Powracam od innych - Melissa Da Costa

Reflow text when sidebars are open.
Gdy Philippe pchnął drzwi i wszedł do kawalerki, zaskoczyły go panujące w środku ciemności. Nie otworzyła okiennic i wnętrze tonęło w półmroku. A przecież było już dobrze po południu, przyszedł zaraz po zebraniu. Nie widzieli się od tygodnia, a w takich przypadkach zawsze czekało go to samo. Nie zaglądał do niej przez kilka dni, więc zamykała się w sobie. Ileż wysiłku go kosztowało, żeby znów się rozchmurzyła, pozwoliła się przytulić.
- Ambre?
Brak odpowiedzi. Zły znak. Naprawdę się pogniewała. Philippe przewrócił oczami.
- Ambre?
Ale przecież zadzwonił, uprzedził ją, że wpadnie, i choć po drugiej stronie telefonu spodziewał się mrożącej ciszy, odezwała się. W słuchawce rozległo się zdławione "dobrze", wypowiedziane dziwnym głosem, jakby była chora.
Położył marynarkę na rozgrzebanym łóżku. Chyba naprawdę rozłożyła ją infekcja, bo zazwyczaj było starannie pościelone, gotowe na ich spotkanie.
- Wszystko w porządku?
Wciąż cisza. Wygładził marynarkę na poduszce, co było częścią rytuału, który niezmiennie powtarzał, kiedy tu przychodził. Po przekroczeniu progu pedantycznie składał okrycie, a potem wołał Ambre. Raz, czasem dwa razy i to zazwyczaj wystarczało, a potem bez zbędnych ceregieli rozbierał ją, rzucał na łóżko i doprowadzał do orgazmu. Było łatwo, kiedy się nie dąsała...
Dopiero potem pozwalał sobie na odrobinę czułości. Niespiesznie ją pieścił, wędrował dłońmi po jej skórze, przyciągał ją do siebie, choć myślami już odpływał, bo w głowie szykował się na popołudniowe spotkania w pracy.
- Co się dzieje? Źle się czujesz?
Zatrzymał się przed łazienką. Zaskoczyło go, że w środku światła też były zgaszone. Pchnął drzwi kolanem.
Była tam, leżała w wannie, w ciemności.
- No, hej, co ty wyprawia...
Nacisnął włącznik światła, a w jasności, która zalała pomieszczenie, od razu rzuciły mu się w oczy jej przezroczysta cera i na wpół przymknięte powieki. Dopiero potem zauważył kolor wody - jakby pomarańczowy - i długie czerwonawe smugi na krawędzi wanny.
- Ambre!
Krzyk przeciął powietrze niczym bicz. Philippe upadł na kolana, chwycił dziewczynę za bezwładne nadgarstki i mocno je ścisnął. Pierwotne odruchy uruchomiły się automatycznie, nawet nie zastanawiał się nad tym, co robi, jakby mózg przełączył się na autopilota: zatamować krwawienie, znaleźć czyste ręczniki, owinąć je wokół rany i mocno zacisnąć.
- Kurwa, Ambre!
Zadzwonić na pogotowie. Jeszcze przecież nie umarła. Chyba wciąż oddycha. Puścił jej dłonie, które bezwładnie zsunęły się po ściance wanny, i wyciągnął telefon z kieszeni.
Jeden sygnał. Dwa. Odezwał się męski głos, ale Philippe wszedł operatorowi w słowo:
- Błagam, nie ma czasu do stracenia!
Powieki dziewczyny zadrżały. Była półprzytomna i chyba usłyszała, że stracił swój normalny, dojrzały, pewny siebie i poważny ton, a głos mu się łamał. Philippe niemal skomlał do słuchawki.
- Rue des Tilleuls. Numer sto trzynaście. Dziewczyna. Lat dwadzieścia! Podcięła sobie żyły! Zaraz się wykrwawi! Szybko, błagam!
Miała niejasne wrażenie, że wpadł w panikę, ale nie była pewna, bo wszystko docierało do niej jakby z oddali. Coś jeszcze mówił, tym razem już nie do telefonu. Przynajmniej tak jej się wydawało.
- Ambre, jak mogłaś!
Przywarł do krawędzi wanny, ściskając owinięte nadgarstki. Nie zdawał sobie sprawy, że ją to boli. Ręczniki nasiąkały krwią, a ona coraz bardziej bladła. Prawie go nie słyszała, jakby uszy miała zatkane watą.
- Ambre, to ja! Jestem przy tobie.
Starała się zrozumieć, co mówi, choć było to trudne. Jej powieki zatrzepotały gwałtownie niczym skrzydła motyla. Philippe nachylił się nad nią, próbując spojrzeć w jej szkliste oczy.
- Ambre, zostań ze mną! Nie zasypiaj! Spójrz na mnie!
Powieki opadły niczym ciężka zasłona.
- Cholera, zostań ze mną! Słyszysz mnie?!
Zemdlała. Jej głowa uderzyła o krawędź wanny, a Philippe kompletnie się załamał, spanikował. Stał w swoim nowym, eleganckim ubraniu i ciężko dyszał. Kiedy przyjechali ratownicy, nie wiedzieli, kim powinni zająć się w pierwszej kolejności: przerażonym czterdziestolatkiem w krawacie, który szamotał się z bezwładnym ciałem młodej dziewczyny leżącym na podłodze łazienki i ociekającym wodą, czy właśnie tym nagim, białym, kruchym ciałem na zakrwawionych kafelkach.
- Proszę się odsunąć!
Musieli powtórzyć to kilka razy, bo mężczyzna wpatrywał się w nich oszołomiony, z szeroko otwartymi oczami, ale ani drgnął, jakby nie chciał, żeby ktokolwiek się do niej zbliżył.
Odepchnęli go stanowczo, czas przecież naglił. Nieprzytomna dziewczyna była blada jak trup.
Jeden z ratowników przyklęknął, położył dwa palce na jej szyi i skinął głową.
- Żyje. Wyczuwam puls.
Kolejne wydarzenia następowały w błyskawicznym tempie. Przegonili Philippe?a na korytarz.
- Przeszkadza pan. Proszę stąd wyjść.
Zajęli się nią, a on nic nie widział.
Wynieśli ją z łazienki na noszach. Wyglądała na jeszcze bledszą. Drobniejszą. Dwadzieścia, kurwa, lat - powtarzał sobie w duchu, jakby dopiero teraz to do niego dotarło.
Ratownicy wyszli na klatkę.
- Proszę za nami.
Sprawnie manewrowali noszami na schodach, ale i tak kilka razy stuknęły o ścianę. Głowa Ambre kiwała się jak u lalki.
Na dole, obok karetki, stał radiowóz.
- Zapraszam do środka. Spiszemy zeznania.
Spojrzał na samochód, migające światła, funkcjonariusza w mundurze.
- Nie... Pojadę z nią.
Wyglądał na tak oszołomionego, że policjant się nad nim zlitował i już łagodniej dodał:
- To zajmie tylko kilka minut.
- Nie mogę jej zostawić.
Policjant zawahał się, wymienił spojrzenia z kolegą, a potem oparł dłoń na ramieniu Philippe?a.
- W porządku... Pojadę z panem karetką.
Wokół zebrał się tłum gapiów, którzy wyciągali szyje, chcąc zobaczyć ranną. Philippe nagle poczuł się nieswojo i chciał poprawić marynarkę, ale uświadomił sobie, że nie zabrał jej z mieszkania. Zdenerwowany, próbował schować się za policjantem, który posłał mu zdziwione spojrzenie.
- Wszystko w porządku?
- Moja żona...
- Słucham?
Philippe struchlał.
- Moja żona... Nie może się o niczym dowiedzieć.
Policjant zmarszczył brwi, nie zrozumiał. Za ich plecami zamknęły się ciężkie drzwi karetki. Ratownicy uwijali się nad Ambre, podłączyli ją do kroplówki, unieruchomili nosze. Spojrzenie funkcjonariusza zatrzymało się na chwilę na dziewczynie i powędrowało w górę, po kocu, do nagiej, mlecznobiałej piersi, która wyłaniała się spod przykrycia. Wzdrygnął się i przeniósł wzrok na Philippe?a. Zrozumiał i w jednej sekundzie jego pobłażliwość zastąpiło oburzenie.
- Mogłaby być pańską córką.
Skąd wiadomo, że się nie umarło? Kiedy się słyszy? Kiedy się czuje? Kiedy odbiera się bodźce z zewnątrz?
Słyszała lekko stłumione i monotonne pikanie. Bip, bip. Mimo zamkniętych oczu wiedziała, że w pomieszczeniu pali się światło - zdradzały to różowe plamy pod powiekami. Coś przygniatało jej brzuch, lecz było ciepłe i przyjemne, więc zatraciła się w tym błogim uczuciu. Powracały obrazy, choć dość chaotycznie: brzytwa na lśniącej białej krawędzi wanny, strumień wody, która się lała, gdy ona zastanawiała się, jak najlepiej podciąć sobie żyły, niezamknięte na klucz drzwi wejściowe.
A później rozmazana, rozedrgana sylwetka Philippe?a, który się nad nią pochylał. Rysy jego twarzy, które topniały niczym wosk ze świecy, i ten dziwny głos. Brzmiał zupełnie jak nie on, słabo, żałośnie. Coś mówił, krzątał się. Czy tylko jej się to przyśniło, czy to faktycznie on ją znalazł? W każdym razie przeżyła.
Nie wiedziała, czy się z tego cieszy, czy nie, bo w sumie nie miało to większego znaczenia. To, czy wciąż chodziła po tym świecie, czy trafiła do innego, było zupełnie nieistotne. Otworzyła oczy, oślepiło ją ostre, sztuczne białe światło. Wokół nie dostrzegła nikogo, zobaczyła jedynie ciemną bryłę, która spoczywała na wysokości jej talii - to Philippe siedział na krześle obok metalowego łóżka. Zasnął, oparłszy policzek na jej brzuchu.
Próbowała niezauważalnie opaść na poduszkę, ale mimowolnie szarpnęła stopą, a wtedy on się obudził i gwałtownie wyprostował.
- Ambre! Ja...
Nie skończył, urwał w pół słowa. Nie ponaglała go, tylko na niego patrzyła. Zmęczenie malowało się na jego twarzy, wyglądał staro. Pewnie przez szpitalne światła. Choć może i nie.
- Ambre - powtórzył. - Tak mi przykro.
Nie chciała go słuchać i żałowała, że go obudziła. Skupiła więc uwagę na czymś innym, przeniosła wzrok na dłonie, zdrętwiałe palce, praktycznie bez czucia. Nadgarstki miała zabandażowane, a w prawym ramieniu zauważyła wenflon. Miejsce wkłucia ani trochę nie bolało.
- Ambre, naprawdę tak mi przykro...
Twarz Philippe?a wykrzywił grymas. Przerwała mu stłumionym, niemal niewyraźnym mruknięciem:
- Okej.
- Nie. Zapewniam cię, nie pomyślałem, że...
- Jest okej, przecież mówię.
Nie chciała przeprosin, wyjaśnień ani jego skruchy.
Bum. Drzwi otworzyły się tak nagle, że aż się wzdrygnęła. Do sali weszli lekarz i pielęgniarka.
- Proszę już wyjść, proszę pana. Ocknęła się - odezwał się mężczyzna w fartuchu, wysoki okularnik, a z rysów jego twarzy biły surowość i wyraźna dezaprobata.
Towarzysząca mu tęga kobieta miała rumianą twarz, na której malowało się nieco więcej współczucia. Philippe ściągnął łopatki, usiadł prosto na krześle, ale nie wstał.
- Proszę pana, musi pan wyjść - powtórzył lekarz. - I tak poszliśmy panu na rękę, bo zazwyczaj nie pozwalamy krewnym na równie długie wizyty.
Philippe wstał i nerwowo pociągnął za mankiety koszuli. Chyba próbował je zaprać w szpitalnej umywalce, niestety dość nieudolnie, bo pomarańczowe plamy po krwi rozmytej wodą z mydłem pozostały.
Kiedy nie zareagował, pielęgniarka przejęła pałeczkę i taktownie, lecz stanowczo wyjaśniła:
- Obowiązują nas procedury... w takich sytuacjach...
Ambre nawet nie drgnęła, z beznamiętnym wyrazem twarzy obserwowała całą scenę. Philippe skinął głową.
- Tak, rozumiem. No... w takim razie... już pójdę.
Obrócił się w stronę bladej, obojętnej Ambre, zawahał się i niezręcznie pomachał jej na pożegnanie. Lekarz położył rękę na jego nadgarstku.
- Odprowadzę pana.
To nie była propozycja. Philippe posłuchał bez słowa.
- Będziemy pana o wszystkim informować. Proszę się nie martwić.
Lekarz nawet nie pozwolił mu odpowiedzieć i zamknął za nim drzwi. Winny, zdawał się za nim krzyczeć. Winny, bo romansował z nią, choć jest od niej dwa razy starszy i na dodatek żonaty, ojciec dwójki dzieci. Winny, bo choć ją uratował, to przez niego prawie zginęła.
W pogrążonym w ciszy pokoju były teraz trzy osoby: lekarz, pielęgniarka i ona. Z niewzruszonym wyrazem twarzy patrzyła na wyuczone uprzejme uśmiechy pracowników szpitala.
- Przykro nam, ale... - zaczęła kobieta ze współczuciem wypracowanym przez lata doświadczeń. - Takie są procedury.
Zero reakcji. Nieobecny, szklisty wzrok. Nieważne, czy była sama, czy Philippe czuwał przy niej, tak naprawdę nic nie miało znaczenia.
- Już powiadomiliśmy twoich rodziców.
Przyjrzeli jej się badawczo, ale nawet nie mrugnęła. Lekarz cierpliwie tłumaczył dalej:
- Zostaniesz w izolatce przez kilka dni, może nawet tygodni, jeśli zajdzie taka potrzeba. Będziesz spotykać się z panią Idalo, szpitalnym psychologiem. Jest bardzo sympatyczna.
Najwyraźniej czekali, aż coś zrobi lub powie, więc zmusiła się do skinienia głową, a wtedy nagrodzili ją uśmiechem.
Lekarz położył tabletki na szafce.
- Proszę. Popij szklanką wody. Pomogą ci zasnąć, dobrze?
Ale ona już je połknęła bez popijania.
Pani Idalo miała jasne włosy i była bardzo wysoka. Przypominała Ninę, żonę Philippe?a, którą Ambre widziała tylko dwa razy. Wciąż się wstydziła okoliczności, w jakich to nastąpiło.
W sumie zdarzyło się to całkiem niedawno. Philippe wybierał się z rodziną do Disneylandu i wpadł dosłownie na chwilę, żeby ją o tym poinformować. Był piątkowy wieczór, już dobrze po północy, a ona spała, oczywiście ubrana i umalowana, ponieważ zawsze była gotowa, żeby go powitać. Sukienka, koronki, szminka. Uwielbiał jaskrawy odcień czerwieni na jej ustach. Otworzyła oczy i obdarowała go zaspanym półuśmiechem. Jeszcze się dobrze nie rozbudziła, ale już się ucieszyła. Philippe stał w drzwiach, co oznaczało, że nie zostanie.
- Nie mogłem przyjść wcześniej, skarbie. Musiałem poczekać, aż Nina zaśnie. Zabieramy dzieci do Disneylandu, wyruszamy jutro z samego rana. Nie miałem jak dać ci znać, wolę nie wysyłać esemesów...
Skinęła głową, starając się ukryć rozczarowanie.
- Dlatego też chciałbym cię prosić, żebyś do mnie nie pisała przez kilka dni... - Wyraźnie zawstydzony swoim żądaniem, szybko dodał: - To tylko trzy dni. Trzy króciutkie dni. Jakoś to przetrwamy, prawda? - Ujął jej głowę obiema dłońmi i cmoknął ją w czoło. - Nie przestanę o tobie myśleć, a zanim się zorientujesz, już będę z powrotem.
Kolejny pocałunek, tym razem nieco mocniej przycisnął usta, a potem zniknął, zostawiwszy ją samą, w rozpaczy.
Udało jej się jakoś przebrnąć przez te trzy dni. Mnóstwo ją to kosztowało, ale dała radę. Odpychała od siebie ponure myśli, w ogóle starała się nie myśleć. Między nimi nie układało się już od dawna, od kilku miesięcy, ale Philippe zazwyczaj to zbywał, jakby tego nie dostrzegał: "Dramatyzujesz, jak zwykle. Źle ci tu? Wychodzę z siebie, żeby wpadać jak najczęściej, przecież wiesz...".
W dniu ich powrotu czekała na niego od rana, lecz nie zadzwonił ani nie przyszedł.
Co on, do cholery, sobie myśli?
Przyszło jej do głowy, żeby pójść i rzucić okiem na jego dom, ale oparła się pokusie.
Następnego dnia również nie dał znaku życia. Wytrzymała do jedenastej, po czym schowała dumę do kieszeni. Philippe mieszkał w niewielkim domu, oddalonym o trzy minuty spacerem od kawalerki, ale stanowczo zabronił jej kręcić się w pobliżu. Niemal jej zagroził, gdy poruszyła ten temat.
- Nie życzę sobie, żebyś mi się tam wałęsała! Znalazłem ci mieszkanie tak blisko siebie, bo ci ufam... Więc liczę na to, że mnie nie zawiedziesz.
Weszła przez furtkę i schowała się za krzakiem w niewielkim, lecz perfekcyjnie zadbanym ogrodzie Philippe?a, tuż przy drzwiach balkonowych, skąd roztaczał się niczym niezakłócony widok na salon. Dopiero później przyszły jej do głowy możliwe konsekwencje wtargnięcia na cudzą posesję: alarm, wścibski sąsiad, policja, która mogłaby przyjechać... Philippe nigdy by jej tego nie wybaczył.
Tamtego wieczoru po raz pierwszy zobaczyła Ninę. Bohaterkę jej niezdrowych fantazji. Sprawczynię wszystkich nieszczęść. Żonę. Oficjalną partnerkę. Nie do pokonania. Philippe nawet nie próbował mydlić Ambre oczu kłamstwami, że pewnego dnia zostawi małżonkę, więc od początku wiedziała, że Nina na zawsze pozostanie tą jedyną.
Nina... Wysoka i szczupła, o długich blond włosach. Piękna i elegancka nawet w jedwabnej piżamie i kapciach, w których jej stopy wyglądały jak u baletnicy.
Ambre przez kilka godzin kuliła się za krzakiem, z niekłamanym podziwem obserwując rywalkę, choć nic znaczącego się nie wydarzyło. Pani domu wchodziła do salonu i z niego wychodziła. Czy była lepsza w łóżku? Czy z nią dochodził szybciej? Gwałtowniej? Czy wbijał się w nią, wyzywając od najgorszych? Ciągnąc ją za włosy? A może wręcz przeciwnie, kochał się z nią czule?
W końcu w salonie zgasło światło.
Wróciła następnego dnia wieczorem. Pchało ją tam natrętne pragnienie. Była tak zafiksowana, że przez cały dzień nic nie zjadła, bo zwyczajnie zapomniała o posiłkach. Zresztą Philippe wciąż nie dzwonił. Tym razem lepiej się przygotowała: włożyła ciemne ubranie, związała włosy, a do kieszeni wsunęła nóż z kuchni. Na wszelki wypadek... Na wypadek czego? Nie wiedziała.
Mimo że zbliżał się koniec października, noc była dość ciepła, więc drzwi balkonowe zostały uchylone. Ambre przyszła też wcześniej niż poprzednio, bo dzieci jeszcze nie spały. Całą czwórką siedzieli w salonie. Dziewczyna miała na ich punkcie obsesję. Philippe i jego rodzina. Philippe z żoną i dziećmi. Philippe we własnym życiu, w którym nie było i nigdy nie będzie dla niej miejsca.
Powstrzymała łzy, a ból wypełniał ją gwałtownymi falami.
Dzieci były małe i miały jasne włosy jak ich matka. Ubrane w piżamy, siedziały po turecku na podłodze w salonie i kolorowały razem z ojcem. Nina wyciągnęła długie nogi na kanapie i czytała gazetę. Od czasu do czasu patrzyła na nich i się uśmiechała. Ambre straciła poczucie czasu.
- Pora spać, nygusy!
Zdanie odbiło się głośnym echem, a Philippe wstał, złapał synów i ich podniósł. Nina z uśmiechem ruszyła za nimi. Zniknęli, ale Ambre nie opuściła kryjówki. Wyobrażała sobie, że to ją Philippe trzyma na rękach, a następnie odkłada do dziecięcego łóżeczka, otula kołdrą, głaszcze po głowie i zapewnia, że nie będzie śniła żadnych koszmarów.
Pojawili się po dłuższej chwili i usiedli na sofie. Philippe włączył telewizor i objął Ninę, a ta oparła głowę na jego ramieniu. Wtedy szepnął jej coś do ucha, ona się zaśmiała i to było nie do zniesienia. Przesunął palcami po jej piersi, a potem mocno zacisnął na niej dłoń. Powstrzymała go, wskazując na okno. Wstał. W ogrodzie dziewczyna nawet nie drgnęła. Straciła poczucie rzeczywistości, własnego ciała i nie miała pojęcia, gdzie się znajduje. Za zaciągniętymi zasłonami i zamkniętym oknem widziała, jak ich cienie obejmują się i łączą w jedno. Nie spieszył się, nie ciągnął żony za włosy, nie ujeżdżał brutalnie na krawędzi sofy. Pieścił ją czule, delektował się, smakował ją, jakby była wykwintnym kąskiem. Przypominało to taniec i było tysiąc razy piękniejsze niż to, czego Ambre z nim doświadczała. Po wszystkim do późnej nocy leżała w krzakach, zwinięta w kłębek.
Nazajutrz, po tylu dniach czekania, wreszcie się odezwał: "Witaj, skarbie! Stęskniłem się za tobą. Jak się masz? Zjemy razem lunch? Mogę wpaść?". Przygotowała więc dla niego dramatyczny finał, nieruchome studium w czerwieni i bieli, które zakłócił paniką i biadoleniem jak ostatni niedojda.
Pani Idalo przypominała Ninę, choć nie była aż taka ładna. Zgodnie z zapewnieniami pielęgniarki okazała się miła i nieskończenie cierpliwa. Potrafiła godzinami spokojnie i uprzejmie powtarzać te same pytania, a uśmiech nie znikał z jej twarzy.
Czekała, aż Ambre raczy się odezwać, a kiedy to się nie wydarzało, mówiła:
- Nic nie szkodzi. Może wolałabyś coś narysować. Co ty na to?
I wyciągała papier, kredki, pastele.
Powinna się odezwać. Ambre doszła do wniosku, że dzięki temu szybciej wyrwie się z ciasnego pokoiku z rażąco kolorowymi obrazami, wróci do siebie, gdzie mniej jej przeszkadzano, i połknie tabletki, po których robiła się senna, bełkotała niewyraźnie, a umysł zasnuwała mgła. W końcu postanowiła udzielić psycholożce odpowiedzi.
- Dla kogo przygotowałaś to całe przedstawienie? - zapytała lekarka.
- ...
- Bo to było wyreżyserowane... jakby spektakl... prawda? Ważna wiadomość, którą chciałaś przekazać, ale nie znalazłaś innego sposobu.
- ...
- Dla kogo więc to wszystko? - powtórzyła pani Idalo. - Opowiedz mi o tym człowieku. Tym, który cię znalazł. Bo to do niego się zwracałaś... Możesz zacząć od jakiegoś drobiazgu... Na przykład od imienia.
Głos i spojrzenie kobiety były miękkie, łagodne.
- Philippe - wydusiła z siebie to jedno słowo.
- Philippe? Dobrze. Kim jest Philippe?
- Ma czterdzieści lat. Jest żonaty.
- W porządku... Coś jeszcze?
Długie milczenie.
- Ma czterdzieści lat, jest żonaty, pracuje jako kierownik działu sprzedaży i ma dwójkę dzieci.
Pani Idalo patrzyła na nią, nieruchoma jak posąg, ledwo oddychała, a potem powoli skinęła głową.
- A dziewczyna?
- Jaka dziewczyna?
- Dziewczyna w wannie.
- ...
- No dalej, Ambre, proszę. Powiedz mi choć jedną rzecz o dziewczynie.
- Ma dwadzieścia lat.
- Dobrze. I co jeszcze?
- Poza tym nic.
- Nic?
- Jest nikim. Nie ma nic ani nikogo. Z wyjątkiem jego.
Te kilka słów przerwało tamę. Teraz mogła zacząć opowieść.
Mówiła tak, jakby nie chodziło o nią, rzeczowo i klarownie. Nie próbowała ukrywać wstydliwych fragmentów, ubarwiać faktów. Po prostu po kolei relacjonowała wydarzenia.
Jeden szczegół prowadził do kolejnego, a wszystko było ze sobą powiązane. Nigdy tak naprawdę nie była tego świadoma. Philippe, Angéla, jej rodzice. Philippe, Angéla, jej rodzina.
- W jaki sposób pojawił się w twoim życiu?
- Philippe?
- Tak, Philippe.
Opowiedziała. Wieczorem siedziała w barze z Angélą. W tamtym czasie teoretycznie mieszkała jeszcze z rodzicami, ale w rzeczywistości większość nocy spędzała u przyjaciółki. To niekoniecznie było dobre...
- Kim jest Angéla?
- Och, to... długa historia...
- Możemy o niej porozmawiać później, jeśli wolisz.
- Okej.
- Wróćmy więc, proszę, do pamiętnego spotkania w barze.
Doskonale zapamiętała tamten wieczór. Mimo że sporo wypiła, mimo że się potwornie wstydziła, nie zapomniała ani jednego szczegółu.
Weszły do zadymionego lokalu, w którym spędzały piątkowe wieczory. Mężczyźni, starsi i młodzi, śledzili je wzrokiem, gdy sadowiły się przy kontuarze. To Angéla zawsze decydowała, w co się ubiorą, a lubiła prowokujące ciuchy w ciemnych kolorach. Ona też ufarbowała włosy przyjaciółki na kruczoczarno. "Będziemy jak siostry". Ambre zgodziła się więc, a w nowej fryzurze czuła się bardziej sobą niż jako blondynka. Bardziej zadziornie.
Na długo przed tym, zanim zaczęła pić, czuła suchość w ustach, bo poprzedniego wieczoru też zabalowała na mieście i przespała połowę dnia. Angéla zamówiła dwie tequile i uśmiechnęła się jak diablica.
- Nie wrócimy dziś same do domu.
Ambre była jakby nieobecna duchem. Od pewnego czasu męczyły ją duszności, zdarzały się też problemy z oddychaniem. Dolegliwości zazwyczaj występowały wieczorami i niestety się nasilały. Niepokój niczym kleszcze zaciskał się wokół płuc. Wypaliła więc jointa, żeby wyluzować i przestać się zamartwiać.
Co ja zrobię ze swoim życiem? Może powinnam przyłożyć się do nauki, egzaminów. Zastanowić nad wyborem zawodu...
Studiowała języki. Wiedziała, że Angéla ofuknęłaby ją, gdyby usłyszała, że zastanawia się nad "przyszłością".
Nie narzekały na brak drinków. Faceci podchodzili, żeby z nimi pogawędzić. Ambre rozpoznała jednego z nich. Pewnego wieczoru skończyła z nim na tylnym siedzeniu auta. Nie mogła sobie przypomnieć, jak miał na imię ani nawet czy jej się podobało. Pamiętała tylko, że pożyczył samochód od brata, choć nie miał prawa jazdy. Cuchnął papierosami i rumem.
- Skoczymy na fajkę?
Najwyraźniej ją rozpoznał, bo położył rękę na jej ramieniu i wskazał na drzwi. Poszła za nim. Poczęstował ją papierosem. Zapaliła go obojętnie, a on natychmiast wyrwał go jej z ust i zaczął ją całować, obie dłonie zaciskając na jej piersiach.
- Puszczaj!
Nie posłuchał, wręcz przeciwnie, teraz wsunął dłoń pod jej spódnicę.
- Przestań!
Szarpnęła głową, żeby oderwać się od jego ust, ale objął ją mocno i nie miała siły, by go odepchnąć, zresztą była zbyt pijana. Inni bywalcy baru wyszli i z rozbawieniem obserwowali scenę, niektórzy odwracali wzrok. Sama się o to prosiła krótką spódniczką i jaskrawoczerwoną szminką.
- Nie rozumiesz? Odwal się!
Uśmiechnął się i znów do niej przylgnął. Przez spodnie wyczuła erekcję.
- Ostatnim razem nie trzeba było cię zbyt długo namawiać.
- Nie pamiętam.
Znów spróbowała go odepchnąć, ale wsunął obie dłonie pod jej spódnicę i zamierzał wcisnąć palec pod majtki. Naparła z całej siły, żeby się od niego uwolnić. Świat wokół niej zawirował. Nagle zobaczyła, że napastnik upada, wyjąc z bólu. Za nim stał mężczyzna, który go właśnie uderzył: srogi, poważny, w garniturze i pod krawatem, z uniesioną pięścią, gotowy do zadania kolejnego ciosu. Chłopak jednak krzyknął, niemal błagalnie:
- Nie! Mam dość!
Mężczyzna wrzasnął jeszcze głośniej, głębokim, grzmiącym głosem:
- Co z tobą jest nie tak? Zamierzałeś ją zgwałcić na oczach wszystkich?
- Nie, skąd znowu.
- Więc co to niby było?
Chłopak pocierał skroń i wypatrywał drogi ucieczki.
- Zabieraj się stąd i żebym cię tu więcej nie widział! Masz szczęście, że do niczego nie doszło! Z przyjemnością zaciągnąłbym cię na policję!
Chłopak prawie mu podziękował i pognał w te pędy. Ambre stała jak sparaliżowana, twarzą do mężczyzny, którego wzięła za ochroniarza. Nie krył wściekłości, więc nie odważyła się odezwać ani słowem, nawet żeby mu podziękować.
- Wszystko w porządku?
Świdrował ją wzrokiem.
- Jest pani sama? Ktoś może odwieźć panią do domu?
- Nie... Ja...
"Przyszłam z Angélą". Nie mogła się zmusić, żeby to powiedzieć.
- W takim razie odwiozę panią - oznajmił, ujmując ją pod ramię.
Nie zaoponowała, wciąż była w szoku.
- Jak ma pani na imię? - zapytał, prowadząc ją w kierunku ulicy.
- Ambre.
- Ja jestem Philippe. Gdzie pani mieszka?
- ...
- Gdzie mieszkają pani rodzice? Mieszka pani z rodzicami, tak?
Oblał ją zimny pot. Brutalny powrót do rzeczywistości. Nie mogła wrócić do rodzinnego domu. Wpadała tam tylko na chwilę i wyłącznie wtedy, kiedy naprawdę nie miała innego wyjścia. Nie było opcji, żeby poszła do nich dziś wieczorem. Nie w tym stroju. Nie w takim stanie.
- Nie... Nie trzeba... Jestem z przyjaciółką. Została w środku. Lepiej pójdę jej poszukać.
- Pewnie jest równie pijana...
- Nie - zaprzeczyła, ale bez większego przekonania, co nie umknęło jego uwadze.
- Nie pozwolę pani tam wrócić.
Powiedział to tak stanowczo, że niemal się ucieszyła.
- Albo odwiozę panią do rodziców, albo prześpi się pani u mnie na kanapie. Bez dyskusji.
- Mieszkam z Angélą...
- W takim razie postanowione, zapraszam do siebie!
Chciała zaprotestować, ale przerwał jej, zanim zdążyła się odezwać:
- Jestem żonaty i mam dwoje dzieci. Bez obaw, nic pani nie grozi.
Podeszli do jego samochodu, otworzył przed nią drzwi. Wszystko, byle tylko nie wracać do rodziców.
- Co za szczęście, że tak późno skończyłem spotkanie z klientem... Widziała pani tych wszystkich gapiów? Nie zapowiadało się na to, by którykolwiek stanął w pani obronie!
Westchnął, a jego oczy zalśniły gniewem, tak samo jak wcześniej, kiedy uderzył napastnika. Potem uśmiechnął się do niej, a ona wsiadła do samochodu.
- Czyli...
Pani Idalo słuchała, z brodą opartą na dłoni.
- Czyli Philippe cię uratował... A potem... zabrał cię do domu?
Jednocześnie nabazgrała coś na skrawku papieru.
- Nie.
- Nie?
- Nie.
To byłoby zbyt proste. Przez całą podróż w aucie obserwowała go w lusterku wstecznym.
- Późno pan kończy pracę...
- To samo mówi moja żona. Jestem handlowcem.
- W jakiej branży?
- Energooszczędnych żarówek. Wszelkiej maści. Głównie do firm. Choć dla ciebie to pewnie nic interesującego...
Uśmiechnął się, a jego wzrok powędrował na jej nogi. Szybko jednak skupił się na drodze, lecz nie umknęło to uwadze Ambre, co więcej, sprawiło jej to przyjemność. Spodobał jej się też autorytet, którym emanował.
- A ty czym się zajmujesz?
Nieświadomie przeszedł na mniej oficjalny ton.
- Studiuję.
- Aha, a co?
- Języki.
- Och, to świetnie. Znajomość języków obcych w dzisiejszych czasach jest bardzo przydatna, wręcz niezbędna w biznesie. Wiesz... jeśli kiedykolwiek będziesz szukała stażu, chętnie pomogę... Dam ci swój numer.
Ratunek na ulicy, oferta noclegu na kanapie, a teraz propozycja stażu... Ciekawe, czego będzie oczekiwał w ramach wdzięczności? Choć może jest po prostu miły. Oparła dłoń na jego udzie, a on nie odepchnął jej ręki.
Dobrze zapamiętała, że wtedy w samochodzie starał się zachować obojętność, ale w jego oczach zalśniła żądza. Dotykała go więc dalej tak pożądliwie i kusząco, jak tylko potrafiła, aż w końcu jej uległ. Zjechał na pobocze, zgasił światła. Wcisnęła się na niego okrakiem i wszedł w nią bez większych ceregieli czy wahania.
Po tym nie było już mowy o przenocowaniu jej na kanapie u siebie w domu. Zawiózł ją do motelu i opłacił pokój. Na odchodnym zostawił jej swój numer. W razie czego może do niego zadzwonić. I lepiej, żeby przestała pić. Tak jej poradził, zanim się pożegnał.
Zadzwoniła do niego następnego dnia, żeby przeprosić za swoje zachowanie. Zapewnił ją, że nic się nie stało, i zapytał, czy już czuje się lepiej. Na tym rozmowa się zakończyła, ale w następnym tygodniu znów się z nim skontaktowała i zaproponowała drinka. Nie odpuszczała, aż w końcu się zgodził.
Pani Idalo wyprostowała się i położyła długopis na stole.
- Hm... Jak widzisz, słowa w końcu przyszły. Więc... umówiłaś się z nim na drinka, tak?
Tak, spotkali się i znowu uprawiała z nim seks. Tym razem w trzygwiazdkowym hotelu.
- Żałujesz?
- Czego?
- Że poszłaś na to spotkanie. Na to... i każde kolejne...
- Nie...
- Na pewno?
- Tak... Przecież mi pomógł.
- W czym ci pomógł?
- W czym...? Sama nie wiem... Dzięki niemu wróciłam do zdrowszego trybu życia.
- Co masz na myśli?
Znów zanurzyła się w przeszłości. Philippe w pokojach hotelowych. Philippe z kirem przy barze. Philippe wychodzi, obiecując, że zadzwoni. Skończyła z piciem, umawianiem się z podejrzanymi typami z baru, jointami, wagarami i Angélą. Kres temu położył Philippe. Przejął kontrolę, a ona mu na to pozwoliła, wręcz sprawiło jej to radość.
Pani Idalo skinęła głową.
- Jak długo to trwało?
- Pół roku.
- A potem?
Potem już jej to nie wystarczało, te kilka godzin w tygodniu, spotkania ukradkiem, od czasu do czasu... Czuła niedosyt i domagała się więcej, ciągle więcej. On zaś dawał, ile mógł, ale to jej nie zadowalało. Po sześciu miesiącach zażądała dowodu miłości.
- Philippie, mam powyżej uszu tych urywanych chwil, tego ciągłego wyścigu z czasem. Męczy mnie też mieszkanie z rodzicami. Marzę, żeby się od nich wyrwać. Pomóż mi.
- Wyrwać? Ale jak? Gdzie? Czego ode mnie oczekujesz?
- W filmach faceci wynajmują swoim kochankom mieszkania blisko siebie. - Oczy jej zalśniły. - Mógłbyś wpadać o każdej porze. Wyobraź sobie tylko, w środku nocy, przed wyjściem do pracy czy wracając do domu, a może nawet zaglądałbyś do mnie, idąc rano po chleb... Wiesz co? A gdybyś namówił Ninę na psa... którego trzeba by wyprowadzać co wieczór...
Posłała mu błagalne spojrzenie. Wahał się.
- Mieszkanie? Dla ciebie?
- Dla nas.
Dwa tygodnie później wręczył jej paczuszkę: klucze do kawalerki. Uroczego, małego, umeblowanego mieszkanka rzut beretem od jego domu.
- Jak się wam układało to... wspólne pożycie?
Na początku wspaniale, istna sielanka, nowe życie dodało jej skrzydeł. Z niecierpliwością go wyglądała, drżała z podniecenia, gdy rozlegało się pukanie do drzwi. Uradowana, rozpakowywała sukienki, perfumy i seksowną bieliznę, które jej kupował, delektowała się posiłkami zamawianymi w firmie cateringowej, słuchała jak zaklęta, gdy opowiadał o transakcjach, budżetach, załamaniach giełdowych, zresztą o wszystkim, i udawała, że ją to interesuje, żeby mu pokazać, że jest go godna. Zniknęła buntownicza nastolatka, która upijała się tanią wódką i umawiała z nudnymi studentami. Rozkoszowała się tym dorosłym życiem. Czuła się ważna, zniewalająca, wyjątkowa. Wypatrywała błysku pożądania w jego oczach, niemal zwierzęcej chuci, bo wciąż jej pożądał i dzięki niej szczytował. "Bierz mnie, bierz mnie szybko". Nie trzeba mu było dwa razy powtarzać. Stawał się coraz brutalniejszy, bo tak bardzo jej pragnął. Lubiła sobie wyobrażać, że dzięki niej wreszcie pozwala sobie na bycie sobą.
Niestety euforia nie trwała długo, wkrótce przyszły rozczarowanie, narzekania - "Mam dość siedzenia tutaj całymi dniami", "Nudzę się", "Przychodzisz coraz rzadziej", "Myślałam, że będziemy się widywać codziennie" - i niezmienne odpowiedzi Philippe?a: "To był twój pomysł z kawalerką", "Czepiasz się, że mam rodzinę, ale wiedziałaś o tym, kiedy się poznaliśmy". Reagowała na nie jak mała dziewczynka i płakała, z nadzieją, że zmiękczy jego serce, lecz niestety osiągała odwrotny skutek. Powtarzał, że nigdy niczego jej nie obiecywał, że jeśli jest nieszczęśliwa, to może odejść w każdej chwili. Ale przecież nie mogła, bo nie miała nikogo oprócz niego. Żadnej rodziny, żadnych przyjaciół. W jej życiu był tylko on. Przestała chodzić na zajęcia i z czasem zebrało jej się za dużo zaległości.
- A co na to twoi rodzice? - pytała często pani Idalo.
- Rodzice? Co mnie obchodzili rodzice? Miałam Philippe?a! Zresztą, kiedy przeniosłam się do kawalerki, zwyzywali mnie od kurew i zagrozili, że przestaną mi dawać pieniądze.
- Spełnili groźby?
- Oczywiście, że tak, ale to nie miało znaczenia. On przecież za wszystko płacił.
- Któregoś dnia porozmawiamy o twoich rodzicach...
Ale Ambre wyrzucała z siebie tylko bełkotliwe monologi o Philippie.
Całymi dniami, tygodniami, miesiącami żyła w rytmie jego wizyt. Im więcej czasu upływało, tym bardziej gasła. Zamurowana żywcem w kawalerce, bez żadnej nadziei poza wyczekiwaniem, że w końcu stanie w drzwiach.
Temat Philippe?a powoli się wyczerpywał i pani Idalo już nic więcej nie zapisywała w notesie. Ambre w nieskończoność powtarzała te same zdania, aż wreszcie i ona to zauważyła, nawet przez gęstą otępiającą mgłę, która zasnuła jej umysł.
- Ambre... co byś powiedziała na zmianę tematu? Chętnie posłuchałabym o Angéli.
- Angéla jest biseksualna i na maksa wykolejona.
Pani Idalo zareagowała zaskoczeniem.
- Nauczyła mnie chlać na umór, z nią zapaliłam pierwszego jointa i z chłopakami to też się zaczęło z nią.
- Wcześniej nie eksperymentowałaś na własną rękę?
- Nie, nic a nic. Byłam jej całkowitym przeciwieństwem!
- Jaka więc była dawna Ambre?
- Pusta. Totalnie nijaka, tak myślę.
Zapadła kilkusekundowa cisza, po czym Ambre dodała:
- Nieodrodna Millerówna, tyle.
Nazwisko "Miller" widniało w jej dokumentacji medycznej obok innych danych: "Kobieta". "Lat dwadzieścia". "Próba samobójcza, samookaleczenie".
Pani Idalo aż się wzdrygnęła ze zdziwienia i szybko zapytała:
- Millerówna? Co znaczy bycie Millerówną?
I zrozumiała, że pacjentka w końcu opowie o swojej rodzinie.
Okazało się to łatwe i trudne jednocześnie. Łatwe, bo dziewczyna już się nie powstrzymywała. Trudne, bo wcześniej usilnie starała się wyprzeć przeszłość.
Zaczęła jednak mówić, a przez jej opowieść przewijały się szczególnie dwa przymiotniki: banalny i zwyczajny. "Zwyczajne dzieciństwo". "Banalna egzystencja". I jeszcze słowo "cisza".
Historia rzeczywiście była dość banalna. Ojciec, matka i starszy brat, o którym Ambre jeszcze ani razu nie wspomniała. Dwupiętrowy domek na przedmieściach, w spokojnej dzielnicy na obrzeżach Lyonu. Rodzice, którzy nigdy się nie kłócili. Bo żeby się pokłócić, trzeba ze sobą rozmawiać, a w domu Millerów królowała cisza. Nikt nigdy nie krzyczał, nikt nigdy nie podnosił głosu. Podczas posiłków ograniczali się do wymiany zdawkowych uwag o pogodzie.
- Byliście ze sobą blisko? - zapytała pani Idalo.
W odpowiedzi Ambre wybuchnęła znaczącym śmiechem.
Pan Miller pracował w banku, a w wolnym czasie oddawał się swojemu jedynemu hobby - wędkarstwu. Kiedy tylko mógł, szedł na ryby, oczywiście sam. Jego żona była krawcową i pracowała w pralni chemicznej. Zawsze blada, o matowej cerze, nie miała przyjaciół poza starszą sąsiadką, do której czasami zachodziła na herbatę.
Pod pomarszczoną ze starości, zmęczoną i pozbawioną wyrazu twarzą pani Miller niewątpliwie kryła się kochająca matka. W każdym razie Ambre i jej bratu nie brakowało ubrań ani opieki, niestety nigdy nie doświadczyli czułości z jej strony. Ich rodzicielka taka właśnie była. Wychowała się w mieszczańskim domu, w którym również królowała cisza. Wszystko toczyło się utartym torem, nikt się nie wychylał. Każdy posłusznie przywdziewał maskę normalności.
- A twój brat? - zapytała psycholożka.
Miał na imię Mathieu i najwyraźniej niewiele więcej można było o nim powiedzieć. Jako dziecko wolał bawić się sam i od zawsze był bardzo niezależny. Odkąd Ambre pamiętała, nigdy jej nie włączał do swoich spraw. Dorastając, zamknął się w świecie gier wideo i obsesyjnym wręcz zainteresowaniu komiksami.
Wszyscy członkowie rodziny wydawali się zadowoleni ze spokojnego życia, które wiedli. Pan Miller zwykł zresztą powtarzać: "My, Millerowie, jesteśmy ulepieni z tej samej gliny, każdy z nas jest w głębi serca samotnikiem", na co reszta zgodnie przytakiwała.
Pani Idalo odchrząknęła:
- A tobie... podobała się ta cisza?
- Nie!
Pacjentka popatrzyła na psycholożkę, a ta coś zanotowała. W duchu dziewczyna wspominała dostatni, lecz smutny dom, w którym dorastała. Aż do liceum. Aż do Angéli. Dopiero ona wyrwała ją z ponurej egzystencji, w której do tego czasu Ambre się pogrążała.
Angéla dołączyła do nich w drugiej klasie liceum*, w połowie semestru, i trudno było jej nie zauważyć. Kruczoczarne włosy, podarte dżinsy, nie wspominając o tym, że była biseksualna, o czym otwarcie i z dumą opowiadała. Asertywna ekstrawertyczka stanowiła przeciwieństwo wycofanej introwertyczki Ambre. Różniły się jak ogień i woda, więc raczej same z siebie nie znalazłyby wspólnych tematów, gdyby Angéla nie zauroczyła się bardziej powściągliwą koleżanką i pewnego popołudnia nie czekała na nią pod salą gimnastyczną. Właśnie skończył się wuef, Ambre wychodziła z torbą na ramieniu i niemal wpadła na stojącą na zewnątrz dziewczynę z papierosem zwisającym z kącika ust i z rękami w kieszeniach.
- Odprowadzę cię, okej? - zaproponowała.
Ambre pokręciła głową, nagle czując się nieswojo. Nowa ją onieśmielała.
- Wracam autobusem.
- To poczekam z tobą na przystanku.
Poczęstowała ją papierosem i zapytała bez ogródek:
- Całowałaś się kiedyś z dziewczyną?
Ambre gestem podziękowała za papierosa i pokręciła głową w odpowiedzi, a jej twarz pokrył rumieniec.
- Nie.
- Nie? Nigdy?
- Nigdy.
- Nie miałaś nawet ochoty?
Ambre przełknęła ślinę. Boże, jakie to było krępujące.
- Nie.
- Szkoda... Chętnie bym cię polizała.
Zszokowana Ambre wybuchnęła śmiechem, bo nie wiedziała, jak inaczej mogłaby zareagować. Angéla jej zawtórowała.
- Nie kłamię... Nie ma się czego wstydzić! Głupio ci?
Ambre słabo zaprotestowała.
- Oj, tak! Właśnie dostałam kosza, a to tobie jest głupio! Dobre, nie?
Angéla roześmiała się, odrzucając ciemne włosy na plecy. Wydawała się wolna i w porównaniu z nią Ambre wypadała blado, niemal bez życia.
- Ładne masz imię! I do tego te bursztynowe włosy**. Dlatego właśnie wpadłaś mi w oko.
Ambre cofnęła się i zakłopotana rzuciła:
- Mój autobus.
- No, śmiało! Nie zatrzymuję cię.
Ambre zamarła.
- Co...? Mam cię zatrzymać?
Z prowokacyjną, kpiącą miną Angéla podeszła bardzo blisko, mierząc koleżankę wzrokiem. Która pierwsza spuści oczy? Ambre miała ochotę podjąć wyzwanie, bo była zmęczona egzystencją trupa, którą wiodła. Dlaczego nie miałaby się zachowywać jak ta nowa? Nie poruszyła się więc ani nawet nie mrugnęła.
- Wow - mruknęła nieco zbita z tropu Angéla.
- No to lecę.
Niedbale zarzuciła torbę na ramię.
Angéla rzuciła się na nią i przycisnęła usta do jej ust. Torba upadła na ziemię. Ambre się nie wyrywała ani nie odepchnęła koleżanki. Pomyślała tylko z uznaniem: To się nazywa prowokacja.
- Czy to naprawdę twój pierwszy raz?
Ambre wzruszyła ramionami.
- Szału nie ma...
Oburzona Angéla lekko rozchyliła usta, po czym wybuchnęła śmiechem.
- I nawzajem! Nie bałaś się czasem, że połknę ci język, co?
Obie się zaśmiały. Poddały się nerwowemu, wyzwalającemu napadowi wesołości. Ambre złapała się za brzuch, Angéla dostała czkawki i w końcu, wyciągając rękę, zaproponowała:
- Zamiast się lizać, możemy się zaprzyjaźnić, co ty na to?
Od tej pory stały się nierozłączne, a Ambre jakby przebudziła się do życia. Wolność, przyspieszony puls, wibracje w całym ciele, coraz silniejsze i gwałtowniejsze. Alkohol, papierosy, jointy i orgazmy na tylnych siedzeniach samochodów. Bez żadnych ograniczeń.
Millerowie niczego nie zauważyli, a może nie chcieli zauważyć. Jej matka tylko lekko uniosła brwi, gdy Ambre zafarbowała włosy na czarno. Piękne bursztynowe pukle zniknęły... Ale pani Miller słowem tego nie skomentowała.
Przyjaciółki ledwo, ledwo zdały maturę, lecz nie miały innego wyjścia, skoro chciały razem studiować. Snuły przecież plany. Angéla wynajmie mieszkanie (jej starzy mieli kasę), zamieszkają razem, będą zapraszać chłopaków, kiedy tylko zechcą, i urządzać szalone imprezy. Żyć pełną piersią.
- Byłaś szczęśliwa?
- Z początku tak.
- A później?
- Później to przypominało spiralę, nie potrafiłam przestać.
- Bez tego nie czułaś się szczęśliwa?
- ...
- Ambre, czy za każdym razem potrzebowałaś więcej, żeby być szczęśliwą?
- Tak... Chyba tak.
- Wieczorami pojawiały się napady lękowe... Wspomniałaś o tym ostatnio.
- Nie na początku. Dopiero na studiach.
- Czy właśnie dlatego sięgałaś po używki? Starałaś się je zagłuszyć?
- Tak.
- A rodzice?
Ambre ściągnęła łopatki i oparła się plecami o krzesło, przyjmując postawę obronną.
- Co takiego? Rodzice?
- Nie zrobili nic, żeby temu zapobiec, zgadza się?
Dziewczyna zacisnęła zęby.
- Niczego nie zauważyli?
- Nie, niczego.
Pani Idalo w końcu dotarła do sedna.
Ambre przypomniała sobie swoje odbicie w lustrze z tamtych czasów: kruczoczarne włosy, uwodzicielska czerwona szminka, za krótkie spódnice, oddech cuchnący alkoholem, nawet w dni powszednie, przekrwione oczy. Nie znała granic. Kiedy fatygowała się do domu rodziców, co zdarzało jej się coraz rzadziej, zawsze przyjeżdżała spóźniona, we wczorajszych, pomiętych ubraniach, które śmierdziały dymem papierosowym. Dyskretnie zerkała na półkę w przedpokoju, na której trzymali pocztę. Kiedy zauważała koperty z adresem uniwersytetu, sprawdzała i za każdym razem były otwarte. Wiedziała, co jest w środku, kolejne ostrzeżenia z powodu narastających nieobecności. Otrzymywała kopie mejlem. Czekała na jakiś komentarz ze strony rodziców, słowną reprymendę, cokolwiek, lecz na próżno.
Minęło trochę czasu, zanim zdała sobie sprawę, że ich nienawidzi. Zawsze uważała ich za małostkowych i żałosnych, ale nienawiść przyszła później, dopiero kiedy wróciła do rodzinnego domu, bo tak kazał jej Philippe: "Natychmiast skończ z tymi głupotami". Bez cienia skrupułów zostawiła Angélę, a nagła przeprowadzka nie wywołała żadnych pytań ani komentarzy ze strony Millerów. Nie domagali się wyjaśnień, a ona pomimo urazy, którą do nich żywiła, znów z nimi mieszkała.
Pewnego dnia jednak wybuchła wielka awantura. Reakcja, na którą czekała, w końcu nadeszła, pół roku po jej powrocie, lecz niestety za późno, o wiele za późno. Kiedy Philippe dał jej klucze do kawalerki, spakowała walizki i oznajmiła, że się wyprowadza. Rodzice wymienili zdumione spojrzenia.
- Zatrzymasz się u Angéli?
- Nie. Poznałam kogoś.
Jedna z brwi pani Miller się uniosła.
- Och... Masz chłopaka? Ale... czy to związek na poważnie?
Pan Miller wykrzesał z siebie kilka iskier autorytetu i pragmatyzmu:
- Tego jeszcze brakowało! Nie ma mowy o mieszkaniu z chłopakiem, masz zaledwie dwadzieścia lat! Z czego zamierzasz zapłacić czynsz? A co na to jego rodzice?
- Bez obaw. Nie potrzebuje zgody rodziców, ma czterdzieści lat. - I mimo że dokładali wszelkich starań, by nie widzieć, nie słyszeć ani nie komentować, ciągnęła: - Jest żonaty i ma dwoje dzieci. Dwóch małych chłopców. Wynajął mi mieszkanie. Mamy dość widywania się w hotelach. Sypiamy ze sobą od pół roku. Więc tak, to związek na poważnie.
Rozkoszowała się wstydem i przerażeniem malującymi się na ich twarzach. Pan Miller zarumienił się, kilka razy otworzył usta, zanim w końcu zdołał coś z siebie wykrztusić, zanim w końcu eksplodował. Niestety poniewczasie.
- To jakiś żart? - ryknął. - Powiedz mi, że kłamiesz!
Pani Miller, blada jak ściana, zdawała się modlić w duchu i ciężko dyszała, żeby nie zemdleć. Proszę, Boże, spraw, żeby to nie była prawda. Czym sobie na to zasłużyliśmy?
Najwyraźniej alkohol, jointy, autodestrukcja były do przyjęcia, wystarczyło przymknąć oko, ale romansowanie z żonatym mężczyzną, status kochanki już nie. Miarka się przebrała.
- Nie żartuję.
- Zabraniam ci wyjść z tego domu!
- Jestem dorosła, mogę pójść, dokąd chcę.
- Nie masz nawet dwudziestu lat! Twoje miejsce jest tutaj!
- Z wami? Wolałabym zdechnąć!
O mało nie splunęła na podłogę. Nie rozumieli tej nagłej nienawiści.
- Ambre, ale przecież... mógłby być twoim ojcem! - oburzyła się matka.
Mathieu wyjrzał z salonu, ciekawy, co się dzieje, i stał teraz żałosny, oniemiały w drzwiach.
- Jeśli wyjdziesz przez te drzwi, ostrzegam cię, skończy się dopływ gotówki!
- Ha! Grozisz mi? Mały szantażyk finansowy, co?
- Nie rzucam słów na wiatr.
- No dalej, śmiało. Dzięki temu nic wam nie będę dłużna! Zresztą nie potrzebuję waszych pieniędzy! On mi da! Zapłaci za wszystko! Za czynsz i całą resztę!
Ojciec wypowiedział wtedy słowa, których Ambre nigdy nie zapomni:
- Rozumiem. Bo wcześniej chyba źle się wyraziłaś... Wyprowadzasz się z domu, żeby się kurwić!
To zdanie było ostatecznym ciosem kończącym rodzinną kłótnię. Pan Miller był tak zszokowany własnymi słowami, że zamarł i zamilkł. Ani drgnął, kiedy wyszła z salonu, taszcząc trzy wielkie walizki, tymczasem pani Miller z mocno bijącym sercem osunęła się na fotel. Ambre z całej siły zatrzasnęła za sobą drzwi. Bez cienia żalu pożegnała dom rodzinny.
Któregoś ranka pielęgniarka poinformowała ją, że zakończył się okres izolacji. Ambre nie wiedziała, co się z tym dokładnie wiąże, ale o nic nie zapytała.
Pani Idalo wyjaśniła jej później, że to ich ostatnie spotkanie, bo sporządziła już obszerne notatki. Na szyi miała żółto-zieloną apaszkę.
- Jak się masz, Ambre? - zapytała. - Dzisiaj, o czym cię uprzedzałam, odbędzie się nasze ostatnie spotkanie, na którym dla odmiany to ja będę mówić. Przedstawię ci krótkie podsumowanie naszych sesji. Nie oczekuję od ciebie odpowiedzi. Po prostu wyjaśnię najlepiej, jak potrafię, to, co zrozumiałam, i zachęcę cię do przemyślenia pewnych kwestii. Zgoda?
- Tak.
- Oczywiście, to tylko wstępne wnioski. Punkt wyjścia do pogłębienia tematu. Zdecydowanie radzę ci kontynuować pracę z psychologiem. Wrócimy do tego pod koniec sesji.
Pani Idalo zaczęła wywód, starannie dobierając słowa. Mówiła o złym samopoczuciu, którego korzenie sięgały dzieciństwa, o braku komunikacji i uwagi w "komórce rodzinnej". Lata szkolne uznała za przełomowy moment: Ambre w końcu zaistniała w oczach Angéli.
- Nie przez przypadek nawiązałaś intensywną, choć destrukcyjną przyjaźń z Angélą. Była przecież pierwszą osobą, która naprawdę cię dostrzegła. Tchnęła w ciebie życie, dodała ci barw. Później pojawił się Philippe. Wysoki, silny, opiekuńczy. Figura ojca.
Psycholożka przerwała i zmierzyła ją wzrokiem. Ambre pozostała niewzruszona, na jej twarzy nie było widać żadnych emocji.
- To oczywiste, że szukasz bliskich, angażujących relacji, których ci brakowało w dzieciństwie. Lecz dlaczego... dlaczego wchodzisz tylko w związki, które okazują się dla ciebie toksyczne? Nad tym właśnie musisz się zastanowić i tylko ty jedna możesz znaleźć odpowiedź, lecz to będzie długi proces.
Odczekała kilka sekund, żeby sprawdzić, jaki efekt wywarły jej słowa, ale Ambre wciąż nie reagowała.
- Pierwszym i najważniejszym krokiem jest zerwanie kontaktu z tym mężczyzną. Bez tego nie ruszysz naprzód.
Pani Idalo uporządkowała papiery, które przed nią leżały, i mówiła dalej. Ambre przestała słuchać. Tabletki działały usypiająco. Ocknęła się dopiero, kiedy psycholożka podała jej przez biurko wizytówkę.
- Proszę, tu masz mój numer. W każdą środę udzielam w szpitalu bezpłatnych konsultacji. Najlepiej jednak byłoby, gdybyś znalazła psychologa specjalizującego się w problemach rodzinnych. Mogę ci polecić kilku, którzy cieszą się dobrą opinią. Przekażę namiary na nich pielęgniarce. - Ciche westchnienie i przyjazny uśmiech. - Liczę na ciebie, okej?
Ambre skinęła głową, choć jej twarz wciąż nic nie wyrażała.
- Zobaczymy się jeszcze?
- Dobrze.
- W takim razie do zobaczenia wkrótce, Ambre.
Wymieniły uścisk dłoni, a pani Idalo delikatnie skierowała ją w stronę drzwi.
- Pielęgniarka czeka na ciebie na zewnątrz.
I to wszystko jedynie po to, pomyślała Ambre. Obnażyła się, otworzyła serce, a psycholożka zapełniła niezliczone strony w notesie. Po to. Pani Idalo już przyjmowała kolejną pacjentkę, a potwornie zmęczona Ambre wracała do pokoju. Miała tylko te spotkania, to gadanie, ten bełkot. Nowy dzień, nowa sesja. A teraz co? Będzie siedzieć w zamknięciu?
Podskoczyła, gdy odezwała się do niej pielęgniarka:
- Mam dla ciebie małą niespodziankę.
Kobieta czekała na reakcję, która nie nadeszła. Chyba przesadziliśmy z lekami, pomyślała. Przestała wchodzić w jakiekolwiek interakcje. Drzwi się otworzyły.
- A to twoja niespodzianka - oznajmiła.
Ambre przez kilka sekund tylko patrzyła na rodziców i brata, którzy stali przed drzwiami jej pokoju. Prezentowali się żałośnie, wręcz komicznie. Sterczeli tam, zawstydzeni, ze spuszczonym wzrokiem. Oto i cała niespodzianka... Koniec izolacji...
Podeszła bliżej i nastąpiła niezręczna chwila wahania. Pielęgniarka mruknęła:
- Oto i ona. Śmiało.
Wtedy pani Miller zrobiła krok naprzód, sztywno przyciągnęła córkę do siebie i poklepała ją po plecach. Niezbyt jej to wyszło, zresztą nigdy jej nie wychodziło. Pan Miller oparł dłoń na ramieniu córki. Mathieu uśmiechnął się do niej przepraszająco. Miał na sobie jeden z tych niedojrzałych, nastoletnich T-shirtów z superbohaterem. Z zawstydzonym i dość głupkowatym wyrazem twarzy wydukał:
- Dobrze cię widzieć.
Pani Miller w końcu ją puściła i natychmiast odwróciła wzrok.
- Proszę wejść! - zachęciła pielęgniarka.
Goście w milczeniu usiedli w fotelach, a Ambre przycupnęła na skraju łóżka. Jej stopy dyndały w powietrzu.
Zmusili się do rozmowy, starannie jednak omijając temat jej próby samobójczej. Pani Miller znalazła bardziej odpowiednie kwestie do przedyskutowania: uprzejmość pielęgniarek, programy telewizyjne, posiłki, które serwowano w szpitalu.
Pod koniec wizyty odważyła się i wydusiła z siebie:
- Lekarze twierdzą, że dochodzisz do siebie... że... że obyło się bez powikłań. Czy... powiedzieli ci może, kiedy cię wypiszą?
- Nie.
W końcu się pożegnali, obiecując, że wrócą nazajutrz. Miała ochotę zapytać: po co?
Drzwi się za nimi zamknęły, a Ambre zrozumiała, że nigdy nie będą rozmawiać o jej wyprowadzce z domu, o Philippie, o żyletce... Nigdy. Nic się nie zmieni.
Była dopiero siódma wieczorem, ale strasznie chciało jej się spać. Podciągnęła kołdrę pod brodę, gdy ktoś zapukał do drzwi.
- Proszę.
Wszedł Philippe. Prawdopodobnie wracał z pracy, bo miał na sobie garnitur. Lekarze musieli wszystkich powiadomić, że okres izolacji dobiegł końca - to by tłumaczyło paradę odwiedzających. Nie odrywała od niego oczu, kiedy się zbliżał. Nic jednak nie poczuła. Żadnych emocji. Stanął przed łóżkiem i zawahał się: pocałować ją czy nie? Koniec końców przytulił ją.
- Powiedzieli, że mogę przyjść.
Usiadł na skraju łóżka. Czekała obojętnie, aż się odezwie, ale milczał. Powoli, z wielką ostrożnością podniósł jej wciąż zabandażowane nadgarstki, oparł je na swoich kolanach i zaczął czule głaskać opatrunki.
I to było jak uderzenie pioruna. Nieprzewidywalne. Niezrozumiałe. Niszczycielska fala pożądania przetoczyła się przez jej ciało. Nic nie zgasło! Pomimo otępiających leków wciąż dziko płonęła za każdym razem, gdy jej dotykał. Walczyła przez kilka sekund, lecz na próżno. Nagle ocknęła się z głową odrzuconą w tył, z zamkniętymi oczami, pozbawiona resztek woli.
- Ambre!
Uniosła powieki. Philippe patrzył na nią z troską.
- Przepraszam. Wiem, że to zabrzmi drętwo, ale nie wyobrażasz sobie, jak bardzo mi przykro... Nie mogę spać po nocach... Nie potrafię przestać myśleć o...
Nie przerywała mu, co jeszcze bardziej go zaniepokoiło.
- Nie przykładałem do tego wagi... Sądziłem, że się zwyczajnie dąsasz... Ja... Zapomniałem, że jestem dorosły, a ty wciąż jesteś dzieckiem. Powinienem był zauważyć... że jesteś taka młoda... że wszystko tak głęboko cię dotyka...
Z goryczą pomyślała, że nie była za młoda, żeby ujeżdżać ją na ostro w łóżku, na kuchennym stole, w łazience, o każdej porze dnia i nocy.
- Powinienem był... Powinienem był cię wysłuchać... Powinienem był zauważyć, że cierpisz... - Narysował małe kółko na bandażu zakrywającym blizny. - Chciałbym ci pomóc... spróbować choć trochę naprawić ten bałagan... Czy... - Przełknął ślinę i mocno wciągnął powietrze. - Chciałabyś może zmienić klimat? Wyjechać na jakiś czas? I... odciąć się od tego wszystkiego?
Posłała mu otępiałe, nierozumiejące spojrzenie.
- Skontaktowałem się z kumplem ze studiów. Naprawdę świetnym facetem. Prowadzi pensjonat w Alpach Wysokich, w spokojnej górskiej miejscowości. Mógłby cię zatrudnić, dołączyłabyś do zespołu pracowników sezonowych.
Alpy Wysokie były daleko. Daleko od Lyonu. Daleko od domu. Daleko od Millerów.
- Miejsce jest fenomenalne, zobaczysz - ciągnął Philippe. - Można tam odpocząć, nabrać sił. Myślę... Myślę, że dobrze by ci to zrobiło.
Spojrzał na nią niespokojnie. Lekko się poruszyła, niemal niezauważalnie uniosła brwi.
- Ambre? Słyszałaś, co przed chwilą powiedziałem?
- Tak.
- I... co o tym myślisz?
- Okej. Dobrze.
Z trudem powstrzymał uśmiech, przeczesał dłonią włosy, a potem przeciągnął palcami po twarzy.
- Chcę tylko twojego dobra, wiesz?
Ale nie słuchała go, nawet już go nie widziała. Przed jej oczami rozciągały się przepastne białe połacie lasów i góry, dzika przyroda, spokój. Poczuła powiew chłodnego powietrza na twarzy. Dziwne uczucie, znane, lecz zapomniane. Jakby... Tak, to było to, namiastka emocji, maleńka cząstka tego, co utraciła tak dawno temu. Nadziei.
Gdzieś coś jeszcze na nią czekało.
Dalsza część w wersji pełnej
* We Francji nauka w liceum trwa trzy lata (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).
** Ambre po francusku znaczy bursztyn.