1
W głowie Laury odezwała się Deidre: "Twój problem, Lauro, polega na tym,
że dokonujesz złych wyborów".
A żebyś, kurwa, wiedziała, Deidre! Laura nie sądziła, że kiedykolwiek
pomyśli czy powie coś takiego, jednak stojąc w swojej łazience i trzęsąc
się histerycznie, podczas gdy tętno miarowo wypychało gorącą krew z rany
na jej przedramieniu, musiała przyznać, że Deidre, której głos sobie
teraz uroiła, trafiła w samo sedno. Laura pochyliła się i oparła czołem
o lustro, żeby nie patrzeć sobie w oczy, tyle że spoglądanie w dół było
jeszcze gorsze, ponieważ w tej pozycji widziała wypływającą z niej krew,
przez co była zamroczona i czuła, że w każdej chwili może się porzygać.
Tyle krwi! Skaleczenie było głębsze, niż myślała, powinna pojechać na
ostry dyżur. Niedoczekanie, na żaden ostry dyżur się nie wybiera.
Złe wybory...
Gdy w końcu wyciek krwi się zmniejszył, Laura zdjęła T-shirt, cisnęła go
na podłogę, wyśliznęła się z dżinsów, zrzuciła majtki i pozbyła się
stanika, gwałtownie wciągając powietrze przez zęby, gdy metalowe
zapięcie zahaczyło o ranę.
- Ja pierdolę, masakra! - syknęła.
Stanik też rzuciła na podłogę, wgramoliła się do wanny, puściła prysznic
i dygocząc, stanęła pod mizernym strumyczkiem koszmarnie gorącej wody
(pod swoim prysznicem mogła wybierać jedynie między lodowatą a niemal
wrzątkiem, opcji pośredniej nie było). Czubkami pomarszczonych palców
przesuwała po swoich pięknych śnieżnobiałych bliznach: na biodrze,
udzie, barku, z tyłu głowy. To ja, powiedziała do siebie. To ja.
Później, z przedramieniem nieudolnie owiniętym zwojami papieru
toaletowego i ciałem okręconym lichym ręcznikiem, usiadła w salonie na
brzydkiej kanapie pokrytej szarą dermą i zadzwoniła do matki. Przerwała
połączenie, bo odezwała się poczta głosowa. Marnowanie impulsów nie
miało sensu. Zadzwoniła do ojca.
- U ciebie wszystko w porządku, kurczaczku?
W tle słyszała jakiś hałas, radio nastawione na stację 5 Live.
- Tato... - Przełknęła gulę podchodzącą jej do gardła.
- Co słychać?
- Tato, mógłbyś do mnie przyjechać? Ja... miałam koszmarną noc i tak sobie
pomyślałam, że może mógłbyś wpaść do mnie na trochę. Wiem, że to kawałek
drogi, ale...
Usłyszała, jak w tle Deidre syczy przez zaciśnięte zęby:
- Nie, Philipie. Jesteśmy umówieni na brydża.
- Tato, mógłbyś nie rozmawiać ze mną przez głośnik?
- Skarbie, ja...
- Mówię serio, możesz wyłączyć głośnik? Nie chcę słuchać jej głosu, na
sam jego dźwięk mam ochotę coś podpalić...
- Lauro, nie przesadzaj...
- Nieważne, tato, nie ma o czym mówić.
- Jesteś pewna?
Nie nie jestem pewna nie jestem pewna nie jestem kurwa pewna.
- Tak, jasne. Wszystko w porządku. Dam sobie radę.
Wracając do sypialni, nadepnęła na kurtkę, którą zrzuciła wcześniej w korytarzu, by jak najszybciej dotrzeć do łazienki. Schyliła się i ją
podniosła. Rękaw był rozerwany, w kieszeni wciąż znajdował się zegarek
Daniela. Wyjęła go, odwróciła i założyła na nadgarstek. Papier toaletowy
na jej przedramieniu zakwitł czerwienią, a cała ręka pulsowała lekko,
gdy tętno wyciskało z niej krew. Wirowało jej w głowie. W łazience
wrzuciła zegarek do umywalki, zdarła papier z ręki, upuściła ręcznik na
podłogę. Z powrotem weszła pod prysznic.
Usuwając nożyczkami brud spod paznokci, patrzyła, jak woda u jej stóp
różowieje. Zamknęła oczy. Słuchała głosu Daniela, który pytał: "Co ci
odbiło?", głosu Deidre, mówiącej: "Nie, Philipie, jesteśmy umówieni na
brydża", a także swojego głosu. "Coś podpalić. Podpalić. Podpalić
podpalić podpalić".
2
W co drugą niedzielę Miriam czyściła toaletę. Musiała wyjąć (o dziwo,
zawsze nieprzyjemnie ciężki) zbiornik z małej ubikacji na rufie barki,
wytaszczyć go przez kabinę na ścieżkę nad kanałem, a stamtąd przenieść
całe sto metrów do punktu odbioru nieczystości, gdzie fekalia należało
przelać do głównej toalety i spuścić wodę, a następnie wypłukać
zbiornik, żeby usunąć resztki. Był to jeden z mniej sielankowych
aspektów mieszkania na barce i wolała załatwiać to wcześnie, gdy nikt
nie kręcił się w pobliżu. Przenoszenie własnych gówien pośród
nieznajomych, ludzi wyprowadzających psy na spacer oraz biegaczy, było
czymś absolutnie niegodnym.
Wyszła na tylny pokład, by sprawdzić, czy ma wolną drogę - czy na
ścieżce nie ma żadnych przeszkód, rowerów ani butelek (ludzie często
bywają skrajnie antyspołeczni, zwłaszcza w sobotnie wieczory). Poranek
był pogodny, białe pączki na błyszczących młodych gałązkach platanów i brzóz zapowiadały nadejście wiosny.
Jak na marzec było zimno, a jednak zauważyła, że drzwi kabiny sąsiedniej
barki są otwarte, tak samo jak ostatniej nocy. Dziwne, naprawdę dziwne.
Sęk w tym, że akurat zamierzała rozmówić się z właścicielem tej barki,
młodym człowiekiem, który przekroczył termin pobytu. Cumował na tym
miejscu już szesnaście dni, o dwa dłużej, niż miał prawo, więc
zamierzała zamienić z nim słówko i wyjaśnić, że powinien ruszać w dalszą
drogę; nie leżało to w zakresie jej obowiązków i w ogóle to nie była jej
sprawa, ale - w przeciwieństwie do większości ludzi - wrosła w tutejszy
krajobraz i dlatego postawa obywatelska szczególnie leżała jej na sercu.
*
W każdym razie właśnie to Miriam powiedziała śledczemu Barkerowi, kiedy
zapytał ją później: "Z jakiego powodu pani tam zajrzała?". Policjant,
skulony i przygarbiony, siedział naprzeciwko niej tak blisko, że ich
kolana niemal się stykały. Wysokiemu mężczyźnie na barce nie jest zbyt
wygodnie, a on był wyjątkowo wysoki. Miał głowę gładką jak kula
bilardowa i wyraz poirytowania na twarzy, jakby zaplanował na ten dzień
coś ciekawszego, coś przyjemnego, na przykład wyprawę z dziećmi do
parku, a tymczasem tkwił tu z Miriam i wcale mu się to nie podobało.
- Czy pani czegoś dotykała? - zapytał.
No właśnie. Dotykała czegoś? Miriam zamknęła oczy. Wyobraziła sobie, jak
elegancko puka w okno niebiesko-białej barki. I czeka na odpowiedź:
czyjś głos albo drgnięcie firanki. Nie doczekawszy się jednak, schylona
usiłuje zajrzeć do kabiny przez firankę oraz, lekko licząc,
dziesięcioletnią warstwę miejskiego i rzecznego brudu. Puka raz jeszcze,
a po dłuższej chwili wchodzi na pokład rufowy. I woła: "Halo? Jest tu
kto?".
Ujrzała siebie, jak bardzo delikatnie pociąga za drzwi kabiny, a wtedy
dolatuje ją jakaś woń, zapach żelaza, przywodzący na myśl mięso,
wzbudzający głód. "Halo?". Jak otwiera drzwi na oścież, schodzi po dwóch
stopniach do kabiny i ostatnie "halo" więźnie jej w gardle na widok
sceny, jaką tam zastaje: wszystko jest we krwi, a na podłodze leży
chłopiec - nie, nie tyle chłopiec, ile młody mężczyzna - z wyciętym w szyi szerokim uśmiechem.
Ujrzała siebie, jak się chwieje, zakrywa dłonią usta, przez dłuższą
chwilę nachyla się, oszołomiona, aż w końcu wyciąga rękę i zaciska palce
na blacie. O Boże!
- Dotknęłam blatu - powiedziała śledczemu. - Chyba przytrzymałam się
blatu, zaraz za progiem, po lewej stronie od wejścia do kabiny.
Zobaczyłam go i pomyślałam... to znaczy, poczułam... zrobiło mi się
niedobrze. - Zaczerwieniła się. - Ale nie zwymiotowałam, jeszcze nie
wtedy. Dopiero na zewnątrz... Ja... przepraszam, że...
- Proszę się tym nie przejmować - przerwał jej Barker, wciąż świdrując
ją wzrokiem. - Nie ma najmniejszego powodu. Co pani zrobiła potem?
Zobaczyła pani zwłoki, oparła się pani o blat...?
Ta woń nie dawała jej spokoju. Ale nie fetor krwi, tego morza krwi; tam
cuchnęło coś jeszcze, unosił się jakiś starszy, słodki odór przywodzący
na myśl lilie, które zbyt długo stały w wazonie. Ten zapach i widok,
któremu nie sposób było się oprzeć: pięknej martwej twarzy, szklistych
oczu otoczonych długimi rzęsami, rozchylonych pełnych warg ukazujących
równe białe zęby. Jego tułów, jego dłonie i ramiona były utytłane krwią;
czubki zakrzywionych palców dotykały podłogi, jakby się jej kurczowo
trzymał. Kiedy odwracała się do wyjścia, jej wzrok podchwycił coś
leżącego na podłodze, coś, czego tam być nie powinno - błysk srebra
unurzanego w lepkiej, czerniejącej krwi.
Potykając się na stopniach, wyszła z kabiny i krztusząc się, łapczywie
chwytała powietrze. Zwymiotowała na ścieżkę i otarłszy usta, krzyknęła:
"Ratunku! Niech ktoś wezwie policję!". Ale była dopiero siódma
trzydzieści w niedzielę rano, nikogo w zasięgu wzroku. Na ścieżce zero
ruchu, na drogach powyżej też nic, ciszę zakłócał tylko warkot
generatora i swary przemykających obok kokoszek wodnych. Kiedy spojrzała
na most nad kanałem, zdawało jej się, że kogoś widzi, raptem przez
chwilę, ale ten ktoś zaraz zniknął, ona zaś została sama w szponach
paraliżującego strachu.
- Wyszłam - powiedziała Miriam policjantowi. - Od razu zeszłam z barki
i... zawiadomiłam policję. Zwymiotowałam, a potem pobiegłam na swoją barkę
i zadzwoniłam na policję.
- W porządku, spokojnie.
Kiedy podniosła wzrok i spojrzała na niego, rozglądał się dookoła,
lustrując maleńką schludną kabinę, książki nad zlewem (Potrawy
jednogarnkowe, Nowe podejście do warzyw), zioła na parapecie -
bazylię i kolendrę w plastikowych pojemnikach oraz drewniejący rozmaryn
w niebieskiej ceramicznej doniczce. Zerknął na półkę pełną książek w miękkich okładkach, na stojący na niej zakurzony skrzydłokwiat i oprawioną w ramki fotografię brzydkiej pary z grubokościstym dzieckiem
pośrodku.
- Mieszka tu pani sama? - zapytał, choć właściwie nie było to pytanie.
Wiedziała, co sobie myśli: gruba stara panna, stuknięta na punkcie
ekologii, wyznawczyni samowystarczalności oraz idei "zrób to sam", a do
tego wścibskie babsko. Wtykająca nos w nie swoje sprawy. Miriam była
świadoma, jak inni ją postrzegają.
- Czy... czy miewa pani okazję do... poznania sąsiadów? Chociaż czy to są
prawdziwi sąsiedzi? Raczej wątpię, skoro przypływają i cumują tu przez
góra dwa tygodnie.
Miriam wzruszyła ramionami.
- Niektórzy zjawiają się i wybywają regularnie, mają swój rejon, pas
wody, który lubią opływać, więc niektórych udaje się poznać. Jeżeli
komuś na tym zależy. Ale co kto lubi, można się trzymać na uboczu, tak
jak ja to robię.
Śledczy tego nie skomentował, patrzył tylko na nią beznamiętnie. Zdała
sobie sprawę, że próbuje ją rozgryźć, że nie ufa jej słowom i niekoniecznie wierzy w to, co mu mówi.
- A jak było z nim? Z tym mężczyzną, którego znalazła pani dziś rano?
Miriam pokręciła głową.
- Nie znałam go. Widziałam go kilka razy, wymieniłam z nim... nie, to
nawet nie były uprzejmości. Mówiłam mu "witam" albo "dzień dobry", a on
mi odpowiadał. I tyle.
(Niezupełnie. To prawda, że odkąd zacumował, widziała go raptem dwa razy
i od razu wyczuła w nim amatora. Jego barka była w opłakanym stanie -
odłażąca farba, zardzewiałe nadproża, przekrzywiony komin - za to on był
stanowczo zbyt wymuskany jak na życie na wodzie. Czyste ubrania, białe
zęby, żadnych kolczyków ani tatuaży. A przynajmniej nie miał ich w widocznych miejscach. Był to niezwykle przystojny młody człowiek, dosyć
wysoki, brunet o ciemnych oczach i ostrych, zdecydowanych rysach twarzy.
Kiedy spotkała go po raz pierwszy, powiedziała "dzień dobry", on zaś z uśmiechem podniósł na nią wzrok, a wtedy włosy zjeżyły jej się na
karku).
Wówczas zwróciła na to uwagę, ale bynajmniej nie zamierzała się tym
dzielić z policjantem. "Kiedy go zobaczyłam po raz pierwszy, odniosłam
takie dziwne wrażenie...". Wziąłby ją za postrzeloną wariatkę. Tak czy
owak, dopiero teraz uświadomiła sobie, co naprawdę wówczas czuła. Nie
było to przeczucie ani żadne tego typu bzdury - ona go rozpoznała!
To zaś stwarzało pewne możliwości. Przyszło jej to do głowy, gdy tylko
zdała sobie sprawę z tego, kim jest ten chłopak, ale wtedy nie
wiedziała, jak skorzystać z tej szansy. Jednak teraz, skoro zginął,
uznała, że tak właśnie miało być. Szczęśliwy zbieg okoliczności.
- Pani Lewis? - Śledczy Barker o coś ją pytał.
- Panno - sprostowała.
Na chwilę zamknął oczy.
- Panno Lewis, pamięta pani, czy widziała go pani w towarzystwie? Może z kimś rozmawiał?
Po chwili wahania kiwnęła głową.
- Ktoś go odwiedził. Pewnie ze dwa razy. Możliwe, że miał także innych
gości, ale ja widziałam tylko ją. Kobietę, starszą od niego, raczej w moim wieku. Jakoś po pięćdziesiątce. Siwe włosy, bardzo krótko obcięte.
Była chuda i chyba dosyć wysoka, miała z metr siedemdziesiąt dwa, może
siedemdziesiąt pięć wzrostu, do tego ostre rysy twarzy...
Barker uniósł brew.
- Widzę, że dobrze jej się pani przyjrzała?
Miriam wzruszyła ramionami.
- No cóż, jestem bardzo spostrzegawcza. I lubię mieć oko na to, co się
tu dzieje. - Równie dobrze może wyjść naprzeciw jego uprzedzeniom. - Ale
na taką kobietę każdy zwraca uwagę, nawet jeśli nie jest spostrzegawczy.
Jej fryzura, ubranie... wyglądała luksusowo.
Policjant znów kiwał głową, zapisując jej słowa. Miriam była pewna, że
ustalenie, o kim mówiła, nie zajmie mu wiele czasu.
*
Po wyjściu śledczego mundurowi odgrodzili taśmą ścieżkę nad kanałem na
odcinku od De Beauvoir do Shepperton, każąc odpłynąć wszystkim barkom z wyjątkiem jego łodzi - miejsca zbrodni - i jej. Z początku próbowali
namówić ją, by opuściła barkę, ale oznajmiła im bez ogródek, że nigdzie
się nie wybiera. No chyba że zamierzali zapewnić jej dach nad głową?
Mundurowy, z którym rozmawiała, młody pryszczaty chłopak o piskliwym
głosie, wyraźnie się przejął tym, że zrzuciła odpowiedzialność ze swoich
barków na jego. Spojrzał w niebo, spuścił wzrok na wodę, zerknął w górę
i w dół kanału, a następnie popatrzył na nią, tę niską, grubą kobietę w średnim wieku, i ustąpił. Oddalił się nieco, a pogadawszy z kimś przez
krótkofalówkę, wrócił i powiadomił ją, że może zostać.
- Może pani chodzić tam i z powrotem do własnego, eee... mieszkania... ale
nie dalej - oświadczył.
Po południu Miriam usiadła na pokładzie rufowym swojej barki, by w słabych promieniach słońca korzystać z niezwykłego spokoju na zamkniętym
kanale. Z zarzuconym na ramiona kocem i filiżanką herbaty pod ręką
patrzyła, jak policjanci i technicy kryminalistyczni kręcą się wte i wewte, sprowadzają psy, sprowadzają łodzie, przeszukują ścieżkę i jej
obrzeża, a także grzebią w mętnej wodzie.
Zważywszy na to, co przeszła tego dnia, czuła dziwny spokój, a wręcz
optymizm na myśl o nowych możliwościach, jakie się przed nią otworzyły.
W kieszeni rozpinanego swetra namacała mały kluczyk na kółku, wciąż
lepki od krwi, który podniosła z podłogi barki i którego istnienie
zataiła przed śledczym, nawet nie zastanawiając się nad tym, co robi.
Instynkt.
Zauważyła, że obok zwłok chłopaka coś błyszczy - klucz. Był zawieszony
na małym drewnianym breloczku w kształcie ptaka. Poznała go natychmiast;
kiedy go widziała poprzednio, był przypięty do paska dżinsów Laury, tej
z pralni samoobsługowej. Stuknięta Laura, tak ją tu nazywali. Ale Miriam
zawsze uważała Laurę za bardzo życzliwą osobę, która nie ma w sobie za
grosz szaleństwa. I to właśnie ją widziała, jak wchodziła - zdaniem
Miriam podpita - na tę zapyziałą barkę, uwieszona ramienia tego pięknego
chłopca. Kiedy to było? Wieczorem dwa dni temu? Trzy? Znajdzie datę w swoim notesie, w którym zapisywała różne ciekawe rzeczy, takie jak to,
kto gdzie się kręci.
Zmierzchało już, kiedy Miriam patrzyła, jak wynoszą zwłoki z kabiny i taszczą je po schodkach na ulicę, gdzie czekała na nie karetka. Gdy ją
mijali, wstała, z szacunkiem skłoniła głowę i cicho, z niedowierzaniem
powiedziała: "Idź z Bogiem".
Wyszeptała też podziękowania. Dlatego że cumując swoją łódź obok jej
barki, a potem dając się brutalnie zabić, Daniel Sutherland stworzył
Miriam szansę, której po prostu nie mogła przepuścić; szansę na
pomszczenie krzywdy, jaka ją spotkała.
Gdy została sama, wbrew sobie trochę się bojąc ciemności i ciszy, do
której nie nawykła, weszła do kabiny swojej barki i zamknęła za sobą
drzwi na rygiel i dodatkowo na kłódkę. Wyjęła z kieszeni klucz Laury i włożyła go do drewnianej szkatułki, którą trzymała na najwyższej półce.
W czwartek przypadał dzień prania. Może wtedy odda go Laurze.
A może nie odda, kto wie?
Przecież nigdy nie wiadomo, co nam się może przydać, prawda?
3
- Pani Myerson? Czy chce pani usiąść? Proszę bardzo. Tylko niech pani
oddycha. Czy mamy kogoś zawiadomić, pani Myerson?
Carla opadła na kanapę. Zgięła się wpół, przyciskając twarz do kolan.
Uświadomiła sobie, że skowyczy jak pies.
- Theo - wykrztusiła z trudem. - Zadzwońcie do Theo, proszę. Mojego
męża. Byłego męża. Numer jest w mojej komórce. - Podniosła wzrok i uważnie rozejrzała się po pokoju, ale nigdzie nie dostrzegła telefonu. -
Nie wiem, gdzie jest. Nie wiem, gdzie go zosta...
- Trzyma go pani w ręce, pani Myerson - przerwała jej delikatnie
policjantka z wydziału kryminalnego. - Ma pani telefon w ręce.
Carla spuściła wzrok i przekonała się, że rzeczywiście kurczowo ściska
komórkę w gwałtownie trzęsącej się dłoni. Pokręciła głową i podała
telefon śledczej.
- Chyba tracę zmysły - jęknęła.
Kobieta wygięła usta w namiastce uśmiechu i na chwilę położyła dłoń na
ramieniu Carli. Wzięła komórkę i wyszła na zewnątrz, żeby zadzwonić.
Drugi śledczy, inspektor Barker, odchrząknął.
- Jeśli dobrze zrozumiałem, matka Daniela nie żyje, tak?
Carla przytaknęła ruchem głowy.
- Od sześciu... nie, od ośmiu tygodni - powiedziała, patrząc na brwi
policjanta, które wystrzeliły w górę i dotarłyby aż do linii włosów,
gdyby je jeszcze miał. - Moja siostra upadła w domu - wyjaśniła. - To
nie było... To był wypadek.
- A czy ma pani jakieś namiary na ojca Daniela?
Carla pokręciła głową.
- Niestety nie. On mieszka w Stanach Zjednoczonych, przeprowadził się
tam dawno temu. Nie interesuje się życiem Daniela, syn nigdy go nie
obchodził. Chłopak miał... - Głos Carli się załamał; odetchnęła głęboko,
powoli wypuszczając powietrze. - Daniel miał tylko Angelę. I mnie.
Barker pokiwał głową, bez słowa. Sztywny, jakby kij połknął, stał przed
kominkiem, czekając, aż Carla weźmie się w garść.
- Pani mieszka tu od niedawna? - zapytał po przerwie, którą Carla
odebrała jako wyraz szacunku. Spojrzała na niego, nie bardzo rozumiejąc,
o co mu chodzi. Wycelował długi palec wskazujący w pudła stojące na
podłodze jadalni oraz w oparte o ścianę obrazy.
Głośno wytarła nos.
- Od blisko sześciu lat zamierzam powiesić te obrazy - odparła. - Kiedyś
w końcu się sprężę i załatwię odpowiednie haki. A te pudła są z domu
mojej siostry. Wie pan, listy, fotografie. Rzeczy, których nie chciałam
się pozbywać.
Barker skinął głową. Splótł ręce na piersi, przeniósł ciężar ciała z jednej nogi na drugą i otworzył usta, chcąc coś powiedzieć, ale
powstrzymało go trzaśnięcie drzwi frontowych. Carla podskoczyła. Do
pokoju wbiegła śledcza, posterunkowa Chalmers, i przepraszająco schyliła
głowę.
- Pan Myerson już idzie. Powiedział, że niedługo będzie.
- Mieszka pięć minut drogi stąd - rzekła Carla. - Przy Noel Road. Wie
pani, gdzie to jest? W latach sześćdziesiątych mieszkał tam Joe Orton.
No, ten dramatopisarz. To tam został zabity, zdaje się, że zatłuczony
młotkiem, a może zadźgany? - Śledczy patrzyli na nią beznamiętnie. - Ale
to nie... Odbiegłam od tematu - dorzuciła Carla. Przez krótką koszmarną
chwilę obawiała się, że lada moment parsknie śmiechem. Po co w ogóle o tym wspomniała? Co ją podkusiło, żeby mówić o Joem Ortonie i ludziach
zatłuczonych na śmierć? Rzeczywiście traciła zmysły. A jednak wydawało
się, że śledczy albo nie zwrócili na to uwagi, albo mieli to gdzieś. A może wszyscy zachowują się jak obłąkani, dowiadując się, że ktoś z ich
rodziny został zamordowany?
- Kiedy widziała pani siostrzeńca po raz ostatni, proszę pani? - zapytał
Barker.
Carla miała kompletną pustkę w głowie.
- Ja... Rany boskie, widziałam go w... w domu Angeli. Mojej siostry. To
niedaleko stąd, dwadzieścia minut piechotą, po drugiej stronie kanału,
przy Hayward's Place. Porządkowałam akurat jej rzeczy, a Daniel wpadł
zabrać jakieś szpargały. Nie mieszkał tam od wieków, ale w dawnej
sypialni wciąż miał swoje rzeczy, głównie szkicowniki. Był całkiem
zdolnym grafikiem. Rysował komiksy. Wiecie, historie rysunkowe. -
Wzdrygnęła się odruchowo. - Czyli że to było... tydzień temu? Dwa
tygodnie? Jezu, nic nie pamiętam, w głowie mam kompletną sieczkę. Ja... -
Zmierzwiła palcami krótkie włosy.
- Proszę się tym nie przejmować, pani Myerson, absolutnie - rzekła
uspokajająco Chalmers. - Takie szczegóły poda nam pani później.
- A więc jak długo on mieszkał na tej barce? - zapytał Barker.
Rozległ się donośny stukot kołatki do drzwi; Carla znów podskoczyła.
- Theo - wyszeptała, zrywając się z kanapy. - Bogu dzięki!
Chalmers dotarła do drzwi przed nią i wpuściła gościa do holu; Theo był
czerwony na twarzy i zlany potem.
- Chryste Panie, Ce! - rzucił, chwytając Carlę w objęcia i przyciskając
ją mocno do siebie. - Co się stało, na litość boską?
*
Policjanci po raz kolejny opowiedzieli całą historię. Otóż tego dnia
rano na barce zacumowanej w Regent's Canal, na wysokości De Beauvoir
Road, znaleziono zwłoki siostrzeńca Carli, Daniela Sutherlanda. Który
zginął od wielokrotnych pchnięć ostrym narzędziem. Zabójstwa
najprawdopodobniej dokonano nie później niż dwadzieścia cztery godziny i nie wcześniej niż trzydzieści sześć godzin od odkrycia ciała. Ale
wkrótce będzie można zawęzić ten przedział czasowy. Wypytywano ich o pracę i znajomych Daniela, a także o to, czy miał kłopoty finansowe i czy zażywał narkotyki.
Nie wiedzieli.
- Nie byliście specjalnie zżyci? - podsunęła Chalmers.
- Ja go ledwo znałem - odparł Theo. Siedział obok Carli i pocierał
czubek głowy palcem wskazującym, jak zawsze, kiedy się czymś niepokoił.
- A pani?
- Nie, nie byliśmy zżyci. Ja... no cóż. Rzadko widywałyśmy się z siostrą.
Rozumiecie...
- Mimo że mieszkała tuż po drugiej stronie kanału? - wtrąciła Chalmers.
- Owszem. - Carla pokręciła głową. - My... Już od bardzo dawna nie
spędzałam czasu z Danielem. Na dobrą sprawę wcale, odkąd przestał być
małym chłopcem. Jak mówiłam, zobaczyłam go ponownie po śmierci siostry.
On przez jakiś czas mieszkał za granicą. Chyba w Hiszpanii.
- A kiedy się przeniósł na łódź? - zapytał Barker.
Carla zacisnęła usta i pokręciła głową.
- Nie wiem - odparła. - Naprawdę.
- W ogóle nie mieliśmy pojęcia, że tam mieszkał - włączył się Theo.
Barker zmierzył go przeciągłym spojrzeniem.
- A przecież pański dom jest tak blisko. Przy Noel Road, zgadza się?
Czyli ile? Góra półtora kilometra od jego barki.
Theo wzruszył ramionami i potarł czoło; skóra poniżej linii włosów mocno
się zaróżowiła. Wyglądał, jakby za długo przebywał na słońcu.
- Całkiem możliwe, ale nie miałem pojęcia, że on tam mieszka.
Śledczy porozumieli się wzrokiem.
- A pani, pani Myerson? - Barker spojrzał na Carlę.
Pokręciła głową.
- Ja również nie miałam pojęcia - odparła cicho.
Policjanci milczeli i trwało to przez dłuższy czas. Carla wyobrażała
sobie, że czekali, żeby coś dodała... ona albo Theo.
Jej były mąż stanął na wysokości zadania.
- Mówiliście o dwudziestu czterech godzinach, zgadza się? Że minęło nie
mniej niż dwadzieścia cztery godziny i nie więcej niż trzydzieści sześć
godzin?
Chalmers przytaknęła ruchem głowy.
- Szacujemy, że śmierć nastąpiła między ósmą wieczorem w piątek a ósmą
rano w sobotę.
- Aha. - Theo znowu pocierał głowę, wyglądając przez okno.
- Coś się panu przypomniało, panie Myerson?
- Widziałem dziewczynę - oznajmił Theo. - W sobotę rano. Wcześnie,
gdzieś tak koło szóstej. Szła ścieżką nad kanałem, mijała akurat mój
dom. Kiedy ją zobaczyłem, stałem w swojej pracowni, a zapamiętałem ją,
bo była we krwi. Miała zakrwawioną twarz. I chyba ubranie. Nie ociekała
krwią, co to, to nie, ale miała na sobie plamy krwi.
Carla z niedowierzaniem wlepiła w niego wzrok.
- O czym ty mówisz? Dlaczego nic mi nie powiedziałeś?
- Bo spałaś - wyjaśnił Theo. - Wstałem, żeby zaparzyć kawę, i poszedłem
do pracowni po papierosy. Zobaczyłem ją przez okno. Była młoda, moim
zdaniem niewiele po dwudziestce, i szła ścieżką. Kulała. A może się
zataczała? Pomyślałem, że jest pijana. W sumie... w sumie nie przejmowałem
się tym, bo przecież w Londynie roi się od dziwnych pijanych osobników,
prawda? O tej porze często widać ludzi wracających do domu...
- Zakrwawionych? - wtrącił Barker.
- No, chyba nie. Zakrwawionych raczej się nie widuje. Właśnie dlatego ją
zapamiętałem. Pomyślałem, że się przewróciła albo wdała w bójkę. Uznałem
więc...
- Ale dlaczego nic mi nie powiedziałeś? - przerwała mu Carla.
- Bo spałaś, Ce. Nie uważałem, żeby...
- Pani Myerson spała w pańskim domu? - wtrąciła się Chalmers, marszcząc
czoło. - Czy dobrze zrozumiałam? Została pani na noc u pana Myersona?
Carla wolno pokiwała głową; widać było, że jest skonsternowana.
- W piątek byliśmy umówieni na kolację, a potem zostałam na noc...
- Jesteśmy wprawdzie w separacji, ale nasz związek bynajmniej nie
wygasł. Zrozumcie, my często...
- Theo, ich to nie obchodzi - przerwała mu Carla tak ostro, że aż się
skrzywił. Przycisnęła do nosa chusteczkę higieniczną. - Przepraszam.
Bardzo przepraszam. Ale to nie ma znaczenia, prawda?
- Nigdy nie wiadomo, co się okaże ważne - odparł Barker zagadkowo i skierował się do wyjścia. Wręczył im służbowe wizytówki, powiedział Theo
coś o formalnej identyfikacji ciała, o związkach rodzinnych i że będą w kontakcie. Theo pokiwał głową, wsunął wizytówkę do kieszeni spodni i uścisnął śledczemu dłoń.
- Jak się dowiedzieliście? - zapytała nagle Carla. - To znaczy, kto wam
zgłosił... Kto odkrył zwłoki?
Chalmers spojrzała na swojego szefa, a potem na Carlę.
- Znalazła go pewna kobieta - odparła.
- Kobieta? - powtórzył Theo. - Młoda? Szczupła? Bo przyszła mi na myśl
ta, którą widziałem, ta zakrwawiona. Może to ona...
Chalmers pokręciła głową.
- Nie, ta kobieta mieszka na innej barce i nie jest młoda, raczej w średnim wieku. Zauważyła, że od jakiegoś czasu na barce nic się nie
dzieje, więc zajrzała tam, żeby sprawdzić, czy wszystko w porządku.
- A więc nic nie widziała? - spytał Theo.
- Przeciwnie, bardzo nam pomogła - rzekł Barker. - Jest niezwykle
spostrzegawcza.
- To dobrze - mruknął Theo, pocierając czubek głowy. - Bardzo dobrze.
- Ta pani nazywa się Lewis - dodał Barker, na co Chalmers sprostowała:
- Panna.
- Właśnie - przytaknął Barker.
Carla zobaczyła, jak krew odpływa z twarzy Theo, gdy śledczy dorzucił:
- Panna Miriam Lewis.
4
- To on zaczął, no nie? Nic nie mów. Sam zaczął.
Kiedy wróciła do domu, już na nią czekali. Musiało tak być, bo
załomotali do drzwi wejściowych dosłownie trzydzieści sekund po tym, jak
wróciła. Nie zdążyła nawet złapać tchu - mieszkała na siódmym piętrze,
windy znów nie działały - a ci już się zjawili, więc z jednej strony się
rozgniewała, z drugiej zdenerwowała. I właśnie dlatego, skończona
idiotka, od razu zaczęła paplać, choć doskonale wiedziała, że nie należy
tego robić. Nie po raz pierwszy wpakowała się w kłopoty.
Po prawdzie zazwyczaj były to kłopoty innego rodzaju. Picie w miejscu
publicznym, drobne kradzieże, wtargnięcie na czyjś teren, wandalizm,
zakłócanie porządku publicznego. Sąd uniewinnił ją od oskarżenia o zwykłą napaść. Sprawa o uszkodzenie ciała nadal się toczyła.
Ale tym razem chodziło o coś innego. Zdała sobie z tego sprawę niemal
natychmiast, bo kiedy stała zdyszana i zasapana, mieląc ozorem,
pomyślała: Zaraz, przecież to są śledczy z dochodzeniówki. Przedstawili
się, podali swoje stopnie służbowe i tak dalej, co zresztą od razu
zapomniała, w każdym razie byli po cywilnemu, a to oznaczało kłopoty
całkiem innego rodzaju.
- Pozwoli pani, że wejdziemy, panno Kilbride? - zapytał ten gość, nawet
dosyć uprzejmie. Był wysoki, szczupły i łysy jak kolano. - Lepiej
porozmawiajmy w środku. - Świdrował wzrokiem okno kuchenne, które z marnym skutkiem zabiła deskami.
Laura już kręciła głową.
- Nie, nic z tego. Nic z tego. Musi być obecna osoba pełnoletnia, bez
niej nie możecie mnie przesłuchiwać... A w ogóle to o co chodzi? O tego
gościa z baru? Ale wiecie, to już jest w systemie. Mam wezwanie na
rozprawę, wisi na lodówce. Przyczepione magnesem, jak chcecie, sami
możecie je zobaczyć... Nie, nie, nie, chwila. Moment. To nie było
zaproszenie do środka, tylko taki zwrot retoryczny...
- Po co pani obecność osoby pełnoletniej, panno Kilbride? - Ta druga
uniosła zrośnięte brwi; niższa od partnera o dobre trzydzieści
centymetrów, miała szorstkie ciemne włosy i wielką pyzatą twarz,
pośrodku której stłoczyły się wszystkie jej elementy. - Chyba nie jest
pani nieletnia, prawda?
- Doskonale wiecie, że mam dwadzieścia pięć lat! - warknęła Laura.
Nie mogła ich zatrzymać - Jajo był już w połowie korytarza, a Brew
przeciskała się obok niej, mówiąc:
- A niby skąd mielibyśmy o tym wiedzieć?
- Kto co zaczął, panno Kilbride?! - zawołał Jajo. Poszła za jego głosem
do kuchni, gdzie stał zgięty wpół, z rękami splecionymi za plecami, i czytał wezwanie do sądu.
Laura głośno sapnęła z niezadowoleniem i poczłapała do zlewu, by nalać
sobie trochę wody. Musiała się uspokoić. Pomyśleć. Gdy odwróciła się
twarzą do niego, spojrzał najpierw na nią, a potem nad jej ramieniem na
okno.
- Miała pani jakieś kłopoty? - zapytał, unosząc brwi, niczym uosobienie
niewinności.
- Niezupełnie.
- Zraniłaś się, Lauro? - spytała policjantka, marszcząc zrośnięte brwi.
Laura zbyt łapczywie wypiła wodę, zaniosła się kaszlem i spojrzała
wilkiem na policjantkę.
- A gdzie się podziała "panna Kilbride", co? Chyba że teraz już jesteśmy
dwie kumpele? Papużki nierozłączki?
- Twoja noga, Lauro. - On też zaczął ją tykać. - W jaki sposób się tak
zraniłaś?
- Za młodu wpadłam pod samochód. Pęknięcie złożone przyśrodkowej części
kości udowej. Została mi koszmarna blizna - wyjaśniła; jej palce
powędrowały do zamka błyskawicznego dżinsów. Spojrzała mu prosto w oczy.
- Chce pan ją zobaczyć?
- Niekoniecznie - odparł łagodnie. - A twoja ręka? - Pokazał palcem na
jej obandażowany prawy nadgarstek. - To nie jest pamiątka z dzieciństwa.
Laura przygryzła wargę.
- Zgubiłam klucz, bywa, no nie? W piątek wieczorem. Jak wróciłam,
musiałam się włamać. - Szarpnęła głową do tyłu, wskazując kuchenne okno,
wychodzące na galerię biegnącą wokół całego bloku. - Nie bardzo mi to
wyszło.
- Szwy?
Laura pokręciła głową.
- Nie było aż tak źle.
- I znalazła go pani?
Odwrócił się od niej i powoli ruszył przejściem między kuchnią i salonem; rozglądał się tak uważnie jak ktoś, kto zamierza jej złożyć
ofertę kupna lokalu. Co było mało prawdopodobne, mieszkanie wyglądało
jak chlew. Wiedziała, że powinna się tego wstydzić, tych tandetnych
mebli, gołych ścian i popielniczki na podłodze, którą ktoś kopnął, tak
że cała wykładzina była utytłana popiołem, zresztą cholera wie od jak
dawna, bo przecież nawet nie paliła, a nie pamiętała, kiedy ostatnio
zaprosiła kogoś do siebie, ale wisiało jej to, nie mogła się zebrać,
żeby coś z tym zrobić.
- To jak, znalazła pani? - Brew zmarszczyła nos, znowu mierząc Laurę
wzrokiem od stóp do głów: jej zbyt luźne legginsy, poplamioną koszulkę,
odpryskujący lakier na paznokciach, tłuste włosy. Laura zapominała
czasami wziąć prysznic, bywało, że nawet przez kilka dni z rzędu, czasem
z natrysku leciał wrzątek, a czasem woda była ledwo letnia, tak jak
teraz, ponieważ boiler kierował się własnym rozumem, więc albo działał,
albo nie działał, a nie miała pieniędzy na wezwanie hydraulika, więc co
z tego, że na okrągło wydzwaniała do rady miejskiej, skoro i tak gówno
robili.
- A co miałam znaleźć?
- Klucz - odparła Brew; na jej ustach igrał uśmieszek, jakby ją podeszła
i przyłapała na kłamstwie. - Czy znalazła pani klucz do swojego
mieszkania?
Laura wypiła ostatni łyk wody, przełknęła i syknęła przez zęby. Udała,
że nie słyszała pytania.
- Co pan tam robi?! - zawołała, przeciskając się obok Brwi, by dołączyć
do Jaja.
- Nic szczególnego - odparł. Stał teraz na środku jej salonu, patrząc na
jedyną ozdobę w pomieszczeniu: oprawioną w ramki fotografię,
przedstawiającą rodziców i małą dziewczynkę. Ktoś zadał sobie trud, żeby
oszpecić zdjęcie, przed oprawieniem i powieszeniem na ścianie
dorysowując rogi na głowie ojca, rozwidlony język wystający z ust matki,
a dziewczynce zakreślając iksami oczy i malując jej wargi na
krwistoczerwony kolor. Jajo zmarszczył czoło, odwrócił się i spojrzał na
Laurę.
- Portret rodzinny? - zapytał, co skwitowała wzruszeniem ramion. - Tata
jest diabłem, tak?
Pokręciła głową, patrząc mu prosto w oczy.
- Rogaczem - odparła.
Jajo wydął wargi, nieśpiesznie pokiwał głową, odwrócił się i znowu
spojrzał na fotografię.
- No proszę - mruknął. - A to ci dopiero.
- Jestem osobą dorosłą szczególnej troski - oświadczyła Laura, na co
śledczy westchnął.
- Nic podobnego - zaprzeczył ze zmęczeniem. Odwrócił się od zdjęcia i ciężko opadł na kanapę. - Mieszkasz sama, pracujesz na pół etatu w pralni samoobsługowej Sunshine przy Spencer Street i wiemy na pewno, że
policja wielokrotnie przesłuchiwała cię w różnych sprawach bez obecności
osoby dorosłej, więc darujmy to sobie, zgoda?
W jego głosie pojawiła się ostra nuta; ubranie miał wygniecione i wyraźnie był bardzo zmęczony, jakby miał za sobą długą podróż albo spał
za krótko.
- A teraz siadaj i opowiedz mi o Danielu Sutherlandzie.
Laura usiadła przy małym stoliku w rogu pokoju, tym samym, przy którym
jadała kolacje, oglądając telewizję. Na chwilę poczuła ulgę. Wzruszyła
ramionami tak, że podskoczyły pod jej uszy.
- Co chcecie o nim wiedzieć?
- A więc go pani zna?
- Oczywiście, że tak. I oczywiście wam na mnie naskarżył. Więc powiem
wam tyle, że to gówno prawda, bo nic się nie stało, a zresztą i tak on
zaczął.
Jajo uśmiechnął się. Miał zaskakująco ciepły uśmiech.
- Nic się nie stało, ale i tak on zaczął? - powtórzył.
- Właśnie.
- A kiedy nie stało się to nic, które on zaczął? - spytała Brew, powoli
wchodząc z kuchni do pokoju. Usiadła obok swojego kolegi na brzydkiej
dwuosobowej kanapie pokrytej dermą. Siedząc ramię w ramię, wyglądali
komicznie: mała i duży, on długi i szczupły, jak Lurch służący swojemu
małemu tłustemu Festerowi.
Laura uśmiechnęła się drwiąco.
Brwi się to nie spodobało; jej twarz nabiegła krwią.
- Co cię tak bawi? - warknęła. - Widzisz w tej sytuacji coś śmiesznego,
Lauro?
Dziewczyna pokręciła głową.
- Fester - powiedziała z uśmiechem. - Wygląda pan całkiem jak wujek
Fester Addams. Nikt nigdy panu tego nie mówił?
Policjantka otworzyła usta, żeby się odezwać, ale Jajo, z niezmąconym
spokojem, nie dał jej dojść do słowa.
- Daniel Sutherland - powtórzył, tym razem głośniej - nic nam o pani nie
mówił. Przyszliśmy porozmawiać z panią, ponieważ z kieliszka na barce
Daniela zdjęliśmy dwa zestawy odcisków palców... jeden należący do niego,
a drugi do pani.
Laura nagle poczuła zimny dreszcz. Potarła palcami obojczyk i odchrząknęła.
- Co zdjęliście...? Odciski palców? O co tu właściwie chodzi?
- Możesz nam opowiedzieć o swoim związku z panem Sutherlandem, Lauro? -
poprosiła Brew.
- O związku? - Dziewczyna mimo woli się roześmiała. - Za dużo
powiedziane. Przeleciałam go dwa razy w piątek wieczorem. Ale nie
nazwałabym tego związkiem.
Brew pokręciła głową z naganą albo z niedowierzaniem.
- A jak go poznałaś?
Laura głośno przełknęła ślinę.
- Poznałam go, bo, no wiecie, czasami pomagam takiej pani, Irene, ona
mieszka przy Hayward's Place, wiecie, obok tego kościoła, co stoi po
drodze do tego małego Tesco. Poznałam ją kilka miesięcy temu i jak
mówiłam, pomagam jej od czasu do czasu, bo jest stara, ma artretyzm i pamięć jej szwankuje, a niedawno się przewróciła, skręciła kostkę czy
coś w tym rodzaju, i nie bardzo może chodzić na zakupy. Nie robię tego
dla pieniędzy, nic z tych rzeczy, choć ona wtyka mi czasami piątaka,
wiecie, za to, że poświęcam jej czas, taka już jest miła... Nieważne. A więc Dan... Daniel Sutherland... kiedyś był sąsiadem Irene, to było wieki
temu, ale jego matka wciąż tam mieszkała, aż do śmierci, i właśnie wtedy
się poznaliśmy.
- Poznała go pani, kiedy umarła jego matka?
- Później - sprecyzowała Laura. - Nie było mnie na miejscu, kiedy
kopnęła w kalendarz.
Brew zerknęła na kolegę, ale on na nią nie patrzył, znowu spoglądał na
portret rodzinny, a na jego twarzy malował się smutek.
- No dobrze - rzuciła Brew. - Zostawmy to. A zatem byłaś z panem
Sutherlandem w piątek, zgadza się?
Laura pokiwała głową.
- Byliśmy na randce - powiedziała z naciskiem. - Tylko że dla niego
randka oznacza dwa drinki w barze w Shoreditch, a potem bzykanko na jego
gównianej barce.
- I wtedy cię... skrzywdził? Albo do czegoś zmusił? Co takiego zaczął? -
zapytał Jajo, pochylony; teraz już skupiony był tylko na Laurze. -
Powiedziałaś, że to on zaczął. Ale co konkretnie?
Laura zamrugała szybko. Nagle, z niezwykłą jasnością, przed oczami
stanęła jej jego zaskoczona mina, kiedy się na niego rzuciła.
- Było miło - powiedziała. - Dobrze się bawiliśmy. A raczej sądziłam, że
się dobrze bawimy. - Ni stąd, ni zowąd zaczerwieniła się, poczuła, jak
palący żar rozlewa się z jej piersi na szyję i wypływa na policzki. - Bo
nagle on się stał, no... jakiś taki zimny, jakby już nie chciał mnie tam
widzieć. Zachowywał się jak... jak ostatni cham. - Spuściła wzrok na chorą
nogę i westchnęła. - Jestem chora. Jestem osobą szczególnej troski.
Wiem, pan twierdzi, że to nieprawda, ale taka jestem. Wymagam opieki.
- Więc się pokłóciliście? - spytała Brew.
Laura kiwnęła głową. Patrzyła na swoje stopy.
- Tak, można tak powiedzieć.
- Czy doszło do bijatyki? Przemocy fizycznej?
Na tenisówce miała plamę, tuż nad małym palcem lewej stopy. Plama była
brunatna. Schowała lewą stopę za kostkę prawej nogi.
- N... nie. W każdym razie nie na poważnie.
- A więc doszło do użycia przemocy, ale twoim zdaniem to nie było nic
poważnego?
Laura wsunęła lewą stopę za prawą łydkę.
- To nie było naprawdę... tylko udawaliśmy.
Podniosła wzrok na Jajo, który pocierał palcem wskazującym wąskie usta;
on z kolei spojrzał na Brew, a ona na niego, bez słów, i coś między nimi
przeleciało. Porozumienie.
- Panno Kilbride, w niedzielę rano na barce Daniela Sutherlanda
znaleziono jego zwłoki. Czy może nam pani powiedzieć, kiedy dokładnie
widziała go pani po raz ostatni?
Nagle Laurze boleśnie zaschło w ustach, nie była w stanie przełknąć,
dudniło jej w uszach... Zamknęła oczy.
- Zaraz... - Wstała i przytrzymała się stołu, czuła, że świat się kiwa.
Usiadła z powrotem. - Zaraz - powtórzyła. - Jego zwłoki?! Twierdzi pan...
- Że pan Sutherland nie żyje - dokończył Jajo cichym, spokojnym głosem.
- Ale to... to niemożliwe. - Laura usłyszała, jak głos jej się łamie. Jajo
wolno pokiwał głową. - W niedzielę rano? Powiedział pan, że w niedzielę
rano?
- Zgadza się - przytaknął Jajo. - Zwłoki pana Sutherlanda znaleziono w niedzielę rano.
- Ale... - Laura czuła rosnącą w gardle gulę. - Ale ja spotkałam się z nim
w piątek wieczorem i wyszłam w sobotę rano. Wyszłam w sobotę rano.
Pewnie o siódmej, a może nawet wcześniej. W sobotę rano - powtórzyła z naciskiem, po raz ostatni.
Teraz odezwała się Brew, mówiła lekkim, melodyjnym głosem, jakby
opowiadała zabawną anegdotkę i właśnie zbliżała się do puenty.
- Pan Sutherland zmarł na skutek znacznej utraty krwi, został raniony
nożem w pierś i szyję. Oficjalnie nie potwierdzono jeszcze czasu zgonu,
ale nasz technik jest zdania, że śmierć nastąpiła nie później niż
dwadzieścia cztery godziny i nie wcześniej niż trzydzieści sześć godzin
od odkrycia zwłok. A ty twierdzisz, że spędziłaś z panem Sutherlandem
piątkową noc, mam rację?
Laurę paliła twarz, piekły ją oczy. Idiotka. Jestem skończoną idiotką.
- Tak - potwierdziła cicho. - Spędziłam z nim piątkową noc.
- Piątkową noc. I poszłaś z nim na jego barkę, tak? Mówiłaś, że
uprawialiście seks. Dwa razy, zgadza się? A o której dokładnie w sobotę
rano rozstałaś się z panem Sutherlandem?
Pułapka. To była pułapka, w którą dała się zwabić. Idiotka. Poskrobała
zębami dolną wargę, zagryzła ją mocno. Wyobraziła sobie, jak adwokat
przykazuje jej: Nic nie mów. Nie rozmawiaj z nikim. Pokręciła głową. Z gardła wyrwał jej się cichy dźwięk, na pozór wbrew jej woli.
- Co to było, Lauro? Chciałaś coś powiedzieć?
- Przykro mi, że nie żyje, i w ogóle - odparła, ignorując radę, która
zrodziła się w jej własnej głowie. - Ale ja nic nie zrobiłam. Słyszycie
mnie? Nic nie zrobiłam. Nikogo nie zadźgałam. Ten, kto twierdzi inaczej,
łże jak pies. On się... sama nie wiem, wygadywał takie różne, mówił mi
rzeczy, które mi się nie podobały. Ale ja nic nie zrobiłam. Może go
uderzyłam, może... - Poczuła w ustach smak krwi i przełknęła głośno. -
Nie... nawet nie próbujcie mi wmawiać, że go zabiłam, bo nie miałam z tym
nic wspólnego. Może przez chwilę się szamotaliśmy, ale to były tylko
takie przepychanki, rozumiecie, a potem odszedł i tyle. Rozumiecie? To
tyle. To nie moja wina, nie moja wina, nawet jeśli... Cała ta szarpanina
to nie przeze mnie.
Laura słyszała własny głos, wznoszący się coraz wyżej, ten potok słów, i wiedziała, jak to brzmi, jak tyrada szaleńca, jakby była jedną z tych
wariatek, co to stają na rogach ulic i wydzierają się w próżnię,
wiedziała, że krzyczy jak jedna z nich, ale nie potrafiła się
powstrzymać.
- Odszedł? - mruknęła Brew. - Powiedziałaś: "a potem odszedł". Co miałaś
na myśli, Lauro?
- To, że odszedł. Wyszedł, poszedł sobie. A jak myślicie? Po tym, jak
się pobiliśmy... w sumie się nie pobiliśmy, ale wiecie, o czym mówię... no
więc potem bez słowa włożył dżinsy, wyszedł i mnie tam zostawił.
- W swoim domu... na swojej barce, samą?
- No właśnie. Przypuszczam, że on jest z tych, co to ufają ludziom. -
Roześmiała się, choć wiedziała, że jest to z gruntu niestosowne, ale nie
mogła się powstrzymać, bo to było takie zabawne, pomysł, że on ufał
ludziom, no nie? W tych okolicznościach? No, może nie całkiem zabawne,
ale jednak. A kiedy już parsknęła śmiechem, stwierdziła, że nie może
przestać; czuła, że jej twarz robi się czerwona, jakby się czymś
zakrztusiła.
Śledczy porozumieli się wzrokiem.
Brew wzruszyła ramionami.
- Pójdę i przyniosę jej szklankę wody - powiedziała w końcu.
Po chwili Laura usłyszała, jak policjantka woła partnera, nie z kuchni,
tylko z łazienki.
- Inspektorze, zajrzy pan tu na chwilkę?
Łysy wstał i w tym momencie Laura poczuła narastający lęk, który
przegnał śmiech z jej piersi.
- Chwileczkę, nie powiedziałam, że może pan tam wejść - rzuciła, ale
było już za późno.
Poszła za nimi. Brew stała w progu łazienki, wskazując palcem najpierw
na umywalkę, w której Laura zostawiła zegarek (należący bez dwóch zdań
do Daniela Sutherlanda, skoro na odwrocie miał wygrawerowane jego
inicjały), a potem na rzuconą w kąt zakrwawioną koszulkę dziewczyny,
zmiętą w kulkę.
- Skaleczyłam się - powiedziała Laura, czerwona jak burak. - Już wam to
mówiłam. Skaleczyłam się, wchodząc przez okno.
- Owszem, o tym mówiłaś - przytaknął Jajo. - Bądź więc tak dobra i opowiedz nam jeszcze o zegarku.
- Zabrałam go - odparła Laura, nadąsana. - To przecież jasne. Zabrałam
go. Ale to nie jest tak, jak myślicie. Zrobiłam to, żeby go wkurzyć...
Chciałam... sama nie wiem, wrzucić go do kanału i kazać mu aportować. Ale
potem... nie wiem, pomyślałam, że pewnie on dla niego dużo znaczy, jak
zobaczyłam ten napis z tyłu, pomyślałam, że może dała mu go matka na
krótko przed śmiercią albo co i że jest nie do zastąpienia. Więc
zamierzałam mu go oddać.
Jajo spojrzał na nią ze smutkiem, jakby miał jej do zakomunikowania złe
wieści, co poniekąd było prawdą.
- A teraz zrobimy tak - powiedział. - Zabierzemy cię na posterunek
policji, gdzie odpowiesz na kolejne pytania. Zostaniesz pouczona o przysługujących ci prawach. Wiesz, co to oznacza? Poza tym pobierzemy od
ciebie kilka próbek w celu porównania z tym, co znaleźliśmy na miejscu
zbrodni.
- Jakich próbek? Co to znaczy?
- Policjantka na posterunku weźmie materiał spod twoich paznokci,
przeczesze ci włosy w poszukiwaniu włókien, tego typu rzeczy. To nie
będzie nic inwazyjnego, nie masz się czym martwić...
- A jeśli nie będę chciała? - Głos Laury drżał, pragnęła, żeby ktoś
udzielił jej pomocy, ale nikt taki nie przychodził jej na myśl. - Czy
mogę się nie zgodzić?
- Spokojnie, Lauro. - Głos Brwi się zmienił, stał się kojący. - To
bardzo prosta i łatwa procedura, nie ma się czego bać.
- Kłamiesz - powiedziała Laura. - Dobrze wiesz, że to kłamstwo.
- Następnie wystąpimy o nakaz przeszukania twojego mieszkania - podjął
Jajo. - Na pewno zdajesz sobie sprawę, że w tych okolicznościach
zdobędziemy go bez trudu, dlatego jeśli uważasz, że powinniśmy wiedzieć
o czymś jeszcze, to teraz jest najlepszy moment, żeby nam o tym
powiedzieć. Okej?
Laura zastanowiła się, próbowała się skupić na tym, czy coś jeszcze
powinna im powiedzieć, ale w głowie miała kompletną pustkę. Brew coś do
niej mówiła, a kiedy dotknęła jej ramienia, Laura się wzdrygnęła.
- Twoje ubranie, Lauro. Pokażesz nam, co miałaś na sobie w piątek
wieczorem?
Dziewczyna na chybił trafił zgarnęła jakieś ubrania z podłogi w sypialni, podała im dżinsy, które może nosiła tamtego wieczoru, a może
nie, i rzuciła stanik z grubsza w ich kierunku. Poszła do toalety,
zostawiając ich dwoje w korytarzu; Jajo nachylał głowę, słuchając tego,
co mówi Brew. Przystanęła w drzwiach łazienki i usłyszała, jak
policjantka szepcze coś o "grawerunku", mówi, że "to dziwne" i że "ona
chyba ma nierówno pod sufitem, nie?".
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki