Przedmowa
Poszukując inspiracji podczas pisania tej książki, wielokrotnie wracałem do trzech wyjątkowych postaci. Są to zupełnie niepodobne do siebie osoby: literaturoznawca Edward Said, biolożka i autorka książek popularnonaukowych Rachel Carson oraz socjolog Ramachandra Guha. Każda z nich wpisuje się jednak w model publicznego intelektualisty, który nie boi się wyznaczać nowych ścieżek poszukiwań, przebiegających często z dala od myśli głównego nurtu, a co więcej - nie boi się zmagań z przejawami wrogości wywołanej swoim brakiem pokory. Zarówno prowadząc badania naukowe w archiwach, jak i pisząc eseje czy felietony polemiczne, Said, Carson i Guha zawsze czuli olbrzymią potrzebę dotarcia do różnych grup odbiorczych, co pomogło im w pewnym sensie ukształtować własnych czytelników i czytelniczki, ponieważ nie podporządkowywali się konwencjom narzucanym przez swoje dyscypliny naukowe i profesjonalne standardy.
Piękno bycia nauczycielem polega na tym, że możemy wytyczyć sobie cele zachęceni jedną właściwą inspiracją, która pojawi się we właściwym czasie. Taki wpływ miał na mnie Said, kiedy w połowie lat 80. odbywałem studia magisterskie na Uniwersytecie Columbia. Widziałem przed sobą dwie równie nieatrakcyjne ścieżki: podążać albo śladem zeskorupiałych starych formalistów w tweedowych marynarkach Ivy League piszących piękne słówka o literaturze pięknej, albo śladem będących właśnie na topie nowych formalistów, którzy pędzili jak lemingi na klify dekonstrukcji. Zagubionemu i niezdecydowanemu młokosowi stawiającemu pierwsze kroki w amerykańskim świecie akademickim, rozdartemu między zamiłowaniem do literatury a żyłką do polityki międzynarodowej, Said pokazał trzecią możliwość: zachęcił mnie, by pogodzić te dwie pasje i znaleźć głos, którym mógłbym posłużyć się do realizacji ich obu. Ośmieliła mnie determinacja, z jaką poszukiwał stylu - a raczej całej gamy stylów - aby dać odpowiedni wyraz swoim szerokim zainteresowaniom. Zachowując intelektualną głębię, nie zaniedbywał przejrzystości wywodu. Uczył i pisał tak, jakby chciał, aby wszyscy go zrozumieli - co nie powinno dziwić u badacza literatury. Jego podejście wydawało się pełne jasności i entuzjazmu, zwłaszcza w porównaniu z alternatywami: sesjami uważnego czytania (close reading) w kapsułach odciętych od świata lub seminariami dekonstrukcjonistów, na których mówiąc niejasnym językiem, dążyliśmy do niejasnych celów i szturchając nieżywą prozę napisaną przez nieżywych autorów, próbowaliśmy poruszyć ją choć na tyle, żebyśmy mogli nazwać nasze wysiłki "grą". Said był zupełnie inny: miał świadomość olbrzymiego znaczenia perswazji i przymusu, a także poważnych skutków posługiwania się polityczną nowomową i tworzenia pozorów językowych. Był czytelnikiem uznającym znaczenie kontekstu historycznego, politycznego i biograficznego, w dodatku każdy z nich posiadał dla niego równie istotną wagę.
Zręczność języka, jakim operował Said, pozwoliła mu dotrzeć do wielu grup odbiorczych: przedstawicieli i przedstawicielek różnych dyscyplin, mieszkańców różnych kontynentów, którzy poznawali go przez rozmaite media. Gardził kultem trudnego tekstu, przekonaniem, że zawiły język jest oznaką wielkiej inteligencji. Wiedział, że o wiele więcej wysiłku wymaga mówienie o teorii lekko i sprytnie niż przekonywanie innych, że bełkotliwy galimatias jednodniowych neologizmów pełni funkcję "interwencji". Dbałość o styl na stałe wpisała się w jego idealizm polityczny, postawę buntownika i obrońcy innych.
Jako ekolog muszę zadać sobie pytanie: czy w zainteresowaniu Saida światem jest miejsce na zainteresowanie planetą? W 2003 roku, na miesiąc przed śmiercią, zakończył on esej dla pisma "Counterpunch" słowami wyrażającymi tęsknotę za przyszłością, którą kształtują "alternatywne społeczności z całego świata i alternatywne źródła informacji, a wszyscy mamy świadomość, że nasze wspólne istnienie na tej maleńkiej planecie łączy potrzeba dbania o ochronę środowiska, prawa człowieka i wolność"1 (2003, 5). Choć Said wyraził pod koniec życia taki pogląd, trudno byłoby uznać go za osobę zaangażowaną ekologicznie w konwencjonalnym sensie. Jest jednak całkiem możliwe, a nawet prawdopodobne, że gdyby omawiana przeze mnie w tej książce aktywna postawa międzynarodowych ruchów na rzecz sprawiedliwości ekologicznej miała nieco większy związek z badaniami w naukach humanistycznych, Said dostrzegłby ich wspólnotę ze swoimi rozważaniami na temat buldożerów w gajach oliwnych, prawa do ziemi i polityki wodnej - kwestiami, którymi żywo zajmuje się w pracy After the Last Sky.
Lekceważący stosunek Saida do tego, co nazywał "drobiazgowymi zobowiązaniami świata produkcji intelektualnej", przypomina zniecierpliwienie widoczne w pracach Rachel Carson, postaci jeszcze bardziej nieszablonowej (Said 1983, 3). Carson uważała, że misja publicznej intelektualistki polega na demaskowaniu eufemizmów i pustosłowia rozpowszechnianych przez amerykańską machinę militarno-przemysłową okresu zimnej wojny. Dobrze znane jest jej twierdzenie, że herbicydy i insektycydy należy zgodnie z prawdą nazywać biocydami: te środki o rzekomo celowanym działaniu używane w "wojnie" ze szkodnikami w rzeczywistości celują po prostu w życie. Prawie dwie dekady przed szaleńczą neoliberalną deregulacją Carson ostrzegała, że niepowstrzymana chęć kapitalizmu do wprowadzania na rynek niekontrolowanych specjalistycznych produktów konsumenckich zostawi za sobą znaczną liczbę niespecjalistycznych ofiar.
Carson przekierowała część obaw amerykańskiego społeczeństwa z zagrożenia komunizmem na puszkę owadobójczego sprayu Doom2 stojącą na półce w kuchni. Pokazując, w jaki sposób wybory dokonywane w drobnych, codziennych sprawach mogą sprawić, że nasz świat stanie się miejscem bardziej przyjaznym do zamieszkania, Silent Spring całkowicie zmieniło krajobraz strachu oraz, co najważniejsze, jego czasowy wymiar. Książka, która ukazała się zaledwie kilka tygodni przed kryzysem kubańskim, wzywała pogrążoną w paranoi Amerykę do przejęcia kontroli nad własnymi lękami poprzez zmianę stylu życia w skali krótkoterminowej, która ograniczyłaby ryzyko katastrofy w perspektywie długoterminowej. Szerokie spojrzenie Carson na wymiar czasowy ryzyka zmobilizowało wiele osób do zaangażowania się w działania na rzecz bardziej rygorystycznych praw w zakresie ochrony środowiska w USA i innych krajach. Autorka ta udzieliła nam zatem lekcji, jak nie tracić nadziei i jak walczyć o duże i małe sprawy.
Podobnie jak Said, Carson głośno wyrażała nieufność wobec opinii certyfikowanych ekspertów, podejrzewając, że pod presją finansową nie zachowują się oni w pełni profesjonalnie, co stawia pod znakiem zapytania dostęp społeczeństwa do obiektywnych i wiarygodnych wyników badań. Naukowczyni nie poruszała bezpośrednio takich tematów jak imperializm, klasa czy rasa, ale wyraźnie nawiązywała do kwestii ekologii ubogich, ponieważ poważnie niepokoiło ją uwikłanie machiny militarno-przemysłowej w ukrywanie skażeń toksycznych, zarówno poprzez podejmowane działania, jak i stosowaną retorykę. Ponadto jej postawa pomogła przyspieszyć przejście od ideologii konserwacjonizmu do stanowiska społeczno-ekologicznego, które okazało się pożyteczniejsze dla ruchów na rzecz sprawiedliwości ekologicznej. Domenami Carson były przede wszystkim protest i synteza: próbując ukazać sprawy w szerszej perspektywie, wychodziła poza konwencjonalne rozumienie oryginalności. Ujawniając wątpliwe sposoby finansowania nauki sztywno podzielonej na dyscypliny - i idące za nimi negatywne konsekwencje dla zdrowia publicznego - stała się buntowniczą erudytką.
Miarą wątłości relacji między badaniami postkolonialnymi a ekologią jest fakt, że Said nigdy nie wspomina w swoich pracach o Carson3. (Należałoby dodać, że jest to również miarą uporczywej i nieżyczliwej obojętności Saida na każdy silny głos kobiecy). A jednak Carson w wielu ważnych kwestiach wyprzedziła nieufność Saida wobec skategoryzowanej wiedzy specjalistycznej, nieetycznych sposobów finansowania badań naukowych oraz używania mętnego języka. Ona również nie dowierzała fałszywemu obiektywizmowi działań badawczych sponsorowanych przez korporacje. Nie ufała naukowcom, którzy występując przed nienaukową publicznością, mówili jedynie do samych siebie. Kultura - i kult - eksperta były dla Carson, co później zrozumiał także i Said, osłabiające intelektualnie, etycznie zaś godne ubolewania, ponieważ pozostawały uwikłane w geopolitykę czasów zimnej wojny.
Ramachandra Guha jest trzecią niedającą się sklasyfikować postacią, która dostarczyła mi szczególnej inspiracji. Z wykształcenia socjolog, z natury historyk środowiska, dziennikarz, opiniotwórca, autor książek o sporcie - postanowił, jak sam to określił, "nie być wierny żadnej metodologii". Podobnie jak Carson, Guha wybrał połączenie wolności i ryzyka, jakie niesie ze sobą praca na uniwersytecie: brak pewności stałego zatrudnienia, ale też brak zobowiązań i konieczności zawierania kompromisów. Zażenowany szowinizmem naukowym w równym stopniu, co narodowym, zrobił niewątpliwie więcej niż jakikolwiek inny intelektualista, żeby obalić mit, jakoby ekologia była jedynie działaniem "osób o pełnym żołądku", na które mogą sobie pozwolić tylko przedstawiciele średniej i wyższej klasy najbogatszych społeczeństw świata (Said 1983, 1). Powracał do zapomnianych motywów amerykańskiej i europejskiej myśli ekologicznej, a nawet je rozwijał, podkreślając, że nie odgrywają one roli przewodniej dla całego świata (Said 1983, 20). Już w 1989 roku zabrał się do demontażu opartego na dobrych intencjach, lecz w gruncie rzeczy jałowego projektu głębokiej ekologii, który - mimo globalnych ambicji - miał bardzo ograniczony zakres4 (Guha 1989a). Guha sugerował potrzebę powiązania ekologii z globalnymi kwestiami sprawiedliwego podziału dóbr - te drugie z kolei łączą się z nierównym obciążeniem konsumpcyjnym i militaryzacyjnym narzucanym naszej planecie o ograniczonych zasobach przez bogatych i biednych, zarówno jednostki, jak i państwa. Odkrywając głęboko zakorzenione tradycje myśli ekologicznej i aktywizmu wśród ubogich, Guha oparł się pokusie tworzenia sentymentalnego obrazu "tradycyjnych" kultur jako społeczności "naturalnych" ekologów i ekolożek.
Guha współpracował z ekspertami, którzy doskonale uzupełniali jego wiedzę, m.in. z indyjskim ekologiem i antropologiem Madhavem Gadgilem oraz z katalońskim ekonomistą Joanem Martinezem Alierem. Wspólnie stworzyli terminologię, którą posługuje się ta książka (i wiele innych prac z różnych dziedzin). Pojawienie się w słowniku określeń takich jak "ekologia ubogich", "ludzie ekosystemu", "wszystkożercy" (w znaczeniu: bogaci konsumenci, którzy eksploatują planetę) oraz "socjoekologia" to zasługa Guhy i jego współpracowników5. Część tych terminów zyskała popularność nawet w świecie mediów i polityki publicznej. Osiągnięcie to świadczy o elastyczności retorycznej Guhy, któremu zależy na nowatorstwie, ale który jednocześnie chce pozostawać przystępny i świadomy możliwości oferowanych przez różne konteksty, regiony geograficzne oraz gatunki. Nieinstytucjonalny z natury, zdyscyplinowany, lecz nie przytłoczony samodyscypliną, Guha jest idealnym przykładem osoby, którą kiedyś nazywano niezależnym intelektualistą.
Jako że Guha znajdował się poza głównymi nurtami zarówno marksizmu, jak i zachodniej ekologii lat 80., musiał mierzyć się z jednej strony z pogardą radykałów z Trzeciego Świata, którzy uznawali ekologię za stek reakcyjnych, snobistycznych bzdur, a z drugiej - z krytyką przedstawicieli głębokiej ekologii, którzy oskarżali go o postawę antyekologiczną i antyamerykańską (Guha 2008, 1). Na przestrzeni lat jego publikacje znacząco wpłynęły jednak na kształt dyskusji inspirujących humanistykę oraz nauki społeczne ukierunkowane na kwestie środowiskowe (Guha 1989b).
To właśnie tych troje zupełnie odmiennych, niedających się sklasyfikować intelektualistów - palestyński literaturoznawca żyjący na wygnaniu w Ameryce, biolożka morska wywodząca się z wiejskich rejonów Pensylwanii oraz socjolog z miasta Dehradun u podnóża Himalajów - stanowiło moje źródło inspiracji, zarówno ze względu na występujące między nimi różnice, jak i na wspólny ton ich myśli.
Wstęp
Globalizacja jest jak światło, które na nielicznych świeci coraz jaśniej, a większość pozostawia w mroku, odrzuconych. Nie da się ich zobaczyć. Kiedy przyzwyczaimy się, że czegoś nie widać, już nigdy nie możemy tego ujrzeć.
Arundhati Roy
Uważam, że logika ekonomiczna w pełni uzasadnia masowe składowanie odpadów toksycznych w krajach o najniższym poziomie zarobków i musimy się z tym po prostu pogodzić [...]. Zawsze sądziłem, że zanieczyszczenie krajów afrykańskich jest zdecydowanie zbyt niskie, a poziom jakości powietrza jest tam ekonomicznie nieuzasadniony w porównaniu z Los Angeles [...]. Tak między nami: czy Bank Światowy nie powinien zachęcać do przenoszenia brudnych gałęzi przemysłu do krajów najmniej rozwiniętych?
Lawrence Summers, niejawna notatka Banku Światowego, 12 grudnia 1991 roku
Kiedy Lawrence Summers, ówczesny prezes Banku Światowego, lobbował za tym, żeby jego instytucja wdrożyła program eksportowania śmieci i odpadów toksycznych oraz relokacji gałęzi przemysłu powodujących znaczne zanieczyszczenie środowiska z krajów bogatych do Afryki, mówił spokojnym, rozważnym głosem przedstawiciela globalnego biznesu1 (Arestis 1992). Dodał, że taki plan poprawi nieopłacalny brak równowagi skażenia na świecie. Strategia ta przyniosłaby również, jego zdaniem, niedostrzeganą wcześniej, ale niezwykle istotną dodatkową korzyść: ekspediowanie skażonych materiałów na najuboższy kontynent świata pomogłoby złagodzić presję aktywistów i aktywistek ekologicznych prowadzących w tych krajach kampanie przeciwko wysypiskom śmieci i ściekom przemysłowym, które stanowiły zagrożenie dla zdrowia i budziły odrazę swoim wyglądem. Summers uzasadniał etykę redystrybucji substancji trujących podwójną dogodnością takich działań: przyniosłyby one Stanom Zjednoczonym i Europie profity gospodarcze, a jednocześnie pomogłyby wyciszyć rosnące niezadowolenie ekologów i ekolożek w bogatych krajach. Argumentacja Summersa opierała się na istnieniu bezpośredniego związku pomiędzy odrażającym wyglądem odpadów a postrzeganiem Afryki jako miejsca, na które nikt nie zwraca uwagi i które w związku z tym nie leży w sferze zainteresowania aktywistów i aktywistek ekologicznych. Przedstawiony przez niego scenariusz zawierał same korzyści dla globalnej Północy, a jednocześnie w trójnasób lekceważył afrykańskie podmioty będące częścią jego planu: jako byty polityczne, jako ofiary długotrwałego procesu, który nazywam w tej książce "powolną przemocą", oraz jako kultury mające własne relacje ze środowiskiem naturalnym. Zaczynam swoje rozważania od wzmianki o szokującym planie Summersa, ponieważ bezpośrednio wiąże się on z wyzwaniami - zarówno politycznymi, jak i dotyczącymi sposobów przedstawienia - jakie stawia przed nami powolna przemoc i jej wpływ na środowisko oraz ekologię ubogich.
Dociekania prowadzone w tej książce skupiają się na trzech głównych obszarach. Pierwszy i najistotniejszy dotyczy przeświadczenia, że powinniśmy jak najszybciej zrewidować nasz sposób rozumienia zjawiska, które nazywam "powolną przemocą", starając się spojrzeć na nie w wymiarze politycznym, artystycznym oraz teoretycznym. Powolna przemoc przebiega stopniowo i niedostrzegalnie. Działa wyniszczająco, ale jej efekty zostają odroczone, bo jest również rozproszona w czasie i przestrzeni, a ponieważ polega na długotrwałym osłabianiu i wycieńczaniu, najczęściej w ogóle nie postrzega się jej w kategoriach przemocy. Zazwyczaj przez przemoc rozumiemy zdarzenie lub czynność o charakterze natychmiastowym, gwałtownym i ewidentnym, które potrafimy jednoznacznie ulokować w czasie i przestrzeni: manifestuje się ona nagle i w sposób całkowicie jawny, więc dostrzegamy ją od razu. Uważam, że należy bardzo szczegółowo przyjrzeć się innemu rodzajowi przemocy: przemocy, która nie jest ostentacyjnie jawna i natychmiastowa, ale intensyfikuje się i narasta, a jej katastrofalne skutki rozciągają się w różnych skalach czasowych. W tym celu powinniśmy również podjąć wyzwania, jakie stawia przed nami względna niedostrzegalność powolnej przemocy - dotyczą one sposobów jej przedstawiania, opowiadania o niej i podejmowania działań z nią związanych. Trudności, jakie napotykamy przy każdej próbie opisania zmiany klimatu, topnienia lodowców, rozprzestrzeniania się toksycznych zanieczyszczeń, wzrostu stężeń toksyn w organizmach wyższych, wylesiania, radioaktywnych pozostałości wojennych, zakwaszenia oceanów czy innych powoli ujawniających się katastrof ekologicznych, mogą znacząco utrudnić mobilizację sił i podejmowanie zdecydowanych działań. Ofiary długiego wymierania, zarówno wśród ludzi, jak i w obszarze środowiska naturalnego - sukcesywnie zabijane przez toksyczne pozostałości działań wojennych bądź przez zmiany klimatu i zatrważająco łatwo bagatelizowane - nie są w dostatecznym stopniu uwzględniane przy planowaniu działań ani obecne w ludzkiej pamięci.
Gdyby Summers zaproponował dokonanie inwazji na Afrykę przy użyciu broni masowego rażenia, jego plan spełniałby klasyczne definicje przemocy i zostałby odebrany jako sugestia agresji militarnej, może nawet o charakterze imperialnym. Ale planowanie inwazji na inne kraje przy użyciu masowych form wolno działających skażeń toksycznych wymaga zrewidowania powszechnie przyjętych założeń na temat przemocy, tak aby uwzględniały one powolną przemoc. Należy w tym celu odejść od przeświadczenia, że przemoc jest aktem wyraźnie dostrzegalnym, który zasługuje na uwagę mediów, ponieważ dotyczy konkretnego wydarzenia, czasu i osoby. Trzeba uwzględnić wpływ rozproszenia powolnej przemocy w czasie na to, jak patrzymy i reagujemy na różnego rodzaju problemy społeczne, od przemocy domowej po zespół stresu pourazowego, ze szczególnym uwzględnieniem katastrofy ekologicznej. Jednym z najtrudniejszych zadań jest znalezienie odpowiedniej formy przedstawienia: jak tworzyć interesujące historie, przekonujące obrazy i symbole, które adekwatnie oddawałyby tak powszechną, lecz tak nieuchwytną przemoc o opóźnionych skutkach. Co bardzo istotne, nie dość, że taka przemoc ma charakter wyniszczający, jej efekty potęgują się w czasie, prowadząc do łączenia i pomnażania zagrożeń. Może też podsycać długotrwałe, narastające konflikty w sytuacjach stopniowego pogarszania się warunków życia.
Różnego rodzaju katastrofy mają rozmaitą wagę polityczną i emocjonalną. Spadające ciała, płonące wieże, roztrzaskujące się głowy, lawiny, wulkany i tsunami przez swoją makabryczność przykuwają wzrok i trzymają w tak intensywnym napięciu, że historie o powolnej przemocy, która narasta przez lata, dekady, a nawet stulecia, nie są w stanie im dorównać. Oczywiście relacje na temat wzrostu stężeń substancji toksycznych, nagromadzenia gazów cieplarnianych czy też coraz szybszego wymierania gatunków z powodu niszczenia ich siedlisk naturalnych budzą przerażenie, ale zostaje ono przysłonięte tonem dyskursu naukowego, a ofiary tych procesów pojawiają się dużo później, często dopiero w kolejnych pokoleniach. W czasach, gdy media wielbią widowiskowość, politykę publiczną kształtują zaś przede wszystkim potrzeby postrzegane jako natychmiastowe, kluczowe pytanie dotyczy działań i sposobów przedstawienia: jak - poprzez obrazy i opowieści - ukazać katastrofy rozgrywające się powoli i przynoszące odległe w czasie efekty, z udziałem anonimowych postaci, pozbawione spektakularnych bohaterów, które pojawiają się w wyniku stopniowego wyniszczania, a żądnej sensacji i skupionej na obrazach kulturze nie oferują nic ciekawego? Jak z długotrwałych sytuacji kryzysowych będących efektem powolnej przemocy uczynić historie na tyle dramatyczne, aby poruszyły opinię publiczną i stały się powodem interwencji politycznej? Chodzi przecież o sytuacje, których skutki odpowiadają za najpoważniejsze wyzwania naszych czasów.
Drugim, powiązanym obszarem rozważań mojej książki jest ekologia ubogich, gdyż to właśnie ludzie pozbawieni środków do życia najczęściej stają się ofiarami powolnej przemocy. Ich niewidocznej biedzie towarzyszy niedostrzegalność powolnej przemocy, która zdominowała ich życie. Upodobanie mediów do spektakularnej przemocy odpowiada za pogłębianie bezbronności zarówno ekosystemów traktowanych przez turbokapitalizm jak przedmioty jednorazowego użytku, jak i osób, które Kevin Bales nazwał, w innym kontekście, "jednorazowymi ludźmi" (2019). Ruch ekologiczny ubogich, wyłaniający się głównie (choć nie tylko) na tzw. globalnym Południu, powstał jako forma sprzeciwu wobec takiego właśnie przekonania o jednorazowości środowiska i ludzi. Pojawia się zatem nowa kluczowa kwestia o charakterze strategicznym: choć nastanie ery neoliberalizmu zintensyfikowało proceder rabowania zasobów naturalnych, nasiliło ono również opór manifestujący się zarówno w formie lokalnych protestów, jak i poprzez aktywizm przekraczający granice państw w celu budowania translokalnych sojuszy.
Kategoria "ubogich" jest niezwykle szeroka, przybiera rozliczne odmiany lokalne i obejmuje różne obszary wyznaczane przez pochodzenie etniczne, płeć, rasę, klasę społeczną, miejsce zamieszkania, religię czy nawet wiek. W obliczu narastającej militaryzacji zarówno handlu, jak i rozwoju gospodarczego zubożałe społeczności coraz częściej muszą mierzyć się z wieloma formami przymusu i korupcji, które wystawiają na próbę ich jednolitość i wytrzymałość. Przykładowo: jeśli uboga społeczność zamieszkująca cenne dla przedsiębiorców lasy dębowe walczy o przetrwanie, próbując dostosować się do nowych warunków, i musi w tym celu łączyć tradycyjne strategie zapewniania sobie bytu ze strategiami rynkowymi, do jakiego stopnia panuje nad sytuacją? W jaki sposób jej członkowie mogą znaleźć punkty styczne między różnym rozumieniem własnego ubóstwa i stabilnej, długotrwałej zamożności, jeśli zobaczą obok siebie broń, buldożery i bankierów? Społeczności tego rodzaju muszą zawierać improwizowane, prowizoryczne sojusze, aby przeciwstawić się przytłaczającej potędze armii, korporacji i mediów. Ubodzy buntownicy broniący dostępu do zasobów naturalnych nie mogą koncentrować swoich działań tylko na jednym obszarze: ich zaangażowanie ekologiczne łączy się z różnymi kwestiami gospodarczymi i kulturowymi, ponieważ nie doświadczają zagrożenia środowiska w abstrakcyjnej skali globalnej, ale jako codziennie odczuwanego, bezpośredniego lub niejasnego i długoterminowego ryzyka.
Sposób postrzegania aktywizmu ekologicznego wśród ubogich mieszkańców globalnego Południa przeszedł w ostatnich latach znaczącą ewolucję. Choć dawniej spoglądano na dyskursy ekologiczne bardzo sceptycznie, widząc w nich przejawy neokolonialnego dyktatu Zachodu, który rozumie priorytety dotyczące zasobów naturalnych inaczej niż ubodzy mieszkańcy globalnego Południa, tego rodzaju ocena uległa zmianie pod wpływem rosnącej widoczności i wiarygodności ruchów na rzecz sprawiedliwości ekologicznej. Sprawiedliwość ta przeciwstawia się ekologii antyludzkiej, która nazbyt często usiłowała (pod sztandarem uniwersalizmu) narzucać programy środowiskowe opracowywane pod dyktando bogatych krajów i zachodnich organizacji pozarządowych. Oczywiście wśród osób z pierwszej linii frontu globalnej wojny o zasoby naturalne podejrzenia, że ekologia to kolejny przejaw tego, co Andrew Ross nazywa "zarządzaniem planetą", nie zostały całkowicie rozwiane (1991, 207-212). Nie są one już jednak tak poważne, ponieważ zakres działań uznawanych za ekologiczne znacznie się poszerzył. Zachodni aktywiści przestali już ignorować konflikty o zasoby naturalne rozgrywające się wśród najuboższych społeczności na świecie i są nawet skłonni angażować się w nie albo wyciągać z nich wnioski, choć wcześniej nie dostrzegali ich związku z ochroną środowiska2. Jestem przekonany, że losy ruchu ekologicznego - a co ważniejsze, stan samej biosfery - będą w najbliższych dekadach kształtowane w znacznym stopniu przez napięcia pomiędzy dwoma modelami, które Ramachandra Guha i Joan Martinez Alier określają jako ekologie "pełnego żołądka" i "pustego brzucha" (1997, 12).
Problem dostrzegalności, który łączy powolną przemoc z ekologią ubogich, nawiązuje bezpośrednio do trzeciego tematu tej książki - skomplikowanej, często gniewnej postaci pisarza-aktywisty zatroskanego kwestiami środowiskowymi. W kolejnych rozdziałach zajmuję się nie tylko wyzwaniami literackimi, ale również, w szerszym ujęciu, dotyczącymi narzędzi retorycznych oraz wizualnych, jakie stawia przed nami powolna przemoc. Szczególnie interesują mnie zaangażowani pisarze i pisarki wykorzystujący swój twórczy potencjał oraz oddanie kwestiom ekologicznym do nagłaśniania marginalizowanych przez media przypadków osób wywłaszczonych ze środowiska. Chciałem zwrócić uwagę na obszary, w których pisarkom i ruchom społecznym - często w efekcie dosyć problematycznej współpracy - udało się stworzyć pewne strategie działań w obliczu dotykających zagrożone społeczności katastrof, które są skutkiem powolnego wyniszczenia. Interesujący mnie autorki i autorzy pochodzą z wielu stron świata - z różnych części Afryki, z Bliskiego Wschodu, Indii, Karaibów, Stanów Zjednoczonych czy Wielkiej Brytanii - i specjalizują się w rozmaitych formach literackich. Postacie takie jak Wangari Maathai, Arundhati Roy, Indra Sinha, Ken Saro-Wiwa, Abd ar-Rahman Munif, Njabulo Ndebele, Nadine Gordimer, Jamaica Kincaid, Rachel Carson czy June Jordan mają świadomość nieproporcjonalnie negatywnego wpływu destrukcyjnych sił i działań ponadnarodowych - takich jak petroimperializm, budowa wielkich zapór, outsourcing odpadów toksycznych, turystyka neokolonialna, antyludzkie praktyki w zakresie ochrony środowiska, deregulacja korporacyjna i ekologiczna czy też militaryzacja handlu - na najuboższe społeczności świata, zagrażającego ich źródłom utrzymania, perspektywom na przyszłość i pamięci zbiorowej. Niektórzy spośród wymienionych pisarzy i pisarek tworzyli odosobnione świadectwa, inni inicjowali ruchy na rzecz sprawiedliwości ekologicznej, pozostali zaś, wpisując własne wysiłki w działania istniejących już organizacji, wykorzystywali swój twórczy potencjał, aby przybliżać opinii publicznej kwestie istotne dla środowiska i w ten sposób przyczyniać się do ich nagłośnienia.
Relacje między ruchami ekologicznymi a pisarzami i pisarkami często bywają napięte i konfliktowe, w dużej mierze dlatego, że takie grupy są niezwykle podatne na podziały pod wpływem zewnętrznych i wewnętrznych nacisków3. Faktem jest jednak, że wszystkimi wspominanymi przeze mnie w książce autorami i autorkami kieruje gniew wywołany krzywdą, którą chcieliby naprawić, przypadkami niesprawiedliwości, które pomagają ujawnić w swojej twórczości, uciszaniem, które próbują rozmontować poprzez świadectwo sprzeciwu, inwencję retoryczną i kreowanie alternatywnych narracji w obliczu olbrzymich przeciwności. Są to przeważnie zniecierpliwieni i wszechstronni autorzy gotowi poświęcić swoją energię twórczą przeciwstawieniu się siłom, które Edward Said nazwał "znormalizowaną ciszą niewidzialnej mocy" (2001, 10). Ta znormalizowana cisza odnosi się szczególnie do zatajonych szkód i zgubnej niedostrzegalności, które towarzyszą powolnej przemocy.
Powolna przemoc
Jednym z zadań, jakie postawiłem sobie, pisząc tę książkę, jest pokazanie, jak bardzo lekceważymy powolne i długotrwałe kataklizmy, które cierpliwie dawkują spustoszenie, pozostając poza zasięgiem naszej łatwo rozpraszającej się uwagi i nie wzbudzając zainteresowania żądnych sensacji korporacyjnych mediów. Zdradliwy charakter powolnej przemocy wynika w dużej mierze z tego, że czas spektakularny i czas niespektakularny nie wywołują w nas jednakowego skupienia. W epoce zdominowanej przez widowiskowość chwili powolna przemoc skazana jest na nieatrakcyjność, nie dostaje jej bowiem wyrazistych efektów specjalnych przyciągających publiczność do kin i podnoszących oglądalność w telewizji. Dla przykładu, przemoc chemiczna i promieniotwórcza kieruje się do wewnątrz i jest somatyzowana w formie tragicznych mutacji komórkowych, które - zwłaszcza u osób ubogich - przeważnie pozostają niezauważone, niezdiagnozowane i nieleczone. Z artystycznego punktu widzenia taki niedostrzegalny spektakl mutagenności jest rozwlekły i pozbawiony wyrazistego, schludnego zamknięcia, narzucanego przez wizualne ortodoksje zwycięstwa i porażki.
Postaram się udowodnić tę tezę, odwołując się do Silent Spring Rachel Carson i Wyklętego ludu ziemi Frantza Fanona. W 1962 roku książka Silent Spring wstrząsnęła opinią publiczną na całym świecie, pokazując, że skutkiem używania DDT (dichlorodifenylotrichloroetanu) było na przestrzeni lat wiele niewyjaśnionych, przypadkowych ofiar. Zaledwie rok wcześniej, na pierwszych stronach Wyklętego ludu ziemi, Fanon wykorzystywał DDT jako afirmatywną metaforę przemocy antykolonialnej, wzywając do użycia wypełnionego tym pestycydem pistoletu do oprysku w celu zwalczania "robactwa" przyniesionego przez kolonialne chrześcijaństwo4 (1985, 24). Dramat dekolonizacji Fanona rozgrywa się rzecz jasna przy jawnym użyciu broni, która służy zarówno zachowaniu podporządkowania ("z udziałem karabinów i armat"), jak i jego obaleniu (poprzez "bliskość pocisków i ociekających krwią noży"), możliwemu jedynie "na drodze decydującej, morderczej konfrontacji obu protagonistów" (Fanon 1985, 20). Jego wizji tymczasowej przemocy - a także tego, co Aimé Césaire nazwał "spotkaniem zwycięstwa" - nie zakłócały jednak obawy, jakie miał wzbudzić powstający dopiero ruch sprawiedliwości ekologicznej (stworzony m.in. pod wpływem książki Carson), obawy dotyczące nierównomiernych i długotrwałych zagrożeń środowiskowych zacierających wyraźne granice między klęską a zwycięstwem, między kolonialnym wywłaszczeniem a formalnym samostanowieniem narodów5. Zainteresowanie Fanona ziemią jako przedmiotem własności oraz źródłem narodowej godności z pewnością dałoby się odczytać retrospektywnie z perspektywy ekologicznej. Aktualne teorie przemocy muszą się jednak opierać na wiedzy niedostępnej Fanonowi - jest to wiedza o przemocy osadzonej w kwestiach środowiskowych, której przyczyny trudno ustalić, której trudno się przeciwstawić i którą, raz wprawioną w ruch, trudno odwrócić.
Jednym z najpoważniejszych efektów wyniszczających i wykraczających poza wyraźne granice czasu i przestrzeni katastrof są różnego rodzaju wysiedlenia i przemieszczenia - w wymiarze czasowym, geograficznym, retorycznym czy technologicznym - trywializujące przemoc i bagatelizujące koszty ludzkie oraz środowiskowe, zarówno uprzednio, jak i retrospektywnie. Naturalnym skutkiem tego rodzaju wysiedleń jest amnezja, bo miejsca kiedyś zamieszkałe stają się nie do odzyskania dla ich mieszkańców, którym przemilczenie tej utraty przez korporacyjne media nie pozwala na właściwe przeżycie żałoby. Do takich miejsc należą Wyspy Marshalla, gdzie w latach 1948-1958 Stany Zjednoczone przeprowadziły 67 "testów" nuklearnych w atmosferze - największe miały siłę wybuchu równą tysiącowi bomb zrzuconych na Hiroszimę. W 1956 roku Komisja Energii Atomowej ogłosiła Wyspy Marshalla "miejscem o zdecydowanie największym skażeniu na świecie", co w dalszej perspektywie negatywnie wpłynęło na niezależność kraju, choć formalnie uzyskał on niepodległość w 1979 roku (za: Cooke 2009, 168). Państwem wyspiarskim w dużej mierze nadal rządziła radioaktywna przeszłość: jeszcze w latach 80. XX wieku dziedzictwo nuklearnego kolonializmu, dawno zapomniane przez kolonizatorów, przynosiło na świat "dzieci-meduzy" - niemowlęta bez głów, bez oczu i bez kończyn, które żyły zaledwie kilka godzin6 (de Ishtar 1994, 24).
Jeśli, jak twierdzi Edward Said, sporów o podłożu geograficznym nigdy nie da się sprowadzić jedynie do walki zbrojnej, ponieważ mają one również istotne znaczenie symboliczne i narracyjne, oraz, jak utrzymuje Michael Watts, nie można zapominać o "brutalnej geografii szybkiego kapitalizmu", to musimy uzupełnić oba te ustalenia lepszym sposobem rozumienia powolnej przemocy i jej opóźnionych efektów, które odpowiadają za to, że zapominamy o tak wielu kluczowych kwestiach (Said 2009, 5; Watts 2000, 8). Przemoc, a przede wszystkim przemoc wobec środowiska, należy postrzegać - i dogłębnie analizować - w kategoriach rywalizacji nie tylko o terytorium, ludzkie ciała, pracę czy zasoby, ale także o czas. Musimy pamiętać o słynnym stwierdzeniu Faulknera: "Przeszłość nigdy nie umiera. Nie jest nawet przeszłością". Te słowa wybrzmiewają ze szczególną siłą na obszarach zdominowanych przez powolną przemoc, w przestrzeniach przepełnionych czasowością, która wymyka się operacjom retorycznego oczyszczania o higienicznych początkach i zakończeniach7.
Kwame Anthony Appiah postawił kiedyś słynne pytanie: "Czy "post-" w słowie "postkolonializm" oznacza to samo, co w słowie "postmodernizm"?". Jako ekolodzy i ekolożki moglibyśmy zadawać podobne pytania o przedrostek "post-" w kontekście relacji postindustrialnych, postzimnowojennych czy postkonfiktowych (McClintock, Mufti i Shohat 1997, 420-44). Jeśli bowiem dla powolnej przemocy przeszłość nigdy nie jest przeszłością, to przedrostek "post-" tak naprawdę nigdy nie odnosi się do czegoś zakończonego: pyły i ścieki przemysłowe wciąż "żyją" w zamieszkiwanym przez nas środowisku i w naszych ciałach, które w sensie epidemiologicznym i ekologicznym nigdy nie są po prostu nam współczesne8. Podobnie rzecz się ma w przypadku tzw. społeczeństw postkonfliktowych: choć ich przywódcy obchodzą oficjalnie wprowadzoną do kalendarza rocznicę zakończenia działań wojennych, ciągle obecna powolna przemoc (za którą odpowiadają np. nierozbrojone miny czy substancje rakotwórcze ze starych magazynów broni) stanowi ich swoistą kontynuację.
Żyjemy w epoce ofensywy turbokapitalizmu, gdy teraźniejszość niewiarygodnie przyspieszyła - przynajmniej dla klas uprzywilejowanych, funkcjonujących w otoczeniu urządzeń oszczędzających czas, które w gruncie rzeczy potęgują wrażenie jego braku. Dlatego tak istotna jest dziś umiejętność skoncentrowania naszej coraz bardziej rozpraszającej się uwagi na powolnym procesie dezintegracji sprawiedliwości ekologicznej. Epoka neoliberalizmu, w której przepaść między skupionymi w elitarnych enklawach bogaczami a masami ubogich stała się większa niż kiedykolwiek, to także okres myślenia kategoriami enklaw czasowych, skoro pośpiech stał się niepodważalną podstawą norm etycznych uznających, że rozważania o "niespektakularnej" przemocy nie powinny zajmować nam czasu (o ile, oczywiście, nie zagraża nam ich długotrwale kumulująca się szkodliwość). Zawrotne tempo współczesności, mierzone w attosekundach, w połączeniu z udręką nieustannych obietnic i rozczarowań niesionych przez nowe technologie, sprawia, że wciąż przyciskamy dziesiątki guzików i klikamy setki ikonek w niemającej końca - i sensu - pogoni za coraz szybszymi doznaniami.
Oksymoroniczne pojęcie powolnej przemocy stwarza szereg nowych wyzwań związanych z nauką, prawem, polityką i sposobami przedstawienia. W długim okresie pomiędzy początkiem powolnej przemocy a jej opóźnionymi skutkami zarówno przyczyny katastrofy, jak i pamięć o niej łatwo się rozmywają, a ofiary przemocy zazwyczaj pozostają nieodnotowane i zapomniane. Takie przemilczanie sprawia z kolei, że znacznie trudniej zapewnić skuteczne środki prawne służące zapobieganiu szkód, udzieleniu za nie rekompensaty i ich naprawie. Ponadto, nie dość, że ofiary powolnej przemocy nie wkomponowują się dobrze w strategie narracyjne ani w oczekiwania mediów, to ich relacja względem czasu nie pasuje do szybkiego rytmu cykli wyborczych. Politycy niezmiennie stosują zasadę, że kwestie środowiskowe zajmują ostatnie miejsce na liście wydatków, gdy budżet jest stabilny, a zostają z niej skreślone jako pierwsze, kiedy tylko należy go okroić. Jako że ustawodawstwo, które wprowadza zapobiegawcze i naprawcze działania środowiskowe, dotyczy zwykle powolnej przemocy, nie da się osiągnąć zamierzonych celów w czasie jednego cyklu wyborczego, nawet jeśli miałyby one być zbawienne. W porównaniu z łatwo zauważalnymi ulgami finansowymi - w sierpniu przyszłego roku otrzymacie zwrot podatku! - korzyści z ochrony środowiska wydają się bardzo odległe. Wielu polityków - i wielu wyborców - traktuje działania na rzecz ochrony środowiska jako kluczowe, ale nie bezwzględnie naglące. Dlatego każda zmiana wybieranych w dwu- lub czteroletnich cyklach polityków poszerza listę zadań odkładanych na później. Z nielicznymi wyjątkami strategię działania w kwestii powolnej przemocy określa hasło: "tak, ale jeszcze nie teraz".
Jak nakłonić przywódców do zapobiegania katastrofie, jeśli polityczne korzyści z ich działań nie przypadną im samym, lecz pojawią się dopiero pod rządami kogoś innego, za dziesiątki, a może nawet za setki lat? W jaki sposób aktywistki ekologiczne i pisarze zaangażowani w ochronę środowiska mogą podjąć spór z potężnym i jednolitym frontem polityków, korporacji, a nawet naukowców, którzy skupiają się wyłącznie na własnych doraźnych interesach oraz odwlekaniu i pozorowaniu działań? Tego rodzaju grę pozorów da się zauważyć np. w posłowiu do wydanej w 2004 roku powieści Michaela Crichtona Państwo strachu, opowiadającej o teorii spiskowej związanej z ekologią. Autor twierdzi tam, że przed podjęciem jakichkolwiek decyzji potrzeba jeszcze 20 lat zbierania danych na temat zmiany klimatu (2004, 448). Choć amerykańska Narodowa Akademia Nauk przekonywała byłego prezydenta George'a W. Busha, że za ocieplenie Ziemi faktycznie odpowiada człowiek, Bush uparcie poszukiwał opinii potwierdzającej jego sceptycyzm w tej kwestii i znalazł ją podczas prywatnego spotkania z Crichtonem, którego określił mianem "eksperta naukowego".
Podjęcie wyzwań stawianych przez powolną przemoc oznacza mierzenie się z dylematem, przed którym prawie pół wieku temu stanęła Carson, kiedy próbowała opisać kwestię - jak to niezwykle trafnie określiła - "śmierci wskutek działań pośrednich" (1992, 32). Carson poruszała problem biomagnifikacji9 oraz rozprzestrzeniania się skażeń toksycznych, czyli form ukrytej, działającej powoli przemocy. Podobnie jak zmiana klimatu stawiają one przed pisarkami i aktywistami poważne wyzwania dotyczące sposobu twórczego przedstawienia. Próbując nadać konkretny kształt amorficznemu zagrożeniu, zarówno Carson, jak i recenzenci Silent Spring użyli słów często stosowanych do opisu form narracyjnych. Jeden z recenzentów stwierdził, że książka ukazuje "nowe, nieustrukturyzowane i tajemnicze niebezpieczeństwa, które wciąż upieramy się stwarzać wokół siebie" (Sevareid 1962, 3), sama Carson zaś pisała, że "cień wcale nie jest mniej złowieszczy za sprawą swojej niejasności i braku konkretnej formy" (1992, 238). Aby zatem zmierzyć się z powolną przemocą, musimy nadać strukturę narracyjną i formę metaforyczną bezkształtnym zagrożeniom, których zgubne efekty są rozproszone w przestrzeni i czasie. Próba artystycznego przedstawienia takich kwestii jest nie lada wyzwaniem i wymaga użycia oryginalnych metod przyciągnięcia uwagi odbiorców do katastrof pozbawionych spektakularnych skutków (ich efekty widać dopiero po dłuższym czasie). Interwencja twórcza wymaga stworzenia ikonicznych symboli ucieleśniających bezkształtne klęski, a także opracowania form narracyjnych, które wyraziście przydawałyby dramatyzmu takim symbolom.
Powolna przemoc i przemoc strukturalna
Siedem lat po tym, jak Carson zwróciła naszą uwagę na zabójcze mechanizmy "śmierci wskutek działań pośrednich", Johan Galtung, cieszący się dużym autorytetem norweski matematyk i socjolog, stworzył określenie "przemoc pośrednia lub strukturalna" (1969, 167-91). Teoria przemocy strukturalnej Galtunga jest dla mnie istotna, ponieważ niektóre z poruszanych przez niego kwestii bardzo zbliżają się do tematyki tej książki, natomiast inne pomagają uwypuklić pewne specyficzne aspekty przemocy, które chciałem wyeksponować, wprowadzając termin "powolna przemoc". Zdaniem Galtunga przemoc strukturalna to swego rodzaju przeciwieństwo lepiej nam znanej przemocy osobistej, najwyraźniej oddającej nasze rozumienie przemocy w ogóle10. Podobnie jak ja, Galtung uważał, że należy poszerzyć sposób pojmowania słowa "przemoc". Pragnął uwidocznić istnienie rozległych struktur, które mogą stać się przyczyną aktów przemocy osobistej, ale same też stanowią formę przemocy. Przemoc strukturalna objawia się na różne sposoby, od nierównego dostępu do ochrony zdrowia wskutek skomercjalizowania lecznictwa aż po rasizm. Z myśleniem Galtunga łączy mnie zainteresowanie problemem sprawiedliwości społecznej, ukrytej sprawczości oraz niedostrzegalnych form przemocy.
Zgodnie z tą logiką możemy np. uznać, że przemoc strukturalna neoliberalnego porządku świata - opartego na wprowadzaniu rozwiązań oszczędnościowych, bankowych programów stabilizacyjnych, drastycznej deregulacji, megafuzji korporacji oraz na powiększaniu przepaści między bogatymi a biednymi - jest w istocie formą ukrytej przemocy, która często staje się katalizatorem bardziej dostrzegalnej przemocy jawnej. Przemoc strukturalną o charakterze stricte ekologicznym ilustruje - zdaniem Wangari Maathai - fakt, że systemowe obciążenia związane z długiem publicznym wielu tzw. krajów rozwijających się wobec Międzynarodowego Funduszu Walutowego oraz Banku Światowego stanowią poważną przeszkodę dla rozwoju zrównoważonego środowiskowo (2009, 83). Podobnie wyraża się Jill Schneiderman, feministka i naukowczyni zajmująca się badaniem Ziemi, jedna z najważniejszych teoretyczek czasu ekologicznego, która twierdzi, że za sprawą określonych przedstawień degradacja środowiska naturalnego może "uchodzić za nieuniknioną"11 (2010, 7).
Chociaż teoria przemocy strukturalnej wciąż jest aktualna i choć uległa na przestrzeni lat wielu modyfikacjom, widać, że pojęcie to powstało w okresie dominacji strukturalistycznych sposobów myślenia podporządkowanych idei statycznego determinizmu. Wybrzmiewa to np. w stwierdzeniu Galtunga: "przemoc strukturalna jest cicha, niezauważalna - jest zasadniczo statyczna, jak spokojne wody" (Schneiderman 2010, 173). W przeciwieństwie do statycznego charakteru przemocy strukturalnej proponowane przeze mnie pojęcie powolnej przemocy uwypukla kwestie czasu, ruchu i zmiany, nawet jeśli następuje ona stopniowo. Wyraźne podkreślenie wymiaru czasowego pozwala skupić się na wyzwaniach i dylematach dotyczących sposobu twórczego przedstawienia, jakie wynikają nie tylko z niedostrzegalności przemocy, ale także z niedostrzegalności zmian, które odseparowują przemoc od jej pierwotnych przyczyn poprzez efekt upływu czasu. Czas staje się istotnym czynnikiem sprawczym w wielu wymiarach, w dużej mierze ze względu na fakt, że powiązane z nim konwencje istnienia medialnego, uzależnionego od bezustannej widowiskowości, uległy zasadniczym zmianom, odkąd Galtung 40 lat temu stworzył teorię przemocy strukturalnej. Mówiąc o powolnej przemocy, wchodzimy zatem w bezpośrednią dyskusję z charakterystyczną dla dzisiejszych czasów polityką doraźności.
Najprościej rzecz ujmując, teoria przemocy strukturalnej redefiniuje pojęcia przyczynowości i sprawczości w odniesieniu do skutków przemocy. Powolna przemoc natomiast może co prawda obejmować różne formy przemocy strukturalnej, ale jest kategorią znacznie szerszą i zwraca uwagę zarówno na kwestie sprawczości, jak i na bardziej złożone i obszerne opisowe kategorie przemocy działającej powoli i długotrwale. Zwrot w relacji między sprawczością człowieka a czasem widać najwyraźniej w bogatszym rozumieniu dynamiki zmian zachodzących w dwóch skrajnie oddalonych od siebie skalach - w odpowiedzialnych za podtrzymywanie życia planetarnych cyklach biofizycznych oraz w obwodach neuronalnych mózgu. Koncepcja przemocy strukturalnej pojawiła się jeszcze przed wynalezieniem stosowanych obecnie zaawansowanych metod badania rdzenia lodowego i przed rozwojem technologii cybernetycznych. Moja koncepcja powolnej przemocy próbuje zatem odpowiedzieć zarówno na niedawne, radykalne zmiany w naszym postrzeganiu geologii, jak i na wciąż zmieniające się pod wpływem nowych technologii doświadczenie czasu.
Najpierw zajmę się aspektem geologicznym. W 2000 roku Paul Crutzen, chemik atmosfery, laureat Nagrody Nobla, wprowadził termin "epoka antropocenu" (datując jej rozpoczęcie na wynalezienie maszyny parowej przez Jamesa Watta). Pojęcie antropocenu miało pomóc Crutzenowi w analizie niespotykanego dotąd zjawiska o wyjątkowo przełomowym charakterze: trwającego od początku ery przemysłowej ogromnego wpływu gatunku ludzkiego na życie na naszej planecie, który - jak wskazuje sam termin - ma charakter geomorfologiczny, dorównuje bowiem swą siłą i długoterminowymi skutkami znaczącym wydarzeniom geologicznym12. Przedstawiony przez Crutzena zarys wpływu działalności człowieka na planetę o skali wyznaczającej nową epokę doczekał się rozwinięcia przez Willa Steffena, samego Crutzena i Johna McNeilla, którzy opisali drugi etap epoki antropocenu, Wielkie Przyspieszenie, rozpoczynający się ich zdaniem w połowie XX wieku. W publikacji z 2007 roku naukowcy zauważyli, że "prawie trzy czwarte wzrostu stężenia CO2 spowodowanego działalnością człowieka nastąpiło po 1950 roku (od ok. 310 do 380 ppm), a blisko połowa całkowitego wzrostu (48 ppm) - w ciągu ostatnich 30 lat" (Steffen, Crutzen i McNeill 2007, 618). Australijska historyczka środowiskowa Libby Robin ujęła to krótko: "Weszliśmy niedawno w nową epokę geologiczną, epokę antropocenu. Istnieją liczne dowody na to, że ludzkość zmieniła systemy biofizyczne Ziemi: nie tylko obieg węgla [...], ale również obieg azotu, a w gruncie rzeczy atmosferę i klimat całego globu" (2008, 290). Jakie zatem konsekwencje dla naszego doświadczenia czasu płyną ze zrozumienia, że to nasz gatunek nieświadomie, za sprawą niespotykanego potencjału biofizycznego, zapoczątkował epokę antropocenu, a obecnie stał się uczestnikiem (i ofiarą) błyskawicznych zmian Wielkiego Przyspieszenia?
W ciągu ostatnich 20 lat błyskawicznie zachodzącym przekształceniom naszej planety towarzyszyły równie szybkie modyfikacje ludzkiej kory mózgowej (dotyczące przynajmniej tych miliardów ludzi, którzy mają dostęp do Internetu). Należy zatem - choć jest to trudne zadanie - przyjrzeć się podobieństwom pomiędzy niezwykłym tempem plastyczności przeobrażeń geologicznych a plastycznością obwodów mózgu przeprogramowanych przez cyfrowy świat, który przytłacza nas nadmiarem informacji, doprowadzając do stanu nieustannego rozproszenia. O ile świadomość Wielkiego Przyspieszenia rozkłada się (delikatnie mówiąc) nierówno, o tyle doświadczenie coraz szybszego dostępu do sieci (a jednocześnie coraz wolniejszego dostępu do stanu skupienia i koncentracji) staje się znacznie powszechniejsze. W dobie ciągłego obniżania zdolności skupienia uwagi stoi przed nami coraz trudniejsze - choć i coraz pilniejsze - zadanie skoncentrowania się na tym, jaką cenę w szerszej perspektywie czasowej płacimy za degradację środowiska spowodowaną procesami powolnej przemocy. Jak pisze Cory Doctorow, żyjemy w czasach, gdy ekran komputera stał się "ekosystemem dekoncentrujących technologii" (2009). Lub też, jak ujmuje to zajmująca kiedyś wysokie stanowisko w Microsofcie Linda Stone, nasze czasy to epoka "nieustannego rozproszenia uwagi" (za: Friedman 2006, A27). "Szybko" oznacza dużo szybciej niż kiedyś, w związku z czym skróciły się też segmenty fabularne. Jeśli czas ulega cyfrowemu przyspieszeniu i opowiadamy coraz krótsze historie, trudniej "sprzedać" opowieści o następstwach międzypokoleniowych. Aby powolna przemoc stała się dostrzegalna, należy m.in. zredefiniować pojęcie szybkości: próby alternatywnego podejścia do tej kwestii widać w dyskusjach o błyskawicznym wymieraniu gatunków lub o gwałtownych zmianach klimatu, a także w przekształceniach metafory "lodowca" - kiedyś symbolu "powolności", dziś ekscytującej ikony niezwykłego tempa degradacji i utraty.
Próby sugestywnego ukazania form powolnej przemocy coraz częściej kończyły się fiaskiem w Stanach Zjednoczonych po wydarzeniach 11 września 2001 roku, po których jedynie nagłe, spektakularne i wzbudzające sensację wydarzenia były postrzegane jako realne zagrożenie przemocą. Niezwykły widok upadku płonących wież wypalił się w świadomości narodu jako ostateczny obraz przemocy, cofając o całe lata proces mobilizowania społeczeństwa do działań przeciwko zmianom klimatu - zagrożeniu o charakterze nasilającym się, narastającym wykładniczo i nie aż tak spektakularnym. Obliczona na wywołanie paniki fantazja Condoleezzy Rice o grzybie atomowym, który pojawi się nad Ameryką, jeśli USA nie dokonają inwazji na Irak, plastycznie zwizualizowała kataklizm przemocy jako nagłą eksplozję - wyraźnie filmowe, jawnie sensacyjne zdarzenia pirotechniczne.
Tendencja do unikania przedstawiania powolnej przemocy ma również bardzo niepokojący wpływ na to, jak definiujemy ofiarę. Ofiar powolnej przemocy - ludzkich i środowiskowych - najczęściej się nie dostrzega i nie uwzględnia się w statystykach. Ofiary powolnej przemocy uznaje się za nieistotne i incydentalne, co ma tragiczne konsekwencje dla tego, jak kultywujemy pamięć o wojnach, a to z kolei ma tragiczne konsekwencje dla sposobu, w jaki wyobrażamy sobie ofiary przyszłych konfliktów zbrojnych. Tego rodzaju niewłaściwe podejście widać w zapisach historycznych traktujących wojny, których śmiertelne reperkusje rozciągają się daleko w przestrzeni i czasie, jako definitywnie zakończone. Artykuł wstępny "New York Timesa" z 2003 roku na temat Wietnamu odnotowywał np., że "podczas 12 lat obecności USA w tym kraju Amerykanie uśmiercili lub przyczynili się do śmierci co najmniej 1,5 miliona ludzi" (2003, A25). Użycie prostego sformułowania "podczas 12 lat obecności w tym kraju" ogranicza jednak liczbę ofiar i skraca powolną hekatombę: setki tysięcy osób przeżyły okres oficjalnego trwania konfliktu zbrojnego tylko po to, by następnie powoli wymierać z powodu zatrucia środkiem Agent Orange. W badaniu z 2002 roku naukowiec zajmujący się ochroną środowiska Arnold Schecter ustalił, że poziom dioksyn we krwi mieszkańców Bien Hoa był 135 razy wyższy niż u mieszkańców Hanoi, którzy żyli daleko na północ od miejsca oprysków (1995, 516-22). Wśród ofiar znalazły się tysiące dzieci urodzonych wiele lat po zakończeniu wojny. Ponad 30 lat po ostatnim oprysku substancja Agent Orange nadal sieje spustoszenie w wyniku biomagnifikacji: dioksyny gromadzą się w tkance tłuszczowej często spożywanych kaczek i ryb, skąd trafiają na stoły mieszkańców, działając na szkodę kolejnych pokoleń13. Komisja powołana przez amerykański Instytut Medycyny powiązała już z działaniem środka Agent Orange 17 stanów chorobowych. Jeszcze w 2009 roku odkryto nowe dowody wskazujące, że działanie tej substancji zwiększa prawdopodobieństwo choroby Parkinsona i niedokrwiennej choroby serca (Lorber 2009, A8). W kontekście wciąż obecnych długotrwałych zagrożeń podsumowywanie liczby ofiar słowami "podczas 12 lat obecności USA w tym kraju" jest nieuczciwe: to krótkie, pozornie niewinne sformułowanie dobitnie pokazuje, że nasze retoryczne strategie klasyfikowania przemocy niezmiennie pomijają nowe, późniejsze ofiary.
Powolna przemoc i formy artystycznego przedstawienia: Pisarki-aktywistki i pisarze-aktywiści
Jak można w sposób klarowny i obrazowy - a zarazem poruszający emocjonalnie - ukazać istotę zagrożeń, których przerażające efekty widoczne są dopiero po pewnym czasie i które nigdy nie przypominają spektakularnych eksplozji widywanych w filmach? Kluczowym słowem jest tutaj u c h w y c e n i e - kategoria łącząca w sobie odniesienia do sfer percepcji, emocji i działania. Zajęcie się kwestią powolnej przemocy wymaga zmierzenia się ze złożonością uchwycenia: uchwycić niemal niewidoczne zagrożenia - czyli schwytać je i zatrzymać, a przynajmniej zminimalizować ich skutki - da się tylko wtedy, jeśli uchwycą je nasze zmysły, a to stać się może jedynie dzięki świadectwom naukowym i artystycznym. Dla tradycyjnej myśli ekologicznej istotą uchwycenia problemu było zauważenie go dzięki postrzeganiu zmysłowemu, w szczególności wzrokowemu, które uznawano za podstawę środowiskowej etyki miejsca. George Perkins Marsh, pionier ochrony środowiska z połowy XIX wieku, stwierdził w swojej pracy Man and Nature, że "naszą najbardziej wartościową, choć jednocześnie najtrudniejszą do wykształcenia zdolnością jest umiejętność zauważenia tego, co znajduje się tuż przed nami" (2003, 15). Podobnie Aldo Leopold podkreślał, że "możemy mieć określoną postawę etyczną jedynie wobec tego, co widzimy"14 (1934, za: Sanders b.d.). Ale co robić, jeśli nasz wzrok okazuje się bezużyteczny, jeśli to, co rozpościera się przed nami - w czasie i przestrzeni, w których najgłębiej przebywamy - pozostaje niewidoczne? Jaką postawę etyczną przyjąć wobec społeczności ludzkich i biotycznych, które leżą poza zasięgiem naszych zmysłów? Jakie miejsce, w najpełniejszym tego znaczeniu, zajmuje widzenie w świecie, który zamieszkujemy? Jakie miejsce zajmują nadto pozostałe zmysły? Jak uczynić powolną przemoc widoczną, a jednocześnie podać w wątpliwość uprzywilejowaną pozycję samego widzenia?
Tego rodzaju pytania mają głębokie konsekwencje dla uchwycenia powolnej przemocy, niezależnie od tego, czy dokonuje się ona w skali komórkowej, czy ponadnarodowej. Istotna staje się tutaj świadomość planetarna (pojęcie, które doczekało się już wielu definicji), szczególnie w znaczeniu, w jakim używa tego określenia Mary Louise Pratt, łącząc ze sobą kwestie władzy i perspektywy oraz stawiając na pierwszym planie zwykle utajoną i niewidoczną przemoc. Kto widzi i skąd patrzy? Kiedy i w jaki sposób widzenie z pozycji władzy staje się normatywne? Jakie perspektywy - wliczając w to perspektywę ubogich, kobiet i skolonizowanych - zostają przesłonięte przez hegemoniczne konwencje wizualności? W tym miejscu bezcenne okazuje się pojęcie świadomości planetarnej w rozumieniu Pratt, ponieważ pozwala nam ono połączyć formy uchwycenia z formami przemocy imperialnej (1992, 15-37).
Na takim tle chciałbym przedstawić trzeci z głównych obszarów rozważań niniejszej książki. Poza problemami powolnej przemocy i ekologii ubogich moja praca analizuje polityczną, twórczą oraz strategiczną rolę pisarek-aktywistek i pisarzy-aktywistów podejmujących kwestie środowiskowe. Pisarze-aktywiści i pisarki-aktywistki w twórczy sposób pomagają nam dostrzec zagrożenia, które są nieosiągalne dla zmysłów, ponieważ dotyczą obszarów bardzo odległych, ich skala jest zbyt olbrzymia lub zbyt mikroskopijna albo rozgrywają się w okresie przekraczającym możliwości aktu obserwacji czy nawet długość życia ludzkiego obserwatora. W świecie na wskroś przenikniętym podstępną, lecz niezaobserwowaną lub niezauważalną przemocą pisanie twórcze może ujawnić to, co niejawne, i uczynić niedostępne postrzeganiu zmysłowemu zagrożenia osiągalnymi dla ludzkiego aparatu poznawczego. Literatura może zmienić nawykowy sposób postrzegania świata, który bagatelizuje szkody wyrządzane przez powolną przemoc. Daje szansę, by za pomocą twórczych strategii uchwycić to, czego istnienia nie potrafią potwierdzić nasze zmysły. Literackie wyobrażenia pisarek-aktywistek i pisarzy-aktywistów proponują zatem inny rodzaj świadectwa: ujrzenie tego, czego nie widać.
Jeśli nie chcemy, by uchwycenie niedostrzegalnego przywoływało niepokój - obawy, złe przeczucia, cienie rzucane przez niewidzialne - musimy podjąć twórcze i naukowe wysiłki w celu nadania niezauważalnemu materialności, na której wsparlibyśmy nasze czyny. Jednakże społeczności ubogich, w nieproporcjonalnie wysokim stopniu narażone na działanie pól siłowych powolnej przemocy - w formie pozostałości po działaniach wojennych, importowanych elektrośmieci lub coraz większych zmian klimatycznych - budzą zwykle znikome zainteresowanie naukowców, którzy mogliby systematycznie badać przyczyny i skutki tej przemocy czy też szukać dla niej środków zaradczych. Tego rodzaju społeczności stają się co najwyżej obiektem okazjonalnie prowadzonych badań. Są również nadmiernie poddawane przymusowym eksperymentom firm farmaceutycznych. Kiedy sygnalizują konkretne problemy, do akcji najczęściej wkraczają dysponujące olbrzymimi środkami finansowymi i uprawiające pseudonaukę organizacje, które mają (prawny bądź pieniężny) interes w tworzeniu i rozsiewaniu wątpliwości15. Udręczone i przytłoczone oficjalnie nieuznanymi zagrożeniami, społeczności te muszą szukać sposobów na wpisanie swoich lęków i doświadczenia życia w skażonym środowisku w globalne zmagania o uchwycenie tego, co niedostrzegalne. Na tym właśnie obszarze pisarki, filmowcy oraz aktywistki działające w mediach cyfrowych mogą odegrać rolę mediatorów, aby pomóc przezwyciężyć wielowymiarową niezauważalność wynikającą ze zdradliwego charakteru zagrożeń, z ich przewlekłości oraz z faktu, że dotykają one ludzi, których jakość życia - a nawet to, czy w ogóle żyją - jest całkowicie obojętna mediom korporacyjnym.
Podjęcie tematu przemocy, ignorowanego przez dominujące instytucje i struktury odpowiedzialne za uchwycenie niedostrzegalnego, wymaga zajęcia się uwarunkowanym kulturowo problemem, kogo można uznać za świadka. Spory o to, co uznaje się za przemoc, ściśle wiążą się ze sporami o to, komu przysługuje możliwość dawania świadectwa, z którym to łączy się znacznie więcej niż tylko kwestia dostrzegania bądź niedostrzegania. Splątane polityki spektaklu i zaświadczania mają implikacje wykraczające daleko poza powolną przemoc o wymiarze środowiskowym. Przykładowo przemoc domowa może zagrażać życiu, ale przebiegać powoli, bezkrwawo i brutalnie, niekoniecznie prowadząc do natychmiastowej śmierci: złamany nos to dowód zupełnie innej kategorii niż pozbawienie kogoś na dłuższy czas jedzenia, dostępu do opieki medycznej czy kontaktu z innymi. Zamknięte drzwi mogą być rodzajem broni. Dla kobiet często stanowią one długotrwale stosowaną, choć nie śmiertelną broń, która nie pozostawia krwawych śladów; drzwi nie poświadczają zadania jednego, decydującego ciosu. W wielu kulturach gwałt nie jest gwałtem, jeśli dokonuje go mąż. Istnieją też społeczeństwa, w których czyn może być uznany za gwałt jedynie, jeśli jego świadkami są trzej dorośli mężczyźni. Stare porzekadło dziennikarskie brzmi: "Jest krew, jest temat". Innymi słowy: jeśli mamy do czynienia z powoli i bezkrwawo rozgrywającą się przemocą, sprawa z dużym prawdopodobieństwem zostanie zatuszowana, zwłaszcza jeśli znamy ją z relacji świadków, którzy mają w danej kulturze niewielki autorytet.