępy z Ziemi jałowej opatulonym w swetry studentom tłumnie zdążającym w stronę rzeki:
- I ja, T-t-tejrezjasz, z g-góry widziałem to wszystko - łkał im spod weneckich łuków. - Co jed-d-nakie jest w łóżku albo na tapczanie, Ja, k-k-tóry siadywałem u Teb murów nisko, przyjmując z ust umarłych...
A potem, wracając do pokoju, powiedział od niechcenia:
- Zbaranieli zupełnie! Wszyscy ci w-w-w-wioślarze to dla mnie śmieszne typki.
Siedzieliśmy, sącząc cointreau, a najłagodniejszy i najbardziej wyniosły z etończyków zaśpiewał: "Do domu wnieśli wojownika jej martwego", akompaniując sobie na harmonii.
Rozeszliśmy się dopiero o czwartej po południu.
Pierwszy wyszedł Anthony Blanche. Po kolei bardzo ceremonialnie pożegnał każdego z nas. Do Sebastiana powiedział:
- Mój drogi, miałbym ochotę wbić w ciebie cały kołczan strzał jak w poduszkę do szpilek.
I do mnie:
- Moim zdaniem Sebastian wpadł na cudowny pomysł, żeby pana odkryć. Gdzie pan się czaił do tej pory? Przyjdę do pańskiej nory i wypędzę jak starego g-g-g-gronostaja.
Wkrótce po nim wyszli inni. Wstałem, żeby im towarzyszyć, ale Sebastian zaproponował:
- Napijmy się jeszcze cointreau. - Więc zostałem. Po chwili dodał: - Muszę iść do ogrodu botanicznego.
- Po co?
- Żeby zobaczyć bluszcz.
Powód wydał mi się wystarczająco dobry i poszedłem z nim. Wziął mnie pod ramię, gdy szliśmy pod murami Merton.
- Nigdy jeszcze nie byłem w ogrodzie botanicznym - przyznałem się.
- Och, Charlesie, ileż jeszcze musisz się nauczyć! Jest tutaj cudowny łuk i całe mnóstwo odmian bluszczu, których istnienia nawet nie podejrzewałem. Nie wiem, co bym tu począł bez ogrodu botanicznego.
Kiedy wreszcie wróciłem do siebie i zastałem wszystko tak jak przed wyjściem, odniosłem wrażenie nudy, która przedtem mnie nie drażniła. Jaka była tego przyczyna? Tylko złociste żonkile robiły wrażenie realnych. Może parawan? Odwróciłem go malowidłem do ściany. Tak, teraz było lepiej.
Na tym zakończyła się kariera parawanu. Lunt nigdy go nie lubił i po paru dniach wyniósł do ciemnego schowka pod schodami, pełnego szczotek i kubłów.
Od tego dnia datuje się moja przyjaźń z Sebastianem i dzięki temu w ów czerwcowy poranek znalazłem się koło niego, leżąc w cieniu wysokich wiązów, wpatrzony w dym z jego papierosa, leniwie pełznący ku gałęziom.
Wkrótce znowu ruszyliśmy w drogę i po jakiejś godzinie poczuliśmy głód. Zatrzymaliśmy się więc przed przydrożną gospodą, która była również farmą, i tu w ciemnej, bez promienia słońca jadalni, gdzie w cieniu tykał stary zegar, a kot drzemał przy pustym palenisku komina, zjedliśmy jajka na bekonie, marynowane orzechy włoskie i ser, napiliśmy się piwa.
Wreszcie wczesnym popołudniem dotarliśmy do celu: najpierw nas powitała kuta brama, potem dwa bliźniacze klasyczne domki-portiernie, znajdujące się jeszcze na terenie wiejskich błoni, szeroka aleja, znowu brama, rozległy park, zakręt i nagle otworzył się przed nami nieoczekiwany, tajemniczy krajobraz. Byliśmy u wejścia do doliny, a poniżej, w odległości pół mili, ujrzeliśmy jaśniejącą szarością i złotem na tle zieleni drzew kopułę i kolumny starego domu.
- No i jak? - spytał Sebastian, zatrzymując samochód.
Za kopułą widać było taflę wody, wokół której, strzegąc jej i kryjąc ją zarazem, rozciągały się łagodne wzgórza.
- No i jak? - powtórzył Sebastian.
- Cudownie byłoby tu mieszkać! - zawołałem.
- Musisz zobaczyć ogród i fontannę. - Pochylił się i włączył bieg, mówiąc: - Tutaj mieszka moja rodzina.
Już wtedy, jak gdyby przeczuwając coś złowieszczego, poczułem nagle zimny dreszcz, słysząc słowa, których użył: "Tutaj mieszka moja rodzina", a nie: "To jest mój dom".
- Nie martw się - ciągnął - wszyscy wyjechali. Wcale nie będziesz musiał się z nimi spotkać.
- Ale bardzo chciałbym ich poznać.
- Niestety, to niemożliwe. Są w Londynie.
Przejechaliśmy przed frontem domu i skręciliśmy na boczny dziedziniec.
- Wszystko teraz zamknięte, chodźmy lepiej tędy - powiedział Sebastian i wykładanym kamiennymi płytami sklepionym korytarzem przeszliśmy do części dla służby. - Chciałbym, żebyś poznał nianię Hawkins. Dlatego tu przyjechaliśmy.
Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.