Powieści Józefa Ignacego Kraszewskiego. Tom I - Józef Ignacy Kraszewski

Kup ebooka

26.00 zł
22.35 zł (17,91 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

II.

 

W tych latach lepsze towarzystwo w Warszawie i to, które albo się z niem łączyło, lub naśladować je pragnęło - nie wstawało rychło. Damy, które z balów, wieczerzy przedłużonych, lub od gry powracały nadedniem, sypiały do południa. Ranne wizyty, przy czekoladzie, niektóre z nich w łóżkach przyjmowały po pierwszej godzinie, niektóre i później. O dwunastej przedpokoje napełniali zwykle przekupnie, faktorowie i faktorki, bez których się nikt nie obchodził.

Pani Loiska, inaczej zwana piękną kasztelanicową, pilnie tego strzegła, aby jej dom zdawał się być na pańskiej stopie. I tu więc dopiero o południu dniało.

Lecz nazajutrz po bytności pana starosty i reducie Loiska wyjątkowo wstała wcześniej, włożyła turecki szlafroczek i do niego dobrane pantofelki cudnie haftowane i włosy śliczne przewiązała wstążką. Zdawała się oczekiwać na kogoś.

Otyła, ospowata, bardzo, mimo tuszy, fertyczna sługa faworyta, panna Brygita, Brysią poufale zwana, kręciła się już około pani, która nieustannie czegoś potrzebowała.

W stroju tym porannym Loisce było cudnie. Z pod szlafroczka rozpiętego widać było spódniczkę białą jak śnieg, całą naszywaną szlarkami i falbanami haftowanemi misternie. Z pod szerokich rękawów wystające rączki z paluszkami długiemi, jakby wytoczonemi, zdały się do całowania stworzone.

Przeglądała się w lustrze, zawieszonem naprzeciw berżerki, w której siedziała z tem zadowoleniem, jakiego doświadczają piękne panie, gdy zrana odświeży je sen, zarumieni i odmłodzi. A ona nie potrzebowała jeszcze odmłodzenia; wiek nie ośmielił się na tem obliczu marmurowem zapisać daty żadnej. Zdawała się jakby urodzoną wczoraj i na nieśmiertelność przeznaczoną. Patrząc na nią, niepodobna było przypuścić, aby kiedy zestarzeć się mogła.

Uśmiechała się do twarzyczki swej w lustrze, zdając się mówić do siebie: Któż ci się oprzeć potrafi?

Młodość tę i świeżość winną była może Loiska temu, że nigdy niczego nie brała mocno do serca. Nie umiała kochać i pocichu śmiała się z tych, co się kochali, zakochiwali, lub szaleli z miłości. Ale wiedziała bardzo dobrze, iż miłość jest doskonałem narzędziem do... robienia interesów. Pozwalała więc kochać się w sobie, grała, gdy było potrzeba, uczucie bardzo zręcznie i żyła tak, będąc pewną, że i piękność zachowa i celu dopnie.

Chociaż w domu pięknej kasztelanicowej swoboda była wielka i można było o nim mówić różnie, nikt nie mógł poszczycić się szczególną łaską pięknej Loiski. Domyślano się, szeptano, ale jawnych dowodów nie było. Amantów miała mnóstwo, preferowanego nie znano.

Hrabia W., który u niej grywał, już nie młody, obchodził się z nią protekcyonalnie i nie miał najmniejszego podobieństwa do zakochanego. Zimna galanterya jego nie była udawaną dla oczów ludzkich, ale najprawdziwszą. Wiedziano bardzo dobrze, iż u kogo innego z wielkiego świata był w łaskach. Tu tylko wygodnie mu czasem banczek trzymać było.

Loisce na wysoko położonych znajomościach, na protektorach u dworu, po ambasadach i t. p. nie zbywało, lecz wszyscy jej służyli w nadziei, która się nigdy nie iściła. Wzdychali biedacy, żalili się, a bogini i królowa, gdy już ich o apostazyę posądzała, umiała jednem wejrzeniem nanowo do siebie przywiązać.

Była tak śliczną...

Spodziewano się kogoś i pani zaczynała okazywać niecierpliwość pewną, gdyż godzina biła, w której i inni natrętni goście nadejść mogli, i przerwać konferencyę.

Dzwoniła parę razy na Brysię, stojącą na czatach u jakichś drzwi, dla posłuchań tajemnych przeznaczonych, przez które wchodzących nie widzieli ci, co w przedpokoju czekali.

Bronzowy zegar, przedstawiający jakąś świątynię, którą aniołkowie, a raczej amorki, wieńczyły kwiatami, wskazywał już południe; ciemne brwi Loiski coraz się mocniej ściągały, gdy zdyszana Brysia wpadła małemi drzwiczkami, wiodąc za sobą niezbyt młodego, pięknego jeszcze, a, jak na rano, wystrojonego bardzo starannie mężczyznę.

Wygolona twarz jego miała wyraz osobliwszy zalotności, melancholii, galanteryi; ale to była maska, z pod której dobywało się coś demonicznie chytrego, przebiegłego, zdradliwego.

Można było zadrżeć, wpatrzywszy się w tę słodycz. Oczki przymrużone może dlatego pod powiekami się kryły, aby nikt lisiego ich wejrzenia nie zbadał.

- Cóż moja królowa rozkaże? - rzekł z ukłonem niesłychanie wykrygowanym, całując rączkę, którą zatrzymał nieco i ta mu się nie opierała. - O! paluszki te! - zawołał z uniesieniem.

Loiska się uśmiechnęła.

- Siadaj-no, panie pułkowniku. Mam do pana prośbę, prośbę wielką!

Załamała rączki i te paluszki tak piękne pokazały się teraz posplatane cudownie, a że się podniosły, za niemi utoczona biała rączka wyszła z pod rękawów na świat.

- Królowo moja, rozkazuj! - zawołał pan pułkownik głosem jakimś bezbarwnym, który szeleściał dziwnie. - Trzebaż się zaklinać, iż twe rozkazy zostaną spełnione?

Królowa oparła się na rączce, może, aby ją na uwielbienie gościa wystawić, twarzyczka jej powlokła się smutkiem.

- Ja dla pułkownika nie mam sekretów - rzekła - zresztą, na coby się to zdało? Pan wiesz wszystko a wszystko, co się dzieje w mieście, lepiej niż ktokolwiekbądź inny.

Pułkownik palce położył na ustach i szepnął:

- Tst!

Pochyliła się, patrząc mu w oczy, królowa.

- Pułkowniku, zaklinam cię... niech to zostanie między nami. Byłam wczoraj na reducie. A! mój Boże, po co mnie tam moja ciekawość zapędziła? Ale któż się tego mógł spodziewać? Hrabia W. mi towarzyszył, powóz był najęty.

- Ale ja to wszystko wiem - przerwał pułkownik.

- No więc i to wiesz może, jaka mnie tam awania spotkała.

Ręce znów się załamały.

Pułkownik głową dał znak potakujący. Dwie łzy zbiegły z powiek Loisce, ale to były nie perły boleści, tylko dwa owoce gniewu!

- Na Boga, mój dobry, kochany, jedyny pułkowniku, dla mnie to uczyń... będę ci wdzięczną.

Tu rumieniec zdradliwy oblał jej twarz i więcej niż słowa powiedział. Zająknęła się.

- Kto jest ten łotr niepoczciwy, ten rozbójnik, ten Barani kożuszek?

Głos jej drżał. Były w nim jęk i złość, gniew i ból.

- Jemu to ktoś chyba podyktował - ciągnęła dalej - ale kto? Ja potrzebuję wiedzieć, co to za... człowiek i kto mu mógł włożyć to w usta. Tego niegodziwca potrzeba... potrzeba uwięzić, zamknąć, ochłostać, wziąć na tortury... niech wyzna!

Zapalała się troskliwie piękna Loiska. Pułkownik słuchał, zimny jak lód.

- W tem sęk, królowo moja - począł szeptać. - Powiadasz, że ja wszystko wiem. No tak, nie przeczę, wiem wiele, bardzo wiele. Mogę panu B. donieść, co się wczoraj pocichu w gabinecie króla uradzało; mogę powiedzieć, co pisał Lucchesini do króla pruskiego; mogę zgadnąć, co myśli ks. Kołłątaj - a nie wiem, co to za łotr ten Barani kożuszek... Nieraz już on okrutne na siebie ściągał gniewy... chciano go ścigać, starano się dośledzić, co pod tą skórą się kryje. Nadaremnie. Jest to zagadka. Ukazuje się, niknie, bluzga w oczy najpotężniejszym, a gdy go potrzeba schwycić, jakieś siły niewidzialne, jakieś protekcye tajemnicze go osłaniają.

Loiska słuchała zdumiona niezmiernie i drżąca.

- Jakto? - zawołała - jednego żebraka, włóczęgi, który jawnie się w ulicach codzień pokazuje i jakby wam urągał, występuje tam, gdzie ludzi najwięcej - nie możecie kazać pochwycić?

- Ba! - zawoła pułkownik. - To jest jakaś nierozwikłana zagadka, w tem coś jest niepojętego. Tego łotra w chwili niebezpieczeństwa jakieś niewidome siły osłaniają, bronią. Znika w kamienicach, w których go nawet szukać nie można... lud go bierze między siebie i - gdzieś się podziewa. Jest czasem w kilku miejscach razem, a nigdzie go pochwycić nie można.

Loiska śmiać się zaczęła.

- Ale cóż-bo za bajki mi prawisz, jak dziecku! proszę cię - zawołała. - To chyba wasze lenistwo, lub... nie wiem już co... Masz swych ludzi, ja naznaczę nagrodę temu, co go pochwyci... a wówczas... rozumiesz - dodała z gniewem w głosie - możecie osądzić go i zamknąć na wieki, możecie go kazać powiesić, bo to zbójca!

Z politowaniem, ale chłodnem, słuchał pułkownik.

- Królowo moja - odparł, cedząc - jakże-bo ci łatwo wszystko! Brać, wiązać, wieszać... Prawda, nawykłaś, śliczna despotko, robić, co ci się zamarzy, posłuszni ci wszyscy; ale... nam nie tak idzie, jak tobie. Są, na nieszczęście, prawa, klauzury... i - mówmy szczerze - to nie jest żaden taki Barani kożuszek, jak ci się zdaje, w tem się coś ukrywa.

- Tembardziej wam - dodała Loiska - potrzeba odsłonić tę czarną tajemnicę. Ja przychodzę w pomoc.

Szarpnęła szufladkę stoliczka, aż stojąca na niej filiżanka z niedopitą czekoladą zadzwoniła, dobyła rulonik i gwałtem go wcisnęła w rękę pułkownikowi.

- To dla tego, który pochwyci tego łajdaka. Pułkowniku, ja muszę wiedzieć, kto on jest i kto go na mnie nasadził.

- Królowo moja - cicho odpowiedział pułkownik, trzymając jeszcze rulon w ręku. - Wistocie dajesz mi polecenie, którego trudności nie oceniasz. Muszę ci się wytłómaczyć. Oto raz powracającemu do zamku marszałkowi Mniszkowi, który szedł pieszo i sam jeden, drogę zastąpił ten łotr. Prowadził go tak aż do bramy, prawiąc mu największe obelgi, poobwijane niby w komplimenta. Marszałek, napół żywy, doszedłszy wrót, natychmiast wysłał go łapać. Przepadł jak w wodę... Kilka dni szukano go po całem mieście. Jakby na złość, tam się pokazywał tegoż dnia, gdzie go nie ścigano... wyślizgnął się i na niczem się skończyło.

Loiska rzuciła się na siedzeniu zarumieniona.

- To wszystko dowodzi tylko, że u nas policyi niema i porządku! - zawołała.

- Królowo moja - przerwał pułkownik - chyba, że u nas są dwie policye... a to znaczy wistocie, jakby żadnej nie było.

Odetchnął nieco pułkownik i, napawając się widokiem królowej, po której rączkę białą sięgnął i otrzymał ją - dodał po namyśle.

- Bądź co bądź, królowo moja, przyrzekam święcie, że zrobię dla miłości waszej, co tylko się da uczynić. - L'impossible! Daję słowo! Wyprawię w tropy za nim wszystkie moje wyżły i psy gończe, a jeśli mi się uda pochwycić...

- Torturami z niego dobyć trzeba prawdy - zawołała Loiska.

- Bylebyśmy go mieli, to i bez tortur się obejdzie - rzekł pułkownik.

I mówiąc to, jakby od niechcenia wsunął rękę do kieszeni, w której rulon, dotąd trzymany, utonął.

- Kochany pułkowniku - dodała, znów się rumieniąc, Loiska - będę ci wdzięczną!

Spojrzała wyraziście.

- Ten człowiek... ten człowiek serce mi zranił. Nie mogę dotąd przyjść do siebie. W oczach ludzi rzucił mi obelgę, wystawił na urągowisko! Pragnę zemsty... i jak kobieta, zemsty okrutnej! My jesteśmy namiętne we wszystkiem, pułkowniku!

Gość już był wstał, trzymał przepiękną rączkę i patrzył w oczy królowej. Był jeśli nie wzruszony, to roznamiętniony. Loiska, która tego chciała, dobiła go wejrzeniem ognistem.

- Całą moją wdzięczność za zemstę! - szepnęła raz jeszcze.

Gdy za wychodzącym drzwi się zamknęły, siadła królowa, spojrzała w zwierciadło i postrzegłszy się zmienioną, natychmiast usiłowała spokój w sobie przywrócić. Zburzone uczucia na rozkaz jej skryły się i znikły, twarzyczka wypogodziła, uśmieszek wrócił na usta różowe.

Z przedpokoju szmer mnogich głosów dochodził; ale tam na straży była zręczna Brysia, która natrętnych wierzycieli odprawiała, innych wejrzeniem jakiemś i znakami uspakajała, od innych przyjmowała zlecenia... a dziś nikogo do słabej pani nie dopuszczała.

W przeciągu pół godziny cała ta ciżba lichwiarzy, przekupniów, faktorek powoli się porozchodziła. Brysia z obliczem tryumfującem weszła do pani.

- Arona, paniuńciu - rzekła - w jakikolwiek sposób zaspokoić potrzeba. Szmulowa...

Loiska mówić jej nie dała.

- Nie nudź mnie interesami; dziś co innego mam w głowie. Gdy nadejdzie Tytus - znasz go - wpuść do mnie.

Służący prawie w tejże chwili oznajmił pana Tytusa. Brysia się roześmiała.

Loiska przybrała minę poważną; Tytus wchodził z miną protekcyonalną, pańską i chłodną.

- Stawiam się na rozkazy - rzekł, zabierając miejsce, które przed chwilą pułkownik opuścił. - Domyślam się nawet, dlaczego zostałem powołany.

- Ażeby dostać burę - odpowiedziała żywo Loiska. - Jakżeś mi pan mógł starostę pierwszy raz do domu o tej godzinie przyprowadzić?

- Spodziewałem się za to podziękowania, nie bury - rzekł obojętnie Tytus.

- Ale to do niczego niepodobne - przerwała z udanym gniewem pani. - Jakie mieć będzie wyobrażenie o mnie...

- Jak najlepsze - mówił Tytus, gniewu i wymówek wcale nie biorąc do serca. - Widzisz, kochana pani, je connais mon monde. Przyniosłem jej klejnot, który mi się z rąk wyślizgnął i jutro możeby się dostał innej, bo mu nadzwyczaj pilno pójść w niewolę. Pani go już masz.

Loiska zdawała się uspokojoną.

- Cóż dalej? - zapytała.

- To już od kunsztu pani i od jej własnych starań zależeć będzie - rzekł Tytus. - Chłopak jest tak miękki, że w jej rączkach da się ulepić... na co go przeznaczysz.

Z tonu i toku, jaki przybrała rozmowa, pani Loiska wcale nie zdawała się rada. Raziło ją, że Tytus nadawał sobie i poufałość, do której nie miał prawa, i śmiał dwuznaczne dawać jej rady. Tego ona nie znosiła od nikogo.

Zamyśliła się, zagryzając usta, może nie wiedząc, jak odpowiadać miała.

- Przyznam się panu, że, pomimo tych świetnych nadziei, jakie mi czynisz, wprowadzając pana starostę, ja mu nie bardzo jestem wdzięczną za niego. Młodzików takich, zostających pod kuratelą rodzicielską, nie lubię. Wiesz pan, że się u mnie słuszni ludzie grą zabawiają. Młody chłopak może się zapalić, przegrać, a w moim domu, i tak na obmowę wystawionym, wcaleby to było nieprzyjemnem.

- Sądzę, że się tego niema co obawiać - rzekł Tytus, patrząc na nią zuchwale, co ją w zły humor wprawiało, bo śmiałość jego obrażała ją. - Starosta nie dla kart tu pewnie przybywa.

Loiska się skrzywiła.

- A więc w nadziei jakichś łatwych umizgów i przepędzenia czasu - odparła. - Wybij-że mu pan to z głowy; mnie to nie bawi.

- Pani dziś jesteś w złym humorze - odezwał się Tytus.

- Jak zwykle.

- Nie, w gorszym, a ja nawet przyczynę gotówem odgadnąć.

Gospodyni się zarumieniła.

- Ciekawam...

- To łatwo - rzekł Tytus - taka nieprzyjemna scena na reducie...

Loiska wyprostowała się, wstała z krzesła i oblana purpurą, ze zmarszczonemi brwiami krzyknęła:

- Cóż to znów?

Tytus śmiał się, nie poruszając z krzesła.

- Niechże się pani nie gniewa - odparł. - Jeżeli nie chciałaś być poznaną, potrzeba było ten śliczny pieprzyk zakryć na szyi. Zresztą, któż jej kibicią, płcią i wdziękiem postaci dorówna!

Gdy to mówił, Loiska z największym gniewem szarpała rękawy szlafroczka i oczy jej ciskały pioruny.

- Pan jesteś niegodziwy impertynent - zawołała. - Na reducie nie byłam... Słyszysz pan? mówię, żem nie była!

- Je le tiens pour dit! - rzekł z szyderstwem Tytus - i... ciągnę dalej, czy pani chcesz, czy nie chcesz słuchać. Zupełnie usprawiedliwiam to, że pani okazujesz się surową i starostę chcesz chłodem swym do rozpaczy przyprowadzić. To strategia znana i nieochybna. Lecz ponieważ ja go tu miałem honor zaprezentować, winienem dać o nim informacyę. Nie potrzebuję powtarzać, co wszyscy wiedzą, że będzie dziedzicem milionowej fortuny. Charakter szlachetny, unoszący się, zapalny, niedoświadczenie zupełne, wielkie pragnienie życia, serce żądne amorów... wspaniałomyślny i hojny. Tymczasowo mało ma, ale kredyt nieograniczony. Nie jest to więc gość do pogardzenia.

Loiska siadła i zdawała się nie słuchać, czekając końca tylko, lub myśląc o czem innem. Zdaje się, że te odwiedziny Tytusa, których się spodziewała i czekała na nie, nagle jej jakaś refleksya popsuła. Zlękła się takiego wspólnika w spisku i zbywała go milczeniem.

- Pani jesteś niewdzięczną - dodał Tytus, udając, że się zbiera wychodzić.

Loiska się namyślała. Nastąpiła pewna zmiana w jej usposobieniu; nie chciała ostatecznie zrażać Tytusa.

- Owszem - rzekła - jestem panu obowiązaną za jego dobre chęci dla mnie; widzę z tego, co mówisz, że sądzisz o mnie tak jak inni, co mnie nie znają. Byłam w życiu nieszczęśliwą, uznano mnie płochą, dlatego, że kłamać nie chcę i nie umiem. Zdaje się ludziom, że to, co widzą, dozwala się wiele więcej domyślać. Nie dbam o to, ale w nowych stosunkach muszę być ostrożną, bo druga omyłka w życiu byłaby zgubną. Pan starosta ożenić się ze mną nie może, a ja niczyją metresą być nie myślę.

Tytus słuchał i usta mu się ściągały tłumionemi uśmieszkami.

- Starosta... widzi pani - rzekł - il est capable de tout; ale trzeba umieć się wziąć. W ostatku, jeżeli nie może się żenić sam, to może... ożenić kogo.

Loiska piorunującem zmierzyła go wejrzeniem; nie powiedziała już nic.

- Żądałeś pan mówić ze mną - dodała. - Czy jeszcze mam co wysłuchać?

- Tylko prośby mojej, abyś pani starosty nie zrażała - rzekł Tytus z powagą przybraną. - Zaraz to pani wytłumaczę. Dostało mi się być jego mentorem; jest to zaszczytny, ale ciężki obowiązek. Boję się, aby nie wpadł w złe ręce, wolę go więc powierzyć pani, niż pozwolić, aby go opanowały...

Nie dokończył, bo Loiska dzwoniła na swą Brysię.

Tytus się domyślił, że się go pozbyć chciano.

- Żegnam panią - rzekł - i polecam się lepszemu jej humorowi.

Na tem skończyła się rozmowa, dosyć dla obojga niemiła.

Po wyjściu jego gospodyni radziła się zegarka, czy nie czasby było myśleć o fryzurze i toalecie, gdy Brysia przyszła jej coś szepnąć do ucha.

- Prosić - odparła Loiska.

Znów temi drzwiczkami, któremi wchodził pułkownik, wsunął się ogromnego wzrostu, twarzy polskiej, pięknej, ale wyżytej, zniszczonej, obrzękłej, jakby niewyspanej, mężczyzna w stroju francuskim, niedbale włożonym, niezmiernie pańsko, butno i zuchwale wyglądający. Niepospolite to były rysy tem, czem je uczyniła natura i czem je potem zrobiło życie. Najszlachetniejszy materyał z rąk Bożych wyszedł i został jakby przez nieudolnego kunsztmistrza w obrzydły sposób zeszpecony.

Wyraz rycerski mieszał się tu z cynicznym, rozum przeradzał w szyderstwo bezmyślne, męztwo przetworzyło się w zapalczywość ślepą. Piękne oczy niebieskie miały to spojrzenie, jakie im nadaje prawie zawsze nałóg upajania się... patrzyły szklisto.

Wszedł on tu, jakby do gospody, nie okazując wcale respektu dla gospodyni, z poufałem lekceważeniem. Kapelusz zdjął dopiero, zobaczywszy panią, uśmiechnął się, kiwając jej głową, i bez powitania prawie rzucił się całym ciężarem, dosyć już ciężkiego ciała, na krzesło, ukazując na drugie drzwi, aby ich od natrętów pilnowano.

Loiska zdawała się być zmuszoną do powolności dlań, chociaż ten sposób obejścia się z nią nie był jej przyjemny.

Poszła wydać rozkazy, wróciła i stanęła przed nim. Przybyły patrzył na jej piękność dosyć chłodnem okiem. Jednak wyrwało mu się:

- A, jaka ty zawsze śliczna bestyjka jesteś!

- Panie het...

- Proszę, bez tytułów - ja tu jestem, jeśli już koniecznie chcesz, panem hrabią.

Loiska siadła; hrabia pochylił się trochę ku niej.

- Cha! cha! - rzekł - musisz, kochana moja, dalej prowadzić swą poczętą karyerę dyplomatyczną. Wszyscy nasi agenci funta kłaków nie warci, siano wozić im za tobą, ma chérie, gdy tylko zechcesz. Komużbyś ty nie dobyła śmiertelnego grzechu z pod serca?

Być może, że misya dyplomatyczna uśmiechała się wistocie Loisce, albo, że ją do innych celów prowadziła. Rozpogodziła się na wzmiankę o niej.

- O cóż chodzi? - zapytała.

Hrabia dumał trochę. Widać, że to, z czem przychodził, było mu narzuconem i sam tego nie wymyślił. Przypominał sobie, co mu zlecono.

- Widzisz, moja śliczna - rzekł - jest rzecz taka. Knuje się jakiś spisek, coup d'état, do którego i króla wciągnięto. O tem wiemy, ale stanowi jego esencyę, w jaki sposób ma być wykonany... tego nie możemy pochwycić. Zrozumiej mnie dobrze! Ci, co do spisku należą, jak prości śmiertelnicy, bawić się i grać lubią. Twój dom niema żadnej barwy. Dobrzeby było ich tu ściągnąć i tybyś powoli coś podsłuchała i dobyła.

- Kogóż mianowicie? - zapytała nieśmiało Loiska.

- Ba! o koryfeuszach takich, jak ów purytanin Małachowski, ani myśleć, o Ignacym Potockim także... ale myślę, że naprzykład Niemcewicza, Weissenhofa, młodych deputowanych, z dyplomacyi Engeströma, a nawet Lucchesiniego mogłabyś ściągnąć. Zresztą spis ich ci damy.

Loiska pomyślała trochę.

- Dom otworzyć, to rzecz najłatwiejsza - odezwała się - ale przecie ja sama nie mogę do niego zapraszać i musiałabym mieć kogoś do pomocy.

- Tak, z mężczyzn - wtrącił hrabia - o tem pomyślimy. Wskażemy ci adjutanta. Idzie o to, abyś młodzież tę, która tajemnicę swoich podziemnych robót tak dotąd ukrywać umie, pozorem wielkiego liberalizmu doprowadziła do tego, żeby ci się wyspowiadała. Coś knują, to wiemy. Schodzą się po różnych kątach, dlaczegóżby nie mieli tu? Rozumiesz?

Trochę zakłopotana gospodyni zaprotestowała:

- Ależ mój dom!...

- Allons donc! allons donc! cóż to twój dom? Przecie go to nie zniesławi, owszem, podniesie. Wszystkie nasze baby politykują. Przy tej sposobności nawet możesz urosnąć, ba i za mąż się wydać.

Loiska miała oczy spuszczone.

- Cela s'entend - mówił dalej hrabia - że z tego powodu będzie wydatek większy i rozumie się, że na to fundusz damy.

Loiska odpowiadała milczeniem. Przeszłość zapewne zmuszała ją do posłuszeństwa rozkazom ludzi, z którymi ją dawne wiązały stosunki. Milczenie oznaczało zgodę.

Hrabia czekał na dobitniejszą odpowiedź, gdy gospodyni wczorajszy dzień i doznana boleść a chęć zemsty na pamięć przyszły. Podniosła żywo piękne swe oczy i poczęła:

- Dobrze, panie het... panie hrabio, zgoda; ale nawzajem i ja mam prośbę do niego. Być nie może, aby komu z panów nie dokuczył i nie dał się już we znaki ten jakiś waryat, czy także spiskowy, Barani kożuszek, co lata po ulicach, buntując ludzi i plwając na wszystkich. Musicie wiedzieć, kto on jest i niepodobna, abyście nie mieli środków do pochwycenia go i ukarania.

Hrabia słuchał, widocznie usiłując sobie przypomnieć rzecz, która na umyśle jego niewielkie uczyniła wrażenie.

- A! ten żebrak! - zawołał - ale cóż cię on obchodzi?

- Już i mnie także...

Nie dokończyła, hrabia ruszył ramionami.

- Moja śliczna - dodał - powiadasz, że my mamy sposoby dowiedzenia się, ukarania; ale na Boga, zapominasz, że w tej chwili my jesteśmy bezsilni, że tu z każdym dniem mocniej opanowuje wszystko spisek, że nas ścigają, szpiegują i prześladują. Zresztą to dzieciństwo!

- Dla pana może, ale dla kobiety bezbronnej być publicznie prześladowaną...

- Cóż ci zrobił? na co się ośmielił? - zapytał hrabia.

Loiska zamilkła, nie chcąc się przyznać, i usta do krwi prawie przygryzła.

Po krótkim przestanku, hrabia dorzucił:

- Mnie także raz przy wnijściu do teatru uczcił ten łotr jakimś przydomkiem i szyderską przemową; ale ja o to nie dbam!

Zadumał się trochę.

- Tak, tak - odezwał się, jakby sam do siebie - to być musi ich kreatura, podstawiona umyślnie, jeden z ich konjuratów... Postaramy się to zbadać lepiej.

Epizod ten w rozmowie uważając za wyczerpany, hrabia spojrzał na zegarek i żywiej kończył:

- A zatem c'est dit. Staraj się u siebie młodzież, którą ci wskażemy, gromadzić. Hrabia W., który u ciebie grywa, będzie jednym z wabików; zresztą twoje wdzięki, którym się żadna siła nie oprze, twoje kolacyjki, twój burgund...

- Panie hrabio, ale o introduktorze potrzeba myśleć - odezwała się gospodyni.

- Ba! ba! - zamyślił się, głową podrzucając, magnat. - Introduktor musi być z ich obozu, aby nie obudzać podejrzenia. Pomyśl o tem. Jeden z młodszych posłów... niepodobna, abyś ich nie znała.

Loiska miała już na końcu języka zapytanie we własnym interesie o starostę, lecz, że ten nie był posłem i na nic się nie mógł przydać, zamilkła.

Hrabia wybierał się odchodzić.

U drzwi zamieniono jeszcze słów kilka pocichu. Gość bez ceremonii włożył kapelusz na głowę, posłał gosposi od ust buziaka i, nucąc, wysunął się małemi drzwiczkami. Loiska dzwoniła już na Brysię.

- Na miłość Boga! - wołała z pośpiechem - Jeannot! czy jest Jeannot? czy w gabinecie gotowe wszystko? Ledwie mieć będę czas się ufryzować.

I znikła.

Wieczorem, jak zwykle, zjawił się hrabia W., a za nim ściągać się zaczęli miłośnicy gry, ci nałogowi szulerzy, którzy odsadzeni od stolika, chodzili jak błędni, nie słysząc, co do nich mówiono, nie widząc, co się na świecie działo, czekając, rychło-li bankier, strzepnąwszy talią kart, do życia ich powoła.

Tych ludzi zastygłych, zbydlęconych, obałwanionych nałogiem, nawet piękność gospodyni nie mogła z apatyi wyprowadzić.

Hrabia W., chociaż niemal gracz z profesyi, był zarazem człowiekiem światowym i więcej umiejącym panować na sobą. Nie śpieszył się z założeniem banku, wiedząc, że im dłużej czekać każe, tem zapalczywszych poniterów mieć będzie przed sobą.

Z powolnością obrachowaną dał się nareszcie skłonić do stolika, prawie mimowoli. C'etait une douce violence - wedle wyrażenia jednego z dowcipnisiów.

Zasiadano do gry, gdy w towarzystwie Tytusa zjawił się starosta. Loiska była pewną, iż dnia tego nie chybi. Ostatnia rozmowa z hrabią poddała jej myśl, że młody starosta może jej być do odkrycia owego spisku przydatnym. A że oprócz tego, mimo obojętności, jaką okazała w rozmowie z Tytusem, nie wyrzekła się pewnie nadziei przykucia tak znakomitego jeńca do wozu swojego, dosyć go uprzejmie powitała.

Znaczniejsza część przybyłych otaczała stolik gry. Tytus był także, ilekroć miał pieniądze, niepohamowanym graczem; złożyło się więc, że gospodyni została prawie samnasam na rozmowie ze starostą, który tem był uszczęśliwiony.

Lecz gdy on, po młodemu, usiłował rozmowę na ton romansowy nastroić, okrywająca się powagą, muskająca chłodem Loiska, wcale inny nadawała jej kierunek.

- Sądzę, że pan starosta ma już zapewne liczne znajomości między młodzieżą w Warszawie. Sejm ściągnął do stolicy wielu dystyngowanych posłów z prowincyi. Ja, choć kobieta, żywo się interesuję sejmem i tem, co się tam dzieje. Wielkie, piękne rzeczy gotują się dla kraju.

Starosta, dotąd cały zajęty czem innem, nie wiedział co odpowiedzieć. Ojciec jego należał do dawnej partyi króla i dworu, był przyjacielem prymasa. Stosunki familijne oddalały go od reformatorów.

Zaledwie obiło się o jego uszy, iż coś zamierzano, że chciano powiększyć wojsko, chłopów uwolnić, ze starostwami coś zrobić, podatki zwiększyć. Lecz co go to obchodziło?

Loiska z milczenia zakłopotanego wniosła, że trafiła na grunt niezasiany. Mogła więc łatwo skorzystać z tego i uczynić z chłopca posłuszne narzędzie.

- Widzę - rzekła, wdzięcząc się do niego - że pan jesteś jeszcze nieinicyowany. Bardzoby mi było przyjemnie dać mu wskazówki i objaśnić, gdybyś sobie tego życzył, kto tu w sejmnie gra ważniejszą rolę, boć pan nie możesz, raz tu będąc, w politykę patryotyczną się nie wmieszać.

Polityka nie była do smaku młodzieńcowi, lecz dla jej pięknych oczu gotów był i do piekła.

- A, pani! - zawołał wesoło. - Weź mnie w opiekę, proszę! Kieruj mną, będę jej chętnie posłusznym. Muszę się przyznać, że dotąd bardzo mnie to mało interesowało.

- To bardzo źle - przerwała Loiska. - Młody człowiek takiego imienia, jak pan, nie może obojętnie stać z boku i patrzyć, gdy tu wszystko goreje patryotyzmem.

Starosta zaprotestował znów, iż pójdzie za radą swej łaskawej nauczycielki.

Loiska skierowała zręcznie rozmowę na sejm, na głównych jego aktorów, o których wiedziała, że do najczynniejszych reformy popleczników należą, obudziła ciekawość starosty i niemal mu nakazała, aby się starał ich poznać i połączyć z nimi.

Zdawała się to tak brać do serca, iż coraz bardziej rozmiłowujący się starosta, dla przypodobania się jej, poprzysiągł od jutra wnijść we wskazane mu sfery.

Gospodyni przytem dała do zrozumienia, iż jej bardzo byłoby przyjemnie zbliżyć się do koryfeuszów ruchu i że rachuje na to, iż starosta, zabrawszy z nimi znajomość, pomoże jej także do zaznajomienia się z nimi.

Czegóżby był młody szaleniec nie przyrzekł i na coby się nie zgodził...

Zręczna intrygantka, z łatwością osiągnąwszy cel, w nagrodę potem dozwoliła mu i patrzeć w te oczy swe, które mówiły co chciała, i zacząć gawędkę o sentymencie.

Młodzieniec nie taił się, że choć miał szczęście dopiero po raz drugi ją widzieć, był w niej szalenie rozkochany. W owych czasach nader szybko rozgrywających się spraw miłosnych, nie było w tem nic nadzwyczajnego.

- Ja w te nagle wybuchające płomienie - odezwała się Loiska - nie wierzę. Jak za dawnych czasów, radabym zawsze miłość wypróbować wytrwałością i ofiarami. Najlepszym jej probierzem jest... czas!

- I najstraszniejszą dla niej torturą - westchnął chłopak.

- Miłość - dodała poważnie - jest rzeczą bardzo piękną, ale miłostki szkaradną. Ja ich nie cierpię.

- Ja też - odparł - nie rozumiem inaczej miłości, jak bardzo seryo i z zupełną ofiarą siebie; lecz pewien jestem, że wrażenie tak silne, jak to, którego doznałem, musi zwiastować uczucie, które się żadnych prób nie ulęknie.

- Za to ręczyć nie można - odpowiedziała gospodyni. - Pan jeszcze jesteś tak młody i tak mało znasz serce własne. Serca, zwłaszcza męzkie, są tak rozmaite... miękkie... kruche... wodniste!

Zaczęła się śmiać z własnego porównania, a starosta jej wtórować. Uszczęśliwionym był, że się mógł zbliżyć do niej i że pół godziny mówił z nią sam na sam, że mu dała rady, wskazała drogę, a nawet, jak mu się zdawało, pozwoliła mieć nadzieję.

Tymczasem Tytus, który miał tego dnia pożyczonych od przyjaciela kilkadziesiąt dukatów, przegrawszy je, odstąpił kwaśny od stolika. Gospodynię odwołano i starosta, jeszcze cały przejęty szczęściem, które go spotkało, zbliżył się do niego.

- Winszuję - rzekł Tytus. - Gdy ja się zgrywałem, pan lepszą sobie cząstkę obrawszy, zapoznałeś się z gospodynią.

- A! cudowna! boska kobieta! - zawołał starosta. - Co za urok! te usta! te oczy!

- I tam dalej, ja tę litanię umiem na pamięć - rzekł szydersko Tytus.

- I główka, rozum! - mówił młodzieniec - statystka.

- Ona?

- Spodziewam się! Prawie cały czas mówiła mi o polityce.

Tytus parsknął.

- O polityce? Zkądże jej to?

Stanął wśród salonu i zaciekawiony badać począł.

Starosta mu się wyspowiadał dosyć jasno, aby Tytus przeniknął, o co chodziło. Nie rozumiał jednak, dlaczego starostę napędzała w tę stronę, od której wprzódy sama się usuwała. Była-li to tylko próba?

Tytus nie miał żadnej barwy; jak hrabia Teofil, służył własnemu interesowi tylko, mając w pogardzie ludzi, którzy się zabawiali w politykę, w intrygi jakieś i t. p.

"Baba ma w tem jakiś interes, bo ona nic bez celu nie robi - rzekł w duchu. - Ale co mi tam do tego! Na starostę będę miał oko, aby go nadto nie eksploatowano."

Za bardzo dobry znak wziął Tytus, że Loiska, która miała oko na młodego gościa, gdy ten objawił chętkę spróbowania gry, powiedziała mu z wielką powagą:

- Nie graj pan. Nie masz zwyczaju... Możesz się unieść. Zdaje mi się, że temperament jego do gry nie jest stworzony. Więcej do niej zimnej krwi potrzeba.

Starosta zapłonił się, ale opieka ta tak mu była miłą, że posłuchał. Tytus śmiał się.

Zbliżył się doń potem i powinszował pocichu.

- Ale to - rzekł - sukces niesłychany, prawdziwe: veni, vidi, vici! Nigdym jeszcze Loiski nie widział tak po macierzyńsku czuwającej nad nieopatrzną młodością.

Starosty miłość własna była połechtaną, a że wszystkie miłości sąsiadują z sobą, pierwsza powiększyła drugą.

Przy wieczerzy gospodyni była zmuszoną trochę się zająć hrabiną W. i innymi. Starosta tymczasem napawał nią oczy, a goście uśmiechali się, widząc, że zupełnie oszalał.

Przy stole przesiedziano czas dosyć długi i gry już, jak wczoraj, nie odnowiono z powodu spóźnionej godziny, pomimo nalegania tych, co przegrali.

Znalazłszy się samnasam w powozie z Tytusem, starosta rozpoczął od uściskania go.

- Jesteś moim dobroczyńcą! - zawołał. - Nie umiem ci wyrazić mej wdzięczności za to, żeś mnie zapoznał z nią. Jestem zachwycony, przejęty, szczęśliwy! To pierwsza miłość w życiu mojem.

Tytus, widząc go tam rozgorzałym, na wszelki wypadek potrzebował zawarować się na przyszłość.

- Kochany starosto - rzekł z przybraną surowością mentora. - Widzę cię tak jakoś bezmiernie, nagle rozkochanym, że muszę ostrzedz. Jest to niezaprzeczenie jedna z najmilszych istot w świecie, ale chłodna. Tym chłodem swym może cię doprowadzić daleko. Baw się, ale... ostrożnie. Nie zapominaj, że to zabawka jest tylko, która do niczego nie doprowadzi. Wolałem, żebyś tu wszedł w towarzystwo, niż gdzieindziej, gdyżby cię eksploatowano.

Puścił się tak pan Tytus w nauki moralne, zupełnie próżne, gdyż zatopiony w sobie starosta wspominał przez ten czas słówka czarodziejki, jej wejrzenia, i poddawał analizie pilnej uścisk lekki jej ręki, gdy się żegnała.

Zdawało mu się biednemu, że ten romans, pierwszy takiego znaczenia i rozmiarów w życiu, dawał mu patent dojrzałości; czuł się z dziecka urastającym na mężczyznę i ledwie wysypującego się wąsika pokręcił.

 

Tom I.

I.

 

Ulica przed pałacem, w którym sławny swojego czasu (1790 r.) pan Jan Marwani sprawiał dla bawiącej się Warszawy reduty, jednego wieczora, późnej jesieni, wcale ciekawym zabawić się mogła widokiem.

Błoto po deszczu, który nie przestawał, było ogromne... Ścisk przybywających na zabawę, i tych, co szczęśliwym pod oknami i przy wysiadaniu przypatrywać się mogli tylko, niesłychany, wrzawa ogłuszająca.

Dwie, niezbyt jasno przyświecające, latarnie, w których grube łojówki topniały, niedosyć od wiatru obwarowane, smugami blademi rzucały na błoto i wskazywały kałuże, bo w nich się blask ich odbijał.

Najrozmaitszego autoramentu powozy, poczynając od paradnych karet i karyklów, aż do sznurkami powiązanych fiakrów i wózków, jedne po drugich cisnęły się do ganku. Woźnice, łając, smagali batami zbyt najeżdżających, dyszle stukały o pudła, lub gwałtownie zatrzymanym koniom ponad łby się wysuwały. Z okien powozów ukazywały głowy przybywających gości, przelękłych lub zagniewanych.

Ciemność panująca dokoła, bo oprócz dwóch latarni Marwaniego i kilku maleńkich, z któremi chłopcy biegali, innego światła w ulicy nie było, zwiększała jeszcze nieład i utrudniała dostanie się do pożądanego ganku. Tu, pomimo świeżo postawionej, żółtej jeszcze baryery, która miała budowę ochraniać od nacisku tłumu, stał zastęp ciekawych tak zbity, iż tylko głowy nadeń wystające widać było.

Przypatrzyć się im godziło zaprawdę, choć deszcz kropił chłodny i gęsty. Takie zbiorowisko charakterystycznych fizyognomij trudno było gdzieindziej znaleźć. Począwszy od starców-żebraków i żebraczek, którzy, mimo spóźnionej pory, przywlekli się tu, rachując na to, że zabawa i wesołość do szczodrobliwości pobudzą, aż do czeladzi i sług, kapot mieszczańskich, przyodziewków rzemieślniczego gminu, żydów i rzezimieszków, wszystkiego było tu pełno. Młodzież a starzy, pod gołem niebem i okapem, z którego deszcz się lał długiemi nićmi srebrnemi, tak się tu zabawiała wesoło, jak ci, którym już muzyka w sali przygrywała. Słychać ją było to ciszej, to głośniej, gdy się drzwi przymykały lub otwierały. Głuche burczenie basetli wtórowało śmiechom tłumu.

Chłopaki od szewców z gołemi głowami, w skórzanych fartuszkach, bosonogie, w pantoflach ze starych butów powykrajanych, rej wodzili, dowcipkując.

Witali oni każdego wysiadającego i każdą przybywającą maskę jakimś rubasznym dowcipem, od którego zaraźliwe powstawało parskanie.

Porządku uchwycić nie było tu komu. Dwaj dragoni, najęci przez antreprenera, zajmowali stanowisko ważniejsze przy kasie u drzwi, bo tu trzeba było strzedz rozsypanych pieniędzy, po które drapieżne palce sięgnąć mogły.

Powozy zajeżdżały jak najbliżej ganku, do którego suchy przystęp przez kałużę gęstego błota zabezpieczały dwie kładki; ale z dachu tu właśnie najobficiej ciekło, a po bokach dwie rynny drewniane strumieniami tryskały.

Wysiadający więc musieli, nim się pod ochrończy dach dostać mogli, prześliznąć się przez kładkę, błogosławieni z góry od deszczu, a potem przebyć ganek dosyć długi, z obu stron gęsto ciekawymi obstawiony. Nacisk do tych pierwszych miejsc widowiska był tak wielki, że baryery trzeszczały, a ci, co przy nich zajmowali stanowisko drogo okupione, łokciami i nogami od uduszenia bronić się musieli.

U samych drzwi, wiodących do obszernych sieni, stała w prawo budka, w której bilety wejścia sprzedawano, a z obu jej stron dwaj dragoni wąsaci, dobrani tak, aby wrażali tłumowi uszanowanie.

Koło niej i tam, gdzie służba płaszcze i okrycia zdejmowała, nosząc się z niemi pod ścianami, ścisk był niemniejszy, jak w ulicy. Lecz tu lokaje najemni i pańscy, więcej już z widowiskami podobnemi obyci, nie okazywali ani tak wrzawliwej ciekawości, ani takiej uciechy z masek przybywających.

Znaczniejsza ich część, służbą znużona, cisnąc na ramionach płaszcze i futerka, szukała sobie wygodnego miejsca do spoczynku. Niektórzy, mimo wrzawy i dochodzącej tu muzyki, popychania i kułaków, pod ścianami już drzemać próbowali. Żwawsi między sobą, dla zabicia czasu, zabierali się do gry, kartami zatłuszczonemi.

Reduty p. Marwaniego, tak jak heca, nie należały do zabaw wielkiego świata i tonu. Towarzystwo tu zbierało się najróżnorodniejsze i nienajlepsze, lecz ci, co bawili się wówczas nieustannie, tak pospolitemi zabawami znudzeni byli, tak one im spowszedniały, iż chętnie pokryjomu zabłąkać się byli radzi w najbrudniejszy kąt, aby w nim znaleźć rozrywkę. Ciekawość ta chorobliwa służyła wielu za wymówkę i tłumaczenie, gdy nią jaką intrygę pokryć było potrzeba.

Na takiej więc reducie łatwo pod maską spotkać było można najświetniejsze imiona i osobistości głośne, jakichby się tu spodziewać nie godziło.

Jpan Marwani, człowiek pochodzenia zagadkowego, mówiący po polsku z cudzoziemska, mały, czarny, z włosem drobniuchno pokręconym na głowie, szepleniący dla zbytniego pośpiechu, bo ledwie gębą i sobą starczyć mógł na wszystko - ukazywał się u kasy, którą trzymała otyła i wystrojona kobieta, krzycząca jak przekupka, we drzwiach sali, po różnych kątach sieni. Niknął czasem w jakichś przejściach i drzwiach, dla niego tylko się otwierających, ale na najmniejszy hałas, nad skalę wrzawy powszedniej wyrastający, zjawiał się natychmiast zaperzony.

Miał biedaczysko co robić i pomimo chłodu jesiennego, pot musiał ciągle ocierać z czoła. Reduta obiecywała się nadzwyczaj świetną, gdyż szczęściem dla niej, dnia tego mniej niż zwykle zagrażała jej konkurencya pałaców i teatru.

Około kasy biletów nie można było nastarczyć; jejmość odbierająca pieniądze dwakroć już grube pończochy, przygotowane na zsypanie ich, pod swoje krzesło składała. Napływ nie ustawał.

Wprawdzie maski były niezbyt wykwintne, postacie dosyć pospolite, domina proste i ladajakie, płaszczyki przeważały, lecz między tym tłumem oko wprawne kasyerki wyróżniało wcale piękne stroje, rączki białe w pierścieniach i mankietki koronkowe.

Pan Marwani znał dobrze świat ówczesny, z którym miał do czynienia, wiedział, że elegancyą, ani przyborem świeżym nie może walczyć z panami wielkimi, że u niego nie szło o przepych, ale o bezgraniczną swobodę. Nie starał się więc ani o sprzęt nowy, ani o oświetlenie inne nad rurkowe łojówki, ani o bardzo przednią muzykę.

Sale były obszerne, otoczone ławami, wybitemi trypą wytartą, i krzesłami nie pierwszej świeżości; muzyka na podwyższeniu, złożona z kilkunastu samouczków, rznęła od ucha, raźno, nie troszcząc się zbyt o czystość tonów. Miała ona jednak w sobie coś dzikiego, rozkiełznanego, upojonego jak sami muzykanci i wlewającego szał w słuchaczów. Chociaż basy monotonnie, jakby drzemiąc, mruczały, skrzypce zato, flet, klarnet, zele i bęben dokazywały okrutnie. Najbardziej skostniałym nogom tańcować się chciało.

Zachodząc z boku orkiestry tej, można było dostrzedz wypróżnione piwa butelki, które ożywienie jej tłómaczyły.

Skrzypek pierwszy, mąż wzrostu okazałego, ubrany aż do zbytku elegancko, z rękawami zakasanemi, stał twarzą zwrócony do swoich muzykantów, policzkiem niemal leżąc na skrzypcach i nogą a sobą konwulsyjnie wściekły takt wybijał.

Podkomendni jego, pomiędzy którymi i kapoty widać było i odzież wątpliwego charakteru i nazwiska, należeli do stellae minores; dyrektor kapeli widocznie miał się za sponiewieranego wirtuoza. Czasem też zamiast prostej melodyi, przymrużywszy oko, twarz jeszcze mocniej do skrzypców przytulając, wygrywał fantazye osobliwe, które zwracały nań ciekawe oczy jego towarzyszów i niekiedy ich bałamuciły. Twarz jego rozpłomieniona, pot z czoła rzęsiście spadający, świadczyły, że obowiązek swój spełniał z furyą i namiętnością.

Był to reputowany wielce naówczas Szaławski (przezwany Żurawiem, może dla wzrostu), który słynął i z tego, że na dzień butelek wódki parę wypijał, nie licząc innych chłodzących napojów. Gdy nie grał, spał... Mówił mało, a gdy kto go wyzwał na rozmowę, poczynał ją i kończył od siebie.

- W innym, panie, kraju, toby mnie złotem zasypali; ale tu... człek musi rzempolić do tańca.

Wieczór p. Marwaniego był w największym swym blasku.

W pośrodku widać było kupę masek: Węgrzyna z olejkami, Żyda z kramikiem, Kozaka olbrzymiego, kilku Turków w turbanach ogromnych, Hiszpanów w kryzach, chłopa Podlasiaka z kobiałką i astrologa w stroju dziwacznym.

Cyganka-wróżka, w czerwonej kołdrze na białej koszuli, cała obwieszona świecidłami, napierała się dłoni przechodzących, którym do ucha szeptała coś piskliwie. Odchodzili od niej wszyscy prawie zagniewani i burczący.

Pośród tego tłumu, którego stroje niekoniecznie zamożność wskazywały, stał i wielki but, którego cholewa ponad głowę jego się wznosiła, milczący i... jak but głupi. Pod chwastem, który go zdobił, dwa otwory służyły mu do oryentowania się wśród ścisku.

Wszystkich oczy jednak szczególnie na siebie zwracała kobieta w przepysznym stroju jakiejś królowej Golkondy, czy bajecznego państwa nieznanego...

Ubiór jej był tak fantastyczny, iż na odgadnienie jego charakteru próżno się kusić było; ale malowniczy, bogaty i świetny bardzo, wszystkich zachwycał.

Prawda, że i postać, którą okrywał, mogła obudzić uwielbienie, i choć twarzy jej pod maseczką wcale widać nie było, domyślano się piękności tak nadzwyczajnej oblicza, jak cudownem było, co jej towarzyszyło. Kibić, rączka, nóżka, płeć nieco odsłonionego popiersia, były idealnego rysunku, kolorytu i blasku.

Na złotych włosach, które w zwojach objętych spadały jej na szyję i ramiona, królowa miała dyadem z klejnotów różnych misternie złożony, jaśniejący kamieniami drogiemi. Nie były to ani szkła, ani czeskie kamienie, ani owe szmaragdy Krasickiego za trzy grosze, ale rzeczywiste brylanty, rubiny i szafiry, tak jak prawdziwych pereł kilka sznurów białą jej pierś zdobiło.

Na sukni z ciężkiej materyi jedwabnej drapowała się przejrzysta z koronek złotych druga; pas cały był lśniący od mozajki ametystów i pereł, na rękach obręcze złote zwijały się, pospinane brylantowemi fermoarami. Z pod sukni nawet wyglądające trzewiczki błyskały kamykami.

Strój taki, na redutę wzięty, był jakby wyzwaniem. Niepodobna było odgadnąć, która z wielkich pań tak się przepysznie dla towarzystwa tak niewybrednego mogła ubrać.

Znawcy oceniali klejnoty same na krocie, a nikt pochodzenia ich nie umiał się domyślić.

Lecz nad nie bardziej może intrygowała piękność sama. Zbiegi z wielkiego świata, znający doskonale panie i wszystkie ich klejnoty, ani właścicielki ich, ani pochodzenia odgadnąć nie mogli.

Obchodzono ją, przybliżano się, poglądano, wyzywano na rozmowę, sądząc, że się zdradzi głosem. Odpowiadała piskliwie, dziwacznie... łamano sobie nadaremnie głowy.

W niewielkiem od niej oddaleniu wskazywano sobie mężczyznę, który z nią miał wejść na salę lecz teraz trzymał się ciągle w pewnej odległości, nie spuszczając jej tylko z oka.

Z tego też domyślać się niczego i na żaden ślad wpaść nie było można. Miał na sobie strój francuski, elegancki, pochodzenia paryzkiego, kamizelkę suto szytą, mankiety koronkowe, u trzewików sprzączki brylantowe, na ramionach czarne domino, na peruczce kapelusik zręcznie rzucony. Z pewnej już otyłości i ruchów domyśleć się było łatwo człowieka nie pierwszej młodości. Maniery wskazywały, że do świata większego należał.

Królowa czasem rzucała nań okiem, jakby tylko przekonać się chciała, że się przy niej znajduje, zresztą zajętą była intrygowaniem tych, co się do niej cisnęli. Otaczano ją kołem wielkiem i coraz nowi przybywali do niego. Niektórzy, ruszając ramionami, odchodzili zrozpaczywszy, by mogli tę zagadkę odgadnąć. Powszechnem prawie było zdaniem, że jedna z pań należących do rodziny królewskiej (szeptano nazwisko), była tą królową, a klejnoty zapożyczonemi ze źródeł wielu. Znawcom się zdawało, iż niektóre z nich tam a tam, na tych a na tych osobach widywali.

Wszystkie te przypuszczenia jednak, pod surową wzięte krytykę, nie wytrzymywały jej.

Pomiędzy tymi, którzy z największą ciekawością przypatrywali się nieznajomej, byli dwaj młodzi ludzie, nie mogący się bliżej docisnąć, ale nie spuszczający jej z oka. Trzymali się pod ręce i coraz to sobie wzajem spostrzeżeń swych udzielali. Chociaż zdawali się przyjaciółmi wielkimi, różnił ich strój, będący w owych czasach oznaką przekonań i stronnictw prawie niezbędną. Starszy z nich trochę, pięknej, wygolonej twarzy, rzymskiego typu, ze ślicznemi zębami, które rad w uśmiechu pokazywał - miał na sobie strój wytworny i smakowny francuski.

Postawa, jak twarz, uderzały pięknością, o której uwydatnienie posiadacz jej dosyć się zdawał starać. Coś razem melancholicznego, coś szyderskiego, znudzonego a pańskiego, stanowiło charakter oblicza, na którem życie gorące zostawiło już ślady. Był to kwiat świeży jeszcze, ale już więdnieć zaczynający. Mógł on mieć jeszcze chwile blasku młodzieńczego, lecz w godzinach powszednich znużenie przeważało.

Towarzysz jego, młodszy, świeższy, wesół, uśmiechający się do życia, cały niem tryskający, zdawał się żywiej daleko tem, co go otaczało, zajmować. Na twarzy jego, nie umiejącej nic skłamać, każde najprzelotniejsze wrażenie malowało się tak dobitnie, iż nie dawało jej chwili spoczynku.

Ten miał na sobie naówczas wskrzeszony, po zaniedbaniu pewnem, szczególniej przez młodzież, którą za sobą przykład i wola królewska pociągały - ubiór polski, według mody nowej starannie, choć trochę jaskrawo i pretensyonalnie zrobiony. Przeważnie panowała w nim barwa szlachecka, karmazynowa, bo i kontusza wyłogi i żupan, pas, i buty, i czapeczka na karabeli i rapcie jaśniały szkarłatem. Pod szyją miał spinkę z ogromnego rubina i guzy u kontusza z korali.

Wąs blond, do góry podkręcony, nadawał fizyognomii jakąś butę i rycerskość.

Można było zaręczyć, że sobie nie da, jak mówiono, napluć w kaszę, i karabelę niedarmo nosi u pasa.

Twarz, pomimo to, więcej ochoty do wesołego życia, niż do zwady i warcholstwa oznaczała. Śmiał się, patrzył, radował, pytał towarzysza nieustannie i może go nudził trochę.

- Ale któż ona jest, u licha? - zawołał, zwracając się do ubranego po francusku i za rękę go cisnąc. - Jeżeli Tytus nie wie, któż wiedzieć będzie?

- Tytus - odparł drugi z uśmiechem szyderskim - wprawdzie zna Warszawę na palcach, lecz to... zagadka! To nie jest kobieta naszego świata.

- Tak, ale światów w Warszawie jest kilka - rzekł młody.

- Znam mniej więcej wszystkie, nawet te, do których znajomości przyznawać się nie wypada - zawołał znudzony; - lecz powiadam ci, kochany starosto, to cudzoziemka, to nouvelle debarqués.

- I nie jesteś ciekawy zbadania tego zjawiska? - rzucił żywo starosta.

- Owszem, ciekaw jestem i - dodał Tytus - mogę zaręczyć, że tę tajemnicę odkryję... tylko nie tu i nie dziś.

W tej chwili znudzony zapatrzył się na królową. Myśl jakaś przebiegła mu po głowie, uderzył się zlekka w czoło, rękę wydobył z uścisku towarzysza i, dawszy mu znak, by w miejscu pozostał, sam bardzo zręcznie się przemykając, począł zbliżać się do zagadkowej piękności.

Pomimo ścisku, udało mu się przysunąć. Wyciągnął szyję i zaczął się pilnie przypatrywać, jakby znaku jakiegoś szukał. Twarz mu się rozjaśniła zwycięzko i na miejsce do oczekującego nań starosty powrócił.

Temu oczy się ciekawością iskrzyły.

- No cóż?

- Tst! nie trzeba zdradzać tajemnicy - szepnął cicho Tytus. - Już wiem!

- Wiesz?

Zamiast odpowiedzi, Tytus ujął pod ramię pana starostę i pociągnął go z sobą do drugiej sali.

Niełatwo natłok masek przebić można było.

W salach wszędzie prawie najróżnorodniejsze towarzystwo grupowało się, dobierając sympatyami i antypatyami. Śmiechy i łajania, szyderstwa i groźby latały w powietrzu, przerywane muzyką i drzwi trzaskaniem, szczękiem orężów i blach, które maski przyniosły z sobą.

Tytus, który chciał wprowadzić starostę w spokojniejszy zakątek, dla odkrycia mu tajemnicy, nie mógł nigdzie wyszukać dwóch miejsc odosobnionych.

W jednej sali grano. Około faraona stała kupa poniterów taka, że ani złota, ani banku, ani trzymającego karty dostrzedz nie było można. Tu trochę ciszej już sprawiali się zapaśnicy, co z losem walczyli. Ławki pod ścianami, na których karty podarte leżały tu i owdzie, prawie były puste.

Para zgranych biedaków, ze zwieszonemi głowami, medytowała na nich nad zmiennością losu, czy nad... stawką nową.

Chociaż pokrycie tych siedzeń, zbrukane i stłuszczone, wcale nie było zachęcające, starosta niecierpliwie pierwszy padł w kącie na ławę i oglądającego się jeszcze i ociągającego Tytusa przy sobie posadził.

- Wiesz więc kto ona jest? - zawołał niecierpliwie.

- Z największą pewnością - odparł zawsze obojętny Tytus. - Byłoby rzeczą niesłychaną, ażebym ja w mieście kogoś nie znał i nie poznał.

Uśmiechnął się z wielką zarozumiałością pan Tytus.

Był on synem bardzo zamożnego kupca, rodem Włocha, oddawna osiadłego w kraju i przerobionego już na Polaka. Ojciec jego, Ferrotti, prowadził handel wielki, trochę potem bankowemi zajmował się interesami, dorobił się ogromnego majątku, nadwerężył go nieco spekulacyami fałszywemi i dźwigał się znów. Syn, wychowany bardzo starannie, bo mu ojciec wyrobił przyjęcie do Collegium nobilium u Pijarów, pozabierał tam znajomości z paniczami i wsunął się z ich pomocą w lepsze towarzystwo.

Według naszego zwyczaju, jako cudzoziemca, przyjmowano go, nawet w tych domach, gdzie żaden nieszlachcic uzyskać nie mógł wstępu. Pan Tytus, na którym ojciec wielkie pokładał nadzieje, wychowany po pańsku, żył po paniczowsku, tracił dużo, robił długi, ale za to ocierał się o to, co Warszawa miała najznakomitszego. Wielka łatwość w nauczaniu się języków obcych, w przyswajaniu sobie tonu i maniery świata wyższego, młodość i powierzchowność ujmująca, uczyniły go pożądanym w salonach.

Panie, które po latach trzydziestu i czterdziestu nie wyrzekały się jeszcze zalotności i przyjemnych z młodzieżą stosunków, protegowały p. Tytusa. Nabrał wielkiej pewności siebie i marzył zapewne o jakiemś świetnem małżeństwie, a tymczasem bawił się i zabawiał drugich, choć był sam już życiem bez celu dość znużony.

Był to z prawa i przywileju mentor wszystkiej młodzieży, wchodzącej w świat, przyjaciel, doradca i nieodstępny towarzysz. Starał się jednak dobierać sobie uczniów między najbogatszymi i najpiękniejsze noszącymi imiona.

Takim właśnie był starosta, młody, przyszły dziedzic ogromnej fortuny i jednej z najznakomitszych rodzin w kraju spadkobierca. Ojciec jego zajmował w senacie krzesło do najpierwszych się liczące. Młody panicz, tylko co wyemancypowany, po raz pierwszy do Warszawy przybywał i wpadł zaraz w ręce p. Tytusa.

Ojciec, niezmiernie bogaty, ale nadzwyczaj skąpy, stosunkowo mało mu dostarczał na życie w Warszawie, a starosta, surowo dotąd trzymany, rwał się namiętnie do życia. Pan Tytus był jego opatrznością.

- Mów, zaklinam cię! - powtórzył, pochylając się ku przyjacielowi, młody panicz. - Kto ona jest?

Tytus się uśmiechał.

- Nie byłem pewny - odparł - chociaż zaraz mi na myśl przychodziło, iż to chyba ona jedna być może... Teraz twierdzę z pewnością, że nie kto inny. Poznałem ją po bardzo charakterystycznej muszce podłużnej na szyi, jak ziarnko pieprzu.

Oczy starosty zdawały się z pod powiek wyskakiwać; wstrzymywał oddech.

Tytusa bawić się zdawała ta ciekawość, aż do namiętności posunięta.

- Jakże się zowie? - pyta starosta.

- Gdybym imię i nazwisko powiedział - odezwał się, wygodniej rozsiadając, p. Tytus - tylebyście wiedzieli, co i teraz. Imię i nazwisko nic nie mówią. Muszę wam opowiedzieć jej historyę.

Starosta, któremu o co innego szło, niż o przysłuchiwanie się długiemu opowiadaniu, przerwał błagająco.

- Mężatka, rozwódka? wdowa?

Tytus się śmiał z politowaniem.

- Kochany starosto - rzekł - posłuchajcież i osądzicie sami, do jakiej ją zaliczycie kategoryi. Historya jest, słowo daję, ciekawa.

Zrezygnowany starosta umilkł i słuchał.

- Nie sposób zrozumieć nic, jeśli się nie pocznie ab ovo - mówił Tytus. - Ja doskonale znam biografię jej, bo mój ojciec z jej ojcem był niegdyś w stosunkach. Ambroży Krużka Zelski, zamożny szlachcic z dobrzyńskiego rodem, ale w lubelskiem osiadły, za młodu gorączka wielki, rębacz i hulaka, ale człowiek wielce szlachetny i lubiany, z ojcem moim poznał się, gdy jeszcze szumiał, jak młode piwo. Miał naówczas trzy piękne wsie po rodzicach i majątku nie trwonił, lecz go używał bez oglądania się bardzo na jutro. Miał być piękny i sympatyczny, jak hubka zapalny, łatwy do zakochania i nieszczęśliwy w amorach, za któremi gonił.

Łapały go za serce kobiety, które do tego myśliwstwa miały wprawę i talent. On rozmiłował się zapalczywie, nieopatrznie i parę razy ledwie go z rąk bardzo niebezpiecznych uratowano.

W Siedlcach u pani hetmanowej Ogińskiej, gdzie bywał, równie jak po wszystkich pańskich domach, poznał on niejaką pannę Delacour, córkę byłego oficyalisty hetmanowej, ale wychowaną przez fantazyę pani, która ją dzieckiem dla piękności pokochała, tak, jakby na królewskie pokoje była przeznaczoną. Było to cudo swojego czasu ta boska Aneta. Śpiewała, grała, tańcowała, pisała śliczne wiersze francuskie, zdobywała serca... szczególniej podżyłych panów, co u hetmanowej bywali. Zdawało się, że powinna świetną nadzwyczaj zrobić partyę. Kilka intryg, poprowadzonych bardzo zręcznie, już, już miały do tego doprowadzić; lecz zdaje się, że panna zwodziła po kilku naraz i skończyło się na tem, że się wielbiciele porozbiegali.

Była naówczas w całym blasku piękności; miała lat zaledwie dwadzieścia kilka, a nie zdawało się jej to ani zastraszać, ani odejmować w przyszłość ufności. Naówczas po wielu też zerwanych projektach małżeństwa, tęskniący do miłości romansowej, pragnący kochania, zjawił się pan Ambroży Krużka Zelski.

Aneta rzuciła się nań, jak na pastwę dla niej przeznaczoną. W cieniach pięknego parku siedleckiego odegrał się dramat miłosny, ze wszystkiemi zwykłemi epizodami przysiąg, zaklęć wierszami i prozą. Pan Ambroży oszalał, rozkochał się do utraty zmysłów, a panna z krwią chłodną grała znów komedyę, mającą doprowadzić do ołtarza.

Ożenił się nieszczęśliwy Krużka z ideałem swoim, ale szczęście marzone długo nie trwało.

Młoda mężatka, nawykła do życia wśród oklasków i uwielbień, jedną miłością pod słomianym dachem nie mogła się zaspokoić. Musiał stanąć pałacyk, otwarto dom i zaczęło się życie, któremu pan Ambroży uległ w pierwszej chwili, lecz wkrótce je obrzydził. Płochość żony stała się tak widoczną, tak rażącą, iż w pierwszym roku po urodzeniu się córki małżeństwo z miłości owej pasterskiej przeszło do jawnie wypowiedzianej wojny.

Pan Ambroży był gwałtowny i namiętny we wszystkiem, Aneta dumną i upartą; żadne z nich uledz nie chciało. Niekiedy pani uciekała do Warszawy, czasem nieszczęśliwy małżonek zakopywał się na folwarku w drugiej wsi i wcale nie widywał żony. Życie wesołe, nieopatrzne, wśród roju dawnych i nowych wielbicieli, ciągnęło się nieprzerwanie. Mąż w końcu cierpieć je musiał, lecz poznawszy lepiej Anetę, zobojętniał zupełnie, nie zrywając z nią dlatego tylko, iż do jedynej córeczki swej, Aloizy, bałwochwalczo był przywiązany. Potrzebując kochać, kochał się w tej ślicznej córce swej, nad którą czuwał, o ile mógł. Dla niej on zrobił z siebie ofiarę i, pomimo wstrętu, jaki mu sprawiało życie roztrzepanej małżonki, wytrwał na upakarzającem stanowisku oszukiwanego męża.

Aloizka rosła na cudo piękności, ale charakterem, humorem, usposobieniami, kropla w kroplę była do matki podobną.

Wielbiciele, którzy dawniej i teraz jeszcze otaczali panią Zelską, gdy Loiska doszła lat piętnastu, zaczęli się cisnąć do niej.

Zawcześnie dojrzała dzieweczka poczęła się bawić hołdami i pod przewodnictwem matki starać się o świetne wyjście za mąż.

Kasztelanic S., którego niegdyś zwano Apollinem Mazowieckim, zapisany w pierwszych latach swej młodości w regestr mamy, żonaty później, rozwiedziony i niezbyt już młody, ale zawsze jeszcze piękny, począł konkury o pannę Aloizę. Było rzeczą najpewniejszą, że rodzina mu się z nią ożenić nie pozwoli. Pan Ambroży też opierał się całą siłą zbliżaniu się niemłodego i osławionego człowieka do dziecięcia swego. Matka popierała kasztelanica. Stało się w końcu, że dawszy tylko obietnicę ożenienia się, wykradł pannę Aloizę.

Ojciec pogonił za nim z ludźmi, przysiągłszy, że go zabije i byłby pewnie słowa dotrzymał, gdyby go mógł pochwycić.

W Warszawie kasztelanic zawiózł porwaną do pałacu, ze ślubem się ociągał, a tymczasem w kole swych znajomych jako żonę ją przedstawiał.

Nieoznaczony ten stosunek trwał lat parę. Matka często w pałacu kasztelanica przemieszkiwała, a ślub ciągle niby miał się wkrótce odbyć, gdy... kasztelanic zmarł nagle i panna Aloiza została, nie wiem jak to nazwać... słomianą wdową.

Rodzina jej kochanka nie chciała nic wiedzieć o niej. Musiała się natychmiast wynieść z pałacu i z matką razem zamieszkała w Warszawie.

Ambroży, po nieszczęśliwej pogoni za córką, rzucił się z rozpaczy do rzeki, ale ludzie go wyratowali. Odwieziono go na wieś, chorował długo, leżał, aż potem jednego dnia znikł nagle i po dziś dzień nie wiadomo, co się z nim stało. Jedni utrzymują, że gdzieś się zamknął w klasztorze, drudzy, że sobie odebrał życie.

- Więc to jest ta? - przerwał starosta.

- Tak, to jest ta, niby wdowa po kasztelanicu - rzekł z uśmiechem mentora Tytus - wedle prawa panna Zelska, a jak ludzie mówią...

Znacząco ruszył ramionami opowiadający. Starosta ciągle mu w oczy patrzył natrętnie, zdając się teraz właśnie dalszych informacyj o Loisce najciekawszym.

- Więc teraz? - szepnął.

- Teraz - ciągle tonem moralisty starając się mówić, kończył Tytus - teraz... podobno się piękna Loiska z matką poróżniła. Ta siedzi na wsi, a piękna słomiana wdowa ma salon otwarty i z wielkiego świata, oprócz kobiet naszych, którym pewnie bardzo żal, że u niej bywać nie mogą, wszystko tam się zbiega.

- Bogata? - szepnął zaciekawiony starosta.

Tytus ramionami poruszył.

- Około tej kobiety wszystko, tak jak ona sama, jest tajemnicą. Dom utrzymuje na takiej stopie, jak gdyby była bardzo zamożną. Widziałeś, starosto, klejnoty?

- Ma więc kogoś - rzekł cicho, jakby się wstydził tego, co mówił, młodzieniec.

Tytus się śmiał.

- I to - odparł - niezbadaną jest tajemnicą.

Znamy kilku adoratorów, trzymanych na stopie równej... uprzejmości. Kobieta, mimo swych lat zaledwo dwudziestu kilku, niezmiernie przebiegła, zręczna, rozumna, dowcipna, odgadująca ludzi, umiejąca ich prowadzić. Ci, co znali niegdyś jej matkę, niepospolicie obdarzoną, powiadają, że ta ją nieskończenie we wszystkiem przechodzi. Dom dziwny... Oprócz jakiejś starszej pani, skrzywionej i kwaśnej, nigdy tam żadnej kobiety spotkać nie można, mężczyzn za to wszystkich, aż do naszych marszałków sejmowych. Na przejażdżkach, uroczystościach, po kościołach, na balach publicznych, ona wszędzie ma najlepsze miejsca, najświetniejszą straż przyboczną - na nią się wszystkie oczy zwracają.

- Któż uchodzi za wybranego? - tęsknie zagadnął starosta.

- Ci jakoby wyróżniani - rzekł Tytus - mieniają się zbyt często, by można zaręczyć, iż istotnie zasłużyli na to wyróżnienie.

- Widziałeś tego pana, co stał przy niej? - wtrącił starosta. - Któż to mógł być taki? Zdaje mi się, że ją wprowadził.

Tytus chwilę sobie przypominał.

- A! to nie może być kto inny, jak W..., który ze sławnemi klejnotami, zdobytemi grą w Paryżu, niedawno do Polski powrócił. Tak, to on niezawodnie. Mówiono przed kilku dniami, że u niej począł bywać codziennie i parę razy grę tam trzymał. Więc - dodał żywo Tytus - i klejnoty na królowej Golkondy tłómaczą się łatwo. Są to sławne owe percyoza, wygrane jakoby od królowej Maryi Antoinety.

Wszystko to, co mówił i o czem napomykał p. Tytus, było dla słuchającego dosyć ciemnem. Świeżo z pod surowej klauzury domu rodzicielskiego wyzwolony starosta, nie pojmował dobrze tych stosunków, z taką łatwością zawiązujących się i rwanych. Nie wiedział, kto był ten W... Zadumany, marzył teraz o tem, jakby czarodziejkę widzieć zblizka i docisnąć się do niej. Z życzeniem tem, pomimo już poufałej przyjaźni, jaka go łączyła z Tytusem, wydać się nie śmiał jeszcze, ale drugi łatwo je mógł odgadnąć.

- Znasz ją? widywałeś bez maski? - wtrącił nieśmiało.

- Przecież po ziarnku pieprzyka ją poznałem - rzekł z pewną przechwałką Tytus.

- I twarz tak piękna, jak figura obiecuje?

- Mogę zaręczyć, że ona wszelkie obietnice i nadzieje przechodzi - potwierdził Tytus. - Twarz to jest klasycznie piękna, a szatańskim ogniem ożywiona; oczy, które mówią, nie potrzebując ust w pomoc przyzywać; wargi, co się śmieją, tysiącznemi odcieniami śmiechu; fizyognomia jak płomień ruchoma, zawsze niezrównanie, bosko piękna. Czarodziejka, jednem słowem, niebezpieczna.

Spojrzał Tytus na towarzysza milczącego, wyzywając go na wyznanie, iż pragnąłby zobaczyć to bóstwo.

- Możesz mnie tam wprowadzić? - zapytał młodzieniec.

- Mogę, ale nie chcę - odpowiedział Tytus. - Tak, nie chcę! Pozwól, kochany starosto, abym był szczerym. Jesteś młody, niedoświadczony i strasznie zapalny. Ona piękna i zręczna. To rzecz groźna.

Starosta w uśmiechu pokazał zęby białe i pokręcił wąsa.

- Czemże to grozić może? - odparł - przecież nie ożenieniem, bo o temby nawet pomyśleć się nie godziło... a jeśli worek odpokutuje... proszę cię, kiedyż go lepiej używać, niż w młodości?

Pan Tytus ramionami poruszył.

- Nie o to idzie - rzekł - ale uwikławszy się w podobne stosunki, zawsze potem odboleć je trzeba. Żalby mi was było.

Starosta przymuszonym odpowiedział uśmiechem. Siedzieli ciągle na ławie.

- Byłbym wam jednak bardzo wdzięczen - odezwał się - gdybyście mnie jej zaprezentowali. Wierzcie mi, nie jestem już tak naiwnym, abym się dał wziąć na lada plewę.

Tytus się uśmiechał.

- To nie plewa - przerwał - wierzcie mi. Widziałem ludzi, posiwiałych w boju, którzy przy niej języka w gębie zapominali. Wcale sobie nie wyobrażajcie, aby była pospolitą, płochą kobieciną. Ma tyle powagi, co uroku, gdy chce. Potrafi być dziecinną, umie się zmienić w dostojną, a nadewszystko usidlić każdego, gdy się na to uweźmie.

- Jednakże - przerwał starosta - dotąd nie zdobyła tego, coby dla niej pewnie najpożądańszem było - męża.

- Kwestya, czy dla niej jest on pożądanym - rzekł Tytus. - Lubi swobodę. Dobrze jej jest z tem, co ma. Mści się na innych kobietach nielitościwym językiem. W końcu zaś, jestem tego pewny, gdy zamarzy o zamążpójściu, znajdzie sobie jakiegoś Tomatysa, który ją zaślubi.

- Żart na stronę - wstając z ławy, zawołał starosta, podawszy rękę przyjacielowi. - Ponieważ przyjmuje codzień, spodziewam się, że jutro u niej będziemy. Proszę o to.

Tytus się skłonił.

- Je m'en lave les mains! - rzekł cicho.

- A teraz wróćmy się, aby tam na nią popatrzyć - dokończył starosta, śpiesząc wyjść z sali gry ku muzyce i wirowi kręcących się masek.

Tu ścisk zdawał się większym jeszcze, niż był przed pół godziną, a wrzawa spotęgowała się znacznie. Maski napadały się ze swobodą, którą nawet sala Marwaniego rzadko widywała. Z pierwszej, w której piękna królowa Golkondy się im ukazała, krzyki dochodziły i śmiechy straszliwe, jak gdyby coś się tam przytrafiło nadzwyczajnego.

W tem miejscu, gdzie stała niedawno piękna pani ze swym towarzyszem, widać było na kiju opartego staruszka, nędznie przyodzianego wytartym kożuszkiem baranim, z kawałkiem płótna szarego, przyczepionego do twarzy nakształt maski, z dwiema w niem wystrzyżonemi nieforemnie dziurami na oczy. Było to coś nakształt żebraka, lub przynajmniej tak doskonale udającego nędzę zabrukaną, że ją za rzeczywistą wziąć było można. Z siwym na głowie, rozczochranym, długim włosem, z brodą na piersi spadającą, staruszek ów zamyślony, zapatrzony w ziemię, jak gdyby nic nie widział i nie słyszał, co się wkoło niego działo, dawał się szarpać maskom, krzyczeć sobie do uszów, potrącać z boku, chwytać za poły, urągać z siebie. Wśród tego zgiełku był jakby skamieniały boleścią i żółta twarz jego, wykrzywiona niby maska szyderska, wyzywała tłum, który ryczał na różne głosy:

- Barani kożuszek! Kożuszek barani!

Żebrak, którego znała cała Warszawa pod tem imieniem, od lat już kilku dawał się widzieć na ulicach, pod kościołami, w kościołach i w miejscach, w których się go najmniej spodziewać było można.

Znano go z tego, że chociaż żebrakiem się być zdawał, nie przyjmował od nikogo jałmużny, ale za każdą ofiarowaną sobie wywdzięczał się nauką moralną.

Wlepiał zwykle oczy w dającego ją i wybuchał śmiechem szyderskim, naigrawaniem, czasem niesłychanie zuchwałemi admonicyami, niekiedy grubiańskim morałem.

Z tego powodu uznano go waryatem, chociaż to, co mówił, było tylko nielitościwie ostrem, ale zawsze trafnem i rozumnem.

Nie wiedział nikt, ani kto był ten szalony Barani kożuszek, ani zkąd tu przybył. Obawiano się z nim spotykać, uciekano od niego, powtarzano jego apostrofy i sarkazmy, a nawet na rachunek jego tworzono je. Nigdy jednak dotąd żebrak ten nie ośmielił się wcisnąć na redutę Marwaniego, i widząc go tu, powątpiewali wszyscy, aby to był prawdziwy Barani kożuszek, utrzymywano, że ktoś się za niego przebrał.

Właśnie starosta z panem Tytusem wchodzili do sali tej i postrzegli oblężonego starca, gdy w progu spotkali się z obu znajomym hrabią Teofilem, jednym z tych świeżych hrabiów, których dziesiątkami koperty królewskich listów kreowały naówczas. Należał on do rodziny niedawno jeszcze z mroków niewiadomego pochodzenia wydobytej, wątpliwego szlachectwa, lecz teraz już uhrabionej.

Hrabia Teofil był z powołania tężyzną, człowiekiem potrzebującym żyć, bawić się i sprzedającym za krescytywę siebie, swe przekonania, sumienie i wszystko. Nie było milszego, ani łatwiejszego w życiu człowieka nad niego, ale też na nikogo mniej rachować nie było można.

Przyjaciel najserdeczniejszy wczoraj, jutro - na rozkaz - był wrogiem. Przerzucał się ze stronnictwa jednego do przeciwnego obozu, bez najmniejszego sromu, tak naturalnie, tak łatwo, jakby to, co czynił, było niemal obowiązkowem. Wszystko obojętnem mu było, oprócz własnego dobrego bytu. Dawał się za narzędzie używać każdemu, kto się nim chciał posłużyć, naiwnie tylko zapytując o korzyści, jakie mu to przynieść miało.

Hrabia Teofil, zobaczywszy starostę, dla którego możnej i wpływowej rodziny był z wielką czołobitnością - natychmiast, powitawszy go, uwiązał się do pełnego nadziei młodzieńca.

- A cóż tu robi Barani kożuszek? - zawołał Tytus.

- Nie byliście państwo, gdy nam tu tę scenę wyprawił? - zapytał hrabia Teofil.

- Jaką scenę? - podchwycił starosta.

- Widzę, że nie wiecie nic - począł żywo hrabia. - Ależ-to nieoszacowane, osobliwe! Warto było posłuchać, a powtórzyć się nie da.

- Cóż to takiego? co? - badał ciekawy starosta.

- Scena - odezwał się, śmiejąc, hrabia. - Ja właśnie tylkom co przyszedł tu, bo mi powiedziano, że dziś się u księżny generałowej panie zmówiły, iż przyjdą na redutę. Wchodzę, patrzę... w środku sali otoczona tłumem stoi w klejnotach jakaś niby królowa...

Tytus przerwał:

- Hrabia jej nie poznałeś?

- Nie, doprawdy, że nie - ciągnął dalej Teofil.

- Chciałem zbliżyć się do niej właśnie - podchwycił po chwili, wyczekawszy, czy mu Tytus nie odkryje tajemnicy. - Wtem, szmer się zrobił u wnijścia, wołanie jakieś. Patrzę - wsuwa się ów łajdak Barani kożuszek. Ja bo nie wiem, jak oni go tu mogą cierpieć na bruku, tego łotra.

- Ależ to nie może być prawdziwy - oparł się p. Tytus.

- Prawdziwy, czy fałszywy - mówił dalej hrabia - takich masek się nie puszcza... Widzę, rzucił oczyma po sali, gęba mu się do śmiechu wykrzywiła, bo płachta jej nie zakrywa, jak widzicie... i zaraz przy drzwiach chwycił za guzik od sukni wojewodzica, którego, mimo maski, musiał poznać... i nuż mu coś w uszy kłaść. Ten aż się zżyma i wyrywa, ale dokoła ścisk, nie może uciec, a wszyscy w śmiech... Musiał mu czemś dopiec, bo wojewodzic jak wściekły przebił się nareszcie i umknął. To był początek dopiero. Ledwie ten uszedł, żebrak już pochwycił i wziął na fundusz drugiego, nie mogłem poznać kogo. Publika aż ryczy... wszyscy uciekają ze strachu. Wtem wpadła mu w oczy królowa w klejnotach. Począł się w nią niezmiernie uparcie wpatrywać i głowę przerzucać z ramienia na ramię. Ta go jeszcze nie widziała. Stał niedaleko jakiś jegomość, zdaje mi się, że W... Naprzód się przysunął do niego.

- Dobry wieczór. - Ten zmilczał dumnie...

- Jakże tam szansa służy - rzekł - po tej wenie, którąś jegomość miał w Paryżu? Pono przywiezione klejnoty królewskie tu się rozlezą po ladajakich szyjach i ramionach. Ale co tam zważać na to: odegrasz się jegomość. A od czego volta?

Zrobił ruch ręką. Zaczepiony popchnął żebraka i odsunął się. Przystąpił wtedy Barani kożuszek do onej królowej, ale słyszeć nie mogłem, co do niej mówił. Widziałem tylko jak się jej pokłonił szydersko i, ręką wywijając, począł sypać wyrazami z największą gwałtownością, a publika mu wtórować śmiechem. Królowa stała jak na mękach... Szyja i plecy krwią się oblały. Zaczęła się rzucać, ale żebrak nie ustępował; z zajadłością za cofającą się podchodził, śmiejąc się sam na całe gardło i w drugich wywołując śmiechy. Litość brała, tak męczył tę nieszczęśliwą. Myślałem, że padnie trupem. Zakrywała sobie oczy, uszy - ten wrzeszczał, miotał się i nie wiem coby się stało w końcu, gdyby prawie omdlewającą ten W., z kimś drugim, nie pochwycili i nie uprowadzili. Ależ to zbój, łotr! Jegoby zaraz pod marszałkowską wartę oddać... słowo daję.

Starosta, zaciekawiony, począł się przeciskać do Baraniego kożuszka, aby mu się przypatrzyć zblizka.

Starzec, pogrążony w myślach, dopiero teraz podniósł głowę i oczy wlepił w starostę. Kilka osób ich od siebie tylko przedzielało. Młodemu paniczowi od tych oczów, które na nim spoczywały, zrobiło się niedobrze. Chciał ujść, ale już było za późno. Barani kożuszek trzymał go na uwięzi swoim wzrokiem, bo przez szeroko rozdarte otwory płachty, która mu za maskę służyła, oczy wystawały całe, z pomarszczonemi powiekami. Twarz, zasłonięta napół, poczęła około ust się uśmiechać. Stary odprostował się, przybrał postawę taką, jakby na nim nie łachmany, ale najparadniejszy strój się pysznił - i z wielką grzecznością suchą, dużą rękę przyłożywszy do wytartej czapczyny, pozdrowił starostę.

Paniczowi, który przez to wystawiony był na ciekawe wejrzenia gości, spodziewających się nowego skandalu, wstyd jednak było uchodzić. Krew uderzyła mu do twarzy, podparł się w bok i stał.

Barani kożuszek spojrzał na towarzyszących staroście i uśmiechnął się:

- Czołem panu staroście - począł, zowiąc go po imieniu i nazwisku, co młodzieńca nadzwyczaj zdziwiło. - Czołem dziedzicowi wielkiego w naszej rzeczypospolitej imienia! Przykładem pan naszej młodzieży być winieneś; zawczasu do życia się wprawiasz... i mentorowie do niego szczęśliwie dobrani. Experto credo Roberto. Centum laudes! Otóż to miło widzieć, gdy młodzież rozumie tak zadanie żywota. Zamiast się na kresach w słoty i chłód nudzić na forpocztach i głodzić - tu przy muzyczce, z ładnemi kobietkami, z dobrymi kamratami wczasu się używa. Zaiste, to pochwały godne! Niech szaraczkowi i kapotowi za nas skóry i grzbietu nastawiają; my wypijmy i vivat dobra myśl! Kto zawczasu zaczął, nigdy nie żałował. Potem, skoro znajdziesz: podagrę, trąd, życia przesyt... pozbywszy się marnych dóbr świata tego, dopiero będziesz szczęśliwy i wolny. Niema-bo wolności, jak przy goliźnie i biedzie. Człek już do stracenia nic nie posiada...

Mówiąc przerywanym głosem, stary śmiał się, ale tak, że słuchającym z tego śmiechu ciarki po skórze chodziły. Starosta drżał, w uszach mu szumiało, płonął, choć połowę słów gwar głuszył i do uszu jego dojść im nie dawał.

- Niech panowie nie próżnują! - dodał kożuszek. - Faraon w drugiej sali wabi złotem. Tu czarnych oczek i niebieskich do wyboru dosyć, a ponczyk z burgunda wcale niezły... Do dzieła, panowie, do dzieła!

Nieszczęśliwy starosta nie wiadomo jak długo byłby wystawiony na tę chłostę słów niemiłosiernych, która w nim już wrzący gniew budzić zaczynała, gdyby kożuszkowi nowa się nie nasunęła ofiara.

Była to maska, którą po stroju dosyć kosztownym można było odgadnąć, iż do tak zwanego wielkiego świata należy. Słusznego bardzo wzrostu, barczysty mężczyzna, w stroju francuskim, otyły, z dominem czarnem na ramieniu, jak się zdawało, niemłody już wcale, lecz wyelegantowany i woniejący, zwrócił na siebie starca oczy.

Rzucił starostę, jakby go już nie było, i zwrócił się Kożuszek ku nowej masce, pokłonem ją do kolan witając.

- Jaśnie oświeconego ex-podskarbiego! do nóżek się ścielę. Servus humillimus! Czołem przed zasługą, czołem przed tem męztwem bohaterskiem. Fraszka Achille i Hektory... To mąż, który się plwania dwudziestu milionów ludzi nie uląkł i nie zadrżał! Zwalczył przesądy, uczciwość i cnoty... Krucyfiksy poprzetapiał na okucie do chomątów... To mi człek!

Słuchający z początku się żachnął, potem rękę z laską podniósł, jakby starca chciał uderzyć, lecz z ciżby ktoś pochwycił ją i na ziemię strącił, a nim ciężki trochę właściciel jej pochylił się, aby ją podnieść, Barani kożuszek odsunął się ze śmiechem i już kogo innego wziął w obroty.

Usiłując napróżno wyrwać mu się i uciec, stała przed nim maseczka kobieca, strojna bardzo, wygorsowana, w nadzwyczaj starannie utrefionej peruczce. Dosyć otyła, biała, maska zerwała się, mimo pretensyi do młodości i przybranych ruchów żywych, wcale już niemłoda. Część twarzy, której rąbek czarnej maski niezupełnie okrywał, była pofałdowana i puszkiem nie wiosennym okryta.

- Jaśnie wielmożnej wojewodzinie! - począł kożuszek. - Nieśmiertelnej bogini mej! Tak, bóstwa tylko mają ten przywilej, że czasu ząb na nich nie zostawia śladu. Lat temu już trzydzieści, gdym się kochał w niej, naówczas dwudziestokilkoletniej. Dii potentes! Dwa razy rozwódka, raz wdowa, a po tylu walkach, z których wyszłaś zwycięzko, zawsze piękna!

Kożuszek ręce złożył, podniósł je do góry i na jedno przykląkł kolano!

- Hołd nieśmiertelnej! - zawołał.

Dokoła parskano śmiechem, a nieszczęśliwa kobieta, napoły omdlała, zwieszona na ramieniu prowadzącego ją mężczyzny, wołała.

- Sauvez moi! c'est infame!

Pomimo wzruszenia, jakiego doznała, prześladowana maska odzywała się głosikiem, któremu młodą intonacyę dać się starała. Mężczyźnie towarzyszącemu jej udało się nareszcie zasłonić ją i o kilka kroków w tłum uprowadzić.

Młodziusieńka istota jakaś, w stroju pasterki, cała w kwiatach, mimowolnie w ciągu tego poruszenia tłumu została na oczach.

Barani kożuszek zwrócił się do niej.

- Panieneczko - zawołał - jeżeli jakim przypadkiem u serca twego, jak u żłobu w gospodzie, jest trochę wolnego miejsca... dam ci dobrą radę. Nastręcz się oto temu (wskazał) w karmazynach staroście. Młody jak z igły, płomienisty, a jak Krezus będzie bogaty. Pomóż-że mu się rozerwać i życia skosztować. A mnie staremu porękawicznego buziaka!

Panienka krzyknęła aż ktoś na bok ją odsunął.

Barani kożuszek oglądał się za pastwą nową, lecz nie nastręczał mu się nikt, oprócz stojącego i wpatrującego się weń pielgrzyma, z niezmiernie długą brodą przyprawną, laską z tykwą w ręku i torbą przez plecy, w kapeluszu ze skrzydłami wielkiemi.

- Cha! cha! - rozśmiał się stary, klepiąc go po ramieniu - wybrałeś się doskonale z różańcem na maskaradę, a może i z kazaniem do tych niewiernych. Ojcze mój! czas to i praca stracone!

- Nie nawrócimy tu nikogo. Są to synowie Baala, zbiegi z Sodomy i Gomory, pastwa szatanów. Ani słowem, ani łzami, ni zaklęciem, ani groźbą nie opamiętamy ich. Szaleć będą, pić będą ze wszystkich czar żywota, pomyje ze wszystkich rynsztoków, aż póki ich i nas i tego stosu Sardanapala ogień z nieba i przepaść nie pochłonie. Musi to wszystko runąć, paść, być zgniecionem na miazgę, aby się stało pognojem nowego żywota. Musi ten śmiech w płacz się obrócić, to pijaństwo w zgrzyt zębów, ten przepych w nędzę, ta lubieżność w zgniliznę, ta swawola w niewolę... Popiołem, ale gorącym, Bóg posypie te parszywe czaszki!

Starzec plunął, czapkę na oczy wtłoczył, kij swój podniósł i nie patrząc już na nikogo, skierował się ku drzwiom. Ciżba mu się rozstępowała w milczeniu.

W czasie ostatniej perory jego wrzawa ucichła była zupełnie, muzyka nawet grać przestała; tłum stał w jakiemś osłupieniu i dobrej chwili potrzeba było, póki znów nie ozwały się skrzypki, basetle, pisk masek, gwar i śmiechy.

- Ja powiadam - odezwał się hrabia, ochłonąwszy nieco - że to jest niepojęta zuchwałość i niesłychane niedbalstwo z drugiej strony, ażeby takiemu jakiemuś waryatowi dać wnijść na redutę i pluć w oczy światu całemu, a potem mu pozwolić wynijść bezkarnie. To tylko u nas, gdzie niema najmniejszego porządku, stać się mogło.

Starosta i pan Tytus stali niemi i zmarszczeni.

- Ale któż to jest taki? - począł panicz, usiłując odzyskać swobodę.

Hrabia Teofil, który rad był zbliżyć się do niego, natychmiast podchwycił:

- To nie jest prawdziwy Barani kożuszek - zawołał - tamten nie bywa tak zuchwałym. Ja go widywałem. To maska... i odkryje się, kto ją włożył.

- A ja hrabiemu powiadam - wtrącił Tytus, który zawsze chciał być jak najlepiej informowanym - że tak się przebrać niktby nie mógł. To były jego prawdziwe łachmany. Nikt w świecie, nawet dla przyjemności spłatania figla, nie włożyłby na siebie tego śmierdzącego kubraka. Prawda, że książę Adam raz się za astrologa, czy wróżbitę przebrał, aby damy zaintrygować...

- Na złośliwych dowcipnisiach u nas nie zbywa - podchwycił hrabia - to była maska.

Ktoś nieznajomy zupełnie z tłumu, słysząc to, głosem spokojnym wmieszał się do rozmowy:

- Nie jeden raz, ale razy z dziesięć, o białym dniu, około zamku, u bramy krakowskiej, pod Bernardynami spotykałem się z Baranim kożuszkiem i dobrze mu się przyglądałem. Mogę zaręczyć, że to nie fałszowany, ale prawdziwy. Głos jego pamiętam.

- Ale tak! - potwierdził Tytus z wielką pewnością siebie.

Hrabia, nie chcąc się spierać, ramionami poruszył.

- Przecież, kiedy acan dobrodziej ciekawym go byłeś - odparł - musisz o nim coś więcej wiedzieć niż my. Kto to jest? co za dyabeł?

Nieznajomy, człek podżyły, dosyć poważny, bez maski, w stroju polskim, niewykwintnym, którego obecność na reducie nie dawała się tłumaczyć fizyognomią - odpowiedział zimno:

- Nikt tego nie odgadnie.

Wszyscy zwrócili nań oczy.

Pan Tytus z pewną zazdrością i z rodzajem szyderstwa spoglądał na nieznajomego, przypatrując mu się bacznie.

 - To tak, jakbyś waćpan twierdził, panie Bącik - że waćpana tu nikt nie zna i nie wie, po co przyszedłeś na redutę.

Ubodnięty i wymienieniem swego nazwiska i sarkazmem Tytusa, ów nazwany Bącikiem obruszył się mocno i zaperzył.

- A cóż komu do tego po co ja idę na redutę? - odpalił. - Albo to mi nie wolno? Cóżemto ja gorszy od innych? Waćpana ojciec...

Miał coś nieprzyjemnego powiedzieć panu Tytusowi, który przewidziawszy to, przerwał mu:

- Nie gniewajże się. Nikt waćpanu reduty nie broni - rzekł. - Ale jak to można twierdzić, że człowiek, co się po Warszawie przez tak długi czas kręci, może być i pozostać jakąś tajemnicą?

Pan Tytus śmiał się.

Bącik na niego pogardliwie zerknął.

- Niechże pan raczy nam odkryć tę tajemnicę - odezwał się.

Tytus trochę się zmieszał.

- Że ja nie wiem, kto jest Barani kożuszek, to niczego nie dowodzi - zawołał. - Mnie taki tam fiksat, co komedye po ulicach wyprawia, nie obchodzi wcale.

Ruszył ramionami i, gniewny na Bącika, zwrócił się z sarkazmem na niego.

- Za to panu Bącikowi powiem, po co na redutę zawędrował - rozśmiał się. - Hę? chcesz?

Bącik się namarszczył.

- Pewnie jakiejś jejmościance pożyczyłeś zastawnych klejnotów na maskaradę i boisz się, aby ci z niemi nie zbiegła?

Rozśmieli się wszyscy na głos, a lichwiarz, przeszywszy wzrokiem Tytusa, splunął i rzekł, oddalając się:

- Na zastawy pożyczam, czy nie, to moja rzecz. Ale gdybyś mi waćpan nawet duszę chciał dać w zakład, nie pożyczyłbym na nią kulfona... bo i tego nie warta.

Spłonął pan Tytus cały i byłby się rzucił za uchodzącym, lecz ciżba go oddzieliła od nich, a starosta za rękę go schwycił.

- Dajże pokój! daj pokój! - zawołał.

Tak się skończył ten epizod.

Noc była dosyć późna, a starosta, redutą dosyć już nasycony, u Marwaniego wieczerzać sobie nie życzył. Szepnął Tytusowi, że gdzieśby na wieczerzę jeszcze pojechać nie było od rzeczy.

Hrabia Teofil, nie życzący sobie opuszczać tak miłego towarzystwa, dosłyszawszy to, głośno za wieczerzą wotował.

- Wielka szkoda, że ja - odezwał się starosta - jeszcze tak urządzonego domu nie mam, abym o tej porze mógł panom ofiarować wieczerzę, ale...

Hrabia spojrzał na zegarek.

- W istocie - zamruczał - późno bardzo.

Tytus, który w sprawach tego rodzaju, jak wieczerza, był mężem dobrej rady, myślał jak gdyby coś najważniejszego miał sobie powierzone. Twarz jego zasępiona była i czoło pofałdowane.

Oczy dwu panów zwróciły się ku niemu.

- Wiecie panowie co - rzekł po bardzo głębokim rozmyśle. - U pani Loizki grywają do białego dnia czasami, a wieczerzy nie dają inaczej, jak o drugiej godzinie. Gdybyśmy do niej poszli?

Starosta zadumał się mocno.

- Jakto? - szepnął - po tem, co tu dziś zaszło?

- Właśnie - rzekł Tytus tryumfująco. - Znam tę kobietę. Tembardziej okazać będzie usiłowała, że jej to bynajmniej nie obchodzi. Jestem pewny, że przyjmuje, jakby w najlepszym humorze.

- Ale ja tam nie byłem nigdy! - zawołał panicz - a prezentować się po raz pierwszy w nocy...

Hrabia się rozśmiał.

- Niema się co ceremoniować - rzekł. - Mogę zapewnić, że panu staroście będzie rada o którejkolwiek godzinie raczysz ją odwiedzinami swemi zaszczycić.

Wahał się jeszcze panicz, do takiej swobody ruchów nienawykły; ale Tytus swą powagą przemógł jego obawę.

Hrabia zabierał się im towarzyszyć, nie pytając nawet o przyzwolenie.

Z trudnością pobrawszy się pod ręce, zdołali przebić się przez tłum, który teraz w spóźnionej godzinie z coraz gminniejszych żywiołów będąc złożony, zagrzany ponczem, wcale się do grzeczności dla elegantów nie poczuwał. Owszem, na przekorę im fale jego napędzały się, uderzały i niby przypadkowemi częstowały w bok kułakami.

Wyszedłszy za drzwi, najbardziej poturbowany Tytus odetchnął.

- Szuja! - zawołał z pogardą.

W sieniach z trudnością znowu przyszło wyszukać śpiącego hajduka pana starosty, który, pomimo hałasu, snem sprawiedliwych i pijanych chrapał w kącie. W ganku, około którego tłum spektatorów deszcz przerzedził, musieli stać, dopóki zaspany hajduk, dobywszy głosu, z ciemności nocnych nie wywoływał woźnicy z landarą.

Deszcz lał już teraz nie takim kapuśniaczkiem jak z wieczora, ale jesienną słotą, której żaden wiaterek nie poruszał, co było znakiem, że się na czas długi zabrała tu gościć.

Tytus nakazał jechać na Krakowskie-Przedmieście, do pałacu B.

W owym czasie pałacami zwały się nawet takie kamienice, które dziś skromnemi rozmiary nie zwracają wcale uwagi. Kilka kolumn z przodu, facyata z armaturą lub herbami, czasem dwa przyczepione po bokach skrzydła pałac stanowiły.

Tak zwanych pałaców była liczba wielka. Ten, o którym mowa, należał do najskromniejszych. Rodzina, której nosił nazwisko, mieszkała wówczas za granicą, a pałac wynajmowano.

Pani Loiska (bo tak Aloizę powszechnie zwano) zajmowała tu całe pierwsze piętro, miała połowę stajen i ogród latem do wyłącznej swej dyspozycyi. Dół pałacu, ekscypowany dla dziedzica, mieścił w sobie jego kancelaryę, plenipotenta, służbę, zupełnie tu niepotrzebną, i rezydentów wszelkiej maści.

Drugie piętro wynajmowano lokatorom, którzy tak mało się pokazywali i czuć dawali, że o nich całkiem można było zapomnieć.

Wyglądający oknem powozu Tytus z wielkim tryumfem wskazał, iż go rachuby nie omyliły. We wszystkich oknach pierwszego piętra świeciło się rzęsiście. Przez otwarte drzwi sieni na dole widać było schody, także oświetlone.

Powóz zatrzymał się u ganku. Trzej panowie z hajdukiem, który na ich płaszczach miał się znowu do wygodnego spoczynku w antykamerze usłać, weszli na schody.

Na pierwszem piętrze znaleźli służbę i właśnie zimne półmiski wnoszono do jadalni. Tytus, który swojego przywileju przedstawienia gospodyni domu starosty nie myślał ustępować hrabiemu, wiódł go pod rękę.

Apartamenty, zwłaszcza przy świetle, przedstawiały się bardzo pięknie.

Salon biały, ze złotem, chociaż znać po nim było, że na przepych żaden gospodynię nie stawało, urządzony był z tą sztuką niewieścią, która wiele ukryć i uwydatnić umie.

Oko znawcy odkryłoby w nim zręcznych kłamstw dużo, ale starosta nie był jeszcze żadnym znawcą, a dom jego ojca, chociaż magnata, ze zbytkiem go nie oswoił.

W salonie przechadzało się dwóch panów na cichej rozmowie; gospodyni tu nie było. Przez drzwi otwarte do dużego wprawo pokoju, zkąd światło żywsze się ukazywało, dochodziły głosy podniesione i śmiechy.

Łatwo się było domyśleć, że tam życie skupiło się całe, ciągnęła gra, przy której i piękna gospodyni być musiała.

Tytus miał tam wprowadzić starostę, gdy z wielkim pośpiechem naprzeciw gości wychodząca w progu pokazała się piękna Loiska.

Pierwsze wejrzenie starosty szukało w niej królowej Golkondy, która go na reducie zachwyciła.

Zdziwił się niezmiernie, gdyż pomimo całej wiary w nieomylność pana Tytusa, w gospodyni niepodobna mu było najmniejszego znaleźć śladu podobieństwa... do onej królowej.

Loiska była piękności olśniewającej, lecz zdawała mu się wysmuklejszą, wzrostu mniejszego, młodszą w ruchach i postawie, niż piękna maska na reducie.

Włos, starannie utrefiony, był barwy ciemniejszej nieco. Zdało mu się, że pan Tytus się omylił.

Prócz tego, po scenie tak przykrej na maskaradzie piękna Loiska nie mogłaby być, nawet największą moc mając nad sobą, tak roztrzpiotaną, wesołą i mieć oblicze tak wypogodzone.

Twarzyczka przeszła oczekiwanie pana starosty; była nietylko piękną, ale rozumną, dowcipną i uroku niezwyciężonego.

Para oczów ciemnych, ogromnych, śmiałych jak dwaj rabusie, nadawała fizyognomii wyraz nadzwyczajnej bystrości i przenikliwości. Uśmiech był wypieszczony, słodki, a razem niedostrzeżenie szyderski. Płeć tylko nadzwyczajna swą świeżością i białością przypominała widzianą na balu.

Tytus bardzo zręcznie przedstawił starostę, na siebie i hrabiego składając winę, że się w porze tak niewłaściwej ośmielili i t. d.

Gosposia przerwała im uśmiechem i głosem melodyjnym, jakby śpiewała piosenkę:

- Ale proszę wcale się nie tłomaczyć! To właśnie pora najprzyzwoitsza. Bawić się można tylko nocą; w dzień śpią przyzwoici ludzie. Przytem hrabia W. trzyma bank u mnie dla zabawy mojej, a gra wszystko tłomaczy.

Starosta od pierwszej chwili był już pod urokiem czarodziejki, która doskonale o tem wiedziała. Podała mu rękę, zapominając o hrabi i Tytusie, i zaprowadziła do pokoju, w którym grano. Tu kilkanaście osób z taką namiętnością zatopionych było w faraonie, iż nikt się, słysząc wchodzących, nie zwrócił nawet.

Ciągnący bank hr. W., na którego spojrzał starosta, szukając w nim tego, który towarzyszył królowej, był pięknej i wielce dystyngowanej twarzy, już niemłody, spokojnego, wychłodzonego oblicza. Fryzura jego i głowa przypominały widzianego na reducie, ale strój był zupełnie inny. Nie zdradzało go nic.

W blasku rzęsistego oświetlenia tego pokoju Loiska jeszcze się wydała staroście piękniejszą, a tak młodziuchną, że nietylko lat dwudziestu kilku by jej nie dał, ale przysiągłby na piętnaście. Przy całym rozumie oczów, miała razem coś dziecinnego, coś naiwnego i można było powiedzieć... dziewiczego.

Nazwisko starosty zbyt go tu czyniło pożądanym gościem, aby mu nie dano pierwszeństwa. Nawet gracze, choć z pośpiechem, odwrócili się od kart, by go powitać, a nieznajomi mu się zaprezentowali.

Tytus z boku ciągle patrzył na gospodynię, jakby ciekawym był, w jaki sposób się obejdzie z pastwą, którą jej rzucił pod nogi.

Loiska była uprzejmą, lecz nadto rozumną, by cię zbytniem nadskakiwaniem zdradzić miała. Najpospolitsza rachuba kazała się jej z sobą podrożyć. Obchodziła się ze starostą potrosze jakby z młodzieniaszkiem niezupełnie usamowolnionym, do którego postępowania nie przywiązuje się wielkiej wagi. Zagadnęła hrabiego, uśmiechnęła się nawet Tytusowi.

Tymczasem na chwilę przerwana gra z zapałem dalej się ciągnęła, ale w milczeniu, wytrawnych, starych graczów znamionującem.

Otwarte w pokoju gry drzwi do jadalnego dozwalały rzucić okiem na przygotowującą się wieczerzę. Służący właśnie odbijał ostryg beczułkę, bez których wieczerzy eleganckiej wówczas nie było. Na stole brak wprawdzie dawał się uczuć starych sreber, ale zastępowały je porcelana i szkła pięknie rznięte.

Dom był na stopie bardzo wytwornej.

Mówiliśmy już, że starosta u kilkakroćmilionowego ojca swego, gdzie stół był zawiesisty, staroświecki, a skąpstwo wielkie, do zbytków wcale nie nawykł. Wszystko więc tu wydawało mu się pańskiem, choć niem nie było.

Ale największą panią, pięknością, manierami, strojem smakownym wydała mu się gospodyni domu.

To, co o niej słyszał, dało mu o niej całkiem inne wyobrażenie. Znajdował ją w porównaniu do swych kuzynek wielkiego świata godną zupełnie stanąć z niemi na równi.

Troszkę tylko była śmielszą...

Tytus w porę jeszcze przypomniał sobie i szepnął mu w ucho, że przyjaciele domu dawali jej tytuł kasztelanicowej, do którego żadnego prawa nie miała.

Młody pan, rzucając okiem na stół gry, przekonał się, iż dla niego niebezpiecznem byłoby się w nią wdawać. Kilka tysięcy dukatów, rozsypanych i w rulonach leżało przed bankierem. Poniterowie nie stawiali mniej niż pięćdziesiąt czerwonych złotych.

Przyszły dziedzic fortuny olbrzymiej pensyę miał wyznaczoną nadzwyczaj skromną, a choć się z pomocą Tytusa ratować umiał wydawanemi obligami, nie rozporządzał nigdy znaczną gotówką. Tytus i inni zasilali się jego kredytem; rwano go na wszystkie strony. Życie w Warszawie, przepełnionej ze wsi przybyłymi posłami, ich rodzinami, mnóstwem ciekawych cudzoziemców, było drogie. Przyjemności jego nęciły.

Starosta, jako krewny, ocierał się o koła, w których bawił hetman i dokazywał serdeczny marszałek sejmowy, Sapieha. Musiał nie okazywać się ani skąpym, ani zbyt uciśniętym przez ojca.

Zaczerwienił się więc jak wiśnia i jak te karmazyny, które miał na sobie, gdy mu Loiska wskazała stół i spytała, czy by nie chciał szczęścia spróbować.

Salwował się komplimentem.

- Zdaje mi się, że mając szczęście być w pani towarzystwie, grzechem byłoby szukać go w grze...

Loiska się uśmiechnęła.

- Ja bo sama grywam - rzekła wesoło. - Naprzód dlatego, iż się nie taję, że pieniądze lubię, cóż życie bez nich warte? Powtóre, że z tym niegodziwym losem stanąć do walki jest to wielka przyjemność.

- Cóż, kiedy los zawsze zwycięża! - wtrącił starosta.

- O, nie - zaszczebiotała Loiska - ja gdy się uprę, to choć mi się opiera... złamię go!

To mówiąc, chwyciła kartę rzuconą, dobyła woreczka, przycisnęła ją dukatami i podsunęła bankierowi.

Gra zdawała się bardzo gorąco ją zajmować; zwróciła się do niej cała.

- Muszę wygrać! - wołała z dziecinną pewnością siebie.

Hrabia W. ciągnął, nie mówiąc słowa, nie zwracając oczu. As, na który postawiła, wygrał w istocie. Oczy jej zapłonęły... zagięła parol na nim z gorączkowym pośpiechem.

Inne stawki, daleko większe, odwracały uwagę. Loiska pilnowała swojej... Wygrała znów. Odwróciła się od milczącego starosty.

- Widzisz pan? Jestem taka uparta, że trzeci raz na asa postawię.

- I przegram - odezwał się hrabia W. zimno.

- I wygram - zawołała Loiska.

Po kilku pociągnięciach as wysunął się w istocie, niosąc gospodyni setlewę.

Ze śmiechem, brzmiącym jak dzwonek, zgarnęła dukaty do sakiewki i obróciła się do gościa.

- Widzisz pan - rzekła - to wielka nauka! Wola ludzka jest potęgą ogromną, jest prawie wszechmocą. Trzeba mieć ją silną, żelazną, upartą. Nią się do wszystkiego dochodzi.

Starosta pod wcale innem wrażeniem szepnął nieśmiało:

- Do wszystkiego?

Lekki rumieniec okrył śliczną twarzyczkę. Strzepnęła włosy, spadające jej nieco na skronie, i patrząc mu śmiało w oczy, powtórzyła dwuznacznie:

- Do wszyst-kie-go!

Potem, jakby się namyśliła, dodała ciszej:

- Ale nie bez ofiar. Alboż to nie ofiara z mej strony, żem moją nieomylność i wiarę stawiła na kartę?

Spojrzała ku pokojowi jadalnemu i głosik srebrny, łagodny zmieniając nagle, zawołała, naśladując ton lokaja, oznajmującego, iż dano do stołu.

- Panowie! ostrygi na półmiskach!

To mówiąc, gdy gracze zatopieni w kartach nie spieszyli wstawać, dała rękę staroście i poszła z nim do jadalni.

- Nie będziemy na nich czekali - rzekła.

Hrabia Teofil, znany ze swego na ostrygi łakomstwa, i Tytus głodny poszli za gospodynią. Z graczów tylko dwóch szczęśliwych wstało.

Starosta był upojony.

Spoglądający nań Tytus widział, jakie na nim gospodyni czyniła wrażenie. Nie można było zaręczyć, czy między nim a piękną Loiską porozumiewania się wejrzeniami jakiemiś nie było.

Nim hrabia W., dokończywszy talii, przyszedł do stołu, gospodyni, z wielkiem podziwieniem starosty, odezwała się głośno, tonem najdoskonalej obojętnym.

- Panie Tytusie, czy ja się mylę?... Zdaje mi się, że - ale tak - dziś reduta u Marwaniego. Kto był na reducie?

Nastąpiła chwila namysłu.

- My z niej właśnie wracamy - rzekł hrabia, który drugi już tuzin ostryg pochłaniał.

- A! a! i nic mi panowie nie mówicie? - zawołała Loiska. - Ja, chociaż tych brudnych zbiegowisk nie cierpię i nigdy nie bywam na nich, przyznam się, że panom zazdroszczę tego, iż bezkarnie się w tłum wmieszać możecie. Doprawdy, to musi być zabawne!

- Dziś niezbyt wesoło się bawiono - przerwał Tytus, wpatrując się pilnie w gospodynię, która, nie dając najmniejszego znaku zakłopotania, śmiało patrzyła mu w oczy. - Królową reduty była jakaś w klejnoty nadzwyczajnie drogie i wspaniale ustrojona pani.

- A, teatralne klejnoty ze szkiełek! - przerwała, śmiejąc się, gospodyni.

- Zdaje mi się że nie - mruknął hrabia.

- Wcisnął się na salę - mówił Tytus - nie wiem, fałszywy, czy prawdziwy Barani kożuszek i narobił ogromnego skandalu.

Loiski twarz nie zdradziła się najmniejszem drgnięciem, ani zmianą koloru. Słuchała obojętnie. Starosta powiedział sobie w duchu:

- To nie mogła być ona.

Z twarzy Tytusa tego, co myślał, odgadnąć nie było można.

Hrabia, który jadł i pił z pośpiechem, wiedział tylko tyle, że gospodyni nie chciała być odgadniętą i to mu starczyło. Ostrygi były doskonałe.

- Barani kożuszek? cóż to jest? - zapytała Loiska.

- Jakto? panibyś nie słyszała dotąd o Baranim kożuszku? - podchwycił hrabia.

- Ja o kożuszku? - rozśmiała się pogardliwie gosposia. - Ależ kożuch to rzecz obrzydliwa! Pamiętam z lat mojego dzieciństwa zapach jego. Pfe, okropny! Mówcież, co ten kożuszek znaczy?

- Zagadkę - odezwał się Tytus. - Jest to żebrak, zdaje się pomieszanych zmysłów, czy ktoś, co udaje waryata, i korzystając z tego, prawi najnieprzyzwoitsze rzeczy, aby tem wyłudzić jałmużnę.

Gospodyni zrobiła minkę pogardliwą.

- Doprawdy, mówić o takich brudach nie warto.

Wtem gracze się wtoczyli, rozmawiając głośno i mając na czele hrabiego W. Zasiadali do stołu, jeszcze prawiąc o swej grze i o nadzwyczajnem szczęściu bankiera, a niesłychanej małchance podkomorzego, który już był kilka tysięcy dukatów przegrany.

Rozmowa zmieniła się nagle, a korzystając z jej zwrotu i z hałasu, jaki gracze z sobą przynieśli, Loiska poczęła szeptać z zachwyconym starostą.

Nie można było po niej poznać, czy chciała go oczarować, czy tylko pragnęła być grzeczną. Z wielkim chłodem i zręcznością mówiła do niego; ale ta obojętność jej była widać drażniącą, bo niewprawny młodzik sadził się na najgorętsze wyrażenia i zapuszczał za daleko. Ona zbijała go z tego tonu, nazbyt przy pierwszej znajomości rażącego, ale to niewiele pomagało. Para kieliszków burgunda do reszty go spoiła.

Loiska, widząc to, zwróciła się ku Tytusowi, poczęła mówić z hrabią W., dając mu czas do ostygnięcia i opamiętania się.

Po wieczerzy gry już nie ciągniono dalej. Pora była spóźniona bardzo, goście się porozchodzili. Starosta też musiał pożegnać gospodynię, która z wielką powagą, niemal chłodno, się z nim rozstała.

Na młodzieńcu wywarło to wrażenie takie, iż goręcej jeszcze do tej piękności zbliżyć się zapragnął i na schodach szepnął Tytusowi:

- Jeżeli masz dla mnie cokolwiek przyjaźni, kochany mój, to pomóż mi w tem, abym się mógł do niej zbliżyć. Wzrok ma upajający. Kobiety tak pięknej nie widziałem w życiu, ani marzyłem o niej. Jestem cały przejęty.

- Tak - rozśmiał się Tytus z wytrawnością starego i doświadczonego zjadacza serc - i nadto jej to okazałeś, więc... musi się z sobą podrożyć. To stary aksyomat, iż gry demaskować zawczasu nie trzeba. Ale... bądź starosta spokojny.

Uśmiechnął się i potrząsnął głową.

- Kobieta rozumna! - dodał i umilkł.

Pojechali do domu.

 

 

 

 

Stojący przy baryerze ganku widzowie, którzy mimo deszczu przypatrywali się nadjeżdżającym gościom, wychodzącego staruszka, znanego pod imieniem Baraniego kożuszka całej Warszawie, powitali hałaśliwym śmiechem i wołaniem.

Nawykły do tego starowina, ani się nawet obejrzał.

Głosy tej ciżby, wśród których chyba może słowa dzieciaków kilku brzmiały szydersko, nie były zresztą ani złośliwe, ani niechętne. Wiedzieli wszyscy, że to był bicz na ludzi zamożnych i zepsutych, na tych, którzy serca nie mieli dla nikogo, oprócz dla siebie; ale ulica czuła w nim sprzymierzeńca.

Ulica - to jest wszystko to, co chodzi obdarte, co głodem przymiera, co przyciśnięte nędzą zazdrości, co z sercem zakwaszonem cieszy się, gdy szczęśliwsi cierpią - ulica, która jest namiętną, ślepą, biedną, głupią, ale której wiele przebaczyć potrzeba, bo cierpi wiele, a najczęściej nie wie, co czyni.

Dla tej ulicy Barani kożuszek, wchodzący na redutę po to, aby trwoniących tam grosz na płochą zabawę chłostał i smagał, gdy biedactwo stało na deszczu - był wielce pożądany. Okrzykiwano go jak posła, którego nędza wyprawiała, pluć w oczy rozpuście.

A jakżeby byli radzi terminatorowie szewccy i uliczniki wcisnąć się za nim, aby posłuchać, aby zobaczyć, jak ta bomba pękać będzie i obryzgiwać złotem szytych panów!

Każdy z nich wiedział, że Barani kożuszek nie szedł tam darmo. Wybuchy śmiechu, które się wkrótce słyszeć dały, tłómaczono sobie żganiem nielitościwego starowiny. Widziano go nieraz czepiającego się magnatów, rzucającego ostre słowa do karet, przed któremi kryły się głowy i okna zapuszczały, a piesi przestraszeni uciekali.

Gawiedź się z początku spodziewała, że go rychło za drzwi wyrzucą; ale dość długi czas upłynął, nim z twarzą zaognioną, z której kawał płachty zerwał w sieniach, Barani kożuszek ukazał się z powrotem.

Gawiedź, oczekująca nań, powitała go znów wołaniem, a niektórzy przyklaskiwać mu zaczęli, jakby wiedzieli, iż na sali dobrze się musiał popisać.

Stary, któremu gorąco reduty oddech zatamowało, a może wzruszenie, zdjął z głowy czapkę i wiatr siwe rozwiał mu włosy... Odetchnął, chwilę zatrzymał się w ganku, spoglądając na czarne niebo, które oświetlone od latarni, potoki deszczu przerzynały, rozepchnął ludzi, co mu na drodze stali, i nie zważając na słotę, z głową spuszczoną powlókł się na miasto.

O trzy kroki już go widać nie było.

Przy ganku stało zawsze poddostatkiem chłopaków z latarkami, którzy, niemających fiakrów, ani powozów, a mieszkających w blizkości, do domów odprowadzali, bo większa część ulic nie była oświetloną.

Prawdziwy łobuz warszawski, wyrostek kilkunastoletni, znany pod imieniem Juliaszka, który pod teatrem, przy redutach i u każdego pałacu, gdzie tylko balowano, nastręczał się zuchwałem zalecaniem i zaczepiał wychodzących, ofiarując się im ze swoją latarką - spostrzegł przesuwającego się starca i.. nie mógł wytrzymać, świerzbiał go język.

- Jaśnie wielmożny Kożuszku! - krzyknął - może jaśnie pan raczy sobie kazać poświecić do szpitala św. Łazarza.

Starzec zwolna się zwrócił ku niemu; ostygł już był. Wlepił oczy w chłopię wesołe i złośliwe. Wzrok ten musiał mieć jakąś siłę straszną, bo Juliaszek zaniemiał, zasromał się, spuścił głowę, jak winowajca i poczuł, że się dopuścił niepoczciwego szyderstwa.

Barani kożuszek stał, z politowaniem, bez gniewu spoglądając na chłopaka.

- Patrzaj-no ty - rzekł łagodnie - abyś sam z tą swoją latarką nie zawędrował gorzej niż do Łazarza. Moje dziecko, z nędzy w szpitalu umierać sroga to rzecz, ale miłosierdzie ludzkie nie hańbi, a ubóstwo nie zawsze jest występkiem. Tyś próżniak, gonisz za łatwym zarobkiem po nocach, a we dnie próżnujesz. Co z ciebie będzie? hę!

Juliaszek języka w gębie zapomniał. Słowa te zaświdrowały mu w sercu.

- I, niech-bo jegomość da pokój - zaskomlał - ot wyrwało się głupstwo.

Tłum, który widział i słyszał obu, brał stronę Baraniego kożuszka; śmiać się zaczynano z Juliaszka.

- Ze starości, z nędzy, z nieszczęścia cudzego - mówił, spokojnie stojąc na deszczu, stary - nie śmiej się i nie urągaj nigdy. Pan Bóg, który biednym błogosławił i królestwo im przyobiecał, mści się za tych, co są Jego dziećmi najmilszemi.

Juliaszkowi łzy się kręciły w oczach, latarka mu drgała w ręku. Szybkim krokiem podbiegł do starego, schwycił rękę jego z poszanowaniem, pocałował i szepnął coś pocichu.

Z tłumu przyklaśnięto.

Barani kożuszek się uśmiechał.

- Ile zarabiasz, odprowadzając do domu? - zapytał.

- Rożnie, proszę jegomości, rożnie - wyjąknął Juliaszek. - Jak się dobrze trafi, to i dwa złote.

Stary się rozśmiał, rękę włożył pod kożuszek, dwuzłotówkę wyciągnął i wsunął ją w rękę chłopcu.

- Naści - rzekł - świeć na ulicę Krochmalną.

Juliaszek wysforował się natychmiast naprzód i, nic nie mówiąc, iść począł, wybierając co najsuchsze miejsca, kładki i cegły, które gdzieniedzie wśród błota były pokładzione. On jeden znał tak swe miasto i wszystkie jego brukowe tajemnice, iż wśród najciemniejszej nocy mógł się w niem oryentować.

Z głową zwisłą na piersi, nie mówiąc nic, Barani kożuszek szedł za swym przewodnikiem.

Minęli tak ogród Saski, gdy u wejścia na Krochmalną ulicę starzec zawołał na chłopca:

- Sam tu!

Juliaszek nadbiegł ku niemu.

- Wracaj nazad - rzekł nakazująco Barani kożuszek - ja tu już do mojej budy i bez ciebie trafię.

Klepnął go po ramieniu.

- Posłuchaj dobrej rady. Rzuć tę głupią latarkę do licha, a ucz się rzemiosła.

Juliaszek się poskrobał w głowę.

- Próbowałem - odezwał się markotno - ta co. Taką naturę mam, że w miejscu mi wysiedzieć trudno. I znowuż te majstrowie psiawiary łają, a ja języka za zębami nie trzymam. Szewc jak mi w pysk dał, tom mu oddał.

Ruszył ramionami.

Stary się roześmiał.

- To się zwalasz - rzekł - a szkoda. Pomódl się, aby ci Bóg dał więcej cierpliwości.

I nim się Juliaszek opatrzył, zniknął mu stary w ciemnościach gdzieś tak, jakby - wedle jego wyrażenia - poszedł wskroś ziemi.

Chłopak postał chwilę zamyślony, spojrzał w latarkę, w niej jeszcze łojówki zostało, i kopnął się napowrót do Marwaniego.

Kożuszek tymczasem niepostrzeżony, mimo nocy ciemnej nie potrzebując się przypatrywać dobrze znanej drodze pod parkanami, szedł dalej Krochmalną ulicą. Tu, wśród drewnianych domostw po większej części, stała odosobniona jednopiętrowa kamieniczka, która nad niemi górowała.

W oknach pięterka jej nie było światła; dolne, okiennicami nieszczelnie pozasłaniane, po lewej stronie światełka z wewnątrz przepuszczały. Staruszek cicho się zbliżył do drzwi, klucza dobył z kieszeni, otworzył, wszedł i zamiast w lewo, obmacawszy drzwi, skierował się na prawą stronę. Nie potrzebował, aby mu świecono do otwierania, znając dobrze miejscowość.

Izba, do której wszedł, była ciemna, ale i tu omackiem stary na kominie krzesiwo znalazł, hubkę i siarką napuszczone drewienka. Wprędce zaświeciła hubka, zapaliła się siarkowana drzazga, a od niej świeca na kominie przygotowana.

Gdy się rozjaśniło w izbie, można w niej było dostrzedz tapczan niezasłany niczem, na którym odzież jakaś złożona była, stolik przy ścianie z różnemi na nim gratami, ławę zapyloną i podłogę nieumiataną oddawna. Była to pustka, a chłód w niej przejmujący kazał się domyślać, iż jej nie zamieszkiwano.

Stary, wszedłszy, zrzucił z siebie natychmiast obmokły kożuszek, który na ścianie, obok dwóch zupełnie mu podobnych, powiesił. Siadł na tapczanie, zdejmując z nóg zbłocone obówie, które przygotowane długie buty zastąpiły. Czapkę położył na stole. Wdział kapotę szarą, a nareszcie otarłszy twarz, włosy rozczochrane i brodę przyczesał.

Zmiana ta ubrania uczyniła go prawie innym człowiekiem; twarz nawet wyraz jakiś spokojniejszy, smutny a poważny przybrała. Wyglądał jak zamożny mieszczanin jakiś i nic już żebraczego nie miał w sobie. Westchnął, pocierając czoło, i ująwszy świecę z komina, wyszedł z izby, którą starannie na kłódkę zamknął za sobą.

Sień domu niewielka była, ale czysta. Schody drewniane prowadziły na pięterko.

Stary, nim wszedł na nie, zapukał na lewo. Za drzwiami poruszyło się coś. Niemłoda kobieta, trzymając kądziel w ręku, otworzyła je i poczęła wołać:

- Zaraz! zaraz!

Wewnątrz izby widać było piec i kuchenkę, przybory jak zwykle dla czeladzi. Na ognisku jeszcze płonącem gotowało się coś. Dziewczynka, wyrostek, z podkurczonemi pod siebie nogami, drzemała pod piecem.

- Jak-bo jegomość dziś późno! - zawołała schrypłym głosem zaspanym kobieta, krzątając się około garnków. - Na dworze taka plucha zimna, że i psa nie wypędzić. Jeszcze choróbska jakiego, Panie Boże uchowaj! jegomość się nabawi.

Stary, nie zważając na to gderanie i wcale nie odpowiadając, w milczeniu począł się drapać na górę.

Tu drzwi nie były zamknięte. Przedpokój, czysto utrzymany, przeszedłszy, stary znalazł się w sporej izbie gościnnej, bardzo schludnie utrzymanej i niemal eleganckiej. Sprzęt był nie nowy, ale dosyć wykwintny, sofa i krzesła pokryte spłowiałym adamaszkiem, stół zawieszony kobierczykiem. Zwierciadło stare, trochę poobijane weneckie i para ciemnych obrazów przyozdabiały ściany. Komódka saskiej fabryki stała w kątku.

Widać było jeżeli nie dostatek, to przynajmniej nie nędzę, a czystość i porządek mile uderzały oczy.

Przeszedłszy ten pokój, stary ze świecą wszedł do sypialni. Ten sam ład i tu panował. Łóżko ze starym pawilonem w kątku, wielka szafa stara, kilka krzeseł, kufrów para ubierały ten pokój; lecz najwięcej miejsca zajmował olbrzymi stół, spłowiałą i podartą makatą zasłany, tak zarzucony mnóstwem papierów, broszur, książek, świstków i wszelkiego formatu starych i nowych ksiąg, iż nie było na nim ani kawałeczka miejsca próżnego. Najwięcej było kartek luźnych drukowanych, plakatów i tych ulotnych pisemek, które tysiącami wyrzucały codzień drukarnie czasu sejmu czteroletniego.

Na rogu stołu, w miejscu, na które naprzód się zwróciły oczy wchodzącego, leżała paczka sznurkiem związana. Schwycił ją, postawiwszy światło, i natychmiast z gorączkową ciekawością przepatrywać zaczął. Jednę po drugiej odkładał kartki, to ramionami zżymając, to uśmiechając się do nich, to brwi marszcząc. Były tam i drukowane głosy sejmowe, i wierszyki na bibule, i rękopisy pośpieszną a niewprawną ręką przekopiowane, wydania Grölla i drukarń innych, które wolały kłaść Alethopolis, lub coś podobnego na tytule, niż firmę własną.

Wprawne oko starego wszystko to przebiegało prędko; niektóre tylko ważniejsze rzeczy odkładał na stronę. Lecz papierów było tak sporo, iż zaczytawszy się w nich, nie spostrzegł się stary, gdy przyodziana już kobieta na próg weszła, cicho i ostrożnie szepcąc:

- Wieczerza na stole... niech-że jegomość nie da stygnąć.

- Maciej gdzie? - zapytał, nie podnosząc oczu od swych papierów, stary.

Kobieta milczała chwilę.

- Gdzież, proszę pana, ma być? jak zawsze! Gdy jegomość się przypóźni, nieboraczysko niepokoi się i szukać idzie. Tak i teraz. Bo, jak Boga kocham, na taką słotę, w taką noc...

- Daj-że pokój, nie gderz - przerwał jej łagodnie stary. - Żebyście się wy mną do zbytku nie opiekowali!

Zamilkła, cofając się, kobieta, a zamyślony starzec wysunął się z sypialni i wolnym krokiem przeszedł do trzeciej izby, w której na rogu dużego stołu przygotowane było nakrycie i wieczerza, składająca się z kawałka odgrzanego mięsa i talerza polewki.

Kieliszek wódki poprzedził ją i Kożuszek zaczął jeść zamyślony.

Tymczasem słychać było drzwi otwierające się na dole, głos gospodyni, potem kroki na schodach, a po chwili mężczyzna słuszny, siwy, wyglądający na starego oficyalistę, z wąsami zawiesistemi, z poczciwą twarzą pomarszczoną, a od chłodu teraz zarumienioną - stanął w progu jadalni.

- Znowuś się niepotrzebnie włóczył po deszczu - odezwał się jedzący. - Widzisz, mówiłem ci tyle razy: siedź spokojnie w domu. Mnie nic się nie stanie, nic - ja się już znam i z ulicami i z ludźmi.

- Ale bo, proszę pana - przerwał serdecznym głosem p. Maciej.

- Mój kochany, już mnie nie nawracaj - westchnął stary. - Com zaczął, dokończyć trzeba.

Obaj zamilkli.

Po chwili cicho zapytał pan stojącego u drzwi:

- Byłeś u ks. podkanclerzego?

- Byłem i nieraz - odparł Maciej. - Nie można się było docisnąć. Właśnie mu przychodzili wszyscy pono nominacyi winszować. Stojąc w kancelaryi, nasłuchałem się, jak pisarkowie drwili, że tacy teraz z respektem przybywali, co wczoraj mu się nie kłaniali na ulicy.

Nie było odpowiedzi; stary krajał twarde mięso, zamyślony.

Maciej dodał po krótkiem milczeniu:

- Przyniosłem wszystko, co się gdzie ułowić dało, i położyłem na stoliku.

Stary głową kiwnął.

- Wiązka spora!

Ruszył ramionami. Znów nastąpiło milczenie; Maciej spoglądał z ukosa, nie odchodząc. Zdawał się coś jeszcze mieć do powiedzenia, z czem sam wystąpić nie chciał. Czekał...

Wieczerza już się miała ku końcowi.

Stary, otarłszy usta, powstał, a Maciej, świece zabrawszy, przeprowadził go do sypialni.

- Rozbierać mnie nie potrzebujesz - odezwał się, za stół siadając do papierów, Kożuszek - idź spać!

Maciej się wstrzymał jeszcze, zawahał i szepnął coś pocichu na ucho siedzącemu, jakby i tu nawet, gdzie sami we dwóch byli, obawiał się podsłuchania.

- Wiem! - odparł, marszcząc się, stary i ręką dał mu znak, aby odszedł.

Nastała na mało uczęszczanej ulicy cisza głucha i deszcz już tylko na dach spadający, a rynny, przez które potoki się lały, przez noc całą słychać było.

W kamieniczce pogasły światła i w jednem tylko oknie sypialni długo blade światełko migało.

Nazajutrz deszcz trochę ustał, chmury się podniosły, wiatrem północnym pędzone, posiniałe i szkliste... na mróz się zbierać zdawało.

Około dziewiątej godziny zapukano do drzwi. Maciej poszedł otworzyć. Mężczyzna, cały osłonięty płaszczem, w czapie na uszy naciśnionej, tak, że twarzy jego nie można było rozeznać, poszeptawszy coś ze sługą, z nim razem pośpiesznie wszedł na górę.

Tu, gdy ciężką zrzucił w przedpokoju opończę, odprostował się i twarz odkrył - okazał się lat zaledwie średnich mężczyzną, piwnych, żywych oczu, pięknych rysów, odkrytego czoła, fizyognomii szlachetnej i sympatycznej.

Typ to był zresztą pospolity dosyć zamożnego szlachcica, napół żołnierza krwią i postawą, szerokiej piersi, silnej dłoni, lecz złagodniały, jakby wpływem epoki, wśród której żyć mu przyszło. Ubiór polski niewykwintny, ale od sajety i jedwabiu, dowodził dostatku.

Nie był to pierwszy lepszy. Maciej kłaniał mu się z respektem wielkim, drzwi szeroko, nie oznajmując go, otworzył i wprowadził do bawialni.

Z sypialnej izby natychmiast wyszedł stary, który już był ubrany po wczorajszemu. Postrzegłszy gościa, dość żywo i z uprzejmym twarzy wyrazem podszedł ku niemu. Ścisnęli się za ręce.

Maciej natychmiast zniknął i kroki jego na schodach słychać było.

Przybyły gość, zaproszony, zajął miejsce na sofie, stary siadł przy nim na krześle.

- Nic nowego? - zapytał gospodarz po chwili.

- Owszem, nowin jest dużo - odezwał się przybyły. - Nie wszystkie dobre, pewnie połowa nieprawdziwych, bo się one na bruku naszym rodzą, jak grzyby po deszczu; ale... próżniacy i plotkarze mają czem żyć.

Spojrzeli na siebie:

- Ja się pana pisarza o te brukowe efemerydy nie pytam - rzekł Kożuszek. - Cóż... u nas!

- Zbliżamy się do celu - szepnął pisarz.

- A król? - zapytał gospodarz.

Nastąpiła chwila długiego milczenia. Zapytany westchnął.

- Król... król - począł powoli. - A! dużoby o nim mówić potrzeba. Niepodobna nie uledz urokowi tego człowieka, ktokolwiek się doń zbliży. Najmilszy z ludzi, jeden z najdowcipniejszych i najuczeńszych monarchów swojego czasu. Sąd o rzeczach trzeźwy, serce dobre...

Tu pisarz załamał ręce.

- Cóż po tem - odezwał się - kiedy charakteru niema? Siły mu brak do dobrego i do złego zarówno i... kwoki panują nad nim. Znacie go, jak wszyscy.

- Pozwólcie - przerwał stary. - Jest to zapewne nieszczęście wielkie ten brak woli i wytrwania, lecz z drugiej strony w tym momencie, gdy już nad jego umysłem pan Ignacy uzyskał pewną przewagę, gdy i podkanclerzy nie jest bez wpływu, gdy widocznie pochylać się zaczął...

- Nawet się zupełnie zdaje nawrócony - dodał pisarz - ale kto za jutro zaręczy? Wieczorem z głuchym Wilczewskim przekrada się na konferencye nasze, jakby spiskowiec jaki. Piatoli, Ignacy e tutti quanti starają się w niego wlać ducha. Zapala się, wtóruje, rzuca myśli doskonałe, przyklaskuje naszym, cieszy się, unosi... Myśmy w siódmem niebie! W kilka godzin potem głuchy Wilczewski odprowadza go nazad do sypialni. Tu starosta piaseczyński szepce mu, że pani Krakowska nań czeka. Wistocie ona i Mniszchowa od godziny nudzą się w salce bocznej. Król, po odbytej pańszczyźnie z nami, znużony tem, czemeśmy go karmić musieli, wita z radością przynoszące mu rozrywkę niewiasty. Ryks podawać każe herbatę i owoce. Zasiadają w małem kółku. Pani Krakowska powraca od prymasa i wiezie z sobą wyziewy atmosfery, którą była otoczona. Pierwsze z ust jej słowo brzmi w uszach pana, jak okropny dysonans. Lecz niedawno on sam wtórował z tego tonu. Potrzeba przed kobietami ukryć zmianę, jaka zaszła w umyśle. Uśmiecha się i potakuje. Przywiezione przez panią Krakowską ziarna kiełkują, oddziaływają. Król stygnie... Wszystko to, czemu przed chwilą przyklaskiwał, wydaje mu się teraz niedorzecznością. Pan Ignacy jest utopistą, ks. Piatoli nie zna kraju... Król wzdycha... Powoli zaczyna szydzić z tego, co przyniósł z sobą, otrzeźwia się i idzie spać zgryziony, nie wiedząc, z czem się jutro obudzi. Nazajutrz zrana rozmowa z Bułhakowem. W sekrecie wyprawia się list do Szczęsnego; król chodzi smutny aż do wieczora. Wilczewskiemu daje się prowadzić aż do progu, z najmocniejszem przekonaniem, iż się tu utopiom oprze z całą siłą przygotowanych argumentów. Ba! przestąpiwszy próg, powitawszy swych współpiskowych, powraca do wczorajszego toku idei... W duchu powiada, że prymas jest uparty, a Piatoli najmędrszy z ludzi.

Kończąc, westchnął pisarz. Gospodarz słuchał z miną posępną.

- Niemniej potrzeba na słabego działać, pilnować go i mieć z sobą - rzekł zcicha. - Bez niego się nie obejdziemy.

Znów wymieniali wejrzenia.

- Wypadki we Francyi wpłyną na reformę u nas - dodał stary.

Pisarz się boleśnie uśmiechnął.

- Nie wiem - rzekł. - W naszych pojęciach zamieszanie jest wielkie. Francya zdaje się więcej ku republikańskim dążyć formom, a u nas najzagorzalsi republikanie stać będą przy starych prawach i bronić źrenicy wolności.

- Tak, na nieszczęście, my mamy z przeszłością do walczenia... i z nałogami wielą. Możnaby słownik ułożyć tych wyrazów, do których się u nas fałszywe przyczepiły pojęcia. Mamy do walczenia z dykcyonarzem. Począwszy od naszej wolności, wszystko w nim przerobić potrzeba.

- Jednakże - dodał pisarz - nasz obóz się powiększa. Mamy adeptów.

- No, i nieprzyjaciele wyrastają jawni - rzekł stary.

- Tem lepiej - zawołał gość. - Niech podniosą przyłbice: obliczymy się.

Pomilczeli chwilę; stary miał twarz zasępioną.

- Mówcie, co chcecie - odezwał się - Lucchesiniemu nie wierzę i tego ich pruskiego przymierza, w które biją, obawiam się.

- A! - krzyknął gwałtownie pisarz - to pan z nas jesteś jedynym niedowiarkiem. Zapewne ja mam to we krwi, jak wy wszyscy, iż Niemcowi nie ufam, ale tu, gdzie go własny interes prowadzi...

Gospodarz mocno usta wykrzywił.

- Pamiętajcież - zawołał - abyście się do nakarmienia czemkolwiek sprzymierzeńca przygotowali. Gdańska zechce, lub...

- My ani piędzi ziemi - zawołał pisarz - nie damy!

- Nie ufajcież przymierzu - zakończył stary.

I pomyślawszy, dodał z przyciskiem:

- Lucchesiniemu nie ufam i boję się go, tego szatana o jednem oku.

Pisarz, czy nie chciał na to odpowiadać, czy zdało mu się, że o Lucchesiniego nie warto się spierać, nic nie odpowiedział.

- Trudności - rzekł - i z ludźmi i ze sprawą będzie niemało. Ci nawet, co mają pragnienie reformy i czują jej potrzebę, nie wiedzą jasno, co począć.

- Tak! tak! - potwierdził Kożuszek - trudności z tego wynikają, co nam przeszłość zostawiła. U góry trzeba wyrobić siłę, której u nas monarcha nie miał, a u dołu dać swobodę. Dla obojga moc tę zkąd weźmiemy, jeśli jej nie zaczerpniemy ze środka, z tej skarbnicy szlacheckiej, w której było wszystko zamknięte i zmonopolizowane? Oczywista rzecz, że ci, którym odbierają to, co posiadali, opierać się będą spoliacyi. I ta nasza przyszła ustawa, o której dojście do skutku tak się troszczymy, ma to w sobie osobliwego, iż gdy gdzieindziej monarchom władzy ukrócają, my jej naszemu dodać chcemy... A w przyszłości obok szlachty czy uszlachcony, czy tylko uszlachetniony lud ma stanąć.. to jest miliony za krocie...

Przeszedł się po izbie stary, z czołem zasępionem myślami:

- Wszystko to dobre - westchnął. - Jest w narodzie popęd, instynkt jakiś, że chwila przyszła, gdy się ratować potrzeba nowemi prawami, albo ginąć. Szlachetniejsi gotowi są do ofiar. Wszystko to dobre - powtórzył - ale (tu zwrócił się do pisarza z twarzą zaognioną i rękami rozpostartemi) quid leges sine moribus? Poprawiąż nas ustawy? Na obyczaje spojrz... co się to z nami i u nas dzieje? Zgroza! Ten sejm, ci ludzie dobrej woli, usposobień szlachetnych, patrz jak żyją! Jest li tu co poszanowanego? Świętość małżeństwa, powaga starości, niezłomność słowa, godność człowieka? Szał jakiś ogarnia wszystkich; zbytek, rozpusta, używanie życia bezrozumne pochłania, opanowywa, poniża... Wy myślicie o ustawie; ale potrzeba jakąś grozą i sromem działać na tych ludzi, aby ich na lepszą wprowadzić drogę. Republikanami się być chlubimy, a gdzież cnoty republikańskie i gdzie obyczaje spartańskie? gdzie czystość sumień i rąk?

Starzec zamilkł, pisarz się począł uśmiechać.

- Wsiadłeś-bo pan na swojego konika - zawołał. - Ale trudno, aby wszyscy święci byli. Ludzie są ludźmi, słabości wiele przebaczyć trzeba.

- Słabości! błędów! - przerwał Kożuszek - a! zapewne, ale nie bez wstydów i nie nałogów obrzydłych, nie takiego obłąkania, które z tych, co prostą idą drogą szydzi... bo prawem się stało i obyczajem.

Pisarz widocznie chciał zwrócić rozmowę i zamilkł.

- Partya nasza - dodał - coraz rośnie, przeciwna maleje. Wiele siły nam dodaje, żeśmy poczciwego Arystydesa Małachowskiego wybrali za wodza... no, i książę Kaźmirz bardzo nam jest pożyteczny.

Stary się rozśmiał trochę złośliwie.

- Zapewne, zapewne - rzekł - znaczy to cóś, że piękny, czysty, z pewnych względów rzymskich czasów godny charakter stoi na czele. Małachowskiemu nic ująć nie można, oprócz, że poczciwski głowy wcale nie ma i że zamiast, coby on was miał prowadzić, wy jego prowadzicie, chociaż się mu zdaje, że on to robi, co mu zręcznie podszeptują. Cienia w nim niema samolubstwa, prywaty... ale cnotą swą dumny, a ślepy.

- Zaręczam wam, że widzi to dobrze, iż reforma nas tylko zbawi - rzekł pisarz.

- Lecz onby jej nawet, i listy Kołłątaja przeczytawszy, nie wymyślił - dokończył stary. - Co się tyczy księcia Kaźmirza...

Tu pisarz mu podchwycił:

- To także szlachetny charakter.

Starzec się wykrzywił.

- Pieszczoszek matczyn - no, i hetmana siostrzeniec - rzekł. - Powiedz mi asindziej, ile razy naczczo był w Izbie?

Pisarz śmiał się.

- Co nie przeszkadza - wtrącił - że tęgą mowę palnie, głowę sobie zmywszy zimną wodą. We drzwiach zwykle, gdy ze śniadania przychodził, łapią go nasi. "Książę masz mówić!" - Ba! o czemże? - "Poprzesz silnie stutysięczną aukcyę wojska." - Ale głowa moja! - "To nic, jeszcze jest pół godziny czasu." I książę tnie mowę z zapałem, ze świetnością, z gorącością ponczu burgundzkiego.

- Ale zlitujcie się - przerwał Kożuszek - ten, żebyście go na nie wiem co zaklęli, gdy pałkę zaleje, przed matką lub wujem wyspowiada się z projektowanej ustawy i wszystko w łeb weźmie.

- Ale, mój dobrodzieju - zawołał pisarz wesoło - on o ustawie jak w rogu i wiedzieć nic nie będzie, aż gdy ona przyjdzie na stół.

- Jakto? jeden z marszałków sejmu, co ma przygotować tę wiekopomną ustawę, nie wie do ostatniej godziny, nad czem pracuje?

Pisarz poruszył ramionami i śmiał się.

- Tak jest, na to wam przysięgam!

Staruszek, nie wydając głosu, rozśmiał się ustami tylko.

- Co za społeczność, wśród której spiskować potrzeba, aby dojść do celu, wszystkich bijącego w oczy!

Chwilę tak jeszcze rozmawiali o sprawach sejmowych, a gospodarz słuchał dawanych mu informacyj, to się zasępiając, to ciesząc, ale niezbyt gorąco i jakby niezupełnie w zapowiadany wierzył skutek.

- Ja ci powtórzę - skonkludował - com już rzekł: Quid leges sine moribus? Ustawa piękną rzeczą będzie, lecz ona nierychło przerobi nas, a tu periculum in mora. Ratować trzeba od rozkładu rzecz naszą pospolitą, szczególniej tę klasę, na której ona stała i długo jeszcze stać będzie. Nim lud z otchłani i ciemności wyprowadzicie na światło, wiele czasu upłynie. Na ramionach szlachty wszystko długo jeszcze spoczywać będzie, a ją zepsucie zjada i toczy... Magnaci, to kosmopolici i dla nich o ojczyznę nie idzie, bo się do innej z tytułami przesadzą. Półpankowie ich naśladują dla tonu, a i po wsiach zaraza złych obyczajów i lekkości już się zakrada. Gdy runą te stare podwaliny gmachu, padnie i on!

Pisarz zadumał się.

- Średnia klasa, lud - przebąknął nieśmiało.

- Obojga niema - zawołał stary. - Dekert nie stworzy jednej, a książę Stanisław z Brzostowskim drugiego. Lat, wieków potrzeba, aby się to wyrobiło, czego tylko jest ślepy zawiązek, a tymczasem co zbudujecie na tych, którzy nie patrzą zkąd pieniądze biorą, którzy w służbie rzeczypospolitej obcych mocarstw tytułują się generałami i pułkownikami, a byle im dano wysokie stanowisko, wszystko za nie sprzedadzą?

- Pan bo widzisz wszystko w zbyt czarnych barwach - zawołał pisarz. - Sam przyznajesz, że jest poczucie potrzeby reform, instynkt szlachetny, do ofiar gotowość. Powoli poprawimy się.

- Nie, nie! - rzekł uparty Kożuszek - nie! poprawimy się dopiero, gdy legniemy pod razami, gdy nas gruzy przysypią, gdy prorocze słowa Skargi i Jana Kaźmierza się sprawdzą. Bądź wola Twoja!

Głowę pochylił stary; ale po chwili podniósł ją nagle z twarzą wypogodzoną i zawołał z zapałem:

- Bądź co bądź, pisarzu, usque ad finem róbmy każdy swą powinność. Gdy twierdza jest oblężoną, choć niema najmniejszej nadziei obrony, ani odsieczy, żołnierz poczciwy walczy do ostatka i daje się zabić na wałach. Tak i my: jedni w sejmie, drudzy w ulicy, trzeci na kazalnicy, inni w szkole... powinniśmy czynić, co do nas należy.

Pisarz się podniósł z sofy, dobył jakiegoś świstka i począł czytać satyryczne wierszyki, które tego dnia w fiakrach i na ławkach Saskiego ogrodu rozrzucone były. Śmiał się z nich, czytając, a i staruszek rad im był. Uderzył ręką po papierze.

- I to się przyda - rzekł. - Ten, co to pisał, zdało mu się, że złości swej dogodził, a sam nie wiedział o tem, że moralności mimowiedzy służy. I koncept niekiedy oczy otwiera. Mówią, że natura maxime miranda in minimis, a ja mówię, że Pan Bóg najcudowniejszy, gdy przez błaznów uczy filozofów i statystów rozumu.

Pisarzowi już pilno było; poszeptali coś z sobą, wymienili papiery jakieś, gospodarz na zegarek spojrzał i gościa do przedpokoju przeprowadził, powołując Macieja do siebie. Lecz właśnie kiedy ten pisarzowi drzwi otwierał, aby je za nim zaryglować, ukazał się w progu ich, w czarnym płaszczu z puszką blaszaną pod szkaplerzem, braciszek od Bonifratrów po kweście.

Ponieważ gość wychodził z domu, kwestarzowi zamknąć drzwi przed nosem nie wypadało; oprócz tego przyjęto za regułę, że chodzących za jałmużną, gdy pan był w domu, puszczano. Wskazał więc stary Maciej braciszkowi na schody, a ten puszki swej dobywszy z pod sukni, powoli wszedł na nie i do salki, w której się jeszcze stary znajdował. Zobaczywszy kwestarza, sięgnął po sakiewkę; lecz Bonifrater, który już był wyciągnął puszkę, spojrzawszy na twarz gospodarza, w którą się wpatrzył z wyrazem niezmiernego podziwienia, stanął jak osłupiały. Ręka wyciągnięta z puszką drżała, na twarzy jego malowało się niedowierzanie, zdumienie, ciekawość, prawie przestrach.

Usta otworzył i poczętej prośby o datek dla szpitala nie umiał dokończyć.

Stary postrzegł to.

- Co się tak, braciszku, wpatrujesz we mnie? - rzekł trochę zmienionym głosem.

Braciszek, posłyszawszy mowę, jeszcze dziwaczniejszą twarz zrobił.

Stary począł się uśmiechać.

- Co we mnie znajdujesz tak dziwnego? - wyjąknął, rzucając dwuzłotówkę w skarbonę.

- Jaśnie wielmożny pan przebaczy mi - odezwał się pokornie Bonifrater. - Głupie oczy moje, nie wiedzieć, co im się przywidziało.

- Hm, cóż takiego? co? - zamruczał, trochę się zasępiając, stary - radbym wiedzieć.

- Bez urazy, niech pan daruje... osobliwe podobieństwo - mówił Bonifrater. - Ale bo nawet i w głosie.

- Do kogo? - szepnął markotno gospodarz.

- Wstyd wyznać - mówił, śmiejąc się, brat - do tego waryata, co go zowią Baranim kożuszkiem.

Gospodarz zaczął się śmiać na głos i wziął się aż w boki, ale mu się brwi ściągnęły i usta zdawały się gniewem kurczyć.

- A toś mi pochlebne znalazł podobieństwo do jakiegoś włóczęgi! - zawołał. - Barani kożuszek... cóż toto jest?

- At, fiksat, którego do ciupy zamknąć warto, a zimną go wodą oblewać - rzekł Bonifrater. - Ja z nim często u furty baraszkuję; ale to zajadła żmija, o! i nie głupi, jak wszyscy waryaci, w których głowie rozum niekiedy pobłyskuje. Nikomu nie daruje, szydzi, żga, wyśmiewa...

- Hm, hm! - rzekł stary. - A nic do rzeczy? bez sensu?

- No, nie można powiedzieć, aby od rzeczy plótł - odparł Bonifrater - tylko zły jest i kąsa, a to też fiksacya, bo go za to prędzej, czy później albo zamkną, albo wyświecą.

Gospodarz stał chwilę zamyślony.

- Możebyś się kieliszek wódki napił? - odezwał się, idąc do drugiego pokoju i przynosząc flaszkę z sobą. - A proszę was, o takiem jakiemś podobieństwie, któreście upatrzyli między mną...

Tu się począł śmiać. Bonifrater protestował, kieliszek biorąc do ręki.

- Ja przecież od lat wielu jestem mieszczaninem stołecznego j. k. mości miasta Warszawy i mam tu, jak widzicie, posesyę własną, a brata, ani swata w całem mieście nie znam.

Braciszek się uniewinniał.

- Pan mi daruje... at, stare oczy. Nawet pan słuszniejszego wzrostu i tylko te siwe włosy i broda...

- Aleś bo mnie nieosobliwie zaszczycił! - dodał, żegnając się już, stary.

Bonifrater, usta otarłszy po wódce, z nizkim ukłonem do drzwi już uchodził, a stary, flaszkę odniósłszy, zadumany powrócił do jadalnego pokoju.

Maciej stał w progu. Poszeptali coś z sobą pocichu. Stary zszedł ze schodów sam, skierował się do izby, w której wczoraj złożył swe maskaradowe przebranie i zamknął się w niej na czas jakiś. Maciej, wzdychając, stał we drzwiach na czatach i niekiedy spoglądał na ulicę, w której nic widać nie było, oprócz kilku furek drzewa, ciągnących od Woli po rozmieszonem wczorajszym deszczem błocie.

Nagle z lewego alkierza wyskoczył żebrak w baranim kożuszku, z rozczochranym włosem, z kijkiem w ręku, w ladajakich chodaczkach, odarty i brudny. Nie spojrzawszy na Macieja, wybiegł w ulicę i popędził popod domami a parkanami ku Saskiemu ogrodowi. Dopiero, dochodząc do niego, zwolnił trochę kroku, odetchnął i, podniósłszy głowę, szedł śmiało, szyderskie strojąc miny. O trzy kroki przed nim Bonifrater kwestarz, idący ulicą, zobaczył go, stanął znów osłupiały i miał wielką ochotę bliżej mu się przypatrywać, albo i pogonić za nim, gdy Barani kożuszek skorzystał z pierwszej bocznej uliczki i pierzchnął tak, że mu znikł z oczów.

 

Barani Kożuszek. Opowiadanie Historyczne z końca XVIII wieku.

Przedmowa

 

Dopóki żył Józef Ignacy Kraszewski, wydawcy nie byli nigdy w kłopocie. Na każde zawołanie wyrzucał z siebie ten stary "wilk literacki," jak z procy, powieść, nowellę, artykuł krytyczny, historyczny, estetyczny lub cobykolwiek od niego zażądano. Zawsze przy robocie, nadzwyczaj czynny i wrażliwy, odwalał niestrudzony oracz skibę po skibie na niwie piśmiennictwa ojczystego, mając jeszcze czas do prowadzenia rozległej korespondencyi.

Tak nadzwyczajna płodność nie mogła, oczywiście, tworzyć równo i rzeźbić starannie, wiedzą bowiem starsi pisarze z doświadczenia, iż choćby się rękopis sto razy odczytało, znajdzie się zawsze potrzeba jakiejś poprawki. Pośpiech w robocie szkodzi głównie stylowi i kompozycyi.

Lecz w olbrzymiej górze kart, zapisanych ręką Kraszewskiego, błyszczy tyle pereł artystycznych, iż można mu przebaczyć dzieło mniej udatne.

Mimo pośpiechu, pozostawił autor "Ulany" po sobie całą grządkę wonnych kwiatków, które nie zwiędną nigdy.

Oprócz płodności, zadziwia w Kraszewskim jego niezwykła różnostronność. Bo czego nie obejmowała ta głowa potężna? Powieściopisarz z talentu i upodobania był równocześnie rymotwórcą, publicystą, krytykiem, dramaturgiem, a nawet uczonym. Z cierpliwością średniowiecznego benedyktyna grzebał się w archeologii, wertował kroniki, przeglądał raptularze. Żadne pole wiedzy nie było mu zupełnie obce.

Do historyi czuł Kraszewski pociąg od samego początku swojej działalności autorskiej. Już w r. 1838 wydał pierwszy tom "Wilna od jego początków aż do roku 1750," w którym dowiódł niepospolitej erudycyi. Jako bogaty zbiór materyałów, nieznanych dawniejszym historykom grodu gedyminowego, wydobytych z pyłów archiwalnych, ma dzieło to duże znaczenie. Tom II "Wilna" wyszedł w roku 1840, trzeci w r. 1841, czwarty w r. 1842. Do dziejów Litwy wrócił Kraszewski jeszcze raz w roku 1847 ("Litwa, starożytne dzieje, ustawy, język, wiara, obyczaje, pieśni i t. d.").

Nic dziwnego, że miłośnik historyi sięgał do niej od czasu do czasu po tematy do swoich powieści. Już w roku 1846 napisał Kraszewski "Zygmuntowskie Czasy," a w r. 1852 "Kordeckiego." Były to jednak dopiero pierwsze próby jego późniejszych powieści historycznych w rozumieniu szerszem.

Właściwą działalność Kraszewskiego w tym kierunku należy datować od jego powieści, osnutej na tle dziejów rzymskich "Caprea i Roma" (1859 r.).

Jak wielu autorów dawniejszych i współczesnych różnych narodowości, zajmowała i lotny umysł Kraszewskiego epoka, w której potop nowych prawd zalewał, podmywał świat grecko rzymski. Rozpatrzywszy się dokładnie w materyale teoretycznym, pojechał Kraszewski do Włoch, "aby na miejscu poczynione studya dopełnić." Podróż ta wpłynęła bardzo dodatnio na wyobraźnię artysty, dojrzewającego pod chmurnem niebem strefy północnej. Powiały na niego wonie Italii, olśniły go błękity morza Śródziemnego, rozbudzając w nim zmysł piękna.

"Wśród najpiękniejszego morza na świecie - mówi Kraszewski, zachwycony urokiem krajobrazu włoskiego - jakby z roztopionych ulanego lazurów, pod najczystszem niebem południa, u brzegu, okrytego drzewy pomarańczowemi, na których świecą wiecznie złociste owoce, leży, jak olbrzymi sarkofag na grobowisku przeszłości, wyspa skalista. To Caprea - uroczy kątek ziemi oderwany od lądu rozmyślnie, aby swobodnej mógł dumać i sam być panem sobie."

Lecz z tym uroczym kątkiem ziemi łączy się pamięć cezara Tyberyusza, pierwszego tyrana Rzymu. Jego to głównie i jego wychowańca, Kaligulę, upodobał sobie Kraszewski w powieści p. t. "Caprea i Roma."

Do każdego rodzaju twórczości literackiej potrzeba wprawy. Tylko doświadczenie daje pewność ręki i miarę oka. Nawet bardzo utalentowani autorowie poruszają się zwykle z początku w nowym rodzaju z niezręcznością nowicyuszów.

"Caprea i Roma" nie zasługuje jeszcze na nazwę powieści historycznej. Jest to raczej szereg obrazów i obrazków, zestawionych obok siebie dość luźno, nie połączonych z sobą cementem jednolitej budowy.

Dopiero w "Rzymie za Nerona" (1864 r.) dowiódł Kraszewski, że nietylko wczuł się w ducha epoki, lecz umiał także wybraną chwilę dziejową doskonale oświetlić i artystycznie uwypuklić. W "Rzymie za Nerona" znikły wszystkie rozwlekłości i zbyteczne popisywanie się erudycyą, rażące w "Caprei." Zwięzła kompozycya, wielkie bogactwo obrazów, wyrazistość charakterystyki i jędrny styl pozwalają zaliczyć "Rzym za Nerona" nietylko do najlepszych utworów Kraszewskiego, lecz do najlepszych dzieł polskich wogóle. Jeszcze dziś, mimo trzydziestu kilku lat, które rozdzielają nas od "Rzymu za Nerona," czyta się tę powieść z prawdziwą przyjemnością i z wielkim pożytkiem.

Po "Caprei" i "Neronie" napisał Kraszewski kilka powieści, do których treść zaczerpnął z bogatej krynicy dziejów ojczystych ("Żeliga," "Sto djabłów" i t. d.). Zbyt wrażliwy, zbyt ulegający prądom i potrzebom danej chwili, nie był on nigdy systematycznym, nie pracował z pewnym z góry określonym planem. Chwytał tematy, które go pociągały, nie łącząc ich w całość przejrzystą. Dopiero, kiedy osiadł w Dreźnie na resztę życia, obmyślił w ciszy cichego miasta, w samotnej willi na Nordstrasse, pierwszy "cykl" powieści, dopełniających się nawzajem. Są to t. zw. powieści saskie.

Nasze "czasy saskie" znał Kraszewski już dawniej dość dobrze. We "Wspomnieniu o Franciszce Krasińskiej" (1856 r.) ilustrował życie królewiczównej wielkiem "mnóstwem" dokumentów, co byle dowodem, że się epoką tą dłużej zajmował; w "Starościnie Bełzkiej" (1857 roku) zobrazował stosunki, panujące na dworze saskim.

Przypatrzywszy się w Dreźnie bliżej i stolicy saskiej i sasom i licznym pamiątkom, przypominającym wspólne niegdyś losy Polski i Saksonii, napisał Kraszewski szereg powieści, tworzących jedną całość organiczną.

Pierwsze ogniwa tego łańcucha ("Bratanki," 1870 roku, "Herod Baba" 1872) nie zapowiadają jeszcze późniejszego znakomitego malarza epoki saskiej. Powodzenie Gaboriau'a i Posona du Terrail'a oddziaływało w owym czasie tak potężnie na ruchliwą umysłowość Kraszewskiego, że poświęcił malowidło historyczne dla ciekawej, "sensacyjnej" bajki.

Powieściopisarzem historycznym w stylu szerokim jest Kraszewski dopiero w "Hrabinie Cosel" (1873 r.), którą należy postawić obok "Rzymu za Nerona." W dziele tem ujarzmił bogaty materyał ze świadomością dojrzałego artysty i sumiennego historyka i zapanował nad techniką. Czas i ludzi malują w "Hrabinie Cosel" nie uwagi osobiste autora i cytaty z kronik, lecz obrazy żywe, plastyczne, zawsze charakterystyczne. Powieść płynie równo, swobodnie; jedna scena wysnuwa się z drugiej naturalnie, logicznie, bez pomocy sztucznych środków technicznych. "Brühl" (1874 r.) i "Z siedmioletniej wojny" (1875 r.) dopełniają "Hrabiny Cosel."

Kazimierz Jarochowski, znakomity znawca czasów saskich, wyraził się o tych powieściach: "Trzy te powieści, przetłómaczone na język niemiecki, mogłyby z zaszczytem figurować, jako prawdziwie piękne płody narodowej powieści dziejowej niemieckiej, robiąc niebezpieczną "konkurencyę Gustawowi Freytagowi." - Światło-cień między cyniczną i sceptyczną, ale matematycznie środki swe obliczającą i praktycznie do celu sterującą osobistością Fryderyka a owym optymizmem Augustowo-Brühlowym, który niebezpieczeństwa do ostatniej chwili widzieć nie chce i nieprzyjaciela lekceważy, jest mistrzowsko uchwycony; występujące na tle jego osobistości z uderzającą scharakteryzowane są prawdą. Równie prawdziwym jest obraz dawniejszej społeczności saskiej, jej stosunku i postawy do wojennej burzy."

Świadectwo historyka starczy za każdą inną pochwałę tła historycznego w tych głównych powieściach saskich Kraszewskiego.

Dalsze powieści saskie autora "Hrabiny Cosel" ("Skrypt Fleminga," "Pułkownikowa," "Sąsiedzi," "Wilczek i Wilczkowa," "Na bialskim zamku," "Starosta warszawski," "Grzechy hetmańskie" i "Pan na czterech chłopach," nie dorównywają ani pod względem treści, ani pod względem kompozycyi trzem poprzednim. Są to już tylko blade odbitki "Hrabiny Cosel," "Brühla" i "Wojny Siedmioletniej."

Pod koniec życia postanowił Kraszewski zobrazować całą naszą przeszłość w szeregu powieści. Rozpocząwszy to olbrzymie dzieło w r. 1866 "Starą Baśnią," prowadził je systematyczniej, niż to zwykle czynił, prawie do śmierci. Lecz zużyte siły pracą wyczerpanego starca nie podołały już wdzięcznemu zadaniu. "Stara Baśń" olśniła wprawdzie jeszcze wielbicielów Kraszewskiego świeżością obrazowania, dalsze jednak powieści tego cyklu słabły z każdym tomem, witane coraz chłodniej przez publiczność.

Nie podobało się głównie obniżanie charakterów postaci historycznych, dziwnie pesymistyczne oświetlenie psychologii narodowej. Kraszewski jakby pomijał rozmyślnie jasne chwile i bohaterskich mężów naszej przeszłości, a wybierał same cienie i rozczarowania.

"Barani Kożuszek," którego druk rozpoczynamy w tomie niniejszym, ukazuje się po raz pierwszy w formie książki. Ogłoszony w r. 1881 w "Tygodniku Ilustrowanym," czekał dotąd na wydawcę.

Teodor Jeske-Choiński.