Powieści, nowele i opowiadania Elizy Orzeszkowej. Tom I - Eliza Orzeszkowa

Kup ebooka

26.00 zł
18.31 zł (17,91 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

VI. Niewczesne żale.

 

W bawialnym pokoju Adampolskiego domu, pan Andrzej siedział obok pani Snopińskiej i opowiadał jej o wycieczce do puszcz Białowiezkich, którą odbyć zamierzał, a Alexander chodził po pokoju, uśmiechał się i, przeciwko swemu zwyczajowi, nie odzywał się ani słowa, tak był zatopiony w myślach.

Po chwili wszedł do pokoju pan Jerzy; oczy jego były mocno zafrasowane, spojrzał na syna i rzekł porywczo:

- Olesiu, widziałem, że twoje konie zakładają pod stajnią; gdzież to znowu pojedziesz? Czy nie do X. na salę! trzeba było od razu tam zostać, przynajmniej-byś koni darmo nie pędził!

- Nie pojadę do X. papo - odpowiedział Alexander z uśmiechem.

- Więc dokąd polecisz?

- Nie mogę powiedzieć, papo.

- Cóż to znowu za sekret? Jeszczeć tego przynajmniej nie było dotąd, abyś pod sekretem przed rodzicami gdzie jeździł!

- Kochany papo - rzekł rezolutnie Alexander - jestem dorosłym człowiekiem i mogę mieć moje sekreta; jak wrócę, powiem papie, gdzie byłem, a teraz nie mogę.

To rzekłszy, wyszedł, uśmiechając się ciągle do siebie; pani Snopińska wysunęła się za nim z pokoju, a pan Jerzy wzruszył ramionami i markotny usiadł obok swego gościa.

Po chwili ładna najtyczanka, zaprzężona czterema końmi w lejce, zajechała przed ganek, i furman, młody chłopak, parę razy palnął z bata zamaszyście. Alexander w eleganckim warszawskim paletocie siadł na bryczkę i konie ruszyły przez dziedziniec. Mijając otwarte okno, przy którem siedzieli ojciec jego i pan Andrzej, młody człowiek pokłonił im się z uśmiechem czapeczką i zawołał na furmana:

- Ruszaj żywo!

Pan Jerzy patrzył za odjeżdżającym, dopóki bryczka nie zniknęła za bramą, potem westchnął i rzekł, jakby do siebie:

- Ani jednego całego dnia ten chłopiec nie posiedzi w domu!

Machnął ręką, spuścił głowę i zamyślił się. Na czole jego, zda się, przybywało zmarszczek pod wpływem ciężkich myśli, a w oczach zwykły im frasunek zamienił się w smutek prawdziwy.

Pan Andrzej patrzył na niego ze współczuciem, położył rękę na jego ramieniu i rzekł łagodnie:

- No, mój stary przyjacielu, powierz mi swoje troski, a lżej ci będzie. Bądź otwartym przede mną: nie rad jesteś ze swego syna, czy prawda?

Pan Jerzy pokiwał głową.

- At - rzekł - alboż można cieszyć się z tego wiecznego próżniactwa, z tego życia z dnia na dzień, bez żadnej poczciwej myśli w głowie, jakie on prowadzi!

W słowach tych był żal i drżała obawa ojcowskiego serca.

- Wybacz mi, kochany przyjacielu - mówił dalej pan Andrzej - że powiem ci prawdę... leży mi ona na sercu, odkąd tu przybyłem. Sam winien jesteś, że syn twój tak smutnie marnuje swoję młodość. Dla czegóż nie dałeś mu staranniejszego wychowania? Czemu od dzieciństwa nie zaprawiłeś, nie przyzwyczaiłeś go do jakiejkolwiek pracy?

- Ha! - zawołał pan Jerzy, zrywając się z krzesła - masz słuszność, Andrzeju, wielką słuszność! popełniłem omyłkę, straszną omyłkę w wychowaniu tego dziecka, i obawiam się teraz, aby mię Bóg surowo za ten błąd nie ukarał!

- Uspokój się, Jerzy - rzekł pan Andrzej - ale ponieważ weszliśmy już na ten smutny temat rozmowy, powiedz mi: jak mogłeś, obdarzony tak zdrowym, naturalnym rozsądkiem, ty tak zamiłowany w pracy i tak gorliwie pracujący całe życie, w podobny sposób wychować syna?

Pan Jerzy długo milczał, jakby zbierał myśli dla dania odpowiedzi przyjacielowi, potem otarł nieznacznie łzę z oka i rzekł:

- Słabość ojcowskiego serca, Andrzeju, przywiązanie zbyteczne do jedynaka, były tego powodem. Bóg widzi, że nie chciałem źle zrobić, bo i któż może źle życzyć własnemu dziecku? Ale nie wiedziałem sam, co robiłem; jestem prosty człowiek i, zapewne przez brak oświaty, nie umiałem zmierzyć całej ważności następstw mego postępowania z dzieckiem; może zresztą i zbyt uległem wpływowi żony, która w nim zawsze widziała i widzi ósmy cud świata. Wszystko, słowem, złożyło się na to, aby jak najgorzej pokierować jego wychowaniem, a teraz widzę, że źle się stało... bardzo źle...

Westchnął znowu i mówił dalej:

- Wiesz, Andrzeju, że oprócz niego miałem jeszcze troje dzieci i wszystkie mi poumierały w małych latach, on jeden został. Miłość nasza dla niego we czworo się zwiększyła. Póki był mały, pieściliśmy go z matką na wyścigi. Mając dwanaście lat, czytać jeszcze nie umiał, bo ile razy zapłakał, gdy go zaczynano uczyć, matka książkę w piec rzucała, a ja, chodząc za gospodarstwem od rana do wieczora, nie miałem czasu zająć się nauką chłopca. Zresztą mówiłem sobie zawsze, że w naszym stanie wielkiej nauki nie potrzeba, że będzie jeszcze na nią dość czasu. W dwunastym roku oddałem go do szkół. Zdolności miał ogromne i uczył się doskonale, kiedy chciał, ale rzadko chciał, bo przywykł w domu do próżniactwa i same głupstwa kręciły mu się po głowie. Skończył jednak cztery klasy, a tak był zdolnym, że, choć mało się uczył, jak przyjechał do domu na wakacye i zaczął rezonować o wszystkiem, co słyszał i widział, zdawało się, że bardzo wiele umie, i że skończony z niego człowiek. Po wakacyach, za nic już nie chciał wracać do szkół. Nie chcę i nie chcę. Matka także kładła mi ciągle w uszy: a dość tych nauk! a na co to nam te nauki! a Oleś już i tak rozumniejszy od całej okolicznej młodzieży! Z początku nie zdawało mi się, aby tak było, ale jak zaczęli mię oboje prosić, i on, i matka, tak i pomyślałem sobie, że może i dobrze będzie, jeżeli chłopiec zostanie w domu i będzie mi pomagał w gospodarstwie. A trzymałem wtedy wielką dzierżawę w Kowieńskiem, potrzebowałem pomocy. Myślę sobie: będę go kierował na gospodarza, a gospodarzowi nie wiele nauki potrzeba! Otóż widzę jasno, że się grubo myliłem, bo nauka już przez to samo dobra, że przyzwyczaja do pracy, a potem już teraz taki świat, że bez nauki ani rusz, nawet w gospodarstwie, a i mnie, choć staremu, brak jej często poczuć się daje. Koniec końców, pozwoliłem Olesiowi zostać w domu. Otóż-to wtedy zaczęło się zupełne hultajstwo, tracenie pieniędzy, hulanki z młodzieżą, słowem wszystko, co go i teraz zajmuje.

Nie wziąłem go od razu w karby, nie zwracałem na niego uwagi, bo pracowałem od rana do nocy; dawałem mu czasem robotę przy gospodarstwie, ale spełniał ją raz dobrze, a dziesięć razy źle, i tak poszło już coraz dalej i coraz gorzej... a teraz już niema rady!...

- Dla czego niema rady? - rzekł pan Andrzej - staraj się teraz skłonić go do pracy, wzbudź w nim ambicyą, przedstaw mu piękną przyszłość, jaka-by niezawodnie czekała tak uzdolnionego z natury człowieka, gdyby poszedł dobrą drogą; zrób tak, aby wstąpił do jakiego naukowego zakładu, wszak jeszcze dość młody na to!

- W tem-to i bieda, że wszystko już za późno: miałem tego dowód niedawno - smutnie odpowiedział pan Jerzy. - W zeszłym roku zjechało się tu w sąsiedztwie kilku studentów Uniwersytetu na wakacye: młodszy syn Siankowskich, krewni pani Karliczowej i inni. Przyjeżdżali parę razy do nas, Oleś spotykał się z nimi często w sąsiedztwie. Widać zawstydził się niższości wobec nich, tknęła go jakaś ambicya, bo przyszedł raz do mnie i mówi: "pojadę na Uniwersytet!" Serce zaskakało we mnie z radości. Uściskałem go, powiedziałem, że zgadzam się, błogosławię i wszelkich wydatków na to nie pożałuję! Przez jakiś czas bardzo był tym projektem zajęty, wziął od Siankowskiego spis nauk, które posiadać trzeba, aby być przyjętym do Uniwersytetu. Ale nagle przestał o tem mówić, wakacye skończyły się, młodzież się rozjechała, a on ani myślał o wyjeździe z domu. Zapytałem go raz: "cóż Olesiu, kiedy pojedziesz?" Nie pojadę wcale - odpowiedział. - Dla czego? Bo, aby zostać przyjętym do Uniwersytetu trzeba zdać examina, a ja nic nie umiem, na nowo zaś iść do szkół za późno i nie chcę!... Cóż miałem robić? zasmuciłem się i ostatnia moja nadzieja spełzła na niczem. Ale widać, że i jemu to przykro było, bo przez jakiś czas chodził jak zabity, a ja sobie tylko myślałem, że jeden nierozsądny i fałszywy krok może wszystko zgubić, bo gdybym mu był nie pozwolił zostać w domu po skończeniu czterech klas, a wysłał dalej do szkół, chłopiec byłby teraz uczył się w Uniwersytecie. Ale tu i moja żona wiele temu winna... oj matki, matki!...

Machnął znowu ręką i westchnął głęboko; pan Andrzej był zamyślony i smutny.

- Mówiłeś mi - ozwał się po chwili - że Alexander ma także wielkie zdolności do robót mechanicznych. Może-by mógł i chciał wyuczyć się specyalnie jakiego rzemiosła i założyć sklep albo warsztat w jakiem większem mieście. Na to już nie trzeba skończenia siedmiu klas i zdawania examinów.

Pan Jerzy podniósł na mówiącego zdziwione i rozgniewane niemal oczy.

- Jakto, Andrzeju - rzekł - mój syn miałby zostać rzemieślnikiem? Przecież my, choć nie posiadamy własnej ziemi, jesteśmy dobrą i starą szlachtą!

Smutnie uśmiechnął się pan Andrzej.

- I cóż to szkodzi? - odrzekł. - Alboż jakakolwiek praca ubliża człowiekowi i ściera z jego tarczy herbowej znamię zaszczytne, które przodkowie jego zdobyli także nie inaczej tylko pracą, a często nawet i krwią swoją? Alboż rzemieślnicy nie są użytecznymi światu? Alboż niema rzemieślników, którzy dorobili się niezależnego bytu, a nawet sławy i bogactwa?

- A wiem, wiem - rzekł porywczo pan Jerzy - że teraz u was mądrych ludzi wszystkie stany i wszystkie rodzaje pracy są sobie równe; może-by nawet Oleś chętniejszy był do rzemiosła, niż do nauki, ale ja staroświecki człowiek i za nic-bym nie chciał, żeby mój syn był rzemieślnikiem!

- A więc - zawołał z żalem pan Andrzej - wolisz, aby został pasożytem, daremnie zjadającym chleb na świecie? Aby przez bezczynność wpadł w złe nałogi, stał się pijakiem albo karciarzem? Aby, śród próżniactwa i hulanek, przemarnował fundusz, z takim trudem przez ciebie zebrany, a potem umarł w nędzy i występku!...

Pan Jerzy milczał, oczy jego były bardzo zafrasowane, czoło zmarszczone.

- A, że zmarnuje, to zmarnuje on ten grosz, zebrany przeze mnie w pocie czoła - ozwał się, jakby odpowiadając najważniejszej trosce swojej - już i dotąd strwonił nie mało. Zachciało się paniczowi jechać do Warszawy; pojechał i stracił grube pieniądze, ale za to nawiózł z sobą marynarek, krawatów, paletotów, cukierków dla panienek i licho tam wie czego jeszcze, a w dodatku większe jeszcze fumy i pustactwa w głowie. Trzy miesiące temu, posłałem go do powiatowego miasta z podatkami, bo obowiązałem się kontraktem opłacać podatki za Adampol. Myślisz, że zapłacił? Gdzie tam! przehulał pieniądze, a były nie małe, i potem napisał do mnie, abym mu przysłał inne, bo tamte użył na swoje potrzeby. Musiałem drugi raz zapłacić. Trzyma sobie na stajni cztery konie, których nikomu poruszyć nie wolno; na rękę nie włoży innej rękawiczki, tylko warszawską, przegrywa w bilard na tej przeklętej sali, którą dyabeł, w postaci żyda, wymyślił na pokuszenie ludzkie, i lata po sąsiedztwach, gdzie tylko znajdzie jaką nieszpetną mordeczkę. At!... Ot powiem ci, Andrzeju, że najbardziej psują mi go kobiety, począwszy od matki, a skończywszy na tej pani Karliczowej, co to sama nie wie, co z nudów na wsi robić. Złapała go sobie na zabawkę, zaprasza, trzyma po kilka dni u siebie, prezentuje całemu światu, chwali i bałamuci, a jemu zdaje się, że on wielki bohater i ósmy cud świata. Ładny z niego chłopiec, a kobiety to tak i lgną do jego kędzierzawej czupryny i białych zębów, a tem i jemu głowę zawracają, i same durzą się, jak głupie stworzenia, z błaznem, u którego niedawno mleko było pod nosem. Już-bym wolał sto tysięcy razy, żeby się ożenił, może-by przynajmniej statek przyszedł do głowy. Ale gdzie tam! ot i teraz poleciał gdzieś pewnie do jakiegoś ładnego buziaczka, co się do niego uśmiechnął, a czy to właśnie pojechał on tam z poczciwą myślą, ze stateczną miłością? At!

- Hm - rzekł pan Andrzej z zamyśleniem - wszystko to złe jest, Jerzy, bardzo złe.

- Oj złe! złe! - powtórzył z uniesieniem pan Jerzy - ot, czy wiesz, Andrzeju, że jak patrzę na Alexandra i myślę sobie o tem, jaka to będzie przyszłość jego, a moja na starość zgryzota, mam ochotę wleźć na najwyższą wieżę, jaka jest na świecie, i zawołać z niej do wszystkich ojców: "hodujcie synów od najmniejszych lat w miłości cnoty i pracy, nie uważajcie nauki za niepotrzebną dla nich, starajcie się, aby każdy z nich miał cel życia, który-by umiłował serdecznie, bo inaczej zrobicie z nich hultajów i łotrów, i sami na starość będziecie mieli, zamiast pociechy, zgryzotę sumienia i krwawe łzy do opłakiwania skutków swojej nierozwagi".

Mówiąc to, z silnem wzruszeniem, pan Jerzy, przyłożył chustkę do swych zafrasowanych oczu i zapłakał.

 

II. Szlachcic zagrodowy.

 

O trzy wiorsty od Adampola, tuż obok kopców granicznych, odznaczających grunta hrabiny X., dzierżawione przez pana Snopińskiego, zielenił się śliczny gaj brzozowy i dębowy, mający rozległości kilkanaście najwięcej morgów. Gaj ten miał tę szczególność, że z obu stron swoich tworzył dwa pół-kola, jakby wielkie altany, otwarte na szeroko rozciągające się pola i łąki. W każdej z tych altan, utworzonych przez naturę czy może ręką ludzką, stał dworek szlachecki z szarym domem o sześciu czystych oknach od frontu, z owocowym ogrodem, kilku gospodarskiemi budowlami i dziedzińcem, otoczonym porządnym płotem z ostrokołów. Dwa te dworki, rozdzielone z sobą całą przestrzenią kilkunasto-morgowego gaju, były tak podobne do siebie, jakby to jedna stawiała ręka. Cała różnica między niemi zachodziła w tem, że jeden z nich patrzył na północ, drugi na południe, i że w jednym z nich, wyraźnie w tym, który ku południowi był zwrócony, budowle gospodarskie były nieco większe i ogród rozleglejszy, co oznaczało większą rozległość należącego doń folwarku. Gdyby poeta jaki, z myślą do zachwytu łatwą, został nagle przeniesiony w to miejsce, uradował-by się niezawodnie wielkiemi, choć skromnemi, pięknościami natury, które w niem panowały, mianowicie o wczesnej wiosennej porze roku.

Poważna, uroczysta cisza zalegała ledwie rozzielenione pola, a przerywało ją tylko brzęczenie owadów, które w licznych rojach unosiły się nad łąkami i kąpały różnobarwne skrzydła w potokach słonecznych promieni. Niekiedy z pomiędzy zagonów, zrywał się skowronek i, nucąc srebrną piosenkę, wznosił się prostopadle w górę, aż rozpłynął się pod niebem w ledwie dostrzegalny punkcik szary. Niekiedy także na wysokiej kępie, sterczącej śród łąki, albo na spróchniałym pniu dawno zrąbanej wierzby, stanął pstrokaty bocian i zaklekotał donośnie, a klekotaniu jego odpowiadał, od strony któregoś z dworków, cichszy, bo stłumiony przestrzenią, klekot bocianicy. Pod zieloną ścianą gaju, białe, żółte i szafirowe motyle, jak skrzydlate obłoczki, podnosiły się z pomiędzy trawy, osiadały na młodziuchnych listkach brzozowych albo na gałęziach dębiny, po chwili zrywały się z listków i gałęzi, unosiły się wysoko aż do szczytów drzew i spuszczały się znowu ku ziemi, łącząc się, rozdzielając, goniąc i opadając znowu w trawę.

Ale w gaju dopiero, w samej głębi jego, wrzało najgęstsze, najbardziej rozbudzone i rozmaite życie natury. Roje ptastwa szczebiotały tam na wyścigi, dzięcioł wystukiwał sobie robaczki w konarze starego dębu, kukułka figlarnie odzywała się z zarośli, wiewiórki skakały po drzewach, puszystemi kitami wstrząsając gałęzie, u dołu zielony mech drżał, poruszany odbywającą się śród niego robotą mrówek.

Pomiędzy tem wszystkiem słońce, przeciskając się przez gąszcz leśną, rzucało gdzie-niegdzie szerokie smugi jasności, gdzie indziej migotało wązkiemi nićmi lub oderwanemi iskrami światła, gdzie indziej jeszcze zostawiało w pół-cieniu całe przestrzenie, osłonięte grubemi pniami i rozłożystemi gałęźmi, pokryte różowym wrzosem i zapełnione szelestem uściełających gniazda ptaków, brzęczeniem szukających pokarmu owadów i fruwaniem różnobarwnych motyli. A z góry, po przez szczyty drzew, zaglądały błękitne i białe kawałki obłoków, jakby ciekawe spojrzeć w tę głąb' cienistą, w której ruszały się miliony drobnych, śpiewających i kochających się na wyścigi istot, w której z pomiędzy trawy wykwitał blady nieśmiertelnik żółty, podnosiły się dzwonki liliowe, albo śród mchu ponsowiały lśniące grona żórawin.

Tą cichą, a jednak gwarną, prostą, bezdennie głęboką sielanką przyrody, otoczone były dwa dworki szlacheckie, stojące w dwóch wklęsłościach gaju. Patrząc na nie, jak nizkie, szare ale czyste stały tam między trzema ścianami zieleni i jedną stroną, niby wielkiem oknem, patrzyły na równinę pól i łąk, trzeba było pomyśleć, że mieszkańcy ich, wykołysani urokiem wiejskiej i nieprzeinaczonej sztuką natury, musieli koniecznie w sercach swych wyhodować również prostą a wdzięczną poezyą, również skromną w swych objawach, a pełną życia głębią uczuć.

Obok tej poetycznej, znać jeszcze było wkoło obu dworków wysoko podniesioną praktyczną i realną stronę życia. Otaczające je grunta uprawne były wzorowo i z niezmierną starannością, nigdzie w okolicy nie dawały się widzieć zagony tak równo i pulchno zorane, rowy tak we właściwych wykopane miejscach, łąki tak oznaczone i oczyszczone z zarośli. Na łąkach tych pasły się trzody bydła i owiec, nieliczne wprawdzie, ale pięknej rasy i wybornie utrzymane; a wiejskie wyrostki, co je pasły, nie miały wychudzonych i zaspanych twarzy, a na sobie brudnej lub obdartej odzieży, ale w czystem i całem ubraniu, z rumianemi policzkami i wesołym wzrokiem, biegały po łąkach, goniąc się i swawoląc. Nie jeden z nich siadywał na kępie i otwierał elementarzyk z malowanemi obrazkami, albo książkę do nabożeństwa i, spoglądając często na powierzone sobie stada, czytał półgłosem lub nucił pobożną piosenkę.

W ustroni tej, wszędzie, gdzie spojrzeć mogło oko ludzkie, widać było jakąś rękę umiejętną i opatrzną, która rządziła wszystkiem. Od szarych, jednostajnych domów dwóch dworków, od twarzy ludzkich, które przesuwały się w ich pobliżu, aż do każdego zagona gruntu, do każdej zrównanej kępy na łące, wszystko tam tchnęło ładem, wdziękiem, starannością. Jak, przy pierwszem spojrzeniu na tameczną naturę, można było przypuścić, że dworki te posiadają serca poetyczne i głębokich uczuć pełne, tak, przyjrzawszy się panującemu tam porządkowi, trzeba było pomyśleć, że, oprócz serc poczciwych, musi tam być i umysł jakiś jasny a wytrwały, który pojął wysokie zadanie człowieka: udoskonalania wszystkiego z czem się styka, i choć-by z drobnej otaczającej go sfery, wyciągania wszelkich możebnych korzyści dla siebie i świata.

Pewnego kwietniowego ranka, z jednego z dworków tych, tego właśnie, który frontowemi oknami patrzył na północ, parę godzin przed południem wyszedł młody jeszcze mężczyzna. Zwyczajem pilnych gospodarzy, starannie zamknął za sobą wrota dziedzińca i poszedł drogą, wiodącą ku polom i obsadzoną młodemi topolkami. Potem zwrócił się na miedzę, biegnącą wzdłuż gaju, między zagonami bujnie wschodzącego żyta. Szedł z wolna, z rękoma w tył założonemi, w szarem ubraniu z prostego sukna, w gospodarskiem obuwiu i okrągłym słomianym kapeluszu; średniego wzrostu i szerokich ramion, twarzy ogorzałej ozdobionej ciemnym bujnym wąsem, z ubrania i powierzchowności wyglądał na zamożnego zagrodowego szlachcica.

Zaledwie uszedł na miedzy kilkadziesiąt kroków, gdy nagle, tuż prawie z pod stóp jego, zerwał się z zagonu skowronek, uniósł się parę łokci nad ziemię i zaśpiewał. Mężczyzna, jakby lękając się krokami swemi spłoszyć ptaszka, stanął i patrzył. Skowronek śpiewał ciągle i prostopadłym lotem wzlatywał coraz wyżej, mężczyzna ścigał go wzrokiem. W końcu ptaszyna wzniosła się bardzo wysoko i zniknęła prawie pod obłokami, tylko śpiew jej srebrzysty i donośny dochodził z dali do pól, pogrążonych w cichości, a człowiek, straciwszy ją z oczu, spuścił głowę i nie szedł dalej, ale stał z założonemi na piersi rękoma, pogrążony w zamyśleniu. Czyżby w zamyślenie to wprawił go widok i śpiew drobnego ptaszka? Ktoby jednak wnosił z prostego ubrania i niemniej prostej powierzchowności jego, przypuścił-by raczej, że szlachcic, hreczkosiej, myśli o tem, ile z każdego morga będzie miał tego żyta, śród którego stoi. Ale dla czegóż zadumał się on wtedy dopiero, gdy z pod stóp jego wzleciała wiosenna ptaszyna i z pod obłoków słała mu wdzięczną piosenkę swoję? Zamyślenie to byłoż skutkiem głębokiego poczucia natury, nie przytępionego nawet codziennem z nią obcowaniem? Albo może odbiła się w nich rzewna poetyczność serca, okrytego szarem i grubem odzieniem?

Bądź co bądź, to pełne zachwytu przypatrywanie się lotowi skowronka, i to zapadnięcie w zadumę niepozornie wyglądającego mężczyzny, widział człowiek, który w tej samej chwili wychylił się z za skraju lasu, stanął także i bacznie przypatrywał się, stojącemu śród pola, szlachcicowi. Był on czarno ubrany i trzymał pod ramieniem dużą tekę, jaką noszą ze sobą podróżujący uczeni lub artyści. Teka ta, okrągły popielaty kapelusz, całe ubranie, zastosowane do pieszych wycieczek, i posiwiałe włosy, wyglądające z pod kapelusza, nadawały mu w istocie postać poważnego turysty. Postąpił kilka kroków; szelest, jaki uczynił, obudził z zamyślenia człowieka w szarym surducie; podniósł on głowę i obaj spojrzeli na siebie: szlachcic z lekkiem zdziwieniem, turysta uprzejmie i życzliwie. Obaj machinalnie prawie podnieśli ręce do kapeluszy i skłonili się sobie wzajemnie.

- Przepraszam pana - odezwał się nadchodzący - czy nie możesz mi pan powiedzieć, jak daleko znajduję się od Adampola?

- O dobre trzy wiorsty, które nawet czterema nazwać-by można - odpowiedział szlachcic.

- A! - zawołał turysta z rodzajem zakłopotania - nie spodziewałem się odejść tak daleko, ale przypadkiem zbłądziłem!

- Pan pewno pierwszy raz jesteś w tych stronach? - spytał szlachcic.

- Tak - powiedział przybyły - przyjechałem w te strony w celu odbycia kilku naukowych wycieczek i locum standi mam w Adampolu.

Gdy to mówił turysta, szlachcic powtórnie uchylił nieco kapelusza.

- A! - rzekł - dziękuję przypadkowi, który w ustroni tej dał mi poznać człowieka, podróżującego w tak szlachetnym i pożytecznym celu.

Słowa te i dźwięk, jakim były wypowiedziane, odbiły się od prostaczej postaci szlachcica, nie mniej dziwnie, jak uprzednia poetyczna zaduma, w którą go wprawił widok i śpiew skowronka. To też mężczyzna z teką spojrzał nań z zajęciem i odrzekł:

- Uważałem przed chwilą, że i pan lubujesz się naturą, którą ja z naukowego badam stanowiska. Z taką przyjemnością zdawałeś się pan słuchać pieśni skowronka i patrzeć na lot jego!

Szlachcic nie zmieszał się bynajmniej tem spostrzeżeniem przybyłego, uśmiechnął się tylko i odpowiedział z prostotą:

- Tak, panie, kocham naturę we wszystkich jej przejawach, bo ona jest towarzyszką moją od lat dziecięcych aż dotąd. Ona była świadkiem wszystkich prac i pociech mego życia, a także i cierpień, których podobno żadnemu nie braknie człowiekowi. Każda pora roku sprowadza mi mnóztwo przypomnień, każdy kawałek pola, ptak, roślina, drzewo niemal każde, są mi znajome niby rodzeństwo, z którem się zhodowało pod jednym dachem. Pan zapewne uczysz się poznawać naturę, a może i innych znajomości tej nauczasz; ja czuję ją i kocham.

Im więcej szlachcic mówił, tem zwiększało się zdziwienie turysty. Przypatrywał się mu coraz uważniej.

- Pan zapewne jesteś właścicielem jednego z tych folwarków, które się tu pod gajem znajdują? - spytał po chwili.

- Tak, panie, oto mój dom - odparł szlachcic, wskazując dworek, o kilkaset kroków odległy, i szybko dodał:

- Ale, jeżeli pan dziś opuściłeś Adampol, musiało to być chyba bardzo rano, a ponieważ błądziłeś, musisz być porządnie zmęczony. Może pan przyjmiesz u mnie gościnność, choć na godzin parę, dla wytchnienia i posiłku?

- Z przyjemnością przyjmuję uprzejme zaproszenie pana - grzecznie i z wyraźnem zadowoleniem odrzekł turysta - tem bardziej, że, badając roślinność stron tutejszych, rad też będę poznać ich mieszkańców.

Szlachcic skłonił się lekko i już usunął się dla zostawienia gościowi swemu pierwszeństwa na wązkiej miedzy, gdy ten wyrzekł żywo:

- Ale ponieważ miły dla mnie traf sprowadził nas tu razem i będę gościem pańskim, trzeba przecież, abyśmy wiedzieli wzajem, jak się nazywamy. Jestem Andrzej Orlicki.

- A! - ze zdziwieniem i radością, zawołał szlachcic - więc pan jesteś tym znanym powszechnie i tak pożytecznie pracującym przyrodnikiem naszym, którego prace i nam prostakom pomagają znać i miłować naturę! Serdecznie, bardzo serdecznie witam pana na progu mojej zagrody. Nazywam się Bolesław Topolski.

To mówiąc, jakby przez głębokie uszanowanie dla nauki i pracy człowieka, którego miał przed sobą, zdjął całkiem kapelusz i wyciągnął rękę ku swemu nowemu znajomemu.

W tej chwili dopiero, gdy przez zdjęcie kapelusza odsłoniła się górna część twarzy zagrodowego szlachcica, pan Andrzej mógł przyjrzeć się głównym cechom jego fizyognomii. Była to twarz, która, na pierwszy rzut oka, nie odznaczała się niczem, ogorzała i pospolitych rysów. Gdy nic nie mówił i oczy miał spuszczone, nikt-by ani chwili nie myślał mu przypatrywać się i tysiące osób mogły-by przejść koło niego, nie spojrzawszy nań inaczej, jak mimochodem. Ale, gdy podniósł wzrok, zwracał na siebie koniecznie uwagę każdego, kto nań patrzył, bo miał takie spojrzenie, jakie rzadko spotkać można u ludzi jego stanu. W dużych szarych oczach jego była niepospolita głębia dobroci i myślącego spokoju, z za których wypływała chwilami nieokreślona jakaś rzewność, niby odblask tajonej a może i nieświadomej siebie poezyi serca. Czoło miał dość wysokie i bielsze od reszty twarzy, włosy ciemne, krótko przystrzyżone, usta bardzo zwyczajne, trochę nawet za wypukłe i nie zupełnie kształtne, gdy milczał, ale gdy mówił lub uśmiechał się, nabierały one wyrazu tej samej dobroci, jaką miały oczy, i układały się w pewne zagięcia, znamionujące moc i męzkość charakteru. Miał też niezwyczajny uścisk ręki, ciepły, silny i jakby nieco drżący. Kiedy w uścisk ten ujął rękę czyją, zdawało się, że mu w dłoń przechodziły tętna żywo uderzającego serca.

Wszakże oprócz spojrzenia, wyrazu ust i uścisku ręki, wszystko w powierzchowności jego było pospolite i bynajmniej nie zajmujące.

Nigdyby powierzchownością swoją nie mógł zwrócić na siebie oczu pięknej kobiety, a wszyscy, którzy go mijali, nie widzieli w nim najczęściej nic, prócz poczciwego może prostaka. Ale niekiedy, nagle, jakby promień przesuwał się po jego twarzy i postaci, w oczach błyskała myśl, w uścisku dłoni zadrgało serce i każdy, kto go miał za prostego poczciwca, dojrzawszy promień ten, odstępował ze zdziwieniem i mówił sobie: "Nie spodziewałem się!"

Ten promień duchowy, przenikający niekiedy na zewnątrz przez oczy, uśmiech i uścisk ręki Bolesława Topolskiego, nie mógł ujść uwagi pana Andrzeja. Musiał także powiedzieć sobie: "nie spodziewałem się!", bo z niezmiernem zajęciem przypatrywał się swemu towarzyszowi, gdy, zszedłszy z wązkiej miedzy, szli obok siebie drogą, ku dworkowi wiodącą.

- Jakąż wzorową uprawę pól widzę tutaj - rzekł pan Andrzej, puszczając spojrzenia po długich, wązkich, wypukłych i jakby ręką ludzką usypanych zagonach! - Czy wiesz pan, że rzadko w kraju naszym zdarzało mi się napotykać tak umiejętnie i starannie urządzone gospodarstwo. To istny holenderski ogród!

- W istocie - odpowiedział Bolesław - robię wszystko, co mogę i umiem, aby niewielki kawałek gruntu, jaki posiadam, podnieść do najwyższej możebnie wartości. Czynię to i dla własnej korzyści, i z przekonania, że każde pojedyńcze wysilenie, jakkolwiek odosobnione, każda praca, jakkolwiek w małym zamknięta obrębie, skoro tylko umiejętna jest i wytrwała, może choćby drobne ziarenko dorzucić do ogólnego pożytku.

- Dawnoż pan mieszkasz tutaj? - spytał pan Andrzej, którego zajęcie wzrastało.

- Urodziłem się w tej zagrodzie - odrzekł Bolesław - a w dziedzictwie otrzymałem ją po ojcu przed ośmiu laty.

- A więc musiałeś pan już otrzymać po ojcu folwark ten w tak pięknym stanie?

- Nie zupełnie. Ojciec mój rzadko i tylko przy końcu życia swego w nim mieszkał, bo całą młodość i część dojrzałego wieku spędził na wojaczce, która go prowadziła po odległych krajach. Był on we Włoszech, w Hiszpanii, na San Domingo i w Algierze, a gdy wrócił do ojczystej zagrody, przywiózł z sobą bogaty w doświadczenie i wiadomości umysł, ale ciało osłabione ciężkiemi trudami, jakie ponosił, i niezdolne już do pracy fizycznej, wymagającej ruchu i energii.

Matka moja, święta domowemi cnotami, umarła wkrótce po jego powrocie; ja miałem wtedy lat piętnaście. Folwark nasz w niezmiernie opłakanym naówczas był stanie; znać w nim było wieloletnią nieobecność gospodarza. Ojciec mój w części tylko mógł temu zaradzić i tego tylko dokazał, że małą majętność naszę od zupełnej uchronił ruiny, ale podnieść jej i udoskonalić sterane nie dozwoliło mu zdrowie. Natomiast zajął się mną z całym zapałem duszy, nie ostudzonej długiem tułaczem życiem, z całą miłością ojca, który pragnie w syna swego przelać samego siebie.

Uczył mię, a nauczyć mógł wiele, bo sam z otwartemi oczyma ducha po świecie wędrował; najbardziej jednak, najusilniej zaprawiał mię do pracy, do pracy rąk i myśli, ciała i ducha, bo, jak powiadał, obie są również cenne i pożyteczne i obie powinny być ciągłemi towarzyszkami życia prawdziwie uczciwego człowieka. Wpływał on na mnie niezmiernie, mocą swej nieograniczonej dla mnie miłości i urokiem męzkiej, jędrnej poezyi, której pełne było jego rycerskie serce, a która zwolna zdawała się sączyć i przelewać w moje. Mając lat dwadzieścia, czynnie już zająłem się gospodarstwem; zrazu była to praca ciężka, mozolna, taka, która wymaga uczestnictwa własnych rąk, budzi przed wschodem słońca i zaledwie parę godzin wieczornych zostawia do porachowania się z własnemi myślami. Ale raźno mi było i ochoczo pracować pod ojcowskiem okiem, z myślą, że mu na stare lata daję opiekę młodego ramienia i byt wygodny zapewniam. Zdarzały się różne przeciwności, nieurodzaje, upadki bydła; ale wszystko to przeniosło się jakoś i naprawiło, dzięki Bogu, i miałem tę najwyższą pociechę, że ojciec mój ostatnie lata swoje przeżył w nowo zbudowanym i wygodnym, choć małym, dworku, który stanął na miejscu starego, na wpół rozwalonego, i że te ściany, w których prawdopodobnie życie całe przepędzę, słyszały jego dziękczynne i gorące błogosławieństwa, jakie przed zgonem na moję głowę zlewał.

Przestał na chwilę mówić Bolesław i twarz jego pokryła się szybko stłumionem wzruszeniem. Jakby chcąc pokryć wzruszenie to, uśmiechnął się wesoło, spojrzał na pana Andrzeja swojem głębokiem, dobrem spojrzeniem i rzekł:

- Ale uważam, że wpadłem na tor opowiadania panu mojej biografii. Daruj pan! to nie zajmujące. Przypominam sobie, że słyszałem, jak ktoś, który tu u nas w okolicy za bardzo uczonego uchodził, utrzymywał, że nic bardziej nudnego nie zna, jak wszelkie biografie.

Pan Andrzej serdecznie na niego popatrzył.

- Od kilku chwil zaledwie znam pana - rzekł - ale wybacz mojej otwartości, gdy powiem, że wzbudziłeś we mnie takie zajęcie, iż radbym, choćby przemocą, wedrzeć się w najdrobniejsze szczegóły twego życia.

Skłonił głowę z podzięką Bolesław.

- Pragnął-bym - odpowiedział - aby to zajęcie się mną pana obdarowało mię z czasem jego szacunkiem i życzliwością. Co do szczegółów mego życia, są one bardzo zwykłe i powszednie.

Folwark mój jest niewielki; jest to raczej zagroda szlachecka, niż folwark. Prowadzę w nim czteropolową gospodarkę, bo taka najlepiej przypada do natury gruntów. Na każdą zmianę mam po włóce ziemi, półtory włóki łąki i tyleż prawie lasu; oto i całe moje bogactwo. Miałem przywiązane do ziemi tej trzy rodziny poddanych chłopów, ale ich uwolniłem zaraz po śmierci ojca, wskutek ostatniej woli jego, która się i z moją zgadzała. Odtąd zaprowadziłem parobczane gospodarstwo i przekonałem się, że takie, gdy tylko jest umiejętnie prowadzone, daleko więcej przynosi korzyści gospodarzowi, niż przymusowa praca.

Dziś otrzymuję z Topolina dochód taki, jaki gdzie indziej mają z majątków cztery albo i sześć razy większych od mego. Latem i jesienią pracuję bardzo nad rolą, zimą i wiosną mniej mam do czynienia z gospodarstwem, to też zamykam się w mojej szarej kochanej chacie i staram się nie zatracić tego, co mi z dziedziny wiedzy pozostawił mój ojciec, a może, przy pomocy Bożej, i dorobić się przybytku moralnego dobra, tak, jak już dorobiłem się przybytku powszedniego chleba.

Kończąc to mówić, Bolesław wraz z swym towarzyszem znalazł się na ganku swego domu i uprzejmym gestem wskazał wejście gościowi.

Z widnej, czysto wybielonej i wymiecionej sieni, pan Andrzej wszedł do jasnego, o dwóch oknach, wychodzących na dziedziniec, pokoju.

Podłoga w nim była z prostych desek, niemalowana, ale gładko ułożona i czysto wymyta; pod ścianą, między oknami stała kanapa z żółtego jesionu, przed nią stół okrągły, pokryty serwetą pięknej i delikatnej roboty kobiecej.

U okien były firanki z gładkiego białego muślinu, pod ścianami stały wyplatane żółte krzesła, na ścianach wisiało kilka niewielkich portretów znakomitych w dziejach ojczystych ludzi, w prostych drewnianych ramach, malowanych czerwono z czarnemi kantami. Przez otwarte drzwi do drugiego pokoju widać było łóżko, ozdobione dużym, nieco spłowiałym dywanem, stolik z przyrządami do pisania i z kilku rachunkowemi oprawnemi księgami, kilka półek przy ścianie, napełnionych książkami różnych formatów, a nad książkami zawieszony na haku pęk wielkich kluczy, od śpichrzów snać i stodoły.

Skromne było to szlacheckie mieszkanko, czyste, jasne i nieco surowe. Żadnych ozdób, nic w niem nie było miękkiego, wszystko tylko ściśle potrzebne, choć dostatnie. Klucze, zawieszone nad książkami, i książki, stojące pod niemi na półkach, zdawały się być symbolami mieszkania i żyjącego w niem człowieka.

Dwie tylko były tam rzeczy, drobne, ale stanowiące sprzeczność z surowością i pierwotną prostotą całego otoczenia: serweta na stole, wyraźnie kobiecą ręką pleciona z jedwabiu, jak z nitek pajęczych, i doniczka na oknie z pięknie kwitnącym białym narcyzem.

Te dwa przedmioty zdawały się mówić o kobiecie, tchnęły kobiecością, której zresztą śladów nigdzie więcej nie było.

- Przepraszam pana, że opuszczę go na chwilę - rzekł Bolesław do gościa, gdy obaj weszli do mieszkania - pan jesteś głodny, a ja nie zapominam o tem, że jestem gospodarzem i że natrętnie prawie pociągnąłem pana do siebie. Rozkażę więc podać przekąskę, przyśpieszyć obiad i natychmiast służyć będę.

To mówiąc, wyszedł, a pan Andrzej zaczął rozglądać się wkoło. Spojrzał w głąb' sąsiedniego pokoju, którego drzwi na oścież były otwarte, a wiedziony ku książkom zamiłowaniem uczonego, zbliżył się do nich.

Półki, zawierające księgozbiór Bolesława, dzieliły się na dwie kondygnacye, przegrodzone podłużną deską. Po jednej stronie były grube tomy, na których skromnej czarnej oprawie jaśniały imiona: Śniadeckich, Kołłątaja, Naruszewicza, Skargi, Lelewela i parę innych; po drugiej stały powieści i poezye, nowszych czasów przeważnie, a między niemi parę tomów Kochanowskiego, Krasickiego i Reja z Nagłowic.

Pan Andrzej czytał tytuły książek i przyjemne zdziwienie wzrastało na jego twarzy. Wypadkiem rzucił spojrzenie na bok i ujrzał na niewielkim stoliku, umieszczonym przy łóżku, parę gazet i illustracyi polskich; pomiędzy niemi stał lichtarz z niedopaloną świecą i można było odgadnąć, że nie dawniej, jak dnia poprzedniego, Bolesław, przed zamknięciem do snu oczu, pisma te czytał. Leżały one nawet w nieładzie, świadczącym, że pilnie zajmowano się niemi.

Pan Andrzej patrzył i zamyślił się, ale z zamyślonych oczu jego zniknął całkiem smutek, a ukazała się w nich błogość taka, jaką czuje człowiek, który widzi wcielającą się najulubieńszą ideę swoję.

W zamyśleniu zdjął z półki jednę z książek, - była to korespondencya Kołłątaja z Czackim.

Przerzucał ją pan Andrzej machinalnie prawie, gdy z pomiędzy kartek wypadł kawałek cienkiego papieru. Podniósł go z podłogi i mimowolnie rzucił nań okiem; kilka wierszy drobnem i wprawnem pismem było na tym papierze. Pan Andrzej sądził, iż są to notaty z poważnego dzieła, w którem się papier znajdował i przeczytał:

"Widziałem ją dziś, dobrą i piękną, jak Anioł. W oczach jej było niebo dobroci, na ustach raj rozkoszy."

"Kobieta dobra i piękna, to dla mężczyzny źródło, z którego on co chwila czerpie szczęście i siły na surowe i pracowite życie.

"A taką jest ona.

"A ona będzie moją!"

Pan Andrzej uśmiechnął się i rzekł do siebie:

- Nie potrzebniem to przeczytał, ale nie spodziewałem się, aby dwaj uczeni mężowie, Kołłątaj i Czacki, byli powiernikami marzeń miłosnych.

Włożył kartkę do książki i książkę postawił na półce. W tej samej chwili ozwał się obok niego wesoły głos Bolesława.

- Uważam, że pana zajęła nieco biblioteczka moja. Połowa jej, ta mianowicie, która składa się przeważnie z dzieł minionych stuleci, dostała mi się po ojcu, drugą sam dokupiłem.

Pan Andrzej podniósł wzrok i po chwili milczenia rzekł gorąco:

- Daj Boże, aby syn pana, jeśli go kiedy mieć będziesz, tak samo snuł dalej poczciwą i rozumną myśl, która ukrywa się pod tą słomianą strzechą, jak prawdziwa perła na dnie niepokaźnej muszli!

Uśmiechnął się Bolesław i uścisnął rękę swemu gościowi.

- Mało mojej zasługi jest we wszystkiem, co pan dobrego lub rozumnego zobaczyć możesz w tej mojej zagrodzie. Od wieków było tutaj poczciwie i rozumnie, a ja ciągnę dalej nić tradycyi ojczystej, przekazanej mi po przodkach, a bezpośrednio otrzymanej w spuściźnie po ojcu.

- O! tak - odparł z przejęciem się pan Andrzej - trzeba być złym i bezrozumnym, aby poczciwej tradycyi rodzinnej nie uszanować i nie uszlachetnić jej własną pracą.

- Pozwól, szanowny mój gościu - rzekł Bolesław - abym teraz zaprosił cię na prozaiczne pole powszednich potrzeb. Przekąska na nas czeka.

To rzekłszy, wprowadził gościa do pierwszego pokoju. W chwili, gdy tam wchodzili, stary sługa, o włosach i wąsach białych jak śnieg, o czerstwej twarzy i szerokiej szramie na czole, stawiał na stół, umieszczony przed kanapą, tacę pełną wiejskich przysmaków: wędlin, serów i litewskich nalewek. Bolesław zbliżył się do służącego, położył mu rękę na ramieniu i rzekł do pana Andrzeja:

- Przedstawiam panu poczciwego Krzysztofa, starego towarzysza broni mego ojca.

Pan Andrzej przemówił kilka słów przychylnych do starego wojaka, który odpowiedział, kłaniając się z żołnierska i uśmiechając się pod wąsem:

- Je parle français, mosie, j'etais sept ans en France, beau Paris!

Zaśmieli się gość i gospodarz z tej improwizowanej francuzczyzny i z dobrym apetytem wzięli się do śniadania. W pokoju słońce szerokiemi smugami złociło posadzkę, migotało po ścianach i opromieniało portrety wielkich mężów. Na dziedzińcu, naprzeciw jednego z otwartych okien, młody chłopak w siermiędze pasł dwa stajenne, młode, ale dobrze utrzymane, koniki. Stał on na zrębie i wykonywał różne gimnastyczne sztuki, dla pokazania swej zręczności przed dwiema rumianemi dziewkami, które, o parę kroków od niego, prały bieliznę w wielkiej balii. Dziewczęta śmiały się do rozpuku, a chichotaniu ich towarzyszyło skrzypienie żórawia u studni i plusk wody, przelewającej się z wiadra do koryta. Na dziedzińcu wokoło wszystko tchnęło zielenią, świeżością, czynnem życiem, w pokoju panowała cisza i ład, a nieokreślona jasność wewnętrzna, niby promienie silnego i spokojnego ducha, okrywała twarz gospodarza, swobodnie rozmawiającego ze swym gościem.

Pan Andrzej słuchał i patrzył na wszystko uważnie, w końcu rzekł:

- Prawdziwie zachwycony jestem pańską ustronią. Kto tu raz zajrzał, może śmiało powiedzieć: "i ja byłem w Arkadyi!" Wiesz pan jednak, co mi na myśl przychodzi? Do uzupełnienia tej cichej poezyi i pełni życia, jakie tu panują, braknie jeszcze kobiety, rozumie się kochanej, dobrej i myślącej.

Bolesław nic nie odpowiedział, tylko uśmiechnął się i, jakby mimo woli, rzucił spojrzenie na doniczkę z narcyzem, a w oczach jego błysnął wyraz uszczęśliwienia.

Czas upływał szybko, słońce już tylko parę godzin miało do zachodu, a pan Andrzej ani myślał o opuszczeniu szlacheckiej zagrody, która snać bardzo przypadła mu do serca.

Już było po obiedzie, gość i gospodarz siedzieli na ganku, prowadząc ciągle rozmowę, która nabywała coraz więcej zajęcia i ożywienia.

- Powiedz mi pan - rzekł pan Andrzej - kto mieszka w tym drugim dworku, co tam za gajem stoi, a tak podobny jest do tego, jakby obadwa przez rodzonych braci postawione były?

Na to pytanie pana Andrzeja, nagły rumieniec oblał twarz Bolesława i pokrył mu nawet czoło.

Z rumieńcem tym wyglądał on, jak człowiek, który na chwilę zapomniał był o czemś przejmującem na wskróś całą jego istotę, a ktoś mu o tem nagle przypomniał i przypomnienie to, niby dotknięcie iskry elektrycznej, wstrząsnęło całym jego organizmem. Pohamował się jednak szybko i odrzekł spokojnie:

- W dworku tym, który się nazywa Niemenka, mieszka pani Niemeńska, kobieta w wieku i wdowa, z synowicą swoją, panną Wincentą Niemeńską.

Trzeba było bardzo nieprzenikliwego oka i ucha, aby nie dojrzeć wymownego spuszczenia oczu i nie dosłyszeć szczególnego dźwięku głosu, z jakiemi Bolesław wymówił ostatnie imię.

Pan Andrzej nie należał do rzędu nieprzenikliwych, to też uśmiechnął się nieznacznie, z przyjemnością popatrzył na Bolesława i ozwał się:

- Pan zapewne często bywasz w Niemence? tak blizkie sąsiedztwo...

- O! bardzo blizkie - odrzekł Bolesław - tem bliższe, że panna Wincenta jest moją narzeczoną.

Wyrzekł to z uśmiechem, ale głos mu zadrżał, i znowu nagły, ponsowy rumieniec pokrył twarz na mgnienie oka.

W tem drżeniu głosu i w tych nagłych ognistych rumieńcach, pojawiających się przy wspomnieniu kobiecego imienia u tego mężczyzny, skończonych lat trzydziestu i męzkiej powierzchowności, odbiła się przedziwna świeżość i dziewiczość serca, ale zarazem trysnęła z nich łuna płomienistej, namiętnej natury.

Rozmowa po raz pierwszy przerwała się na chwilę. Bolesław spuścił wzrok i zamyślił się, jakby zapomniał o tem, co się działo koło niego; pan Andrzej patrzył nań z baczną i życzliwą uwagą.

- Tak więc - odezwał się - masz pan tylko krok jeden uczynić do ślubnego ołtarza.

- Krok ten jednak dość długo trwać będzie - odpowiedział Bolesław - panna Wincenta bardzo młoda jest jeszcze, bo ma dopiero rok siedmnasty; za wolą jej i jej ciotki, a także i wskutek własnej rozwagi, postanowiłem czekać rok jeden jeszcze, chociaż rok już także mija od czasu, jak jesteśmy zaręczeni.

- Zapewne odłożyłeś pan termin ślubu swego dla lepszego wzajemnego poznania się z narzeczoną? - spytał pan Andrzej.

- O, tego już nam nie potrzeba - żywo odparł Bolesław. - Ja znam pannę Wincentę od dzieciństwa, a okoliczności tak się składały, że od lat pięciu, t. j. od pory, w której straciła ojca i została zupełną sierotą, bo matki nie miała już oddawna, widywaliśmy się codziennie prawie.

Zwłoka ta została postanowioną skutkiem uwagi, że lepiej jest zawsze, jeśli kobieta przyjmuje na siebie obowiązki żony i gospodyni, a może i mające wkrótce nastąpić trudy macierzyństwa, wtedy, gdy jest już w pełni rozwoju swoich sił moralnych i fizycznych. Zresztą ona tak chciała, a niech mię Bóg broni, abym przeciw woli jej miał przyśpieszać choć o jeden dzień spełnienie najgorętszych życzeń mego serca.

- I panu to oczekiwanie nie wydaje się zbyt trudnem - spytał pan Andrzej, przypatrując się silnemu rozpłomienieniu oczu, jakby elektrycznemu prądowi, który przebiegał po twarzy Bolesława, gdy mówił o narzeczonej.

- Nie - odrzekł Topolski - widujemy się bardzo często, pewny jestem, że posiadam jej serce, i że ją posiadać będę, a to mi wystarcza. Zresztą i teraźniejszość daje mi tak wiele żywych radości, że, gdybym był najpierwszym z poetów w świecie, nie wiem, czy-bym je wszystkie wypowiedzieć był zdolen.

- Sielanka, prawdziwa sielanka! - szepnął do siebie pan Andrzej, a głośno dodał: - prawdziwie, jak słucham pana, mówiącego mi o swej narzeczonej, zdaje mi się, że słyszę pieśń, śpiewaną śród pól i gajów, przy odgłosie fujarki pasterskiej i szmerze strumyka. Jakże-bym pragnął widzieć narzeczoną pańską.

- O, nic łatwiejszego! - z żywem zadowoleniem zawołał Bolesław, ujmując za obie ręce swego gościa; - to tak blizko, kilkaset kroków zaledwie, jeśli przez gaj pójdziemy. Jeżeli pan chcesz, możemy tam pójść natychmiast. Ja także będę bardzo szczęśliwym, mogąc pokazać ją panu, pochwalić się z nią...

Rzekłszy ostatnie słowa z radością i dumą kochającego mężczyzny, Bolesław wstał z ławki i patrzył na swego gościa z niepokojem, jakby obawiał się, aby propozycya jego odrzucona nie została.

- Hm - odparł, namyślając się pan Andrzej - będzie to trochę oryginalny postępek z mej strony, ale mam nadzieję, że znajome pańskie przebaczą turyście i staremu dziwakowi chęć poznania ich, jaką pan obudziłeś we mnie. Pójdźmy!

Bolesław jednym skokiem wpadł do wnętrza domu i przyniósł gościowi swemu jego kapelusz.

- Jeden jeszcze warunek, kochany mój i uprzejmy gospodarzu - rzekł pan Andrzej. - W Adampolu będą niespokojni o mnie, jeśli przed zachodem słońca nie wrócę; racz-że tam posłać kogo z uwiadomieniem, że się tu znajduję i z prośbą ode mnie, aby dziś wieczorem przysłano tu moje konie po mnie.

- O, na to ostatnie nie zgadzam się - zawołał Bolesław - gońca z uwiadomieniem poślę, ale koni nie trzeba, bo pan mojemi odjedziesz, i nie dziś, ale jutro. Chcąc nie chcąc, musisz pan u mnie przenocować, jesteś moim gościem, a po staropolsku, gość to niewolnik, który nie ma prawa wyjechać, kiedy chce, ale kiedy gospodarz domu go wypuści, wymógłszy wprzód obietnicę, że prędko wróci do swego chwilowego więzienia.

- Ha! - rzekł pan Andrzej - niechże i tak będzie. Miło mi i dobrze z panem, to i po cóż mam się wyrywać. Na żadną exkursyą i tak nie wybierałem się jutro.

Uścisnęli się serdecznie, po prostu. W uściśnieniu tem nie znać było, że jeden z nich bogatym człowiekiem i sławnym w kraju uczonym, a drugi prostym zagrodowym rolnikiem.

Braterstwo ducha szybko owinęło i połączyło tych dwóch ludzi, tak, jak wonny powój owija i łączy jednemi sploty wspaniały i cenny modrzew z pospolitym, ale silnym i szlachetnym, dębem.

 

CZĘŚĆ I.

 

"Ci, którzy dowodzą, że bez pracy

i trudu dojść do czegokolwiek można,

podają ludziom truciznę."

(Benjamin Franklin.)

 

I. Niedaleko brzegów Niemna...

 

Niedaleko brzegów Niemna, w żyznej i leśnej okolicy, położone były obszerne dobra hrabiny X. Bogata pani oddawna mieszkała za granicą, lub w wielkich miastach krajowych, a majątki swe oddawała w dzierżawę zamożnej sąsiedniej szlachcie.

W jednym z majątków tych, Adampolu, mieszkał dzierżawca pan Jerzy Snopiński.

Obszerny dwór Adampolski, z domem nie okazałym, ale wygodnym, z mocno postawionemi i starannie utrzymanemi budowlami, widniał z daleka pomiędzy wieńcem gęsto sadzonych topoli włoskich. Wysoki parkan z desek, gładko wyheblowanych i porządnie spojonych, obejmował dziedziniec i ogrody, przedzielając je z rozległemi łanami, które roztaczały się daleko, aż pod stopy lasu, tworzącego wązki i ciemny zarys między sklepieniem nieba, a krańcem gładkiej i szerokiej równiny.

Jednego z ciepłych i słonecznych dni Kwietnia, około południa, drogą między polami, wiodącą do dworu, toczyła się zwolna, parą koni zaprzężona, bryczka. Na niej siedział niemłody mężczyzna, z mocno szpakowatemi włosami i wąsami, z pogodnem spojrzeniem szarych oczu, ocienionych gęstą siwiejącą brwią, z postacią krzepką i dobrze zbudowaną, lubo nieco pochyloną przez wiek, a może i przeniesione trudy życia. Owinięty był szarym sukiennym płaszczem, a na głowie miał czapkę, oszytą siwym barankiem.

Wkoło pola zieleniły się gęsto wschodzącem zbożem; pogodne, choć blade jeszcze, słońce wiosenne, gdzie niegdzie rzucało złotawe po zagonach smugi, a, jakby zwabione blaskiem i ciepłem jego, skowronki, wzlatywały z pomiędzy nizkiej, lecz bujnej runi i, wznosząc się prostopadłym lotem, śpiewały srebrzyste piosenki. W dali, pod lasem, szarzało kilkanaście pługów, orzących ziemię pod wiosenny zasiew, a od strony dworu, ukazującego się z pomiędzy niezupełnie jeszcze okrytych liśćmi drzew, dochodziły tłumione przestrzenią głosy i rozmowy, krzątających się zapewne koło dworskiego gospodarstwa ludzi.

Podróżny z zajęciem rozglądał się po okolicy. Zmęczone długą snać drogą, konie, postępowały zwolna; powożący chłopak, z zaspaną fizyognomią, ani myślał o ich napędzaniu; bryczka toczyła się powoli białą, ubitą drogą, między dwoma rzędami starych wierzb i jarzębin.

W dali na polu ukazał się człowiek, szybkim i raźnym krokiem idący wązką śród zagonów miedzą i zręcznie przeskakujący rowy, dla ścieku wody wykopane gdzie niegdzie. Dążył ku drodze i po chwili, przeskoczywszy ostatni rów między polem a drogą, znalazł się tuż koło bryczki.

Był to smukły i piękny młodzieniec, w szarem myśliwskiem ubraniu, w długiem myśliwskiem obuwiu, ze strzelbą na ramieniu, w małej czworogrannej czapeczce z czarnym barankiem.

Ujrzawszy nadchodzącego, podróżny jadący bryczką zawołał na furmana:

- Stój, Jakóbku!

Konie stanęły, a niemłody mężczyzna uchylił nieco czapki i, wskazując ręką dwór o kilka stai położony, zapytał z grzecznością:

- Panie łaskawy, wszak to jest majątek hrabiny X., Adampol?

- Tak, panie - odpowiedział młodzieniec z lekkim ukłonem.

- A w tym dworze mieszka pan Snopiński?

- Tak, panie.

- Bóg zapłać - rzekł podróżny i, skłoniwszy się młodzieńcowi, zawołał na furmana:

- Ruszaj, Jakóbku, a żywo!

Bryczka oddaliła się, a młody myśliwy popatrzył za nią przez chwilę i rzekł do siebie:

- Kogoż to Pan Bóg prowadzi do nas? zdaje mi się, żem kiedyś widział już tego pana... ktoby to był? To ciekawe, słowo daję: at! niech sobie tam zresztą ojciec przyjmuje gościa, ja pójdę jeszcze postrzelać trochę. Oj, gdyby to gdzie kota nadybać, tobym palnął z fuzyjki! Szkoda, że nie wziąłem z sobą chartów.

Tak do siebie mówiąc, zdjął strzelbę z ramienia, obejrzał nabój, pogwizdując, i poszedł dalej brzegiem drogi. Zaledwie uszedł kilkanaście kroków, gdy na jednej z wierzb, po-nad drogą stojących, z głośnem krakaniem usiadła wrona. Młodzieniec spojrzał w górę, uśmiechnął się i wziął fuzyą do oka. Wrona, nie przewidując grożącego jej niebezpieczeństwa, przechyliła się na gałęzi, podniosła dziób i wciąż krakała, jakby rozmawiając sobie z promykiem słońca, który igrał na jej czarnych piórach i zaglądał do otwartego dzioba. Nagle strzał rozległ się i wrona nieżywa spadła z gałęzi. Młodzieniec poskoczył, podniósł ją, umocował przy torbie myśliwskiej i poszedł dalej, gwiżdżąc jakiegoś marsza tryumfalnego, niby zwycięzca, obciążony zdobytemi trofeami.

Tymczasem bryczka z podróżnym wjeżdżała na obszerny dziedziniec Adampolski. Tuż przed bramą zerwało się z przed koni stado gęsi i, z wielkim krzykiem wzleciawszy nad ziemią, osiadło nieopodal obok niemniej licznego stada indyków. Przewodnik ostatnich, olbrzymi jendor, spojrzał na wrzaskliwe sąsiadki, rozpuścił ogon i zabełkotał z pogardą. Jednocześnie z za domu wyskoczyły dwa psy kudłate i poczęły ujadać zawzięcie, podskakując ku bryczce. Na te wszystkie odgłosy, które z towarzyszeniem turkotu kół napełniły dziedziniec, przez jedno z otwartych okien domu wyjrzała naprzód głowa kobieca i wnet się schowała; jakby wywołana przez nią, ukazała się w innem oknie głowa męzka i także natychmiast zniknęła. Po chwili dopiero, otworzyły się drzwi domu i na ganek wyszedł mężczyzna lat przeszło pięćdziesięciu, średniego wzrostu, otyły, z potężną łysiną śród posiwiałych włosów, z twarzą rumianą i poczciwą, ale nacechowaną szczególnem jakiemś zafrasowaniem. Znać było, że tylko co włożył czarny surdut, który miał na sobie, bo jeszcze poprawiał i ociągał poły, co chwila niosąc też rękę do krawata, którego węzeł, z pośpiechem zawiązany, już się był prawie rozwiązał. Każdy-by się domyślił, że dzierżawca Adampola robił umyślną a pośpieszną toaletę in gratiam przybywającego gościa.

Gdy bryczka stanęła przed gankiem, podróżny rzeźko z niej wyskoczył i gospodarz domu postąpił na jego spotkanie. Spojrzeli na siebie i głośny wykrzyknik wyrwał się z ust obydwóch.

- Andrzej! - zawołał dzierżawca, a w głosie jego była prawdziwa i serdeczna radość.

- Jerzy! - odpowiedział przybyły.

I, rzuciwszy się sobie w objęcia, poczęli całować się głośno a długo.

- Kopę lat, kopę lat! - wołał w przestankach całowania pan Jerzy. - Zkądże Pan Bóg prowadzi? jakim szczęśliwym dla nas trafem zawitałeś w nasze strony.

- A dawno, dawno nie widziałem cię już, koleżko! z dziesięć już latek pono - odpowiedział pan Andrzej, uwalniając się w końcu od energicznych całusów dzierżawcy - no, ale widzisz, góra z górą nie zejdzie się, a człowiek z człowiekiem to i niespodziewanie zejść się może.

- Ależ, że niespodzianie to niespodzianie! pójdźcie do chaty! żona przecie nie wie, kto to do nas zawitał!

I wziąwszy pod ramię gościa, jak widać wielce mu miłego, poprowadził go dzierżawca Adampolski we wnętrze domu. Z ganku obejrzał się raz jeszcze i zawołał do stojącego nieopodal parobka i z otwartemi ustami przypatrującego się pańskim powitaniom:

- Konie wziąć do stajni i dać im obroku! Furmana zaprowadzić do kuchni i niech mu tam obiad dadzą!

W godzinę niespełna po tem serdecznem powitaniu, w obszernym pokoju, który urządzeniem swojem przypominał izbę szlachecką, ale okazywał zarazem i pretensyą do salonu, siedzieli oboje państwo Snopińscy i gość ich, pan Andrzej. Przed nimi stały na stole różne wiejskie przekąski i wódeczki, a z odsuniętych talerzy i opróżnionych kieliszków znać było, że funkcya gastronomiczna ukończoną już została.

Gość i gospodarz siedzieli obok siebie. Obaj jednego wieku i patrzący wzajem na siebie z serdeczną przychylnością, różnili się jednak wielce między sobą nietylko przez to, że pan Andrzej był słusznego wzrostu, barczysty, muskularny, ale nie otyły, a pan Jerzy nizki i niepospolitej tuszy; nietylko także przez to, że ostatni miał łysinę, a pierwszy jej nie miał, ale główną i uderzającą między nimi różnicę, stanowiły cechy ich fizyognomii. Czoło pana Jerzego było gęsto pomarszczone, ale zmarszczki jego układały się wszerz, jak zwykle u ludzi, zaprzątniętych głównie i jedynie troskami materyalnemi, ciągłem wywalczaniem powszedniego bytu; zmarszczki zaś pana Andrzeja, także liczne i głębokie, rysowały się na czole jego podłużnie, a najgłębsza z nich była między brwiami, jak to bywa u ludzi, pochłoniętych umysłową pracą i dręczonych często ciężkiem rozmyślaniem o szerokich ogólnych sprawach. W oczach gospodarza domu był wyraz dobrodusznej poczciwości, z za której wyglądał frasunek, niby z nałogu już w nich osiadły; spojrzenie gościa było pogodne i życzliwe, ale, gdy przestawał mówić i zamyślał się, można w niem było dostrzedz odcień smutku. Niekiedy szare i ogniste, mimo wieku, oczy jego, odbiegały najbliższych przedmiotów i zdawały się patrzeć gdzieś daleko, obejmować jakieś szerokie przestrzenie i widnokręgi, a wtedy właśnie bywały najsmutniejsze.

Przyjrzawszy się pilnie obudwom rówieśnikom, łatwo było odgadnąć, że pan Jerzy był człowiekiem, któremu całe życie przeszło śród pracy na kawałek chleba, bez innej myśli, jak o zasiewach, zbiorach i młóceniu, bez innych cierpień, jak nieurodzaj lub gradobicie, bez innych radości, jak niegdyś za młodu wesele z ukochaną Anusią, potem urodziny syna, a potem jeszcze lata, w których zboże dawało dziesięć kop z morga. Pan Andrzej zaś musiał był koniecznie jednym z ludzi, którym królestwo ducha we władanie oddanem zostało, których myśl rada w tem królestwie mieszka.

Naprzeciw dwóch mężczyzn siedziała pani Snopińska, czterdziestoletnia kobieta, chuda, blada, z twarzą nic nieznaczącą i olbrzymim pękiem kluczów przy pasie. Na niej więcej jeszcze, niż na jej mężu, znać było gospodarowanie całego życia, nieokraszone ani jedną szczyptą poezyi, nie ogrzane ani jednym promieniem szerszej, ogólniejszej myśli. Sery, masło i mąka, wypiętnowały na twarzy pani Snopińskiej prozaiczną i oschłą cechę, a postać jej, przybrana w czarny wełniany wązki szlafroczek i w biały czepeczek, który nie zupełnie zakrywał rudawe, gładko uczesane włosy, wyglądała tak, jakby wnet miała zmienić się w długi, zardzewiały i zgrzytający w zamku klucz do śpiżarni.

- No, kochani Państwo - odezwał się pan Andrzej, - teraz, gdyście mię podróżnego nakarmili już i napoili, czas mi powiedzieć, w jakim celu przybyłem do was i zkąd mi się wzięło na odbycie tak dalekiej podróży.

- To prawda - przerwał pan Jerzy - choć z duszy i z serca rad jestem cię widzieć, toć jednak oddziwować się nie mogę, zkąd się tu wziąłeś. Jak z nieba spadłeś, dalipan, boć to mil chyba z pięćdziesiąt do twego majątku, w którym mieszkasz.

- Blizko tego, ale co to znaczy dla takiego zucha, jak ja? - mówił, uśmiechając się, pan Andrzej. - Wszakżeż tą samą bryczką, którą tu przyjechałem, temi samemi dwoma końmi i z tym samym furmanem, Jakóbkiem, przed dwoma laty odbyłem podróż do Warszawy, ba! aż za Warszawę, bo pod same Karpaty.

Oboje gospodarstwo zawołali z podziwem:

- Czyż być może?

- Ot, choć krewniacy mi jesteście, nie wiecie jeszcze o moich dziwactwach. A właśnie z powodu tej mojej ciągłej po świecie wędrówki, niektórzy zowią mię dziwakiem i mają może słuszność, jeśli dziwactwem godzi się nazwać takie zamiłowanie czegoś bez granic, że dla miłości, jaką człowiek w sercu czuje, gotów największe ponieść trudy. Otóż ja, kochani państwo Jerzowie, mam w sercu miłość taką dla nauki i natury. Jerzy zresztą pamiętać to musi od szkolnych jeszcze czasów...

- O tak, tak - powiedział Snopiński - pamiętam, że w szkole ja byłem zawsze hultajem, a ty najlepszym z uczniów.

- Ale miałeś zarazem złote serce i dla tego, nie licząc już związków pokrewnych, polubiłem cię tak, że stosunków naszych nie zerwał ani czas, ani różnica usposobień. Otóż lubiąc nad wszystko książki w dzieciństwie i pierwszej młodości, w wieku dojrzałym zacząłem je sam pisać.

- Wiem, wiem o tem - zawołał pan Jerzy - i zawsze szczyciłem się z tego, że krewny mój kolega pisze tak uczone książki, że ja i zrozumieć ich nawet nie mogę!

Zaśmiał się pan Andrzej z tego naiwnego wyznania dzierżawcy i mówił dalej:

- Wiesz pewnie i o tem, Jerzy, że specyalne studya, jakim się oddaję, mają za przedmiot nauki przyrodnicze: kocham naturę, szukam jej wszędzie, jeżdżę po świecie dla zbadania jej różnych objawów, a potem piszę, com widział i czegom się w wycieczkach moich nauczył. Te-to były cele, które zawiodły mię między Karpaty i nad Wisłę; w tych celach pojadę może w roku przyszłym dalej jeszcze; w tym także celu przybyłem tutaj. Postanowiłem zbadać wszechstronnie Florę krajową i dla tego zwiedzam kraj nie koleją żelazną, ani pocztą, ale swemi powolnemi konikami, aby módz jechać zwolna, zatrzymać się, gdzie zechcę, i na każdem miejscu być panem mego czasu. Gdym przeszłej zimy postanowił zwiedzić tutejsze strony, miałem naprzód zamiar zainstallować się na kilka letnich miesięcy w waszem gubernialnem mieście, ale przypomniałem sobie, że mieszkacie tutaj kochani państwo Jerzowie i umyśliłem założyć u was kwaterę, tem bardziej, że dla natury moich badań korzystniejszem będzie, jeśli zamieszkam na wsi. Nie będę ciągłym waszym gościem, bo mam do odbycia mnóztwo wycieczek w różne strony waszej prowincyi, ale jeśli pozwolicie, będę ztąd wychodził i tutaj powracał; co więcej, będę tu znosił wszystkie swe zdobycze, alias pęki ziela różnego rodzaju, albo też rysowane przeze mnie portrety drzew i kwiatów. Gdyby to jednak nie było wam zupełnie miłe i dogodne....

Nie dał mu skończyć pan Jerzy, bo pochwycił go w ramiona i zawołał:

- A! niech ci Bóg zapłaci za twoję myśl poczciwą! Bądź pewny, że rad ci jestem z całej duszy, a choć nie znajdziesz u nas zbytku ni przepychu, toć jednak czem chata bogata, tem ci serdecznie rada. Będę miał przynajmniej sposobność odwdzięczenia ci, choć w części, tego, coś uczynił dla nas...

- Nie wspominaj o tem, Jerzy! - zawołał pan Andrzej.

- Gdybym i chciał, zapomnieć nie mogę - odparł żywo Jerzy. - Wszak pamiętasz, Anusiu, - dodał, zwracając się do żony - jak to tam na onej dzierżawie, którąśmy pod Kownem trzymali, grad wybił zboże, bydło wypadło na zarazę, stogi siana spłonęły na łąkach, a dziedzic nie miał względu na nasze nieszczęścia i chciał nas za nieopłacone pieniądze do sądu skarżyć; wtedy, Andrzeju, gdyby nie twoja pomoc, poszlibyśmy z torbami...

Przy tych słowach łza zaćmiła poczciwe, lecz zawsze zafrasowane oczy pana Jerzego, a nawet fizyognomia jego żony rozświeciła się, jakby iskierką rozrzewnienia.

- Pamiętam dobrze tę wielką biedę naszę i pomoc pana Andrzeja - rzekła - to też bądź pan pewny, że z całego serca radzi jesteśmy, iż pan u nas czas jakiś przepędzisz, a tembardziej, jeśli to panu ma pomódz do napisania książki.

Widać było, że pani Jerzowa czuła się dumną z posiadania w domu swoim gościa, który książki pisze, a jeszcze, jak rzekł mąż jej - tak uczone, że onaby ich nawet zrozumieć ani potrafiła.

Po kilku jeszcze oświadczeniach i przypomnieniach dawnych czasów, z których pokazywało się widocznie, że pan Andrzej niejednokrotnie bywał w przeszłości dobroczyńcą państwa Snopińskich, pan Jerzy zapytał:

- Powiedz-że mi, Andrzeju, jak tam u ciebie idzie gospodarstwo, kiedy tak ciągle jeździsz po świecie?

Uśmiechnął się pan Andrzej. Pomyślał pewno, że co u kogo w głowie, to i w mowie.

- W majątku gospodaruje średni syn mój - odpowiedział. - Wiecie o tem, że najstarszy jest inżynierem, najmłodszy jeszcze w Akademii kształci się na doktora, a z trzeciego zrobiłem rolnika. Skończył on agronomiczną szkołę i od dwóch lat zwaliłem na niego cały ciężar gospodarstwa i przywiązanych do majątku interesów, a sam bez przeszkody oddaję się nauce i ulubionym po kraju wędrówkom.

- Szczęśliwy jesteś, Andrzeju, że masz syna, który cię w pracy wyręcza, przynajmniej na starość odpocząć możesz! - rzekł pan Jerzy z westchnieniem, a wyraz frasunku, który był normalną cechą jego fizyognomii, zwiększył się przy tych słowach.

- O! tak - rzekł pan Andrzej - mam prawdziwą pociechę z synów. Wychowałem ich tak, aby, oprócz majątku, jaki otrzymają po mnie, każdy z nich posiadał zawód, którym-by i ogółowi był pożyteczny i sobie byt niezależny własną pracą zapewnił.

Szybko jednak ocknął się z myśli swych pan Andrzej i, jakby sobie coś nagle przypomniał, zawołał:

- A gdzież jest twój jedynak, Jerzy? Widziałem go, kiedy miał lat ośm, czy dziesięć, i pamiętam, że ładne i roztropne to było dziecko. Gdzież jest teraz? czego się uczy? na co go kierujesz?

- A zaraz go zobaczysz - odpowiedział pan Jerzy - poszedł zrana ze strzelbą, ale pewnie zaraz nadejdzie.

- Jakto? więc jest w domu - zapytał pan Andrzej. - Czyż-by był na wakacyach? Ależ to nie wakacyjna pora.

- Gdzie tam na wakacyach! - rzekł pan Jerzy, a frasunek zwiększył się w jego oczach - już cztery lata skończyło się, jak wrócił ze szkół do domu.

- Tak wcześnie skończył szkoły? to czemuż nie oddaliście go do jakiego wyższego zakładu naukowego, snać ma ogromne zdolności!

- Gdzie tam skończył szkoły! Przeszedł cztery klasy, a że nie chciało mu się uczyć, to i wziąłem do domu.

- I cóż on tu robi u was, tak młodo osiadłszy w domu? - zapytał pan Andrzej.

Frasunek zwiększył się na twarzy pana Jerzego.

- Pomaga mi gospodarować - rzekł z cicha - ale wyraz jego oczu, smutny i zakłopotany, zadawał fałsz słowom.

- Hm! - rzekł pan Andrzej i zamyślił się.

- Proszę pana - ozwała się pani Snopińska - chłopiec ma rodziców i kawałek chleba, pocóż mu było cudze kąty po jakichś tam szkołach wycierać?

Pan Andrzej ze zdziwieniem na nią spojrzał.

- Zapewne - odrzekł - sami najlepiej wiecie, jak kierować losem waszego syna; mnie się jednak widzi, szanowna pani Jerzowo, że kto za młodu tych cudzych kątów, o których pani mówisz, nie wyciera, ten potem na własny kąt zapracować sobie nie potrafi.

Pani Jerzowa brzęknęła kluczami i odpowiedziała:

- Toć już my dość napracowali się przez całe życie na to, aby nasze dziecko miało własny kąt i kawałek chleba bez pracy.

- Bez pracy... bez pracy... - powtórzył jakby do siebie pan Andrzej, a oczy jego znowu utkwiły w przestrzeni i stały się smutne.

Pan Jerzy westchnął.

- At - rzekł - już też i ja wolał-bym, aby chłopiec zajął się czemkolwiek, zamiast strzelać do wron po polach od śniadania do obiadu, a potem spać od obiadu do kolacyi. Ale cóż robić, kochany Andrzeju? u nas, harujących na kawałek chleba, jak chłopiec czytać, pisać, a rachować umie, to i chwała Bogu, a zresztą byle była ochota do pracy... byle była ochota...

- Ale czy będzie on miał tę ochotę, jeśli zaprawi się z młodu do bezczynności? - zagadnął pan Andrzej.

Pana Jerzego oczy bardzo zafrasowały się, ale pani Jerzowa rezolutnie brzęknęła kluczami i rzekła, kiwając głową:

- Et, byle poczciwie żył a Pana Boga umiał chwalić, to na co mu tam szczególniejsze mądrości i rozumy? Ot przynajmniej mamy pociechę, że dziecko jest przy nas, między ludźmi żyje i świata się uczy. A chwała Bogu nie powstydzić się za niego rodzicom! Pan Andrzej sam zobaczy. Jest czego posłuchać, kiedy mówi, i znaleźć się między ludźmi tak pięknie potrafi, że i hrabiątko jakie może się przed nim schować. To też łapią go tu w sąsiedztwie, na rękach noszą...

- Zresztą - przerwał żonie mowę dzierżawca - zresztą widzisz, Andrzeju, syn mój będzie miał jaki taki fundusz, niewielki wprawdzie, ale zawsze to coś znaczy. Ja żadnego nie miałem po rodzicach, którzy sami całe życie chodzili po posesyach i wszystko, co kiedy mieli, na starość stracili. Jak żeniłem się z Anusią, trzymałem pięć chat w dzierżawie, a mieszkałem w kurnej nieledwie chałupie. A ot, przy pomocy Bożej, wylazło się z biedy i uciułało trochę grosza dla jedynaka. Jemu więc łatwiej pójdzie, bo będzie miał za co ręce zaczepić, a ja nic nie miałem...

- Aleś miał ochotę i przyzwyczajenie do pracy - przerwał pan Andrzej.

- To, to prawda - potwierdził pan Jerzy.

- A musiał mieć ochotę do pracy! - zawołała pani Jerzowa - bo jakby jej nie miał, toby marł z głodu. A nasze dziecko nie umrze z głodu i bez pracy, to niech sobie za młodu świata użyje, zamiast ślęczeć nad książkami, albo harować przy gospodarce, jak parobek.

Pan Andrzej nic już tym razem nie odpowiedział, ale zamyślił się i spuścił głowę na piersi, a pan Jerzy, spojrzawszy w okno, zawołał:

- Ot i Oleś powraca!

Spojrzał i pan Andrzej, i zobaczył idącego przez dziedziniec tego samego młodzieńca, którego był spotkał na drodze, zbliżając się do Adampola.

- A, - rzekł - tośmy się już widzieli z panem Alexandrem; spotkałem go, jadąc tutaj, i rozmawiałem nawet z nim trochę; ale któżby w nim poznał teraz tego małego Olesia, którego przed dziesięciu widziałem laty!

- Wyrósł chłopiec, jak dąb - rzekł pan Jerzy, a żona jego uśmiechała się z widocznem zadowoleniem.

- Jużto, proszę pana - rzekła do gościa - choć jestem matką Olesia, ale śmiało powiedzieć mogę, że w całej okolicy niema piękniejszego kawalera. To też panienki szaleją za nim; gdyby chciał, mógłby choć dziś z każdą ożenić się! - dodała ciszej i z figlarnym wyrazem, który dziwnie odbił się na jej chudej i oschłej twarzy.

- Ożenić się! tak młodo! - zawołał ze zdziwieniem pan Andrzej - toć myślę, że ma zaledwie lat dwadzieścia.

- Dwudziesty pierwszy kończy, ale i cóż to szkodzi, że młody? wszak przysłowie mówi: że kto rano wstał i wcześnie ożenił się, ten nigdy nie żałował.

- Przepraszam was, kochana pani Jerzowo - rzekł pan Andrzej z uśmiechem - ale po starej znajomości ośmielę się powiedzieć, że przysłowie w drugiej swej części głupstwo mówi.

- Dla czego? - zawołała gospodyni domu.

- Bo człowiek, nim się ożeni - zaczął pan Andrzej, ale przerwał mu pan Jerzy.

- Już to, co do żeniaczki - rzekł - i ja jestem za tem, aby Oleś jak najprędzej ożenił się. Jak przybędzie familia, to próżnować odechce się i niestatki z głowy wylecą.

- A jak nie wylecą? - spytał pan Andrzej - a pani Jerzowa nie rada, że mąż powiedzeniem swojem dał do zrozumienia o jakichś niestatkach syna, szepnęła z niezadowoleniem:

- Niestatki! niestatki! jakie tam niestatki! niema żadnych niestatków!

W tej chwili otworzyły się drzwi pokoju, w którym rozmawiano, i wszedł syn gospodarza.

Urodziwy to był chłopak, w całem znaczeniu tego wyrazu. Smukły i kształtny, czoło miał białe, gładkie, foremne, oczy błękitne jak niezabudki, włosy niepospolitej piękności, złociste, kędzierzawe. Policzki jego, opalone nieco od wiosennego wiatru, pokryte były pierwszym puchem młodzieńczym, a nad ponsowemi ustami porastał drobny, jasny wąsik. Gdy patrzył, iskry zdawały się sypać z jego wzroku; gdy uśmiechał się, pokazywał zęby białe i równe, jakichby nie jedna pozazdrościć mu mogła kobieta. Pięknej twarzy tej nie brakło nawet wyrazu pewnego sprytu i rozgarnienia, a także tryskała z niej niezmierna pełnia młodzieńczego życia, które zdawało się szukać sobie ujścia na zewnątrz i wybuchało każdem spojrzeniem oczu, każdym ruchem fizyognomii.

Gdy wszedł do pokoju, w myśliwskiem ubraniu, bez torby tylko i bez fuzyi, pan Jerzy zwrócił się do gościa i, wskazując młodzieńca, rzekł:

- Mój syn, kochany Andrzeju - a potem dodał: - Olesiu, oto pan Andrzej Orlicki, o którym nieraz od nas słyszałeś, krewny nasz i dobroczyńca.

Z wyrazu twarzy młodego człowieka można było domyślić się, że ostatni wyraz niemiłe na nim sprawił wrażenie. Śpiesznie jednak postąpił, podał rękę panu Andrzejowi i ukłonił się zręcznie i z elegancyą, tchnącą jednak troszkę prowincyonalnością. Potem wziął krzesło i, rezolutnie stawiając je obok gościa, usiadł i ozwał się swobodnie:

- Wszak to pana dobrodzieja właśnie miałem przyjemność spotkać przed dwiema godzinami na drodze do Adampola?

- Ależ bo długo byłeś dziś na polowaniu, Olutku - rzekła pani Jerzowa.

- Ho, ho, moja mamo! - zawołał młody człowiek - co to dla mnie znaczy? gdyby mi się jeść nie zachciało i gdybym nie pośpieszał, aby powitać pana dobrodzieja, choć go znać nie miałem honoru - dodał z eleganckim znowu i przesadzonym ukłonem - jeszczebym godzin ze dwie popolował. A co w domu robić?

I zwracając się do pana Andrzeja, zawołał:

- Ach, nie przedstawisz sobie pan dobrodziej, jakie tu u nas życie nudne! gdyby nie fuzyjka, koń wierzchowy i...

- No, a cóżeś tam zabił dzisiaj? - przerwał pan Jerzy, w którego oczach frasunek rósł ciągle od wejścia syna; - czy będzie przynajmniej z tego twego polowania pieczyste na kolacyą?

- Gdzie tam! - odparł Alexander - teraz zwierzyny na lekarstwo nie znaleźć! Trzy wrony zabiłem i po wszystkiem. Ale gdyby też papo widział, jak to było zabawnie. Idę sobie drogą, wtem widzę: wrona siada na wierzbie; ja fuzyą do oka, a ona dziób do góry podniosła i kracze, jak gdyby kogo z pod obłoków wołała. Ja paf! ona benc! gdyby tchnęła, ale tak na miejscu i upadła nieżywa. Tak aż trzy zgładziłem dziś ze świata.

- I panu to zabijanie nieszkodliwych ptaków przyjemność sprawia? - spytał pan Andrzej, którego zmarszczka między brwiami głębszą się stała.

- Cóż robić? panie dobrodzieju - rezolutnie odparł Alexander; - trzeba jakkolwiek czas zabijać. W sąsiedztwo nie zawsze można pojechać, w domu papa gospodaruje, mama gospodaruje, a mnie, panie dobrodzieju, co robić? chyba umrzeć z nudy!

Frasunek w oczach pana Jerzego wzmagał się coraz w czasie mowy syna; pani Snopińska wyszła, wywołana do jakiejś gospodarskiej sprawy, a pan Andrzej, po chwili milczenia, odezwał się żartobliwie:

- Uważam, panie Alexandrze, że panu bardzo często wraca na usta wyraz: nuda.

Alexander obu rękoma uczynił gest rozpaczliwy i odrzekł:

- A, pan dobrodziej przybywasz zapewne z wielkiego świata i nie wiesz, jakie to u nas życie na prowincyi! Człowiek np. wstaje zrana, zje śniadanie i obejrzy się wkoło siebie. Cóż widzi?

Papa w stodole, mama w śpiżarni, parobki młócą, kury kwokczą, gęsi gęgają i koguty śpiewają. Wszystko to, razem wzięte, przyzna pan dobrodziej, nie jest wcale zabawnem. Więc człowiek chodzi z założonemi rękoma z kąta w kąt, z dziedzińca do ogrodu, z ogrodu na dziedziniec i czeka obiadu jak zbawienia duszy, nie dla tego, żeby się jeść chciało, ale dla tego, że to zawsze jakaś rozrywka, urozmaicenie czasu, który wlecze się, jak wóz naładowany po błocie. Przychodzi obiad, a po obiedzie, panie dobrodzieju, znów to samo, co i przed obiadem; człowiek czeka kolacyi, a po kolacyi to jeszcze gorzej: papa idzie spać, mama idzie spać, czeladź idzie spać i następuje brzęczenie i kąsanie komarów. Ot, jakie to nasze życie! a zimą to jeszcze gorzej... Ale po co to panu dobrodziejowi mówić? pan sam pojmiesz, co to jest, kiedy młody człowiek tak zagrzebie się na wsi.

Westchnął ciężko i potrząsnął głową dla odrzucenia z czoła opadających włosów.

Pan Andrzej przypatrywał mu się bacznie i nieznaczny wyraz ironii przebiegł po jego ustach.

- Hm - rzekł - więc dla rozweselenia tego życia, które pan w niepowabnych malujesz barwach, nic innego pan znaleźć nie możesz, jak polowanie na wrony?

W głosie pana Andrzeja drżał dźwięk smutku i szyderstwa, dosłyszał go snać Alexander, bo spuścił oczy i rzekł ciszej:

- Cóż robić?

Pan Jerzy milczał, w czasie rozmowy syna westchnął parę razy i, splótłszy dłonie, dwoma wielkiemi palcami rąk kręcił młynka z zafrasowaniem.

W drzwiach ukazała się pani Snopińska i zaprosiła na obiad.

Przy stole dzierżawca i gość jego rozmawiali o dawnych czasach, starych swych z sobą stosunkach i wspólnych znajomych. Jerzy stał się rozmowniejszym, zagrzany snać starym miodem, podanym do obiadu, i obecnością człowieka, którego widocznie serdecznie lubił; za to pan Andrzej mniej coraz mówił, spoglądał często na Alexandra, a potem zamyślał się i oczy jego stawały się smutnemi.

Do stołu zasiadła także młoda panienka, jakaś sierota, przez miłosierdzie trzymana w domu państwa Snopińskich. Nazywano ją Antosią, pani Snopińska posyłała ją wciąż z kluczami; nie brzydka była, ale blada i mizerna, ubogo ubrana, a oczy trzymała ciągle spuszczone wpół ze smutkiem, wpół z pokorą. Siedzący obok niej Alexander pochylał się często ku niej i prawił jej coś półgłosem. Widać było, że z niej żartował, bo śmiał się ciągle, a żarty te nie musiały być miłe, bo Antosia rumieniła się co chwila po uszy, coraz smutniej spuszczała oczy, a gdy raz, zawołana przez panią Snopińską, podniosła je z nad talerza, były w nich łzy.

Młoda, rumiana i przystojna dziewczyna, ubrana wpół po wiejsku, przynosiła półmiski i odmieniała talerze. Alexander zerkał na nią często, parę razy uśmiechnął się i mrugnął do niej oczyma na znak jakiegoś porozumienia.

Zresztą mieszał się często do rozmowy rodziców z gościem, wypowiadał zdania swoje śmiało, mówił głośno a śmiał się jeszcze głośniej.

Wtedy dopiero spostrzedz można było, że wraz z wrodzonym sprytem i ciągłemi wybuchami wezbranego życia, twarz młodzieńca nacechowana była, rażącą przy tak młodym wieku, śmiałością i pewnością siebie. Graniczyło to niekiedy z rubasznością, bo rozpierał się na krześle, z pretensyonalnym gestem gładził mały wąsik, jadł za dwóch, pił za czterech; zaraz u wstępu obiadu wychylił dwa kieliszki starki, a potem dolewał sobie miodu co chwila.

Pan Andrzej patrzał na to wszystko i zamyślał się coraz bardziej.

- Kogoż tu macie w sąsiedztwie? - spytał pana Jerzego, gdy służąca podawała ostatnią potrawę.

- Najprzyjemniejsze są dwa domy - odrzekł wnet Alexander, nie dopuszczając ojca do odpowiedzi i odwracając się od Antosi, zarumienionej po uszy od konceptu, który snać tylko co jej powiedział; - o, są tu dwa domy bardzo przyjemne - mówił dalej. - W jednym z nich mieszkają państwo Siankowscy z dwiema córkami. Śliczne dziewczęta, słowo daję! Panna Ludwika blondynka, a panna Józefa brunetka. Na ostatniem zebraniu, które było u nich w czasie świąt wielkanocnych, panna Józefa cały wieczór tylko ze mną tańczyła, dała mi nawet na pamiątkę tego wieczoru gałązkę mirtową...

Pani Snopińska nachyliła się do gościa i szepnęła:

- Mówiłam panu, że panienki głowy za nim tracą! - a zwracając się do syna, dodała głośno:

- A pokaż-że nam, Olutku, tę gałązkę; czy masz ją przy sobie?

- A jakże, moja mamo! spoczywa na mojem sercu! - zażartował Alexander i, wyjąwszy z kieszeni kamizelki malutki elegancki pugilares, wydobył zeń uschłą gałązkę i podniósł ją w dwóch palcach z miną tryumfującą.

- A co? - szepnęła gospodyni domu do gościa i zachichotała po cichu.

- Drugie przyjemne sąsiedztwo nasze jest majątek Piaseczna - mówił znowu Alexander. - Mieszka w nim pani Karliczowa, wdówka, no, już nie pierwszej młodości, ale cudo kobietka, słowo daję! wesoła, żywa i bardzo grzeczna, choć bogata. A oczki jakie ma! oh! o! w tych oczach wiele jest sekrecików, tylko dobrze przypatrzeć się trzeba. O jednym z nich ja wiem; bardzo miły sekrecik, słowo daję.

I uśmiechnął się ze znaczącą miną.

- To tylko pewna - ozwał się żartobliwie pan Andrzej - że gdybym był kobietą, nigdybym panu nie dał żadnej pamiątki, ani powierzył żadnego sekretu.

- A to dla czego, panie dobrodzieju? - zawołał Alexander.

- Bo pamiątki pan pokazujesz, a o posiadaniu tajemnicy głośno opowiadasz. To trochę kompromituje damy.

Alexander spuścił oczy i zarumienił się mocno; w tej samej chwili wstano od stołu.

W pół godziny po obiedzie pan Andrzej rzekł do gospodarza domu:

- No, kochany przyjacielu, ponieważ dość długo mam tu u was pozostać, przeznaczyłeś mi zapewne osobny kąt jaki. Zaprowadź-że mnie do niego, bo chcę odpocząć po długiej podróży i list napisać do syna.

Pan Jerzy poprowadził gościa przez kilka pokojów ze szlachecką przybranych prostotą, a nawet po części gospodarskiemi zarzuconych gratami, aż weszli na wązki kurytarz z obu stron którego było po parę drzwi.

- Wybrałem dla ciebie, Andrzeju - rzekł gospodarz - najustronniejszy pokój; bo choć nigdy nie zajmowałem się pracą książkową, wiem jednak, że wymaga ona cichości i odosobnienia.

Do wszelkiego gospodarskiego ruchu ztąd najdalej, bo z jednej strony kurytarza są składy, a z drugiej pokój twój i Olesia. Ale, ale - dodał nagle - muszę też zobaczyć, czy chłopiec mój jest u siebie i powiedzieć mu, aby cicho się sprawował, bo będzie miał ciebie sąsiadem.

- O, proszę cię, Jerzy, nie krępuj dla mnie swego syna! - zawołał pan Andrzej; ale gospodarz otworzył już drzwi pokoju Alexandra. W pokoju tym było kilka drewnianych stołków, pod ścianą stała tokarnia, dalej leżały różne przyrządy stolarskich robót, gdzie indziej kilka rozpoczętych koszyków z farbowanej łozy, pod oknem był stolik, a na nim okrągłe lusterko i dwie wypróżnione butelki od wódki czy piwa. Między oknami, naprzeciw drzwi od kurytarza, stało łóżko, a na niem leżał Alexander, z twarzą zwróconą do sufitu. Oczy miał zamknięte i spał tak mocno, że słychać było nawet lekkie chrapanie.

Pan Jerzy spojrzał, machnął ręką z niezadowoleniem i drzwi zatrzasnął. Potem wprowadził gościa do przeznaczonego mu mieszkania.

- Powiedz mi, Jerzy - zapytał po chwili pan Andrzej - co znaczą w pokoju twego syna te wszystkie tokarskie, stolarskie i koszykarskie przyrządy, które tam widziałem?

Snopiński znowu machnął ręką i odpowiedział:

- Et, kleci on tam coś czasem, toczy, hebluje albo splata; ale to, Boże odpuść, zdarza się raz w rok, około święta Wielkiejnocy.

- Czy ma zdolności do rzemiosł?

- I jakie! - rzekł pan Jerzy - jeżeli weźmie się do czego, to istne cacko zrobi, tylko że... at!...

Nie dokończył i oczy jego zafrasowały się mocno.

- To dziwna - rzekł pan Andrzej - a do nauki zdolności nie miał?

- Gdzie tam! i do nauk miał zdolności, on do wszystkiego zdolności ma, tylko... ot żal się Boże o tem mówić!

Jeszcze raz machnął ręką, westchnął i, z bardzo zafrasowanemi oczyma, pożegnawszy gościa, wyszedł.

Pan Andrzej szerokiemi krokami przechadzał się po pokoju. Smutny był i jakby trochę gniewny.

Pocierał ręką czoło i mówił niekiedy do siebie:

- Ale cóż? zrana do wron strzela, po obiedzie śpi, na nudy narzeka, kobietom ubliża i nic więcej! A zdolności jednak są, ale cóż po nich?

Westchnął i pokiwał głową smutnie.

 

IV. Miłość Bolesława.

 

Dwaj powracający z Niemenki do Topolina mężczyźni szli ścieżką, udeptaną śród gaju.

Wieczór był bardzo piękny, lubo nieco zimny; ostry wietrzyk poruszał liśćmi drzew, pomiędzy któremi migotały promienie księżycowe.

U dołu słały się szerokie cienie, w górze błyskały gdzie niegdzie gwiazdy, uroczysta cisza panowała w gęstwinach. Ścieżka, którą postępowali dwaj ludzie, cała zalana światłem, wiła się kręto, jak wielki wąż srebrzysty, u stóp leśnych krzewów i młodych brzozek, z osrebrzoną korą i drżącemi od wiatru liśćmi.

- Doskonale udeptana ścieżka! widocznie komunikacya między Niemenką i Topolinem częstą być musi - ozwał się żartobliwie pan Andrzej.

Zaśmiał się Bolesław.

- Od pięciu lat, zdaje mi się, że nie było dnia, w którym-bym tam nie był; o ile wiem, nikt, prócz mnie, w tem miejscu przez gaj nie przechodzi, ta ścieżka więc jest zupełnie mojem dziełem.

- Przedstawiam sobie, ile ona musi przypominać myśli i uczuć, z jakiemi przebywałeś ją tyle razy - rzekł pan Andrzej.

- O! cały świat uczuć i myśli! - odpowiedział Bolesław. - To też znam tu każdą brzózkę i każdy krzak, każdą niemal kępinę mchu, lub trawy, pamiętam. Są to moi znajomi, z którymi, idąc tędy, dzielę się zawsze radością i nadziejami memi.

- Szczęśliwyś pan, że tylko radością i nadzieją możesz dzielić się z temi niememi świadkami życia twego! - zrobił uwagę pan Andrzej.

Umilkli obadwaj i resztę krótkiej swej drogi przebyli, pogrążeni w zamyśleniu. Śród zamyślenia tego, oczy Bolesława błądziły w górze, między szczytami drzew, zawisały na promieniach księżyca i biegły po ich nici ku niebu; wzrok pana Andrzeja był utkwiony w ziemię.

Jakiś biegły pono fizyognomista uważał, że ludzie młodzi, nie znękani bólami życia, ze zdrojem świeżej poezyi w sercu, często spoglądają w górę; ci zaś, którzy przebyli znaczną część wędrówki ziemskiej, w których sercu nie jeden żal zamieszkał, podniosła się nie jedna mogiła, ci, którzy mają czoło zmęczone gorzkiemi myślami i oporem przeciwności, często swe oczy zwracają ku ziemi.

Młodość szuka spojrzeniem niebieskiego światła, które, na podobieństwo jej, gorące jest i jasne; starość wpatruje się w cień, przypominający mogiłę.

- Pomimo pięknej pogody, wieczór porządnie jest chłodny - rzekł pan Andrzej, wchodząc na ganek Topolińskiego dworku i zacierając ręce od zimna.

- Wiatr lekki ale ostry - odpowiedział Bolesław, i wprowadził gościa do bawialnego pokoju. Na stole przed kanapą paliła się lampa, przykryta zieloną zasłoną, a na kominku, umieszczonym w rogu pokoju, płonął żywy ogień z suchych drewek. Stary sługa stał pochylony przed ogniem i poprawiał drzewo, a blask płomienia różową łuną oświecał głowę jego, białym, jak mleko, włosem pokrytą i czoło szeroką szramą ozdobione.

- Poczciwy Krzysztof domyślił się snać, że przyjdziemy zziębnięci i rozniecił dla nas ogień - rzekł pan Andrzej wesoło.

Krzysztof uśmiechnął się z zadowoleniem, a Bolesław odpowiedział:

- Ogień na kominie należy do najmilszych moich nawyknień. Jak u prawdziwego Litwina, wieczny płomień Znicza goreje w mojej chacie.

- Krzysztofie - dodał, zwracając się do starego sługi - dla lepszego rozgrzania się naszego, przynieś-no nam butelkę tego miodu... co to wiesz...

Sługa kiwnął głową na znak zrozumienia i wyszedł. Po chwili, gospodarz i gość siedzieli niedaleko ognia przed stolikiem, na którym stały kieliszki i butelka ciemnego od starości miodu.

- Opowiadała mi pani Niemeńska o wszystkiem, coś dla niej uczynił - mówił pan Andrzej.

Nie gniewaj się za mą otwartość, kochany panie Bolesławie, ale nie mogę wstrzymać się, aby ci nie powiedzieć, że był to prawdziwie obywatelski z twojej strony postępek.

- Był to bardzo prosty postępek, którego-by dopełnił każdy uczciwy człowiek, będący na mojem miejscu - z prostotą odpowiedział Bolesław.

Widziałem, że pani Niemeńska rady sobie dać nie mogła z gospodarstwem, że jeszcze lat kilka, a niezawodna ruina i nędza spotkały-by ją i jej synowicę; dopomogłem więc jej radą i czynnem zajęciem się. Zdaje mi się, że nie wielu znalazło-by się ludzi, którzy-by tego samego nie uczynili dla osieroconych kobiet i blizkich sąsiadek.

- Ale i pannę Wincentę podobno sam wyedukowałeś? - rzekł z uśmiechem pan Andrzej.

Bolesław uśmiechnął się i odpowiedział wesoło:

- O, jeżeli i to można dobrym czynem nazwać, to otrzymałem zań taką nagrodę, że, jeżeli prawa niebieskie zabraniają ludziom odbierania lichwy za monetę poczciwych postępków, będę niezawodnie karany na tamtym świecie, jako lichwiarz. Za to teraz stoję u wrót do raju, - co mówię? jestem już w raju, a czekam tylko, rychło siódme niebo otworzy się dla mnie.

Zaśmiał się, ale w śmiechu jego zadrżała rzewność, rzewność najgłębsza, bo ze szczęścia, pragnień i nadziei zrodzona.

Pan Andrzej przypatrywał się przez chwilę swemu towarzyszowi z życzliwem zajęciem, potem rzekł:

- Im więcej mówię z panem, tem więcej uważam, jak bardzo i serdecznie kochasz swoję narzeczoną.

- Niezmiernie i bez granic - z uczuciem odpowiedział Bolesław - bo pomyśl pan sobie, że znam ją od dzieciństwa, przywykłem do niej, jak do promienia, który wlewa w moje życie wesele, wdzięk i poezyą. Mogę w istocie powiedzieć, że po części sam stworzyłem w niej duszę. Gdy osierociała po ojcu, była dzieckiem ładnem, dobrem, pojętnem, ale bardzo zaniedbanem.

Natura dała jej dobroć serca, piękność i tę żywość umysłu, która nieskończonym urokiem bywa w kobiecie nią obdarzonej; ja obudziłem w niej myśl, przez codzienne przebywanie z nią, naukę, ciągłe z nią rozmowy, przelałem w nią część samego siebie, pojęcia moje i prawdy, które tkwią w głębi mego własnego ducha. Zewnętrzna i wewnętrzna jej piękność zarówno wzrastały i rozwijały się pod mem okiem; patrzyłem na nią, jak na cudownie wdzięczny utwór natury, a serce moje radowało się za każdym razem, gdy moje oczy ją ujrzały. I zważ pan tylko, jak dziwnie układają się na tym świecie sprawy ludzkie, jak dziwne są niekiedy drogi Opatrzności.

Wszak ja, rozpościerając męzką opiekę moję nad temi dwiema kobietami, z których jedna była w podeszłych latach, druga dwunastoletniem dzieckiem, żadnych myśli wstecznych, ani egoistycznych celów nie miałem i mieć nie mogłem.

I później długo jeszcze w głowie mojej nie pojawił się żaden plan osobisty, a serce nie doświadczało innego uczucia, prócz zadowolenia, gdym widział, że praca moja przynosi rzetelne korzyści tym, dla których ją ponosiłem. Kochałem Wincunią, jak młodszą siostrę; lubiłem jej wdzięk dziecinny, żywość, pojętność; niekiedy nawet, mianowicie wtedy, gdym ją uczył lub napominał, zdawało mi się prawie, że ona jest moją córką. I później dopiero, nagle, niespodzianie przyszła chwila, która mi ją ukazała inaczej, niż ją dotąd widziałem, a w sercu mojem posłyszałem głos, który mi mówił: tu szczęście twoje, to jedyna kobieta, którą w życiu swem kochać będziesz! Tak, jedyna, bo przed nią nie kochałem sercem żadnej kobiety, lubo już mam rok trzydziesty drugi, a o tem, abym miał kiedy w przyszłości, oprócz niej, inną jeszcze kochać, i pomyśleć niepodobna.

Umilkł, owładnięty silnem wzruszeniem, a po chwili mówił dalej, patrząc w płomień, jakby w nim widział odtwarzające się obrazy swoich wspomnień.

- Było to przed rokiem przeszło; Wincunia miała wtedy rok szesnasty. Do owego czasu obchodziłem się z nią, jak z młodszą siostrą.

Przy powitaniu i pożegnaniu całowałem ją w czoło, a niekiedy i w usta. Zwyczaj ten zaczął istnieć między nami od pory, gdy ona miała lat pięć lub sześć, a ja z ojcem moim odwiedzałem Niemenkę, i trwał już potem ciągle. Dobrze mi było z tą poufałością, bom lubił Wincunią, ale nigdy nie doświadczałem żadnego, by najmniejszego, wzruszenia przy niej, bo patrzyłem na nią, jak na dziecko i jak dziecko całowałem ją i uczyłem. Pewnego dnia siedziałem z nią w tej samej altanie, w której dziś piliśmy herbatę; ona coś szyła, ja czytałem jej poezye Mickiewicza. Każdy szczegół tej chwili pozostał głęboko wyryty w mej pamięci, pamiętam więc, że miała na sobie białą suknią, chabrowy wieniec na głowie, a długie kosy jej, swobodnie spuszczone, spływały na jej ramiona i plecy. Czytałem jakiś piękny ustęp z Tadeusza i tak mię on pochłonął, że zapomniałem o wszystkiem, co mię otaczało, nawet o towarzyszce mojej, która mię słuchała.

Machinalnie, odwracając kartę książki, podniosłem oczy i spojrzałem na Wincunią i, dziwna rzecz, nie mogłem już od niej wzroku oderwać. Siedziała obok mnie, z robotą i rękoma złożonemi na kolanach, z głową podniesioną i oczyma utkwionemi we mnie. Promień słońca ozłacał jej wieniec i ślizgał się po białej sukni, oczy jej miały tak głęboki szafir, jaki mieć musi niebo włoskie, tak często opiewane przez poetów, a w źrenicach błyszczały dwie ruchome złotawe iskry.

Szybka, błyskawiczna myśl: "jaka ona piękna!" przeszyła mi mózg, niby rozpalonym drutem, i ścisnęła skronie. Poczucie to było prawie bolesne. Serce uderzyło mi w piersi mocniej, niż zwykle. Było to jak objawienie jakieś, jak obudzenie się ze snu spokojnego, przez silne magnetyczne wstrząśnienie. Wincunia położyła dłoń na mojej ręce i widząc, że się w nią niezwykle wpatruję, rzekła: "czytaj-że pan dalej, to takie piękne!" Przy dotknięciu jej zadrżałem cały, probowałem czytać i nie mogłem.

Odrzuciłem książkę i wyszedłem z altany, nie rzekłszy do niej ani słowa. Nie wiem, co wtedy myślała o mnie. Szedłem jak upojony.

Nie myślałem o niczem i nie zdawałem sobie sprawy z mego stanu, instynktowo tylko czułem, że powstaje we mnie coś nowego, że rodzi się we mnie jakaś nieznana mi dotąd potęga uczucia, a wewnętrzne urodziny te poczuwałem dziwnem przepełnieniem piersi i tysiącem nagłych błyskawic, które mi mózg przeszywały. Poszedłem do domu, nie pożegnawszy się z nią, ani z jej ciotką. Sądziły, żem nagle zasłabł i przysłały dowiedzieć się o mojem zdrowiu. Ale posłaniec ich nie znalazł mię w domu, bo cały dzień chodziłem po gaju, polach, łąkach, bez celu, siląc się odzyskać samego siebie, a nie mogąc.

Nazajutrz, przyszedłszy do Niemenki, chciałem powitać Wincunią zwykłym pocałunkiem, ale gdym ją wziął za rękę i spojrzał w jej oczy, poczułem zawrót głowy, bicie pulsów w skroniach i szybko odwróciłem się od niej. Zacząłem coś mówić, nie pamiętam już co, ale, mówiąc, myślałem sobie: kocham ją! W istocie, od owej dopiero chwili zacząłem ją kochać, jak kochanek.

Czemu od owej chwili? dotąd zrozumieć nie mogę, jak bodaj nikt nie rozumie, czem są i zkąd pochodzą te nagłe błyskawice miłości, które niespodzianie i w mgnieniu oka obejmują człowieka wtedy często, gdy najmniej się ich spodziewa. Czy nastroiła mię ku temu poezya, którą czytałem pod gołem niebem i promieniami gorącego słońca? Czy we mnie samym siły serca wezbrały tak, że musiały już wybuchnąć nagłą dla kobiety miłością?

Nie wiem; dosyć, że od tej pory Wincunia stała się dla mnie czemś świętem, promienistem, przecudnie pięknem, czemś takiem, do czego zbliżyć się wszystkiemi siłami istoty mojej pragnąłem, a nie śmiałem. Od tej pory pokochałem ją tak, że gdybym ją stracił... o! pomyśleć nawet o tem nie mogę, bo na samę tę myśl, w głowie mi się miesza...

- Ależ tego przypuścić nawet nie można - zawołał pan Andrzej - któraż kobieta, kochana tak, jak ty kochasz, nie pokocha wzajem? któraż nie oceni tak szlachetnego serca, jak twoje? chyba taka, która-by cię nie była warta...

- Tak - odpowiedział Bolesław - pewny jestem, że ona mię kocha, że będzie moją, dziś już jest moją sercem i myślą; a jednak, czy wiesz pan? trwoga jakaś przejmuje mię niekiedy. Obawiam się zbytku własnego szczęścia; zdaje mi się, że ono, tak wielkie i zupełne, długo trwać nie może.

- Zasłużyłeś na nie - rzekł pan Andrzej.

- O! ono będzie nad wszelkie zasługi moje, jeśli nawet mam jakie - odpowiedział Bolesław. - Nie wystawisz pan sobie, w jak czarownych barwach maluje mi się przyszłość. Dobra, myśląca i ukochana kobieta w domu, to błogosławieństwo, poezya każdego dnia, rozkosz każdej chwili. Wyobraź sobie pan, ile życia, ruchu, wesołości, przybędzie do mojej ustroni z tą przedziwnie wdzięczną istotą. Dźwięk jej piosenki, którą ciągle nuci jak skowronek, napełni moje ściany. Wracając od pracy, znajdę ją tu zawsze wesołą, dobrą, piękną, gotową do podzielenia ze mną każdej chwili, do osłodzenia każdej troski. Widzisz pan, poetyczne i dziewicze jej tchnienie już ją tu poprzedza. Ten kwiat w doniczce, tę robótkę kobiecą na stole, ona mi dała; wdzięk niewieści już zaczyna rozlewać się w moim domu i cieszyć moje oko. Przyznaj pan sam: dla mężczyzny z poczciwem sercem i choć trochę wykształconą myślą, praca miła i użyteczna za domem, a ukochana kobieta w domu, to raj ziemski! nie prawdaż?

Umilkł, oczy jego płonęły. Po chwili mówił dalej:

- Marzenia moje, a raczej nadzieje, przybierają niekiedy szersze rozmiary i unoszą się po nad osobistość moję. Zdaje mi się, że mężczyzna, choćby był najgorliwszym pracownikiem i najuczciwszym człowiekiem, jeśli nie poniesie w swem życiu ciężarów i nie spełni obowiązków ojca rodziny, to nie dokona jeszcze całkiem zadania obywatela kraju. Nie dość jest działać wedle sił i możności samemu, trzeba jeszcze i innych działania nauczyć. A w kogoż łatwiej człowiek przeleje prawdy, jakie sam w duszy swej nosi, jeśli nie w dzieci swe? Komuż zostawi on w spuściźnie zacność swą, honor, miłość kraju i pracy dla niego, jeśli nie synom swoim? Sfera, w której ja działam, maluczką jest, ale, chociażby to drobne zadanie, jakie sam spełniam na ziemi, chciał-bym komuś po sobie zostawić. Praca robaków nie dostrzegalna jest i powolna, a jednak podkopuje lub wznosi góry. Synowie moi zresztą możeby innemi, szerszemi poszli drogami; ale zawsze tak-bym potrafił ich wychować, że w każdym zawodzie byli-by poczciwymi ludźmi i użytecznymi obywatelami kraju. Oto są marzenia moje o ojcowstwie, a do nich łączy się i panuje nad niemi zawsze taż sama postać kobiety, która dla mnie nietylko ma być wdziękiem i rozkoszą życia, ale ma mi dać jeszcze ten cel najwyższy exystencyi, tę nieskończoną nadzieję przelania mojej duszy w inne dusze, pozostawienia po sobie kogoś, kto będzie myślał, czuł i działał, nie już tak, jak ja to czynię, ale, jak-bym czynić pragnął.

Przestał mówić, a pan Andrzej długo patrzył na niego i w oczach jego kręciła się łza.

- Przyjacielu mój zacny, bo pozwól, że cię tak nazwę - ozwał się po chwili - dziękuję ci za tę wielką radość, jaką mi sprawiasz, pozwalając mi patrzeć w głąb' twej duszy. Jam dawno już rozstał się z osobistemi troskami i pociechami. Dobro ogólne - to teraz radość moja, nieszczęścia ogólne - to moje boleści. Nie dziw więc, że, gdy patrzę na umysły słabe, serca zepsute, zdolności zmarnowane, płaczę wewnętrznemi łzami, i nie dziw też, że, gdy widzę zacność, prawość, pracę wytrwałą, radość mię ogarnia, a z przed oczu moich, zmęczonych patrzeniem na mnóztwo nieszczęść, usuwa się zasłona, ukrywająca przyszłość, i w dali widzę słońce lepszej doli, które ci pracownicy, ci szlachetni i wytrwali, i ci tylko sami jedni sprowadzić mogą na niebo nasze. Dla tego-to, choć znam cię od dzisiejszego dopiero poranku, ale zajrzałem już głęboko w twą duszę, kocham cię i w moc siwych włosów moich błogosławię ci! Pozwól, niech cię uściskam! - Powstali oba i uścisnęli się serdecznie. Śród uścisku tego, pan Andrzej powtórzył kilka razy z cicha a gorąco:

- Takich nam trzeba! takich nam trzeba!

- A teraz - zawołał - wypijmy zdrowie twojej ślicznej narzeczonej!

Podnieśli kieliszki.

- Panie łaskawy - zawołał wesoło Bolesław - ponieważ zyskałem łaskę u ciebie, przyrzecz mi, o co cię będę prosił!

- Co? mów - pytał pan Andrzej.

- Przyjedź na moje wesele!

- Choćby z końca świata! - odparł rozweselony gość i znowu się uścisnęli.

 

III. Wincunia.

 

Dziedziniec w Niemence był, jak w Topolinie, okrągło wykrojony, niewielki, otoczony równym ostrokołem. Z tyłu osłaniało go obszerne półkole gęstego gaju, z przodu otwierała się perspektywa na łąkę, upstrzoną żółtem kwieciem. Gładka murawa zaściełała podwórze, a śród niej krzyżowało się kilka wązkich, biało udeptanych ścieżek, prowadzących od domu do gospodarskich budowli. Ganek, na dwóch słupach wsparty, ocieniony był dzikim winogradem, który już rozzieleniać się poczynał, a niedaleko jednej z bocznych ścian domu, naprzeciw bramy dziedzińca, stała gruba rozłożysta lipa, otoczona dość wysoką kamienną ławką. Nad stodołą wznosiło się gniazdo bocianie, a niedaleko ztamtąd była studnia z wysokim żórawiem.

Słońce zachodziło; wielka jego tarcza, staczając się za fijoletowe chmury, różową łuną rozświecała dworek Niemenki. Okna domu były pootwierane, z nad dachu wyglądały owocowe drzewa ogrodu, pokryte białem kwieciem, na dziedzińcu panował gwar. Dziwaczny był to gwar, bo złożony z głosów różnego ptastwa, śród których jednak panowało gruchanie gołębi, a nad gruchaniem tem jeszcze i nad całym gwarem unosił się srebrny głos kobiecy, nucący wesoło jakąś prostą wiejską piosenkę.

Na kamiennej ławce pod lipą stała młodziuchna, siedmnastoletnia dziewczyna. Ubrana była w różową perkalową sukienkę i przepasana białym fartuszkiem. Dwa grube warkocze bardzo światłych włosów otaczały jej głowę, a w nich jaśniało kilka śnieżnych nad czołem wplecionych narcyzów. Czoło to, białe i gładkie, godne było tej kwiecistej aureoli; pod niem wilgotnym blaskiem płonęły szafirowe oczy, wielkie, ściągłe, do połowy przysłonięte powieką i ocienione długą ciemną rzęsą. Twarz dziewczyny delikatna była i biała, usta wiśniowe, wilgotne i ukazujące w uśmiechu piękne zęby.

W ogóle dziewczę to, drobnej i kształtnej postaci, więcej było ładne, niż piękne; najładniejszem czynił je wyraz pogody i dziecięcej naiwności w twarzy, a wielka żywość w ruchach i postawie, z której co chwila tryskały objawy nieświadomej jeszcze siebie, ale ognistej natury.

Stała na ławce kamiennej, a gałęzie lipy zielone tylko co rozpuszczonem liściem zewsząd ją obejmowały, spadały jej na głowę i ramiona, dotykały różowej sukienki, muskały białą szyję.

W jednej ręce trzymała końce białego fartuszka, drugą rozsypywała do stóp swych przeróżne ziarna: pszenicy, jęczmienia, grochu, które wszystkie złociły się od promieni słonecznych i potokami spadały na trawę. Na trawie tej dopiero były gonitwy, zamieszanie, wrzawa i walki. Czubate kury, zielonogłowe kaczory, drobniutkie kaczątka i wspaniałe koguty, a między tem wszystkiem największa liczba gołębi białych, szarych, ceglastych i srebrno-piórych, zbiegała się za ziarnem, odbierając je sobie wzajem, wydając krzyki, podlatując w górę i znowu opadając na ziemię. Dziewczyna drobną ręką coraz więcej sypała ziarna tej krzykliwej i różnobarwnej rzeszy, i sama, jak ptaszyna, otwierała usta, śpiewając ochoczo wesołą piosenkę.

Dwa śnieżne gołębie, nasycone już snać pożywieniem, wzleciały z nad murawy, uniosły się w górę, i jeden z nich usiadł na ramieniu dziewczyny, drugi począł krążyć nad jej głową. W tej samej chwili, nagle urwała ona piosenkę, spłoniła się szkarłatnym rumieńcem i wypuściła z ręki fartuszek, tak, iż wszystkie ziarna wysypały się w trawę.

Naprzeciw siebie, w bramie dziedzińca, ujrzała stojących i przypatrujących się jej dwóch mężczyzn, z których jeden był jej nieznajomy.

Kilka sekund stała na swym kamiennym piedestale, zmieszana, spłoniona, z rękoma opuszczonemi na suknią. Po chwili jednak skinęła głową z determinacyą, zeskoczyła z ławki i podbiegła na spotkanie przybywających. Zestraszone jej nagłym skokiem, ptastwo, rozsypało się po murawie w różne strony, tylko kilka gołębi frunęło za nią i krążyło wciąż nad jej głową.

- Dobry wieczór panu - rzekła młoda dziewczyna do Bolesława Topolskiego i podała mu rękę. Bolesław uścisnął drobne paluszki i rzekł:

- Wiodę do państwa miłego gościa, który niedawno przybył w nasze strony, a dziś wypadkiem wstąpił i w moje progi. Panno Wincento, oto jest pan Andrzej Orlicki.

Na dźwięk tego nazwiska, lekki wykrzyk wydarł się z ust Wincuni, zarumieniła się znowu i, jakby nagłem onieśmieleniem zdjęta, spuściła oczy i zaczęła kręcić w palcach róg swego fartuszka.

- Wszak nie wezmą mi panie za złe tego niespodziewanego najścia na dom ich - uprzejmie rzekł pan Andrzej, z upodobaniem patrząc na uroczą w zmieszaniu swem dziewczynę.

- Za złe! o nie! my znamy pana oddawna! - wymówiła, ośmielając się i zwolna podnosząc na gościa swe szafirowe, połyskliwe oczy. - Panie Bolesławie - dodała szybko - wszak to pan Orlicki zapewne jest autorem tej prześlicznej książki o ptakach i kwiatach, którą czytaliśmy razem zeszłej zimy.

- Tak - odpowiedział Bolesław - szczęśliwy traf daje nam dziś poznać człowieka, którego szlachetne myśli uwielbialiśmy już oddawna.

- O, mój Boże! - mówiła Wincunia - ja prawdziwie przelękłam się, usłyszawszy nazwisko pana. Pierwszy raz w życiu widzę kogoś, kto książki pisze, a jeszcze tak piękne i uczone. Jakże pan przecudnie opisałeś słowika! - mówiła, coraz ożywiając się i ośmielając, a delikatne jej policzki lekko zaróżowiały - albo, jakże pięknie powtórzyłeś pan tę powieść wschodnią o słowiku, który śpiewał dla białej róży póty, aż umarł ze zmęczenia. Jakie to poetyczne!

- Powieść ta o słowiku i róży - odpowiedział pan Andrzej - jakkolwiek wschodnią wyobraźnią wyśniona, nie więcej jest poetyczną, jak pani byłaś przed chwilą, stojąc na kamiennej ławce z jednym gołębiem na ramieniu, drugim nad głową.

Wincunia znowu zarumieniła się i odrzekła:

- Te ptaszęta różne, to moje królestwo! gołębie to są moi paziowie, którzy lecą za mną, gdzie się tylko obrócę. O! ja bardzo lubię ptaki i kwiaty; z ptaków najlepiej gołębie i słowiki, a z kwiatów te, co są różowe lub białe. Mam jednego gołąbka, który umie nosić kwiaty w dziobku; w zeszłym roku włożyłam mu w dziobek gałązkę konwalii, a on ją zaniósł w gaj i podobno aż do Topolina. Nie prawdaż, panie Bolesławie?

I zaśmiała się pusto, srebrzysto, przeciągle. Bolesław nie odpowiedział; wzrokiem tonął w twarzy dziewczęcej, pełnej ruchomej gry naiwności i poezyi, bladości i rumieńców, onieśmielenia i swobody.

- Pokażesz mi pani tego gołąbka, co tak miłe nosi poselstwa - rzekł z uśmiechem pan Andrzej.

- O, dobrze, dobrze! - odparła Wincunia - ależ, mój Boże! - zawołała żywo - ja tu stoję i rozmawiam z panami, a ciocia nic nie wie o ich przybyciu. Pójdę oznajmię jej, że mamy gości; ona w ogrodzie! - Poskoczyła żwawo i zgrabnie i zniknęła za zasłoną domu.

Dwaj mężczyźni spojrzeli na siebie; w rozpromienionych oczach Bolesława było pytanie.

- Urocze dziecię - rzekł półgłosem pan Andrzej.

- Tak, dziecię jeszcze, ale w niem mój świat! - odpowiedział z cicha Bolesław.

Wnętrze domu, do którego wszedł po chwili pan Andrzej z przewodnikiem swoim, było zupełnie podobne do mieszkania w Topolinie. Więcej w niem tylko było miękkości i kobiecego wdzięku. Nizkie sofki, obite popielatym perkalem w amarantowe bukiety, stały pod ścianami, firanki z takiegoż perkalu zdobiły okna, a wszędzie, na stołach, komodach i pod oknami, mnóztwo było zieleni i kwiatów. W niewielkim przyległym pokoju, ostawionym trochą jesionowych sprzętów, stał staroświecki fortepianik o sześciu oktawach, a szklane drzwi, otwarte na ogród, ukazywały zieloną ścianę drzew i kilka klombów pod gankiem.

Przez te drzwi ogrodowe weszła po krótkiej chwili pięćdziesięcioletnia przeszło pani Niemeńska, w białym czepeczku i w okularach, a za nią, zdyszana i zarumieniona od biegu, ukazała się Wincunia.

Nastąpiły prezentacye i oświadczenia pani Niemeńskiej, że szczęśliwą jest, widząc u siebie tak czcigodnego i znanego powszechnie gościa, co wszystko połączone było ze staroświeckiemi i nieco pretensyonalnemi ukłonami gospodyni domu. Poczem usiedli wszyscy i rozmowa potoczyła się żywo, dzięki wielomówności pani Niemeńskiej i światowej łatwości obejścia się pana Andrzeja. Najmniejszy udział w niej brał Bolesław. Stał się on małomównym, zamyślonym, tylko, gdy wzrok jego spotykał się z oczyma Wincuni, po twarzy mu przebiegały niby iskry i promienie.

- Pan dobrodziej na całe lato zamieszkał w Adampolu? - pytała pani Niemeńska pana Andrzeja.

- Z wyjątkiem kilku wycieczek, które trwać będą po parę tygodni - odpowiedział gość - ale, gdy to mówił, Wincunia ze szczególnem zajęciem spojrzała na niego, jakby uderzyła ją i zainteresowała wiadomość, że on przebywa w Adampolu. Nikt na to uwagi nie zwrócił, a pani Niemeńska pytała dalej:

- Pan dobrodziej musisz dobrze znać państwa Snopińskich?

- Jestem dalekim krewnym Jerzego, a przytem kolegą jego szkolnym.

- Jakże szczęśliwi są państwo Snopińscy, że mają takiego krewnego, jak pan dobrodziej! - zawołała pani Niemeńska. - Ależ bo to prawdziwie godni ludzie! Nie bywamy wprawdzie u siebie i nie znamy się z blizka, ale mają tu w całej okolicy śliczną opinią. Pan Jerzy, to gospodarz całą gębą, a i ona podobno doskonała gospodyni. Alboż syn ich, ten pan Alexander! Widujemy go często w kościele; jakiż to śliczny i grzeczny kawaler! Przeszłej niedzieli Wincuni pod kościołem upadła z rąk książka do nabożeństwa, a on, choć nieznajomy, poskoczył, podjął, ukłonił się i oddał. Śliczny kawaler, panie dobrodzieju, grzeczny kawaler!

Pan Andrzej ani słowa nie odpowiedział na te pochwały młodego Alexandra, ale Wincunia, przy wzmiance ciotki o podjęciu książki, spuściła oczy i zarumieniła się, przyczem chmurka zamyślenia przemknęła po jej pogodnem czole.

- Już to można powiedzieć - ciągnęła dalej mowna gospodyni - że w całej okolicy niema dla panienek lepszej partyi, jak pan Alexander Snopiński. Powiadają, że ojciec jego, to kapitalista co się nazywa, a on jest jedynakiem. Przytem, jakie miłe ułożenie i jaki śliczny z niego mężczyzna! aż miło patrzeć!

Słowa te wprawiały Wincunią w coraz silniejsze wzruszenie, objawiające się szybko następującemi po sobie rumieńcami, spuszczeniem oczu i krążeniem w palcach rogu fartuszka. Nagle zerwała się z krzesła i rzekła do ciotki:

- Każę podać herbatę w ogrodzie; czy dobrze, ciociu?

- Dobrze, moja koteczko - odpowiedziała pani Niemeńska, a Wincunia żywo poskoczyła i wybiegła przez drzwi ogrodowe.

Bolesław prowadził za nią wzrokiem, a gdy zniknęła, jakby nieobecnością jej przywrócony do świata otaczającego, ozwał się, ciągnąc dalej rozpoczętą rozmowę:

- Dziwi mię tylko trochę, że pan Alexander Snopiński niczem się nie zajmuje. Od dwóch lat, jak osiadł w tych stronach, zawsze można go widzieć chodzącego z fuzyą po polach, albo jeżdżącego po sąsiedztwach.

- I cóż to wszystko szkodzi? - żywo zawołała pani Niemeńska. - Po co też pan Snopiński ma pracować, jak parobek, kiedy ojciec jego bogaty i zostawi mu przyzwoity fundusz. Nawet-by szkoda było, żeby taki młody i śliczny kawaler zagrzebał się w gospodarstwie i wyrzekł się świata.

- Należy tylko obawiać się - rzekł Bolesław - aby bezczynność nie zepsuła charakteru tak młodego człowieka i nie wprowadziła go w jakie nieszczęśliwe nałogi.

- O, co tego to pewno nie będzie! - z zapałem ujęła się gospodyni domu - w jakież nałogi mógł-by wpaść z takiem pięknem ułożeniem i taką delikatnością? Zresztą, to kompletnie światowy kawaler, bywa po wielkich domach. Powiadają, że pani Karliczowa bardzo go lubi i zaprasza do siebie, a przecież to po hrabinie X. najbogatsza obywatelka w całej okolicy i dom na wielką skalę prowadzi.

- Pani Karliczowa! - powtórzył Bolesław przeciągle i z pewną ironią w głosie.

W tej chwili Wincunia wbiegła z ogrodu i zaprosiła na herbatę.

Ogród w Niemence był niewielki, kwadratowy, z trzech stron otoczony wązką, cienistą aleją z lip, a z czwartej zamknięty domem. Pośrodku było kilka kwadratów z owocowemi drzewami, między niemi krzyżowały się gracowane ścieżki, osadzone krzakami agrestu, porzeczek i malin, a w rogu ogrodu półkole ze starych lip tworzyło dość obszerną i ocienioną altanę. Z pomiędzy drzew alei wyglądał płot z ostrokołów, otaczający ogród.

W altanie był stół kamienny, otoczony drewnianemi ławkami, a na nim oczekiwał gości Niemenkowskich wiejski podwieczorek, ozdobiony wielkim pachnącym bukietem, postawionym przez Wincunią po środku stołu, między półmiskiem pieczonych kurcząt, a nalewką, pełną wybornej śmietanki.

Zasiedli wszyscy około kipiącego samowaru; Wincunia nalewała i podawała herbatę. Była ona żywa jak iskra, oswoiła się łatwo z nieznajomym sobie człowiekiem i szczebiotała ciągle, to przekomarzając się dziecinnie z Bolesławem, to opowiadając gościowi o swoich kwiatach, gołębiach, a nawet i książkach, które w zimowe i jesienne wieczory czytała razem z narzeczonym.

Podwieczorek był spożyty, godzina cała upłynęła szybko i nieznacznie dla całego towarzystwa, które snać wzajemnie z siebie zadowolone było; słońce już zaszło i zmrok zapadał powoli.

- Ach, mój Boże! zapomniałam - zawołała nagle Wincunia, uderzając się ręką po czole.

- O czem pani zapomniała? - spytał Bolesław.

- Zapomniałam polać moje kwiaty!

- Więc pójdźmy, polejmy je teraz, ja pani pomogę.

- A dobrze - zawołało dziewczę, klaskając w dłonie - pójdźmy!

Zerwała się z ławeczki i pobiegła, a za nią pośpieszył Bolesław.

Pani Niemeńska gawędziła z gościem.

- Bo to, widzi pan dobrodziej - ciągnęła rozpoczętą rozmowę - ojciec Wincuni był moim rodzonym bratem, i trzecia część Niemenki do mnie należy. Nieboszczyk mąż mój, świeć Panie nad jego duszą, był urzędnikiem w G., ale jak umarł, a ja zostałam się wdową, bezdzietną i samą jedną na świecie, przyjechałam do brata i hodowałam mu dziecko, które już dawno matkę straciło. Za nieboszczyka brata działo się nam nieźle, bo dobry był z niego gospodarz, ale jak umarł, wszystko zaczęło rujnować się, i dawno już nie miałybyśmy Niemenki, gdyby nie pan Topolski. Niech jemu Pan Bóg i Najświętsza Panna wynagrodzą!...

- Więc pan Topolski przybył paniom z pomocą, gdy byłyście w kłopotach? - z żywą ciekawością spytał pan Andrzej, widocznie rad, że dowie się o jednym jeszcze pięknym rysie charakteru Bolesława.

- A jakże! - zawołała pani Niemeńska. - Oto, panie dobrodzieju, po śmierci nieboszczyka brata, dworek zaczął się walić, bo był stary, bydło na zarazę wypadło, ziemia nie rodziła, bo nie było komu dopilnować jej uprawy. Już nędza stała u nas tuż, tuż pod progiem. Jak tylko on wszystko wziął w swoje ręce, cała gospodarka poszła jak z płatka. Pracował, panie dobrodzieju, przez trzy lata, aż żal było patrzeć, bo i na swojem, i na naszem, a nie pozwalał nawet nigdy podziękować sobie. Zbudował nam nowy dworek, taki samiuteńki, jak u siebie, inwentarz zaprowadził, łąki potrzebił, długi, które jeszcze nieboszczyk był zaciągnął, to na to, to na owo, pospłacał dochodami Niemenki, które co rok powiększały się, jak cudem jakim, a teraz doprowadził folwark do takiej wartości, jakiej nigdy nawet za nieboszczyka nie miał.

- Czy pan Bolesław miał jakie obowiązki dla familii państwa, że tak się dla pań poświęcał? - spytał pan Andrzej, w którego oczach błyszczała najczystsza radość.

- Żadnych, panie dobrodzieju, najmniejszych! - odpowiedziała pani Niemeńska. - Ot, po prostu, przychodził do nas dość często, jak to zwyczajnie w blizkiem sąsiedztwie bywa, i widział moje kłopoty, i to, że sobie rady z gospodarstwem dać nie mogę. Widział, jak mnie okradali, oszukiwali, jak, słowem, ginęłyśmy bez męzkiej opieki. Z początku tylko radził, czasem i gderał, kiedy widział, że, zwyczajnie, panie dobrodzieju, jak baba, nie tak urządzam się, jak potrzeba; ale uważając, że wszystko dlatego źle szło i coraz gorzej, powiedział raz do mnie: "Daj pani już pokój gospodarce, ja wszystkiem sam się zajmę i fundusz uratuję!" Tak i zrobił; zawziął się i postawił nas na nogi. Niech jemu za to Aniołowie Stróżowie będą ku pomocy!

- Obywatelska dusza! - szepnął do siebie pan Andrzej, a pani Niemeńska, raz już rozgadawszy się, ciągnęła dalej:

- A czy pan dobrodziej myśli, że na tem koniec? Gdzie tam! Jak nieboszczyk mój brat umarł, Wincunia miała lat dziesięć i niczego jeszcze nie uczyła się, zwyczajnie jak szlacheckie dziecko. Ojciec zawsze mawiał: dla dziewczyny nauk nie potrzeba, będzie jeszcze dość czasu do nauczenia jej czytać!

Potem, kiedy ja sama zaczęłam turbować się koło gospodarki, to ani czasu, ani myśli nie miałam uczyć jej czegokolwiek, zresztą, po prawdzie mówiąc, niczegobym i nie mogła nauczyć, bo zwyczajnie, jak prosta szlachcianka, panie dobrodzieju, i sama nie mam książkowego rozumu, a co i umiałam kiedy, to dawno już z głowy wyleciało. Wincunia miała lat dwanaście, a jeszcze nie umiała ani a ani b. Żal było patrzeć na dziewczynę, że tak hoduje się, na las patrząc, ale cóż ja na to mogłam poradzić? O guwernantce ani myśleć nie można było, kiedy bieda stała za drzwiami i wkrótce kawałka chleba i dachu nad głową zabraknąć mogło.

Owóż tedy, pan Bolesław, jak zaczął u nas gospodarować, tak zaczął i Wincunią uczyć. Bywało, mówi: "panna Wincenta jak dorośnie, będzie miała niezły fundusz, niech-że ma i oświatę, i wie, jakie to kobieta ma zadanie w życiu i obowiązki względem społeczeństwa, między którem kawał ziemi posiada!"

Uczył ją czytać, pisać, rachować i jeszcze jakichś tam geografii i historyi, i nie wiem już czego więcej.

Bywało, ja siedzę, robiąc pończochę i tylko słucham, jak on jej prawi o jakichś królach, wielkich ludziach, narodach i miastach dalekich, a dziewczyna słucha i połyka naukę, bo sprytne to było dziecko i żywe, gdyby iskra - taką zresztą jest ona i teraz.

Potem zaczął jej przynosić książki różne, czytywali razem, a jak odchodził, to prosił ją, żeby sama czytała, jak jej czasu od domowych robót zostanie.

I tym sposobem, panie dobrodzieju, wyedukował dziewczynę, że aż miło. Nie powstydzi się ona teraz przed ludźmi, ma o czem powiedzieć, a o niczem nie słucha, jak o żelaznym wilku. Prawda, że po francuzku nie umie, ale to i niepotrzebne. Za to gra na fortepianie, bo pan Bolesław powiedział, że "kobieta i muzyka, to dwie siostry rodzone i powinny z sobą w parze chodzić" i uprosił metra muzyki z miasteczka, aby jej lekcye dawał. Przez trzy lata przyjeżdżał on regularnie po trzy razy na tydzień, a ja mu za to płaciłam. Ale też nie żal tego, bo dziewczyna skorzystała i gra, aż miło posłuchać, nie wielkie sztuki wprawdzie, bo też to i niepotrzebne, ale kiedy zagra krakowiaka, albo mazura, to aż serce skacze, a jak dumkę ukraińską, to aż się chce zapłakać.

Tak to, tak, panie dobrodzieju, postępował z nami pan Bolesław, a to bez żadnych obowiązków, bez żadnego interesu, tylko tak ze szlachetności swojej i poczciwości serca. Niech mu Bóg za to błogosławi!

Długo jeszcze pani Niemeńska mówiła w ten sposób, opowiadając coraz cóś nowego o Bolesławie i jego zacnych czynach, a pan Andrzej oparł skroń na ręku, słuchał uważnie, a usta jego poruszały się niekiedy i szeptały z cicha:

- Takich nam trzeba! takich nam trzeba!

Gdy tak gospodyni domu rozmawiała ze swym gościem przed gankiem, między klombami zupełnie innego rodzaju przedstawiał się obrazek. Pod rozłożystym krzakiem bzu stała głęboka beczka, pełna wody; obok niej stał Bolesław i od czasu do czasu napełniał wodą blaszaną polewaczkę, którą mu podawała Wincunia. Dzieweczka podniosła swoję różową sukienkę, aby ją ochronić od rosy wieczornej i polewała nowo posadzone na klombach kwiaty.

Srebrny, kroplisty strumień tryskał z polewaczki, drobna postać Wincuni, owiana mgłą tej ruchomej fontanny, migotała po ścieżkach, a szmerowi wody towarzyszył dźwięk piosenki, którą nuciła z cicha i przerywając sobie, to wykrzyknikiem radości, na widok świeżo rozkwitłej roślinki, to wyciągnięciem do Bolesława ręki z polewaczką, z prośbą o wodę.

Bolesław zanurzał w beczce naczynie i podawał je narzeczonej. Raz, gdy to czynił, rzekła:

- Gdy patrzę, jak pan czerpiesz wodę dla mnie, wydaje mi się, jakobyś był biblijnym Jakóbem, a ja Rachelą, tylko, że to nie studnia ale beczka.

- I pani owieczek nie pasiesz - dodał z uśmiechem Bolesław.

Rozśmiała się głośno, przeciągle.

- Dzięki panu, nie pasę ich! - zawołała ze śmiechem i poskoczyła między klomby.

Bolesław stał, wsparty o krzak bzowy, i ścigał wzrokiem postać dziewczyny; zdawało-by się, że niepodobna mu było oczu od niej oderwać.

Ona nuciła, a on milczał; w końcu westchnął całą piersią, jak człowiek, którego tak napełnia uczucie jakieś, że mu aż tchu braknie, i wymówił cichym, ledwie dosłyszalnym głosem:

- Moja!

W tym jedynym wyrazie złączyły się odgłos, męzkiej radości, dumy i miłości głębokiej, bez granic. W tej samej chwili Wincunia, zmęczona snać, wypuściła z rąk polewaczkę, stanęła na środku ścieżki, opuściła ręce na suknią i zawołała:

- Czemuż pan nic nie robisz, panie Bolesławie? Ja pracuję, pracuję, a pan sobie tylko stoisz i patrzysz. Jeszcze dwa klomby trzeba polać. Weź pan tę drugą polewaczkę, co tam stoi pod krzakiem, i pomóż mi choć trochę!

Bolesław stał jeszcze chwilę nieporuszony, ale nagle, zamiast wziąć wskazaną sobie polewaczkę, zbliżył się szybko do Wincuni, wziął jej obie ręce i okrył je pocałunkami.

- Wincuniu! moja ty droga! moja ukochana! - mówił bardzo cicho, patrząc jej w oczy.

Wincunia spuściła głowę i nic mu nie odpowiadała, a on, trzymając ręce jej w coraz silniejszym uścisku, mówił jej oderwane, niedosłyszanie ciche wyrazy miłości.

Zmrok coraz gęstszy zapadał, parę wielkich gwiazd ukazało się na ciemnem sklepieniu i z za lipowej alei wschodził jaskrawy księżyc w pełni.

- Panie Bolesławie! - wyszeptała w końcu Wincunia - jaki pan jesteś dobry dla mnie! jam tego nie warta!

I pochyliła głowę nizko, bardzo nizko, a po twarzy jej przemknął smutek, będący w dziwnej sprzeczności ze zwykłem jej weselem.

- Najdroższa moja! - odpowiedział cicho Bolesław - ty jesteś moją gwiazdką jasną, moim gołąbkiem, słodkim moim kwiatkiem, radością moich oczu! Ty będziesz szczęściem i pięknością całego mego życia! Wszak ty mię kochasz, jedyna? Wincuniu, powiedz, kochasz mię?

Milczała i wzrok schyliła ku ziemi.

- Wincuniu, powiedz, że mię kochasz - gwałtowniej, namiętniej jeszcze mówił Bolesław - ja wiem, że tak jest, o wiem! bo inaczej jakże-bym żył? ale chcę to z ust twoich usłyszeć. Czemu ty mi nigdy nie mówisz, że kochasz mię? Jest-że to wstydliwość twoja dziewicza? Jest-że to nieśmiałość? O, nie wstydź się, nie lękaj! ja już jestem twoim mężem wobec Boga i serca mego, a słyszą nas tylko kwiatki twoje, które nikomu, nikomu nie powtórzą tego, co powiesz, boć ty ich siostra rodzona! Wincuniu, kochasz mię?

Tuż obok zaszeleściły liście bzowego krzaku i kropla wieczornej rosy z cichym szelestem spadła pomiędzy trawę. Dziewczyna milczała. Oczy jej były w ziemię utkwione i usta zamknięte, nie otworzył ich nawet ani razu przyśpieszony oddech wzruszenia, choć ręce jej zamknięte były w gorących dłoniach narzeczonego, a wzrok i słowa jego zdawały się ją osypywać żarem i iskrami.

W alei dały się słyszeć kroki nadchodzących, - pani Niemeńska z gościem swym zmierzali ku gankowi. Bolesław nie słyszał; ale Wincunia posłyszała to, wyrwała ręce swe z uścisku narzeczonego, i w kilku podskokach była już daleko od niego, pod gankiem.

- Praca pani czy już skończona? - spytał, zbliżając się do niej, pan Andrzej.

- Nie zupełnie - odparło dziewczę - i dziś już skończoną nie będzie. A winien temu pan Bolesław, bo pomagać mi wcale nie chciał i nic nie robił - dodała żartobliwie.

Pan Andrzej spojrzał na Bolesława, który połączył się z towarzystwem, i rzekł z uśmiechem:

- Ja sądzę, że pan Bolesław spełnia najmilsze dla siebie zajęcie.

- Jakież? - spytała Wincunia.

- Patrzył na panią.

Pan Andrzej czuł się zapewne w prawie powiedzieć to, bo oprócz Bolesława i pani Niemeńska wtajemniczyła go w stosunek, zachodzący między dwojgiem młodych ludzi. Mówiła mu ona o tem w altanie.

- Bo to, uważasz pan dobrodziej, pan Topolski uczył moję Wincunią, aż się w niej rozkochał. Rok temu oświadczył się o jej rękę. Nie było-ż powodu odmawiać takiemu dobroczyńcy, a porządnemu, rozsądnemu i wcale nie biednemu człowiekowi. Spytałam się Wincuni, co ona o tem myśli. A ona, zwyczajnie jak dziecko, zaśmiała się i odpowiedziała: dobrze! Ja ją znów pytam: ale czy ty jego kochasz? a ona mnie odpowiada: "albo ja sama wiem, moja ciociu? zdaje się, że kocham. Pan Bolesław taki dobry i tyle dla nas uczynił!" I zaręczyli się. Tylko ona ciągle prosiła, żeby ślub na dwa lata odłożyć, a on poczciwy na wszystko zgadzał się, bo tak pokochał dziewczynę, że zdaje się, gdyby ona tego chciała, poszedł-by na koniec świata szukać dla niej ptaka mówiącego, albo śpiewającego drzewa. Rok już minął od ich zaręczyn, jeszcze rok będą czekać, a potem, panie dobrodzieju, wyprawim weselisko. Jak tylko Wincunią oddam mężowi, zaraz wyjadę w Kowieńskie do mojej siostrzenicy, bo to, panie dobrodzieju, ja tę siostrzenicę kocham, jak własną córkę...

I długo jeszcze pani Niemeńska opowiadała swemu gościowi o swojej siostrzenicy i wielu innych rzeczach, i dopiero, gdy zmrok zupełny zapadł i chłód wieczorny dał się poczuć, wyszli z altany. W godzinę potem, pan Andrzej i towarzysz jego opuścili Niemenkę. Po ich wyjściu, pani Niemeńska nie posiadała się z radości, że tak znakomitego, jak pan Andrzej, gościa miała u siebie, a radość tę objawiała szybkiem chodzeniem po pokoju i wychwalaniem nowego znajomego. Wincunia siedziała na sofie, splecione ręce złożyła na kolanach, i trudno było poznać, czy słuchała słów ciotki, bo oczy jej, z nieokreślonym wyrazem zamyślenia, błądziły po pokoju. Była smutna.

- Co ty, koteczko, nic nie gadasz i siedzisz jak zwarzona? - spytała pani Niemeńska, zatrzymując się przed nią i przypatrując się jej przez okulary.

Wincunia, jakby się ze snu ocknęła, spojrzała na ciotkę zamglonem okiem i odrzekła:

- To nic, cioteczko, zamyśliłam się tak sobie, sama nie wiem o czem. Dziś piątek, ciociu - dodała po chwili - po jutrze pojedziemy do kościoła, nie prawdaż?

- Pojedziemy, pojedziemy, koteczko! Ale, co to ty od kilku tygodni tak często mi przypominasz kościoł? Dawniej tego nie było. Może odmawiasz jaką nowennę?

Na te słowa ciotki, silny rumieniec wytrysnął na twarz Wincuni. Miała taką minkę, jakby się czegoś przelękła, a bardziej jeszcze zawstydziła.

- O, moja ciociu! - zawołała wzruszonym głosem - cóż to dziwnego, że ja lubię bywać w kościele?

- Ależ ja się temu wcale nie dziwię, i owszem, pochwalam ci to, moja duszeczko, bo kto z Bogiem, Bóg z nim. Myślałam tylko, że zaczęłaś jaką nowennę i chcesz ją odmawiać w kościele.

- Nie, ciociu, żadnej nowenny nie odmawiam - rzekła Wincunia niezwyczajnie smutnym głosem i, powstawszy, podeszła do otwartego okna. Było to w sypialnym pokoju; na oknie leżała, po rannych snać jeszcze modlitwach, otwarta książka do nabożeństwa. Wincunia długo na niej wzrok zatrzymała. Pani Niemeńska chodziła wciąż po pokoju i powtarzała pochwalny monolog na cześć pana Andrzeja.

- Śliczny człowiek! miły człowiek i t. d.

- Cioteczko - ozwała się Wincunia, odrywając oczy od książki - jakiego też miłego krewnego ma pan Andrzej Orlicki.

- Któż to taki, koteczko?

- A pan Alexander Snopiński.

- Prawda, prawda, widać to już ich cała familia taka miła i godna.

- Pamięta cioteczka, jak pan Alexander grzecznie podał mi książkę do nabożeństwa, gdym ją pod kościołem z rąk wypuściła?

- A tak, tak, bardzo grzeczny kawaler!

- On bardzo przystojny, cioteczko, nie prawdaż? - rzekła znowu Wincunia ciszej i po pewnym przestanku.

- Kto taki, moje życie? Pan Orlicki?

- Nie, cioteczko; pan Orlicki tylko bardzo miły i rozumny, ale ja mówię o panu Alexandrze.

- Prawda, prawda, moje dziecko, bardzo przystojny i światowy kawaler!

Mówiąc ostatnie słowa, pani Niemeńska wyszła z pokoju, wywołana przez kogoś z domowych, Wincunia została samą.

Wsparła się na oknie i patrzyła na księżyc, który zwolna płynął po czystem sklepieniu i srebrzystem światłem zalewał dziedziniec. Twarz dziewczyny blada pod promieniami księżyca wydawała się smutną, we wzniesionych jej oczach błysnęła nawet łza.

Poniosła rękę do czoła i cicho wymówiła:

- Czemu mi smutno?

Spuściła głowę, a łza popłynęła po twarzy.

- Czemu mi smutno? - powtórzyła jeszcze ciszej. - On mnie tak kocha, tak kocha! poczciwy, dobry!... A ja?...

Splotła ręce żałośnie i dodała:

- Myślę o tamtym!...

Głowa jej chyliła się nizko, jak pod ciężarem wstydu, rumieniec wstępował na policzki.

Podniosła znowu twarz i spojrzała na księżyc.

- Nie znam go - wyrzekła cichutko - nie mówiłam z nim nigdy, a myślę o nim... To te promienie księżyca przynoszą przede mnie twarz jego... w dzień jestem wesoła... zdaje mi się, żem jeszcze dziecko... a wieczorem... płaczę!

Ostatni wyraz wymówiła ze łkaniem, ukryła twarz w obu dłoniach i cicho szlochała.

 

V. Lew parafialny.

 

O milę od Niemenki i Topolina, o dziesięć wiorst od Adampola, było miasteczko X., często odwiedzane przez okolicznych mieszkańców, z powodu parafialnego kościoła i cotygodniowych targów, i sławne tak zwaną oberżą, nad której wrotami jaśniał, na brudno-żółtej tablicy, brudno-błękitnemi nakreślony literami, napis: "Herbata, kawa, billard i różne inne tym podobne trunki".

Kościoł parafialny, dość duży, murowany, z obszernym cmentarzem, ogrodzonym ładnemi sztachetami, stał na niewielkiem wzgórzu, a z za niego ukazywała się w cieniu drzew owocowych plebania, z małym, czystym domkiem, zielonem podwórkiem i zgrabnem otoczeniem z żywopłotu.

Oberża, w której znajdował się billard i różne temu podobne trunki, obszerna, dwupiętrowa, z szerokim podjazdem, wspartym na murowanych słupach, stała w samym środku miasteczka, na placu, otoczonym nizkiemi domkami, w których mieszkali rzemieślnicy, po większej części żydzi, żyło kilka ubogich dewotek i mieściło się kilkanaście małych sklepików z mydłem, świecami, skórami i tasiemkami i tym podobnemi drobiazgami.

W plebanii mieszkał proboszcz, niemłody i zacny człowiek, powszechnie poważany dla swej oświaty i kapłańskiej cnoty.

Właścicielem oberży był Szloma, żyd rudy, brodaty i pejsaty, sławny w okolicy z zaprowadzenia u siebie bilardu, który dotąd rzadko tam był widywany i chyba tylko w bogatych obywatelskich domach, a obok niego żyła Sara, roztropna i gadatliwa żydówka. Zresztą oboje Szlomowie mieli w sąsiedztwie dobrą opinią, a oprócz tego, każde z nich posiadało w sercu swem źródło, z którego czerpało dla siebie niepospolitą chlubę: Szloma dumny był tem, że pierwszy zaprowadził w swej karczmie herbatę, kawę i bilard i, jako człowiek inicyatywy, z góry spoglądał na zacofanych kolegów karczmarzy, którzy dotąd gości swoich przyjmować mogli tylko wódką i obwarzankami. Szlomowa zaś chlubiła się, że rodem jest z Wilna, a zatem urodziła się i wychowała na wielkim świecie, nie tak, jak jej znajome żydówki, które nic więcej nie widziały nad mieścinę X., albo wioskę, gdzie ich mężowie gorzałkę szynkują.

Pewnej pogodnej kwietniowej niedzieli, w miasteczku wielki ruch panował, jak zresztą było tam każdej prawie niedzieli. Chłopi, szlachta i panowie schodzili się i zjeżdżali na nabożeństwo.

O godzinie dziesiątej zrana, a zatem na dobrą godzinę przed rozpoczęciem się nabożeństwa, gromady ludu zebrały się przed kościołem. U wrót plebanii stało także parę szlacheckich dwukonnych bryczek; snać właściciele ich, przybywszy wcześnie, poszli odwiedzić przede mszą proboszcza, a może dać mu na jakie exekwie żałobne, albo na odśpiewanie litanii dla ubłagania u Boga urodzajów.

Ale i przed oberżą stało niemało koni, wozów i bryczek, a we wnętrzu jej gwar był nielada. W pierwszej szynkowej izbie siedziało na ławach kilkunastu chłopów i dwoje dzieci.

Szlomy chłopak i dziewczyna, rozczochrane wyrostki, częstowali ich gorzałką. Z izby tej było wejście na wschody, prowadzące na pierwsze piętro, alias na facyatkę drewnianą, dobudowaną przez Szlomę u wierzchu murowanej karczmy, w celu pomieszczenia owego sławnego bilardu.

Facyatka zawierała jednę obszerną izbę, ochrzczoną przez dumnego ze swej inicyatywy Szlomę nazwiskiem sali. Publiczność, korzystająca z improwizacyi, przez wdzięczność dla nowatora, przyjęła to nazwanie i mówiło się zwyczajnie: być na sali, grać w bilard na sali, widzieć się z kim na sali i t. p.

W sali były trzy okna, wychodzące na rynek, podłoga z nierównych desek sklecona i na czerwono pomalowana, ściany niegdyś wybielone, ale już popielate od kurzu i palonych tam cygar.

Po środku stał bilard, w czasie nieużywania go powleczony grubem szarem płótnem; u okien wisiały firanki podobnej białości, jak ściany, a tylko ozdobione festonami z pajęczyny; na oknach stały powyszczerbiane doniczki, z nawpół uschłem gieranium i kaktusami. Wkoło ścian były rzędy kijów bilardowych, kilkanaście krzeseł, spłowiałym perkalem obitych, kanapa czerwono malowana z podartem obiciem, z którego dziur wyłaziła i kłuła siadających szorstka pilśń, i parę stolików, mogących służyć tak do gry kartowej, jak i do picia kawy, herbaty i tym podobnych trunków.

Taką była sala.

Szloma był z niej dumny, i nietylko Szloma, ale i inni miejscowi żydzi. Przechodząc koło oberży, podnosili głowę do góry, patrzyli na okna facyatki i, wskazując je palcami, mówili między sobą:

- Siehst du? firanki!

W owę kwietniową niedzielę, o godzinie dziesiątej zrana, na sali znajdowało się kilku młodych ludzi. Dwóch z nich siedziało pod oknem i piło herbatę. Nie wyjechali oni zapewne z domów swych przed śniadaniem, ale picie herbaty u Szlomy było uważane przez uczęszczających na salę za oznakę dobrego tonu, herbata zaś z arakiem oznaczała ton najlepszy. Dwóch czy trzech innych, pobrawszy się pod ręce, chodziło wkoło bilardu, rozmawiając i śmiejąc się głośno, w czem i pijący herbatę dopomagali im gorliwie, tem łatwiej, że pili bardzo powoli, wyraźnie dusząc się napojem, który, mówiąc w nawiasie, obrzydliwy bywał na sali.

Wszyscy ci młodzi ludzie wyglądali pół ze szlachecka, pół z pańska. Tużurki ich i paletoty z cienkiego sukna były to zadługie, to za krótkie, wyraźnie robione przez miasteczkowego krawca, żyda Lejbę, o siwych pejsach i czerwonym nosie. Olbrzymie kokardy krawatów pstrzyły się różnemi barwami, a ręce grube, muskularne, opalone, kłóciły się z glansowanemi rękawiczkami różnych kolorów, rzuconemi na bilard lub wyglądającemi z kieszeni.

Nagle na nierównym bruku, który Szloma ku większej swej sławie kazał urządzić pod oberżą, zaturkotały koła szybko nadjeżdżającej najtyczanki i cała młodzież rzuciła się do okien.

- Snopiński przyjechał! - zawołali wszyscy.

Drzwi otworzyły się z wielkim łoskotem i wpadł przez nie Alexander w eleganckiem ubraniu z orzechowego sukna, w zgrabnej czapeczce, ciemno-zielonych rękawiczkach i z laseczką o pozłacanej gałce w ręku.

- Jak się masz, Olesiu! cóż tak późno, Olesiu! - wołali poufalsi.

- Jak się ma pan Alexander! czekamy pana! - mówili mniej widać znajomi.

Alexander rzucił laseczkę na krzesło i zawołał do żydka wyrostka, który się za nim w drzwiach ukazał:

- Herbaty, Mowsza!

Żydek poskoczył, a Alexander zawołał jeszcze za nim:

- Herbaty z arakiem! tylko żeby był fein Jamajka, rozumiesz?

Potem zaczął witać się z towarzyszami, którzy wszyscy tak energicznie ściskali mu rękę, że aż na niej pękła zielona rękawiczka, i tak serdecznie ściskali go i całowali, że mu z głowy spadła czapka, której był, wchodząc, nie zdjął.

- A! - zawołał, rzucając się na kanapę - ledwie zdołałem dziś wyrwać się z domu! Przyjechał do nas jakiś pan z Kowieńskiego, krewny nasz, bogaty człowiek, ale dyable nudny, bo uczony, i papa chciał, żebym dziś jechał z nim do kościoła na jednej bryczce. Ale nie głupim! wykręciłem się, a to naprzód dla tego, że nie mógł-bym już być na sali przed nabożeństwem, a potem, że szanowny kuzyn prawił-by mi przez całą drogę morały.

- Cha, cha, cha! - zaśmiała się młodzież - a jakież to on tobie prawi morały?

- No, naturalnie, że nie mówi wyraźnie do mnie - odpowiedział Alexander, zapalając papierosa w pół leżącej postawie; - już chwała Bogu nie jestem dziecko, ani żaden student. Ale tak niby ubocznie ciągle mi rozpowiada o swoich synach, jak to oni uniwersytety pokończyli, jak to oni pracują, jak to każdy młody człowiek pracować powinien ku pożytkowi ludzkości i chwale Pana Boga i t. p. i t. d. A ja słucham tego wszystkiego i niby nie rozumiem, że on do mnie pije. Każdy przecież ma swoje zdanie; on swoje a ja swoje!

- A naturalnie! - potwierdziło kilka głosów.

- Siankowski! - zawołał Alexander, nagle zrywając się z kanapy - widziałem twoje konie przed oberżą! śliczne, słowo daję, kasztanki! Zkąd je wziąłeś? a gdzieżeś podział swoje siwki? Pewno uciąłeś handelek i porządnie okpiłeś kogoś, bo miały początki nosacizny. No, przyznaj się! prawda?

- Jak Boga kocham, za mój miły gotowiusieńki grosz kupiłem kasztanki! - tłómaczył się śród ogólnego śmiechu, wzbudzonego słowami Alexandra, barczysty i ogorzały młody człowiek, z głosem niepospolicie grubym i w tużurku niepospolicie długim.

- No, a ileś za nie zapłacił?

- Co zapłaciłem, to zapłaciłem; nie powiem!

- Kłamie, słowo daję, kłamie! - zawołał Alexander. - Już ja jego znam. On na każdy jarmark prowadzi konie i zawsze wsadzi komu nosate, kulawe albo ślepe, a w zamian weźmie dobre. To samo zrobił i z siwemi!

Wszyscy śmieli się, Siankowski się obraził.

- Spytajcie się mego ojca, jeżeli za kasztanki nie zapłaciłem gotowemi pieniędzmi - rzekł z nadąsem.

- "Masz cyganie świadki? mam żonę i dziatki!" - drażniącym głosem wymówił ktoś z towarzystwa. I znowu był śmiech ogólny.

- Ale wiecie co? że niema lepszych koników w okolicy, jak u Topolskiego - odezwał się ktoś z boku - widziałem je wczoraj w bryczce, myszate, bystre a zgrabne, jakby cacka!

- U jakiego to Topolskiego? - spytał ktoś, z dalszych stron przybyły.

- A u tego z Topolina.

- Aha! u tego, co to zaręczony z panną Niemeńską.

- Dyable szczęśliwy z niego człowiek, słowo daję! - zawołał Alexander; - najładniejsze ma konie z okolicy, i zaręczony z najładniejszą panną! Słuchaj, Kotowicz! - dodał, zwracając się do wysmukłego młodzieńca w obcisłym paletocie - ty w niej kochałeś się? prawda? i dostałeś odkosza? co?

- Gdzie tam - protestował Kotowicz - za wysokie progi na moje nogi. Ja sobie tylko komisarz, choć wprawdzie na wielkim majątku, ale ona ma swój własny folwark. Zresztą już i zaręczona z Topolskim od roku.

- Głupstwo! - rzekł Alexander - zaręczyny pajęczyny.

- Ale jabym tam niczyjej narzeczonej nie chciał - odpowiedział Kotowicz; - panna Wincenta podobała mi się, co prawda, ale jak dowiedziałem się, że zaręczona, to i dałem pokój. Broń mię Boże, abym miał komu narzeczoną odbijać.

- A jabym odbił, gdyby się mi spodobała - rzekł Alexander; - co to ma jedno do drugiego? A znasz przysłowie: koń zatargowany, panna zaręczona...

- Zawsze to jednak nie godzi się... - przerwał mężczyzna otyły, łysy i zająkliwy.

- Ej! tobie, Rybiński, hreczkę siać i pacierze mówić, a nie o takich rzeczach sąd wydawać - odpowiedział Alexander, a wszyscy głośno zaśmieli się.

- Niech sobie będzie i tak, lepiej pacierze odmawiać i hreczkę siać, niż bąki zbijać po świecie - odciął się Rybiński, a Alexander zmieszał się trochę i odwrócił od niego.

- Słuchaj, Olesiu, ty w czepku się rodziłeś - rzekł ktoś z towarzystwa - wszak panna Wincenta, choć zaręczona, bardzo mile na ciebie spogląda!

- At! zkądże wiecie o tem! - rzekł Alexander, poprawiając krawat.

- Oho! szydła w worku nie utaisz! alboż to nie widać było, jak spojrzała na ciebie którejś niedzieli, kiedy to jej książkę pod kościołem podałeś!

- Czy doprawdy? spojrzała? - pytał Alexander, muskając wąsiki.

- O! nibyś sam nie widział! niewiniątko! - zawołał Siankowski.

- Słowo daję, nie widziałem - rzekł Alexander, gładząc ciągle wąsik.

- A pani Karliczowa? czy i o tej nic nie wiesz? - żartobliwie zapytał ktoś inny.

- No pani Karliczowa, to co innego! - odpowiedział młodzieniec, śmiejąc się znacząco.

- Bodaj to być takim ładnym chłopcem! - zawołał barczysty i ogorzały Siankowski. - Ech, jak Boga kocham, czemu to ja nie mam takiej czupryny i takich kobiecych rąk, jak on!

- Głupstwa gadacie i po wszystkiem - rzekł Snopiński z widocznem zadowoleniem; - ot, pójdźmy lepiej do kościoła!

- Jeszcze nie dzwonili! - odpowiedział ktoś inny.

- To co? popatrzym, jak damy będą zajeżdżać przed kościoł.

Wszyscy młodzieńcy, z Alexandrem na czele, wyszli z oberży, przeszli przez rynek, rozmawiając i śmiejąc się głośno, ścigani oczyma zachwyconych nimi chłopów i żydów, stanęli rzędem przed sztachetami, otaczającemi kościoł. Alexander umieścił się tuż przy wnijściu na cmentarz, wywijał laseczką, rozprawiał z towarzyszami i rzucał spojrzenia i żarciki między grona wiejskich dziewcząt i mołodyc, które siedziały nieopodal na ziemi i wszystkie prawie ukradkiem na niego zerkały.

- Niech cię dyabli, Olesiu! jaki masz ładny paletot! - zawołał jeden z młodzieży. - Kto ci go robił? pewno nie Lejba?

- Sprowadziłem go z Warszawy - odpowiedział Snopiński, muskając wąsik - i czapkę tę także.

I zdjąwszy z głowy czapeczkę, w której wnętrzu był w istocie stempel jednej z fabryk Warszawskich, pokazał ją obok stojącemu towarzyszowi. Czapka poszła w kurs i wszyscy się nią zachwycali.

- Patrzcie go, tego Olesia! - wołał Siankowski - ubiera się w Warszawskie stroje! Ależ to musi tęgo kosztować. Jakto papunio tyle pieniędzy tobie daje?

- Mam swoje - odpowiedział Alexander, wkładając z szykiem zwróconą mu czapeczkę.

- Masz pan swoje? - wyjąkał łysy Rybiński - a zdaje się, że i czasu jeszcze nie miałeś zapracować na własne pieniądze!

Alexander z góry na niego spojrzał i uśmiechnął się ironicznie.

- Mój panie Rybiński - wyrzekł - tylko hołysze, nie pracując, nie mają pieniędzy, a ja do takich, dzięki Bogu, nie należę. Ojciec mój trzyma dzierżawę, ot tak sobie, dla zabawki i z przyzwyczajenia, ale, gdyby chciał, mógłby mieć własny majątek.

- A słyszałem, że twój ojciec chce dla ciebie majątek kupić - ozwał się Siankowski.

- A tak - odpowiedział niedbale Alexander - ale ja nie chcę osiadać w tych stronach, bo tu żadnego porządnego majątku niema do kupienia; same drobiazgi!

- Owszem - zarzucił Kotowicz - słyszałem, że Pszeniczna hrabiny jest do sprzedania. To śliczny majątek: trzydzieści chat, sto dwadzieścia morgów ziemi w każdej zmianie, i kawał pięknego sosnowego lasu.

- Co to znaczy? - rzekł Alexander - jabym chciał coś kompletnie porządnego, z ośmdziesiąt chat przynajmniej, a nadewszystko, żeby dwór był piękny.

- Ależ to gmachu pieniędzy potrzeba, żeby kupić taki majątek! - zawołało kilka głosów.

- A cóż z niemi lepszego zrobić, kiedy są? - z pełnym wyższości uśmiechem rzekł Alexander. - Już jeżeli gospodarować, to na czemś dobrem; na małem to dla mnie nie warto!

- Patrzcie go, jaki wielki pan! - szepnął Kotowicz do Rybińskiego.

- A tak - odszepnął Rybiński; - tatko, jak był w jego wieku, chodził w siermiędze i podartych butach, i zaczynał od dzierżawek na pięciu chatach, a synalek dowodzi, że na małem gospodarzyć nie warto!

- Ciekawym też, czy jego ojciec w istocie taki bogaty?

- Czyż nie znasz bogactwa dzierżawcy? Jak ma porządne inwentarze i kilka tysięcy rubli gotówki, to i chwała Bogu. Ale zobaczysz, jak to synek pięknie i prędko z dymem puści!

- Spodziewam się! paletoty z Warszawy!

- I czapeczki!

- A i jeździł panicz do Warszawy przeszłego lata; pewnie tam porządną sumkę na bruku zostawił.

- A jakże! ale przywiózł kilka tuzinów rękawiczek, które nam pokazywał, i cukierków dla pani Karliczowej.

- Żal się Boże! ja nie wiem, jak to pani Karliczowej nie wstyd takiego, za pozwoleniem, błazna bałamucić! Toć to bogata obywatelka i nie pierwszej młodości!

- Zachciałeś! ładny chłopiec!

Gdy tak dwaj szlachcice szeptali między sobą, z ukosa spoglądając na dandysującego się pod sztachetami Alexandra, ktoś zawołał:

- Siankowscy jadą!

Na placu ukazał się staroświecki kocz poczwórny, a w nim siedziała familia Siankowskich, dzierżawiąca także jeden z majątków hrabiny L., i złożona z matki, dwóch córek i ogorzałego ojca.

Gdy powóz zatrzymał się przed wrotami cmentarza, Alexander poskoczył, otworzył portyerę, a zdejmując czapeczkę i kłaniając się elegancko, pomagał wysiadać paniom. Pocałował matkę w rękę, uścisnął rączki panienek, pytał o zdrowie, wołał, że piękna pogoda, i cały w ukłonach i komplementach, odprowadził damy do połowy cmentarza, potem wrócił na swoje stanowisko. Wysokie, świeże i nieszpetne panny Siankowskie uśmiechały się doń bardzo mile, a gdy odszedł, jedna z nich obejrzała się za nim parę razy.

Po przybyciu Siankowskich cała już parafia ruszyła pod kościoł. Podjeżdżały różne bryczki, najtyczanki, kocze i karykle, a z nich wysiadali mężczyźni i kobiety różnych strojów i powierzchowności.

Alexander otwierał portyery paniom przyjeżdżającym powozami, kłaniał się tym, które przyjeżdżały w najtyczankach, a na przybywające prostemi bryczkami zaledwie patrzył, chyba wtedy, gdy która z nich była młoda i ładna, zerkał na nią ogniście, a gdy przeszła, odwracał się do stojących obok towarzyszy i mówił półgłosem:

- Nieszpetna szlachcianeczka!

Ostatnia ze wszystkich powozów, ukazała się na placu ładna, podwójna karetka, w sześć karych koni zaprzężona, ze służbą w liberyi.

- Pani Karliczowa! - ozwało się kilka głosów, i wszystkie oczy zwróciły się na Alexandra.

Po ustach młodzieńca przebiegał drwiąco-zadowolony uśmieszek.

Z pięknej karetki wysiadła kobieta przeszło lat trzydziestu, ale jeszcze bardzo ładna. Miała ona włosy najwyższej czarności, oczy czarne, ogniste, płeć śniadą i niezmiernie długą suknią; na twarzy miała przezroczystą koronkową zasłonę, a na ręku różaniec z agatowych paciorków, z cennym złotym krzyżem. Cała jej powierzchowność oznajmiała kobietę światową i z wysokiej sfery, ale zarazem ognistą, wrażliwą, kapryśną i goniącą ostatkiem młodości, która świetną a burzliwą być musiała. Wysiadając, rzuciła szybkie spojrzenie na Alexandra, który wraz z liberyowanym lokajem otwierał portyerę, podała mu rękę i zamienili z sobą kilka słów półgłosem. W końcu pani Karliczowa uśmiechnęła się raz jeszcze, orzuciła piękną twarz młodzieńca ognistem spojrzeniem i weszła na cmentarz. Alexander stanął znowu u furtki, ale zamyślił się nieco, od chwili do chwili uśmiechał się do siebie, jakby go jakieś miłe lub zabawne myśli zajmowały.

- No, pójdźmyż do kościoła; już wszystkie damy przyjechały - ozwał się Siankowski.

- Nie wszystkie jeszcze! - zarzucił Alexander.

- On jeszcze na kogoś czeka! - zawołał głos jakiś.

- Ja wiem na kogo - odrzekł ktoś inny.

- Na kogoż?

- Na pannę Niemeńską.

- Czy prawda, Olesiu? - spytało kilka głosów.

- Prawda - odpowiedział krótko Alexander.

- A cóżby na to pani Karliczowa powiedziała? - z przekąsem spytał Kotowicz.

- At, - niedbale odpowiedział Alexander - co to za porównanie! Ta Wincunia Niemeńska śliczna jak jagódka, świeża, młodziuchna. A pani Karliczowa, no, zapewne, to bardzo miła dama, ale z nią to można tylko tak... pour passer le temps.

- Patrzcie! i po francuzku gada! - szepnął Rybiński do Kotowicza.

- A pannę Wincentę to niby mógłbyś na seryo pokochać, ty bałamucie jakiś! - zawołał Siankowski.

- Do szaleństwa! - zawołał Alexander. - Ja już i tak w niej zakochany po uszy, choć jeszcze trzech słów z nią nie mówiłem! nie wierzycie? Słowo daję, że prawda!

- Czekaj-że - zawołał Siankowski - powiemże to ja siostrze mojej, Józi!

- A gadaj, jeśli chcesz! już mię teraz nikt nie obchodzi, tylko jedna ona!

- Kto?

- Wincunia Niemeńska.

Chóralny śmiech zabrzmiał.

- Zapominasz, Olutku, że ona ma narzeczonego - zawołał ktoś z młodzieży.

- Prędzej zje dyabła, a nie ją weźmie za żonę ten szlachciura! - z nadąsaniem odpowiedział Olutek.

- Biednyż on! - zawołał ktoś żartobliwie - już jak ty zaweźmiesz się, Olesiu, to podstawisz jemu stołeczka!

Znowu nastąpił wybuch ogólnego śmiechu. W tej samej chwili z kilku ust wyrwał się okrzyk:

- Otóż i ona!

Zgrabną parokonną bryczką podjechała pod kościoł pani Niemeńska z synowicą. Tuż za niemi zaturkotała takaż sama bryczka, i Bolesław Topolski, wyskoczywszy z niej pośpiesznie, pomagał wysiadać narzeczonej i jej ciotce.

Wincunia znowu miała na sobie różową sukienkę, tylko już nie perkalową, ale strojniejszą, bo muślinową. Był to snać ulubiony jej kolor.

Słomkowy okrągły kapelusik, opasany różową wstążką, uzupełniał to proste, niemal dziecinne, ubranie. Pani Niemeńska poszła na przód, a Wincunia postępowała za nią obok narzeczonego, którego twarz jaśniała zwykłą mu pogodą.

Wincunia miała oczy spuszczone, zdawała się wpatrywać w trawę, którą deptały jej drobne nóżki, zgrabnie wysuwające się z pod sukienki. Gdy znalazła się blizko furtki cmentarza, podniosła nagle wzrok i spotkała się z utkwionem w siebie spojrzeniem Alexandra. Żywy rumieniec oblał jej twarz, a Alexander zgrabnym ruchem zdjął czapeczkę i pozdrowił ją najpiękniejszym swoim uśmiechem i ukłonem.

Wincunia skłoniła lekko głowę i postąpiła ku kościołowi śpiesznym krokiem. Bolesław przemówił coś do niej, nie usłyszała. Zdawała się bardzo zmieszaną.

Uderzono w dzwony kościelne i po chwili cisza zupełna zaległa plac i cmentarz, tylko z wnętrza świątyni wypływały poważne akordy organów, albo wybuchał z niej chór mnóztwa głosów, śpiewających pieśni nabożne.

Po nabożeństwie, pobożni wyroili się znowu przed kościoł. Potworzyły się na cmentarzu różne grupy. Ludzie poważani, zamożni właściciele i dzierżawcy, otoczyli wychodzącego z zakrystyi proboszcza i rozprawiali z nim o gospodarstwie, urodzajach, wiadomościach gazetowych i t. d.

Niemłode kobiety podchodziły też do siebie z wzajemnemi powitaniami; między niemi była pani Niemeńska, a obok niej stała Wincunia. Nie przyłączyła się ona do gromadki panien, wkoło których na wyścigi zalecała się młodzież, ale milcząca stanęła obok ciotki i trzymała wciąż wzrok spuszczony, jakby lękała się spojrzeć na coś, co się jej ciągle nasuwało przed oczy.

To coś było w postaci pięknego młodzieńca, który nazywał się Alexander Snopiński. Przeciw swemu zwyczajowi, nie złączył się on z młodzieżą, strojącą konkury do kilku panien, błyszczących zdala mnóztwem kwiatów i wstęg na kapeluszach, i nie królował w tej grupie, jak to bywało zawsze, pięknością twarzy, elegancyą układu i śmiałością słów i spojrzenia; ale jakiś zamyślony, nie swój, krążył wkoło grona niemłodych pań, między których ciemnemi szatami jaśniała różowa sukienka. Obok niego przeszedł raz Bolesław Topolski. Alexander widocznie chciał z nim rozpocząć rozmowę, bo podniósł rękę do czapeczki i otworzył usta; ale Bolesław, zajęty żywą rozmową z panem Andrzejem, który szedł obok niego, nie spostrzegł intencyi młodzieńca i, oddawszy mu tylko ukłon z daleka, przyłączył się do towarzystwa poważnych ludzi, otaczających proboszcza.

Alexander z niezadowoleniem zmarszczył brwi.

- Któż mnie jej przedstawi? - szepnął do siebie. - Nie mogę przecie ni z tego ni z owego zagadać do niej.

I znowu zaczął krążyć około grupy kobiet, między któremi była różowa sukienka, idąc zwolna, niby w zamyśleniu, albo zatrzymując się i grzebiąc laseczką w trawie.

- Ha! - rzekł w końcu - cóż robić? trzeba samemu zaprezentować się!

Postąpił kilka kroków i nieco się zawahał, ale nieśmiałość nie stanowiła głównej cechy jego charakteru, gdyż po chwili podniósł rezolutnie głowę, poprawił czapeczki i stanął naprzeciw pani Niemeńskiej, która właśnie przestała na chwilę rozmawiać z sąsiadkami. Ukłonił się zgrabnie i wyrzekł z uprzejmym uśmiechem, który pięknie ozdobił jego rozpromienioną twarz:

- Oddawna pragnę dostąpić zaszczytu zostania pani znajomym, ale ponieważ niema nikogo, ktoby mnie przedstawił, przebaczy pani, że, jako wieśniak, odrzuciwszy na bok wszelkie ceremonie, sam to uczynię. Alexander Snopiński - dodał z głębszym jeszcze ukłonem.

- A na co te ceremonie z nami, łaskawy panie dobrodzieju? wszak i my wieśniaczki! - zawołała pani Niemeńska, z zadowoleniem przypatrując się przez okulary pięknemu młodzieńcowi. - Bardzo, bardzo mi miło poznać pana! żałuję tylko, że tak późno... Ale pozwól pan, - dodała zwracając się do synowicy - Wincuniu, pan Alexander Snopiński jest tak grzeczny, że chce zaznajomić się z nami.

Wincunia skłoniła się, podniosła wzrok na twarz młodzieńca, i oczy jej spotkały się znowu ze spojrzeniem Alexandra, które błyszczało nietajonem uwielbieniem. Patrzyli na siebie parę sekund i oboje nagle wzrok spuścili; ale tym razem Wincunia, zamiast zarumienić się, zbladła trochę, a po czole młodzieńca przemknął lekki rumieniec.

Niewidzialne i niepojęte dla ogółu, ale pełne znaczenia dla spostrzegaczy, są owe zewnętrzne znaki, które ognistemi zgłoskami wypisują na licach ludzkich tajemniczą serc ich mowę. Z nich, jak z przejrzystą krepą pokrytych alfabetycznych liter, wyczytać można wnętrze człowieka: co w nim jest, a nawet co będzie.

Jeżeli w rozmowie dwojga ludzi młodych rumieniec krasi lice dziewczyny, rzecz to powszednia. Ale jeżeli pod spojrzeniem mężczyzny twarz jej obleka się nagłą bladością, znak to wrażliwej natury i zapowiedź potężnego, które w pierś jej wstępować zaczyna, nagłego uczucia. Dziewczę rumieni się co chwila niekiedy, bez wyraźnego powodu, jak pączek róży, który, rozkwitając, ponsowieje z natury swojej. Lecz jeżeli zblednie nagle świeże i żarem życia nie dotknięte lice, znać, że w pierś przenika głęboko i do duszy się wdziera wzruszenie silne, które tam stopniowo zmieni się w płomień namiętności.

Wincunia zbladła pod tryskającem iskrami spojrzeniem Alexandra.

- Pora nam wracać do domu - rzekła pani Niemeńska, po zamienieniu kilku jeszcze grzecznych słów z młodym Snopińskim, a zwracając się raz jeszcze do niego, dodała:

- Spodziewam się, że pan nas odwiedzisz. Bardzo prosimy! bardzo prosimy!

- Jest to oddawna najmilszem mojem marzeniem - odpowiedział Alexander i pomógł paniom wsiadać do bryczki.

Bryczka była już daleko, a młodzieniec stał ciągle na jednem miejscu i w zamyśleniu grzebał laseczką w trawie.

- Cóż tak rozmyślasz? - ozwał się za nim gruby głos młodego Siankowskiego - pójdź-no na salę, pogramy w bilard.

Alexander jakby się ze snu ocknął.

- Nie pójdę - odrzekł krótko.

- Dla czego? - spytał Siankowski.

- Pojadę do domu.

- Czy ci tak zasmakowały morały twojego krewnego, że się tak śpieszysz do domu? - zaśmiał się półgłosem Siankowski.

- Bredzisz, Franusiu! - odparł z niechęcią Alexander - wracam do domu, bo mam na dziś świetne projekta.

- Jakież to?

- Nie powiem.

W tej chwili do rozmawiających zbliżył się pan Jerzy Snopiński.

- Cóż, Olesiu, zostajesz pewno? - zapytał syna.

- Nie, papo, jadę do domu.

- Fenomen! - zawołał pan Jerzy; - toć każdej niedzieli zostajesz w X. do późnej nocy! Cóż to się stało?

- Mam na dziś inne projekta.

- I na salę nie pójdziesz? - spytał niedowierzająco ojciec.

- Nie pójdę, papo.

- Węglem na kominie zapisać! - rzekł pan Jerzy - no, ale kiedy tak, to jedźmy już, bo dyabelniem głodny.

Po chwili plac pod kościołem był prawie pusty, tylko, krzycząc i szwargocąc, biegało po nim kilkoro obdartych żydowskich dzieci, z dala dochodził turkot odjeżdżających szlacheckich bryczek, a z oberży Szlomy wybuchał gwar pijących włościan i dawały się słyszeć uderzenia kul bilardowych na facyatce.

 

VII. Pierwsza wizyta.

 

W tym samym czasie, gdy pan Jerzy opowiadał przed przyjacielem obawy i żale, jakiemi go napełniało postępowanie syna, Alexander prędko przebył rączemi końmi trzywiorstową przestrzeń, dzielącą Adampol od Niemenki, i w bawialnym pokoju małego dworku ożywioną prowadził rozmowę z miejscowemi paniami.

Pani Niemeńska, ustrojona od święta w czepek z liliowemi wstążkami, z widocznem upodobaniem patrzyła na młodego gościa.

Wincunia siedziała obok ciotki, zmieszana nieco, mniej mówna, niż zwykle, zamyślona i jakby poważna. Z tem pomieszaniem dziewiczem i nieco rzewnym wyrazem twarzy, jaki rzucały na nią długie rzęsy spuszczających się co chwila oczu, Wincunia ładniejszą była jeszcze, niż zwykle. To też Alexander ogarniał ją raz po raz ognistem spojrzeniem, a niekiedy tak się w nią wpatrywał, że aż zapominał o odpowiadaniu na wielomówne i uprzejme pytania pani Niemeńskiej. Był on ubrany wedle ostatniej mody, wszystko na nim było cienkie, świeże, wytworne; misternie zawiązany węzeł szafirowego krawata pięknie odbijał przy ciemnym stroju i białej twarzy. Mówił wiele i z ożywieniem, a co moment mowę swą zwracał do Wincuni; ona odpowiadała mu uprzejmie, z uśmiechem, ale głosem nieco cichszym niż zwykle; podnosiła na niego spojrzenie i wnet spuszczała oczy; on spojrzenie to chwytał wzrokiem w przelocie, zaglądał w nie głęboko, a potem milkł na chwilę i tylko patrzył na nią.

Pod gankiem zaturkotały koła i do pokoju wszedł Bolesław.

- Czemu tak późno przybywasz pan! - spytała gospodyni domu - czekałyśmy na pana z obiadem.

Bolesław powitał panie, a ujrzawszy Alexandra, zdawał się trochę zdziwionym jego obecnością w Niemence.

- Czy panowie znają się? - spytała pani Niemeńska, gotując się już do dopełnienia ceremonii przedstawień.

- O, miałem przyjemność spotykać się z panem Topolskim w sąsiedztwach - zawołał Alexander, i z najbardziej światową, jak mógł, grzecznością, podał rękę przybyłemu.

Bolesław usiadł i rzekł:

- Przyjeżdżam prosto z X., gdzie byłem na obiedzie u proboszcza. Zebrało się tam nas kilku hreczkosiejów i zarazem trochę literatów, więc gwarzyliśmy sobie to o tem, to o owem...

- Przepraszam pana, że wypowiem moję myśl - z grzecznym, ale nieco ironicznym uśmiechem przerwał Alexander - nie mogę pojąć, jak pan mogłeś przełożyć gawędkę u proboszcza, nad towarzystwo pań, które go tu oczekiwały.

Uśmiechnął się Bolesław i odpowiedział:

- Moja znajomość, a nawet ośmielę się powiedzieć, moja przyjaźń z paniami, jest tak starą i nie potrzebującą dowodów, że panie doskonale wiedzą, jak mi jest drogiem ich towarzystwo. Ale zarazem wiemy też o tem wszyscy, że mężczyzna nie może żyć dla swego tylko, choćby najulubieńszego, kątka. Jego obchodzą i obchodzić powinny sprawy ogólne, a o nich jakże wiedzieć może, jak w nich weźmie udział, jeżeli nie będzie przebywał niekiedy w szerszem kole ludzi, choćby nawet ich towarzystwo nie najlepiej lubił?

Alexander zdawał się przez chwilę nieco zmieszany tą poważną, lubo pełnym prostoty tonem wygłoszoną, odpowiedzią. Spuścił oczy i po twarzy jego przemknęło niezadowolenie, połączone z ironią. W mgnieniu oka jednak odzyskał zwykłą sobie śmiałość i rzekł:

- Masz pan zupełną słuszność i bardzo pięknie mówisz. Ja jednak przyznaję się otwarcie, że jestem egoistą i za nic w świecie nie zamienił-bym przyjemności, jakiej doświadczyłem, przepędzając tutaj tę chwilę, którą pan u proboszcza przebyłeś.

Na ten komplement, któremu towarzyszyło przelotne spojrzenie, rzucone na Wincunią, pani Niemeńska mile się uśmiechnęła, a czoło Wincuni zabarwiło się lekkim rumieńcem.

- Co do szerszego towarzyskiego koła, nie jest ono wcale obcem panu Snopińskiemu - ozwała się gospodyni domu, zwracając mowę do Bolesława. - I owszem, właśnie przed chwilą opowiadał nam wiele zajmujących rzeczy o Warszawie, w której przepędził czas jakiś.

- Pan długo byłeś w Warszawie? - spytał Bolesław.

- Bawiłem tam przeszłego lata dwa miesiące - odparł młodzieniec, muskając wąsika.

- Słyszałem o tem od pana Siankowskiego - rzekł Topolski - i dziwiło mię trochę, że pan opuściłeś dom na tak długo, właśnie w czasie żniw.

Uwaga ta, wypowiedziana tonem, który nie miał w sobie nic złośliwego, musiała wydać się eleganckiemu młodzieńcowi do najwyższego stopnia naiwną i tchnącą stodołą, bo roześmiał się głośno i zawołał z szyderstwem, którego pokryć nie chciał, czy nie umiał:

- A! łaskawy panie dobrodzieju! cóż to ma jedno do drugiego, podróż moja do żniw?

- Jest to pora najtrudniejsza dla gospodarzy, i sądziłem, że ojciec pana, jako zawołany gospodarz, potrzebował wówczas pomocy pańskiej - odrzekł spokojnie Bolesław.

Alexander sponsowiał.

- Mój ojciec ma ekonomów, którzy mu pomagają - odparł z fantazyą, wstrząsając złocistemi lokami - a pan dobrodziej, czy byłeś kiedy w Warszawie?

- Nie, panie, jestem taki wieśniak prawdziwy, że, oprócz naszego powiatowego miasta, żadnego innego nie widziałem, i lubo nieraz pragnąłem wychylić się w świat szerszy, zajęcia, obowiązki miejscowe, nie dozwalały mi czynić dalekich wycieczek.

- Żałuj pan, żałuj! kto Warszawy nie widział, ten nic nie widział! - zawołał patetycznie młodzieniec, a powstając z krzesła i przybierając również patetyczną postawę, mówił dalej:

- Tam dopiero człowiek poznaje prawdziwie, co to jest życie! Ruch, tłum, gwar, ogromne pałace, piękne powozy na ulicach, bogate magazyny, a wszystko błyszczy i huczy, aż człowiekowi w oczach ćmi się i w uszach dzwonić zaczyna.

- O ile wiem, blask ten i huk, to tylko zewnętrzna strona tego miłego i drogiego sercom naszym miasta - rzekł Bolesław - pod blaskiem kryje się mnóztwo nędzy, a mimo huku tkwi tam myśl poważna...

- O, tak, tak, panie dobrodzieju, ale tego tam nie widać i nie słychać! I po cóż zresztą dopatrywać i dosłuchywać się tych smutnych rzeczy? kiedy człowiekowi wesoło, to i dobrze; a wesoło-ż bo tam, wesoło!

I, zapaliwszy się do swego opowiadania, począł dalej opisywać ulice, place, ogrody i spacery warszawskie.

W czasie tej rozmowy dwóch mężczyzn, Wincunia nie odezwała się ani słowa, tylko oczy jej przechodziły koleją z twarzy narzeczonego na twarz Alexandra.

Dwaj ci ludzie stanowili między sobą zupełną sprzeczność. Spokojna i poważna postać Bolesława, skromnie i czarno ubrana, twarz jego ogorzała o nieregularnych rysach, ozdobionych tylko pięknością spojrzenia i uśmiechu, wydawała się pospolitą, niemal prostaczą przy smukłej postaci, wytwornym stroju i białej, ogniem życia i wesołości tryskającej, twarzy dwudziesto-letniego młodzieńca. Oczy jednak tych dwóch tak różnych ludzi zbiegały się wciąż na jednym punkcie, a tym punktem była Wincunia. Ale nawet w spojrzeniach ich, na nią rzucanych, była wielka różnica. Bolesław, patrząc na Wincunią, nie tracił zwykłego sobie spokoju, a tylko z głębi, z samej głębi jego szarych oczu, wypływała cicha rzewność i płonęła w źrenicy łagodnym blaskiem. Oczy Alexandra paliły się, migotały błyskawicami, jasny błękit ich ściemniał, i miał barwę nieba, otaczającego tarczę słoneczną w południe.

Gdyby przed tych dwóch mężczyzn przyprowadzono dwie kobiety młode: jednę z dojrzałą myślą i sercem, w ogniu cierpień wypróbowanem, drugą, młodziuchną dzieweczkę, która naiwne i ciekawe oczy ledwie otworzyła na świat boży, i gdyby tym dwom kobietom powiedziano: "Przyjrzyjcie się tym ludziom i niech każda z was jednego z nich wybierze sobie na szczęście i miłość, na dolę i niedolę życia!" Pierwsza wyciągnęła-by dłoń do Bolesława i rzekła: tego wybieram, bo ma piękność ducha. Druga zachwyconem okiem utonęła-by w pięknem licu Alexandra i z rumieńcem wstydu, łzami wzruszenia i śmiechem radości, zawołała-by: tego kocham, bo w oczach jego przegląda się niebo!

Kocham! o, niewinne, nieświadome siebie i świata dziewczę młode! Nim wyraz ten wymówisz, złóż pierwiej ręce do modlitwy i módl się długo, długo, i proś Boga, aby ci dał myśl tak przenikliwą, serce takie mężne, iżbyś po-przez ogniste oczy i białą twarz młodzieńca przedrzeć się mogła do duszy jego!

W nią patrz, bo z niej, tylko z niej, stosownie do jej wartości, wypłynie dla ciebie szczęście lub niedola; bo jeśli ona jasna, to i ciebie na zawsze opromieni światłość, pomimo nawet przyszłych cierpień życia; bo jeśli ona ciemna, i ty, prędzej lub później, zapadniesz w ciemności żalu, rozczarowania, rozpaczy, a kto wie, może grzechu i buntu przeciw swemu losowi!

Wincunia patrzyła na Alexandra i stawała się coraz bledszą; w miarę, jak mówił, wzrok jej coraz śmielej tkwił w jego twarzy, mglił się wilgocią i promieniał połyskliwym blaskiem.

Alexander czuł spoczywający na sobie ten wzrok dziewczyny, lubo z mową swą najczęściej zwracał się do gospodyni domu. Głos jego stawał się coraz dźwięczniejszym, mowa coraz płynniejszą, o tem co widział, opowiadał z łatwością i dowcipem, który nieraz szczerze rozśmieszał słuchających.

- Jakież to piękne, naprzykład, te Łazienki! - mówił między innemi rzeczami - byłem tam właśnie w czasie kwitnienia drzew pomarańczowych; przecudny zapach rozlewał się wkoło stawów, po których pływają łabędzie...

- Łabędzie! - zawołała Wincunia, porwana opowiadaniem i swem amatorstwem ptaków - jakżebym chciała widzieć kiedy łabędzie! Znam tego ptaka tylko z opisu, prześliczny być musi!

- Prześliczny! - powtórzył Alexander - ale przecie można-by i tu zaprowadzić łabędzie. Klimat nasz nie wiele się różni od warszawskiego, a niedaleko od Niemenki widziałem staw dość duży. Idzie tylko o sprowadzenie jednej pary.

- Ależ to musi być kosztowne i trudne do hodowania! - przerwała pani Niemeńska z przezornością gospodyni.

- O! nie - odpowiedział Alexander - hoduje się je na wodzie, jak gęsi. Jeżeli pani pozwoli - dodał, zwracając się z ukłonem do Wincuni - będę bardzo szczęśliwy, mogąc przysłużyć się jej parą łabędzi. Pojadę po nie do Warszawy, tam wszystkiego dostać można...

- Jakto, pan pojedziesz do Warszawy umyślnie po łabędzie? - z uśmiechem spytał Bolesław.

- Cóż to znaczy? - odparł młodzieniec - dla spełnienia życzeń damy, można na koniec świata pojechać!

- Chciałbym na ten raz być damą - zaśmiał się Bolesław - kazał-bym panu jechać do Nilu po krokodyla!

- Gdybyś pan był pewną damą, którą ja znam, pojechał-bym chętnie nawet po krokodyla - odparł swobodnie Alexander, rzucając spojrzenie na Wincunią, która właśnie w tej chwili patrzyła na niego i zrozumiała widać aluzyą, bo wnet spuściła oczy.

Bolesław nie dojrzał tego spojrzenia i nie dosłyszał aluzyi, bo patrzył także na Wincunią.

- Bywałem w Łazienkach, właśnie w porach, gdy cały piękny świat Warszawski tam się przechadzał. Widziałem mnóztwo ślicznych dam, ale ani jednej tak pięknej, jakie w tych stronach widzieć można.

Spojrzał wymownie na Wincunią i dodał, skłaniając głowę:

 - Niema jak Litwinki! uchylam przed niemi czoło! Nie darmo Mickiewicz napisał o Wilii i naszych kobietach: "piękna Litwinka, co jej czerpie wody, czystsze ma serce, piękniejsze jagody".

Musiał wyrachować zręczny młodzieniec, że tą cytatą zatrze niekorzystne dla siebie wrażenie, jakie wywrzeć mogło na Wincuni nietrafne jego odezwanie się o Karpińskim i czwartkowych obiadach.

Gdyby zaś kto w owych stronach pisał kronikę miejscową, wiedział-by niezawodnie, że wiersz ten znajomy mu był i powstał w jego pamięci dla tego, że powabna pani Karliczowa śpiewała go często przy fortepianie, a Alexander słuchał zawsze jej śpiewu, romantycznie wsparty o fortepian i powtarzając: jaka to prawda!... Pewnego zaś razu, podobno kiedy pani Karliczowa wstała od instrumentu, zapytał ją: proszę pani, kto też to ułożył tę ładną piosenkę? - Naturalnie, że Mickiewicz - odpowiedziała ze śmiechem piękna wdówka - jaki też z pana nieuk! Można-ż o tak prostej nie wiedzieć rzeczy! - i uderzyła go wachlarzem po ręku. - Zgadzam się na tę nazwę, byle-by ona nie pozbawiła mię łaski pani! - odpowiedział z galanteryą lew parafialny.

Bądź co bądź, cytatą wiersza Mickiewicza młodzieniec dopiął swego celu, Wincunia musiała odzyskać dobre mniemanie o jego literackiem wykształceniu.

- Byłeś pan zapewne na Wystawie obrazów? - spytał po chwili Bolesław.

- Byłem, byłem - odparł Alexander - jakżebym mógł nie widzieć tak pięknej rzeczy? ja, panie dobrodzieju, szczególniej kocham się w malarstwie.

- Więc musiałeś pan widzieć świeżo wystawiony w zeszłym roku obraz Suchodolskiego? ma być bardzo piękny.

- A, obraz Suchodolskiego! widziałem, widziałem; ale nic w nim niema tak bardzo szczególnego!

I znowu nie wiedział, o czem mówi.

- Utrzymują, że Suchodolski celuje w malowaniu koni, czy pan w istocie to znalazłeś?

- O tak, panie dobrodzieju, celuje w malowaniu koni, prześliczne konie! Ale, a propos koni, byłem w teatrze na Tułaczu, i wystawcie sobie państwo, że tam na scenę wprowadzają konia!

- Na scenę konia! - zawołała pani Niemeńska.

- Konia - potwierdził Alexander - wielkiego, białego, a na nim wjeżdżają Róża i Blanka, te, co to państwo... w żydzie tułaczu...

- Tego to szczerze zazdroszczę panu, że widziałeś teatr warszawski - ozwał się Bolesław - pewno byłeś pan na sławnym dramacie Z., który z takiem powodzeniem był dawany zeszłego lata?

- Byłem panie; ale co tam dramat! wierz mi pan, że niema przyjemniejszego widowiska, jak balet. Jest prawdziwie co widzieć, prześliczne dekoracye jedne wyobrażają lasy, inne góry, inne jeszcze pałace i ogrody z bijącemi fontannami, a śród tego wszystkiego baletnice, jak roje motylów latają w powietrzu, w powiewnych różnokolorowych sukniach, zbiegają się, rozbiegają, splatają się w wieńce, a potem jedna z nich wybiega na środek, cała w kwiaty ubrana, i tańczy, zda się, że nie dotyka ziemi, a cały teatr drży od oklasków. Jabym zgodził się połowę życia przesiedzieć na balecie!

- A z drugą połową cobyś pan zrobił? - spytał Bolesław, uśmiechając się z zapału młodzieńca do baletu.

- Przepędził-bym ją w Niemence - odparł śmiało Alexander, skłaniając nizko głowę przed damami.

Pani Niemeńska i Bolesław zaśmieli się, ale Wincunia sponsowiała.

- Bądź co bądź - odezwał się Topolski - choć pan tak chwalisz balet, a ja na nim nigdy nie byłem, wyobrażam sobie jednak, że najulubieńszem dla mnie widowiskiem teatralnem byłby dramat, albo dobra komedya, taka np. jak są Fredry.

- A, komedye Fredry! byłem, byłem na niej! właśnie dawano Żydów...

- Panie łaskawy - przerwał żartobliwie Bolesław - nie odbieraj też pan Korzeniowskiemu jednego z najpiękniejszych listków jego autorskiej korony, boć on to napisał Żydów.

- Prawda! omyliłem się! to była komedya Korzeniowskiego! - zawołał Alexander, uderzając się w czoło, spojrzenie jednak jego z wyrazem lekkiej urazy upadło na twarz Bolesława.

- Powiedz mi pan dobrodziej - rzekł z ironią - czy nie posiadasz wypadkiem tego bajecznego kobierca, który ludzi nosił w mgnieniu oka po różnych stronach świata i równie prędko odnosił ich na miejsce stałego pobytu, a także tej czapki niewidimki, w której człowiek mógł wszędzie bywać niewidzialnym?

- Daję panu słowo, że ich nie posiadam, inaczej przysłużył-bym się panu kobiercem, abyś mógł codzień bywać na balecie w Warszawie i wracać na wieczerzę do Adampola! - ze śmiechem odpowiedział Bolesław - ale zkąd panu przyszło mieć mię za czarnoksiężnika?

- Bo nie pojmuję, jak pan możesz, nigdy nie będąc w Warszawie, tak dokładnie wiedzieć o wszystkiem, co się tam dzieje.

- Więc sądziłeś pan, że potajemnie odbywam podróż na cudownym kobiercu i w czapce niewidimce! - zawołał Bolesław, śmiejąc się jeszcze mocniej. - Nie, kochany panie! kobiercem owym jest dla mnie gazeta, a czapką niewidimką mój pokój sypialny, w którym co wieczór, po skończeniu gospodarskich zajęć, zamykam się i czytam.

- Widzisz pan - dodał poważniej - odkąd wynaleziono druk i urządzono w kraju poczty, i my wieśniacy możemy, nie podróżując, wiedzieć, co się na dalekim świecie dzieje, ku przyjemności serca i pożytkowi umysłów naszych.

Podano herbatę i rozmowa przybrała inny obrót, zwracając się ku sprawom i wiadomościom miejscowym. Bolesław upatrzył chwilę, w której pani Niemeńska opowiadała Alexandrowi o swoich sąsiedzkich stosunkach, a on zdawał się słuchać jej z uwagą, i zbliżył się do Wincuni:

- Co pani jest dzisiaj? - spytał półgłosem - jesteś blada i jakby smutna!

Dziewczę podniosło na niego spojrzenie w istocie smutne i zamglone.

- Nic mi nie jest - szepnęła zaledwie dosłyszalnym głosem, a oczy jej spoczęły na twarzy Bolesława z taką dobrocią serdeczną, z takim nieokreślonym żalem, że aż pobladł trochę. Patrzył w jej twarz przez chwilę z miłością, z którą złączyła się ojcowska nieledwie troskliwość.

- Spodziewam się - wyrzekł cicho - że gdybyś była cierpiącą, albo miała jaki powód do smutku, powiedziała-byś mi o tem, nieprawdaż?

Wincunia spuściła oczy i nie odpowiedziała; Bolesław rzekł znowu:

- Wszak pani wiesz o tem, że twój uśmiech to moje słońce; gdy jego braknie na twojej twarzy, mnie światła braknie. Nic więc dziwnego, że smutek pani przeraża mię i do pytań skłania.

- Ja nie jestem smutna - odrzekła Wincunia nieco z przymusem - panu się tylko tak zdaje! - i jakby dla potwierdzenia słów swych, zaśmiała się głośno, ale w śmiechu jej zadrgała fałszywa nuta.

Alexander, słuchając opowiadań pani Niemeńskiej, z ukosa spoglądał na cicho rozmawiającą z sobą parę narzeczonych, rumienił się chwilami i brwi mu lekko drgały. Gdy tylko pani Niemeńska mówić przestała, zwrócił się do Wincuni i rzekł:

- Widziałem tu w przyległym pokoju fortepian; zapewne pani grywa; czy można prosić?...

- O, ja tak niewiele gram! - tłómaczyła się Wincunia.

Pani Niemeńska głos zabrała.

- Ale ja od pani Siankowskiej słyszałam, że pan bardzo ładnie śpiewasz. Niechże pan będzie łaskaw i sprawi nam tę przyjemność...

- Prawdziwie pani - wymawiał się Alexander - nie jestem dziś przy głosie, i choć brałem lekcye śpiewu w Warszawie, nie wiem, czy uda mi się dziś cokolwiek dobrze zaśpiewać!

- Pan brałeś lekcye w Warszawie! więc tem bardziej prosimy pana...

- Doprawdy nie wiem... - protestował jeszcze młodzieniec i patrzył na Wincunią.

- Niech pan zaśpiewa cokolwiek - ozwała się Wincunia z nieśmiałością i nie podnosząc oczu.

- Niech się stanie wola pań! - rzekł, powstając natychmiast Alexander. - Ce que femme veut, Dieu le veut - dodał przesadną francuzczyzną.

Ostatnie słowa były także korzyścią, odniesioną ze znajomości z panią Karliczową. Wypowiadając je, nie troszczył się, czy będzie zrozumianym przez kogokolwiek z obecnych.

Przeszli wszyscy do przyległego pokoju, dobrze oświeconego palącą się na stole lampą. Alexander usiadł przy fortepianie, odrzucił włosy i uderzył kilka akordów, potem, pięknym i czystym w istocie, choć wcale nie uczonym głosem, zaśpiewał powszechnie znaną piosenkę: "Serce, serce, zkąd to bicie?" Z początku śpiewał z przesadą i wzniósł w górę oczy, ale potem zwrócił je na Wincunią, stojącą nieopodal i, nie spuszczając z niej wzroku, odśpiewał ostatnią zwrotkę:

 

"I na tej to pajęczynie,

Która się tak wątłą zda,

Ach, udało się dziewczynie,

Że mię w swojej mocy ma!"

 

Przesada, z jaką był zaczął śpiewać zniknęła, i słowa te odśpiewał z mocą, uczuciem i nawet rodzajem pewnego porywu i zapału, którym odpowiadał wyraz oczu, utkwionych w twarzy Wincuni.

Nic tak silnie i głęboko nie wnika w serce młodej, niedoświadczonej, a wraźliwej dziewczyny, jak piękny śpiew mężczyzny, choćby nie ozdobiony umiejętnością i wyrobieniem, byleby dźwięczny, czysty i gorący. Każdy ton tego śpiewu wpływa do jej piersi z iskierką uczucia, która się w nim zawiera. Iskra łączy się z iskrą i wszystkie razem tworzą żar; mężczyzna przestaje śpiewać, a w piersi dziewczyny pieśń brzmi jeszcze, brzmi ciągle, a dźwięki te wewnętrzne wypływają przez oczy blaskami, przez lica rumieńcem. Stoi wzruszona, choć wzruszenie to skryć usiłuje i gotowa zaśpiewać duet, jeśli nie z dwóch głosów, to z dwóch serc złożony. Nazajutrz rano, ocknąwszy się ze swych snów dziewiczych, pójdzie ona obejrzeć swoje kwiaty, stanie między niemi zadumana, a usta jej, zwilżone kroplą rosy, która na nie upadła, mimowoli zanucą wczoraj słyszaną piosenkę, wraz z tonami rozbudzą się w jej piersi iskry wczorajsze, a żal, z pieśnią zmieszany, wybuchnie płomieniem miłości, którą poczuje, a o której długo może jeszcze nie będzie wiedziała.

Kiedy Alexander skończył śpiewać, Wincunia stała, oparta ręką o poręcz krzesła, z pochyloną głową i bladą twarzą. Pani Niemeńska, po wielu podziękowaniach i pochwałach, które jedna wygłaszała, poczęła dopytywać się u Bolesława o proboszcza i znajomych, których u niego widziała. Alexander zbliżył się do Wincuni:

- Pora mi jechać - rzekł, dobywając piękny złoty zegarek, brzęczący mnóztwem breloków - a Bóg widzi, że mi się nie chce ztąd odjeżdżać! Zdaje mi się, że zostałem nagle przeniesiony do raju!

- Bardzo jestem rada, że się panu podobało w Niemence - odrzekło dziewczę, podnosząc oczy.

- Wierz mi pani - rzekł młodzieniec cicho i wzruszonym głosem - wierz mi pani, że chwile, które tu przepędziłem, uważam za najszczęśliwsze w mojem życiu. Ale czuję, że po nich nastąpi dla mnie wielki smutek i wielka tęsknota...

To rzekłszy, szybko odwrócił się, jakby chcąc ukryć przed Wincunią zbytek wzruszenia. Po chwili zaczął żegnać panią Niemeńską, która niezmiernie serdecznie i uprzejmie zapraszała go, aby jak najczęściej bywał w Niemence.

Po oddaleniu się Alexandra, pani Niemeńska wyszła wnet z pokoju dla jakiejś gospodarskiej sprawy, a Bolesław, jako prawie domowy, przez grzeczność towarzyszył gościowi aż na ganek.

Gdy bryczka odjeżdżającego zaturkotała już w bramie, Bolesław wrócił do pokoju i znalazł Wincunią, stojącą na tem samem miejscu, na którem ją, wychodząc, zostawił. Stała jak skamieniała, z rękoma obwisłemi, z oczyma utkwionemi w ziemię; tak była zamyślona, czy zamarzona, że nawet nie słyszała, jak Bolesław zbliżył się do niej.

Wziął jej obie ręce.

- Wincuniu - rzekł, patrząc w jej twarz - powiedz mi teraz, co tobie jest? Już nikt obcy nie posłyszy.

- Nic mi nie jest - odpowiedziała, uwalniając zwolna ręce z uścisku narzeczonego - głowa mię trochę boli - dodała - pójdę do siebie. Dobranoc panu.

- Jakto? idziesz już do swego pokoju? tak wcześnie. Sądziłem, że dziś jeszcze poczytamy razem trochę, bo przywiozłem ciekawą książkę od proboszcza.

- Nie mogę dziś czytać... pójdę już - odrzekła cicho Wincunia i odchodziła zwolna, a Bolesław patrzył na nią zdziwiony, zasmucony.

Nagle zwróciła się i podeszła prędko do narzeczonego, podała mu rękę i szepnęła:

- Panie Bolesławie, pan nie gniewasz się na mnie, nie prawdaż?

- Ja? gniewać się na ciebie? - zawołał Bolesław, obejmując ją i przyciskając do piersi - mój ty aniele drogi, za cóż ja miał-bym gniewać się na ciebie!

Wincunia podniosła głowę i patrzyła na niego łagodnie i z dziwnym jakimś żalem. Dwie łzy błysnęły na jej rzęsach.

- Jesteś taki dobry... dobry - szeptała - ja tobie tyle jestem winna! ty byłeś mi ojcem, bratem, opiekunem... Wszystko, co mam, mam przez ciebie, wszystko, co umiem, przez ciebie umiem... Och, jaka ja niewdzięczna!...

Łzy spadały z rzęs i spłynęły po twarzy.

- Wincuniu, co ci jest? - zawołał Bolesław, tuląc ją mocniej do siebie - zkąd ci te przypomnienia? te wyrzuty sobie czynione? Ty słaba być musisz? jesteś blada, ręce masz gorące, drżysz cała! Boże mój! gdybym też już prędzej mógł być mężem twoim, czuwać nad tobą w każdej chwili i taką cię otoczyć opieką i miłością, aby żadna chmurka nie zasmuciła ci czoła, żadna smutna myśl nie tknęła serca.

Przy ostatnich wyrazach Bolesława, Wincunia zadrżała całem ciałem.

- Ty jesteś słaba, moja jedyna - rzekł, patrząc na nią Bolesław - idź, połóż się; jutro pewno ci lepiej będzie!

Poszła powoli, milcząc, on szedł obok niej, aż do drzwi jej pokoju, potem pocałował obie jej ręce i rzekł z powagą:

- Niech cię smutne myśli nie dręczą, jeśli je masz jakie. Pamiętaj o tem, że blizko ciebie jest człowiek, który kocha cię prawdziwie i po męzku, więcej niż samego siebie..., który strzeże cię i gotów bronić w każdej chwili. Idź i śpij spokojnie, moje dziecię, a niech cię jutro zobaczę zdrową i wesolutką. Wyraz: moje dziecię Bolesław wymówił z takiem prawdziwie ojcowskiem uczuciem, iż zdawało się, że w istocie do tego młodego dziewczęcia, co przed nim stało, miał jakieś prawa ojcowstwa. Tak, on czuł się, i słusznie, ojcem jej duszy!

Drzwi zamknęły się za Wincunią, Bolesław odszedł. W bawialnym pokoju spotkał się z panią Niemeńską.

- Czy pani nie wiesz, co się dziś stało Wincuni? - spytał z niepokojem - blada, milcząca i parę razy łzy miała w oczach.

- Ja sama uważałam, że ona dziś była nie swoja - odparła ciotka - zaraz po powrocie zaczęła się skarżyć na ból głowy, a cały wieczór siedziała, jak niema, co jej się przecie nigdy nie zdarza! Żeby to tylko nie był początek choroby jakiej, broń Boże!

- Gorączki panują w okolicy... - szepnął Bolesław, przesuwając dłoń po nagle zbladłem czole.

- Jeżeli-by Wincuni było gorzej w nocy lub jutro z rana - rzekł do pani Niemeńskiej - nie tracąc ani chwili czasu, przysyłaj pani do mnie, a pojadę natychmiast sam po doktora. Dam w domu rozporządzenie, aby konie przez całą noc stały w stajni ubrane i gotowe do drogi. - Pożegnał panią Niemeńską i wyszedł, po kilka razy powtórzywszy prośbę, aby, w razie zasłabnięcia jego narzeczonej, natychmiast mu o tem oznajmiła.

W pół godziny potem, cisza zupełna panowała w Niemence, wszyscy spali we dworku i wszystkie światła pogasły, tylko w oknie pokoiku Wincuni długo w noc błyszczało światełko.