Powieści Józefa Ignacego Kraszewskiego. Tom 9 - Józef Ignacy Kraszewski

Kup ebooka

26.00 zł
22.35 zł (17,91 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ II.

 

Staszuk przez sień przeprowadził milcząc gościa do drzwi przeciwnych tym, któremi się wchodziło do mieszkania pana Krzysztofa, otworzył je i znaleźli się w niewielkiej izbie, wpośród której stał stolik na dwie osoby nakryty, i dwa przy nim proste stołki. Z boku, na mniejszym stoliczku, były ułożone talerze i naczynia wcale niepoczesne, poszczerbione, ale stare.

Sługa snać wystąpić pragnął, gdyż gruby obrus był świeżuteńki i składy na nim od leżenia bardzo znaczne, prosta karafka bez korka zawierała wodę, mała szklanka, widelec i nóż żelazny, srebrna od zużycia zcieniała łyżka, solniczka szklanna, lichtarz mosiężny ze świecą, kawałek chleba razowego, polewane talerze wiejskie, całą stanowiły zastawę.

Przed jednem z dwóch nakryć w misce widać było jakąś polewkę i chochlę blaszaną szarą. Milcząc siadł pan Paweł podpierając się na ręku. Staszuk popatrzał nań.

- Mogę służyć krupniczkiem, czy kieliszkiem wódki przed nim? - odezwał się. - Wódka prosta, ale nie śmierdząca, bo wina u nas nie ma, a piwo kwaśne.

- Dawaj wódki! - krótko odezwał się Paweł i rękę wyciągnąwszy, nalany kieliszek wychylił szybko.

- A krupnik?

- Daj co masz - trochę niecierpliwie dołożył gość - nie jestem rozpieszczony.

Staszuk milcząco zaczął nalewać na talerz, postawił go przed panem Pawłem, i z rękami założonemi w tył stanął, oddaliwszy się ku drzwiom. Gość jadł chciwie, ale nie myśląc i widocznie jeszcze pod wrażeniem rozmowy, którą przebył. Stary sługa znikł po chwili powrócił z miską nakrytą, na której ukazała się po odsłonięciu słomka pieczona.

Widocznie rad był zawiązać rozmowę, bo spełniwszy swe obowiązki, poprawiał co chwila ciągle co wcale nie potrzebowało poprawy, krzątał się i chrząkał, usiłując na siebie zwrócić uwagę. Udało mu się to, gdyż Paweł z zamyślenia wyszedłszy, westchnął, popatrzał nań i zdawał wyzywać na słowo.

- Niech pan go nie jątrzy i gniewa - szepnął Staszuk - on to odchoruje; do czego się to przydało. Starego nie przerobicie, to daremnie, dajcie mu w pokoju tak żyć, jak dotąd.

- Nic się nie odmienił - rzekł jakby sam do siebie pan Paweł.

- Ani na włos, harda dusza w ubogiem ciele - mruczał sługa - dajcie mu pokój, my już tu dobijemy się do brzegu, do którego niedaleko. Co jego świat obchodzi! on żyje przeszłością, z książkami, w lesie, z drzewami, z psami, jemu nic więcej nie potrzeba.

- Aleby mógł żyć tam samo wygodniej i milej u umie w Pobogowszczyznie, albo w Złotowie.

Staszukowi oczy zabłysły i o mało talerza, który w ręku trzymał dla formy, nie puścił.

- A no w Pobogowszczyznie ten luter siedział, a w Złotowie przechrzta - zawołał.

- Tak to było, alem ja i Pobogowszczyznę i Złotów i wszystko odkupił.

Staszuk się przeżegnał, uśmiechnęły mu się usta, jakieś rozrzewnienie odmalowało się na jego twarzy pomarszczonej i smutnej, nie myśląc zbliżył się machinalnie do siedzącego, pochwycił go za rękę i pocałował staruszek.

- Mój panie, gdy umrę, każcie mnie tam pochować, jam się w Złotowie urodził! - zawołał.

- Przyjdźcie tam lepiej żyć - rzekł sucho Paweł - namów na to pana, dam wam dom i wszystko czego potrzebować może.

Staszuk głową potrząsł.

- Ani ja, ani pan, ani w świecie nikt go na to nie namówi - rzekł cicho - o tem nie ma co myśleć, na niczyjej łasce żyć, choćby na królewskiej nie zechce i nie będzie. Zrośliśmy się z tą pustką i z tym lasem.

- Z czegóż żyje? - zapytał Paweł.

Sługa ramionami ruszył, usta wykrzywił, po łysinie się pogładził.

- Co tam to nasze życie kosztuje? - począł powoli. - Jest nas tu czworo wszystkiego, jaśnie pan, ja, Katarzyna i chłopak wisus, co przy koniach, ot i wszystek dwór... To się z lasu cokolwiek co rok sprzeda albo kłód, albo drzew, albo tam jakiego materyału, to bywało trochę dziegciu się wypędziło, ot i tak się bieda klepała i klepie. Żebyśmy głodem marli, nie powiem, albo żebyśmy w rozkoszach opływali, także nie, pan, gdy pora po temu, całe dnie na polowaniu, nie bez tego, żeby co nie przyniósł na kuchnię. Skórki się sprzedało. Na złą godzinę resztki srebra co było jeździłem do miasteczka sprzedawać, ale już od dwóch lat jakoś się obchodzimy. To panie, żelazny człowiek, a złota dusza. On wszystko zniesie, będzie żył o kawałku razowego chleba i o wodzie, i nic mu, a o drugich się troszczy tylko. Jak mało, będzie zmyślał, że chory i jeść nie może, aby nam zostawić. Nigdy nie zamruczy, nie poskarży się nigdy.

Westchnął stary.

- Z kimżeście żyli?

- Z kim? - rozśmiał się smutnie stary - a no, pan najwięcej z psami i z książkami swemi i z sobą. Bywał u nas czasami Łowczy, to mu się kilka lat temu zmarło, jeździł czasem też kanonik, i ten już nieboszczyk. Teraz proboszcz rzadko się pokaże staruszek, a i temu zawsze pan przypomina: "o starych rzeczach mówić będziemy, o nowych nie mam ochoty." Proboszcz kilka godzin zabawi i wraca. Jeden ekspens cośmy mieli, to, że na święta i na niedziele do kaplicy kapucyna sprowadzał, ale to tam się zbyło drwami od klasztoru.

Pan Paweł słuchał z zajęciem.

- Jak sądzisz, nie da się namówić do mnie? żal mi go.

Staszuk głowę spuścił, oczy mu powieki przysłoniły, milczał długo, ręką nagle potem zamachnął.

- Chybaby Bóg cud uczynił - mruknął smutnie.

Prędko skończywszy niewytworne jedzenie, gość wstał.

- Mój drogi - odezwał się - daj ludziom, którzy na gościńcu stoją, po kieliszku wódki, gdy księżyc zejdzie pojadę. Chcę jednak jeszcze spróbować szczęścia.

Mówiąc to, wyszedł pan Paweł i skierował się znowu ku izbie, w której zostawił brata, ale tu go nie było. Drzwi od sypialni stały zamknięte. Począł chodzić głośno po sali, mając nadzieję, że tem wywoła Krzysztofa. Nie rychło jednakże ukazał się w progu z różańcem w ręku.

- Dziękuję za wieczerzę i pozwól się pożegnać - odezwał się pan Paweł. - Jakim jestem, Bóg niech sądzi, lecz ze złą myślą i sercem nie przyszedłem do ciebie, panie bracie, przyjęliście mnie, jak - psa... Nie gniewam się, słowo tylko jeszcze.

Krzysztof milczał długo.

- Co za słowo?

- Jest temu lat piętnaście, przed naszą ostateczną ruiną, nikomu to nie tajne, mieliście szczere przywiązanie do panny Wandy Romińskiej...

Usłyszawszy to imię, Krzysztof zbladł i wyprostował się.

- Odmawiam waćpanu prawa wchodzenia w moje uczucia i serce... dosyć...

- Panna Wanda musiała wyjść za hrabiego Eugeniusza... i dziś jest bezdzietną wdową...

Paweł uśmiechnął się patrząc na brata, który w tej chwili, zawołał śpiesznie po dwakroć: - Dobranoc, żegnam! dobranoc!

I drzwi od sypialni zatrzasnął. Paweł postał jeszcze i wolnym krokiem zwrócił się do przedpokoju.

W sypialni otworzyło się okno, wieczór był wiosenny, a raczej noc pół senna, pół ciemna, bo natura rozbudzona do życia spać długo nie ma czasu, część nieba jaśniała nadzieją jutrzenki, powietrze było przejęte wonią liści młodych, słowiki śpiewały, żaby wtórowały im wrzaskliwie; w dolinie i lasach cisza zaległa głęboka. Pan Krzysztof wsparł się na ręku i zadumał smutnie, ta pora odrodzenia oddziaływała na niego, czuł się odmłodzonym wspomnieniami.

Z całej rozmowy z bratem zostało mu i utkwiło w pamięci jedno słowo: Wanda była wdową... On, co zerwał na zawsze z życiem i nadziejami, gniewał się sam na siebie, że kusiciel mógł go wyrazem jednym wprawić w niedający się zwyciężyć niepokój ducha.

Długie lata pracował nad sobą, ażeby właśnie ukoić w sobie uczucia, uśpić wspomnienie, zatrzeć obrazy, które pierwsze lata życia zostawiły, przewalczył i przecierpiał wiele, nim doszedł do zwycięztwa, a teraz, teraz jedno słowo, myśl jedna zburzyła ten cały gmach rezygnacyi, budowany powoli, po cegiełce. Gniewał się na brata, ale daleko więcej na samego siebie, odkrywszy, że był tak słabym, tak ułomnym, jak niegdyś. Cały niemal wiek pracy ciężkiej stracony...

Z ironicznym uśmiechem na ustach Krzysztof zbliżył się ze świecą do zwierciadła, jakby sam sobie chciał przypomnieć, że był starym, że mu już marzycielem zostać nie było wolno. Wypełzła głowa, zmarszczki, pomarszczone czoło, zwiastuny starości... zgasłe oczy... pokrywały jak popiół niedogasłe żary.

W myśli, w sercu, echem nieustannem, niepokojącem, odzywało się jedno i jedno:

- Wanda żyje i jest wolną.

Duszno mu było w izbie sklepionej, choć okno jej otworzył, a w dolinie głuchy turkot zwiastował odjazd natręta; party jakąś potrzebą gwałtownego ruchu, powietrza, swobody, pan Krzysztof wybiegł do pierwszej izby naprzód. I tu mu było zaciasno. Stojący w pośrodku stołek przypominał bytność brata, odsunął go w kąt ruchem gwałtownym. Rozbita fajka na stole świadczyła o rozmowie natrętnej, zrzucił jej szczątki w kąt na ziemię. Zdawało mu się, że się w ten sposób uwolni od natrętnych przypomnień, związanych z bytnością brata. Ale i to nie pomogło nic.

Stukotem zwabiony Staszuk, który już był zrzucił kapotę, na pół rozebrany zjawił się przestraszony w progu. Spojrzeli na siebie, pan Krzysztof chwycił za czapkę i szybko wybiegł z pokojów. Pociemku przeszedł wschody, spuścił się z ganku w podwórze, na którem psy śpiące zbudziły się niespokojne. Podwórzec był mu za ciasny, znajdował powietrze dusznem. Szybkim krokiem przeszedł ciemną bramę i znalazł się na pochyłości wzgórza pod zamkiem.

Niebo okryte blademi gwiazdami miał nad głową, w krzewach piały ciągle słowiki... świat był młody... a jemu życie się kończyło na próżnem, śmiesznem pragnieniu bezsilnem.

- Ten człowiek przyniósł mi z sobą szaleństwo - odezwał się sam do siebie półgłosem - chciał mi zatruć pokój i pomścić się. Uczynił to umyślnie, oddalając się rzucił mi tę strzałę Parta, wiedząc, że mnie nią rani.

Ruszył ramionami, sam się litując nad sobą.

- Rozumu! rozumu! spokoju! Wanda, po latach ośmnastu, Wanda owdowiała. Wanda, która żyła z nienawistnym człowiekiem i była zmuszona przyjąć życie, jakie jej los narzucił, nie może być Wandzią moich lat młodych! Krzysztof umarł, ona nie żyje dawno, kropli krwi, która naówczas krążyła w żyłach naszych, nie ma już w nich dzisiaj. To głupie wspomnienie tego co nie istnieje. Uczucia się nie odradzają, zerwane pasma spoić się nie mogą nigdy; wiek gasi wszystko.

A jednak...

Załamał ręce idąc bez celu w las znajomą ścieżyną. Psy nienawykłe do nocnych wycieczek, z obowiązku towarzyszenia panu, powyciągawszy się, poszły za nim. Starszy siadł zaraz w bramie, niechciało mu się tej przechadzki, ziewał i był tego przekonania, że stary pan powrócić musi wkrótce. Młodszy pogonił za nim dalej trochę i siadł także burcząc bezmyślnie. I on był tego zdania, że fantazya pańska trwać nie może.

Tymczasem pan Krzysztof znikł im z oczu. Biegł jakby sam przed sobą uciekał.

Zszedłszy dopiero z góry w dolinę ciemną i chłodną, stanął.

- Ale to szaleństwo - zawołał - ludzie ze mnie i ja sam z siebie śmiać się będą... Cóż mnie ma obchodzić wspomnienie? nic! Ten niegodziwy człowiek zażartował ze mnie, jak z dziecięcia, odgadł we mnie stare dziecko. Powinienem był przyjąć to zimno, nie dać znaku życia! Zamknąłem drzwi gwałtownie, mógł się domyśleć wzruszenia, szydzić będzie, i sprawiedliwie. Jestem dzieckiem mimo ostatków siwego włosa... Precz mary, precz!! dosyć.

Chciał się zwrócić miarkując krok ku zamkowi. Stał właśnie w miejscu, gdzie niedawno z nieociosanego dębu krzyż kazał postawić i nieopodal od niego ławę. Rzucił się na nią, czując się złamanym.

Nic nie mogło uwolnić od wspomnień, które go rojem obsiadły. Przeszłość stanęła przed nim tak żywą, jakby nie była przeznaczoną umrzeć nigdy i być pogrzebioną. Ujrzał się w rodzicielskim, pańskim domu, naówczas jeszcze otwartym dla całego świata i ożywionym życiem, jakie za tamtych czasów panowało. Wychował się w świetnych nadziejach. Stary ojciec widział w nim przyszłą domu kolumnę. Pan Krzysztof gasił całą młodzież współczesną.

Rodzice Wandy mieszkali o granicę od Pobogowszczyzny: Dzieci bawiły się razem i zakochały się, gdy o miłości pojęcia mieć nie mogły. Było to uczucie, którego początków napróżno szukał Krzysztof w mrokach najpierwszych lat życia. Śliczna dzieweczka z jasnemi włosami na ramionach, figlarna, wesoła, z oczkami niebieskiemi, jakby we łzach pływającemi, miała zawsze uśmiech na ustach, a smutek w źrenicy. Ten dwoisty wyraz jej twarzy, gotowy do wesela, przeczuwającej boleść, tkwił mu w pamięci. Wiek nie zmienił rysów Wandzi, dziecię wyrosło na dzieweczkę, nie straciwszy ani uśmiechu, ani łzy z powieki. Wśród tych lat nikli, rozstawali się, gubili i znajdowali, zawsze z coraz żywszem uczuciem przywiązania do siebie. Dziećmi zaręczyli się z sobą, starsi zamilkli, nieśmieli mówić, wstydzili się, a kochali. Potem miłość wezbrała, urosła i wylała się przez usta, i Krzyś powiedział jej, że ją kochał, kocha, i że ją jedną wiekuiście kochać będzie...

Rodzice widzieli może i widzieć nie chcieli, młodsi śnili przyszłość, ale czekać musieli. Wśród tych marzeń, jak piorun padła katastrofa ruiny majątkowej Pobogów. Rodzice Wandzi, dla których Krzyś był niegdyś partyą dla córki pożądaną, przelękli się nagle ubóstwa. Wandzię płaczącą wywieziono z domu, Krzyś, na którego spadł ciężar cały ratowania resztek mienia, ledwie ją mógł pożegnać. Dała mu znać o wyjeździe, nie wolno mu było widzieć jej w rodziców domu. Wieczorem, przez zagrodę sadu, do której przyszła Wanda ze starą ochmistrzynią litościwą, podali sobie ręce płacząc i poprzysięgając wiarę. Jak teraz, śpiewały słowiki przysiędze, świeciły jej gwiazdy wieczorne, wonią wiosenną obwiało ją powietrze majowe. Dwie ręce drżące ścisnęły się raz jeszcze. Krzysztof powrócił na domowe zgliszcza, walczyć z Pawłem, który go nie rozumiał i wierzycielami, co z niego korzystać umieli.

Wanda została mu wierną. Rok i dwa upłynęły. Naglili ją rodzice, piękność ściągała ochoczych do ręki dziewczęcia: odmawiała wszystkim. Niepokój ogarnął matkę, Wanda wyznała jej spłakana, że przysięgi nie złamie. Po naradzie, ojciec panny, człowiek zręczny i wymowny, pojechał sam do Krzysia.

- Panie Krzysztofie - rzekł - pokochałeś waćpan córkę moją wówczas, gdyś miał co z nią podzielić. Ja jestem człowiek ubogi, jej trafiają się świetne partye, Wanda się składa tem, że ci przyrzekła wiarę. Wymagam od ciebie, abyś jej ze swym nie wiązał losem, abyś ją od przyrzeczeń uwolnił; żądam tego od ciebie, jako od człowieka uczciwego. Nie masz jej dziś nic dać do podziału oprócz ubóstwa i życia w troskach. Jeżeli ją kochasz istotnie, uczyń z siebie ofiarę.

Romiński był zręcznym i wymownym człowiekiem, wprawdzie cała jego przebiegłość nie uratowała go też od majątkowych kłopotów i ruiny, lecz wiedział z kim miał do czynienia, mówił do honoru i sumienia. Krzysztof napisał list do Wandy. List był warunkowy, malował jej położenie, jakie ją czekało, nie krył walki, której przyszłość nie dawała uniknąć, zostawił jej wybór i swobodę.

Użyli tego pisma państwo Romińscy bardzo zręcznie; Wanda płakała i rozpaczała, ale młode hrabiątko przez matkę prowadzone nie zrażało się łzami. Osobliwszą była miłość hrabiego Eugeniusza, który się kochał nie w Wandzie, ale w jej piękności; nie szło mu o serce, chciał zaspokoić namiętność tak samo jak dałby był miliony pięknej wieśniaczce z tym samym wdziękiem za zbliżenie się do niej, - tu dawał rękę swą i imię, wiedząc, że inaczej nie potrafi jej pozyskać. Hrabia Eugeniusz był bogaty, a ojciec jego, naówczas jeden z ministrów za księztwa, człowiekiem wielkiego znaczenia.

Matka i ojciec użyli wszelkich wpływów i środków, by zmusić córkę do zamążpójścia. Wanda poszła do ołtarza niewiedząc prawie jak się znalazła przed kapłanem, który udał może, iż posłyszał z ust jej przysięgę. Dała się pociągnąć, jak ofiara, ale ust nie skalała obietnicą uczucia, którego dać nie mogła. Hrabia Eugeniusz szczęśliwy pochwycił biedną i uwiózł. Podróżowali długo. Wanda wyjechała posągiem milczącym, wróciła zrezygnowaną, smutną, nieszczęśliwą niewiastą.

Tymczasem gorączka namiętna męża miała porę ostygnąć, nierozbudziwszy w żonie uczucia. Znajdując w niej łzawe posłuszeństwo i odstręczającą uroczystą powagę ofiary, hrabia zraził się, a miłość swą, jeśli ją tak się zwać godziło, rozproszył na coraz nowe twarzyczki. Płochy, szalał, Wanda była szczęśliwszą, bo zapomniał o niej i dozwalał jej w ciszy i rezygnacyi życie sobie stworzyć znośne. Nie zawadzała mu wcale, a skarżyć się nie mógł na nią.

Kilkanaście lat pożycia nie zbliżyły wcale małżonków do siebie, przeciwnie, stosunek ich stał się jakimś urzędowym, obrachowanym, dla obojga dogodnym, ale coraz oddalającym ich od siebie. Hrabina musiała wielu rzeczy nie widzieć, nie rozumieć wielu. Eugeniusz nigdy nie usłyszał od niej z serca płynącego słowa.

Byli z sobą zgodnie, grzecznie, przyjaźnie, nigdy poufale. Niekiedy widok piękności tej, której rozbudzić nie umiał, draźnił hrabiego, usiłował się przymilić, zbliżyć, lecz zwykle miało to ten skutek, iż Wanda się od niego bardziej oddalała. W ostatnich latach rozstali się zupełnie, gdy w jednej z tych chwil, Eugeniusz usłyszał od niej:

- Dwóch kobiet kochać nie można; hrabia masz Lolę... zostań przy niej, nie jestem zazdrosna, rywalką jej nie będę.

Lola należała do fraucymeru pani. Życie dosyć rozpasane, bujne, wesołe, zużyło wprędce hrabiego, dostał suchot. Żona odprowadziła go do Włoch, siedziała przy nim, pilnowała w chorobie, i zamknęła mu oczy. Biedny szaleniec, rozczulony i rozkochany w niej znowu, umierając przekazał jej wszystko i zyskał w końcu łzę, która padła na stygnące oblicze. Wanda pożałowała w nim zmarnowanego życia ludzkiego i sił bezmyślnie na rozrywki starganych. Serce rozbudziło się w nim, gdy śmierć przyśpieszała już bicie jego.

Ta część dziejów Wandy była dla pana Krzysztofa zakrytą. Dowiedział się późno, że wyszła za mąż i skamieniał od tej wiadomości. Przyczyniła się ona do wyrobienia w nim postanowienia usunięcia się od świata. Oddawszy bratu co pozostało z majątku rodziców, wymówił dla siebie kawał lasu, z ruiną zamku od dawna niemieszkalną. Sam, siedząc w szałasie, pracował z ludźmi z miasteczka, by z tych murów zrobić schronienie. Szczęściem, gdzieniegdzie trzymały się dachy, sklepienia nie poopadały, mury były mocne i z pustki uczynić potrafił mieszkalną pustelnię. Ludzie w początkach wierzyć nie chcieli, aby w niej mógł wytrzymać, dziwactwo to zdawało się im chwilowem, czekali rychło li uciecze z samotności, z niedostatku. Pan Krzysztof miał żelazny charakter i wolę niezłomną, powoli pracował nad sobą, aby z siebie nowego uczynić człowieka. Wyrobił w sobie pogardę świata, teoryę umyślną co by go usprawiedliwiała, pychę, coby go trzymać mogła. Przebywszy pierwsze ciężkie chwile, które praca mechaniczna skróciła, stwardniał tak starzejąc dziwakiem. Ludzie nawykli najprzód patrzeć nań, potem go wcale nie widzieli i zapomnieli o nim. Ciekawych odprawiał Staszuk zrazu, potem przychodzić przestali. Pan Krzysztof życie sobie ułożył i uczynił je znośnem.

Dzienników, ani książek nowych nie czytał wcale, o tem, co się na świecie działo wiedzieć nie chciał, zatrzymał się, jak zegar na tej życia godzinie, o której pękła sprężyna. Wskazywał ją zawsze, ją jedną. Z ruiny, uratowanych paręset tomów, które się gdzieś w domu walały, zaszły za nim na pustelnią.

Ze świetnych studyów w kraju i zagranicą, została mu umiejętność języków; czytał więc biblią, klassyków, dzieje, a czytał powoli i myślał nad niemi. Miał kilku ulubionych pisarzy, do których należał Horacy. W sypialni leżała odarta kronika Bielskiego i herbarz Paprockiego, w którym końcowych kart brakło. Na półkach były Sarnickiego Statuty, było wiele innych ksiąg starych. Niesieckiego umiał prawie na pamięć.

Z książkami spędzał część zimy, wiosnę i lato i jesienną porę w lesie. Las, który do zamku przyłączył, liczył około włók trzydziestu, przestrzeń była znaczna. Pan Krzysztof znał ją doskonale, pień niemal każdy był mu wiadomym. Nie przeszedł nigdy swych granic i jeśli zwierz mu o krok za nie wybieżał, nie poszedł za nim. Nie chciał mieć nietylko zatargów z sąsiadami, ale nawet stosunków i obowiązków dla nich. Wszyscy byliby mu chętnie pozwolili przechadzać się i polować w swych lasach, lecz nigdy z tej powolności nie korzystał.

Myśliwstwo z psem jednym było raczej przechadzką i dumaniem, niż łowami. Lecz nieustanne to krążenie po jednym lasu kawałku nauczyło go wszystkich legowisk, ścieżek, gniazd i tajemnic ostępów.

Gdy miał ochotę polować, szedł na pewno do swych kniei, jak do śpichlerza i przynosił, co mu się podobało. Grubszego zwierza znał pan Krzysztof legowiska, liczbę, przybytek i straty. Czynili mu szkodę zakradający się złodzieje, lecz gdy parę razy uczyniwszy zasadzkę, strzelby im połamał, poznawszy go, nikt się nie ważył polować na Pobogowszczyznie.

Na trzydziestu tych włókach było podostatkiem wszystkiego: łąk leśnych, błot, zapustów, gąszczy i przetrzebionych sosen i moczarów. Zarost był bardzo rozmaity, wartość drzewa różna. Niekiedy sprzedawał coś z tego pan Krzysztof, pilnując sam wyrębu i wywozu. Łąki się najmowały biednym ludziom, susz i powały dawał darmo, aby mu las oczyszczali, drzewo na opał szło do miasteczka zimą.

Do zabaw należało sianie i sadzenie na przetrzebionych gruntach, które się pod okiem pana prowadziło. Las ten stanowił rozrywkę, przywiązał do siebie pana Krzysztofa, las go ocalił od znękania taką samotnością bez przyszłości i nadziei. Na całej jego przestrzeni nie było żadnej osady, choć mu się tu stręczyli budnicy, ale się ich lękał, boby pustynia przestała być tem, co w niej kochał: ciszą i pustkowiem.

W rozmaitych miejscach postawione szałasy i budy służyły mu za schronienie, gdy chciał na noc w lesie dla cietrzewi lub rannych słomek pozostać. Przez moczary i jedną część Pobogowszczyzny biegła mała rzeczułka, zwana Czarnym Prudkiem. Wstrzymana w jednem miejscu, rozlewała się w rodzaj stawku, na którym mieszkały stada kaczek dzikich. Na skraju od granicy, kawał gruntu świeżo wydartego, ze ściśle określoną używalnością, dał na czynsz pan Krzysztof, ubogiemu szlachcicowi, polecając mu z tej strony straż swoich posiadłości.

Stało się to przed sześciu laty w sposób dosyć oryginalny. Jednego poranku, gdy pan Krzysztof wyszedłszy do dnia w las, okrążał granicę po nad którą przechodziła droga i kędy mu najwięcej i najłatwiej szkody robiono; postrzegł nędznie ubranego człowieka z siwiejącym zawiesistym wąsem, który na pieńku usiadłszy i sakwy przy sobie położywszy, zajmował się sznurowaniem nowej pary postołów. Uderzyła go twarz przechodnia, wychudła, ale spokojna i rysów szlachetnych. Typ jej dziwnie od łachmanów odbijał, piękny był, niepospolity, przypominał głowy starców na obrazach szkół włoskich.

Starość przedwczesną wypiętnowały na niej widocznie praca i cierpienie. Spojrzeli na siebie wzajemnie, podróżny pozdrowił go starym obyczajem, chwałą Chrystusową. Pan Krzysztof się zatrzymał.

- Dokąd-że to idziecie? - mój człowiecze?

- W świat - odparł zawiązujący postoły...

- Jakto w świat?

- Inaczej odpowiedzieć trudno - rzekł czystą polszczyzną zaczepiony - idę w istocie sam niewiedząc gdzie mnie oczy i losy zaniosą.

- Cóż to? nie macie kąta?

- Miałem go, ale wytrwać w nim trudno, trzeba innego szukać - rzekł podróżny:

Pan Krzysztof usiadł naprzeciw na drugim pieńku i słuchał.

- Jakże się zowiecie, zkąd idziecie?

- Nazywam się Tadeusz Wilczek - rzekł siedzący - szlachcic jestem, siedziałem na budkach w Skowronkach, ale tam wyżyć nie mogę. Dziedzic się obchodzi z czynszownikami jak z bydłem, a jam do tego nie nawykł.

- Macież dowody szlachectwa? - zapytał rozmiłowany w szlachecczyznie pan Krzysztof.

- A jakże, i heroldya mi je potwierdziła. Niedawno jeszcze w Podlasiu mieliśmy wioski, a teraz ani piędzi ziemi na grób - mówił Wilczek. - Zeszło się niezdolnemu do niczego na chłopa, ludzie się też jak z chłopem chcą obchodzić, ale ja tego znieść nie mogę. Długoby o tem gadać było, jak Wilczki do tego przyszły, że się z niemi gorzej, jak ze psy obchodzą.

Od tych słów poczęła się dłuższa rozmowa, szlachcic się Krzysztofowi podobał, bo miał niedogasłą w sobie butę szlachecką i wiele dziwactw wylęgłych z niedokończonej w szkołach nauki. Nasienie w chwast się przerodziło bujając, ale piękne przybierało czasem kształty. Szlachcic życia nie rozumiał dobrze, lecz je sobie po myśli jakiejś tworzył, co się ku górze wsparła. Był to samorodny filozof w siermiędze, który wiele odgadł, przedumał i wysmażył wśród trudu ciężkiego.

Pan Krzysztof dowiedział się od niego, że miał żonę i dziecię, ulitował się nad nim, i na myśl mu przyszło, osadzić go u siebie. Szlachcic szlachcicowi winien był podać rękę w imię starej solidarności całego rodu, który był jakby jedną niegdyś, choć niesforną, rodziną.

Poszli więc zaraz powstawszy obaj z pieńków, oglądać miejsce, które obrał już w myśli pan Krzysztof na przyszłą dla Wilczka sadybę. Polanka na granicy lasu bardzo się podobała wędrowcowi, umówiono warunki, stanęła zgoda i Wilczek poszedł do zamku, aby się obszerniej rozmówić.

Ci dwaj ludzie cale różnych stanów i wychowania, przypadli do siebie dziwnie, szlachcic się do pana Krzysztofa przywiązał całą siłą wdzięczności, on pokochał go, jak się kocha zwykle tych, którym się coś dobrego uczynić mogło. Bywało więc często, iż przychodził pod nową chatę pan, a Wilczek stawał mu do długiej rozmowy, którą się obaj tak prowadzić nauczyli, iż jeden drugiego nie raził.

Żona Wilczka była jedną z tych spokojnych niewiast, którym nędza nie wyjadła serca. I ona pokochała tego smutnego starca, przed którym drżała, ale który sam jeden na szerokim świecie jej męża potrafił ocenić. Oprócz ich dwojga w chacie był chłopak, sierotka jakiś, co się na dziecko własne wychował, i córka Wilczków Dosia, dziewczę szesnastoletnie. Tę, sam ojciec wychował i uczynił z niej, żywem słowem ją karmiąc, istotę osobliwszą, w której się pokora matki i ojcowska buta, i myśl żwawa i niespokojna łączyła. Dosia nie była wcale pięknością, ale wzrosła w pracy i młodością silną kwitła. Miło było spojrzeć na nią, tak wdzięczne kształty nadawało jej to życie w ruchu, na powietrzu, w ciągłem zajęciu i potrzebie myślenia o sobie, strzeżenia siebie. Siwe jej oczy patrzały roztropnie i ciekawie; twarzyczkę miała poważną, zamyśloną, uśmiech jakiś smutnawy: milczała chętniej, niż mówiła, lecz gdy była zmuszoną otworzyć usta, odzywała się zadziwiająco roztropnie. Ojciec z dziecka ją zarzucając pytaniami, do których rozwiązywania się przykładał, myśleć nauczył.

Cały dzień Dosia pomagała matce lub usiłowała ją wyręczyć, pozostały czas trawiła nad krośnami: Wilczek nauczył ją czytać i pisać, ale nadewszystko wpoił jej poszanowanie tego stanu, do którego należała. Czuła się... córką szlachecką. Dosyć dumnie też nosiła główkę i patrzała śmiało, a choć ludzką była dla wszystkich i uprzejmą, nie łatwo się do siebie zbliżyć dawała. Pan Krzysztof lubił się patrzeć na to rozwijające życie, na ten wdzięk młodości, który tak prędko więdnieje, na tę zagadkę kwiatu, co się ma stać uschłą łodygą i stracić niewysłowiony wdzięk dni wiosennych.

Dosia szanowała go jak ojca; przychodzącego zwykle całowała w rękę, i była dlań z respektem wielkim. Wszyscy zresztą w chacie kochali go niewymownie, mimo, że czasem ostry bywał, milczący i nieprzystępny.

Wilczek, wziąwszy na siebie obowiązki leśniczego, piastował je z gorliwością niemal przesadną. Cały dzień ze strzelbą na ramieniu pilnował granic, ścieżek, a najdalszy i najcichszy odgłos siekiery w lesie nieuszedł jego ucha. Obawiano się go naokół, nie lubiono, bo sumienny człowiek, choć ubogi, niczem w świecie skompromitować się nie dawał. Nosił się wysoko ze szlacheckiem sumieniem. Na niego pan Krzysztof mógł się spuścić zupełnie. Z kolei dozwolił mu utrzymywać bydło, które się szczęśliwie rozprowadziło; trochę owiec, trzody, konia; potem grzyby suszone, jagody i tym podobne leśne zbiory odstąpił na korzyść leśnika. Gospodarni ludzie umieli z tego grosz zrobić, działo się im bardzo dobrze.

Na korzyść pana postarał się Wilczek o pszczoły i pozakładał barcie, które się nadzwyczaj wiodły. Nieopodal znajdowały się pola, na których hreczkę siano, w lesie było lip dosyć, miały się więc gdzie pożywić pracowite bartniczki. W kilka lat rozprowadzone roje, w dziuplach i barciach doszły do poważnej liczby kilkudziesięciu. Dochód z nich wielce się przydał panu Krzysztofowi, któremu o grosz gotowy bardzo było trudno, część jednak jego odstępował Wilczkowi.

To spokojne życie, co tak jednostajnie mu tu płynęło, które się spodziewał dokonać w ciszy lasów, nagle zmąciło słowo jedno.

Pan Krzysztof siedział na ławie, płonęła mu głowa. Młodszy z psów jego, przywlókł się tu aż pod krzyż za nim, pysk mu na kolanach położył i drzemał.

Wczesny poranek wiosenny już nad lasami brzaskiem się zwiastował, gdy z dumań swych przebudzony, podniósł się wreszcie biedny samotnik. Wilgoć nocna i nieruchome siedzenie na ławie, bezsenność i odnowione bolesne wspomnienie, złamały go tak, iż powstawszy na nogi zadrżał i zachwiał się. Młodość poruszała sercem jeszcze, a wiek przypominał sił utratę.

Podniósł oczy, dziwnie mu się wydało to miejsce, do którego był nawykł od tak dawna. Niemal się zdziwił znalazłszy się na tej ławie pod krzyżem, gdy myślą był daleko ztąd, jakby wczoraj ścisnął dłoń Wandzi płaczącej.

- Precz mary, precz widma mogilne! - zawołał - po co wracacie? Oto dzień, światło, rzeczywistość, życie... noc uchodzi... niech was z sobą uniesie. Co umarło nie odżyje, młodości nie wskrzeszą łzy. Szukajmy pokoju, zapomnienia, ciszy. Lata jak kamienie przywaliły przeszłość. Dość łez... trzeba męztwa.

I krokiem szybkim poszedł ku zamkowi.

 

Tom I.

ROZDZIAŁ I.

 

Wiosna w lesie jest cudniejszą jeszcze, niż na polach i górach; wiosna w głębinie puszcz to dopiero wiosna z całym swoim nieopisanym wdziękiem, niewysłowionemi uroki. Tu to przebudzenie do życia, po śnie kilkomiesięcznym objawia się jak gdyby natura budziła się po raz pierwszy, jakby narodziny wiosny były urodzinami świata. Śpieszy się wszystko, co ma w sobie jaki kiełek i nasionko żywota, pije słońce, chłonie ciepło, pożera powietrze i obwija się sukienkami z purpury, zieleni, złota... Jedne rośliny ledwie otworzywszy liście, puszczają z nich kwiat śpiesząc korzystać z wiosny, jak ludzie, którym najpilniej używać; drugie gospodarują skrzętnie budując wprzódy posłanie na gody; inne walczą z przeciwnościami, omijają przeszkody i wzbijają się ku górze, ku górze... Ta uroczystość wiosenna, której gra muzyka tysiąca ptaków, namiętnie zajętych wzruszeniem jednorocznych gniazd swoich, pełna jest wrzawy, ruchu, świetności i tajemnic. Któż przewidzi i odgadnie dlaczego to, co żyło wczoraj, dziś obumiera, czemu tam gdzie nie było życia, rozwija się ono tak bujnie i jakby z niczego, ptak na dzióbku przyniósł nasionko, puszek rzuciły wiatry, ziarnko przyżeglowało z wodą, i sierotka sama wśród obcych spełnia swą życia powinność. Taką wiosną, bujną, a wesołą kwitł mały wśród zarośli leśnych pagórek zielony, na którym sterczała dziwna ruina. Opodal widać było bór z mięszanych drzew gęsty, które miały czas wyrosnąć, gdy budowa, co niegdyś pilnowała okolicy, zniknęła, a to, co ją otaczało, zajęły gąszcze i krzewy. Boki gór całe zajmował las piętrzący się słupami jodeł, buków, lip i sosen, z pomiędzy których gdzieniegdzie zwieszała się wychylona wdzięcznie biało odziana brzoza smętna.

Na łysym pagórku widać było reszty starego zamku, zapomnianego teraz wśród lasów. Była to budowa odwieczna z kamieni wzniesiona, do której ścian mało co cegły użyto. Część znaczna jej waliła się powoli, lub poobalana leżała ruiną na stoku wzgórza. Zajmowała ona niegdyś przestrzeń dosyć znaczną, którą powoli krzewy sobie przywłaszczyły. Najmocniej pobudowana brama wjazdowa stała jeszcze, nawet do czasu pokryta, ale pustemi świeciła oknami. Wrót w niej nie było, i przez to ciemne przejście przychodzień mógł dostrzedz dziedziniec wewnętrzny tak samo zarosły dziko i opuszczony, jak całe owe zamczysko. W głębi tylko część dawniej mieszkalna, z gankiem, z rzeźbionemi odrzwiami, utrzymała się cało. Widać w niej było okna zaszklone małemi szybkami. Trzymał się tu wysoki dach pogarbiony i z jednego komina jego niebieskawy dymek unoszący się wolno w powietrze, zwiastował tu bytność człowieka... Przed gankiem kamiennym, stary pies ogromny, chudy, leżał na trawie pół uśpiony. Ptastwo pod dachu okapami świergotało swobodnie, cisza panowała do koła.

Niekiedy psisko podnosiło głowę, przysłuchiwało się chwilę i kładło znowu na spoczynek.

Ostatnie promienie słońca malowniczo ozłacały górną część murów, gdy dolna była już w cieniu od lasów i gór rzuconym. W tej chwili na ścieżce prowadzącej do zamku, ukazał się wolnym krokiem idący mężczyzna, za którym drugi pies zupełnie podobny do leżącego w dziedzińcu, szedł dosyć żwawo i wesoło. Warto się było temu zjawisku przypatrzeć, dziwnie dobranemu do pustki, dla której zdawało się stworzonem.

Mężczyzna był lat więcej pięćdziesięciu, olbrzymiego niemal wzrostu, kościsty i silnie zbudowany. Trzymał się prosto i sztywnie, szedł z głową dumnie podniesioną, zamyślony, czasem machinalnie pokręcając siwego wąsa, który z obu stron twarzy wychodził twardo i groźnie. Zmęczony zdjął czapkę lekką i głowę widać było w całej wspaniałości jej, gdyż rzeczywiście wyglądała pańsko i majestatycznie. Typ to był rysów szlachetnych, piękny jeszcze mimo wieku i zmarszczenia. Czoło przeorały dwa grube nieschodzące już z niego fałdy, wiek je wraz z czaszką niemal całą z włosów obnażył, świeciła jak kość słoniowa, a po bokach tylko puszek biały ją otaczał. Nos rzymski, suchy i kształtny spuszczał się nieco na wargę wąsem przysłoniętą; część spodnia twarzy była proporcyonalną i równie harmonijną jak całość tego męzkiego oblicza. Oczy oprawne pięknie, wypukłe, pomimo otaczających je zmarszczków, patrzały jeszcze śmiało, jasno i bystro. Wiek nie mógł zniszczyć tej piękności, której resztki obudzić mogły jeszcze podziwienie. Na twarzy panował wyraz smutku i dumy.

Ruch i postawa zdradzały w nim człowieka, co nawykł był i czuł, że się urodził, aby rozkazywać. Patrzał z góry; coś, jakby ironiczny uśmiech czasem zadrgał mu na wargach. Szedł i stawał i patrzał, a potem szedł znowu. Posłuszny pies oglądał się na pana i nie śmiał pośpieszyć naprzód, kroki swe mierząc do jego chodu.

Ubiór miał na sobie bardzo prosty, buty długie myśliwskie po kolana, kurtkę z grubego sukna szaraczkową, maleńką torebkę z siatki na ramieniu, dubeltówkę na pasku. Stalowy łańcuszek od zegarka wymykał się z pod zapiętej sukni, a z kieszeni wyglądała chustka. Po wydęciu drugiej poznać było łatwo, iż miał w niej książkę. Przy torbie utroczone trzy słomki świadczyły, że powracał z polowania, które mu się poszczęściło. Zwolna wszedłszy na pagórek, ciągle stając po troszę, nie śpiesząc się ani oglądając, wsunął się tak w ciemną bramę, w której gdzieś sowa spłoszona skrzydłami w górze zatrzepotała, a pies w górę zadarł głowę. Stary wyżeł w dziedzińcu zbudził się, wstał i strzepnąwszy śpieszył naprzeciwko pana.

Młody chciał go przywitać na pół drogi, ale nie przyjmując jego grzeczności, podbiegł stary do przybywającego, naszczekując radośnie i przysunął mu się do ręki, która go pogładziła. Z drugiej strony zazdrosny towarzysz dopominał się także o dowód łaski, i oba skacząc i szczekając wprowadzili tak idącego w dziedziniec.

Szczekanie obudziło znać we wnętrzu kogoś, bo słychać było stuknięcie drzwiami i na ganku ukazał się człeczek maleńki, w długiej kapocie, mniej więcej tego wieku co przybyły, równie łysy, ale rysów twarzy pospolitych i smutnych, a znudzonych.

- Staszuk! - odezwał się idący - weź dubeltówkę i torbę... słomki oddasz Katarzynie.

To mówiąc stanął pan i zdjął z ramienia strzelbę. Pod murem była stara ława kamienna, wyciągnął ręce i usiadł na niej.

Przybliżył się Staszuk witany serdecznie przez psa, na co jakoś nie bardzo zdawał się zważać, był bowiem widocznie w złym humorze, przyjął strzelbę, torbę, popatrzał na słomki i pokiwał głową tylko.

Z uśmiechem wpatrzył się weń przybyły.

- Wstydziłbyś się stary piecuchu - odezwał się głosem wesołym, ale nieco szyderskim - wiosna tak śliczna, wieczór tak piękny, a ty w zadusze siedzisz i kwasisz się.

Staszuk ruszył ramionami.

- Cóż mam bąki zbijać? siatkę wiążę.

- Odetchnąłbyś powietrzem zbijając bąki.

Machnął ręką Staszuk i w milczeniu zabrał się do domu, ale odwrócił się w pół drogi.

- Upiec słomkę?

Na to nie otrzymał odpowiedzi, przybyły sparł się na ręku i zadumał. Oba psy siadły przed nim. Młodszy zaczepiał starego, który nie miał ochoty do zabawy, patrzał jakby stęskniony na pana.

Wieczór był w istocie dziwnie piękny, spokojny i wesoły. Świergotanie ptastwa układającego się do noclegów, śpiewy słowików na gniazdach, nawet krakanie choralne żab w błotku za zamkiem, woń świeżo rozpuszczonych brzóz i młodych pączków lasu, napełniały powietrze jakiemś życiem, które i w człowieku budziło do niego ochotę. Stary zdawał się tego doznawać, słuchał, dumał, używał. Nie chciało mu się wnijść do domu, aby nie wychodzić z tego zaczarowanego koła, którym go opasywała natura.

Po chwili, w ganku ukazał się Staszuk z rękami w kieszeniach, z pewnym rodzajem politowania spoglądający na pana. Wyraz jego twarzy przypominał niańkę przypatrującą się zabawiającemu dziecku. Ale stary nie widział go, ani nań zważał.

Staszuk znikł wkrótce. Słońce zachodziło i za lasami już tylko świeciło jaskrawo; zamek, wzgórze, cały krajobraz okryły cienie wieczorne. Ucichły śpiewy i świergotania, oprócz żab i słowika.

Stary wstał zwolna i krokiem niepewnym skierował się ku gankowi.

Schodki pokruszone i wytarte wiodły do drzwi ogromnych sieni, których połowa tylko była otwarta. Sień sklepiona obszerna też, ale pusta, za całą ozdobę miała niegdyś zawieszoną u sklepienia latarnię bez szkła, pyłem okrytą. Kamienne schody z niej wiodły na pierwsze piętro. Starość ich dowodziła prostota budowy i ciasne rozmiary. Przybyły wchodził niepotrzebując patrzeć, machinalnie, jak człowiek nawykły do codziennego ich przebywania. U góry przy drzwiach pół już otwartych stał już Staszuk, czatujący na wracającego. Nie powiedzieli jednak do siebie ni słowa.

W przedpokoju sklepionym, jak wszystkie izby zamkowe, było widocznie gospodarstwo Staszuka, który tu miał stoliczek u okna, a w drugim końcu za wypłowiałym parawanem papierem okrytym - sprzęt, który chciał ukryć przed oczyma ludzkiemi. Jak tu, tak wszędzie znać było opuszczenie smutne. Drzwi ledwie się przymykały, podłoga pogniła świeciła dziurami. Okna okrywał pył oddawna nietknięty.

Za tą izbą następowała druga obszerniejsza znacznie z oknami na dwie strony i kominem ogromnym. Tu stary sprzęt rozsypany po kątach ginął w wieczornych mrokach. Niedobrane te resztki z dawnych wieków, godziły się z sobą tem tylko, że wszystkie były zużyte i stare. U jednego z okien widać było stolik z kilku książkami i na ścianach wisiały wysoko ciemne portrety w ramach czarnych i niepomiernych. Na kominie zegar poważny nieodzywał się już oddawna. Około niego para naczyń otłuczonych zdawała się przeznaczoną na kwiaty. I w tym pokoju nie zatrzymał się przybyły, przeszedł go zamyślony i skierował się na prawo przez drzwiczki ciasne, do sypialni.

Staszuk szedł za nim zwolna, gładząc łysinę.

W sypialni stało łóżko ubogie i skromne, stół i szafa, trochę przyborów myśliwskich rozwieszonych było na ścianach. Jedną z nich zajmowała stara szafa gdańska popsuta i na nowej już, ledwie ociosanej, nodze oparta.

Stare krzesło z poręczami wysokiemi czekało jakby na swego pana, który siadł, a pies przybyły z nim zbliżył się i głowę mu położył na kolanach.

Staszuk stanął jak wryty w progu. Nie musiało to być zwyczajnem, gdyż po chwili podniósłszy nań oczy, pan spytał:

- Czegóż ty chcesz odemnie, Staszuk?

Zmilczał nieco sługa, pogładził się po głowie, chrząknął.

- Czego ja chcę - rzekł - to pan tego nie lubi; a no, jakiś list jest.

- List? gdzież? jaki? - z niecierpliwością począł pan.

Staszuk mrucząc zbliżył się do stolika, podniósł okrywające go sukno i dobył kopertę, którą położył przed panem.

W pokoju był mrok, wziął ją w rękę niechętnie myśliwy, spojrzał i położył nierozpieczętowaną.

- Któż to przywiózł? - zapytał.

- A, posłaniec... czeka na odpowiedź - począł schrypłym głosem stary sługa - tylko co pan wyszedł w las, gdy przybył. Nie było go czem nakarmić, tom go spać położył.

- Świecy - odparł żywo nieodpowiadając nic pan i rozerwał kopertę, usiłując list dobyty choć o mroku przeczytać.

Staszuk tymczasem śpieszył po świecę, którą przyniósł, gdy list już był raczej odgadnięty, niż przeczytany. Myśliwy nasz chodził po ciasnej sypialni, wyszedł z niej do pierwszej izby i mierzył ją szerokiemi krokami. Czoło namarszczyło mu się mocniej jeszcze.

Sługa z rękami w tył założonemi ustawił się w progu i czekał.

- Posłaniec się dopomina o odpowiedź - rzekł po przestanku.

- Powiedz mu niech idzie do djabła! - wybuchnął stary - odpowiedzi żadnej nie będzie.

Nie ruszył się Staszuk, gładząc tylko żywiej po łysinie.

Gdy w przechadzce swej zwrócił się ku niemu twarzą pan, spojrzeli na siebie.

- Czego stoisz?

- A cóż, mam mu powiedzieć, ażeby szedł do djabła? hę?

I pomilczawszy dodał:

- A pięknie to będzie? Widział, że pan powrócił? Hę? Cóż ludzie pomyślą? że pan odpowiedzieć nie chce bratu? Po cóż się to zdało, żeby cały świat bajki sobie z tego plótł. I to trzeba, żebym ja głupi mądrego pana uczył, żeby odpisał dwa słowa, a ludziom się na pośmiewisko nie dawał. Po cóż to? po co?

Rękami zamachnął i umilkł.

Pan nań popatrzał i nie mówiąc nic poszedł do stolika. Staszuk mu przyniósł świecę. Szybko nakreślił słów kilka z widoczną niechęcią, i oddał je milczący. Sługa wyniósł się natychmiast, lecz nie zszedłszy ze schodów, powrócił przestraszony.

Zobaczywszy go, myśliwy, który się znowu przechadzał, stanął.

- Co się stało?

- A no, niedoczekał się pono odpowiedzi, i jedzie - krzyknął zdyszany Staszuk.

Na te słowa drgnął i ruszył się żywo myśliwy.

- Nie ma mnie w domu! rozumiesz!

- Nie może być, nie może być - począł Staszuk - czyż ja... (tu schylił mu się do kolan), czyż ja was mam prosić o to, abyście brata przyjęli? panie?

Spojrzał mu w oczy. Wtem gwar się wszczął w dziedzińcu; psy nie nawykłe do obcych, szczekały. W bramie ukazało się dwie postacie, niepewne, czy dalej iść mają. Staszuk nie słuchając odpowiedzi wybiegł ku nim. Psom nakazał milczenie i z wielką powagą począł się zbliżać ku bramie.

Oczekujący nań tutaj byli... pan i sługa. Pierwszy z nich po podróżnemu ubrany, nieco młodszy od myśliwego, podobnych do niego rysów, ale mniejszego wzrostu i twarzy zmęczonej i zwiędłej, z dziwnym wyrazem przypatrywał się miejscu, w którem się znajdował. Służący w liberyi z odkrytą głową zdawał się równie zdziwionym, widząc pana dobijającego się do takiej ruiny.

Staszuk skłonił się nizko, ale z miną zafrasowaną.

- Wszakże pan Krzysztof jest? - zawołał z niecierpliwością przybywający - prowadź mnie do niego.

Sługa oczyma wskazał na liberyę, jakby dawał do zrozumienia, że przy niej nie miał ochoty mówić obszerniej.

- Jest pan, ale trochę słaby - rzekł.

- Przecież mnie przyjąć może! - odezwał się postępując parę kroków naprzód przybyły. Odwrócił się do służącego i dodał:

- Wróć do powozu i tam czekaj. Tu nie ma dokąd zajechać.

Posłuszna liberya znikła w ciemnościach bramy, a stary sługa twarz zmienił, widocznie stał się swobodniejszym.

- Niech-no pan nie zapomina - szepnął - że z nim trzeba wiedzieć, jak gadać.

Przestroga ta przeszła jakby niesłyszana. Żywym krokiem śpieszył ku gankowi podróżny, ale do sieni wszedłszy, jakkolwiek nie miał ochoty do rozmowy, musiał go spytać o dalszą drogę.

- Na schody proszę - rzekł sucho Staszuk.

Zawahał się nieco z jakimś wstrętem przybyły, ale poszedł śpiesznym krokiem. Widać było, że się na odwagę zbierać musiał, i że mocno wzruszony dopełniał niechętnie, co mu się zdawało koniecznem. W progu izby, po której się przechadzał pan Krzysztof, stanął podróżny. Spojrzeli na siebie zdala, żaden z nich nie ważył się na słowo.

- Przybywam do ciebie - rzekł w końcu złamanym głosem od progu podróżny - przybywam jako brat podać ci rękę. Spodziewam się, że jej, ani mnie, nie odepchniesz.

Nastąpiło milczenie.

- Ani odepchnę, ani uścisnę - począł głosem podniesionym gospodarz - nie zapomniałem, że waćpan jesteś mi bratem, że ta pustka jest moim domem, w którym żadnemu gościowi nie odmawiam przyjęcia, ale i o tem nie zapomniałem też, iż nasze drogi od dawna się rozeszły, że jesteśmy braćmi z imienia, ale nie życiem, nie obyczajem, że ja jestem głową rodziny, i żem w waćpanu nie znalazł należnego mi posłuszeństwa.

Stojący w progu uśmiechnął się.

- Rozmówmy się raz po ludzku - rzekł postępując krok i oglądając się po izbie oświeconej brzaskiem wieczora z jednej strony, a blaskiem świeczki z drugiej.

- Słucham - wtrącił gospodarz poważnie.

- Zdaje mi się, że jestem w wieku, który uwalnia mnie od kurateli braterskiej, obaśmy pełnoletni.

- Tak, ale głowa rodziny jest nią dopóki żyje, z prawa i zwyczaju szlacheckiego należy się jej poszanowanie i posłuszeństwo, lub rodziny nie będzie - mówił Krzysztof.

- Poszanowanie, zgoda - rzekł przybyły - ale posłuszeństwo, nie. Na dowód, że się do obowiązków rodzinę łączących poczuwam, przybyłem tutaj.

- Po co? - przerwał gospodarz - aby mi spokój zamącić? Spodziewam się - dodał ironicznie - że nawrócić mnie nadziei waćpan nie masz, ani się uniewinnić nie spodziewasz. Obrałeś sobie drogę, jaką chciałeś, idziesz nią, nikt ci się nie sprzeciwia! Z Panem Bogiem! a mnie zostawcie gdzie jestem i jak jestem.

- Godziło się przecież choć spróbować - począł przybyły.

- Czego? - ofuknął prawie gniewnie brwi marszcząc gospodarz.

Rozmowa rozpoczęta z pewnem z obu stron pomiarkowaniem, przybierała niemal z każdem słowem ton coraz gwałtowniejszy. Bracia mieli jeden charakter. Starszy, pan Krzysztof, inaczej go tylko w sobie wyrobił, w gniewie jego nawet było coś poważnego i szlachetnego; u drugiego miał on pospolitszą daleko cechę i gminniejsze formy.

- Czego? - powtórzył gospodarz - czego próbować?

- Wyciągnąć was z tej pustki i wyleczyć z tego dziwactwa - odezwał się drugi.

Śmiech ironiczny, wymuszony, przerwał mu mowę; pan Krzysztof zdawał się wyrastać, tak się rozprostował i dumnie podniósł głowę.

- Waćpan, panie Pawle! leczyć mnie! waćpan mnie dawać nauki! a! to mi się podoba! - krzyknął, rękami biorąc się w boki.

- Dlaczegóż nie; młodsi starszych uczyć muszą, gdy starsi dziwaczą.

- Waćpan to zowiesz dziwactwem?

- A jakże to mam inaczej nazwać? jak? - począł Paweł - proszę pana brata nie gniewać się zawcześnie, a wysłuchać mnie raz cierpliwie.

Nie prosząc siadać brata, Krzysztof z pewnym rodzajem rezygnacyi rzucił się na krzesło przy stoliku, ręce sparł na nim i słuchać począł z ironicznym uśmiechem.

Paweł tak nieulękniony i niezrażony tem przyjęciem niegościnnem, postąpił kroków kilka naprzód, krzesło sobie przysunął, siadł na niem, obie ręce sparł na kolanach i pochyliwszy się ku bratu, mówił z pewnego rodzaju gorączką i pośpiechem.

- Z dawnych splendorów i wielkości naszej rodziny nie zostało nam nic, oprócz imienia i długów...

- Długi co do grosza spłaciłem! - zawołał dumnie Krzysztof.

- Tak, i nie zostało nam właśnie dlatego nic, żeś waćpan płacił i to, czego nie należało płacić lichwiarzom.

- To jest waćpana zdanie, coś z szlachcica przerobił się na... plebejusza i robigrosza - krzyknął Krzysztof - dla was pieniądz wszystkiem, dla mnie honor. Szlachcie płaciłem za rodziców do grosza, aby łajdaki znały cośmy za ludzie i czuły różnicę, jaka jest, była i będzie między nami. O cześć niepokalaną imienia mi szło, dlatego ostatnią zdjąłem koszulę, straciłem wszystko, ale mi nikt nie powie, że na mnie szeląg stracił. Jeśli w tem była lichwa i podłość, co od nas wyciągano, tem gorzej dla tych, co nas ograbili; myśmy czyści.

- Tak, i goli - rzekł szydersko Paweł.

- Tak - przerwał Krzysztof - i wy gołemi być nie umieliście, dlategoście woleli się zaszargać.

- Wolałem pracować - odparł Paweł - i dorobiłem się pracą, a waćpan wolałeś próżnować i mrzesz z głodu w tej pustce.

Krzysztof słysząc to ruszył ramionami.

- Któż to waćpanu powiedział, że ja mrę z głodu, i kto go prosił, abyś mnie ratował? Ja ani rady, ani ratunku nie potrzebuję. Żyję tu szczęśliwy, swobodny, zachowawszy godność moją, gdy waćpan coś świniami, bydłem, łojem i słoniną handlował, masz miliony, o które ja nie dbam, i na które... pluję.

Oczy czarne pana Pawła błysnęły gniewem, podskoczył na krześle.

- Tak! tak! nie kryję się z tem: handlowałem świniami, bydłem, słoniną, jeździłem na wózku sam sobie furmaniąc, spałem nieraz w chlewie, ocierałem się o najbrudniejszych ludzi, skąpiłem sobie i od gęby odrywałem, dlaczego? aby być niezależnym, aby rozkazywać i tych co mną gardzili widzieć czapkujących mi.

Pan Krzysztof prychnął szydersko, nie odpowiadając nic, zdjął z nad stolika zawieszoną nad nim fajeczkę krótką, nałożył ją brzydkim tytoniem i palić zaczął spokojnie. Paweł na chwilę zamilkł, gospodarz powagę swa odzyskał, gniew go odszedł; był spokojny.

- Wolałeś więc waćpan być, z pozwoleniem, świniopasem, niż szlachcicem... na zdrowie! ja wolałem być godnym moich przodków i zamknąć się w tej ciszy lasów; nie ma między nami nic wspólnego; niewidzieliśmy się kilkanaście lat, cóż to znowu za fantazya waćpanu przyszła ścigać mnie tutaj?

- Litość! - zawołał Paweł.

- Co? litość? nademną? - oburzony porwał się Krzysztof stukając pięścią o stół - i ty mi to śmiesz mówić! Litość, nademną! Ale ja - ja jestem cobym się mógł nad tobą litować, coś starą tarczę Pobogów zwalał w błocie, coś się ożenił z...

- Ani słowa przeciw mojej żonie!

- Mieszczanka jest, kupcówna jakaś; ożeniłeś się dla grosza, tak, jak pracowałeś dla grosza, tak jak wszystko święciłeś dla grosza... Dla niego stałeś się żydem, faktorem, handlarzem. Nie znam cię za brata.

- No? nie jest-że to szał z obłąkaniem? - odparł ręce na piersiach zakładając i wpatrując się w brata, Paweł.

- Pytam się ciebie jeszcze raz, czego chcesz odemnie? - rzekł Krzysztof.

- Chcę cię ztąd wyciągnąć! słuchaj, żal mi cię - począł Paweł - tak jest. Nie obrażę się z ust twoich najniemilszemi wyrazy. Miarkuj się sam. Przyczyniż to blasku tarczy twéj, że się na cały świat gniewasz; zakopałeś się na puszczy, nic nie robisz i za życia dobrowolnem samobójstwem ze społeczeństwa się wyłączasz.

- Tak! - wybuchnął Krzysztof - bo wasze społeczeństwo zgniłe, obłąkane, zatrute, nie jest mnie godnem, bo ja w niem ani z niem wyżyćbym nie mógł; bo między mną a niem, tak jak między mną a tobą, nie ma i nie może być stosunku żadnego.

To mówiąc, podniósł się jakby natchniony, rzucając fajkę o stół. Rozbiła się na nim w kawałki.

- Ty to zowiesz społeczeństwem - krzyknął - to gromada bydła, to stado zwierząt, co idzie na paszę razem i od wilka się broni wspólnie, ale się bije rogami, gdy niebezpieczeństwo przechodzi. Z tej kupy, którą wiąże interes, zwietrzało, uciekło co było szlachetniejszem i lepszem. Zaparliście się wszystkich tradycyj przeszłości i okłamaliście je potwarzą; mówicie o postępie, a idziecie wstecz do bydląt!! Przyznam się, że wolę głodem mrzeć, niż iść z wami razem jeść trawę. Mylę się - dodał - wy jecie jak Lukullus, mieszkacie jak sybaryci, używacie życia i nadużywacie, w tem wasz jedyny cel, to wasza jedyna dążność. Dajcież mi umrzeć anachoretą umiejącym pogardzać tą strawą, tym zbytkiem, temi rozkoszami i położyć się w grób sercem bijącem ku wielkim czynom i wielkim rzeczom, wiernym mej krwi, rodowi, imieniowi i idei.

Paweł się rozśmiał.

- Choć drukować! dalipan - zawołał - ślicznie deklamujesz; ale to są słowa puste. My bydło... niech tak będzie, a ty jesteś trup; wolę być żywem bydlęciem, niż umarłym człowiekiem.

- Na zdrowie! - odparł siadając Krzysztof, podparł się na ręku i patrzał w okno - kończ waćpan - dodał - słucham.

Na to wezwanie Paweł nie odpowiedział, wstał z krzesła zadumany i począł się po izbie przechadzać.

- Nie ma sposobu z tobą mówić, ani się zrozumieć - dokończył po przestanku. - Sądziłem, że lata zmieniły twój sposób widzenia rzeczy i ostudziły cię trochę. Znajduję cię takim, z pozwoleniem, szaleńcem, jak gdyśmy się rozstawali. Ubolewam, płaczę, rozpaczam, abym mógł nawrócić...

- Toś sobie był powinien z góry powiedzieć - spokojniej wtrącił Krzysztof - waćpan się mogłeś mienić i zmieniać wedle potrzeby i stosownie do ludzi, z którymi żyć chciałeś; ja mogłem pozostać sobą, bom żył z pustynią, lasem, Bogiem, sumieniem, ciszą i smutkiem moim. Budziłem się z tą samą myślą, z którą się kładłem, wierny jej i prosząc Boga, abym się jej nie sprzeniewierzył. Powiedz-że mi, dlaczego ja nie szedłem ciebie nawracać, a dlaczego ty przychodzisz z tem do mnie?

- O! to ci łatwo wytłómaczę - zawołał Paweł - bo mimo wzgardy, odepchnięcia, milczenia, czułem się bratem twoim, bo mi w sercu miłość i pamięć została, a tyś był dumnym trupem bez przywiązania do nikogo i wyparłeś się mnie dla tego, że inną poszedłem drogą.

Krzysztof spojrzał nań z niewysłowionym wyrazem ironii, gniewu i ciekawości.

- Wyrzecz-że się tej słabostki - rzekł cicho - wam ludziom praktycznym i rozumnym miłość nie przystoi; my to trupy kochamy tylko, wy handlarze powinniście nic oprócz grosza nie kochać.

Paweł ruszył ramionami; zdawał się rozpaczać już o dalszej rozmowie, chwycił za kapelusz, ale go położył natychmiast.

- Nie - rzekł spokojniej - my z sobą mówić ani się rozumieć nie możemy. To rzecz daremna; więc pozwól, jako brat starszy i głowa domu, abym ci się po kilkunastu leciech wyspowiadał z tego, com zrobił, jakie jest położenie moje. Wiem o tem, żeś się tak dobrowolnie odciął od świata, iż nie pozwalasz sobie nikomu powiedzieć nic o tem, co się na nim dzieje. Jestem pewny, że o mnie, o mojej rodzinie, oprócz tego com ci gwałtem narzucił do wiadomości, nic wiedzieć nie możesz.

- Nie ciekawym! nie chcę! Co mnie obchodzą dzieci nowego świata, do którego ja nie należę. Idźcie swą drogą, a mnie moją zostawcie.

- Gwałtu ci nikt nie zada - odparł Paweł siadając znowu - ale nie zgrzeszysz słuchając.

Krzysztof zamilczał.

- Wiesz, jakeśmy się rozstali - mówił Paweł - ty sobie zostawiłeś tę pustkę z kawałkiem lasu, ja małą sumkę, jaka po opłaceniu długów uratowaną została. Powtarzam ci, gdyby nie twoja dobroduszność i duma, mnie i tobie byłoby po wiosce zostało. Lichwiarze ograbili nas.

- O tem proszę zamilczeć - wtrącił Krzysztof.

- Milczę - mówił Paweł - zgoda. Tyś się zakopał w życiu konteplacyjnem, ja poszedłem świniami handlować. Moją żonę poznałem w małem miasteczku, była córką handlarza jak ja; podobała mi się, ożeniłem.

- Z posagiem - rzekł Krzysztof.

- Posag nie przeszkodził, ale mniej po niej wziąłem, niż sądzisz i nie żeniłem się z nią dla samego posagu, ale żeby pracować we dwoje.

- Ślicznie! wybornie - rozśmiał się Krzysztof - wnuk wojewody, syn kasztelana, człowiek, w którego rodzinie są buławy i laski, wziął prostą dziewczynę, pierwszą z brzega!! Z wodza stałeś się ciurem. Chciałem cię oddać do wojska.

- Wiesz, żem do niego powołania nie miał - mówił Paweł cierpliwie - na męczennika też, jak ty, nie czułem się stworzony. Praca mi się poszczęściła, dorobiłem się znacznego majątku, przyjeżdżam ci oznajmić, żem odkupił Pobogowszczyznę, Zebrzany, Złotowo i Wolę...

Spojrzał nań; Krzysztof się podniósł bledniejąc. Pawłowi uśmiech przebiegł po ustach.

- Tak jest, na świniach dorobiłem się praojcowskiej siedziby; odkupiłem, co ofiarność ich i nieopatrzność strwoniła. Czy i to masz mi za złe?

- Winszuję waćpanu - zimno z ukłonem ceremonialnym, rzekł Krzysztof, są ceny, za które najdroższy skarb za drogi. Bardzo winszuję, trzeba będzie stu lat, aby waćpanu zapomniano, w jaki sposób do tego majątku przyszedłeś!

- W jaki? pracą! - wybuchnął Paweł - pracą.

- A! waćpan to nazywasz pracą! - śmiał się gospodarz. - Handel nie jest pracą, jest umalowanem oszukaństwem i lichwą.

- Co za pojęcia!

- Dosyć tego - wtrącił Krzysztof - wam się zdaje przesądem i ciemnotą, że nam prawo broniło mierzyć łokciem i kwartą. To było święte prawo, to było prawo moralne, rycerzowi i człowiekowi poświęcenia, zdobywać grosz w ten sposób nie godziło się, z olbrzyma stawał się karłem, z pana sługą, z czystego brudnym, myśmy rzucali pieniądze dla ciżby, ale się po nie nie schylali, myśmy się umieli obejść bez grosza, bez łoża, bez sukni; chodzić w łachmanach królewskich i być panami w łachmanach. Dla nas wielkość nie zawisła ani w złocie, ani w dostatku; wy tego narzędzia potrzebujecie do podniesienia się, bo o swej sile dźwignąć się nie możecie.

- Deklamacye - rzekł obojętnie Paweł - deklamacye, mam syna dwunastoletniego i córkę dziesięcioletnią.

- I wychowujesz oboje na ludzi praktycznych - syknął Krzysztof - to naturalne, syn niech kiszkami baraniemi handluje, a córkę uczcie, aby w sklepiku zasiadła i umiała doń ściągać ludek Boży. Macie miliony, ale to mało, trzeba więcej, zawsze więcej, więcej coraz, gromadźcie, kapitalizujcie, drzyjcie skóry z biednych ludzi, śmiejcie się z głupich.

Przerwał nagle i zbliżywszy się do stołu, wysunął szufladę, Paweł sądząc, że z niej coś dobędzie, czekał, lecz omylił się; dostał z niej pan Krzysztof nową fajkę, którą sobie nakładać począł, i siadł, aby ją zapalić.

W ciągu tej rozmowy, wieczór nadszedł ciemny, noc prawie, mrok zaległ sklepioną izbę, oświeconą jedną świeczką łojową. Paweł ochłonąwszy i hamując się miał dalszą rozpocząć rozmowę, gdy w progu zjawił się Staszuk.

- Dano do stołu! - odezwał się gładząc wedle zwyczaju głowę - dano do stołu!

Krzysztof spojrzał zdziwiony razem i nieco gniewny.

- Nie śmiem pana brata prosić na moją wieczerzę, bardzo skromna.

- Ja świniami handlując - rzekł Paweł - do wszystkiego przywykłem.

- A więc, proszę ze Staszukiem na wieczerzę, bo ja dziś nic jeść nie będę, najadłem się już dosyć. - Wskazał ręką na drzwi! - Proszę! bardzo proszę. Nie jestem głodny.

- Nie chcesz usiąść nawet ze mną?

- Wcale nie, lecz jeść nie mogę, a zostać sam z sobą pragnę. Staszuk zaprowadzi do stołu.

Zawahał się pan Paweł, lecz namyśliwszy, wyszedł z pokoju.