III.
Do wielkiego dziedzińca, zawierającego w sobie dom mieszkalny i główne gospodarskie budowle, przytykało w Orchowie podwórze mniejsze, tak zwane folwarczne, z oborami, chlewami, pomniejszemi spichrzami dokoła, a z folwarczną oficyną w głębi.
W oficynie mieszkał dzierżawca Orchowa Eli Makower, ze spólnikiem i szwagrem swoim Efroimem Lejbowiczem. Oficyalistów, jako to ekonomów, namiestników, gumiennych, dwaj Izraelici nie trzymali wcale, sami bowiem pełnili osobiście wszystkie powyższe funkcye; ale rodziny mieli tak liczne, że zaledwie pomieścić się mogły w połowie niezbyt obszernej budowy, której drugą połowę, złożoną z wielkiej izby zwanej piekarnią i dwóch komórek, zajmowała czeladź męzka i żeńska.
Zkąd wziął się we dworze takim jak Orchów dzierżawca Żyd? Dla mieszkańców okolic kraju oddalonych, nieznających ekonomiki i najbliższych dziejów prowincyi w której znajduje się Orchów, fakt ten byłby niezrozumiałym, bez kilku słów wytłumaczenia.
Dwa lata zaledwie minęły od pory, w której sposób prowadzenia gospodarstwa rolnego w rozległych prowincjach zaniemeńskich uległ zmianie, obalającej do gruntu jego podstawy. Praca przymusowa usunęła się w przeszłość, bez możebności powrotu, lubo nie bez pozostawienia za sobą głębokich i trwałych śladów, tak w ustroju ekonomicznym kraju, jak w moralnem usposobieniu jego mieszkańców; na miejscu jej stanęła praca wolna, jako siła spółeczna, którą odtąd w ruch wprawiać, nabywać, zużytkować mógł tylko kapitał. Zmiana ta, w połączeniu z innemi, niemniej wpływowemi wypadkami i okolicznościami, była katastrofą mącącą uśpiony w objęciach rutyny byt społeczny, przedewszystkiem zaś byt jednej z klas społecznych, - nakształt kamienia rzuconego nagle na spokojną powierzchnię wody.
Po błoniach litewskich, tradycyjnie dotąd dzielonych na trzy części, z których corocznie dwie zasiewały się, a trzecia spoczywała; po lasach starych siekierą zdawna już szczerbionych; po dworach, wyglądających z pozoru jak przybytki wszelakich rozkoszy, lecz w gruncie pod niejednym względem zagrożonych upadkiem; po gabinetach szczególniej, w których możnowładni dotąd dziedzice po raz pierwszy w życiu zapełniać poczynali cyframi stronice ksiąg rachunkowych; po wszystkich słowem miejscach, kędy dotąd, sztucznie podtrzymywane przez upadły dziś przywilej panowały obfitość, okazałość, przepych niekiedy, dostatek i spokój o jutro zawsze - rozległ się powszechny, przeciągły, pełen zdumienia i trwogi okrzyk; ratuj się kto może! Uciekał się też każdy do czego mógł, ratował się czem mógł.
Jako pierwsza ucieczka przed nowemi całkiem a naglącemi troskami przedstawiał się kapitał a jedynymi w kraju posiadaczami kapitału byli Żydzi. Drugą ucieczkę i drugi ratunek musiał koniecznie stanowić duch przedsiębierczości, oszczędności, wytrwałości w pracy zmudnej i ciężkiej, przebiegłości nakoniec i pewnej giętkości tak karku jak charakteru, która pozwala człowiekowi ku czemuś dążącemu podleść tam, gdzie przejść lub przeskoczyć nie można - a jedynymi posiadaczami przymiotów tych byli znów Żydzi. Owi dziedzice, którym zapisany w księgach ich credit i debet bardzo smutne prawił rzeczy, puste mieli kieszenie, wiecznie rozsznurowane sakiewki, duchy niecierpliwe a nowością wszelaką gardzące, karki twarde, odziedziczone po przodkach, którzy gdy nie zdołali kędy swobodnie przejść, przebili się, przerąbali, jeśli mogli, ale podłazić, pełznąć nie umieli, nie chcieli. Zachodziła przecież zrazu wątpliwość, ażali klasa ludzi, którzy w kieszeniach, głowach i karkach swoich dzierżyli wyłącznie siły i przymioty mogące gospodarstwo rolne czasowo przynajmniej podeprzeć, zechce ku celowi temu zwrócić swe starania. Wiedziano dokładnie, że korzyść lub strata, utrzymanie się lub zaginienie społeczeństwa, były to dla niej rzeczy zupełnie obojętne. Pozostawał więc tylko interes czysto osobisty, materyalny; ale interes, ten w formie takiej, jaką przedstawiały warunki gospodarstwa rolnego, był dla niej gruntem zupełnie nowym, dotychczas nienapoczynanym. Żydzi w okolicach tych nie trudnili się rolą nigdy. Obyczaj i prawa krajowe stały pomiędzy nimi a tym kręgiem działalności tak długo, że zdawało się jakoby nie posiadali nawet odpowiednich ku temu pochopów i zdolności.
Okazało się jednak, że Żydzi mieli pociąg do wszelkiego interesu, który mógł być zyskownym i że do uprawiania świeżo otwierającego się przed nimi pola działalności garnąć się zaczęli pośpiesznie a tłumnie. Pole to zresztą nie otworzyło się przed nimi ze stron wszystkich. Właścicielami gleby nie mieli oni prawa zostawać, tak teraz jak dawniej, ale mieli prawo, możność i tysiące sposobności zostawania jej dzierżawcami.
Zaledwie okrzyk troski i popłochu rozległ się po szerokich obszarach prowincyi, aliści w bramie dworu zjawiał się Żyd i zdejmując jarmułkę, a kłaniając się w pas, zapytywał, czy jaśnie lub wielmożny pan nie puści mu majątku w arendę?
Jaśnie więc i wielmożni panowie majątki swe puszczali, bo i cóż mieli czynić skoro utrzymać ich we własnych rękach nie umieli, a po prawdzie bardzo często i nie mogli. Wyrywały je im z rąk grzechy przeszłości, a także różne różności teraźniejsze, których spisaniem zajmie się kiedyś historija.
Jednym z pierwszych majątków puszczonych tak w arendę był Orchów; jednym z pierwszych Izraelitów, którzy na Litwie całej spostrzegli ów z ziemi wyrastający interes, obliczyli możebne zyski jego i wyciągnęli doń ręce, zatrudnione dotąd faktorskiemi lub handlarskiemi czynnościami, był Eli Makower.
Pochodził on z miasteczka Orchowa, stanowiącego dziedziczną własność pana Kajetana, gdzie ojciec jego, od lat wielu nazywany w okolicy starym Judelem, był krawcem męzkim, a w gwałtownej potrzebie i damskim.
Ludzie zamieszkujący wsie sąsiednie znali Elego oddawna, najprzód jako Żydziaka-podrostka, który w brudnym chałacie, w podartych butach albo i bez butów, z rozczochranym rudym włosem i rozdziawioną gębą, trawił ranki, dnie i wieczory, stojąc lub siedząc na kamieniu przed wrotami miasteczkowych karczem, kędy zajeżdżały wozy chłopskie, a czasem karety, kocze i najtyczanki pańskie. W koło niego wrzały rozmowy, krzyki, pohulanki, dokonywały się targi i umowy; sporządzały sprzedaże, kupna, kontrakty; panowie spotykali się, witali, sprawy swe załatwiali, w bilard grywali, a nie rzadko popijali miód lub szampana, gwarząc hucznie o stosunkach swych, zabawach, rozmaitych wypadkach ogólnych i szczególnych; faktorzy kręcili się koło panów, jak pszczoły koło kwiecia, stręcząc i pośrednicząc, a śród całego tego, nigdy prawie nie ustającego gwaru i zawichrzenia, Żydziak-podrostek bosy, rozczochrany, chudy, jak siedział tak siedział przed wrotami to jednej karczmy, to drugiej, rozdziawiając gębę i oczy wytrzeszczając, co fizyognomii jego nadawało podobieństwo do wrony, lub przynajmniej istoty ludzkiej biedą i ciemnotą zidyotyzowanej.
Nikomu zapewne na myśl wtedy nie przychodziło, że owe karczmy, przez rozwarte na oścież wrota i okna ziejące wrzawą głosów ludzkich, były zakładem wychowawczym, w którym Żydziak ów otrzymywał pierwsze wiadomości o świecie otaczającym go i mającym być polem przyszłej jego życiowej działalności.
A jednak tak było. Powtarzające się wciąż koło niego widoki i dźwięki wpadały w wytrzeszczone oczy jego i w brudne uszy, aż utorowały sobie drogę do umysłu. Rozdziawiona gęba stawała się coraz mniej rozdziawioną, wytrzeszczone oczy coraz mniej szklanemi, uszy nawet jakby w żądzy lepszego słyszenia, wydostały się z mszystych włosów w których dotąd tonęły niepostrzeżenie.
W każde południe szedł on zwykle na obiad, a każdego wieczoru na noc do domu ojca swego, krawca Judela, gdzie edukacya jego dopełniała się jeszcze innemi pierwiastkami. Bądź co bądź, przyszedł dzień, w którym gęba jego zamknęła się już całkowicie, a oczy strzeliły pojętnością bystrą i ciekawą; zamiast stać lub siedzieć przed wrotami karczmy, chłopiec wsunął się do jej wnętrza, przylgnął do ściany głównej izby i odtąd tam już obrał sobie stanowisko obserwacyjne. Dziury świeciły mu zawsze jeszcze na łokciach i kolanach, palce u nóg wyłaziły z butów, ale nie był to już idyota, nie był to nawet Żydziak-podrostek, ale Żydek dorosły, młody, z rudawym wąsikiem nad wargą cienką i ruchliwą, z błyskawicą sprytu i tajemnych pożądań, lub z głębokim namysłem w dużych, błękitnych oczach.
W tym samym czasie odbyły się zaślubiny jego z Chają, córką przywódzcy i dziekana miejscowych faktorów. Jednocześnie z przed wrót karczmy i z pod ściany głównej jej izby zniknął Żydziak, o którego imieniu i pochodzeniu nikt nie wiedział, natomiast zaś w okolicy pojawił się nowy faktor, imieniem Elko. O nazwisko jego nikt nigdy nie zapytywał, bo pocóż komu znad nazwisko faktora? Elko z Orchowa i koniec. Zdawało się jednak, że nie był to jeden Elko, ale że w osobie jego mieściło się stu, dwustu Elków. Był on zawsze, wszędzie i na każdem miejscu: w miasteczku na rynku pomiędzy chłopskiemi wozami na targ przybyłemi; przy drzwiczkach przejeżdżających koczów i karet, z czapką w ręku i językiem obrotnym; w oberżach gdzie popasali i nocowali podróżujący panowie; pod płóciennemi budami kupieckich furgonów; na trzęsącej biedce śród pocztowego gościńca; pieszo śród drożyn ku wsiom wiodących; na dziedzińcach dworskich, w oficynach z ekonomami, w oborach z pachciarzami, w przedpokojach z lokajami, w gabinetach dziedziców nakoniec przy drzwiach, o pół kroku od progu, z wyprostowaną postawą, z bystrem spojrzeniem, latającem szybko dokoła, lecz długo i głęboko zatapiajecem się w twarzach ludzkich, z usłużnym, zachęcającym, pokornym lub żartobliwym uśmiechem na ustach.
W owej porze nie miał on o swój byt powszedni troski żadnej, albowiem teść jego, dziekan okolicznych faktorów, przez wzgląd na wielkie ubóstwo starego Judela, przyjął był zięcia i córkę do siebie na stół i mieszkanie, co znaczyło, że Elko, Chaja i przychodząca na świat w pierwszych latach małżeńskiego pożycia ich progenitura mieli u rodziców kąt i strawę darmo. Co do strawy zresztą, tej nadużyciem Elko teścia swego do bankructwa przywieśćby z pewnością nie mógł, wpadał bowiem do domu raz lub parę razy tygodniowo, na pół dnia, na godzinę, przywitał się z Chają, cmoknął głośno każde z dzieci, najmłodsze ponosił po izbie, podrzucając je aż pod nizki sufit, naradził się w kącie z teściem o sprawach bieżących, potem zajrzał jeszcze do ojca, starego Judela, i dalej w drogę! Co jadł i czy jadł cokolwiek, było to dla wszystkich taką samą tajemnicą, jak to kiedy spoczywał i czy spoczywał kiedykolwiek. W istocie zaś wpadał niekiedy do przydrożnej karczmy i załatwiając z chłopami lub z szynkarzem jaki interes, przełykał oschły obwarzanek, albo kawałek czarnego chleba z solą, śledziem, z ząbkiem czosnku lub główką cebuli; niekiedy pachciarz jaki dworski poczęstował go ogórkiem kwaszonym, lub misą kwaśnego mleka. Spał wszędzie, gdziekolwiek noc go zaskoczyła; w izbie szynkowej na twardej ławie, na trzęsącej biedzie, z głową schowaną pomiędzy wysoko podniesione kolana, rozciągnięty na drabiniastym chłopskim wozie, na worach ze zbożem, na beczkach z okowitą, na gołej nawet ziemi. Było to biedne, twarde, znojne życie, opylone kurzawą dróg, spieczone skwarem słońca, oblane potem trudów, ścierające pyły i brudy z podłóg karczemnych, z ław czeladnych, z rynków miasteczkowych pełnych śmiecia, z przedpokojów pańskich pełnych... upokorzeń.
Nikt jednak w czasie tym na niego nie zważał, bo i któż faktora Żyda, mającego opinią sprytnego i nieodbicie potrzebnego szachraja, wziąćby chciał sobie za przedmiot studyów i rozwagi?... powieściopisarz chyba, albo rodzajowy malarz. Powieściopisarzy wszakże ani malarzy w okolicy nie było; nikt przeto Elka nie badał, a gdyby nawet dziwna ta myśl komu przyszła, nie spostrzegłby w nim nic innego, jak gonitwę za zyskiem, żądzę zbierania pieniędzy. Gonitwa to była gorączkowa, niezmordowana, uporczywa, buchająca ogniem nie tylko przez oczy, ale przez skórę na twarzy, która w pewnych chwilach rumieniła się i drgała nerwowo, przez wargi latające konwulsyjnie, gdy szło o wmówienie komuś czegoś, przez ręce drżące, gdy zarobek był tuż, tuż, lecz jeszcze w nie nie wpadł. Czy oprócz tej gonitwy, oprócz tej żądzy oko badacza dostrzedzby mogło w Ełku i inne jeszcze uczucia: przywiązania, namiętności, nadziei? Może, lecz aby dokonać odkrycia takiego, trzebaby było spuścić się głęboko w nurty jego najbliższych stosunków, najcodzienniejszych obyczajów, najtajniejszych uczuć, w nurty szczególniej tej podwójnej edukacyi jego, której jednę połowę odebrał przed wrotami gwarnych, ludnych karczem, drugą pod dachem ojca swego, starego Judela. Owocami pierwszej tej połowy edukacyi jaką otrzymał Elko, były właśnie owa gonitwa za zyskiem, owa żądza pieniędzy; druga połowa także bezowocną nie pozostała, ale o owocach jej - później.
Trwało tak długie lat dziesięć; poczem z okolicy zniknął faktor młody i zwinny, tak jak niegdyś zniknął z okolicy podrostek żydowski, bosy i gapiowaty - a natomiast zjawił się kupiec z gęstą, kędzierzawą brodą, w chałacie całym zupełnie, jeżeli nie zupełnie czystym, stąpający poważnie, mówiący zwolna i z namysłem, mniej już przebywający w szynkowniach i na miasteczkowych rynkach, rzadziej trzęsący się na biedkach i drabiniastych wozach, krótsze stacye odbywający w przedpokojach, a w gabinetach pańskich nie o pół kroku już, jak poprzedzający go faktor, ale o dwa lub o trzy kroki od progu stający, niekiedy zaś, w czasie spisywania umów naprzykład, albo przy dokonywaniu wypłat pieniężnych, przystępujący tuż do stołu lub biurka, przy którem siedział dziedzic. Przestał już nosić zdrobniałe imię Elki, a przedstawiał się jako kupiec Eli. Niekiedy, ale wtedy tylko, gdy zachodziła urzędowa tego potrzeba, występować zaczęło już i nazwisko jego, Makower. Jeździł zawsze wiele, ale nie tak nieustannie jak wprzódy; znał wszystkich, ale nie ze wszystkimi wdawał się w poufałe stosunki. Klasę chłopów, szynkarzy i pomniejszych oficyalistów dworskich, która stanowiła główny punkt usiewów i zbiorów dla faktora - kupiec pozostawił niejako na stronie, zachowując tylko drobne i poboczne z nią związki, całą zaś uwagę skupił na mniej lub więcej zamożnych domach szlacheckich, najściślejszym kręgiem swej działalności otoczył do dworów tych należące spichrze, stodoły, gorzelnie, lasy. Handlował zbożem, drzewem, okowitą, małą ilością przedmiotów tych zrazu, znaczniejszą potem, a w końcu bardzo już znaczną.
Miasteczko Orchów, z kilku tysiącami mieszkańców swych, współplemienników i współwyznawców jego, służyło mu w trudnych razach za bank pożyczkowy.
Kredyt jego wzrastał, a zarazem wzrastała zamożność akcyonaryuszów banku, z którego czerpał. Wzrastanie zamożności nie mogło tu jednak bynajmniej stosować się do drugiej ze stron przedstawiających się w interesach, które prowadził Eli, a mianowicie do właścicieli owych spichrzów, gorzelni, lasów. Ale też względy na ich zamożność, lub biedę, straty lub korzyści, dobro słowem lub zło w najmniejszej rzeczy nie wchodziły w skład myśli, obrachowań i dążeń Eliego.
Aliści przyszła pora, w której nietylko już spichrze i gorzelnie, znajdujące się w dworach szlacheckich, ale gleba płodami swemi zapełniająca pierwsze i zasilająca ostatnie, przedstawiła się jako materyał, z którego sporządzać można było dobre interesa. Eli-kupiec przemienił się w Eliego Makowera, dzierżawcę dóbr Orchowskich z wyjątkiem jednego do dóbr tych należącego folwarku Rydlówki, nad którym zarząd objął młodszy syn pana Kajetana.
Taka była w najpobieżniejszym zarysie historya Eliego i dróg, któremi szedł, nim doszedł do zamieszkania w oficynie folwarcznej orchowskiego dworu. Oficyna ta zresztą miała prawdopodobnie przedstawiać w życiu jego stacyą tylko, punkt wyjścia ku innym stacyom, był to bowiem człowiek w pełnej jeszcze sile męzkiego wieku, lat czterdziestu niespełna, z postacią więcej krępą niż wysmukłą, nie otyłą jednak bynajmniej, lecz owszem jędrnością muskułów, grubością i wyprężeniem żył znamionującą organizacyą krzepką, zahartowaną, pełną sił żywotnych i o ruch ustawiczny dopominających się niecierpliwie. W źrenicach jego, więcej szarych niż błękitnych, panował wyraz ciągłego prawie zamyślenia, w chwilach jednak, w których się ożywiał, strzelał z nich jakby promieniem blask żywy i przenikający.
Taką przedstawiała się powierzchowność Eliego, w chwili gdy wychodził z nizkiego, małego domku, stojącego przy jednej z uliczek miasteczka Orchowa.
Dom, z którego wychodził Eli, miał dach z nadgniłej słomy, wklęsły do koła jedynego okopconego komina, dwa małe okienka w spróchniałych ramach, o łokieć wyniesione nad poziom i podwórko ciasne, śmieciem zarzucone, kilku innym domowstwom wspólne.
Eli nie był sam jeden. Tuż za nim trzej Żydzi, z których dwaj równego mu wieku, trzeci bardzo młody i bezwąsy, przestąpili zgniłe berwiono, w poprzek drzwi miasto progu umieszczone. Za progiem, na wpółciemnem tle sionki, ukazały się głowy dwóch dziewcząt dorosłych, z włosami w nieładzie, i pomarszczona, oliwkowej barwy twarz podżyłej Żydówki, otoczona dwiema szlarkami zrudziałej czarnej materyi, zastępującej perukę.
O kilka kroków od drzwi domku stał wózek zgrabny, na zielono pomalowany, w małego ale tłustego i silnego konika zaprzężony. Byłby to zaprząg wcale przyzwoicie wyglądający, gdyby nie uprząż konia z wózkiem łącząca, utworzona ze zrudziałych rzemieni i powrozów grubych, niezgrabnemi węzłami pozwiązywanych.
- Wo ist der furman? rzekł jeden z towarzyszących Eliemu Izraelitów, rzucając spojrzenie na niezajęty koziołek wózka.
- Posłałem go do karczmy po wódkę, równie szwargotem żydowskim odpowiedział Eli. Dożynają dziś u mnie jęczmień i otawę koszą. Stu rokotnika i pięć...
Wymawiając ostatnie słowa, włożył ręce w kieszenie chałata i podniósł głowę, z wyrazem dumnego zadowolenia.
- Herste! zawołał jeden z Izraelitów, sto i pięć robotnika! A zkąd ty ich wziął tyle?
- Ztąd, odparł Eli, uderzając dłonią po kieszeni.
- A wiele ty im płacisz? zapytał drugi z towarzyszów, poruszając się żywo i biegające oczy z ciekawością topiąc w twarzy Eliego.
- Czterdzieści kopiejek i pół kruczka wódki wieczorem, niedbale i patrząc w stronę widniejącej zdaleka karczmy odparł Eli.
Żyd, który pytał o cenę robotnika, obiema dłońmi uchwycił się za brodę.
- Aj! aj! zawołał. A ja w Ręczynie płacę 50 kopiejek i kruczek wódki! Zkąd ty ich wziął takich tanich?
Eli, nie zmieniając kierunku wejrzenia, wyjął jednę rękę z kieszeni, wskazujący palec przyłożył do czoła i rzekł:
- Ztąd.
Młody, bezwąsy Żydek, z rysów twarzy podobny bardzo do Eliego, zaśmiał się na to słowo z glębokiem zadowoleniem i z wyrazem tryumfu w oczach spojrzał na starszego Żyda, wyrzekającego iż płaci robotnikom drożej niż Eli. Dwie dziewczyny stojące za progiem mrocznej sionki spojrzały także po sobie i pokiwały głowami, uśmiechając się, jakby gestem tym i uśmiechem mówiły do siebie wzajem: jaki on mądry!
- Nu! czemu on nie wraca? mnie pora jechać! z niejaką niecierpliwością rzekł Eli.
W tej samej chwili na środku uliczki zjawił się człowiek jakiś, wyglądający z postawy i ubrania na zagrodowego szlachcica.
- Czy jegomość nie idziesz czasem do Chaima? zagadnął Eli po polsku przechodzącego i palcem wskazał karczmę.
- A pójdę, odparł, zatrzymując się, szlachcic. Dzień dobry, panie Makower, dodał potem, dotykając czapki.
Eli powtórzył gest i pozdrowienie szlachcica.
- Tam poszedł po wódkę mój człowiek, ciągnął dalej. Bądź jegomość łaskaw powiedzieć memu człowieku żeby prędzej wracał, bo mnie pora już jechać.
Mówiąc mój człowiek, włożył znowu ręce do kieszeni, a niemłoda Żydówka, z głową oblepioną czarną materyą, rozjaśniła uśmiechem twarz pomarszczoną i spoglądając na stojące obok dziewczęta, szepnęła:
- Herste! jego człowiek!
Dwaj starsi Żydzi zamienili tym czasem pomiędzy sobą kilka słów półgłosem wymienionych.
- Nu, Eli, rzekł głośniej jeden z nich, pamiętaj o mnie, jak będziesz gadał z Łozowiczem.
- A czemu ja nie mam pamiętać? Ale to jeszcze z tym Łozowiczem daleki interes.
- Niech sobie będzie daleki; ale jakby chciał bardzo Łozowę z tobą trzymać.
- Niewiadomo jeszcze czy ja sam będę ją trzymał.
- Nu, a jak będziesz? Jaby chciał bardzo być twoim spólnikiem.
- Czemu nie, wyrzekł, uśmiechając się, młody Żydek.
- A co z Efroimem będzie, jak ja ciebie za spólnika wezmę? zapytał Eli.
- Ty Efroimu drugi interes znajdziesz. Niech Ręczyn bierze.
- A Josiel?
Drugi ze starszych Żydów wzruszył ramionami.
- Ja jemu Ręczyn ustąpię. Kiepski interes. Wielka kobyła, ale chuda.
Ostatnie słowa wymówił po polsku. Eli uśmiechał się.
- Ja to odrazu wiedział, że z Ręczynem interes zły. W Orchowie to grunt! pluń tylko, a pszenica wyrośnie.
- Aj! Aj! z zachwytem ozwali się Żydzi. A Łozowa to jeszcze lepsza jak Orchów, tylko że mniejsza.
W tej chwili do rozmawiającego towarzystwa zbliżyło się jeszcze dwóch Żydów, niemłodych już, poważnie stąpających. Wyciągnęli ręce i dotknęli palcami palców Eliego, przyczem kiwnęli głowami, nie dotykając czapek.
- Interes dobrze idzie? z przyjaznym uśmiechem zapytał jeden z nich Eliego.
- Czemu ma źle iść? dobrze idzie. Twój procent, rebe Abram, pewny... na pierwszy septembra, a tobie rebe Widger, na Nowy rok wszystko oddam.
Dwaj nowoprzybyli uśmiechali się z zadowoleniem i przyjaźnie kiwali głowami.
- Nu, nu! mówili, tyle biedy co to! Czy my nie wiemy jak ty interesa robisz? czy my kiedy bali się o nasze pieniądze, jak były w twojej kieszeni?
- On kładnie do kieszeni kopiejkę, a wyjmuje z niej rubla, zauważył dzierżawca Ręczyna, zwany Josielem.
Na te słowa wszyscy roześmieli się chórem. Jeden z nich rzekł:
- Takie już jego szczęście.
- Co to szczęście! to nie szczęście, tylko rozum! zawołał niespodzianie milczący dotąd i mimiką tylko uczucia swe wyrażający młody, do Eliego podobny Żydek.
Słowom jego zawtórował cichy chichot niemłodej Żydówki, stojącej za progiem sionki, chichot wyrażający uczucie niewymownego zadowolenia, złączonego z podziwem.
Na ulicy zjawił się parobczak w szarej świtce, dźwigający sporą, gorzałki pełną beczułkę. Był to człowiek Eliego.
- Nu, Wasyl! a czeho tak długo w karczmie siedział, z polska po rusińsku zawołał do człowieka swego dzierżawca Orchowa.
Parobczak, nie odpowiadając nic, umieścił w wózku beczułkę z płynem. Eli zabierał się do odjazdu.
Postąpił był właśnie ku wózkowi, gdy Młody Żydek położył mu rękę na ramieniu.
- Eli, rzekł, czy ty mi tylko zrobisz to co przyrzekłeś? he? Przyjm mię do swoich interesów, albo pojadę gdzieindziej szczęścia szukać.
Żyd zwany Mowszą, trącił młodego żydka w bok łokciem.
- Co ty mu czas zabierasz? zawołał. On twój brat, to o tobie i sam pamiętać będzie, a nam trzeba z nim pogadać.
- My wszystkie do niego interesa mamy.
- Elieczkie! zawołała piskliwie młoda Żydówka z sieni, ja będę czekać na twego obietnice... moje małe wnuczki sierotki będą za ciebie pana Boga prosić.
- Ny, a jak do Łozowej pojedziesz, to pamiętaj, że Mowsza chce bardzo twoim wspólnikiem być.
- A jeżeli Łozowicz tobie Łozową puści to u mnie masz kredyt, verstehstt.
- Czemu ja nie mam takiej dobrej rzeczy rozumieć, śmiejąc się, odpowiedział na ostatnie słowa Eli.
Siedział już na wózku i nogi opierał o beczułkę z wódką, która mu siedzenie niewygodnem czyniła. To też postawa jego, z podniesionemi zbytecznie kolanami, ścieśniona pomiędzy dwoma worami z jakiemś zbożem, które parobek na siedzeniu umieścił, przypominała dawnego faktora jeżdżącego na króciutkiej biedce, wypakowanej rozmaitym ładunkiem. Wyraz twarzy za to był podobny do tego, który okrywa twarz naczelnika, znajdującego się pomiędzy podwładnymi i brata otoczonego braćmi. Rozpromieniały ją: duma zadowoleniem z siebie, życzliwość dla tych, którzy gromadą otaczając wózek, podnosili oczy ku jego twarzy, dotykali rękami rąk i ubrania jego. Kiwał głową ku Mowszy i uśmiechał się.
- Dobrze! dobrze! ja pogadam z Łozowiczem o arendę, to dam tobie wiedzieć co z tego będzie.
Josiel za chałat go pociągnął.
- Niech Efroim Ręczyn bierze... ja będę u ciebie gorzelnię w Łozowej pędził.
- Pogadam o tem z Efroimem.
- Elieczkie! zawołała Żydówka z sieni.
- Ny, ny! Sura! furmanka jutro po ciebie przyjedzie... a tam już miejsce na kram najęte.
Młody Żydek położył znowu rękę na jego ramieniu.
- To ty już mię z pewnością na zimę do Orchowa bierzesz?
Eli obrócił się ku niemu.
- Co ty mnie o to sto razy pytasz? czy ty nie słyszał jak mnie stary prosił, żeby ja ciebie do Orchowa wziął i handlować uczył? A czy ty nie wiesz, że jak mnie stary co powie, to już ja muszę zrobić to co on chce, choćbym miał pod ziemię wleźć?
- Gut! gut! chórem zawołali Żydzi; kiedy ojciec o co prosi, to trzeba tak zrobić jak on chce.
- Nu, Wasyl, do domu! rzekł Eli.
Wasyl cmoknął na konia. Zanim jednak wózek ruszył z miejsca, Eli poprzez głowy otaczających go osób szukał czegoś. Szukał, znalazł, kiwnął głową, uśmiechnął się i podniesionym głosem zawołał:
- Gut Nacht, Tate! gut Nacht!
Wózek potoczył się zwolna błotnistą uliczką. Żydzi rozeszli się, a stara Żydówka z pomarszczoną twarzą i młode dziewczęta rozczochrane zniknęły w głębiach mrocznej sionki.
Przedmiotem, który przyciągał do siebie spojrzenie Eliego w chwili odjazdu i wywołał na usta wykrzyk "gut Nacht, Tate!" - była twarz starego Żyda, widniejąca z za mętnej szyby małego okienka, Gęste, białe jak mleko, tu i owdzie tylko żółtawemi smugami przerznięte włosy, otaczały czoło wysokie, zmarszczkami w różnych kierunkach wyżłobionemi zorane, tak iż wydawało się zmiętą latami i zużyciem kartą zżółkłego pargaminu. Takaż broda srebrna dwoma długiemi pasmami spuszczała się od ust cienko zarysowanych, tak bladych, jakby w nich kropli krwi nie było, i ocieniała policzki ściągłe, żółtawe, zapadłe, z pod brwi siwych dwie błękitne źrenice, na zaczerwienionych białkach pływające, świeciły blaskiem łagodnym, przygasłym, a jednak przenikającym, blaskiem właściwym oczom, które pracowały ciężko i długo, łez wiele przelały, a przestawszy już pracować i płakać, zwróciły się ku tajemnym światom wewnętrznych przypomnień, rozwag i rozpamiętywań. Twarz ta, w której było coś patryarchalnego i ascetycznego zarazem, coś głęboko znużonego i mistycznie radosnego, promieniała uśmiechem rozlanym na ustach, w źrenicach, w samych nawet wklęsłościach chudych policzków, w chwili, gdy Eli, siedząc na wózku, rozdawał otaczającym go ludziom przyrzeczenia i skinienia głową, niby dowody łaski i przyjaźni.
Kiedy Eli zawołał! "gut Nacht, Tate!" cienkie, blade wargi starca poruszyły się i wydały przeciągłą, śpiewną odpowiedź: "gut Nacht, Eli!" W odpowiedzi tej zadźwięczało echo głosu Jakubowego, spływającego gorącem błogosławieństwem na głowę ulubionego Benjamina.
TOM I. RÓŻNI I RÓŻNE
I.
Na jednę z najpiękniejszych i najżyzniejszych nadniemeńskich okolic spadał powoli mrok letniego wieczoru i przezroczystym jeszcze, szarawym cieniem obejmował obszerny, szczytami licznych topól najeżony, o zieloną ścianę gęstych i rozległych ogrodów oparty, dwór orchowski.
Przez wielką salę, o czterech podłużnych oknach i sprzętach rzadkich, wkoło wysokich ścian umieszczonych, przesuwała się raczej niż przechodziła szczupła i wysoka postać kobieca.
Była to pani dworu, Leontyna z Ręczyców Orchowska, słynna niegdyś z piękności swej i rozgłośnych w świecie powodzeń.
Że była niegdyś piękną, każdy dziś jeszcze odgadłby z pierwszego na nią spojrzenia, jakkolwiek jesień życia srebrzyć już zaczynała włosy jej kruczej czarności; ale nikt domyślećby się nie mógł z pewnością, iż był czas, w którym ona także umiała być wesołą.
Patrząc na nią w tej chwili, nikt nie mógłby pomyśleć o porze owej, w której czoło jej promieniało dumą i pogardą, usta śmiały się swobodnie i często, czarne źrenice płonęły niecierpliwem pragnieniem blasku, hołdów, wesołości, dłonie umiały z dziecięcym wdziękiem i ponętną zalotnością bawić się kwiatkiem lub wachlarzem, w której nakoniec cała ta postać wysoka prostą była jak topola, żywą jak iskra, jak tęcza mieniącą się barwami i połyskami jedwabiów, koronek, dyamentów.
Dziś czoło kobiety tej, białe jeszcze, zorane było kilku surowymi zmarszczkami, usta zwiędłe i okrążone wyrazem nieokreślonej goryczy, źrenice zagasłe, ze sztywną obojętnością w ziemię utkwione.
Powoli i cicho, w sukni czarnej, której krój i barwa nawpół przypominały surowe szaty zakonne, nawpół romantyczny strój średniowiecznych kasztelanek, z głową pochyloną i opuszczonemi w dół białemi dłońmi, kobieta ta przesuwała się dziś pomiędzy wysokiemi ścianami domu swego, niby duch smutku, rozlewający dokoła siebie zniechęcenie.
Jakkolwiek ostatnie blaski dnia dostatecznie jeszcze rozświecały wnętrze domu, wązka smuga białego światła lampy wymykała się z nieszczelnie zamkniętych drzwi pokoju do sali przytykającego.
Przed drzwiami temi kobieta w czerni zatrzymała powolne swe kroki.
- Czy mogę wejść? zapytała z cicha.
- Proszę, odpowiedział z sąsiedniego pokoju głos męzki, stłumiony także, z zesłabłej, chorej widocznie piersi wychodzący.
Pokój, do którego weszła teraz pani orchowskiego dworu mniejszy nieco od poprzedzającej go sali, obszernym był jednak, o trzech wielkich oknach, ściśle okrytych w tej chwili zasłonami z grubego sukna. Przestrzenie znajdujące się pomiędzy oknami, jako też jedną ze ścian bocznych zajmowały całkowicie ogromne szafy, od góry do dołu oszklone, szczytami dotykające wysokiego sufitu, napełnione książkami różnych formatów i w przeróżnej oprawie, tu starannie ustawionemi, gdzieindziej porozrzucanemi w najwyższym nieładzie, o ciągłem używaniu ich świadczącym. Ścianę przeciwległą oknom w połowie prawie okrywał obraz wielkich rozmiarów, tłumną jakąś dziejową scenę przedstawiający i w ozdobne złocone ramy ujęty.
W głębi szerokie łoże, wysoko pościelą zasłane, stało pod ścianą, na której wisiały portrety kilku słynnych poetów i myślicieli: Słowackiego, Szekspira, Szyllera, Hugona Kołłątaja, Mirabeau, Woltera. Od stóp łoża puszyste skóry niedźwiedzie i lamparcie rozciągały się aż pod skraj komina staroświeckiego kształtu i wielkich rozmiarów, przed którym stał obszerny stół okrągły, książkami i papierami piętrzący się, z zapaloną lampą pośrodku.
Światło lampy, wypływając z pod przezroczystej osłony, niedostatecznie oświetlało obszerną i wysoką komnatę, w niewyraźnych tylko zarysach ukazując napełniające ją przedmioty. Słabe światło to, walczące z mrokiem, cisza głęboka, atmosfera duszna, gorąca, pomimo letniej pory ogrzewana ogniem utrzymywanym wciąż na kominie w stanie tlenia, nadawały pokojowi temu cechę smutku i niemal posępności.
Przy stole, w głębokim fotelu, siedział mężczyzna, ubrany w szlafrok ciemnej barwy. Pomimo siedzącej postawy, znać było, iż musiał być wysokim, a szerokość ramion i cała budowa ciała dowodziły, że natura go stworzyła zdrowym i silnym. Teraz jednak szerokie plecy jego przygarbione, pierś wklęsła, szyja chuda, otoczona białym kołnierzem koszuli i ręce złożone na stole, wkoło otwartej książki splecione, białe, przezroczyste, zdradzały ostateczne niemal fizyczne wyniszczenie i niemoc. Ciału temu, napiętnowanemu sprzecznością siły z niemocą, wyrazem swym w zupełności odpowiadała głowa. Była to głowa wielka, taka w której frenolog mógłby domyśleć się potężnie utworzonego i rozwiniętego mózgu; czoło nad brwiami wypukłe, wysokie, podniesione jeszcze całkowitem prawie wyłysieniem czaszki, znamionowało niepospolite umysłowe zdolności; oczy podłużnie wykrojone, z błękitną źrenicą, musiały być niegdyś piękne i pełnią życia jaśniejące, usta ocienione bujnym posiwiałym wąsem, posiadały zarys wytworny, organizmom rasy pod względem fizycznym poprawnej właściwy. Wszystko to jednak było dziwnie zmiędłe, zmięte, zatarte, spłowiałe. Na czole tem wielkiem zgromadziło się zmarszczek mnóstwo; źrenice pobladłe, znużone z wyrazem tlejącej jakby zwolna i milcząco boleści na dnie, patrzyły z pod powiek ciężkich, obrzękłych i zarumienionych; końce warg zwisały w dół, pomiędzy żółtą i pomarszczoną skórą policzków. Jakimikolwiek były żywioły fizyczne lub moralne, które podkopywały i podkopały zdrowie, energiją piękność i zdolności człowieka tego - uczyniły one zeń smutną ruinę, obraz bezwładności cielesnej i nieuleczonego zda się smutku ducha.
Wysoka postać i czarna szata pani Leontyny przesunęły się wśród mrocznego pokoju zwolna bez szelestu, i białe palce jej dotknęły na mgnienie oka chudej, gorączką rozpalonej dłoni siedzącego w fotelu mężczyzny. Zajęła miejsce przy stole i wychylając pod światło lampy twarz swą smętną trochę i zadumaną, lecz więcej jeszcze obojętną i surową, zniżonym, bardzo przewlekłym głosem zapytała:
- Jakże czujesz się teraz, Kajetanie?
- Jak zwykle, - z zupełną obojętnością odpowiedział mężczyzna.
- Dziś zrana jednak kiedym tu była, mówiłeś mi, że jest ci nieco lepiej.
- Zwykła to rzecz u suchotników, że ranek przynosi im ulgę, a wieczór zwiększone cierpienie, nie zmieniając obojętnego tonu, rzekł Kajetan Orchowski.
Pani Leontyna westchnęła.
Spodziewam się, zaczęła znowu, że nie poczytujesz za złe mnie ani Lili, jeśli nie przebywamy z tobą ciągle. Ja jestem także cierpiącą bardzo. Widok twej choroby rozstraja mi nerwy i wprawia uczucia w stan rozdrażnienia, którego dusza chrześcijańska i zrezygnowana unikać powinna. Lila znowu jest, jak wiesz, tak szczupła, delikatna..... a w wieku jej... pewne choroby najłatwiej udzielać się mogą.
- Wiem, wiem, - wymówił mężczyzna z tą samą co wprzód zupełną obojętnością, ale wyraz oczu jego zaprzeczył tym razem dźwiękowi głosu.
Oczy te, blade i zmęczone, obiegły do koła mroczną, posępną, nieożywionemi tylko przedmiotami napełnioną komnatę i powlekły się szybko powieką, jakby skryć chciały iskrę żalu, co w nich zapłonęła. Po chwili, kończąc głośno myśl, która powstała mu w głowie, powoli i ciszej niż wprzódy wymówił:
- Nie uskarżam się na nic i o nic nie obwiniam nikogo. Wszak wierzę, że wszystko co spotyka człowieka jest następstwem całego ciągu jego życia, jest własnem jego dziełem...
- Wolą Bożą, - cichym lecz stanowczym głosem przerwała pani Leontyna.
- Wola Boga nie jest wolą despoty. Stworzyła ona świat i człowieka tak, aby żaden skutek nie powstawał bez przyczyny i żadna przyczyna nie przemijała bez skutku.
Parę zdań tych Kajetan Orchowski wymówił tonem urywanym, lecz dobitnym.
Pani Leontyna zato spuściła oczy i westchnęła znowu.
- Na tym punkcie zdania nasze nie zejdą się z sobą nigdy, rzekła sucho i krótko i jakby chciała inny zwrot nadać rozmowie, rzuciła wzrokiem na papiery i książki stół pokrywające.
- Zbytecznie trudzisz się tem czytaniem; doktór usilnie zaleca ci spoczynek.
Po zwiędłych wargach Orchowskiego przesunął się uśmiech o nieokreślonym wyrazie.
- Spoczywałem całe życie, wymówił.
- Tem bardziej więc spoczywać możesz teraz, gdy jesteś chory, i....
- Blizki śmierci, dokończył mężczyzna. Kobieta nie odpowiedziała.
- Otóż to tak, z uprzednim wciąż uśmiechem na ustach ciągnął Orchowski - jednym śmierć przybywa przedwcześnie dlatego, że nazbyt pracują, innym dla tego że nazbyt zażywają wczasu...
- Ja tego wszystkiego nie rozumiem, z większą niż wprzódy żywością przerwała kobieta. Wiesz dobrze, iż nigdy nie miałam najmniejszego pociągu do wszelkich tych uczoności i filozofij, które nie prowadzą ani do szczęścia na tym świecie, ani do zbawienia wiecznego na tamtym. Widzę tylko to, że szczególne zamiłowanie twoje w tych szpargałach do reszty odbiera ci siły.
- Miałem ich kiedyś więcej i nic z nich nie uczyniłem - dziś jest już ich we mnie zamało, aby na cokolwiek przydać się mogły. Szpargały te zresztą, Leontyno, to jedyna pociecha moja, jedyny promień, który przyświeca ostatnim godzinom mego życia.
Powiedział to bardzo spokojnie, bez cienia skargi w głosie, a jednak pani Leontyna uczuła znać wyrzut, który mieścił się w ostatnich jego słowach. To też uśmiechnęła się wpół cierpko wpół smutnie i czarne oczy swe podniosła na twarz męża z wyrazem nietajonego wcale zażalenia.
- A ja? rzekła powoli, jakąż jest jesień mojego życia? Tak bo jesień to już, jesień..... jesień.....
Ostatni wyraz, trzy razy powtórzony stopił się w szepcie zaledwo dosłyszalnym i w westchnieniu, które nie zwalczone i zapewne nie zwalczane, podniosło wysoko pierś jej, okrytą surowemi fałdami czarnego stanika.
Potem zaczęła znowu:
- Od lat już kilku siedzę zamknięta w tym wielkim, milczącym domu, jak w grobie... Nie widzę ludzi i nie szukam ich.... Pocóż mi zresztą ludzie i co wśród nich znaczyłabym teraz.... zestarzała.... smutna?... Dnie wloką się jak lata i gdyby nie wiara, która mnie podtrzymuje, gdyby nie modlitwa, w którą przelewam wszystkie łzy zbolałego swego serca. ...
- A dzieci twoje, Leontyno? zapytał mężczyzna, który dotąd słuchał żalów swej żony z zupełną obojętnością, niby wrotki swego i jej życia, którą wiele już razy słyszał, dokładnie znał i rozumiał.
Ramię pani Leontyny, objęte czarnym, obcisłym rękawem, poruszyło się gestem zniechęcenia.
- Dzieci, powtórzyła, wszak Kamil podróżuje ciągle prawie, a gdy jest w domu, siedzi tak jak ty, zakopany w książkach... Mieczysław za gospodarstwem swem w Rydlówce od lat dwóch już Bożego świata nie widzi i zresztą kochał on zawsze ciebie nieporównanie więcej niż mnie...
Westchnęła ciężko i dodała:
- Taki to już los wielu matek; że synowie ich, gdy dorosną, stają się im zupełnie prawie obcymi... Kamil i Mieczysław nie zwierzają się nigdy z niczem przedemną, a ile razy, dawniej jeszcze, którykolwiek z nich zaczął mi mówić o tem jak myśli i co czuje, nie doprowadziło to nas do niczego więcej, jak do bolesnych bardzo sprzeczek i zwiększonej ich dla mnie obojętności.
Gdy pani Leontyna tak mówiła, usta pana Kajetana otworzyły się i zamknęły znowu parę razy; zdawać się mogło, że wyrzekaniom tym odpowiedzieć chciał zapytaniem jakiemś czy uwagą, która wyjaśniłaby może obudzającą je przyczynę. Nie uczynił jednak tego; wszelkie uwagi i przypominania uznał znać za rzecz zapóźną i bezpożyteczną - krótko więc tylko zapytał.
- A Lila?
- Lila przy guwernantce, a gdy nie będzie już miała guwernantek, to za mąż pójdzie, odrzekła pani Leontyna.
Po krótkiej chwili milczenia, z głową pochyloną, z dłońmi splecionemi i złożonemi na kolanach, mówiła dalej:
- Jestem wiecznie sama... sama jedna ze wspomnieniami tylko minionej przeszłości, które nie pozostawiły mi nic, prócz żalu za tym co było..... od których zresztą usiłuję uwolnić się modlitwą i oderwaniem myśli od ziemskich próżności..... Synowie moi oddalili się odemnie sercem, wyobrażeniami, całym sposobem życia i myślenia... córka nie potrzebuje starań moich, bo nie jest już przecie niemowlęciem, a wkrótce może opuści mię zupełnie... Dom w którym przeżyłam lat trzydzieści nie stał mi się miłym wcale, nie może mi zresztą miłym być teraz gdy wszystko tu starzeje, rujnuje się i upada w gruzy.... Gdziekolwiek spojrzę, na siebie czy dokoła siebie, wszędzie widzę tylko starość, smutek, zniszczenie!....
Pan Kajetan nawpół tylko zdawał się słuchać wyrazów tych cichym i przewlekłym głosem wypowiadanych. Oczy jego z pewną niecierpliwością zwracały się co chwila na karty rozwartej książki. Myśl znużona i roztargniona słuchaniem tego co zbyt dobrze i oddawna było jej znanem, uciekała w oderwane od najbliższej rzeczywistości światy poezyi i rozpamiętywań. Pani Leontyna spostrzegła to i zwolna podniosła się z siedzenia.
- Widzę, że przeszkadzam ci, rzekła; oddawna zresztą wiem, że najlepiej ci jest gdy zostajesz sam, ze swemi ulubionemi książkami.
- Ja także, Leontyno, wiem oddawna o wszystkiem, o czem mi przed chwilą mówiłaś. Jesień twojego życia smutną jest, kres mego nie wesoły także. Cóż na to poradzić? Dopuściliśmy się znać srogich omyłek i błędów, skoro nam one tak gorzkie przynoszą owoce.... żyć zaś poraz drugi, aby stracone dobra odzyskać, nie możemy.
- Ja znowu nie poczuwam się do tak wielkich błędów, aby mi za nie podobna wyznaczona była pokuta. Grzeszna jestem przed Panem, jako istota ułomna, to prawda, mniej jednak z pewnością zawiniłam w swem życiu, niż wiele innych kobiet, stokroć jednak szczęśliwszych odemnie. Nie mam sobie nic do wyrzucenia i w nieszczęściu swem widzę tylko wolę Boga, który ciężkie krzyże lubi zsyłać częstokroć i na niewinnych, aby uświęcać dusze ich, nazbyt może przywiązane do marnych powabów świata.
Chwila milczenia panowała pomiędzy małżonkami.
Kajetan Orchowski wpatrzył się w karty książki, potem podniósł czoło, na którem więcej jeszcze niż wprzódy zjawiło się zmarszczek, i z okiem rozpalonem nagłem jakiemś gorącem uczuciem, rzekł:
- Uznajesz się niewinną, Leontyno... niewinną zupełnie.... Zaprzeczać ci nie będę, bo i na cóż to przydaćby się mogło? Ale oto dla czego nie zgadzamy się ze sobą na znaczenie żadnego ze słów mowy ludzkiej, dla czego niepodobna abyśmy sobie wzajem jakąkolwiek nieśli pociechę. Ja poczuwam się do omyłek i błędów wielkich, ciężkich, wyrzucam sobie srogo, że uczyniłem z życia swego to co uczyniłem, uznaję się winnym.... nie tylko przed Bogiem, jak ty, ale przed ludźmi, tobą, sobą i dziećmi naszemi.... Dla tego też nie wyrzekam... i cały ból swój i wszystkie żale chowam tu!...
Przy ostatnim wyrazie położył na piersi wzdymającej się krótkim, chrapliwym oddechem rękę swą chudą, przezroczystą, a na wklęsłe policzki jego wystąpiły dwie plamy gorącej ceglastej barwy.
Pani Leontyna słuchała słów męża z brwią ściągniętą i z cierpkim, wzgardliwym prawie uśmiechem na ustach.
- Uważam to od niejakiego czasu, rzekła, iż każda rozmowa ze mną irytuje cię i robi ci źle... Dobranoc; jeśli będziesz mię potrzebował, przyślij po mnie Tomasza. Znam i rozumiem powinności swoje jako żony; świat i lata nauczyły mię pokory, gotową więc jestem w każdej chwili oddawać ci usługi, choć najniższe, najtrudniejsze.. Jutro zresztą około południa, przyjdę, jak zwykle, dowiedzieć się jak noc spędziłeś.
Rzekłszy to, odeszła, jak przyszła, zwolna i bez szmeru.
W obszernej komnacie cicho było znowu jak w grobie, lampa malowała na suficie świetliste koła i drżące iskry rozniecała w szybach osłaniających długie, liczne szeregi książek; z pół-zmroku wychylały się mistrzowskim ołówkiem rysowane, zamyślone, energiczne, poezyją opromienione, lub ogniem czynu i walki rozgrzane twarze wielkich mężów ludzkości; przed kominem, w którym zarzyło się jeszcze parę niedopalonych drewien, na okrągłym stole, w tłumnym nieładzie skupiały się książki rozwarte i zamknięte, podarte, zmięte i nowe, z licznemi nadpisami na marginesach, bezładnie, nie wyraźnie, drżącą znać, słabą często jakby niecierpliwą ręką kreślonemi.
Kajetan Orchowski, po odejściu swej żony, długo siedział nad tym stosem zadrukowanego i zakreślonego papieru, nieruchomy, zmęczony, oddychając ciężko, z czołem ukrytem w dłoni i głęboką zadumą w oczach. Wyciągnął potem rękę i pocisnął sprężynę stojącego wśród książek dzwonka. Srebrzysty, donośny dźwięk, poruszeniem tem wywołany, nie umilkł jeszcze w powietrzu, gdy w bocznych drzwiach stanął mężczyzna, z głową okrytą białemi jak mleko włosami.
- Czy Mieczysław nie przyjeżdżał dziś do dworu? łagodnym głosem zapytał pan Kajetan starego sługi.
Starzec wzruszył ramionami.
- Albożby pan nie wiedział o tem, gdyby pan Mieczysław tu przyjeżdżał? Alboż pan Mieczysław choćby raz jeden nie był u pana, będąc we dworze?
- To prawda mój, Tomaszu, to prawda... myślałem tylko, że może, może zapomniał.
- Niech pan będzie pewny, że pan Mieczysław prędzej o własnej głowie, niż o panu zapomni.
- A Kamil? ciszej i spuszczając oczy, zapytał Orchowski.
Stary sługa poprawił zasłonę u lampy, przysuwał do stołu dwa staroświeckie krzesła o wysokich poręczach i milczał chwilę. Na twarzy jego pomarszczonej, lecz rumianej i czerstwej, zjawił się wyraz przymusu, z pewnem nadąsaniem połączonego. Po chwili rzekł tonem krótkim i mrukliwym:
- Pan Kamil przyjechał z Warszawy parę godzin temu. Kazał urządzić sobie kąpiel i podać wieczerzę. Teraz leży w łóżku i książkę czyta.
- Czy pytał się o mnie? zcicha wymówił Orchowski a powieki i usta jego lekko zadrżały.
- A pytał się, odparł sługa - i pragnąc jakby uwolnić się od dłuższego mówienia w tym przedmiocie, dodał: Może pan potrzebuje czego? może ogień rozpalić lepiej? albo ziółek od kaszlu przynieść? A może książkę którą z szafy dostać i podać?
Pani Leontyna tymczasem, opuściwszy pokój męża, przebyła znowu wielką salę i przez szereg mniejszych już, ale równie ponurych i mrocznych pokojów skierowała się w inny koniec domu.
Tam, z za drzwi zamkniętych, doleciały jej ucha dźwięki dwóch świeżych głosów, z których jeden był wyraźnie głosem młodej kobiety, drugi wychodził z nawpół dziecinnej jeszcze, dziewczęcej piersi. - Głosy te rozmawiały ze sobą żywo, wesoło, wznosząc się chwilami w swywolnej niby sprzeczce, to znowu przyciszając się, jakby w poufnych zwierzeniach. Raz zmieszało się z niemi parę skocznych taktów polki czy walca, wygranych na fortepianie dorywczo i mimochodem; potem zabrzmiał długi srebrzysty wybuch śmiechu; potem jeszcze lekkie stopy przebiegły po posadzce jakby któś uciekał od czyjejś pogoni, a szmerowi temu towarzyszyły stłumione chichoty i ciche, urywane, z głośnemi wykrzyknikami pomieszane szepty; aż nakoniec rozmowy, śmiechy, muzyka i swywolna zabawa umilkły.
Pani Leontyna weszła do pokoju, w którym prócz fortepianu, dwóch łóżek śnieżnie zasłanych, kanap i krzeseł dość starych i zniszczonych stał pośrodku wielki stół okrągły z książkami, w szarej podartej oprawie, z poplamionemi i porozdzieranemi zeszytami, ze szklanym kałamarzem i kilku piórami atramentem powalanemi, niecierpliwą ręką jakąś połamanemi i rozrzuconemi. Był to więc widocznie pokój nie tylko do spania ale i do nauki młodej główki jakiejś przeznaczony. Że zmieniał się on też niekiedy w miejsce zabawy, świadczył o tem nieład napełniający go w tej chwili, krzesła porozrzucane i dwie doniczki z rosnącemi w nich roślinami przewrócone.
Wśród tego wszystkiego znajdowały się dwie osoby: młoda kobieta, piękna, wysoka, z bogato rozwiniętą kibicią, wymównemi oczami i lasem kasztanowatych loków w około szyi i młodziuchne, najwyżej piętnastoletnie dziewczę. Wdzięki kobiety dorosłej, jakkolwiek niepospolite, bladły wobec olśniewającej piękności dziewczyny dorastającej. Była to piękność smukłej, gibkiej brzozy i zarazem iskry, która wnet wybuchnąć ma płomieniem. Blask dwóch świec palących się na stole padał wprost na twarz jej ściągłą, alabastrowo białą; ukazywał usta pąsowe jak krew, wypukłe, wilgotne; przeglądał się w wielkich, czarnych źrenicach, pływających na ciemno-błękitnych białkach; połyskiwał nakoniec w bujnych, czarnych paciorkach, dwoma rzędami otaczających szyję białą i opadających na pierś w pełnych już kształtach rysującą się wśród fałd czarnego stanika. Włosy krucze, kędzierzawe, odrzucone z czoła w sposób pełen zalotnej niedbałości, dwoma olbrzymiemi splotami spadały na plecy dziewczyny, tonąc w fałdach spódniczki krótkiej, o wiele jeszcze ziemi nie dotykającej.
W chwili gdy pani Leontyna ukazała się we drzwiach pokoju, dziewczę stało na krześle, z głową w tył odrzuconą, rękę napełnioną cukierkami podnosząc w stronę młodej kobiety, jakby ją gradem trzymanych w dłoni przysmaków orzucić chciała. Młoda kobieta zaś, zmęczona znad ucieczką czy pogonią, z rumieńcami na śniadych policzkach, rzuciła się na sofę i z twarzą wzniesioną ku sufitowi, z ustami roztwartemi swywolnym śmiechem, groziła białą ręką młodziutkiej figlarce. Nagle porwała się z sofy i stanęła wyprostowana, zmięszana nieco. Dziewczyna zeskoczyła także z krzesła, ale nie zakłopotana bynajmniej, parą poskokami znalazła się obok wchodzącej i głośny pocałunek wycisnęła na jej ręku:
- Jesteś zawsze tak żywa, Lilo! wymówiła pani Leontyna zwykłym sobie, zniżonym, przewlekłym głosem a zbliżając się ku stojącemu pośrodku pokoju stołowi, dodała.
- Jak widzę, bawicie się wesoło.
- Lila uczyła się dziś pilnie, odpowiedziała młoda kobieta o śniadej twarzy, pracowała wiele i sądziłam, że dobrze będzie, jeśli się trochę rozmową i zabawą ze mną rozerwie.
- Zapewne, zapewne, mówiła pani Leontyna, nie jestem znowu tak bardzo przeciwną wszelkiej wesołości, abym jej córce swojej wzbraniać miała, tem bardziej jeśli bawi się ona w towarzystwie pani, panno Grejs. Mój Boże młodość ma swoje prawa...... i ja także niegdyś wesołą byłam.... chociaż znowu wolałabym, aby Lila wiedziała o tem z góry, że życie nasze jest tylko jednym ciągiem smutku, cierpień i zawodów.
Przy ostatnich słowach pani Leontyny uśmiech nawpół figlarny, nawpół szyderski roztworzył usta młodziutkiej dziewczyny; wstrząsnęła głową tak energicznie, aż brzęczały rzędy czarnych, świecących paciorków i chciała coś powiedzieć, gdy nagle pani Leontyna tonem zdziwienia zapytała:
- Co to jest? zkąd to masz, Lilo?
Przedmiotem który pytanie to wywołał, były cukierki na stole rozsypane, do połowy jeszcze napełniające duże, całkiem nowe, bardzo wytworne i kosztowne pudełko.
- Zkąd te cukierki? Lilo, powtórzyła pytanie swe matka młodej dziewczyny.
Oczy nauczycielki i uczennicy skrzyżowały się szybkiem niespokojnem spojrzeniem.
- Kamil przywiózł mi je dziś z Warszawy, odpowiedziało dziewczę z pewną jakby determinacyą, krzyżując na piersi ramiona.
Pani Leontyna ściągnęła brew z niezadowoleniem.
- Nie lubię tego, rzekła sucho. Strzegę cię od wszelkich zbytków i blasków o ile mogę, bo wiem z doświadczenia, że są one rzeczą znikomą i nie pozostawiają po sobie nic, prócz żalu. Nie nosisz innych sukien jak czarne, nie znasz innego świata prócz czterech ścian naszego domu, łakoci nie miewasz nigdy.... Jednakże skoro brat chciał tym sposobem dowieść ci swej pamięci, niech już przynajmniej panna Grejs zachowa u siebie te przysmaki.... Ależ co to znowu? mój Boże!
Tym razem, nowe pytanie pani Leontyny, połączone z wykrzykiem większego jeszcze niż przedtem zdziwienia szkarłatny rumieniec wywołało na twarz pięknej nauczycielki. Ale Lila rzuciła na nią bystre spojrzenie, jakby powiedzieć chciała: bądź spokojną.
- To także Kamil przywiózł mi dziś z Warszawy, wymówiła tonem zupełnie stanowczym i spokojnym.
Nowym tym dowodem mniemanej pamięci braterskiej była złota bransoleta, ozdobiona pięknem spięciem z pereł i z czarnej emalii.
Pani Leontyna z bardzo już żywem niezadowoleniem wzruszyła ramionami.
- To szczególne, rzekła. Kamil postanowił znać skrzywić kierunek, jaki życzę sobie nadać twoim usposobieniom. Pragnę abyś wiedziała ile marnemi są błyskotki i miała je w pogardzie...
- To też, moja mamo, przerwała dziewczyna, nie myślę zachować dla siebie tej bransolety, chociaż podoba mi się ona bardzo... prosiłam pannę Grejs, aby chciała przyjąć ją odemnie.
Rumieniec na twarzy nauczycielki zwiększył się jeszcze na te słowa. Nie powiedziała jednak nic i piękne swoje, wymowne oczy ukrywała wciąż pod spuszczonemi powiekami.
- Jesteś nazbyt samowolną, Lilo, tonem lekkiego upomnienia rzekła matka, wolałabym abyś przed rozrządzeniem podobną rzeczą zapytała mię o pozwolenie. Ponieważ jednak wiem, że kochasz swą nauczycielkę i że wiele postąpiłaś przy niej tak w językach, jak w muzyce, miło mi będzie jeśli panna Grejs przyjmie od ciebie tę pamiątkę.
Nauczycielka ukłoniła się w milczeniu. Nie podniosła jednak powiek, które w dół kłoniło nieprzezwyciężone jakieś zmieszanie.
- A teraz, Lilo pójdź ze mną odmówić wieczorne pacierze. Dobranoc, panno Grejs.
Z temi słowami pani Leontyna zwróciła się ku drzwiom. Lila pozostała jeszcze przez parę sekund w pokoju, mrógnęła ku nauczycielce swej, na znak poufnego i zarazem figlarnego porozumienia, westchnęła, główką skinęła żałośnie, a potem poskoczyła i za progiem już zaczęła iść obok matki w milczeniu i powoli.
Panna Grejs przywróciła do porządku cukierki i książki, popatrzyła przez chwilę na bransoletę, rzuciła ją na stół z gestem zniechęcenia i rzekła z westchnieniem:
- Cóż z tego wszystkiego, kiedy nie kocham go? nie, nie, nie kocham! Pięknie byłoby wprawdzie zostać panią Orchowską, panią tego domu, ale taka zwyczajna kolej życia.... taki zwyczajny, pospolity człowiek...
Po kwadransie wbiegła Lila, zadyszana i śmiejąc się, błyskając czarnemi oczami, rzuciła się na szyję swej nauczycielki.
- O jakże przelękłam się! wołała przyciszonym nieco głosem, moja najdroższa panno Julio, gdy mama zobaczyła te cukierki, a szczególniej tę bransoletę. Gdyby też mama była dowiedziała się, że Kamil przywiózł to wszystko nie dla mnie ale dla....
- Cicho! cicho! z przestrachem upominała guwernantka.
- Nie pozwoliłaby abyś dłużej została zemną, ciągnęła dalej dziewczyna, tuląc twarz swą do piersi panny Julii. Odebraliby mi ciebie... rozłączyli by nas, a ja nie przeżyłabym tego!..
Uścisk i szept jej gwałtowny był, namiętny, objawiła się w nich natura nerwowa, zapalna, nawskroś nurtowana ogniami, z których lada chwila wybuchnąć mogły burze i pożogi.
Panna Grejs kilka gorących pocałunków złożyła na czole i ustach dziewczyny.
- Dziękuję ci, szepnęła, uratowałaś mię od wielkiego wstydu.
- Jabym za pannę Julię w ogień wskoczyła! odpowiedziała Lila. Ale cóż znowu - zawołała nagle z wyrazem gniewu i niecierpliwości, dlaczegóż bo ten Kamil nie oświadcza się już formalnie o rękę panny Julii!.. Czy panna Julia kocha Kamila? proszę powiedzieć! proszę, proszę! czy bardzo pani jego kocha? Czy tak jak Małgorzata kochała swego jeune homme pauvre? proszę powiedzieć.
Stała przed guwernantką swą z ramionami zarzuconemi w koło jej kibici, z twarzą podniesioną ku jej twarzy. W oczach jej gorzała niecierpliwa ciekawość, usta roztwierały się uśmiechem swywolnym trochę, lecz więcej czułym i marzącym.
Panna Julia nie miała czasu na danie odpowiedzi, bo do pokoju wbiegła służąca młoda, ładna dziewczyna, z twarzą rumianą, oczami błyszczącemi i sporem pudełkiem w ręku. Zbliżyła się do panny Grejs i zniżonym głosem szepnęła:
- Pan Kamil pyta się, czy nie będzie dziś miał odpowiedzi od pani.
Guwernantka wzruszyła niecierpliwie ramionami.
- Powiedz, że dziękuję, nic więcej...
Nie skończyła jeszcze mówić, gdy Lila pochwyciła z rąk służącej kartonowe pudełko i otworzyła je.
- Ho! ho! - zawołała, jakie ładne szpilki do włosów! I pierścionek z turkusem! Ciekawam czy naprawdę złoty? I wstążka różowa. Zkądże to wszystko masz, Brygisiu?
- Przyniosłam to właśnie dlatego, aby panienkom pokazać. Walenty przywiózł mi wszystkie te piękne rzeczy z Warszawy, z tryumfującą miną odparła garderobiana.
Lila włożyła w czarne swe włosy dwie wielkie, pozłacane zapewno strzały i przeglądała się w lusterku małem, jedynem jakie znajdowało się w pokoju.
- Ten Walenty musi cię bardzo kochać, Brygisiu, jeżeli i w Warszawie nie zapomniał o tobie. Czy prędko pobierzecie się?
- Nie wiem, panienko, może ja wcale za niego nie pójdę.
- Cóż znowu! - dlaczego? jeśli on cię tak kocha.....
- Ale ja jego niebardzo... prosty lokaj! - wzgardliwie układając pąsowe usta, rzekła dziewczyna.
- Wiem! wiem! zawołała Lila figlarnie, mrugając oczami, tobie co innego w głowie.
Pochwyciła służącą za oba ramiona, okręciła ją w kółko parę razy i z wybuchem śmiechu szepnęła jej na ucho:
- Widziałam jak brat mój Mieczysław pocałował cię raz... tam.... koło starego dębu w ogrodzie.
Garderobiana spłonęła szkarłatem, wysunęła się zgrabnie z drobnych lecz silnych rąk i wpół rozpromieniona, wpół nadąsana, pochwyciła pudełko swe z kosztownościami;
- Nie wiedzieć co doprawdy panienka wygaduje! Pójdę ot prędzej, bo Walenty czeka w garderobie na odpowiedź od panny Julii dla pana Kamila.
Ze słowami temi wybiegła żwawo i fertycznie.
Panna Grejs zamyślona, widocznie rozdrażniona trochę i zaniepokojona, rozbierała się powoli. Lila zdjęła także czarne paciorki z szyi i rozpinała stanik sukni.
- Czy poczytamy dziś trochę? ozwała się po chwili guwernantka.
- A jakże, panno Julio! zawołała Lila, koniecznie, koniecznie! Umieram z ciekawości dowiedzenia się o tem co się stanie z tą piękną Klotyldą i nieszczęśliwą Maryą. Niech panna Julia położy się cichutko, wygodnie. Ja drzwi pozamykam.
Zasunęła w istocie zasuwki u drzwi, przysunęła stoliczek ze świecą do łóżka guwernantki, umieściła przy nim najwygodniejszy ze znajdujących się w pokoju fotelów i z książką w ręku, w białem rannem ubraniu, usiadła w nim, zwinięta jak kotek; panna Grejs leżała w pościeli, z twarzą, zwrócona ku sufitowi, z cieniutkim papierosikiem w ustach.
- Czytaj, Lilo! rzekła głosem rozmarzonym nauczycielka.
Lila zaczęła czytać romans francuzki. Czytała biegle, z przejęciem się, z zapałem; policzki jej zapałały pod wpływem wrażeń, płynących z kart książki, oczy czerwieniły się od zmęczenia, ale gorzały, błyskały, migotały. W pokoju tym cichym, zamkniętym, słowo kochać powtarzało się co chwila, wymawiane ustami piętnastoletniej dziewczyny. Eros, różowy, marzący Eros wszechwładnie panował w tym przybytku zaledwo rozwijającej się z pączka, w surową czarną suknię ubranej młodej dziewczyny; kołysał zmysły jej fantazją daremnie z innej strony straszoną smutkiem życia i znikomością wszystkiego co ziemskie.
W innej części domu, w pokoju oświetlonym ostatniemi blaskami dnia, stała u okna pani Leontyna. Urządzenie pokoju zdradzało dwa usposobienia zamieszkującej go osoby: przyzwyczajenie do wytworności, zbytku i przechylanie się ku surowemu, ascetycznemu prawie obyczajowi. Zwierciadła w pokoju tym nie było żadnego, łóżko okrywała pościel szczupła i twarda; na jednej ze ścian wisiał wielki krzyż czarny, z rażącą białą figurą Chrystusa i z klęcznikiem dźwigającym kilka ciężkich ksiąg do nabożeństwa. Ale naprzeciw łoża stała nizka, miękka kanapka, z podobnemiż fotelami i stoliczkiem pełnym kolorowych kanw, jedwabiów, błyszczących nesseserów; naprzeciw żałobnego krucyfiksu dowała się szafka rzeźbiona z różanego drzewa, połyskująca z za szkieł złocistemi oprawami malutkich, leciuchnych książeczek, wielce światowej treści. Pod krucyfiksem na klęczniku bielała trupia główka, uwieńczona różańcem; obok kanapki zaś na etażerce stało pudełko wykładane perłową konchą, ze złoconym napisem u dołu: mes souvenirs.
Kobieta ta która zwykła była w pokoju tym odmawiać różańce pod krucyfiksem i czytywać romanse na miękkiej kuszetce, z twardego łoża przypatrywać się trupiej czaszce i z hebanowego pudełka wyjmować pachnące wiosną, światem pamiątki młodości - stała teraz u okna, z dłońmi splecionemi i opartemi o szybę, z czołem złożonem na dłoniach.
Widok na który spoglądały zapadłe, smutne jej oczy, bardzo był piękny. Dzień letni skończył się, ale gorące ognie i barwy jego ulatywały jeszcze gdzieniegdzie po widokręgu, pasem purpury i złota dzieląc na zachodzie niebo od ziemi, różową łuną, migocąc na dalekich łąkach i śród zielonego liścia poblizkich drzew. Dwór, na szerokiej przestrzeni rozłożony, z mnóstwem rzuconych w okół budowl i bujnie wzrastającą roślinnością, wydawał się o tej wieczornej porze przybytkiem piękna, obfitości i bogato rozwiniętego życia.
A jednak kobieta, której wszystkie te skarby i piękności oddawna były własnością, obojętnem, żałością omglonem okiem patrzyła na nie, wzdychając i szepcząc.
- Mój Boże! jak smutne, bezbarwne, puste jest życie moje! Pocóż żyłam.... pocóż żyję.... i cóż znaczę teraz na świecie?
II.
Przy świetle dnia, uwyraźniającem przedmioty, dwór orchowski wyglądał o wiele mniej pięknie i zamożnie, niż pośród niepewnych blasków i cieniów wieczora.
Była to siedziba staroszlachecka. Pierwsze podwaliny jej zakładał któś kiedyś z rozumem i dobrym smakiem. Oko artysty lub przyrodoznawcy strudzić by się mogło, rozpatrując niezliczone kształty, barwy i odcienia tych drzew, krzewów, traw, które wzrastały tu w takiem nagromadzeniu i poplątaniu, że zdala ta masa roślinności wydawać się mogła lasem. Smukłe topole, rozłożyste kasztany, dęby i lipy o pniach stuletnich, żółtem kwieciem osypane klony, modrzewie smutne i płaczące brzozy splatały się i obejmowały wzajem, otaczając staw wielki, w głębi ogrodu ukryty. Poniżej było państwo krzewów kwiecistych i jagodowych: bzów,róż, jaśminów, malin i agrestów, a niżej jeszcze ziemia żyzna wzdymała się lasem traw gęstych i bujnych. Dokoła tej spójnej masy roślinnej leżały pola jak okiem sięgnąć, żółtawej teraz od pozostałej po ściętem zbożu ścierni, szlakami miedz i pasami łąk porznięte. Na skraju widokręgu szarzał niewyraźny zarys o parę wiorst odległego miasteczka i siniały wzgórza jodłą porosłe, z dwóch stron wieńczące wązkie, głębokie koryto Niemna. Bliżej, pomiędzy dwiema wioskami, w małych dolinkach rozrzuconemi, wiła się, szumiała rzeczka, wązka, lecz bystra i głęboka, a przy jednym z jej zakrętów wnosiły się resztki istniejącego tam niegdyś młyna.
Wszystko zresztą co zaliczało się nie do dzieł przyrody, ale ludzi, było tu niegdyś; dziś nie istniało wcale, albo co najwięcej istniało w stanie upadku przemienienia się w gruzy. - Dom mieszkalny, głąb dziedzińca zajmujący, w wieniec gęstej zieloności ujęty, zdala już ukazywał liczne rany i szramy, okrywające poważne jego oblicze. Poważną też w istocie była ta budowa, stawiana znać z myślą nie o popisie i lada jakiem błyszczeniu, lecz o wygodzie i prawdziwym dostatku. Był to wzór wiejskich litewskich domów. Na wysokiem podmurowaniu, z mocniejszego nad mur drzewa wzniesiony, z wysokim gontowym dachem, licznemi oknami i długiemi gankami, o kilka wschodów nad poziom podniesionemi a szeregiem grubych słupów podtrzymywanemi, z dwiema salkami o weneckich oknach i napowietrznych balkonikach u szczytu - powierzchownością swą zdradzał wnętrze obszerne, jasne, najwybredniejsze żądania i życia rodzinnego i szerokiej gościnności zadowolić mogące.
Teraz jednak piękny niegdyś dom ten wyglądał jak skielet odarty z ciała, lub żebrak, z którego opadają szmaty dostatnich niegdyś sukien. Z podmurowania wypadłe kamienie i cegły uściełały ziemię białemi płatami i okruchami wapna. W nadpróchniałych ramach okien tkwiły szyby przepalone od słońca, mętne od pyłu, popękane w wielu miejscach, w innych nieobecne już wcale i szmatą żółtej bibuły lub zadrukowanej gazety zastąpione.
Stan gospodarskich budowl odpowiadał w zupełności temu, w jakim znajdował się dom mieszkalny. Połowa wielkiej niegdyś, w czworokąt budowanej stodoły, od dość już dawnych znać czasów obalona wichrem, rozpościerała na ziemi szczątki swe w postaci zgniłej słomy, zgniłego drzewa i w proch skruszonych cegieł; druga połowa pochylona, kilkunastu drągami słabo podparta, oczekiwała widocznie pierwszej lepszej sposobności ułożenia się także do wiecznego spoczynku.
Z innej strony dziedzińca sterczały dwa rzędy słupów z kamienia murowanych, więc trwałych, lecz teraz już żadnego pożytku nie przynoszących, bo drewniane ściany, którym dawniej służyły za spojenie i podparcie, spalone pożarem, zniknęły przed laty, a na ich miejsce nikt już nic nie zbudował.
Wśród ogólnej ruiny, napełniającej miejsce to niewymownym smutkiem i bezładem, był jednak kącik jeden, odznaczający się nietylko porządkiem, ale nawet niejaką pięknością i wykwintem. O kilkadziesiąt kroków od mieszkalnego domu znajdowała się oficyna, mogąca zawierać w sobie pięć lub sześć pokoi. Połowa budynku tego, nietyle zgrzybiała od starości, ile od zaniedbania w jakiem ją pozostawiono, zgadzała się odartą i smutną swą postacią z otaczającem ją tłem ogólnem; druga zato połowa, podtrzymywana starannie, przyozdobiona, wycackana niemal, świeciła białemi jak śnieg ścianami, nowym dachem, wielkiemi i przezroczystemi jak zwierciadła szybami okien. Pod oknami temi krzewy wzrastały i kwitły nie dziko, jak gdzieindziej, lecz owszem w nazbyt może prawidłowej symetryi kształtów i barw. Dwa wielkie kasztanowe drzewa, ocieniające mały ganek, miały gałęzie obcięte, w górę podniesione, zaokrąglone w sposób sztuczny i dla oka lubiącego w naturze swobodę dość nieprzyjemny. Za oknami zwieszały się prawidłowo też zaokrąglone festony białych sztorów i pąsowych firanek.
Niewiele przed południem otworzyło się na oścież jedno z wielkich błyszczących okien oficyny, na które rozłożysty kasztan gęsty cień rzucał. W oknie stanął mężczyzna bardzo starannie, wytwornie nawet ubrany. Wiek człowieka tego nie wypisał mu na powierzchowności wyraźnej cyfry. Sądząc z wyprostowanej i krzepkiej jego postaci, z czerstwości jego policzków i blasku oka, nie mógł on mieć więcej niż lat trzydzieści; ale lekkie wyłysienie nad czołem i nie tyle otyłość, jak raczej pulchność i miękka okrągłość wszystkich form ciała czyniły go znacznie starszym. Twarz jego, dość regularnie zarysowaną i ze wszelkiego zarostu starannie ogołoconą okrywała cera czerstwa i zdrowa, lecz bez białości ni rumieńca, śniadawa i zimna; zimnym też był, lubo silnym, połysk oczu jego małych i głęboko schowanych pod brwią jasno-płową; usta pąsowe, wydęte, zdradzały temperament zmysłowy i pyszne wzgardliwe usposobienie umysłu. Fizyognomii tej zresztą nie brakowało wyrazu myśli i pojętności. Szerokie czoło objawiało zdolności umysłowe niemałe; w szarych, ruchliwych oczach malowała się bystrość pojęcia i spostrzegania; duch sarkazmu i sofizmatu zdawał się zamieszkiwać w uśmiechu ust wzgardliwych.
Obie ręce białe, pulchne, ze świecącemi i ostro zakończonemi paznogciami, oparł o krawędź otwartego okna i przechylony nazewnątrz, spojrzał ku gankowi domu. W tejże chwili, jakby za daniem umówionego znaku wbiegła na ganek ten młodziutka dziewczyna w czarnej sukni, z hebanowemi włosami, żarzącemi się oczami i dwoma rzędami brzękających czarnych paciorków wokoło białej szyi. Szybka jak strzała, zbiegła ze wschodów ganku, które zakołysały się pod lekkiemi jej stopami, i przebywszy małą przestrzeń dzielącą dom od oficyny, znalazła się przed oknem w którym stał mężczyzna. Rosnące tu krzaki bzu i jaśminu otworzyły się przed smukłą jej postacią i wnet zamknęły za nią liściaste swe ramiona, tak iż dla każdego ktoby patrzył za nią z okien domu, była zupełnie niewidzialną.
- Dzień dobry, Kamilku, półgłosem i z niejaką niespokojnością oglądając się w około, szepnęło dziewczę.
Wyraz twarzy jej oznaczał niezmiernie zajęcie, pośpiech; głos i ruchy były tajemnicze.
- Odnoszę ci książkę, mówiła dalej. Panna Julia już ją przeczytała i prosi cię o inną.
Mówiąc to, wyjęła niewielki tomik w fałdach szerokiego rękawa starannie dotąd ukryty, i podała go bratu.
- Słuchaj, Kamilku, szczebiotała z cicha i pośpiesznie, daj tylko co pięknego.... zajmującego... czułego!.. Doprawdy, żeby nie te książki, które ty nam dajesz, albo które ja z mamy pokoju kiedy niekiedy pochwycę, my obie z panną Julią umarłybyśmy chyba z nudów. Jak tu u ciebie ładnie! ciągnęła dalej, wspinając się na palce i zaglądając do wnętrza pokoju. Lubię takie obicie na meblach w wielkie bukiety... wesoło robi się, patrząc na nie... U nas wszystko ciemne, szare, czarne...
Przerwała sobie nagle i niespodziewanym, gwałtownym ruchem obie ręce zatopiła w czarnych swych kędziorach.
- Ach! zawołała z wybuchem, świat! świat! Twoje mieszkanie, Kamilku, światem pachnie!
Oparła czoło na dłoniach i ciekawemi oczami wodziła po obrazach i kobiercach, napełniających mieszkanie brata. On tymczasem, nie zważając na szczebiot i wykrzyki, usunął się nieco na stronę, rozwinął ćwiartkę papieru znajdującą się w przyniesionej przez siostrę książce, szybko przebiegł oczami nakreślone na niej słowa i z uśmiechem na ustach przeszedł do innego pokoju.
Lila, przyjrzawszy się do woli przedmiotom obudzającym zachwyt jej i ciekawość, poczęła widocznie niecierpliwić się już i nudzić, gdy we drzwiach pokoju ukazał się Kamil z książką w ręku. Lila wyciągnęła obie dłonie nie ku bratu, ale ku książce.
- Złoty, drogi, kochany! zawołała, wiedziałam dobrze, że dasz nam znowu co ładnego. Słuchaj - dodała ciszej i z figlarnem spojrzeniem, a jest tu co w tej książce dla panny Julii?
- Wracaj czemprędzej do domu, odparł brat, patrząc na drogę wijącą się za bramą, Mieczysław jedzie. Mama wyjść może na jego spotkanie i zobaczyć cię w ganku z tą książką.
Dziewczę zaśmiało się zcicha.
- Jakiś ty zabawny, Kamilku! alboż mama wychodzi kiedykolwiek na spotkanie twoje lub Mieczysia, gdy przyjeżdżacie do domu? Nie wiem nawet czy mama była choć raz w twojem mieszkaniu, odkąd wróciłeś z Dorpatu i tak ładnie się urządziłeś. Najpewniej nie była, bo gdyby była, nie pozwoliłaby ci mieć takich jasnych, wesołych obić na ścianach i meblach.
Kamil palił wonne cygaro i spoglądał na szczebioczącą siostrę ze zwykłym sobie wyrazem twarzy, trochę obojętnym, trochę zadowolonym, trochę wzgardliwym.
- Mama może pozwalać lub wzbraniać różnych rzeczy tobie, ale nie mnie, rzekł niedbale.
- A to dlaczego?
- Dlatego, że jestem dorosłym mężczyzną.
Lila zamyśliła się.
- A jednak, rzekła, jestem pewna, że gdyby mama przychodziła czasem do twego mieszkania, wyglądałyby ono jakoś inaczej.
Dziewczę to mówiło prawdę, nie rozumiejąc bynajmmniej całej jej doniosłości. W nazbyt kawalerskiej swobodzie, panującej w urządzeniu mieszkania najstarszego syna domu, znać było moralną nieobecność matki rodziny. Nieobecność ta wpływów macierzyńskich objawiła się może i w zimnym blasku oczów Kamila, i w suchej pogardliwości jego uśmiechu.
Tentent cwałującego konia dał się słyszeć tuż za bramą. Lila białe paluszki przytknęła do ust, rzuciła niemi pocałunek bratu i wązką ścieżyną, ukrytą wśród dzikich krzewów i traw wysokich, okrążyła dom, aby wejść doń bocznemi drzwiami.
Na dziedziniec wjeżdżał jeździec na dzielnym siedzący koniu. Zatrzymał się przed domem, zeskoczył z konia i rzucił lejce kredensowemu wyrostkowi, który w podartej surducinie, z twarzą bladą i chudą, wyszedł przed ganek nadąsany i niechętny. W sieni obszernej, wielkiemi oknami oświetlonej, lecz zupełnie prawie pustej, spotkał przybyłego stary Tomasz.
- Pan pytał się o panicza wczoraj.. panicz tak dawno nie był już u nas.
- Jakże się ma mój ojciec? z pośpiechem zawołał młody człowiek, szybko postępując w głąb domu.
Jak zwykle, jak zwykle. Wczoraj było gorzej, dziś trochę lepiej. Czyta jakąś nową książkę, którą pan Kamil przywiózł z Warszawy.
Mieczysław Orchowski nie był wcale podobnym do brata. Wysoki, szczupły, chociaż silnie zbudowany, włosy miał gęste i ciemne, cerę twarzy ogorzałą, czoło białe, wysokie, oczy ciemno-siwe, z otwartem i wesołem spojrzeniem, ciemny gęsty wąsik, ocieniający łagodne usta. Głos jego brzmiał dźwięcznie i wesoło. Ubiór trochę zaniedbany, niby myśliwski, uwydatniał dobrze jego męzkość i raźność postaci; chód i ruchy objawiały żywość charakteru, młodzieńczość usposobień, rozwijającą się zbyt swobodnie może, ale otwarcie, szczerze, bez przysłon obłudy.
Promienie słońca wsuwając się przez okna, na wpół już tylko zasłonięte grubemi sztorami, rozweselały trochę poważną, smutną komnatę, w której upływało niemniej smutne życie chorego pana domu. Postać za to i twarz tego ostatniego wyglądała przy tych blaskach żywych i świetnych bardziej jeszcze niż przy bladawem świetle lampy wyniszczoną, zesłabłą. A jednak zwiędłe usta pana Kajetana drgnęły uśmiechem i w zapadłych oczach jego zapłonęła iskra radości, gdy drzwi, szczelnie zawsze zamknięte, otworzyły się i wszedł przez nie Mieczysław. Jednocześnie na twarz młodzieńca spadł cień zasmucenia. Szybkim krokiem przebył pokój i tkliwy, serdeczny pocałunek złożył na wychudłej ręce ojca.
- Długo, długo nie byłem u ciebie ojcze, rzekł, prostując wysoką, gibką swą postać; biję się w piersi z żalem i skruchą. Trzy dni nie widzieć cię, siedząc o małą milę od Orchowa - to wstyd i żal doprawdy! Wyłaj mię ojcze! jestem grzesznik wielki. Hulałem całe te trzy dni na zabój. Ręczyc wyprawiał kawalerską zabawę, tak jak on to umie, z końmi, winem i polowaniem. Lataliśmy po polach i lasach jak szaleni i... piliśmy trochę zawiele. Wczoraj wróciłem do Rydlówki i wieczorem mógłbym tu być; ale musiałem dziś z rana gospodarstwo swoje obejrzeć. Trzy dni nieobecności, to nie żarty! Szczęście że wyjeżdżając zaleciłem najsrożej, aby próby bezemnie nie młócono.
Wypowiedział to wszystko jednym tchem, ze swobodą, przyćmioną tylko na chwilę lekkim rumieńcem zawstydzenia, który zabarwił ogorzałe policzki jego i białe czoło, w chwili gdy mówił o hulance.
Pan Kajetan patrzył na syna z widoczną przyjemnością; zdawać się mogło, że oczy jego, zmęczone i smutne obejmując długiem spojrzeniem twarz tę młodzieńczą, używały z rozkoszą chwili spoczynku, że rozlane na twarzy tej życie bujne i młode, przechodziło w źrenice jego, rozświecając zadumane, posępne ich głębie.
- Ja cię tam za zabawę łajać nie będę, ozwał się ojciec, podczas gdy syn układał sztory przy oknach tak, aby przez nie więcej słońca do pokoju wejść mogło; wolałbym tylko abyś bawił się gdzieindziej, nie w domu Ręczyców.
Mieczysław zwrócił się ku ojcu.
- Czy nie obawiasz się czasem, kochany ojcze, aby serce moje nie uwięzło przy której z panien Ręczycówien?.... O, bądź zupełnie o to spokojnym! Takie dwudziestokilkoletnie gołąbki niewinności, nie mogą mi się podobać. Konio dobry chłopiec, ale pustak i ograniczony... człowiekiem nie będzie, choćby sto lat żył.. Ciocia zaś dobrodziejka a raczej babunia, która każe nam dla skrócenia tytułować się ciocią no... znasz ją ojcze.
- Znam panią Malwinę, odpowiedział zwolna pan Kajetan, na którym rozmowa o rodzinie Ręczyców przykre zdawała się sprawiać wrażenie. Czy panny Ręczycówny ładne są? nie widziałem ich odkąd dorosły.
- Dorosły? ze śmiechem powtórzył Mieczysław. Coby też to ciocia powiedziała, gdyby słyszała, że ktokolwiek córki jej nazywa dorosłemi! Róża, mój ojcze, starsza, ma lat siedemnaście, odkąd ja ze szkół wróciłem, to jest od lat mniej więcej dziewięciu, a młodsza od niej o rok Flora chodzi jeszcze w krótkiej sukni i kończy edukacyą. Mają tam te panie jakąś guwernantkę, biedne stworzenie młodsze od nich obydwóch z pewnością. Poniewierają nią też, aż smutno patrzyć...
Przestał nagle mówić i spoglądał przez chwilę w ziemię z zamyśleniem.
- Biedne stworzenie! mówił dalej, ale poważnie już i nawet trochę smutnie. Byłem wczoraj świadkiem przykrej sceny, gdy ciocia głośno wyrzucała guwernantce swej aż nadto dorosłej córki, że nie posiada dobrej maniery, a Konio żartował z niej w sposób ubliżający. Ująłem się zcicha za nią przed ciocią Malwiną... a ciocia bardzo uprzejma jest dla mnie i dla Kamila, bo może widzi w nas nie tylko dalekich swych kuzynów, ale i przyszłych zięciów. Konia zaś zawstydziłem tak kilku słowy, że umilkł, jak zmyty. Biedne to stworzenie z taką wdzięcznością na mnie spojrzało!....
Zamyślił się znowu, ale tym razem oczy jego, rozpromienione miłą jakąś myślą, utkwiły w oknie, za którem rozłożysta lipa wstrząsała lekko liśćmi ozłoconemi słońcem.
- Mój ojcze! rzekł nagle, czy nie duszno ci w tym pokoju? zdaje mi się, że powietrze tu ciężkie i nie dobrze odświeżone. Dziś tak ciepło na świecie, wonno, takie łagodne, orzeźwiające powiewy ulatywały nad polami gdym tu jechał.. Sprobuję otworzyć jedno okno... W sierpniu i u nas bywa jak w Nizzy lub Neapolu... odetchniesz, ojcze, swobodniej.
Mówiąc ostatnie słowa, otworzył jedno z okien ostrożnie i zwolna, jakby obawiał się zbyt nagłą zmianę sprawić w temperaturze pokoju. Fala powietrza ogrzanego słońcem, zaprawionego woniami pól poblizkich, rozpłynęła się po dusznem wnętrzu komnaty; złocista płachta słonecznych blasków padła na przeciwległą ścianę, roziskrzyła szyby szaf oszklonych, powróciła dawną światłość barwom starego obrazu, zaigrała na posadzce mnóstwem ruchomych kółek i szlaków, a parę strzał ognistych rzuciła aż na stół obciążony książkami i w okopconą głąb komina.
Pan Kajetan odetchnął głęboko i z widoczną ulgą. Mieczysław wyciągnął rękę i zerwał jednę z gałęzi lipy, które gęstym, chłodnym jeszcze od porannej rosy liściem obrosłe, cisnęły się do otwartego okna.
- Piękne, kochane drzewa! wymówił z zamyśleniem w oku i uśmiechem na ustach. Rosłem, patrząc na nie. Ileż razy gałęzie ich służyły mi za gimnastyczny przyrząd, a szczyty za loże, z których ogarniałem wzrokiem okolicę naszą w całej jej rozciągłości! Czy wiesz, mój ojcze, że ze szczytu tej oto topoli widać miasteczko jak na dłoni i skręt Niemna w dolinie?...
Minął wzrokiem rzędy słupów obdartych, czerwonawych, po spalonej pożarem budowie pozostałych i powolne spojrzenie wodził po polach dwór otaczających, po skraju widokręgu, siniejącym dalekiemi wzgórzami i lasami.
Pan Kajetan patrzył na syna długo i w milczeniu. Zorane czoło jego wygładzało się, na twarz zchorzałą wstępował wyraz ukojenia, pierś oddychała ciszej, swobodniej.
- Prawda, rzekł po chwili, że dzień dziś piękny i pogodny... po raz pierwszy od dni wielu lżej mi na głowie i piersi.
Na głos ojca Mieczysław odwrócił wzrok od rodzinnego krajobrazu. Zamyślenie jego zniknęło.
- A widzisz, ojcze, zawołał, jaki ze mnie dobry lekarz! Wiem przecie że atmosfera ściśnięta, duszna szkodzić musi, w lecie szczególniej, i zdrowym i chorym. Dlaczego w taką piękną porę okien tych nie otwierają częściej?
- Cóż chcesz? z uśmiechem odparł chory, ja, gdy jestem sam, czytam lub myślę, a gdy zaczytam się i zamyślę, o wszystkiem zapominam... Stary mój Tomasz nie zna się na takich rzeczach i gdyby mógł, przez obawę i troskliwość zamknąłby mię w pudełku napełnionem watą.
Mieczysław uczynił niecierpliwe poruszenie.
- Ale, zawołał, czyż oprócz Tomasza nie ma tu nikogo coby...
Umilkł nagle, spuścił oczy i przygryzł zlekka dolną wargę, jakby tym sposobem usiłował powstrzymać wyrazy jakieś, cisnące się mu na usta. Brwi jego ściągnęły się, na czole powstały dwie zmarszczki i poraz pierwszy odkąd tu wszedł na twarzy jego otwartej, łagodnej, wesołej zjawił się wyraz gniewnej goryczy, tajemnej lecz głębokiej niechęci.
Krótko to jednak trwało. Fakt który wprawił go w smutne i gniewne uniesienie musiał mu być zbyt znanym, aby potrzebował długo zastanawiać się nad nim; pojął może zresztą, że nie po to tu przybył, aby kłaść nacisk na fałszywe tony dom ten napełniające i raniące chorą pierś jego ojca. Zbliżył się do stołu i ze swobodą naprawdę odzyskaną, lub może udaną, mówić zaczął:
- Wistocie, ojcze, zazdroszczę prawie Kamilowi, że mieszka stale w Orchowie. Sam wprawdzie po powrocie swoim z Marymontu pragnąłem osiąść i gospodarować w Rydlówce, ale i cóż miałem robić? Orchów jest wydzierżawionym, a nie mogłem przecież siedzieć tak bez żadnego zajęcia. W Rydlówce robię różne agronomiczne doświadczenia. Śmieją się ze mnie sąsiedzi, ale mnie dotąd jedno zaledwie na dziesięć zawiodło. Ot i dziś młucili przy mnie próby żyta i pszenicy. Powiedz sam, ojcze, czy było kiedy przedtem takie ziarno w Rydlówce?
Mówiąc to, wydobył z kieszeni czamarki kilka starannie owiniętych w papier prób rozmaitego zboża.
- Przywiozłem to umyślnie, aby ojcu pokazać.. Patrz! to żyto, które zasiałem po grochach, a to pszenica z przeszłorocznego ugnoju.. jaka bujna, czysta jak łza!.. Łąki kilkadziesiąt morgów oczyściłem, ale cóż kiedy grunt mokry znowu zarasta łozą i wierzbiną... trzebaby koniecznie irygować...
Przerwał sobie nagle i jakby uderzony nową myślą, zawołał:
- Czy wiesz, ojcze, że ten Eli Makower wcale nieźle gospodaruje w Orchowie. Ktoby się to spodziewał, że Żyd może być dobrym rolnikiem? Dziś właśnie, jadąc tu, widziałem jak orze pod ugór... wybornie... Na przyszłą wiosnę nadejdzie ostatni termin kontraktu Makowera. Czy oddasz mu, ojcze Orchów nadal w dzierżawę? czy może Kamil zechce sam gospodarować?
- Na przyszłą wiosnę, odparł spokojnie pan Kajetan, rozporządzicie się już sami Orchowem i wszystkiem; mnie już tu nie będzie.
Mieczysław pochwycił rękę chorego.
- Nie mów tak, drogi ojcze, rzekł z powstrzymywanem wzruszeniem; nie jest ci wcale gorzej, niż było zeszłego lata i od lat kilku... Co do mnie, oczekuję z upragnieniem długich zimowych wieczorów, które przepędzać będę znowu, jak przeszłej zimy, z tobą ojcze i z twojemi książkami.
Pan Kajetan dłoń rozpaloną położył na ręku syna i głosem chrypką tłumionym, powolnym mówić zaczął.
- Jakiemikolwiek byłyby uczucia serca twego, Mieczysławie, o chwili w której dla mnie skończy się wszystko na tej ziemi powinieneś myśleć spokojnie... będzie ona dla mnie niczem innem, jak uwolnieniem od różnorodnych cierpień, wspomnień i wyrzutów. Ludzi w moim wieku choroba piersiowa nie zabija prędko... to też od długich lat trzyma mię ona przykutym do tego miejsca niemocą i bólem... Teraz jednak zbliża się kres ostatni, czuję to, wiem... ale nim nadejdzie, muszę mieć z tobą kiedy długą rozmowę. Jesteś bardzo podobny do mnie... zupełnie prawie taki, jakim ja byłem w młodości. Trzeba abyś spojrzał w przeszłość moją, w głębie mojego sumienia, w wieczne rany mej pamięci.
I znowu chrapliwy oddech zatrząsł jego piersią; suchy ciężki kaszel przerwał mu mowę, a cicha rezygnacya, napełniająca wygasłe jego oczy, zniknęła przed gorączkowym blaskiem rozbudzonej goryczy.
- O! zawołał, drżącą dłoń przyciskając do czoła zmarszczonego, gdyby można było odrodzić się i żyć poraz drugi pragnąłbym żyć... odzyskać... naprawić....
Znużona głowa jego opadła na poręcz fotelu, nabrzękłe powieki okryły źrenice, w których wielka łza paliła się w ogniu tajemnej jakiejś, niewygasłej nigdy żałości.
Mieczysław patrzył na ojca z głębokiem spółczuciem i przywiązaniem. Po chwili wziął jedną z książek leżących na stole i jakby wiedział czem najlepiej uspokoić może wzburzone uczucia chorego, otworzył ją na załamanej karcie.
- A! rzekł zcicha, Szyller... Wallenstein... Czytałem ci to, ojcze, głośno zeszłej zimy... ale radbym i teraz parę ustępów przeczytać.... czy pozwolisz?
Pan Kajetan podniósł powieki; spojrzenie jego ukojone, pełne miłości i wdzięczności, spoczęło na twarzy syna.
- Czytaj! rzekł, nie podnosząc głowy. Wielkie myśli geniuszów budzą zawsze dobre uczucia.
Mieczysław pochylił się nad rozwartą książką i przerzucał zwolna jej karty, szukając zapewne tej, o której wiedział że najprędzej ukoi cierpienia fizyczne i gorzkie myśli ojca. Młody ten, żywy i wesoły zwyczajnie chłopak, stał się w tej chwili mężczyzną z poważnem zamyśleniem na szlachetnem czole i w jasnem oku.
Nagle ojciec i syn podnieśli głowy i wytężyli słuch w stronę drzwi zamkniętych, pokój pana Kajetana od szeregu dalszych pokojów rozdzielających. W głębi domu podniosła się wrzawa, śród której rozpoznać można było trzy głosy kobiece. Jeden z głosów tych przemawiał poważnie i monotonnie, ale dobitnie, z oburzeniem widocznem; drugi głos, młodszy od pierwszego, zawodził żale jakieś i wyrzekania, prośby złączone z wyrzutami; trzeci głos najmłodszy, najdźwięczniejszy, krzyczał poprostu z całej mocy piersi silnej, upartej, gwałtownej. W trzecim tym głosie czuć było potoki łez, wulkany gniewów, uporczywe opieranie się czemuś, namiętne błaganie.
Mieczysław porwał się z krzesła.
- Co się tam stało? zawołał. Mama upomina kogoś a Lili krzyczy jak opętana.
Ze słowami temi na ustach, udał się śpiesznie w głąb domu, lecz w trzecim zaledwie czy czwartym pokoju wzrok jego uderzony został widokiem dość szczególnym.
W saloniku przytykającym do pokojów Lili i jej guwernantki stała plecami o ścianę oparta panna Julia Grejs. Na twarzy jej bladość przestrachu i gniewu mieniła się z gorącym rumieńcem wstydu i upokorzenia; włosy w nieładzie opadały na ranny biały ubiór. Wyrazy płynęły potokiem z ust jej trzęsących się i pobladłych; jedną ręką przytrzymywała na piersi fałdy przezroczystego kaftanika, drugą odsuwała zlekka od siebie Lilę. Młodziutka dziewczyna jedną tylko ręką czepiała się rąk i sukni swej nauczycielki, drugą bowiem trzymała silnie uwięzioną w swej dłoni pani Leontyna. Poważna, wysoka pani w czarnych szatach, z głową dumnie wzniesioną, ze wzgardą w oku i na ustach, ująwszy rękę córki, próbowała pociągnąć ją za sobą, ale z dziewczyną silną i do najwyższego stopnia podniesioną gniewem niełatwo było poradzić. Zgięta ku ziemi, Lila z całej mocy opierała się matce, wzrok pełen miłości podnosząc na twarz swej nauczycielki.
- Nie pójdę! nie pójdę! krzyczała, nie porzucę jej! pojadę z nią! Jeśli ją wypędzają, niech i mnie wypędzą także! Jam winna wszystkiemu! Mamo, zlituj się! przebacz jej! niech zostanie! nie wytrzymam! umrę! zabiję się!
- Pani! wołała panna Julia, pozwól mi pozostać choć trzy dni jeszcze! niech ludzie nie widzą wstydu mego! nie zamykaj przedemną drzwi uczciwych domów! nie odbieraj wszelkiej nadziei przyszłości.
Kończąc ostatnie wyrazy, spostrzegła wchodzącego Mieczysława, podniosła ręce do twarzy oblanej szkarłatem i łzami, odwróciła się szybko i zniknęła za zamkniętemi drzwiami. Lila wydała okrzyk rozpaczy, ale scena ta trwała już dość długo, aby wyczerpać jej siły. Zesłabła, łkająca, tchu i głosu pozbawiona, poddała się pociągającej ją ręce matki.
Pani Leontyna wyprostowana i wyniosła, z okiem niezwykle błyszczącem i zaciśniętemi usty, zaledwie widzialnymi znakami rumieńców gniewu i wzruszenia na twarzy, ciągnęła przez czas jakiś córkę za sobą, niby przedmiot pozbawiony życia i ruchu, aż wreszcie weszła z nią do swej sypialni i starannie za sobą drzwi zamknęła.
Mieczysław z osłupieniem spoglądał dokoła, nie dorozumiewając się bynajmniej powodów burzliwej sceny, której był świadkiem. Zaciekawiła go ona jednak przez wzgląd czy na zrozpaczoną siostrę, czy też na piękną w zmieszaniu swem i zaniedbanem ubraniu guwernantkę. Postanowił widać doczekać się jakiegokolwiek wytłumaczenia, bo usiadł w saloniku, oglądając się za czemś, czemby mógł zapełnić chwile oczekiwania. Ale pokój ten, którego sprzęty wytworne niegdyś, spłowiałe były i szare od pyłu, nie zawierał nic, coby życie objawiać lub do życia pobudzać mogło: ani książki, ani albumu żadnego na stołach, pokrytych siatkami z białej bawełny.
Młody człowiek nie znosił znać bezczynnego siedzenia na jednem miejscu, bo po kilku minutach poruszył się niecierpliwie, jakby miał wstać i odejść, gdy w perspektywie dwóch przyległych pokojów umieszczone drzwi otworzyły się i pani Leontyna zwykłym swym powolnym, cichym krokiem weszła do saloniku. Wyglądała w tej chwili jak wcielona melancholia, jak ofiara okrucieństw losu i ludzkich nieprawości. Wejrzenie jej brzemienne było smutkiem, brew ściągnięta, i głowa pochylona, gdy zbliżywszy się do syna podała mu ćwiartkę welinowego papieru, zapełnioną męzkim pismem, wprawnem, lecz krętem i niewyraźnem.
- Oto co znalazłam dziś w ręku Lili.... Siostra twoja, Mieczysławie, czytała te słowa, które brat jej przesłał przez nią jej guwernantce... Oczy córki mojej zetknęły się z widokiem zepsucia toczącego serca ludzkie!
Wyrzekłszy to takim głosem, jakby o wydarzoną katastrofę obwiniała wszystkich i wszystko na świecie, prócz siebie, skrzyżowała ramiona na piersi i stała w nieruchomej postawie.
Mieczysław przebiegł okiem wyrazy nakreślone na ćwiartce papieru ręką brata. Był to w całem znaczeniu tego wyrazu tak zwany przez Francuzów billet doux. Napisany po francuzku, zabarwiony zlekka bladą czułością i różową galanteryą, nie zawierał w sobie ani jednego słowa któreby oznajmiało że prawdziwe, żywe uczucie powodowało ręką, która kreśliła w nim kuszące oświadczenia i prośby. Znajdowała się tam bardzo zręcznie i elegancko wyrażona prośba o widzenie się sam na sam "w ogrodowej altanie" a parę wyrażeń takich, jak: la belle cruelle, la fi?re enchanteresse, dowodziło, że w stosunku jaki zachodził pomiędzy dwojgiem tych młodych ludzi było dotąd pociąganie tylko i kuszenie z jednej strony, opór zaś szczery, lub też z wyrachowania płynący z drugiej.
Po ustach Mieczysława przewinął się zrazu uśmiech taki, z jakim mężczyźni młodzi i nie zupełnie jeszcze na seryo biorący życie spoglądają zwykle na sprawy podobne, wtedy zwłaszcza, gdy udział w nich przyjmuje kobieta powabna a szacunku ich w zupełności nie posiadająca. Przy końcu jednak czytania przyszła mu znać do głowy myśl niepokojąca, niemiła. Położył kartkę na stole i wahając się jeszcze pomiędzy żartem a niezadowoleniem, rzekł po chwili:
- Po prawdzie, nie bardzo ja się dziwię, Kamilowi... ta panna Julia.... Ale mniejsza o to.... źle zawsze, bardzo źle zrobił, wtajemniczając Lilę w rzecz podobną.... Czy wie mama, że ja od jakiegoś czasu uważniej zacząłem patrzyć na Lilę i doprawdy obawiam się bardzo, aby nie wyrosła na taką płochą, rozromansowaną dzierlatkę, jakich....
- Mieczysławie, przerwała mu pani Leontyna, pamiętaj o tem, że rozmawiasz z matką, i staranniej wybieraj swe wyrażenia! Nie mam w sobie bynajmniej dumy, ani zarozumiałości; świat i lata nauczyły mię pokory. Sądzę jednak iż zdolną jestem wychować córkę swoją religijnie i moralnie. Samo już to klasztorne życie, jakie tu wiodę, musi być dla Lili przykładem i nauką. Czarne wełniane suknie okrywają nas obie. Ani ja, ani Lila nie położyłyśmy się do snu ani razu, bez ukorzenia się przed Bogiem, bez wielokrotnego powtarzania w modlitwach i rozmyślaniach imienia wiary, cnoty, cierpliwości...
Mieczysław słuchał ze spuszczonemi oczami. Na twarz jego spadł wyraz przykrego przymusu.
- A jednak, rzekł, spostrzegłem w Lili wady bardzo niebezpieczne. Jest ona nazbyt gwałtowną, niecierpliwą, niezastanawiającą się nad niczem i przerażająco, jak na swój wiek, ciekawą rzeczy... rzeczy... które głowę zawrócić jej mogą.
- A więc, sucho i wyniośle powiedziała pani Leontyna, jeżeli tak dobrze umiesz spostrzegać przywary swej siostry, bądź-że łaskaw powiedzieć mi w czem i jakie widzisz na nie lekarstwo?
Tym razem twarz Mieczysława także drgnęła lekkim zniecierpliwieniem.
- Nie wiem, rzekł, odpowiadając na ironiczne pytanie pani Leontyny, nie zastanawiałem się dotąd nigdy nad sposobami moralnego kształcenia młodych dziewcząt. Zdaje mi się tylko...
Zawahał się nieco z dokończeniem swej myśli, po chwili jednak mówił dalej:
- Zdaje mi się, że jeden z tych sposobów znajduje się tuż obok. Czy nie sądzisz, mamo, że Lila powinnaby częściej przebywać z chorym ojcem; że przysługi oddawane mu przez nią zapełniłyby dobrze czas, zbywający jej od nauk i przyzwyczaiły ją do cierpliwości; że samo wreszcie towarzystwo ojca, rozmowy z nim mogłyby zwrócić jej uwagę na wiele rzeczy całkiem nieznanych jej dotąd, a widok cierpień jego złagodziłby może zbyteczną jej żywość i skłonność do romansowych wrażeń?
Zapalał się, mówiąc. Znać myśl jego natrafiła na żywo dźwięczącą strunę jego serca. Ale twarz matki jego surową była i pełną obrazy. Tu także, w piersi, w sumieniu może tej kobiety, istniała struna tajemna a drażliwa; słowa syna szarpały nią dotkliwie.
- Jeżeli sądzisz że nie pojmuję jakie są obowiązki córki dla ojca, to mylisz się bardzo. Niema prawie dnia abym o nich Lili nie mówiła. Ale wszak powinnam oddawna wiedzieć, że nie istnieję dla ciebie, że patrząc na mnie, rozmawiając ze mną, myślisz tylko o ojcu....
Tym razem w głosie pani Leontyny drgnął wyrzut bolesny, żal zamglił czarne jej oko, które mniej suchem niż zwykle spojrzeniem ogarnęło piękną twarz syna. Czoło Mieczysława zaszło chmurą.
- Nie chciałem obrazić cię, mamo, rzekł ze smutkiem w głosie. Zagadnęłaś mię sama o rzecz obcą dla mnie poniekąd. Powiedziałem na razie to com myślał. Jestem pewny, że Lila z ust twych, mamo, słyszy jedynie zasady pełne moralności. Sądziłem tylko że dla dziewczyny tej, takiej żywej, płochej, gwałtownej.... trzebaby prócz upomnień i modlitw, jakiegoś zajęcia.... jakiegoś uczucia... nie wiem doprawdy, litości może... choćby dla ojca...
Pani Leontyna słuchała ze spuszczonemi oczami i cierpkim uśmiechem na ustach.
- Dość tego, rzekła. Nie rozumiemy się, jak zwykle; ty lekceważysz wszystko co dla mnie ma wagę najwyższą, ja zaś nie pojmuję wcale twoich myśli i żądań. Ze wszystkich prób które podobało się Panu zesłać na mnie jedną z najboleśniejszych jest ten rozdział nieprzebyty i niepojęty, który stanął pomiędzy mną a moimi synami. Nie jestem nikomu na świecie potrzebną i nikt mię nie kocha.
Odeszła obrażona, rozżalona, znękana. Mieczysław pozostał chwilę jak przykuty do miejsca. Wesołość i szczera otwartość jego zniknęły w zetknięciu z matką. Sam dom ten, do którego niedawno przybywał tak śpiesznie i radośnie, który w pamięci jego wyrył się ze kształtami wszystkich starych drzew swych, z rysunkiem wszystkich ścieżek i zakątków wydał się mu w tej chwili niemiłym i smutnym.
Po kilku minutach, które przepędził w pokoju pana Kajetana, widzieć go można było wyjeżdżającego za bramę i pędzącego przez pola, jak gdyby uciekał od rozdźwięków napełniających dom jego rodzinny.
Okna oficyny, a raczej wyświeżonej i przyozdobionej jej połowy, były nie tylko zamknięte, ale jeszcze wzorzystemi sztorami ściśle osłonione. Nie widać tam było ani wewnątrz ani zewnątrz najmniejszego ruchu, tak iż zdawać się mogło że zamieszkujący miejsce to starszy syn domu spał lub był nieobecny. W rzeczywistości zaś było inaczej. Kamil nie spał i znajdował się w ozdobnej swej sypialni, gdzie leżał w głębokim fotelu, paląc cygaro i od czasu do czasu zwolna i niedbale rozcinając kartki książki, na nowiutkiej okładce noszącej tytuł jednego z najświeższych dzieł popularnej filozofii francuzkiej. Patrząc na niego, ani przypuścić by można, że nie dawniej, jak przed godziną stał się on bezpośrednim sprawcą burzliwej i upakarzającej sceny domowej.
Wśród ciszy głębokiej i łagodnego półcienia, rozweselonego barwami obicia na ścianach i sprzętach, leżąc na fotelu i rozcinając karty nowej książki, zdawał się najzupełniej nie wiedzieć o tem, że w przestrzeni i czasie istnieje albo istnieć może ktokolwiek lub cokolwiek, oprócz niego samego i jego mieszkania.
W całym dworze zresztą panowały cisza i spokój. Przed stajnią tylko zakładano do kocza cztery konie, w pokoju panny Julii słychać było tłumione łkanie, ładna Brygisia krzątała się około układania w tłómoki rzeczy odjeżdżającej guwernantki, a z sypialni pani Leontyny dolatywały odgłosy monotonnie wymawianych wyrazów.
- A teraz, rzekła pani Leontyna, kończąc przemowę swoją do córki o nieuniknionej potrzebie posłuszeństwa, łagodności i pogardy dla wszystkich marności tego świata - a teraz uklęknij i odmów koronkę do przemienienia Pańskiego, na intencyą aby Bóg odmienić raczył twój charakter.
Dziewczyna, zmęczona i wyczerpana wzruszeniami, nie opierała się rozkazowi. Wstała z ziemi i rozogniona, nadąsana, spłakana, uklękła na klęczniku matki, przed krucyfiksem i trupią głową. Ta ostatnia nie czyniła na niej najlżejszego wrażenia, koronkę zaś umiała na pamięć i zaczęła odmawiać ją półgłosem. Coraz odnawiające się jednak łkania przerywały jej modlitwę, a załzawione oczy wybiegały co chwila za okno w stronę stajni, przed którą zakładano konie do powozu. Widocznie zalecany przez panią Leontynę środek poprawczy nie działał na córkę jej ze spodziewaną mocą.
- Modlisz się bez uwagi, upominała ją pani Leontyna, która, siedząc na kanapie, pilnie przysłuchiwała się modłom córki; opuściłaś jedno Zdrowaś Marya i dwa razy nie powiedziałaś Amen.
Zbliżyła się do klęcznika, usunęła nieco córkę za siebie, a sama klękając na jej miejscu, dodała:
- Pomodlimy się razem. Spodziewam się że za głosem matki łatwiej ci będzie podnieść serce i myśl ku niebu.
Otworzyła książkę do nabożeństwa i przeczytawszy głośno parę modlitw, zaintonowała:
- Jezu nazarański, królu żydowski, zmiłuj się nad nami!
Lila oderwała wzrok od okna, za którem dał się słyszeć turkot podjeżdżającego pod ganek powozu, i głosem pełnym rozjątrzenia powtórzyła zaintonowane wyrazy.
Duch pani Leontyny podnosił się widocznie i rozogniał, w miarę jak na usta jej powracały jedne i te same zgłoski, wymawiane głosem przeciągłym i śpiewnym. Oczy jej tkwiące zrazu w krucyfiksie, spoczęły aż u szczytu wysokiej ściany, zapłonęły iskrą i omgliły się wilgocią; ręce splotła i przycisnęła do stóp krzyża; westchnienia i ciche jęki podnosiły pierś jej, wzdymającą się coraz wyżej.
Monotonia słów modlitwy, połączona z ciszą panującą w pokoju, sprowadziły reakcyą w nerwowym systemie spłakanego i zmęczonego dziewczęcia. Lila osunęła się na posadzkę i z głową opuszczoną na nizki taburet usnęła tak twardo, że nie słyszała jak powóz unoszący jej towarzyszkę raczej niż nauczycielkę odjechał z przed ganku.
Modły pani Leontyny trwałyby długo jeszcze, do późnego wieczora może, ale przed samym zachodem słońca zastukano do drzwi i głos służącego oznajmił podany obiad i zarazem przybycie pani Malwiny Ręczycowej z córkami.
IV.
Parę jeszcze godzin zostawało do zachodu słońca, gdy wózek wiozący dzierżawcę Orchowa wtoczył się na folwarczny dziedziniec orchowskiego dworu i stanął przed starą oficyną.
Z za ogrodzenia otaczającego ogród warzywny rozległy się okrzyki; "Tate! Tate!" Jednocześnie na szczycie płotu zjawiło się dwoje dzieci, pięcioletnia dziewczynka w grubej koszuli, przewiązanej sznurkiem i o parę lat starszy od niej chłopak, w spencerku bez rękawów. Obie głowy dziecinne osypane były gęstemi jak las kędziorami włosów złocistej barwy.
Przed oficyną do pni zdala od siebie rosnących topól przymocowany, rozciągnięty był sznur, a na nim wisiały wilgotne szmaty rozmaitych kształtów: płachty płócienne do cedzenia mleka służące, kliniaste worki do robienia serów, kolorowe spłowiałe chusty do obwiązywania głów i dziecinne sukienki z perkalu, niewiadomej barwy. Wszystkie te przedmioty wyjmowała z balii przed progiem stojącej, średnich lat Żydówka, rozwieszając je na sznurze. Była to Chaja, żona Eliego.
Na dziedzińcu porosłym trawą wydeptaną w jednych miejscach, w innych zgłuszoną ostami i szeroko rozrosłemi kępami chrzanu i łopuchu, aż pod obory ciągnęły się źdźbła gnijącej słomy; pod płotem, na którego szczycie zawisło dwoje dzieciaków, wznosiły się mniejsze i większe wzgórza, z nagromadzonego śmiecia powstałe; przed małym gankiem o dwóch wykrzywionych słupach stały mętne i niemiłą woń wydające wody dwóch wielkich kałuż.
Eli wysiadł z wózka i lekceważące spojrzenie rzucił na balią i sznur obwieszony wilgotnemi szmatami.
- Chaja! dlaczego ty to robisz sama? na co tobie tego? czy sługi nie masz? zapytał głosem podniesionym.
- A co to szkodzi, że ja sama tego robię? odpowiedziała Żydówka i przybierała się do wyjmowania z balii ostatniej znajdującej się tam szmaty płótna; ale Eli zawołał na nią:
- Pójdź do izby ja cóś dobrego przywiózł.
Wyjął z pod siedzenia znajdujące się tam zawiniątko i uśmiechając się, powoli przestąpił próg oficyny. Za nim udała się Chaja, otarłszy wprzód o spódnicę ręce okryte szarą pianą mydlaną.
W sieni oficyny, na glinianej podłodze, siedziała Żydówka, podobna do Chai z ubrania i powierzchowności, wielkim nożem siekąc na desce ziele do karmienia gęsi przeznaczone.
Eli kiwnął ku niej głową.
- Wo ist Efroim? zapytał.
- Gdzie un ma być? stoi na polu przy robotnikach, nie przerywając zajęcia swego, odpowiedziała żona współdzierżawcy Orchowa.
Z jednej strony sieni znajdowały się drzwi na oścież otwarte, prowadzące do wielkiej izby czeladnej, zwanej piekarnią. Tam przed olbrzymim piecem, opatrzonym w czarny od okopcenia kaptur stała dorosła dziewczyna żydowska, pilnując strawy warzącej się przy ogniu; czworo dzieci różnego wieku, rozczochranych i w szare koszule lub kaftany bez rękawów poubieranych, bawiło się z gromadą małych kociąt. Na jednej z ław wkoło ścian spało trzech Żydków, z których najstarszy mógł mieć lat piętnaście, najmłodszy dziesięć. Oprócz krzyku dzieci, miauczenia kociąt, miarowego stuku noża Żydówki siekącej ziele i chrapania śpiących podrostków, nic więcej dokoła słychać nie było. Czeladź dworska znajdowała się w polu i na łąkach, bydło ze swymi dozorcami na pastwiskach.
Eli nie udał się do piekarni, ale otworzył drzwi znajdujące się z drugiej strony sieni. Były to dwie izby dość obszerne, któreby można było zrazu wziąść za hurtowy skład pościeli wszelkiego rodzaju, tyle tam stało łóżek, napełnionych piernatami i poduszkami, których stosy wznosiły się prawie aż pod belkowy sufit. Pośrodku sufitu pierwszej izby wisiał mosiężny czteroramienny świecznik, a pod oknem stała kanapka stara, podartym perkalem okryta i wielki stół czarno pomalowany.
Eli siadł na kanapie, położył zawiniątko przed sobą na stole i zaczął je rozwiązywać powoli i z uśmiechem. Chaja o dwa kroki stojąc, głowę naprzód pochylała i ciekawemi oczami śledziła ruch rąk mężowskich. Nagle ku stołowi skoczyła, rękami plasnęła i krzyknęła:
- Och! Och!
Twarz jej zwiędła i ogorzała promieniała radością, podziwem. Eli wyjął z zawinięcia i w dwóch palcach, ostrożnie, z rodzajem głębokiego poszanowania trzymał zawieszony w powietrzu mały surducik z granatowego sukna, ze srebrnemi wypustkami i guzikami. Był-to mundur szkolny, mogący służyć dla chłopca lat dwunastu mniej więcej.
- To dla Abramka? - po chwili niemego osłupienia wymówiła Chaja.
- A dla kogóżby? odparł Eli, lubując się widocznie przedmiotem trzymanym w ręku i wrażeniem jakie on na Chai wywierał.
Chaja stała wciąż z postacią naprzód podaną. Parę razy wyciągała rękę i już, już dotknąć miała mundurka, ale cofała ją wnet i przechylając tylko głowę na obie strony zawołała nagle:
- A jak un będzie w tym wyglądał?
- Otóż to, jak un będzie w tym wyglądał - powtórzył Eli. A gdzie un?
- Un śpi w piekarni. Ja jego zawołam.
W kilka minut po tej rozmowie czerwone piernaty, do połowy zasłaniające ściany izby, służyły za dekoracyą scenie tłumnej i gwarnej. W izbie, oprócz Eliego, który z rękami w kieszeniach siedział rozparty na kanapie, znajdowała się gromada kobiet i dzieci różnego wieku. Osoby te, w liczbie kilkunastu, tworzyły półkole, rozwarte ze strony kanapy, na której siedział Eli. Była to grupa podobna do tych, jakie skupiają się na ulicach miast mniejszych, a nawet i większych, dokoła pajaca, pokazującego uczone psy lub skaczące małpy. Jak w owych grupach, tak i w tej głowy patrzących wysuwały się naprzód z ciekawością, usta roztwierały się uśmiechami podziwu i zadowolenia, mniejsze dzieci, wdrapywały się na plecy i ramiona większych, aby lepiej widzieć, dorośli szturchali jedni drugich w łokcie szepcząc; "siech! siech!" Tylko że przedmiotem powszechnego zajęcia nie był tu ani pies uczony, ani małpa w czerwony kaftanik przybrana, lecz dwunastoletni chłopak, w nowiutkim mundurku szkolnym, dziwnie odbijającym przy bosych jego nogach, przy włosach, splątanemi pasmami wysuwających się z pod zrudziałej jarmułki, i przy twarzy pokrytej taką warstwą brudu i sadzy, że z za niej, jak z za gęstej przesłony, zaledwie przeglądały delikatne, ładnie wykrojone, bladawą cerą pokryte rysy dziecka. Ręce trzymał w znacznem oddaleniu od ciała, gębę roztwierał i osłupiałemi oczami wodził po swem nowem ubraniu, a szczególniej po błyszczących wypustkach i guzikach.
- Gaj a weg! krzyczała Chaja za każdym razem, gdy które z dzieci, pociągnięte ciekawością, próbowało przekroczyć linią półkola i zbliżyć się do Abramka, sama zaś oczów od niego oderwać nie mogła. Uśmiech niebiańskiego zachwycenia rozlewał się na jej twarzy.
- Och! och! mówiła, jak un wygląda! jak obraz! jak lustro! jak... panicz!
Eli uśmiechał się, milcząc.
Nagle Abramek skrzywił się, ręce podniósł do jarmułki, przysiadł, otworzył usta szeroko i - wrzasnął. Czy czuł że mu w mundurku ciasno i niewygodnie, czy pomyślał o tem, że przywiezienie go przez ojca zwiastuje mu blizki odjazd do szkoły, dość że niespodziewanie środ zachwycenia powszechnego wrzasnął i zalał się obfitemi łzami.
- Abramkie! libeczkie! klejneczkie! zawołała Chaja, z otwartemi rękami przypadając do siedzącego na ziemi i wrzeszczącego syna.
W tejże chwili wszedł do izby Efroim. Nie był on podobny do Eliego i przedstawiał inny typ żydowski. Wysoki, barczysty, przygarbiony nieco, włosy, oczy i brodę miał czarne jak noc, cerę twarzy ciemną, a pomiędzy krzaczystemi brwiami dwie głębokie, mięsiste zmarszczki, które na całą fizyognomią jego rzucały wyraz surowy i ponury.
- Wos is dues? zapytał Efroim, stając na środku izby i patrząc na wrzeszczącego wciąż Abramka, którego Chaja, postawiwszy na stołku, tuliła w objęciach, całowała, łajała i z mundurka rozbierać zaczynała.
- To ty jego naprawdę myślisz do szkoły oddać? zwrócił się przybyły ku Eliemu.
- A dla czego nie mam oddać? wzruszając ramionami, odparł Eli.
Zmarszczki na czole Efroima pogłębiły się, czarne oczy jego strzeliły ku Eliemu błyskiem szyderskim, gniewnym.
- A na co jemu tego? mówił, czy tobie źle, choć ty w szkołach nie był?
- Możeby było lepiej jeszcze, gdybym był, z jednostajnym zawsze spokojem odparł Eli.
- A co ty z niego zrobisz, jak on bardzo nauczny będzie?
Eli po raz pierwszy podniósł uważny wzrok na twarz wspólnika i zarazem wyprostował się na kanapie.
- Co ja z niego zrobię, jak on będzie nauczny, powtórzył i zamyślił się.
Wątpliwość jakaś zapadła mu znać w umysł. Efroim uśmiechał się złośliwie i niechętnie.
- Ja tobie mówię, Eli, że to na nic. Jego tam oduczą tylko Żydem być, a potem co? niech oni swoje dzieci do szkoły posyłają... ty weź dla Abramka szpektora, to on go Boga chwalić i liczyć nauczy.
Eli milczał. Po chwili podniósł głowę i rzekł:
- Mój stary dawno mnie już gada, żeby ja Abramka do szkoły posłał, a ja w mego starego rozum wierzę.... Ja i w swój rozum wierzę, a ot jak on mnie gada: a czemu to mój syn nie ma wszystkiego wiedzieć co panowie wiedzą? a czemu on nie może chodzić kiedyś po wielkich miastach i wielkim purycem być - i nie kopiejki zbierać, jak ja, ale złote półimperyały - i nie przy progach panów stać, jak ja, ale siadać wszędzie gdzie oni siadają - i żeby oni kłaniali się jemu a nie on im? A czemu tak nie może być? A kiedy do tego trzeba nauki, to ja jemu dam naukę. Ot jak mój rozum gada.
Rozum Eliego gadał zupełnie takim językiem, jakim przemawia próżność i ambicya. Ukazywał on mu obraz syna jego, przechadzającego się po ulicach nie małych już miasteczek, ale miast wielkich; otoczonego nieokreśloną jakąś aureolą rozumu, elegancyi, swobody, otrzymującego grzeczne ukłony od tych, którym ojciec jego nizko kłaniał się przez życie całe. I zarobki w postaci złotych półimperyałów grały w ojcowskich marzeniach Eliego rolę pewną ale - podrzędną. O przyszłej moralnej wartości chłopca, o wewnętrznej treści i źródłach tej aureoli wyższości, która go kiedyś otoczyć miała, rozum Eliego nie gadał mu ani słowa.
Efroim nie spuszczał oczu z zamyślonego swego spólnika. W wejrzeniu jego tkwił niepokój i wzgardliwe jakby politowanie.
- Nu, rzekł, to tylko dobrze, że jego może do szkoły nie przyjmą.
Eli wstrząsnął się cały.
- Dlaczego nie mają przyjąć? zawołał. Czy to teraz takie czasy, żeby Żydków do szkoły nie przyjmowali?
- A co on umie? szydersko zapytał Efroim.
- Co on umie? jak echo powtórzył Eli. Nu, dwa lata już uczy się szpektora w Orchowie.
- A czego szpektor jego nauczył?
Eli podniósł się z kanapy jak sprężyną ruszony, i stał chwilę przy stole, zamyślony głęboko.
Nagle, jakby mu myśl jakaś przyszła do głowy, wziął czapkę i zwrócił się ku drzwiom. Od progu zapytał:
- A kto przy robotniku stoi?
- Mój syn Jankiel, odparł Efroim.
- A czy on dopilnuje akuratnie?
- Czemu on nie ma dopilnować? ja jego do szkoły nie posyłał, to on pilnuje tego z czego chleb.
Nie zważając na ostatni szyderski pocisk spólnika, Eli opuścił izbę powoli, w zamyśleniu przeszedł folwarczny dziedziniec i postępując śladami drogi, szerokiej niegdyś i żwirowanej, dziś trawą zarosłej zwrócił się ku oficynie, w której mieszkał Kamil Orchowski.
Kamil leżał jeszcze w fotelu głębokim i doczytywał właśnie pierwszego rozdziału książki, która go mocno zainteresowała, gdy miłą tę ucztę umysłową przerwało mu wejście lokaja Walka.
- Makower przyszedł i prosi, czy nie mógłby widzieć się z panem.
Kamil wzrok od książki oderwał i usta wykrzywił w sposób wyrażający uczuty niesmak.
- A czego on tam chce? nie pytałeś? rzekł, marszcząc czoło.
- Pytałem, ale powiedział że ma taki interes, o którym chciałby z samym panem pomówić.
Zdawało się zrazu że młody pan w fotelu leżący ręką niedbale skinie i powie; "niech przyjdzie później." Ale Makower jako dzierżawca Orchowa, trzymający w kieszeni swej finansowe sprawy całej rodziny, a zatem i Kamila, był figurą zbyt często potrzebną, aby ją tak bez ceremonii ode drzwi odprawić wypadło.
- Niech wejdzie, rzekł Kamil.
Eli wszedł, postąpił kilka kroków, zatrzymał się na środku pokoju, z rękami w tył założonemi, i oddał ukłon niebardzo nizki, niebardzo pokorny, trochę jednak i nizki i pokorny. Kamil ani postawy, ani miny skwaszonej nie zmienił, skinął tylko głową dość uprzejmie.
- A co powiesz, panie Makower? rzekł.
- Ja do wielmożnego pana z jednym interesem przyszedł... z moim własnym interesem. Mam wielmożnego pana o czegoś prosić.
- O cóż takiego?
- Ja chciałby wielmożnego pana prosić, żeby mnie pan powiedział to, czego ja nie wiem...
- Czego nie wiesz? z żartobliwym uśmiechem przerwał Kamil. Ja ciebie, panie Makower, mam za takiego rozumnego człowieka, który wszystko wie.
- Wielmożny pan żartuje, obojętnie odparł Żyd. U nas napisano że niema takiego człowieka i niema takiego rozumu, coby wiedział wszystko. Ja chwalić Boga wiem co do mnie należy, ale to o czego ja chcę wielmożnego pana pytać, do mnie nie należy.
- Więc jest jeszcze na świecie coś takiego, co do was nie należy? A ja myślałem że wszystko już, na co spojrzeć, należy do was Żydów.
- Jest takie rzeczy, na które człowiek patrzy oczami i takie, które delikatnym tylko rozumem zobaczyć może..
- Alboż ty, panie Makower, nie masz delikatnego rozumu?
- A zkąd ja jego mógł dostać?... Ale ja chcę żeby jego miał mój syn.
Młody Orchowski zaśmiał się lekko.
- Czy przyszedłeś do mnie po rozum dla swego syna?
- Ja przyszedł dlatego, żeby wielmożny pan mnie powiedział, jak jemu ten rozum dać.
Obejście się Kamila pod osłoną żartobliwości kryjące wzgardliwe niemal lekceważenie, nie zrażało Eliego do dalszej rozmowy. Doświadczał on w tej chwili tego tylko, do czego z dawien dawna przywykł. Nie można jednak zaręczyć, aby do głowy mu nie przyszło porównanie stojącej postawy, jaką zajmował o kilka kroków od rozciągniętego w fotelu młodego dziedzica, z tą w jakiej przed parą godzinami znajdował się w rodzinnem miasteczku, pośród sprzyjających mu, podziwiających go spółwyznawców. Porównaniu temu towarzyszyć koniecznie musiała myśl, że tam był on ze swoimi, tu zaś rozmawiał z człowiekiem cudzym. Pomocy jednak cudzego człowieka tego w tej chwili potrzebował, o minę więc jego i żartobliwe słowa nie dbał.
- Wielmożny pan ciągle książki czytuje, i na wielki świat często jeździ, i sam bywał w szkołach i w uniwersytecie, to wielmożny pan wie tego o co ja chcę pytać.
- No, no, żartobliwym zawsze tonem zachęcał Żyda do mówienia Kamil.
- Ja mego syna chciałby do szkoły oddać. Mój ojciec.... wielmożny pan wie, stary Judel krawiec, uszył już dla niego nawet mundurek, choć on teraz dla nikogo nie szyje... Ale ja nie wiem czy mego syna przyjmą do szkoły, bo on jeszcze bardzo mało umie. To ja chciałby wielmożnego pana pytać, czego to on powinien umieć, żeby jego przyjęli, bo nasze Żydki o tego nic nie wiedzą. A jeszcze ja chciałby wielmożnego pana pytać, co mój Abramek będzie mógł robić, jak on szkoły skończy? czy jego potem koniecznie do uniwersytetu posyłać, czy niekoniecznie? i czego jemu.... co jemu.
Zająknął się Eli. Oczy mu połyskiwały żywo; szyję naprzód wyciągał i w twarzy młodego pana topił spojrzenie proszące, ciekawe, prawie chciwe.
Kamil słuchał pośpiesznych i błagalnych słów Żyda z jednostajnym na ustach uśmiechem. Gdy Eli umilkł, wyprostował się nieco na fotelu i krótko zapytał:
- I na co ci to wszystko, panie Makower?
Żyda pytanie to jakby zimną wodą oblało.
- Jakto na co? zapytał ciszej i z trochą zdziwienia w głosie.
- Jesteście i tak dosyć rozumni, mówił młody dziedzic Orchowa; w waszych rękach wszystko: handel, rzemiosła, a teraz i ziemia. Macie wiele sprytu i umiecie dobrze rachować, bez szkół i bez uniwersytetów.
Zdawało się że te słowa, których słuchał z obojętną twarzą, nie czyniły na Elim wrażenia żadnego.
- Z przeproszeniem wielmożnego pana, rzekł powoli, a co to szkodzi jeżeli tam gdzie jest dziesięć rublów, znajdzie się drugie dziesięć?
- Otóż to, zaśmiał się Kamil, chcecie nauki, aby z jej pomocą pomnożyć w dwójnasób wasze bogactwa. Chwalebny zamiar. Nie mam nic przeciw niemu. Dziwię się jednak że żądasz, panie Eli, abym ci poradził jaka nauka najstosowniejszą być może dla tego celu. Naucz swego syna tak biegle rachować, jak sam rachujesz, a on z twoich dziesięciu rubli zrobi z pewnością dwadzieścia.
- Tego naukę un już ma, prostując się nieco, odparł Eli. Un tak dobrze liczy, że kiedy ja jemu wczoraj powiedział: Abramek, a czy ty przeliczysz wiele ja jaśnie panom Orchowskim pieniądzów na arendę dał, a wiele oni mnie winni? to un pomyślał, palcami poruszał i powiedział akurat tyle ile trzeba.
Mówiąc to, Eli miał wyraz twarzy zupełnie spokojny, zwyczajny, lekkim tylko uśmiechem zadowolenia rozjaśniony. Najbieglejszy badacz nie odkryłby w fizyognomii jego ani cienia ukrytej, złośliwej myśli. Sama jednak treść słów jego nie mogła być przyjemną dla Kamila. Powiódł też dłonią po czole, z gestem pewne znudzenie objawiającym.
- Widzisz więc panie Eli, że syn twój dość jest mądry na swój wiek, a ty sam edukacyą jego przyszłą najlepiej pokierować potrafisz.
Chwila milczenia zapanowała pomiędzy dwoma ludźmi. Kamil patrzył na książkę, którą w ręku trzymał, jakby przez to okazać chciał Żydowi, że pilno mu do niej wrócić. Eli namyślał się, patrząc w ziemię.
- To ja niczego nie dowiem się od wielmożnego pana? wymówił, podnosząc zwolna głowę.
Na twarzy Kamila skwaszenie i znudzenie zastąpiło całkowicie uprzednią żartobliwość.
- A czegóż dowiedzieć się odemnie możesz, panie Makower? Już też spodziewam się, że ludzie tak dojrzali i doświadczeni jak ty nie potrzebują guwernerów, którzyby rządzili domowemi ich sprawami. Jeżeli zresztą chcecie wchodzić, czy tam dzieci swoje wprowadzać na drogę wyższego ukształcenia, co zresztą bardzo się wam pochwala, to już powinniście poznać przedewszystkiem zasadę uznaną powszechnie w teraźniejszej ekonomii: że popędy do reform i postępów powinny iść z dołu, nie z góry. Jeżeli my udzielać wam będziemy rady i zachęty, będzie to popęd z góry i na nic się wam nie przyda.
Skończył i z czołem zmarszczonem patrzył znowu na karty książki. Eli z niewzruszoną twarzą słuchał wyrazów, dla niego w większej połowie niezrozumiałych. Zrozumiał to tylko, że niema poco mówić dłużej z człowiekiem, który żądania jego nie pojął, lub pojąwszy je, przez lekceważenie, niechęć czy lenistwo spełnić nie chciał. Stał jeszcze chwilę, aż wreszcie ukłonił się i powiedział:
- Upadam do nóg wielmożnego pana.
- Adieu, adieu! odrzekł Kamil, podnosząc oczy z nad książki.
Eli opuszczał dworski dziedziniec powoli; tym samym zupełnie krokiem i z tym samym wyrazem na twarzy, z jakim wstępował nań przed rozmową z Kamilem, i od czasu do czasu zrywał nawet jakby dla zabawy listek jakiś z krzaku lub wyżej od innych wzrastającą trawę. Po bardzo tylko blizkiem bacznem przyjrzeniu się możnaby było dostrzedz, że po ustach jego, przykrytych rudawym wąsem, błądził cień szyderskiego uśmiechu.
Kamil pozostał w na wpół ciemnym swym pokoju i zagłębił się znów w czytaniu książki ślicznym stylem napisanej, traktującej o jednym z najciekawszych zadań filozofii tegoczesnej.
Kiedy Eli wrócił do folwarcznej oficyny, Chaja spotkała go we drzwiach izby, w której za czarnym stołem siedział także Efroim, kreśląc cyfry w poliniowanej i pokratkowanej księdze.
- A co? spytała Żydówka, patrząc na męża ciekawemi oczami.
- Nu co? obojętnie odpowiedział jej pytaniem mąż, zdejmując czapkę i zbliżając się do spólnika.
- Co un powiedział?
- Nic nie powiedział.
Efroim podniósł głowę. Czarne oczy jego żywiej błysnęły.
Chaja niespokojną była i ciekawą. Stanęła tuż za mężem, który zatrzymał się przy stole.
- Co teraz będzie z Abramkiem? zapytał Efroim, trzymając w ręku pióro, aż po skrzydło uczernione atramentem.
- A co ma być? odrzekł Eli. Za tydzień odwiozę go do N. i oddam do szkoły.
Uśmiech błogiego rozradowania rozlał się po twarzy Chai.
- Ty jego do szkoły oddasz? raz jeszcze zapytał Efroim.
- Oddam, rzekł, siadając, Eli, tak już musi być. Już ja tak postanowił.
- Gut, gut, Eli, nagle zawołała Chaja. Mnie serce boli, że Abramek pojedzie, ale ja chcę żeby un jechał, bo za to jak un wyrośnie, będzie wielki puryc.
W tej samej chwili na drodze okalającej dziedziniec folwarczny głucho zaturkotały koła i dało się słyszeć rozgłośne dwa razy powtórzone klaśnięcie z bata. Dwaj Żydzi twarze ku oknu zwrócili. Tuż za dworem toczył się kocz otwarty, sześciu pięknemi końmi ciągniony. Zaprzęgiem tym powoził młody mężczyzna w krótkim spencerku w kraty i w czapeczce oryginalnego kształtu, z fantazyą na bok włożonej. Obok powożącego siedział stangret bezczynny, w liberyi ze srebrnemi guzikami, w koczu zaś jechały cztery kobiety. Tuż za powozem ukazały się dwa jeszcze konie. Na jednym z nich siedział człowiek jakiś wąsaty, w ubiorze niby kozaka, niby masztalerza, i prowadził za uzdę drugiego konia, osiodłanego i wielką białą siatką od głowy do ogona i od grzbietu do kopyt prawie okrytego. Było tam tedy koni wszystkich razem osiem.
Żydzi ścigali oczami tę kalwakadę, która, minąwszy bramę, zdążała ku gankowi domu. W połowie dziedzińca powożący młody człowiek stanął na koźle, rękę podniósł, bat olbrzymiej długości rozwinął i w powietrzu, niby wystrzały pistoletowe, rozległy się dwa klaśnięcia.
- Ręczyce! rzekł Eli. Matka, córki, syn i guwernantkie.
- Aj! aj! co tu koniów! mówiła Chaja. A gdzie un? zapytała ciekawie.
- Kto?
- Syn, młody Ręczyc?
- Un tam, gdzie powinien być furman, odparł Eli.
Efroim uśmiechał się, oczami błyskał i krzaczystemi brwiami ruszał. Wyciągnął wskazujący palec w kierunku młodego człowieka, który właśnie w tej chwili na koźle stawał i bat rozwijał.
- Sieh, Chaja! rzekł. Un w szkole był, i ot jaki z niego puryc zrobił się. Kiedy pan Bóg jego stworzył panem, to on gwałtem lezie tam, gdzie furman powinien być.. Czy ty by chciała żeby twój Abramek takim był purycem?
Eli wyprostował się z uśmiechem i ręce do kieszeni włożył.
- Na co jemu tego? rzekł. Jak un będzie miał swego kocza i konie, to un na kozioł nie wlezie, tylko będzie siedział w koczu rozparty, a konie będą jego ciągnąć.
Jaśniejszy niż zwykle uśmiech rozświecił ciemne rysy Efroima. Podniósł na Eliego spojrzenie.
- A Ręczyc będzie wtedy furmanem i siądzie u niego na koźle?
- Może, obojętnie odparł Eli, i zabierając miejsce na kanapie, zwrócił się do spólnika.
- A chcesz ty Ręczyn w arendę wziąć?
Efroim obu rękami objął czarną swą brodę. Źrenice jego zamigotały i przenikliwem, chciwem spojrzeniem utonęły w twarzy Eliego.
- A Josiel? zapytał przeciągle.
- Un tobie Ręczyn ustąpi... jemu tam źle... un nie umie koło Ręczyna chodzić. Ty potrafisz...
Efroim głową skinął i białe zęby w uśmiechu dziwnie radosnym ukazał.
- A jak to może być? zapytał. Ile Josiel odstępnego chce? ile un tam jeszcze lat ma siedzieć?
- Ot jak to może być, rzekł Eli, ja tobie tego powiem. Chaja! giej do dzieci, oni tam czegoś płaczą.