Powrót - Ben Shephard

Reflow text when sidebars are open.
"Nalot Gestapo na nasz szpital odbył się z zaskoczenia". Pewnego wiosennego poranka Niemcy zjawili się bez zapowiedzi w krakowskim szpitalu i aresztowali cały personel. Lekarzy brano, jak stali, pielęgniarki dostały pięć minut, żeby się przygotować do odjazdu. "Byliśmy w szoku, niektórzy zapomnieli odłożyć igły i termometry. Wciąż trzymali je w ręku, kiedy wsiadali do ciężarówek", wspominała Anna, studentka akademii sztuk pięknych pracująca jako pielęgniarka. Pacjentów pozostawiono bez żadnej opieki.
Personel przewieziono na dworzec kolejowy. Czekali, a na ich oczach rozgrywały się małe tragedie: chłopiec biegnący za tatą został zatrzymany przez bagnety esesmanów, młodzieniec, który spróbował ucieczki, ocierał krew z twarzy. Potem wszyscy załadowali się do pociągu.
Dwie noce później pociąg zajechał na dworzec w Hamm w Westfalii, przykryty szklanym dachem. Trwał właśnie alarm przeciwlotniczy. "Panowała ciemność, rozświetlana tylko przez promienie reflektorów kreślących na niebie figury geometryczne". Jeńców zabrano do schronu. Widzieli, jak strażnicy jedzą kanapki i popijają piwem. Sami od kilku dni nie mieli nic w ustach.
O świcie przemaszerowali dziesięć kilometrów na targ. Idąc wzdłuż autostrady, mijali długą kolumnę wynędzniałych, brudnych ludzi, powłóczących opuchniętymi nogami, pilnowanych tylko przez kilku wymuskanych esesmanów na motocyklach. Spotkali też grupę francuskich jeńców wojennych w znoszonych mundurach. W mieście w każdym oknie wisiała czerwona flaga ze swastyką i sztandary z okazji zbliżającej się wizyty Mussoliniego. "Na targu czekali na nas przyszli pracodawcy - pisała Anna. - Oglądali nas z każdej strony, zwłaszcza mężczyzn. Macali nas, jak się maca gruszki na straganie albo cielaka przed zakupem. Nie było wielu chętnych na studentki, toteż zostałyśmy w hali jako ostatnie". Dziewczyny pragnęły trzymać się razem, ale w końcu je rozdzielono i wysłano do roboty w różnych częściach kraju. Anna trafiła na farmę. Całe życie spędziła w mieście; praca na roli była dla niej ciężkim znojem.
Innych Polaków spotykała tylko raz w tygodniu, w kościele. Ale wkrótce i tego Niemcy zakazali. Polaków, którzy próbowali się skarżyć, batożono lub wysyłano do obozów koncentracyjnych. Inni po prostu usłyszeli, że odtąd nie wolno im chodzić do kościoła i że już nigdy nie zobaczą Polski. "Upokorzeni, wróciliśmy do pługów i do krów, o wiele milszych i łaskawszych niż ich właściciele"1.
Losy Anny, dziewczyny porwanej ze szpitala i zmuszonej do pracy na roli w obcym kraju, nie należą do niezwykłych. Niemiecka machina wojenna niemal od samego początku potrzebowała robotników z zagranicy.
W Trzeciej Rzeszy panował ustawiczny niedobór rąk do pracy, zwłaszcza w rolnictwie. Pod koniec lat trzydziestych, kiedy ożywienie gospodarcze i zbrojenia nabrały tempa, szacowano, że na terenie Rzeszy Wielkoniemieckiej brakuje około miliona pracowników i to już po uwzględnieniu dobrowolnych migrantów. W gospodarstwach rolnych ogromną część obowiązków musiały brać na siebie chłopskie żony. Kiedy we wrześniu 1939 roku wybuchła wojna, władze starały się chronić rolnictwo, lecz pobór do wojska ośmiuset tysięcy młodych mężczyzn wywołał panikę. Ministerstwo Rolnictwa i Zaopatrzenia obawiało się, że wieś nie zdoła wyżywić miast i dojdzie do powtórki sytuacji z czasów pierwszej wojny światowej, nalegało więc, by pozyskać pracowników z podbitych terytoriów. Wkrótce po zajęciu Polski wysłano do Rzeszy trzysta tysięcy jeńców wojennych, to jednak nie wystarczało. Przygotowano plany przerzucenia miliona kolejnych ludzi z terenów Generalnego Gubernatorstwa. W pierwszych miesiącach 1940 roku każdego dnia do Niemiec przybywało dziesięć pociągów, wypełnionych tysiącami robotników przymusowych2.
Zatrudnianie Polaków stało się przyczyną ogromnych napięć ideologicznych w szeregach nazistów. Z jednej strony uważano, że posłanie Niemek do pracy podczas pierwszej wojny światowej doprowadziło do zapalnej sytuacji społecznej i politycznej. Poza tym, zgodnie z linią nazistowskiej polityki społecznej, miejsce kobiety było w domu, a nie w fabryce. Nie chciano także zbytniego obniżenia stopy życiowej przeciętnej niemieckiej rodziny, jak w 1917 i 1918 roku. Z powyższych powodów ściąganie Polaków do pracy stanowiło sensowne rozwiązanie.
Z drugiej jednak strony - co z nazistowską doktryną rasową? Historyk Ulrich Herbert zauważał: "Sprowadzenie milionów ludzi z zagranicy, zwłaszcza Polaków, do pracy na terenie Rzeszy stało w sprzeczności z zasadami narodowego socjalizmu, gdyż stwarzało zagrożenie dla czystości niemieckiej krwi". Co więcej, w SS pod kierownictwem Himmlera przygotowywano właśnie plan masowej likwidacji Żydów i Polaków w Europie Wschodniej - przesiedlanie Polaków do pracy wydawało się zatem przejawem politycznej niekonsekwencji3.
Problem rozwiązano, narzucając Polakom "system więziennego apartheidu". Nie pozwalano im mieszkać pod jednym dachem z Niemcami - zamiast tego przydzielano im osobne baraki. Musieli nosić opaski z literą P i otrzymywali gorsze wynagrodzenia. Za wszelkie naruszenie reguł wymierzano srogie kary, a za kontakty seksualne między Polakami i Niemcami groziła śmierć. W lipcu 1941 roku pewien mężczyzna (o nieposzlakowanej dotychczas opinii) został powieszony, "gdyż wsunął rękę pod spódnicę niemieckiej dziewczynie, pracującej jako pomoc w gospodarstwie rolnym". Niemcy czasami sarkali, zwłaszcza że egzekucje wykonywano w trybie przyspieszonym i publicznie - ale to nic dziwnego, służyć bowiem miały za ostrzeżenie zarówno dla Polaków, jak i dla niemieckich kobiet4.
Niemieckie władze okupacyjne w Polsce z zaskoczeniem przyjęły fakt, że około dwustu tysięcy Polaków zgłosiło się do pracy dobrowolnie. Jako że brakowało żołnierzy, by wyłapać siłą setki tysięcy robotników, Niemcy ogłosili przymusowy pobór dla wszystkich mieszkańców Generalnego Gubernatorstwa między czternastym a dwudziestym piątym rokiem życia. Świat w niewielkim stopniu zdawał sobie sprawę z tych wydarzeń - uwagę przyciągała raczej niemiecka inwazja w Europie Zachodniej w maju 1940 roku.
Blitzkrieg otworzył dostęp do ogromnych zasobów siły roboczej i wydawało się, że niedobory pracowników znikną raz na zawsze. Do października 1940 roku na tereny Rzeszy (przede wszystkim do gospodarstw rolnych) trafiło milion dwieście tysięcy francuskich i brytyjskich jeńców wojennych. Wbrew powszechnym wyobrażeniom większość brytyjskich jeńców nie spędziła wojny w obozach, wystawiając amatorskie przedstawienia teatralne, oddając się homoseksualizmowi z braku lepszych opcji lub opracowując szalone plany ucieczki. Pracowali na roli, a w późniejszym okresie - w fabrykach.
Równocześnie Niemcy prowadzili w krajach Europy Zachodniej kampanię rekrutacyjną zakrojoną na wielką skalę, dzięki czemu udało im się przyciągnąć tysiące kolejnych pracowników. Wprowadzono specjalne przepisy dotyczące traktowania, wynagradzania i warunków lokalowych dla różnych grup. Na szczycie hierarchii plasowali się Niemcy. Następnie Gastarbeitnehmer z państw Osi, na przykład z Włoch, potem Westarbeiter z Europy północnej i zachodniej, jeńcy wojenni i wreszcie, na samym dole, Polacy. Oczekiwano, że niemieccy obywatele będą się odnosić inaczej do przedstawicieli każdej z tych czterech kategorii: "do Polaków jako "rasa panów", do jeńców z rezerwą, do Włochów przyjaźnie, a do Belgów neutralnie". W praktyce jednak istniały różne porządki. Włosi uchodzili za leniwych i aroganckich, zdecydowanie niezasługujących na wysokie wynagrodzenia, które otrzymywali. Irytujące było również, że narzekali na niemiecką kuchnię: na kartofle, kiszoną kapustę, kiełbasę i ciemny chleb. Polacy natomiast dobrze wpasowali się w pejzaż niemieckiej wsi. Większość cywilów z Zachodu, zwłaszcza z Francji i Belgii, uważano za solidnych pracowników. Dostawali względnie niezłe pieniądze, a ich warunki życia były niewiele gorsze niż przeciętnego niemieckiego robotnika5.
Strategia oparta na wykorzystywaniu obcej siły roboczej miała zapobiec powtórzeniu błędów z przeszłości. Nazistowskich przywódców ciągle prześladowały wspomnienia pierwszej wojny światowej, kiedy to - jak uważali - przyczyną klęski nie była postawa armii na polach bitewnych, lecz brytyjska blokada morska, wzięcie głodem mieszkańców kraju i odebranie im woli walki. Defetyzm z frontu domowego przeniósł się na żołnierzy i tak oto Niemcy otrzymały "cios w plecy". Teraz więc za wszelką cenę trzeba było zadbać, by dla zwykłych ludzi nie zabrakło żywności6.
Kiedy 22 czerwca 1941 roku trzymilionowa niemiecka armia uderzyła na Związek Radziecki, Hitler i jego generałowie spodziewali się, że kampania potrwa kilka tygodni, najwyżej kilka miesięcy. Ich uwagę coraz bardziej zaprzątała następna wielka rozgrywka z Wielką Brytanią i Stanami Zjednoczonymi. Mężczyźni powołani do wojska mieli zaś wkrótce wrócić do fabryk i na rolę.
Mniej więcej przez dwa miesiące wszystko szło zgodnie z planem. Armia Czerwona nie stawiała poważniejszego oporu. Dzięki serii potężnych okrążeń bitewnych udało się wziąć do niewoli setki tysięcy radzieckich żołnierzy. Pod koniec lipca, w atmosferze radosnego triumfu, nazistowscy przywódcy opracowywali ambitne plany dotyczące podbitych terytoriów. Potem jednak tempo natarcia zwolniło i pojawiły się pierwsze kłopoty. Wehrmacht posuwał się co prawda w głąb kraju - przed końcem września zajął Kijów i wyparł radzieckie wojska z republik bałtyckich - lecz optymizm w Berlinie słabł. Na długo, nim w grudniu 1941 roku Sowietom udało się przeprowadzić skuteczny kontratak w obronie Moskwy, było już jasne, że zapowiada się długa i żmudna kampania.
Miało to oczywiste skutki dla niemieckiej siły roboczej. Okazało się, że nie tylko żołnierze nie wrócą w najbliższej przyszłości z frontu, ale wręcz potrzeba ich coraz więcej, a werbować można ich było wyłącznie z fabryk. To z kolei wymuszało pozyskiwanie kolejnych robotników z zagranicy. Raz jeszcze w systemie doszło do napięć. Nazistowska propaganda przedstawiała sowieckich jeńców jako "zwierzęta", dlatego sprowadzenie ich na teren Rzeszy, a także pozwolenie, by pracowali ramię w ramię z niemieckimi kobietami, wydawało się nie do pomyślenia. (Z tego samego powodu, pod pretekstem, że Związek Radziecki nie podpisał konwencji genewskiej, nie zapewniano odpowiedniego wyżywienia 3,3 miliona ludzi wziętych do niewoli w 1941 roku. Przeszło połowa z nich poniosła śmierć: ginęli z głodu, z zimna, wyczerpania albo po prostu byli zabijani. Łączna liczba sowieckich jeńców podczas wojny sięgnęła 5,7 miliona, z czego 3,5 miliona nie przeżyło). Ale z drugiej strony jakaż była alternatywa? W roku 1942 radzieccy jeńcy zaczęli otrzymywać żywność i skierowano ich do pracy. Tymczasem nowy pełnomocnik do spraw zatrudnienia, okrutny gauleiter Saksonii Fritz Sauckel zabrał się do pozyskiwania pracowników przymusowych z podbitych terenów na Wschodzie. "Niemiecki rynek pracy dysponuje teraz dwustu pięćdziesięcioma milionami pracowników", oznajmił mu Hitler7.
Na Ukrainie Niemców witano chlebem i solą jako wyzwolicieli. Z początku wielu Ukraińców rozważało wyjazd za pracą do Rzeszy, zwłaszcza że przekonywano ich, iż standard życia jest tam znacznie wyższy. W gazetach pojawiały się materiały propagandowe. W zakładach pracy rozwieszano plakaty zachęcające do emigracji. W kinach wyświetlano także film Przybywajcie do słonecznych Niemiec, przedstawiający młodych Ukraińców tanecznym krokiem zmierzających na sielską niemiecką farmę. Przez pewien czas starania te przynosiły skutki. Zgłosiło się wielu ochotników do pracy, wiedzionych ciekawością, chęcią zarabiania przyzwoitych pieniędzy lub po prostu tym, że nie mieli nic do stracenia. W połowie stycznia 1942 roku, przy dźwiękach orkiestry dętej, tysiąc pięciuset młodzieńców z Kijowa wsiadło do pociągu przyozdobionego kwiatami i transparentami i wyruszyło do Niemiec. W lutym wysłano dwa kolejne pociągi. "Liczyliśmy, że tam zarobimy na życie i kupimy sobie przyzwoite ubrania - wspominał później jeden z ochotników - bo Niemcy nosili porządnie szyte ubrania z dobrego materiału"8.
W maju Francuzka pracująca w Niemczech pisała w pamiętniku: "Przyjechały ukraińskie dziewczęta, młodziutkie, praktycznie dzieci. [...] Większość przecudnej urody. Noszą tradycyjne chusty lub białe chustki na głowach. Są skromne i nieśmiałe niczym stado wróbelków. [...] Jakże one śliczne, niewinne, naiwne z tą swoją tanią biżuterią i w znoszonych sukieneczkach"9.
Jednak po kilku miesiącach rzeka imigrantów wyschła. Ukraińcy przestali zgłaszać się na ochotnika. Do okupowanego kraju docierały wieści o złym traktowaniu robotników w Rzeszy, o fatalnych warunkach kwaterunkowych, kiepskim wyżywieniu i upokorzeniach. W rzeczywistości bowiem Ukraińcom przyznano w hierarchii miejsce gorsze nawet niż Polakom. Byli zamykani w obozach za ogrodzeniami z drutu kolczastego, "żeby nie mogli rozsiewać komunistycznej propagandy". Każdy musiał też nosić plakietkę z napisem "Ost". Kiedy chętnych zabrakło, Sauckel użył siły. Ukraińskim władzom najróżniejszych szczebli zagrożono śmiercią, jeśli nie dostarczą kontyngentu rekrutów. W wioskach starszyzna często stosowała bardzo arbitralne kryteria, chroniąc własnych krewnych i wysyłając na roboty swoich przeciwników, komunistów, uchodźców, Polaków, osoby wątłe albo kiepsko radzące sobie z pracą. "Wystarczyło, że szef wskazał cię palcem, i jechałeś do Niemiec", wspominał pewien robotnik10.
"Orałem właśnie pole, kiedy zjawili się policjanci i powiedzieli, że zabierają nas do Rzeszy", opowiadał po latach Anatolij Lutikow. Anatolij, wówczas siedemnastoletni parobek z południowej Ukrainy, został spawaczem w fabryce amunicji niedaleko Bremy. Nikołaj Sioma miał piętnaście lat, kiedy "policjant kazał mi się stawić następnego dnia o czwartej rano w punkcie zbornym, skąd miałem zostać wysłany do Niemiec. [...] Dodał, że jeśli spróbuję ucieczki, spali nasz dom i powiesi moją matkę". Parę miesięcy później Nikołaj pracował w podziemnej hali fabrycznej w okolicach Hildesheim. "Latem czterdziestego drugiego wywieźli mnie do Niemiec - wspominała Kławdia Oczkasowa, dziewczyna z wioski pod Kijowem. - W punkcie zbornym każdemu przypisano numer. Na miejscu panowie czekali już na swoich niewolników. Wybierali nas, jak się wybiera krowy na targu. Mnie trafił się przyzwoity pan. Był antyfaszystą. Zawsze mnie dobrze traktował, i pozostałe dziewczyny także". Kławdia napisała jednak list do domu, w którym ostrzegała przed wyjazdami do Niemiec, gdzie Ukraińców czeka wyłącznie brutalna przemoc, upokorzenia i szyderstwa. List wpadł w niepowołane ręce; Kławdię zamknięto w więzieniu, a potem w obozie koncentracyjnym11.
Jednak ani próby przynęcenia ochotników, ani rozkaz wydany ukraińskim władzom nie przyniosły oczekiwanych rezultatów, toteż Niemcy zaczęli po prostu organizować łapanki. Ta taktyka okazała się znacznie skuteczniejsza. Od stycznia 1942 roku do końca czerwca 1943 ludzie Sauckela dostarczyli do Niemiec 2,8 miliona pracowników przymusowych. Przez osiemnaście miesięcy niemiecką siłę roboczą każdego tygodnia zasilały średnio trzydzieści cztery tysiące osób12.
Nowi pracownicy trafiali nie tylko do przemysłu zbrojeniowego czy na rolę. W roku 1942 Hitler zgodził się wreszcie, aby urzędy pracy kierowały Niemki trudniące się służbą domową do cywilnego personelu armii, pracodawcom zaś pozwolono zatrudniać na ich miejsce dziewczęta ze Wschodu. Ten ideologiczny zwrot dokonał się, gdyż parę miesięcy wcześniej Führerowi pokazano grupę Ukrainek. Zaskoczyło go, że mają jasne włosy i "aryjską" urodę. Uznał, że w ich żyłach musi płynąć nieco germańskiej krwi i zapewne są potomkiniami Gotów, którzy zapuścili się kiedyś za Bug, toteż nadają się na pomoc domową. W marcu 1944 Niemcy zatrudniali około stu tysięcy służących z zagranicy. Prawie połowa pochodziła ze Związku Radzieckiego. Wiele ówczesnych dzieci zapamiętało swoje opiekunki, "stepowe Mary Poppins", poubierane w "watowane kurtki, w chodakach lub ciężkich butach, z włosami spiętymi w kok. Nie znały niemieckiego, nigdy nie widziały waterklozetu ani wanny. Panie domu zaczynały zazwyczaj od wyszorowania niań do czysta i nauczenia ich niemieckich standardów higieny". Służba bezpieczeństwa donosiła, że Niemki ceniły zagraniczną pomoc domową za "posłuszeństwo, gotowość do ciężkiej pracy i chęć do nauki". Niemieckie służące uchodziły tymczasem za "bezczelne, leniwe i rozwiązłe". Pozwalały sobie na wiele "w przekonaniu, że są niezastąpione". Dziewczętom ze Wschodu można było ponadto płacić bardzo niskie wynagrodzenia, nie dawać dni wolnych i "przydzielać im dowolne zadania, choćby nie wiadomo jak męczące lub wstrętne"13.
Wiosną 1942 roku program pozyskiwania pracowników z podbitych terytoriów padł ofiarą własnego sukcesu. Podaż robotników przymusowych, których Sauckel bezlitośnie ściągał z całej Europy, przewyższała popyt. Nie dawało się zapewnić im odpowiedniego wyżywienia ani warunków lokalowych. Pracodawcy niechętnie wydawali pieniądze na to, by pracownicy, których uważali za prowizoryczną, tymczasową siłę roboczą, mieli dach nad głową. Poza tym ze względu na wojenne braki w zaopatrzeniu trudno było o materiały budowlane. Wiele firm nie mogło sobie nawet pozwolić na postawienie baraków według planów przygotowanych przez Ministerstwo Uzbrojenia i Amunicji (istniały trzy typy baraków: pierwszy zdolny pomieścić osiemnastu robotników, drugi dla trzydziestu sześciu ostarbeiterów, trzeci zaś dla dwunastu kobiet). W grudniu 1942 roku delegację urzędników wizytujących Zagłębie Ruhry zaszokował stan lokali; przedstawiały one "obraz nędzy i rozpaczy", którego "nie da się zapomnieć"14.
Najpoważniejszy problem stanowiło jednak wyżywienie. Niemieckie rezerwy żywności i tak były mocno ograniczone, tymczasem pojawiła się cała rzesza ludzi do wykarmienia. Kiedy pierwszy raz rozważano sprowadzenie robotników ze Wschodu, Göring lekceważąco stwierdził, że da się im do żarcia koninę i kocie mięso. De facto tygodniowa racja żywnościowa robotnika przymusowego była taka sama jak w przypadku czterystu tysięcy radzieckich jeńców wojennych pracujących w Rzeszy: 16,5 kilograma rzepy, 2,6 kilograma chleba z trocinami, 3 kilogramy ziemniaków, 250 gramów koniny albo skrawków mięsa, 130 gramów tłuszczu, 130 gramów drożdży, 70 gramów cukru oraz 2? litra chudego mleka na osobę. Dawało to około 2500 kilokalorii dziennie, z czego spora część pochodziła z węglowodanów. Brakowało natomiast tłuszczów i białek, niezbędnych ludziom wykonującym ciężką pracę fizyczną. Niemieccy pracodawcy szybko się o tym przekonali. Okrutne kary i groźba posłania do obozu koncentracyjnego miały ograniczoną skuteczność w motywowaniu pracowników. Prawdziwym powodem ich niskiej wydajności była zła dieta. Pewna firma z branży zbrojeniowej skarżyła się, że "praktycznie każdego dnia Ukraińcy, chętni skądinąd do pracy, mdleją przy maszynach", i występowała o więcej żywności (wyłącznie w celu zwiększenia produktywności), "co pozwoli najefektywniej wykorzystać ukraińskich robotników, bez wątpienia sumiennych i użytecznych". Tymczasem ostarbeiterzy próbowali uciekać. W drugim kwartale 1942 roku zbiegło około 42 174 robotników przymusowych; Gestapo złapało 34 457. Dziesiątki tysięcy wycieńczonych ludzi niezdolnych już do pracy wysłano z powrotem na Wschód. Wielu nie przeżyło podróży; ponoć wzdłuż torów kolejowych napotykano zwłoki wyrzucone z wagonów. Sauckel otwarcie dawał wyraz swojej irytacji i dopytywał, po co ściągać tylu robotników do Rzeszy, skoro ich potencjał jest marnowany z powodu fatalnej diety, wyznaczonej przez Ministerstwo Rolnictwa i Zaopatrzenia15.
Co najgorsze, skutki kryzysu żywnościowego dotknęły także Niemców. W kwietniu 1942 roku Ministerstwo Rolnictwa i Zaopatrzenia musiało zredukować racje dla obywateli. Był to drastyczny krok, jeśli weźmiemy pod uwagę, jak bardzo władze starały się dbać o morale i o to, by nie dopuścić do powtórzenia się sytuacji z lat 1917-1918. Obawy przed skutkami racjonowania żywności szybko okazały się słuszne. Służba bezpieczeństwa donosiła, że krok ten miał "fatalne" konsekwencje i "jak żadne inne wydarzenie od początku wojny" spowodował "ogromne niezadowolenie ludności cywilnej". Gauleiterzy pisali w raportach, że utyskują nawet wierni członkowie partii16.
Kryzys żywnościowy z 1942 roku był jedną z nielicznych sytuacji, kiedy nazistowscy przywódcy zareagowali w sposób przemyślany i skoordynowany. Hitler zdymisjonował Richarda Waltera Darré, ministra rolnictwa i zaopatrzenia, i powołał na to stanowisko jego zastępcę Herberta Backe. Backe, człowiek umiejący myśleć strategicznie i podejmować śmiałe decyzje, opracował w 1941 roku plan mający na celu zagłodzenie około trzydziestu milionów Słowian (nie doszło to do skutku tylko dlatego, że Wehrmacht nie zdołał zająć Moskwy ani Leningradu). Objąwszy resort, przy wsparciu Himmlera i Göringa nakazał zmianę systemu dystrybucji żywności. Zamiast korzystać z prowiantu wysyłanego z Niemiec na front, Wehrmacht miał odtąd żywić się na własną rękę. Natomiast podbitym krajom - zwłaszcza Francji, Ukrainie i Polsce - kazano dostarczać zboże do Niemiec. Żydzi, Ukraińcy i Polacy mieli stracić przydziały jedzenia. Datą wyznaczoną dla Polaków był marzec 1943 roku. Natomiast w przypadku 1,2 miliona Żydów (nie licząc 300 tysięcy zaklasyfikowanych jako robotnicy) decyzję tę wprowadzono w życie od razu. Żydów z terenów Polski, którzy nie byli potrzebni do pracy, planowano do końca roku poddać eksterminacji.
Kryzys z 1942 roku nie był co prawda przyczyną "ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej", lecz zapewne je przyspieszył. Od zajęcia Polski w 1939 roku nazistowscy przywódcy zastanawiali się, co począć z Żydami. W roku 1940 rozważano przez krótki czas wysłanie ich na Madagaskar - ale pomysłu tego nie dałoby się urzeczywistnić z powodu poczynań brytyjskiej marynarki wojennej. Następnie pojawiły się ogólne plany skoncentrowania ich w Generalnym Gubernatorstwie. Na początku 1941 roku, kiedy opracowywano atak na Związek Radziecki, pojawiła się nowa koncepcja: Żydzi zostaną deportowani w głąb ZSRR do prac przymusowych i z czasem zagłodzi się ich na śmierć. Nacierająca niemiecka armia z pomocą Einsatzgruppen SS, niemieckich policjantów i lokalnych ochotników mordowała "judeobolszewików" na zajmowanych terenach - początkowo zabijano tylko mężczyzn, potem również kobiety i dzieci, a wreszcie całe żydowskie społeczności. Liczba ofiar była ogromna. W Babim Jarze niedaleko Kijowa zginęło 33 771 Żydów. Nie zrobiono jednak ostatniego kroku, nie zdecydowano się na ludobójstwo na skalę przemysłową. Hitler najwyraźniej wciąż się wahał.
Pod koniec 1941 roku nabrał pewności. Po pierwsze stało się jasne, że nie ma co liczyć na szybkie zwycięstwo na Wschodzie, a więc i na szybkie rozwiązanie kwestii żydowskiej, o ile nie zostanie opracowana nowa strategia. Po drugie Stany Zjednoczone przystąpiły do wojny i trzeba było porzucić plany wykorzystania Żydów jako "zakładników" (Hitler od lat poważnie to rozważał). Zaczęła się wojna światowa, a Żydzi, którzy zdaniem Hitlera ją rozpętali, musieli zostać ukarani. Goebbels zapisał w dzienniku, że 12 grudnia 1941 roku Führer oznajmił gauleiterom: "Rezultatem toczącej się obecnie wojny światowej musi być unicestwienie narodu żydowskiego".
Równocześnie na niższych szczeblach zaczęto podejmować inicjatywy, by usprawnić zabijanie. Gorliwi pretorianie Himmlera po raz pierwszy zastosowali trujący gaz, wykorzystywany wcześniej do mordowania ludzi chorych psychicznie w ramach programu przymusowej "eutanazji". Przy szlakach kolejowych w Polsce budowano nowe obozy. Po wielu miesiącach nacisków ze strony nazistowskich oficjeli niemieckich Żydów zaczęto deportować na Wschód. W styczniu 1942 roku podczas konferencji w Wannsee, dzielnicy na obrzeżach Berlina, ustalono, że Żydów trzeba poddać eksterminacji jeszcze przed końcem wojny i nie na terenie Związku Radzieckiego, lecz w okupowanej Polsce.
W ciągu kilku następnych miesięcy polscy Żydzi byli masowo zabijani w Bełżcu, Sobiborze i Treblince. Niemiecki personel obozów nadzorował ukraińskich ochotników, zapędzających ludzi do nowo wybudowanych komór gazowych. Wkrótce akcja objęła zasięgiem całą Polskę. Latem 1942 roku istniał już kompletny plan eksterminacji europejskich Żydów. Wkrótce potem zaczęto go wdrażać. Auschwitz stał się obozem zagłady w połowie 1942 roku. Odtąd ginęli tam Żydzi z okupowanych terytoriów Francji, Belgii, Holandii i Luksemburga, ale też ze Słowacji, Polski i Ukrainy.
19 października 1942 roku znacząco zwiększono racje żywnościowe dla niemieckich obywateli i pracowników przymusowych na terenie kraju.
Od początku 1942 roku Trzecia Rzesza musiała stawiać czoło trzem sprzymierzonym przeciw niej potęgom gospodarczym: Stanom Zjednoczonym, Związkowi Radzieckiemu oraz imperium brytyjskiemu. Jedyną jej nadzieję stanowiło maksymalnie efektywne wykorzystanie wszelkich dostępnych zasobów, a w szczególności pracy. Sytuacja uległa pogorszeniu po klęsce pod Stalingradem pod koniec 1942 roku. Niemcy traciły na froncie wschodnim sto pięćdziesiąt tysięcy żołnierzy miesięcznie. Powoływanie do wojska robotników z fabryk i gospodarstw rolnych na terenie Rzeszy pozwalało uzupełnić zaledwie połowę tych strat17.
Ale mimo niedoborów rąk do pracy i mimo intensywnych alianckich nalotów niemiecka produkcja przemysłowa ciągle rosła, osiągając szczytowy poziom w roku 1944. Po części wynikało to z poprawy efektywności zarządzania (w owym czasie przypisywano przesadne zasługi w tym zakresie ministrowi uzbrojenia i amunicji Albertowi Speerowi; dziś natomiast jego rola jest niesłusznie marginalizowana), po części zaś z bezlitosnego wyzysku pracowników wszelkich kategorii.
Aby zapełnić pustki w halach fabrycznych, Niemcy, mimo odmiany losu pod Stalingradem, zdołali pozyskać kolejne miliony pracowników z zagranicy, zarówno w Europie Zachodniej, jak i Wschodniej. Planiści gospodarczy Hitlera przekonywali, że ze względu na większą wydajność niemieckich fabryk bardziej opłaca się wysyłać francuskich robotników do Rzeszy niż zostawiać ich we Francji.
Francuzów pracujących w tym okresie na terenie Niemiec da się podzielić z grubsza na trzy grupy. Około dwustu pięćdziesięciu tysięcy ludzi przyjechało tam dobrowolnie. Mniej więcej tyle samo było jeńców wojennych. I wreszcie od połowy 1943 roku istniała grupa trzecia: młodzi ludzie werbowani w ramach programu Przymusowej Służby Pracy (Service du Travail Obligatoire, STO). Społeczeństwo okupowanej Francji postrzegało wyjazd młodego człowieka do Niemiec jako cenę za pozostawienie w spokoju jego rodziny lub społeczności, naciskało więc, by młodzi szli bez szemrania i spełnili swój obowiązek. Przyszły powieściopisarz Alain Robbe-Grillet spędził dziewięć miesięcy w fabryce czołgów Pantera w Norymberdze, bo został przekonany przez rektora szkoły gospodarstwa wiejskiego, w której studiował, że powinien wyjechać do Niemiec. Jego brygadzistą był Turek. Ale chociaż francuscy robotnicy cieszyli się lepszymi warunkami niż Polacy czy Sowieci, program STO miał fatalną reputację, a jego wprowadzenie dało wielu ludziom bodziec do przystąpienia do ruchu oporu. Osoby zamożne, mające odpowiednie powiązania, potrafiły się często wykręcić od wyjazdu. Grandes écoles chroniły część uczniów, zapisując ich na górnictwo - kierunek chroniony. Najbardziej zagrożone okazały się dwie grupy społeczne: lumpenproletariat i ludzie z marginesu oraz osoby wykonujące prace mało istotne z punktu widzenia gospodarki wojennej, na przykład sklepikarze, urzędnicy bankowi i listonosze18.
Od listopada 1942 do grudnia 1943 roku zwerbowano do pracy przeszło siedemset tysięcy Francuzów, Belgów i Holendrów. Miało to jednak swoją polityczną cenę. Działania Sauckela doprowadziły do znaczącego spadku popularności rządów w owych trzech państwach. Wielu młodych ludzi zaczęło wstępować w szeregi ruchów oporu. A kiedy w czerwcu 1944 roku alianci wylądowali we Francji, źródło pracowników z Zachodu wyschło ostatecznie.
O ile w Europie Zachodniej naziści pozyskiwali ludzi do pracy, wywierając presję na rządy okupowanych państw, o tyle na Wschodzie wystarczały po prostu łapanki. Co prawda po Stalingradzie armia niemiecka zaczęła się wycofywać, coraz bardziej nękana przez partyzantów, lecz "w każdym opuszczanym sektorze żołnierze brali osoby sprawne fizyczne". Deportowano również dzieci. Prymitywne metody okazały się skuteczne. Jesienią 1944 roku na terenie Rzeszy przebywało 2,8 miliona pracowników ze Związku Radzieckiego; prawie połowa z nich trafiła tam już po klęsce pod Stalingradem. Jednak najważniejsza zmiana, jeśli chodzi o pracowników z zagranicy, miała zupełnie inne źródło.
W lipcu 1943 roku alianci wylądowali na Sycylii, w Rzymie zaś doszło do zamachu stanu. Mussolini został odsunięty od władzy, a nowy włoski rząd kierowany przez marszałka Badoglio w zasadzie przeszedł na stronę sprzymierzonych. Niemcy zareagowali błyskawicznie. Zajęli tereny na północ od stolicy Włoch i rozbroili pięćdziesiąt sześć włoskich dywizji stacjonujących na Półwyspie Apenińskim, we Francji i na Bałkanach. Żołnierzy wysłano następnie do Niemiec. Około sześciuset tysięcy Włochów zasiliło niemieckie fabryki, gospodarstwa rolne i co najważniejsze, kopalnie19.
Zaostrzyły się spory między niemieckimi ideologami i pragmatykami. Z jednej strony środowiska świadome szerszego kontekstu społecznego - jak Ministerstwo Propagandy i Oświecenia Publicznego kierowane przez Goebbelsa czy Ministerstwo do spraw Okupowanych Terytoriów Wschodnich, na którego czele stał Alfred Rosenberg - próbowały wymusić nieco bardziej ludzkie traktowanie pracowników pochodzących z zagranicy. Wojnę przedstawiano teraz jako niemiecką krucjatę przeciwko bolszewizmowi. Wobec tego sensowne byłoby złagodzenie stosunku do ostarbeiterów, aby poczuli się bardziej solidarni z Niemcami. Naciski zwolenników takiej polityki sprawiły, że doszło do debaty na temat pewnych ustępstw, na przykład wprowadzenia mniej upokarzających odznak, poprawy warunków lokalowych i zlikwidowania różnic między pracownikami z Zachodu i ze Wschodu. Z drugiej jednak strony partia i aparat bezpieczeństwa stanowczo sprzeciwiały się wszelkim pomysłom godnego i przyzwoitego traktowania ludzi ze Wschodu. Nie zamierzały też ani trochę rezygnować z nadzoru nad nimi.
Konflikt między "zwycięstwem" a "bezpieczeństwem" dawał się też odczuć w samych zakładach pracy. Kryzys żywnościowy z 1942 roku dowiódł, że nie ma sensu oczekiwać od pracowników z zagranicy wydajnej roboty, jeśli zarazem głodzi się ich na śmierć. Ale jak pracodawcy mieli ich traktować, zwłaszcza teraz, kiedy tylu wykwalifikowanych Niemców powołano do armii? Czy da się przyuczyć przyjezdnych do bardziej skomplikowanych zadań? Czy można powierzyć im obsługę skomplikowanych maszyn bez surowego nadzoru? W niektórych gałęziach niemieckiej zbrojeniówki kierownicy zakładów przemysłowych trochę zmienili nastawienie. Początkowo, kiedy przybywali robotnicy ze Wschodu, robiono im "szkolenia z przestrzegania norm społecznych": "Musieliśmy wpoić Rosjanom, że mają się myć, używać chustek do nosa i prawidłowo korzystać z ubikacji - utyskiwał pewien niemiecki przedsiębiorca. - Nie dotyczyło to wyłącznie mężczyzn; Rosjanki nie znały zupełnie podstawowych zasad kobiecej higieny, nie umiały używać najprostszych artykułów higienicznych. Organizowaliśmy dla nich kursy, żeby wiedziały, jak zachowuje się nowoczesna, cywilizowana niewiasta"20.
W roku 1943 drastyczna redukcja niemieckiej siły roboczej zmusiła część pracodawców do powierzenia ludziom ze Wschodu większej inicjatywy, przyuczenia ich do bardziej złożonych prac, a nawet dopuszczenia do obsługi skomplikowanych maszyn i urządzeń. Gdzieniegdzie nowy system okazał się skuteczny. Jedna z firm donosiła, że "robotnicy ze Wschodu są teraz lepiej oceniani przez brygadzistów i zasadniczo potrafią pracować samodzielnie". Osłabły też tarcia między robotnikami z Niemiec i Związku Radzieckiego. Zdaniem historyka Ulricha Herberta, "kiedy większość firm uczyniła priorytetem poprawę wydajności, dostrzeżono, że przybysze ze Wschodu są doskonałymi pracownikami". Zarząd koncernu optycznego Carl Zeiss Jena chwalił wschodnie kobiety za "sumienność i rzadką absencję w pracy" - poza tym, w przeciwieństwie do Niemek, nie mogły pójść na urlop, co zapewniało lepszą ciągłość produkcji. Pod właściwym nadzorem mogły wykonywać więcej zadań. "Z tych właśnie powodów chcemy więcej pracownic ze Wschodu!"21.
W górnictwie natomiast podobna taktyka (a także lepsze wyżywienie) nie przyniosła równie dużej poprawy wydajności. Panowała tam surowa męska kultura pracy. Pod ziemią często dochodziło do aktów przemocy fizycznej wobec radzieckich jeńców wojennych i byłych włoskich żołnierzy - ba, "zdradzieckich Włochów" traktowano z jeszcze większą wrogością niż "znienawidzonych Sowietów". "Dotąd musieliśmy się z nimi obchodzić łagodnie, bo inaczej doszłoby do incydentu dyplomatycznego. Teraz śpiewka się zmieni", stwierdził pewien niemiecki brygadzista. Z raportu przygotowanego pod koniec 1943 roku wynika, że górnicy z obcych krajów byli często poddawani karom chłosty, nie dostawali porządnych ubrań i koców, a lekarze niespecjalnie interesowali się niesieniem im pomocy. Zarządy kopalń ignorowały tę sytuację. Nic dziwnego, że Włosi i Sowieci padali jak muchy22.
Trudno o uogólnienia na temat warunków, w jakich żyli pracownicy zagraniczni, aczkolwiek lepiej mieli się ci, którzy trafili do gospodarstw rolnych, a nie do fabryk. Po przeprowadzeniu inspekcji w wielu obozach dla pracowników ze Wschodu latem 1943 roku niemiecki urzędnik raportował, że osoby tam przebywające żywią się głównie zupą z rzepy, są nękane przez westarbeiterów, a ryzyko zachorowania na gruźlicę utrzymuje się na wysokim poziomie. Z innych raportów wynika jednak, że ogólny poziom zdrowia był zaskakująco dobry.
Robotnice spotykały się nie tylko z wyzyskiem, ale również z molestowaniem seksualnym. Istniała jednak ważna różnica w sposobie postrzegania dwóch grup: Francuzek, które zgłosiły się do pracy na ochotnika na początku wojny, oraz kobiet ze Wschodu, wyłapanych w ramach akcji Sauckela. Francuskie relacje ukazują koszmarny obraz:
Moralność. Degeneracja milionów robotników jest wręcz odrażająca. Bierze się z życia w barakach, gdzie tłoczą się lubieżne tłumy mężczyzn, kobiet, chłopaków i dziewczyn wszelkich ras. [...] Hałastra wyrwana ze swoich naturalnych środowisk: ze wsi, z miasteczek, dzielnic, parafii, jakże ważnych dla zachowania moralności. Przygnębienie, utrata godności, nuda, zmęczenie, niedożywienie - wszystko to skłania, aby wyżyć się w najbardziej prymitywny sposób23.
Francuscy katolicy, jak choćby autor cytowanej przed chwilą relacji z sierpnia 1943 roku, potępiali swoje rodaczki pracujące na ochotnika w Niemczech za to, że nie zdołały oprzeć się tej moralnej zgniliźnie. Przedstawiano je jako "łowczynie fortun", "szmaty", spragnione udziału w niemieckich łupach wojennych. W rezultacie często były "skazane na konkubinat lub prostytucję". Ogólnie rzecz biorąc jednak, autor uważał ich zachowanie za "hańbę dla większości francuskich robotników i jeńców".
Zdaniem historyka Pietera Lagrou podobne opinie były niesprawiedliwe i przesadzone, formułowali je bowiem świętoszkowaci młodzieńcy, nieobeznani ze światem klasy pracującej i pragnący wspierać interesy Kościoła katolickiego. Zapewne ubarwiała je "mizoginia kleru" oraz ideologia rządu Vichy kierowanego przez marszałka Pétaina, "wedle której kobiety nie powinny pracować poza domem, a co dopiero samodzielnie podróżować za granicę". Niemniej relacje obfitowały w szczegóły, które sugerowały, że życie pracownic w Rzeszy było okrutne i upokarzające i nie sprowadzało się do łatwej rozwiązłości przywodzącej na myśl powieści Zoli.
Co do drugiej grupy - kobiet ze Wschodu - wątpliwości jest znacznie mniej. Kobiety stanowiły przeszło połowę cywilów wywiezionych na roboty przymusowe z Polski i Związku Radzieckiego. Ich średnia wieku wynosiła mniej niż dwadzieścia lat. "Typowy niewolnik w Niemczech w 1943 roku był osiemnastoletnią uczennicą z Kijowa", pisał historyk Ulrich Herbert[*]. Urzędnik niemieckiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, który tamtego lata z własnej inicjatywy przeprowadził inspekcję w wielu obozach, pisał:
[Pracownice ze Wschodu] mimo ogólnie słabego stanu zdrowia muszą wykonywać ciężką albo bardzo ciężką pracę fizyczną. Żeby trochę poprawić swoje warunki bytowe, spółkują z niemieckimi dowódcami obozów lub innymi mężczyznami o wyższej pozycji. Z tego powodu sytuacja w obozach bywa wprost nie do opisania. [...] Kwitnie stręczycielstwo, kobiety znajdują "przyjemne źródło dodatkowego zarobku" u niemieckich przełożonych i innych robotników cudzoziemców, dzięki czemu mogą kupować chleb i inne produkty na czarnym rynku - a i tak uchylamy tu tylko rąbek kurtyny, za którą każdego dnia dzieją się rzeczy doprawdy ohydne24.
W lipcu 1943 roku, czternaście miesięcy po przybyciu obywatelek Związku Radzieckiego do fabryki sztucznego jedwabiu w Krefeld, francuski więzień polityczny pisał:
Przez rok dokonała się olbrzymia zmiana. Nie są co prawda maltretowane fizycznie, a ich praca jest całkiem znośna. Ale rozwiązłość, w której muszą żyć te nieszczęsne dziewczęta, haniebne warunki, jakie im tu zgotowano, upodliły je do cna i zabiły w nich resztki ducha. Gdzież się podziały tamte śliczne dziewuszki o młodych, niewinnych twarzach, noszące tradycyjne chusty na głowach? Większość musiała porzucić ludzką godność. Teraz kręcą sobie włosy, malują się krzykliwie, cały czas wrzeszczą do siebie, sypiają z belgijskimi i holenderskimi robotnikami najgorszego sortu. Wiele z nich złapało już chorobę weneryczną. Dwadzieścia pięć zaszło w ciążę. Te, które zdołają wrócić na Ukrainę, zabiorą ze sobą piękną pamiątkę po "zachodniej cywilizacji"25.
Brzemienne kobiety początkowo odsyłano do domu. Ale macierzyństwo stało się sposobem ucieczki, zmieniono więc politykę. W roku 1943 działało już wiele "domów opieki dla cudzoziemskich dzieci", założonych przez niemieckie przedsiębiorstwa, a nadzorowanych przez władze odpowiedzialne za politykę rasową. Istniał ścisły podział na dzieci "dobrej krwi" (czyli potomstwo niemieckich ojców) i resztę. Te pierwsze miały zostać wychowane na Niemców, te drugie, jako "gorsze osobniki", trafiały do domów dziecka, gdzie przeważnie umierały zaniedbane i niedożywione.
W roku 1943 inna jeszcze kwestia odgrywała olbrzymią rolę w życiu cudzoziemskich robotników w Niemczech. Co prawda brytyjska strategia bombardowania terenów przemysłowych obowiązywała od 1942 roku, ale trzeba było czasu, żeby nauczyć się prowadzenia skutecznych, zakrojonych na szeroką skalę operacji. W połowie 1943 roku na Hamburg spadł deszcz ognia. W Zagłębiu Ruhry, przemysłowym sercu Niemiec, gdzie przebywało najwięcej cudzoziemskich robotników, każdej nocy zrzucano dziesiątki tysięcy ton ładunków wybuchowych i bomb zapalających. Cudzoziemców z reguły nie wpuszczano do potężnych schronów przeciwlotniczych, a skromne baraki nie dawały absolutnie żadnej osłony. Po ataku na Essen 5 marca 1943 roku przeszło dziesięć tysięcy robotników zostało bez dachu nad głową26.
Bombardowania budziły więc grozę. Wielu robotników próbowało ucieczki. Francuzi, którzy mieli prawo wyjeżdżać do ojczyzny na przepustkę, coraz częściej nie wracali. Robotnicy ze Wschodu migrowali do bezpieczniejszych części Niemiec w poszukiwaniu pracy. W lipcu 1944 roku Albert Speer skarżył się Hitlerowi, że liczba zbiegów sięga pół miliona rocznie.
Bombardowania zmusiły Niemców do kolejnego desperackiego kroku. Ponad połowę produkcji przemysłowej przeniesiono do podziemnych hal fabrycznych. Większy nacisk zaczęto kłaść ponadto na pracę w obozach koncentracyjnych. Od początku służyły one po części jako obozy pracy; stąd na przykład selekcje w Auschwitz (Goebbels pisał w dzienniku, że mniej więcej sześćdziesiąt procent więźniów powinno się zabijać od razu, a resztę zaharować na śmierć). Cały system, nadzorowany przez SS, był jednak po pierwsze nieefektywny, a po drugie funkcjonował niejako osobno od reszty niemieckiej gospodarki. Jednak pod koniec 1942 roku, po przejęciu Ministerstwa Uzbrojenia i Amunicji, Albert Speer wprowadził nowy program, w ramach którego prywatni przedsiębiorcy mogli ubiegać się o przydział pracowników z lagrów. Kwaterowano ich w specjalnych obozach budowanych na obrzeżach miast. Na początku 1944 roku zaszła kolejna zmiana. Postanowiono, że skoro wciąż brakuje rąk do pracy, a większość Żydów z podbitych krajów została już wymordowana, żydowskich więźniów należy skierować na roboty do Rzeszy. Niektórzy pracowali dla SS, innych wysłano do prywatnych przedsiębiorstw.
Wskutek bombardowań część więźniów obozów koncentracyjnych trafiła również do podziemnych fabryk, gdzie miała powstawać tajna niemiecka broń typu V. Szacuje się, że pod koniec roku łączna liczba więźniów (nie tylko Żydów) z obozów koncentracyjnych wynosiła 600 tysięcy ludzi, z czego 480 tysięcy rzekomo nadawało się do pracy. 140 tysięcy z nich pracowało w podziemnych fabrykach, 130 tysięcy w Organizacji Todta, a 230 tysięcy zatrudniały prywatne firmy, między innymi Daimler-Benz, Messerschmitt i Heinkel.
Zmiana priorytetów, zaprzestanie eksterminacji i postawienie na wyzysk siły roboczej ocaliły wielu Żydom życie, choć naziści i tak zamierzali ich ostatecznie zabić. Warunki, zwłaszcza pod ziemią, były koszmarne. Całe wyżywienie stanowiła zupa z rzepy, trochę chleba i mięsa. "Pod koniec roku 1944 - pisał Ulrich Herbert - oczekiwana długość życia więźnia wynosiła kilka miesięcy. Człowiek był wart tyle, ile miał siły fizycznej na następnych parę tygodni. Dla setek tysięcy ludzi z obozów praca oznaczała śmierć"27.
Na tym etapie wojny cudzoziemcy znowu zaczęli przyjeżdżać do Niemiec dobrowolnie - mowa o tych, którzy uciekali przed Sowietami.
Po klęsce ogromnej ofensywy niemieckiej na łuku kurskim w lipcu 1943 roku Armia Czerwona przeprowadziła kontratak i zaczęła odzyskiwać terytoria Związku Radzieckiego. We wrześniu dotarła nad Dniepr, a 6 listopada zajęła Kijów. W styczniu 1944 roku doktor Aleksandr Woropaj i jego żona postanowili udać się na Zachód. Woropaj był agronomem. Przed wojną nie wiodło mu się, gdyż miał "niewłaściwe pochodzenie". Przetrwał okupację i uznał, że odniesie większe korzyści, jeśli ucieknie wraz z wycofującymi się Niemcami. Podróż konnym zaprzęgiem była pełna niebezpieczeństw, w końcu jednak małżeństwo dotarło do Berlina. Najpierw umieszczono ich w obozie dla obcokrajowców, potem jednak dzięki pomocy lokalnego Ukraińskiego Komitetu Pomocowego dostali pracę w gospodarstwie rolnym w Bawarii28.
Parę miesięcy później Armia Czerwona rozpoczęła na całym froncie ogromną ofensywę o kryptonimie operacja Bagration. W lipcu i sierpniu 1944 roku, kiedy alianci wypierali nazistów z Francji, Sowieci zajmowali kraje bałtyckie i zachodnią Ukrainę. Helena, młoda dziewczyna z Estonii, nie zamierzała czekać na ich przybycie:
Było to w letni dzień we wrześniu 1944 roku. Opuściliśmy nasz dom i ojczyznę. Pracę, obowiązki i radości wielu lat zostawiliśmy w tyle. Moja matka zawołała: "Zamknij fortepian i wyrzuć kluczyk przez okno". Na koniec wzięłam trzy kwiaty z krzaku róży rosnącego przy bramie i zasuszyłam je w tomiku poezji. To była moja jedyna pamiątka.
Wkrótce białe mury rodzinnego domu zniknęły przesłonięte przez świerki. W porcie w Tallinie panował chaos. Na nabrzeżu tłoczyły się tysiące ludzi, wszędzie pełno było koni i ciężarówek, a tymczasem radzieckie samoloty zrzucały bomby. Rodzina Heleny zdołała się dostać na statek. Tego wieczora dziewczyna stała na pokładzie u boku matki i brata i patrzyła na kraj majaczący w oddali. Przypomniały jej się wtedy słowa pewnego pisarza: "Kto traci ojczyznę, traci wszystko".
Statek został ostrzelany z powietrza, w końcu jednak dotarł do "złotych bram Gdańska". Helena znalazła pracę - "brudną i wstrętną" - w przedszkolu na prowincji. Krótko potem napisała do pewnej śląskiej baronowej, którą poznała jeszcze przed wojną, i została zaproszona do "wspaniałych komnat jej pałacu". Zdołała nawet przekonać Arbeitsamt [urząd pracy] w Breslau, żeby jej rodzina dostała pozwolenie na pracę na terenie posiadłości baronowej. Wieczorami, kiedy wszyscy poszli już do łóżka, mogła przez godzinę ćwiczyć grę na fortepianie. W styczniu 1945 roku ofensywa Armii Czerwonej raz jeszcze zmusiła rodzinę do ucieczki. Długo nie zagrzali nigdzie miejsca, póki Helena nie została pomocnicą kuchenną w szpitalu polowym w Saksonii29.
1 stycznia 1945 roku Hitler wygłosił jedno z ostatnich przemówień radiowych do narodu. Zamiast typowej dla siebie buńczuczności kpił z alianckich planów dotyczących przyszłości Europy. Z pogardą mówił o "powoływaniu na papierze coraz to nowych komisji do spraw rozwiązywania kwestii europejskich po wojnie i tworzeniu stowarzyszeń mających się zajmować racjonowaniem dostaw żywności po upadku Niemiec". Alianci, powiadał Führer, "zawsze zachowują się, jak gdyby już zwyciężyli, jak gdyby już mogli swobodnie przygotowywać plany rządzenia Europą"30.
W rzeczywistości plany działań niezbędnych do podjęcia po wojnie zaczęto pisać, kiedy tylko padły pierwsze strzały.
Przypisy
1 Relacja pielęgniarki, niepublikowane wspomnienia spisane w 1946 roku, załącznik w: Marta Korwin, No Man's People, cz. 2: pamiętniki dipisów, 1946, archiwum Willa Arnolda-Fostera, prywatny właściciel, Londyn.
2 Adam Tooze, The Wages of Destruction. The Making and Breaking of the Nazi Economy, London 2006, s. 166-199.
3 Ulrich Herbert, Forced Labour, w: I.C.B. Dear, M.R.D. Foot (red.), The Oxford Companion to World War II, Oxford 1995.
4 Tooze, Wages of Destruction, dz. cyt. Ulrich Herbert, Hitler's Foreign Workers. Enforced Foreign Labor in Germany under the Third Reich, Cambridge 1997, s. 132.
5 Herbert, Hitler's Foreign Workers, dz. cyt., s. 105.
6 Taki punkt widzenia przyjmował Hitler w Mein Kampf. Obecnie historycy - między innymi Avner Offner - uważają, że blokada wcale nie była tak skuteczna, jak wówczas sądzono. Hew Strachan podkreśla jednak: "Pamięć o blokadzie była kluczowym elementem niemieckiego myślenia o wielkiej wojnie i planów militarnych, bez względu na to, jak solidne były po temu przesłanki". E-mail do autora, 11 lutego 2008. Bardzo dziękuję profesorowi Strachanowi za te uwagi.
7 Tooze, Wages of Destruction, dz. cyt., s. 515-522. Mark Mazower, Imperium Hitlera, przeł. Anna i Jacek Maziarscy, Warszawa 2011. Gitta Sereny, Albert Speer. His Battle with Truth, London 1996, s. 313-316. Alexander Dallin, German Rule in Russia, London 1980, s. 405-450.
8 Karel C. Berkhoff, Harvest of Despair. Life and Death in Ukraine under Nazi Rule, Cambridge 2004, s. 25-74.
9 Agnes Humbert, Résistance. Memoirs of Occupied France, Paris 2008, s. 132-133.
10 Berkhoff, Harvest of Despair, dz. cyt., s. 261.
11 Hans-Heinrich Nolte (red.), Häftlinge aus der UdSSR in Bergen-Belsen: Dokumentation der Erinnerungen. "Ostarbeiterinnen" und "Ostarbeiter", Kriegsgefangene, Partisanen, Kinder, und zwei Minsker Jüdinnen in einem deutschen KZ, Frankfurt am Main 2001, s. 54-59.
12 Tooze, Wages of Destruction, dz. cyt., s. 517.
13 Określenie "stepowa Mary Poppins" zapożyczyłem od Nicholasa Stargardta. Zob. Nicholas Stargardt, Witnesses of War. Children's Lives under the Nazis, London 2005, s. 157. Berkhoff, Harvest of Despair, dz. cyt., s. 265-266. Herbert, Hitler's Foreign Workers, dz. cyt., s. 188-189, 439. Badacze spierają się o to, ile było takich opiekunek: Berkhoff mówi o pięćdziesięciu tysiącach, Stargardt o pół milionie "przymusowych niań", Herbert o stu tysiącach "cudzodziemskich piastunek".
14 Edward Homze, Foreign Labor in Nazi Germany, Princeton 1967, s. 264-271. Herbert, Hitler's Foreign Workers, dz. cyt., s. 313-325.
15 Tooze, Wages of Destruction, dz. cyt., 539-540.
16 Mazower, Imperium Hitlera, dz. cyt. Tooze, Wages of Destruction, dz. cyt., s. 538-551.
17 Herbert, Hitler's Foreign Workers, dz. cyt., s. 256-358.
18 Richard Vinen, The Unfree French. Life under the Occupation, London 2006, s. 247-312. Alain Robbe-Grillet, Ghosts in the Mirror, London 1988, s. 89-91, 103-108.
19 Herbert, Hitler's Foreign Workers, dz. cyt., s. 282-283.
20 Tamże, s. 303.
21 Tamże, s. 304-308.
22 Tamże, s. 239-247.
23 Pieter Lagrou, The Legacy of Nazi Occupation. Patriotic Memory and National Recovery in Western Europe, 1945-1965, Cambridge 2000, s. 144-145.
24 Gotthold Starke, Notes on the Situation of Eastern Workers in Germany, cyt. za: Herbert, Hitler's Foreign Workers, dz. cyt., s. 322-333. Ulrich Herbert nie podaje żadnych innych informacji na temat Starkego, nie wyjaśnia też, dlaczego sprawą zajmował się dyplomata.
25 Humbert, Résistance, dz. cyt., s. 200-201.
26 Herbert, Hitler's Foreign Workers, dz. cyt., s. 317-323. Wielu historyków uważa, że gdyby RAF pod koniec 1943 roku skoncentrował się na dalszych bombardowaniach w Zagłębiu Ruhry, a nie w Berlinie, wojna zostałaby rozstrzygnięta szybciej, a w każdym razie sytuacja Rzeszy stałaby się dużo trudniejsza.
27 Mazower, Imperium Hitlera, dz. cyt. Tooze, Wages of Destruction, dz. cyt., s. 618-624.
28 Olexa Woropay, On the Road to the West. Diary of a Ukrainian Refugee, Wetherby 1982, s. 1-20.
29 Relacja estońskiej dziewczyny, niepublikowane wspomnienia spisane w 1946 roku, załącznik w: Marta Korwin, No Man's People, dz. cyt., cz. 2: pamiętniki dipisów, 1946, archiwum Willa Arnolda-Fostera, prywatny właściciel, Londyn.
30 Mazower, Imperium Hitlera, dz. cyt.
[*] Latem 1944 roku około jednej czwartej niemieckiej siły roboczej stanowili cudzoziemcy - łącznie 7,8 miliona ludzi. Z tego 5,7 miliona to cywile, a reszta - jeńcy wojenni. Ze Związku Radzieckiego pochodziło 2,8 miliona ludzi, z Polski 1,7 miliona, z Francji 1,3 miliona. Ogółem w Niemczech zatrudniano osoby z prawie dwudziestu państw europejskich (przyp. aut.).
W sierpniu 1940 roku sytuacja Wielkiej Brytanii przedstawiała się nie najlepiej. Niemcy zdążyli zająć większą część Europy Zachodniej, od Norwegii po Francję, i właśnie szykowali się do pierwszej fazy ataku na Wyspy Brytyjskie. 20 sierpnia, kiedy ważyły się losy bitwy o Anglię, przyszedł czas, by premier raz jeszcze poderwał rodaków do walki.
Przemawiając tego dnia w Izbie Gmin, Winston Churchill dodawał Brytyjczykom odwagi i odmalowywał "ciemną, rozległą krainę wojny". Wyrażał przekonanie, że "nasza nauka jest bardziej rozwinięta od ich nauki", wiarę w panowanie na morzach, w zdolność do gromadzenia niezbędnych zasobów i prowadzenia przygotowań do odparcia inwazji. Wychwalał lotników walczących z Niemcami: "Nigdy w dziejach wojen tak wielu nie zawdzięczało tak wiele tak nielicznym". Następnie zaś powtórzył, że rząd utrzyma ścisłą blokadę gospodarczą Niemiec, Włoch i okupowanej Francji oraz wszystkich innych krajów okupowanych, lecz przeciwwagą dla tego były słowa o "żywności i wolności, które razem wejdą do Europy":
Na każdym uciemiężonym terytorium, kiedy tylko zostaną stamtąd wyparte wszystkie siły niemieckie, kiedy tylko zapanuje tam wolność, zapewnimy szybkie dostawy żywności. Jesteśmy na to przygotowani. Zrobimy, co w naszej mocy, by zachęcić bratnie kraje do gromadzenia zapasów, ku którym ludy Europy, w tym - i mówię to świadomie - Niemcy i Austriacy, będą kierowali swe spojrzenia. Niech wiedzą, że zniszczenie nazistowskiej potęgi oznaczać będzie nie tylko wolność i pokój, ale też natychmiastowy dostęp do żywności1.
Trudno dziś sobie wyobrazić, jak niezwykła była to obietnica. Wielka Brytania ledwo dawała sobie radę z prowadzeniem wojny i wykarmieniem własnych obywateli. Dlaczego więc Churchill wypowiedział te słowa? Chodziło z jednej strony o podkreślenie determinacji w kwestii blokady (po upadku Francji stanowiła ona jeden z ostatnich atutów w rękach Brytyjczyków), a z drugiej strony o udobruchanie krytyków "wojny gospodarczej". Europejskie rządy na wychodźstwie obawiały się, że głód spowodowany blokadą pchnie ich rodaków w objęcia Niemców. Z kolei w Stanach Zjednoczonych wiele środowisk skupionych wokół osoby byłego prezydenta Herberta Hoovera domagało się umożliwienia dostaw pomocy humanitarnej do Europy Zachodniej. Żeby więc usprawiedliwić blokadę w oczach międzynarodowej opinii publicznej, Brytyjczycy musieli podnieść kwestię pomocy po wojnie. Wkrótce rząd Jego Królewskiej Mości zajął się jej planowaniem.
Blokadę utrzymano, zwłaszcza że Niemcy zajęli znacznie większe terytoria niż w latach 1914-1918 i łatwiej radzili sobie z jej skutkami, toteż Brytyjczycy mieliby więcej do stracenia, gdyby ustąpili choć na krok. Odpuszczono tylko w przypadku Grecji - na przełomie roku 1941 i 1942 śmierć poniosło tam około dwustu tysięcy obywateli i głośne protesty duchowieństwa, intelektualistów oraz lekarzy przekonały opinię publiczną w Wielkiej Brytanii, że należy zrobić wyjątek. Ogólnie rzecz biorąc, blokada nie pozostała bez wpływu na niemiecką gospodarkę, choć wpływ ten był znacznie mniejszy, niż się wydawało optymistom z Ministerstwa Wojny Gospodarczej2.
Równocześnie natomiast rząd zapewniał, że zamierza się wywiązać z obietnicy udzielenia podbitym krajom pomocy. Przemówienie Churchilla odbiło się szerokim echem. W Whitehall powołano specjalną komisję odpowiedzialną za gromadzenie zapasów, aby "żywność i wolność razem weszły do Europy". Na czele zespołu stanął dyrektor generalny Ministerstwa Wojny Gospodarczej sir Frederick Leith-Ross, oficjalnie piastujący stanowisko głównego doradcy rządu do spraw gospodarki, lecz odsunięty na bok, kiedy do Ministerstwa Skarbu wrócił John Maynard Keynes. Leith-Ross miał zaledwie pięćdziesiąt pięć lat, ale wydawał się starszy. Karierę zaczął w roku 1910. Teraz był głównie obiektem kpin i żartów. W oczach swojego przełożonego, ministra Hugh Daltona, uchodził za "nudziarza", aczkolwiek "nieźle radzącego sobie z niektórymi zadaniami"3.
W "Komisji do spraw Nadwyżek" musiała panować surrealistyczna atmosfera, aczkolwiek w Whitehall w 1941 roku surrealizm był na porządku dziennym. W tamtym czasie większość światowych nadwyżek żywności znajdowała się w Stanach Zjednoczonych lub na półkuli zachodniej; pieniądze, które trzeba by wydać na ich sprowadzenie do Europy, Wielka Brytania przeznaczyła już na zaspokojenie potrzeb własnych obywateli. Leith-Ross wspominał później, że "z początku czyniliśmy niewielkie postępy". Ale po konferencji w Londynie we wrześniu 1941 roku powołano nową agendę o bardziej szumnej nazwie: Międzysojusznicza Komisja do spraw Potrzeb Powojennych. Europejskim rządom na wychodźstwie, przebywającym w stolicy Anglii, polecono oszacować, ile żywności, surowców i innych niezbędnych zasobów będą potrzebowały poszczególne kraje przez pierwsze pół roku po wyzwoleniu. Prace nadal szły powoli. "Jak dotąd nie udało się zrobić nic, by zagwarantować wypełnienie obietnicy premiera - utyskiwał Leith-Ross 29 października 1941 roku. - W obecnym tempie przed końcem wojny osiągniemy doprawdy niewiele"4.
Polityka planowania miała się jednak wkrótce zmienić, gdyż zmienił się sam przebieg wojny.
Kiedy po 22 czerwca 1941 roku do wojny formalnie przystąpił Związek Radziecki, a po ataku na Pearl Harbor 7 grudnia 1941 roku - Stany Zjednoczone, polityka pomocowa została radykalnie przekształcona. Od tej pory jej kształt zależał od skomplikowanych rozgrywek między Moskwą a Waszyngtonem.
Rząd Związku Radzieckiego bardzo się kwestią pomocy interesował. Otrzymywał wsparcie z Wielkiej Brytanii i sprzęt wojskowy ze Stanów dzięki ustawie Lend-Lease. Sowieci traktowali pomoc jako "nagrodę za walkę" i chętnie ją przyjmowali, o ile nie wiązały się z tym żadne zobowiązania. Sami również pamiętali przeszłość, zwłaszcza klęskę głodu w roku 1921, która zmusiła raczkujący reżim bolszewików do przyjęcia wsparcia z zagranicy. Po miesiącach negocjacji zespół Amerykanów pod kierownictwem Herberta Hoovera został wówczas wpuszczony do Związku Radzieckiego i dzięki ciężkiej pracy zdołano uratować miliony istnień ludzkich, lecz podziały ideologiczne między Hooverem a jego gospodarzami nigdy nie zostały zasypane, co tylko wzmogło wzajemną nieufność. Dała ona o sobie znać w roku 1942. Leith-Ross skarżył się, że Iwan Majski, radziecki ambasador w Londynie, "powtarzał w kółko niedorzeczne oskarżenia", jakoby "organizacja pomocowa miała stać ponad rządami" i zamierzała "dystrybuować w Rosji pomoc tak, jak robił to Hoover poprzednim razem, bez uwzględniania głosu tamtejszych władz". Majski oczekiwał też zapewnienia, że "nie planuje się wysłania Białych Rosjan do Związku Radzieckiego wbrew życzeniom radzieckiego rządu". Z drugiej strony zachodni politycy zdawali sobie sprawę, że jeśli pójść Sowietom na rękę i odpowiednio zorganizować pomoc, może się ona stać bardzo przydatnym środkiem dyplomatycznym. Hugh Dalton, brytyjski minister wojny gospodarczej, dostrzegał "wiele korzyści w uzgodnieniu z Sowietami szczegółów, gdyż dzięki temu uwierzą w szczerość naszych intencji, a my będziemy lepiej wiedzieli, co też im chodzi po głowie"5.
W styczniu 1942 roku rząd radziecki przejął inicjatywę. Zaproponował rozwiązanie kontrolowanej przez Brytyjczyków międzysojuszniczej komisji pod kierownictwem Leitha-Rossa i utworzenie organizacji o szerokich uprawnieniach i międzynarodowym składzie, ale bez Amerykanów i poddanych imperium brytyjskiego. Pomysł ten nie miał szans, lecz nie można było go ot tak po prostu odrzucić. Należało przedstawić jakąś kontrpropozycję, zwłaszcza że w międzyczasie okazało się, że dwa rządy na wygnaniu, holenderski i norweski, zignorowały obietnicę Churchilla i wysłały w tajemnicy emisariuszy do Ameryki Południowej z zadaniem kupowania zapasów na okres powojenny. Aby skłonić oba państwa do odstąpienia od tych działań, trzeba było je przekonać, że wszelkie potrzeby zostaną zaspokojone dzięki "kolektywnym przygotowaniom i wspólnej pracy". Inaczej mówiąc, konieczne stało się "obmyślenie mechanizmów chroniących przed nieskoordynowaną i nieefektywną przepychanką"6.
Równocześnie, skoro w wojnie uczestniczyły teraz i Stany Zjednoczone, i Związek Radziecki, kwestia zorganizowania i sfinansowania powojennej pomocy w Europie była coraz bardziej paląca, zwłaszcza że wykraczała poza obszar skomplikowanych brytyjsko-amerykańskich negocjacji na temat pokrywania kosztów wojny i utworzenia po wojnie nowych instytucji finansowych. Amerykanie odgrywali kluczową rolę. Po pierwsze większość światowych nadwyżek żywności znajdowała się w Stanach Zjednoczonych i w Kanadzie. Po drugie tylko Stany miały dość pieniędzy, by zapłacić końcowy rachunek7.
Poglądy Amerykanów na temat pomocy humanitarnej nie brały się znikąd. Ważnym punktem odniesienia były chociażby doświadczenia Amerykańskiej Administracji Pomocy (American Relief Administration, ARA) po pierwszej wojnie światowej. Wnioski z tych doświadczeń przedstawiały się następująco: co prawda ARA najprawdopodobniej ocaliła Europę przed klęską głodu i w 1919 roku dostarczyła siedem milionów ton żywności, lecz Stany Zjednoczone nie zaskarbiły sobie dzięki temu wdzięczności Europejczyków, głównie dlatego, że Herbert Hoover, niezwykle sprawny kierownik ARA, robił wszystko po swojemu, ignorował kwestie dla Europejczyków wrażliwe i wykorzystywał żywność jako "broń przeciwko zalewowi bolszewizmu". Poza tym pomocy nie udzielano bezwarunkowo. Amerykanie domagali się zapłaty, co wpędziło wiele państw w długi i zaszkodziło transatlantyckim relacjom dyplomatycznym w okresie międzywojennym. "Nawet gdyby Stany Zjednoczone miały teraz dostarczyć całą żywność - stwierdzano w raporcie z 1943 roku - nie powinniśmy odgrywać łaskawych filantropów i oczekiwać, że reszta świata podziękuje nam za to, że mamy pieniądze. Trzeba będzie działać z wyczuciem". Prezydent Stanów Zjednoczonych podzielał tę opinię, lecz z innych powodów. Pomoc traktował instrumentalnie: jako narzędzie realizacji swoich planów na okres powojenny8.
Winston Churchill i Franklin Delano Roosevelt spotkali się po raz drugi w życiu na pokładzie brytyjskiego pancernika "Prince of Wales" u wybrzeży Nowej Fundlandii w sierpniu 1941 roku. Konferencja obu przywódców trwała kilka dni. Urządzono też nabożeństwo, podczas którego odśpiewano hymn Dla tych, co na morzu. Na koniec wydano komunikat znany jako Karta Atlantycka, zawierający cele polityczne Wielkiej Brytanii na czas wojny (Ameryka jeszcze do wojny nie przystąpiła). Jeden z angielskich dyplomatów zapamiętał Roosevelta jako "człowieka upartego, próbującego skupiać całą uwagę na kwestii pokoju. Niestety, jego pomysły polityczne są sprzed dwóch dekad". Ten sam człowiek nazwał prezydencką propozycję wspólnej deklaracji "okropnym pustosłowiem, zbieraniną starych sloganów z czasów Ligi Narodów"9.
Była to tylko jedna strona medalu. Owszem, Roosevelt chętnie sięgał po retorykę internacjonalizmu. Jako kandydat demokratów na wiceprezydenta w 1920 roku wygłosił około ośmiuset przemówień, w których wyrażał poparcie dla Ligi Narodów. Liczył, że uda się stworzyć nowe reguły i instytucje w zakresie stosunków międzynarodowych. Ponadto jednak zależało mu, żeby uniknąć powtórzenia błędów prezydenta Woodrowa Wilsona (po pierwszej wojnie światowej Wilson arogancko odrzucił wszelkie propozycje kompromisu i Stany Zjednoczone nie przystąpiły do Ligi Narodów) oraz błędów samej Ligi, która straciła z czasem wszelkie znaczenie. Jej następczyni potrzebowałaby - według Roosevelta - poparcia wszystkich światowych potęg, zwłaszcza Stanów Zjednoczonych i Związku Radzieckiego. Długofalowym celem prezydenta było zapewnienie tego poparcia. Na razie stosował bardzo ostrożną taktykę, podobnie zresztą jak w kwestii przystąpienia Ameryki do wojny10.
Pomysł utworzenia "międzynarodowej instytucji" odpowiedzialnej za administrowanie pomocą humanitarną znakomicie wpasowywał się w plany Roosevelta. Chciał on przekonać Związek Radziecki, aby wspólnie z Wielką Brytanią, Stanami i Chinami powołać do istnienia "Czterech Policjantów", nową międzynarodową organizację do spraw bezpieczeństwa. Roosevelt, mając w pamięci niepowodzenia Woodrowa Wilsona w 1920 roku, wiedział, że będzie też musiał przekonać przywódców Kongresu i amerykańską opinię publiczną. Po Pearl Harbor zadanie to stało się znacznie łatwiejsze. W roku 1942 wielu członków administracji rządowej snuło "górnolotne sny o powojennej demokratycznej współpracy i równości". Wiceprezydent Henry Wallace apelował o "pokój narodów", czyli o rozszerzenie polityki New Dealu na cały świat. Rok później niespodziewanym bestsellerem stała się książka One World, długie "kazanie na temat internacjonalizmu" pióra pokonanego kandydata na prezydenta Wendella Willkiego. Roosevelt zachowywał większą ostrożność. Jak pisała jedna z gazet, "zamiast cyzelować plany lepszego świata [...], na chłodno i rzeczowo oceniał środki i narzędzia, pozwalające owe plany zrealizować. Słowem, skupiał uwagę na władzy". Pomoc humanitarna dawała szansę zbudowania międzynarodowej współpracy i zarazem wzięcia Sowietów w ryzy, toteż Roosevelt uczynił ją priorytetem. Zignorował istniejące instytucje pomocowe, do których Sowieci nie należeli, i w grudniu 1942 postawił przed gubernatorem stanu Nowy Jork Herbertem Lehmanem zadanie utworzenia nowej międzynarodowej organizacji, przygotowania planu działań na okres powojenny, zgromadzenia zapasów żywności oraz wypracowania systemu jej transportu i dystrybucji11.
Podczas gdy politycy dbali o działania systemowe, intelektualiści, "eksperci", europejscy emigranci i pracownicy zajmujący się pomocą humanitarną szukali sobie miejsca w nowej rzeczywistości. Wielu z nich wywodziło się z lewicy, z ruchów pacyfistycznych i internacjonalistycznych. Sprzeciwiali się wojnie jako takiej i nie uczestniczyli w wysiłkach wojennych. Zarazem jednak odegrali ważną rolę, gdyż jeszcze przed nastaniem pokoju pomogli utrwalić pewne sposoby myślenia o pomocy i wprowadzili szereg ważnych pojęć - w tym kategorię dipisa. Nie do końca wiadomo, kto stworzył ten termin. Nie znajdziemy go w raporcie dotyczącym uchodźstwa przygotowanym w roku 1939 przez brytyjski think tank Chatham House. Być może o dipisach zaczęto mówić w komisji Leitha-Rossa. W każdym razie w roku 1942 określenie to stało się elementem dyskursu eksperckiego, czego dowód stanowiła chociażby konferencja Pomoc i Odbudowa Europy, zorganizowana w Oksfordzie 12 grudnia 1942 roku przez lewicowe Fabian Society12.
Moment zorganizowania konferencji był niezwykle istotny. Brytyjczycy zwyciężyli pod El Alamein, alianci wylądowali w Afryce Północnej, a niemiecka 6 Armia utknęła pod Stalingradem. Zwycięstwo wydawało się możliwe. Było jasne, że Roosevelt zamierza utworzyć jakąś międzynarodową organizację pomocową, przyszedł więc czas, by przypomniały o sobie rozmaite grupy nacisku.
Plejada lewicowych intelektualistów szykowała się na to, co przyniesie przyszłość. Wydawca Leonard Woolf, dzielnie angażujący się w działalność publiczną ledwie półtora roku po samobójczej śmierci swojej żony Virginii, ostrzegał, że Europie grozi największy kryzys od czasu wojny trzydziestoletniej. Wtedy kontynent potrzebował całego stulecia, by ponownie stanąć na nogi. Teraz Hitler rozpętał apokalipsę o niespotykanej dotąd skali. Po wojnie potrzeba będzie natychmiastowych działań pomocowych i długotrwałego programu odbudowy. Tak ogromnych zadań nie można powierzyć sektorowi prywatnemu - konieczne są działania międzyrządowe. W podobnym tonie wypowiadał się biolog Julian Huxley. Wojna, powiedział, to tylko symptom głębszej dziejowej rewolucji. Kapitalistyczny leseferyzm i system państw narodowych uległy załamaniu. W ich miejsce potrzeba więcej planowania, ściślejszej rządowej kontroli i ściślejszej koordynacji polityczno-gospodarczej na poziomie ponadpaństwowym. Harold Laski, politolog z London School of Economics, wezwał władze alianckie, aby po zwycięstwie wykazały się wielkodusznością i nie mściły się na niewinnych cywilach z wrogich krajów. Za Leonardem Woolfem powtórzył, że mechanizmy pomocowe muszą służyć nie tylko zaspokojeniu "podstawowych potrzeb", lecz także długotrwałej odbudowie. Narody Zjednoczone, a zwłaszcza Ameryka i Wielka Brytania, powinny myśleć "nie o czymś w rodzaju Międzynarodowego Komitetu Czerwonego Krzyża, który wysyła ambulanse po powodzi lub trzęsieniu ziemi, ale o systemie instytucji dla świata, który pragniemy zbudować, kiedy wreszcie nastanie pokój".
Intelektualistom wtórowali praktycy: lekarze i pracownicy pomocowi, którzy na własne oczy oglądali katastrofalne skutki pierwszej wojny światowej. Pamiętali oni, że choć między 1914 a 1918 rokiem na polach bitewnych zginęło około dziewięciu milionów żołnierzy, było to niewiele w porównaniu z liczbą europejskich cywilów (osłabionych przez wojenny głód i brytyjską blokadę handlową), których zabiły później choroby. Epidemia grypy z lat 1918-1919 pochłonęła na całym świecie czterdzieści milionów ludzkich istnień, tyfus kolejne trzy miliony, głód na Ukrainie w 1921 roku - pięć milionów. Pracownicy pomocowi nie chcieli dopuścić, aby pomoc znowu wykorzystywano jako polityczny oręż (tak właśnie było w latach 1919-1921: utrzymanie blokady państw sojuszniczych pogłębiło kryzys głodowy w Wiedniu i Berlinie, a zwłoka we wpuszczeniu pomocy zagranicznej do Związku Radzieckiego kosztowała życie wielu ludzi). Pragnęli uniknąć sporów między różnymi organizacjami, co między innymi utrudniło wcześniej działalność humanitarną w Serbii. Obawiali się, że dojdzie do powtórki z historii, że miliony zabitych żołnierzy oraz ofiary niemieckich obozów koncentracyjnych i fabryk wykorzystujących pracę przymusową to zaledwie zapowiedź prawdziwej katastrofy, która czeka powojenną Europę13.
Potrzebę kreślenia starannych planów potwierdzały też hiobowe wieści przychodzące z krajów okupowanych przez Hitlera. Eksperci na konferencji Pomoc i Odbudowa Europy ostrzegali, że po wojnie należy się spodziewać niedoborów żywności co najmniej tak poważnych, jak w Niemczech w 1919 roku, lub głodu "jak w rejonie Wołgi w latach 1921-1922". Trzysta trzydzieści milionów ludzi będzie potrzebowało około siedmiuset kilokalorii dziennie, by pozostać przy życiu. Jednak to wszystko nic wobec problemu osób, które w wyniku działań wojennych znalazły się z dala od ojczyzny. Niemcy uprowadzili miliony ludzi i, jak ostrzegał jeden z mówców, "kiedy tylko nastanie pokój, zaczną się masowe migracje". O ile nie podejmie się szybkich i zdecydowanych działań, może to doprowadzić do większej katastrofy niż sama wojna. "Serce się kraje na myśl o tym, jak wielkie czeka nas wyzwanie". Omawiano też wpływ migracji i głodu na stan zdrowia: niedożywienie i tyfus, możliwa pandemia malarii, ogromny wzrost liczby zachorowań na gruźlicę i choroby weneryczne. Miliony ludzi będą cierpiały z powodu wielu lat niewłaściwej diety. Należy się też spodziewać "całej rzeszy osób dotkniętych problemami natury psychicznej, od niegroźnych neuroz aż po zupełny obłęd"14.
Ciąg dalszy w wersji pełnej
Aby nie zamęczać czytelnika skrótowcami, starałem się jak najrzadziej używać w tekście nazw oficjalnych organizacji. Z kilku jednak zrezygnować nie mogłem.
DZIAŁALNOŚĆ POMOCOWA
Termin "narody zjednoczone" pojawił się po raz pierwszy w sierpniu 1941 roku podczas brytyjsko-amerykańskiej konferencji u wybrzeży Nowej Fundlandii, którą to konferencję zakończyło podpisanie Karty Atlantyckiej. Zanim jednak w październiku 1945 roku powstała Organizacja Narodów Zjednoczonych (ONZ), utworzono szereg organizacji międzynarodowych, które zbitkę tę miały w nazwie, między innymi Organizację Narodów Zjednoczonych do spraw Wyżywienia i Rolnictwa (Food and Agriculture Organization of the United Nations, FAO) oraz - w listopadzie 1943 - Administrację Narodów Zjednoczonych do spraw Pomocy i Odbudowy (United Nations Relief and Rehabilitation Administration, UNRRA). UNRRA działała w Europie i na Dalekim Wschodzie; w tej książce skupiam się wyłącznie na Europie.
UCHODŹCY
UNRRA odziedziczyła część zadań po amerykańskiej organizacji o nazwie Biuro do spraw Pomocy Zagranicznej i Odbudowy (Office of Foreign Relief and Rehabilitation Operations, OFRRO), utworzonej w listopadzie 1942 roku. Formalnie biuro nie zajmowało się kwestią uchodźców. Ten problem przypadł Międzyrządowemu Komitetowi do spraw Uchodźców (Intergovernmental Committee on Refugees, IGCR), utworzonemu w roku 1938. W Stanach Zjednoczonych działała też Rada do spraw Uchodźców Wojennych (War Refugee Board), powołana w 1944. W roku 1947, po rozwiązaniu UNRRA, pod auspicjami ONZ powstała Międzynarodowa Organizacja Uchodźców (International Refugee Organization, IRO). Przejęła ona obowiązki UNRRA i IGCR. Równocześnie powołano UNICEF, osobną agencję do spraw dzieci. W roku 1951, po wygaśnięciu mandatu IRO, utworzono urząd Wysokiego Komisarza Narodów Zjednoczonych do spraw Uchodźców (United Nations High Commissioner for Refugees), który istnieje do dzisiaj.
WOJSKO
Podczas drugiej wojny światowej wojska alianckie tworzyły osobną administrację, odpowiedzialną za nadzór nad zajmowanymi terytoriami. Nazywano to zarządem wojskowym lub zarządem do spraw cywilów. Po inwazji sprzymierzonych we Włoszech w 1943 roku powstał wspólny Sojuszniczy Rząd Wojskowy na Terytoriach Okupowanych (Allied Military Government for Occupied Territories, AMGOT, później AMG). Pod koniec 1943, kiedy zaczęto planować lądowanie we Francji, sztab generała Eisenhowera nosił nazwę Głównej Kwatery Alianckich Wojsk Ekspedycyjnych (Supreme Headquarter, Allied Expeditionary Force, SHAEF). Początkowo SHAEF mieściła się w Londynie, później w Wersalu i odpowiadała za rządy w okupowanych Niemczech, póki nie została rozwiązana 14 lipca 1945 roku. Następnie Niemcy podzielono na cztery strefy, oddane pod kontrolę czterech armii okupacyjnych. Wspólny nadzór nad strefami sprawowała Sojusznicza Rada Kontroli Niemiec, działająca w Berlinie. Każda strefa miała jednak własny zarząd. Różniło się też ich nazewnictwo.
PALESTYNA
Przez większość okresu opisywanego w tej książce Palestyna znajdowała się na terytorium mandatowym Brytyjczyków, wyznaczonym przez Ligę Narodów. Jednak Agencja Żydowska dla Palestyny działała jak swoiste państwo w państwie, odpowiadała za siły samoobrony (organizacja paramilitarna Hagana) i za nielegalną imigrację (Mosad le'Alija Bet). Alija, czyli "wstąpienie", to emigracja do Ziemi Świętej. Jiszuw to z kolei żydowskie osadnictwo w Palestynie.
"Kiedy ta wojna się już skończy - pisał do swojej dziewczyny pewien młody brytyjski oficer w sierpniu 1942 roku - potrzeba będzie niesłychanie dużo dobroci, aby odpokutować za bezmyślną nienawiść i cierpienia obecnych lat".
Frank Thompson, autor tych słów, nie doczekał nowego, wspaniałego świata, o którym marzył. Był poetą, komunistą i romantykiem. Zginął w 1944 roku zastrzelony w Bułgarii, gdzie pracował dla Kierownictwa Operacji Specjalnych (Special Operations Executive, SOE). Ale adresatka listu, młoda urzędniczka nazwiskiem Iris Murdoch, dzieliła jego nadzieje. "Och Frank, rozmyślam, co przyniesie nam przyszłość. Czy przekujemy kiedykolwiek nasze ideały i sny w coś prawdziwego i konkretnego?", pisała1.
Podczas gdy młodzi kochankowie snuli fantazje, ludzie pragmatyczni rzeczywiście próbowali stworzyć "coś prawdziwego i konkretnego", aby pozszywać wojenne rany. Wielu nękała straszliwa pamięć o wydarzeniach sprzed niespełna ćwierćwiecza, kiedy po koszmarze pól bitewnych przyszedł masowy pomór cywilów - teraz pragnęli pomyślniejszego zakończenia. Brytyjscy i amerykańscy (a także radzieccy) politycy mieli własne powody, aby zająć się problemem powojennej przyszłości, toteż na długo, zanim pod koniec 1945 roku powołano do życia Organizację Narodów Zjednoczonych, powstała Administracja Narodów Zjednoczonych do spraw Pomocy i Odbudowy (United Nations Relief and Rehabilitation Administration, UNRRA). Miała ona zadbać, aby po kapitulacji Niemiec nie doszło - jak poprzednio - do epidemii i katastrofy humanitarnej. W roku 1944 szeregi UNRRA zasiliły tysiące idealistów - wśród nich Iris Murdoch.
Powrót opowiada, co wydarzyło się później. Przede wszystkim chcę zadać pytanie, jak powojenne realia miały się do alianckich planów. Warto od razu zwrócić uwagę na współczesną analogię. Przy okazji debat na temat fiaska, jakim okazała się okupacja Iraku po 2003 roku, wielokrotnie powracała następująca myśl: Amerykanie ruszyli na Bagdad, nie dysponując żadnym starannym, przygotowywanym od lat planem odbudowy kraju, inaczej niż w roku 1945. Ale w rzeczywistości długi okres planowania poprzedzający upadek Trzeciej Rzeszy okazał się pod wieloma względami czasem zmarnowanym. Za bardzo polegano na wcześniejszych doświadczeniach, często zupełnie nieprzystających do nowej sytuacji, stawiano na niewłaściwych ludzi i niewłaściwe działania.
Przede wszystkim bowiem nowe organizacje mające pomóc w odbudowie Europy powstały w latach 1942 i 1943, kiedy alianccy planiści nie wiedzieli jeszcze o losie europejskich Żydów, za to dużą wagę przywiązywali do kwestii dziesięciu milionów pracowników przymusowych przebywających na terenie Niemiec. Kreślono więc plany pod kątem zaradzenia skutkom masowych przesiedleń ludzkości, a nie ludobójstwa. Dlatego właśnie aż do końca dekady centralną osią polityki pomocowej była kategoria "dipisa"[*].
Natomiast pojęcie Holokaustu w latach czterdziestych nie istniało. Amerykański historyk Peter Novick zauważa: ""Holokaust" we współczesnym znaczeniu tego terminu to w dużej mierze konstrukt retrospektywny, który dla większości ludzi bezpośrednio po drugiej wojnie światowej byłby zupełnie niezrozumiały". Mówienie o ""Holokauście" jako zjawisku wyjątkowym" to zdaniem Novicka "anachronizm, utrudniający zrozumienie reakcji z tamtego czasu". Ofiary Hitlera nazywano zatem dipisami - nieważne, czy odnosiło się to do więźniów obozu koncentracyjnego w Bergen-Belsen w 1945 roku, czy do żydowskich pacjentów szpitala w Pittsburghu w latach pięćdziesiątych. "Oni nie byli "ocalałymi z Holokaustu" - wspominał pracownik socjalny, zatrudniony w owym szpitalu. - Wtedy Holokaust rozumiano zupełnie inaczej niż dziś"2.
Definiowanie problemów przez odniesienie do kategorii dipisów ukształtowało aliancką pomoc humanitarną po wojnie nie tylko dlatego, że wbrew przewidywaniom w 1945 roku nie doszło do masowej epidemii (głównie dzięki olbrzymim postępom w medycynie), lecz także dlatego, że - jak się okazało - najważniejszym dziedzictwem wojny był kryzys uchodźczy. Kiedy opadł kurz i wszyscy chętni wrócili do domów, w Niemczech, Austrii i we Włoszech pozostały miliony Żydów, Polaków, Ukraińców, Łotyszy, Litwinów, Estończyków i Jugosłowian pragnących życia z dala od ojczyzny. Mieli za sobą najróżniejsze, bardzo skomplikowane losy wojenne, niedające się opisać za pomocą dzisiejszych prostych etykietek typu "ofiara" lub "sprawca" (aczkolwiek niemieckich kolaborantów nie brakowało). Wszystkich jednak zaliczano do grona dipisów. Tymczasem setki tysięcy Niemców poniosły śmierć podczas wysiedleń z Europy Wschodniej, ich jednak nikt dipisami nie nazywał. Byli uchodźcami i z tego powodu plasowali się najniżej w hierarchii.
Kryzys dipisów w Europie trwał w latach 1945-1950, a więc u zarania zimnej wojny. Dipisi czekali w obozach na terenie Niemiec, stając się kartą przetargową w najróżniejszych walkach o wpływy. Poszczególne grupy sięgały po wszelką dostępną broń - odwoływano się do sumień obywateli państw alianckich lub do żydowskiego elektoratu w Nowym Jorku, proszono o pomoc potężnych przyjaciół w Londynie i Waszyngtonie, o wstawiennictwo Watykanu, wykorzystywano kontakty z amerykańskim wywiadem oraz przyjaciół w mediach. Równocześnie kraje Europy Zachodniej, obu Ameryk i Australazji zaczęły postrzegać dipisów jako siłę roboczą, próbowały jednak pozyskać wyłącznie te osoby, które zaspokajały miejscowy popyt na pracę lub spełniały kryteria polityki imigracyjnej danego państwa lub regionu. Od tego właśnie zależało, czy dipis trafiał do Chile, czy do Chicago, do Manitoby czy do Melbourne.
Historycy pomijali ten fragment dziejów milczeniem, głównie dlatego, że jest on wciśnięty między arcydoniosłe wydarzenia, jak druga wojna światowa, zimna wojna, Holokaust i konflikt izraelsko-palestyński. Ponadto dla samych uchodźców lata spędzone w niemieckich obozach były czasem straconym, okresem zawieszenia między kolejnymi etapami życia, toteż uznawali, że najlepiej o nim zapomnieć.
Obecnie jednak, po zakończeniu zimnej wojny i wyjściu wojsk radzieckich z Europy Wschodniej, możemy rozpatrywać tamten epizod z innej perspektywy i docenić, jak wielkie piętno odcisnął na współczesnym świecie. Państwo Izrael, zmiana amerykańskiej polityki imigracyjnej, zmierzch etnicznej homogeniczności w Wielkiej Brytanii, Kanadzie i Australii, utworzenie nowego systemu prawa międzynarodowego, w którym podmiotami stały się nie tylko państwa, ale i jednostki ludzkie - wszystko to spuścizna lat powojennych. Ponadto kryzys uchodźczy zmuszał do stawiania pytań, zachowujących ważność po dziś dzień: jak zapewniać skuteczną pomoc humanitarną? Ilu przyjąć imigrantów? Czy możliwy jest pokój między różnymi grupami narodowymi w Europie Wschodniej? W jaki sposób pomóc pokonanemu wrogowi w osiągnięciu dobrobytu? A z kwestii mniej praktycznych warto przeanalizować zmagania Europy z psychologicznymi skutkami wojny oraz próby zmniejszenia rozdźwięku między retoryką a rzeczywistością - między językiem międzynarodowego braterstwa a realiami czarnego rynku i prostytucji na ulicach Hamburga i innych niemieckich miast3.
Od razu nasuwa się jeden oczywisty wniosek. Wojna to ruch płyt tektonicznych. Na wierzch wydobywają się długo skrywane problemy i krzywdy, dochodzą do głosu tłumione zazwyczaj namiętności. Druga wojna światowa to w istocie wiele różnych wojen, nie tylko konflikt militarny spowodowany imperialnymi ambicjami Hitlera, "szlachetny bój" z mitologii Zachodu, ale również krwawe walki między wschodnioeuropejskimi narodami oraz wojny domowe, w których partyzantki i ruchy oporu ścierały się z kolaboracyjnymi organizacjami paramilitarnymi. W roku 1945, po sześciu latach zamętu, obudziło się w Europie wiele starych demonów: kwestia mniejszości żydowskiej, przyszłości Polski, granic imperium rosyjskiego, ukraińskiego nacjonalizmu, legitymizacji Jugosławii jako państwa. Przez krótki moment - ku zadziwieniu i trwodze amerykańskich i brytyjskich pracowników organizacji pomocowych - wszystko to mogło się potoczyć najróżniej, póki opadnięcie Żelaznej Kurtyny i utworzenie państwa Izrael nie ustanowiły nowego porządku. Obecnie jednak - zwłaszcza wskutek zakończenia zimnej wojny - wiele problemów ponownie ujrzało światło dzienne. Dlatego właśnie wydarzenia przywoływane w tej książce zachowują aktualność4.
Niełatwo pisać o pokłosiu drugiej wojny światowej w sposób obojętny i obiektywny. Poszczególne grupy etniczne stworzyły własne opowieści i własną pamięć o wydarzeniach. "Czy jesteśmy skazani na to, by po wsze czasy istniały skrajnie sprzeczne i niemożliwe do pogodzenia narracje na temat wojny? - pytał pewien polski historyk. - Pamięć jednej grupy różni się od pamięci pozostałych i trudno niekiedy uwierzyć, że mowa o tych samych wypadkach". Wielu autorów nie próbuje przekraczać owych różnic i zamiast tego tworzą otwarcie stronnicze, "emocjonalne" relacje. Wyzwaniem jest więc pogodzenie różnych obrazów wojny i wyjście poza spory o to, kto wycierpiał najwięcej5.
Pytanie, jak sprostać owemu wyzwaniu. W roku 2001 na konferencji w Nowym Jorku Jan Tomasz Gross nawoływał osoby piszące o latach czterdziestych, aby trzymały się trzech prostych zasad: szanuj chronologię, nigdy nie pisz z późniejszej perspektywy, pracuj na materiałach źródłowych. Jeśli zastosować metodę Grossa, wiele realiów interesującego mnie tu okresu staje się nieoczywistych. Przykładowo, żydowscy dipisi przebywający w niemieckich obozach w 1946 roku nie byli w większości "ocalałymi z Holokaustu" i nie przeszli przez nazistowskie lagry, spory odsetek stanowili bowiem ludzie, którzy w 1939 roku uciekli z Polski do Związku Radzieckiego, a teraz pragnęli dostać się do Palestyny - tymczasem często umieszcza się ich w szufladce "ofiary Holokaustu". Na podobnej zasadzie okazuje się, że co prawda w 1945 roku alianci przeprowadzili przymusową deportację tysięcy Kozaków i Jugosłowian, oddając ich w ręce Stalina i Tity (wydarzenie to zyskało miano "ostatniej tajemnicy" i wywołało wielkie oburzenie, kiedy w latach osiemdziesiątych ujawnili je Nicholas Bethell i Nikolai Tolstoy), ale równocześnie nie deportowano setek tysięcy Ukraińców i Bałtów[**].
Zapominamy często, że Niemcy pod aliancką okupacją pogrążyły się w chaosie, póki nie nadeszła reforma walutowa z roku 1948 i nie przyjęto Planu Marshalla. Zapominamy, że brytyjskiej opinii publicznej leżał na sumieniu przede wszystkim nie los ocalałych Żydów, ale niemieckich uchodźców ze Wschodu. Może nam się wydawać, że Stany Zjednoczone od zawsze niechętnie angażowały się w działania organizacji międzynarodowych. Tymczasem w latach czterdziestych to właśnie dzięki Waszyngtonowi utworzono Organizację Narodów Zjednoczonych, amerykańscy podatnicy zaś szczodrze finansowali ponadrządowe instytucje. Do Polski i Jugosławii trafiło więcej pomocy humanitarnej finansowanej za dolary niż do któregokolwiek innego kraju w Europie.
Kolejny temat ważny po dziś dzień to współpraca międzynarodowa i organizacja tego, co nazywamy pomocą humanitarną, a w latach czterdziestych określano po prostu mianem pomocy.
Od początku dziewiętnastego wieku w zachodnich społeczeństwach powstawały organizacje niosące pomoc ofiarom wojen, przede wszystkim cywilom. Najważniejszą z nich jest zapewne Czerwony Krzyż, założony w 1859 roku przez szwajcarskiego przedsiębiorcę Henriego Dunanta, nie można też jednak zapominać o Save the Children czy Lekarzach Bez Granic. W dwudziestym wieku z powodzeniem działały one na rzecz łagodzenia okrucieństw wojny. Zarazem poniosły niejedną porażkę i wielokrotnie musiały mierzyć się z problemem przekucia jednostkowego altruizmu w zorganizowane działanie.
Historyk napotyka tu szczególny kłopot. By użyć określenia Gitty Sereny, musi pisać o "ludziach poczciwych". We współczesnej kulturze zło jest seksowne i pociągające, dobro nieciekawe, najnudniejsza jest zaś działalność humanitarna. Jak więc uczynić zorganizowany altruizm interesującym? Korzenie problemu sięgają głęboko. Joseph Goebbels, Albert Speer i Leni Riefenstahl ukształtowali wizerunek Hitlera i stworzyli ikonografię, która do dziś obecna jest w kulturze masowej. Natomiast marketingiem UNRRA i jej humanitarnych ideałów zajęła się Narodowa Rada Filmowa Kanady. Nikt już nie pamięta jej żałosnych prób przekonania świata, jak piękne mogą być międzynarodowe braterstwo i współpraca6.
Otóż historycy mają ten sam problem. Pisanie o międzynarodowych organizacjach niosących pomoc potrzebującym nastręcza wielu trudności. Świetnym tego dowodem jest oficjalna historia UNRRA, opublikowana w roku 1951. Już podczas prac nad tym potężnym, trzytomowym dziełem jedna z autorek przepowiadała: "Piszemy rzecz nudną jak flaki z olejem. [...] Wątpię, czy którykolwiek czytelnik dobrnie do końca". Przewidywania okazały się trafne. Jedna z najważniejszych postaci związanych z UNRRA nazwała książkę "kompletnym nieporozumieniem. [...] Masa statystyk i ani słowa o ważnych kwestiach dotyczących sprawności operacyjnej UNRRA". Nawet specjaliści uznali, że pisana w samochwalnym tonie oficjalna historia UNRRA, zawierająca całą masę biurokratycznych detali i akronimów, to przede wszystkim lekarstwo na bezsenność7.
Choć jednak mamy do czynienia z niełatwym zadaniem, trzeba się go podjąć. W przeciwnym razie "z historii zapamiętamy głównie rzeźników - szalonych despotów, ich zdeprawowanych pachołków i generałów", nie oddamy natomiast sprawiedliwości "uzdrowicielom, którzy poświęcają się bez reszty próbom zapobieżenia złu lub naprawienia nieludzkich czynów". Nie jestem człowiekiem religijnym. Nigdy nie pracowałem w obszarze pomocy humanitarnej. Pierwszy raz zainteresowałem się problematyką zorganizowanego altruizmu, kiedy pisałem o psychiatrach wojskowych starających się zaradzić psychologicznym krzywdom wyrządzonym przez wojnę. Moja ciekawość wzmogła się podczas lektury książki Humanity, "historii moralnej" dwudziestego wieku napisanej przez filozofa Jonathana Glovera. Punktem wyjścia Glovera była chęć zbadania, jaką rolę odgrywa moralność w życiu publicznym, lecz autor bardzo szybko zapuścił się do więzień i cel tortur, do świata SS, NKWD i Saddama Husajna. "Chwileczkę - powtarzałem sobie podczas tamtej upiornej podróży od Kanału Białomorskiego przez Auschwitz aż po Kambodżę Pol Pota - a co ze zwykłymi, przyzwoitymi ludźmi? Czy naprawdę mamy uwierzyć, że cała ludzkość tak wygląda? Czy nie było żadnej przeciwwagi dla obozów, Gułagu, dla pól śmierci?"8.
Temat mojej książki jest więc ważny, lecz zarazem zaniedbany. Aby czytelnik mógł w pełni oddać mu sprawiedliwość, musi nieco przestroić swoje myślenie i zajrzeć pod powierzchnię.
Zacząć trzeba od tonu narracji. Weźmy przykładowo jedną z najlepszych książek poświęconych pracy z dipisami. Mam na myśli By the Rivers of Babylon autorstwa Margaret McNeill, opublikowaną w roku 1950. To żywa, fabularyzowana opowieść o grupie kwakrów w Brunszwiku na północy Niemiec. McNeill, córka protestanckiego przedsiębiorcy z Belfastu, całe życie poświęciła dobroczynności. Od 1971 roku do śmierci w roku 1985 działała na rzecz procesu pokojowego w Irlandii Północnej. Zarazem w książce nieświadomie wyrażała rozmaite postawy swojej epoki i klasy społecznej. Opisy zjawienia się dzielnych kwakrów w Brunszwiku i ich późniejszych przygód przywodzą na myśl Enid Blyton i Słynną Piątkę[***].
Dzięki McNeill możemy się przekonać, jak niewiele kwakrzy wiedzieli o sytuacji w Europie. Jej książka przypomina nam też, że ówczesne pokolenie bez skrępowania wyrażało rozmaite uprzedzenia i nie wzbraniało się przed uogólnieniami. Nikt wówczas nikogo nie oskarżał o szerzenie "stereotypów rasowych". Polacy są więc u McNeill bardzo kochani, ale i bardzo męczący - "ludzie pełni sprzeczności", urocze, lecz niezborne dzieci, dumne i honorowe, lecz zgoła niezdolne do samodyscypliny. Domagają się wydania od razu wszystkich racji żywnościowych, zjadają je, a później chodzą głodne.
W ich obozach panował zawsze mniejszy lub większy bałagan. Zarazem jednak cechowała ich większa wrażliwość, bardziej artystyczna niż w przypadku innych dipisów. Nieraz wpadali w przygnębienie, lecz kiedy się śmiali, nikt nie śmiał się weselej - i, co ważne, umieli też żartować z siebie. Szanowali Kościół. Honoru gotowi byli bronić do śmierci. Mimo to zasłużenie słynęli z pijaństwa, nieuczciwości i okrucieństwa. Nierzadko dawali popisy lenistwa i nie można było na nich polegać, lecz w sytuacji kryzysowej, za pięć dwunasta, zbierali się i pracowali z nieprawdopodobnym wręcz zapamiętaniem.
Ukraińców natomiast Margaret uważała za pracowitych, lecz byli "wieśniakami do szpiku kości" i opętał ich dziwny, mroczny nacjonalizm. "Nawet znajomość ich języka nie pozwoliłaby nam zrozumieć, co myślą i czują". Kwakrom z Brunszwiku łatwiej przychodziło dogadywanie się z dipisami z krajów bałtyckich, z reguły lepiej wykształconymi, należącymi do klasy średniej, częściej władającymi angielszczyzną i pragnącymi dobrze wypaść w oczach ludzi z Zachodu. Aczkolwiek Bałtowie też mieli swoje obsesje. "Każda rozmowa z Łotyszem czy Estończykiem prędzej czy później schodzi na temat ziem, które im odebrano. Z tęskną dumą wspominają, ile ich narody zdołały osiągnąć podczas krótkiego okresu niepodległości. Wszelkie niepowodzenia i porażki poszły w zapomnienie. Te monotonne opowiastki pewnie wydałyby się nam zaledwie niedorzecznością, gdybyśmy nie słyszeli w głosie mówiących gorzkiego żalu ludzi pełnych gniewu i tęsknoty za ojczyzną"9.
Kwakrzy w Brunszwiku niestrudzenie i z zapałem nieśli pomoc dipisom. Każdy nabrał sympatii do innej nacji i stał się jej rzecznikiem. Na okładce By the Rivers of Babylon czytamy, że książkę "przenika duch wrażliwego współczucia" - i faktycznie obietnica ta zostaje spełniona.
Z żydowskimi dipisami Margaret McNeill pracowała krótko i nie miała o nich nic do powiedzenia. Za to Susan Pettiss, młoda amerykańska pracownica socjalna zatrudniona przez UNRRA, podczas pobytu w Monachium dobrze poznała Żydów ocalałych z Zagłady. "Żydom - pisała w liście do ciotki w październiku 1945 roku - niezwykle ciężko pomagać":
Są bardzo roszczeniowi i aroganccy. Kiedy czegoś chcą, powołują się na swoje przejścia w obozach koncentracyjnych. Widziałam, w jakim stanie zostawili po sobie izby - wszędzie brud i połamane meble. Żadna inna grupa nie narobiła takiego bałaganu. W jednym z obozów musieliśmy założyć sześć synagog, by jakoś utrzymać porządek. Poza tym Żydzi odmawiają pracy. Trzeba ich zmuszać pod bronią, żeby poszli rąbać drewno do ogrzania baraków. Wielu amerykańskich żołnierzy odnosi się do nich z niechęcią10.
Dziś odruchowo zarzucilibyśmy Susan Pettiss antysemityzm. Jej słowa uświadamiają jednak, że personel odpowiedzialny za niesienie pomocy nie zawsze w pełni rozumiał stan psychologiczny żydowskich ocalałych. Z czasem Susan Pettiss zmieniła nieco perspektywę i stała się lubianą, bardzo skuteczną kierowniczką sekcji UNRRA zajmującej się żydowskimi dziećmi.
Tu jednak dochodzimy do kwestii drugiej, a mianowicie do kwestii ocen. Omawiając politykę imigracyjną państw alianckich w latach czterdziestych, musimy pamiętać, że w pierwszej połowie dwudziestego wieku w dyskusjach na temat zdrowia publicznego w Wielkiej Brytanii i innych krajach dominował język eugeniki, stanowiący owoc pierwszych prób wykorzystania metod naukowych do wyjaśnienia procesów rozwojowych jednostek i jednostkowych zachowań11. W okresie międzywojennym postępowi intelektualiści - na przykład William Beveridge (ojciec brytyjskiego welfare state), ekonomista John Maynard Keynes, słynny pisarz H.G. Wells oraz największe autorytety medyczne - należeli do ruchów eugenicznych, opowiadających się za kontrolą urodzeń, przede wszystkim wśród przedstawicieli klas pracujących, oraz za dobrowolną sterylizacją osób upośledzonych umysłowo. Pod koniec lat trzydziestych wielu zdystansowało się co prawda od tych idei, kiedy zostały skompromitowane przez nazistów. Wybitni uczeni zaczęli krytykować eugenikę, lecz spora część opinii publicznej i polityków, pamiętających epokę edwardiańską, długo jeszcze posługiwała się kategoriami eugeniki, czego świadectwem takie terminy, jak "rasa brytyjska" albo "zdrowe osobniki". W latach czterdziestych większość Brytyjczyków uważała ponadto cudzoziemców za śmiesznych dziwaków. Narodowe stereotypy mylono z rzeczywistością, toteż mówiono o Żydach i "Murzynach" w sposób, jaki dziś uznalibyśmy za obraźliwy. Nie inaczej było w pozostałych krajach. Jeśli więc chodzi o imigrantów, brytyjska administracja uważała za oczywistość, że opinia publiczna zgodzi się przyjąć wyłącznie uchodźców, których dzieci całkowicie wtopią się w społeczeństwo - a zatem wyłącznie białych z północnej Europy.
Sporo relacji z pierwszej ręki przytaczanych w niniejszej książce zawiera wedle dzisiejszych standardów treści rasistowskie i ksenofobiczne. Przez ostatnie sześćdziesiąt lat przebyliśmy długą drogę.
Kwestie tonu i oceny odgrywają szczególnie dużą rolę, kiedy mowa o Żydach, którzy przeżyli obozy koncentracyjne - o Sze'erit Hapleta, "ostatku". Pierwszy kronikarz ich powojennych losów, amerykański prawnik i pracownik humanitarny Leo Schwarz, wybrał narrację przywodzącą na myśl eposy, a wydarzenia historyczne, rozmowy i przemowy przedstawił z dramatyzmem godnym Tukidydesa, toteż jego wyidealizowaną opowieść źle się dzisiaj czyta12. Kolejnym kamieniem milowym były pionierskie prace izraelskiego historyka Jehudy Bauera. Bauer znał wielu przywódców grupy ocalałych, umiał więc przedstawić ich jako istoty z krwi i kości. Tą samą drogą poszedł jego uczeń Ze'ev Mankowitz13. Później jednak młodzi badacze z Niemiec i Stanów Zjednoczonych zaczęli pisać o żydowskich przywódcach w tonie nabożnego szacunku, wynosząc ich na cokoły14. Osobiście próbowałem naśladować Bauera i Mankowitza. Starałem się też nie przyjmować bezrefleksyjnie żadnej z dwóch przeciwstawnych narracji na temat żydowskich dipisów - ani narracji traktującej ich jako panów własnego losu, ani tej, wedle której byli wyłącznie "gliną w rękach działaczy syjonistycznych"15.
Marzyło mi się opowiedzenie historii okresu powojennego z wielu różnych punktów widzenia - a zwłaszcza z perspektywy tych na dole i tych na górze. Nie pozwalają na to jednak dostępne źródła, w których zdecydowanie dominuje perspektywa alianckich pracowników pomocowych lub dipisowskich przywódców. Rzadko kiedy daje się usłyszeć głos zwykłych uchodźców, na przykład Polaka mówiącego pracownikom UNRRA w obozie w Hohenfels w grudniu 1945 roku: "Nie macie pojęcia, jak się czujemy, w ogóle nie potraficie do nas dotrzeć", a następnie próbującego wytłumaczyć, co przeżył przez sześć lat robót przymusowych16.
W ostatnich latach ujrzały jednak światło dzienne nowe źródła: wspomnienia, teksty literackie oraz dokumenty historii mówionej. Kiedy prowadziłem badania do tej książki, w walizce w północnym Londynie znalazłem zbiór pamiętników spisanych przez dipisów w 1946 roku.
Czytelnik z pewnością domyśli się moich własnych poglądów i uprzedzeń. Jestem typowym produktem brytyjskiej klasy średniej, ale dorastałem w latach pięćdziesiątych w Kapsztadzie. Do grona trzech najbliższych przyjaciół i współpracowników mojego ojca zaliczali się: wysoki, ponury pruski arystokrata, z zawodu historyk sztuki, którego brat został stracony przez hitlerowców, belgijski malarz o gwałtownym temperamencie, mieszkający przez wiele lat w Kongu, oraz przeuroczy rzeźbiarz, z pochodzenia litewski Żyd. Pisząc tę książkę, każdego z nich udało mi się lepiej zrozumieć.
Przypisy
1 Peter J. Conradi, Iris Murdoch. A Life, London 2002, s. 205, 152-153.
2 Peter Novick, The Holocaust in American Life, Boston 1999, s. 20. Barbara Stein Burstin, After the Holocaust. The Migration of Polish Jews and Christians to Pittsburgh, Pittsburgh 1989, s. 112.
3 David Reynolds, From World War to Cold War. The Wartime Alliance and Postwar Transitions, "Historical Journal" 2002, t. 45, s. 211-227.
4 Mark Mazower, Dark Continent. Europe's Twentieth Century, London 1998, s. 215.
5 Piotr Wróbel, cyt. za: Jeffrey Burds, Ethnicity, Memory and Violence. Reflections on Special Problems in Soviet and East European Archives, w: F.X. Blouin, W.G. Rosenberg (red.), Archives, Documentation, and the Institutions of Social Memory: Essays from the Sawyer Seminar, Ann Arbor 2006.
6 Gitta Sereny, The German Trauma. Experiences and Reflections, 1938-2000, London 2000, s. 25.
7 Hansi Pollak w liście do sir Fredericka Morgana, 5 listopada 1947, archiwum Morgana, Imperial War Museum, Londyn. Sir Robert Jackson, historia mówiona, Bodleian Library, Ms Eng. C, 4678. George Woodbridge, UNRRA: The History of the United Nations Relief and Rehabilitation Administration, New York 1950.
8 Sybil Oldfield, Women Humanitarians. A Biographical Dictionary of British Women Active between 1900 and 1950, London 2001, s. IX. Jonathan Glover, Humanity. A Moral History of the Twentieth Century, London 1999.
9 Margaret McNeill, By the Rivers of Babylon. A Story Based upon Actual Experiences among the Displaced Persons of Europe, London 1950, s. 37, 53-64, 49.
10 Susan T. Pettiss, Lynne Taylor, After the Shooting Stopped: The Story of an UNRRA Welfare Worker in Germany 1945-1947, Victoria 2004, s. 126.
11 Ann Oakley, Eugenics, Social Medicine, and the Career of Richard Titmuss in Britain, 1935-1950, "British Journal of Sociology" 1991, t. 42, s. 165-194. Geoffrey Searle, Eugenics and Politics in Britain in the 1930s, "Annals of Science" 1979, t. , s. 159-169.
12 Leo W. Schwarz, The Redeemers. A Saga of the Years 1945-1952, New York 1953.
13 Yehuda Bauer, Flight and Rescue. Brichah. The Organized Escape of the Jewish Survivors of Eastern Europe, 1944-1948, New York 1970. Yehuda Bauer, The DP Legacy, w: Menachem Z. Rosensaft (red.), Life Reborn, London 2001. Yehuda Bauer, Out of the Ashes. The Impact of American Jews on Post-Holocaust European Jewry, Oxford 1989.
14 William I. Hitchcock, The Bitter Road to Freedom. A New History of the Liberation of Europe, New York 2008. Odwołuję się tu również do referatów, wygłoszonych na konferencjach poświęconych dipisom w Remarque Institute w Nowym Jorku w 2001 roku oraz w londyńskim Imperial War Museum w roku 2002 i 2006.
15 Zeev W. Mankowitz, Life between Memory and Hope. The Survivors of the Holocaust in Occupied Germany, Cambridge 2002, s. 9.
16 List polskiego harcerza do p. Fullera, zastępcy kierownika, i p. Brown, oficer do spraw wsparcia socjalnego w zespole numer 71 w obozie Hohenfels, 12 października 1945, United Nations Archive, Nowy Jork.
[*] Od angielskiego skrótowca DPs, oznaczającego displaced persons, osoby, które na skutek działań wojennych znalazły się poza swoją ojczyzną (przyp. tłum.).
[**] Autor używa słowa "Bałtowie" w specyficznym znaczeniu, gdyż ma na myśli nie tylko Litwinów i Łotyszy, ale również Estończyków. Celowo powtarzamy ten zabieg, by nie musieć za każdym razem posługiwać się dłuższą formą "mieszkańcy republik bałtyckich" (przyp. tłum.).
[***] Enid Blyton była angielską pisarką, autorką powieści dla młodzieży. Znana jest przede wszystkim z cyklu poświęconego wakacyjnym przygodom Słynnej Piątki, czyli czwórki dzieci (schludnych, grzecznych i zdecydowanie należących do uprzywilejowanej klasy społecznej) oraz ich psa. Słynna Piątka tropi z reguły przemytników i innych przestępców - często lumpów i cudzoziemców (przyp. tłum.).