Powóz - Nikołaj Gogol
8.49 zł
6.96 zł
(3,90 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
Miasto B* znacznie się ożywiło od chwili, gdy zakwaterował w nim *** kawalerzyski pułk; bo dotychczas: kaducznie było nudne!... Bywało, gdy je przejedziesz i rzucisz okiem na niziutkie lepione domki, które wyglądają na ulicę okropnie kwaśno, to... nieopisać, co się wówczas dzieje w sercu: taka tęsknota, jakby się człek zgrał do nitki, albo zrobił jakieś nie a propos głupstwo, jednem słowem - niedobrze! Glina z domów poodpadała od deszczu, i ściany z białych, stały się ruderami; dachy najczęściej kryte trzciną, jak to zwykle bywa w południowych naszych miastach. Drzewka, jakie były, kazał horodniczy poniszczyć, bez nich bowiem o wiele przyzwoiciej. Na ulicy żywej duszy nie spotkasz, chyba niekiedy przejdzie kogut po ulicy, miękkiej jak poduszka, od leżącego na ćwierć łokcia pyłu, który przy najmniejszym deszczu, zamienia się w błoto, i wówczas ulice miasteczka B* zaludniają się temi pięknemi zwierzątkami, co to ich tamtejszy horodniczy nazywa francuzami. Wystawiwszy ze swoich wanien poważne mordy, zaczynają tak kwiczeć i chrząkać, że przejezdny zmuszonym się widzi, jak najprędzej uciekać z tych okolic. Zresztą, w miasteczku B* trudno spotkać przejezdnego. Rzadko, bardzo rzadko, jaki obywatel, mający jedenaście dusz poddanych, w nankinowym surducie, przetarabani po bruku półbryczką-półwózkiem, zaledwo pokazując swoją fiziognomję z poza nawalonych worków z mąką i wymachując batogiem nad gniadą kobyłą, za którą w ślad biegnie żrebiątko. Nawet rynek sam ma nieco smutną powierzchowność: dom krawca wygląda nadzwyczaj głupio, nie całą facjatą, a tylko bokiem; naprzeciw niego, już od lat piętnastu muruje się jakiś budynek o dwóch oknach; trocha opodal samotnie stoi modny drewniany dworek, pomalowany szarą farbą, koloru biota, który pobudował, jako wzór dla reszty budynków, horodniczy w czasie swojej młodości, kiedy jeszcze nie miał zwyczaju kłaść się zaraz po obiedzie do łóżka i pić na noc jakiś dekokt, przyprawiony suszonym agrestem. Reszta - były to wszystko plecione z chrustu chałupki. Przez środek rynku ciągnęły maleńkie kramiki; w nich zawsze można było zastać kilka baranich skórek, babę z czerwoną chustką na głowie, pud mydła, kilka funtów gorzkich migdałów, śrót do strzelania, kilkanaście łokci półwełnianej materji i dwóch handlowych subjektów, o każdej porze grających na progu w wózka. Ale jak tylko zakwaterował w powiatowem miasteczku B* kawalerzyski pułk, wszystko się zmieniło: ulice wyładniały, ożywiły się, słowem: przybrały zupełnie inną fiziognomję! Niziutkie domki często widziały przechodzącego zgrabnego, szykownego oficera z kitką na głowie, śpieszącego do kolegi na gawędkę: o awansie, o wybornym tytoniu, a niekiedy w celu postawienia na kartę dorożki, którąby można było nazwać pułkową, bo nie wychodząc z pułku, przechodziła z rąk do rąk: dziś paradował w niej major, jutro stała w porucznikowskiej stajni, a tam, patrz! po tygodniu: znowu majorowski woźnica smaruje ją sadłem.
Płoty między domami upstrzone były przewietrzającemi się na słońcu żołnierskiemi kaszkietami; szary płaszcz niewątpliwie gdzieś sterczał na wrotach; w zaułkach o każdej porze mogłeś spotkać żołnierzy z takiemi szczeciniastemi wąsami, jak szorstkie szczotki. Wąsy te zewsząd prześladowały mieszkańców: niech się zbiorą na rynku mieszczanki z hładuszczykami - z poza ramion każdej niezawodnie wyzierają wąsy. Znacznie się ożywiło za przybyciem oficerów miejscowe towarzystwo, dotychczas złożone wyłącznie z sędziego, mieszkającego w jednym domku z jakąś dyakonową, i horodniczego, człowieka rozsądnego, ale śpiącego literalnie dzień cały - od obiadu do wieczora, i od wieczora do obiadu. Z przeniesieniem tu kwatery jeneralnej brygady, towarzystwo jeszcze się bardziej powiększyło i urozmaiciło. Okoliczni obywatele, o istnieniu których niktby przedtem i niedomyślał się, zaczęli co raz częściej nawidzać powiatowe miasteczko, aby się obaczyć z panami oficerami, a niekiedy zagrać w sztosika, który już nadzwyczaj nie jasno tkwił w ich głowach, skłopotanych posiewami, żoninemi zleceniami i zającami. Wielka szkoda, że nie mogę sobie przypomnieć, co spowodowało jenerała do wystąpienia z paradnym obiadem; przygotowania do niego były ogromne: stuk kucharskich nożów w jeneralskiej kuchni dawał się słyszeć już koło miejskiej rogatki. Z całego rynku pozabierano produkta dla obiadu, tak, że sędzia, ze swoją dyakonową zmuszony był jeść tylko hreczane łazanki i krochmalowy kisiel. Niewielkie podwórze jeneralskiej kwatery całe było zastawione dorożkami i powozami. Goście byli płci męzkiej: oficerowie i niektórzy okoliczni obywatele.
CIĄG DALSZY TEKSTU W PEŁNEJ WERSJI