Gdyby zacność pastora Böhme posiadała trzy zwykłe
geometryczne wymiary i ciężar odpowiedni wielkości, wielebny ten
mąż apostolskie i cywilne podróże odbywaćby musiał towarowym
pociągiem. Ale ponieważ zacność jest przymiotem substancji duchowej
i posiada tylko jeden wymiar: czwarty, który dużo miejsca zajmuje w
głowach matematyków, lecz w świecie rzeczywistym nic nie znaczy,
więc pastor Böhme bez trudności mógł podróżować bryczuszką,
zaprzężoną w jednego konia.
Spasiony i czysto utrzymany koń, po gładkiej szosie fabrycznej,
biegł wolnego truchta i zdawał się być więcej zajęty odpędzaniem
much, aniżeli cnotami szczupłej osoby duchownego pasterza. Gruby
chomąt, hołoble, letnia spiekota i drożny pył wydatniejsze
zajmowały stanowisko w wyobraźni zwierzęcia, aniżeli wielebny
Böhme, jego dwa małe faworyciki, jego panamski kapelusz, jego
perkalowy kitel w białe i różowe paski, a nawet lakierowany bicz,
zatknięty z prawej strony siedzenia. Pastor tylko przez obawę
śmieszności nie zostawiał bata w domu, ale go też w drodze nie
używał. Coprawda, nie miał go czem używać. Jedną bowiem ręką
trzymał lejce, ażeby mu się koń nie potknął, a drugą zlewał
życzliwe i mało skuteczne błogosławieństwa na wszystkich
przejezdnych i przechodniów, którzy, bez względu na wyznanie,
uchylali przed "poczciwym Szwabem" głowy i czapki. Obecnie (jest to dzień czerwcowy, godzina piąta po południu)
wielebny miał do spełnienia mniejszą misją religijną, polegającą na
tem, ażeby naprzód - zmartwić bliźniego, a następnie - pocieszyć
go, gdy już będzie strapiony. Jechał do swego przyjaciela Gotlieba
Adlera, żeby mu donieść, że jego jedyny syn, Ferdynand Adler,
narobił długów zagranicą. Doniósłszy zaś o tem ojcu, miał go
później uspakajać i - wyjednać przebaczenie dla lekkomyślnego
młodzieńca. Gotlieb Adler był właścicielem fabryki bawełnianych tkanin. Szosa,
nie wysadzona wprawdzie drzewami, ale starannie utrzymana, łączy
fabrykę ze stacją kolei żelaznej. To, co z szosy widać na lewo, za
gajem drzew, to nie jest jeszcze fabryka, ale miasteczko. Fabryka
leży na prawo od szosy. Z pomiędzy klonów, lip i topoli wyglądają
czarne i czerwone dachy kilkudziesięciu robotniczych domków, a za
niemi - gmach czteropiętrowy, zbudowany w podkowę i otoczony innemi
gmachami. To właśnie fabryka. W długich szeregach okien przeziera
się słońce i oblewa je plamami złota. Wysoki, ciemno-wiśniowy komin
wyziewa czarne kłęby gęstego dymu. Gdyby wiatr powiał z tamtej
strony, pastor usłyszałby huk machin parowych i chaotyczny szmer
tkackich warsztatów. Ale wiatr wieje z innej strony, i dlatego
słychać tylko świst odległej lokomotywy, turkot bryczki Böhma,
parskanie jego konia i śpiew ptaszka - może przepiórki, nurzającej
się w zielonem zbożu. Tuż przy fabryce widać większe, niż gdzie indziej skupienie drzew.
Jest to ogród Adlera, z którego gdzie niegdzie przeglądają białemi
płatami - ściany wykwintnego pałacyku i budynków gospodarskich. Ciągłe zwracanie uwagi na tłustego konia, ażeby się nie potknął,
znużyło wreszcie pastora. Ufając miłosierdziu Tego, który wydobył
Daniela ze lwiej jamy, a Jonasza z wielorybiej paszczy, wielebny
przywiązał lejce do poręczy kozła i złożył ręce jak do modlitwy.
Böhme lubił marzyć, ale marzył tylko wówczas, gdy mógł puścić w
młynka dwa wielkie palce u rąk, co zrobił obecnie. Taki młynek
otwierał mu czarodziejskie wrota krainy wspomnień. I otóż przypomniało mu się (zapewne czterdziesty raz w tym roku i
w tym punkcie szosy), że fabryka Adlera i jej otoczenie bardzo
przypominają inną fabrykę, gdzieś aż na brandenburskiej równinie
stojącą, w której on, pastor Marcin Böhme, i jego przyjaciel,
Gotlieb Adler, spędzili razem wiek dziecinny. Byli oni synami
średnio zamożnych majstrów tkackich, urodzili się w jednym roku i
chodzili do tej samej elementarnej szkoły. Potem rozeszli się na
całe ćwierć wieku, w ciągu której Böhme skończył wydział
teologiczny w Tybindze, a Adler zebrał kilkadziesiąt tysięcy
talarów. Potem znowu zeszli się, zdaleka od ojczyzny, na ziemi polskiej,
gdzie Böhme został pasterzem protestanckiej parafji, Adler zaś
założył małą fabrykę tkacką. Od tej pory, przez drugie ćwierć wieku, nie rozłączyli się i
odwiedzali wzajemnie po kilka razy na tydzień. Przez ten czas mała
fabryka Adlera stała się ogromną; obecnie zajmowała 600 robotników,
a właścicielowi przynosiła po kilkadziesiąt tysięcy rubli czystego
zysku na rok. Ale Böhme został tem, czem był: niebogatym pastorem.
Tylko, ponieważ skarby duszy ludzkiej zawsze procentować muszą,
więc i pastor miał dochody, wynoszące rocznie kilkadziesiąt tysięcy
- błogosławieństw. Były jeszcze między dwoma przyjaciółmi i inne różnice. Pastor miał syna, który kończył obecnie technikę ryską i marzył o
zapewnieniu sobie, obojgu rodzicom i siostrze - chleba na dalszy
bieg życia; Adler zaś miał syna jedynaka, który nie ukończył
gimnazjum, podróżował zagranicą i marzył o jak najobfitszem
korzystaniu z ojcowskiej kasy. Pastor frasował się tem: czy jego
18-letnia Anneta dobrze wyjdzie zamąż? Adler frasował się tem: co
ostatecznie będzie z jego syna? Pastor był wogóle zadowolony ze
swej majątkowej mierności i kilkudziesięciu tysięcy błogosławieństw
rocznie; Adlerowi nie wystarczało kilkadziesiąt tysięcy rubli na
rok, a fundusz, złożony w banku, zbyt powolnie zbliżał się do
upragnionej liczby: miljona rubli. Ale Böhme już o tylu szczegółach nie myślał. On był kontent, że
widzi dokoła siebie zielone zboże, nad sobą niebiosa, obrzucone
białemi i siwemi obłokami, i że ogólny wygląd fabryki Adlera
przypomina mu miejscowość z dziecinnych lat. Takie same piętrowe
domy, ustawione we dwa szeregi, takie drzewa, taki zakład
fabryczny, zbudowany w podkowę, pałacyk właściciela, sadzawka w
ogrodzie... Szkoda, że niema tu ochrony dla małych dzieci, szkoły dla
większych, domu dla starców, szpitala.. Szkoda, że Adler nie
pomyślał o tych budynkach, chociaż swoją fabrykę ukształtował na
wzór brandenburskiej. A należałoby przynajmniej zbudować szkołę.
Boć gdyby nie istniała szkoła tam... ani on nie byłby pastorem, ani
Adler miljonerem! Wózek zbliżył się do fabryki tak, że hałas jej obudził zadumanego
pastora. Gromada dzieci brudnych i w podarte sukienki albo koszule
odzianych, bawiła się obok gościńca. Za murem, otaczającym fabrykę,
widać było kilka wozów, na których ustawiano paki tkanin. Na lewo w
całym wdzięku ukazał się pałacyk Adlera, zbudowany w stylu włoskim.
Jeszcze kilkanaście kroków, i otóż wychyla się z pomiędzy drzew
stojąca nad sadzawką altana, kędy fabrykant i jego przyjaciel piją
zwykle reńskie wino, gawędząc o dawnych czasach, albo o
wiadomościach bieżących. Gdzie niegdzie, z otwartych okien mieszkań robotniczych, zwieszają
się szmaty świeżo upranej bielizny. Prawie cała ludność tych
mieszkań jest obecnie przy warsztatach, i ledwie kilka bladych
kobiet z zapadłemi piersiami wita pastora słowy: - Niech będzie pochwalony!... - Na wieki wieków!... - odpowiada szczupły staruszek, uchylając
swój wieloletni panamski kapelusz. W tej chwili bryczka skręciła na lewo, koń wesoło wyrzucił łbem i
już kłusem, nie kierowany, wbiegł na dziedziniec pałacyku. Wnet
ukazał się stajenny chłopiec, obtarł nos rękawem i pomógł wysiąść
wielebnemu. - Pan w domu? - spytał Böhme. - Na fabryce. Zaraz powiem, że jegomość przyjechał. Pastor wszedł na ganek, gdzie oczekujący lokaj zdjął z niego
podróżny kitel. Teraz cały świat mógł przekonać się, że duchowny ma
długi surdut, ale krótkie nogi, wobec których jego nos, ozdabiający
zwiędłe i pełne dobroci oblicze, wydaje się nieco za duży. Wielebny znowu ułożył ręce na piersiowym dołku i puścił w ruch dwa
palce. Przypomniał sobie, że przyjechał tu celem zranienia, a
następnie zagojenia ojcowskiego serca i z planem dobrze obmyślanym,
który, wedle prawideł retoryki, dzielił się na trzy części.
Pierwsza, przygotowawcza, miała obejmować rzut oka na niezbadane
wyroki Opatrzności, która przez ciernie żywota wiedzie istotę
ludzką do wiekuistego szczęścia. W drugiej miało być powiedziane,
że młody Ferdynand Adler nie może wrócić z zagranicy na łono ojca,
dopóki nie zostaną zaspokojeni jego wierzyciele na sumę taką a
taką. (Tu powinien nastąpić wybuch ojcowskiego gniewu i wyliczenie
przez starego Adlera wszystkich błędów, jakich się syn dopuścił). W
chwili przecież, gdy zagniewany fabrykant bawełnianych tkanin
zapragnąłby wyrodnego jedynaka wyprzeć się, wydziedziczyć i wykląć,
wyszłaby najaw trzecia część misji pastora, pojednawcza. Böhme
chciał przypomnieć historją marnotrawnego syna, zlekka nadmienić,
że przyjaciel źle wychował potomka, i że za ten grzech powinien bez
szemrania ofiarować Bogu, rozumie się na ręce wierzycieli
Ferdynanda, wymaganą przez nich sumę. Gdy Böhme przepowiadał sobie plan działania, na drodze, do
pałacyku wiodącej, ukazał się stary Adler. Był to człowiek
olbrzymiego wzrostu, nieco zgięty, niezgrabny, z wielkiemi nogami,
odziany w długi, popielaty surdut niemodnego kroju i takież
spodnie. Na jednostajnie czerwonej twarzy jego uwydatniał się duży,
okrągły nos i niemniejsze wargi, wywinięte jak u murzyna. Wąsów nie
nosił, tylko rzadkie jasno-blond faworyty. Gdy zdjął kapelusz, aby
obetrzeć pot z czoła, widać było wypukłe, jasno-niebieskie oczy bez
brwi i krótko ostrzyżone włosy, koloru lnianego. Miljoner szedł krokiem ciężkim, miarowym, chwiejąc się na
potężnych nogach, jak kawalerzysta. Gdy nie obcierał spoconej
twarzy, albo czerwonej szyi, zwieszone ręce z wielkiemi dłońmi i
krótkiemi palcami odstawały mu od tułowia, tworząc dwa zgięte łuki,
niby żebra przedpotopowego zwierzęcia. Szeroka pierś widocznie
wznosiła się i opadała, dysząc jak kowalski miech. Zdaleka witał
pastora flegmatycznemi ruchami głowy; otworzył przytem szeroko usta
i grubym głosem wołał: "ha! ha! ha!" - ale nie uśmiechnął się.
Wogóle trudno nawet zgadnąć, jakby wyglądał uśmiech na tej
mięsistej i apatycznej twarzy, na której wszechwładnie zdawały się
panować surowość i bezmyślność. Z tem wszystkiem ta grubo przez naturę wyciosana osoba nie była
wstrętną, ale raczej dziwną. Nie budził on obawy, tylko uczucie, że
mu się niepodobna oprzeć. Zdawało się, że w jego nieforemnych
rękach żelazne sztaby powinnyby giąć się z takiem smutnem
skrzypieniem, jak podłoga sal fabrycznych gięła się pod jego
stopami. Na pierwszy rzut oka widać było, że do serca tego taranu o
ludzkiej formie dopukać się niepodobna, ale że gdyby kto zranił mu
serce, cała machina runęłaby jak gmach, któremu nagle zabrakło
podstawy. - No! jak się ty masz, Marcinie! - zawołał Adler z najniższego
stopnia schodów, chwytając za rękę pastora, którą potrząsnął mocno
i niezgrabnie. - Prawda! - dodał - ty ale byłeś wczoraj w
Warszawie... Czy nie słyszałeś czego o moim chłopcu? Ten warjat tak
rzadko pisuje, że chyba tylko bank wie, gdzie on się obraca!... Gdy stanął na ganku, wątły Böhme wyglądał przy nim, jak - wedle
słów Biblji - szarańcza przy wielbłądzie. - No, ale gadaj co!... - powtórzył Adler, siadając na żelaznej
kanapce, która zatrzeszczała. Tubalny głos jego dziwnie
harmonizował z rytmicznym łoskotem fabryki, przypominającym odległe
grzmoty. - Czy mój Ferdynand nie pisał do banku? Böhme mimowolnie znalazł się w środku kwestji, z którą tu
przyjechał. Siadł na drugiej kanapce naprzeciw Adlera. Z
zastanawiającą przytomnością umysłu przypomniał sobie początek
pierwszej części mowy: o niezbadanych wyrokach... Pastor miał jedną wadę. Oto - nie umiał płynnie mówić bez
okularów, które zawsze w niewłaściwe miejsce chował. Czuł, że
wypada zacząć wstęp, ale jakże zacząć bez okularów?... Odchrząknął,
powstał z kanapy, zakręcił się wkoło... Niema okularów! Sięgnął ręką do lewej kieszeni spodni, potem do prawej... Okularów
ani śladu!... Czyby je zostawił w domu?... Gdzież znowu! miał je
przecie w rękach, siadając na bryczkę... Sięgnął do jednej tylnej
kieszeni surduta: niema... do drugiej - znowu niema! Biedny pastor
całkiem zapomniał początkowych zdań części przygotowawczej. Adler, który znał przyjaciela na wyrywki, zaniepokoił się. - Czego ty się tak, Marcinie, ale kręcisz?... - spytał go. - Ech, mam kłopot... Gdzieś zostawiłem okulary... - Na co tobie okulary? Kazania przecież nie będziesz do mnie
mówił. - Ale, bo widzisz... - No, ja ale pytam się o Ferdynanda: czy niema od niego
wiadomości?... - Zaraz ci powiem!... - mówił Böhme, krzywiąc się. Sięgnął do bocznej kieszeni i nie znalazł okularów. Odpiął surdut
i z kieszeni wewnętrznej dobył jakiś papier, wielki pugilares,
wreszcie wywrócił kieszeń, ale i tu okularów nie było. - Czybym zostawił w bryczce? - rzekł do siebie i zwrócił się,
chcąc zejść z ganku. Adler, który wiedział, że pastor w wewnętrznej kieszeni nosi tylko
ważne dokumenta, wyrwał mu papier z ręki. - Mój ty Gotliebie - mówił skłopotany Böhme - oddajże mi to, ja ci
sam przeczytam, tylko... muszę pierwej znaleźć moje okulary...
Gdzie one podzieć się mogły? Zbiegł na dziedziniec, kierując się ku stajni. - Proszę cię, zaczekaj, aż ja wrócę, bo to trzeba przedewszystkiem
wyjaśnić... I poszedł, trąc obiema rękami szpakowatą głowę. W kilka minut później wrócił ze stajni, zupełnie zgnębiony. - Musiałem zgubić okulary - mruczał. - Pamiętam, że kiedym siadł
na bryczkę, miałem w jednej ręce chustkę, a w drugiej bat i
okulary... Rzucił się z niechęcią na kanapkę i przelotnie spojrzał na Adlera. Staremu fabrykantowi żyły nabrzmiały na czole, a oczy stały się
wypuklejsze niż zwykle. Czytał on papier z wielkiem zajęciem,
wreszcie skończył czytanie i z gniewu - plunął na ganek. - Och! jaki to szelma ten Ferdynand! - mruknął. - W ciągu dwu lat
zrobił pięćdziesiąt osiem tysięcy trzydzieści jeden rubli długów,
chociaż ja dawałem mu dziesięć tysięcy rubli rocznie! - A wiem! - zawołał nagle pastor i wbiegł do przedpokoju. Po chwili wrócił z triumfującą miną, niosąc swoje okulary w
czarnej pochwie. - Naturalnie! - mówił Böhme - że nie mogłem ich włożyć gdzie
indziej, tylko w kitel. Co za roztargnienie! - Ty zawsze gubisz swoje okulary i potem je znajdujesz! - rzekł
Adler, oparłszy głowę na ręku. Wydawał się zamyślonym i smutnym. - Pięćdziesiąt osiem i dwadzieścia: siedemdziesiąt osiem tysięcy
trzydzieści jeden rubli w ciągu dwu lat! - mruczał fabrykant. -
Kiedy ja to wszystko załatam? dalibóg, nie wiem! Pastor włożył już okulary i odzyskał właściwą sobie przytomność
umysłu. Część pierwsza, przygotowawcza, mowy, z którą do Adlera
przyjechał, była stracona. Część druga tak samo. Pozostała część
trzecia. Böhme orjentował się w położeniu bardzo szybko i niemniej szybko
czynił postanowienia. Odchrząknął więc, rozkraczył nogi i zaczął: - Jakkolwiek, miły Gotliebie, ojcowskie serce twoje błędami
jedynego syna twojego ciężko musi być zranione; jakkolwiek na los
poniekąd sprawiedliwie wyrzekać... Adler ocknął się z zamyślenia i odparł spokojnie: - Gorzej niż wyrzekać, bo trzeba ale płacić!... Johann! - krzyknął
nagle głosem, od którego daszek ganku drgnął. Służący ukazał się we drzwiach, prowadzących do przedpokoju. - Szklankę wody! W okamgnieniu podano wodę; Adler wypił ją, zażądał drugiej
szklanki, i tę wypił, a potem mówił już bez cienia gniewu: - Trzeba telegrafować do Rotszyldów... Jeszcze dziś wyślę depeszę,
i... niech już ten warjat wraca. Dosyć podróży! Teraz Böhme poznał, że nietylko trzecia część jego mowy jest
bezpowrotnie stracona, ale co gorsza, że ojciec zanadto pobłażliwie
traktuje postępek syna. Bądź co bądź, zrobienie pięćdziesięciu
ośmiu tysięcy rubli długów stanowi nietylko stratę, ale i nadużycie
rodzicielskiego zaufania, a więc niemały grzech. Kto wie, czy
Adler, mając te pieniądze w kieszeni, nie pomyślałby o założeniu
szkoły, bez której dzieci fabrycznych robotników dziczeją i uczą
się próżniactwa. Z tych powodów pastor postanowił z obrońcy stać się -
oskarżycielem lekkomyślnego młokosa, co mu tem łatwiej mogło się
udać, że znał go jako urwisa od niemowlęcia - i że miał okulary na
nosie, bez których ciężko mu było czegokolwiek dowodzić. Adler tymczasem oparł się szerokiemi plecami o poręcz ławki,
splótł ręce na karku i, pochyliwszy w tył ogromną głowę, patrzył w
sufit daszku. Böhme odchrząknął, położył dłonie na kolanach i, patrząc na krawat
swego przyjaciela, mówił: - Jakkolwiek, miły Gotliebie, budujące jest twoje chrześcijańskie
poddanie się nieszczęściu, z tem wszystkiem człowiek, dla
osiągnięcia zupełnej doskonałości, na tym świecie możliwej (a jest
ona, ach! bardzo niedoskonałą wobec Stwórcy), człowiek tedy
nietylko musi być zrezygnowanym, ale i działającym. Pan nasz, Jezus
Chrystus, nietylko poświęcił się na śmierć, ale jeszcze nauczał,
poprawiał. Więc i my, sługi jego, winniśmy nietylko znosić
cierpienia, ale jeszcze poprawiać błądzących... Adler oparł ręce na kanapie i spuścił głowę na piersi. - Syn twój cielesny, a mój duchowny, Ferdynand, pomimo wielu zalet
serca i przyrodzonych zdolności, wcale nie pełni przykazania, które
człowiekowi z raju wygnanemu zaleciło pracę. - Johann! - krzyknął Adler. Służący wbiegł na ganek. - Tam maszyna idzie za prędko! Oni tak zawsze robią, jak mnie nie
widzą. Kazać, żeby wolniej szła! Służący znikł; pastor, niezrażony, mówił dalej: - Syn twój nie pracuje, ale dane mu przez Stwórcę siły duchowe,
fizyczne i pieniężne, trwoni marnie. Mówiłem ci to już, miły
Gotliebie, nieraz, a wychowaniem mego Józefa nie zaprzeczyłem
własnym zasadom. Adler posępnie rzucił głową. - Co twój Józef będzie robił, gdy skończy technikę? - spytał
nagle. - Pójdzie do jakiej fabryki i może kiedy zostanie dyrektorem. - A gdy zostanie dyrektorem, to co? - Będzie dalej pracował. - Na co ale on będzie pracował? Pastor zmieszał się. - Na to - odparł - żeby być użytecznym sobie i ludziom. - No, a mój Ferdynand, jak tylko wróci, może u mnie zostać
dyrektorem. No, on już dziś ludziom jest użyteczny, jeżeli
siedemdziesiąt osiem tysięcy trzydzieści jeden rubli wydaje w ciągu
dwu lat. A zapewne i sobie jest użyteczny! - Ale nie pracuje! - zauważył pastor, wznosząc palec do góry. - Prawda! Ale ja pracuję za niego i za siebie. Ja przez całe życie
pracowałem za pięciu ludzi, więc dlaczego mój jedyny syn nie ma
użyć trochę świata za młodu? - Czego teraz nie użyje - dodał -
później nie użyje... Wiem to z doświadczenia! - Praca jest
przekleństwem. Ja całe to przekleństwo wziąłem na siebie, a że
dobrze wziąłem, świadczy mój majątek. Jeżeli prawda, że Ferdynand
powinienby tak męczyć się jak ja, to naco mi Pan Bóg dał pieniądze?
Co chłopcu po tem, że z mego miljona zrobi dziesięć, jeżeli znowu
jego syn ma żyć na to tylko, żeby do naszych dorobił - drugie
dziesięć miljonów? - Pan Bóg stworzył tak samo bogatych, jak i
ubogich. Wszyscy bogaci używają życia. Ja go już chyba nie użyję,
bo nie mam sił i nie nauczyłem się tego. Ale dlaczego mój syn nie
ma używać? Służący wrócił już z fabryki. Maszyna parowa szła wolniej. - Miły Gotliebie - rzekł pastor - dobry chrześcijanin... - Johann! - przerwał mu fabrykant. - Wynieś do altanki butelkę
reńskiego i piernik... Chodźmy do ogrodu, Marcinie! Poklepał Böhmego ciężką ręką po ramieniu i zawołał: - Ha! ha! ha! Szli do ogrodu. W drodze zastąpiła im jakaś nędzna kobiecina i,
upadając do nóg Adlerowi, szepnęła z płaczem: - Jaśnie panie! choć trzy ruble na pogrzeb. Adler bez trudności wyrwał jej nogę z objęć i odparł spokojnie: - Idź do szynkarza, bo tam twój głupi mąż codzień zostawiał
pieniądze. - Jaśnie panie! - W kantorze załatwiają się interesa, nie tutaj - przerwał Adler -
tam pójdź. - Byłam, panie, ale mnie za drzwi wyrzucili. I znowu objęła go za nogi. - Precz! - krzyknął fabrykant. - Do warsztatów was niema, a na
chrzty i pogrzeby umiecie żebrać! - Po słabości byłam, panie; jakże mogłam iść na robotę? - No, to niech ci się ale dzieci nie zachciewa, kiedy im nie masz
za co sprawić pogrzebu. I poszedł do ogrodu, pchając przed sobą oburzonego tą sceną
pastora. Za furtką Böhme zatrzymał się. - Wiesz, Gotliebie - rzekł - ja nie będę pił. - O? - zdziwił się Adler. - Dlaczego tak? - Łzy biednych psują smak wina. - Nie bój się! Kieliszki są czyste, a butelki dobrze zakorkowane.
Ha! ha! ha! Pastor zaczerwienił się, odwrócił się od niego z gniewem i szybko
wybiegł na dziedziniec. - Stój, ty warjacie! - krzyknął Adler. Pastor biegł ku stajni. - Wróćże się!... Hej! ty głupia! - zawołał na nędzną kobietę,
która płakała w bramie - masz rubla i wynoś się stąd, pókiś cała! Rzucił jej papierek. - Marcin! Böhme! wróć się. Już wino jest w altance. Ale pastor siadł na swój wózek i bez kitla wyjechał za bramę. - Warjat! - mówił do siebie Adler. Zresztą, nie gniewał się na pastora, który po kilkanaście razy na
rok robił mu podobne sceny, w podobnych okolicznościach. - Tym uczonym zawsze jakiegoś trybu w głowie brakuje - myślał
Adler, patrząc na pył, wzniecony bryczką przyjaciela. - Gdybym ja
był uczonym, miałbym dziś tyle, co Böhme, a Ferdynand męczyłby się
w szkole technicznej. Jakie szczęście, że i on nie jest uczony! Obrócił się dokoła, spojrzał na stajnią, przed którą parobek
udawał, że pilnie bruk zamiata, wciągnął w nos trochę fabrycznego
dymu, który mu wiatr przyniósł, popatrzył na ładowne wozy i poszedł
do budynku administracji. Tam kazał odpisać w księdze pięćdziesiąt dziewięć tysięcy rubli
dla Ferdynanda i wysłać do niego telegram, ażeby, skoro tylko
odbierze pieniądze, spłacił dług i natychmiast wracał do domu. Gdy Adler wyszedł z kancelarji, stary buchalter, Niemiec, który od
kilku lat nosił umbrelkę, a od kilkunastu siadywał na skórzanym
krążku, obejrzał się podejrzliwie i szepnął do innego urzędnika: - Oho! będziemy znowu mieli oszczędności! Młody stracił
pięćdziesiąt dziewięć tysięcy rubli, a my zapłacimy... W kwadrans później w biurze technicznem szeptano, że Adler obetnie
pensje, bo syn jego stracił sto tysięcy. W godzinę we wszystkich oddziałach fabryki o tem tylko mówiono, że
mają zniżyć pensje i zarobki, a wieczorem - Adler wiedział, co
mówiono. Jeden groził, że połamie kości pryncypałowi, drugi, że go
zabije, trzeci, że spali fabrykę. Niektórzy radzili wyjść tłumem z
warsztatów, ale tych zakrzyczano. Bo i dokąd wyjść? Większość kobiet płakała, a większość mężczyzn przeklinała Adlera,
życząc mu, żeby go Bóg skarał. Fabrykant był zadowolony z raportu. Ponieważ robotnicy tylko
przeklinali, więc znaczy, że - można bez obawy zniżyć zarobki. Ci
zaś, którzy grozili, ci w części byli najwierniejszymi jego
sługami. W ciągu nocy plan oszczędności był przygotowany. Im kto więcej
zarabiał, tem większy procent strącano mu z wynadgrodzenia.
Ponieważ zaś przy fabryce od paru lat mieszkał doktór (sprowadzony
tu w czasie cholery) i felczer, którzy, według Adlera, nie mieli
dziś nic do roboty, doktór więc z końcem miesiąca czerwca otrzymał
dymisją, a felczerowi zniżono pensją do połowy. Gdy na drugi dzień dowiedziano się o szczegółach planu
oszczędności, wybuchło ogólne wzburzenie. Kilkunastu ludzi wyszło z
fabryki, inni robili mniej niż zwykle, ale za to dużo gadali.
Doktór zwymyślał Adlera i natychmiast przeniósł się do miasteczka;
toż samo zrobił felczer. W południe i nad wieczorem tłum robotników
chodził do pałacyku pryncypała z prośbą, ażeby ich nie krzywdził.
Płakali przytem, klęli, grozili, ale Adler pozostał niewzruszony.
Straciwszy pięćdziesiąt dziewięć tysięcy rubli przez syna, musiał
je odzyskać; oszczędności zaś miały mu przynieść piętnaście do
dwudziestu tysięcy rocznie. Postanowienie żadną miarą nie mogło być
cofnięte. Zresztą, dlaczego miałoby być cofniętem - co mu groziło? Rzeczywiście, po kilku dniach fabryka uspokoiła się. Niektórzy
robotnicy wyszli sami, kilku niespokojniejszych wydalono, a miejsce
ich zajęli nowi kandydaci, którym zarobek wydał się bardzo dobrym.
W owej epoce panowała na wsiach bieda, i ludzie natrętnie
dopraszali się o robotę. Miejsce felczera zajął "tymczasowo" stary robotnik, który według
opinji Adlera był o tyle obeznany z chirurgją, że jakieś lekkie
skaleczenie mógł opatrzyć. W wypadkach cięższych, nader rzadkich,
miano posyłać do miasteczka, gdzie również udawać się musieli, na
własny koszt, chorzy robotnicy, ich żony i dzieci. Było więc w fabryce pomimo tak wielkiego przewrotu, wszystko
dobrze. Najdokładniej zebrane informacje wskazywały Adlerowi, że
bez względu na krzywdy, jakie ludziom wyrządził, nie spotka go nic
złego, że niema siły, któraby mu mogła zaszkodzić. Tylko pastor Böhme, do którego fabrykant pojechał pierwszy na
zgodę, kręcił głową i, poprawiając okulary, mówił: - Złe wyradza złe, mój miły Gotliebie. Tyś zaniedbał wychowania
Ferdynanda, więc zrobiłeś źle. On stracił twoje pieniądze, i zrobił
gorzej. Teraz znowu ty, z jego powodu, zniżyłeś ludziom zarobki i
zrobiłeś najgorzej. A co z tego jeszcze wyniknie? - Nic! - mruknął Adler. - Nie może być nic! - odparł Böhme, trzęsąc rękami nad głową. -
Najwyższy tak świat urządził, że w nim każda przyczyna musi mieć
właściwy skutek: dobra - dobry, zła - zły! - Przynajmniej nie dla mnie - wtrącił fabrykant. - Bo i cóż mi się
stanie? Kapitały leżą w depozycie. Fabryki mi nie spalą, a choćby i
spalili, to jest asekurowana. Roboty nie porzucą, bo na ich miejsce
znajdę innych, a zresztą - gdzież sami pójdą? Chyba myślisz, że
mnie zabiją? Marcinie, czy tak myślisz? Ha! ha! ha! Mnie oni! -
mówił olbrzym, klaszcząc w potężne dłonie. - Nie kuś Boga! - przerwał mu surowo pastor i zwrócił rozmowę na
inny przedmiot.