Powieści Józefa Ignacego Kraszewskiego. Tom 30 - Józef Ignacy Kraszewski

Kup ebooka

26.00 zł
22.35 zł (18,21 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Z życia awanturnika

Obrazki współczesne

 

Najcudniejszy był wiosenny poranek, tak cudny, że nawet w mieście pomiędzy murami czuć było wiosnę i młodą dnia godzinę. Drzewa, wygnańce, stojące za wysokiemi murami ogrodów i tęskniące za powietrzem i słońcem, tego dnia wyglądały zielono, deszcz wczorajszy z kurzu je obmył, rosa zwilżyła, słońce nakarmiło... resztki bzów kwitły i pachniały. W miasteczku cicho było jeszcze i spokojnie. W niektórych kościołach łagodnie ciche odzywały się dzwonki, ulicami przesuwali się ludzie, których rano budzi wiek lub troska. Większa część okiennic była pozamykanych i sztorów pospuszczanych. Wrota gdzieniegdzie się otworzyły tylko. Na kamieniach bruku rosa nie miała jeszcze czasu oschnąć, choć długie rannego słońca promienie wciskały się gdzieniegdzie, przerzynając półmrok poranka.... Była to godzina, w której się żyć chciało.

W kamienicy bardzo porządnej i czysto utrzymanej, o czterech okienkach w ulicę, otworzyły się zwolna zaryglowane drzwi i wyszedł z niej staruszek.

Jego starość dobrze harmonizowała z tą młodością poranka; był świeży, rzeźwy, ruchawy i choć białego włosa, choć pomarszczonej twarzy, wyglądał wesoło, raźnie - prawie nadto młodo. W oczach jego szarych błyskało życie i myśl niestrudzona, usta oblekał wyraz wesela, poruszał się szybko i swobodnie.

Znać w domu, z którego wychodził, wszyscy jeszcze spali, bo drzwi za sobą na klucz spuścił i do kieszeni go schował.

Staruszek był mały, dobrze zbudowany ale nie otyły, trzymał się prosto i ruszył dobrym krokiem ulicą, nie potrzebując lekkiego kijka, który miał pod pachą. Ubrany był w surducik szaraczkowy, szerokoskrzydły kapelusz zasłaniał mu nieco twarz a przez ramię na taśmie zawieszone zielone, lakierowane, owalne pudełko zdradzało naturalistę, wybierającego się na wycieczkę dla zielnika lub entomologicznego zbioru. Znać pilno mu było co prędzej wynijść z miasteczka, bo nie oglądając się wcale, przesunął się jego ulicami aż do przedmieścia i wolniej dopiero iść zaczął, gdy między ogrody się dostał.

Do ogrodów przytykał piękny lasek nad brzegiem rzeki. Była to prywatna własność jakiegoś zazdrosnego sąsiada, który o nią z miastem był w ciągłych sporach. Zabraniano tam przechadzek tłumnych i wycieczek i zarośle miało dosyć dziki pozór. Żadnej kawiarence, ani piwiarni i kręglarni nie dozwolono się tam umieścić. - Stare bardzo olchy, osiki, topole, dęby, brzozy, podszyte leszczyną i różnemi rodzajami łoziny rosły tu sobie swobodnie a sąsiedztwo rzeki podsycało je wilgocią, od której bujnie się wzmagały.

Doszedłszy do skraju lasu - profesor (tak zwano czcigodnego staruszka) zaczął iść zupełnie wolno, oczy mu jeszcze żywiej pojaśniały, usta jeszcze weselej poczęły się uśmiechać - był tu dopiero jak w domu. W istocie dla herborysty lasek mógł dostarczyć wiele zajmujących obrazów. Roślinność była bujna i bardzo urozmaicona.

Profesor począł się rozpatrywać i niektóre znane sobie egzemplarze roślin witał z lekka, ujmując je ręką i puszczając ostrożnie, aby ich nie uszkodzić. Robił ogólny przegląd tej flory dzikiej, wśród której rzadkiego i osobliwego nic nie było. Ale profesor znać szukał jakichś szczególnych zjawisk chorób czy anomalji roślinnych, bo i najpospolitsze kwiaty bacznie oglądał - niektórym przypatrywał się przez lupę, ale nic napróżno nie zerwał.

Tak bez ścieżynki żadnej przedarłszy się przez klin lasu, już się zbliżał ku rzece, przez grube pnie drzew przeglądało coraz więcej światło dzienne i srebrzyste rzeki wody, gdy staruszek, przygiąwszy się ciekawie, coś dopatrzył, co go nagle powstrzymało. Stanął za krzakiem leszczyny, zakryty nim, jak wkuty, kijek mu się wyśliznął z ręki, usta otworzyły, oczy wlepił i oddech powstrzymał.... W istocie, to, na co tak pilnie patrzał, godnem było jego uwagi. - bo i najobojętniejszegoby zelektryzowało.

Na skraju lasu wśród drzew stał jeden z najstarszych dębów, jakie tu widzieć było można - pień jego olbrzymi, guzowaty, pokręcony, kilką grubemi gałęźmi wyrastał ku górze... Każda z nich mogłaby była piękne, stare drzewo sama stanowić....

Po za nim stał człowiek... Światło odbite od wody dozwalało go widzieć dobrze mimo mroku, jaki w lesie panował... Był młody, nie więcej pewnie nad lat trzydzieści przeżył na świecie... Lecz twarz miał żółtą, wychudłą, zapadłą i prawie trupią... Głowę okrywał włos przerzedzony, wypełzły... Odzież stanowiły resztki niegdyś wykwintnego ubrania, wyszarzanego do szczętu... W chwili, gdy staruszek go zobaczył i zatrzymał się, młody człowiek był mocno zajęty...

Z kieszeni z gorączkowym pospiechem dobył właśnie grubego kawał powroza, spojrzał nań, jakby oczyma chciał zmierzyć, potem szybko zaczął zadzierzgiwać pętlę, której mocy oburącz wypróbował... Natychmiast jeden jej koniec zarzucił na grubą, snąć już wprzódy wybraną gałęź starego dębu... Obalony kloc, resztka pnia dobytego z ziemi, leżał właśnie pod nią... Nieznajomy obejrzał się ku rzece do koła... i z szyi zerwał prędko coś, co dawniej chustką być musiało a teraz było poszarpanym czarnym gałganem. - Rzucił ją na ziemię... niespokojnemi rękami zaczął potem szukać po kieszeniach surduta i dobywać papiery, pozlepiane długiem w nich leżeniem... Opatrzył wszystkie schówki w odzieży, rozpiął surdut... pod którym była zbrukana stara koszula, aby i tam zajrzeć jeszcze... zebrał wszystko na kupkę, przyrzucił nieco suchych liści... i z kieszonki dostawszy kilka zapałek, żywo ognia pod papiery podłożył. - Patrzał się jakimś osłupiałym wzrokiem, gdy płonęły, poprawił je nogą parę razy... i uśmiechając się dziko znaleziony papieros, który trzymał w ręku, u dogasających papieru szczątków zapalił. - Parę razy wciągnąwszy dym, rzucił go na ziemię i zwrócił ku pętli wiszącej nad głową... Sznur wstąpiwszy na kloc przymocował uwiesił się rękami, by go wciągnąć... potem szybko jakby się obawiał, by mu co nie przeszkodziło, wstąpił na kłodę, spiął się na palce i szyję założył w pętlę...

Nie można już było mieć najmniejszej wątpliwości o jego zamiarach... jeszcze chwila... a zawisłby na sznurze... Stary profesor gwałtownie się przedarł przez gąszcze i gdy już miał wisieć, chwycił go za ramiona.

- Człowiecze! zawołał wzruszonym głosem - co robisz! co robisz...

Schwycony na uczynku, nie przeraził się tą napaścią, drgnął tylko, odwrócił się, chciał coś mówić, ale w tejże chwili siły go opuściły, rękami napróżno w powietrzu szukając podpory, zachwiał się i byłby padł, gdyby go stary nie zatrzymał.

Samobójca omdlał. - Miał dosyć mocy, by przygotować czyn - ale ta wymierzona była znać ściśle i na więcej życia jej nie stało... Profesor zaledwie mógł ciężar omdlałego podźwignąć, zwolna tylko starał się go złożyć na ziemi, bladą głowę sparłszy na omszonej kłodzie.. W pierwszej chwili chciał biedz po wodę do rzeki ze szklaneczką, którą miał w pudełku... rozmyślił się jednak, że omdlenie przejść może a ochota do zbrodni powrócić - pętla wisiała gotowa...

Naprzód więc stary spiął się i obciął ją nożem, który dobył z kieszeni, potem dopiero ruszył do rzeki...

Zemdlały leżał bez poruszenia...

Stary miał czas powrócić, zaczerpnąwszy wody, wlał mu jej kilka kropel w usta i skronie nacierać zaczął... Po chwilce oczy się otworzyły i leżący oprzytomniał, chciał się podnieść, siły nie miał...

- Waćpan jesteś chory! rzekł doktor...

- Chory! tak... chory... ale nadewszystko głodny, odparł cicho ocalony...

- Jak to - głodny...

- Dwa dni prócz trochy wody nic nie miałem w ustach...

To powiedziawszy zamilkł...

- Zwlecz się, jak można... byle tu do pierwszego domu - tam coś znajdziemy... począł żywo profesor...

Nieznajomy, który oczy miał wlepione w ziemię i głęboko zdawał się zamyślony, nie odpowiedział nic - profesor powtórzył, pokręcając jego rękę - ocalony ruszył ramionami.

- To, coś waćpan zamierzał - nie wykona się - dodał profesor - nie dopuszczę, choćby miało przyjść do walki. Musisz iść ze mną... nic nie pomoże... Młody człowiek, w tym wieku...

Nieznajomy obejrzał się z jakąś pogardą i przypatrywać zaczął bardzo pilnie mówiącemu... Badał jego twarz z ciekawością jakąś szyderską, nie odpowiedział wszakże nic.

- Proszę pana - odezwał się wreszcie po namyśle słabym głosem - dla czego się pan mięszasz w to, co do niego nie należy?

- Przepraszam, zawołał profesor, człowiek każdy należy do człowieka - mięszam się, bo mam prawo...

- Daj mi pan pokój! odwracając się - odpowiedział nieznajomy - to są brednie. Gdy trzeba karmić, pomódz, ratować, to do was nie należy, a gdy komu sprzykrzyło się żyć, nie wiedzieć po co i na co... przychodzicie z waszem veto i z waszą moralnością - daj mi pokój! powtórzył gniewnie...

- Zmusisz mnie waćpan do postąpienia z nim jak z obłąkanym, począł stary.

- A pan mnie możesz przymusić do postąpienia z nim jak z rozbójnikiem.

- Nie masz nawet siły - rzekł profesor. Nastąpiła chwila milczenia.

- Ja nie ustąpię - odezwał się stary. -

Nieznajomy milczał, podparł się na łokciu i zadumał, jakby nikogo przy nim nie było.

Profesor nie ustępował, przez chwilę milczenia oczów nie spuścił z ocalonego biedaka, a wytrzymawszy chwilę - rzekł.

- Mówiłeś pan, żeś dwa dni nie jadł, więc nie pora na morały i na rozprawy - chodźmy naprzód, żebyś się posilił. -

To mówiąc podał mu rękę.

Nieznajomy siedząc z wlepionemi w ziemię oczyma począł się śmiać.

- Już wszystko było gotowe... licho tu waćpana przyniosło! zawołał. - Po coś tu się znalazł? no? po co? Zabawna rzecz! Wracam jakby już z drugiego świata... chwilka jedna i byłoby się skończyło... Waćpan to wiesz jako naturalista, że śmierć przez powieszenie... bardzo prędka...

- Przepraszam - przerwał profesor, bywa rozmaicie - można się męczyć długo...

Nieznajomy spojrzał mu w oczy, wyciągnął rękę w tył i pokazał na kark...

- Nie zawsze... mówił profesor - ale wstawaj waćpan i chodź.

- Wiesz mój panie, żeś się wmięszał w fatalna historję, przynajmniej tak kłopotliwą, jak gdybyś pode drzwiami swemi znalazł niemowlę, podrzutka... Wiesz już co mam w głowie, musisz mnie pilnować, wiesz, żem głodny, musisz mnie karmić, widzisz, żem goły, powstydzisz się z takim obszarpańcem chodzić, musisz mnie okryć - domyślasz się chorobliwego stanu duszy - będziesz obowiązany leczyć... po co ci ten kłopot.

Spojrzał na pudełko profesora.

- Nie lepiej ci to było przejść na palcach nie przeszkadzając, rwać kwiatki, a jakby ciało dobrze ostygło - dać znać do policji, że tam jakiś wisielec dynda. - Jakiś niepraktyczny...

- Nigdym w życiu praktycznym nie był - odezwał się profesor, masz słuszność - ale chodź no co zjeść, a o tem potem...

Prawie gwałtem uchwyciwszy za rękę młodego towarzysza, podźwignął go z kłody, na której siedział ociężale, i zmusił iść z sobą. Nieznajomy zdjął z ziemi rzuconą chustkę, która splątał w koło szyi, wyszukał rzucony kapelusz starty i dziurawy pod drzewem i w milczeniu począł iść posłuszny z profesorem... Wydobyli się tak z lasu. Zaraz na skraju jego, gdzie się posiadłość miejska zaczynała, stał mały dworek, w którym była licha kawiarenka z ogródkiem. Wynędzniały kasztan osłaniał chudemi liśćmi parę nędznych stoliczków i ławek. Na stołach wczorajsze piwo porozlewane jeszcze lepkiemi kółkami stało... a wróble dziobały resztki bułek, które goście porozrzucali. W kawiarni dla tak rannej pory wszystko było pozamykane... Dziewczyna jednak służąca, zaspana i ledwie przyodziana otwierała okiennice, rozpoczynając porządkowanie. - Profesor zawołał ją, grzecznie się uśmiechając i prosząc o kawę... Chciała mu coś odpowiedzieć, lecz nie dał jej się tłumaczyć i poszeptał coś, wciskając w rękę parę srebrników, a sam z towarzyszem zajął miejsce na ławce pod kasztanem.

Pusto było i cicho do koła, w dali szaro na wschodniem niebie, jakby omglone, rysowały się mury i wieże miejskie... po za domku ogródkiem płynęła rzeka. Nieznajomy ironicznie się jej jakoś przyglądał.

- Miałem naprzód myśl, odezwał się, po prostu w rzekę się rzucić - nie umiem pływać, poszedłbym na dno. - Ale któż ją wie, czy dosyć głęboka... Napić się paskudnej wody, obłocić i nie módz utopić - śmieszna rzecz.... W dodatku taki chłodny ranek, woda zimna, jakiś miałem wstręt....

- I dobrześ waćpan uczynił - przerwał szybko profesor - bo woda nie głęboka... w lecie ją suchą nogą przechodzą.

Popatrzyli sobie w oczy.

- Cóż waćpana do tego przywiodło? zapytał z ojcowską łagodną wymówką profesor.... Czy godzi się tak zwątpić o sobie i o ludziach, aby takiego szukać środka do pozbycia się egzystencji?

- I tam dalej! i tam dalej! - dodał bębniąc blademi palcami po stoliku nieznajomy - wszystko to, cobyś pan mi mógł powiedzieć, wiem, na pamięć umiem. Chciałeś mówić, że byłbym dezerterem i tchórzem, żem sam sobie winien, że po katolicku to grzech a filozoficznie to niegodne tchórzostwo... i tem podobnie. Słowo panu daję, że ja to wiem, słyszałem, rozumiem wszystko - ale, mój szanowny wybawco a raczej kacie, boś mnie skazał na nowe, głupie życie... są chwile zwątpienia i tchórzostwa. Na to nie ma rady! Są ludzie jak ja... głupi, nieudolni, występni... Cóż na to poradzisz?

Służącą przyniosła z wielkim pospiechem kawę, bułki, dzbanek mleka i karafeczkę rumu. Pożądliwe oko bladego chłopca zwróciło się na te przybory do jadła i zamilkł. Mimowolnie rękę wyciągnął drżącą i pochwycił bułkę.

- Czekaj - odbierając mu ją zawołał stary - bułki świeże a żołądek wygłodzony to choroba lub śmierć - napij się mleka z kroplą rumu lub kawy - bułka niech ostygnie.

Z troskliwością niańki zajął się stary profesor ocalonym, który milczał patrząc na przygotowania a dorwawszy się szklanki mleka z rumem, chciwie jednym tchem ją wychylił i opróżnioną podał do nalania z błagającym ruchem ręki i wejrzeniem.

- Zaczekajmy trochę - rzekł profesor.

Nieznajomy westchnął i posłuszny postawił szklankę. Potem podparł się na łokciu i zadumał; popatrzał na swoje ubranie, dziurawe buty, zdarty kapelusz i westchnął. Profesor śledził wszystkie jego ruchy; poczciwe człeczysko choć ciekawy, oderwał się wprędce od tego zajęcia i począł mu kawę nalewać. Spróbował bułki świeżej, czy dosyć przestygła, aby ją bez niebezpieczeństwa wygłodzony żołądek mógł znieść, i przysunął mu filiżankę z kawą. Troskliwość ta ojcowska nie uszła choć roztargnionego oka nieznajomego, w milczeniu pochwycił rękę profesora i uścisnął ją, łza mu się zakręciła w oku.... Otarł ja żywo ręką i zaczął się śmiać... jakby dziwując temu, od dawna niewidzianemu, gościowi.

O białym dniu człowiek ten wydawał się dziwniej, inaczej niż w lesie pod dębem, na którym się chciał obwiesić.

Osobliwsza była sprzeczność pomiędzy jego ubiorem, ostatniej dowodzącym nędzy a postawą i ruchami pełnemi jakiejś swobody i pańskiego wykształcenia. - Twarz wybladła i wymęczona, pokryta skórą wyżółkłą, zachowała rysy piękne i szlachetne. Czoło miał wyniosłe i zawczasu wypełzłe, oczy czarne wypukłe, osadzone pod zasklepionym śmiało brwi łukiem, nos rzymski, usta małe i ironicznie wygięte. Niegolona i rozrzucona krótka broda, jasna jak włosy, z oczyma czarnemi stanowiła kontrast, nadający twarzy szczególny charakter. Ręce wychudłe, kościste, z palcami długiemi, białe były i delikatne. Siedział, poruszał się, mówił z taką powagą jakąś pańską, jakby łachmany wdział na maskaradę. Straszliwe jednak złamanie, jakby piorunowe uderzenie, wydawała twarz, oczy i ironja uśmiechu zgorzkniałego. - Mógł mieć lat trzydzieści - mniej może nawet, bo na startem obliczu wieku niepodobna było obrachować.... Niegdyś piękny, dziś wydawał się strasznym.

Odzież, którą miał na sobie, była widocznie zabytkiem lepszych czasów... nie na tandecie kupiona dla okrycia, ale niegdyś przez najlepszego robiona krawca, zużyciem obróciła się w brudne łachmany. Były to resztki elegancji. Podarta koszula, którą widać było z pod rozpiętego surduta, cieniuteńka, ale czarna od pyłu i spękana od noszenia... musiała mu służyć już od kilku tygodni.

Wypiwszy w milczeniu kawę, nieznajomy złożył ręce, na stole się podparłszy.

- Przypatrujesz mi się pan - odezwał się do profesora - jak zagadce. Cóż dziwnego, ja sam nią dla siebie jestem. Ocaliłeś mnie według swego przekonania - nie dopytujże, proszę, o nic - nie mógłbym nic powiedzieć. - Swoich sekretów nie mam, cudzych zdradzać nie mogę. Tyle wam powiem, żem człowiek biedny i że ani ochoty ani sposobu do życia nie mam; ostatnią złotówkę zapłaciłem za kawałek postronka - cóż tu teraz począć dalej....

Profesor należał do tego rodzaju spokojnych ludzi, którzy nigdy głowy nie tracą, wiek w nim żywość poruszeń przytępił a raczej zmienił sposób, w jaki się objawiały, ale nie zgasił uczucia. Brał on życie, jakiem ono jest w rzeczywistości, i wierzył w to, że siła woli jest niezmierną dźwignią, dokazującą cudów. Przytomność go nigdy nie opuszczała.

- Zawsze jest jakaś rada - rzekł powoli - nie pytam pana, kto jesteś, ale spytać muszę, co umiesz? co możesz robić? Praca to warunek życia - jesteśmy mu poddani... coś robić potrzeba....

Młody człowiek zamilkł długo i sposępniał.

- Nie umiem nic lub nie wiele - rzekł - do pracy nie bardzo nawykłem. Mogę impetycznie bez przerwy dokazywać cudów przez dwadzieścia cztery godziny, nic nie jedząc i nie pijąc, ale potem muszę czterdzieści ośm leżeć do góry brzuchem... o wytrwałość pan nie pytaj.

- Cóżeś pan robił? zwolna, cicho pytał profesor.

Nieznajomy zamyślił się. - Com robił? powtórzył - paliłem doskonałe cygara, polowałem w Afryce na lwy a w Ameryce na bawoły, w Syberji na sobole, w Polsce z chartami na lisy i zające... piłem wino szampańskie butelkami....

Rozśmiał się, w białe dłonie twarz wcisnął i westchnął boleśnie. Nagle potem podniósł zbladłą twarz i dodał.

- Robiłem coś więcej... byłem sekretarzem u lorda Persy, lektorem u hrabiny Santa-Anna, buch-halterem w Hamburgu u Neumannów i Spółki, w Paryżu pierwszym komisantem u krawca pod Piękną Ogrodniczką; robiłem wiele rzeczy, ale każdą z nich nie długo... zawsze coś takiego wypadło, że musiałem zawód porzucić. Głupia rzecz życie....

- Trudna! trudna! odezwał się stary wzdychając - ale zkądżeś się pan tu u nas w P... uwziął?

Twarz nieznajomego spochmurniała.

- Albo ja wiem - odezwał się - tak jakoś wypadło, żem sobie rodzinny kraj przypomniał... po trosze mnie pono wezwano, to jest wzywano. Stawiłem się za późno... przybyłem, gdy już nie było po co. Wracać nie było za co i do kogo. Tutaj, u was, żyć nudno i trudno - chciałem pójść - precz.... No! i to mi się nie udało.

Zamyślił się i zapytał: Racz mi pan powiedzieć, kogo mam honor zwać moim zbawcą?

- Nazywam się Chryzostom Kudełka.

W oczach nieznajomego błysło jakby jakieś dawne przypomnienie, uderzył się po czole, uśmiechnął.

- A! to widzę pan jakiś nieśmiertelny - przerwał, wpatrując się w niego.

- Nie, ale mam lat ośmdziesiąt - to prawda - śmiejąc się i w uśmiechu pokazując białe, zdrowe zęby, - rzekł Kudełka.

- I herboryzujesz con amore?

- A dla czegóżbym nie miał się bawić i uczyć, póki żyję - począł żywo profesor. No, a waćpan mnie znasz? czyś słyszał....

- Ach! ach! rzekł nieznajomy - chodziliśmy razem na exkursje, alem naówczas miał lat piętnaście.

Spuścił oczy i zamyślił się.

- Więc z tego kraju? przerwał Kudełka.

- Tak - niby.... ale dziś jestem tu - przybłędą, przybłędą - obcym.

Ruszył ramionami. - Trudno, byś mnie profesor sobie przypomniał; byłem nygus wielki - zielnika nie zbierałem, a na egzaminie, jak dziś pamiętam, palnąłem raz zamiast umbilliferae, umbiliciferae.

Profesor zerwał się z krzesła i w szerokie swe białe dłonie plasnął, aż służącą nastraszył.

- Teodorek Murmiński.

- A cóż bo za szalona pamięć! bledniejąc jeszcze bardziej i cofając się - krzyknął uratowany.

- Nie masz się co zapierać - żywo kończył profesor - po tych czarnych oczach bym cię poznał, ale tak... Murmiński.... Patrzajcież.... Co się z tobą działo?

- Mówiłem - posępnie odezwał się zagadnięty - powiedziałem już wszystko - i zamilkł.

- A no czekajże! czekaj - począł profesor trąc czoło - zaraz wszystko przypomnę. Miałeś tu familję... na panicza cię chowali... któż u licha? zapomniałem....

- Nie miałem familji, bom był sierotą.. począł Murmiński - miałem opiekunkę.. ale - dajmy temu pokój. - Cała ta szczęśliwa przeszłość pogrzebiona na wieki wieków.. nie ma co jej dobywać...

Mimo tego wezwania profesor niespokojny, zatopiony w myślach zaczął się przechadzać po małym ogródku - bijąc z pamięcią, która mu odmawiała posługi. Nieznajomy ironicznie się uśmiechając, ścigał go oczyma i ruszał ramionami.

- Zawsze taż sama - przerwał po milczeniu dłuższem - zawsze ta poczciwa dusza profesora Kudełki, co się to niegdyś sierotami opiekował i latał dla nich żebrać po drzwiach zamkniętych... Nic dziwnego, żem ja z tego wisusa zmienił się na wisielca, staranny profesorze, ale że wy od lat kilkunastu nie zmieniliście się ani na włosek..., to sztuka...

Profesor zdawał się nie słyszeć tego mruczenia, tak był w myślach zatopiony, nagle stanął i jakby - Eureka - wykrzyknął.

- A tak... pani prezesowa Wa....

- Cichoż! cicho! zrywając się z krzesła - zawołał Murmiński - dosyć, profesorze, dosyć tych przypomnień...

- Mój Boże! przecież sam na sam we dwóch jesteśmy... oparł się stary - przecież mam po starej znajomości niejakie prawo.. przecież znając mnie powinieneś mieć trochę zaufania - przecież ja wiem... byłeś na wychowaniu u prezesowej...

Murmiński milczał posępnie.

- Tak! tak, doskonale teraz wszystko mi przychodzi na pamięć, choć temu być może lat - z piętnaście. - Jakby wczoraj... Waćpan byłeś ukochanym wychowańcem prezesowej na równi z jej synem... który sam dziś jest już prezesem... Z początku wychowywaliście się razem... potem tamtego wyprawiono za granicę... waćpan zostałeś jakby dziecię domu... Mówiono powszechnie, że prezesowa tak się do Todzia przywiązała, iż pewnie mu los obmyśli...

Na to wszystko nie było słowa odpowiedzi. - Murmiński napił się mleka i oglądał zniszczone odzienie... jakby myślał, czy w niem się na miasto pokazać może... Godzina już była, gdy się wszystko przebudzone ruszało... W ulicach mnóstwo było ludzi jadących i idących na targ, na majówki.. do kościołów... Profesor też doszedłszy, z kim miał do czynienia, nie chciał być natrętnym i umilkł - myślał także....

- Gdybyś był rozsądnym człekiem - rzekł - mógłbym tobie i sobie oszczędzić nieprzyjemności.... Zostawiłbym cię tutaj, a sambym poszedł po jaką taką odzież... żebyś się przebrał - ale z tą głupią myślą we łbie, jak ja cię tu mam porzucić....

Hm... ryzykujmy się iść razem do mnie.... Może się prześliźniemy niepostrzeżeni.... Spojrzał na Murmińskiego, który gałkę z chleba kręcąc... siedział ponury....

- Dasz mi słowo honoru - że sobie nic nie zrobisz? spytał Kudełka.... Lecz w tejże chwili sam nie czekając odpowiedzi przerwał - nie - nie - Człowiek co się chciał wieszać - gotów już i słowa nie dotrzymać.... Chódź....

Na to dictum, nieco ostre Murmiński drgnął, lecz jakby nie chciał odpowiadać, ręką machnął tylko.

- Wiesz co, kochany profesorze, odezwał się, to prawda, że kto w tak niehonorowy sposób miał zejść ze świata, ten tego, co zowią honorem, nie bardzo ceni - alebym ci chciał oszczędzić kłopotu i wstydu.... Porzuć mnie tu na łaskę Bożą, radę sobie dam.... Manja samobójstwa przeszła, kryzys minęła - nie ma niebezpieczeństwa.... Słowa honoru ci nie daję, ale klnę się na pamięć tej świętej niewiasty, którą znałeś, która dla mnie była więcej niż matką, bo matką nie będąc, macierzyńskiem kochała mnie sercem.... Klnę ci się na jej wspomnienie - na życie się nie targnę.... idź, herboryzuj spokojnie... kwituję cię ze wszystkiego, tylko za mleko i kawę zapłać, bo mnie tu przyaresztują....

Kudełka się rozśmiał... i nic nie odpowiadając mrugnął na stojącą służącą.

- Moja panno - rzekł obracając się ku niej... jestem profesor Kudełka, mieszkam przy ulicy śt. Marcina - wybrałem się z domu jak stary roztrzepaniec - nie wziąwszy sakiewki... muszę iść po pieniądze... powrócę za pół godziny, a w zastaw ci zostawuję tego oto pana, którego nie puszczaj, aż ja przyjdę... bo przepadnie kawa....

Służącą patrzała wielkiemi zdziwionemi oczyma i zaczerwieniła się, była widocznie w kłopocie, nie wiedząc co począć, strach ją ogarnął, żeby oszukaną nie była....

Szczęściem dla profesora we drzwiach nasłuchiwała gospodyni domu, która znała profesora, bo syn jej chodził do gimnazjum. Widząc sługę zmięszaną, wystąpiła ze drzwi dając profesorowi i dziewczynie znaki.... Kudełka podszedł do niej i coś jej poszeptał cicho.... Potem rękę podał Murmińskiemu.

- Czekaj tu pan na mnie, od tego nie odstępuję - proszę.

I szybkim krokiem, jak dwudziestoletni chłopak, wyruszył ku miastu, oglądając się, póki kasztan widać było, czy Murmiński mu z miejsca nie ruszył.

Podparty na rękach ocalony ów biedak siedział jak wryty, oczy mu świeciły zrazu dziko, wlepione bez myśli w ścianę domu... potem zwolna ociężałe powieki zaczęły się przymykać - znużenie jakieś nim owładło, opuścił głowę na stół, położył ją na ręku... i zasnął.

Gospodyni i sługa tego dziwnego gościa powierzonego ich straży pilnowały bardzo troskliwie. Jedna to druga wychylały się ze drzwi naglądając, czy siedzi. Sen nawet nie uspokoił ich, bo posądzały może, iż był zmyślony. Szczególniej pani Frydrykowa, gospodyni domu, której chodziło o względy profesora dla syna... stała na straży niespokojna.

Ale dozór ten był przynajmniej zbytecznym, bo znużony i złamany biedak, zasnął snem tak twardym, nieruchomym, ciężkim, iż go nie łatwo nawet wrzawa blizkiego gościńca obudzić była mogła.

Słońce wcisnęło się swemi promieniami przez liście kasztana, paląc mu wypełzłą głowę, co zmusiło grzeczną gosposię do ustawienia parasola nad nim - a i to go ze snu wyrwać nie mogło. Spał chorobliwym snem głodu, męczarni dusznej, długiej i wielu nocy czuwania.

U państwa prezesowstwa Wa... tego właśnie wieczora było tygodniowe ich przyjęcie, herbata, na którą znajomi nieproszeni, albo raczej raz na zawsze zaproszeni schodzić się byli zwykli. Dom ich otwarty, gościnny gromadził zawsze wielu gości, bo prezes miał znakomite stanowisko w obywatelstwie, prezesowa rodem i stosunkami należała do prastarej szlachty miejscowej, a osobistemi przymiotami rozbrajała nawet niechętnych. - Ludzie byli oboje nie starzy; prezes przeszedł już trzydziestówkę, pani, od lat dopiero pięciu zamężna, miała ledwie dwadzieścia kilka. - Znaczny majątek prezesa, piękny posag pani Julji (którą w jej kółku nazywano poufale Żulietą) - najstaranniejsze obojga wychowanie, świetne stosunki, któremi sięgali oboje aż okolenia królewskiego dworu... koligacje, nader umiejętnie uprawiana wziętość w obywatelstwie, ton najpierwszych salonów europejskich czyniły dom prezesowstwa jednym z tych, do których być przyjętym stanowiło zaszczyt dla człowieka. Złota młodzież, wychodząca w świat, zwykła była dla nadania sobie tonu mówić od niechcenia: - Byłem u prezesowstwa, mówił mi prezes - słyszałem od pięknej prezesowej....

Nigdy małżeństwo lepiej dobranem być nie mogło.

Prezes wychowanym był nadzwyczaj starannie w kraju, potem za granicą, podróżował wiele, wytrawny był, poważny i najnieposzlakowańszych obyczajów człowiek....

Wszystko, do czego jego stanowisko obowiązywało, spełniał z regularnością doskonałego angielskiego chronometra.

Zacząwszy od majestatycznej jego postaci, ubrania, które się nigdy ani sprzeczało z modą, ani ją wyprzedzało - wszystko w nim w doskonałej harmonji było i nigdy słowo ani ruch żywszy nie zakłócił majestatycznej powagi tej pańskiej natury, wycywilizowanej wedle najdoskonalszej metody. Wśród tysiąca można w nim było poznać potomka starego rodu, który pamiętał o tem, że nosił imię obowiązujące i należał do pewnej sfery, z której mu się zstąpić do niższych klas nie godziło ani uczuciem, ani słowem, ani namiętnością ludzką, ani słabością człowieczą.

Rozpoczął życie obywatelskie skończywszy uniwersyteckie studja laude cum maxima, wydoktoryzowany jak się należy, od pomniejszych urzędów obywatelskich szedł stopniami coraz wyżej, zaszczycony zarówno zaufaniem współobywateli i szacunkiem rządu, którego nigdy w niczem najmniejszą chętką opozycji nie podrażnił. W ogóle prezes był ze wszystkimi dobrze, a najlepiej z tem, co jakąkolwiek siłę i powagę reprezentowało. Nie potrzebujemy nawet objaśniać, iż był konserwatystą najczystszej wody, legitymistą, gdzie się tylko nim być dało, i czcicielem legalnego status quo - z poza którego w żadnym razie nie wychodził.

Całą energję swego charakteru prezes dobywał w ważnych wypadkach, aby się na tem stanowisku utrzymać. Był też jak najlepiej widzianym u dworu, a obywatelstwo, choć popularnym się być nie starał, ceniło go też wielce.

Doszedłszy tego wieku, gdy ludzie się żenić zwykli, ani za wcześnie, ani za późno zwrócił swe oczy na szczęśliwą dziewicę, znacznego domu córę - a zawczasu wywiedziawszy się, że tam przyjętym będzie, puścił się w prawidłowe konkury. Panna Julja była jedną z najpiękniejszych cór rodziny, która ich miała kilka... Zdało się, że Opatrzność tę istotę idealną własnoręcznie z najczystszej gliny ulepiła na małżonkę dla takiego prezesa. - Nic nigdy piękniejszego nie wymalował Dubuffe, ani Winterhalter. Wzrost, postać, kibić, twarz czyniły ją najwspanialszym typem arystokratycznym, jaki sobie wyobrazić można... Utalentowana, miła, grzeczna, pełna taktu... zachwycająca wdziękiem wejrzenia i uśmiechu była pychą rodziny, która ją na ręku nosiła. Na kwiatek ten nigdy mroźny nie powiał oddech, nie doświadczyła w życiu żadnej z tych niespodzianek, które słodki spokój dziewiczej duszy zakłócić mogą... rozkwitła jak lilia w piękny dzień wiosenny, uśmiechnięta, z czołem jasnem, z sercem bijącem w takt ze starym zegarem domowym... Powiedziano jej, że prezes był człowiek tr?s comme il faut - znalazła go zobaczywszy takim, jakim sobie dostojnego wyobrażała małżonka... mówili z sobą kilka razy... prezes przywiózł kilka przepysznych bukietów - a potem, potem w atłasowej sukni, oszytej koronkami brabanckiemi, z wieńcem kwiatów pomarańczowych na białej skroni, śliczna Julja podała rękę u ołtarza nieposzlakowanie w czarny frak zaszytemu narzeczonemu i żyli z sobą oto już lat pięć - jak aniołowie w raju... Szczęśliwszego i spokojniejszego małżeństwa nie było na świecie. - Z największą, nadludzką prawie sztuką prezes taił tak swe szczęście, jak gdyby nie chciał, aby je oczy ludzkie dośledzić mogły, piękna Żulietta nazajutrz po weselu była tak nieporuszenie tąż samą, co tygodniem wprzódy - jakby jej ani na chwilę żywiej nie uderzyło serce...

W rok po ślubie państwo prezesowstwo mieli syna... we trzy lata pan Bóg dał córeczkę... Dzieci tych, rozumie się, nikt nigdy nie widywał - i po matce poznać dotąd nie było można pięcioletniej mężatki... Prezesowa lubiła się stroić, ale to należało do obowiązków jej stanu i położenia...

Dom też znakomicie był urządzony... Nigdy w niczem braku, nigdy żadnego zbytku... Ojciec prezesa jeszcze kupił był grunt znaczny w mieście, na którym zbudował pałacykowo wygladajacą kamienicę i zasadził ogród, który teraz był jednym z najpiękniejszych. Kwiaty i krzewy z Erfurtu sprowadzano. - Raz w tydzień przyjmowali prezesowstwo wieczorem... kto przyjść był łaskaw. Oprócz tego częste się trafiały obiady dla przybyłych z daleka wydatniejszych osobistości, które w społeczeństwie zajmowały stanowiska zbliżające je do gospodarzy.

Ponieważ prezesowa była muzykalna, wyjątkowo zapraszano też artystów europejskiej sławy, ale tych - pomimo największej dla nich grzeczności umiano zawsze trzymać w pewnem przyzwoitem oddaleniu, aby się nie zapominali i na zbyt nie poufalili. -

Prezes był surowym przestrzegaczem tych barjer dzielących społeczeństwo na stada różnych ras, grubo i cienko wełnistych i nie dopuszczał, aby się to lekkomyślnie na stopie niedorzecznej równości mięszało... - Nie wdawał się w żadne rozprawy w tym przedmiocie, zbywając pytania surowym wzrokiem i znaczącem milczeniem - lecz czynem popierał niezłomne przekonania swoje.

Słowem był to człowiek, który zaszczyt przynosił krajowi, którego słowo ważyło wiele - a wyraz każdy powiedziany powtarzano z ust do ust, podając sobie jako pełen głębokiego znaczenia.

Tego wieczora prezesowa nad wszelki wyraz piękną była... Płeć jeszcze zachowała dziewiczą, kibić wysmukłą, a że suknie noszono dosyć otwarte, mogli goście podziwiać spadek ramion jakby dłutem Praxytela wytoczony... Uśmiech łagodny igrał po jej różowych ustach. Miała na sobie suknią blado słomkowego koloru z liliowemi ozdobami, w której cudnie jej było do twarzy. Kilka zielonych liści wodnych roślin stanowiły całe przybranie kruczych warkoczów, nadzwyczaj obfitych i połyskujących... Prezes w czarnym fraku pilnował drzwi, bo był nadzwyczaj grzecznym, uważającym i nigdy ani etykiecie, ani człowiekowi nie chybił.

Prawdziwy człowiek wielkiego świata miał tej grzeczności kilkanaście różnych form, które zastosowywał mistrzowsko - nigdy z fałszywego nie zagrał tonu, każdemu podobać się umiał, wiedział, jak i o czem do kogo przemówić, a mierzył uśmiech, słowo i uścisk ręki, jak dobry kupiec mierzy i odważa towar.

Ktoby był chciał się przypatrzyć, gdy witał swych gości, jak jednemu podawał całą dłoń, wstrząsał nią, ściskał, drugiemu wydzielał kilka palców, niektórym wysuwał jeden lub półtora, innych zbywał ukłonem grzecznym, trzymając ręce pod frakiem lub nagle chwytając chustkę, - byłby mógł całą skalę dostojności, znaczenia wagi tych panów wymierzyć. Prezes nigdy się nie zapomniał, nigdy nie rozgorączkował, nigdy nie dał owładnąć nierozumnemu uczuciu - był zawsze panem siebie i to go nader stawiło wysoko.

Jako jeden z dostojników towarzystwa miłosierdzia chrześciańskiego, które wzięło na siebie pieczę nad ubogimi miasteczka - nie było przykładu, ażeby kiedy prywatnie dał grosz ubogiemu, nie wyegzaminowanemu poprzednio z katechizmu i przebiegu życia. - Nie ma wątpliwości, że nieraz go to wiele musiało kosztować - ale mężnie stał przy zasadach, a prezesowej też trzeba oddać tę sprawiedliwość, że choć z większem sercem niewieściem, ściśle szła za jego przykładem.

Salon zaczynał się napełniać powoli. - Nie widywano w nim nigdy, jak to się gdzieindziej trafia, tej mięszaniny smutnej ludzi różnych warstw towarzyskich, przekonań, wychowania i maniery - tu - wybór tylko był i śmietanka.

Mogłeś być pewnym, że nie spotkasz tu barbarzyńca, któryby nie umiał po francuzku, nie widział Paryża, nie należał do jakiego bractwa, nie nosił jakiegokolwiek tytułu, lub tytuliku i nie miał kilku przynajmniej tysięcy talarów dochodu. - To też nic milszego nie było w świecie nad salon pani prezesowej.

Tego wieczora, właśnie gdy już kilkanaście osób należących do najlepszego towarzystwa znajdowało się w salonie, a sam prezes, wedle zwyczaju, w pół jego szerokości wyczekujące zajmował stanowisko - we drzwiach ujrzano figurę tak jakoś od razu nie kwadrującą z prawidłowymi postaciami zebranego kołka, iż prezes, zobaczywszy ją, chwilę stał jakby osłupiały, dopiero zebrawszy myśli (co było można poznać po brwiach ściągnionych mocniej, niż zwyczajnie) postąpił parę kroków naprzeciw przybywającego.

Ten wsuwał się tak nieśmiało, czarny stary kapelusik trzymając oburącz przed sobą, jakby przepraszał z góry, iż śmie wchodzić w tak dostojne grono. Był to mały, chudy ale rzeźwy staruszek z siwemi zupełnie włosami, z uśmiechniętą twarzą, postępujący małemi, nieśmiałemi kroczkami i zatrzymujący się bojaźliwie. Starego kroju frak granatowy z wysokim kołnierzem i dużemi żółtemi, jawnie dziś na nowo wyczyszczonemi guzikami okrywał go dosyć nieszykownie.... Na szyi miał grubo zawiązaną chustkę białą ze znakomitym fontaziem, kamizelkę pikową krochmalną i spodenki, które długie znać leżenie w szufladzie skróciło tak, iż miedzy poczernionemi butami a niemi skóra naiwnie żółtawa niepotrzebnie się ciekawiła. Koniec pięknej białej chustki od nosa puszczony z kieszeni fraka, jak zwiędły kwiat lilji spoczywał na obszernych połach. - Stare dewizki od zegarka sztucznie wydobyte z pod fraka na światło dzienne malarski tu czyniły efekt....

Był oryginalny i pocieszny poczciwy profesor Kudełka - ale nikt lat ośmdziesięciu nie nosi bezkarnie...

Prezes poznawszy go, przystąpił doń z miną poważną mecenasa nauk i męża szanującego uczonych; uśmiechnął się dobrotliwie, wyciągnął jedną rękę aż z dwoma palcami i podał ją Kudełce.

- Szanownego profesora! zawołał - a to święto nad świętami - pana dobrodzieja w salonie zobaczyć... Czy znasz moją żonę?

- Miałem honor być prezentowanym! nizko się kłaniając, rzekł cicho bardzo profesor...

- Żono - odezwał się prezes wskazując przybyłego - pan profesor Kudełka...

Prezesowa z uśmieszkiem protekcjonalnym skłoniła głowę.

Profesor jak okradziony, z kapeluszem na piersiach, pozostał wśród salonu niewiedząc, co zrobić z sobą, z rękami i z tym nieszczęsnym kapeluszem... Naostatku i to go mitrężyło, iż czuł a raczej jasnowidzeniem jakiemś przeczuwał, że cholewy od butów bezwstydnie wyjdą na jaw... Już w drodze używał wszelkich środków mogących do normalnego stanu przyprowadzić okrycie granatowe, w przedpokoju własnoręcznie je poobciągał... tymczasem... czuł, wiedział, był pewnym, ze bunt nastąpi. -

- Musisz się pan profesor cieszyć taką śliczną, kwiecistą wiosną, wtrącił gospodarz widząc zakłopotanie gościa... Cóż to za piękne mamy kwiaty...

- Prawda! odezwał się profesor dobywając z ciężkością głos z piersi, stłumiony zakłopotaniem - boże dziatki radują się słońcu... a tak to buja! buja! a tak się to śmieje, a pachnie... a błyszczy...

- Żebyś widział ogród mojej żony, dodał prezes, rad się pozbyć profesora i zrzucić go niewieściemu kółku, bo właśnie rozprawiał o nowem towarzystwie kredytowem...

Profesor zwrócił wzrok i ukłon ku prezesowej, ale się z miejsca nie ruszył.

- To flora aklimatyzowana, nie nasza - rzekł, to są przybysze z różnych stref i z różnych świata części, a ja - najbardziej lubię nasze kwiateczki, te, co to sobie dziko rosną, gdzie je pan Bóg posiał lub posadził...

Prezesowa odgadłszy męża, odezwała się, chcąc profesora ku sobie odciągnąć...

- A i ja też mam w ogrodzie nasze kwiatki!

Kudełka się uśmiechnął, lecz został na miejscu jak wkuty... Nie wiadomo, jakby się było to skończyło, - gdyby nowy gość nie ukazał się na progu. Był to przybyły z nadsprejskiej stolicy dygnitarz, ku któremu gospodarz szybkim krokiem podbiegł niemal do progu, potrąciwszy nawet profesora, za co go nie miał czasu przeprosić... Kudełka zmieszany jeszcze bardziej, cofnął się kroków parę, powiódł oczyma po przytomnych - nikogo nie znalazł znajomego...

Położenie staruszka było nad wyraz przykre; co żyło, otoczyło dygnitarza, rozmowa wszczęła się po francuzku a profesor, choć ten język umiał doskonałe, mówił nim nie ceremoniując się zbytecznie z wymawianiem.

Zostawiony sam sobie, nie bardzo pewien, czy wypadało mu usiąść, jeszcze mniej pewny, gdzieby było najprzyzwoiciej zająć miejsce; w ostatku wpadłszy na smutny tor myśli, iż siadając, może żółtą ową skórę jeszcze więcej na światło dzienne wyprowadzić - profesor został w smutnej zadumie nad znikomościami świata tego. Robiło mu się zimno, gorąco; czuł, że mu paliła twarz, że krew po żyłach biegła jak spłoszona, to się nagle zatrzymywała - słowem stan to był tak nieznośny, iż Kudełka całej siły ducha potrzebował, by dotrwać na stanowisku.

W dodatku do tych nieszczęśliwości profesor nie przybył tu dla zabawki, miał pewny cel i zamiary - chciał sam na sam pomówić kilka słów z prezesem a tu skład towarzystwa najmniejszej mu nie dawał nadziei, ażeby śród tak dostojnych gości on ubożuchny nauczyciel, mógł do gospodarza przystąpić.

Lecz profesor Kudełka był człowiekiem mężnym, westchnął, zrezygnował się i pozostał, mało się tylko usunąwszy od środka salonu.

Są przecież litościwe serca na świecie, nawet w takich prawidłowo urządzonych domach, w których się im popisywać z tem uczuciem nie dozwala decorum.

W rzędzie pań, za kołem otaczających prezesową, siedziała osoba nie młoda, w czarnej sukni także nie bardzo świeżej, skromnie ubrana i bez pretensji. Dosyć otyła, nie piękna wcale, jejmość ta, jakby z obowiązku tu przybyła, siedziała głęboko w fotel wsunięta, ze złożonemi na piersiach rękami, wachlując się od niechcenia... Wzrok jej błądził po salonie i uszy nie zdawały się śledzić francuzkiej rozmowy z dygnitarzem.

Spostrzegła ona zakłopotanie Kudełki, uśmiechnęła się łagodnie, wstała powoli i wprost przyszła do niego. Profesor poznał w niej doktorową X. z domu - (wierzcie czy nie wierzcie, jak się wam podoba) hrabiankę W. - To jej świętej pamięci hrabstwo dawało wstęp do salonu prezesowej, której była blizką krewną. Zacna doktorowa znała dobrze Kudełkę, litość ją ku niemu przyprowadziła. Profesor zobaczywszy to i zmiarkowawszy, że ku niemu dąży, byłby jej padł do nóg przez wdzięczność. Doktorowa najzacniejszą w świecie była istotą a razem najprostszą, najserdeczniejszą, i - co jej w oczach prezesowej szkodziło bardzo - śmiałą wyznawczynią swych przekonań... czasem excentrycznych i w niebywałe formy ubranych.

Obawiano się doktorowej w towarzystwie, bo choć zwykle aż do zbytku była milczącą, gdy jej jaka urzędowa niedorzeczność dopiekła - brała na kieł i mówiła rzeczy, od których piękne uszy więdły...

- Co też ty tu, mój biedny profesorze, robisz? jakeś ty się tu zabłąkał? na miłość Boga! zawołała witając go - a to coś osobliwszego jegomości zobaczyć na woskowanej posadzce...

- Pani dobrodziejko - uśmiechnął się Kudełka - to prawda - wyznaję, wybrałem się wedle niemieckiego przysłowia... jak osieł na lód tańcować... ale niemieckiemu osłowi, wedle tegoż dyktu zbiera się na taniec, gdy mu bardzo dobrze... a mnie...

Nie dokończył.

Doktorowa mrugnęła nań - Chodź no, chodź, siądziemy sobie starych dwoje na uboczu i pogawędzimy...

Profesor o butach zapomniawszy posunął się za doktorową - hrabiną. W kącie oddalonym salonu była kanapka i krzesło... Pani zajęła miejsce na niej i chciała przy sobie posadzić Kudełkę, ale ten skromnie zajął miejsce obok na krześle... Ogromny ficus zimnemi swemi liśćmi botanika ocieniał. Doktorowa patrzała na staruszka, którego lubiła bardzo, i uśmiechała się ciągle. - On w niej znał też złote serce... miał ufność zupełną. - Mówił sobie, że mu ją Opatrzność zesłała...

- Kochany profesorze, ty co zwykle w tej godzinie - lub wcześniej z kurami idziesz na spoczynek - poczęła jejmość, ty, co po salonach bywać nie lubisz... powiedz mi, ale szczerze, co cię tu mogło sprowadzić. - Bo to, nie bez kozery.

Westchnął stary.

- Zgadłaś pani - nie bez kozery, chciałem na osobności... tak... tego... mieć zręczność pomówić z prezesem...

Doktorowa ramionami ruszyła.

- Widzę, że to dziś nie będzie łatwo, dużo gości, mówił profesor - a tak w inne dni i inne pory dnia do prezesa lokaje nie dopuszczą.

- Czybyś potrzebował czego od niego?

- A! nie! nie! - wyparł się Kudełka tak chciałem pomówić...

- Mów bo prawdę...

- Szczerze mówię... ale...

- Cóż to - sekret jaki? wtrąciła pani. -

- Nie, nie, żadnego nie mam, prosta ciekawość.

- Może też i jabym ją zaspokoić mogła? a ze mną sprawa łatwiejsza - dodała doktorowa - poczciwy nasz prezes, okrutnie krochmalny...

Profesor ręką zaprotestował... Namyślał się głęboko... nareszcie począł przysunąwszy się bliżej.

- Prosta to jest niedorzeczność z mojej strony - Widzi pani dobrodziejka, stary pedagog, stary kawaler bezdzietny mam ten zwyczaj że mnie moi uczniowie i losy ich obchodzą... Otóż jednego z nich... który - który - który się w domu starej prezesowej, wychował - (wyrzucił nagle Kudełka patrząc bojaźliwie na twarz doktorowej) losy mi są zupełnie niewiadome... Był to chłopak...

- Któż!... może Todzio Murmiński... jakby przestraszona, po cichu przerwała pani. -

Profesor głową dał znak potakujący...

- Na miłość Boga - otóżeś się wybrał - człowiecze... zawołała zasłaniając się wachlarzem... Cóż ci się stało!! W tym domu tego nazwiska wyrzec się nie godzi! To szczęście i łaska Boża, żeś się przyznał przedemną... Ani słowa o nim! ani słowa...

Profesor zbladł, głowę pochylił, a szeroki kołnierz starego fraka jakby go chciał utulić podniósł mu się aż do uszów... On sam trwożliwie z pod niego wejrzał ku siedzącej przy nim doktorowej, która żywiej coraz wachlarzem rzucała, spoglądając na staruszka z rodzajem politowania.

- Ależ to był prawie jak syn przybrany? jakby dziecię domu? szepnął profesor - Czy co zbroił? czy mu miano do zarzucenia? dla czegożbym nie miał choć zapytać o niego - mówił dalej. - Ja przecie nic nie wiem... nic...

Doktorowa ramionami ruszyła zniecierpliwiona, pochyliła się ku niemu i poczęła po cichu.

- Jesteś stare dziecko, mój profesorze. Zkąd ci tak nagła mogła przyjść ciekawość? Ten Todzio był podobno w ostatnich... ruchach... potem się okrutnie zaawanturował... Prezesowa czując swój zgon kazała go powołać.., ale go znaleść nie mogli... Prezes go znieść nie może...

- Ja pytam pani dobrodziejki - czy na nim cięży jako plama, dodał stary.

Znowu doktorowa ruszyła ramionami.

- O żadnej plamie nie wiem... ale wiem, że go tu nie cierpią, że tu jego nazwiska wspomnieć nie wolno, że prezes się rumieni z gniewu, gdy kto go przypomni... Człowiek tak wytrawny... a w tym jednym razie opuszcza go zwykła powaga... coś więc być musi...

Prezesowa nie przyznając się, ażeby co wiedziała, uśmiechała się ironicznie, dziwnie jakby tylko nie chciała lub powiedzieć nic - nie mogła, poczciwy Kudełka nic nie rozumiał.

- Moja mościa dobrodziejko, odezwał się po długim namyśle - przecież mnie nie zabiją, gdy spytam a zapytać muszę, bo - bo mnie los tego chłopca obchodzi.

- Chłopiec ten, żywiej poczęła pani - wedle wszelkiego podobieństwa nawet już pewno nie żyje... Przybył tu na chwilę po zgonie swej opiekunki... nie wiem co wówczas między nim a prezesem zaszło...

Poprawiła się zaraz pospiesznie.

- Nie wiem nawet czy co zaszło - nic niewiem... ale znikł... powiadają że czy do Jndji czy do Chin się najął na statku i jak w wodę wpadł...

Nastąpiło milczenie długie - profesor się zamyślił, lecz odzyskał zwykły swój spokój i równowagę ducha. Doktorowa która ciągle się przypatrywała, dostrzegła, że mu się twarz rozjaśniała.

- A więc złego o nim nie ma nic - dodał - to chwała Bogu! Chwała Bogu...

- Cóż on cię obchodzi! spytała schylając się stara... czy cię doszły jakie o nim wiadomości?

- Obchodzi mnie, wymijając drugą część zapytania rzekł profesor - no - jako dawny mój uczeń nic więcej... Bądź co bądź grzecznie spytam prezesa, byle się nastręczyła zręczność? Jużciż się pogniewać nie może...

- Pogniewa się niezawodnie i zrobisz mu przykrość! przestrzegła doktorowa chwytając go za rękę... proszę cię - daj temu pokój.

- Ale - muszę!.., muszę! zimno odpowiedział stary... jestem uparty...

Nie było co dłużej z nim dysputować - całą pociecha dosyć niespokojnej doktorowej było to tylko, że wedle wszelkiego podobieństwa, profesor nie znajdzie sposobności rozmówienia się z prezesem... W chwili, gdy jeszcze miała dalszą prowadzić rozmowę, głos srebrny pięknej Żuljetty odezwał się powołując ją na świadka w jakiejś sprawie. Doktorowa musiała wstać, ale odchodząc ścisnęła rękę staruszka i szepnęła żywo.

- Daj temu pokój, daj pokój...

Kudełka, posiedziawszy chwilę na kanapie zadumany, poruszył się później, lecz wbrew radzie doktorowej z mocnem postanowieniem zagadnięcia gospodarza, jeśliby się tylko trafiła zręczność po temu.... W tej chwili do niego i do stolika przysiadł się dawny uczeń - dziś ogorzały obywatel wiejski, człek dobrego humoru i serca.... Zaczęli się śmiać przypominając studenckie czasy. - Obywatel zapraszał dawnego profesora na ekskursję do siebie. Tak upłynął kwadrans czasu, podano herbatę... pili ją razem u tego oddalonego stolika. Kudełka nie widział, zagadawszy się, że często niespokojny wzrok doktorowej śledził jego ruchy i czynności. Po herbacie mężczyźni zasiedli do gry w pierwszym salonie i bocznym gabinecie, gospodynię wielbiciele jej talentu uprosili, aby grała. Fortepian stał w bocznym saloniku... obywatela odciągnięto do whista. Gospodarz, który jako gospodarz nie grał, znalazł się tak jak sam na sam z profesorem.... Zbliżył się więc i usiadł przy nim.

Kudełce twarz rozpromieniała.

- Teraz - rzekł w duchu - teraz albo nigdy; ale trzeba rzecz zręcznie naprowadzić, jak gdyby sama z siebie przyszła.

Rozmowa poczęła się obojętnie. - Prezes był wesół i uprzejmy - mówiono o dawnych czasach, o wieku, o starości....

- Otóż to - odezwał się prezes - jak to pięknie, przykładnie spędzone życie wypłaca się miłą, zdrową, czerstwą starością. Pan dobrodziej jesteś tego najlepszym przykładem. Wszystkie zachowałeś władze i taką młodzieńczą świeżość ducha... ja panu zazdroszczę....

- A! mości prezesie dobrodzieju - dalipan, nie ma czego - westchnął profesor. Natura dała człowiekowi to władz jego osłabienie w dobroczynnym celu, ażeby mu zgon uczynić mniej bolesnym. Traci się pamięć, zmysły, żywość wrażeń i powoli, stopniowo przechodzi w ten stan spoczynku, po za którym... królestwo śmierci i rzeczy zagadkowych.

Prezes spojrzał, widocznie mu się zagadkowe rzeczy jako dowodzące sceptycyzmu nie podobały.

- Kochany profesor żyć nam będziesz więc bardzo długo, boś jeszcze przy wszystkich, dzięki Bogu, władzach i w sile.

- Tak, po troszę coś mi zostało - rzekł stary - najbardziej się cieszę, że mi Pan Bóg pamięć zachował, bo utrata jej byłaby dla mnie najprzykrzejszą. Czy uwierzy pan prezes, że ja moich dawnych uczniów wszystkich, ale to wszystkich, tak pamiętam z twarzy, mowy, miny, jakbym ich widział wczoraj.

Doktorowa znać niespokojna o rozmowę, przysunęła się w tej chwili do stolika, lecz prezes poprosił ją, żeby żonie pomogła przy gościach. Rada nie rada, rzuciwszy wejrzenie na starego, oddaliła się ociągając.

- Ja takiej pamięci nie mam - dodał prezes.

- Ale - choć może nie w miejscu, lecz w związku z tą moją pamięcią, która jest razem pociechą i utrapieniem mojem - wszak ci to w domu i pod opieką pani prezesowej matki wychował się niejaki Teodor Murmiński....

Profesor mówił zwolna i chłodno, patrząc w oczy prezesowi... lecz z już w pół niedokończonego frazesu postrzegł, iż lepiejby był może zrobił, usłuchawszy rady doktorowej. Prezes, który siedział nieco zgięty na kanapie, począł się prostować, twarz oblała mu się purpurą, oczy zaogniły i niespokojne wpiły w twarz mówiącego, usta drgały, czoło się fałdowało - słowem, wrażenie nagłe, którego pohamować nie miał czasu ani siły, wybiło się tak wyraziście w jego rysach, że Kudełka zalękniony - umilkł. Prezes też, choć obowiązany do odpowiedzi, długo milczał, znać szukał takiej, ażeby wszelką dalszą rozprawę o niemiłym mu człowieku zamknęła.

- Nie wiem - rzekł - co się z nim stało.

W głosie czuć było gniew; oczyma zdawał się szukać w twarzy starego, czy wzmianka ta przyszła w istocie przypadkowo, czy może była obrachowaną, umyślną, uczynioną dla dotknięcia go boleśnie. Kudełka siedział niewinny i spokojny.

- Szkoda chłopca - odezwał się - był żywy do zbytku, roztargniony, ale zdolny....

Ironiczny uśmiech rozlał się po ustach prezesa, który drżał cały jakby ze źle tamowanego gniewu. Zdawało się, że chciał coś powiedzieć, zagryzł usta, rzucił na profesora surowym, pełnym wyrzutów wzrokiem i chciał wstawać. Kudełka miał wolę żelazną i w ważniejszych sprawach odwagę daleko większą niż wchodząc do salonu.

- Może to nie dyskrecja będzie z mej strony, począł chłodno, ale staremu to darowane, że o losie dawnego ucznia chce wiedzieć. Wiadomo to powszechnie, iż ś. p. prezesowa żywo się tym wychowańcem zajmowała. - Państwo też zapewne tę świętą po niej przejęliście spuściznę. Dla czegóż tak znikł.... co się z nim stało? czy co zawinił?

W prezesie widocznie wrzał gniew co raz do stłumienia trudniejszy.

- Mój profesorze - odezwał się tonem pańskim i imponującym - nie pytaj mnie proszę i nie przywodź przykrych wspomnień. Chłopak nie wiele zasługiwał na tę opiekę, jaką mu dano.... Zbrodni nie popełnił, lecz rad jestem, żeśmy się go pozbyli. - Jest to zwykły tryb rzeczy ludzkich, że się za dobrodziejstwa odbiera w zapłacie najczarniejszą niewdzięczność.

To mówiąc prezes wstał, wyprostował się dumnie, otarł czoło, oczyma powiódł po sali, skierował je na zdumionego profesora i już odchodząc zwrócił się jeszcze....

- Czybyś pan co o nim wiedział? spytał przystępując do niego.

Kudełka miał w życiu za zasadę, nawet gdy szło o rzeczy najdrobniejsze na pozór, nigdy nie kłamać. Dla niego było to zadaniem godności człowieka i sumienia. - Pomyślał nieco.

- Właśnie dla tego, że o jego przeszłości nie wiedziałem, chciałem pana prezesa prosić o objaśnienie.

Zadowolniony tą odpowiedzią, nie biorąc ściślej wyrazu - o przeszłości - prezes się oddalił, widocznie mocno wzruszony.

Doktorowa, która z drugiego pokoju czatowała na koniec rozmowy, usiłując ją odgadnąć z twarzy i ruchów dwóch tych panów - wysunęła się zaraz i, nim Kudełka miał czas, zabrawszy z kanapy swój kapelusz i umieściwszy go na piersiach, wyśliznąć się z salonu, przyszła pospiesznie do niego.

- Mówiłeś co z prezesem o nim? zapytała żywo.

- A jakże - odparł stary.

- Cóż ci odpowiedział?

- Dał mi do zrozumienia, że mu tamten coś zawinić musiał - niewdzięcznością....

- Twój upór czy stałość - przerwała doktorowa - dowodzi mi, że pytanie prostą ciekawością nie było.... Jeżeli co o nim wiesz, mam ci jedną przyjacielską radę do dania. Nie mięszaj się do tego.

- Ja się nigdy w cudze sprawy nie mięszam - spokojnie rzekł Kudełka - i kłaniając się myślał odchodzić.

Doktorowa zastąpiła mu drogę.

- Nie ustąpię - kochany profesorze, musisz do mnie jutro przyjść na objad... koniecznie.

Zamyślił się stary - chwyciła go za rękę spoczywającą na kapeluszu.

- Jutro, o godzinie drugiej... koniecznie.

Profesor się skłonił milczący... doktorowa ustąpiła zwolna, a on ogladając się do koła... powoli wysunął sie za drzwi.

Niespokojny wzrok prezesa stojącego w głębi sali poszedł za nim i ramiona poruszyły mu się gwałtownie. Widocznie potrzebował na uboczu stojąc przyjść do siebie, tak go niezręczne wspomnienie staruszka ubodło i dotknęło.

 

?

 

W blizkości kościoła Świętego..... w kamieniczce do niego należącej żył od lat bardzo wielu, dawniej prałat kapituły, dziś emeryt, który się od wszystkiego usunął i wyczekiwał tylko, kiedy go Pan Bóg do siebie powoła. Była to niegdyś jedna z najjaśniejszych gwiazd duchowieństwa - mąż głębokiej wiary, nauki wielkiej, charakteru energicznego, prawości nieposzlakowanej, obyczajów nieskazitelnych.... Sławny, ukochany, wywierający wpływ potężny na wszystkie społeczeństwa klasy, prawdziwy kapłan Boży i apostoł ksiądz Jeremi Zaklika zszedł z czasem, postarzawszy, na zapomnianą zupełnie istotę biedną, osamotnioną, o której nikt nigdy nie wspomniał, a gdy się jego imię w rozmowie o czasach przeszłych trafiło, byli ludzie, którzy zapytywali - czyż on jeszcze żyje? i z podziwieniem dowiadywali się, że dotąd nie umarł.

Ubolewamy nieraz nad losem zawcześnie umarłych, lecz jakże często należałoby się użalać nad tymi, co żyli za długo i mieli czas widzieć siebie i swą wielkość chwilową pogrzebaną za żywota!! Ksiądz Jeremi, jak prawy chrześcianin, wcale nie bolał nad swą dolą, a był już tak złamany chorobą i chwilami tak zdzieciniały, tak dziwaczny, że ludzie jego mało rozumieli i on ludzi nie bardzo dobrze pojmował. Przychodziły nań chwile zupełnej niepamięci - zapominania się, apatji - a czasem, czasem znowu, gdy go coś, czy człowiek czy pora, słońce czy zdrowie orzeźwiło, stawał się młodym, rzeźwym, dowcipnym i niezmordowanym gadułą. Były dnie, że się potem od niego słowa dopytać stawało niepodobieństwem.

Nie wiele osób go teraz odwiedzało. Ludzie o tych, co się im nie przypominają, zapominają łatwo. - Prałat się na to nie uskarżał, lubił samotność i swój cichy kątek. Paweł, sługa jego od dzieciństwa, mało co od niego młodszy - pilnował go jak dziecka, bo ks. Jeremi z trudnością mógł bez pomocy przejść przez pokój i cały dzień w wielkim fotelu przesiadywać musiał. Odmawiał jednak regularnie swój brewiarz, a w pewne godziny przychodzącemu klerykowi kazał sobie czytywać św. Augustyna lub św. Bernarda.

W święta czasem i w niedziele ktoś go z dawnych znajomych odwiedził.

Całe mieszkanie ks. Jeremiego składało się z dwóch pokojów, sypialni i izby dla Pawła. W lecie miał przy tem ogródka kawałek, gdzie w cieniu upały przesiadywał....

Za życia pani prezesowej Wa... prałat bywał często w tym domu, szanowała go wielce sama pani, i w chwili zgonu jeszcze, choć już był chory i z trudnością mu się z miejsca przychodziło ruszyć, wezwała go koniecznie do ostatniej jeneralnej spowiedzi z całego życia. Ks. Jeremi kazał się dwom ludziom do powozu wsadzić, pojechał, dopełnił obowiązku a po powrocie jeszcze mocniej zachorowawszy, już odtąd wcale wychodzić się mógł.

Te stosunki z domem Wa... obowiązywały i syna do odwiedzania czasem prałata, lecz ludzie utrzymywali, że prezes go nie lubił. Po czem się tego domyślali, nie wiadomo, gdyż powierzchownie żadnej oznaki innej, prócz najwyższego szacunku dostrzedz nie było można....

Od śmierci prezesowej kilka już lat upływało... starzec miał się co raz gorzej... dni zupełnego opadnięcia z sił częstsze teraz bywały a stan ten widocznie prezesa niepokoił, bo się niemal co tydzień o prałata dowiadywał.

Nieszczęściem prawie zawsze tak trafił, że staruszek mówić z nim nie mógł, a nawet nie było pewności, że go poznawał.

Nazajutrz po wieczorze, na którym się profesor znajdował, chociaż niedawno prezes odwiedzał ks. Jeremiego... o zwykłej godzinie dwunastej zapukano do pierwszych drzwi. Paweł wyjrzawszy przez okienko - zdziwił się mocno, zobaczywszy znowu znaną sobie, a bodaj nie bardzo miłą, twarz prezesa. - Lecz że wszyscy dostojnego pana szanowali i chybić mu na żaden sposób nie było podobna, Paweł choć syknął, drzwi zwolna otworzył. - Prezes wszedł po cichu do przedpokoju.

- A cóż ks. prałat? spytał.

Paweł głową tylko pokiwał.

- Cóż? rzekł stłumionym głosem - jak zwykle... siedzi w fotelu i drzemie.

- Czy dziś nie był przytomniejszy?

- Zrana niby ożywił się był trochę - mówił służący, ale już od dwóch godzin po brewiarzu... siedzi tylko nieruchomy na krześle.

Prezes się chwilkę zawahał, spojrzał na Pawła, którego mina widocznie była odradzającą - i pomyślawszy trochę, na palcach do pokoju się wśliznął.

Izba była obszerna, staroświecka, sklepiona, ale wystawiona ku południowi, miała słońce, którego promienie weselszą ją czyniły nieco, niżby się o mroku wydała. - Umeblowanie było tak odwieczne jak gospodarz, kanapka włosieniem pokryta, takież krzesła, stolik założony książkami, kilka półek zapylonych. U stołu w ogromnym fotelu skórą wybitym i znać długo używanym siedział ks. Jeremi. Zdala widać tylko było jego głowę na piersi spuszczoną, trochę włosów srebrnych i czarną na nich piuskę, która łysinę okrywała. Mocno przygarbiony, siedział z rękami złożonemi na piersiach, z oczyma zamkniętemi, z ustami pół otwartemi, nie wiadomo śpiąc, czy zadumany. Szelest go jednak rozbudził. Podniósł ostrożnie, wolno powieki i zobaczywszy prezesa natychmiast je znowu spuścił.

Gość postępował bardzo powoli ku fotelowi, tak że Paweł miał czas go wyprzedzić, znanym krokiem zbliżył się do swego pana i szepnął mu do ucha.

- Pan prezes...

Nic nie mówiąc, drżącą ręką prałat wskazał na krzesło, w rysach jego twarzy odmalowało się wrażenie jakieś bolesne. Zamruczał coś zupełnie nie zrozumiałego.

Prezes usiadł...

Po krótkiej chwili oczy zbladłe ks. Jeremiego odkryły się znowu, popatrzył na siedzącego i zamknął je... jakby znużony...

- Jakże zdrowie ks. prałata? zapytał prezes cicho.

Długo trzeba było oczekiwać na odpowiedź, na ostatek - dał się słyszeć szept niewyraźny.

- Jednakowo...

- Myślałem, że wiosenne powietrze odżywi cokolwiek..

Ks. Jerem i potrząsł głowa...

- I dziś więc - rzekł wyczekawszy prezes ze smutną bardzo i zakłopotaną twarzą - trudno się nam będzie rozmówić dłużej... czego pragnąłem od dawna.

Całe oczy prałata otwarły się żywo i wlepiły jasne w mówiącego, jakby się dopiero przebudził. Zdawało się, że uczynił wysiłek jakiś - ażeby więcej tej upragnionej prezesowi rozmowy nie zwłóczyć. Westchnął tylko...

- Mów acan dobrodziej... proszę mów... odezwał się nieco silniejszym głosem, podnosząc dotąd spuszczoną na piersi głowę, - proszę. -

Trochę niecierpliwości zdradzały ruchy starca; głowa mu się trzęsła... a jednak starał się ją na ramionach utrzymać tak, aby gościowi wprost patrzeć w oczy.

- Tyle już czasu upłynęło od śmierci mojej nieboszczki matki - odezwał się prezes oglądając po pokojach i znać lękając, aby go sługa nie podsłuchiwał.

Zawszem pragnął od ks. prałata, który byłeś jej przyjacielem i powiernikiem, dowiedzieć się, czy mu jakiej swej ostatniej woli nie zleciła...

Staruszek przysłuchiwał się bardzo bacznie - oczy mu się coraz więcej ożywiały. Odetchnął jakby go dusiło w piersiach, parę razy dłonią suchą uderzył po krzesła poręczy...

- Świętej pamięci prezesowa - rzekł powoli - nie potrzebowała mi żadnej swej woli zlecać. Miała Waćpana jako jedynego syna. Zresztą do duchownego sumienie tylko należy... sumienie.

Prałat rzadko mówił tak wiele i tak żywo, prezes więc chciał znać korzystać z chwili rozbudzenia.

- Przepraszam najmocniej ks. prałata, żem tak dokuczliwy - rzekł - czczę pamięć mojej matki i dla tego....

Prałat kilka razy mocno uderzył w poręcz krzesełka.

- Jesteśmy sami - dodał prezes, zbliżając się wstawszy z siedzenia - między nami Bóg jeden tylko - mówmy otwarcie.

Głos zadrżał prezesowi.

- Kochana matka moja - mówił dalej - w chwili zgonu i na jakiś czas przed nim nie zupełnie była przytomną. Choroba czyniła ją drażliwą... przewidywały się jej różne, niebywałe rzeczy... marzenia chorobliwe. Ztąd obawa, aby, nie będąc panią wszystkich władz swoich....

Prałat nie dał dokończyć prezesowi, głowę podrzucił gwałtownie do góry, ręce załamał i nogą w stołeczek tupnął.

- Ale co mi to asindziej mówisz - ozwał się piskliwym od wysiłku głosem - co mówisz na tę zacną matkę swoją, to fałsz! to fałsz!

I rękami jakby odpychając potwarz począł rzucać gorączkowo. Prezes nagle zamilkł... cofnął się i usiadł na swem krześle zamyślony. Rozmowa zupełnie zły obrót wzięła.

- Daruje mi ks. prałat... tu idzie o drogą pamięć matki, która sama sobie w tym stanie krzywdę uczynić mogła. Byłem przy niej ciągle w ostatnich latach, mogłem sądzić najlepiej o stanie jej umysłu.... Cierpiała gwałtowne bardzo migreny... z tego powodu....

- Mój prezesie, ręce składając jak do modlitwy, począł prałat cicho znowu - nie mów mi o tem - proszę.

- Muszę ten raz jeden mówić i rozmówić się stanowczo - rzekł energicznie przybyły. Mam powody mniemać, iż matka moja dla tego tylko wzywała Waćpana dobrodzieja, ażeby mu powierzyć jakąś niby tajemnicę - rzecz czysto wyimaginowaną, i uczynić go wykonawcą swej woli, która nas moralnie i materjalnie krzywdzić może. Dla tego....

Nowe machanie rękami przerwało mowę; prałat opuścił głowę, niespokojnie poruszył się w krześle i widać było łzę, która mu z pod powiek pociekła.

Była chwila milczenia dosyć długa i dla obu przykra....

- Dosyć tego - zakończył ks. Jeremi - mylisz się, panie prezesie.... Oczy syna czytają w duszy matki, lecz oczy kapłana w chwili zgonu widzą głębią duszy człowieka i nie mylą się i omylić się nie mogą. Dosyć tego....

Zamilkł, jakby chcąc w piersi zmęczonej nabrać powietrza trochę.

- Szanujcie pamięć i wolę rodziców - dodał - resztę zostawcie Bogu.

Zamknął oczy - i ze znużenia położył głowę na krześle, dając ręką znak prezesowi, ażeby sobie odszedł.

Prezes z zaciętemi ustami, widocznie gniewny, z brwią namarszczoną, wstał, wyprostował się, zbliżył do ręki księdza, chcąc ją pocałować, ale prałat żywo ją usunął... skłonił głowę i zamknął oczy. Gość z gniewną twarzą odwrócił się i cicho wymknął z pokoju.

Po wyjściu jego ks. Jeremi wyszedł z apatji, która zdawała się jego stanem normalnym, ruszył się żywo na krześle i niecierpliwie zaczął szukać dzwonka, stojącego zawsze pod reką. Znalazłszy go wreszcie, z konwulsyjną gwałtownością dzwonił, dopóki nareszcie Paweł, który był wyszedł na galerję od dziedzińca, usłyszawszy dzwonienie, nie wpadł zaperzony.... Spojrzał na prałata, na którego twarz wystąpił niezwykły rumieniec i, załamując ręce, przypadł ku niemu.

- Co takiego? co Jegomości jest?

Ksiądz Jeremi osunął się na fotel bezsilny i zrazu odpowiedzieć nie mógł. Po chwili jakby sam do siebie począł niewyraźnie.

- Blizko dziewięćdziesięciu! tak! nie ma co czekać. Ostatnia godzina przyjść może - jako złodziej. Grzechby był...tak....

- Co Jegomości jest? dobijał się Paweł.

- Ale nic, nic - oprzytomniając zawołał ks. Jeremi. Gdzieżeś ty się podział?

Sługa zmilczał.

- Słuchaj, idź mi... zaraz, zaraz sprowadź do mnie....

Tu zatrzymał się długo, nie był znać pewnym, kogo żądał czy mu nazwisko wyszło z pamięci. Usta się poruszały a ręka zdawała przeczyć ruchami temu, co one miały powiedzieć.

- Poproś do mnie... poproś.

- Kogo? zapytał Paweł.

- Kogo? kogo? proś... poczciwego jakiego, najpoczciwszego... zacnego... proś mi takiego kogoś, coby nie zdradził.

Paweł popatrzył na swojego pana. Wyrazy te widocznie prałat wymówił nie już z braku pamięci lub zastanowienia, lecz chciał znać zdać się jakby na los ślepy na rozsądek Pawła, przez któryby przemówił doń głos ogółu, nie chcąc sam czynić wyboru.

- Najpoczciwszego - powtórzył sługa - to chyba księdza Strużkę.

Nastąpiło długie milczenie - prałat się zadumał.

- Tak, najpoczciwszy jest, ale najsłabszy z ludzi - dodał szybko. Poproś więc księdza Strużkę.

- Zaraz? czy zaraz?

- Natychmiast - rzekł głosem drżącym prałat. - Któż wie, ja dziś jeszcze po tem wzruszeniu umrzeć mogę....Idź...proś go.

Paweł zawinął się i wybiegł z pokoju.

Ksiądz kanonik Strużka mieszkał w tym samym domu, który dawał przytułek kilku duchownym. Mieszkanie jego było na dole. O kilkanaście dobrych lat młodszy od ks. Jeremiego, był to stary jego przyjaciel i najtroskliwszy opiekun. Lecz serce tylko miał stworzone, by być opiekunem, mniej zresztą praktycznego człowieka świat nie widział. - Żył cały w idealnych sferach, w książkach i uczynkach miłosierdzia... sam wszakże potrzebował nadzoru, by co godzina nie stanąć w jakiejś kolizji z tem, co go otaczało. - Roztargniony do najwyższego stopnia, żywy, gorączka... szedł za popędami serca najpiękniejszego, i idąc - padał nieborak po gościńcach, tłukł się, bolał, znosił potwarze, śmiał się z własnych cierpień i omyłek a nazajutrz się na nie narażał. Już sama powierzchowność ks. Strużki oznajmywała ekscentryka. Ubiór nosił w najwyższym stopniu zaniedbany i wcale niewytworny, rzadko kiedy suknią miał całą a włosy uporządkowane, prawie zawsze buty dziurawe. Ubodzy, nielitościwie go oszukujący, zabierali mu grosz ostatni - pożyczał na wszystkie strony, sprzedawał, co miał, a żadnego biedaka ode drzwi nie odepchnął. Wyzyskiwano go nielitościwie - śmiał się z tego.

Prostoduszny i łatwowierny zawsze się oszukiwać dawał, bo nigdy w człowieku kłamcy nie chciał przypuścić. -

Wszelka piękna, wzniosła idea zapalała go i unosiła, tak że często nie widząc stron jej ujemnych lub utopijnych, zapędzał się nazbyt daleko. - Szlachetniejszej duszy znaleźć było trudno - lecz mniej do przeprowadzenia zadania zawikłanego stworzonej.

Paweł wpadł na dół z wielkim trzaskiem do ks. Strużki, który właśnie otoczony książkami porozrzucanemi po całej swej ubogiej izbie pracował z wielkim zapałem nad jakąś refutację wznowionych pogańskich błędów. Był tak zatopiony w poszukiwaniach i myślach, że nie słyszał ani trzasku drzwi ani Laudetur głośnego, którem go Paweł pozdrowił. Musiał go za rękaw pociągnąć sługa prałata.

To go przestraszyło. Spojrzawszy na twarz Pawła - krzyknął - Co się stało?

- Nic jeszcze, chwała Bogu, nie stało się - odparł Paweł, ale ks. prałat bardzo, bardzo pilno prosi do siebie...

- Chory?

- Nie - ale czegoś podrażniony!

Przeskakując przez książki na podłodze rozłożone ks. Strużka porwał się biedz natychmiast. W progu przypomniał sobie niezbędną już w tej chwili chustkę, od nosa, po którą biegać musiał, szukając jej i rozrzucając wszystko, bo była pod wielkim jakimś foliantem przyciśnięta... Wyszli nareszcie a Paweł sam już drzwi zamknął, bo gospodarz o tem nie pomyślał...

Przez ten czas prałat trochę ochłonął, siedział spokojniejszy lecz zawsze jeszcze odżywiony i już z drzemki swej rozbudzony zupełnie.

- Cóż to się stało? co za szczęście - zawołał od progu wchodzący, żeś ks. prałat mógł mnie zapotrzebować?

- Siadaj no - siadaj, uspokój się - odparł chory starzec - rzecz istotnie największej wagi, ale ty, mój księże kanoniku, co więcej obcujesz z aniołami niż z ludźmi, bodaj czy mi możesz być w tem użytecznym... Zawsze przynajmniej poradzić potrafisz...

Ks. Strużka przysunął się z krzesłem.

- Powoli mówić muszę, ciągnął dalej prałat, oddechu mi braknie, lecz zwolna ci wypowiem wszystko. Daj mi radę.

Na serce twojebym się spuścił, na głowę nie mogę. Świętym jesteś człowiekiem a tu garnek ludzki zlepić potrzeba... a - nie święci garnki lepią...

Westchnął. - Słuchaj tylko. - Jestem stary, czuję, że lada chwila przyjść może wyzwolenie... wybije godzina ostatnia. Nie chcę z sobą nieść na tamten świat brzemienia niespełnionego obowiązku...

W szczególnych okolicznościach osoba pewna umierająca, powierzyła mi sprawę bardzo delikatną. Nie mogłem woli jej zadosyć uczynić... a zapewne już sam nie zdołam... Z ludźmi zerwałem, znam ich nie wielu, wyboru uczynić nie potrafię, a obowiązek mój na kogoś poczciwego, nie roztargnionego jak ty - chłodniejszego od ciebie - zdać muszę...

Ks. Strużka zadumał się.

- To prawda, rzekł, że jeśli oprócz uczciwości potrzeba więcej czegoś, na przykład przebiegłości, cierpliwości - pomiarkowania - ja tego nie mam. - Jestem impetyk nie poprawny, choć co dzień Pana Boga proszę, aby mi dopomógł do wyleczenia się z tej choroby... natura odpędzona - powraca.

Prałat rozśmiał się z lekka... - A stary jesteś dodał.

- A zestarzeć na lepsze nie mogę, odezwał się ks. Strużka, coraz ze mnie roztrzepańsze pomiotło...

- Mój Boże, a gdyby nie ta gorączka asindzieja nikomubym nie powierzył ochotniej tego spadku... Lecz słuchaj, kanoniku - słuchaj - sub sigillo ci to powierzyć mogę. Jeśli uznasz, że podjąć się sumiennie możesz - umrę spokojny; jeśli nie, ty mi człowieka wyszukaj...

- Mnie te ludziska codzień oszukują! westchnął ks. Strużka... a! bo to słabizny są... a biedota... Co oni temu winni...

Zamilkli na chwilę. -

- Więc cóż? zapytał kanonik...

- Naprzód idź i Pawła, który czasem ma niepotrzebną słabość przykładania ucha do drzwi... odpraw na galerję - drzwi zamknij i - powracaj tu.

Kanonik ze zwykłą swą żywością pobiegł spełnić polecenie, powrócił i zasiadł...

- Lat temu kilka, odezwał się zwolna ks. Jeremi... choć chory już, wezwany zostałem in articulo mortis, przez jedną osobę, której ci jeszcze wymieniać nie potrzebuję... Była to dostojna pani, szanowana powszechnie. - Nie domyślaj się - ale słuchaj. - Pani ta potrzebowała pod zaklęciem i przysięgą powierzyć papiery i fundusze, które przeznaczała dla dziecięcia... którego uznać wcześniej nie mogła a skrzywdzić nie chciała...

Rodzina jej była tak przeciwną powtórnemu zamążpójściu, że ono zostało tajemnicą na zawsze. - Uległa biedna niewiasta naleganiu ludzi próżnych i sumienie dumie swej poświęcić gotowych, lecz w godzinie zgonu - przyszła skrucha...

Za cóż dziecię cierpieć miało? Biedna niewiasta powierzyła mi dowody swojego powtórnego zamężcia, metrykę dziecięcia i fundusz mu przeznaczony. Miałem zleconem wynaleść tego chłopaka a dziś już mężczyznę i na jego ręce złożyć mój depozyt...

Odetchnął prałat. - Tymczasem zginął mi ów poszukiwany... jam niedołężny, szukałem go na wszystkie strony i znaleźć dotąd nie mogłem. Utrudniała to familia nieboszczki, która się czegoś domyślała i chciała przeszkodzić... chciała nawet papiery odemnie uzyskać.

- Aleś ich nie dał! przerwał ks. Strużka...

- Nawet dobrze o nich nie wiedzą - mówił dalej prałat. - Na mnie lada godzina śmierć przyjść może... nuż te papiery i pieniądze... zawieruszą się, przepadną!

- To prawda... to prawda - począł zamyślony kanonik, który już na krześle usiedzieć nie mogąc, chodził założywszy ręce na krzyże - ale, mój księże prałacie, byłbym człowiekiem bez sumienia, gdybym się podjął sprawy, którą popsuć tylko mogę... Delikatny interes na moje niedźwiedzie łapy... Mniej więcej wyrozumiałem, o co idzie, czego potrzeba - to nie moja rzecz...

- Ale nuż na mnie nieszczęście..?

- Mamy ludzi uczciwych przecie - a nie koniecznie duchownego potrzeba, mówił ks. Strużka - ja pomyślę nad człowiekiem...

Prałat stęknął.

- Mówisz: pomyślę - ale czasu do stracenia nie ma - począł błagająco. - Idź, weź kapelusz... ruszaj na miasto, wybierz kogoś, za kogobyś mógł ręczyć, niech ja z rąk zdam. - Spokojniejszy będę... Czuję się nie dobrze...

- Ależ ks. prałat dziś daleko jesteś lepiej niż zwykle... tyle siły, tyle życia...

Prałat rozśmiał się.

- Czyż nie widzisz, że ja to dobywam z siebie.. abym obowiązku dopełnił.

Ks. Strużka chodził i tarł głowę.

- A no! a no! uspokój się księże prałacie - rzekł przystępując do niego - ja potrzebuję czasu najmniej do jutra. - Rzecz ważna, lekko jej brać nie można...

- Weźże przynajmniej depozyt odemnie, bo strach jakiś mnie ogarnia...

- Ja? depozyt? a toby dobrze było! zawołał kanonik, kiedy ja nigdy nie wiem, gdzie co kładnę i żadnego zamka całego nie ma u mnie w domu!! Jutro go przecież oddacie.

- Więc - jutro - jutro - rano... jak najwcześniej - rzekł prałat uspokojony, a teraz mój dobry kanoniku, otwórz Pawłowi... i - dozwól mi spocząć; czuję, żem się wysilił nadzwyczajnie.

To mówiąc ks. Jeremi spuścił głowę, pochylił się na krzesło, oczy przymknął i zdawał jakby uśpiony.

Ks. Strużka wybiegł po Pawła i spuścił się po wschodach do swojego mieszkania.

Cały opanowany poleceniem mu danem, jeszcze jednę chustkę wpakowawszy do kieszeni, bo dbał o to bardzo, żeby jej czasem nie zapomnieć, popędził do miasta szukać uczciwego i czynnego człowieka.

Tymczasem Paweł, ponieważ obiadowa nadeszła godzina, stoliczek przyniósł do fotelu prałata i, nie rozbudzając go, począł do stołu nakrywać. Na dole w kuchence gotowano mu zwykle rosół i przyprawiano kotlet, który z pieczonem jabłkiem stanowił cały obiad ks. Jeremiego. - Gdy przyniesiona wazka brzęknęła, prałat się rozbudził, drżącą ręką wziął łyżkę, zaczął w milczeniu obiad i Paweł ucieszył się bardzo, widząc, że mu zmęczenie apetytu nie odebrało. Czego od dawna nie bywało, kazał sobie ks. prałat przynieść kieliszeczek starego wina, który po jedzeniu wypił. - Ku wieczorowi Paweł przyszedł z kawą jak zwyczajnie; po odmówieniu pacierzy prałat kazał się odprowadzić do łóżka.

Paweł zaczynał dopiero życie, gdy swego starego w łóżku złożył. Tak się i tego dnia stało.

Nazajutrz rano o godzinie do wstania przeznaczonej - Paweł przysunął się do łóżka chrząkając. Na ten znak zwykł był prałat się budzić i żegnać. Tym razem jednak zasnął znać za twardo i Paweł odchrząknął raz i drugi napróżno.... Ośmielił się nawet przybliżyć do śpiącego i znalazł twarz nadzwyczaj bladą. Z lekka go ujął za rękę - wydała mu się nadto chłodną....

Ks. prałat - nie żył....

Biedny Paweł wybiegł przerażony na dół do ks. Strużki.

- Księże kanoniku... mój dobry pan - mój złoty - mój drogi prałat....

Strużka stanął oniemiały.

- Ks. prałat nie żyje.

- To nie może być - krzyknął biegnąc kanonik - to być nie może.

Chłopca posłano po lekarza... obadwa wbiegli na górę. - Prałat jakby uśpiony, uśmiechnięty, z wyrazem łagodnym na twarzy - zimny już był i nie dawał życia znaku.

Wkrótce z sąsiedztwa wezwany lekarz nadbiegł także. - Obejrzenie ciała przekonało, iż śmierć około północy jeszcze nastąpić musiała od silnego uderzenia krwi do głowy.

Można sobie wystawić rozpacz ks. Strużki, który wczoraj przyjęcia depozytu odmówił. Zostawała wprawdzie słaba nadzieja, iż się o niego u spadkobierców dopomnieć będzie można... ale ks. Strużka właściwie sam nie wiedział, czego od nich miał żądać, a świadków nie mógł żadnych postawić na to, iż istotnie depozyt mu był przeznaczonym.

Tegoż dnia ciało wyniesione zostało a pokoje, papiery i wszelka ruchomość opieczętowana. Ks. Jeremi jedynym po sobie spadkobiercą miał młodszego brata, właściciela małej wioseczki w Galicji, któremu natychmiast znać dano. Był to dymisjonowany oficer z 1831, wielki, jak mówiono, dziwak i skąpiec, stary kawaler, żyjący w okolicy Krakowa.

Stare panny i starzy kawalerowie są godnemi politowania ofiarami, nad któremi znęca się język złośliwy i pióro niemiłosierne; społeczeństwo nie może im tego darować, że jak puste kłosy stoją nad niwą, wyzwoliwszy się z obowiązków i jakby odrębne pasożytne stanowiąc bractwo. Jednakże, wśród tego światowego zakonu, wyśmiewanego powszechnie, ile się kryje zapomnianych boleści, cudzych win, za które cierpią milczące ofiary, i żywotów skromnych, pożytecznych a nieszczęśliwych.... Nielitościwsza nad wszystkich statystyka wykazuje zresztą, iż tych zamarłych ziarn zawsze pewna ilość w danych warunkach znajdować się musi. - Winilibyśmy im raczej wielkie współczucie niż szyderskie potępienie. Szczególniej na wyrozumiałość, o którą się dla nich dopraszamy, zasługiwał czcigodny profesor Kudełka, któregośmy widzieli na rannej ekskursyi tak osobliwszą sobie wynajdującego roślinę....

Przeszło ośmdziesiątletni a rzeźwy i żywy profesor oprócz małej pensyjki, którą pobierał, nie chcąc się uwolnić od obowiązków, boby mu niezajęte życie zaciężyło - nie miał wcale nic. Żył wszakże ubogo i skromnie, nałogów żadnych nie miał, dla siebie mało bardzo potrzebował - a mimo to na groszu mu zawsze zbywało. Przyczyną tego była i wielka jego dla ubogich uczynność i nieszczęśliwa namiętność jedna, niewinna ale zgubna. Jak wielu nieopatrznych ludzi, którzy sądzą, że nic złego nie czynią, kupując sobie kilka ładnych i miłych książek - profesor zaczął od niezbędnych swemu powołaniu klasycznych dzieł; przypadek nastręczył mu nabycie paru rzadkości bibliograficznych - potem uzbierana garstka domagała się jakiegoś systematycznego dopełnienia, potem książkę mu ktoś jednę darował, druga sama przyszła. Złożyła się z tego biblioteczka, a co gorzej, urosła z niej i przy niej prawdziwa namiętność. Nauki przyrodzone przywiodły za sobą kosztowne monografie, dzieła z rycinami; zachciało się zbierać zielniki... ani się opatrzył profesor Kudełka, jak dwa pokoje zarosły mu książkami od góry do dołu. Potem książki zaczęły się cisnąć na krzesła, na kanapy, stanęły na kominie, wypędziły piec, wlazły pod stół, zasypały podłogę i - trzeba było jednego poranku przynająć pokój, bo już ani spać ani jeść nie było gdzie.

Namiętność też rosła.... Od pięknych wydań do osobliwości bibliograficznych i inkunabułów krok tylko... do zakochania się w szerokich marginesach, pargaminowych egzemplarzach, oryginalnych oprawach, unikatach, białych krukach i teratologii bibliograficznej. - Profesor Kudełka dał się pochwycić w szpony nielitościwej tej namiętności zbieracza; biblioteka zajęła mu dwa i trzy pokoje, naostatek cztery, nie dała tchnąć, uczyniła go niewolnikiem gospodarza domu, który mu co rok groził wypowiedzeniem mieszkania a podwyższał najem drugiego piąterka, które już teraz całe nieszczęśliwy zajmował.

Sam profesor wyniósł się ze swem małem łóżeczkiem na tył do biednej, ciemnej i wilgotnej izdebki, w której książki żyćby nie mogły, boby je tam wilgoć zjadała. - W tej ciupce spał, jadł - chował swe rzeczy, reszta mieszkania od dołu do góry, nawet w pośrodku zajęta była szafami i foliantami.

Profesor był zarazem najszczęśliwszym i najnieszczęśliwszym z ludzi - cieszył się wprawdzie zdobytemi najdziwniej egzemplarzami takich rzadkości, jakich niektóre królewskie nie posiadają biblioteki - lecz ileż strachu, trwóg i boleści... na wypadek pożaru - jaka obawa od złodziejów, jakie męczarnie z ludźmi, co pożyczają książkę, ażeby ją, nie czytając, rok trzymać rzuconą gdzieś w kącie!!...

Oprócz tego mała pensyjka profesora i oszczędności wszelkie szły całe na tę bibliotekę, której kompletowanie stało się jego życia celem. Nigdy mu nawet na myśl nie przyszło, że nie mając dzieci nie będzie miał tego skarbu komu zostawić i że to po jego zgonie, zregestrowane porządnie, pójdzie pod młotek rozpierzchnąć się po szerokim Bożym świecie.

Gdy nie miał lekcji, gdy nie pozwalała pora na wycieczki - profesor zamykał się ze swemi książkami i gospodarował. - Opatrzony szczotką, ściereczką i piórkiem, opylał, ocierał, ustawiał, wietrzył, przeglądał, uśmiechał się - czytał.

Na tem miłem zajęciu schodziły mu długie godziny. Naówczas zapominał o całym świecie, o życiu, o jego nędzach, o głodzie i chłodzie a ciemność dopiero lub dzwonek u drzwi przerywały to rozkoszne plondrowanie.

Znający już jego słabość antykwarjusze nadsyłali mu ze wszystkich świata krańców katalogi... następowało odczytywanie ich zajmujące jak najpiękniejszy romans sensacyjny, sprawdzanie ze spisami własnemi, potem walki z wielką pokusą a chudym woreczkiem, liczenie się z kasą a częstokroć posty o mleku, bułce i kawie dla kupienia jakiego Alda lub Elzevira.

To zajęcie na pozór tak suche nie wystudziło mu duszy - owszem zdawało się go odmładzać i ożywiać. Zapalał się do niewidzianych książek jak do wymarzonych kochanek. A jakże często nieuchronną rzeczy ludzkich koleją po nadziejach najświetniejszych smutne następowały rozczarowania. Egzemplarz ów, który w katalogu stał opisany jako wspaniały i cudownie zachowany a tylko odrobinkę w końcu plamisty, przychodził żółty, brudny i zatłuszczony nielitościwie. Inny, co miał mieć tylko maleńka skazę na czole, niezatarta nosił bliznę....

Uratowawszy wisielca, profesor zajął się mocno jego losem - lecz na nieszczęście świeżo był kupił najniepotrzebniejszą mu ale przepysznie zachowaną kronikę świata frankfurtską z rysunkami Wolgemutha... poszły na nią ostatnie talary.

Potrzeba było odziać nieszczęśliwego... to się jeszcze dało na kredyt zrobić; potem należało go gdzieś umieścić. - W bibliotece ani miejsca ani możności nie było, w owej ciemnej izdebce miejsce na dwóch nie starczyło.... Puścić go samego w świat wydawało się niebezpiecznem.... Profesor był w nie małym kłopocie, lecz nawykł tak wierzyć w Opatrzność, która go nie raz w cudowny sposób wyrwała z najcięższych zawikłań, że mając kilkanaście godzin do wieczora nie wątpił, iż one starczą na wydźwignięcie go z tej biedy. Z wielką ostrożnością, aby tego przybysza w domu nie wyszpiegowano, wprowadził go profesor na górę.... Tu heroicznie zainstalował go w owej ciemnej ciupce.

- Mój panie - rzekł wprowadzając go - to moje całe mieszkanie. - Nie osobliwsze - nie... to prawda... ale - cóż robić - mam tam kilka pokoików, zajętych książkami a tam nie ma miejsca i dla myszy nie tylko dla człowieka. Tymczasem sobie zajmijcie moje łóżko i ten kątek a ja do wieczora coś obmyślę.

Murmiński obejrzał się, nie mówiąc słowa.

- To całe wasze mieszkanie, panie profesorze? zapytał.

- Ale, gdzież zaś - ofuknął Kudełka - mam kilka pokojów, ale tam przecież książki trzeba było pomieścić, bo one więcej słońca i powietrza i lokalu dobrego potrzebują niż człowiek. Połóż się sobie, kiedy chcesz na łóżku, mogę ci nawet dać jaką piękną książkę, ażeby ci się nie nudziło. Odpoczywaj, a ja pobiegnę szukać... mieszkania, no i na zwiady, coby ci znaleźć, żeby cię z życiem pogodzić.

Murmiński odmówił pięknej książki, przyrzekł odpoczywać posłuszny a profesor poszedł na zwiady. - Szczęściem w korytarzu zaraz spotkał służącą i od niej się dowiedział, że na trzeciem piętrze była pusta izdebka do najęcia. Natychmiast się na wschody wdrapał, opatrzył, kazał nająć łóżko i trochę sprzętu; postarał się, by to mieszkanko wyporządzono i, oznajmiwszy gospodarzowi, że bierze pokój dla krewnego, który do niego przybył na czas jakiś - wydobył Murmińskiego z ciemności, zainstalował na trzeciem piętrze, wziął słowo, że się na siebie nie targnie, i poszedł do miasta.

Miał teraz mnóstwo potrzeb i interesów niespodzianych - nie mógł się obejść bez pożyczenia pieniędzy, chciał się czegoś o swoim protegowanym i jego losach dowiedzieć, musiał mu naostatek zajęcie jakieś wyszukać, bo go całkiem na swe barki wziąć nie miał siły.... W kilka tygodni byliby musieli żyć bułkami i mlekiem.

Od Murmińskiego w pierwszych chwilach, badając go najpilniej, nie wiele mógł wydobyć - nie chętnie mówił o przeszłości, nie wypadało też go zatruwać ciągłemi jej przypomnieniami.

Profesora Kudełkę lubili wszyscy - rozmawiano z nim chętnie, lecz los mu nastręczał jak na złość takich ludzi, od których nic się dowiedzieć nie było podobna. Idąc po różnych wskazówkach, udał się na ów wieczór smutny do prezesa, gdzie tyle wycierpiał z przyczyny nieposłusznego ubrania i owych butów au naturel.

Zaproszenie nazajutrz na obiad do doktorowej-hrabinej wielce mu było na rękę.

Murmiński spędził noc bardzo dobrze - spał jak kamień. Nazajutrz spożył śniadanie zamówione a na usilne naleganie profesora, ażeby się czemś zajął dla odpędzenia złych myśli - poprosił o Shakespeara.

W bibliotece profesora było ich kilku... co najdziwniejsza, w jednej z podróży swych pieszych, w Holandji u niepozornego bukinisty w małem miasteczku Kudełka nabył za bezcen owe wydanie in folio, pierwsze i najdroższe, które w Anglji płaci się na wagę złota. Chciał się niem pochwalić a obawiał je powierzyć w ręce człowieka, który życia nie szanując, pewnieby i tej dramatycznej relikwji nie umiał cenić. Inni Shakespearowie pomniejsi równie dobrze usłużyć mogli.... Poszli razem do biblioteki. Zdziwił się niezmiernie Kudełka, w tym człowieku tak płochym znajdując uczonego, który, choć był trochę zapleśniał, lecz wewnątrz nie zbutwiał. Znał Murmiński wiele ksiąg profesorowi nie znanych i prawił mu o cenach, jakie za nie płacono.

- A to ty byś mi wyśmienicie, póki do roboty nic nie ma, mógł katalogować, zawołał Kudełka... tylko... tylko... palisz do licha ten tytoń, a tu ognia wprowadzać nie można... Drzę na myśl samą. No - i nudził byś się zbytecznie - i mógłbyś mi jaki nowy system chcieć zaprowadzać... Nie - ale, kiedy tak - dostaniesz Shakespeara, jakich na stałym lądzie nie wielu...

Murmiński się uśmiechnął.

- Nie chcę go, rzekł - jestem roztargniony... dajcie mi najtańszego i najlichszego - wszystko mi jedno... byle nieśmiertelny William... Jest to genjusz co najlepiej człowieka i życie zrozumiał... Ludzie mogą jeszcze tysiąc lat smarować po papierze... nic nie dodadzą, nic nie zmyślą, czego w skarbnicy u starego Willa nie było...

Wzięli zatem Shakespeara dni powszednich i wyszli. Po drodze Murmiński popisał się jeszcze z różnemi wiadomościami, które sobie lekceważył jak wszystko czego dotykał... i rozstali się...

Profesor wczorajszy frak wdziać musiał, bo innego nie miał i ten mu się wydawał najwspanialszym, lecz rebellizujące spodnie skazał na szufladę, a wziął czarne, mniej pokaźne a daleko posłuszniejsze... Obwinąwszy szyję chustką białą, która czasy dyrektoriatu przypominała, opatrzywszy się w drugą do kieszeni... ruszył do pani doktorowej.

Doktorowa z domu hrabina... była też osobą excentryczną, jakich mało.

Panną, piękną, starannie wychowaną bardzo majętną będąc i ze znakomitego domu, wyszła za młodego człowieka ubogiego, którego ojciec żył jeszcze i służył za ekonoma... Straszliwe burze musiała przetrwać rodzina, którą to do rozpaczy przyprowadziło nim - zgodziła się na to okrucieństwo. - Postawiwszy na swojem, była kilka lat szczęśliwą, mąż usprawiedliwił jej wybór, lecz oddany swemu powołaniu wprędce padł jego ofiarą. Tyfoidalna gorączką zabrała go. Dwa lata potem biedna wdowa przesiedziała zamknięta...

Wyszła na świat złamana, zestarzała, zobojętniona na wszystko, i choć wielu doktorów i doktorantów zgłaszało się do jej ręki i do jej dwu folwarków, powiedziała, że za mąż nie pójdzie i nie poszła. Majątki puściła w dzierżawę, na lato w jednym z nich wymówiwszy sobie dwór z ogrodem - najęła w mieście lokal wygodny i prowadziła życie swobodne - spokojne... nie wiele widując ludzi - a od napaści świata, języków i głupich konkurentów broniąc się tak dzielnie, iż w końcu nikt jej zaczepić nie śmiał. Była to - hic mulier....

Nie wahała się prawdy powiedzieć, ani obyczajowi złemu sprzeciwić, ani postąpić po swej myśli choćby inni szli drogą przeciwną.

Nie lubiła świata, ale nie stroniła od niego. - Czytała wiele, a że książki i zajęcie rozmaitemi dobroczynnemi stowarzyszeniami nie starczyło dla zapełnienia czasu, niekiedy u siebie przyjmowała ludzi poważnych. Tylko gdy który zachęcony a uwiedziony jej poufałością, zaczynał marzyć o konkurencji, wdowa mu dawała surową, i stanowczą odprawę, by czasu nadaremnie nie tracił.

Śmiano się z niej, że niekiedy obdarte dzieci uliczne bułkami i ciastem zwabiała do siebie i sadzała gwałtem do elementarza, że miała protegowanych ubogich, którzy jej dobroci nadużywali, a których ona starała się powoli wdrażać do pracy... Miała i inne tego rodzaju fantazje... a w dodatku lubiła bardzo kwiaty...

W domu pani doktorowej zamożnie było, dostatnio ale nie pysznie... Zielono po pokojach od wazonów, książek dosyć. Salon z fortepianem, elegancji żadnej... Ci co tam na obiadach bywali skarżyli się, że stół był po prostej kucharce, zdrowy może ale bardzo nie wykwintny.

Profesor Kudełka tak rzadko tu bywał jak gdzie indziej. - Dla niego samo imię salonu miało w sobie..................