Powitanie słońca - Katarzyna Sarnowska

Kup ebooka

46.90 zł
38.93 zł (39,87 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pro­log

Be­ata sie­działa w sa­mo­lo­cie, który za chwilę miał wy­star­to­wać. Wspo­mi­nała tę chwilę, która zmie­niła wszystko i spra­wiła, że zna­la­zła się w tym miej­scu. Wra­cali sa­mo­cho­dem z upoj­nego week­endu w gó­rach. Pro­wa­dził mąż.

- Chcia­łam ci po­wie­dzieć, że znowu zła­ma­łeś umowę. - W końcu od­wa­żyła się na­zwać otwar­cie to, o czym do­wie­działa się kilka go­dzin wcze­śniej.

- O co ci cho­dzi, prze­cież nie biorę nar­ko­ty­ków? - ob­ru­szył się i, jak się jej wy­da­wało, zła­pał moc­niej za kie­row­nicę.

- To, że nie ćpasz, to jedno, ale obie­ca­łeś, że bę­dziesz się le­czył, a zlek­ce­wa­ży­łeś te­ra­pię - po­wie­działa sta­now­czym to­nem.

- To nie jest dla mnie. Nie bę­dziesz ro­biła ze mnie ćpuna - za­czął znowu po­wta­rzać jak man­trę. Tyle razy już to sły­szała. To było wręcz nudne.

- Ja z cie­bie nie ro­bię ćpuna, sam go z sie­bie zro­bi­łeś kilka lat temu - oznaj­miła.

Ona to też, od ja­kie­goś czasu, do znu­że­nia po­wta­rzała. W jej gło­sie było już mało emo­cji. Miała tyle za sobą, że w tej chwili była go­towa na wszystko. Na każdy sce­na­riusz. Z nim lub bez niego, ale chciała mieć to czarno na bia­łym. Miała już dość oszustw, obiet­nic nie do speł­nie­nia, ma­ni­pu­la­cji. Na­de­szła ta chwila, ten dzień.

- Ty je­steś nie­nor­malna, po­win­naś le­czyć się w psy­chia­tryku! Zo­ba­czysz, wła­śnie tam wy­lą­du­jesz, już ja się o to po­sta­ram... ! - wrzesz­czał jak po­pa­rzony. W tym mo­men­cie emo­cje wró­ciły, nie za­pa­no­wała nad sobą i ude­rzyła go.

Od­su­nęła od sie­bie te straszne wspo­mnie­nia. To było pół roku temu, te­raz jest te­raz, po­my­ślała. Za­czy­nała nowe ży­cie. Otwie­rała się na nowy świat. Nie wie­działa, jaki bę­dzie, bo In­die to była jedna wielka nie­wia­doma. Abs­trak­cja. Czy­tała tak wiele ksią­żek na ten te­mat. Znała tyle opi­nii. Skraj­nych. Albo je po­ko­chasz, albo znie­na­wi­dzisz. To jest brud, smród i ubó­stwo. Chyba zwa­rio­wa­łaś, że tam chcesz le­cieć. Ży­cie ci nie­miłe. Tam na każ­dym rogu gwałcą. Na­wet ko­biety w ta­kim wieku jak ty. W tym ostat­nim stwier­dze­niu, oprócz prze­strogi, był też ukryty kom­ple­ment - dwa w jed­nym. Od dawna czuła, że In­die przy­cią­gają ją jak ma­gnes, i chciała się sama prze­ko­nać, jak wy­gląda ży­cie w tym kraju. Tak na­prawdę to dla­tego sprze­dała to, co miała, za­pa­ko­wała się do jed­nego wiel­kiego ple­caka i wy­ru­szyła w po­dróż w nie­znane. W po­dróż na kra­niec świata, ku no­wej wol­no­ści i ra­do­ści. Tego chyba bra­ko­wało jej naj­bar­dziej - ra­do­ści - bo w do­tych­cza­so­wym ży­ciu tego uczu­cia nie­mal nie znała.

Sa­mo­lot ru­szył w swój sza­leń­czy rajd po pa­sie star­to­wym i na­gle ode­rwał się od ziemi. Tak, te­raz była już wolna. Nie da się już wię­cej za­mknąć i znisz­czyć w związku. Ni­gdy. Bę­dzie już sama do końca swo­ich dni, ale bę­dzie szczę­śliwa, po pro­stu szczę­śliwa. Sa­mo­lot wzbi­jał się co­raz wy­żej. Za­wsze dzi­wiła się, jak taki ko­los może być zwinny i de­li­katny jak mały pta­szek. Na­gle jej roz­my­śla­nia prze­rwało pu­ka­nie w fo­tel. Od­wró­ciła się za­sko­czona i zer­k­nęła przez szparę. Zo­ba­czyła ciemną twarz.

- To pani książka? - za­py­tał po an­giel­sku Hin­dus, który sie­dział za nią.

Zwró­ciła na niego uwagę, gdy wsia­dali do sa­mo­lotu. Wy­glą­dał na wy­kształ­co­nego, był ele­gancki. Miał czarne włosy, był nieco wyż­szy niż prze­ciętni Hin­dusi, cho­ciaż nie wie­działa, co to zna­czy prze­ciętny Hin­dus. Wi­dy­wała ich cza­sem w War­sza­wie, ale głów­nie tych, któ­rzy pra­co­wali w re­stau­ra­cjach i do­wo­zili je­dze­nie. Be­ata spoj­rzała na okładkę. Ty­tuł był nieco kom­pro­mi­tu­jący: - "Nie bój się bać". Ten czło­wiek nie zna pol­skiego, po­my­ślała z ulgą. Cho­ciaż, kto go tam wie.

- Tak - przy­znała w końcu.

- Pro­szę le­piej pil­no­wać swo­ich rze­czy, bo gdyby nie ja... - męż­czy­zna wy­gło­sił ty­radę po an­giel­sku. Za­tkało ją. Ci­snęły jej się na usta ty­siące od­po­wie­dzi w stylu: to nie twoja sprawa, nie mu­sia­łeś pod­no­sić, je­śli nie chcia­łeś, scho­waj so­bie te do­bre rady tam gdzie... Wu­jek do­bra rada... Jed­nak udało się jej je­dy­nie wy­du­sić:

- Jesz­cze raz dzię­kuję.

Po­wie­dziaw­szy to nie­mal wy­rwała książkę z jego ręki. Od­wró­ciła się i spoj­rzała za okno, za któ­rym już prze­su­wały się ba­ranki chmur. Co za bez­czel, po­my­ślała. Na­wet tu­taj w środku ni­g­dzie, gdzieś w prze­stwo­rzach, tacy się zda­rzają. Już my­ślała, że ucie­kła na za­wsze od wspa­nia­łych po­rad Marka, które wy­gła­szał za­miast po­mocy, o którą pro­siła. Znowu się za­ga­lo­po­wała. Po­sta­no­wiła sku­pić się na wa­cie cu­kro­wej, która uno­siła się za oknem, i na bu­do­wa­niu cu­dow­nej per­spek­tywy no­wego ży­cia, które na nią cze­kało. Na ra­zie nie miała planu. To była w pew­nym sen­sie spon­ta­niczna de­cy­zja. Uciec jak naj­da­lej od daw­nego ży­cia. Zbu­do­wać je na nowo w no­wym kraju, w zu­peł­nie no­wej rze­czy­wi­sto­ści. Zda­rzały się oczy­wi­ście mo­menty, gdy wąt­piła w to, co robi. Czy to ma sens i czy nie wróci szybko z pod­ku­lo­nym ogo­nem do męża i nie bę­dzie bła­gać o po­wrót do nor­mal­nego ży­cia - z te­le­wi­zo­rem, obiad­kami, co­dzien­nym jo­in­tem? Wszystko, żeby tylko było tak jak daw­niej. Tak, nie­kiedy ten strach był przy­tła­cza­jący. W ta­kich chwi­lach wy­da­wało się jej, że rzu­ciła się z mo­tyką na słońce, ale po­sta­no­wiła spró­bo­wać. Spraw­dzić, co jest za ro­giem. Może nie ma żad­nych po­two­rów, tylko jest coś, co po­ko­cha z ca­łego serca. Spoj­rzała na współ­pa­sa­że­rów. Obok niej sie­działa para mło­dych lu­dzi. Sły­szała, jak wcze­śniej roz­ma­wiali po wło­sku. On był szczu­pły i wy­soki, miał oku­lary i krę­cone włosy. Ona miała dłu­gie włosy i nieco hi­pi­sow­ski wy­gląd. Te­raz spała oparta o part­nera. Be­ata też po­sta­no­wiła się zdrzem­nąć. Wy­le­ciała z War­szawy rano. Prze­siadka we Frank­fur­cie i zmę­cze­nie w końcu dały się jej we znaki. Wy­jęła nie­bie­ską po­du­szeczkę za­pew­nioną przez Lu­fthansę i ko­cyk w tym sa­mym ko­lo­rze. Oparła się ścianę sa­mo­lotu. Sen nad­szedł nie­spo­dzie­wa­nie szybko. Przy­śniło się jej, że ra­zem z mę­żem wje­chali na wy­soką górę. Po­tem trzeba było z niej zje­chać, bo gdzieś na dole cze­kał na nich syn, ale z ja­kie­goś po­wodu było to nie­bez­pieczne. Mieli co­raz mniej czasu. Mąż po­sta­no­wił zejść po po­moc, a ona miała po­cze­kać - chyba pil­no­wać sa­mo­chodu i pie­nię­dzy. Czas mi­jał, a on się nie zja­wiał, więc po­sta­no­wiła go po­szu­kać. Po dro­dze, scho­dząc ostroż­nie, na­tknęła się na nie­bez­pieczne węże. Jed­nego z nich zdep­tała. W końcu zna­la­zła się u pod­nóża góry, ale męża ni­g­dzie nie było. Po­my­ślała więc, że może za­czął już wspi­nać się w jej kie­runku inną drogą, i skie­ro­wała się w tę stronę. Na­gle oka­zało się, że jest w Gre­cji i ja­kaś ko­bieta za­pra­sza ją, aby usia­dła i zja­dła po­si­łek w knajpce z wi­do­kiem na mo­rze, gdzie można było po­tem po­pły­wać. Lecz Be­ata spie­szyła się do Marka i od­parła, że gdy tylko go znaj­dzie, usiądą ra­zem w knajpce. Za­częła się znowu wspi­nać. Po ja­kimś cza­sie na­tknęła się na Marka, który pa­lił trawkę w to­wa­rzy­stwie ja­kichś mło­dych lu­dzi. Nie chciała do nich do­łą­czać, chciała wra­cać do sa­mo­chodu. On po­wie­dział, że tylko na chwilę wej­dzie do miesz­ka­nia tych lu­dzi i za­raz do niej wróci. Uwie­rzyła i cze­kała, ale gdy długo się nie po­ja­wiał, za­częła prze­dzie­rać się przez wą­skie przej­ście, aby dojść do ich miesz­ka­nia. Czuła się tak, jakby na­gle stała się dużą Ali­cją w Kra­inie Cza­rów. Kiedy w końcu otwo­rzyła drzwi mi­nia­tu­ro­wego miesz­ka­nia, zo­ba­czyła otwartą prze­strzeń. Ni­kogo tam nie było - mąż znowu uciekł. Wtedy pod­jęła de­cy­zję. Po­sta­no­wiła wejść sama na wy­soką górę i zo­sta­wić go na za­wsze.

Obu­dziła się na­gle. Była za­lana po­tem. To był kosz­mar z daw­nych lat. Na szczę­ście w po­bliżu nie było ani męża, ani nar­ko­ty­ków. Młody Włoch już nie spał i uśmiech­nął się do niej. Ona od­wza­jem­niła uśmiech i ner­wowo po­pra­wiła włosy. Mu­szę wy­glą­dać jak jedno wiel­kie nie­szczę­ście. No trudno, po­my­ślała. Te­raz cze­kała ją jesz­cze wy­prawa do to­a­lety. Na szczę­ście dziew­czyna też się obu­dziła i prze­cią­gała, więc Be­ata nie mu­siała jej prze­szka­dzać. Ro­zej­rzała się ner­wowo. Zo­ba­czyła zie­lone świa­tło nad to­a­letą, więc pod­nio­sła się, prze­pro­siła dziew­czynę i chło­paka, po czym ru­szyła w kie­runku świa­tła. Nie­stety na ostat­niej pro­stej ubie­gła ją star­sza pani i mu­siała chwilę po­cze­kać. W końcu we­szła do błysz­czą­cego "schowka na buty", jak na­zy­wała to­a­lety w sa­mo­lo­cie, i po chwili ru­szyła w drogę po­wrotną. Dziew­czyna była już w pełni obu­dzona i ga­wę­dziła z chło­pa­kiem po wło­sku. Be­ata wci­snęła się na swoje miej­sce i wyj­rzała przez okno. Było jesz­cze ciemno. Na­gle po­czuła za­pach je­dze­nia, który za­czął roz­no­sić się po ca­łym sa­mo­lo­cie. Na ho­ry­zon­cie po­ja­wiły się ste­war­desy i ste­war­dzi, któ­rzy za­częli skom­pli­ko­wany pro­ces roz­wo­że­nia po­sił­ków. Za­wsze po­dzi­wiała ich za ten kunszt or­ga­ni­za­cyjny. Po chwili przy Be­acie i pa­rze Wło­chów po­ja­wiła się młoda ko­bieta i za­py­tała, czy wolą da­nie we­ge­ta­riań­skie czy kur­czaka. Włosi wy­brali we­ge­ta­riań­skie, ona też po­sta­no­wiła spró­bo­wać. Wkrótce ste­war­desa przy­nio­sła tacki z je­dze­niem. Be­ata roz­pa­ko­wała swoją i de­lek­to­wała się wi­do­kiem mi­nia­tu­ro­wych dań - oprócz dahl był rów­nież de­ser hin­du­ski i pie­czywo. Kiedy zja­dła, znowu po­ja­wiła się ste­war­desa o hin­du­skim wy­glą­dzie.

- Woli pani her­batę zwy­kłą czy ma­sala czaj? - za­py­tała.

- Co to ma­sala czaj? - za­in­te­re­so­wała się Be­ata.

Ste­war­desa uśmiech­nęła się i wy­ja­śniła:

- To jest taka na­sza her­bata, bar­dzo do­bra, pro­szę spró­bo­wać.

- Do­brze, po­pro­szę. - Be­ata po­sta­no­wiła za­ry­zy­ko­wać. Ste­war­dessa na­lała her­batę do ku­beczka i po­dała jej. Be­ata po­czuła za­pach przy­praw. Her­bata była słodka i aro­ma­tyczna. Po­czuła, jak wlewa się wraz z ko­lo­rami i dźwię­kami In­dii do każ­dej tkanki jej or­ga­ni­zmu i prze­nika ją do szpiku ko­ści. Wyj­rzała za okno i zo­ba­czyła słońce. Wscho­dziło na jej cześć. Był to naj­pięk­niej­szy wschód słońca, jaki w ży­ciu wi­działa. Po­wi­ta­nie słońca, po­my­ślała i po­czuła bło­gość, spo­kój i bez­pie­czeń­stwo. Młoda dziew­czyna obok niej rów­nież pa­trzyła z za­chwy­tem na wi­dok za oknem. Na­gle ich spoj­rze­nia skrzy­żo­wały się, Be­ata uśmiech­nęła się, a tamta od­wza­jem­niła uśmiech i po­wie­działa:

- Piękne, prawda? - Te słowa tak na­prawdę nic nie zna­czyły, a miały je­dy­nie po­ka­zać, że obie czują to samo.

- Tak - od­po­wie­działa Be­ata.

- Tak jak In­die - do­dała dziew­czyna.

- Ja jesz­cze nie wiem, ja­kie są In­die - wy­znała Be­ata.

- To ci za­zdrosz­czę. Też chcia­ła­bym le­cieć pierw­szy raz. Czeka cię piękna przy­goda - od­parła dziew­czyna. Chło­pak przy­słu­chi­wał się życz­li­wie ich roz­mo­wie.

- A do­kąd je­dziesz? - za­py­tał.

- Nie wiem. Naj­pierw Mum­baj, a po­tem może Puna - od­parła Be­ata.

Dziew­czyna zro­biła duże oczy. Chyba na­wet w jej hi­pi­sow­skiej gło­wie nie mie­ściło się, że można wy­ru­szyć do In­dii bez planu i punktu za­cze­pie­nia.

- Jedź do Hampi i na Goa - po­wie­działa z prze­ko­na­niem.

- Hampi... - po­wtó­rzyła Be­ata. Ni­gdy nie sły­szała o tym miej­scu, a prze­cież po­chło­nęła już tak wiele ksią­żek o In­diach.

- Tak, to dawna sto­lica In­dii, nie­sa­mo­wite miej­sce - po­twier­dził part­ner dziew­czyny. - Je­stem Marco. - Wy­cią­gnął dłoń. - A ja An­gela - do­dała dziew­czyna.

- Be­ata - od­parła i od­wza­jem­niła uścisk dłoni.

- My je­dziemy na pół roku. Naj­pierw Hampi, po­tem Goa... - po­wie­dział Marco.

- A ty na długo? - do­py­ty­wała się An­gela.

Be­ata za­sta­no­wiła się. Sama nie wie­działa. Chyba na całe ży­cie. Na ra­zie chciała uciec jak naj­da­lej od złych wspo­mnień, od oszustw i ma­ni­pu­la­cji. Za­po­mnieć, wy­li­zać rany.

- Nie wiem. - Wes­tchnęła głę­boko.

- Masz ko­goś w In­diach? - za­py­tała An­gela i spoj­rzała na nią z uwagą. Be­ata znowu po­grze­bała w gło­wie i oprócz bo­ha­te­rów po­wie­ści i ksią­żek po­dróż­ni­czych ni­kogo nie zna­la­zła.

- Nie - od­parła po chwili.

Mło­dzi lu­dzie uśmiech­nęli się. Chyba tego się nie spo­dzie­wali. Ko­bieta w wieku ich ma­tek le­ciała sama do In­dii. W do­datku nie wie­działa, na jak długo, do­kąd i nie miała żad­nego punktu za­ha­cze­nia.

- No tak, cza­sami do­brze jest wsko­czyć na głę­boką wodę - stwier­dził fi­lo­zo­ficz­nie Marco - ale na wszelki wy­pa­dek po­dam ci nasz nu­mer na what­sap­pie.

Be­ata chęt­nie wy­mie­niła kon­takty z mło­dymi ludźmi. Po­tem wszystko przy­spie­szyło, bo ste­war­dessy na­ka­zały wra­cać na miej­sca i roz­po­częły się żmudne przy­go­to­wa­nia do lą­do­wa­nia. Za­pię­cie pa­sów, pod­cho­dze­nie do lą­do­wa­nia, wci­śnię­cie w fo­tel i przy­zie­mie­nie.

To już, po­my­ślała z prze­stra­chem Be­ata. To jest to nowe ży­cie? Stało się to tak na­gle. Z roz­my­ślań wy­trą­ciło ją stuk­nię­cie w fo­tel. O nie, to znowu ten za­ro­zu­mia­lec, po­my­ślała z prze­stra­chem. Od­wró­ciła się nie­chęt­nie. Tym ra­zem w ręku trzy­mał jej lu­sterko. O rany, czy ja nie mogę być bar­dziej uważna, przez ten chaos wo­kół mnie, za­truje mi cały dzień.

- Czy to pani? - za­py­tał nie­ska­zi­telną an­gielsz­czy­zną.

Po­ki­wała głową.

- Pro­szę le­piej....

- Dzię­kuję. - Nie po­zwo­liła mu do­koń­czyć, nie­mal wy­ry­wa­jąc mu lu­sterko z dłoni i od­wró­ciła się od­dy­cha­jąc z ulgą. Nie mo­gła się wręcz do­cze­kać, kiedy wyj­dzie z sa­mo­lotu i nie bę­dzie mu­siała już pa­trzeć na tego na­dę­tego dupka. Skąd oni się biorą? Dla­czego na ca­łym świe­cie ich nie bra­kuje. Dla­czego nor­malni męż­czyźni są rzad­ko­ścią? Jej my­śli za­częły się kon­cen­tro­wać wo­kół wszyst­kich tego ro­dzaju po­staci, które w ży­ciu spo­tkała, i oczy­wi­ście w któ­rymś mo­men­cie za­trzy­mały się na długi czas przy mężu, cho­ciaż wcale nie chciała o nim my­śleć. Na szczę­ście po chwili za­czął się mo­zolny pro­ces wy­cią­ga­nia wa­li­zek z lu­ków. Naj­pierw Marco i An­gela wy­jęli ple­caki, a Be­ata cier­pli­wie cze­kała na swoją ko­lej. Gdy się po­że­gnali i za­częli po­dą­żać w stronę wyj­ścia z sa­mo­lotu, ona też wstała, sta­ra­jąc się nie pa­trzeć w stronę męż­czy­zny, który sie­dział za nią. Sły­szała jed­nak jego uwagi, że lu­dzie nie wie­dzą, jak się za­cho­wać, bo naj­pierw po­winny wy­cho­dzić osoby, które sie­dzą z przodu sa­mo­lotu, po­tem ci, któ­rzy sie­dzą na ogo­nie. Be­ata nad po­dziw zwin­nie wy­cią­gnęła swój ple­cak i ru­szyła w stronę wyj­ścia nie ba­cząc na in­struk­cje z tyłu. Kiedy wy­szła, ude­rzył ją oso­bliwy za­pach. Za­pach eg­zo­tyki i nie­zwy­kło­ści - za­pach In­dii. Lot­ni­sko było ogromne. Po­dą­żała w kie­runku od­prawy pasz­por­to­wej. Na­gle jej uwagę przy­kuł wielki na­pis po an­giel­sku: "No we­apons, no drugs, no spit­ting". Uśmiech­nęła się sama do sie­bie. Plu­cie trak­to­wane jest na równi z bro­nią i nar­ko­ty­kami?, po­my­ślała. Prze­szła przez dłu­gie ko­ry­ta­rze lot­ni­ska, któ­rych ściany po­kry­wały ma­lo­wi­dła. Co ja­kiś czas mi­jała po­li­cjan­tów z bro­nią. W końcu zna­la­zła się przy bram­kach, gdzie roz­da­wano karty lo­ka­li­za­cyjne. Wzięła jedną z nich, sta­nęła z boku i za­częła ją wy­peł­niać. Po­szło jej to bar­dzo szybko i była już go­towa do wyj­ścia z lot­ni­ska. Po­zo­stało tylko wrę­czyć kartę urzęd­ni­kowi. Prze­szła za­do­wo­lona da­lej i wtedy zo­ba­czyła ki­lo­me­trowe ko­lejki do sta­no­wisk urzęd­ni­ków. No ale gdzieś musi być prze­cież krótka ko­le­jeczka dla cu­dzo­ziem­ców, dla oby­wa­teli Unii Eu­ro­pej­skiej, po­my­ślała z na­dzieją i ru­szyła, aby ją zna­leźć. Po dzie­się­ciu mi­nu­tach krą­że­nia pod­dała się i sta­nęła na końcu jed­nej z gi­gan­tycz­nych ko­le­jek. Przed nią stała grupa Hisz­pa­nów, któ­rzy tak jak ona byli za­sko­czeni po­wi­ta­niem w Mum­baju. Be­ata sta­rała się za­cho­wać opty­mizm, któ­rego nic i nikt nie mógłby zmą­cić. Na pewno po­suwa się bar­dzo spraw­nie i za chwilę znajdę się po dru­giej stro­nie, po­my­ślała. Po­woli jed­nak uśmiech za­czął zni­kać z jej twa­rzy, bo po pięt­na­stu mi­nu­tach nie­wiele się zmie­niło, a w do­datku za sobą usły­szała słodki gło­sik Hin­dusa z sa­mo­lotu. No nie, jesz­cze tylko jego tu bra­ko­wało! - po­my­ślała zroz­pa­czona. Sły­szała, jak pró­buje "usta­wić ko­lejkę", żeby wszystko prze­bie­gało spraw­nie, po­tem prosi po­li­cjanta, żeby po­mógł mu pil­no­wać, aby nikt nie­upraw­niony się do tej ko­lejki nie wci­snął. Gło­śno pe­ro­ruje, że tak być nie może, że to wszystko wina tych hord tu­ry­stów, któ­rzy na­jeż­dżają jego piękne In­die. Be­ata po­sta­no­wiła sku­pić się na ob­ser­wa­cji grupy Hisz­pa­nów, któ­rzy stali przed nią. Za­sta­na­wiała się, po co jadą do In­dii, ja­kie mają plany, gdzie będą miesz­kać. To lu­biła naj­bar­dziej: przy­glą­dać się lu­dziom i za­sta­na­wiać się kim są, skąd po­cho­dzą, o czym ma­rzą i jak długo będą żyć. Taka jej mała sła­bostka. Zda­rzało się jej sia­dy­wać w ka­wiarni i wpa­try­wać się w prze­chod­niów. Nie było w tym nic złego. Po pro­stu lu­dzie byli dla niej fa­scy­nu­jący, byli cho­dzą­cymi za­gad­kami i za­bawa w od­ga­dy­wa­nie ich wnę­trza była dla niej bar­dzo po­cią­ga­jąca. W końcu jed­nak po­czuła ogromne zmę­cze­nie i sku­piła się na prze­trwa­niu - co ja­kiś czas przy­sia­dała na ple­caku, a kiedy ko­lejka się ru­szała, wsta­wała, prze­su­wała ple­cak i znowu przy­sia­dała na nim. Po trzech go­dzi­nach zna­la­zła się przy okienku urzęd­nika. Po­dała pasz­port i kartę po­bytu, którą wy­peł­niła. Miała w końcu otrzy­mać wizę. Zro­biono jej zdję­cie.

- Co chcesz ro­bić w In­diach? - za­py­tał po an­giel­sku star­szy męż­czy­zna z sil­nym hin­du­skim ak­cen­tem.

- Po­dró­żo­wać - rzu­ciła pierw­szą rzecz, która przy­szła jej do głowy.

- Jak długo? - Nie od­pusz­czał.

- Nie wiem - od­po­wie­działa zgod­nie z prawdą.

- Gdzie się za­trzy­masz? - do­py­ty­wał się.

- Nie wiem - po­wtó­rzyła.

- Więc nie mogę dać ci wizy - stwier­dził w końcu roz­kła­da­jąc ręce.

- Dla­czego? - Be­ata spoj­rzała na niego zroz­pa­czona.

- Bo mu­szę wie­dzieć, gdzie się za­trzy­masz - oznaj­mił to­nem, który wska­zy­wał, że nie ma z nim dys­ku­sji. Przed oczyma Be­aty wy­świe­tlił się film, w któ­rym zo­staje de­por­to­wana do Pol­ski. Musi wsiąść do sa­mo­lotu i po­wró­cić do kraju. Była na skraju roz­pa­czy. Znowu pu­dło, znowu jej nie wy­szło, znowu musi się pod­dać. Na­gle usły­szała za sobą zna­jomy głos.

- Co tak długo, coś się stało? - do­py­ty­wał się jej "ulu­biony" to­wa­rzysz po­dróży, który na­gle zna­lazł się tuż za nią. Od­wró­ciła się i zo­ba­czyła, że z jego twa­rzy znik­nął głu­pawy uśmie­szek osoby wszyst­ko­wie­dzą­cej, a po­ja­wiła się praw­dziwa tro­ska.

- Po­mogę ci - stwier­dził na­gle.

Za­nim zdą­żyła za­pro­te­sto­wać, męż­czy­zna pod­szedł do okienka i po­wie­dział:

- Ta pani jest moją zna­jomą. W czym pro­blem?

- Ona nie chce po­dać miej­sca za­miesz­ka­nia w In­diach - wy­ja­śnił urzęd­nik.

- Bę­dzie miesz­kać w Mum­baju przy ulicy... - I tu wy­mie­nił ja­kąś skom­pli­ko­waną na­zwę.

- Pro­szę to za­pi­sać - do­dał.

Urzęd­nik był tak za­sko­czony, że nie zdo­łał za­pro­te­sto­wać.

- Do­brze, pro­szę pana - wy­du­sił je­dy­nie.

Po chwili po­dał Be­acie pasz­port z wizą Re­pu­bliki In­dii. Ko­bieta była prze­szczę­śliwa. Udało się, mo­gła te­raz przejść na drugą stronę. Była w In­diach. Gdy zna­la­zła się za bramką, po­sta­no­wiła jed­nak po­cze­kać jesz­cze chwilę na swo­jego wy­bawcę. Był co prawda jak dr Je­kyll i Mr Hyde, ale te­raz zo­ba­czyła jego lep­szą stronę. Gdyby nie on, mo­głaby rze­czy­wi­ście zo­stać ode­słana do Pol­ski, więc po­dzię­ko­wa­nia były jak naj­bar­dziej na miej­scu. Po chwili po­ja­wił się Hin­dus. Uśmiech­nął się na jej wi­dok.

- Pani jesz­cze tu? - za­py­tał.

- Tak, chcia­łam po­dzię­ko­wać. Gdyby nie pan, mu­sia­ła­bym wró­cić do kraju - po­wie­działa z roz­bra­ja­jącą szcze­ro­ścią. To chyba obu­dziło w nim bel­fer­skie za­pędy, bo stwier­dził:

- No to, co pani robi już od po­czątku tego lotu, nie jest roz­sądne. - Znowu Mr Hyde, po­my­ślała Be­ata i po­sta­no­wiła jak naj­szyb­ciej się od­da­lić, ale męż­czy­zna nie od­pusz­czał.

- Gdyby jed­nak miała pani ja­kiś pro­blem, to pro­szę mnie od­wie­dzić. Miesz­kam pod tym ad­re­sem - po­wie­dział wrę­cza­jąc jej wi­zy­tówkę. - Ja co prawda...

- Dzię­kuję - po­wie­działa, zła­pała za wi­zy­tówkę, nie po­zwo­liła mu do­koń­czyć i ru­szyła przed sie­bie, cho­wa­jąc wi­zy­tówkę do port­fela. Ba­gaż w po­staci prze­mą­drza­łego Hin­dusa nie był jej po­trzebny, na­wet je­śli tak bar­dzo jej po­mógł. Te­raz mu­siała jak naj­szyb­ciej wy­do­stać się z lot­ni­ska, do­trzeć do mia­sta i coś zjeść.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki