Powracający głód - Jean-Marie Gustave Le Clezio

Reflow text when sidebars are open.
Ethel. Stoi przed wejściem do parku. Zapada zmierzch. Łagodne, perłowe światło. Od Sekwany chyba nadciąga burza. Mocno ściska rękę pana Solimana. Ma dopiero dziesięć lat, jest jeszcze mała, ledwo sięga stryjecznemu dziadkowi do biodra. Przed nimi coś w rodzaju miasta, wzniesionego wśród drzew lasku Vincennes, widać wieże, minarety, kopuły. Po okolicznych bulwarach przewala się tłum. Grożąca ulewa nadciąga z impetem i miasto zaczyna parować pod ciepłym deszczem. Natychmiast otwierają się setki czarnych parasoli. Starszy pan zapomniał parasola. Dlatego, kiedy wielkie krople zaczynają spadać, przez chwilę się waha. Ethel ciągnie go za rękę i biegną razem przez bulwar ku wiacie przy bramie wejściowej, między autami i fiakrami. Ciągnie go za lewą rękę, prawą stryjeczny dziadek przytrzymuje czarny kapelusz na spiczastej czaszce. Kiedy biegnie, jego siwe bokobrody łopoczą na wietrze. Ethel zaczyna się śmiać, na co on też wybucha głośnym, serdecznym śmiechem. Muszą się schronić pod kasztanowcem.
Miejsce jest cudowne. Ethel nigdy takiego nie widziała, nawet sobie nie wyobrażała czegoś podobnego. Wchodzą, przechodzą przez bramę Picpus, idą wzdłuż budynku muzeum, przed którym kłębi się tłum. Pan Soliman nie zwraca na nic uwagi. "Zobaczysz jeszcze niejedno muzeum", mówi. Pan Soliman ma pewien pomysł. Dlatego przyprowadził tu Ethel. Próbowała się czegoś dowiedzieć, dopytuje od kilku dni. Sprytu jej nie brak, stryjeczny dziadek zawsze to powtarza. Potrafi wszystko z człowieka wydusić. "Co to za niespodzianka, jeżeli ci powiem!" Ethel nie ustępuje. "Mógłbyś przynajmniej pomóc mi zgadnąć". Pan Soliman siedzi po obiedzie w swoim fotelu, pali cygaro. Ethel dmucha w kłęby dymu. "To coś do jedzenia? Coś do picia? Jakaś śliczna sukienka?" Ale on milczy jak zaklęty. Spokojnie pali cygaro i pije koniak, jak co wieczór. "Jutro się dowiesz". Po czymś takim Ethel nie może zasnąć. Przez całą noc wierci się i przewraca z boku na bok w swoim małym żelaznym łóżeczku, które niemiłosiernie skrzypi. Zasypia dopiero o świcie i z trudem budzi się o dziesiątej, kiedy matka przychodzi, żeby ją zabrać na obiad do ciotek. Pana Solimana jeszcze niema. Na szczęście boulevard Montparnasse i rue du Cotentin leżą blisko siebie. Kwadrans drogi pieszo, a pan Soliman jest dobrym piechurem. Idzie wyprostowany, w czarnym kapeluszu sztywno osadzonym na głowie, laską ze srebrną rączką nie dotyka ziemi. Ethel mówi, że z daleka słyszy, jak nadchodzi, przez harmider ulicy dobiega miarowe stukanie podkutych żelazem butów o chodnik. Ethel mówi, że przypomina stukot końskich kopyt. Chętnie porównuje pana Solimana do konia, on nie ma nic przeciwko temu i nieraz mimo swoich osiemdziesięciu lat sadza ją sobie na ramiona i wędrują do parku, a ponieważ jest bardzo wysoki, Ethel może dotykać niskich gałęzi drzew.
Deszcz ustał, idą, trzymając się za ręce, nad sam brzeg jeziora. Pod szarym niebem jezioro wydaje się wielkie, wygięte, przypomina bagno. Pan Soliman często wspomina jeziora i moczary, które niegdyś widywał w Afryce, kiedy był lekarzem wojskowym w Kongo Francuskim. Ethel uwielbia, jak pan Soliman opowiada. Tylko ją jedną raczy swoimi historiami. Całą wiedzę o świecie Ethel czerpie z jego opowieści. Na jeziorze widzi kaczki i pożółkłego, wyraźnie znudzonego łabędzia. Mijają wyspę, na której zbudowano grecką świątynię. Przy wejściu na drewniany most tłoczą się ludzie i Pan Soliman pyta, tylko tak, żeby mieć czyste sumienie: "Masz ochotę...?" Ścisk jest straszny i Ethel ciągnie stryjecznego dziadka za rękę. "Nie, nie, chodźmy prosto do Indii!" Ruszają wzdłuż jeziora w przeciwnym kierunku niż tłum. Ludzie rozstępują się przed rosłym mężczyzną w obszernym płaszczu i staromodnym kapeluszu i małą jasnowłosą dziewczynką ubraną w świąteczną plisowaną sukienkę i wysokie buciki. Ethel jest dumna z pana Solimana. Ma wrażenie, że towarzyszy jej olbrzym, człowiek zdolny wytyczyć drogę w każdym chaosie świata.
Teraz tłum podąża w przeciwnym kierunku, nad kraniec jeziora. Ponad drzewami Ethel widzi dziwne wieże w kolorze cementu. Z trudnością odczytuje nazwę na tabliczce:
- Ang...kor...
- Wat! - kończy pan Soliman. - Angkor Wat. Tak się nazywa pewna świątynia w Kambodży. Zdaje się wyszło to nieźle, ale najpierw chcę ci coś pokazać.
Ma pewien pomysł. Zresztą pan Soliman nie chce iść w tym samym kierunku co tłum. Zbiorowe reakcje budzą w nim nieufność. Ethel często słyszała, jak o nim mówiono: "To oryginał". Jej matka zawsze go broni, pewnie dlatego że jest jej stryjem: "On jest bardzo miły".
Wychował bratanicę surowo. Po śmierci ojca zapewnił jej utrzymanie. Nie widywała go często, zawsze był daleko, na drugim końcu świata. Kocha go. Być może dodatkowo wzrusza ją to, że dostojny starzec tak bardzo wyróżnia Ethel. Zupełnie jakby widziała, jak jego serce otwiera się nareszcie u schyłku samotnego, surowego życia.
W pewnej chwili droga oddala się od brzegu. Spacerowicze są tu mniej liczni. Tabliczka głosi: DAWNE KOLONIE. Poniżej wypisano nazwy; Ethel powoli czyta:
REUNION
GWADELUPA
MARTYNIKA
SOMALIA
NOWA KALEDONIA
GUJANA
INDIE FRANCUSKIE
Właśnie tu chce iść pan Soliman.
Na polanę, nieco dalej od jeziora. Chaty kryte słomą i bardziej trwałe konstrukcje wzmocnione słupami podobnymi do pni palmy. Całość przypomina wioskę. Pośrodku coś w rodzaju placu pokrytego żwirem, gdzie rozstawiono krzesła. Siedzą na nich widzowie, kobiety w długich sukniach nie zamknęły jeszcze parasoli, ale teraz są to chyba raczej parasolki od słońca. Panowie rozłożyli na krzesłach chusteczki, żeby wchłonęły krople deszczu.
- Jakie to ładne! - Ethel nie kryje zachwytu na widok pawilonu Martyniki. Na frontonie budynku (również w stylu chaty) przedstawiono en ronde bosse wszelkiego rodzaju kwiaty i owoce egzotyczne, ananasy, papaje, banany, bukiety hibiskusa i rajskie ptaki.
- Tak, bardzo ładne... Chcesz obejrzeć?
Pyta jednak tak samo jak przed chwilą, z tym samym wahaniem w głosie, a ponadto trzyma Ethel za rękę i nie rusza się z miejsca. Dziewczynka rozumie, odpowiada:
- Może później.
- Zresztą w środku nic nie ma.
Przez drzwi Ethel widzi mieszkankę Antyli w czerwonym turbanie, która wygląda na zewnątrz, bez uśmiechu. Chce do niej podejść, dotknąć jej sukni, porozmawiać z nią, kobieta ma taki smutny wyraz twarzy. Ale Ethel nic nie mówi. Dziadek prowadzi ją na drugi koniec placu, w stronę pawilonu Indii Francuskich.
Budynek jest niewielki. Nie przyciąga tłumów. Ludzie przechodzą, nie zatrzymując się, ludzka fala płynie naprzód, czarne garnitury, czarne kapelusze i lekki szelest sukienek, damskie kapelusze ozdobione piórami, owocami, fiołkami. Dzieci idące z tyłu popatrują w ich stronę, zerkają na Ethel i pana Solimana, którzy idą pod prąd, przecinają drogę. Podążają w stronę pomników, skał, świątyń, wielkich wież górujących nad drzewami podobnymi do karczochów.
Nawet nie zapytała, co to takiego. Wyjaśnił jej ściszonym głosem: "To kopia świątyni Angkor Wat, kiedyś pokażę ci prawdziwą, jeśli zechcesz". Pan Soliman nie lubi kopii, interesuje go tylko prawda, to wszystko.
Zatrzymał się przed budynkiem. Na jego sangwinicznej twarzy maluje się zadowolenie. W milczeniu ściska dłoń Ethel i razem wdrapują się po drewnianych stopniach wiodących na podest. Dom jest zwyczajny, z jasnego drewna, dokoła biegnie weranda wsparta na kolumnach. Wysokie oka są zakratowane muszarabami z ciemnego drewna. Nad niemal płaskim dachem z wypolerowanych dachówek wznosi się rodzaj wieżyczki z blankami. Kiedy wchodzą, w środku nie ma nikogo. Wewnętrzne podwórko w centralnej części domu skąpane jest w dziwnym świetle koloru malwy, spływającym z wieży. Z boku patia w okrągłym basenie odbija się niebo. Tafla wody jest tak gładka, że Ethel przez chwilę myśli, że to lustro. Zatrzymała się z bijącym sercem, pan Soliman też stoi bez ruchu, z głową lekko odchyloną do tyłu spogląda na kopułę nad patiem. Z drewnianych budek ustawionych w regularny ośmiokąt podłużne żarówki sączą lekką poświatę, ulotną niczym dym, barwy hortensji, jak zachód słońca nad morzem.
Coś drży. Coś nieokreślonego, trochę magicznego. Pewnie z powodu pustki. Zupełnie jakby to była prawdziwa świątynia, porzucona w środku dżungli. Ethel wydaje się, że słyszy hałas wśród drzew, wysokie, ochrypłe krzyki, aksamitne kroki dzikich zwierząt, przeszywa ją dreszcz i przytula się do stryjecznego dziadka.
Pan Soliman nie rusza się. Stoi bez ruchu pośrodku patia, pod kopułą światła, żarówki nadają jego twarzy kolor malwy, faworyty przypominają dwa niebieskie płomienie. Ethel nagle rozumie: to emanujące z niego napięcie wywołało ten dreszcz. Skoro ktoś tak wielki i silny zastyga w bezruchu, musi być w tym domu jakaś tajemnica, wspaniała, groźna i ulotna, i przy najmniejszym ruchu wszystko przestanie działać.
Pan Soliman zaczyna mówić, jakby był u siebie.
- Tutaj postawię sekreterę, tutaj dwie biblioteki... Tam będzie stał szpinet, a w głębi afrykańskie rzeźby z czarnego drewna, to dla nich idealne oświetlenie, nareszcie będę mógł rozwinąć swój wielki berberyjski dywan...
Ethel nie bardzo rozumie. Podąża za wysokim mężczyzną, który przemierza pokoje z niecierpliwością, jakiej nigdy u niego nie widziała. Wreszcie wraca na patio, siada na stopniach podestu i wpatruje się w lustrzane odbicie nieba, zupełnie jakby razem obserwowali zachód słońca na lagunie, gdzieś daleko, w jakimś innym miejscu, na końcu świata, w Indiach, na wyspie Mauritius, w krainie jego dzieciństwa.
Zupełnie jak sen. Gdy Ethel o tym myśli, wypełnia ją światło koloru malwy, połyskliwa tafla basenu odbija niebo. Z głębi czasu snuje się dym. Teraz wszystko zniknęło. To, co pozostało, nie jest wspomnieniem, zupełnie jakby nigdy nie była dzieckiem. Wystawa kolonialna. Zachowała strzępki tamtego dnia, kiedy wędrowała z panem Solimanem żwirowanymi alejkami.
- Tutaj ustawię swój fotel na biegunach, będzie zupełnie jak pod warangą, w czasie deszczu będę widział, jak krople wpadają do basenu. W Paryżu często pada... Założę też hodowlę ropuch, żeby słyszeć, jak zapowiadają deszcz...
- Co jedzą takie ropuchy?
- Muszki, ćmy, mole. W Paryżu jest dużo moli...
- I jakieś rośliny, takie niskie, te co mają różowawe kwiaty.
- Tak, lotosy. Raczej nenufary, lotos nie przetrzyma zimy. Ale nie w tym okrągłym basenie. Będę miał drugi basen dla ropuch, w głębi ogrodu. Ten lustrzany niech zostanie gładki jak talerz, żeby się niebo mogło w nim przeglądać.
Tylko jedna Ethel rozumiała pomysły pana Solimana. Przejrzał plany Wystawy, natychmiast wybrał pawilon indyjski, i kupił go. Nie chciał słyszeć o projektach męża bratanicy. Na jego terenie nie będzie żadnych nieruchomości, nie pozwolił dotknąć ani jednego drzewa. Kazał zasadzić paulownie, cocculus, drzewa laurowe. Starannie przygotował grunt pod swoje szaleństwo.
- Nie jestem stworzony na kamienicznika.
Żeby pokrzyżować plany Alexandre'a, uczynił Ethel swoją spadkobierczynią. Oczywiście nic o tym nie wiedziała. A może któregoś dnia jej o tym powiedział. Wkrótce po wizycie na Wystawie. Fragmenty pawilonu Indii Francuskich zaczęły zalegać ogród przy rue de l'Armorique. Żeby je osłonić od deszczu, pan Soliman przykrył je brzydką, czarną plandeką. Potem zaprowadził Ethel pod palisadę osłaniającą ogród. Otworzył kłódkę wiszącą na bramie. Zobaczyła czarne sterty połyskujące w głębi posiadłości; stała jak skamieniała.
- Wiesz, co to jest? - zapytał w końcu pan Soliman.
- To Dom Koloru Malwy.
Spojrzał na nią z podziwem.
- Masz rację. - Dorzucił. - Odtąd będzie się nazywał Domem Koloru Malwy, sama to wymyśliłaś.
Ścisnął Ethel za rękę i wydało jej się, że już widzi patio, galerie i lustrzane jeziorko odbijające szare niebo.
- To będzie twoja własność. Tylko twoja.
Potem do tego nie wracał. Pan Soliman już taki był. Nigdy niczego nie powtarzał dwa razy.
Długo zwlekał. Chyba za długo. Może wolał marzenia niż ich realizację. Poszczególne fragmenty Domu Koloru Malwy tkwiły pod brezentową plandeką w głębi ogrodu, z wolna obrastając jeżynami. Mimo to pan Soliman przynajmniej raz w miesiącu uroczyście prowadził Ethel na teren posiadłości. Zimą okoliczne drzewa traciły liście, ale te, które kazał zasadzić pan Soliman, wytrzymywały chłody. Cocculus i indyjskie laury pyszniły się pióropuszami ciemnozielonych liści, przypominając raczej wejście do lasu niż do miejskiego ogrodu. Sąsiedni teren należał, nomen omen, do niejakiego pana Conarda1. Był jednym z najstarszych mieszkańców dzielnicy, synem człowieka, który otworzył ulicę w 1887 roku. Rościł sobie z tego powodu pewne prawa i któregoś dnia zaatakował pana Solimana: "Zauważyłem, że z powodu listowia pańskich egzotycznych drzew moje wiśnie pozostają w cieniu między południem a godziną trzecią".
Odpowiedź padła błyskawicznie: "Może mnie pan pocałować". Ethel nigdy nie słyszała tego wyrażenia. Ojciec powtórzył je później, zaśmiewając się do łez. Fakt, że stryj może się wyrażać jak woźnica lub żołdak (tak to komentował Alexandre), zachwycił Ethel. Jednocześnie wiedziała, że jej nie wolno używać takich słów, zwłaszcza w obecności tego, który je powiedział. I tak było dobrze.
Zanim prace nad budową Domu Koloru Malwy ruszyły, pan Soliman się rozchorował. Ostatni raz, kiedy Ethel poszła z nim na teren posiadłości, zobaczyła coś dziwnego. Dzika gęstwina, która rozszalała się w ogrodzie, została wykarczowana, z brezentowej plandeki usunięto jeżyny. Na drewnianej bramie od ulicy wisiała tabliczka z pozwoleniem na budowę. Nie zapomniała, jak precyzyjnie określono jej rodzaj: "Budowa parterowego domu mieszkalnego z drewna". Pan Soliman odbył batalię ze swym wrogiem Conardem, który sprzeciwiał się projektowi, mogącemu, jak twierdził, sprowadzić do Paryża termity. Jednak poparcie ze strony architekta, który zaprojektował bungalow, niejakiego Perotina, przekonało władze miejskie i zezwolenie wydano.
Na ogołoconym terenie wbito kołki i rozpiętymi na nich sznurkami wytyczono plan domu. Ethel zdumiały ślady koloru malwy, jakie dostrzegła na ziemi. To kreda, którą pociągnięto sznurki, znaczyła teren, kiedy się z nim stykały. Pan Soliman pokazał Ethel, jak uzyskać taki efekt. Końcem laski uniósł sznur, a potem go puścił, rozległ się dźwięk cięciwy wracającej na swoje miejsce, dźwięczne dzing!, i na ziemię znowu spadło trochę pudru koloru malwy.
To był ostatni raz. Ethel zachowała właśnie to wspomnienie, zupełnie jakby łagodny blask oświetlający wnętrze Domu Koloru Malwy zabarwił kredowy pył znaczący ziemię ogrodu.
Tej samej zimy, kiedy Ethel rozpoczynała trzynasty rok życia, pan Soliman umarł. Najpierw chorował. Dusił się. Leżał wyciągnięty na łóżku, w sypialni swojego mieszkania przy boulevard Montparnasse. Był bardzo blady, jego twarz ginęła w cieniu brody, oczy straciły blask, i Ethel się przestraszyła. Skrzywił się, powiedział: "Trudno jest umrzeć... to tak długo, długo trwa". Jakby mogła zrozumieć. Po powrocie powtórzyła matce słowa pana Solimana. Ale matka nie wyjaśniła. Westchnęła tylko: "Musimy się bardzo modlić za twojego dziadka". Ethel się nie pomodliła, bo nie wiedziała, o co prosić. Żeby szybko umarł czy żeby wyzdrowiał? Pomyślała tylko o Domu Koloru Malwy, gorąco pragnąc, żeby panu Solimanowi starczyło czasu, aby go wydobyć spod plandeki z impregnowanego płótna i wznieść wedle wytyczonych śladów.
W październiku bardzo padało i Ethel pomyślała, że ślady pewnie się zatarły. Chyba właśnie wtedy zrozumiała, że stryjeczny dziadek niedługo umrze.
Ethel nie pamięta już, kiedy spotkały się po raz pierwszy. Może w piekarni przy rue Vaugirard albo przed szkołą dla dziewcząt przy rue Marguerin. Znowu widzi szarą ulicę, szarą szarugą deszczowego Paryża, pełną szarości, która ogarnia wszystko i przenika człowiekowi głęboko do wnętrza, wywołując łzy. Jej ojciec zawsze sobie żartuje z paryskiego nieba, z tego bladego słońca. "Tabletka aspiryny. Opłatek pieczętny". Słońce Mauritiusa to zupełnie co innego.
W całej tej szarości Ksenia była jasną plamą, rozbłyskiem. Niezbyt wysoka na swój wiek, jakieś dwanaście lat, może trochę więcej. Ethel nigdy się nie dowiedziała, ile Ksenia naprawdę ma lat. Urodziła się po ucieczce matki z ogarniętej rewolucją Rosji. W tym samym roku jej ojciec zginął w więzieniu, chyba został rozstrzelany przez rewolucjonistów. Matka wyjechała z Petersburga do Szwecji, a potem przenosiła się z kraju do kraju, aż dotarła do Paryża. Ksenia dorastała w pewnym niemieckim miasteczku pod Frankfurtem. Takie odpryski informacji dotarły do Ethel, a ona, żeby ich nie zapomnieć, otworzyła notesik na pierwszej stronie i dość uroczyście zapisała: "Historia Kseni do naszych dni".
Zagadnęła ją. A może to Ksenia przemówiła pierwsza? Wśród tłumu i szarości zajaśniała jak słońce, prawdziwsze niż opłatek. Ethel pamięta, jak mocno zabiło jej serce na widok tej niezwykłej urody. Twarz anioła, skóra bardzo jasna, a zarazem trochę matowa, lekko wyzłocona opalenizną kończącego się lata, złote włosy przetykane czerwoną wełnianą nicią i zebrane na czubku głowy w warkocze przypominające uszy koszyka splecionego ze świeżego zboża, i sukienka, długa jasna sukienka z falbankami, bardzo skromna, gdyby nie czerwony haft na wysokości piersi, talia tak cienka, że można by ją objąć dłonią (tak dużą jak dłoń pana Solimana, oczywiście).
Zwłaszcza oczy Kseni. Nigdy nie widziała takich oczu. Szaroniebieskie, nieco popielate - kolor wyblakłego łupku, kolor Morza Północnego, pomyślała - ale to nie ten kolor ją zdziwił. Pan Soliman też ma niebieskie oczy, jak niezapominajki, bardzo błyszczące. W tych było coś innego, prawie natychmiast spostrzegła, że nadają one twarzy Kseni wyraz łagodnego smutku - a raczej przywodzą na myśl jakieś odległe spojrzenie, napływające z głębi czasu, pełne smutku i nadziei, przenikających przez zasłonę popielatego kurzu. Oczywiście to wszystko nie przyszło jej do głowy od razu. Dotarło do niej z upływem miesięcy i lat, w miarę jak odtwarzała losy Kseni. Ale tamtego dnia, na szarej deszczowej ulicy, na początku roku szkolnego, spojrzenie nieznajomej dziewczynki przeniknęło do głębi jej duszy w nagłym niewyraźnym rozbłysku, wywołując łomot serca.
Ethel stała z innymi uczennicami, których imion już nie pamięta, grzecznie czekając na początek lekcji poezji panny Kohler, dziwacznej starej panny, o której opowiadały sobie niewydarzone i śmieszne historie, gdzie zawiedziona miłość i przegrana na wyścigach fortuna przeplatały się ze sztuczkami i wybiegami mającymi zapewnić przetrwanie. Ethel nie słuchała. Wpatrzona w nowo przybyłą, nie mogąc od niej oderwać wzroku, powiedziała do koleżanek niemal szeptem:
- Widziałyście tę dziewczynę?
Ksenia natychmiast ją zauważyła. Podeszła prosto do niej przez szkolne podwórko, wyciągnęła rękę:
- Nazywam się Ksenia Antonina Szawirow.
Wymawiała pierwsze dwie litery swojego imienia z lekkim syczeniem wydobywającym się z głębi gardła, co natychmiast zachwyciło Ethel, podobnie jak jej nazwisko - inne dziewczęta nie omieszkały skorzystać z okazji do niezbyt wyrafinowanych żartów: "Szawirow, uważaj, bo cię zrobią na szaro!" W czarnym notesiku Ksenia napisała malutkim ołóweczkiem swoje nazwisko, wyrwała kartkę i podała ją Ethel ze słowami: "Wybacz, ale nie mam biletu wizytowego". Nazwisko, czarny notesik, bilet wizytowy, to było dla Ethel zbyt wiele, uścisnęła rękę Kseni: "Chcę być twoją przyjaciółką". Ksenia uśmiechnęła się, ale jej błękitne oczy pozostały za zasłoną tajemnicy.
- Oczywiście, ja też chcę być twoją przyjaciółką.
Ethel zapisała swoje nazwisko i adres w czarnym notesiku, jakby podpisywała jakieś uroczyste zobowiązanie. Nie wiadomo dlaczego, może żeby olśnić Ksenię, żeby zyskać pewność, że zasługuje na jej przyjaźń, trochę przy tym skłamała.
- Mieszkamy tam, ale to się niedługo zmieni. Kiedy tylko mój dziadek skończy budować dom, wszyscy się do niego przeprowadzimy.
A jednak już wtedy wiedziała, że Dom Koloru Malwy nie należy do najbliższej przyszłości. Pan Soliman podupadał na zdrowiu, jego marzenie oddalało się. Prawie przestał wychodzić z mieszkania, zrezygnował nawet z codziennych przechadzek po Ogrodzie Luksemburskim. Kiedy Ethel mijała drewnianą bramę prowadzącą do ogrodu przy rue de l'Armorique, czuła, jak ściska jej się serce.
Pewnego razu po lekcjach zabrała tam Ksenię. Ksenia przychodziła do szkoły i wracała sama, co tylko powiększało zachwyt Ethel. Tego dnia uprzedziła matkę: "Nie przychodź po mnie, wrócę ze swoją przyjaciółką Ksenią, ona jest Rosjanką, wiesz?" Matka spojrzała na nią, zawahała się. Ethel szybko dodała: "Potem przyjdziemy na podwieczorek. Zrobię jej herbatę. Ksenia pije dużo herbaty".
Poszły na rue de l'Armorique, wspięły się na palce i zajrzały do środka przez szczeliny w drewnianej bramie. "Ale to wielkie!" - wykrzyknęła Ksenia. A po chwili dodała coś, o czym Ethel nigdy dotąd nie myślała: "Twój dziadek jest bardzo bogatym człowiekiem".
W pewne jesienne popołudnie Ethel zaprowadziła Ksenię do ogrodu. Z kieszeni marynarki pana Solimana zabrała klucz od drewnianej bramy, ciężki, żelazny, zardzewiały klucz, przywodzący na myśl tajemne wrota zamczyska. Trochę jej było wstyd, że tak go wzięła, bez pytania. Pan Soliman drzemał w swojej sypialni, pod białym prześcieradłem rysował się zarys jego potężnego ciała, ogromne stopy sterczały na końcu łóżka. Nawet nie zauważył, że weszła do pokoju. Od pewnego czasu nic go nie obchodziło.
Przed bramą do ogrodu Ethel pokazała klucz Kseni. Jej podniecenie udzieliło się przyjaciółce. Ksenia parsknęła nerwowym śmiechem, ujęła dłoń Ethel:
- Jesteś pewna, że możemy?
Straszyły się dla zabawy. Po starym murze z brunatnoczerwonych kamieni, pokruszonych uderzeniami młota i ledwo spojonych resztkami zaprawy, pełzały porosty i dzikie wino, a od czasu choroby pana Solimana nikt nie zadbał o obcięcie lian zagradzających wejście.
Zatarty zamek nie od razu ustąpił. Ethel musiała próbować kilka razy, zanim udało jej się odsunąć rygiel. Klucz obrócił się z zardzewiałym zgrzytem i dziewczęta wydały nerwowy okrzyk.
- Uważaj, chyba jakaś kobieta nas obserwuje!
Ksenia wskazała drugą stronę ulicy samymi oczami, nie odwracając głowy.
- Nieważne, to tylko dozorczyni.
Wślizgnęły się szybko i Ethel zamknęła bramę na klucz, jakby ktoś zamierzał za nimi wtargnąć do środka.
- Chodź, zaraz ci pokażę nasz sekret.
Trzymała Ksenię za rękę. Ręka Kseni była mała i delikatna jak ręka dziecka; Ethel wzruszył jej dotyk, niczym obietnica przyjaźni, której nic nigdy nie zakłóci. Później przypomniała sobie tę pierwszą chwilę, pośpieszne bicie serca. Pomyślała: "Nareszcie znalazłam przyjaciółkę".
Popołudnie w ogrodzie przy rue de l'Armorique trwało długo, bardzo długo. Rzuciły okiem na stertę płacht porośniętych jeżynami i usiadły w głębi ogrodu w altanie, gdzie pan Soliman kazał kiedyś ustawić ławkę, żeby mieć gdzie rozmyślać. W powietrzu czuło się wilgoć jesiennego popołudnia, ale blade słońce oświetlało kamienny mur w głębi ogrodu. Brunatna jaszczurka wyszła spomiędzy kamieni i utkwiła w dziewczętach małebłyszczące oczka podobne do metalowych guzików.
Ethel nigdy do nikogo tyle nie mówiła. Zupełnie jakby nagle się od czegoś uwolniła. Śmiała się, opowiadała historyjki, wspominała epizody tkwiące w niej od dzieciństwa. Opowiadała o planach, pomysłach, o balowym stroju. Wyjęła z kieszeni płaszcza rysunek wytwornej toalety: "Tutaj pasek z cekinami do niebieskiej sukienki, czarna satynowa spódnica, a na to fioletowa tunika i bluzka lamowana złotem, koronkowa narzutka albo, patrz, o tutaj, czarna satynowa bluzka z tiulem". Ksenia patrzyła na rysunek. "I co ty na to?" Nie dopuszczając koleżanki do głosu, Ethel ciągnęła: "Złote czółenka, nie, zbyt ekstrawaganckie, za bardzo rzucają się w oczy, prawda?" Cofała się, spoglądała na Ksenię, jakby już ją w tym wszystkim widziała. "Jesteś taka śliczna, bardzo bym chciała, żebyś to mogła włożyć, ja bym rysowała modele sukienek, a ty byś je nosiła".
Wyobrażała sobie Ksenię w niebieskiej fosforyzującej sukni, z długimi złotymi włosami opadającymi na nagie ramiona, jej małe delikatne ręce w czarnych rękawiczkach do łokcia, stopy w sandałach, w sandałkach z plecionej skóry, w lakierowanych pantofelkach, jakie noszą małe dziewczynki. Śmiały się, wstawały, spacerowały po dywanie z opadłych liści, jakby to był wielki, czerwony dywan jakiegoś modnego hotelu. Zapominały o wszystkim, o trudach codziennego życia Kseni, o ubóstwie jej i siostry, o ich życiu żebraczek. W przypadku Ethel - o kłótniach rodziców, o pogłoskach, że jej ojciec ma romans z Maude, o panu Solimanie leżącym na łóżku i ubranym tak, jakby wybierał się w podróż. Ethel słyszała, jak służąca Ida opowiada matce, że kazał codziennie rano tak się ubierać i sznurować sobie buty, bo wiedział, że umiera.
Zaczęły tam chodzić niemal codziennie po szkole. Żeby zostawać z Ksenią, Ethel musiała trochę kłamać. Mówiła, że idzie do przyjaciółki pomagać jej przy odrabianiu lekcji z francuskiego. Ksenia nigdy nie zapraszała jej do siebie. Właściwie Ethel nawet nie wiedziała, gdzie mieszka. Raz czy dwa doszły razem aż do rue Vaugirard i Ksenia rzuciła przed siebie: "O, tam mieszkam".
Ethel rozumiała, że nie chce pokazywać swojego ubóstwa, biedy, w jakiej żyje. Któregoś dnia Ksenia wspomniała o swoim mieszkaniu i skrzywiła się lekko, z ironią: "Wiesz, to taka klitka, taka ciasna, że co dzień rano zwijamy materace, żeby móc przejść".
Ethel wstydziła się swojego bogactwa, wielkiego apartamentu na parterze, własnego pokoju z oszklonymi drzwiami wychodzącymi na ogród pełen kwiatów. Zazdrościła Kseni jej trudnej sytuacji, siostry, z którą musi spać, ciasnego mieszkanka, hałasu głosów, a nawet niepokoju o to, co przyniesie jutro. Wyobrażała sobie życie pełne przygód, kłopotów finansowych, rozpaczliwe szukanie sposobów przetrwania. Popołudnia spędzane w ogrodzie przy rue de l'Armorique były jak dar z nieba. Siadywały na zmurszałej ławce, pogrążone w rozmowie, nie czując zimna. Podczas mżawki otwierały parasolki i przytulały się do siebie. Nieraz, kiedy Ksenia szła prosto z domu, przynosiła herbatę w butelce zawiniętej w wełnianą ściereczkę i dwie srebrne czarki, pozostałość po dawnej świetności rodu Szawirowów. Ethel małymi łyczkami piła gorącą herbatę, trochę cierpką, podniecającą. Dużo się śmiały, śmiały się jak szalone. Pewnego dnia z kolei Ethel przyniosła czajniczek do herbaty, w chińskim kuferku piknikowym, który ciotka Willelmine przywiozła z Mauritiusa i jej podarowała. Ksenia doceniła czerwoną pikowaną wykładzinę, chiński czajniczek i urocze czarki, ale herbata waniliowa była dla niej za słaba, skrzywiła się. "Nie smakuje ci?" spytała Ethel ze ściśniętym sercem. Ksenia cichutko się roześmiała. "To nic, tylko ta herbata jakaś dziwna. Jeśli pozwolisz, przyniosę swoją, tak jak zwykle". Ethel zapomniała o przykrości. To "jak zwykle" było niczym plaster miodu, bo znaczyło, że wszystko jest jak dawniej. Z wdzięczności łzy napłynęły jej do oczu i odwróciła się, żeby Ksenia nie zauważyła.
Od czasu do czasu Ksenia uchylała rąbka tajemnicy. Ethel o nic nie pytała. Wiedziała, że Ksenia powie tyle, ile zechce, że nie chodzi o zwierzenia, tylko o swego rodzaju dar mający umocnić ich przyjaźń. Rodzaj paktu. Opowiadała o wielkim domu Szawirowów w Petersburgu. O balach, jakie tam wydawano, spraszając wszystkich z okolicy, szlachtę, dzierżawców, żołnierzy, rzemieślników i artystów. Mówiła z takim żarem, jakby w tym uczestniczyła, a przecież to wszystko działo się, zanim się urodziła, przed rewolucją, wkrótce po ślubie rodziców. Byli idealistami, z ufnością oczekiwali nowych czasów. Myśleli, że żyć będą zawsze. Ksenia przyniosła ich zdjęcie, pożółkłe już i poplamione, jakby czas postanowił zatrzeć tamtą epokę. Na zdjęciu Ethel zobaczyła młodego mężczyznę z długimi włosami i romantyczną brodą, o bardzo ciemnych włosach, ubranego w wytworny garnitur. Obok niego matkę Kseni, ładną blondynkę z włosami zebranymi w ciężki węzeł, w długiej marszczonej białej sukni i kaftanie haftowanym jak u chłopki. "Ma na imię Martyna" - powiedziała Ksenia. "Jest ubrana w strój wileńskich dziewcząt, jest Litwinką". Za młodożeńcami widać było dekoracje zakładu fotograficznego, grecką świątynię, wiszące ogrody. Panował nastrój wiecznego lata.
Ksenia miewała chwile słabości. Zwykle opanowana, z nieruchomą twarzą i sztucznym uśmiechem, bacznie czuwająca nad tym, żeby nic jej się nie wymknęło, nagle skłaniała głowę na ramię Ethel, jej głos stawał się stłumiony, schrypnięty, akcent się rozmazywał. "Tak ciężko jest żyć..." Jej czoło między brwiami przecinała pionowa zmarszczka, szarobłękitne oczy zachodziły mgłą. Mówiła z dziwnym patosem: "Nieraz życie jest tak strasznie trudne..." Ethel ściskała ją za rękę, obejmowała. Wiedziała, że nie powinna nic mówić. Jej własne życie, coraz głębsza przepaść dzieląca ojca i matkę, kłótnie o pieniądze, niewyraźna, ale wyczuwalna groźba nieuniknionej katastrofy, wszystko to było niczym w porównaniu z tym, co przeżyła Ksenia - tragiczna śmierć ojca, ucieczka z matką i siostrą przez Niemcy i wreszcie przyjazd do tego wielkiego francuskiego miasta, ponurego i zimnego, gdzie musiały cudem utrzymywać się przy życiu. Czy Ethel kochałaby Ksenię tak samo, gdyby nie było tej tajemnicy, w niej, w jej dzieciństwie, w każdej chwili jej obecnego życia? Dostrzegała tę słabość, wyrzucała ją sobie, ale nie mogła się oprzeć. Czyżby miłość czerpała soki z podobnych urojeń, czy jest to uczucie tak nieczyste? Nieraz miała wrażenie, że jest zabawką, igraszką własnych złudzeń, zabawką w rękach tej dziewczyny, która mieniła się to smutkiem, to kpiną, to cynizmem, to naiwnością.
Pomału stawało się jasne, że Kseni sprawia przyjemność władza, jaką ma nad Ethel, prowadzona z nią gra. Pewnego popołudnia, kiedy pozwoliła sobie na zwierzenia i ze łzami w oczach wspomniała przyjaciółce o swojej matce, pracującej w zakładzie krawieckim, o swej siostrze Marynie, ogarniętej destrukcyjnym szałem i obsesją samobójstwa, po lekcjach, jakby żałując swojej słabości, stała się nagle lodowato obojętna, zaczęła jej unikać i wyszła ze szkoły, trzymając pod rękę jedną z koleżanek. Ethel skamieniała, serce jej się ścisnęło, nie rozumiała, co takiego powiedziała czy zrobiła, żeby zasłużyć na podobne traktowanie.
Po powrocie do domu zamknęła się w swoim pokoju, nie chciała nic jeść. "Co jej się stało?" - spytała matka. Alexandre odparł z domyślną miną: "Twoja córka się zakochała, ot co". Ethel usłyszała to przez drzwi i zupełnie się załamała. Chciała krzyczeć: "Wy nic nie wiecie, nic nie rozumiecie!" Później, w miarę upływu czasu, zrozumiała, co ją tak strasznie dręczyło. Po prostu zazdrość. Ksenia wszczepiła w nią tę truciznę. Rozgniewało ją to, była na siebie wściekła. To na tym polega zazdrość! Jakie to pospolite uczucie. To ono niszczy jej matkę, dławi ją, z powodu tej śpiewaczki Maude, uczucie godne pierwszej lepszej oszukanej, naiwnej ofiary! Kręciło jej się w głowie, dostawała mdłości. A potem pewnego dnia, nie wiadomo dlaczego, Ksenia znowu czekała na nią przy wyjściu ze szkoły, piękna jak anioł, z oczami koloru morza, włosami koloru miodu, zebranymi w skromny koczek czarną atłasową wstążką, w nowej sukience z paskiem nabijanym cekinami. Serdecznie uścisnęła Ethel: "Widzisz? Mama uszyła mi suknię wedle twojego rysunku!" Ethel stała ogłupiała i oszołomiona, czując, jak fala ciepła ogarnia jej ciało. Cofnęła się nieco, żeby lepiej obejrzeć sukienkę Kseni. "Widzę, ślicznie ci w niej". Nic więcej nie potrafiła powiedzieć.
A potem nieoczekiwanie zostały najlepszymi przyjaciółkami na świecie. Prawie się nie rozstawały, zawsze były razem. Kiedy rano Ethel zrywała się z łóżka, czuła, jak serce jej rośnie na samą myśl, że zaraz zobaczy Ksenię. Wszystko inne przestało istnieć. Ciotki narzekały: "Wcale nas nie odwiedzasz, chyba się nie obraziłaś?" Szła do nich na chwilkę w sobotę po południu, po religii, przed lekcją gry na pianinie. Wpadała jak wicher do dawnego mieszkania pana Solimana, obecnie zajmowanego przez ciotkę Willelmine, całowała starszą panią, chrupała biszkopty, wypijała pośpiesznie herbatę waniliową, a potem wypadała, skacząc po cztery stopnie naraz, żeby nie czekać na windę. Opuszczała lekcje gry na pianinie i szła spotkać się z Ksenią na boulevard des Italiens. Spacerowały, gapiąc się na wystawy. Ksenia wyglądała poważnie jak na swój wiek, była dumna, że wzbudza zainteresowanie mężczyzn, podczas gdy Ethel uważała, że to śmieszne. "Widziałaś tego tam, widziałaś, jak na ciebie patrzył, stary świntuch!" Nagle wpadała w złość: "Co za okropny facet, chyba mu powiem kilka słów! Najpierw się na ciebie gapił, a teraz lezie za nami, jak mały piesek! Jakby nie miał nic lepszego do roboty!" Ksenia uśmiechała się lekko, z satysfakcją, nie reagowała. Mówiła o tych sprawach z pobłażaniem, dawała do zrozumienia, że wiele wie o mężczyznach, wie, ile są warci i do czego są zdolni. Pewnego dnia powiedziała nawet Ethel: "Tak naprawdę to ty jesteś bardzo naiwna". Ethel poczuła się boleśnie dotknięta, chciała odpowiedzieć, ale nie wiedziała co. To nieprawda, nie jestem naiwna, pomyślała. Mogła wspomnieć o stosunkach między rodzicami, o ich kłótniach, o Maude, o miejscu, jakie ta kobieta zajmowała w jej rodzinie, o klęsce, która nadciągnęła. Lecz wszystko to było bez znaczenia w porównaniu z tragicznym losem Szawirowów, nigdy by się nie ośmieliła porównać z Ksenią.
Zbyt jej zależało na tej przyjaźni. To był cud. Wszystkie dziewczęta w szkole na pewno jej zazdrościły. Uroda Kseni, otaczająca ją tajemnica, imię, które wymawiała z delikatnym przydechem, nazwisko przywodzące na myśl katastrofę morską, która pochłonęła przeszłość jej rodziny. Dla Kseni, żeby jej się przypodobać, Ethel odmieniła swój charakter. Z natury pesymistyczna i zamknięta w sobie, zmieniała się na widok Kseni. Stawała się wesoła, zabawna, beztroska. Udawała naiwną, bo tę cechę przypisywała jej przyjaciółka. Miała zwyczaj zapisywać w notesie myśli, historie, rzeczy zasłyszane w domu albo na ulicy. Mówiła o nich Kseni, pytała ją o zdanie. Na ogół Ksenia wcale nie słuchała. Patrzyła na Ethel nieobecnym wzrokiem. Albo po prostu przerywała: "Zbytnio komplikujesz życie". I dorzucała z drwiącym uśmieszkiem, który sprawiał ból - ale tego zwłaszcza nie wolno było okazać: "Wiesz, Ethel, prawdziwe życie i tak jest już wystarczająco trudne, nie ma co sobie jeszcze dokładać". Ethel pochylała głowę i przytakiwała przyjaciółce. "Masz rację, ty od razu wszystko widzisz we właściwym świetle. Dlatego właśnie jestem twoją przyjaciółką".
Robiła tak od pewnego czasu. Żeby się upewnić, umocnić, Ethel bardzo często wypowiadała teraz to słowo. Mimo że dawno usunęła je ze swojego słownika, tak jakby tylko pan Soliman miał prawo do takich uczuć, jak przyjaźń, miłość, serdeczność. Pewnego dnia ośmieliła się jednak. Po długim dniu wspólnej wędrówki po ulicach, a potem allée des Cygnes na Sekwanie, w wiosenny wieczór, kiedy powietrze jest lekkie i łagodne. Ukradkiem spoglądając na profil Kseni, jej wysokie czoło, mały nos o delikatnych skrzydełkach, jasny puszek na karku pod zebranymi włosami, usta o ślicznie zarysowanych i bardzo czerwonych wargach, rzęsy rzucające cień na policzki, poczuła nagły przypływ miłości, niepowstrzymany i słodki dreszcz i powiedziała szybko, bez zastanowienia: "Wiesz, Kseniu, nigdy nie miałam takiej przyjaciółki jak ty". Ksenia przez kilka długich sekund milczała, może wcale nie dosłyszała. Potem zwróciła się ku Ethel, a jej szarobłękitne tęczówki przypominały barwę bardzo dalekiego północnego morza. Powiedziała: "Ja również, kochanie". Szybko pokryła drwiną nieco komiczny patos tego wyznania: "Nie wiem, czy zauważyłaś, ale jesteśmy dokładnie w miejscu, gdzie zakochani składają sobie swoje wiekopomne przysięgi!" I zaraz zaczęła mówić o krawcowej, u której pracuje jej matka, wysokiej kobiecie trochę podobnej do mężczyzny, o nazwisku zakończonym na -is - Ethel pomyślała, że to może Greczynka, Karvelis, ale w rzeczywistości krawcowa była Litwinką - i jej powszechnie znanych obyczajach. "Rozumiesz, co mam na myśli, prawda?" - dorzuciła Ksenia. "Nie, przecież ty się nie znasz na tych sprawach, mam na myśli taką kobietę, co nie lubi zbytnio mężczyzn, taką, co to się prowadza z kobietami".
Lekko gestykulowała i Ethel spostrzegła, jak bardzo ręce Kseni są wypielęgnowane, ręce lalki o długich delikatnych palcach i różowych paznokciach wypolerowanych irchą. Dlaczego mówiła tak o pani Karvelis? Pewnego dnia krawcowa weszła do kabiny, gdzie Ksenia rozbierała się po przymiarce sukni, musnęła jej ramię i szepnęła: "Jeśli chcesz, możemy być barrrrdzo dobrrrymi (Ksenia obniżyła głos, wymawiała r na sposób rosyjski) przyjaciółkami!"
Pani Karvelis stała się ulubionym tematem ich żartów. Z wyglądu delikatna arystokratyczna panienka, Ksenia miała dużo zdrowego rozsądku, była nawet na swój sposób rubaszna, co na pewno szokowałoby Justine i Alexandre'a, ale Ethel wydawało się niesłychanie zabawne. Nic nie uchodziło jej uwagi. Ani ukradkowe spojrzenia pana Borna, wychowawcy, ani miłosne zabiegi panny Jeanson, nauczycielki francuskiego. Pewnego dnia, kiedy ta wyszła na szkolny dziedziniec, spowita w długi jedwabny szal koloru cynamonowego brązu, Ksenia szturchnęła Ethel w bok: "Widziałaś, jak ten szal spływa jej spod żakietu wprost na pośladki!" Nigdy nie śmiała się głośno, parskała tylko ironicznym śmiechem, a Ethel zachwycała się komentarzami przyjaciółki. "Przy chodzeniu, przypatrz się dobrze, robi się taki ogon, który się ciągnie za jej tłustym tyłkiem!"
Ethel często odwiedzała Ksenię w zakładzie krawieckim, gdzie pracowała hrabina Szawirow. Znajdował się na drugim końcu Paryża, przy rue Geoffroy-Marie, niedaleko La Fayette, na drugim piętrze dużej kamienicy, cała wyprawa. Kiedyś, na samym początku, kiedy przyszła, zastała rodzinę Szawirowów w komplecie, mama siedziała pochylona nad fastrygą, córki kręciły się przed lustrem, przebrane za księżniczki. W pracowni panował półmrok i straszny rozgardiasz, na podłodze piętrzyły się kartony i kupony materiałów. Pani Karvelis szyła przy stole, na pierwszy rzut oka można ją było wziąć za pracownicę hrabiny. Ksenia potrzebowała widzów i na widok Ethel rozhulała się. W żywe oczy kpiła z pani Karvelis, ciągnęła ją za rękę, tańczyła wokół niej, szeleszcząc długą suknią druhny, z białej organdyny. Maryna wirowała również, nieco mniej swobodnie, jakby tańczyła przed lustrem, długi apartament rozbrzmiewał echem śmiechów i klaskania. Ethel patrzyła na ten spektakl zafascynowana. Było w nim coś śmiesznego i tragicznego zarazem, tak jakby dziewczęta poddawały się fali szaleństwa, ufając, że uniesie je daleko od rozpaczliwie smutnej rzeczywistości. Pani Szawirow nie poruszyła się. Przestała szyć i patrzyła na całą scenę z poszarzałą, nieruchomą twarzą bez wyrazu. W pewnej chwili Ksenia podbiegła do Ethel i pociągnęła ją w wir tańca, ciało miała mocno wygięte, ręce Ethel, niczym tancerza, położyła na swojej wysmukłej talii, objęła ją, prawą dłoń położyła na jej ramieniu. Ethel poczuła jędrne ciało, gurt gorsetu i lekki zapach włosów, mieszaninę siarki i wody kolońskiej, podniecającą i mdłą. Na zakończenie tańca Ksenia pocałowała Ethel w policzek. Nie lekkim muśnięciem warg - wycisnęła na jej policzku gorącego, niemal brutalnego całusa. Czując jej wargi tuż przy swoich ustach, Ethel zadrżała. Wszystko to była gra, prowokacja. Nie puszczając dłoni Ethel, Ksenia skłoniła się przed panią Karvelis i swoim lekko schrypniętym, nagle nieco prostackim głosem powiedziała: "Chciałam coś zakomunikować!" A ponieważ Maryna i hrabina nie zwróciły na nią uwagi, powtórzyła głośniej: "Uwaga! Drogie panie, chciałam coś zakomunikować... Ethel i ja postanowiłyśmy się zaręczyć!" Było to niesłychanie zabawne, Ethel nieco sztywna w swojej ciemnej spódniczce i bluzeczce, z brązowymi włosami zebranymi do tyłu, w płaskich bucikach i zjawiskowa Ksenia w białym obłoku falban, w złotych pantofelkach, prawdziwa panna młoda. Później, już na ulicy, kiedy szły Rivoli w stronę mostu Carrousel, Ksenia wprowadziła Ethel w tajniki życia: "Ja nie mam żadnych problemów z Safoną, żądam tylko jednego, żeby nie miała na mnie ochoty, rozumiesz?" Ethel siłą opanowała zdumienie. "Oczywiście, że rozumiem". Odsłonił się przed nią nagle ukryty dotychczas świat, powód lekkiego zażenowania, jakie ją ogarniało, kiedy zostawała sam na sam z panną Decoux w jej pracowni rzeźbiarskiej, przesyconej zapachem tytoniu i potu. Otyła kobieta o małych czarnych oczkach jak oliwki, zawsze tak samo bezpośrednia, brała ją za rękę i obejmowała mocno, jak mężczyzna. Zawahała się, czy ma o tym mówić. "Jest taka artystka, mój dziadek wynajmuje jej obok atelier, ona pali cygara..." Ksenia słuchała jednym uchem. "To, że pali, to nic nie znaczy. Czy ona żyje z kobietą?" Ethel musiała przyznać, że nie wie. "Ma dużo kotów, rzeźbi zwierzęta, ona..." "W takim razie to po prostu wariatka" - ucięła Ksenia. Nigdy więcej o tym nie rozmawiały.
Żeby się jej przypodobać, Ethel kupiła sobie podręcznik do nauki rosyjskiego. Uczyła się wieczorami, w łóżku. Powtarzała ja liubliu i inne lekcje, jedna za drugą bez ładu i składu, przyswajając sobie tylko to, co chciała, odmianę czasownika kochać. Któregoś dnia, w zakładzie przy rue Geoffroy-Marie zaryzykowała i zwróciła się do pani Szawirow: Kak pażywajetie? Hrabina była zachwycona, a Ksenia natychmiast zadrwiła: "Tak, Ethel świetnie mówi po rosyjsku, umie powiedzieć kak pażywajetie i ja znaju gawarit pa ruski, a także gdie toiliet?" Ethel oblała się rumieńcem, nie wiedziała czy ze wstydu, czy z gniewu. Ksenia znakomicie umiała posługiwać się obelgą i pieszczotą na przemian, nauczyła się tego w dzieciństwie, żeby przetrwać. W jakiś czas później, podczas wędrówek po ulicach Paryża i Ogrodzie Luksemburskim, udzieliła Ethel prywatnej lekcji, lekcji bardzo prywatnej, bo była w niej mowa tylko o miłości, ciąg zdań bez praktycznego zastosowania. Kazała powtarzać: ja dumaju, szto ana jewo liubit, myślę, że ona go kocha, ja znaju, szto on jejo liubit, wiem, że on ją kocha, a potem liubow, wliublionnyj, wliublionna, wymawiała te słowa, z namaszczeniem przeciągając ostatnią sylabę, i daragaja, maja daragaja padruga. Przymykała oczy, mówiła: haraszo, mnie haraszo... Odwracała się ku Ethel: ty dawolnaja? Jesteś zadowolona?
W lipcu allée des Cygnes stawała się miejscem ustronnym, zagubionym pośród Sekwany. Tam Ksenia wyznaczała teraz spotkania. Nigdy nie mówiła, jak inne koleżanki: "No to do jutra, o zwykłej porze..." Odwracała się na pięcie i odchodziła szybko wielkimi krokami, wtapiając się w tłum na rue de Rennes i boulevard Montparnasse. Ethel wychodziła wcześnie z zaaferowaną miną. "Dokąd idziesz?", pytała Justine. Odpowiadała ogólnikowo: "Na zakupy z przyjaciółką". Nie siliła się na wielkie kłamstwa, nie tłumaczyła lekcjami pianina ani próbami chóru.
Schodziła na wyspę schodami od strony naziemnego metra. Rano długa aleja była pusta, cień jesionów chłodny i świeży. Nieraz z daleka dostrzegała na końcu alei jakąś sylwetkę. Samotni mężczyźni wzbudzali niepokój. Szła zdecydowanym krokiem w ich stronę, jakby nie czuła strachu. Ksenia ją tego nauczyła: "Kiedy tak maszerujesz prosto przed siebie, to oni zaczynają się bać. Nigdy nie zwalniaj kroku i nie patrz w ich kierunku. Wzrok masz wbity w jakiś wymyślony punkt, wyobrażasz sobie, że ktoś na ciebie czeka". Chyba skutkowało, bo nikt jej nigdy nie zaczepił.
Ksenia zawsze czekała w tym samym miejscu. Nazywała drzewem słoniem wbity korzeniami w skarpę wielki jesion, którego konary wiły się nad poziomem wody, przypominając trąby i kły. Stały bez słowa, wpatrzone w zieloną rzekę i brunatne włosy wodorostów falujące z prądem. Potem siadały na ławce w cieniu platanów, patrząc na barki sunące w górę Sekwany w bruździe żółtej fali i łodzie zacumowane po drugiej stronie, wzdłuż nabrzeża. Rozmawiały o podróżach. Ksenia wybierała Kanadę, śniegi i lasy. Wyobrażała sobie wielką miłość, chłopca posiadającego rozległe tereny, stadniny. Bardzo kochała konie, takie, na jakich jeździło się w dawnych czasach w Rosji, w majątku jej ojca. Ethel mówiła o Mauritiusie, o posiadłości Alma, zupełnie jakby jeszcze istniała. Opowiadała o zbiorach owoców zako, o nasionach baobabu, kąpielach w zimnych strumieniach w środku lasu. Mówiła tak, jakby to były jej własne wspomnienia, a nie okruchy zasłyszane z ust ciotki Milou i ciotki Pauline, echa głosu Alexandre'a, kiedy mówił po kreolsku. Ksenia jej nie słuchała. Nieraz bezceremonialnie przerywała. Wskazywała na miasto kłębiące się po drugiej stronie rzeki, łuk mostu, po którym sunęły wagony, sylwetkę wieży Eiffla, domy. "Dla mnie istnieje tylko to. Wspomnienia zanadto bolą. Chcę coś zmienić w swoim życiu, nie chcę żyć jak żebraczka".
Jeszcze nie wspominała o zaręczynach ani o małżeństwie. Ale na jej twarzy malowała się stanowczość. Nie ulegało wątpliwości, że już sobie wszystko zaplanowała, że wiedziała, jak przeżyje swoje życie. I nikomu nie pozwoli odebrać sobie szansy.
Znam głód, czułem go. Jako dziecko, pod koniec wojny, razem z innymi uganiam się za amerykańskimi ciężarówkami, wyciągając ręce, żeby złapać w biegu listek gumy do żucia, czekoladę albo chleb rzucane przez żołnierzy. W dzieciństwie tak bardzo potrzebuję tłuszczu, że wypijam oliwę z pudełek po sardynkach i łakomie oblizuję łyżkę z tranem, który babka daje mi na wzmocnienie. Tak jestem złakniony soli, że garściami wyjadam szare kryształki ze słoja w kuchni.
Jako dziecko po raz pierwszy skosztowałem białego chleba. Nie bochenek z piekarni - ten, bardziej bury niż razowy, skąpo zaprawiony mąką i hojnie trocinami, o mało mnie nie zabił, kiedy miałem trzy lata. Chleb kwadratowy, wypieczony w formie, z przesianej mąki, lekki, pachnący, o miękiszu tak białym jak papier, na którym piszę. A kiedy to piszę, ślina napływa mi do ust, jakby czas nie minął, jakby związek z wczesnym dzieciństwem przetrwał w nienaruszonym stanie. Wpycham do ust kawałki puszystego, rozpuszczającego się w ustach chleba i ledwo przełknę, proszę o jeszcze, i gdyby babka nie zamknęła go na klucz w szafie, zjadłbym go w całości i rozchorował się. Nic nigdy tak mnie nie zaspokoiło, nic dotąd nie uciszyło tak mojego głodu, nic tak całkowicie mnie nie nasyciło.
Jem amerykański spam. Potem długo przechowuję metalowe puszki otwierane kluczykiem, robię z nich okręty wojenne, które starannie maluję na szaro. Zawarta w nich różowa mielonka, obrębiona żelatyną, o lekko mydlanym smaku, napełnia mnie szczęściem. Pachnąca świeżym mięsem mielonka pozostawia na moim języku delikatną warstwę tłuszczu, wyściela głęboko gardło. Później, dla innych, dla tych, co nie zaznali głodu, mielonka ta stanie się synonimem czegoś obrzydliwego, pokarmem biedaków. Odnalazłem ją dwadzieścia pięć lat później w Meksyku, w Belize, w sklepikach Chetumalu, Felipe Carrillo Puerto, Orange Walk. Nazywają to tam carne del diablo, mięso diabła. Ten sam spam w niebieskim pudełku z obrazkiem pokrojonej mielonki na liściu sałaty.
Mleko carnation też. Rozdawane w ośrodkach Czerwonego Krzyża duże pudła w kształcie walca, ozdobione karminowym goździkiem. Długo oznaczać będzie dla mnie błogość, błogość i bogactwo. Nabieram pełne łyżki białego proszku i wylizuję je, niemal się dusząc. To też rodzaj szczęścia. Żaden krem, żadne ciastko, żaden deser nie dostarczą mi potem tyle szczęścia. Jest ciepłe, zwarte, lekko słone, syczy na zębach i dziąsłach, lepką cieczą spływa do gardła.
Ten głód jest we mnie. Nie mogę go zapomnieć. Zapala ostre światło nad moim dzieciństwem i nie pozwala go zapomnieć. Bez niego nie zachowałbym w pamięci tamtego czasu, tamtych długich lat, kiedy brakowało wszystkiego. Szczęśliwy nic nie pamięta. Czyżbym był nieszczęśliwy? Nie wiem. Pamiętam po prostu, że pewnego dnia obudziłem się z poczuciem, że wreszcie zaznałem cudu nasycenia. Ten chleb, zbyt biały, zbyt miękki i zbyt ładnie pachnący, rybi olej, który spływa mi do gardła, grube kryształy soli, pełne łyżki mleka w proszku, lepką masą kładące się na języku i wypełniające mi usta, wtedy zaczynam żyć. Opuszczam szare lata i wchodzę w światło. Jestem wolny. Istnieję.
W historii, którą opowiem, będzie mowa o innym głodzie.