Herod-baba. Opowiadanie dziadka
Spojrzawszy po dzisiejszym świecie jak on sobie szary, mdły, jednostajny i wystygły wygląda - a porównawszy do owego bujnego żywota dni przeszłych, tak pstrego, kraśnego, zawiesistego i wrażliwego - nam starym aż się chce westchnąć, że te ludziska skarłowacieli tak i zamarzli. Miły Boże! co się to działo, co się to działo za onych czasów, o których nam dziadowie rozpowiadali! Nie powiem, żeby tam wszystko było lepiej, ani utrzymuję, żeby dziś miało gorzej być - ale dalipan - było inaczej! o! inaczej! Człek żył i czuł, że żył, bo się i sparzył nieraz, i kresę po łbie oberwał, i zawrzało w nim i zakipiało, i rozsierdził się - ale kiedy potem ściskał a całował, to aż kości trzeszczały. Mężczyzni i kobiety byliśmy wszyscy jakoś mężniejsi w życiu i gorętsi. "Smakował nam światek,"- jak mówi o Reju Trzecieski. Pościliśmy o chlebie i wodzie, ale pili konwiami; rąbało się na śmierć, a kochało do zdechu. Wszystko to dziś blade, mizerne, kaszlące, chorowite, ani kocha, ani nienawidzi - ledwie dysze i tylko co żyje...
Tego z was nikt nie pamięta, ani może o tem słyszał, co się jeszcze za Augusta II trafiło panu Zygmuntowi Piętce; a ja wam to opowiem, żebyście mieli jaką taką próbkę życia, które się wówczas plotło prawie wszędzie, i poznali jaki to był wigor u nas nietylko w mężczyznach ale i w niewiastach. - Ale muszę zacząć ab ovo, i powiedzieć najprzód o rodzinie i gnieździe.
Wiadomo, że dom Piętków Oczkowiczów pochodził z Drohickiego - ale, jak to szlachta uboższa, bo nawet i średnich fortun ludzie nigdy długo miejsca nie zagrzeli, a młodzież się rozłaziła po kraju szczęścia szukając, i potem żeniła, osiadała i krzewiła po różnych ziemiach - tak i owi Piętkowie, którzy się pieczętowali Ślepowronem, gdy się rozrodzili, mało ich gdzie nie było. Herb zatrzymawszy jeden, bo w ostatnich czasach już, jak dawniej klejnotów nie przerabiano - pisali się Piętkowie rozmaicie od wsi i folwarków, które posiadali; - Piętka Zygmunt o którym mówić mam, rodził się ze Strumiłówny herbu Dąbrowa, ojciec jego a podobno dziad osiadł w Krakowskiem, nabywszy tam wioskę zamieszkał i był pono łowczym, bo syna łowczycem nazywano, dopóki starostwa małego nie dostawszy i tytułu z niem nie nabył.
Otóż to wiedzieć należy, iż rodem kury czubate - o czem się każdy co żył przekonać może. Czy się to dzieje krwi dziedzictwem, czy przykładem a obyczajem domowym - pewna, że nie daleko pada jabłko od jabłoni i sowa nie urodzi sokoła. Gadajcie sobie co chcecie, jaki ojciec taki syn, rzadko inaczej. Powiecie mi, że rozrzutnym się skąpcy rodzą, a sknery mają synów marnotrawnych - prawda to, ale jedna umysłu i temperamentu krewkość zbytnia stwarza i onych sknerów i rozrzutników! - Były familie ciemięgów i rody zuchwałe... u innych krew wrząca szła z ojca na syna.
Piętków Ślepowronów cały ród znany był że jeden w drugiego rosły u nich szalone pałki. Jak są konie, co dopiero w siódmym roku składają, tak owi Piętkowie dopiero pod czwarty krzyżyk zaczynali się moderować i stawać ludźmi poważnymi. I potem byli z nich tacy zacni i uczciwi obywatele i do tańca i do różańca, że lepszych nie znaleźć - ale za młodu... nie było łańcucha, na którymbyś ich utrzymał. Opowiadano o ich wybrykach dziwy: - jeden zbiegł na Sicz i tam kilka lat kozaczył; drugi o kilku talarach z domu uszedłszy, całą Europę przewędrował i z dobrze nabitym trzosem do domu powrócił; inny na pal wbity w Konstantynopolu mizernie życie skończył. Gdzie ich nie było! i po klasztorach i po obozach, a najwięcej gdzie się bito, pito i cholewy smalono bo do tego nie było nad nich przedniejszych. Rzekłbyś, że ich dom to piekło za młodu, że doma usiedzieć nie mogli jednego dnia; hej! zabrakło konia i siodła w stajni, a panicza w domu, ojciec się tylko podrapał po łysinie, wiedział on co to miało znaczyć - furknął ptaszek, a jak furknął, wabić go i łapać i nawoływać darmo było - musiał chłopak się swobodnie wyszumieć - powracali do domu różnie, jedni obcięci i nadzy jak marnotrawni synowie, drudzy w sajetach i rzędach złocistych - bo szczęście różnie służyło: rzadko który bez kresy przez łeb.
Który ojciec rozum miał, dawał syna zawczasu do obozu, tam już owa wielka fantazya najłacniej się mogła wyszumieć i wykipieć... Najgorzej wyszedł kto ją chciał hamować, bo często garnek rozsadziła. Opowiadano o Hilarym Piętce, co miał dobra Szeligi w Drohickiem, że syna był dał do nowicyatu do księży Jezuitów i chciał go księdzem mieć... aż ten mu później wrócił do domu, ale żonaty z Węgierką.
Ojciec pana Zygmunta i sam pono za młodu nie był lepszy; szczęściem że trochę wojskowo służył, to się pod zbroją wyłupał i krwi mu trochę puszczono... potem ożenił się z ową Strumiłówną, gospodarzyć zaczął zawzięcie, a resztę ognia na łowach puszczał, bo był istotnie łowczym de nomine et re, zawołanym, szczególniej na wilki, na niedźwiedzie, na dziki i gdzie się czasem oszczepu chwycić trzeba było, passyę do tego wielką miał. Człek zresztą stateczny, w przyjaźni stały, miłosierny, a jak się rozczulił, do rany go było przyłożyć - gdy mu się Zygmuś urodził, że niezmiernie dzieci lubił, to go więcej może sam na rękach nosił niżeli piastunka, a potem go bawił, kijki mu strugał, dziwów z nim dokazywał.
Raz go, gdy chłopak jeszcze bardzo mały był, zastali jak do snu go kołysał, a no trudno odgadnąć w czem. Na ścianie wisiała zbroja ciężka żelazna, co ją na piersiach husarze nosili. Zygmusia w nią włożywszy, że była wypukła kołysał w niej i uśpił; miano to za omen, iż z niego żołnierz będzie, ale się to niesprawdziło. Że jedynakiem był dzieciak, ukochanym ojcu i matce, a łowczy podejrzewał iż to tak się rozbuja pewnie jak zwykli Piętkowie, za wczasu dumali i przemyślali jakby go od szwanku salwować. Wszelkiemi środkami i sposoby starali się złagodzić naturę porywczą, żywą, gorącą i uśmierzyć ją a dać mu obyczaje ciche i zamiłowanie żywota spokojnego.
A no już za młodu zaczęło się okazywać, że ten ogień wypalić się musi - Zygmuś dobry był, ale wisus nad lata, nie było dnia gdy się na nogi podniósł, żeby figla nie spłatał i guza nie oberwał, jeszcze mu jeden nie odtęchł, gdy już na drugiego biegł. Trzeba go było pilnować, chodzić za nim, a i tak zawsze się wyrwał. Ojciec bakałarza wziął do domu, który nogi stracił biegając za chłopakiem i do roku nie dotrwał. Drugi zachrypł od krzyku; posłali go do szkół i pod rygor księży, a co się tam działo, naopowiadać się nie mogli. Szkody ojciec płacił co kwartał znaczne, suknie sprawiał, karano pono i bito, ale z tem jak bez tego; jutro się toż samo powtarzało.
Mówili znajomi i przyjaciele: - Przecieżci go we zbroi kołysał, to go do wojska daj. - A no - ojcu się nie chciało jakoś myślał, że się piwo wreszcie wyburzy.
Młodości wreszcie opisywać nie będę. - Łowczy był cięty niebezpiecznie od dzika, i chorzał, obawiał się żeby jedynak, któremu się już naówczas wąs był puścił, nie szalał zbyt długo, i po naradzie z jejmością postanowili go ożenić. A było to także nie łatwe zadanie jaką mu dać żonę, bo lada pokorne stworzenie nie dałoby sobie rady z Zygmusiem, i trzeba mu było dobrać taką hic mulier, coby jegomości narzuciła dobre wędzidło i na wodzach trzymać umiała; samą zaś siłą nigdyby go nie mogła pokonać; należało więc szukać i urodliwej i mądrej niewiasty, co by tego wisusa okiełznała.
Wciąż i ojciec i matka nic nie mówiąc Zygmusiowi, bo by się on ożenić wedle przykazania nigdy nie chciał, po cichu przepatrywali, przepytywali, rozglądali się. Już im o majątek nie szło, ani o świetną kolligacyę, byle co poczciwego, gładkiego i silnego, żeby się mogło postawić Zygmusiowi, a w kaszy mu się zjeść nie dało.
W sąsiedztwie mieszkał szlachcic Okoń Pieńkowski, nie ubogi, nie bogaty, zamożny, pracowity, a obdarzony pięciorgiem dorodnych córek. Dwie już z nich były zamężne, i błogosławieństwo wniosły do domów, trzy zostawały na wydaniu. Matka je wychowywała sama, a była kobieta co się zowie rozumna i wielkiej woli; z niej pani łowczyna wymiarkować mogła czem córki były, bo prawie zawsze matka je tworzy na obraz i podobieństwo swoje. Podobał im się dom i ludzie i panny, szczególniej najstarsza Elżusia i łowczemu i łowczynie. Dziewczyna była jak łania, wzrostu słusznego, zbudowana krzepko, rumiana, oczki wesołe, śmiała i raźna, piękna na podziw, bo ze wszystkich sióstr krasą się odznaczała; ani blondynka jasna, ani zbyt ciemna brunetka, włosy miała kasztanowate, pozłociste, a warkocze gdyby u królowej. Przytem rączka i nóżka maluśkie, drobne, zgrabne: słowem, że najwybredniejszy człek nie znalazł w niej do przyganienia nic, chyba to, że była śmiała jak mężczyzna i gusta miała trochę nie kobiece. Gdyby jej byli konia pozwolili, pewnieby sobie rady z nim dała; z muszkietu i pistoletów strzelała dla zabawy i takiej wprawy nabrała, że aż podziwiano celność jej strzałów; nieraz pono ojcu się do wilka na polowanie wprosiła nawet, o czem w domu mówić nie było wolno. Mimo takiego temperamentu kochali ją wszyscy, bo dobra była jak anioł i do poświęcenia chętna, a dla chorych i dla ubogich ostatnią sukienczynęby oddała; ale za to o pokrzywdzeniu czyjemś, o złych sprawach, o nikczemności ludzkiej przy niej mówić nie było można, tak to ją oburzało... Matka, która u książąt Lubomirskich wychowała się z wojewodziankami razem i była jak powiadają i do stroju i do łoju - córki nauczyła potrosze i języków i muzyki i głowy im pootwierała, mieli też potem do nich panią bonę wdowę po oficerze, który był z Leszczyńskim powędrował do Lotaryngii i tam zmarł, kobietę zacną i dworskiego wykształcenia - ta dopełniła co matka poczęła.
Oboje rodzice Zygmusia często bywając u Okóniów, nie mogli się Elżuni napatrzyć - bodaj że przy kieliszku stary łowczy z cześnikiem coś o dzieciach pogadali, ale tego nikt nie dosłyszał. Zygmusia trzeba było do panny tak prowadzić, żeby się nie domyślał, że mu ją dać chciano, boby od niej uciekł pewnie.
Nie wiem spełna jak do tego doszli, że do Okóniów pojechał i Elżusię zobaczył, a no z razu mu się nie podobała. Rodzice byli markotni. W zapusty zaprosili do siebie sąsiadów, Zygmusiowi powierzywszy gospodarstwo i przyjęcie, bo do tego był jedyny. Przyjechały i dwie zamężne i trzy jeszcze w domu będące Okóniówny. Elżunia między niemi perłą się wydawała, a nietylko siostry, ale wszystkie inne kobiety gasiła urodą i postacią. Zygmuntowi dopiero się oczy otworzyły, a bodaj i serce. Zabawy nadzwyczaj były wesołe, młodzież sobie dobrze podpiła. Zygmuś Elżuni ani patrzał, ona mu też kwaśnej miny nie robiła, bo chłopiec był urodziwy, wesół, wygadany, zręczny, a taniec prowadził i wszystkich na podziw zagrzewać umiał, tak że rej miał wszędzie. Już pono pod koniec onych szalonych zapust, w tańcu snadź, gdy nie bardzo na nich uważano, panu Zygmuntowi buziak malinowy Elżuni zasmakował; korzystając z jakiegoś obrotu, schylił się chcąc ją pocałować i piorunem w ucho dostał.
Gdybym państwu powiedział, że to był zadatek przyszłej miłości obojga, możebyście nie uwierzyli; lecz w istocie tak było że Zygmuś się w niej od tej chwili szalenie zakochał, a ona też na niego lepszem okiem patrzeć zaczęła, bo miał też rozum, że się nietylko nie pogniewał, ale ją jeszcze z kieliszkiem w ręku na klęczkach przepraszał.
Ostatni dzień zapust u Okóniów spędzono i już tam uważano, że się do siebie mieli, z czego łowczy niesłychanie się cieszył, udając, że tego nie widzi i wcale się nie domyśla.
Czasu postu pod różnemi pozorami wyrywał się do Okóniów, gdzie go jako syna dobrych sąsiadów przyjmowano grzecznie, a nu dosyć chłodno. Elżunia też choć była dlań przyjazną, szczególnych względów nie okazywała. Łowczy na cztery nogi kuty, rzucał umyślnie półsłówkami, iżby nie rad syna młodo żenił. A tu w Zygmuncie się paliło, z każdym dniem owa miłość rosła, niepohamowaną się stając. Zwierzył się matce najprzód. A ta mu przyrzekła, że ojca będzie się starała nakłonić, aby przeciwnym nie był. Jako kobieta rozumna, znając dziecko, nie wydawała się też z tem wcale, iż sobie życzyła Elżuni na synową. Tem rozumnem postępowaniem doprowadzili do tego Zygmusia, iż to czego rodzice pragnęli, uczynił z własnej woli, za najszczęśliwszego się mając, iż mu dano pozwolenie i błogosławieństwo.
W taki sposób się tedy pobrali. Łowczy Panu Bogu dziękował iż syna postanowiwszy i gospodarstwo mu zdawszy, a sobie tylko mały leśny folwarczek zostawił, o jego przyszłości spokojnie zasypiać może. A no jeszcze się był snadź nie wyszumiał dosyć. Z razu wielka miłość była między młodem małżeństwem, tak że o mało Elżuni nie zjadł. Szalał za nią, w domu siedział, gospodarstwa pilnował i mało co nawet wyjeżdżał, chyba do rodziców, albo do Okóniów. Elżunia korzystając z tego przywiązania mężowskiego, zaraz w ręce wzięła domowe sprawy i gospodarstwo i rząd i klucze, ale tak nieznacznie, iż to sobie Zygmunt raczej za łaskę uważał, niż za krzywdę.
In tractu pierwszych lat pożycia, najprzód łowczyna zmarła, a jak to u nas nader się często między szczęśliwemi małżeństwami trafiało, mąż do niej dziwnie przywiązany, wkrótce zasłabł, zatęsknił się i poszedł za nią.
Zygmuś też z wielkim żalem po rodzicach, bo serce miał dobre i kochał ich gorąco, sprawiwszy pogrzeb, począł na całym majątku gospodarzyć, a w onym wielkim smutku swoim potrosze się rozrywać. Już to złem było, iż mu żona i dom nie starczyły rozrywką, bo do sąsiadów się wyrywał, do Krakowa jeździł i tygodniami tam siadywał z wesołymi towarzyszami, wreszcie bez potrzeby do Warszawy się wybrał, aby dwór zobaczyć. Król August II właśnie tam naówczas przebywał, a z nim i koło niego kręciło się młodzieży i wojskowych, kobiet pięknych, cudzoziemców, różnych awanturników płci obojej podostatkiem. Czasy to były opłakane, bo w kraju nieład, a zamieszanie panowało, a w stolicy i u dworu, rozpusta błyszcząca, piękna, strojna i uśmiechnięta.
Młodemu łatwo się było popsuć patrząc na to, a wpadłszy w wir, człowiek się już mimowolnie kręcił. Za pierwszą bytnością Zygmunta w Warszawie, porobił on zaraz znajomości u dworu. Stryja miał na nieszczęście, który z chudego pachołka wydrapał się łaskami saskiemi na urząd dworski i synowca też za sobą do dworu wciągnął. Zygmusiowi nic nie brakło, by się mógł podobać: twarz, postawa, siła, dowcip, humor, przystawały dziwnie do tego kółka. Szalano okrutnie, ucztowano, bawiono się; nie mógł człowiek tchnąć na chwilę, gdy wpadł między tych dworzan, którzy w najsmutniejszych nawet dniach, gdy się wszystko waliło i wywracało, o maszkarach i balach myśleli. Pierwszy raz do Warszawy zawitawszy, powrócił na wieś do Elżusi jak pijany. Nie mógł się jej naopowiadać o tem co widział, dokazywał, czego był aktorem i świadkiem. Jej się nie bardzo podobało, ale zmilczała. Zygmuś czuły jeszcze był, spodziewała się, że mu to z głowy wywietrzeje i do dawnego trybu życia powróci.
Aliści prawda to wielka, że są takie zatrute nektary, których gdy się człowiek raz napił, już bez nich żyć nie może. Zygmuntowi usta paliło, wzdychał na wsi siedząc do tego życia, którego popróbował, tylko się już z tem nie odzywał wcale, bo żona groźnie nań patrzała i gdy raz nad śpiewaczką Francuzicą, która za królem była do Warszawy przyjechała, unosił się przed nią, opisując jak u niej wieczerzę jedli i co była za niewiasta cudna, Elżunia nogą tupnąwszy, tak go skonfudowała, iż usta zaraz stulił.
Milczenie to jednak kryło w sobie niebezpieczniejsze jeszcze rojenia, jakby się to tam nazad na dwór dostać i szaleć z szalonymi. Osmutniał, chodził ponury, wzdychał, na wsi mu wszystko nie w smak szło, z sąsiadami zaczęli pić na zabój. W domu Elżunia gościnną być umiała i nie broniła, żeby się podochocili w wesołem towarzystwie; ale ekscesów takich, co i życiu i zdrowiu groziły i na pośmiewisko u służby ludzi poważnych podawały, nie dopuszczała. Przenosili się więc gdy chcieli pić do kawalerskich domów, albo do miasteczka.
Nie obawiała się nałogu dla niego żona, bo Piętka pił w sposób osobliwszy jakby wodę chlipał - do głowy mu nie bardzo szło, a gdy był sam, wina nie potrzebował i nie tknął, upodobania w niem nie miał. Nie zważała więc na te wybryki, będąc pewną, że mu się one uprzykrzą; wolała je niż owe do Warszawy wycieczki, które mu głowę zawracały. Aż tu nieopowiedziawszy się raz Zygmunt, dmuchnął jej, pod pozorem jakimś znowu, dowiedziawszy się, że dwór zjechał. Nie było go dwa tygodnie, i pokorniuteńki powrócił. Jak go tam Elżunia tym razem przyjęła, nie wiadomo; snadź wszakże głowę mu zmyła dobrze, bo się kilka dni na siebie boczyli, poczem, jak niepyszny pan Piętka przeprosił, uczyniono zgodę i był pokój i życie jak przed tem między małżeństwem przykładne.
Okazuje się jednak, iż Piętka tej dworskiej zarazy tak był pochwycił, że się jej pozbyć nie mógł. Nudził się na wsi i ziewał. Próbował łowów, zjeżdżali sąsiedzi, sprowadzano skrzypki, a no te wiejskie uciechy nie w smak mu szły.
Nie było tu tego przepychu, tej świetności za oczy porywającej, tego języka wytwornego, tych niespodzianek wspaniałych, tego szumu i hałasu i zbytków jak na dworze. Zygmunt sobie to lekceważył porównywając, a przytem ta przeklęta tancerka, która się nim była chwilowo dla jego pięknej postaci zajęła... w serce mu czy też w głowę obałamuconą wpadła.
Była to Francuzka, zręczna jak one są wszystkie, która jakiś czas zwróciła nawet oko słoneczne Króla Jegomości na siebie. I nie nazbyt młoda, i nie bardzo piękna, ale śmiała, wesoła i umiejąca się narzucić, bałamuciła tam wielu we Francyi, w Brukselli, w Dreznie, a nakoniec w Warszawie... złapała tego nieszczęśliwego Piętkę, który ją skaczącą ujrzawszy, gdy potem szczebioczącą przy wieczerzy usłyszał, zupełnie dla niej głowę stracił. Zręczna niewiasta, choć się jej podobał, umiała go zdala trzymać.
Król August II poznał ją był wypadkiem, gdy w polityce nie mając co czynić, a pańską zaspakajając fantazyę, puścił się był incognito na wyprawę do Flandryi, pod nazwiskiem hrabiego de Torgau, z księciem Eugeniuszem Sabaudzkim i księciem Marlboroughiem, nie długo jednak tam pozostał, widząc, że się oblężenie Lille przeciąga, i na Bruksellę do Saksonii powracał, gdy na operze będąc zobaczył sam tą skoczkę zowiącą się Duparc.
Mówiono, iż tak mu się ona podobała naówczas, że po spędzonym wieczorze z nią, w towarzystwie hr. Vitzthum'a, Bunditza i innych panów, nie wydając się kto był, obiecał jej umieszczenie przy teatrze w Dreźnie, czego potem dotrzymał, gdy tam przybyła i wspaniale ją przyjąć rozkazał. Nie długo jednak trwały owe łaski królewskie i Duparc pozostała przy teatrze, który czasu bytności pańskiej, do Warszawy bywał przewożony. Miała przyjaciół na dworze i dowcipem a wesołością bardzo się podobać umiała dopóty, póki się kto niedopatrzył, iż w komedyantce tej wszystko było dobrze odegraną komedyą.
Taka to "ballerina" ladajaka, którą już w całej Europie nieraz znano z lekkomyślnego życia i polowania na worki - prostodusznego a zapalczywego Piętkę w sidła swe ułowić potrafiła. Ani jej on był w głowie, słyszała tylko, że szlachcic był bogaty, widziała, że mu głowę zawróciła, korzystała więc z tego grając przed nim poważną osobę, jaką nigdy nie była. Dobrana ku temu ciotka stara, niby dozorczyni surowa, dopomagała niegodziwej istocie do uwodzenia Zygmusia. Przyjaciele byliby go ostrzedz mogli i powiedzieć z kim miał do czynienia... ale ci więcej byli jej niż jego przyjaciółmi i do spisku należeli, śmiejąc się jak należało z oszalałego chłopca.
Dosyć że Piętka po raz wtóry nie znalazłszy już w Warszawie panny Duparc języka tylko dostał, iż do Drezna wróciła. Kazała mu pono nawet powiedzieć, iż tam na niego oczekiwać będzie. Walczył z sobą Piętka dosyć długo, ale mu już oczy blachmanem zaszły, że nie widział stokroć piękniejszej i powabniejszej żony, a ta Duparc mu się śniła a śniła.
Do Drezna tak z lada trzosikiem pojechać o te czasy, i to jeszcze goniąc za kobietą na złoto łakomą, a do wszelakiego zbytkowania przywykłą, nie było co i myśleć; w domu choć zapas się znajdował, od żony go żądać nie mógł i z pewnościąby mu odmówiła: szarpnął więc cichaczem do Krakowa i tam u lichwiarzy, którzy majątek brali na cyrografy zbójeckie, pieniędzy nabrał. Żona o niczem nie wiedziała; po humorze mężowskim miarkowała, iż się coś święci złego, że knuje może - nie posądzała go jednak o otwarty bunt, zdradę i żonatego człowieka o takie bałamuctwo bezwstydne. Na myśl jej nawet przyjść nie mogło, żeby jej tak szkaradnie drapnął.. w chwili gdy się układał właśnie jako najpowolniejszy małżonek i dawną czułość okazywać się zdawał.
U Okónia, ojca jejmości, bawił z dawien dawna brat jego, który był cały swój majątek nie wiedzieć jak utracił. Nieżonaty i już niemłody niegdyś wojskowo sługiwał, potem dzierżawami chodził, ogrody i wylewy wód go niszczyły, a resztę, z desperacyi głowę straciwszy... puścił już sam niepamiętając jak.
Imię mu było Eligi. Gdy o jednej już szkapie i wózku został, a nie wiedział gdzie się podziać, starszy brat go przyjął, przytulił i jak zasiadł tu już się nawykłszy nie ruszył. Był on tu, może lepszym niż niegdy na własnem, ekonomem, włodarzem, pełnomocnym i czego jeno było potrzeba. Stryj ten i do dzieci Okóniów bardzo się był przywiązał, szczególniej zaś Elżusię lubił, potem gdy zamąż wyszła, czasami u Piętki przesiadywał. Gdy postrach przyszedł na biedną kobietę, że jej się mąż rozpuszcza i bałamuci, stryj przyszedł w pomoc i na Zygmusia naglądał. Człek był powolny nadto i nie zdążał szaleńca wyśledzić, więc choć za nim jeździł, nie wytropił wcale.
Tak stały rzeczy, a pan Eligi po długiej bytności wyjechał był właśnie do braterstwa, gdy jednego dnia pod pozorem podróży w sąsiedztwo Zygmuś summaryjnie żonę pożegnawszy wyruszył z domu. Miał niby to na noc powrócić, przyszedł jednak wieczór - jegomości ani słychu. Bywało tak nieraz, że się ochoczo zabawiwszy w sąsiedztwie, zamiast wieczorem, nazajutrz dopiero przybywał; zatem żona się tem nie miała powodu niepokoić. Nazajutrz około południa, chodząc od okna do okna, wyglądała niewiernego małżonka, który do wieczora nie wrócił. Jeszcze w tem nie było nic tak nadzwyczajnego; trzeciego jednak dnia wysłała jejmość konnego, aby się dowiedział czy u sąsiada nie zachorował. Ale tam gdzie miał być nie widziano go wcale, a posłaniec tyle tylko chwycił języka, iż na gościńcu ku stolicy wiodącym pierwszego dnia pana Zygmunta widziano.
Elżunia jak była żywego temperamentu i nie nawidząca fałszu - uniosła się już wielkim gniewem, iż przed nią śmiał ukryć podróż swoją, co nic dobrego nie wróżyło. Nie przewidywała jednak jeszcze, jak dalece był winnym. Dopiero w tydzień jadący z Warszawy książe wojewoda, spotkawszy się z Eligim Okóniem, powiedział mu w żartach: "Nie doczekacie się rychło Zygmunta Piętki, przybył do Warszawy za Francuzicą w nadziei, iż tu ją znajdzie, a dowiedziawszy się, że do Drezna wróciła, poleciał za nią jak szalony i już bodaj na Szlązku albo i w Saksonii musi być." W poczciwym stryju aż zakipiało. Chciał z razu ukrywać niemiłą nowinę przed synowicą, lecz zmiarkował, że to się na nic nie zdało. Trzeba było rychło radzić, kobieta była śmiała, rezolutna, więc się przed nią taić nie godziło.
Siadł więc na bryczkę, i gdy tu jeszcze niepewność była, jak rychło pobałamuciwszy się z Warszawy powróci, przybył pan Eligi do synowicy z nowiną.
- Niechaj Elżusia nie desperuje, rzekł, włosów pięknych nie targa, oczu jasnych dla bałamuta nie wypłakuje; nie będę jej taił, że ten frant nie do Warszawy nam zbiegł, ale za tą przeklętą Francuzką do Drezna drapnął. Gdzieś mu czaru zadali.
Elżusia zmarszczyła piękne brwi, usta zacisnęła: płomieniste na stryja rzuciła wejrzenie, wyprostowała się po rycersku i spytała:
- Zkąd to wiecie?
Naówczas stryj Eligi wyspowiadał się jej zkad nowinę wziął, z której się w Warszawie śmiano.
Łza nie popłynęła z oka pięknej pani, gniewem tylko spłonęła i hamując się odezwała do stryja:
- Takiemu szaleństwu jużby pobłażać było grzechem, i trzeba ratunku na to szukać. Mówcie sobie co chcecie, myślcie co się podoba, jam tu najlepszym sędzią co czynić wypada... Nie ma co czynić, trzeba za nim jechać.
- Komu? spytał stryj - a toć nie posłucha nikogo.
- Nie posłucha! radabym widziała! on mi to przecież w oczy spojrzeć nie śmiał, dodała Elżusia - albo myślicie, że ja kogo wyprawię - pojadę sama.
Stryj tedy zakrzyknął, iż to na żaden żywy sposób nie może być, że myśl była nie do wykonania... Kobiecie, młodej, pięknej, do takiego miasta, które za Sodomę i Gomorrę uważano... jechać, było narażać się nadaremnie a bez pożytku dla swej sprawy.
Elżusia była właśnie naówczas w samym rozkwicie wdzięków, tak, że każdego zachwycić mogła, a niktby oprzeć się jej nie mógł, oprócz takiego bałamuta jak Zygmunt, któremu już była spowszedniała. Nie daremnie więc stryj Elżuni lękał się jej podróży do Saksonii, dla niej samej, znając z opowiadań, co się tam na dworze i około dworu działo. Począł pilnie się opierać i odradzać - nadaremnie.
Elżusia oświadczyła, iż po męża pojedzie, dodając, że pewną jest sprowadzenia go nazad do domu.
Stryj Eligi osłupiał, ufał jednak, iż ojciec i matka od tej myśli odciągnąć ją potrafią. Była ona tak nie zwyczajną i w naszych obyczajach nie praktykowaną, iż z razu stryj wierzyć nie chciał, aby naprawdę do tego przyjść miało. Tegoż dnia zamierzał jechać do starych Okóniów, aby się z nimi naradzić dla uspokojenia bardzo rozdrażnionej Elżusi. Już konie stały przy ganku, gdy zobaczywszy je przez okno jejmość zawołała:
- A to dokąd stryj myśli?
- Do Wólki.
- Czekajże chwilkę, tylko klucze i dyspozycyę oddam Florkowej, boć ja z nim pojadę.
- Zatem dobrze - rzekł w duchu Eligi, tam jej się to łacniej z głowy wybije. Przez calutką drogę jednak o niczem nie mówiła Elżunia, tylko o swej podróży, wypytując ile dni trzeba było jechać do Warszawy i jak ztamtąd dostać się do Saksonii. Prawdą a Bogiem stryj Eligi dalej jak do granicy szlązkiej nic nie wiedział, jego świat się tam kończył; jednak chcąc synowicę nastraszyć, jął jej opisywać, że tam i góry i pustynie i rzeki wpław przebywać było potrzeba....
Słuchała z wielką uwagą, a na każdą rzecz miała jedną tylko odpowiedź: Przecie tamtędy ludzie jeżdżą? Stryj temu zaprzeczyć nie mógł, ruszała więc ramionami z uśmiechem. - Tamtędy wszakże licho mojego Zygmunta poniosło; kiedy on się dostał, i ja dobić się muszę!
Stryj Eligi przebąkiwał coś o rozbójnikach w Tarnowskich górach, Elżusia z zimną krwią dodała. - Trzeba dobre pistolety wziąć.
W końcu widząc ten upór niezłomny, już stryj rachował tylko na ostygnienie, - że gdy refleksya przyjdzie, owa odwaga i animusz ustąpić muszą... Tak dojechali do Wólki Okóniowskiej. W domu był stary ojciec, jejmość matka i jedna z sióstr zamężnych, bo już były pod ten czas wszystkie za mąż powydawane. Skoczyła pani Zygmuntowa z wózka, a miała na sobie opończę grubą od wilgoci i buciki węgierskie na nogach - zrzuciła wierzchnią odzież i wbiegła do rodzicielskiego domu, na którego progu zdało się jakby ją nowy gniew i rozpacz opanowały. Ojciec i matka wyszli na jej spotkanie.
- Wiecie, łamiąc ręce zawołała odedrzwi zaraz - wiecie co mnie spotyka?
Ten, łotra kawał, Zygmuś, którego mi jakaś francuzica z teatrum królewskiego zbałamuciła, urwał się wisusisko i poleciał za nią do Drezna...
Matka i ojciec ręce załamali.
- O! miłyż ty Boże, Elżuńka droga, co tu z nim poczynać! Uspokój się...
A widząc wielkie rozgorączkowanie córki matka niespokojna szepnęła drugiej córce - Larendogry! Larendogry!
- A co mi tam Larendogra! ofuknęła Elżuńka stukając nóżką w bucik z podkówkami obutą - ja tego łotra nauczę jak się ma z żoną poczciwą obchodzić! Ja mu nie dam tak spokojnie bujać po świecie samopas... Zobaczymy!
- A cóż? pozwiesz go przed sąd? zawołał ojciec, albo przed konsystorz?
- Co? ja? żeby ludzkie śmiechy wywołać? albo to ja sobie sama rady nie dam? wołała Elżusia - albom to ja dziecko żebym na skargę chodziła?
- Cóż mu zrobisz?
- Co? dokończyła Zygmuntowa z gniewem - ot przybyłam kochanych rodziców pożegnać, prosić ich o błogosławieństwo, a jutro po jutrze stryja Eligiego biorę w rekwizycyę, pistolety za pas i ruszamy po łotra do Drezna, a choćby i na koniec świata. Znajdę go gdzieś przecie - zechce się opamiętać i na klęczkach przeprosić to go z sobą przywiozę, nie - to jak psu w łeb wypalę - niech się niepoczesne plemię na świecie nie mnoży!
Pani Okóniowa krzyknęła wielkim głosem. - A słowo stało się ciałem! Okoń oniemiał... Elżusia podniosłszy głowę, z oczyma zapalonemi gdyby dwie pochodnie, straszną się im aż wydała, tak była rozjątrzoną.
- Na miłość Bożą, płacząc i ściskając ją rzekła matka, upamiętaj się - umityguj - co ci jest, dziecko moje!! To nie kobieca rzecz... ani niewieścia broń...
- Moja matuś kochana, przerwała Zygmuntowa... ja to wiem dobrze iż nam się nie przystało buntować lada za co, lecz gdy takie zgorszenie w domu.... trzeba mieć wolę i postanowienie, a nauczyć rozumu!! Com ja winna że mi się taki waryat dostał? Na niego innego niema środka ino go krótko wziąć i trzymać krótko... Pięknaż to rzecz! na co on mnie wystawił; za lada łotrzycą taką jak jest sam odbiegając odemnie? - a co ludzie pomyślą jakam ja jedna? chyba żem i tej francuzicy nie warta. Otóż ja im pokażę... iż Piętkowa lepsza od Piętki.
Wszystko co tam było podrętwiało, słuchając Elżuni, nikt się przeciwić nie śmiał, boć obrażona była słusznie... Wyglądała jak prawdziwa bogini pogańska; postać, oko, twarz, uśmiech, rączka, nóżka, a owa Duparc, jak ci co ją widzieli opowiadali, prawdziwym byłaby przy niej koczkodonem... tylko się to różowało, bieliło, smarowało, sznurowało, a że od dziecka linoskoki wyłamali ją do wszelakich łamanych sztuk i gębę miała wyparzoną, więc to tak mogło zepsutemu człeku się podobać jak pijanicy po najlepszym tokaju gorzałka.
Dali się Elżuni wygadać i nażalić jako sama chciała - ojciec zawsze sądził że gdy pierwszy ogień spłonie, potem przyjdą łzy, rozmysły, kobieca obawa, niepewność, i skończy się na tem, że Elżunia przy rodzicach posiedzi, a stryjowi Eligiemu dadzą na drogę pieniędzy i po niewiernego wyprawią.
Przez cały ten wieczór wszakże Elżusia ino o drodze mówiła, a gdy jej pierwszy gniew przeszedł, o wyborze w podróż, o zaprzęgu, o tem jak wiele pieniędzy i ileby sług potrzebowała.
Matka szeptała ojcu: - Niechaj sobie gada - to się wygada i wszystko minie.
Poszli spać, nazajutrz rano przy piwie grzanem i kawie wszczęła się rozmowa, myślano, że się zmieni. Gdzie zaś - ta swoje jęła prawić o prędkiej podróży, postanowionej niezmiennie - szło jej już tylko o radę ojcowską jak lepiej było: - jechać skromnie i oszczędnie, czyli się po pańsku ekwipować? bo mogło przyjść do tego, że i na dworze przechować się będzie potrzeba... i najwyżej sięgnąć, choćby do Króla Jego Mości...
Już tedy zobaczyli rodzice oboje, że nie przelewki, jęli odradzać, ani słuchać nie myślała... a co gorsza, tak ich swoją wymową pociągnęła, że matka się rozpłakała, a ojciec przeszedł na jej stronę - nim do stołu podali.
Pieniądze miała w swych rękach Elżusia, ojciec też tysiąc talarów bitych in vim melioracyi wyliczył na wszelki wypadek, przyszło do narady ostatecznej jak się wybierać. Zdania były podzielone, Elżusia chciała brykę prostą dla siebie wziąć i stryja, woźnicę, jednego pacholika i od wypadku konnego też, aby czasem w ciężkich przeprawach przodem drogę mógł wypatrzyć; ojciec radził kolebkę i konnych czterech i pachołków dwu... i pannę respektową... Jej to wszystko ciężyło, byłaby zaprawdę samotrzeć konno ruszyła, gdyby jej dopuszczono, a podróż nie widziała się za długą.
Drogi były podówczas dosyć bezpieczne, wszakci bez pewnego orszaku i dla przyzwoitości i dla obrony nikt się nie wybierał, tem bardziej kobieta. - Uparł się stary Okón, aby kolebkę wzięła i ludzi więcej z sobą. Stryj Eligi, którego nie pytano czy jechać sobie życzy, zaliczony był jako towarzysz niezbędny i mentor w podróży konieczny.
Trzeba zaś wiedzieć, że jak koło domu był pan Eligi nieoszacowanym, tak trochę dalej w świat, trudno mu sobie radę było dać, - mało go bowiem znał. Flegmatyk był, namyślający się długo, niepewien zawsze jak lepiej, frasobliwy nad miarę...
Cały ten dzień jeszcze zabawiła Elżunia u rodziców, a nazajutrz rano konie nakazała aby gotowe były, i stryjowi też zapowiedziała, by zapaśny żupan i kontusz z sobą wziął, bo w domu nie długo popasając ruszyć mieli w drogę. Zawojowała ich tam wszystkich swoją odwagą i animuszem, iż się nikt ani śmiał już przeciwić.
Gdy do pożegnania przyszło, rzuciła się obojgu rodzicom do nóg, by ją na tę wyprawę gorszą niż na wroga pobłogosławili - upłakała się rzewnie i rozczuliła cały dwór, że jak bobry się popłakali, ile ich tam było, potem opończę narzuciwszy na bryczkę, stryja przywołała, co się jeszcze zapłakany guzdrał i - do domu. Jak pierwszym razem jadąc całą drogę była wielomówną, teraz znowu milczała aż do wrót, posępna i zamyślona.
- No - dumał stryj - znać w niej się złamała owa wielka chęć do podróży i jechać się może rozmyśli. - Jechać mu się bardzo a bardzo nie chciało.
A no, przybywszy do siebie, Elżusia, chwili nie tracąc, wzięła się do wyboru w drogę, sama poszła do stajni konie wyznaczyć, uprząż dawać mocną, kolebkę obejrzeć kazała, aby pasy nie puściły... dalej siodła dla ludzi i zapasowy przybór, jaki naówczas wozić za sobą było potrzeba. Okazało się zaś, że nie dosyć kolebki, trzeba było i wóz kryty węgierski pod rzeczy mieć i różnych zapasów wiele, bo po drogach nie wszystkiego człek dostał, lub za zbyt drogie pieniądze. A tak przytomnie dysponowała najmniejszą rzecz, iż się ludzie i stryj wydziwić nie mogli... Już się tedy coraz jawniejszem stawało, iż z nią o tem mówić i odradzać ani było sposobu; trwoga wstąpiła w stryja Eligiego, co to z tego wszystkiego wyniknie? Przygoda była nadzwyczajna, nuż jakie nieszczęścieby ich spotkało, na kobietę nikt by go nie zrzucił tylko na jej opiekuna.
A że kuć musiano koła, bo obręcze się na nich okazały do długiej drogi za słabe i pasy surowcowe też kręcić jejmość dała i szyć na nowo... zostało parę dni czasu. W wielkim sekrecie stryj Eligi pomyślał, czyby też duchownego rada nie była skuteczną. Nie okazując tego po sobie, pieszo poszedł do blizkiego konwentu księży kapucynów, których gwardyan był człowiekiem wielce świątobliwym, a wszyscy go szanowali - i prawie za świętego mieli. Mało się on w światowe rzeczy mięszał, zatopiony będąc w nabożeństwie i rozmyślaniach, ale ilekroć go od nich oderwano, tak namaszczonem i skutecznem słowem przemawiał, tak jasno w sercach widział, iż najlżejsi ludzie a niepoczciwi niedowiarkowie zdumiewali mu się i pokornie poddawali.
Nie chciał stryj Eligi, aby synowica o jego wyprawie się dowiedziała, z fuzyjką więc z domu wyciągnąwszy, u leśnika konia pożyczył, a że ten siodła nie miał, na worku, zamiast strzemion przywiązawszy postronki - chudą ową szkapiną utykającą jeszcze w dodatku, dobił się do miasteczka.
Wstyd mu było do klasztoru tak zajechać, konia więc w gospodzie zostawiwszy, co najprędzej pieszo do furty pobiegł, żeby się do gwardyana dostać. Miał dobrze sobie znajomego ojca kanafarza, którego szczęściem zaraz w korytarzu napotkał.
- Ojcze Feliksie, zawołał w ramię go całując - zmiłuj się, żebym rychło z ojcem gwardyanem mógł pomówić.
- Ale ba! a w chórze?
- Długoż tam tego będzie?
- Pewnie pół godziny... a z chóru go, gdyby się paliło, nikt nie wyciągnie!
Trzeba tedy było cierpliwie czekać, znalazła się na pociechę butelka marcowego piwa... ale gdy O. gwardyan miał wychodzić, na przesmyku stanął Eligi i do celi go poprowadził.
- Ojcze mój, rzekł ledwie drzwi za sobą zamknąwszy - ratuj nas nieszczęśliwych! jak nie wy, to już nikt!
- Co się stało? zapytał gwardyan spokojnie.
- Nieszczęście jedno a raczej srogie głupstwo, za którem drugie gorsze jeszcze może nastąpi, jeśli wy nas nie wesprzecie, począł Eligi. - Szaławiła ten nieszczęsny Piętka, za którego wydaliśmy synowicę, zbiegł nam z domu za jakąś łotrzycą do Saksonii. A noby wrócił pewnie sam... guza tam jakiego oberwawszy. Cóż się dzieje? Elżunia żona jego, kobieta też zapamiętała jak i on, chce koniecznie za nim gonić, aby go do domu bodaj na smyczy przyprowadzić - ani ja, ani rodzice, wystawiając jej onej podróży niebezpieczeństwa, nie mogliśmy od tego odprowadzić... Gdybyście wy ojcze chcieli...
O, gwardyan ręce obie podniósł ku niebu.
- Moje dziecko! zawołał - a cóż tam głos mój u niej ważyć będzie?
- Jakże nie? rzekł Eligi - ona was szanuje i słucha... Przyjedźcie ze mszą ś-tą jutro jakbyście o niczem nie wiedzieli... przyzna się wam zaraz, może ją od tego szalonego zamysłu odwieść potraficie?
Gwardyan głową potrząsł. - Ze mszą ś-tą przyjadę, rzekł - czemuż nie? słowa nie poskąpię, ale ja wam za skutek nie ręczę... Kobieta z męzkiem postanowieniem i wolą wielką...
- Zacna, poczciwa, dobra - ale - rzekł ze stłumionem westchnieniem stryj Eligi, któremu się bardzo jechać nie chciało - ale Herod-Baba!!
Gwardyan się uśmiechnął: - No, rzekł, uspokójcie się - uspokójcie, co Bóg da to da... ja do was jutro ze mszą ś-tą przyjadę... a powiem jej co mi Duch święty natchnie.
Z tą obietnicą stryj do gospody wróciwszy, konika kulawego dosiadł, dostał się do chaty leśnika, a ztamtąd wieczorem, zająca po drodze ubiwszy, do dworu cichaczem wrócił.
Jeszcze było z rosy nie obeschło rannej, gdy wóz O. gwardyana zatoczył się przed ganek. Elżunia wybiegła uradowana, całowała go po rękach.
- Otoś mi, ojcze kochany, w porę przybył, jakby cię Opatrzność zesłała! - zawołała - pobłogosławicie mię na drogę...
- Gdzież? dokąd asindźka ruszać myślisz?
Elżuni łzy się z oczu puściły.
- Ojcze mój dobry, mam srogi ból w sercu, małżonek mnie opuścił dla jakiegoś niepoczciwego stworzenia... muszę niewiernego z przepaści tej wyrwać i ocalić!! Jadę go szukać...
Weszli rozmawiając do pokojów; gwardyan usiadł.
- Ależ, moje dziecię, rzekł: zreflektuj się, czy to kobieca rzecz, a zwłaszcza młodej jak asindźka w świat gnać, narażać się na przygody, na niebezpieczeństwa, by obałamuconego człowieka chcieć nawrócić? Mnieby się widziało stosowniejszem, abyś z krewnych kogo, człeka statecznego posłała...
Potrząsła głową pani Zygmuntowa na to.
- Nie, mój ojcze - nie - nie mam ja nikogo, i nikt mi tak nie posłuży jak ja sobie sama! A no, przy bożej pomocy, co mi się ma stać? albo to ja dla uciechy jadę nie z obowiązku? Opatrzność będzie czuwała nademną...
Gwardyan popatrzał na nią zdziwiony, taka odwaga wielka malowała się w jej twarzy i animusz prawie nie kobiecy; słów mu zabrakło.
- Piękna ta twoja ufność w Opatrzność, odezwał się po namyśle - lecz trzeba się każdemu swemi siłami mierzyć - a nad to co barki dźwigną nie brać. Niesłychaną rzecz przesiębierzesz asindźka, zaprawdę niesłychaną.
- Boć i niesłychany wypadek mnie do tego zmusza - odezwała się Elżusia. - Gdzież to u nas dawniej kto słyszał, ażeby człowiek żonaty na taką jawną rozpustę się puszczał? Teraz gdy z góry przykłady płyną, a widzą ludzie co się dzieje na wysokościach - czemu im nie ma być wolno? mówią sobie, - my im powinniśmy pokazać, że jeśli Niemkom to wszystko jedno - nam nie. Tamte też pono nie lepsze od panów mężów; my domowej cnoty i czystości domowego ogniska stróżami jesteśmy... powinniśmy wedle sił bronić je od skazy! Albo to nie obowiązek, tego, któremuśmy na wierność przysięgały, od zguby ratować?
Gwardyan aż się rozpłakał mowę tę słysząc, i wstawszy zawołał żywo:
- Ego te benedico! in domine... To mi niewiasta! to mi mężna! to mi kobieta! Co ja ci mówić mam!... Niech Bóg błogosławi! Czyń jakeś natchniona..
Tedy co miał ją O. gwardyan nawrócić, stało się, że ona księdza na swoją wiarę przeciągnęła, a stryj Eligi, który pode drzwiami słuchał, poszedł jak zmyty... Przy mszy świętej udzielił sam kapłan pobożny zwykłej dla podróżujących benedykcyi, której cały dwór jejmości był przytomny. Potem nie było już co myśleć, aby się pani Zygmuntowa od zamiaru swojego komukolwiek odwieść dała, i poczęły się nie żartem przygotowania do drogi.
Łzy otarłszy Elżusia, podpasana, w lekkim kubraczku, wydawała, spisywała, liczyła, chodziła, krzątała się, bo nie tylko wybór był na jej głowie, ale i dom, który podczas niebytności musiała zostawić bezpańskim. Wiadomo jak to z tego łacno ludzie korzystać umieją. Pora była letnia, żniwa za pasem, któż wie czy do siejby podróż trwać nie miała, albo się i dłużej przeciągnąć?... Włodarza mieli Piętkowie statecznego człowieka; ale czyby sobie sam radę dał, trudno było przewidzieć! Jejmość też to zmiarkowała... Nużby przyszedł kwaterunek, stacye, rekwizycye dla wojsk cudzoziemskich lub inne jakie nieobrachowane wypadki... I na to obmyśliła radę.
O miedzę od wioski mieszkał stary kawaler, niegdy wojskowy, człek zacny, pracowity, który bywając u Piętków Elżusię prawie jak dziecko własne ukochał i nigdy zdrowia jej inaczej nie wypił jak na klęczkach. Zwykł był zawsze mawiać gdy o niej wspomniano:
- To hic mulier! to mi rycerska żona! to kobieta! to prawdziwa kość z kości naszych... bo to mosanie, i urodziwa jak łania, i śmiała jak żołnierz, i cnotliwa i rozumna.., i kochać umie, i, prawdą w oczy chlusnąć jak ukropem. Wielbicielem był stary Mioduszewski naszej Elżuni, że się z niego wyśmiewali czasem, ale on na to bynajmniej nie zważał.
Namyśliwszy się posłała Piętkowa po Mioduszewskiego, a ten sam konia okulbaczywszy dla pośpiechu, w pół godziny się stawił. Że wieść przez pana Eligiego o tej wyprawie po całem gruchnęła sąsiedztwie, już coś o tem i stary zasłyszał. Zastał jejmość w ganku, gdy ludziom coś dysponowała... a miał przysłowie: "niech mnie wezmą." Tylko nigdy nie dopowiadał kto go miał brać. Zobaczywszy Elżusię, ręce złożył:
- Niech mnie wezmą, królowo ty moja! czyż to prawda, że wy w świat jedziecie? zawołał.
- Muszę, rzekła Elżusia, nie z ochoty to czynie, ale z konieczności. Zygmunta licho w świat poniosło ratować go trzeba.
- Królowo moja - ale możeż to być! do Saksonii?
- Choćby i do Hiszpanii! odparła... muszę mu pokazać, że z siebie żartować kobieta nie da... Gdy jegomość tu powróci, co dalej będzie - pogadamy.
- Niech mnie wezmą! królowo moja... a to Judyta jesteś druga - dosyć niezgrabnie odezwał się Mioduszewski.
- Głowy mu nie utnę, rozśmiała się Elżusia, ale mu ją zmyję jak warta... Ale mój dobry rotmistrzu, nie o to tu idzie; posłałam cię prosić, jako dobrego przyjaciela - rachuję na pomoc twoją...
Wyciągnęła mu rączkę, a stary przyklęknąwszy ją ucałował. - Co rozkażesz! królowo moja, dla ciebie w ogień i wodę. Niech mnie wezmą!
- Ja jadę - odezwała się Elżunia - wioska i gospodarstwo na łasce bozkiej zostają. Ludzie poczciwi ani zbyt się troszczę, ale co nieprzewidzianego może przyjść, rady sobie nie dadzą. Mój rotmistrzu, jakeś przyjaciel, weź nad wioską opiekę.
- Niech mnie wezmą, królowo moja - jam ci gotów nietylko za ekonoma służyć, ale gdybyś mi z wołem wprządz się kazała, to ci będę orał, królowo moja! krzyknął Mioduszewski. Nie ma o czem i mówić... Jakem twoją anielską rączkę pocałował, nagrodzony jestem więcej niżem wart... Niech mnie wezmą...
Więc zaraz konia do kółka przywiązawszy, zaczął się stary krzątać około dworu, aby dokładną powziąć informacyę co ma czynić, komu wierzyć i jak sobie postępować. Za żadne w świecie pieniądze nie byłaby takiego rządcy i plenipotenta dostała, jakiego sobie jednym kupiła uśmiechem. Mioduszewski cały dzień po wszystkich kątach chodził, tropił, oglądał, pytał, aby potem żadnej nie miał wątpliwości. Naostatek dzień ów wielki wyjazdu, ciągle odraczany, zbliżył się - wszystko gotowe było, kolebka, pasy, koła, siodła, konie, stryj Eligi z węzełkami swojemi. Zjechali insperate, rodzice oboje, przybył Mioduszewski, ludzi co było na folwarku zbiegło się, patrzeć na wyjazd ten pani swojej.... Elżusi na łzy się trochę zbierało, a no ich nie puściła, kręciła się do ostatka żwawo. Nie zapomniała o krócicach nabitych, żeby je pod ręką mieć, ani o prochu i kulach do pistoletów Eligiego i jezdnych. Kolebka i wóz stały w pogotowiu, konie pokulbaczone, tłomoki poprzysznurowywane; odprawiło się nabożeństwo, pożegnała prędko wszystkich, nie dając się nikomu zbytnie rozczulać i rozmazywać, skoczyła w kolebkę kłaniając ojcu i matce i w chwili gdy ojciec karawanę żegnał i błogosławił, koniom ruszać kazała.
________________________________________
Na drugim noclegu przed Warszawą zastali gospodę, do której pod wieczór dążyli na pewno, tak napchaną końmi i ludźmi, że już się do niej wcisnąć nie było sposobu. Słońce zaszło było właśnie i mrok w lesie padał gęsty. Stryj Eligi, który wysiadł z kolebki, żeby nocleg opatrzyć, powrócił z twarzą przeciągniętą i wąsami opuszczonemi.
- Co tu robić moja dobrodziejko - rzekł: ani sposobu się do karczmy docisnąć, tyle ludzi i koni, różnego tałałajstwa, zbieranej drużyny, iż nocować ani myśleć. Panów i chłopów sienie pełne, a w karczmie jak we młynie, kto pierwszy zajedzie ten pan.... trudno wyganiać. Tymczasem noc nadciąga, koniska łby pospuszczały zmęczone.
- A! ozwała się Elżusia: juści kobiecie ktokolwiek izdebki ustąpi - a konie i jezdni choćby się obozem położyli - niech no stryjaszek lepiej poprobuje.
Poszedł pan Eligi po głowie się skrobiąc. Za Zygmusia, kiedy doma ucztował, gości w nim bywało mnóstwo, trafili się i z różnych stron przejezdni, mieli tedy znajomości co niemiara po świecie całym. Ledwie stryj od kolebki odpadł, gdy dorodny mężczyzna, po podróżnemu a raczej po domowemu ubrany przystąpił do niego.
- Wszakci Okóń, jeśli mnie oczy nie mylą?
- Ten sam, Eligi, do usług - a kogoż mam honor?....
- Jakżeś mnie nie poznał, Trzaska!! pamiętasz to, jakeśmy u Zygmusia pili razem z kulawki?
- A! jakże, Trzaska! pomnę.
- Cóż wy tu robicie pośród gościńca?
- W biedzie jestem, synowica, właśnie oto Zygmuntowa, jedzie ze mną, a tu nie ma gdzie przenocować.
- Jakto nie ma gdzie? krzyknął Trzaska, strzeliłbym do was, żebyście do dworu nie zajechali - o staje. Toć to karczma moja, a dwór za lasem tuż. Nawracaj! zawołał na woźnicę - ja na koń siadam i prowadzę.
- Czekaj! stój! zatrzymując go zawołał stryj Eligi - Bóg raczy wiedzieć czy się moja synowica zgodzi, a juści do niej nie strzelicie!
- Jak się nie ma zgodzić? ofuknął Trzaska, dla czego? a kiedyż to kto dobrem sercem ofiarowaną gościnę odrzucił?
I postąpił, zdjąwszy węgierską czapeczkę z głowy, do kolebki.
- Miłościwa pani, rzekł - przypominam się jej, Trzaska jestem z Czerwonej Kamienicy, bywałem w domy waszym, dom mój o staje. W gospodzie miejsca nie ma, ale dwór na usługi wasze. Stara matka i ja, oboje was przyjmiemy sercem całem.
Elżusia się skłoniła tylko.
- Nawracaj! za mną! zawołał Trzaska dosiadłszy konia. Stryj do kolebki się dostał, nie było co już próżnych czynić refleksyj, nie mieli też nic do wyboru; pojechali do Trzasków.
Po za lasem mroku się trochę ujęło, widać było nieopodal wioskę znaczną i dwór, który niedaremnie zwał się Czerwoną Kamienicą. Niewiadomo który z Trzasków upodobawszy znać w Prusiech czerwone mury z toruńskiej cegły, sprowadził był do siebie majstrów i dla fantazyi pańskiej, wystawił sobie dwór niby malborskiego zamku kawał. Niewielkie to było, a wyglądało dziwnie i nie brzydko. Ludzie nie nawykli do takich budowli, brali to zdala za kościół, a pospólstwo dwór, potem i wieś od niego poczęło zwać Czerwoną Kamienicą. Było więc gdzie gościa pomieścić, bo budynek był obszerny, a w nim tylko jeden Seweryn Trzaska i stara matka jego.
Trzaska miał lat pod czterdzieści, a jeszcze się był nie ożenił, jakoś się ociągał i obawiał tego złotego jarzma. Człek był wesół, ochoczy, gorączka, sejmikowicz zawołany, na obywatelskie posługi gotów, myśliwy, tancerz sławny, dobry towarzysz, ale trochę próżniak mimo zajęć tylu. Matka gospodarzyła, on się najczęściej od komina do komina włóczył, trudno go było do domu napędzić. Pragnęła stolnikowa bardzo ożenić go, aby się trochę ustatkował - ale się wykręcał bardzo zręcznie, powtarzając zawsze: - Stolnikowo dobrodziejko, będzie na to czas! będzie czas!
Dowodził, że dziadowie nie żenili się przed pięćdziesięciu... i dobrze im z tem było - nie mówił czy też i żony rade być miały takim mężom.
Gdy na drogę do dworu wjechali, Trzaska konia spiął i jak strzała przodem świsnął, aby powóz ciężki i zwolna się toczący wyprzedzić, a matce dać znać. Tak się uwinął dobrze, iż stolnikowa narzuciwszy czarny kwefik, była już u ganku, gdy Elżusia z kolebki wyskoczyła.
- Darujesz mi pani, że jej tu niespodzianie spadam, odezwała się Piętkowa - ale to wina nie moja po części, raczej łaskawego jej syna, który nas tu gwałtem prawie zagarnął.
- Moja mościa dobrodziejko! odpowiedziała staruszka - to mu się bardzo chwali - bo obowiązku dopełnił.
Weszli tedy do dworu na podziw pięknie wewnątrz i pańsko urządzonego. Znać było dostatek wszędzie i porządek wielki. Rozmowa z razu toczyła się obojętna, wreszcie nie widząc męża przy jejmości, nie domyślając się nic, poczęto dopytywać o cel podróży i o Zygmusia, którego Trzaska znał.
Odpowiedziała Elżusia ni to ni owo, półgębkiem, Eligi też jeszcze się niezgrabniej starał wykręcić. Musiało to uderzyć pana Seweryna, że coś w tem jest, iż tak mu niewyraźnie bąkają, począł sobie przypominać coś... i stryja Eligiego zaparł do kąta.
- Przebaczysz mi pan, rzekł, niedyskretne może pytanie... Coś mi po głowie chodzi, a nie dobrze sobie przypominam, czy nie jestem w błędzie? Byłem niedawno w Warszawie, tam o Piętce... bodaj czy nie o mężu jejmości coś gadano... gadano... a no - dalipan nie wiem czy o tym samym, jakoby do... Saksonii pojechał.
Spojrzał stryjowi w oczy, ten się zmieszał mocno.
- A no, może być, może być - odparł cicho - bo go w domu nie ma.
- I nic o nim nie wiecie?
Tak zagadnięty stryj już nie wiedząc jak się wywinąć, ścisnął potajemnie dłoń Trzaski i szepnął: - Chodźmy gdzie dalej na bok, powiem wszystko...
Gdy do bocznej komnaty weszli, Trzaska się odezwał sam:
- Nie potrzebujesz mi pan mówić, bo ja teraz się opamiętywam iż wszystko wiem pono. Zygmuś żonę na wsi porzuciwszy, za Diuparką tą do Drezna poleciał... niepoczciwy! Jeśli myślicie, że go w Warszawie przydybacie to się mylicie srodze. Żal mi biednej kobiety, którą taki zawód czeka. Czy nie lepiejby na to coś wcześnie radzić?
- Nie ma co już radzić, ponuro ozwał się stryj bo ona wszyściuteńko wie.
- Co? że mąż za francuzką drapnął?
- A no wie.
- I cóż myśli?...
Stryj tak zagadnięty nie miał co taić, a oprócz tego człek był co całe życie języka za zębami trzymać nie umiał.
- Co myśli - mruknął - waćpan jej nie znasz to kobieta jakich na świecie nie ma. Ona wybrała się w pogoń za mężem, i myśli go za szyję do domu przyciągnąć.
- Co pan mówisz! zawołał Trzaska - pojedzie za nim do Drezna?
- Powiada, choćby na koniec świata!
- Cóż to tak, z czułości? spytał Trzaska.
- Oj nie! kochałać go ona, ale teraz się gniewa - dodał Eligi - dalipan bym nie chciał być na jego miejscu.
Trzaska rękami uderzył.
- Ot to mi kobieta! zawołał, a to jej czołem bić! Gdybym taką heroinę drugą znalazł, to bym się ożenił.
- Poczekaj asindziej, markotno zamruczał stryjaszek - ona mu obiecuje w łeb wypalić, jeśli jej nie przebłaga, możesz asindziej jeszcze o sukcesyę się po nim upomnieć. Parę krucic z sobą ma i nigdy ich nie rzuca.
Co raz bardziej zdumiony, Trzaska też w coraz większy ferwor i uwielbienie wpadał dla heroiny, jak ją nazywał.
- Nie ma co mówić, zakończył - jeśli mu nawet w łeb wypali temu niegodjaszowi - zasłużył. Taką kobietę Pan Bóg mu dał i nieumiał jej ocenić!
Przeszedł się po izbie parę razy namyślając..
- Jako ono jest to jest, rzekł Eligiego biorąc za pętlicę od podróżnego kontusza, ani ona ani wy sobie w tej podróży rady nie dacie.
- Ja jej to mówiłem sto razy.
- A ona co?
- Ona się śmieje z niebezpieczeństw i z wszelkich trudności.
Wyszli do pierwszej izby gdzie kobiety między sobą szeptały, bo właśnie stolnikowa rozpytywała Elżusię, a ta jej też nie zataiła celu swojej podróży. Staruszka ręce łamała reflektując - Piętkowa się uśmiechała.
- Stolnikowo dobrodziejko, mówiła, my kobiety dla tego tylko słabe jesteśmy, że nas mieć chcą słabemi, a w potrzebie energia się znajdzie i u nas. Nie, ja się nie trwożę.
Dano tym czasem wieczerzę, do której że wedle obyczaju osób dworskich, respektowych, gracyalistów, rezydentów dużo zasiadło, mówić o niczem poufalszem nie było sposobu.
Rozpowiadano de publicis, co z Warszawy słychać było i z Drezna. Chwila to była właśnie, w której się na małżeństwo najstarszego syna królewskiego z arcyksiężniczką Maryą Józefą zanosiło; rozpowiadano więc wiele o projektowanych wesela tego wspaniałościach - na które zapewne wielka do stolicy Saksonii napłynąć miała mnogość cudzoziemców, chciwych oglądania uczt, jakich nigdzie w Europie oprócz Paryża i Drezna, naówczas widzieć nie było można. Wiadomość ta zasmuciła nieco Elżusię, zapowiadając jej wiele w podróży i stolicy trudności, tego jednak poznać po sobie nie dała. Trzaska przez cały czas wieczerzy w pięknego swego gościa oczy miał wlepione, nie mogąc ich od niej oderwać, a powtarzając w duszy iż Piętka wart był solennej chłosty za niedarowaną rozpustę swoją. Acz z podróży i nie przystrojona, błyszczała pani Zygmuntowa takim wdziękiem, iż starzy i młodzi z uwielbieniem na nią poglądali. Śmiała postawa, ruchy i pogodne wejrzenie, coś jej królewskiego nadawały.
- Byłem jeśli nie przyjacielem, to życzliwym Zygmuntowi Piętce dobrym znajomym, ale gdyby mu teraz pięćdziesiąt na kobiercu wyliczyć przyszło, ręki bym nie pożałował - dodał w duchu Trzaska - aż mi żal kobieciny, bo z tym starym safandułą jadąc, biedy tylko napyta po drodze, a jej by człeka trzeba, coby pyły przed nią zmiatając, do celu poprowadził... Jest tego warta!
Westchnął pan Seweryn, bo mu heroina głowę od razu zawróciła, nigdy jej jeszcze tak majestatycznie piękną nie widział.
- Klnę się wam, słowem szlacheckiem - gdyby nie to, że nie wypada, siadłbym na koń z wami, tego trutnia ścigać! szepnął po wieczerzy stryjowi.
- Nie wypada! nie wypada! odparł Eligi z takiemże westchnieniem, a może i żalem, iż go w pomoc wziąć nie mógł. Trzaska potem przysiadł się do pani Zygmuntowej, i w miłej rozmowie z nią i z matką cały wieczór przepędził. Oczewiście mowy tam nie było o niczem, tylko w ogóle o drodze, o powietrzu, o ludziach - ale Elżusia miała ten dar, że z najmniejszej rzeczy wyciągnęła coś zajmującego i rozmowę prowadziła jak dobry gracz partyę maryaszową. Gdy przyszło żegnać się wieczorem, bo jejmość do dnia jechać chciała, Trzaska z westchnieniem rączkę jej ucałowawszy, stryja zabrał jeszcze do siebie na lampkę miodu do poduszki.
- Ej! mosanie, rzekł mu podochocony, co to te szczęście ludzkie, prawda co starzy mówili, że jednemu szydła golą, drugiemu brzytwy nie chcą - otóż tak w życiu, - bałamut taki, wiercipięta jak Zygmunt, dostanie żonę jakiej ze świecą szukać drugiej i nie znaleźć, a poczciwemu człowiekowi coby ją szanować umiał, los da może koczkodona.
- No, powiem ja asindziejowi, dodał stryj cicho, sącząc powoli lampeczkę swoją - wszak ci to rodzona synowica moja i kocham ją mocno, ale mimo jej wielkiej piękności i rozumu, może bym żyć się obawiał z jejmością.
- A to czemu?
- Ba! wprawdzieć Zygmunt sam temu winien, że do tego ją doprowadził, a no gdy się spotkają niewiadomo co z nim będzie... Ona sama powiada, że mu gotowa w łeb wypalić - i - krucice z sobą nosi!
Trzaska się z siedzenia porwał z okrzykiem.
- Otoż to mi kobieta! zawołał, to charakter! A już, powiem wam, z takiej rączki i zginąć miło... I mówisz asindziej, że gotowa to uczynić?
- Grosza bym za to niedał! potwierdził stryj.
Drugi to już raz słysząc z ust pana Eligiego, zamyślił się Trzaska.
- Dalipan, to lubię - dodał - to lubię - to przecie jest kobieta co z siebie żartować nie da... Aż mnie piecze, żeby tę historyą z blizka widzieć, panie Eligi - hę! jabym z wami pojechał?
- Przecież asindziej sam widzisz, że to nie może być - odparł stryj, o tem i mowy nie ma.
- Myślisz asindziej?
- A pewnie... Jeszczeby z tego gadanie wynikło, toby jej sprawę popsuło.
- To prawda, odparł zamyślony Trzaska. Jechać z wami nie ma sposobu - jednakże gdybym ja też miał interes do Drezna i tym samym gościńcem musiał tam dążyć, nikt mi tego zabronić nie może.
Pan Eligi śmiać się począł. - Daj jegomość pokój, rzekł, ona w takim humorze, że jej by się to nie podobało, a herod-baba bez krucic nie stąpi.
Pośmieli się tedy i na tem miód i rozmowę skończyli. Nazajutrz skoro świt, kolebka pani Zygmuntowej ze stryjem Eligim i całym dworem w dalszą ruszyła drogę. Trzaska stał w ganku i patrzał długo za nią, zdając się coś rachować... O południu poszedł do matki.
- Muszę, jejmościuniu dobrodziejko, do Warszawy jechać. Referendarz mnie umyślnym wzywa i pisze abym rączki pani Stolnikowej ucałował, a na dłuższy pobyt się wybrał, bo tam coś około naszej sprawy zakrzątnąć się mają.
Niesprzeciwiała się matka wcale, wybór w drogę był krótki, i pan Trzaska, przed wieczorem już był na gościńcu, a konie miał rącze i woźnicy kazał by ich nie żałował.
Nigdy, bywało siedząc doma Piętka bez mnogiego dworu przy sobie obejść się nie mógł. Choć fortuna szlachecka nie bardzo starczyła na to, młodzieży kilku miewał przy sobie, aby mieć z kim pobaraszkować, w warcaby zagrać, na polowanie ruszyć i do celu o lepszą strzelać. Mieniało się to u niego, bo na jurgielt i barwę brać nie mógł, tylko zwykle czasowy dawał przytułek takim, którzy sobie dworskiej służby szukali. Ale że dostatek był, kuchnia zawiesista i Zygmunt wesoły towarzysz, nigdy tam na nich nie zbywało. A trafiali się różni, czasem pokorne chłopaki choć ich do rany przyłożyć, więcej trutniów, próżniaków i burdy, z którą długo żyć trudno. Pan Zygmunt to potem bez ceremonii wymiatał, - lecz gdy jednego się pozbył, trzech na jego miejsce przystawało. Było już takie zaprowadzenie na dworze iż szli jak w dym... do Piętki. Gdy się który tylko nie miał gdzie podziać - słano go do Zygmusia.
Jejmość wprawdzie tego dworu darmozjadów nie lubiła, ale jemu pochlebiało, że zawsze z kalwakatą dworno się mógł przedstawiać. Ostatniemi czasy przybłąkał się był tak niejaki Julek Dziemba, chłopak niczego, a trudno go było poznać rzeczywiście kim był, bo milczał wiele, pokorną miał postać - tylko wedle przysłowia, cicha woda brzegi rwie - jejmość nań koso patrzała - za to Zygmuntowi tak się jakoś przypodobać umiał, że ten prawie się bez niego obejść nie mógł. Dziemba mu towarzyszył wszędzie, z listami jeździł, do wszelkiej hulanki posługiwał, szeptali z sobą nieustannie, podarki brał, nawet mu konia z rzędem za coś ofiarował pan Zygmunt. Dla jejmości też usłużnym był, nie można powiedzieć i przypodobać się starał, ale mu się to nie udawało, ta się od niego odwracała nie chcąc go znać. Czuła w nim zausznika i pochlebcę, jak powiadała. A im ona bardziej się nań krzywiła, tem u Zygmunta więcej w łaski rosnął.
Dziemba ten, młody jeszcze, chłop jak dąb, silny, zręczny, na twarzy blady, oczu biegających i niepewnych, jakby do dworu przyrósł; inni się mieniali, ten siedział... Parę razy brał go z sobą i w drogi pan Zygmunt, myślała jejmość, że go gdzie podzieje - ale nie.
Gdy się to nieszczęście stało, że Zygmuś za francuzicą drapnął, Dziemba we dworze był i w nim został. Elżunia ani nań spojrzała. Chodził do stołu, miejsce mu dawano, chleba nie odmawiano, lecz dobrego słowa nigdy. Cały ów gniew jejmości, odgróżki jej, wybór w drogę, wszystko się to w oczach jego odbyło - patrzał się nic nie mówiąc. Gdy inni na Zygmunta pioruny ciskali, on ani mruknął - spuszczał oczy i ręce zwinąwszy palcami kręcił. Chodził, narzucając się do jakiej służby, na posyłkę, ale jejmość go użyć do niczego nie chciała. Inni też we dworze co mu łaski pańskiej zazdrościli, nie bardzo się doń zbliżali... koniowi obroku uszczuplać zaczęto, chłopcu coraz było ciaśniej, dosyć, że gdy surowcowe pasy do jejmościnej kolebki kręcono, jednego ranka Julka Dziemby nie stało. Dopatrzono się koło południa, że odrobinę rzeczy, które miał, w troki wziął, nawet bieliznę nieupraną od praczki ściągnął, konia sobie osiodłał i ruszył w świat. W izbie, którą zajmował, ino siano na tapczanie zostało i kupka śmiecia w kątku... a na ścianie wielkiemi literami napisał kredą: Valete!
Gdy Elżusi o tem powiedziano, pokiwała tylko głową, uśmiechnęła się i rzekła: - Z Panem Bogiem - i - krzyżyk na drogę. Nikt nie wątpił, że poznawszy, iż tu nie ma co dłużej popasać, jak nie pyszny pan wyniósł się cichaczem. Nie domyślał się wszakże nikt tego, iż Dziemba, który wszystko słyszał i wiedział co jejmość mówiła i z czem się odgrażała - postanowił za panem Zygmuntem gonić, choćby na kraj świata, aby go o niebezpieczeństwie ostrzedz - a może mu wstydu oszczędzić.
Nic to nie było dziwnego wówczas, że się młody ubogi szlachcic na szkapie wlókł choćby i najdalej; podróżowali tak ludzie przez ciekawość po całym świecie, choć się też trafiało, że czasem zajechali niekoniecznie tam gdzie chcieli. Dziemba choć młody jeszcze, ale od lat pono ośmiu różne kąty wycierał, naturę miał taką, że nie bardzo mógł na jednem miejscu usiedzieć. Milcząco, powoli umiał sobie wszędy radę dać, bo wytrwały był na podziw i lada czem się nie zraził. Na konia, którego od Zygmunta dostał, mógł śmiało rachować, iż go w szachu nie zostawi: gniadosz był grubo płaski, biegun nie ciekawy, a na podziw wytrzymały i nieznużony. Zdawał się iść sobie zwolna, krok miał jednak spory jakiś i choćby się najtężej zmęczył, nigdy go spotniałego niewidziałeś.
Dziemba siadłszy nań ruszył naprzód do Warszawy; tu on już różne znajomości miał, wiedział gdzie pytać i języka łatwo dostał. Powiedziano mu bez ogródki iż za francuzicą do Drezna Zygmuś ruszył, bo od przyjaciół informacyi zasięgał gdzie ma stanąć i rekomendowali mu gospodę pod "polskim trębaczem" na placyku, gdzie wówczas wielu zajeżdżało. Którędy się udał łatwo było odgadnąć, bo inaczej wówczas nie jechał prawie nikt jak na Wrocław. Pokierował się więc i on tą samą drogą, dwa razy popasając, nocy i rana zachwytując, a konia nie nadużywając. Że się tam saskie wojska kręciły, a i z pruskim oddziałem spotkać się z biedy było można, torbę sobie skórzaną powiesił, i mówił, że z listami był posłany do wojewody którego skomponował od hetmana tej samej nominacyi. Nic mu się nie trafiło w drodze i tak szczęśliwie, poprzedzając o dobrych kilka dni jejmość, dobił się do stolicy, kędy jak w wodę wpadł.
Że go wszakże widywano we dworze u Piętków, gdy Elżusia przybyła do Warszawy, a tu stanęła wysławszy stryja Eligiego na zwiady, przyplątał się zaraz do niej żydek faktor znajomy i na pierwszym wstępie powiedział, iż jadącego, pewnie od jaśnie pani, dworzanina Dziembę z listami do jaśnie pana, widział i gadał z nim, a zapewniał że już niechybnie nawet na miejscu stanąć musiał.
Nowina ta nie mile bardzo w sercu Elżusi zabrzmiała, zarumieniła się, usłyszawszy ją, przed żydem jednak wydawać nie chcąc, poczęła go o Dziembę rozpytywać.
Żyd myślał, że chwaląc go i rozwodząc się nad nim największą jej uczyni przyjemność - począł tedy swego mniemanego posła pod niebiosa wynosić.
- Był tu, ja jego sam widziałem, gadałem z nim, wołał prędko zachłystając się aż od pośpiechu - co to za sługę jaśnie państwo mają. Jak on tu rozpytywał, jak on drogę zwiedzał naprzód, jak on koło konia chodził!!
Plótł tak żyd ledwie się go pozbyć nareszcie mogła Elżusia... Wielce jej ta wiadomość była nie na rękę. Łatwo się mogła domyśleć, że Dziemba pospieszywszy wygada przed jegomością wszystko, ostrzeże go i całą tę pogoń może nadaremną uczynić.
Zawahała się jak dalej postąpić, aliści i stryj nadszedł wiodąc z sobą drugiego takiego starego jegomości jak był sam, z opuszczonemi wąsami... Był to pan starosta Liwski, niejaki Brzeziński, dawny Okóniów przyjaciel. Ucałowawszy naprzód rączki Elżusi, zasapany drogą, wykaszlał się nim mówić począł. - Moja mościa dobrodziejko, a to mi szanowny pan Eligi powiada, że asindźka za tym wietrznikiem gonisz! Po co się to zdało szukać wiatru w polu. Wróci on i sam... Jam na to patrzał niemal jak ich tu dwóch, a bodaj trzech w te sidła wzięto. Przywieźli te nieszczęsne skocznice razem z teatrum królewskiem... a szło wszystko na operę dobijając się dostania u dworu biletów, jakby na odpust lub nabożeństwo! Wszakże mi tam druga taka szatanica jak owa Duparc, niejaka Fanfan, mościa dobrodziejko, tak samo syna uwikłała, że za nią mi się wyrwał do Saksonii!
- A widziałżeś pan starosta tę Duparc? zapytała Elżusia.
- Dwa razy, mościa dobrodziejko, dwa razy w balecie, jakiejś księżniczki Aulidy. Skakały te małpy i wyrabiały nogami łamańce, że sobie człek oczy musiał zakrywać, a co która bezeceństwo popełniła, to klaskano i cieszono się jakby cudu dokazała. Prawda że tam one i w powietrzu się nosiły i klękały i kręgowały... na podziw, ale - z piekła rodem mościa dobrodziejko - ten bezwstyd, jakiego u nas od początku świata nie bywało...
- Cóż one! piękne tak? zapytała niecierpliwie Elżusia.
- Nie bardzom się im przypatrywał, mościa dobrodziejko aby na sumienie tego wszeteczeństwa nie brać - a no - rzekł starosta - nie wydało mi się to nic osobliwszego.... tylko pomalowane jak jajka wielkanocne.
- A ta Duparc? spytała Elżusia.
- Na teatrum wydaje się i trzpiocze jak młode kurczątko, mościa dobrodziejko - mówił starosta - a ci co metryki znają, zaręczają, że do czterdziestówki jej nie daleko... Wszystko to występuje przy świecach, bo po bożym dniu tynki by te na twarzach powyłaziły.
Westchnął starosta.
- Syna mi ta Fanfan powlokła, mościa dobrodziejko, jak asińdźce Duparc zabrała męża, choć mojemu Jurkowi rychlej się to przebacza, boć nie żonaty, a Zygmuntowi niedarowana rzecz, kto na asindźkę spojrzy. Ale one mają swe sztuki, w winie im napoju jakiegoś zadają szatanice, że i najrozumniejszy głowę straci.
Załamał ręce starosta.
- Tę pociechę mam, dodał, że Jurek pieniędzy dużo nie wziął, a gdy tych się przebierze, wracać musi, bo tam bez grosza popasać długo nie dadzą. I jejmościn też jeśli worka nabitego nie powiózł, wkrótce się napowrót zjawi jak turecki święty...
Elżusia nachmurzona nie mówiła nic - po chwili jeszcze raz zapytała starostę.
- Opisz że mi asindziej, jak ona wygląda?
- Duparc? mościa dobrodziejko - a no! to przecie światu wiadomo, że król J-mość, była chwila, bardzo wielkie miał w niej upodobanie. Niczego! Oczy czarne wielkie, brwi takież, nie wielka a no giętka i wyłamana... dalej... już powiedzieć nie potrafię... Twarz nie nasza, znać cudzoziemkę, niby włoszkę, niby cygankę...
Elżusia ręce załamała, spuściła głowę.
- Panie starosto, rzekła - masz tam syna, jedź ze mną, dwóch zbiegów razem ścigać będziemy i wzajem sobie pomagać.
Zamyślił się Brzeziński. - Dalipan bym to uczynił, rzekł - gdyby się to na co zdało - wiary nie mam, wywiną się nam zbiegi tak że ich nie pochwycimy, a gdybyśmy i złapali - cóż dalej?
- O! ja z moim będę wiedziała jak się rozprawić - a jeśli mi nie poprzysięże poprawy, dodała - no - to mu jak psu w łeb wypalę!!
Na te słowa starosta rękami obiema uszy zatulił, głowę w ramiona wcisnął. - Co asindźka mówisz - przerwał - cyt! cyt! nie godzi się nawet na wiatr takiej groźby rzucać...
- Mój starosto - gorąco podchwyciła kobieta, albo nie mam świętej słuszności za sobą? Wymagają od nas wiary, niechże nam jej dochowują? Jeśli który nikczemnie zdradza, niechże się choć tai i wstyda, a nie przed całym światem srom domu roznosi? I ma mu to być przebaczonem, bezkarnem, a powróciwszy będzie mi chciał w domu rozkazywać i ja przed nim padać mam jako przed panem a małżonkiem! Niedoczekanie ich - krzyknęła Elżusia - trzeba im pokazać, że nie zawsze kobieta łzami się tylko bronić umie.
Gdy tu mówiła, poczciwy starosta z otwartemi usty stał, jakby uszom własnym nie wierząc... bladł, przestraszył się, oglądnął na Eligiego... nie wiedział co mówić na to.
- Mościa dobrodziejko, wyjąknął dobrze się namyśliwszy - jest racya... to pewna, czy tylko tym sposobem poprawicie łotra waszego, niewiem. Niezwykła to rzecz widzieć niewiasty tak mężne... a no... a no... ciarki po mnie przeszły gdym asindźki słuchał. Spojrzawszy na nią ludzie potępią Zygmusia, a posłyszawszy kto wie? gotowi powiedzieć, że z husarzem się ożeniwszy omyłką, drapnął od niego, gdy wąsy zobaczył.
Elżusia popatrzała nań, a jakby na dowód, iż husarzem nie była, rozpłakała się.
- Co tu począć? zawołała. Może byś asińdziej miał słuszność, gdyby z innym do czynienia było, a nie z tym oszalałym Zygmusiem. Łzy tu nie pomogą.
- A krucice jeszcze mniej, odparł starosta - wierz mi asindźka.
- Więc cóż? cierpliwość, ale ja jej nie mam.
- Hm! znalazłoby się coś jeszcze - odezwał starosta... tylko to nie dla asindźki...
- Cóż przecie? pytała Elżusia.
- Nie stworzona jesteś komedyą grać... co w sercu to na dłoni! a tu by trzeba właśnie tak postąpić jak w onej sztuce, którąm na teatrum widział, gdy ostatni raz król JM. był, a z nim francuzka Duparc.
- Jakże? jak? niecierpliwie domagała się Elżunia.
- Jak?... namyślając się nad stylistyką począł starosta. Rzecz się dzieje nie wiem w jakim kraju... bodaj w antypodach, bo ludzie poubierani jakem ich tu nigdzie nie widział. Mąż zdradza żonę, właśnie tak jak Zygmuś ją, dla koczkodona. Cóż ona czyni? Oto udaje też niewierną i mizdrzy się do młokosa, czem męża do desperacyi, konfuzyi zazdrości i skruchy, a finalnie do proszenia o przebaczenie przymusza.
- Nie - tego bym ja nie potrafiła - ozwała się Elżusia - a no - ponieważ dobrze mieć w zapasie broń im jedną więcej, dziękuję staroście za radę.
- Nie radzę! nie radzę, bo ślizka to rzecz - podchwycił Brzeziński - i zacnej matrony, jaką asindźka jesteś, nie godna... Nie zabrakło by jej pewnie tych, coby tę komedyą z jejmością dobrodziejką grać chcieli - ale by potem owe służki odprawić trudno.
Uśmiechnęła się Elżusia smutnie... zamilkli...
- Starosta więc niepojedziesz ze mną? zapytała.
- Chyba asindźka sobie służyć każesz - rzekł stary - dla syna nie pojadę, bo wiem że mi powróci - byle cały! Ja na to nie pomogę nic...
- Pojadę więc sama - dodała Zygmuntowa i to co najrychlej, bo mnie tu od stryja Eligi, (obróciła się do niego) nie miła spotkała wiadomość. Rachowałam na to, że mojego przerażę przybyciem niespodzianem, a pochwycę, gdy się nie będzie domyślał iż za nim gonię, tymczasem... Dziemba niegodziwy, na łeb i szyję, przodem z językiem poleciał. Znać on go był tam na straży zostawił.
Starosta i Eligi, zaczęli rękami do góry i koło głów machając, wyrażać przerażenie swe i oburzenie.
- Niepoczciwy Dziemba! krzyknął Eligi - a no - moja kochana pani - żeby on miał tam zostawiony być i o Zygmuncie co wiedział - to nie. Świadkiem byłem gdy lamentował i mam to przekonanie, że tak go będzie musiał szukać i gonić jak my, grając w ciuciubabkę. A kwestya kto go z nas prędzej dogoni!
Westchnął stryj.
- Co gorzej, rzekł powoli starosta, iż prawdopodobnie ani wasz ani mój już nie są w Dreźnie. Francuzice się porozłaziły... chcę mówić porozlatywały po świecie. Słyszę, że były w Lipsku, drudzy plotą, że do Flandryi ruszyły, a inni, że do Paryża. Nuż ci trutnie za niemi? dodał Brzeziński, to potem - per pedes i jak marnotrawni synowie odarci wracać będą musieli, jeśli ich gdzie po drodze prusacy gwałtem nie zawerbują i nie zainkorporują do gwardyi króla JMości... a z niej jak z piekła - nullo redemptio! a oba nasze chłopy jak dęby! a pruski król za takich na wagę złota płaci! i jemu to wszystko jedno, szlachcic czy nie, byle pleczysty a miał na czem dźwigać karabin. Ot co mnie przeraża...
Elżunia ciągle posępnie zamyślona, skrzywiła usta nieco.
- E! rzekła, gdyby jakich kilka miesięcy pochodzili pod muszkietami... nie zawadziłoby... a wykupić zawsze można.
- Otoż bo to, mówił dalej starosta, że pono nie zawsze można... oni się tam w wielkiego wzrostu ludziach, a potężnej siły tak kochają, iż cuda o tem prawią. Łapią ich po wszystkich drogach, kupują, zwożą... i nie ma ceny jakiej by król pruski nie dał za dorodnego grenadyera. Nasz moja mości dobrodziejko - kocha się tak samo słyszę w czerepach i garnuszkach i mówią ludzie, że z prusakiem raz taki handel zrobili; prusak dał kilka wanien porcelanowych chińskich, a sas kilkudziesiąt żołnierzy po półczwarta łokcia! Elżusia myślała, że starosta żartował, a plotka ta przecież była historycznym faktem.
Przerażało ją daleko mocniej to, że Eligi i starosta prorokowali, iż zbiegowie mogli się już nie znajdować w Dreznie, ani może w Lipsku i że za niemi gnać przyjdzie aż do Flandryi i kto wie jak daleko. Mimo to Elżusia się nie zachwiała, zdało się jej, iż stryj ze starostą w spisku będący, umyślnie ją tak przestraszał, by od dalszej powstrzymać podróży. Raz postanowiwszy pogoń, bądź co bądź zawrócić się z niej nie chciała, namarszczyła piękną twarz, podparła na białej dłoni głowę i siedziała zadumana nic nie mówiąc.
Starosta pożegnał ją i przeprowadzony przez stryja wysunął się powoli.
Drugiego dnia nie żartem już sposobiono się w drogę, stryj Eligi jeszcze bardziej sposępniał, nie żeby mu odwagi brakło, lecz że zleniwiał i na awantury oczewiste puszczać się nie miał najmniejszej ochoty. Wracał chmurny do domu, gdy w ulicy posłyszał za sobą.
- Czołem panu Okóniowi!
Obrócił się i ze zdumieniem postrzegł Seweryna Trzaskę, który na tęgim siwoszu, w pięknym rzędzie, paradował przez ulicę.
- A asindziej tu co robisz, stolnikowiczu? zapytał.
- Jak widzicie - wlokę się... utrapiony mnie gna interes.
- Dokąd?
- Niewiem jeszcze, rzekł Trzaska, przygnał mnie tu, może popędzi gdzie dalej!... a no sprawa gardłowa.
- Hę! gardłowa!! a cóż to o niej słychać nawet nie było w Czerwonej Kamienicy?
- W godzinę po waszym wyjeździe odebrałem list od referendarza... a że u mnie pali się wszystko i w sercu i w rękach, otom ci tu jest! A wy ztąd rychło?
Eligi wzdychał.
- Dziś, jutro, rzekł, gdyby mnie słuchać chciała albo Brzezińskiego, który u niej był... i gadać umiał - nawrócilibyśmy do domu... ale herod-baba uparta!
- Co asindziej mówisz! to niewiasta heroiczna! zawołał Trzaska czapkę z piórem podnosząc do góry.
Eligi nie odpowiedział nic... pokłonił się i myślał oddalić.
- Kiedyż jedziecie? spytał Trzaska.
- Jeśli nie dziś jeszcze, jutro pewnie... Czołem.
- Czołem, rzekł młodzieniec, a złóżcie tam respekt mój u nóg heroiny. To mówiąc siwosza spiął, błotem bryzgnął i - tyleście go widzieli. Eligi do gospody powróciwszy nic pilniejszego nie miał nad to, by synowicy wyspowiadać się ze spotkania z Trzaską, i opowiedzieć jej całą admiracyą jaką miał dla niej.
Znowu piękne brwi Elżusi nachmurzyły się i ściągnęły - pokiwała główką dziwnie... - Co go tu przygnało?
- Ani bym grosza nie dał, że wasze piękne oczy, rzekł stryj - jeśli się myśli za nami wlec, pięknego nam piwa nawarzy.
- Gościniec każdemu wolny - odezwała się Elżunia, ale bym mu nie życzyła nadto mi się na oczy nawijać, by odprawy nie dostał jakiej się nie spodziewa.
Z ukosa spojrzał stryj Eligi, mrucząc pod nosem - herod-baba!
A tu już tłumoki pakowano i konie kazano zaprzęgać, i Elżusia do drogi przebrana, przeze drzwi wyglądała do sieni rychłoli będzie gotowo. Spieszyła teraz bardziej jeszcze może, dowiedziawszy się o Trzasce, którego pogoń nie w smak jej poszła.
Pierwszego dnia podróży nie trafiło się nic szczególnego, kraj do koła wyglądał jakoś pusto i smutno. Mnogie wojsk pochody go zniszczyły. Widać było na pół opuszczone wioski, poobłamywane płoty, dwory odrapane, zboża w polach mizerne i bydełko zdrobniałe. Gdziekolwiek szlakiem szli sasi lub inne obce żołnierstwo, mało tam i ludzi i trzody i zapasu zostało. Gdzie nie gdzie z przed kilkoletniej wojny napotykali pobojowiska znaczne po usypanych w polu kurhanach. Na gościńcu mijali się z dworami jednych panów, którzy do Saksonii dążyli, drugich co z niej powracali. Po gospodach trudno było o miejsce, o obroki, o izbę jaką taką. Tak samo i nazajutrz stryj Eligi kłopotać się musiał, a na dobitkę nowo okute koła okazały się gorszemi od starych i obręcz jedna zaczęła się luzować tak, iż ją koniecznie na nowo przymocować należało. Kowala nie znaleźli na popasie, różnemi więc domowemi środkami lecząc chore koło, dowlekli się do miasteczka, w którem im rzemieślnika obiecywano. Pod noc już i przy zbierających się na burzę chmurach wjechali na rynek ostawiony gospodami. Na nieszczęście jarmark był w mieścinie, domy pełne, a na nocleg z obu stron od Drezna i Warszawy naściągało tyle dworów, iż gdzie tylko stryj Eligi wszedł za głowę się brał, widząc wszędzie tabory. Już był niemal nadzieję stracił żeby miejsce choć szczupłe zdobyć się dało, gdy Elżusia ulitowawszy się nad starym, sama z kolebki wysiadła. Na szczęśliwą trafiła chwilę, bo właśnie przeciw miejsca tego, wyszedł był na chmury znać patrzeć, mężczyzna dorodny z laską w ręku, któremu z obu stron dwóch suto wschodnią modą ubranych karłów towarzyszyło. Wielki musiał być pan, bo to i strój i mina i ów karli dwór dowodził. Pięknego wzrostu, postawy kształtnej, twarzy rumianej i pogodnej, w podróżnym stroju z węgierska złotem uszamerowanym obficie; nieznajomy ów gdy z chmur na ziemię rzucił okiem, postrzegł Elżusię i jakby osłupiał oczów od niej nie mogąc odciągnąć. A że tuż stryj Eligi krzątał się rozpowiadając jej o swych niefortunnych przygodach, i poznać było łatwo, że tu jakieś zachodziły trudności, pchnął karła jednego by ku niemu pana Eligiego prosił. Niezrozumiał zrazu stary czego od niego chciano, przecież ów służka złocisty nie dał mu się namyślać - zbliżył się więc ku stojącemu jegomości z pokłonem.
- Przepraszam asindzieja - zawołał pan - nie byłbym inkomodował, a no tej pięknej pani niechciałem być natrętnym. Widzę żeście państwo w kłopocie - jam tu dworem moim całą gospodę zajął - czem służyć mogę? Jestem wojewoda inowrocławski. I rzucił nazwisko.
Pan Eligi wielce szanujący dostojników, pokłonił się do kolan.
- Mości wojewodo, rzekł nie mamy kąta z synowicą moją - a tu burza nadchodzi, karczmy wszystkie zajęte.
- Hej! ozwał się wojewoda do karła - wołaj mi Rzesińskiego a żywo!
Wypadł na te słowa drab okrutny w mundurze jakimś od pętlic i szarfów tak złotych jak samego wojewody.
- Słyszysz Rzesiński, zakomenderował wojewoda, moich koni połowę i ludzi do tej karczmy co z brzegu wprowadzić, a żyda z bebechami wyrzucić precz, ci państwo tu staną pod opieką moją. Stancyę waćpan obmyślisz.
To powiedziawszy grzeczny wojewoda rękę niosąc do czapki zbliżył się do Elżuni, znać w nim było Augustowego dworaka, nawykłego piękności hołd składać, choćby do krzesła senatorskiego prawa nie miała.
- Piękna pani odezwał się - chociaż znać jej nie mam jeszcze zaszczytu - dosyć mi było spojrzeć na nią, ażeby pragnąć jej służyć. Niegodzi się by takiej urody i dystrakcyi osoba szukała schronienia, które się samo przed nią, na jej skinienie otworzyć powinno. Rozkazałem dom zajęty przezemnie oczyścić i proszę byś w nim gościnę przyjąć raczyła.
Skłonił się chcąc jej podać rękę. Elżunia odkłoniła mu się wprawdzie i uśmiechnęła, lecz od ręki wyśliznąwszy, odpowiedziała śmiało:
- Dziękuję panu wojewodzie... gościnę przyjąć jestem zmuszona, a jeśli kiedy szczęśliwy traf zaniesie w nasze strony, Elżbieta Piętkowa rada będzie we własnym domu odwdzięczyć serdecznem przyjęciem.
- Acani dobrodziejka jakich jesteś Piętków? czy ci co się Ślepowronem pieczętują? a z domu, jeśli wolno spytać? odezwał się wojewoda.
- Z domu jestem Okóniowna Pieńkowska, a Piętkowie Oczkowicze istotnie Ślepowron w klejnocie noszą! odparła śmiało Elżusia wciąż postępując ku gospodzie.
- Rodziny mi obie znane, choć nie z moich stron, rzekł wojewoda - stara szlachta oba rody! a to i bez legitymacyi z twarzy acani dobrodziejki wyczytać się dało, bo na królowę wyglądasz!
Nadto był grzeczny pan wojewoda. Elżusia rumieniła się - lecz nie gniewała może. Pomyślała tylko: - A ten łotr mnie dla malowanej starej francuzicy odbiegł!
Weszli do gospody gdy grzmieć już dobrze zaczynało i błyskawice po niebie zwijały się gospodarząc pośpiesznie. Równie znać prędko Rzesiński się uwinął, bo izba piękna stała otworem dla jejmości i konie drugiemi wrotami wyprowadzano, aby kolebka zaraz, unikając ulewy, wtoczyć się mogła.
Wojewoda do progu odprowadziwszy panią skłonił się, rękę jej pocałował, bo mu jej odmówić nie mogła, a sam ująwszy Eligiego do drugiej izby przeszedł. Karły za niemi szły w ślad.
- Niechże i asindzieja poznam, odezwał się do stryja.
- Jestem Eligi Okóń Pienkowski, rodzony ojca pani Piętkowej, który jej w podróży towarzyszę.
- Dokąd że?
- Do Drezna jedziemy.
- A to chyba króla jegomości od Denhofowej odsadzać! zawołał wojewoda, bo jak tę piękność zobaczy, i o Cosel i o Königsmark i o księżnie Teszeńskiej i o ostatniej zapomni, zaśmiał się wojewoda.
- Wolne żarty! panie wojewodo - moja synowica wcale tego na myśli nie ma. My ludzie starego autoramentu, a Elżusia moja skromne dziecko.
- Czemuż jej maski na twarz nie włożycie, ciągle żartobliwie mówił wojewoda - by najcnotliwszą była ludziom szkodliwszą być musi, bo niezwyciężonej jest piękności niewiastą.
- Jeśli mam prawdę rzec - szepnął stryj, ona piękność to jeszcze najmniejszy z tych przymiotów, któremi Bóg obdarzyć ją raczył, bo i głowa i rozum i serce, kto ją pozna z blizka, o twarzy zapomnieć każą.
Stryj znać pod wpływem wymowy wojewodzińskiej zdobył się na tak piękną pochwałę i uradowany sobą, dokończywszy odpoczął.
- Bardzo wierzę co mi asindziej mówisz, bo to wszystko sama twarz wyraża - dodał wojewoda. Jeśli też zapytać wolno, co ją do Drezna prowadzi?
Stryj Eligi, jakkolwiek gadatliwy i wielce szanujący senatorską godność pytającego, zmięszał się tem pytaniem. Nie miał prawa synowicy z sekretu wydawać.
- Delikatnej natury, nader delikatnej natury interes, mruknął spuszczając oczy, i raczysz mnie pan wojewoda uwolnić, jeśli być może, od odpowiedzi.
- A zatem, śmiejąc się rzekł pan i poklepał po ramieniu Eligiego - zatem przysięgam, że amor gra w tem jakąś rolę. Nie może to być - by się ta natrętna mucha około tego cukru nie kręciła!!!
- Hm, bąknął stryj - ja nic powiedzieć nie mogę.
- Panie Okóń, przerwał wojewoda - jadę też ja do Drezna, to się dowiem! tajemnica się przedemną nie utai żadna.
- Ani bym ja śmiał tak łaskawemu na nas panu a dobrodziejowi, i tak dostojnemu senatorowi tajemnicę czynić z czego, gdyby o mnie szło... a z moją synowicą, przyznam się panu wojewodzie - niebezpieczna sprawa, gdybym się źle znalazł.
- Cóż tedy? co? jakaby asindzieja kara spotkała? zaśmiał się wojewoda.
- To tylko wiem, że narazić się na nię nie ważę, bo kobieta jak piękna tak popędliwa i gwałtowna.
Wygadał się już nieco stryj Eligi.
- Doprawdy! proszę! rzekł wojewoda - a i to jej z oczów patrzy. A no w niewieście jak w koniu arabskim ogień wielki znaczy krew szlachetną. Ale to wszystko mocno moją obudzą ciekawość.
W chwili gdy to mówił, wojewoda stojąc z karłami i panem Eligim po środku sieni karczemnej, błysnęło straszliwie, a w tejże chwili trzask jakby się już karczma waliła, zagłuszył mówiących i swąd siarczysty dał się słyszeć. Wojewoda przeżegnał się, co też uczynili wszyscy przytomni, karły na kolana popadały. W tem naprzeciwko buchnął z domostwa sąsiedniego płomień, a krzyk i wrzaski napełniły rynek i dom cały. Przestrach ogarnął wszystkich.
- Pali się! Ogień! Ratujcie! wołali ze wsząd i biegali bezprzytomni.
Z izby swej wybiegła też Elżusia zobaczyć czy się co stryjowi lub ludziom nie stało. Wojewoda, który stał spokojnie, posunął się ku niej, mimo zamętu ogólnego nie zapominając o obowiązkach grzeczności.
- Uspokój się acani dobrodziejko - rzekł, my tu wszyscy na straży stojemy, a ognia do nas ludzie moi nie dopuszczą. W każdym razie nad jej bezpieczeństwem czuwać będziemy.
Elżusia dziękowała, wojewoda jak w obraz się w nią wpatrywał. Wybiegając zrzuciła była płaszczyk z ramion, kibić jej jeszcze się piękniej rysowała w sukni obcisłej, a zarazem owe kruciczki, które na sznurze uczepione w kieszonkach miała, zdradziły się rączkami, które z nich wyglądały. Wojewoda je dostrzegł i zdumiał się.
- Na Boga żywego! zawołał - a cóż to asińdźka zbrojno jeździsz jak widzę i na siebie więcej niż na orszak swój rachujesz? Cóż znaczy ta broń?
Elżusia zarumieniła się mocno.
- Panie wojewodo, rzekła, wiem że ta broń w ręku kobiety wydać się może dziwną, alem ja nawykła i sama sobie rady dawać i liczyć tylko na siebie!
- Na Boga żywego! Cudowną mi pani jesteś z temi pistoletami. O jednej tylko słyszałem, która z niemi jeździła - ale niech Bóg uchowa bym jej imię wspomniał przy pani!
Ponieważ ogień gaszono, a w części i ogromna ulewa go stłumiła, burza zaś ustawała i niebezpieczeństwo nie groziło, Piętkowa skłoniwszy się uszła do swej izby co prędzej. Chciał za nią stryj, lecz go powagą swą wojewoda zatrzymał.
- Słówko, mój łaskawco - rzekł - chodź do mnie. Widzę, że kucharz wieczerzę już dawać każe, asindziej musisz ją ze mną jeść, to nic nie pomoże, a pani Piętkowej ja ją poślę i gdy przyjęła gospodę u mnie, chleb też mój raczy przyjąć.
Tak się i stało. Poszedł pan Eligi na wieczerzę, przy której i kieliszek wina się znalazł, a dolewał pan wojewoda obficie, chcąc znać w dobry humor wprawić gościa, żeby mu się łacniej wygadał z czem jadą. Ujęty przyjęciem i wielkim faworem dygnitarza, pan Eligi w końcu sub rosa, zakląwszy, aby to między niemi zostało - wszystko wyśpiewał. Chciwego miał słuchacza w gospodarzu, który się śmiał i coraz wykrzykiwał z podziwu nad jędrnym charakterem niewiasty.
Gdy skończył stryj, wojewoda się zadumał.
- Ciekawym, rzekł, jak się ta historya rozwiąże. Volens nolens, jadę w tropy za wami, spodziewam się tedy, iż się w Dreznie zobaczymy i że mnie asindziej odwiedzić raczysz. Tym czasem piję za zdrowie pięknej synowicy waszej i sukurs jej podróży. W żadnym razie żałować nie będzie, że ją przedsięwzięła, bo gdyby męża nie znalazła, adoratorów natomiast kopami liczyć będzie. Gdyby się na dworze pokazała a! no, nie ręczyłbym i za króla jegomości, choć nam trochę ociężał. Mogłaby Denhofowej niechcący stołka przystawić.
Domawiał tych słów pan wojewoda, gdy Eligi, który był wstał i na dymiące szczęty spalonej od piorunów karczmy poglądał, otoczonej ludu tłumem - aż krzyknął czegoś z podziwu.
- Co tam waszmość zobaczyłeś! spytał wojewoda.
- Nic tak osobliwego - ale znajomego tylko, któregom się tu widzieć nie spodziewał. Muszę zobaczyć co tu go przyniosło.
Puścił go tedy gościnny wojewoda. Przed gospodą stał z ludźmi swemi pan Seweryn Trzaska i rozglądał się gdzie zajechać.
- A pan tu co robisz? podbiegłszy spytał Eligi - w Imię Ojca!
- Jak mnie widzisz w kłopocie jestem, obojętnie odparł Trzaska - referendarz wysyła mnie do Drezna, muszę jechać chociem się w drogę nie wybrał. Sprawa gardłowa.
Dziwnie nań popatrzał Eligi.
- Osobliwsza rzecz - dodał, że się tak spotykamy, rzekłby kto, że stolnikowicz w tropy nasze podążasz.
Trzaska ramionami ruszył.
- Co się wam śni - jadę bo muszę! Ale ponieważ znowu się zetknęliśmy - jakże tam piękna heroina nasza?
- Cóż? zdrowa i spokojna, rzekł stryj, mniej ją bodaj podróż męczy, a sprawa kłopocze niżeli mnie! Ale waszmość musisz gospody szukać.
- A tu kto z wami?
- Wojewoda inowrocławski.
- Miejsca nie ma?
- Ani kęska...
- Kiedyż jedziecie dalej?
- Jutro do dnia, jeśli koło nam przyklepią.
Odszedł pan Eligi, ale zafrasowany udał się zaraz do synowicy. Wszedłszy obejrzał się, potarł podgoloną czuprynę i ręce załamał.
- Widzisz asińdźka, moja złota Elżuniu, co to za bieda młodej kobiecie wybrać się na takie azardy! Co krok to nowe kłopoty.
- Jakież? kochany stryju? przecież jam nie winna że piorun trzasł w karczmę!
- Ale oto wojewoda się gorzej od karczmy do asińdźki zapalił! a tu i Trzaskę licho niesie.
- Jak to? Trzaskę? gdzie?
- A jest tu, plecie że go jakiś referendarz do Saksonii wyprawił! Jaka to prawda... On się od Czerwonej Kamienicy za waćpanią wlecze!
Elżusia ruszyła ramionami niecierpliwie.
- Zabronić mu trudno jechać tą co i my drogą, rzekła - ale się myli jeśli myśli, że w podróży znajomość zawiąże. Źle trafił i płochy człek, widzę, nie wiele mam dlań szacunku.
Zastanowiła się nieco.
- Kochany stryju, rzekła - jest na to wszystko rada. Nic nie trzeba ichmościom mówić kiedy my jedziemy. Niech koło klepią jutro cały dzień, posiedziemy tu, ci pojadą przodem i tak się zgubiemy. Juścić niemogą chcieć mi towarzyszyć, bo ja na to nie pozwolę, a który by probował, będę wiedziała jak się z nim mam rozprawić.
Powiedziała to takim głosem i z taką odwagą, że pan Eligi osłupiał.
- Ale - Elżusiu kochanie - pana wojewody asińdźka potrzebować możesz! Kto wie co się stanie, ten pan wiele znaczy u dworu!
- Ja z dworem do czynienia mieć nie będę! odparła kobieta.
- Któż to może wiedzieć - mruknął stryj - te diablice na jurgielcie są dworskim. Kto wie gdzie Zygmuś, może opieki prawa wzywać przyjdzie.
Elżusia się rozśmiała.
- Ja prawa innego nad moje własne nie znam i to mi starczy. Tylko proszę o wyjeździe nie wspominać nic, a puścić ich przodem.
- Tak, - jeśli się to uda! dodał Eligi.
- I kochany stryj - bądź łaskaw gdy spytają, o niczem niewiedzieć.
- Zapewne i to się rozumie - rzekł Eligi - tylko, że Trzaska to desperat jakiś!
- My o nim i wiedzieć nie powinniśmy! przerwała Elżunia - co nam do niego, a jemu do nas!
Po burzliwym wieczorze, noc jakoś przeszła spokojnie, powietrze znacznie ochłodło, a ranek zwiastował się nader piękny. O świcie ludzie wojewodzińscy do podróży się zaczęli sztyftować korzystając z chłodku. Gdy Eligi wyszedł do sieni, znalazł tu i wojewodę z karłami, już ubranego, który ujrzawszy go odezwał się głośno.
- Polewka winna na jegomości czeka! a co tak z jazdą marudzicie? u was widzę nic nie gotowo.
- Stopki całuję, wojewody - skłonił się pan Eligi - będziemy i my niebawem gotowi, ale to z kobietami wiadomo - zawsze się powolniej guzdrze. My nagoniemy.
- A no, bo ja jechać muszę - rzekł wojewoda - gorąco we dnie straszne, lepiej w chłodku przestać.
Wypiwszy polewkę na prędce, submitował się pan Eligi, do kolasy odprowadził senatora, karły posiadały z boku na drążkach i cała procesya powozów, konnych, wozów, koczych ruszyła pompatycznie z miasteczka. Pan Eligi odetchnął wolniej, gdy oto - z drugiej strony patrzy, w rannym łosiowym kaftanie, stoi Trzaska w drzwiach drugiej gospody.
- Czołem! dzień dobry!
- Do nóżek upadam.
- A cóż jedziecie?
- Tak! tak! jedziemy, ale gdy się jejmość ubierze.
- Nie pojechalibyśmy to razem? byłoby weselej.
Eligiemu zrobiło się markotno, przypadł do ucha natrętowi.
- Jedźcie przodem! baba czegoś w złym sosie, lepiej się jej nie nastręczać. Jedźcie przodem - nagoniemy.
Trzaska zamilkł i pochmurniał, postał chwilę we drzwiach, popatrzał i huknął na służbę - konie kulbaczyć! w drogę!
Aż się lżej zrobiło stryjowi gdy zobaczył i ten drugi orszak oddalający się gościńcem i ręce złożył. - Chwała Opatrzności, rzekł w duchu - otożeśmy się ich pozbyli. Teraz do jutra trzeba szabasować w miasteczku, boć tak długo oni stać nie będą i pogubiemy ich - co daj Boże.
Lecz z temi rachubami, choćby nawet i na dnie podróży - nie zawsze człowiek tak wychodzi jakby sobie życzył. Chłop strzela, Pan Bóg kule nosi.
Zabrali się tedy na cały dzień spoczywać, czemu konie rade były, a pani Zygmuntowa nie wiedziała wcale, że sobie tem gorszego piwa nawarzy.
W onym czasie, gdy p. Zygmunt Piętka poczynał się starać o Elżunię, już przy niej zastał smalącego siarczyście cholewy niejakiego Gracyana Borodzicza. Borodziczowie mieli wioskę około Okóniów; mieszkali w Wiązówce - o trzy ćwierci mili od Wólki. W owych czasach żył jeszcze ojciec Gracyana, pan Filip Borodzicz, były rotmistrz kawaleryi narodowej, słynny rębacz, gaduła i bibuła. Syn do niego wcale nie był podobny, chyba z twarzy i postawy. Mężczyzna nie piękny, to prawda, ale dorodny, zdrów, silny, twarzy marsowej i męztwa takiego, że się niczego w świecie nie uląkł. Szedł bez namysłu z szablą jeden na dziesięciu, a pistolety do siebie wymierzone za lufy łapał. Wymowę miał trudną, mówił też niewiele, ale na słowo jego liczyć było można. Zakochał się był Borodzicz w pannie i attentował z pozwoleniem rodziców, gdy się Zygmuś zjawił i zaraz go odsadził. Borodzicz pannę widząc za nim odstąpił, ale jak się kochał tak ze swem kochaniem pozostał. Chcieli mu pp. Okóniowie drugą swatać - podziękował. Smutny a wierny swemu pierwszemu uczuciu - zaklął się, iż nigdy w życiu się nie ożeni, a Elżuni poprzysiągł wierność do śmierci. Śmiano się z tego, dawał się śmiać, ani się taił.
- A co to jej szkodzić ma, że ja ją kocham. Zdaleka i słońce kochać wolno.
Znano go z tej passyi, Zygmunt sam czasem sobie z kawalera żony swej żartował, ona nie... Otwarcie powiadała, iż miała dlań szacunek i przyjaźń. A Zygmuś ją bystrością znać dowcipu i układną postawą obałamucił, bo inaczej byłaby pewnie poszła za Borodzicza.
Gdy się ta nieszczęsna przygoda trafiła z Zygmuntem, Borodzicza nie było doma, jeździł do krewnych kędyś daleko. Dopiero wróciwszy dowiedział się o wszystkiem. Pierwszego tedy dnia nie spoczywając, do Okóniów pojechał.
Zastał tam łzy i niepokój i wiadomość o podróży Elżusi z panem Eligim. Stryja znał dobrze, a wydało mu się, że dla towarzyszenia młodej kobiecie w daleką drogę źle był dobrany - to go zasmuciło bardzo. Nie mniej myśl iż rzucona bez opieki w świat nieznany, wiele przecierpieć musi.
Nie mówił jednak Okóniom nic, pochodził z niemi, postękał i do domu powrócił. Tegoż wieczora dla zasięgnięcia języka do Mioduszewskiego pojechał. Oba oni jednakiemi byli adoratorami pięknej Elżusi i nawzajem się też wielce kochali. Ledwie Borodzicz z konia pośpiał zsiąść, już go stary Mioduszewski witał.
- A co! bratku! nie ma królowej naszej nie ma!
- Jać to za tem do waści na radę przybyłem, ściskając go odparł Borodzicz - nie dosyć że pojechała nieopatrznie w cudzy kraj, ale kogoż wzięła z sobą, hm...
- Rozgotowaną sztuka mięsę! zawołał Mioduszewski, bo to kruche jak ona a nie posilne. Niech mnie wezmą! pojechał Eligi.
- Otóż to jest! rzekł Borodzicz - ale gadaj no jegomość więcej! Jak? co? ja nic nie wiem.
- Co mam mówić? Znacie królowę naszą, zaczął Mioduszewski podnosząc ręce - to kobieta jakich nie ma. Powiedziała sobie że pojedzie za nim i ruszyła jak z procy, żadną siłą jej powstrzymać nie było podobna. A po co pojechała? zarznij mnie to ci nie powiem! Eligi mówi, że mu obiecała w łeb strzelić - no - ale tego nie uczyni... żeby mu tam w oczy napluć i zawstydzić, przyznam się tyle fatygi nie było warto! żeby go tu nazad przyciągnąć? - wszak ci i sam ogoliwszy się przybędzie pewnie. Summa summarum, królowa nasza z wielkiego gniewu, bodaj czy nie bąka ucięła, którego sama potem żałować może. Niech mnie wezmą!
- A może! westchnął Borodzicz - i w dodatku Eligi!!
- Dobre człeczysko, ale co po nim! zawołał Mioduszewski.
- Hm! mruknął przechadzając się Borodzicz, to źle jest - źle... a rodzice ją tak puścili!
- Któż ją strzyma? odparł gospodarz, gdy czego chce - to być musi, a gdy się pogniewa, żadna siła jej nie zmoże.
- Hej! hej! uśmiechnął się Borodzicz, ręce ogromne gdyby łapy niedźwiedzie składając jak do modlitwy - hej! hej! to musiała być piękna gdy się tu gniewała!!
Aż westchnął z piersi całej - ona bo czy się gniewa, czy się uśmiecha - czy smutna to coraz inaczej, a piękna... kroć sto tysięcy... zarwał - Mioduszewski uściskał go.
- Prawda! prawda! to jest mosanie piękność nad pięknościami, to jest - kobieta jakiej drugiej nie ma pod słońcem... niech mnie wezmą.
- Nie ma pod słońcem! powtórzył Borodzicz i począł znowu chodzić po izbie jak zwierz po klatce.
- Wiesz acan co? wiesz co? mnie się zdaje - dodał - tak ją opuścić, zdać na łaskę Opatrzności z tym Eligim, - ciemięgą - to się nie godzi. Za późno się dowiedziałem o wyjeździe - a no - a no - wiecie co, Mioduszewski?
- A co? a co?
- Ja za nią pojadę! Ona o tem i wiedzieć nie ma, i nikt oprócz was - będę z za węgła naglądał. Ot! a co wy na to?
- Hm! westchnął drugi - żeby ona mi była gospodarstwa nie zdała, ja bym toż samo zrobił - niech mnie wezmą!
- Ale żywej duszy ani mrumru! dodał Borodzicz - chciałem wiedzieć co wy powiecie - teraz bywajcie zdrowi - ja dziś nocą już będę na gościńcu.
- E?? e? spytał Mioduszewski - na prawdę!
- Jak mi Bóg miły! bywaj zdrów.
Uścisnęli się. - Tegoż dnia ruszył Borodzicz, a dobrawszy i konie i ludzi, niezatrzymując się nigdzie, poparł tak, że tego dnia gdy koło reperowano w miasteczku, stanął w niem na popas.
Rzeczywiście koło było oddawna gotowe, konie się tylko wylegiwały, ludzie chrapali, Elżusia zadumana siedziała w okienku, a stryj Eligi który się strasznie nudził, po pustym rynku miasteczka chodził z rękami w kieszeniach, jakby po swym własnym toku. Dwie kozy żydowskie i chuda krowa, żywiące się resztkami wczorajszego jarmarku, dotrzymywały mu towarzystwa. Spacerował tak sobie zdjąwszy nawet pasa, aby mu wolno było, gdy na zawrocie nos w nos... z konnym jakimś się zetknął i aż cofnął.
- Wszelki duch Pana Boga chwali! Borodzicz! a ty tu co robisz?
Nieszczęśliwy pan Gracyan, który się tu jeszcze podobnego spotkania wcale spodziewać nie mógł - a nie był do niego przygotowany - oniemiał. Szyk, pyk - co tu powiedzieć?
Zaczął się kłaniać i uśmiechać, myśląc tymczasem jak się wykłamać. Innemu by to może łatwo przyszło, ale Borodzicz nie miał najmniejszej wprawy, nie trafiło mu się dwa razy w życiu wyłgiwać. Łykał więc wyrazy, śmiał się, wąsa kręcił, a myślał: - Co ja tu jemu nieszczęśliwy powiem?
Niechciał się wcale przyznać, że gonił za niemi, ani nawet się im pokazać. Wypytywał po drodze kiedy jechali i był pewnym, że go o cały popas, co najmniej wyprzedzają. Tym czasem zatrzymanie się w miasteczku było powodem, że się tak niespodzianie zetknęli.
- Cóż ty tu robisz? zapytał się Eligi.
- Ja? co ja tu robię - mówił Gracyan przeciągając dla namyślenia się - w istocie panu się zdawać może dziwnem co ja tu robię, nieprawdaż? ha! a ja też nie mogę się wydziwić jakim trafem tu pana spotykam?
- Czyś waćpan w domu był? spytał stryj.
- Kiedy?
- A no teraz w Wiązówce byłeś?
- Jakto?
- Z tamtąd jedziesz?
Borodzicz zmiarkował, że się jednem kłamstwem śmiałem uratuje.
- Ja? ja jadę od familii. Cztery tygodnie jak nie byłem w domu.
- Nic nie wiesz?
- A cóż mam wiedzieć!
Stryj Eligi odetchnął. Nic nie wiesz? Zygmuś uciekł z diablicą, a my z Elżusią za nim goniemy! Ona tu jest.
- Tu jest? zawołał niby dziwiąc się Gracyan.
- Tu! i stryj wskazał na gospodę.
Duch wstąpił w Borodzicza.
- Otóż, rzekł, szczęśliwy trafunek mnie tu sprowadza.
- Bardzo szczęśliwy... chodź do Elżusi, będzie ci rada, bo to ty stary adorator, stary adorator! śmiejąc się, dodał stryj.
Borodzicz z razu się opierał, potem otrząsnąwszy z pyłu, za stryjem pociągnął. A już Elżusia go z okna dostrzegła i zarumieniła się zobaczywszy, bo się jej zdało, że i ten może za nią goni - obiecała go sobie surowo przyjąć i odprawić, bo z nim jako z najwierniejszym sługą nie robiła ceremonii.
Gdy się stryj w progu pokazał, po twarzy poznał, że synowica była gniewna - bo się jej wówczas ciemne brwi schodziły prawie i pręga występowała na czole.
A pan tu co robisz! zawołała na Borodzicza zobaczywszy go i nie czekając aż ją pozdrowi.
- Istny przypadek, miłościwa pani! jadę od familii, cztery czy pięć tygodni jak nie byłem w domu.
To rozbroiło Elżunię, uśmiechnęła się.
- Dowiaduję się od pana Eligiego, że państwo w podróży jesteście i to jeszcze tak dalekiej, tak smutnej.
- Siadaj panie Gracyanie, swobodnie zaczęła Elżusia - podróż to nie straszna, a bardzo się smucić nie mam czego! chcę ratować człowieka, który rozum stracił. Znaleźć go muszę, poprobuję ocalić, a nie!.. Machnęła ręką.
- To co? szepnął Borodzicz.
- To wrócę do domu i - obejdę się bez trutnia, ale gdy on przyjedzie, może mnie nie zastanie. Ja się ani podróży ani jego nie lękam.
- Herod-baba! szepnął stryj - ona się nie lęka, a ja się lękam!
Borodzicz milczał. Elżunia chodziła po izdebce dosyć raźnie, wziąwszy się w boki, a tak jej w podróżnej katance było pięknie aż miło spojrzeć - pasł też oczy nieszczęśliwy Gracyan i wzdychał. Jakoś go to wszystko tak nagle a niespodzianie pochwyciło, że się na żadną przytomną odpowiedź nie przygotował, i gdy go Elżunia nagle zagadnęła - A pan dokąd jedziesz?
Stropił się i zmięszał, niewiedząc co odpowiedzieć. Po długiem milczeniu powtórzyła mu: - Waćpan dokąd jedziesz?
Co tu było orzec? głowa pękała, kłamstwo go każde niesłychanie kosztowało. W tej chwili gdy łykał niedojrzałe wyrazy, których powiedzieć nie śmiał jakby mu kto szepnął na ucho: - Na Szlązk woły kupować.
- Na miłego Boga! rozśmiała się kobieta - a toż z waści gospodarz! Przecież od nas je tam wodzą sprzedawać?
- Hm! nie wiem! rzekł zafrasowany Borodzicz... nie wiem, bo mnie powiedziano, że takiego bydła jak na Szląsku u nas nie widziano.
Coś to tak kłamstwem pachniało, że Elżusia głową strasznie trząść zaczęła.
- Może i pan za jakim koczkodonem gonisz! rozśmiała się - bo się przyznać lękasz! wszak ci to chodzi po was.
- Ino nie po mnie - zawołał Borodzicz z oburzeniem, to się po Borodziczu nie okaże.
Tak jakoś rozmowa drażliwa się skończyła; biedny Gracyan stał a patrzał, czując że swą panią nie rychło znów zobaczy.
- Pewnie panu do tych szlązkich wołów pilno - rzekła filuternie trochę Elżusia, ruszaj że szczęśliwie nie wstrzymujemy, my tu jeszcze nocować będziemy.
Skłoniła mu się, wyszedł rad nie rad, a stryj Eligi za nim. Ale mało co już mówili, bo Gracyan do rozmowy skorym nie był, stryj ponuro chodził, wreszcie namyśleć się należało co tu począć. Pożegnali się w rynku, Borodzicz schronił się do żydowskiej izby, gdzie sobie jajecznicę zadysponował. Zastygła wszakże ta podróżna potrawa, a jeszcze chodził i dumał a przemyślał co miał z nieszczęsną swą figurą uczynić, aby nie narzucać się kobiecie, a na straży jej pozostać. Po długich rachubach postanowił ruszyć przodem i wyczekawszy gdzieś, aby go minęła, później za nią nieznacznie podążać.
Gdy się to dzieje, na gościńcu dobrze przodem przed wszystkimi poleciał Juliusz Dziemba z tą informacyą, aby sobie gospody szukał pod "Polskim Trębaczem," kędy pocztylioni stawać nawykli, co z listami extra do króla posyłani byli. Dobił się do stolicy właśnie w taką nieszczęśliwą porę, gdy z Niemiec różnych książąt, z całego świata podróżnych moc się była wielka zbiegła do stolicy, w nadziei jakichś uczt i uroczystości nadzwyczajnych. Po niemiecku nie wiele rozumiejąc, a ufając temu, że tam siła swoich znajdzie, Dziemba dotarł do nowego miasta (dziś się ono starem nazywa na odwrót), a że w ulicach był i jezdnych i powozów i lektyk i pieszych tłok nadzwyczajny, utonął w tłumie sam już nie wiedząc co począć. Szczęściem pacholika z podgoloną głową, gąsiorek pod pachą niosącego, zobaczył.
- Na miłość bożą - chłopcze - zawołał po polsku do niego - ratuj ziomka, a powiedz mi gdzie ja się tu mam podziać?
Chłopiec zęby białe pokazał: - A wy to zkąd?
- A no, widzicie po mowie! wśród tego szwargotu - obałwaniałem, nic nie rozumiem. Prowadźcie mnie do jakiej gospody, gdzieby się można ludzkim rozmówić językiem.
Chłopiec mu wciąż w oczy patrząc śmiał się.
- A to wy myślicie - rzekł, że wy tu kąt znajdziecie gdzie? ale! ale! wszystko zapchane.
- Gdzież gospoda pod Trębaczem?
- Ja cię do niej zawiodę, a co po tem? tam kąta nie ma.
Poszli tedy przeciskając się, chłopiec z gąsiorkiem przodem, ten konia za sobą wlokąc za nim. Tymczasem w tłumie ktoś miłosierny, żeby szkapa zbyt wielkiego nie dźwigała ciężaru, troki poobcinał i tłomoczek przygarnął. Dziemba nie rychło się opatrzył. Przybyli pod Trębacza... dziedziniec pełny, do stajni ani się docisnąć, gawiedzi wszelakiej jak mrowia... kiedy spojrzy, aż z za wrot blada twarz Janka woźnicy pana Zygmunta patrzy, ale tak smutno jakby po tygodniu postu. Rzucił się tedy ku niemu chłopca zabywszy: - Chwalić Boga! jest pan?
- Albo ja wiem! ziewając syknął Janek.
- Jakże nie wiesz?
- Co mam wiedzieć! Pięć dni jakeśmy go nie widzieli - gdyby w wodę wpadł. Gospodarz obroku i strawy nam już dawać nie chce, konie żłoby gryzą, my chleb suchy, a pana ani widu ani słychu.
- A gdzież go szukać?
- Albo ja ta wiem gdzie? odparł Janek, jak się kropnął raz ztąd, tyle go oczy widziały. Nam tu chyba z głodu przyjdzie pozdychać!
Co człowiek klnie i łaje - oni nie rozumieją nic... jak groch na ścianę... nawet nie ma tej pociechy, żeby się z którym poczubić.
- Przecież pan w mieście jest?
- Abo ja wiem czy on jeszcze na świecie! obojętnie głodny Janek wyśpiewał.
Obejrzeli się w dodatku do wszystkiego, że z trok tłomoczek zniknął Dziembie, którego całe mienie w nim było, aż się na płacz zbierało. Siadł przy Janku na kamiennym słupku i we dwóch zaczęli litanię klątw na Niemców, przyczem może się co komu więcej dostało. Już było z południa, postawił konia Dziemba, a że szczęściem trzosik chudy miał w kieszeni, poszedł Janka nakarmić i sam coś zjeść na miasto. Posilili się oba kiełbaskami, a że o konie w gospodzie byli bezpieczni, bo wyrostek przy nich został, Dziemba poprosił Janka, aby go trochę oprowadził.
Na Zygmunta musieli czekać zlitowania bożego - by ono im go dało w ręce, nie wiedzieli wcale i nie mieli pojęcia gdzie go szukać. Przewlekli się tak po rynku pełnym jeszcze, przez zamkową ulicę, zajrzeli w bramę, wyszli ku mostowi, wszędzie ścisk znajdując ogromny i ledwie mogąc wyminąć między końmi, wozami, lektykami i ciżbą. Około zamku dostali od halabardnika sążnistego po plecach, aby prędzej z drogi schodzili, i uznojeni wrócili pod Trębacza. Dziemba tylko trochę się obeznawszy z ulicami, na jutro wyprawę odkładał.
Drugiego dnia gdy się na słomie w stajni przespawszy obudził Juliusz, chciało mu się płakać, po co on tu z wielkiej gorliwości zapędził się za owym panem, który mu tu tak mógł dać zdechnąć jak swoim koniom i sługom. Zwlókł się nieboraczysko na mszę do kapliczki, którą mu ukazano, potem wędrował po ulicach i zjadł znowu parę kiełbasek popiwszy je wódką, potem już nie wiedział co robić... gdy - a było dobrze z południa - przechodząc rynkiem starym, zapatrzył się w okno. W oknie stała bardzo pięknie wystrojona niewiasta z wachlarzem, i śmiejąc się do rozpuku, ręką i rękawiczką dawała mu znaki, aby wszedł. Dziemba obejrzał się naprzód czy to się do kogo innego nie stosuje, lecz zaprosiny te widocznie były dla niego. Zawahał się - piękna twarzyczka ze śmiechem, którego utulić nie mogła, ciągle gwałtownie mu ukazywała, ażeby szedł na górę. Zbliżył się do okna zdumiony, osoba była zupełnie nieznajoma, a z ust jej szybko raz po raz zaczęło się sypać:
- Siemba! Siemba! Siemba!
Nie było więc wątpliwości, że nie kogo innego tylko jego wołano. Acz nadzwyczaj skłopotany, pomyślał, że szlachcicowi nie wypadało nie wiedzieć czego się ulęknąć i śmiało wszedł do kamienicy.
Wschody były przyciemne, lecz ledwie się na nie wdrapywać począł, w górze otworzyły się drzwi, usłyszał czyjś zmieniony głos - Dziemba! i pośpieszył nań. Drzwi zastał na rozcież odemknięte, z obu ich stron stały dwie kobiety bardzo przystrojone całe we wstążkach i kokardach, uróżowane, ubielone, trzewiczki na korkach, ręce po łokcie obnażone, w gorsecikach jakichś jak w pudełkach, a do gorsu postrojone, na głowach upudrowane dwie piramidy z kwiatami tak misternie fryzowane ujrzał, iż osłupiały stanął. Kobiety śmiejąc się wciąż go do środka wzywały.. ale nie mówiły nic, gestami tylko pokoje dalsze pokazywały. Cóż było robić? Mimo że sobie widocznie drwiono z niego, posunął się dalej.
Pierwszy pokój był pięknie przystrojony, meble złocone z jedwabnemi przykryciami, zwierciadła w porcelanowych ramach, pająk od sufitu jakby cały z kwiatów i ptaszków ulepiony, ale w nim... nikogo. Dziemba znalazł się sam jeden i nie wiedział co myśleć. Drzwi do drugiego pokoju stały otworem, zajrzał doń. Drugi był jeszcze wytworniejszy. Ściany w nim całe lśniły od jedwabiów. Stolik przed kanapką wysadzany był z marmurów, posadzka wyglądała jak szkatułka cała w kostki i floresy. W rogach na kolumnach wazony malowane dźwigały snopy kwiatów, których woń rozchodziła się w powietrzu. Żywej duszy i tutaj. Dziemba szedł powoli, lecz coraz śmielej. Co to wszystko miało znaczyć? Z pokoju tego ostrożnie wyglądając, dostrzegł niby sień wyłożoną marmurem, ogromne okno z niej na pół otwarte wychodziło na balkon balustradą marmurową obwiedziony. Na balkonie złocona stała klatka, a w klatce siedziała papuga zielona, która spostrzegłszy Dziembę, zaczęła kręcić głową i wrzeszczeć:
- Gute Nacht! Gute Nacht!
Wszystko to dziwnie go draźniło. - Co dalej robić? Oczywiste z niego sobie ktoś stroił żarty! Wrócił się Dziemba nazad z mocnem postanowieniem wyjścia z tego jakby zaczarowanego domu. Doszedłszy jednak do pierwszych drzwi, znalazł je na klucz zamknięte, a gdy się odwrócił, postrzegł, że i te któremi do papugi chodził pozamykały się. Natomiast gdzie w ścianie żadnych wprzódy nie było, zobaczył otworzone, a przez nie widok osobliwszy. Cichuteńko, bez ruchu, jak skamieniałe, siedziało u stołu towarzystwo z kilkunastu osób złożone, niby obraz żywy wyglądające...
Na stole zastawionym obficie, ubranym w wazony, szkła, kwiaty, porcelanę, figurki, w półmiskach stały owoce, potrawy, cukry i łakocie. Postrojone kobiety oparte jedna na łokciu, druga na ramieniu mężczyzny, inna z rękami w wieniec nad głową, patrzały wszystkie na nieszczęśliwego Dziembę. Stroje ich były osobliwe, a jaskrawe i mnóztwem świecideł popstrzone... jaskrawe też twarzyczki i oczy i usta wiśniowe, około których loki fryzur i brylanty zausznic i naszyjników łyskały. Wśród nich naprzemian siedzieli mężczyzni w maskach, jeden z nosem ogromnym i chińskiemi wąsami do pasa, drugi w sukni Arlekina, trzeci w peruce jak fura siana i okularach jak talerze, czwarty z rogami na głowie i uszami sterczącemi do góry.
Patrzał Dziemba, patrzał na ten bankiet osobliwszy i coraz go nieruchomość ta więcej męczyła, gdy - nagle muzyka jakaś słyszeć się dała... wszystko ożywiło się, ruszyło, zagadało, a jedna z pań jęła Dziembę ręką zapraszać do stołu i wołać usty śmiechu pełnemi:
- Siemba - Siemba!
Mężczyzna w peruce i okularach podniósł kielich pełny do góry i wyciągnął go ku niemu, wołając - Fifat Siemba!! Wszyscy przytomni pochwycili za szklanki, kielichy, flaszki i echem rozległo się - Fifat!!
Wszystko mu się jeszcze zdawało, że gdzieś w stajni pod Trębaczem usnął, że mu się licho wie co marzy, a radby się był z tego snu otrząsnął, gdy głośnym śmiechem parsknął ten co miał rogi, zerwał maskę z twarzy i uradowany Dziemba ujrzał - kochanego Zygmusia.
Zygmuś bawił się tu szczęśliwie, avec les Comediens ordinaires du Roi... Skoczył on z za stołu i pobiegł do zdumionego chłopaka. Wszyscy ogromnym znowu chórem śmieli się i klaskali. Prolog sztuki doskonale był odegrany. Posadzono Dziembę do stołu nie pytając o nic, nalano mu puhar wina, podsunięto pieczeń, a gdy reszta towarzystwa weseliła się jako chciała śpiewając i krzycząc, Zygmunt klapnął go po ramieniu.
- Co ty tu robisz? zkądeś się tu wziął?
- Z dobrej woli pewniebym był się nie zabił w ten kraj niemiecki, westchnął Julek - ale mnie miłość ku panu przygnała.
- Cóżeś się zatęsknił? parsknął Zygmuś.
- Gdzie zaś panie! gdybym tęsknił tobym musiał zdychać, bo dogodzić sobie trudno - a no nieszczęście się stało.
- Co za nieszczęście?
Dziemba namyślał się jak mu to ma powiedzieć.
- Jejmość okrutnie się na pana rozsierdziła.
- Ale ba - to minie.
- Pono nie, bo ona tu za panem jedzie, a na moje uszy słyszałem, że się temi słowy odgrażała: - jak psu mu w łeb strzelę!!
Zygmuś, który się nigdy nie spodziewał, ażeby żona tak na seryo brać miała wybryk jego - widocznie się zmieszał. Znał Elżusię tyle, iż wyrzeczonego słowa jej nie lekceważył.
- Widząc panie, że to nie żarty, że pani się do drogi pakuje z panem Eligim, a krucice do kieszeni wzięła, drapnąłem ja przodem, aby miłemu panu oznajmić i przestrzedz. Com biedy i głodu napytał i strachu, Panu Bogu chyba ofiaruję.
Zygmunt poklepał go po ramieniu.
- To ci nie przepadnie, rzekł - bądź spokojny... ale miałażby ona aż tu gonić za mną? Hę?
- Nieochybnie, tylko co jej może nie widać!
- Któż z nią?
Dziemba począł liczyć konie i ludzi i wszystko co się do podróży sposobiło.
Zygmunt potrząsał ramionami.
- To coś nie żartem, rzekł rozgniewany - ale jak pójdzie między nami na udry, tom i ja nie malowany! Niech przyjeżdża, zobaczymy co mi tu ona zrobi? a najprzód czy mnie tak weźmie jak się jej zdaje? Jeśli ona gonić umie, ja potrafię uciekać. A to baba! zawołał - nie przędłoby to przy piecu kądzieli? hę? nie śpiewałaby godzinek! Zachciało się świat sobą zajmować i grać heroinę... niech ją...
Stuknął pięścią o stół tak mocno, że się wszystkie kieliszki powywracały, i porcelana płaczliwie jękła. Widząc brew namarszczoną i gniew, jedna z pań, mała, fertyczna i ciekawa, z czarnemi oczyma i brwiami aksamitnemi, wybielona i wymalowana, a muszkami upstrzona, przybiegła nagle, sparła się na ramieniu Zygmusia poufale, i nagadawszy mu coś na ucho, maleńką rączką klapnęła go po twarzy...
Zygmuś się odwrócił, chcąc za to uderzenie ukarać gdy jejmościanka poskoczyła w powietrzu jak fryga, okręciła się, uderzyła raz jeszcze, skoczyła na krzesło, z krzesła na stół, między wazony i kieliszki, ominęła je szczęśliwie żadnego nie potrąciwszy, furknęła na prawe krzesło, usiadła w niem poważnie bardzo i pokazała Zygmusiowi dwie różowe figi z dodatkiem niemniej różowego końca języczka. Odbyło się to tak szybko, że Piętka nie miał czasu wydobyć się z krzesła, a Dziemba zdumiony wywrócił swój kieliszek i rozlał wino... Grzmot oklasków zgromadzenia nagrodził zręczność balleriny. Któż inny jak tancerka mógł takiej sztuki dokazać?
Śmiech powszechny powitał też bezsilne usiłowanie Zygmunta, który chciał się dostać do winowajczyni, ale ręce wszystkich współbiesiadników łapały go i zatrzymywały na drodze, arlekin go bił dostawszy łopatkę z za krzesła, podstawiano nogi i krzesełka, lano mu wodę za kołnierz, na ostatek jegomość w peruce zręcznie ją zdjąwszy ze swej łysej głowy, wrzucił Zygmusiowi na odwrót, tak że jej tylne pukle oczy mu zasłoniły...
Dziemba patrzał, nie wiedząc czy bronić Zygmunta czy śmiać się, czy uciekać... Zamęt był straszny, lecz skończył się w sposób bardzo osobliwy: porwano pana Piętkę pod ręce i całe towarzystwo tańcując na zabój, miotając się, szalejąc, śpiewając wyleciało z nim do pierwszej sali... Tu rozpoczęto prawdziwie piekielne tany, z takiemi podskokami, wyciem, świstem, wyłamywaniem po stołach, krzesłach, kanapach i po podłodze jakby szał jakiś owładnął niemi..
Dziemba wstał od stołu i patrzał przecierając oczy... Niektóre z tanecznic i tancerzy siadali na ziemi, inni skakali im na ramiona, wywracano koziełki... zdawało się, że wszyscy kości połamać muszą i karki pokręcić. Skończyło się to jednak na takiem znużeniu, iż popadali na podłodze jak porozbijane lalki.
W pośrodku dyszał Zygmunt dobywszy się na wpół z peruki, ale śmiał się i trzymał za boki.
- A co Dziemba! krzyknął, a czy u nas się tak bawić umieją? To szatany wcielone te Francuzice, Włochy i Cygany... Ledwie po chwili Zygmuś się zwlókł jakoś probując krzyżów czy mu ich nie połamano i pokuliwając na nogę.. Ubiór jego, a przebrał się tu oczywiście z niemiecka już, poszarpany był w kawałki, koronki wisiały w strzępkach, kamizola nie miała guzików, poły jednej u fraka brakło, bo została na podłodze... z żabotów wisiały ruiny i pończocha nawet jedna zsunęła się na trzewik...
Nie lepiej mieli się i drudzy, szczególniej panie, których fryzury się porozpuszczały a suknie na robronach świeciły otworami... Śmiano się jednak serdecznie, zbierając zaraz potracone łańcuszki, naszyjniki i kolce.
Zygmuś padł na krzesło ocierając pot z czoła.
- Cóż ty Dziembo na to?
- Julek ramionami ruszył: - Trzeba żelaznych ludzi, żeby się tak bawić mogli! rzekł cicho.
- I są żelazni! odparł Zygmuś, piją, skaczą, wrzeszczą dzień i noc, a nic im nie szkodzi! To dopiero mi ludzie i to mi hulanka! A u nas! E! dodał, kapucyny!
Chwilę odetchnąwszy Zygmuś zwlókł się, podszedł do małej owej z grubemi brwiami, coś jej poszeptał na ucho coś ona jemu... dał znak Dziembie i wysunęli się drzwiami ku wschodom. Ale w takim stanie w jakim Piętka się znajdował, nie sposób było pokazać się na ulicy, zajrzał więc do małej izdebki gdzie znaleźli krawca nad robotą i fryzyera przy peruce, około której z żelazkiem tańcował; ci dwaj artyści wzięli go na kwadrans w opiekę, połatali, pozszywali, oczyścili, Zygmuś dostał jakiś płaszczyk na ramiona i wspaniale Niemców nagrodziwszy, spuścił się z Dziembą ze wschodów...
- Gdzież pan mieszkasz? zapytał go Julek po drodze?
- Nocleg czasem gdy się bardzo spiję odprawiam w ciupce pod Trębaczem, rzekł Piętka - a resztę dnia to się człek tam i sam bałamuci.
- Gdzieżbyśmy pogadać mogli? dodał Dziemba.
- Hm... może na wino gdzie wstąpićby trzeba, bo mi od tego szalonego tańca w gębie zaschło - zamruczał Piętka - jak ci się zda?
- Nie wiem, ale i pod Trębacza zajrzeć trzeba, bo tam Janek z głodu mrze i konie żłoby gryzą... gospodarz im już nic nie daje.
- Stłukę bestyę na miazgę! krzyknął Zygmuś...
- Wiesz pan co? jeśli tak ma być - ja z panem nie idę - rzekł namyśliwszy się Julek - nas tu mało a Niemców siła, pan jednego zaczniesz tłuc, oni nam wszyscy na karki siędą i z życiem nie ujdziemy...
- Ale gdzie zaś! zawołał Piętka spokojnie - ja będę którego chcę tłuc, oni będą patrzeć. To tylko bieda, że pozwą do sądu, poświadczą i każą tak zapłacić, że wszyscy razem tego nie warci - ot dla czego tylko mu w kącie uszu natargam. Bądź ty spokojny, ja już ich znam.
Poszli tedy razem pod Trębacza. Zygmuś się z gospodarzem w kącie rozprawił tak, że ten raz tylko kiwnął i wrócili do Dziemby. Izdebka, w której mieszkał, po paradnych salach opuszczonych przed chwilą wydawała się bardzo smutnie. Okno wychodziło w podwórze... łóżko było pierzynami nabite, ale wązkie, stół chwiejący się, a krzesełka jakby po przepiciu, niepewne na nogach.
- Czemuż pan sobie uczciwszego mieszkania nie poszukasz? spytał Dziemba.
- A mnie ono na co? Ja tu prawie nigdy nie siedzę, a pieniędzy szkoda... i wiesz co, Dziemba - bodaj, że mi ich już prędko zabraknie. - Co tu poczynać?
Struchlał chłopak.
- A te, któreś pan wziął z domu?
- Zachcisłeś! toż się żyło przez parę dni po królewsku, a to kosztuje dyabelnie... mówił Zygmuś wzdychając. Trochę się przepiło, trochę przejadło, trochę przegrało, trochę z kieszeni mi wyciągnęli, o reszcie chyba kto inny wie, bo nie ja... Dobył z kieszeni trzosika i wysypał na stół - było w nim kilkanaście dukatów i kilka talarów.
- E! e! e! zawołał, fiu! fiu! fiu! jam się tego nie spodziewał, kruszczowe skarby... jeszcze tyle. Tak z tem jak bez tego! trzeba pójść na wieczerzę...
- Ale panie - zaprotestował Dziemba.
- Ale milcz! przerwał Zygmuś - jest tu taki co mi pieniędzy da! ale ba! tylko się przebiorę i poprowadzę z sobą na wieczerzę.
Wszystko co dotąd Dziembę spotkało, dawało mu wielce do myślenia, nawykł on był do pańskich hulanek, a bywały niektóre i bardzo ochocze i szalone, coś takiego jednak jak tu nie trafiło mu się nietylko oglądać, lecz nawet nie marzył, by się to na świecie znalazło. Zygmuś też tu tą atmosferą zdawał się jakby upojony... Lekceważył sobie wszystko, z pogróżek żony śmiał się, ruszał ramionami i śpiewał - jutra dla niego nie było, począł Dziembie rozpowiadać o Francuzicy jaka to miła i pełna talentów kobiecina, jak skacze, jak śpiewa i jak swojego czasu poważną nawet a przyzwoitą być umie; dodał, że się w niej na zabój kocha, że jest nadzwyczaj szczęśliwy i że póty ztąd nie ruszy, choćby po niego dziesięć żon przyjechało, póki do dna tego kielicha nie dopije.
- Jednakże ciekawym - dorzucił Zygmuś - co ona tu ze stryjem Eligim pocznie, gdy się nareszcie przywloką? Najprzód, licha zjedzą, żeby mnie znaleźli, powtóre figle im będę płatał... i zemszczę się za to prześladowanie. No! kiedy wojna! to wojna!
- A jakby się jejmość do króla udała - zapytał Dziemba.
Zygmuś za boki się wziął ze śmiechu.
- Doskonaleby trafiła! albo to on lepszy! Ale jejmość nadto rozumna, żeby miała sięgać tak wysoko... a stryj Eligi dobry na zające nie na takie kozły jak ja.
Poczęli tedy pić, a że skromnego Dziemby nie dosyć było Zygmusiowi, dobrał sobie dwóch jeszcze towarzyszów i tak noc spędzili do rana... Pokładli się spać na ławach ponakrywani płaszczami, a przebudzili się aż na śniadanie.
________________________________________
Po przebytym dość długim i nudnym dniu w małej mieścinie, ruszyła Elżusia rano w dalszą drogę będąc pewną, że już na niej natrętów nie spotka i bez przeszkody do celu dojedzie. Wprawdzie Borodzicza, który rodzaj zasadzki zrobił, pominęli, i ten niepokazując się już ciągnął dalej za nimi, lecz na pierwszym popasie znalazł się wojewoda z karłami. Okazało się, że niespokojny o los pięknej pani, zatrzymał się i czekał dopóki nie nadjedzie. Zmieszało to Elżusię, lecz grzecznie przysłał do niej marszałka z oznajmieniem tylko iż radzi jej za nim się trzymając dalszą podróż odbywać, aby sama jedna nie doznała jakiej nieprzyjemności. Nie naprzykrzał się zresztą, karły przyniosły kawę i bułki, trzeba je było przyjąć. Stryj Eligi dostał wódki i odsmażanego bigosu. Sam pan nie pokazał się nawet pani Piętkowej.
Co daleko gorzej i kwaśniej przyjęła, to drugie odwiedziny pana Seweryna Trzaski, który submitował się, rozpowiadając jakim to on osobliwszym wypadkiem na tej samej drodze się znajduje i z musu, i z wielką rozkoszą, jejmości nieraz towarzyszyć musi - Elżunia usta skrzywiła.
- Panie stolnikiewiczu, odezwała się, pan mnie nie zna, a podobno fałszywie sądzi. Im śmielej się tak w świat puszczam, tem więcej czuję, że na wszelkie względy przyzwoitości surowo zważać muszę. Nie wypada, abyś pan kręcił się tu koło mnie... ludzieby posądzili go, że mi assystujesz przez jakąś atencyę, której ja przyjąć nie mogę. Mam męża wierutnego łotra, to prawda - a no - jeszcze go mam, i póki jest, nikt mnie nie zechce krzywdzić zbytniem nadskakiwaniem, bobym się srodze gniewała!
- Pani dobrodziejko - rzekł zmieszany Trzaska - przecież jej nie chybiam tem, że się tu wypadkiem znajduję...
- Bynajmniej, ale proszę, niechże ten wypadek będzie ostatni...
Ukłoniła mu się tedy grzecznie i zwróciła w drugą stronę. Trzaska ukontentowany wyleciał do sieni.
- Kiedy tak! zawołał do stryja - kiedy tak - nie będę się jejmości naprzykrzał, ale krok w krok za wami jadę, to też pewno nie ustąpię...
Mówił to jednak w pierwszej gorączce, z której zaraz ochłonął... Zawrócić nie myślał, kazał tylko ludziom w tyle pozostać. Wojewoda pojechał przodem, za nim wyszła później kolebka pani Zygmuntowej. Trzaska tam marudził, że go Borodzicz napędził. Nie znali się z sobą, ale dwóch szlachty w drodze... na popasie, żeby nie pogawędzili - chybaby poniemieli. Spytał Trzaska nic nie mówiąc Borodzicza, czyby tej pani przodem jadącej nie znał? Pan Gracyan z razu udał, że nie wie jakiej, potem niby się dowiedziawszy o kim mowa, rzekł obojętnie, iż ją niekiedy widywał.
- Kobieta piękna - rzekł Trzaska, mąż łajdaczyna, a ona taka pono sroga, że i patrzeć na siebie broni.
- Hm, dodał Borodzicz - to tylko wiem, bo w sąsiedztwie mieszkamy, że czcigodniejszej ani zacniejszej pani nie znam. Surowa to prawda i hic mulier, ale jej to przystało... bo tej pani wszystko do twarzy...
- To prawda! z uniesieniem dorzucił Trzaska: jeszczem takiej jakem żyw nie widział. Można dla niej oszaleć.
- A zkądżeś to pan z nią znajomość zrobił?
- W drodze poznałem...
Poczęli tedy chórem oba sławić oną piękność, a jeden przed drugim nie przyznał się wcale, żeby umyślnie za nią jechał... Borodzicz nawet prędko się powstrzymał, zostawiając towarzyszowi pole swobodne do uniesień i pochwał.
Mówili potem o mężu, o którym coś dobrego trudno było powiedzieć.... Cała rozmowa wszakże tak prowadzona była, iż się żaden z tajemnicą swą nie wydał. Ale, jadąc razem weselej było, i wyminąć się trudno... połączyli się tedy. Trzaska badał Gracyana po co jechał tak daleko, ten go nawzajem macał - zbyli się oba ni tem ni owem. Jechali w trop prawie za kolebką, oba jednak mierząc się tak, aby się jej widzieć nie dawali oba też noclegów i popasów szukali zawsze takich, aby się z panią Piętkową nie stykać.
Dziwna rzecz, że zdradzając się oba co chwila, wcale się nie posądzali o to, co ich za piękną panią prowadziło... Ani im to oczu nie otworzyło, że się zastosowywali do sposobu podróżowania kolebki, którą dobrzeby wyprzedzić byli mogli. Tak posuwając się przez Szlązk, dojechali do granic Saksonii, i krajem dosyć z razu smutnym, potem coraz gęściej zaludnionym i żyźniejszym, dojechali do upragnionej stolicy... Gdy się im Elba i jej zielone ukazały brzegi, oba westchnęli myśląc co też tam ich czekało. Borodziczowi nie szło o nic więcej, oprócz by się mógł przydać na co, ręką, workiem lub głową. Trzaska sam dobrze nie wiedział, po co się jechać uparł, gdy mu się pokazywać zakazano. Wlókł się jednak markotny... Przecież w ulicy, w kościele... gdziekolwiek bądź spojrzeć mu nikt bronić nie mógł, pokłonić się, a choć z daleka dowiedzieć co się działo z mężem jejmości. Stolnikiewicz bez zgryzoty sumienia życzył mu skręcenia karku, aby natychmiast o piękną wdówkę pójść w konkury. Dalipan niczego innego nie wart, kiedy takiego klejnotu szacować nie mógł.
Dwór wojewody i kolebka pani Piętkowej tak wyprzedziły naszych obu kawalerów, iż wjechawszy w miasto, śladu już ich tu nie znaleźli i dopytać nie mogli. Trzaska szukał sobie wymyślniejszej gospody, Borodzicz skromnej a taniej; rozdzielili się więc ad videndum, jeśli się szczęśliwie spotkać uda. Miasto naówczas całe nie było rozległe, ściskały je stojące jeszcze do koła mury dawne obronne, po za któremi ciągnęły się przedmieścia i ogrody. Całe życie i ruch skupiały się niemal około królewskiego zamku i powiązanych z nim budowli. Tu mieścili się faworyci, dygnitarze, panie dworu, urzędnicy i liczna służba dworska lub to co jej służyło. Właściwie miasto o tyle żyło, oddychało i poruszało się, o ile żył i ruch mu nadawał dwór, będący wszelkiego żywota ogniskiem. Gdy ten wyjeżdżał, spała stolica i chodziła nie ubrana. Za to każda wesołość pańska, bal, uroczystość, zjazd, wstrząsały całem miastem i dawały się czuć aż na jego kończynach. Ogromne dworu wydatki odżywiały nieco kraj niezmiernemi obciążony brzemionami opłat i pożyczek, z których jednak znaczniejsza część szła za granicę za przedmioty zbytku, za wykwintne fraszki, za grzechy polityki i fantazye dyplomatyczne bez skutków.
Ubożało miasto i cała Saksonia wycieńczona bolała na pomnażającą się nędzę, lecz za to mało gdzie w Europie na najświetniejszych dworach panował taki zbytek, tak niesłychany przepych jak tutaj, a co było w łaskach, bogaciło się skandalicznie, rosło w oczach, i rywalizowało wykwintnością z królem samym. Wytworny smak był pieczęcią wyższości duchowej owego czasu; każdy dostojniejszy dworak potrzebował mieć galeryę obrazów, zbiór antyków, złocone meble, gobeliny, chińską porcelanę, a jeśli się na tem nie znał, udawał upodobanie, amatorstwo, znajomość. Niepoliczone summy szły na to, na stroje, na uczty lukullusowskie i dary pięknym oczom, których cześć należała do oznak dystynkcyi.
Vitzthum nie mógł w tem ustąpić królowi, a później Brühl mierzył się we wszystkiem z Augustem III. Obyczaje dworu przechodziły do klass niższych, i podróżujący Baron Pollnitz zapisał tę uwagę w pamiętnikach swoich, iż saskie mieszczanki a nawet służące siliły się, by zewnętrznie przynajmniej na wielkie panie wyglądać.
Trwonienie grosza nie zapracowanego, pochwyconego łatwo, ronionego bez żalu, odbywało się z lekkomyślnością niezrównaną. Życie też w stolicy dla tych, co się w jakikolwiek sposób z dworem stykali było niezmiernie kosztownem i wielka ruina fortun szlacheckich i pańskich, która się w tej epoce rozpoczęła, tem się właściwie tłómaczyć powinna. Wszystko się musiało robić pieniędzmi lub podarkami albo ugoszczeniem monarchicznem i zbytkownem, w którem popłacało szczególniej co z daleka z trudnością i drogo zdobywać się musiało. Z Polski do Saksonii udawali się w większej części tylko ci, którzy mieli o czem sprawy swoje popierać, występować tu i żyć tak długo jak wymagały sprawy ciągnące się bez końca. Jednakże niejeden mniej zamożny szlachcic dążył tu za swym możniejszym protektorem; przez którego coś się spodziewał wyrobić sobie i otrzymać: drudzy jechali do familii, które przy dworze miały obowiązki i w Dreznie zamieszkiwały. Wszelkiego więc czasu był tu napływ przybyłych, i nie zbywało na gospodach dla nich.
W ulicy przy zamku, w starym rynku, przy nowym, na Wilsdruferstrasse, w okolicy Kurlandzkiego domu były zajazdy obszerne, do ówczesnych potrzeb zastosowane, bo każdy prowadził z sobą tabór wozów, koni i służby. A im ten większy był, tem dostojniejszą oznajmywał osobę. Ale ubodzy mieścili się na przedmieściach, w domach, które nawykły czasowo otwierać się dla podróżnych i dla zysku chętnie się im nastręczały.
Stryj Eligi, zasiedziały i zaśniedziały wieśniak, z trudnością dawał sobie rady w obcem a większem mieście; nieumiejętność języka przerażała go, poglądał zawczasu po strojach, aby pierwszego lepszego ziomka wziąć za przewodnika, gdy w Georgenthor około zamku zobaczył stojącego jakby na czatach Rzesińskiego, marszałkującego przy wojewodzie. Znali się już z drogi... Rzesiński był wesoły i bardzo obrotny chłop, z wąsami do góry, jakby mu do oczu strzelać chciały. Zobaczywszy kolebkę, przypadł do niej z ukłonem.
- Przewidywałem, że państwu nie łatwo będzie o gospodę dopytać, stanąłem więc na przesmyku, zawołał, proszę za mną... izby - są zamówione... stajnie porządne, a ludzie usłużni i służba język nasz zna...
Tak szczęśliwie trafili nieopodal od zamku do polskiej gospody, na podziw porządnej i czystej, w której jejmość po znużeniu podróżnem spocząć mogła wygodnie.
Znać też tu było z rozporządzania się Rzesińskiego, że i wojewoda do tej samej zajechał. Elżusi dano izby duże z oknami w ulicę, co też niemałą było przyjemnością, bo i miasto i mieszkańców jego zawczasu choć z po za szyb poznać mogła... A że tędy była jedyna do zamku droga, co do niego ciągnęło, wszystko się jej pokazywać musiało. Gdy przybyli, dzień się już miał ku zachodowi, a była w zamku biesiada jakaś dla dostojnych gości ode dworu rakuzkiego przybyłych, więc paradnych koni, strojów, lektyk... jezdnych, napatrzyć się mogli dostatkiem.
Elżusia nie z ciekawością, ale prawie ze smutkiem jakimś, wsparta na łokciu przyglądała się myśląc, ile to w tej ciżbie grosza i ludzi z dala tu ciągnących, marnie przepadało. Przyszły jej też próżne a tęskne uwagi nad sobą - po co tu przybyła, i jak sobie w tym zamęcie rady dać mogła?... Ruszywszy z domu z wielką popędliwością i gniewem za tym panem mężem, zważała teraz, iż w położenie trudne wpadła dobrowolnie - a nie wiedzieć co było czynić, gdzie go szukać, i znalazłszy co mu rzec?
Z dala przedstawiało się to nader łatwem i naturalnem, po ostygnięciu - na łzy się bezsilne zbierało. Co robić?
Wielceby pożądaną była dobra rada, lecz od najpoczciwszego stryja Eligiego, który po drodze jeszcze od grzybów na popasie zachorzał i całkowicie do siebie mimo wódki z pieprzem przyjść nie mógł - spodziewać się jej było trudno. Chodził postękując z głową zwieszoną, budzić się zdawał, gdy kto doń przemówił... ruszał ramionami i płaczliwym głosem odpowiadał trzy po trzy...
Żadnego więc stałego planu usnuć nie umiała Elżusia, rozmyślając i nad tem, że ostrzeżony przez Dziembę pan Zygmunt kryć się będzie lub uciekać. Cała podróż teraz wydawała się jej próżną i bezskuteczną. Na te łzami przeplatane rozmyślania, zastukawszy wprzódy, wszedł od pana wojewody Rzesiński, oznajmując pani Piętkowej, iż w zamkowem teatrum miało być tego dnia przedstawienie, że na nie tylko dostojniejsze osoby przypuszczano, lecz że p. wojewoda do loży osobnej zaproszenie dla jejmości uzyskał i takowe jej ofiarować się ośmiela.
Wahała się z razu czy je przyjąć Zygmuntowa, lecz po krótkim namyśle, podziękowawszy Rzesińskiemu i wojewodzie, wyciągnęła rączkę po nie... i dygnęła.
Przyszło jej na myśl, iż właśnie w ten jeden sposób najłatwiej mogła o Zygmuncie się dowiedzieć, spotkać się z nim lub, za radą starosty daną w Warszawie, zazdrość jego obudzić. Teatr zaczynał się dosyć wcześnie, jak podówczas wszystkie; trzeba więc było prędko się ubierać, a na widowisko, na którem dwór być miał, jako tako się przyodziać nie wypadało, choć znowu zbyt uderzającego stroju Elżusia włożyć nie chciała.
O trzy kroki ztamtąd byli fryzyerowie królewscy, z których jeden przywołany z żelazkami przybiegł z ukłonami do ziemi, a gdy Elżusię twarz w twarz zobaczył, o mało nie padł, tak mu się piękną wydała. Śmieszny był ze swemi krygami i językiem, do którego, żeby się dać zrozumieć, po trosze francuzczyzny pokaleczonej i polskich wyrazów mieszał... Fryzura z takich włosów, jakie Pan Bóg dał pani Zygmuntowej, łatwa była i przepyszną być musiała, bo jej włosami pożyczanemi sztukować nie miała potrzeby. Gdy się potem w zwierciedle przyjrzała piękna pani, sama się poznać nie mogła, tak ją ten artysta wystrychnął. Mimo obyczaju ówczesnego nie potrzebowała też ani bielidła ani różu, bo miała świeżą płeć wiejską wybieloną zdrowiem, a okraszoną krwią młodą... Strój nie był trudnym, umyśliła bowiem wziąć prostą suknię czarną jedwabną z węzłami karmazynowemi, kanak po babce odziedziczony na szyję, a koronkową zasłonę narzucić na głowę i szyję. W tym stroju niewykwintnym tak jej było pięknie, iż służąca najprzód, potem stryj Eligi, który wszedł w kontuszu niedzielnym, stali zdumieni i wyadmirować się jej nie mogli... Elżusi prawie wstyd było, iż mimo smutku i kłopotu tak dobrze wyglądała. Spojrzawszy na nią, od pierwszego rzutu oka poznać było łatwo kobietę silnej woli i do panowania stworzoną, taki wyraz miały oczy jej błyszczące śmiało i usta królewskie. Gdy szła... ustąpić musiał każdy kroku, i wzrokiem też nikt jej nie dotrzymał.
O godzinie oznajmionej posłano po drążników i lektykę pod zamek, dla jejmości i stryja mającego jej towarzyszyć... P. Eligi siadając raz pierwszy w życiu do tego nowego rodzaju kolebki, przeżegnał się, taką w nim, jak powiadał, obudzała aprehensyę... Jejmość skoczyła lekko do swojej, drążnicy mierzonym krokiem ruszyli. Teatr królewski mieścił się w zabudowaniach zamkowych. W chwili, gdy się przed wschodami zatrzymali, mnóztwo lektyk i powozów zajeżdżało, po wschodach dążyło osób postrojonych wiele, tak, że ledwieby się przecisnąć byli mogli, gdyby nie promienista twarz Elżusi, przed którą ustępowali wszyscy, a że tu nową i nieznaną była, pytali się jedni drugich, ktoby to mógł być, domyślając się w tej tajemniczej piękności nowej jakiej Dieskau lub Osterhausen. W ten sposób utorowaną sobie znajdując drogę, dopytali się do wyznaczonego miejsca, o które się snadź wojewoda postarał, a przypadło tak szczęśliwie lub niefortunnie, iż wprost loży J. K. Mości usiąść musieli.
P. Eligi, który jako żyw na podobnych uroczystościach nie bywał, skrył się jak mógł daleko w kątek, aby się z niedzielnym kontusikiem, chudo wyglądającym, nie popisywać. Elżusia usiadła na przodzie, odrzuciwszy nieco koronkowej zasłony, a gdy piękna jej twarz i figura ukazały się w całym blasku, szmer podziwienia i uwielbień rozszedł się po sali.
Teatr wspaniale był woskowemi świecami i lampami oświecony, a strojami panie przytomne gasiły wieśniaczkę, bo od brylantów i rubinów się iskrzyły; mimo to, pięknością marmurowej twarzy nikt się z nią mierzyć nie mógł. Tem bardziej ona była uderzającą, iż inne kobiety wszystkie miały grube warstwy bielidła i różu na twarzach, ona jedna odważyła się taką być, jaką ją Pan Bóg stworzył. Było to niepospolitem zuchwalstwem, które za umyślne wyzwanie wzięto... Ciekawi wychylali się z siedzeń, aby nieznajomą zobaczyć... młodzież cisnęła się bliżej loży jej, łamiąc głowę, ktoby to mógł być. Obok loży tej pan wojewoda sobie siedzenie zamówił i zajął, a że pozdrowił Elżusię, rzucono się doń tłummnie z pytaniami. Wojewoda wykręcił się zręcznie z tego, odpowiadając, że panią tę jadącą w drodze spotkał i zna ją tylko z widzenia...
Króla dotąd nie było, a widowisko też z opery i baletu składające się dotąd nie rozpoczynało. Tymczasem istnym spektaklem dla zgromadzenia była zagadkowa owa pani, której nikt nie znał, a mimo to miała miejsce w teatrze i pańską wcale postawę. Domysły byłyby może daleko wyżej sięgały niż przystało, gdyby nie schowana w kątek postać pana Eligiego, który płoszył swą skromną figurką zuchwałe przypuszczenia...
Nagle, wśród tego szmeru i ruchu, nastała cisza uroczysta, wszyscy na miejsca swe pośpieszyli i powstawali.., usłyszano otwierające się drzwi, muzyka się odezwała. August II wszedł na salę.
W tejże chwili prawie zasłona się podniosła i sztuka rozpoczęła.
August II nie był już naówczas ani owym Herkulesem lat swych młodych, ani sławionym z piękności Apollinem, słońcem; z postawy i rysów dawnych pozostały mu szczątki i ślady... twarz była nalana, ciało rozrosłe nad miarę... cerę fałszywy podnosił rumieniec. Na czole krosta nie jedna wyryła fałd wiekuisty, zmarszczki snuły się po gładkiem obliczu, powieki zdawały ospale spadać na oczy znużone... Wielki jednak majestat świecił z czoła pracowicie wypogodzonego, a usta uśmiechały się wdzięcznie i zalotnie. Strój świeży, bogaty, jaskrawy, resztki dawnej piękności podnosił... Zaledwie wszedł i usiadł mając po za sobą Vitzthuma, młodego Brühla, Sułkowskiego i Rutowskiego - oczyma począł wodzić po sali... lecz znajdując same znajome fizyonomie na żadnej z nich się nie zatrzymał... Dopiero widok Elżusi, siedzącej naprzeciw, nagle jakby obudził króla; poruszył się, oczy wlepił w bladą nieco twarzyczkę Piętkowej i Sułkowskiemu coś szepnął... Sułkowski wysunął się niespostrzeżony. August II nienawykły do ukrywania swych wrażeń, z dziwnym uporem przyglądał się Elżusi, która zaledwie spojrzała raz na majestatycznego króla i wzrok zwróciła na teatr... Łatwo zgadnąć, iż Sułkowskiemu polecono było dowiedzieć się o piękną nieznajomą, a ten wprost o to udał się do wojewody.
- Wiesz książę co? szepnął zagadnięty: czyby nie lepiej było, ażebym ja sam poszedł historyę tę N. panu opowiedzieć?
- Opowiecie ją przy zdarzonej okoliczności - jeśli jest historya jaka; tymczasem proszę o imię i nazwisko... rzekł Sułkowski. N. pan chce je zaraz wiedzieć.
Z tem odszedł posłany i z króciuchną a niedostateczną informacyą przez wojewodę udzieloną. Nieuszło baczności widzów poselstwo z loży królewskiej, z którego wywnioskowano, iż nieznana osoba i dla króla JM. nieznajomą była. Zdziwienie to obudziło tem większe, a domysły iż nieprzyjaciele pani Denhofowej, lub pragnący odwieść Augusta od jego fantazyek, zbyt się teraz powtarzających - nasadzili umyślnie nową tę piękność dla jakichś swoich zamysłów i osnutej intrygi.
Król w istocie mimo że teatr był pełen piękności jego dworu, wśród których jeszcze panna Osterhausen jaśniała, zdawał się całą uwagę zwracać tylko na Elżusię... Po kilkakroć poglądał ku teatrowi, i z niesmakiem od tancerek i śpiewaczek ku loży pani Zygmuntowej zmierzał oczyma...
W balecie księżniczki Aulidy, występowała słynna Duparc... niegdyś chwilowo zaszczycona wejrzeniem pańskiem, którego się teraz domagać zdawała sadząc się na ruchy wdzięczne i czułe; te jednak wcale nie ściągnęły uwagi pana... Pani Piętkowa wpatrywała się z gniewem i bijącem sercem w tancerki, usiłując między niemi odgadnąć tę, która jej męża płochego odebrała... gdy niespodziewana okoliczność dała jej poznać Duparkę... Po wyjeździe Zygmunta między klejnocikami jejmości zabrakło osobliwego cale łańcucha z granatów, misternej roboty, od wieków będącego w rodzinie, a któremu równego trudno było znaleźć nie dla kosztowności kamieni, lecz wielce kunsztownego wyrobu. Posądzono różnych o kradzież tego precyozu, ale nikt Zygmunta o to nie pomówił - Duparca ten łańcuch z granatów, spajany złotemi węzłami, miała właśnie na szyi.
Elżusia wzdrygnęła się na to świętokradzkie użycie klejnotu babek i prababek, odkradzionego ze skarbca domowego dla francuzkiej skoczki - twarz jej oblała się krwią, oko zapłonęło ogniem strasznego gniewu... powstrzymała się jednak od okazania oburzenia, z niemałym trudem.
Miała tedy przed sobą tę sławną piękność, dla której żony, wstydu, poczciwej sławy i spokoju domowego wyrzekł się Zygmuś, i szukała w niej tego uroku, którym mogła serce odebrać... Francuzica wprawdzie z bezwstydem wielkim i łamańcami dziwnemi wyprawiała skoki, zręczna była, zwinna, zapalczywa, śmiała, - lecz kobiece wejrzenie dopatrzyło w niej łatwo wieku, znużenia, wysiłku i dawno straconej młodości. Z pogardą patrzała na mizdrzącą się do loży królewskiej, do pięknych panów, do kilkuset z kolei widzów zalotnicę, ukradkiem obdzielającą uśmiechami swych niezliczonych wielbicieli... Stryj Eligi, który o niczem nie wiedział, ale także ów sławny łańcuch granatów na szyi baletnicy zobaczył, ze złożonemi rękami na przebłaganie zagniewanych niebios, odmówił po cichu - Zdrowaś Marya.
Właśnie domawiał modlitewki, gdy wojewoda wychyliwszy się ze swej loży, począł mu dawać znaki, aby się ku niemu przybliżył. P. Eligi przyszedł posłuszny.
- Patrzaj asindziej - szepnął mu wojewoda - jak to oczy wszystkich zwrócone na pańską synowicę; król nawet od początku widowiska nieustannie patrzy na nią. Powinszować więc sukursu.
- A do czego on się nam zdał, panie wojewodo? spytał naiwnie stryj - a co nam po tem? nas i łaska królewska z tego błota, w któreśmy przez owego trutnia wleźli, nie wyratuje! To strawny człek! A co ona pocznie? Już jej nic po nim...
Wojewoda ręką kiwnął, przyłożył ją do ust i szepnął w ucho Eligiemu:
- Jejmość się pokonsuluje, a dalipan, że sobie innego i lepszego męża znajdzie, to pewna. Z jej twarzyczką... o to nie będzie trudno... Król przysyłał do mnie Sułkowskiego aż pytać o jejmość dobrodziejkę.
- A co nam po królu i jego ciekawości! szepnął Eligi...
Grzmot oklasków, na znak dany przez Augusta II, wynagrodził pannie Duparc ukończone strasznem salto mortale łamańce... Tancerka kłaniała się do ziemi ręce na piersiach złożywszy, a nóżki trzymając pod kątem prostym jedna do drugiej.
Klaskano tak, aż Elżusia, by nie patrzeć na ohydną istotę, zakryła się wachlarzem... Tańce się przecież skończyły...
Nikt nie widział sceny, która w czasie tego popisu odegrała się dodatkowo za kulisami. Stał za niemi od początku opery pan Zygmunt, który towarzyszył swej Duparc do teatru i wkraść się umiał do niego. Wybrał był sobie miejsce z tej samej strony właśnie, z której siedziała jego żona, widzieć więc jej nie mógł. Dopiero pod koniec prześliznąwszy się za tylną kortyną i przeniósłszy za kulisy drugie, aby mógł stanąć oko w oko pannie Duparc, obracającej się ciągle ku królowi, rzuciwszy wypadkiem okiem po sali - z przerażeniem ujrzał Elżusię siedzącą w loży i pana Eligiego wtulonego do kąta. Pierwsze wrażenie jego... pierwsza myśl była - uciekać... Sam się z niej rozśmiał, ale twarz Elżusi zaczarowała go, wrósł w miejscu w którem stał, patrzał i ruszyć się nie mógł. Nie było sposobu omylić się, to była ona - dwóch takich na świecie nie znaleźć... Ona, ale jak zmieniona! jak straszna i groźna!! Miłości resztki i gniew płomieniem uderzył w twarz męża... Zaczął się rozpatrywać po sali... wszystkich oczy zwrócone były na nią. Do gniewu dołączyła się już zazdrość.
- Widzicie, szepnął mu Francuz Lafl?te pokazując Elżusię - ma to być, jak powiadają, nowa królewska kochanka. Sam na moje oczy widziałem, jak do niej posyłał król JM. Sułkowskiego z jakimś szeptem. Patrzże, patrz... ależ szatańsko piękna i wygląda na prawdę z tą dumną białą twarzą na królewską kochankę!! Nie raczyła się nawet ustroić, przyszła w powszedniej sukni, bez różu i bielidła, tak pewną jest siebie. Nie wiecie kto ona taka? mówią, że Polka?
Zygmuś odwrócił się od francuza, którego miał ochotę kropnąć i nie odpowiedział nic... Zagryzł usta, zły był wściekle... - Na jego żonę mówiono, pokazywano palcami jak na kochankę króla!! Myśl ta piekła go ogniem szatańskim.
Ale miałże prawo się upomnieć u niej o miłość? nie - chyba o imię które nosiła? a imię to on sam zwalał i zbrukał. Miał prawo poniewierać się ze śmieciem... wolno też jej było szukać pociechy na taburecie przy tronie. Zygmuś patrzał, patrzał, wrzał i byłby może skamieniały do końca przedstawienia tak pozostał, gdyby go Duparc nie klapnęła po ramieniu. Odwrócił się, spojrzał na wytynkowaną i wykrzywioną tanecznicę, której z gorąca bielidło osuwało się kawałami, a z blizka twarz na maskę wyglądała - i wzdrygnął się. - Oko jego padło na łańcuch z granatów, który właśnie dziś włożyła... i domyślił się że Elżusia tę zgubę poznać na niej musiała... Zdrajcą więc był i złodziejem w dodatku...
Duparc klepała go po ramieniu, stał niemy, zły, drżący, nie śmiejąc już spojrzeć na nią. Francuzica wzięła to za wybuch zazdrości z powodu słodkich oczu, które robiła do króla.
- Czegoż tak stoisz osowiały! Zły jesteś? rozumiem! rzekła śmiejąc się - lecz to darmo, król to król... jemu się wszystkie hołdy należą... a jeśliś o niego zazdrosny dodała - toś.. śmieszny! Minęły te czasy, gdy mi się on w Brukselli uśmiechał tak mile, a potem przyjmował tak wspaniale tu w Dreznie... Teraz już o liche powiększenie mojej pensyi doprosić się nie mogę... Ach mniejsza o to! Miałam też piękną w życiu godzinę...
Zygmuś nie słuchał, zatopiony był w myślach, z pod oka spojrzał czasem na Elżusię... Ha!.. powtarzał - kochanka króla! to ślicznie! to ślicznie! Tego jeszcze u Piętków nie bywało!...
Duparc pociągnęła go silnie, poszedł za nią z głową spuszczoną, zamyślony.
Po teatrze zamówiona była wieczerza w owem mieszkaniu Francuzki, do którego Dziembę wciągnięto... mieli tam właśnie iść razem. Zygmunt zwykle ochoczy i wesół, powlókł się struty i gniewny. Francuzka cieszyła się jego zazdrością jako dowodem passyi dla siebie. On co innego już miał w głowie. Na progu zamku czekał nań Dziemba, który do teatru wpuszczony być nie mógł. Wieczór już był późny i ciemny... Ulica malowniczy przedstawiała widok, gdy każdy prawie powóz miał ludzi z pochodniami, co go poprzedzali. Miasto nie było oświecane nocą, wszyscy więc goście światło na drogę mieć musieli... Stali ci ludzie z pogaszonemi na pół, z pozapalanemi gdzieniegdzie już żagwiami, a pomorańczowe ich światło jaskrawo ozłacało twarze służby, konie, powozy i drążników... Gdzieniegdzie ściana muru jasna występowała, a po niej migały zolbrzymiałe cienie kręcących się dworzan i czeladzi pańskiej.
Wśród nich Dziemba otulony płaszczem czekał na Zygmusia, który go pochwycił za ramię.
- No, zawołał - ona już tu jest!
- Widziałem jak ją nieśli do teatru! rzekł Dziemba... i chciałem panu tę przyjemną nowinę zwiastować!
- Jejmość znać czasu dobrze użyć umiała - szydersko ozwał się Zygmuś - ho! ho! nie tak prostoduszna jak się zdaje! Zna już króla JM. i zna ją król JM. Wytykano ją palcami w teatrze, zowiąc kochanką N. pana!! Słyszysz! A zkądby inaczej miała lożę od dworu w teatrze!...
Zygmuś zgrzytnął zębami.
- Ale jeśli tak jest! no! to ja jej pokażę, jak poczciwe imię szargać po sypialniach pańskich...
Podniósł pięść do góry: - Zobaczymy! zawołał. - Co innego mężczyznie, co innego kobiecie. Wolno mnie... nie godzi się jejmości... Zobaczymy! Dowiesz mi się do jutra pod gardłem, gdzie stanęli - rozumiesz!!
Dziemba ledwie przez pół istotnie tę paplaninę zrozumiał; chwycił tylko rozkaz wywiedzenia się o mieszkaniu. To spełnić było jak najłatwiej, gdyż wkrótce ruszyć miały lektyki, a idąc za tą, która przyniosła panią Zygmuntowę... do gospody wprost mógł trafić. Stanął więc przy drążnikach, a Zygmuś ze złością pognał do francuzicy, którą w tej chwili już nienawidził... Szał go jakiś opanował, chciał pić, bić, mordować... waryować, tłuc cały świat na miazgę... w głowie wirował gniew z zazdrością i pragnieniem zemsty!
Gdy się teatr skończył... a Eligi podał rękę jejmości do wyjścia, w progu loży spotkali wojewodę, który ją bardzo uniżenie pozdrowił.
- Cieszę się, że panią widzę szczęśliwie do portu przybyłą - odezwał się wojewoda - a mam nadzieję, że tu też wedle myśli wszystko pójdzie... Czego z serca życzę! Pozwolisz mi asindźka, bym jej jako sąsiad złożył uszanowanie...
Elżusia dygnęła - nie można było tego pozwolenia odmówić...
Wszystko się ruszało z teatru, jedni ciągnęli na górę, na pokoje, gdzie wieczerza być miała w małem gronie wybranych - drudzy wracali na miasto - ale całe niemal towarzystwo chciwe przypatrzenia się zblizka pięknej nieznajomej... stało u wyjścia. Musiała wiec, zakwefiwszy się w przodzie przejść Elżunia przez szeregi ciekawych ustawione rzędami aż do bramy, usiłujące jak najbliżej się przecisnąć, ażeby pochwycić choćby błysk jej czarnego oka. Odetchnęła lżej gdy się znalazła w lektyce, a w chwilę później w mieszkaniu swojem.
Pierwszy to raz w życiu wieśniaczka przeniesiona została nagle do stolicy i w najświetniejsze jej towarzystwo... Taki był jednak charakter Elżusi, że to na niej wielkiego nie uczyniło wrażenia - patrzała na świetność z okiem prawie obojętnem. Król dla niej był ciekawością... porównywała go do widzianego na talarach i znalazła do talara dosyć podobnym... Blask, muzyka, stroje... cały ten przepych nie zdziwił jej - domyślała się go takim właśnie, jakim znalazła... a znajdowała nieponętnym. Najboleśniejsze a najsilniejsze wrażenie uczynił na niej ów łańcuch z granatów na szyi francuzkiej tancerki... i postać wyszarzanej tej istoty, której została poświęconą. Pytała się sama siebie, co mogło pociągać Zygmusia więcej do tej starej balleriny, niż do niej... która go kochała tak poczciwie, tak gorąco?..
Kochała - gdyż czuła, że zwalanego człowieka jużby teraz umiłować nie potrafiła. Chciała prawie uwierzyć w jakiś szał i truciznę zadaną, bo naturalną passya taka być nie mogła. Płakała gorzkiemi łzami i śmiała się śmiechem serdecznym, tak że ją wodą trzeźwić i rękę jej lewą przewiązać musiała służąca... Stryj stał z załamanemi dłońmi i wołał coraz:
- Panie! zmiłuj się nad nami! A! to skaranie boże!
Już miano posyłać po lekarza, gdy Elżusia nagle jakby siłą woli otrząsnęła się z gniewu i żalu, wstała, obmyła wodą twarz i poczęła chodzić po pokoju zamyślona...
________________________________________
Zygmuś pojechał na wieczerzę do Francuzicy, gdzie liczne zgromadziło się towarzystwo, było i tanecznic kilka, i kilku młodzieży senatorskiej, która tu z niemi szczęśliwą zrobić umiała znajomość i kilku Francuzów wędrownych, i parę małych dyplomatów... Wieczerza jak zawsze składkowa być miała, a Duparc do niej dostarczała za swą część mieszkanie i sprzęty.
Zygmuś, który bardzo w podobnych wieczorach smakował, bo na nich też i grubo grywano, tym razem wszedł na próg tak pochmurny, iż gospodyni musiała mu aż czynić wymówkę.
- Masz być taki - rzekła - to idź do licha, do domu, prześpij się, wysap, wyzłość, a potem powrócisz. Ja twarzy posępnych nie lubię... Idź do dyabła!
Zygmunt nie odpowiedziawszy nic, zawrócił się do jadalnego pokoju, trafił na butelkę wina, nalał szklanicę ogromną, jedną i drugą wychylił, i czekając skutku padł na krzesło. Złość wszakże silniejsza była od wina... upić się nie mógł. Głowę łamał co zrobić z tą kobietą. Duparc bawiła weselszych gości śmiechem i dowcipami. Ogólna rozmowa toczyła się o czarnej nieznajomej, którą już wszyscy przyznawali królowi. Zygmuś musiał słuchać krytycznych uwag nad jej pięknością, postawą, chodem, domysłów, ucinków, które mu serce darły... Rozpowiadano kłamliwie okoliczności, w jakich król miał ją poznać w Warszawie, i jak jej teraz przybyć tu rozkazał. Zaprzysięgali niektórzy, iż to była stara, odnowiona tylko znajomość...
Zygmunt wciąż dumał co z nią począć. Passya dla Francuzki chwilowo go opuściła... nie spodziewał się nigdy żeby takie za sobą pociągnąć miała następstwa... Mówił sobie, że przesycony nią do domu powróci, całusem sprawę zagodzi - i pójdzie wszystko po staremu. Z razu nie zdało mu się, żeby Elżusia mogła zbroić coś nawet dla łask królewskich - teraz powoli przychodził do tego, iż wszystko było możliwe. On ją porzucił, mogła ona też powiedzieć sobie, iż jej się z pod jarzma wyrwać wolno i bujać po świecie... Co tu począć? powtarzał... Z razu na myśl przychodziło, rzucić tu te amory zgniłe, zabrać żonę i powracać do domu; - ale - dyabeł w nim palił jeszcze, odzywała się passyjka, szkoda było łajdackiego żywota wśród rozpasanej młodzieży, szkoda Duparc, - a na wsi takie nudy!! - Pomyślał potem by zebrać garść ludzi, żonę schwycić i z Dziembą ją do domu wyprawić, a samemu tu zostać. - Gdzież znaleźć pomocników? a w domu, też Okónie, napadliby i odebrali... Zresztą wiedział o tem, że z Elżusią wcale łatwo nie było. I ona się tak gołą garścią wziąćby może nie dała...
A możeby się pójść stanąwszy oko w oko rozmówić! i...?? Ale do czego prowadziła taka rozmowa? do zajadlejszej kłótni jeszcze? Myślał długo i poszedł po radę do butelki powtórnie... Za czwartą szklanką pożądany nastąpił skutek... w głowie zrobiło się jaśniej, na sercu lżej... przybyło odwagi, odbiegło trochę gniewu... Duparc wydała się ładniejszą znowu... a żona - pal ją dyabli! - rzekł w duchu. - Tylkobym jej chciał dokuczyć... bo tego warta. Chciało się jejmości szkosztować zakazanego owocu? nie dosyć! przyszła mi go jeść pod nosem, ażebym na to patrzał! To co się zowie miło!... cha! cha!
Pociągnięto go do wieczerzy... poszedł. Duparc, ulitowawszy się nad nim, dała mu całusa... ale go otarł zaraz... i siadł od niej z daleka. Była pewna, że zazdrośny o króla, i śmiała się z radości. Tymczasem posadziła przy sobie nowego wielbiciela, który już od trzech dni o względy jej się starał. Był to młody Flemming, ledwie wypuszczony w świat... bez brody i wąsów, ale już w mundurze i z kieszenią dotąd nabitą. Miał tylko jedną babkę staruszkę, która go niezmiernie kochając, na wszystkie mu dostarczała fantazye. Duparc, dobrze się wprzódy dowiedziawszy o nim, zaczynała przychylnem nań patrzeć okiem. Zygmunt zresztą, od niejakiego czasu, był całkowicie wyczerpany... pieniędzy pożyczał, pora go się pozbyć było. Flemming zaręczał, że nad kilkanaście dukatów pożyczonych nie ma nic Polak w kieszeni...
Duparc wierzyła temu bardzo; jedno ją tylko od zupełnego zerwania wstrzymywało, że podobni Zygmuntowi, z dala przybywający panicze, słynęli w Saksonii jako bogacze... a chwilowy niedostatek mógł nic nie znaczyć, bo z dóbr nowe przypływały zasoby... Zawsze niedostatek ten dawał do myślenia, że familia nieznośna mogła pod pozorem marnotrawstwa obciąć źródło dochodów...
Nie wiedziała jeszcze co pocznie... bo znowu Flemming jako niemiec nie wiele obiecywał, choć jako młodzieniec bezwąsy... wielkich był nadziei... Wahała się jeszcze... Wszystko przemawiało za tem, żeby Zygmunta albo grzecznie, albo awanturą się pozbyć... trącił już długami i golizną... zaczynał być razem śmiesznym i grubianinem... Pieniądze mu nie przychodziły!! - Gdyby jej zrobił scenę z powodu Flemminga? gotowa była kazać go wyrzucić za drzwi... Tym czasem Zygmunt pił okrutnie, a sceny żadnej czynić jakoś nie myślał...
Wieczerza w ogóle mniej była wesoła niż zwykle... Wstali wszyscy od stołu, nie więcej ożywieni niż do niego zasiedli... W drugim pokoju zaczynała się gra.. Jak tylko złoto brzęknęło, co żyło potoczyło się ku niemu...
Zaczęto stawiać.
Zygmunt machinalnie szukał po kieszeniach, miał jeszcze kilkadziesiąt dukatów... trzeba było sprobować szczęścia... rzucił na stół połowę, - przegrał... Postał chwilę... wyciągnął resztę... nie długo czekał, i tę mu wzięto.
- Słuchaj no - rzekła zbliżając się Duparc: - postaw na moje szczęście, to wygrasz...
- Nie mam już pieniędzy...
- Jakto można nie mieć pieniędzy? mais c'est ridicule! odezwała się Francuzka... to masz w domu...
- Nie mam i w domu... odparł Zygmunt..
- A kiedyż ci przyjdą?
- Nie wiem czy mi rychło przyjdą...
Duparc spojrzała na niego ze wzgardą.
- Cóż będziesz robił?
- Hę? spytał Zygmunt: będę pożyczał...
- A potem?
- Nie będę oddawał.
- A dalej?
- Albo ja wiem! ruszył ramionami Piętka... pal dyabli!
Duparc zrobiła minę surową: wszystko to mocno się jej nie podobało.
- Jakże waćpan chcesz bywać w porządnych domach, nie mając pieniędzy?...
Zygmunt popatrzał na nią: - Czy to się nazywa porządnym domem? spytał szydersko... ha! ha!..
Duparc zmarszczyła brew strasznie...
- Sapristi! zawołała - waćpan mi prawisz impertynencye?
Zaczął się śmiać Zygmunt, odszedł parę kroków i siadł w krześle; Francuzica poszła za nim, uważając rzecz za nadto dobrze poczętą, żeby ją porzucić w pół drogi.
- Ja tego nie zniosę - dodała...
- Czego? człowieka bez pieniędzy? spytał Piętka.
Popatrzali na siebie. Zygmunt znajdował ją znowu szkaradną czarownicą, ona go niebezpiecznym hołyszem... Zatrzymała się zamyślona przed nim...
- Prosiłabym pana - rzekła - abyś przestał do mojego domu uczęszczać!
Piętka patrzał długo, długo na nią, mierzył ją od stóp do głowy... nie powiedział ani słowa... ręce trzymając w kieszeniach, poszukał kapelusza, nałożył go na głowę... i krokiem powolnym wyszedł... Patrząca za nim Duparc trochę była niespokojna. Licho go wie! minę ma takiego wielkiego pana... że gotów jutro mieć pieniądze! Szkodaby go było jakiej Niemce oddać do wyssania...
Ale już za uchodzącym słychać tylko było ciskane drzwi, od których drżały szyby po oknach. Śmiech graczów zagłuszył wszystko... Duparc pobiegła do młodego Flemminga, i garść dukatów wziąwszy z jego kieszeni, rzuciła ze śmiechem... na szczęście - obojga!..
Dukaty na teraz wygrały!
________________________________________
Z jakiemi myślami nazajutrz wstała piękna Elżbieta - stryj Eligi odgadnąć nie mógł. Po wczorajszym śmiechu i płaczu, twarz miała uspokojoną, wyglądała rumiano i świeżo... nie było śladów wzruszenia i bezsilności.
Widząc to stary, po ucałowaniu ręki, zapytał cichuteńko: - Co też dalej czynić mieli...
Z razu Elżunia nic nie odpowiedziała.
- Zobaczymy, rzekła po namyśle - mój pan Zygmunt też pewnie o mnie słyszeć musiał i przez Dziembę, i choćby ze wczorajszego teatru. Wszakże się około tej tancerki kręci... a więc wiedzieć będzie o wczorajszem przedstawieniu... myślę, że i o mnie... Zastosujemy się do tego, co on pocznie i czego się o nim dowiedzieć potrafimy...
Eligi złożył ręce, głowę na piersi spuścił: - Wola twoja...
A tu już do drzwi się dobijano... Wojewoda prosił ażeby mógł być dopuszczon przed oblicze pięknej pani.
Otworzyły się podwoje... Stryj wyszedł naprzeciw... Wystrojony przepysznie z czapeczką pod pachą, od której kita brylantami błyszczała... wsunął się pan wojewoda, prawiąc komplementa od progu...
- Cieszę się, że acani dobrodziejka tak po podróży ślicznie wyglądasz! Los szczęśliwy uczynił mnie tu jej, mogę powiedzieć, opiekunem... nie dziwże się pani, gdy się ośmielę jej spytać, w czembym mógł usłużyć...
Elżunia wskazała krzesło, spojrzała na Stryja i poczęła:
- Sądzę, że pan wojewoda ledwie się domyślasz powodu mojego przybycia tutaj... Nie przybyłam z dobrej woli, przygnało mnie wielkie strapienie domowe, na które, rzeczywiście jako niedoświadczona, rady znaleźć nie mogę. Mąż mój, zbiegł mi tu za jakąś płochą kobietą... nawet imienia kobiety może nie wartą... W pierwszym przystępie żalu i gniewu pognałam za nim... dziś żałuję, bom raczej powinna była podziękować Panu Bogu, iż mnie od niego uwolnił. Sprawa moja jasną jest... chcę być uwolnioną od tego człowieka, a korzystam z bytności tutaj i z łaskawej interwencyi waszej, prosząc byście mi pomogli w konsystorzu do rozwodu... u króla JM., by też za mną przemówił do biskupa słowo...
- Sprawa czysta, jasna, o pomstę do Boga wołająca! przerwał z uniesieniem wojewoda: a kto panią widzieć miał szczęście, ten winowajcy przebaczyć nie może.... Z najmilszą chęcią przyczynię się do uwolnienia pani z tych więzów... Król JM., który wczoraj jeszcze zwrócił na nią uwagę... pewien jestem... weźmie to do serca...
- Będę panu i królowi JM. bardzo wdzięczna... dodała Elżusia.
- Czy wiesz pani o mężu gdzie jest? spytał wojewoda.
- Tu być musi, bo i Francuzka tu jest, a nawet jeśli się nie mylę, występowała wczoraj na teatrze...
Wojewoda rad, że mu się zwierzono, i że powód mieć będzie do częstszego odwiedzania pięknej pani, począł się rozpytywać o szczegóły. Zabawił jeszcze chwilę, ucałował białą rączkę z namaszczeniem wielkiem i wyszedł bardzo uszczęśliwiony...
- Co ja słyszę? zawołał Eligi - po wyjściu jego - a to Elżusia chce iść do rozwodu?
- Cóż mi innego pozostało?...
- Casus fatalis! mruknął stryj - casus fatalis!..
- Wszyscy przecię będą wiedzieli, dla czegom rozwodu żądała! Kochać go nie mogę! Szanować mi niepodobna! przebaczyć trudno!... Nie!!
- Rozwód! rozwód! powtarzał stryj - a potem co? nazad do Wólki? do jegomości?... ni panna ni mężatka! ni gotowane ni pieczone! Jezu Nazareński, moja dobrodziejko! co asindźka nawarzyłaś?..
- Kochany stryju - odparła spokojnie Elżusia, ani mnie powrót do Wólki, ani nawet klasztor nie straszy - gorzej życie z człowiekiem, który wstydu nie ma i sumienia! Ślubowałam jednemu, drugiemu nie będę - póki ten przy życiu, bom mu do śmierci przysięgała, - ale z nim żyć!! Nigdy! nigdy!
Stryj odmawiał na intencyę odwrócenia wszelkiego złego modlitewkę, - popatrzał na synowicę i zamilkł... Do drzwi pukano znowu... Elżusia spojrzała... w progu stał wystrojony jak na wesele pan Seweryn Trzaska.
- Nie mogłem tego przemódz na sobie - począł z za drzwi już, - ażeby pani dobrodziejce, będąc raz tutaj, a wiedząc o jej bytności, mojej atencyi nie złożył.
Elżusia lekkiem skłonieniem głowy go przywitała milcząco... stryj ukłonem nizkim... nie odebrał żadnej odpowiedzi.
- Podróż spodziewam się... poszła szczęśliwie?...
- Dosyć - szepnęła Elżusia - a panu?
- Dojechałem dobrze, a co tu zrobię - nie wiem jeszcze! - Westchnął, - Pani tu bawi?...
- I ja muszę powiedzieć: nie wiem jeszcze...
Trzaska stał w środku pokoju, bo go nawet nie proszono siedzieć. Jejmość zapomniała może, a stryj nie śmiał...
Na szczęście zapukano raz jeszcze...
Eligi pobiegł otworzyć - za progiem z miną zbolałą i skromną, dziwne odbijającą od olbrzymiej jego postawy... stał zafrasowany widocznie Borodzicz.
Ujrzała go Elżusia, ruszyła z lekka ramionami i zarumieniła się...
- A pan tu co robisz?
Borodzicz wszedł...
- Najosobliwszy skład okoliczności, bo bydła na Szlązku kupić nie mogłem... i pomyślałem sobie dostać owiec saskich, ma to być wielka osobliwość - odezwał się obwiniony. - Otóż będąc już tutaj...
Elżusia surowo nań spojrzała.
- Waćpan gotoweś tu owiec nie dostać, pojedziesz gdzie dalej, a w domu będą myśleli, żeś przepadł - rzekła szydersko.
- E! nie ma tam w domu komu się o mnie frasować! dodał Borodzicz...
To mówiąc, oba z Trzaską zaczęli koso na siebie spoglądać, tak niespodzianie się tu znalazłszy.
- Co on tu robi? pomyślał Trzaska.
- Po co ten tu wlazł? myślał Borodzicz.
Skłonili się sobie z daleka i zimno.
- Panowie się znają? spytała Elżusia.
- Znajomość z gospody - rzekł Trzaska, spotkaliśmy się na drodze...
- W Szlązku? zapytała Elżusia...
Borodzicz poczuł, że tu się jego kłamstwo wydać może, zakaszlał i poszedł pilno do stryja... Trzaska zmierzył go oczyma dziwnemi. Poczuli w sobie współzawodników.
- Jako sąsiad - odezwał się Borodzicz pokornie, zagadawszy cicho wprzód do stryja, - jako stary sługa ich domu przezacnego, pozwól pani, bym jej i tu, na obczyznie, usługi moje ofiarował...
- Dziękuję panu - ale czegoż ja tu mogę potrzebować, mając kochanego stryja? - Eligi się skłonił. Niech pan owce kupuje i do domu powraca... same żniwa! a czyż to się gospodarzowi odjeżdżać ich godzi?...
Borodzicz westchnął: - E! tam, te żniwa! toć i włodarz im podoła - a jak mi trochę snopów, choćby i kop ukradną... mniejszać z tem, z głodu nie umrę!
Zamilkli. - Trzaska widząc, że na ten raz się nie wiedzie, począł żegnać; Borodziczowi też niewypadało zostać, bo i jemu nie najlepiej poszło... i on także się kłaniał. Elżunia obu skłoniła głową, ale zimno i surowo na nich patrząc, tak, że obadwaj chłód w sercu poczuli. Stryj do progu odprowadził... Wyszedłszy do sieni spojrzeli sobie w oczy.
- A cożeś to asindziej mi powiadał?... począł Trzaska.
- A dla czegożeś się mi pan nie przyznał? razem prawie zagadnął Borodzicz...
Spojrzeli się znowu na siebie.
- At, dałbyś asindziej pokój - rozśmiał się Borodzicz, podając rękę Trzasce... my się już rozumiemy! Nie ma długo rozprawiać... obaśmy potracili głowy.. z tą różnicą, że ja dawniej, a asindziej świeżo... Jako stary pacyent dodam jedno, że nadziei kuracyi nie ma żadnej, a żadnej...
Pomilczeli chwilę.
- Ktoby za nią nie pojechał? i ktoby dla niej nie oszalał? dodał ożywiając się pan Gracyan. - Osoba jest jakiej drugiej na świecie nie ma... Co pan na to?...
- Ani słowa - ale waćpan mówisz, rzekł Trzaska, iż nadziei żadnej? jakto żadnej? mąż łotr ostatni! Jużem się tu o jego sprawkach wywiadywał i dowiedział... Spotka go zły los... to pewna - a wówczas!...
- E! prioritas przy mnie! smutno się zaśmiał Borodzicz i głowę zwiesił - tak! a co mi z tej prioritatis! nie miałem nigdy szczęścia w życiu! Gdyby się tak trafiło, żeby była wolną? to mi ją pierwszy z brzegu z przed nosa pochwyci! Bóg z nim! byleby ją uczynił szczęśliwą - dodał cicho - jabym na to przynajmniej chciał patrzeć, żeby jej na świecie było dobrze... Waćpan jej nie znasz - mówił ciągle ze wzrastającym zapałem - waćpan widzisz twarz tę jasną a wspaniałą, i postawę królewską, i oczy błyszczące i usta ukoronowane powagą... ja patrzałem jak rosła, jak rozkwitała, jak ją Bóg opromieniał tą pięknością, która z duszy płynie. To niewiasta!! męztwo a czułość, rozum i serce... wszystko!... At! co to mówić! zakończył nagle ocierając oczy - ja ją kocham równo jak się boję... Straszna jest!...
Poszli tedy we dwóch z Trzaską, rozprawiając. Bystrzejszy daleko pan Seweryn, już o Zygmusiu wszystko wiedział, czego tylko dobadać się było podobna. Dodawało to otuchy jego młodej miłości, bo czuł - jak powiadał, - że człowiek ten źle skończyć musi... O postanowieniu starania o rozwód nic jeszcze Trzaska wiedzieć nie mógł, bo i z Eligim nie mówił; inaczej byłby z niego łatwo tajemnicy tej dobył...
W ciągu dnia wojewoda przysyłał drugie zaproszenie na teatr z tem, iż jeśliby sobie życzyła pani Piętkowa, tedy po spektaklu królowi JM. przedstawiona być może. Potrzeba było namysłu pewnego. Stryj Eligi nie pojmował nawet, ażeby podobnego szczęścia ktoś odmawiał z dobrej woli... - Trzeba jechać, mówił - trzeba się stawić - drugi raz w życiu się nie trafi ucałować ręki królewskiej. A potem powróciwszy na wieś, czy siak czy tak... miłoby było opowiedzieć, że się z królem JM. rozmawiało. Nie każdy tego dostąpi zaszczytu.
Elżusia inaczej się to pojmować zdawała, milczała - w ostatku jednak zgodziła się na to, by w teatrze się pokazać i w korytarzach przechodzącemu królowi przez wojewodę być przedstawioną.
Stryj Eligi odpowiedź napisał, zepsowawszy trzy arkusze papieru na raptularze... Dalej musiał w miasto ruszyć, aby do stroju potrzebne rzeczy znaleźć, sprowadzić i sporządzenie ich na czas zapewnić. A że wczoraj już z lektykami niemała trudność była, więc i owe nosidła zawczasu musiano zamawiać, wszystko zaś przepłacać!
Stryj Eligi, który w podróż wybierając się nigdy nie spodziewał się takiego szczęścia dostąpić - a i w domu garderobę miał nader skromną, frasował się o swój świąteczny kontusz, który tu i za powszedni nie mógł uchodzić. Potrzeba było worka rozwiązać i dla niego, bo kurdybanowe buty były przenoszone mocno... i żupan (z fałszem) nie pierwszej świeżości... Na to wszystko radzić miał krawiec pół-Niemiec, pół-Warszawianin, który tu się był osiedlił, w celu, by nieszczęśliwym wędrowcom w pomoc przychodzić... Przed godziną teatralną, było wprawdzie gotowe wszystko, i czego pani potrzebowała i co stryjowi było niezbędne - lecz też dostarczyciele Niemcy sowicie to sobie opłacić kazali.
________________________________________
Odwiedziny wojewody, potem Trzaski i Borodzicza, oprócz innych skutków miały i ten, że zamierzającego już napaść na żonę Zygmunta powstrzymały.
Dziemba, który się obawiał złych skutków, doniósł mu, że tam ludu mnóztwo było na straży i pilność wielka, że snadź spodziewano się czy lękano czegoś, bo czujnie koło domu stróżowano...
- Na złodzieju czapka gore! syknął Zygmuś - a no - ja swego dokażę. Przecież z jejmością widzieć się i pogadać musimy, choćby gardłem nałożyć przyszło. Mamy z sobą obrachunek!...
Postawiony na zwiadach w kamienicy na przeciwko, doniósł potem Dziemba, iż lektyki do zamku zamówiono, i że pani będzie znowu w teatrze...
Zygmuntowi brakło tylko pieniędzy do wykonania doskonałego planu... chciał przekupić drążników, aby z zamku wynosząc lektykę, zamiast do gospody, żonę zanieśli do innego domu, któryby on im wskazał... Tam, chciał się - jak powiadał - rozmówić z jejmością... A mówiąc to, śmiał się piekielnie... Takie rzeczy nie dzieją się wszakże bez grosza... a właśnie go brakło. Poszedł Zygmuś po żydach i lichwiarzach już mu znajomych, i z pomocą jednego kupca, którego nieco znał dawniej, dostał przecię kilkadziesiąt oberzniętych dukatów na cyrograf straszliwy.
Ze złotem obaj polecieli do drążników, bo wiedzieć nie było można, któremu panią nieść przypadnie. Opierali się oni, wymawiając odpowiedzialnością swoją, ale w końcu złoto zachwiało ich i złamało. Zygmunt im ręczył, że pani którą nieść mieli, żaden się nie dział gwałt, bo ona o tem wiedziała. Stryja mieli samego w pustej jakiej dzielnicy miasta wyrzucić i uciec...
Wszystko to zostało osnute tak szybko i zręcznie, że gdy godzina teatru się zbliżyła, Zygmuś już na mieszkaniu najętem, na pirneńskiem przedmieściu... drzwi i zamki opatrywał.
Teatr znowu był pełen i pani Zygmuntowa nie mniejszą niż po raz pierwszy obudziła ciekawość. Skoczki popisywali się także, lecz panny Duparc tego dnia na scenie nie widziano; powiadano, że zachorowała.
W chwili wyjścia, wojewoda przyszedł do Elżuni, podał jej rękę i zaprowadził na galeryę, którą król J. Mość miał na pokoje powracać... Pani Piętkowa nie doznała wcale tego wzruszenia, jakieby podobne szczęście w każdej innej wzbudziło; szła bardzo śmiało; a gdy w dali ukazał się August II otoczony świetnym dworem, strojny i jaśniejący klejnotami, w które ubierać się lubił, patrzała nań niezachwianem okiem... więcej ciekawa i zdumiona niż wylękła. Wojewodę August postrzegł z daleka i głową mu skinął... Tego dnia cierpiący był na nogi, które już wówczas zaczynały nabrzmiewać, z czego później ostatnia choroba się wyrodziła; opierał się na lasce, i twarz zdradzała ból ukrywany, uśmiechał się jednak, mimo lat grać chcąc zawsze rolę zalotnika i siłacza. Piękna twarzyczka Elżusi zwróciła jego oko zdające się w niej lubować; wzdychał patrząc na nią, jakby żałował lat upłynionych... Gdy August II podszedł... a pan wojewoda nizko się kłaniając przedstawił swą klientkę, król zapytał, trochę złamanym językiem, czemby mógł jej służyć?
Elżunia zarumieniła się, podniosła oczy, które były łzami zaszły, i poczęła mówić, ośmielając się za każdem słowem.
- N. Panie! przybyłam prosić W. K. Mości o protekcyę i sprawiedliwość - zostałam przez mego męża zdradzoną dla nikczemnej zalotnicy... potrzebuję zerwać ten węzeł, który mnie łączy z człowiekiem splamionym i bez serca.
- Jakto bez serca? przerwał król żartobliwie, miał go widać aż nadto, kiedy niem tyle osób obdzielał?
- N. Panie, u nas na wsi wszystko się dzieli oprócz serca małżonków, które albo całe do siebie należeć muszą, lub ceny już żadnej nie mają, odpowiedziała Elżunia. Myśmy ludzie obyczajów prostych i nazywamy każdą rzecz po nazwisku... Mój mąż jest marnotrawcą i rozpustnikiem.
Król, który nie zupełnie sam czysty był w sumieniu pod tym względem, skrzywił się nieco.
- Nie należy być tak srogą i nieubłaganą, rzekł. Młodemu się wiele wybacza... mąż pani wrócić może..
- Do domu, ale nie do mnie - zawołała Elżusia energicznie... Przy dawnych ucztach N. Panie, gdy kto nieczysty rękę włożył do półmiska, drudzy już z niego nie jedli. Ja jestem tego obyczaju! - Proszę więc W. K. Mości o protekcyę, aby mnie do pożycia z nim nie zmuszano.
August II słysząc zapał i widząc gniew z jakim te wyrazy wymówiła, - przypatrując się ognia pełnym oczom Elżuni, uśmiechał się, niby przypomnieniom dawnych czasów. Któż wie? Cosel może przyszła mu na myśl i jej niepohamowane gniewy a groźby...
- Zaprawdę - pani wybaczoną być może taka surowość, bo kto na nią spojrzy, winowajcy nie przebaczy... ani go nawet zrozumie!! Czy mąż pani ślepym nie był? zapytał król uśmiechając się.
Elżunia spuściła oczy smutnie.
- Komukolwiek przysiągł, N. Panie, z dobrą i nieprzymuszoną wolą, winien był jako człowiek uczciwy dochować przysięgi - jakbykolwiek wyglądała ta, której ślubował! rzekła pani Piętkowa.
- Ach! ach! opierając się na lasce począł August, który snadź w tej rozmowie smakował: przysięgi serdeczne rzadko kiedy się dochowują, bo nad sercem, piękna pani - władzy nie mamy!
- Nie idzie mi już o serce jego, zawołała Elżusia - ale o uczciwość! publiczną taką dom okryć i mnie sromotą!
- A! pani jesteś surową! nadto surową! nielitościwą! śmiejąc się z przymusem jakimś mówił król - młodym się wiele wybaczać powinno.
- Tak, póki są młodzi, N. Panie! kto się żeni ten młodym być przestaje!
Król oczy tylko silniej otworzył i brwi podniósł najjaśniejsze do góry - dworzanie zaś zdumieni i zgorszeni tak przewrotną nauką, mieli miny przelękłe... Spoglądając na siebie, jakby pytając, zkąd się taka kobieta tutaj wziąć mogła, obawiali się, by August II nie obraził się mową tak śmiałą. Byłoby to może ten skutek wywarło, gdyby z innych ust pochodziło: - twarzyczka Elżusi nie dozwalała gniewać się na nią - była nadzwyczaj piękną.
Dokończywszy, skłoniła się nizko; król chciał iść, wstrzymał się, szepnął coś marszałkowi dworu, marszałek przyszedł z tem poselstwem do wojewody, a ten wytłómaczył pani Piętkowej, iż N. Pan życzy ją sobie widzieć na dworze swoim, i na jutrzejszym balu w zamku.
Ponieważ August jeszcze jakby oczekując odpowiedzi, stał i patrzał - Elżusia zbliżyła się ku niemu.
- Darujesz rzekła N. Panie, że dziękując za jego łaskę, rozkazom zadość uczynić nie będę mogła. W mojem położeniu nie przystoi pokazywać się publicznie... a smutną twarzą i humorem popsułabym tylko W. K. Mości zabawę.
Dygnęła i cofnęła się po tych słowach. Śmiałe to odmówienie dziwić nadzwyczaj się zdawało i króla, i marszałka i wojewodę, i tych co je dosłyszeli - król się jednak nie obraził, pochlebiło mu to, że go mimo lat i pedogry za niebezpiecznego uważano. Skłonił głową z bardzo wdzięcznym i przymilającym uśmiechem, ręką ją pozdrowił raz jeszcze, i opierając się na lasce poszedł dalej. Za nim cały dwór począł ciągnąć majestatycznie, i nieprędko wojewoda mógł, podawszy rękę swej protegowanej, zaprowadzić ją do miejsca gdzie stały lektyki. Stryj Eligi, niemy i bierny świadek całej sceny tej, karku tylko sobie nałamał ukłonami, a teraz cisnąc się zdążał za synowicą, szabelkę ściskając w ręku - z wielką w sercu boleścią. Był od króla o kilka kroków tylko, a do ręki jego docisnąć się nie mógł i mozolnie usmażonego łacińskiego komplementu nie powiedział!
Lecz, stało się! nie rozpaczał: nowiusieńkie buty kurdybanowe i łacina owa na drugi raz jeszcze przydać się mogły. Gniewał się tylko trochę na synowicę, która tak pięknego zaproszenia królewskiego przyjąć nie chciała!... Powtarzał też po cichu, usprawiedliwione teraz poniekąd wykrzykniki: - Herod-Baba!
W bramie, kędy stały lektyki, zalegał do koła tłum ciekawych, noc była pogodna i piękna. Ci, co do zamku wcisnąć się prawa nie mieli, chcieli być przynajmniej świadkami jak goście z niego odpływali, przypatrując się strojom i twarzom. Pomiędzy ciekawych nie przypadkowo, ale z rozmysłem wcisnęli się Trzaska i Borodzicz, nie spuszczając z oka lektyki pani Piętkowej. Stanęli zakrywszy się, aby ich nie spostrzeżono, jak mogli najbliżej... Przyczyną tej zasadzki było, że Trzaska tegoż dnia w gospodzie przez przepierzenie wysłuchał całej narady między Piętką a Dziembą, umawiającymi się o porwanie jejmości. Wiedział więc Trzaska, że tragarze byli przekupieni i że lektykę na pirneńskie przedmieście nieść mieli, - a zarazem, że Piętka i Dziemba we dwóch tylko z lektyki Elżusię pochwycić się spodziewali, nikogo więcej nie mając do pomocy.
Trzaska natychmiast skoczył do Borodzicza, opowiedział mu wszystko, i we dwóch także byli pewni tamtym dwu podołać, a panią swą obronić. Stanęli więc dopytawszy lektyki, pewni, że im się ona nie wymknie... Ale w chwili wsiadania Elżusi, nacisnął się tłum, zepchnięto ich trochę, tak, że ledwie Borodzicz na palcach się spiąwszy, dojrzał gdy już wieko zamykano tej, do której jejmość wsiadła, a gdzie był p. Eligi. W pierwszej też chwili nie mogli się tak łatwo wydobyć ze ścisku i podążyć za drążnikami. Dopiero nieco dalej biegiem już zaczęli ścigać lektykę. Lecz im oni skorzej za nią szli, tem tragarze lepiej kłusując uchodzili.
Zaraz za bramą zamkową, wyminąwszy gąszcz ludzką, ci co nieśli Elżusię, porozumiawszy się znakami ze stryjaszka drążnikami, rzucili się w lewo i puścili uliczką po pod mury w dół: stryja zaś Eligiego poniesiono żwawo na prawo w ciasne przejście ciemne..
Trzaska i Borodzicz co chwila potrącani, biegli jak mogli zadyszani za lektyką, nie dościgając jej jeszcze, bo coraz nowe znajdowali przeszkody... Ludzie niosący umyślnie zdaje się puszczali się w najkrętsze uliczki i łamane jakieś przejścia, tak, że Borodzicz i Trzaska ledwie mogli na oko ich złapać... by lektyki nie stracić.
Wreszcie dopędzili tak pirneńskiego przedmieścia i szerszej nieco ulicy, w której księżyc padał. Borodzicz ujrzał zaraz na progu jednego z domostw, stojących we drzwiach Zygmunta i Dziembę... Byli sami i bez broni... drążnicy zwolnili kroku tak, że Trzaska miał czas nadbiedz i Borodzicz, który już szabli dobył, z przełaju przeciw lektyce zajść... Tylko co ją postawiono na bruku i wieko podniesiono, a Zygmunt z Dziembą przypadli do otwierających się drzwiczek, tuż na karku już mieli Trzaskę i Borodzicza...
Elżusia wysiadając zobaczyła męża i z podziwu krzyknęła, ten ją już pochwycił za rękę, a Dziemba miał wziąć za drugą, gdy Borodzicz nie czekając dłużej płazem go po grzbiecie tak smagnął, iż Julek odwrócić się nagle zmuszony, pośliznął się i padł pod nogi; Trzaska uderzył prawie równocześnie Zygmunta...
Drążnicy widząc to, pasy nawet porzuciwszy zbiegli, aby się skryć co najprędzej. Dziemba też przestraszony uderzeniem, zerwał się, i nie czekając więcej, wpadł do domu, którego drzwi za sobą zatrzasnął.
We dwóch Borodzicz i Trzaska chwycili teraz pana Zygmunta, którego im łatwo było przytrzymać, tak, że kroku ruszyć nie mógł; klął tylko i rwał się a odgrażał napróżno.
Elżusia już była wyskoczyła z lektyki, rękę trzymając u pasa, za który w czarnej pochwie zatknięty miała zawsze puginał. Poznała po głosie męża i swoich niespodzianych obrońców, lecz cała ta przygoda dziwną niezrozumiałą się jej wydała.
- Co to jest? zawołała - gdzie ja jestem? jakim sposobem tu się znajduję?... Co on tu robi?
Wskazała palcem męża.
- Niech się pani nie lęka - przypadając nieco ku niej, o ile ręka dozwalała, rzekł Borodzicz - był to spisek łotrowski na panią, który pan Trzaska odkrył przypadkiem... Ludzie z lektyką byli przekupieni przez Zygmusia... Dzięki Bogu w poręśmy się znaleźli...
Zygmunt rwał się i szamotał ciągle, pieniąc z gniewu. Elżusia z brwią namarszczoną, groźna postąpiła ku niemu.
- Czegożeś to odemnie chciał żeś musiał aż gwałtu użyć i zdrady, aby się widzieć z żoną? zawołała... Mogłeś przecie gdybyś miał odwagę, czoło pokazać, przyjść w biały dzień... Wiedziałeś, że tu jestem, ale nie wiesz po com przybyła... Przybyłam pierścień twój ślubny rzucić ci w oczy. Daj go tej, której łańcuch prababki powiesiłeś na szyi, ukradłszy go z domu. Wstyd i hańba..
- Tobie to mnie wyrzucać! tobie! zawołał z kolei Zygmunt: coś za sobą cały regiment gachów przywiodła, żeby cię od męża bronili!! tobie, co się królowi wdzięczysz, aby po Duparc wziąć dziedzictwo!..
- Milcz! krzyknęła Elżusia - mnie nikt prócz ciebie, jednego wejrzenia nie zarzuci! Moje sumienie czyste!
- A! na miłego Boga - przerwał Borodzicz: zlitujcie się państwo! To ulica! Już się okna zaczynają otwierać, ludzie gromadzą, straż nadejść może. Gdzieindziej się z tym jegomościa rozprawi. Tu nie miejsce... Weźmiemy go z Trzaską, zawiążemy gębę i zaprowadzimy pani do progu... niech się tam tłómaczy...
- Ja tłómaczyć się! przed kim? przed nią? Cóż to? czy wy mnie sądzić myślicie? zawołał Zygmunt umyślnie głosu nie szczędząc. Żona mnie będzie dekretowała, a gachy wyrok wykonają! He! he! niedoczekanie wasze!
I krzyknął zawołując Dziemby, ale ten z za drzwi pokazywać się nie myślał, pamiętał na plecach ciężkie płazowanie Borodzicza.
Elżusia gniewna, ale poważna patrzała na męża.
- Niepotrzeba na ciebie wyroku, rzekła - tyś sam wyrok napisał na siebie - tyś sam, Pan Bóg go wykona! Proszę panów puścić go, chce iść za mną, niech idzie posłyszeć słowo ostatnie, a nie - niech wraca do ulubienicy... ja za nim gonić nie będę, a lękać się, nie lękam... Nie wart, żebyście sobie ręce o niego walali!
Usłyszawszy te wzgardliwe wyrazy, Zygmunt puszczony odskoczył, chwiejąc się i zataczając kroków kilka...
- Jędza! krzyknął wściekły... i któż się tu zdziwi żem od tej kobiety uciekał! I ja też za waćpanią nie pogonię... choć mam prawo jako mąż, zamknąć cię, ukarać, mścić się... Z nią się ja kiedyś rozprawię, dodał; ale kto śmiał tknąć płazem i rękę na mnie podnieść, ten mi musi odpowiedzieć za to... Słyszycie waćpanowie?!
Borodzicz i Trzaska stanęli oba...
- Do usług jestem, ja pierwszy com waćpana pałaszował - rzekł Trzaska.
- A ja com za kark schwycił, także - dodał Borodzicz... Rozprawim się.
- Rozprawim...
- Nie dalej jak jutro! zawołał Zygmunt: gdy jejmość dobrodziejkę odprowadzicie do domu... Służę tu na radę... albo wprost do Bażantarni z pistoletami.
- Czego tu radzić? po co? przerwał Trzaska... Jutro na ósmą w lasku pod Bażantarnią...
- Jutro...
W czasie tej rozmowy wrzawliwej, urywanej i pośpiesznej, Elżusia stała z rękami załamanemi, gniew jej we łzach się niemych rozpłynął...
- Z jejmością rachunek zrobim gdzie indziej, dokończył szydersko Zygmunt; a że nie minie, to nie minie...
To mówiąc począł się do drzwi dobijać, za któremi stał Dziemba. W tejże chwili stryj i wojewoda od strony zamku z pochodniami śpieszący nadbiegli...
Lektyka stryja, której drążnicy ulękli się i wydali swych współtowarzyszów, nie zaszła dalej jak do gospody... Tu pan Eligi dowiedziawszy się o spisku, poleciał do sąsiada i cały dwór rozbudził... Ludzie, co go nieśli, na pirneńskie wskazali przedmieście... dokąd sam wojewoda, Rzesiński, pachołcy i co żyło w gospodzie się zbiegło... Zygmunt miał ledwie czas widząc ten tłum do domu się skryć i drzwi za sobą zaryglować... wojewoda bowiem po drodze, z zamku kilku prowadził żołnierzy. Wszystko to już się okazało niepotrzebnem... lecz zgiełku i gwaru narobiło w mieście takiego, iż mieszkańcy sądzili, że się pali.
Panią Piętkową wsadzono do lektyki i w tryumfalnym pochodzie odniesiono do domu... Stryj Eligi płakał i modlił się - Elżunia z zaciśniętemi usty chodziła zamyślona...
- Herod-baba! szepnął stary z kąta - Herod-baba!!
________________________________________
Bażantarnią zwał się lasek, z którego później przepyszny wielki ogród królewski zrobiono... Jak cała okolica ta niegdyś starą puszczą okryta, w której odwieczne dęby panowały - Bażantarnia miejscami gąszcze miała nieprzetrzebione jeszcze, z pośrodka których majestatyczne kolumnami strzelały buki, sosny, graby i lipy... Gdzie niegdzie zielona łączka śmiała się szmaragdowym kobiercem wśród posępnego lasu gęstwiny, Był to bór jeszcze pomnący Łużyczan czasy, gdy niemiecki zabór nie tknął nadłabańskich brzegów. Już naówczas z rozkazu Augusta w pośrodku rozpoczęto myśliwski pałacyk budować i zdobić, już stały domki dla różnych osóbek stawiane które, w tych cieniach ukryć się starano. Po bokach wszakże... puszcza była prawie nietknięta i drożynami wijącemi się kapryśnie poprzecinana. Dość tu było i aż nadto miejsca na rycerskie szermierki dworzan Augusta, zresztą do bojowania nie skorych... Pojedynkowano się dla popisu z konieczności, by honor zaspokoić i pochwalić się zręcznem pchnięciem, ale nigdy śmiertelnie. Z uśmiechem jechał każdy na spotkanie, a weselszy jeszcze powracał.
________________________________________
Nikt też nie zważał na to, gdy nazajutrz rano przez zaroszone trawy i krzaki kilku ichmościów z pistoletami i szablami wcisnęło się na oddaloną łączkę za Bażantarnią. Pierwszy, który się tu zjawił był Zygmuś, do pistoletów i pałasza tak pochopny jak do innych szaleństw... a teraz pragnący zemsty i rozzłoszczony śmiertelnie. Strzelał on dobrze a bił się przedziwnie. Nie zliczyć było poobcinanych przez niego. Dziemba mu towarzyszył, niewyspany, żółty, smutny i mruczący, że go całą noc zmora dusiła. Zygmunt darować mu nie mógł wczorajszego ujścia z placu... łajał go, ale że innego nikogo nie miał, posługiwać się nim musiał. Za drugiego drużbę służył Niemiec, który biernie się zachowywał i z tyłu trzymał.
Wkrótce po nich Trzaska, Borodzicz i dwóch ichmościów ze dworu wojewody, Rzesiński i Kownacki nadjechali konno z dwoma czeladzi, dla trzymania koni. Tętent z daleka ich oznajmił, Zygmusiowi, oczy zajaśniały i ręce zadrgały, wyprostował się, potarł czoło.
- W to mi graj! zawołał i świstać począł.
Tymczasem pistolety opatrywał i skałkę krzesiwem nabijał...
Tamci zsiedli z koni... pozdrowiono się z daleka, Rzesiński poszedł do Dziemby, poszeptali coś z sobą.. Trzaska się wysunął pierwszy... nie dając Borodziczowi wystąpić - o mało się o to nie zwadzili.
Gdy się szlachta chciała dla nabrania apetytu i puszczenia sobie krwi ściąć trochę w szabelki, szli wówczas pieszo przeciwnicy na siebie, - ale na prawdziwe spotkanie, na życie lub śmierć, o wielką honoru obrazę, - do boju "na rękę" wyzwany wyjeżdżał konno z pistoletami, dopiero gdy strzały wymieniono napróżno, walczono siedząc na koniach, jak na wojnie, orężem białym, póki sił stało. I tu więc przeciwnicy wystąpili na koniach... Zygmunt miał karego wychowańca, wychudzonego drogą i skąpym owsem saskim, ale zwinnego i ognistego... Trzaska szpaka żelaznego, przysadzistego, grubego, - konia niepokaźnego, lecz z którym dobry jeździec co chciał mógł zrobić.
Stanęli z dala i mieli jechać ku sobie, strzelając gdy im fantazya przyjdzie, bo spotkania ówczesne tak niewolniczo jak dziś ograniczane nie były.
Na bladej twarzy Zygmusia znać było zajadłość wielką, hamowaną tylko, aby zemście nie stanęła na zawadzie.
Trzaska był na oko spokojny, chłodny, lecz z pod brwi skry mu się sypały, gdy na przeciwnika spoglądał...
Konie naprzód stępo iść zaczęły ku sobie, oba dobyli pistoletów, Zygmunt pierwszy mierzyć zaczął... za nim Trzaska... Trzymali się oba na celu wiodąc konie, które uszami strzygły - i łbami rzucały, gdy Piętka pochyliwszy się nieco strzelił... podniósł się na strzemionach, by z za dymu zobaczyć czy trafił, ale Trzaska nieruchomy siedział na koniu. Czaple tylko pióro od czapki ustrzelone precz poleciało. Strzelił i pan Seweryn, kula świsnęła mimo uszu Piętki, który się w głos rozśmiał... Stali od siebie na kilkanaście kroków, i jakby się zmówili, dobyli razem z olster pistoletów na nowo, rzuciwszy wystrzelone... Konie przystanęły, kary się zarył tylnemi nogami, prychał i naprzód iść nie chciał, parę razy spiął się dęba, opadł, łeb między nogi spuścił i krwawemi oczyma przed siebie patrzał.
Dwaj przeciwnicy mierzyli znowu... i Zygmunt z Trzaską strzelili prawie razem... koń Piętki zwinął się i padł na przednie nogi, a pan jego zeskoczył... Trzaska zachwiał się i padł... ranny był w bok...
Zygmuntowi nic się nie stało; cało wyszedłszy, konia nogą kopnął i śmiać się począł.
- A toć to nie koniec! pochwycił biegnąc Borodzicz... na miłość bożą - ja swojego nie daruję. My z sobą dawno mamy na pieńku, panie Zygmuncie, a i za przyjaciela Trzaskę... coś się mu należy.
- A! proszę! proszę! zaśmiał się Piętka: choćby trzem jeszcze to służę...
Tym czasem odnoszono Seweryna, który słowa nie pisnął, ani jęku nie wydał... Krew mu się lała z boku, chustą ją tylko zakładał.
- A no, nic! zawołał ranę naprędce opatrując Rzesiński - bo naówczas szlachcic każdy cyrulikiem był do ran, tyle ich opatrywać musiano: - nic!... trochę mięsa kula wyrwała, ale poszła sobie precz.. byle krew zatamować... zgoi się to za parę tygodni!
Podano konia drugiego Zygmusiowi z pod Dziemby.
Chciano w głąb zanieść Trzaskę, aby go na murawie położyć wygodniej, ale się nie dał: - Niech że się ja popatrzę! zawołał - toć mi się chyba należy.
Właśnie ci do strzemion się mieli - Borodzicz człek pobożny; przed koniem krzyż zrobił, i sam się przeżegnał, na kulbakę skoczył i już pistolet podniósł... Zygmuś coś pogwizdywał...
Koni obu ani było napędzić, czy je strzały nastraszyły, czy wrzawa, żachały się, rzucały w stronę, na siebie iść nie chciały. Borodzicz ostrogi wpił w boki swojemu, dwa razy z nim skoczył i osiadł w miejscu... Zygmusiowy głową nazad skręcił - ani sposobu go zbić na drogę... W czasie tego borykania z końmi, Trzaska krzyczał zniecierpliwiony: - Puszczaj mu cugle! nie zrywaj!
Gdy Borodzicz usłuchał, koń wreszcie trzęsąc się cały skoczył naprzód... Zygmunt swego głowę mu w górę poddarłszy zmusił też ruszyć z miejsca... wzięli się zaraz do pistoletów.
Zygmuncie, zawołał Borodzicz - westchnij do Boga... czuję, że twoja ostatnia godzina wybiła...
Słów tych domawiając nim tamten śmiechu głośnego dokończył, strzelił pan Gracyan... Zygmunt siedział na koniu... ale też przewalił się na krzyże, do góry ręce mu się podniosły i osunął się na ziemię, a koń wyrwał się z pod niego i czwałem popędził w las... Przyskoczył zaraz Dziemba i Borodzicz sam i Rzesiński do Piętki, któremu już krew usty buchała...
Kula przeszyła płuca, weszła gdzieś snadź aż pod krzyże i tam utkwiła. Rana była śmiertelna... Piętka jednakże dyszał, oczyma obracał i niecierpliwie ręką za piersi się rwał... Widok jego wszystek gniew, jaki gdzie jeszcze w piersi wrzał, uśmierzył; przystąpili wszyscy razem do ratunku... do narady co zrobić z jednym i drugim...
- Tylko wy o mnie wcale nie myślcie - rzekł stolnikiewicz - ja tam o swój bok się nie troszczę... dolezę do miasta jakkolwiek to się i wyliżę. Gorzej z tym... bo go pono prędko trzeba nieść, aby ksiądz go choć na śmierć wydysponował...
- A mówiłem! ręce łamiąc dodał Borodzicz - czułem, że mi przeznaczono go zabić - i wiem czemu!! wiem czemu!! Od swego losu nikt się nie wywinie... Nie mogło inaczej być!...
Dziemba i Kownacki pobiegli do dworku leśniczego, aby noszów dostać lub materaca dla Zygmunta...
Czas naglił... ratunek może był jeszcze jaki, lecz na to trzeba było doktora, któryby ranę opatrzył, kulę wyjął, i krew płynącą zatamować umiał. Jeden z czeladzi siadł na koń do miasta, aby doktora przywieźć.. tymczasem krzątano się w miejscu z jaką taką pomocą. Chory był nieprzytomny, kiedy niekiedy wyrywał się z piersi jego jęk stłumiony, zębami zgrzytał, a odzież rwał... porywał się i opadał bezsilny...
Trzaska tymczasem chusty zebrawszy jakie mógł, sam już się przepasywał, aby krew uchodzącą zawiązać.
Borodzicz był ciągle przy Zygmuncie... stał, patrzał nań i łzy mu się kręciły. Tak godzina upłynęła prawie, z miasta nie było nikogo... Trzaska zabierając jednego ze sług, powlókł się powoli opierając na nim... reszta pozostała przy Piętce. Z tego krew płynęła niemal strumieniem, całe to miejsce gdzie leżał, trawa, kobierzec, bielizna w niej się spławiły.
Już było około jedenastej, gdy od miasta zaturkotało: jechał ksiądz Brzeski, wikaryusz królewski, na jednym wozie z doktorem dworskim konsyliarzem Szwarcem.
Ledwie zsiadłszy pośpieszył ku Piętce, popatrzał nań, na krew rozlaną, i głową wahać począł.. Podniesiono rannego i suknie na nim dla pośpiechu porozcinano... Doktór macał, patrzał, myślał - ale słowa nie mówił... dopóki kuli w krzyżach gdzieś nie namacawszy, nie ciął skóry i nie wyjął jej... Bandaże miał w kieszeni; flaszek kilka i różne ingredyencye... W czasie tych operacyj Piętka oczy otworzył, jęknął... zresztą z zaciętemi usty milczał.
Borodzicz radby był spytać doktora lecz konsyliarz Schwarz mówił tylko po niemiecku, a do rozmowy wcale nie zdawał się być pochopny. Ksiądz Brzeski chcąc korzystać z pierwszej chwili... ukląkł z drugiej strony rannego i z cicha ku uchu jego szeptać począł modlitwę.. aby w nim myśl pobożną obudzić. Z wolna otworzyły się na ten szmer powieki, popatrzał na księdza długo i rękę uniósł chcąc się przeżegnać... niedokończył znaku krzyża... oczy się zamknęły, ręka bezsilna opadła... oddech w piersiach słychać było jeszcze i choć twarz śmiertelna okrywała bladość... żył wszakże. Ksiądz Brzeski spojrzał na konsyliarza takim wzrokiem, jakby się pytał - słów niepotrzebowali - doktor Szwarc głową, oczyma i ramionami pokazał, iż nic stanowczego powiedzieć nie może.
Była więc iskierka nadziei.
Sam doktor na przygotowanym ułożył go materacu, przepisał jak ludzie nieść mieli z ostrożnością - i smutny pochód dobiwszy się do szerokiej drogi najprostszą skierował się ku miastu.
________________________________________
Noc całą spędziła Elżusia chodząc po pokoju, modląc się, myśląc i nosząc z uczuciami, które się w niej zmieniały gniewem, żalem i boleścią zmarnowanego żywota. W uszach jej brzmiało wyzwanie, które słyszała; wiedziała dobrze, iż skutków jego powstrzymać nie potrafi... a obawiała się sama nie wiedziała czego.
Brzydziła się mężem wiarołomnym, od którego na wieki się odłączyć postanowiła; przecież myśl, że zabitym być może, przejmowała ją trwogą... lękała się o stolnikiewicza, o Borodzicza, swojemu nieszczęśliwemu losowi przypisując i tę dolę, że życie ludzkie na sumieniu mieć może. Stryj Eligi z razu nic o wyzwaniu nie wiedział; dopiero rano nie mogąc usnąć, kazała go do siebie prosić Elżusia i opowiedziała mu wszystko. Przestraszony stryjaszek padł na krzesło ręce łamiąc. On już nie wiedział gdzie iść, co robić i jak zapobiedz spotkaniu, które nie mogło być próżnem, sądząc po zajadłości przeciwników.
- Matko Bozka, opiekuj się nami! zawołał: otoż! otoż! w cośmy to wleźli! Potrzebneż to było?
Elżusia zmilczała.
- Stryju Eligi, rzekła poczekawszy - idź proszę, przynieś mi wiadomość - niech wiem co się stało - ósma dochodzi...
- Ale dokąd iść? alboż znam? wiem? Bażantarnia! Czy ja wiem gdzie te saskie bażanty...
- Powóz weź, przewodnika - co chcesz! idź! błagała Zygmuntowa.
Stary oprzeć się nie mogąc naleganiu, wziął smutny czapkę i wywlókł się z domu. Sam nie wiedział jeszcze ani kogo użyje, ani jak się dostanie gdzie mu trzeba - snuł się ulicą zrozpaczony i machinalnie modlił.
W tem tętent go rozbudził. Jeden z czeladzi wojewody wysłany po lekarza i po księdza mijał go właśnie.
- Stój! zawołał Eligi - co się tam stało? jeździłeś z Rzesińskim?
- A tak, panie.
- Cóż się stało?...
- No nic - rzekł chłopak - pokrwawili się brzydko... Ten pan co go nazywali Wiór czy Trzaska... w bok postrzelony.
- Bardzo?
- Nic mu nie będzie!... co mu ma być?
- A więcej? zapytał Eligi.
- Więcej, to ten drugi, mąż pono jejmości waszej... jak mu tam Łydka czy Pięta?
- Piętka - cóż Piętce?
Chłopak głową pokiwał.
- Tego to kula wskroś przeszła pono, aż mu kędyś w krzyżach zawięzła. Ten jeśli się wyliże, powinien dać na mszę....
Eligi ręce załamał, stał... ale już posłańca nie było... Wrócił więc ku domowi z wolna, nie mając potrzeby szukać Bażantarni. Nie pilno mu było z tą wiadomością do synowicy, błądził więc po rynku, po bocznych ulicach, i tyłem domu poszedł naprzód dać znać wojewodzie. Po twarzy nieszczęśliwej stryjaszka poznał wojewoda, że mu coś smutnego przynosi.
Eligi wyszeptał co słyszał naprzód, a potem dodał:
- Co mi, pan łaskawy radzisz? mam jej pójść powiedzieć?
- Lepsza prawda, niż oczekiwanie! rzekł wojewoda - tego, z pozwoleniem, łotra niewielka szkoda...
- A no zawsze on kiedyś był jej mężem szepnął Eligi; - ale kiedy jaśnie pan powiadasz, że potrzeba jej oznajmić - pójdę...
Jakoż poszedł. Widząc wstępującego na próg, Elżusia przyskoczyła ku niemu.
- Mów! mów! co co wiesz... Zabity?
- Nie, ale podobno niewiele mu się należy - wybąknął Eligi, patrząc w jej twarz bledniejącą, - przestrzelony na wylot.
- Kto go zabił? spytała Elżusia.
- Miarkuję, że Borodzicz... Trzaska też mocno ranny...
- Gdzie są?
- Muszą być około tej Bażantarni... posłano po doktora i po księdza...
Pani Piętkowa rzuciła się szukając kwefu i płaszczyka.
- A to dokąd? dokąd? zawołał Stryj.
- Tam, gdzie teraz miejsce moje... Żywego w oczybym nie widziała, przy umierającym być powinnam...
Stryj Eligi stanął jak wryty...
- Kto te baby zrozumie? rzekł w duchu... Wczoraj tak - dziś inaczej... Ruszył ramionami.
- Wstrzymajże się asińdźka... niewiadomo dokąd jechać? gdzie? po co? nie uciecze teraz!...
Nic mu na to nie odpowiedziała synowica, z gorączkowym pośpiechem porwała bezprzytomna kwefy, chustki, co znalazła pod ręką.
- Koni! zawołała! koni! Idź stryj... po powóz po konie! Jeśli ich nie znajdziesz - pójdę pieszo... Ja tam być muszę, tam teraz miejsce moje.