Powracający głód - Jean-Marie Gustave Le Clezio

-
Proszę czekać

IDom Ko­lo­ru Mal­wy

Ethel. Stoi przed wejściem do par­ku. Za­pa­da zmierzch. Łagod­ne, perłowe światło. Od Se­kwa­ny chy­ba nad­ciąga bu­rza. Moc­no ści­ska rękę pana So­li­ma­na. Ma do­pie­ro dzie­sięć lat, jest jesz­cze mała, le­d­wo sięga stry­jecz­ne­mu dziad­ko­wi do bio­dra. Przed nimi coś w ro­dza­ju mia­sta, wznie­sio­ne­go wśród drzew la­sku Vin­cen­nes, widać wieże, mi­na­re­ty, kopuły. Po oko­licz­nych bul­wa­rach prze­wa­la się tłum. Grożąca ule­wa nad­ciąga z im­pe­tem i mia­sto za­czy­na pa­ro­wać pod ciepłym desz­czem. Na­tych­miast otwie­rają się set­ki czar­nych pa­ra­so­li. Star­szy pan za­po­mniał pa­ra­so­la. Dla­te­go, kie­dy wiel­kie kro­ple za­czy­nają spa­dać, przez chwilę się waha. Ethel ciągnie go za rękę i biegną ra­zem przez bul­war ku wia­cie przy bra­mie wejścio­wej, między au­ta­mi i fia­kra­mi. Ciągnie go za lewą rękę, prawą stry­jecz­ny dzia­dek przy­trzy­mu­je czar­ny ka­pe­lusz na spi­cza­stej czasz­ce. Kie­dy bie­gnie, jego siwe bo­ko­bro­dy łopoczą na wie­trze. Ethel za­czy­na się śmiać, na co on też wy­bu­cha głośnym, ser­decz­nym śmie­chem. Muszą się schro­nić pod kasz­ta­now­cem.

Miej­sce jest cu­dow­ne. Ethel nig­dy ta­kie­go nie wi­działa, na­wet so­bie nie wy­obrażała cze­goś po­dob­ne­go. Wchodzą, prze­chodzą przez bramę Pic­pus, idą wzdłuż bu­dyn­ku mu­zeum, przed którym kłębi się tłum. Pan So­li­man nie zwra­ca na nic uwa­gi. "Zo­ba­czysz jesz­cze nie­jed­no mu­zeum", mówi. Pan So­li­man ma pe­wien po­mysł. Dla­te­go przy­pro­wa­dził tu Ethel. Próbowała się cze­goś do­wie­dzieć, do­py­tu­je od kil­ku dni. Spry­tu jej nie brak, stry­jecz­ny dzia­dek za­wsze to po­wta­rza. Po­tra­fi wszyst­ko z człowie­ka wy­du­sić. "Co to za nie­spo­dzian­ka, jeżeli ci po­wiem!" Ethel nie ustępuje. "Mógłbyś przy­najm­niej pomóc mi zgadnąć". Pan So­li­man sie­dzi po obie­dzie w swo­im fo­te­lu, pali cy­ga­ro. Ethel dmu­cha w kłęby dymu. "To coś do je­dze­nia? Coś do pi­cia? Jakaś ślicz­na su­kien­ka?" Ale on mil­czy jak zaklęty. Spo­koj­nie pali cy­ga­ro i pije ko­niak, jak co wieczór. "Ju­tro się do­wiesz". Po czymś ta­kim Ethel nie może zasnąć. Przez całą noc wier­ci się i prze­wra­ca z boku na bok w swo­im małym żela­znym łóżecz­ku, które nie­miłosier­nie skrzy­pi. Za­sy­pia do­pie­ro o świ­cie i z tru­dem bu­dzi się o dzie­siątej, kie­dy mat­ka przy­cho­dzi, żeby ją za­brać na obiad do cio­tek. Pana So­li­mana jesz­cze nie­ma. Na szczęście bo­ule­vard Mont­par­nas­se i rue du Co­ten­tin leżą bli­sko sie­bie. Kwa­drans dro­gi pie­szo, a pan So­li­man jest do­brym pie­chu­rem. Idzie wy­pro­sto­wa­ny, w czar­nym ka­pe­lu­szu sztyw­no osa­dzo­nym na głowie, laską ze srebrną rączką nie do­ty­ka zie­mi. Ethel mówi, że z da­le­ka słyszy, jak nad­cho­dzi, przez har­mi­der uli­cy do­bie­ga mia­ro­we stu­ka­nie pod­ku­tych żela­zem butów o chod­nik. Ethel mówi, że przy­po­mi­na stu­kot końskich ko­pyt. Chętnie porównu­je pana So­li­mana do ko­nia, on nie ma nic prze­ciw­ko temu i nie­raz mimo swo­ich osiemdzie­sięciu lat sa­dza ją so­bie na ra­mio­na i wędrują do par­ku, a po­nie­waż jest bar­dzo wy­so­ki, Ethel może do­ty­kać ni­skich gałęzi drzew.

Deszcz ustał, idą, trzy­mając się za ręce, nad sam brzeg je­zio­ra. Pod sza­rym nie­bem je­zio­ro wy­da­je się wiel­kie, wygięte, przy­po­mi­na ba­gno. Pan So­li­man często wspo­mi­na je­zio­ra i mo­cza­ry, które nie­gdyś wi­dy­wał w Afry­ce, kie­dy był le­ka­rzem woj­sko­wym w Kon­go Fran­cu­skim. Ethel uwiel­bia, jak pan So­li­man opo­wia­da. Tyl­ko ją jedną ra­czy swo­imi hi­sto­ria­mi. Całą wiedzę o świe­cie Ethel czer­pie z jego opo­wieści. Na je­zio­rze wi­dzi kacz­ki i pożółkłego, wyraźnie znu­dzo­ne­go łabędzia. Mi­jają wyspę, na której zbu­do­wa­no grecką świątynię. Przy wejściu na drew­nia­ny most tłoczą się lu­dzie i Pan So­li­man pyta, tyl­ko tak, żeby mieć czy­ste su­mie­nie: "Masz ochotę...?" Ścisk jest strasz­ny i Ethel ciągnie stry­jecz­ne­go dziad­ka za rękę. "Nie, nie, chodźmy pro­sto do In­dii!" Ru­szają wzdłuż je­zio­ra w prze­ciw­nym kie­run­ku niż tłum. Lu­dzie rozstępują się przed rosłym mężczyzną w ob­szer­nym płasz­czu i sta­ro­mod­nym ka­pe­lu­szu i małą ja­snowłosą dziew­czynką ubraną w świąteczną pli­so­waną su­kienkę i wy­so­kie bu­ci­ki. Ethel jest dum­na z pana So­li­mana. Ma wrażenie, że to­wa­rzy­szy jej ol­brzym, człowiek zdol­ny wy­ty­czyć drogę w każdym cha­osie świa­ta.

Te­raz tłum podąża w prze­ciw­nym kie­run­ku, nad kra­niec je­zio­ra. Po­nad drze­wa­mi Ethel wi­dzi dziw­ne wieże w ko­lo­rze ce­men­tu. Z trud­nością od­czy­tu­je nazwę na ta­blicz­ce:

- Ang...kor...

- Wat! - kończy pan So­li­man. - Ang­kor Wat. Tak się na­zy­wa pew­na świąty­nia w Kam­bodży. Zda­je się wyszło to nieźle, ale naj­pierw chcę ci coś po­ka­zać.

Ma pe­wien po­mysł. Zresztą pan So­li­man nie chce iść w tym sa­mym kie­run­ku co tłum. Zbio­ro­we re­ak­cje budzą w nim nie­uf­ność. Ethel często słyszała, jak o nim mówio­no: "To ory­gi­nał". Jej mat­ka za­wsze go bro­ni, pew­nie dla­te­go że jest jej stry­jem: "On jest bar­dzo miły".

Wy­cho­wał bra­ta­nicę su­ro­wo. Po śmier­ci ojca za­pew­nił jej utrzy­ma­nie. Nie wi­dy­wała go często, za­wsze był da­le­ko, na dru­gim końcu świa­ta. Ko­cha go. Być może do­dat­ko­wo wzru­sza ją to, że do­stoj­ny sta­rzec tak bar­dzo wyróżnia Ethel. Zupełnie jak­by wi­działa, jak jego ser­ce otwie­ra się na­resz­cie u schyłku sa­mot­ne­go, su­ro­we­go życia.

W pew­nej chwi­li dro­ga od­da­la się od brze­gu. Spa­ce­ro­wi­cze są tu mniej licz­ni. Ta­blicz­ka głosi: DAW­NE KO­LO­NIE. Poniżej wy­pi­sa­no na­zwy; Ethel po­wo­li czy­ta:

REU­NION

GWA­DE­LU­PA

MAR­TY­NI­KA

SO­MA­LIA

NOWA KA­LE­DO­NIA

GU­JA­NA

IN­DIE FRAN­CU­SKIE

Właśnie tu chce iść pan So­li­man.

Na po­lanę, nie­co da­lej od je­zio­ra. Cha­ty kry­te słomą i bar­dziej trwałe kon­struk­cje wzmoc­nio­ne słupa­mi po­dob­ny­mi do pni pal­my. Całość przy­po­mi­na wioskę. Pośrod­ku coś w ro­dza­ju pla­cu pokry­tego żwi­rem, gdzie roz­sta­wio­no krzesła. Siedzą na nich wi­dzo­wie, ko­bie­ty w długich suk­niach nie za­mknęły jesz­cze pa­ra­so­li, ale te­raz są to chy­ba ra­czej pa­ra­sol­ki od słońca. Pa­no­wie rozłożyli na krzesłach chu­s­tecz­ki, żeby wchłonęły kro­ple desz­czu.

- Ja­kie to ładne! - Ethel nie kry­je za­chwy­tu na wi­dok pa­wi­lo­nu Mar­ty­ni­ki. Na fron­to­nie bu­dyn­ku (również w sty­lu cha­ty) przed­sta­wio­no en ron­de bos­se wszel­kie­go ro­dza­ju kwia­ty i owo­ce eg­zo­tycz­ne, ana­na­sy, pa­pa­je, ba­na­ny, bu­kie­ty hi­bi­sku­sa i raj­skie pta­ki.

- Tak, bar­dzo ładne... Chcesz obej­rzeć?

Pyta jed­nak tak samo jak przed chwilą, z tym sa­mym wa­ha­niem w głosie, a po­nad­to trzy­ma Ethel za rękę i nie ru­sza się z miej­sca. Dziew­czyn­ka ro­zu­mie, od­po­wia­da:

- Może później.

- Zresztą w środ­ku nic nie ma.

Przez drzwi Ethel wi­dzi miesz­kankę An­ty­li w czer­wo­nym tur­ba­nie, która wygląda na zewnątrz, bez uśmie­chu. Chce do niej po­dejść, do­tknąć jej suk­ni, po­roz­ma­wiać z nią, ko­bie­ta ma taki smut­ny wy­raz twa­rzy. Ale Ethel nic nie mówi. Dzia­dek pro­wa­dzi ją na dru­gi ko­niec pla­cu, w stronę pa­wi­lo­nu In­dii Fran­cu­skich.

Bu­dy­nek jest nie­wiel­ki. Nie przy­ciąga tłumów. Lu­dzie prze­chodzą, nie za­trzy­mując się, ludz­ka fala płynie naprzód, czar­ne gar­ni­tu­ry, czar­ne ka­pe­lu­sze i lek­ki sze­lest su­kie­nek, dam­skie ka­pe­lu­sze ozdo­bio­ne piórami, owo­ca­mi, fiołkami. Dzie­ci idące z tyłu po­pa­trują w ich stronę, zer­kają na Ethel i pana So­li­ma­na, którzy idą pod prąd, prze­ci­nają drogę. Podążają w stronę po­mników, skał, świątyń, wiel­kich wież górujących nad drze­wa­mi po­dob­ny­mi do kar­czochów.

Na­wet nie za­py­tała, co to ta­kie­go. Wyjaśnił jej ści­szo­nym głosem: "To ko­pia świątyni Ang­kor Wat, kie­dyś pokażę ci praw­dziwą, jeśli ze­chcesz". Pan So­li­man nie lubi ko­pii, in­te­re­su­je go tyl­ko praw­da, to wszyst­ko.

Za­trzy­mał się przed bu­dyn­kiem. Na jego san­gwi­nicz­nej twa­rzy ma­lu­je się za­do­wo­le­nie. W mil­cze­niu ści­ska dłoń Ethel i ra­zem wdra­pują się po drew­nia­nych stop­niach wiodących na po­dest. Dom jest zwy­czaj­ny, z ja­sne­go drew­na, dokoła bie­gnie we­ran­da wspar­ta na ko­lum­nach. Wy­so­kie oka są za­kra­to­wa­ne mu­sza­ra­ba­mi z ciem­ne­go drew­na. Nad nie­mal płaskim da­chem z wy­po­le­ro­wa­nych dachówek wzno­si się ro­dzaj wieżycz­ki z blan­ka­mi. Kie­dy wchodzą, w środ­ku nie ma ni­ko­go. Wewnętrzne podwórko w cen­tral­nej części domu skąpane jest w dziw­nym świe­tle ko­lo­ru mal­wy, spływającym z wieży. Z boku pa­tia w okrągłym ba­se­nie od­bi­ja się nie­bo. Ta­fla wody jest tak gładka, że Ethel przez chwilę myśli, że to lu­stro. Za­trzy­mała się z bijącym ser­cem, pan So­li­man też stoi bez ru­chu, z głową lek­ko od­chy­loną do tyłu spogląda na kopułę nad pa­tiem. Z drew­nia­nych bu­dek usta­wio­nych w re­gu­lar­ny ośmiokąt podłużne żarówki sączą lekką poświatę, ulotną ni­czym dym, bar­wy hor­ten­sji, jak zachód słońca nad mo­rzem.

Coś drży. Coś nie­określo­ne­go, trochę ma­gicz­ne­go. Pew­nie z po­wo­du pust­ki. Zupełnie jak­by to była praw­dzi­wa świąty­nia, po­rzu­co­na w środ­ku dżungli. Ethel wy­da­je się, że słyszy hałas wśród drzew, wy­so­kie, ochrypłe krzy­ki, ak­sa­mit­ne kro­ki dzi­kich zwierząt, prze­szy­wa ją dreszcz i przy­tu­la się do stry­jecz­ne­go dziad­ka.

Pan So­li­man nie ru­sza się. Stoi bez ru­chu pośrod­ku pa­tia, pod kopułą światła, żarówki na­dają jego twa­rzy ko­lor mal­wy, fa­wo­ry­ty przy­po­mi­nają dwa nie­bie­skie płomie­nie. Ethel na­gle ro­zu­mie: to ema­nujące z nie­go napięcie wywołało ten dreszcz. Sko­ro ktoś tak wiel­ki i sil­ny za­sty­ga w bezru­chu, musi być w tym domu jakaś ta­jem­ni­ca, wspa­niała, groźna i ulot­na, i przy naj­mniej­szym ru­chu wszyst­ko prze­sta­nie działać.

Pan So­li­man za­czy­na mówić, jak­by był u sie­bie.

- Tu­taj po­sta­wię se­kre­terę, tu­taj dwie bi­blio­te­ki... Tam będzie stał szpi­net, a w głębi afry­kańskie rzeźby z czar­ne­go drew­na, to dla nich ide­al­ne oświe­tle­nie, na­resz­cie będę mógł roz­winąć swój wiel­ki ber­be­ryj­ski dy­wan...

Ethel nie bar­dzo ro­zu­mie. Podąża za wy­so­kim mężczyzną, który prze­mie­rza po­ko­je z nie­cier­pli­wością, ja­kiej nig­dy u nie­go nie wi­działa. Wresz­cie wra­ca na pa­tio, sia­da na stop­niach po­de­stu i wpa­tru­je się w lu­strza­ne od­bi­cie nie­ba, zupełnie jak­by ra­zem ob­ser­wo­wa­li zachód słońca na la­gu­nie, gdzieś da­le­ko, w ja­kimś in­nym miej­scu, na końcu świa­ta, w In­diach, na wy­spie Mau­ri­tius, w kra­inie jego dzie­ciństwa.

Zupełnie jak sen. Gdy Ethel o tym myśli, wypełnia ją światło ko­lo­ru mal­wy, połyskli­wa ta­fla ba­se­nu od­bi­ja nie­bo. Z głębi cza­su snu­je się dym. Te­raz wszyst­ko zniknęło. To, co po­zo­stało, nie jest wspo­mnie­niem, zupełnie jak­by nig­dy nie była dziec­kiem. Wy­sta­wa ko­lo­nial­na. Za­cho­wała strzępki tam­te­go dnia, kie­dy wędro­wała z pa­nem So­li­ma­nem żwi­ro­wa­ny­mi alej­ka­mi.

- Tu­taj usta­wię swój fo­tel na bie­gu­nach, będzie zupełnie jak pod wa­rangą, w cza­sie desz­czu będę wi­dział, jak kro­ple wpa­dają do ba­se­nu. W Paryżu często pada... Założę też ho­dowlę ro­puch, żeby słyszeć, jak za­po­wia­dają deszcz...

- Co jedzą ta­kie ro­pu­chy?

- Musz­ki, ćmy, mole. W Paryżu jest dużo moli...

- I ja­kieś rośliny, ta­kie ni­skie, te co mają różowa­we kwia­ty.

- Tak, lo­to­sy. Ra­czej ne­nu­fa­ry, lo­tos nie prze­trzy­ma zimy. Ale nie w tym okrągłym ba­se­nie. Będę miał dru­gi ba­sen dla ro­puch, w głębi ogro­du. Ten lu­strza­ny niech zo­sta­nie gładki jak ta­lerz, żeby się nie­bo mogło w nim przeglądać.

Tyl­ko jed­na Ethel ro­zu­miała po­mysły pana So­li­ma­na. Przej­rzał pla­ny Wy­sta­wy, na­tych­miast wy­brał pa­wi­lon in­dyj­ski, i kupił go. Nie chciał słyszeć o pro­jek­tach męża bra­ta­ni­cy. Na jego te­re­nie nie będzie żad­nych nie­ru­cho­mości, nie po­zwo­lił do­tknąć ani jed­ne­go drze­wa. Kazał za­sa­dzić pau­low­nie, coc­cu­lus, drze­wa lau­ro­we. Sta­ran­nie przy­go­to­wał grunt pod swo­je sza­leństwo.

- Nie je­stem stwo­rzo­ny na ka­mie­nicz­ni­ka.

Żeby po­krzyżować pla­ny Ale­xan­dre'a, uczy­nił Ethel swoją spad­ko­bier­czy­nią. Oczy­wiście nic o tym nie wie­działa. A może któregoś dnia jej o tym powie­dział. Wkrótce po wi­zy­cie na Wy­sta­wie. Frag­men­ty pa­wi­lo­nu In­dii Fran­cu­skich zaczęły za­le­gać ogród przy rue de l'Ar­mo­ri­que. Żeby je osłonić od desz­czu, pan So­li­man przy­krył je brzydką, czarną plan­deką. Po­tem za­pro­wa­dził Ethel pod pa­li­sadę osłaniającą ogród. Otwo­rzył kłódkę wiszącą na bra­mie. Zo­ba­czyła czar­ne ster­ty połyskujące w głębi po­siadłości; stała jak ska­mie­niała.

- Wiesz, co to jest? - za­py­tał w końcu pan So­li­man.

- To Dom Ko­lo­ru Mal­wy.

Spoj­rzał na nią z po­dzi­wem.

- Masz rację. - Do­rzu­cił. - Odtąd będzie się na­zy­wał Do­mem Ko­lo­ru Mal­wy, sama to wymyśliłaś.

Ścisnął Ethel za rękę i wydało jej się, że już wi­dzi pa­tio, ga­le­rie i lu­strza­ne je­zior­ko od­bi­jające sza­re nie­bo.

- To będzie two­ja własność. Tyl­ko two­ja.

Po­tem do tego nie wra­cał. Pan So­li­man już taki był. Nig­dy ni­cze­go nie po­wta­rzał dwa razy.

Długo zwle­kał. Chy­ba za długo. Może wolał ma­rze­nia niż ich re­ali­zację. Po­szczególne frag­men­ty Domu Ko­lo­ru Mal­wy tkwiły pod bre­zen­tową plan­deką w głębi ogro­du, z wol­na ob­ra­stając jeżyna­mi. Mimo to pan So­li­man przy­najm­niej raz w mie­siącu uro­czyście pro­wa­dził Ethel na te­ren po­siadłości. Zimą oko­licz­ne drze­wa tra­ciły liście, ale te, które kazał za­sa­dzić pan So­li­man, wy­trzy­my­wały chłody. Coc­cu­lus i in­dyj­skie lau­ry pysz­niły się pióro­pu­sza­mi ciem­no­zie­lo­nych liści, przy­po­mi­nając ra­czej wejście do lasu niż do miej­skie­go ogro­du. Sąsied­ni te­ren należał, no­men omen, do nie­ja­kie­go pana Co­nar­da1. Był jed­nym z naj­star­szych miesz­kańców dziel­ni­cy, sy­nem człowie­ka, który otwo­rzył ulicę w 1887 roku. Rościł so­bie z tego po­wo­du pew­ne pra­wa i któregoś dnia za­ata­ko­wał pana So­li­ma­na: "Za­uważyłem, że z po­wo­du li­sto­wia pańskich eg­zo­tycz­nych drzew moje wiśnie po­zo­stają w cie­niu między południem a go­dziną trze­cią".

Od­po­wiedź padła błyska­wicz­nie: "Może mnie pan pocałować". Ethel nig­dy nie słyszała tego wyrażenia. Oj­ciec powtórzył je później, zaśmie­wając się do łez. Fakt, że stryj może się wyrażać jak woźnica lub żołdak (tak to ko­men­to­wał Ale­xan­dre), za­chwy­cił Ethel. Jed­no­cześnie wie­działa, że jej nie wol­no używać ta­kich słów, zwłasz­cza w obec­ności tego, który je powie­dział. I tak było do­brze.

Za­nim pra­ce nad bu­dową Domu Ko­lo­ru Mal­wy ru­szyły, pan So­li­man się roz­cho­ro­wał. Ostat­ni raz, kie­dy Ethel poszła z nim na te­ren po­siadłości, zo­ba­czyła coś dziw­ne­go. Dzi­ka gęstwi­na, która roz­sza­lała się w ogro­dzie, zo­stała wy­kar­czo­wa­na, z bre­zen­to­wej plan­de­ki usu­nięto jeżyny. Na drew­nia­nej bra­mie od uli­cy wi­siała ta­blicz­ka z po­zwo­le­niem na bu­dowę. Nie za­po­mniała, jak pre­cy­zyj­nie określono jej ro­dzaj: "Bu­do­wa par­te­ro­we­go domu miesz­kal­ne­go z drew­na". Pan So­li­man odbył ba­ta­lię ze swym wro­giem Co­nar­dem, który sprze­ci­wiał się pro­jek­to­wi, mogącemu, jak twier­dził, spro­wa­dzić do Paryża ter­mi­ty. Jed­nak po­par­cie ze stro­ny ar­chi­tek­ta, który za­pro­jek­to­wał bun­ga­low, nie­ja­kie­go Pe­ro­ti­na, prze­ko­nało władze miej­skie i ze­zwo­le­nie wy­da­no.

Na ogołoco­nym te­re­nie wbi­to kołki i roz­piętymi na nich sznur­ka­mi wy­ty­czo­no plan domu. Ethel zdu­miały ślady ko­lo­ru mal­wy, ja­kie do­strzegła na zie­mi. To kre­da, którą pociągnięto sznur­ki, zna­czyła te­ren, kie­dy się z nim sty­kały. Pan So­li­man po­ka­zał Ethel, jak uzy­skać taki efekt. Końcem la­ski uniósł sznur, a po­tem go puścił, roz­legł się dźwięk cięciwy wra­cającej na swo­je miej­sce, dźwięczne dzing!, i na zie­mię zno­wu spadło trochę pu­dru ko­lo­ru mal­wy.

To był ostat­ni raz. Ethel za­cho­wała właśnie to wspo­mnie­nie, zupełnie jak­by łagod­ny blask oświe­tlający wnętrze Domu Ko­lo­ru Mal­wy za­bar­wił kre­do­wy pył znaczący zie­mię ogro­du.

Tej sa­mej zimy, kie­dy Ethel roz­po­czy­nała trzy­na­sty rok życia, pan So­li­man umarł. Naj­pierw cho­ro­wał. Dusił się. Leżał wyciągnięty na łóżku, w sy­pial­ni swo­je­go miesz­ka­nia przy bo­ule­vard Mont­par­nas­se. Był bar­dzo bla­dy, jego twarz ginęła w cie­niu bro­dy, oczy stra­ciły blask, i Ethel się prze­stra­szyła. Skrzy­wił się, po­wie­dział: "Trud­no jest umrzeć... to tak długo, długo trwa". Jak­by mogła zro­zu­mieć. Po po­wro­cie powtórzyła mat­ce słowa pana So­li­mana. Ale mat­ka nie wyjaśniła. Wes­tchnęła tyl­ko: "Mu­si­my się bar­dzo mo­dlić za two­je­go dziad­ka". Ethel się nie pomo­dliła, bo nie wie­działa, o co pro­sić. Żeby szyb­ko umarł czy żeby wy­zdro­wiał? Pomyślała tyl­ko o Domu Ko­lo­ru Mal­wy, gorąco pragnąc, żeby panu So­li­manowi star­czyło cza­su, aby go wy­do­być spod plan­de­ki z im­pre­gno­wa­ne­go płótna i wznieść we­dle wy­ty­czo­nych śladów.

W paździer­ni­ku bar­dzo padało i Ethel pomyślała, że ślady pew­nie się za­tarły. Chy­ba właśnie wte­dy zro­zu­miała, że stry­jecz­ny dzia­dek niedługo umrze.

Kse­nia

Ethel nie pamięta już, kie­dy spo­tkały się po raz pierw­szy. Może w pie­kar­ni przy rue Vau­gi­rard albo przed szkołą dla dziewcząt przy rue Mar­gu­erin. Zno­wu wi­dzi szarą ulicę, szarą sza­rugą desz­czo­we­go Paryża, pełną sza­rości, która ogar­nia wszyst­ko i prze­ni­ka człowie­ko­wi głęboko do wnętrza, wywołując łzy. Jej oj­ciec za­wsze so­bie żar­tu­je z pa­ry­skie­go nie­ba, z tego bla­de­go słońca. "Ta­blet­ka aspi­ry­ny. Opłatek pieczętny". Słońce Mau­ri­tiu­sa to zupełnie co in­ne­go.

W całej tej sza­rości Kse­nia była jasną plamą, rozbłyskiem. Nie­zbyt wy­so­ka na swój wiek, ja­kieś dwa­naście lat, może trochę więcej. Ethel nig­dy się nie do­wie­działa, ile Kse­nia na­prawdę ma lat. Uro­dziła się po uciecz­ce mat­ki z ogar­niętej re­wo­lucją Ro­sji. W tym sa­mym roku jej oj­ciec zginął w więzie­niu, chy­ba zo­stał roz­strze­la­ny przez re­wo­lucjonistów. Mat­ka wy­je­chała z Pe­ters­bur­ga do Szwe­cji, a po­tem prze­no­siła się z kra­ju do kra­ju, aż do­tarła do Paryża. Kse­nia do­ra­stała w pew­nym nie­miec­kim mia­stecz­ku pod Frank­fur­tem. Ta­kie od­pry­ski in­for­ma­cji do­tarły do Ethel, a ona, żeby ich nie za­po­mnieć, otwo­rzyła no­te­sik na pierw­szej stro­nie i dość uro­czyście za­pi­sała: "Hi­sto­ria Kse­ni do na­szych dni".

Za­gadnęła ją. A może to Kse­nia przemówiła pierw­sza? Wśród tłumu i sza­rości zajaśniała jak słońce, praw­dziw­sze niż opłatek. Ethel pamięta, jak moc­no zabiło jej ser­ce na wi­dok tej nie­zwykłej uro­dy. Twarz anioła, skóra bar­dzo ja­sna, a za­ra­zem trochę ma­to­wa, lek­ko wyzłoco­na opa­le­nizną kończącego się lata, złote włosy prze­ty­ka­ne czer­woną wełnianą nicią i ze­bra­ne na czub­ku głowy w war­ko­cze przy­po­mi­nające uszy ko­szy­ka sple­cio­ne­go ze świeżego zboża, i su­kien­ka, długa ja­sna su­kien­ka z fal­ban­ka­mi, bar­dzo skrom­na, gdy­by nie czer­wony haft na wy­so­kości pier­si, ta­lia tak cien­ka, że można by ją objąć dłonią (tak dużą jak dłoń pana So­li­ma­na, oczy­wiście).

Zwłasz­cza oczy Kse­ni. Nig­dy nie wi­działa ta­kich oczu. Sza­ro­nie­bie­skie, nie­co po­pie­la­te - ko­lor wy­blakłego łupku, ko­lor Mo­rza Północ­ne­go, pomyślała - ale to nie ten ko­lor ją zdzi­wił. Pan So­li­man też ma nie­bie­skie oczy, jak nie­za­po­mi­naj­ki, bar­dzo błyszczące. W tych było coś in­ne­go, pra­wie na­tych­miast spo­strzegła, że na­dają one twa­rzy Kse­ni wy­raz łagod­ne­go smut­ku - a ra­czej przy­wodzą na myśl ja­kieś od­ległe spoj­rze­nie, napływające z głębi cza­su, pełne smut­ku i na­dziei, prze­ni­kających przez zasłonę po­pie­la­tego ku­rzu. Oczy­wiście to wszyst­ko nie przyszło jej do głowy od razu. Do­tarło do niej z upływem mie­sięcy i lat, w miarę jak od­twa­rzała losy Kse­ni. Ale tam­te­go dnia, na sza­rej desz­czo­wej uli­cy, na początku roku szkol­ne­go, spoj­rze­nie nie­zna­jo­mej dziew­czyn­ki prze­niknęło do głębi jej du­szy w nagłym nie­wy­raźnym rozbłysku, wywołując łomot ser­ca.

Ethel stała z in­ny­mi uczen­ni­ca­mi, których imion już nie pamięta, grzecz­nie cze­kając na początek lek­cji po­ezji pan­ny Koh­ler, dzi­wacz­nej sta­rej pan­ny, o której opo­wia­dały so­bie nie­wy­da­rzo­ne i śmiesz­ne hi­sto­rie, gdzie za­wie­dzio­na miłość i prze­gra­na na wyści­gach for­tu­na prze­pla­tały się ze sztucz­ka­mi i wy­bie­ga­mi mającymi za­pew­nić prze­trwa­nie. Ethel nie słuchała. Wpa­trzo­na w nowo przy­byłą, nie mogąc od niej ode­rwać wzro­ku, po­wie­działa do koleżanek nie­mal szep­tem:

- Wi­działyście tę dziew­czynę?

Kse­nia na­tych­miast ją za­uważyła. Po­deszła pro­sto do niej przez szkol­ne podwórko, wyciągnęła rękę:

- Na­zy­wam się Kse­nia An­to­ni­na Sza­wi­row.

Wy­ma­wiała pierw­sze dwie li­te­ry swo­je­go imie­nia z lek­kim sy­cze­niem wy­do­by­wającym się z głębi gardła, co na­tych­miast za­chwy­ciło Ethel, po­dob­nie jak jej na­zwi­sko - inne dziewczęta nie omiesz­kały sko­rzy­stać z oka­zji do nie­zbyt wy­ra­fi­no­wa­nych żartów: "Sza­wi­row, uważaj, bo cię zro­bią na sza­ro!" W czar­nym no­te­si­ku Kse­nia na­pi­sała ma­lut­kim ołówe­czkiem swo­je na­zwi­sko, wy­rwała kartkę i podała ją Ethel ze słowa­mi: "Wy­bacz, ale nie mam bi­le­tu wi­zy­to­we­go". Na­zwi­sko, czar­ny no­te­sik, bi­let wi­zy­to­wy, to było dla Ethel zbyt wie­le, uścisnęła rękę Kse­ni: "Chcę być twoją przy­ja­ciółką". Kse­nia uśmiechnęła się, ale jej błękit­ne oczy po­zo­stały za zasłoną ta­jem­ni­cy.

- Oczy­wiście, ja też chcę być twoją przy­ja­ciółką.

Ethel za­pi­sała swo­je na­zwi­sko i ad­res w czar­nym no­te­si­ku, jak­by pod­pi­sy­wała ja­kieś uro­czy­ste zo­bo­wiąza­nie. Nie wia­do­mo dla­cze­go, może żeby olśnić Kse­nię, żeby zy­skać pew­ność, że zasługu­je na jej przy­jaźń, trochę przy tym skłamała.

- Miesz­ka­my tam, ale to się niedługo zmie­ni. Kie­dy tyl­ko mój dzia­dek skończy bu­do­wać dom, wszy­scy się do nie­go prze­pro­wa­dzi­my.

A jed­nak już wte­dy wie­działa, że Dom Ko­lo­ru Mal­wy nie należy do naj­bliższej przyszłości. Pan So­li­man pod­upa­dał na zdro­wiu, jego ma­rze­nie od­da­lało się. Pra­wie prze­stał wy­cho­dzić z miesz­ka­nia, zre­zy­gno­wał na­wet z co­dzien­nych prze­cha­dzek po Ogro­dzie Luk­sem­bur­skim. Kie­dy Ethel mijała drew­nianą bramę pro­wadzącą do ogro­du przy rue de l'Ar­mo­ri­que, czuła, jak ści­ska jej się ser­ce.

Pew­ne­go razu po lek­cjach za­brała tam Kse­nię. Kse­nia przy­cho­dziła do szkoły i wra­cała sama, co tyl­ko powiększało za­chwyt Ethel. Tego dnia uprze­dziła matkę: "Nie przy­chodź po mnie, wrócę ze swoją przy­ja­ciółką Kse­nią, ona jest Ro­sjanką, wiesz?" Mat­ka spoj­rzała na nią, za­wa­hała się. Ethel szyb­ko dodała: "Po­tem przyj­dzie­my na pod­wie­czo­rek. Zro­bię jej her­batę. Kse­nia pije dużo her­baty".

Poszły na rue de l'Ar­mo­ri­que, wspięły się na pal­ce i zaj­rzały do środ­ka przez szcze­li­ny w drew­nia­nej bra­mie. "Ale to wiel­kie!" - wy­krzyknęła Kse­nia. A po chwi­li dodała coś, o czym Ethel nig­dy dotąd nie myślała: "Twój dzia­dek jest bar­dzo bo­ga­tym człowie­kiem".

W pew­ne je­sien­ne popołudnie Ethel za­pro­wa­dziła Kse­nię do ogro­du. Z kie­sze­ni ma­ry­nar­ki pana So­li­ma­na za­brała klucz od drew­nia­nej bra­my, ciężki, żela­zny, za­rdze­wiały klucz, przy­wodzący na myśl ta­jem­ne wro­ta za­mczy­ska. Trochę jej było wstyd, że tak go wzięła, bez py­ta­nia. Pan So­li­man drze­mał w swo­jej sy­pial­ni, pod białym przeście­radłem ry­so­wał się za­rys jego potężnego ciała, ogrom­ne sto­py ster­czały na końcu łóżka. Na­wet nie za­uważył, że weszła do po­ko­ju. Od pew­nego cza­su nic go nie ob­cho­dziło.

Przed bramą do ogro­du Ethel po­ka­zała klucz Kse­ni. Jej pod­nie­ce­nie udzie­liło się przy­ja­ciółce. Kse­nia par­sknęła ner­wo­wym śmie­chem, ujęła dłoń Ethel:

- Je­steś pew­na, że możemy?

Stra­szyły się dla za­ba­wy. Po sta­rym mu­rze z bru­nat­no­czer­wo­nych ka­mie­ni, po­kru­szo­nych ude­rze­nia­mi młota i le­d­wo spo­jo­nych reszt­ka­mi za­pra­wy, pełzały po­ro­sty i dzi­kie wino, a od cza­su cho­ro­by pana So­li­ma­na nikt nie za­dbał o obcięcie lian za­gra­dzających wejście.

Za­tar­ty za­mek nie od razu ustąpił. Ethel mu­siała próbować kil­ka razy, za­nim udało jej się od­sunąć ry­giel. Klucz obrócił się z za­rdze­wiałym zgrzy­tem i dziewczęta wydały ner­wo­wy okrzyk.

- Uważaj, chy­ba jakaś ko­bie­ta nas ob­ser­wu­je!

Kse­nia wska­zała drugą stronę uli­cy sa­my­mi ocza­mi, nie od­wra­cając głowy.

- Nie­ważne, to tyl­ko do­zor­czy­ni.

Wśli­zgnęły się szyb­ko i Ethel za­mknęła bramę na klucz, jak­by ktoś za­mie­rzał za nimi wtargnąć do środ­ka.

- Chodź, za­raz ci pokażę nasz se­kret.

Trzy­mała Kse­nię za rękę. Ręka Kse­ni była mała i de­li­kat­na jak ręka dziec­ka; Ethel wzru­szył jej do­tyk, ni­czym obiet­ni­ca przy­jaźni, której nic nig­dy nie zakłóci. Później przy­po­mniała so­bie tę pierwszą chwilę, pośpiesz­ne bi­cie ser­ca. Pomyślała: "Na­resz­cie zna­lazłam przy­jaciółkę".

Popołudnie w ogro­dzie przy rue de l'Ar­mo­ri­que trwało długo, bar­dzo długo. Rzu­ciły okiem na stertę płacht porośniętych jeżyna­mi i usiadły w głębi ogro­du w al­ta­nie, gdzie pan So­li­man kazał kie­dyś usta­wić ławkę, żeby mieć gdzie roz­myślać. W po­wie­trzu czuło się wil­goć je­sien­ne­go popołudnia, ale bla­de słońce oświe­tlało ka­mien­ny mur w głębi ogro­du. Bru­nat­na jasz­czur­ka wyszła spo­między ka­mie­ni i utkwiła w dziewczętach małebłyszczące oczka po­dob­ne do me­ta­lo­wych gu­zików.

Ethel nig­dy do ni­ko­go tyle nie mówiła. Zupełnie jak­by na­gle się od cze­goś uwol­niła. Śmiała się, opo­wia­dała hi­sto­ryj­ki, wspo­mi­nała epi­zo­dy tkwiące w niej od dzie­ciństwa. Opo­wia­dała o pla­nach, po­mysłach, o ba­lo­wym stro­ju. Wyjęła z kie­sze­ni płasz­cza ry­su­nek wy­twor­nej to­a­le­ty: "Tu­taj pa­sek z ce­ki­na­mi do nie­bie­skiej su­kien­ki, czar­na sa­ty­no­wa spódni­ca, a na to fio­le­to­wa tu­ni­ka i bluz­ka la­mo­wa­na złotem, ko­ron­ko­wa na­rzut­ka albo, patrz, o tu­taj, czar­na sa­ty­no­wa bluz­ka z tiu­lem". Kse­nia pa­trzyła na ry­su­nek. "I co ty na to?" Nie do­pusz­czając koleżanki do głosu, Ethel ciągnęła: "Złote czółenka, nie, zbyt eks­tra­wa­ganc­kie, za bar­dzo rzu­cają się w oczy, praw­da?" Cofała się, spoglądała na Kse­nię, jak­by już ją w tym wszyst­kim wi­działa. "Je­steś taka ślicz­na, bar­dzo bym chciała, żebyś to mogła włożyć, ja bym ry­so­wała mo­de­le su­kie­nek, a ty byś je nosiła".

Wy­obrażała so­bie Kse­nię w nie­bie­skiej fos­fo­ry­zującej suk­ni, z długi­mi złoty­mi włosa­mi opa­dającymi na na­gie ra­mio­na, jej małe de­li­kat­ne ręce w czar­nych ręka­wicz­kach do łokcia, sto­py w san­dałach, w san­dałkach z ple­cio­nej skóry, w la­kie­ro­wa­nych pan­to­fel­kach, ja­kie noszą małe dziew­czyn­ki. Śmiały się, wsta­wały, spa­ce­ro­wały po dy­wa­nie z opadłych liści, jak­by to był wiel­ki, czer­wo­ny dy­wan ja­kiegoś mod­ne­go ho­te­lu. Za­po­mi­nały o wszyst­kim, o tru­dach co­dzien­ne­go życia Kse­ni, o ubóstwie jej i sio­stry, o ich życiu żebra­czek. W przy­pad­ku Ethel - o kłótniach ro­dziców, o pogłoskach, że jej oj­ciec ma ro­mans z Mau­de, o panu So­li­ma­nie leżącym na łóżku i ubra­nym tak, jak­by wy­bie­rał się w podróż. Ethel słyszała, jak służąca Ida opo­wia­da mat­ce, że kazał co­dzien­nie rano tak się ubie­rać i sznu­ro­wać so­bie buty, bo wie­dział, że umie­ra.

Zaczęły tam cho­dzić nie­mal co­dzien­nie po szko­le. Żeby zo­sta­wać z Kse­nią, Ethel mu­siała trochę kłamać. Mówiła, że idzie do przy­ja­ciółki po­ma­gać jej przy od­ra­bia­niu lek­cji z fran­cu­skie­go. Kse­nia nig­dy nie za­pra­szała jej do sie­bie. Właści­wie Ethel na­wet nie wie­działa, gdzie miesz­ka. Raz czy dwa doszły ra­zem aż do rue Vau­gi­rard i Kse­nia rzu­ciła przed sie­bie: "O, tam miesz­kam".

Ethel ro­zu­miała, że nie chce po­ka­zy­wać swo­je­go ubóstwa, bie­dy, w ja­kiej żyje. Któregoś dnia Kse­nia wspo­mniała o swo­im miesz­ka­niu i skrzy­wiła się lek­ko, z iro­nią: "Wiesz, to taka klit­ka, taka cia­sna, że co dzień rano zwi­ja­my ma­te­ra­ce, żeby móc przejść".

Ethel wsty­dziła się swo­je­go bo­gac­twa, wiel­kie­go apar­ta­men­tu na par­te­rze, własne­go po­ko­ju z oszklo­ny­mi drzwia­mi wy­chodzącymi na ogród pełen kwiatów. Za­zdrościła Kse­ni jej trud­nej sy­tu­acji, sio­stry, z którą musi spać, ciasne­go miesz­kan­ka, hałasu głosów, a na­wet niepo­ko­ju o to, co przy­nie­sie ju­tro. Wy­obrażała so­bie życie pełne przygód, kłopotów fi­nan­so­wych, roz­pacz­li­we szu­ka­nie spo­sobów prze­trwa­nia. Popołudnia spędza­ne w ogro­dzie przy rue de l'Ar­mo­ri­que były jak dar z nie­ba. Sia­dy­wały na zmur­szałej ławce, pogrążone w roz­mo­wie, nie czując zim­na. Pod­czas mżawki otwie­rały pa­ra­sol­ki i przy­tu­lały się do sie­bie. Nie­raz, kie­dy Kse­nia szła pro­sto z domu, przy­no­siła her­batę w bu­tel­ce za­wi­niętej w wełnianą ście­reczkę i dwie srebr­ne czar­ki, po­zo­stałość po daw­nej świet­ności rodu Sza­wi­rowów. Ethel małymi łycz­ka­mi piła gorącą her­batę, trochę cierpką, pod­nie­cającą. Dużo się śmiały, śmiały się jak sza­lo­ne. Pew­ne­go dnia z ko­lei Ethel przy­niosła czaj­ni­czek do her­baty, w chińskim ku­fer­ku pik­ni­ko­wym, który ciot­ka Wil­lel­mi­ne przy­wiozła z Mau­ri­tiu­sa i jej po­da­ro­wała. Kse­nia do­ce­niła czer­woną pi­ko­waną wykładzinę, chiński czaj­ni­czek i uro­cze czar­ki, ale her­bata wa­ni­lio­wa była dla niej za słaba, skrzy­wiła się. "Nie sma­ku­je ci?" spy­tała Ethel ze ściśniętym ser­cem. Kse­nia ci­chut­ko się roześmiała. "To nic, tyl­ko ta her­bata jakaś dziw­na. Jeśli po­zwo­lisz, przy­niosę swoją, tak jak zwy­kle". Ethel za­po­mniała o przy­krości. To "jak zwy­kle" było ni­czym pla­ster mio­du, bo zna­czyło, że wszyst­ko jest jak daw­niej. Z wdzięczności łzy napłynęły jej do oczu i odwróciła się, żeby Kse­nia nie za­uważyła.

Od cza­su do cza­su Kse­nia uchy­lała rąbka ta­jem­ni­cy. Ethel o nic nie pytała. Wie­działa, że Kse­nia po­wie tyle, ile ze­chce, że nie cho­dzi o zwie­rze­nia, tyl­ko o swe­go ro­dza­ju dar mający umoc­nić ich przy­jaźń. Ro­dzaj pak­tu. Opo­wia­dała o wiel­kim domu Sza­wi­rowów w Pe­ters­bur­gu. O ba­lach, ja­kie tam wy­da­wa­no, spra­szając wszyst­kich z oko­li­cy, szlachtę, dzierżawców, żołnie­rzy, rze­mieślników i ar­tystów. Mówiła z ta­kim żarem, jak­by w tym uczest­ni­czyła, a prze­cież to wszyst­ko działo się, za­nim się uro­dziła, przed re­wo­lucją, wkrótce po ślu­bie ro­dziców. Byli ide­ali­sta­mi, z ufnością ocze­ki­wa­li no­wych czasów. Myśleli, że żyć będą za­wsze. Kse­nia przy­niosła ich zdjęcie, pożółkłe już i po­pla­mio­ne, jak­by czas po­sta­no­wił za­trzeć tamtą epokę. Na zdjęciu Ethel zo­ba­czyła młode­go mężczyznę z długi­mi włosa­mi i ro­man­tyczną brodą, o bar­dzo ciem­nych włosach, ubra­ne­go w wy­twor­ny gar­ni­tur. Obok nie­go matkę Kse­ni, ładną blon­dynkę z włosa­mi ze­bra­ny­mi w ciężki węzeł, w długiej marsz­czo­nej białej suk­ni i ka­fta­nie ha­fto­wa­nym jak u chłopki. "Ma na imię Mar­ty­na" - po­wiedziała Kse­nia. "Jest ubra­na w strój wileńskich dziewcząt, jest Li­twinką". Za młodożeńcami widać było de­ko­ra­cje zakładu fo­to­gra­ficz­ne­go, grecką świątynię, wiszące ogro­dy. Pa­no­wał nastrój wiecz­ne­go lata.

Kse­nia mie­wała chwi­le słabości. Zwy­kle opa­no­wa­na, z nie­ru­chomą twarzą i sztucz­nym uśmie­chem, bacz­nie czu­wająca nad tym, żeby nic jej się nie wy­mknęło, na­gle skłaniała głowę na ramię Ethel, jej głos sta­wał się stłumio­ny, schryp­nięty, ak­cent się roz­ma­zy­wał. "Tak ciężko jest żyć..." Jej czoło między brwia­mi prze­ci­nała pio­no­wa zmarszcz­ka, sza­robłękit­ne oczy za­cho­dziły mgłą. Mówiła z dziw­nym pa­to­sem: "Nie­raz życie jest tak strasz­nie trud­ne..." Ethel ści­skała ją za rękę, obej­mo­wała. Wie­działa, że nie po­win­na nic mówić. Jej własne życie, co­raz głębsza prze­paść dzieląca ojca i matkę, kłótnie o pie­niądze, nie­wy­raźna, ale wy­czu­wal­na groźba nie­unik­nio­nej ka­ta­stro­fy, wszyst­ko to było ni­czym w porówna­niu z tym, co przeżyła Kse­nia - tra­gicz­na śmierć ojca, uciecz­ka z matką i siostrą przez Niem­cy i wresz­cie przy­jazd do tego wiel­kie­go fran­cu­skie­go mia­sta, po­nu­re­go i zim­ne­go, gdzie mu­siały cu­dem utrzy­my­wać się przy życiu. Czy Ethel ko­chałaby Kse­nię tak samo, gdy­by nie było tej ta­jem­ni­cy, w niej, w jej dzie­ciństwie, w każdej chwi­li jej obec­ne­go życia? Do­strze­gała tę słabość, wy­rzu­cała ją so­bie, ale nie mogła się oprzeć. Czyżby miłość czer­pała soki z po­dob­nych uro­jeń, czy jest to uczu­cie tak nie­czy­ste? Nie­raz miała wrażenie, że jest za­bawką, igraszką własnych złudzeń, za­bawką w rękach tej dziew­czy­ny, która mie­niła się to smut­kiem, to kpiną, to cy­ni­zmem, to na­iw­nością.

Pomału sta­wało się ja­sne, że Kse­ni spra­wia przy­jem­ność władza, jaką ma nad Ethel, pro­wa­dzo­na z nią gra. Pew­ne­go popołudnia, kie­dy po­zwo­liła so­bie na zwie­rze­nia i ze łzami w oczach wspo­mniała przy­ja­ciółce o swo­jej mat­ce, pra­cującej w zakładzie kra­wiec­kim, o swej sio­strze Ma­ry­nie, ogar­niętej de­struk­cyj­nym szałem i ob­sesją sa­mobójstwa, po lek­cjach, jak­by żałując swo­jej słabości, stała się na­gle lo­do­wa­to obojętna, zaczęła jej uni­kać i wyszła ze szkoły, trzy­mając pod rękę jedną z koleżanek. Ethel ska­mie­niała, ser­ce jej się ścisnęło, nie ro­zu­miała, co ta­kie­go po­wie­działa czy zro­biła, żeby zasłużyć na po­dob­ne trak­to­wa­nie.

Po po­wro­cie do domu za­mknęła się w swo­im po­ko­ju, nie chciała nic jeść. "Co jej się stało?" - spy­tała mat­ka. Ale­xan­dre od­parł z domyślną miną: "Two­ja córka się za­ko­chała, ot co". Ethel usłyszała to przez drzwi i zupełnie się załamała. Chciała krzy­czeć: "Wy nic nie wie­cie, nic nie ro­zu­mie­cie!" Później, w miarę upływu cza­su, zro­zu­miała, co ją tak strasz­nie dręczyło. Po pro­stu za­zdrość. Kse­nia wsz­cze­piła w nią tę tru­ciznę. Roz­gnie­wało ją to, była na sie­bie wściekła. To na tym po­le­ga za­zdrość! Ja­kie to po­spo­li­te uczu­cie. To ono nisz­czy jej matkę, dławi ją, z po­wo­du tej śpie­wacz­ki Mau­de, uczu­cie god­ne pierw­szej lep­szej oszu­ka­nej, na­iw­nej ofia­ry! Kręciło jej się w głowie, do­sta­wała mdłości. A po­tem pew­ne­go dnia, nie wia­do­mo dla­cze­go, Kse­nia zno­wu cze­kała na nią przy wyjściu ze szkoły, piękna jak anioł, z ocza­mi ko­lo­ru mo­rza, włosa­mi ko­lo­ru mio­du, ze­bra­ny­mi w skrom­ny ko­czek czarną atłasową wstążką, w no­wej su­kien­ce z pa­skiem na­bi­ja­nym ce­ki­na­mi. Ser­decz­nie uścisnęła Ethel: "Wi­dzisz? Mama uszyła mi suk­nię we­dle two­je­go ry­sun­ku!" Ethel stała ogłupiała i oszołomio­na, czując, jak fala ciepła ogar­nia jej ciało. Cofnęła się nie­co, żeby le­piej obej­rzeć su­kienkę Kse­ni. "Widzę, ślicz­nie ci w niej". Nic więcej nie po­tra­fiła po­wie­dzieć.

A po­tem nie­ocze­ki­wa­nie zo­stały naj­lep­szy­mi przy­ja­ciółkami na świe­cie. Pra­wie się nie roz­sta­wały, za­wsze były ra­zem. Kie­dy rano Ethel zry­wała się z łóżka, czuła, jak ser­ce jej rośnie na samą myśl, że za­raz zo­ba­czy Kse­nię. Wszyst­ko inne prze­stało ist­nieć. Ciot­ki na­rze­kały: "Wca­le nas nie od­wie­dzasz, chy­ba się nie ob­ra­ziłaś?" Szła do nich na chwilkę w so­botę po południu, po re­li­gii, przed lekcją gry na pia­ni­nie. Wpa­dała jak wi­cher do daw­ne­go miesz­ka­nia pana So­li­ma­na, obec­nie zaj­mo­wa­ne­go przez ciotkę Wil­lel­mi­ne, całowała starszą panią, chru­pała bisz­kop­ty, wy­pi­jała pośpiesz­nie her­batę wa­ni­liową, a po­tem wy­pa­dała, skacząc po czte­ry stop­nie na­raz, żeby nie cze­kać na windę. Opusz­czała lek­cje gry na pia­ni­nie i szła spo­tkać się z Kse­nią na bo­ule­vard des Ita­liens. Spa­ce­ro­wały, gapiąc się na wy­sta­wy. Kse­nia wyglądała poważnie jak na swój wiek, była dum­na, że wzbu­dza za­in­te­re­so­wa­nie mężczyzn, pod­czas gdy Ethel uważała, że to śmiesz­ne. "Wi­działaś tego tam, wi­działaś, jak na cie­bie pa­trzył, sta­ry świn­tuch!" Na­gle wpa­dała w złość: "Co za okrop­ny fa­cet, chy­ba mu po­wiem kil­ka słów! Naj­pierw się na cie­bie gapił, a te­raz le­zie za nami, jak mały pie­sek! Jak­by nie miał nic lep­sze­go do ro­bo­ty!" Kse­nia uśmie­chała się lek­ko, z sa­tys­fakcją, nie re­ago­wała. Mówiła o tych spra­wach z pobłażaniem, dawała do zro­zu­mie­nia, że wie­le wie o mężczy­znach, wie, ile są war­ci i do cze­go są zdol­ni. Pew­ne­go dnia po­wie­działa na­wet Ethel: "Tak na­prawdę to ty je­steś bar­dzo na­iw­na". Ethel po­czuła się boleśnie do­tknięta, chciała od­po­wie­dzieć, ale nie wie­działa co. To nie­praw­da, nie je­stem na­iw­na, pomyślała. Mogła wspo­mnieć o sto­sun­kach między ro­dzi­ca­mi, o ich kłótniach, o Mau­de, o miej­scu, ja­kie ta ko­bie­ta zaj­mo­wała w jej ro­dzi­nie, o klęsce, która nad­ciągnęła. Lecz wszyst­ko to było bez zna­cze­nia w porówna­niu z tra­gicz­nym lo­sem Sza­wi­rowów, nig­dy by się nie ośmie­liła porównać z Kse­nią.

Zbyt jej zależało na tej przy­jaźni. To był cud. Wszyst­kie dziewczęta w szko­le na pew­no jej za­zdrościły. Uro­da Kse­ni, ota­czająca ją ta­jem­ni­ca, imię, które wy­ma­wiała z de­li­kat­nym przy­de­chem, na­zwi­sko przy­wodzące na myśl ka­ta­strofę morską, która pochłonęła przeszłość jej ro­dzi­ny. Dla Kse­ni, żeby jej się przy­po­do­bać, Ethel od­mie­niła swój cha­rak­ter. Z na­tu­ry pe­sy­mi­stycz­na i za­mknięta w so­bie, zmie­niała się na wi­dok Kse­ni. Sta­wała się wesoła, za­baw­na, bez­tro­ska. Uda­wała na­iwną, bo tę cechę przy­pi­sy­wała jej przy­jaciółka. Miała zwy­czaj za­pi­sy­wać w no­te­sie myśli, hi­sto­rie, rze­czy zasłysza­ne w domu albo na uli­cy. Mówiła o nich Kse­ni, pytała ją o zda­nie. Na ogół Kse­nia wca­le nie słuchała. Pa­trzyła na Ethel nie­obec­nym wzro­kiem. Albo po pro­stu prze­ry­wała: "Zbyt­nio kom­pli­ku­jesz życie". I do­rzu­cała z drwiącym uśmiesz­kiem, który spra­wiał ból - ale tego zwłasz­cza nie wol­no było oka­zać: "Wiesz, Ethel, praw­dzi­we życie i tak jest już wy­star­czająco trud­ne, nie ma co so­bie jesz­cze dokładać". Ethel po­chy­lała głowę i przy­ta­ki­wała przy­jaciółce. "Masz rację, ty od razu wszyst­ko wi­dzisz we właści­wym świe­tle. Dla­te­go właśnie je­stem twoją przy­jaciółką".

Robiła tak od pew­ne­go cza­su. Żeby się upew­nić, umoc­nić, Ethel bar­dzo często wy­po­wia­dała te­raz to słowo. Mimo że daw­no usunęła je ze swo­je­go słowni­ka, tak jak­by tyl­ko pan So­li­man miał pra­wo do ta­kich uczuć, jak przy­jaźń, miłość, ser­decz­ność. Pew­ne­go dnia ośmie­liła się jed­nak. Po długim dniu wspólnej wędrówki po uli­cach, a po­tem allée des Cy­gnes na Se­kwa­nie, w wio­sen­ny wieczór, kie­dy po­wie­trze jest lek­kie i łagod­ne. Ukrad­kiem spoglądając na pro­fil Kse­ni, jej wy­so­kie czoło, mały nos o de­li­kat­nych skrzy­dełkach, ja­sny pu­szek na kar­ku pod ze­bra­ny­mi włosa­mi, usta o ślicz­nie za­ry­so­wa­nych i bar­dzo czer­wo­nych war­gach, rzęsy rzu­cające cień na po­licz­ki, po­czuła nagły przypływ miłości, nie­po­wstrzy­ma­ny i słodki dreszcz i po­wie­działa szyb­ko, bez za­sta­no­wie­nia: "Wiesz, Kse­niu, nig­dy nie miałam ta­kiej przy­jaciółki jak ty". Kse­nia przez kil­ka długich se­kund mil­czała, może wca­le nie dosłyszała. Po­tem zwróciła się ku Ethel, a jej sza­robłękit­ne tęczówki przy­po­mi­nały barwę bar­dzo da­le­kie­go północ­ne­go mo­rza. Po­wie­działa: "Ja również, ko­cha­nie". Szyb­ko po­kryła drwiną nie­co ko­micz­ny pa­tos tego wy­zna­nia: "Nie wiem, czy za­uważyłaś, ale je­steśmy dokład­nie w miej­scu, gdzie za­ko­cha­ni składają so­bie swo­je wie­ko­pom­ne przy­sięgi!" I za­raz zaczęła mówić o kraw­co­wej, u której pra­cu­je jej mat­ka, wy­so­kiej ko­bie­cie trochę po­dob­nej do mężczy­zny, o na­zwi­sku zakończo­nym na -is - Ethel pomyślała, że to może Gre­czyn­ka, Ka­rve­lis, ale w rze­czy­wi­stości kraw­co­wa była Li­twinką - i jej po­wszech­nie zna­nych oby­cza­jach. "Ro­zu­miesz, co mam na myśli, praw­da?" - do­rzu­ciła Kse­nia. "Nie, prze­cież ty się nie znasz na tych spra­wach, mam na myśli taką ko­bietę, co nie lubi zbyt­nio mężczyzn, taką, co to się pro­wa­dza z ko­bietami".

Lek­ko ge­sty­ku­lo­wała i Ethel spo­strzegła, jak bar­dzo ręce Kse­ni są wy­pielęgno­wa­ne, ręce lal­ki o długich de­li­kat­nych pal­cach i różowych pa­znok­ciach wy­po­le­ro­wa­nych irchą. Dla­cze­go mówiła tak o pani Ka­rve­lis? Pew­ne­go dnia kraw­co­wa weszła do ka­bi­ny, gdzie Kse­nia roz­bie­rała się po przy­miar­ce suk­ni, musnęła jej ramię i szepnęła: "Jeśli chcesz, możemy być barrr­r­dzo do­brr­ry­mi (Kse­nia obniżyła głos, wy­ma­wiała r na sposób ro­syj­ski) przy­ja­ciółkami!"

Pani Ka­rve­lis stała się ulu­bio­nym te­ma­tem ich żartów. Z wyglądu de­li­kat­na ary­sto­kra­tycz­na pa­nien­ka, Kse­nia miała dużo zdro­we­go rozsądku, była na­wet na swój sposób ru­basz­na, co na pew­no szo­ko­wałoby Ju­sti­ne i Ale­xan­dre'a, ale Ethel wy­da­wało się niesłycha­nie za­baw­ne. Nic nie ucho­dziło jej uwa­gi. Ani ukrad­ko­we spoj­rze­nia pana Bor­na, wy­cho­waw­cy, ani miłosne za­bie­gi pan­ny Je­an­son, na­uczy­ciel­ki fran­cu­skie­go. Pew­ne­go dnia, kie­dy ta wyszła na szkol­ny dzie­dzi­niec, spo­wi­ta w długi je­dwab­ny szal ko­lo­ru cy­na­mo­no­we­go brązu, Kse­nia szturchnęła Ethel w bok: "Wi­działaś, jak ten szal spływa jej spod żakie­tu wprost na poślad­ki!" Nig­dy nie śmiała się głośno, par­skała tyl­ko iro­nicz­nym śmie­chem, a Ethel za­chwy­cała się ko­men­ta­rza­mi przy­ja­ciółki. "Przy cho­dze­niu, przy­patrz się do­brze, robi się taki ogon, który się ciągnie za jej tłustym tyłkiem!"

Ethel często od­wie­dzała Kse­nię w zakładzie kra­wiec­kim, gdzie pra­co­wała hra­bi­na Sza­wi­row. Znaj­do­wał się na dru­gim końcu Paryża, przy rue Geof­froy-Ma­rie, nie­da­le­ko La Fay­et­te, na dru­gim piętrze dużej ka­mie­ni­cy, cała wy­pra­wa. Kie­dyś, na sa­mym początku, kie­dy przyszła, za­stała ro­dzinę Sza­wi­rowów w kom­ple­cie, mama sie­działa po­chy­lo­na nad fa­strygą, córki kręciły się przed lu­strem, prze­bra­ne za księżnicz­ki. W pra­cow­ni pa­no­wał półmrok i strasz­ny roz­gar­diasz, na podłodze piętrzyły się kar­to­ny i ku­po­ny ma­te­riałów. Pani Ka­rve­lis szyła przy sto­le, na pierw­szy rzut oka można ją było wziąć za pra­cow­nicę hra­bi­ny. Kse­nia po­trze­bo­wała widzów i na wi­dok Ethel roz­hu­lała się. W żywe oczy kpiła z pani Ka­rve­lis, ciągnęła ją za rękę, tańczyła wokół niej, sze­leszcząc długą suk­nią druh­ny, z białej or­gan­dy­ny. Ma­ry­na wi­ro­wała również, nie­co mniej swo­bod­nie, jak­by tańczyła przed lu­strem, długi apar­ta­ment roz­brzmie­wał echem śmiechów i kla­ska­nia. Ethel pa­trzyła na ten spek­takl za­fa­scy­no­wa­na. Było w nim coś śmiesz­ne­go i tra­gicz­ne­go za­ra­zem, tak jak­by dziewczęta pod­da­wały się fali sza­leństwa, ufając, że unie­sie je da­le­ko od roz­pacz­li­wie smut­nej rze­czy­wi­stości. Pani Sza­wi­row nie po­ru­szyła się. Prze­stała szyć i pa­trzyła na całą scenę z po­sza­rzałą, nie­ru­chomą twarzą bez wy­ra­zu. W pew­nej chwi­li Kse­nia pod­biegła do Ethel i pociągnęła ją w wir tańca, ciało miała moc­no wygięte, ręce Ethel, ni­czym tan­ce­rza, położyła na swo­jej wy­smukłej ta­lii, objęła ją, prawą dłoń położyła na jej ra­mie­niu. Ethel po­czuła jędrne ciało, gurt gor­se­tu i lek­ki za­pach włosów, mie­sza­ninę siar­ki i wody kolońskiej, pod­nie­cającą i mdłą. Na zakończe­nie tańca Kse­nia pocałowała Ethel w po­li­czek. Nie lek­kim muśnięciem warg - wy­cisnęła na jej po­licz­ku gorącego, nie­mal bru­tal­ne­go całusa. Czując jej war­gi tuż przy swo­ich ustach, Ethel zadrżała. Wszyst­ko to była gra, pro­wo­ka­cja. Nie pusz­czając dłoni Ethel, Kse­nia skłoniła się przed panią Ka­rve­lis i swo­im lek­ko schryp­niętym, na­gle nie­co pro­stac­kim głosem po­wie­działa: "Chciałam coś za­ko­mu­ni­ko­wać!" A po­nie­waż Ma­ry­na i hra­bi­na nie zwróciły na nią uwa­gi, powtórzyła głośniej: "Uwa­ga! Dro­gie pa­nie, chciałam coś za­ko­mu­ni­ko­wać... Ethel i ja po­sta­no­wiłyśmy się zaręczyć!" Było to niesłycha­nie za­baw­ne, Ethel nie­co sztyw­na w swo­jej ciem­nej spódnicz­ce i blu­zecz­ce, z brązo­wy­mi włosa­mi ze­bra­ny­mi do tyłu, w płaskich bu­ci­kach i zja­wi­sko­wa Kse­nia w białym obłoku fal­ban, w złotych pan­to­fel­kach, praw­dzi­wa pan­na młoda. Później, już na uli­cy, kie­dy szły Ri­vo­li w stronę mo­stu Car­ro­usel, Kse­nia wpro­wa­dziła Ethel w taj­ni­ki życia: "Ja nie mam żad­nych pro­blemów z Sa­foną, żądam tyl­ko jed­ne­go, żeby nie miała na mnie ocho­ty, ro­zu­miesz?" Ethel siłą opa­no­wała zdu­mie­nie. "Oczy­wiście, że ro­zu­miem". Odsłonił się przed nią na­gle ukry­ty do­tych­czas świat, powód lek­kiego zażeno­wa­nia, ja­kie ją ogar­niało, kie­dy zo­sta­wała sam na sam z panną De­co­ux w jej pra­cow­ni rzeźbiar­skiej, prze­sy­co­nej za­pachem ty­to­niu i potu. Otyła ko­bie­ta o małych czar­nych oczkach jak oliw­ki, za­wsze tak samo bez­pośred­nia, brała ją za rękę i obej­mo­wała moc­no, jak mężczy­zna. Za­wa­hała się, czy ma o tym mówić. "Jest taka ar­tyst­ka, mój dzia­dek wy­naj­mu­je jej obok ate­lier, ona pali cy­ga­ra..." Kse­nia słuchała jed­nym uchem. "To, że pali, to nic nie zna­czy. Czy ona żyje z ko­bietą?" Ethel mu­siała przy­znać, że nie wie. "Ma dużo kotów, rzeźbi zwierzęta, ona..." "W ta­kim ra­zie to po pro­stu wa­riat­ka" - ucięła Kse­nia. Nig­dy więcej o tym nie roz­ma­wiały.

Żeby się jej przy­po­do­bać, Ethel kupiła so­bie podręcznik do na­uki ro­syj­skie­go. Uczyła się wie­czo­ra­mi, w łóżku. Po­wta­rzała ja liu­bliu i inne lek­cje, jed­na za drugą bez ładu i składu, przy­swa­jając so­bie tyl­ko to, co chciała, od­mianę cza­sow­ni­ka ko­chać. Któregoś dnia, w zakładzie przy rue Geof­froy-Ma­rie za­ry­zy­ko­wała i zwróciła się do pani Sza­wi­row: Kak pażywa­je­tie? Hra­bi­na była za­chwy­co­na, a Kse­nia na­tych­miast za­drwiła: "Tak, Ethel świet­nie mówi po ro­syj­sku, umie po­wie­dzieć kak pażywa­je­tie i ja zna­ju ga­wa­rit pa ru­ski, a także gdie to­iliet?" Ethel oblała się ru­mieńcem, nie wie­działa czy ze wsty­du, czy z gnie­wu. Kse­nia zna­ko­mi­cie umiała posługi­wać się obelgą i piesz­czotą na prze­mian, na­uczyła się tego w dzie­ciństwie, żeby prze­trwać. W jakiś czas później, pod­czas wędrówek po uli­cach Paryża i Ogro­dzie Luk­sem­bur­skim, udzie­liła Ethel pry­wat­nej lek­cji, lek­cji bar­dzo pry­wat­nej, bo była w niej mowa tyl­ko o miłości, ciąg zdań bez prak­tycz­ne­go za­sto­so­wa­nia. Kazała po­wta­rzać: ja du­ma­ju, szto ana jewo liu­bit, myślę, że ona go ko­cha, ja zna­ju, szto on jejo liu­bit, wiem, że on ją ko­cha, a po­tem liu­bow, wliu­blion­nyj, wliu­blion­na, wy­ma­wiała te słowa, z na­masz­cze­niem prze­ciągając ostat­nią sy­labę, i da­ra­ga­ja, maja da­ra­ga­ja pa­dru­ga. Przy­my­kała oczy, mówiła: ha­ra­szo, mnie ha­ra­szo... Od­wra­cała się ku Ethel: ty da­wol­na­ja? Je­steś za­do­wo­lo­na?

W lip­cu allée des Cy­gnes sta­wała się miej­scem ustron­nym, za­gu­bio­nym pośród Se­kwa­ny. Tam Kse­nia wy­zna­czała te­raz spo­tka­nia. Nig­dy nie mówiła, jak inne koleżanki: "No to do ju­tra, o zwykłej po­rze..." Od­wra­cała się na pięcie i od­cho­dziła szyb­ko wiel­ki­mi kro­ka­mi, wta­piając się w tłum na rue de Ren­nes i bo­ule­vard Mont­par­nas­se. Ethel wy­cho­dziła wcześnie z za­afe­ro­waną miną. "Dokąd idziesz?", pytała Ju­sti­ne. Od­po­wia­dała ogólni­ko­wo: "Na za­ku­py z przy­ja­ciółką". Nie siliła się na wiel­kie kłam­stwa, nie tłuma­czyła lek­cja­mi pia­ni­na ani próbami chóru.

Scho­dziła na wyspę scho­da­mi od stro­ny na­ziem­ne­go me­tra. Rano długa ale­ja była pu­sta, cień je­sionów chłodny i świeży. Nie­raz z da­le­ka do­strze­gała na końcu alei jakąś syl­wetkę. Sa­mot­ni mężczyźni wzbu­dza­li nie­pokój. Szła zde­cy­do­wa­nym kro­kiem w ich stronę, jak­by nie czuła stra­chu. Kse­nia ją tego na­uczyła: "Kie­dy tak ma­sze­ru­jesz pro­sto przed sie­bie, to oni za­czy­nają się bać. Nig­dy nie zwal­niaj kro­ku i nie patrz w ich kie­run­ku. Wzrok masz wbi­ty w jakiś wymyślony punkt, wy­obrażasz so­bie, że ktoś na cie­bie cze­ka". Chy­ba skut­ko­wało, bo nikt jej nig­dy nie za­cze­pił.

Kse­nia za­wsze cze­kała w tym sa­mym miej­scu. Na­zy­wała drze­wem słoniem wbi­ty ko­rze­nia­mi w skarpę wiel­ki je­sion, którego ko­na­ry wiły się nad po­zio­mem wody, przy­po­mi­nając trąby i kły. Stały bez słowa, wpa­trzo­ne w zie­loną rzekę i bru­nat­ne włosy wo­do­rostów fa­lujące z prądem. Po­tem sia­dały na ławce w cie­niu pla­tanów, patrząc na bar­ki sunące w górę Se­kwa­ny w bruździe żółtej fali i łodzie za­cu­mo­wa­ne po dru­giej stro­nie, wzdłuż na­brzeża. Roz­ma­wiały o podróżach. Kse­nia wy­bie­rała Ka­nadę, śnie­gi i lasy. Wy­obrażała so­bie wielką miłość, chłopca posia­dającego roz­ległe te­re­ny, stad­ni­ny. Bar­dzo ko­chała ko­nie, ta­kie, na ja­kich jeździło się w daw­nych cza­sach w Ro­sji, w majątku jej ojca. Ethel mówiła o Mau­ri­tiu­sie, o po­siadłości Alma, zupełnie jak­by jesz­cze ist­niała. Opo­wia­dała o zbio­rach owoców zako, o na­sio­nach ba­oba­bu, kąpie­lach w zim­nych stru­mie­niach w środ­ku lasu. Mówiła tak, jak­by to były jej własne wspo­mnie­nia, a nie okru­chy zasłysza­ne z ust ciot­ki Mi­lou i ciot­ki Pau­li­ne, echa głosu Ale­xan­dre'a, kie­dy mówił po kre­ol­sku. Kse­nia jej nie słuchała. Nie­raz bez­ce­re­mo­nial­nie prze­ry­wała. Wska­zy­wała na mia­sto kłębiące się po dru­giej stro­nie rze­ki, łuk mo­stu, po którym sunęły wa­go­ny, syl­wetkę wieży Eif­fla, domy. "Dla mnie ist­nie­je tyl­ko to. Wspo­mnie­nia za­nad­to bolą. Chcę coś zmie­nić w swo­im życiu, nie chcę żyć jak żebracz­ka".

Jesz­cze nie wspo­mi­nała o zaręczy­nach ani o małżeństwie. Ale na jej twa­rzy ma­lo­wała się sta­now­czość. Nie ule­gało wątpli­wości, że już so­bie wszyst­ko za­pla­no­wała, że wie­działa, jak przeżyje swo­je życie. I ni­ko­mu nie po­zwo­li ode­brać so­bie szan­sy.

Znam głód, czułem go. Jako dziec­ko, pod ko­niec woj­ny, ra­zem z in­ny­mi uga­niam się za ame­ry­kański­mi ciężarówka­mi, wyciągając ręce, żeby złapać w bie­gu li­stek gumy do żucia, cze­ko­ladę albo chleb rzu­ca­ne przez żołnie­rzy. W dzie­ciństwie tak bar­dzo po­trze­buję tłuszczu, że wy­pi­jam oliwę z pudełek po sar­dyn­kach i łako­mie ob­li­zuję łyżkę z tra­nem, który bab­ka daje mi na wzmoc­nie­nie. Tak je­stem złak­nio­ny soli, że garścia­mi wy­ja­dam sza­re krysz­tałki ze słoja w kuch­ni.

Jako dziec­ko po raz pierw­szy skosz­to­wałem białego chle­ba. Nie bo­che­nek z pie­kar­ni - ten, bar­dziej bury niż ra­zo­wy, skąpo za­pra­wio­ny mąką i hoj­nie tro­ci­na­mi, o mało mnie nie zabił, kie­dy miałem trzy lata. Chleb kwa­dra­to­wy, wy­pie­czo­ny w for­mie, z prze­sia­nej mąki, lek­ki, pachnący, o mięki­szu tak białym jak pa­pier, na którym piszę. A kie­dy to piszę, ślina napływa mi do ust, jak­by czas nie minął, jak­by związek z wcze­snym dzie­ciństwem prze­trwał w nie­na­ru­szo­nym sta­nie. Wpy­cham do ust kawałki pu­szy­ste­go, roz­pusz­czającego się w ustach chle­ba i le­d­wo przełknę, proszę o jesz­cze, i gdy­by bab­ka nie za­mknęła go na klucz w sza­fie, zjadłbym go w całości i roz­cho­ro­wał się. Nic nig­dy tak mnie nie za­spo­koiło, nic dotąd nie uci­szyło tak mo­je­go głodu, nic tak całko­wi­cie mnie nie na­sy­ciło.

Jem ame­ry­kański spam. Po­tem długo prze­cho­wuję me­ta­lo­we pusz­ki otwie­ra­ne klu­czy­kiem, robię z nich okręty wo­jen­ne, które sta­ran­nie ma­luję na sza­ro. Za­war­ta w nich różowa mie­lon­ka, obrębio­na żela­tyną, o lek­ko my­dla­nym sma­ku, napełnia mnie szczęściem. Pachnąca świeżym mięsem mie­lon­ka po­zo­sta­wia na moim języku de­li­katną warstwę tłuszczu, wyście­la głęboko gardło. Później, dla in­nych, dla tych, co nie za­zna­li głodu, mie­lon­ka ta sta­nie się sy­no­ni­mem cze­goś obrzy­dli­we­go, po­kar­mem bie­daków. Od­na­lazłem ją dwa­dzieścia pięć lat później w Mek­sy­ku, w Be­li­ze, w skle­pi­kach Che­tu­ma­lu, Fe­li­pe Car­ril­lo Pu­er­to, Oran­ge Walk. Na­zy­wają to tam car­ne del dia­blo, mięso diabła. Ten sam spam w nie­bie­skim pudełku z ob­raz­kiem po­kro­jo­nej mie­lon­ki na liściu sałaty.

Mle­ko car­na­tion też. Roz­da­wa­ne w ośrod­kach Czer­wo­ne­go Krzyża duże pudła w kształcie wal­ca, ozdo­bio­ne kar­mi­no­wym goździ­kiem. Długo ozna­czać będzie dla mnie błogość, błogość i bo­gac­two. Na­bie­ram pełne łyżki białego prosz­ku i wy­li­zuję je, nie­mal się dusząc. To też ro­dzaj szczęścia. Żaden krem, żadne ciast­ko, żaden de­ser nie do­starczą mi po­tem tyle szczęścia. Jest ciepłe, zwar­te, lek­ko słone, sy­czy na zębach i dziąsłach, lepką cieczą spływa do gardła.

Ten głód jest we mnie. Nie mogę go za­po­mnieć. Za­pa­la ostre światło nad moim dzie­ciństwem i nie po­zwa­la go za­po­mnieć. Bez nie­go nie za­cho­wałbym w pamięci tam­te­go cza­su, tam­tych długich lat, kie­dy bra­ko­wało wszyst­kie­go. Szczęśliwy nic nie pamięta. Czyżbym był nieszczęśliwy? Nie wiem. Pamiętam po pro­stu, że pew­ne­go dnia obu­dziłem się z po­czu­ciem, że wresz­cie za­znałem cudu na­sy­ce­nia. Ten chleb, zbyt biały, zbyt miękki i zbyt ład­nie pachnący, rybi olej, który spływa mi do gardła, gru­be krysz­tały soli, pełne łyżki mle­ka w prosz­ku, lepką masą kładące się na języku i wypełniające mi usta, wte­dy za­czy­nam żyć. Opusz­czam sza­re lata i wchodzę w światło. Je­stem wol­ny. Ist­nieję.

W hi­sto­rii, którą opo­wiem, będzie mowa o in­nym głodzie.