Wilczek i Wilczkowa
Opowiadanie z końca XVIII wieku
Kochanemu Bratu
KAJETANOWI KRASZEWSKIEMU
z życzeniem dobrego Nowegoroku 1878
PRZESYŁA
Józef.
Drezno, 1 stycznia 1878.
Dawno już temu, gdy się Wilczkowie z Rusi kędyś wynieśli i po świecie rozpierzchli; dziś i słychu o nich niema, choć stare dzieje w pamięci ludzkiej żyją jak dzień wczorajszy. Ojcowie nasi od swoich w dzieciństwie historyi się nasłuchali, które do nas doszły całe i jeszcze drgające żywotem, jakiego dziś śladu już niema.
Wokoło nas, żywiej niż przedtem bywało, przeobraziło się wszystko, ziemia, ludzie, ich spólne związki, miłości serdeczne i stosunki braterskie; jedna brzydota tylko, nienawiść i niechęci z pokoleń w pokolenia przechodzą. Kochać się przestaje łatwo, a żal i ból, gdy się wjedzą w krew i ciało, wiekują spadkiem podawane. W grobie leżą ci co je zrodzili, a to potomstwo nieszczęsne rozradza się i ziemię zaplugawia!
Lecz niegodzi się długo mówić o tem.
Za dziadów to naszych działo się, co opowiem.
Wilczkowie naówczas jeszcze na Rusi kijowskiej znaczne dobra mieli, chociaż ród niegdyś możny już upadać zaczynał. Przyczyną temu była ta gorąca ich krew, której nic ostudzić nie mogło.
Rodem kury czubate, powiada nie darmo przysłowie; starzy heraldycy zaprawdę też nie próżno mówią, że ten lub ów szlachecki ród dziedziczne miał cnoty i wady: ktokolwiek patrzył na familie, ten wie, że nietylko twarze biorą po ojcach, ale i temperamenta. Odradzają się dziadowie we wnukach.
Wilczków naturą było zawsze, iż gorącości mieli więcej niż mocy nad sobą, a choć serca szlachetne - głowy zawichrzone. I z tem, póki ich stało, dotrwali do końca..
Pan Kacper Wilczek stary, który był chorążym owruckim, jednego syna miał Michała, podobniusieńkiego do siebie; a że sam wiele przez zapalczywość swą cierpiał, iż mu jejmość nic nie broniła, ani go mitygowała, zawczasu jedynaka postanowił ożenić z osobą, któraby trochę go okiełznać i trzymać na uździe umiała.
A że dziewczęta, jak to wiadomo, wszystkie do się podobne i żadna się z tem nie wydaje, czem ma być gdy na swobodę wyjdzie, tak, że poznać je a zrozumieć trudno, więc pan chorąży człek rozumny, nieco już ostygły, pod włosem siwym, szukał matki po którejby córkę mógł odgadnąć. Dobre i to przysłowie, że niedaleko pada jabłko od jabłoni, szczególniej się do córek stosuje. Syn nietyle z ojca bierze, bo z nim nie obcuje ciągle, córka od matki na krok nie odstępując, co z niej we krwi wzięła, wychowaniem w sobie rozwija, tak, że na pewno twierdzić można, jaka macierz, taka córa.
Miał więc chorąży słuszność, iż po matkach patrzył, dziewki dla syna szukając.
Choć Owrucz z Pińszczyzną zarówno osławiony u nas jest, iż w kącie leży i ludzie w nim świata Bożego nie widzą a rdzawieją, chorąży owrucki miał dobra pod Tatarowem około Żytomierza, ocierał się nieustannie o ludzi, i dużo wędrował dla spraw, bez których nigdy nie bywał.
Jednego syna mając, choć mu wychowanie dał jak przystało na możnego i starożytnego domu potomka, w początkach w szkołach u Bazylianów, potem u Jezuitów, w świat go puszczać nie bardzo chciał z wielu przyczyn.
Naprzód może dlatego, iż życzył aby się doma i na swych śmieciach utemperował, a zbytniego ognia się pozbył, o którym wiedział, że go ze krwi mieć musi; powtóre iż go do wojska, ani na dwór, ani do palestry dawać nie myślał, chcąc aby majętności utrzymał, gospodarką na roli się zajął i w swojej ziemi, gdyby była potrzeba, ciężar publicznych posług i godności dźwigał.
Był już Michał pod wąsem, a jeszcze go chorąży, miłując jak oko w głowie, surowo można powiedzieć na paskach trzymał. Nie zbywało mu na niczem, okrom swobody, której się wzdragał ojciec, bojąc się by jej nie nadużył.
A no rachuba była z gruntu mylna, gdyż kto nigdy swobody nie miał, ten jej też pomiernie zażyć nie umie. Lepiej było może patrzeć samemu i kroki prostować, niż cale nie dać się ruszać, co tylko chęć zbytnią i krewkość pomnażało, która, acz późno, wybuchnąć miała.
Oprócz majętności w Owruckiem, miał Żebry w Żytomierskiem chorąży, a po żonie spadła nań wioseczka nieosobliwa w Łomżyńskiem. Tej chcąc się zbyć, bo mu dla zbytniej odległości ciężarem była, jeździł kilkakroć w kraj tamten szukać kupca. Lecz, bodaj nie zawsze, gdy chcesz sprzedać nie znajdziesz ochotnika, a byleś kupić zażądał, drogę ci zastąpi tylu, że się nie dobijesz. Tak się i z chorążym stało, że w Łomżyńskie nie jeden raz, ale dwa i trzy w rok, z wielkiem swem utrapieniem włóczyć się musiał, owego folwarku zbyć z karku nie mogąc.
Człek oszczędny zabezcen sprzedawać nie myślał, ludzie zaś dorozumiewali się łacno iż mu to było kulą u nogi; temporyzowali, zmusić go chcąc, aby zniecierpliwiony zbył za cokolwiek.
Jeżdżąc tak w Łomżyńskie, niewiadomo w jaki sposób, może iż to sąsiedztwo było, zapoznał się tam z wdową panią Wojską Grzywiną. Ci Grzywowie zaś idą z Kościerzów i szlachtą są, jak niemożna lepszą.
Wojska o miedzę wieś swą miała, albo i dwie, i była kobieta można, choć żyła w pracy i wedle starego prostego obyczaju. Słynęła z tego, że owdowiawszy przed laty dwudziestu, majątek dostawszy odłużony i w procesach, pola odłogiem, trosk bez miary, jak się wzięła do gospodarki, ba i do prawa, przyszła i do pieniędzy i do spokoju.
A powiadano o niej, że onego czasu, gdy na niej ciążyły te biedy wszelakie, co ją obsiadły po śmierci mężowskiej, w butach chodziła do obory i na prostym wózku do miasta z papierami jeździła. Żaden jej jurysta nie sprostał, żaden ekonom nie oszczekał, żaden pieniacz nie dał rady.
Ta Grzywina miała córek dwie, jednę już zamężną, drugą pannę, imieniem Agnieszkę.
Gdy raz pierwszy do niej do Żerdzieliszek przybył chorąży, myślał że na ubogą trafił szlachciankę, tak tam było w domu niepocześnie. Czysto, schludnie ale po gospodarsku i bez żadnej najmniejszej okazałości. Wyszła sama Wojska z głową chustą obwiązaną, z kluczami u pasa, podobniejsza do ochmistrzyni, niż do dziedziczki na wsiach kilku. Kobieta była zdrowa, silna, duża, rumiana, twarzy wesołej, nie piękna, choć widać po niej było że swego czasu rzeźwo i świeżo wyglądać musiała. Wygadać się też umiała, a zaimponować jej mało kto potrafił. Lubiła się trzymać w boki i choć chodziła ubrana z prosta, postawę miała pańską.
Uderzyło to chorążego, że w domu jej skinienia wszystko słuchało i szło bez chwytania się, spokojnie a z ładem wielkim. Więc gdy córkę Agnieszkę zobaczył, kropla w kroplę podobną do matki, tylko młodą, ładną i rumianą jak jabłko, zaraz potajemny w sercu powziął zamiar, aby ją dla syna swatać, powiedziawszy sobie: ta go utrzymać potrafi.
Ani pytał ni myślał czy się ona synowi a syn jej podoba, bo to naówczas niepraktykowana była rzecz, żeby te amory, które się w pańskich dworach gnieździły, do małżeństw miały być potrzebne. Pewna to rzecz, że nie każde serce do drugiego przystanie, ale sercu się dać rozbrykać, a fantazyi słuchać, końca potem i miary niema.
W małżeństwie zaś nie jakichś tam delicyj, które się łatwie przejadają, a uczciwej spółki dla wychowania dzieci i dźwigania ciężaru żywota szukano.
Prawda, że już za onych czasów w górze, w stolicy, u magnatów, za sprawą cudzoziemską, inaczej było. Tam się brano i rzucano, jak ono bywa w tańcu, gdzie chłopiec, dziewkę wziąwszy, parę razy nią obróci i drugiemu ją podaje. Po szlacheckich dworach jeszcze się to nie widziało i ludzie żyli w stadłach uczciwych, w przyjaźni dozgonnej, nie myśląc o bałamuctwach grzesznych.
Chorąży też wiedział, że syna gdyby i z prostą chłopką ożenić chciał, to go posłuchać musi. A i to miał w myśli, że jak mu da samemu żony szukać, dla gładkiej twarzy gotów wziąść pierwszą z brzega; zbytniej zaś piękności obawiał się dla synowej, jak największej plagi.
Żywemu obrazkowi zachciewa się, aby choć ludzie zawsze się modlili, trzeba mu i oprawy złotej i strojów modnych, a potem i tentrum na któreby siła oczów patrzyło.
Ujrzawszy pannę Agnieszkę świeżą, zdrową, silną a poznawszy matkę jaką była, chorąży, jako był człek pobożny, zaraz zapościł na intencyą, aby dziewczynę synowi za żonę dał.
Przez cały czas pobytu w Łomżyńskiem, przypatrując się Wojskiej i pannie Agnieszce, prawie z Żerdzieliszek nie wyłaził.
Aż jednego razu, gdy tam siedział, śmiejąc się, odezwała w domu do niego:
- A wiesz asindziej, panie chorąży, co ludzie prawią? asindziej wdowiec jesteś, jam też wdowa, już nas pono swatają!
- Moja mościa dobrodziejko - odparł chorąży, na głowę ukazując i łysą i siwą - gdybym młodszym był, nie ręczę czyby mi ta impreza nie smakowała, ano dziś mnie zapóźno, i pani Wojska też o tem nie myślisz. Drugie małżeństwa rzadko się wiodą. Jednakże ludzie, choć złośliwi, może odgadli coś, acz nie wiedząc, w jakim kościele dzwonią.
Nie będę acani dobrodziejce taił, że widoki pewne w jej domu mam, ale nie dla siebie.
Pokiwała głową Wojska.
- Cóż to za zagadka? - spytała.
- Syna mam dobrze pod wąsem, a acani dobrodziejka córkę dorodną, której czas pójść na własne gospodarstwo.
Spojrzał tedy na nią, stała w boki się trzymając, nie okazując po sobie nic.
- Agnieszka jeszcze młoda - odparła - mogę chorążemu mówić otwarcie, zbyt wcześnie córek wydawać nie chcę. Najtęższy koń, gdy go do lat sześciu nie biorą na uzdę, a dziewczynie też nie szkodzi, gdy do dwudziestu doczeka, nim w jarzmo pójdzie.
- Syn-by mój poczekać mógł - rzekł chorąży - gdyby łaska acani dobrodziejki nastąpiła.
Wojska popatrzyła nań milcząc.
- Choć z was, panie chorąży, dobrze o synu wróżę, przecież poznać go trzeba nim się co sklei; nie mówię ani tak, ani nie - nic nie mam przeciw. Chłopiec może sobie nie podobać Jagusi? Są gusta różne.
- A toćby oczu i rozumu nie miał! - krzyknął chorąży.
Z tej pierwszej próby tyle tylko Wilczek zrozumiał, że wszystko być mogło, ale kota w worku kupować nie chciano.
Drugi raz się więc wybierając w Łomżyńskie syna wziął z sobą. Umalował to przed nim tak, że do pisania było dużo, a oczy mu nie służyły. Znać bynajmniej nie dał po sobie iż coś zamyślał, wiedząc że młodemu często co zakazane smakuje, a co nakazane wstrętliwe.
Jechał tedy Michał z nim posłuszny, o niczem cale nie wiedząc.
Tydzień siedzieli nad papierami, do Żerdzieliszek nie zaglądając, dopiero go potem ojciec zawiózł, jakby dla respektu, który należał pani Wojskiej.
Panna nierychło wyszła, a co się spodziewać było można, że matka wiedząc już co się święci, trochę ją ogarnie staranniej, okazało się iż po domowemu ją wyprowadziła, w codziennej sukience, cale nie strojoną - ale Agnieszce pięknie i tak było - z włosami gładko przyczesanemi, z warkoczami puszczonemi na plecy, w przyodziewku powszednim.
Ojciec na syna oko miał, czy mu dziewka się podoba: poznać nie mógł nic; - Michał lękał się rodzica, na pannę ledwie oczy śmiał podnieść.
Drugiego dnia, pod pozorem papierów jakichś, ojciec posłał samego już do Żerdzieliszek i to w takiej porze, aby go na obiad zatrzymano. Po kilku odwiedzinach, gdy go potem z przełaju spytał, jakby mu panna Agnieszka do serca przypadała - otrzymał odpowiedź nic nieznaczącą.
Nie nacierał nań, a nawet mu już i nie mówił więcej na razie, i do Wojskiej się udał.
- Przywiozłem asińdźce syna mojego na pokaz, - rzekł - proszę mi otwarcie powiedzieć, mogę li mieć nadzieję?
- Czemuż nie - odezwała się Wojska - chłopak zdrów, przystojny, roztropny, trochę zahukany, ale to nic nie szkodzi; lecz, kiedy się już mówi o tem, otwartość pierwszym obowiązkiem. Starałam się moją Jagusię spenetrować zawczasu. Okazało się, że był tu u nas w domu krewniak nasz daleki, któregom z łaski trzymała, do szkół go oddawałam, a teraz do Piotrkowa, do palestry wyprawiłam. Dzieci się razem wychowywały - pono się ku sobie mają. Córka moja nawykła do posłuszeństwa, wie, bom jej to powiedziała, że za gołego dependenta jej nie dam - choćby do siwego włosa rutkę siać miała - ale zawsze to utrapiona rzecz. Każę jej, pójdzie do ołtarza z tym którego wybiorę.
- Moja mościa dobrodziejko - rzekł chorąży cale nie zbity z tropu. - Z serca jej wdzięczen jestem za otwartość, ale co to ma do tego, że dziewczyna się tam trochę do kogo przywiązała? Zapomni i odwiąże się. Pożyją z sobą, da Bóg potomstwo i małżeńska miłość przyjdzie, która mocniejszą jest nad bałamuctwa dziecinne.
- I ja tak myślę - odezwała się Wojska - przecież czasu trzeba, aby to trochę zwietrzało.
Postanowiono więc nie śpieszyć; Wilczek zaś z syna wyrozumiał powoli, że od małżeństwa z urodziwą panną nie był.
Zatrzymali się umyślnie w Łomżyńskiem i za pozwoleniem chorążego pan Michał już do panny dojeżdżać począł, nie tając ani swych sentymentów, ani zamiaru. Chłopcu się Wojszczanka podobała wielce, a że mu dotąd stary na kobiety patrzeć nawet nie dopuszczał, niedziw że mu pierwsze owe konkury bardzo smakowały.
Natury zaś będąc wielce bujnej i unoszącej się łatwo, wprędce rozmiłował się aż do zbytku w gładkiej twarzy, choć ona mu się chmurną i chłodną prezentowała.
Wilczek stary, koniecznie chcąc dobić targu, uczynił tak, iż pod pozorem gospodarstwa pilnego na Ruś wyruszył, syna zostawując w Łomżyńskiem i do zrozumienia mu dając, żeby do panny docierał, o matce nie zapominając - gdyż od tej wszystko zawisło.
Akomodował się więc Wilczek pani Wojskiej, służąc i dając się na wszystkie wypróbowywać strony. Posyłała go, kazała mu rożne spełniać obowiązki, wyręczając się nim, a Michał chętnie to czynił, byle na Agnieszkę zarobił.
Tak wreszcie już w domu poufale był przyjmowany, iż z nim nie czyniono ceremonii żadnej, i Wojska go z Agnieszką w izbie bawialnej, naglądając tylko z bokówki, godzinami zostawiała. Raz tedy, jak potem Wilczek opowiadał, trafiło się iż Jagusię samę zastał nad robotą, która, jak zawsze, przywitawszy go przystojnie sama rozmowy nie poczynała, w krośnach szyjąc.
Stanął tedy Michał nad niemi, a widząc porę po temu sposobną, odezwał się do niej:
- Panna Agnieszka niełaskawa jest na mnie. Daremnie się jej staram zalecić, serca pozyskać nie mogę.
Tedy panna od krosien głowę podniósłszy, rzekła:
- Mylisz się pan, panie Michale, gdyż ja przyjaźń dlań mam szczerą, ano, jeśli o serce chodzi, rzecz inna - tego ja dać mu nie mogę.
- Dlaczego? - spytał Wilczek.
Zarumieniła się panienka i po namyśle poczęła, ośmielając się:
- Sercu się nie rozkazuje.
- Albo je już inny wziął? - wtrącił Wilczek.
- Nie będę się zapierała - odrzekła panna, szyjąc znowu pilno. - Nie od dziś ja to widzę, że nasi rodzice chcą nas z sobą powiązać węzłem wiekuistym; że pan też nieprzeciwnym jesteś temu.
- Jak życia tego pragnę! - zawołał Wilczek.
Ujrzał, mówiąc to, jak dziewczęciu z oczów łzy grochem na krośna padały, przecie głosem jasnym mówiła dalej:
- Woli pani matki mej opierać się nie mogę, boć przykazanie to Boże, byśmy rodziców słuchali, a za niebłogosławieństwo ich srogą karą Pan Bóg nas chłoszcze. Więc przykaże pani matka, nie będę się sprzeciwiała, posłuszną być muszę. Cóż wam z tego, że ciało bez duszy weźmiecie? Małżonką wierną, przysiągłszy, potrafię wam być, a co wam po mem posłuszeństwie i poszanowaniu, gdy serca nakłonić nie potrafię...
Słuchając tego, Wilczek aż ręce łamał; serce mu się rozdzierało, gdyż ją jeszcze piękniejszą i dostojniejszą znajdował gdy to mówiła, niż gdy była milczącą.
- Panno Agnieszko dobrodziejko! - zawołał - Bóg mi świadkiem iż o dozgonną jej przyjaźń się starając, pracować postanowiłem, aby ją pozyskać i na serce zasłużyć. Dlaczegóż byście, widząc mię tak dla siebie oddanym, nie mieli się ulitować i przywiązać?
Ja najnieszczęśliwszym zostanę na cały żywot mój, jeśli mię odepchniecie.
A jej łzy na krosienka wciąż kapały.
- Już nie mam co wam rzec, bom wszystko wyznała - rzekła piękna panna - tylko niech się Bóg nademną ulituje.
Wilczek, że miał naturę otworzystą i szlachetną, gdy mu owa historya palestranta nie była tajną, wnet z nią wystąpił.
- Panno Agnieszko dobrodziejko - zawołał - niech zrzucę z serca co mam. Wiem ci ja, że serce jej do palestry piotrkowskiej z panem Żegotą Otwinowskim powędrowało, ale wiem i to, że pani Wojska zaklęła się że na małżeństwo z nim, póki żywa, nie dozwoli, i po najdłuższem, da Bóg, życiu, pod błogosławieństwem nie dopuści ślubu. Dlaczegóż inny ma jej być narzeczonym, boć panna do klasztoru nie pójdzie, a może taki co dla niej będzie jeszcze nademnie niemilszym? Weź panna mię, który ją kocham, aby w małżeństwie choć jedna miłość była, co je znośnem uczyni, cóż gdy żadnej?
Panna płakała, milcząc ze spuszczoną głową, nie odpowiadała nic, a posłyszawszy zbliżającą się matkę, prędko łzy otarłszy, do bokówki wybiegła.
Nie nalegał zbytnio pan Michał, sądząc że czas, który ma moc wielką, zwłaszcza gdy gasi - wreszcie i to przywiązanie jakie okazywał dla Wojszczanki, zmoże ją w końcu. Atoli nie zmieniła się bynajmniej.
Gdy ją potem raz drugi ponownie obligował, rzekła mu:
- Wola Boża niechaj się dzieje nademną. Oporu pani matce stawić nie mogę; jaką mię pan znasz, taką mieć będziesz. Szczęścia nie przyniosę w dom, ale mu wstydu nie uczynię.
Co miał czynić, rozmiłowanym w niej będąc coraz mocniej? Postanowił, nie zważając już na nic, targu dobijać. Przyjechał chorąży niecierpliwy, rad widzieć syna ożenionym, jawne się więc już konkury poczęły i oświadczenie, przy którem panna, nie oponując się, nie płacząc nawet, jako statua marmurowa dała z sobą czynić wedle matki rozkazania, pierścionki zamieniać i do ślubu gotować. Pan Michał szczęśliwym był, sobie obiecując iż miłością wielką ją zwycięży. Ojciec też najlepszych skutków się spodziewał z połączenia, bo syna był pewnym, że kocha swą przyszłą i potrafi się jej zasługiwać.
Wojska także dobrej myśli była. Nie zwlekając, byle wyprawy resztę doszyto tylko, termin ślubu był naznaczony. Zdawało się nawet z panny, że konieczności uległszy, serce może nakłoniła ku małżonkowi przyszłemu, była bowiem spokojną, a choć twarz miała bladą i chłodną się okazywała, przypisywano to skromności niewieściej i trwodze.
W czasie na ślub naznaczonym odbyć się on wszakże nie mógł, gdyż panna Agnieszka obłożnie zachorowała. Słabość ta, zdaniem Niemca doktora, ze zbyt surowego postu i zaziębienia pochodzić miała - przeto wcale nie zachwiała postanowieniami rodziców, i jak tylko panna Agnieszka powstała z niej, choć osłabiona i zmieniona, ślub odbył się w Żerdzieliszkach, ze zwykłemi obrzędy, przy nader wielkiej frekwencyi obywatelstwa i wesołości wielkiej.
Chorąży też, nie chcąc się dać zakasować, sumptem wielkim przenosiny do swojego folwarku sprawił, sprosiwszy sąsiedztwo, przywiózłszy z Rusi powinowatych i nie żałując nic. Wilczkowie z tego znani byli, że na pół nic nie czynili, a raczej we dwójnasób niż zamało. Jedynaka też żeniąc, niktby nie żałował.
Przenosiny tydzień cały trwały, przy nieustannej muzyce, wiwatach i strzelaniu z moździerzy. Naówczas już jednak nic dobrego temu małżeństwu nie prognostykowano, gdyż pani młoda, choć do tańca iść i zabawiać się musiała, obracała jak martwa, ni razu się nawet nie uśmiechnąwszy, a pocichu mówiono, że kilkakroć mdlała i że ją wodą oblewać musiano. Lecz że i matka tam była i mąż się frasował, miała tę moc nad sobą iż ledwie otrzeźwiona, do tańca się dała ciągnąć i nie okazywała nic po sobie.
Zaraz tedy po weselu, ponieważ chorąży utrzymywał, że zmiana miejsca na humor wpływa, pojechali państwo młodzi na Ruś, a ojciec z nimi, aby ich tam znowu przyjmować i zabawiać. I on sam i młody mąż około pani na palcach chodzili, dogadzając we wszystkiem, a spodziewając się, że ją wreszcie tem pozyszczą. Puścił pan chorąży majętność swą żytomierską całą synowi, dlatego iż dwór w niej nad samym brzegiem Teterowa postawiony, w miejscu kędy było stare niegdyś zamczysko i okopy, obszerny był i dogodniejszy niż w Owruckiem - gdzie też świata i ludzi, jako to kraj ubogi i nieurodzajny, małoby mieli.
Zdało się iż małżeństwo w istocie, z pomocą i za błogosławieństwem Bożem, przyjdzie do ładu i porozumienia, gdyż pani Wilczkowa spokojniejszą coraz się okazywała, a zaledwie stanąwszy tam, gdzie już gniazdo na cały żywot słać mieli, w żadne lamenty i melancholie się nie wdając, poczęła zaraz obowiązki gospodyni domu sprawować.
Rusinki wszystkie wydziwować się nie mogły, jak pilną, pracowitą i zabiegliwą była. Chwili jednej we dniu nie próżnując, natychmiast objęła swe gospodarstwo niewieście, potrosze też i męzkiego zagarniając, bo pan Michał nie okazywał się ku niemu sposobnym.
Miłując żonę mocno, radby był z nią całe dnie trawił, nic oprócz niej nie widząc, o niczem nie myśląc, a tu często się trafiało, że ją ledwie chwilę ujrzał - tak ciągle była zajętą.
Była dlań wielce powolną i posłuszną, tak że skarżyć się nie mógł, ale też nie okazywała mu, czego w sercu nie miała, i czułości żadnej doprosić się było niepodobna. Wilczek cierpiał, winy jej nie mogąc przypisać żadnej, gdyż zawczasu wiedział co brał i co go czekać miało. Chybić mu nie chciała w niczem, owszem, jako pana i małżonka szanowała i posłuszną była jego skinieniom - ale wszystko to mu nie starczyło. Przy obcych też ludziach tak się umiała okazywać z twarzą nawet wesołą i spokojną, że nie mógł nikt odgadnąć jak z sobą żyli, i wszyscy, aż do ojca, panu młodemu jego szczęśliwości winszowali.
Tymczasem pan Michał coraz smętniejszy chodził i ciągle jej to we cztery oczy powtarzał, iż się ze statuą kamienną ożenił, której chłód życie mu wystudza. Na co ona nic nie odpowiadała - oprócz że inną być nie może.
Zadać jej też najmniejszej rzeczy nie mógł, bo niewiasta była powagi i majestatu wielkiego, nie czyniąca w skrytości nic, - prócz może iż nocą się łzy polały.
Po roku pożycia takiego, uradował się wielce Chorąży stary, gdy mu o narodzinach wnuka doniesiono. Widział on może, iż brakło małżeństwu afektu, bez którego jako bez kitu co łączy i spaja, niema jedności i szczęścia; ufał iż dziecię stanie się onym i serca od siebie stroniące przybliży.
Z wielką znów pompą sprawiono chrzciny małemu, któremu imię dano Jerzego, na pamiątkę pradziada co je nosił. Dodano i Kaspra dla Chorążego. Podhorodeński jeden i Pruszyński, oba dostojnicy województwa, kumami byli.
Pani Michałowa taką wstała po słabości, jaką była wprzódy, nie zmieniwszy się nic, chyba w tem, że matka przybywszy, znalazła ją świeższą i piękniejszą, co wszyscy przyznawali. Macierzyństwo też ono powagę jej dało nową i pożądane zajęcie, gdyż dziecka nie opuszczała na chwilę, i mamki mu nawet dać nie dozwoliła.
Chrzciny te wnuka, przy których stary chorąży imię już swe widząc w przyszłych pokoleniach zapewnione, wielce się okazywał wesołym i nad miarę gościnnym, miały dlań skutek nieszczęśliwy. Pojąc gości, sam też węgrzyna pił dużo i zaraz po nim na nogi zapadł mocno, które gdy zaziębił, puchlina do góry postąpiła, tak iż w kilka tygodni po weselu tem, pogrzeb i żałoba przyszły.
Syn i synowa, o ile jej starania przy dziecięciu dozwalały, uczcili starego Chorążego wspaniałym pogrzebem i stypą; uprosiwszy biskupa do celebry, a koadjutora do exorty, sami assystując nabożeństwu dwudniowemu.
Został tedy pan Michał sam, panem już własnej woli, mienia i głową domu, a że na ojca żyjącego, póki go miał oglądać się musiał, i choć żonaty zupełnej swobody nie kosztował, teraz dopiero odetchnął i wszystkie w nim pochopy a zachcianki rozmaite rodzić się i rozrastać poczęły.
Naprzód tedy, gdy nań chorąztwo po zmarłym spadło, bo mu je pan Pruszyński kasztelan wyrobił, począł się stosownie do urzędu ekwipować, a dom urządzać wielce kosztownie i wspaniale. Za tem poszło, iż ludzie się doń garnąć zaczęli, dom i stół a piwnicę znajdując otwartą. Sam też gospodarz przy żonie zawszą chłodnej dlań, nie znajdując pociechy, u ludzi rozrywki szukać poczynał.
Na tę drogę raz wszedłszy, już trudno powiedzieć zawczasu, gdzie się człek oprze; zwłaszcza takiemu Wilczkowi, który jak ukraiński koń z tabunu, gdy pot poczuje, świata nie widzi i zadarłszy ogona na oślep leci.
Więc i tu, gdy jejmość około kolebki Jurasia i przy gospodarstwie siedziała, dnie i noce spoczynku nie mając, młody chorąży albo do domu spraszał ludzi, zażywając dobrej myśli, albo, że mu tu żona zbytków nie dopuszczała, począł się absentować, u innych sprawiając pohulanki.
Kilka razy już się trafiło, że pana Michała omdlałego, po zbytniem użyciu trunku, z głową porąbaną, podrapanego przywieziono do domu; około którego żona z niewymowną troskliwością chodząc, pilnując, okładając, smarując, rady też nie skąpiła, aby z niestatecznemi ludźmi towarzystwa się wyrzekał. Przyrzekał nawet zrazu, próbował doma siedzieć, ale nigdy długo to nie trwało. Przybył gość, którego przyjąć należało, zaraz się brała pijatyka i lusztyk wielki, po którym często i szable z pochew dobyto.
Widząc że perswazye i prośby nie pomagają, pani Agnieszka już nawet męża napominać przestała, gdyż raz czy dwa ostro jej odpowiedział.
- Byłbym może inakszym, gdybyś mi jejmość lepszą twarz i serce okazywała. Czuję to, że mię nie miłujesz, cóż mam czynić z exasperacyi?
Tak powoli wciągnął się Wilczek, iż drugiego roku, gdy znowu Pan Bóg dom ich drugim synem pobłogosławił, choć niby rad był, chrzciny sprawił dobrze winem oblane, przecie w domu już nieledwie gościem tylko bywał. Co miała czynić jejmość? Musiała przy kolebkach czuwać i całe gospodarstwo wziąć na głowę.
Gdyby nie to, włodarze i pisarze roznieśliby wszystko, czując że chorąży na nic nie patrzył i nie pilnował niczego. Lecz zaledwie popróbowali, gdy jejmość okazała, że jest w domu panią. Że była milczącą i łagodną, nie spodziewali się ażeby ostro się brać mogła; jedni zuchwalstwem, drudzy wykrętami poczęli się jej z rąk dobywać - aliści choć słowa próżnego nie rzekła, natychmiast pozbyła się opornych i postawiła na swojem.
Wilczek się w nic nie wdawał. Biegali do niego na skargi, poprzepędzał ich. Dogodnie mu było, że się miał na kogo spuścić.
Drugiego roku o szczęściu domowem ani mowy ani nadziei jego nie było! Wilczek rzadko dzień u siebie przesiedział, a gdy przybył odpocząć, albo się kładł spać zmęczony, lub do żony szukał pretensji i wymówki jej czynił, iż mu szczęścia w dom nie wniosła.
- Jakąście mię brali, taką mię macie, - odpowiadała cierpliwie pani Wilczkowa. Albożem zawczasu was nie przestrzegała iż serca dać nie mogę? Wiary małżeńskiej dotrzymam wam święcie, bo to w mocy ludzkiej jest, a miłować nie mogę, bo miłość jest od Boga daną. Poszanowanie i posłuszeństwo którem wam winna, w tych nie uchybiłam.
Więc, że coraz piękniejszą była, a rozkwitała właśnie jako róża, Michał coraz większą desperacyą się unosił, iż go wciąż chłodem swym odpychała.
Do dzieci też, choć śliczne były, serca nie miał wielkiego i pociechy już coraz częściej za domem szukał, to na łowy i myślistwa różne jeżdżąc, to do Żytomierza na roki i zjazdy, to do Owrucza, to po dworach, byle u siebie miejsca nie zagrzać.
A tak, w najpiękniejszych leciech została niemal pani Wilczkowa słomianą wdową, męża zaledwie widując kiedy, a przybywającego witać nie śmiejąc, bo z wymówkami zawsze na próg wchodził i z narzekaniami ruszał precz.
Prawdą zaś a Bogiem, narzekać nie miał na co; w domu szło jak nie można lepiej, dostatek był wielki, ład najpiękniejszy, i grosz by się zbierał nawet, gdyby go panu Michałowi, na owe kości, karty, frymarki końskie, zakłady różne, dla furfantów co go odzierali, siła nie było potrzeba. Ile razy jechał z domu, trzos brał nabity, a gdy powracał, znać go na nim nie było.
Tego mu żona cale nie wyrzucała, choć dla synków też prawo miała o przyszłości myśleć.
?
Choć pomiędzy tym krajem nadteterowskim a Żerdzieliszkami, rzadkie były kommunikacye, i to co się tu działo, rozgłosu mieć nie mogło, wszelako nie utaiło się to, co w Żebrach się działo.
Dowiedziała się pani Wojska o losie córki, a że była niewiasta wielkiego animuszu i męztwa, niewiele myśląc, w początku trzeciego roku pożycia chorąztwa, wybrała się do zięcia z tą determinacyą, ażeby mu dobrze zmyć głowę.
Wcale się jej nie spodziewała pani Wilczkowa, tak że gdy bryczka się zatoczyła przed dwór i wyszła naprzeciw a zobaczyła matkę, niemało się zdumiała. Rzuciła się ku niej płacząc, a choć obie do łez zbytnich skłonne nie były, w pierwszej chwili spłakały się srodze, i to im ulgę przyniosło.
Prowadziła tedy Jagusia do dzieci, z których jedno jeszcze przy piersi było, prezentując robaczki swe babce, co się niemi nacieszyć nie mogła. Mimo zgryzot bowiem i wielkiego utrapienia Wilczkowa synów wychowywała tak, że jak pączki to wyglądało i było się czem radować.
Pierwsze momenta zeszły na uściskach i pytaniach ogólnych, dopiero gdy się dzieci pospały, a Jagnieszka sama z matką pozostała, odezwała się do niej Wojska.
- Cóż to, twojego doma niema? Ludzie mówią, że się często absentuje? Jakież pożycie między wami?
- Nie mogę się skarżyć - odparła Wilczkowi. - Mąż, jak zwyczajnie mężczyzni, i z urzędu i dla utrzymania się w zachowaniu u obywateli, często jeździć musi - ależ mi nie zbywa na niczem, i źle się nie obchodzi ze mną.
- Gadaj ty sobie jak chcesz, poczęła Wojska. Wiedzą sąsiedzi jak kto siedzi, doszło to już do mnie że pan Michał do hulanek nawykł, że w domu z niego rzadki gość, a ty wypłakujesz oczy, niedarmo też przybyłam i ład tu zaprowadzić muszę.
Poczęła wnet, przyklęknąwszy przed matką, błagać i prosić Jagusia, aby nie czyniła nic, wymówek nie robiła żadnych, bo to jeszcze pogorszyć może. I dodała:
- Miłości w małżeństwie nie było, a przecież po Bożemu się żyje. Żywot nie długi, do końca się go doprowadzi bez szwanku. - Michał się z czasem utemperuje, do domu zatęskni. Za żywota ojca młodości nie używał, dać mu się trzeba wyburzyć.
Wojska niby się nie przeciwiała, zamilkła i na tem się skończyło. Dosiadywała jednak w Żebrach uparcie, na zięcia czekając.
A stało się tak, jak to najczęściej tam bywało, że przez tydzień Wilczek nosa nie pokazał.
Była jesień właśnie, wesel kilka w okolicy, przenosin, inkrotowin, chrzcin i zaręczyn, jeździł swym obyczajem, od komina do komina, nie śpiesząc do jejmości.
Spytała Wojska raz i drugi: a pókiż to tego będzie?
Żona go tłumaczyła iż interesa miał, zjazdy, komportacyą dokumentów, sądy polubowne, kompromisa, dukty i wizje na różnych miejscach w Owruckiem. Tymczasem i drugi tydzień upływał, a pana Michała jak nie było, tak nie było. Kazała Wojska po niego słać, i dopiero się okazało iż nie wiedziano gdzie go szukać; bo z polowania w lasach korosteczowskich dalej się puścił w Kijowskie i nikt o nim nie słyszał nawet, kędy się obracał. Widząc matkę gniewną a znając iż z nią żartów nie było, obawiała się już pani Wilczkowa, aby zięcia na wstępie nie przyjęła zaostro, bo i on zbytniej cierpliwości nie miał. Konfliktu więc wielkiego spodziewać się było można.
Napisawszy więc słów kilka, fornala roztropnego pchnęła za jegomością z tem, aby go odszukał koniecznie, bo, choć nie wiedziano gdzie był, wszystkoć się znajdzie na końcu języka.
Tymczasem Wojska, której próżnować było trudno, zabawiała się z musu, gospodarstwo oglądając, tak że kąta nie było, gdzieby nie postała. Dziwiła się i chwaliła niezmiernie, tak tu wszyściuteńko znajdowała w porządku wielkim, że i męzka dłoń lepiejby nie potrafiła.
Dola też córki cierpliwej i spokojnej, nieuskarżającej się na nic, dziećmi zajętej, nie próżnującej na chwilkę, bolała ją okrutnie, może dlatego iż potrosze sama jej winną była, dawszy ją za oczy, dla dostatku i imienia, choć serca do męża nie miała.
Trzeci już tydzień upływał, a fornala posłanego z listem ani Wilczka widać nie było. Wojska, niespokojna o gospodarstwo, choć tam drugiemu zięciowi na nie nazierać przykazała, już mówiła o wyjeździe, gdy jednego dnia bryczek trzy naraz, a na nich szlachty śpiewającej wesoło moc, zjawiło się przed domem. Wilczek był z nimi, z jednego polowania przewożąc wesołą drużynę na drugie.
W spokojnym domu odrazu się zawichrzyło wszystko, gdy pan się zjawił. A że z fornalem i listem się gdzieś rozminął, o matce żony nie wiedząc, wpadł wedle obyczaju z szumem wielkim. Wojska go pierwsza w progu powitała, ale taką twarzą i humorem, że gdyby nie byli wszyscy pod dobrą datą, z nógby ich pościnała.
Wilczek się bynajmniej nie zbił z tropu i wnet krzyczeć począł o wino, aby zdrowie matki dobrodziejki pić.
Że obcy ludzie byli, choć z gniewu pobladła, zmitygowała się Wojska, nie rzekła nic, tylko:
- Idź-no asindziej wprzód choć przywitaj się z żoną, której oto trzeci tydzień temu nie widziałeś na oczy.
Posłuszny pan Michał poszedł, a tam mu jejmość szepnęła, aby z matką ostrożnym był, bo do niego żal miała.
- To co? przez to się ja nie obwieszę! zawołał desperacko, a jak mi baba nauki prawić zechce, język też w gębie mam niczego.
Że pod hełmem był, trudno było go powstrzymywać.
Wieczór jednak i wieczerza zeszły spokojnie, gdyż Wojska na trzeźwego czekać postanowiła do rana. Jakoż do dnia nazajutrz zawołać go kazała do swojej izby. Stawił się Wilczek z fantazyą dobrą; gdy spojrzawszy na twarz świekry, spostrzegł, że tu nie przelewki były.
- Słuchaj-no acan, rzekła - ja tu nie w gościnę przyjechałam, ale jako sędzia, który sprawy ma pytać; nie do kogo, tylko do was. Córkęm wam dała nie na to, aby się marnowała opuszczona i pogardzona... Przysięgałeś, żeś ją miłował nad życie, a nieszczęśliwą ją czynisz i w oczach ludzkich potępiasz. Wiedziałeś coś brał...
- A no! pewnie! - odparł butno Wilczek - i jeśli tu kto winien, to nie ja, tylko jejmość. Więc zamiast mię upominać, raczejby przystało panią Jagnieszkę do rozumu przywodzić matce. W domu szczęścia nie mam.
- Cóż ci brak? - zapytała Wojska, gachów ci nie naprowadza, gospodarzy, daj Boże do wieku, posłuszną jest i w niczem ci krzywdy nie czyni.
- Ale miłości ku mnie nie ma! - rzekł Wilczek.
- Boś ją bez niej brał i tej ci nie obiecywała - zawołała Wojska. - Co w małżeństwie przystojne i potrzebne, wszystko masz, ani wydziwiać się godzi. Sameś winien nie pilnując domu, rozpustując z luźnymi ludźmi. Jeśli ci na świecie źle, zatem lub się popraw, albo musi tak być jak jest, żonę wezmę ażeby się nie zamęczyła nadaremnie...
- I będzie temu rada - oprysknął rozgniewany Wilczek - bo może i ów pan Otwinowski się tam nadarzy, aby jejmość zabawiał!
Jeszcze słów tych nie domówił Wilczek, gdy od Wojskiej w gębę dostał.
Impetyk był straszny, chwycił się zrazu jak wściekły do świekry, ale spojrzawszy na nią, ręce mu opadły. Oglądnął się na stronę i pieniąc się prawie ze złości, krzyknął:
- Konie zaprzęgać każcie i żeby mi tu was za godzinę nie było! Żony nie dam! Fora ze dwora! Jam tu pan! Od dziś dnia między nami wszystko skończone.
I wypadłszy z izby, na nic nie zważając, dla Wojskiej dysponował wnet aby brykę jej gotowano, a sam na koń siadłszy, z przyjacioły jechał w las.
Tu tedy prawdziwie było można rzec, że trafiła kosa na kamień. Wbiegła stara jejmość do córki w furyi wielkiej, opisując jej co się stało a żądając gwałtownie, ażeby z nią natychmiast, zabrawszy dzieci, do Żerdzieliszek jechała. A tu się okazał ów charakter wielki i animusz niezłomny Wilczkowej, gdy matce do nóg upadłszy, zawołała:
- Nie żądajcie tego po mnie, ażebym ztąd szła, gdzie mię wiekuisty ślub wiąże, od tego który ojcem jest dziatek moich i któremu wiarę i posłuszeństwo przysięgała. Daliście mnie jemu, dajcież mi wypić moję czarę do dna, jakakolwiek jest zgotowana. Nie skarżę się, cierpieć potrafię i dotrwam, jako Bóg przykazał, do dni moich ostatka.
Wojska starała się jej okazać, że teraz mąż, mszcząc się na niej, męczyć i znęcać się będzie - lecz wcale nie poruszyła tem Jagnieszki, która cokolwiekbądź ją spotkać miało od męża, wytrwać odważnie, przy łasce Bożej, postanawiała. Czem matka do łez prawie rozczulona, widząc że jej nie zmoże i nie przekona, gdy nawet na krótki czas bez zezwolenia mężowskiego oddalić się nie chciała, musiała sama do domu powracać.
Jakże tam było między Wojską a córką rozstanie i żegnanie, na które się serce krajało obu, opisać trudno. Pierwszy raz w życiu odezwała się stara z tem, iż sama winna była, córkę dając przeciw skłonności jej, dla której bodaj lepiej było z ubogim los dzielić, albo wcale za mąż nie być wydaną.
Gdy odjechała Wojska, zakląwszy się iż tu więcej noga jej nie postanie, padła biedna Jagnieszka na modlitwę, młodszą dziecinę do piersi tuląc, a w męztwo się zbrojąc wielkie, bo czuła że się dla niej ciężkie rozpoczną czasy.
Dzień cały zszedł na łzach i oczekiwaniu, ażali myśliwi z łowów nie powrócą. Dobry wieczór już był, gdy trąbki i ujadające psy, a myśliwska pieśń na całe gardło rzucona, oznajmiła iż panowie z łowów jechali, naprzeciw którym pani Chorążyna wychodzić nie myślała, za kolebki dzieci swych jako za mur forteczny się chroniąc i na wszystko będąc gotową.
Wieczerza zdawna była już dla myśliwych dysponowana, o którą natychmiast głodni dopominać się zaczęli. Pili tymczasem pogrzebowe, a wrzawa była że dzieci przestraszone usnąć nie mogły. Gdy w izbie stołowej misy już stały i oznajmiono ichmościom że jadło gotowe, wszedłszy Wilczek, nie widząc żony, zachmurzył się i pacholika popchnął, żeby jejmość zaraz do stołu szła....
Gdy jej ten rozkaz przyniesiono, jak zawsze posłuszną była, tak i teraz, łzy otarłszy, obmywszy oczy, aby się obcy nie domyślali nic i nie szydzili, suknię włożyła i na rozkazanie mężowskie stawiła się do stołu.
Goście, że pewno nic o zajściu nie wiedzieli, poczęli witać panią z respektem, i tak biesiada się poczęła wesoło, choć jejmości serce się krajało. Michał, patrząc na nią, że tak śliczną była iż się jej wszyscy dziwowali, i z miłości jakiejś dzikiej i z gniewu oczyma płomienie na nią ciskał i pioruny.
Tu była potrzeba całego kunsztu niewieściego i odwagi nadludzkiej prawie, aby cierpiąca kobieta poznać po sobie nie dała, co się z nią działo. Musiała się do jednych uśmiechać, drugim na żarty odpowiadać i na tym stołku męczeńskim prawie do końca uczty dosiadywać, jak na żarzących węglach.
Przez trzecią izbę był pokój dziecinny, gdzie niańki synaczków do snu nie mogły ululać, więc głosy ich płaczliwe pod koniec ekskuzą były, iż się podniosła i odejść mogła, a nikt się temu nie dziwował.
Dopiero po odejściu jej, z pasyi wielkiej Wilczek gąsiory kazał nosić i kielichy saskie ogromne, zachęcając do picia i zmuszając na wszelkie sposoby. A że mu tam i drudzy dobrze dostawali kroku, wszczęła się pijatyka na zabój, straszliwa, tak że słudzy, widząc to, prorokowali, iż daj Boże aby jednego tylko na marach ztąd wyniesiono.
Do białego dnia pito, a gdy się mieli rozchodzić, trzeba było służbę wołać, bo nikt o swej sile do drzwi nie trafił, a dwu czy trzech pod stołem chrapali. Wilczek jako stał, że głowę miał mocną, choć zataczając się, wprost poszedł do żony. Od rana się z gniewem nosił i wydychać policzka świekry jeszcze nie mógł.
Jejmość, mało co zasnąwszy, już była wstała, sposobiąc się do gospodarstwa iść, gdy Michał wpadł do niej. Nie było co z nim mówić, ani rozprawiać.
Miał tyle przytomności tylko, że nim na łóżku legł, zawołał do żony:
- Matka twoja policzek mi dała; jeden to raz w życiu ręka ludzka twarzy mojej dotknęła! Gdyby nie była kobietą, jużbym trupem ją położył; - uszła cało, ale ty mi za nią zapłacisz? Na co nic nie odpowiadając, uszła mu z oczów prędko.
Spał, rzucając się do pół dnia, a gdy się przebudził, już i drudzy, głowy wodą oblawszy, jeść wołali, więc się rozpoczęła uczta na nowo i trwała do nocy. Ledwie trzeciego dnia szlachta rozjeżdżać się zaczęła, a Wilczek, chorym będąc, bo się w nim krew i żółć zburzyła, w łóżko się położył.
Jejmość ani słowa nie mówiąc, poczęła, jak wiedziała i znała, ziółkami go jęła leczyć, głowę okładać i pielęgnować, której on łajaniem i słowy bezecnemi za to płacił.
Więc co był czyściec w początku, teraz piekło istne w domu się rozpostarło.
Tydzień cały chorzał pan Chorąży, a gdy słabość snem długim, pokrzepiającym się skończyła, wstał nareszcie, albo się zwlókł, wcale nie polepszywszy na humorze. Do żony prawie nie gadał, a gdy ta nad zdrowiem jego czuwała, łajaniem ją odprawiał.
Kto raz takiego żywota zakosztuje, na jakie tu poszło, temu potem z niego się już wywikłać trudno. Zaledwie wydobrzawszy, ruszył Chorąży na łowy w Owruckie i tam kilka tygodni siedział, znaku życia nie dając. Byłoby to znośnem jeszcze, lecz z powrotem przyjeżdżał gniewliwszy i, na ludzi nie zważając, nad żoną się znęcał. Anielskiej trzeba było cierpliwości, aby znieść milcząc szyderstwa i obelgi, nie odpowiadając na nie. Czasem tylko rumieniec wybiegł na twarz, łza się zakręciła w oku, zadrżała biedna, jakby jej zabrakło siły, potem na dzieci popatrzywszy, dźwigała dalej brzemię.
Złożyło się życie w osobliwy sposób, bo choć w jednym domu mieszkali, coraz się spotykali rzadziej. Michał albo polował, lub jeździł, a jeśli do domu przybył, spał lub gości przyjmował. Czasem żonie wychodzić kazał, niekiedy, gdy weszła, precz ją pędził, nie chcąc widzieć na oczy.
Przy ludziach jeszcze wystrzegał się i szło jako tako, ale gdy go czasem wściekłość jakaś napadła, a samnasam się zostali, wydziwiał i wyszydzał się, jakby ją chcąc z cierpliwości wyprowadzić. Gniewało go to właśnie iż milczeniem zbywała, lub takiemi słowy, za które się srożyć nie było podobna. Niczem mu dogodzić naówczas nie było można; niecierpliwiło go milczenie, złościł się za to iż spokojnie odpowiadała, czasem zdało się iż porwie się bić, choć do tego nie przyszło.
Najczęściej zaś wypominał jej Otwinowskiego palestranta, obiecując uroczyście i zaklinając się, że gdziekolwiek go napotka z życiem mu nie ujdzie.
W początkach męczeństwa tego, gdy jej odchodzić nie pozwalał, a godziny całemi dokuczał biednej kobiecie, łzami się zalewała, - potem już i tę moc nad sobą uzyskała, że mogła słuchać krzyku i szyderstw, kropli nie uroniwszy.
Więc ją kamienną zwał i bezduszną - a z tej pasyi przeciwko matce, zawziął potem nienawiść dla dzieci, że im się prawie na oczy pokazywać nie dawał i musiano je przed nim chować, aby wstrętu do rodzica nie powzięły.
Rok w takich utrapieniach upływał już, a najszczęśliwsze chwile miała pani Chorążyna gdy go w domu nie było. Naówczas spoczywała, dzieci pielęgnując i gospodarstwem się zabawiając. Ludzie też wszyscy patrząc na to co się działo litość nad nią mieli i poszanowanie takie, że skinienia jej słuchano.
Ze wszystkiem w świecie powoli się obyć można, a gdy kto wielką ma siłę duszną, hartuje się jako stal w ogniu i krzepi.
Tak właśnie Chorążyna mocy nabierała w tej nieznośnej walce, jaka na nią przypadła, i niktby był po niej nie poznał co cierpiała, bo miała postawę piękną, spokojną, czoło pogodne a umysł zawsze przytomny.
Działo się to za panowania saskiego, gdy poczynały się mnożyć rozwody, o które bardzo było łatwo, nie jeden więc z sąsiadów i sąsiadek wotował, aby Chorążyna do konsystorza się udała o rozdział prosząc, któryby jej otrzymać było nie trudno.
Nie dochodziło to do niej, bo mało kogo widywała, a z tych którzy się zbliżali, nikt odwagi nie miał z tem wystąpić. Nie zapraszała do domu, żyjąc ustronnie i zamknięta. Raz jednak sam Wilczek na polowaniu będąc w sąsiedztwie, pana Baranowskiego do siebie wezwał, aby mu się wywdzięczył; wówczas pani Baranowska stolnikowa, kobieta rezolutna, rzekła mu wbrew:
- A mnie to asindziej do siebie nie prosisz? Przecie bym rada choć zobaczyć jejmość dobrodziejkę, o której wiele słyszymy, a mało ją, chyba w kościele widzimy.
- Cóż państwo o niej tak wiele słyszeć mogli? odparł Chorąży.
- Wiele dobrego, rzekła Baranowska, aleś pono waszmość o nią zazdrosny, że ją zamurowaną trzymasz.
- Jako żywo, - odezwał się Wilczek, - ona sama w dziurze siedzieć woli - a ja jej gwałtu zadawać nie chcę.
Tak się zręcznie wzięła do tego Baranowska, że ją musiał zaprosić. Pojechała tedy do Żebrów, a że wiedziała jak się obejść, rozumna była i zręczna, wcisnęła się łatwo, w dobrą zachodząc komitywę z Chorążyną, a tak się Wilczkowi stawiąc, że i on przeciw temu nie miał nic. Był pewny, że żona się nie poskarży przez samą dumę, jaką w niej znał.
W tej samotności Chorążyna pani Baranowskiej była rada, zwłaszcza że przy pierwszych odwiedzinach dzieci zobaczywszy wychwalać je zaczęła, co serce macierzyńskie połechtało.
Wilczek się nie sprzeciwił, aby żona odpłaciła sąsiadce odwiedzinami, pojechała więc do niej Chorążyna. Baranowska starsza była, doświadczona, filut wielki ale stateczna. Nie okazywała tego po sobie, że Wilczka cierpieć nie mogła, bo głośnem już to było jak się z żoną obchodził. Postanowiła zwolna nakłonić Chorążynę ażeby albo do matki się z dziećmi wyniosła lub o rozwód prosiła.
Nierychło jednak przyszło do otwartej o tem rozmowy.
Dopiero raz we łzach zastawszy biedną kobietę nad kolebką, wybuchnęła Baranowska.
- Moja Chorążyno - patrzeć na waszą dolę suchem okiem niepodobna. Już się w tem poprawy spodziewać darmo; człek dziki, mściwy, życia masz przed sobą dosyć. Wydali cię przeciw woli, rzuć do licha tego kata, nikt nie powie inaczej, tylko że się dobrze stało.
- Niech Bóg mię od tego uchowa - odparła Wilczkowa, nie kuście mię i nie mówcie tak. Rodzona matka nawet nie wymogłaby tego na mnie.
Przysięgąm się związała u ołtarza, dotrzymam jej póki życia.
Napróżno na różne sposoby starała się ją konwikować, nie pomogło to nic, Wilczkowa i słuchać nie chciała, uszy sobie zatykając, wreście wziąwszy z kolebki młodszego synka, przyniosła go Baranowskiej.
- Patrz, moja droga pani, rzekła, toć dziecię jego. Miałażbym sumienie odrywać od ojca jego potomstwo, albo sama je rzucić? Odbierać mu dzieci nikt nie ma prawa, a dla mnie one są wszystkiem życiem i jedynem szczęściem.
- A właśnie, odparła Baranowska, dla synów powinnaś to uczynić abyś ich zabrawszy precz ztąd szła. Co się oni tu, przyszedłszy do rozumu, nauczą dobrego? Będą patrzeć na rozpustę ojcowską i ją naśladować.
- Moja to rzecz abym im widzieć jej nie dała, i zawczasu obrzydziła - rzekła Wilczkowa.
- A obrzydzając ją musisz im zarazem ojca zohydzić, - przerwała sąsiadka. Toż dla miłości ojca należałoby aby na niego nie patrzyli.
Twarde to były argumenta, na które nie miała co odpowiedzieć biedna kobieta, wszelako w sumieniu swem czuła, że dezercya z domu, potępieniem męża była i zerwaniem z nim, a ona się pocieszała nadzieją tą, że młodość wykipi i człek się ustatkuje.
Tymczasem się jednak na to nie zanosiło.
Wcale nie zmieniając się, życie takie jak przedtem trwało ciągle, tyle tylko że jakąkolwiek pociechę miała pani Jagnieszka z pozyskanej przyjaciółki, kobiety statecznej, lecz daleko śmielszej i rezolutniejszej niż ona była.
Baranowska, przyjaźń dla niej powziąwszy i spoufaliwszy się z obojgiem, bo mąż jej zapalony myśliwy żył dobrze z Wilczkiem, pracowała po swojemu nad jaką taką poprawą losu Chorążynej.
Ona też sama szczęścia się w młodości marzonego wyrzekłszy, już tylko spokoju i ładu w domu pilnowała; a umiała z męża zrobić różnemi środkami, co chciała, nie wahając się, gdy tego była potrzeba i przymilić się i nasrożyć. Na Wilczkowej zaś tego nie mogła wymódz by się uśmiechnęła na żart i z musu, albo nachmurzyła dla grozy. Chodziła jako posąg, nie zadając sobie trudu aby osłodzić życie.
Widząc że jej nie przerobi, pani Baranowska szepnęła coś mężowi, z którym czyniła co chciała, i kazała mu ściągnąć Wilczka na kilka dni do siebie. Obmyślano polowanie z obławą, a miały też być i charty dla tych co karku nadłamać życzyli.
Przybył Wilczek, a to była rzecz w nim osobliwa, że jak w domu nieznośnym był i zjadliwym, tak z obcymi najmilszy człowiek w świecie. Trudno nawet uwierzyć było, kto go lepiej nie znał, że ten wesoły, powolny, żartobliwy, zawsze gotów każdemu do jego humoru i zabawy Chorąży - doma tyranem był.
Ale kto zna ludzi wie to dobrze iż częstokroć ci kochani powszechnie, a dla obcych wylani, dla swoich są ciężarem i utrapieniem.
Po wieczerzy myśliwskiej, gdy w dobrych wszyscy humorach od niej wstali, Baranowska się do Wilczka przysunęła.
- Byłam u Chorążynej! - rzekła.
Wilczek zerknął i marsa nastawił, usta mu się skrzywiły, Baranowska patrzyła mu w oczy.
- No cóż tam w Żebrach słychać? odparł szydersko Wilczek.
- Dobre pytanie, ciągnęła dalej jejmość - bo istotnie pan Chorąży możesz czasem obcych pytać co się w jego domu dzieje. Żona mi mówiła, że go dawno nie widziała.
- A poco się mam tam śpieszyć? - spytał przez zęby cedząc słowa, powoli Wilczek.
- To panu nie tęskno? rzekła Baranowska.
- A za kim mam tęsknić? odparł Wilczek. Dzieci jeszcze smarkate, a jejmość, toć to pani nie tajno, nie ma serca do mnie.
- Któż temu winien? odezwała się Baranowska.
- Ja nie wiem! szepnął Wilczek.
- Mnie się zdaje że asindziej sam, - bo, dodała skromnie - w stadle małżeńskiem gdy się źle dzieje, zawsze mąż winien.
- E! e! rozśmiał się Wilczek, któż to panią tego nauczył?
- A no! własne doświadczenie.
- Co też ja słyszę - bryznął Wilczek, bez urazy, chyba trzeba ażeby tak jak u państwa, mąż żonie był posłuszny.
Baranowskiej oczy zaiskrzyły się.
- Choćby i tak, rzekła - kto w stadle słabszy, ten lepiej ażeby mocniejszego słuchał, a nie wierzgał, bo to się na nic nie zdało!!
- Ja się słabszym nie czuję! Odparł Wilczek. Niech pani naukę tę da mojej Jagnieszce.
- Cóż jej macie do zarzucenia? pytała Baranowska, nie dając uciec Wilczkowi, który się już do kart i do maryasza oglądał.
- Nic nadto, że serca do mnie nie ma! - rzekł Chorąży.
- A gdyś ją asindziej brał?
Tu Wilczek tak spojrzał na Baranowską groźno, że mówić dalej nie mogła.
- Znać że się acani dobrodziejce wyspowiadała! zawołał. Dobrze to wiedzieć, że się już skarży na mnie i arkana małżeńskie rozgłasza!
- Przepraszam pana Chorążego - zawołała jejmość, ręczyć mogę słowem uczciwem, że mi ona nie powiadała nic. To, co wiem, słyszałam od nieboszczyka ojca waszego, który was żeniąc rozpowiadał wszystkim, że panna choć idzie po woli, przez posłuszeństwo dla matki, dlatego żoną dobrą będzie.
Brałeś ją panie Chorąży, wiedząc iż posłuszną niewiastę mieć będziesz, ale nie rozmiłowaną w was; a teraz, daruj że prawdę powiem - nie starasz się jej sobie pozyskać.
- Radbym żebyś mię pani tego sekretu nauczyła, jak to ja ją mam do siebie przywiązać - szydersko począł Wilczek. Robiłem co mogłem, dzieci dwoje Bóg dał i to jej nie skłoniło ku mnie. Nie przystało mężczyznie dopraszać się jako łaski tego co mu należy z prawa.
- Bałamucisz, panie Chorąży - zawołała Baranowska. Z prawa ci się wiara, uczciwość i posłuszeństwo należą, więcej nic. Serce trzeba pozyskać.
- Cóż? chyba się o lubczyk postaram, czy co? rozśmiał się Wilczek, a wnet dodał poważniej. Wiem, że to pani mówisz z serca dobrego i przyjaźni, ale na to rady niema, chybaby Pan Bóg sam z niebios zstąpił i cud uczynił! Nie mówmy o tem.
- Owszem, mówmy - zawołała gospodyni. - Ja acaństwu obojgu życzę dobrze, mówmy.
Wilczkowi twarz pałała coraz mocniej i zżymał się, ta go jak na uwięzi trzymała.
- Wie pani co! jest tylko jedna rada - zawołał bystro. Gdy gangrena się wda w ciało, to ją balwierz nożem wyrzyna. Muszę wyszukać moją gangrenę, tego dyabła rogatego Otwinowskiego, za którym jejmość wzdycha, i życie mu wziąć. To jedyny sposób; jak go na świecie nie stanie, odpłacze jejmość, bosiny odprawi, i może serce ku mnie nakłoni.
- Ku zabójcy? odparła Baranowska - co bo się panu dzieje?
Wilczek nie chciał odpowiadać; ażeby się od jejmości odczepić, która młodą i przystojną jeszcze była, przysiadł się do niej, w żart obracając rozmowę, aby go ona przez miłosierdzie pocieszyć chciała. Uśmiechnęła się gosposia.
- Kobieta się do waćpana żadna nie przywiąże, rzekła mu, ani go zechce pocieszyć, boś człek srogi i okrutny, a my lubimy łagodnych i dobrych. Naostatek, choćby który dobrym nie był, to przynajmniej powinien się akomodować - a tego waćpan nie umiesz.
- I takem nieszczęśliwy, że mię żadna pocieszyć nie chce! rozśmiał się Wilczek.
Gdy to mówił podstolina pogroziła mu na nosie, głową potrzęsła, i pocichu, obejrzawszy się dokoła, rzuciła mu jedno tylko imię - półgłosem:
- A Rózieczka?
Wilczek się aż wstrząsł i wzdrygnął.
- Czy i o tem od mojej jejmości pani słyszała? wybuchnął gniewnie.
- Nie, dzięki Bogu, ona o tem nie wie przynajmniej do czasu, ale całe sąsiedztwo bębni.
- Hę? bębni! bębni! krzyknął Chorąży - niechże rozbębniają jako chcą, to mi wszystko jedno. Jak mi jejmość moja słowo rzecze, na złość jej na folwarku ją posadzę!
Zerwała się Baranowska z gniewem też wielkim, ale mitygując się dla oczów ludzkich, szepnęła cicho odchodząc:
- Zły z waćpana mąż i niedobry człek. Gniewaj się sobie, a ja tego utrzymać nie mogę!
I zostawując Wilczka z jego miną szyderską wpół, napół sierdzistą, poszła do innych gości. Chorąży pociągnął wnet do kielichów znowu.
Że się częstokroć w życiu ludzkiem składają przygody jak w bajce, temu nikt zaprzeczyć nie może: i zowią to trafem, co raczej przejrzeniem Pańskiem zwaćby się powinno. Bywa iż ktoś na nieszczęście narzeka, gdy właśnie ręka Wszechmocna wyrywa go z przepaści, bywa iż się kto szczęściem cieszy, gdy już na skrawku stoi, a paść ma... W tem wszystkiem ciemno nam, stawiamy kroki omackiem, przecie gdy się rejestr żywota zsumuje, wypada iż Pan Bóg wiedział co czynił, a sprawiedliwości domierzył.
Lecz my tu jeno o przygodzie mówić mamy, bo w sprawiedliwości wykłady się wdawać nie nasza rzecz; niezawsze ona widna, choć zawsze na dnie siedzi.
Wilczek po rozmowie z panią Baranowską, co się miał poprawić, gorzej się rozpuścił i rozsierdził na żonę. Nie chciał temu wierzyć ażeby jejmość od kogo innego wiedzieć miała sekreta małżeńskie jego, tylko od żony.
To go do passyi doprowadziło, ale się trzymał, i udawał jakby mu nic nie było.
Zawziął się tylko teraz na owego Otwinowskiego, którego nigdy w żywe oczy nie widział, o którym słychu nie było - w nim upatrując wszystką nieszczęść swoich przyczynę.
Klął go i bezcześcił bezustanku. Lecz gdzie go po świecie miał szukać? myśleć o tem nawet nie było sposobu. Tymczasem wypadło iż ów folwark w Łomżyńskiem, który teraz zastawą szedł, chciano mu wydrzeć, podstawiwszy rachunki i pretensye, kondykta różne i niepoczciwe jurysterye.
Z Wilczkiem sprawa łatwa nie była. Gdyby folwark na Rusi się znajdował, aniby pytał: zajechałby, zastawnika precz wyrzucił i - dopiero dał mu się prawować; - ale w Łomżyńskiem ów Juraha, bo się tak zwał zastawnik, wszystkich za sobą miał. Ani go ukąsić.
Trzeba się było procesować. Nie wiemy qui titulo sprawa poszła do Piotrkowa: musiał Wilczek jechać sam, żeby sobie ku pomocy wziąć prawnika.
Ani mu nawet na myśl nie przyszło iż w Piotrkowie z owym Otwinowskim zetknąć się może. Nie było mu to w głowie; inna go złość i gniewy opanowały, a z niemi tak zawsze jest, że który gniew jest świeższy ten mocniejszy i stare tłumi, aby sam królował. Nie szło mu nawet tyle o wieś, co o postawienie na swojem, i nauczenie rozumu zuchwalca, który się mierzyć z nim pretendował...
Ruszył tedy do Piotrkowa.
Trybunał w tym roku jakoś przypadał bardzo huczny i ludny; zjechało się szlachty moc, potentatów niemało, a że wszystkie naówczas sprawy nie nasucho się przygotowywały i nie sucho rozwiązywały, więc nim co do czego przyszło, szalano, pito i hałasowano okrutnie.
Wilczkowi w to graj.
Gdy tu wpadł, jednego drugiego poznał, z tym i owym podpił; że wesół był i towarzysz do biesiady, jak nie można lepszy, poczęli go w kumy brać, że ledwie owym chrzcinom z wina starczył. Ano głowę miał taką, że choć trunku nadużył, i nie dobrego (bo tam często kwas i lurę dla miłości braterskiej chlać było trzeba) - nigdy mu to nie szkodziło.
Szedł naówczas pod studnią, choćby zima była, i pacholikowi sobie kazał na głowę ceber jeden, drugi świeżej wody lać; wytarł się, wyszorował, przespał, spotniał a wstawał rzeźwy i zdrów, jakby po dryakwi weneckiej.
W kilka dni bez Wilczka już tam nie było traktamentu, bo nikt nad niego lepiej nie umiał kielichów wnosić z temi przypowiastkami staremi, które tak konwinkowały, że się nikt pod infamią i psem, wymówić nie śmiał.
Kochali go też wszyscy, ściskali, podarkami obsypywali, a że on się też w kaszy jeść nie dał, zaraz we dwójnasób oddawał co wziął. Tymczasem o zastawie swej ledwo że miał moment wolny z mecenasem pogadać. Był pewny swego, że mu tu deputaci, marszałek, palestra cała krzywdy uczynić nie dadzą.
Schadzała się naówczas wszystka palestra, pacyenci i wielu deputatów u Janasza pod kościołem, który wprost z Węgier wina prowadził, a miał też i małmazyą i cypryjskie, i czego dusza mogła zapragnąć. Jednak kto zdrów pragnął być, nie pił tylko węgrzyna, dlatego że fama chodziła, iż wszelakie inne wina Janasz ten, mądry człek, umiał z różnemi przyprawami tak podrobić jak chciał.
Wydało się to jednego razu, gdy z wieczora, rozstąp się ziemio, zabrakło małmazyi, a nazajutrz rano znalazła się tak przedziwna, jakiej dawno nie bywało.
Janasz tylko w piwnicy posiedział, czegoś nalał, coś dosypał i z węgrzyna uczynił co mu się zachciało. Płacić też sobie kazał dobrze, i prawda czy nie, podwójną kredką pisać umiał na desce. To też potem majętność zebrawszy bardzo znaczną, córkę za szlachcica wydał, choć nie z dobrej woli.
Szlachcic mu ją w oknie upatrzywszy, że była piękna, czarnooka, biała i pulchna, gdyby świeżo upieczona bułeczka, nocą na dom naszedł, pannę porwał i ślub wziąwszy dopiero się z nią submitował ojcu. Ale to do naszej sprawy nie należy.
U Janasza tedy siódmego czy ósmego dnia, gdy w najlepsze pito i przepijano od asana do asana - z nieznajomymi nawet, jak to bywa pod dobry humor - trafiło się, że Wilczek z kielichem się natknął na ogromnego draba, którego cale nie znał.
Był ów palestrant wzrostu takiego, że Wilczka głową przechodził prawie, w plecach szeroki i w karku mocny jak żubr, twarzy przystojnej, włosów jasnych, oka wesołego, niebieskiego i w gębie mu język chodził jak koło we młynie, gdy je dobrze posmarują.
Wilczek się przemówił z nim o coś przy tym kieliszku, a od słowa do słowa, gdy sobie przypiekać poczęli, krzyknął:
- Coś waś zacz?
- A wy?
- Chorąży Wilczek.
- A ja dependent Otwinowski!
Posłyszawszy nazwisko, w mig jeden Wilczek już szabli dobył. Ten też nie był bez żelaza i swoję obnażył.
Skoczyli ich godzić - ano sposobu nie było. Wilczek nic już słuchać nie chciał, krzycząc:
- Stawaj i rąb się!
- Nie od tegom! rzekł Otwinowski.
Widząc że ich nie przejednają, i że się na razach musi skończyć, odstąpili wszyscy. Niepierwszy to raz i nieostatni z wina się krew toczyć miała - chleb to był powszedni. Nikomu kresa przez łeb nie szkodziła, wielu do opamiętania pomogła. Obstąpili ich kołem, bacząc tylko na to, żeby się w śmierć i na kalectwo nie zasiekli.
Otwinowski o czem Chorąży nie wiedział, był rębacz sławny, siłacz okrutny, wzrost mu i pleczystość dawały zamach straszny, szabelkę też miał niepozorną, ale do ręki przypadającą i damascenkę starą, co żelazo siekała na wióry.
Wilczek bił się nieszpetnie, tylko wadę miał, że sierdzistym będąc i zapamiętałym, zbytnio się nastawiał i plecu a karku nie szczędził. Jak osa skakał do oczów, rzucał się niespokojnie, i w pierwszem spotkaniu, kto go nie znał, niebezpiecznym był, a jeśli to przeszło, zawsze prawie sam szwank odnosił.
Cichusieńko się zrobiło w gospodzie, choć mak siać, ledwie gdzie lampka brzęknęła. Przybiegł Janasz gospodarz suplikując, ale go precz odepchnięto - w kark i za drzwi.
Zwarli się tedy i Wilczek na adwersarza skoczył jak kot, a ten murem mu stojąc, szablą się oganiał powolnie, jakby mu komary pod nosem latały.
Chorążemu w tej pierwszej napaści nie udało się go drasnąć, ale też i sam nic nie oberwał.
Otwinowski trochę się przygarbiwszy - bo mu wzrost wadził nieco, ciężkim go czyniąc - jak nogi w podłogę wwarł, stał kamieniem. Twarz mu pobladła, usta się ścięły, zmienił się - widać było iż mu i o reputacyą szło, aby się nie poszkapić.
Wilczek co przyskoczy doń, to tylko szable dźwiękną w powietrzu; raz, drugi, trzeci... jakby z sobą menueta tańczyli.
Chorążemu z czoła pot się począł lać, ani ukąsić Otwinowskiego; - parę razy ciął po sukni, nawet krwi nie upuścił, aż tu dependent, dopatrzywszy sposobny moment, kiedy chlaśnie - szabla wypadła z ręki Wilczkowi i drugą się chwycił za nią. Krew trysnęła do sufitu.
Patrzą, a i tu ręka zwisła, napół odcięta, tylko się na skórze trzymając; jeszcze Chorąży - Jezus Marya! krzyknął, i padł jak nieżywy.
Skoczyli wszyscy do niego, gdy Otwinowski najspokojniej w świecie szablę połą zaczął ocierać ze krwi, już ani patrząc. Pobiegł pachołek po balwierza aby z plastrami śpieszył, sądzono bowiem że się ręka da przystawić.
Wilczka się dotrzeźwić nie było podobna, krew strumieniem się z niego lała. Nadbiegł balwierz, popatrzył i rzekł z flegmą, że z ręki nie będzie nic, tylko ją odciąć do reszty i na cmentarzu pochować, a ratować życie.
Napadli wszyscy na Otwinowskiego, który ramionami ruszał.
- Dostał czego chciał - rzekł, jam temu nie winien, siły w sobie strzymać nie umiem. Jaką mi Pan Bóg dał, takiej zażywam. Drudzy się nań odgrażali, lecz nikt następować nie myślał.
Tymczasem Wilczka srodze pokaranego trzeba było do jego gospody nieść, bo coraz to omdlewał, krew się zatamować nie dawała i rękę musiał balwierz uciąć, bo się na nic nie zdała. Mniejsza zresztą było zostać mańkutem, byle życie ratować; i za te ręczyć nikt nie mógł. Ci co wiele i różnych ran widywali w rozmaitych przypadkach, takiego cięcia nie pamiętali. Srogie było, goliatowe, i żeby się w kark dostało, głowa-by od niego zleciała z karku, jak makówka.
Gdy nazajutrz z obwiązaną, obciętą ręką trochę oprzytomniał Wilczek, a spytał balwierza jak długo się lizać będzie musiał, ten mu nic powiedzieć nie chciał. Drugim pocichu oznajmił, że ta rana jeśli się do niej nic nie przerzuci, goić się musi miesięcy kilka, a broń Boże krew się okaże popsutą nie wiadomo co z niej jeszcze być może - srogie kalectwo lub śmierć.
Chorąży z powodu utraty krwi czuł się tak osłabłym, iż z łóżka ani mógł wstać ani się podnieść. Ludzie go musieli obracać... Przyplątała się zaraz gorączka, a że długiem hulaniem poburzone były humory, rzucał się w niej jak wściekły, wywołując Otwinowskiego ciągle.
Kalmanse mu różne doktór dawał, okładania, mikstury, lekarstwa najdroższe, a gdy ustąpiła owa febris, przyszła po niej słabość - ani ręką ani nogą.
Rana też jak mówił cyrulik, nieciekawie wyglądała; krajali ją tam, palili, zasypywali, zaogniała się strasznie - ręka do ramienia puchła.
Wszyscy żałowali nieszczęśliwego, lecz nikt nie przeczył, że sam sobie winien był i przy pochmielu bez racyi słusznej, nie wiedzieć zaco i dlaczego skoczył na dependenta.
Doznał Chorąży co się zwykle trafia wszystkim przy podobnych okazyach, że pókiś zdrów, wesół, potrzebny, na rękach cię noszą, niechże się ośliznie noga, niech przyjdzie choroba, mieszek wypróżni, pustki będą do koła, żywa się dusza nie zjawi.
W Piotrkowie o chorym nikt myśleć nawet nie miał czasu ni ochoty: pomówiono parę dni, zapomniano zapiwszy sprawę. Czasem kto w ulicy spotkawszy cyrulika - natrącił: a cóż tam plejzyrowany?
- A no stęka!
- Dobrze mu tak! choć biedne człeczysko.
Wszyscy, oprócz doktora, cyrulika i aptekarza, którzy rejestra nań pisali - odstąpili od kaleki. Płacić trzeba było ogromnie, darł każdy ze sposobności korzystając, co się rzadko trafia okazya taka.
Już myślał Wilczek czyby nie lepiej było albo kolebki dostawszy w niej do domu ruszyć, lub na noszach się dać nieść, choćby i pół roku podróż trwać miała. W Piotrkowie zostać nie było sposobu.
Gdy się jeszcze gryzł, nie wiedząc co pocznie, bo w domu też życie mu nie miłem było, dnia jednego nadjechała Wojska. O nieszczęściu się dowiedziawszy, kobieta z determinacyą choć pewną była że zięć jej nie zapomniał policzka, nie wzdragała mu się na oczy stanąć.
Kazała tylko naprzód dać znać przez doktora, że przybyła do niego i po niego. Rzucił się Wilczek z krzykiem, żeby nie puszczano, że na oczy jej widzieć nie chce. Ta tymczasem weszła, nic sobie z tego nie czyniąc, do łóżka się zbliżyła, witawszy go, rzekła tylko:
- Kolebkę wzięłam od pana Kasztelana dla waszmości, trzeba ztąd jechać przed zimą. Aże bez baby się w chorobie i nieszczęściu nie obejdzie, dopóki żona nie nadjedzie, ja jej miejsce zastąpię.
Chciał się oponować Wilczek, ale mu usta zamknęła.
- No, nie irytuj się asindziej, co było a nie jest nie pisze się w rejestr. Co obowiązek to obowiązek. Kochaj sobie nas czy nie kochaj, mnie to już wszystko jedno, a od nas co się należy, my zrobić musimy.
Wilczek, czy że chorobą był złamany, czy z innego powodu, bo to człowieka zrozumieć trudno, wyburzywszy się, narzucawszy, koniec końcem dał jej z sobą robić co chciała i słowa nie pisnął. Wojska się wzięła tegoż dnia rozpatrywać we wszystkiem; kazała podać rejestra, kasę w trzosie zrewidowała, który na suchoty chorował, cyrulika zburczała, służbę w ryzę wzięła, i trzeciego dnia w kolebce dla chorego łoże usławszy, zajęła się przeprowadzeniem go do Żerdzieliszek.
Nim to jednak nastąpiło, miała jeszcze z panem Otwinowskim przeprawę. Ten dowiedziawszy się o swej dawnej dobrodziejce, choć się wahał czy ma przed nią stanąć czy nie, zięcia jej obciąwszy, w końcu rezygnował się na traktament jaki wiedział że go musi spotkać, czując obowiązek pokłonienia się benefaktorce. Szedł tedy do niej na gospodę, z pokorą wielką, ale ta ledwie go zobaczyła, słowa mówić nie dając, na drzwi pokazała.
- Idźże ty mi z oczów, rozbójniku jakiś! Znać cię nie chcę! Ha! powiesz że cię wyzwał! a nie mogłeś to go obciąć nie czyniąc kaleką! Jeżeli ty myślisz że zgładziwszy go ze świata, dopniesz tego coś sobie uplanował, to się mylisz; póki ja żyję, noga twa nie postanie u nas, a Jagnieszka wie moje rozkazanie - pod błogosławieństwem. Ruszaj mi ztąd - ani słówka.
Otwinowski poszedł jak zmyty.
Podróż do Żerdzieliszek, choć do niej dla bezpieczeństwa cyrulika przybrano - srogą była męczarnią. Wilczek cierpiał i czasami wykrzyczeć się musiał, aby mu lżej było; - kilka razy wśród pól i lasów burza ich napadła. Karczmy po drodze znajdowali szkaradne, dwory puste, wlekli się też noga za nogą; Wojska jednak to wszystko przetrwać umiała cierpliwie, mężnie, często pieszo idąc przy kolebce dlatego, że gdy ją widział chory, sromał się i nie dziwaczył.
A gdzie mu już było teraz z dawną swą fantazyą na harc wychodzić; - stracił jej wiele. Co spojrzał na rękę obciętą, wzdychał i łzy mu się toczyły.
Tu, choć nie w smak nam z tem, musimy dawniejszych sięgając czasów, wytłumaczyć, co pani Baranowska miała na myśli, gdy grożąc Wilczkowi Rózieczkę mu napomknęła.
Jeszcze za życia nieboszczyka pana Chorążego, gdy już pod wąsem będącego Michała, trzymał on w strasznej ryzie, osobliwie od kobiet go strzegąc, na Owruckiej majętności rządził u nich ekonom, szlachcic ubogi, niejaki Mazanowski. Ten miał córkę Rózię, dziewczynę ładną, jedynaczkę, pieszczoną, rozśpiewaną, rozbujałą, zalotną i niezważającą na panią matkę ani na ojca, gdy jej co w głupiej głowinie zaświtało.
Chorąży stary o tej dziewczynie prawie nie wiedział, bo ją kiedyś tam dzieckiem bosem raz spostrzegł i zapomniał. Ale to dorosło, rozkwitło i wypiękniało napodziw.
Jeżdżąc za rozkazaniem ojcowskiem w Owruckie panicz, dopatrzył się Rózi na folwarku. Rózia ładnemu paniczowi była rada. Rodzice albo nic nie wiedzieli, albo się z tego nic złego, owszem dobrego spodziewali. Wzięły się tedy schadzki u płota, na przełazie, we wrotach, po sieniach i bałamuctwo takie, że Chorąży coś zasłyszawszy, synowi bizunami zagroził. Pewnieby ich był nie dotrzymał, ale z tradycyi i obyczaju musiał je obiecać, bo zgorszenia żadnego w domu znieść nie mógł, a żenić się z ubogą ekonomówną, i to jeszcze Mazanowską, ani myślał pozwolić.
Wśród największych czułości, więc schadzki ustać musiały. Michałowi jeździć w Owruckie zakazano, a Rózia lamentując za paniczem, byłaby z desperacyi umarła, gdyby jej prędko zamąż nie wydano. Małżeństwo było niedobrane, bo się z nią wprawdzie majętny bardzo szlachcic ożenił, ale piędziesiąt kilka lat mający, i na nogi chory. Tymczasem pan Michał o Rózi zapomniał, ojciec go zaswatał, nastąpiło ożenienie, a potem to cośmy opowiedzieli, - pożycie nieznośne.
Pojechał na polowanie Pan Michał w Owruckie, aż jednego razu z ostępu wracając napędził bryczkę. W dyszlu szedł koń brudno kasztanowaty, gruby, mocny, z konopiatą grzywą, jakiego właśnie do czwórki było potrzeba Chorążemu; dogonił więc brykę i zajrzał w nią, żeby się dowiedzieć czyje konie były. Gdy się z konia swego pochylił, ze środka budy krzyk się dał słyszeć. Woźnica nie wiedząc co się dzieje, zatrzymał konie. W bryczce siedziała Rózia, którą pan Michał poznał zaraz, choć była zmieniona znacznie, bo utyła, rozkwitła jeszcze bardziej, i w dobrym bycie wyglądała jak róża prawdziwa.
Wilczek zaraz z wierzchowca skoczył, jejmość z bryczki wysiadła, poczęli się witać, a że to młode amory rade się odnawiają, jak stare rany - oboje sobie byli bardzo radzi.
Co z sobą mówili, nawet woźnica nie słyszał, bo w bok zeszli, a gdy do bryczki wracali, pan Michał już o brudno kasztanowatego pytał, a Rózia mu odpowiedziała:
- Niechno pan Chorąży do nas przyjedzie, ja mężowi powiem, to kasztanowatego sprzeda.
Woźnica zaraz panią odjechawszy trochę reflektował, że brudno kasztanowatego się zbywać grzech było, był bowiem koń najlepszy do pociągu i nieopłacony.
- At! co ty tam wiesz! odparła pani. Jedź i nosa swego pilnuj. A stało się jak powiedziała. Chorąży przybył do nich, którego mąż jejmości do kolan się kłaniając przyjmował uroczyście, wielce szczęśliwy iż takiego pana miał u siebie. Brudno kasztanowatego pan Michał kupił i na tem się nie skończyło. Wzięła się nadzwyczajna przyjaźń między Chorążym a szlachcicem, tak że on z żoną jeździł do sąsiada, a sąsiad tam całe dnie przesiadywał.
Pili z sobą, maryasza grali i w komitywę taką zaszli, jakby równy z równym. A im sobie pan Wilczek więcej przykrzył żonę i życie w domu, tem częściej w Owruckie uciekał.
Szlachcic na nogi chory, jakoś wkrótce potem zmarł, bo mu ta puchlina do serca podstąpiła, a w testamencie Chorążego opiekunem naznaczył dla żony i synka. Z tego powodu musiał Wilczek często bywać w Owruckiem i u wdowy już przesiadywał jak w domu.
Ludzie o tem wiedzieli, gadali, dla tego to pani Baranowska napomknęła o niej Chorążemu, i pogroziła mu.
Gdy Wilczek tak szpetnie został cięty w Piotrkowie, nie zaraz się to rozniosło i na Ruś doszło, ale Wojska jak się tylko dowiedziała, napisała do córki nie obwijając w bawełnę i rozkazała jej przybywać, zmiarkowawszy że ta rana może dla małżeństwa być zbawienną. Nim się jednak Chorążyna wybrała, obmyślając co ma z dziećmi zrobić, brać je czy zostawić, rozeszła się wieść po sąsiedztwie i dobiegła do owej Rózi. Tej dawny przyjaciel a teraźniejszy opiekun był widać bardzo drogim, bo synka zostawiwszy na łasce Bożej i starej baby ze wsi, nie wiele myśląc, kopnęła się do Piotrkowa.
Tu już Wilczka nie zastała, a w gospodzie więcej jej nie powiedziano nad to, że z cyrulikiem w Łomżyńskie ruszył.
Ponieważ Rózi tajnem nie było iż Chorąży miał tam majątek, była pewną że go doń wieziono. Niecierpliwa kobieta, nie spocząwszy nawet, na całą noc się puściła, goniąc Wilczka, łzami zalana, lamentująca, w rozpaczy. Właśnie się kolebka powoli piaskami w lesie wlekła, a Wojska opodal idąc bokiem różaniec odmawiała, gdy bryczka wioząca Rózię, nadciągnęła i ona wyskoczywszy z niej, do Chorążego, płacząc i krzycząc, przybiegła.
Wilczek drzemał, a gdy ją zobaczył oczom mu się wierzyć nie chciało; wnet zmiarkował co to tu się za historya gotuje, gdy Wojska tę jejmość zobaczy.
Rózia zaś zapamiętała, rozgorączkowana, na ludzi nie zważając, jak przyskoczyła do kolebki, którą zatrzymać kazała, krzyczeć poczęła, że aż Wojska dosłyszała. Chorąży chciał ją przestrzedz, ale się też rozczulił witając, i nie miał czasu jeszcze oznajmić o świekrze, gdy ta stanęła z boku i podsłuchawszy jak się mu młoda jejmość z sentymentami oświadczała, w okrutną furyą wpadła. Nie mogła się omylić, widziała jawnie co się święci, a choć nigdy o żadnej Rózi nie miała najmniejszej wiadomości, łatwo się domyśliła bałamuctwa.
Jeszcze się młoda jejmość we łzach rozpływała, najsłodszemi wyrazy nazywając Chorążego, gdy Wojska przypadła.
- A nie pójdziesz ty mi precz! A co ty tu możesz mieć do zięcia mojego! Jak ty śmiesz...
Rózi też na śmiałości nie zbywało, a że poruszoną była, postawiła się też ostro.
- Jeszcze on waszym zięciem nie myślał być, kiedym ja go znała! zawołała. Opiekunem moim jest, mam prawo do niego...
- Ktoś ty, coś ty? poczęła Wojska. I na śród gościńca stanęły oko w oko, a tu się dopiero posypały słowa z jednej i drugiej strony, jak grad gęste, jak grad ostre i zabijające.
Co jedna drugiej nagadała, tego my powtórzyć nie potrafimy. Onego czasu język był u ludzi niepohamowany w gniewie, a u niewiast gdy się zwarły, takie się trafiły wyrażenia, iżby ich dziś nie zrozumiano.
Koniec końców jak huknęła Wojska na ludzi, jak zagroziła, Rózia musiała się do swej bryczki salwować, i nawet jechać już nie śmiała za opiekunem.
Wojska do popasu ani spojrzała na zięcia, ani przemówiła do niego - dała mu się wyburzyć. Spoglądała tylko za siebie, czy bryczka z tą jejmością nie wlecze się za nimi. Wdowa zmiarkowawszy że z Wojską, będącą w swem prawie, nie da rady, musiała wypłakawszy się wracać do domu.
Dziwną rzeczą było, że gdy na popas potem stanęli i Wojska się musiała spotkać z zięciem, nie powiedziała mu słowa, nie uczyniła wymówki, nakarmiła, napoiła, ranę kazała opatrzeć przy sobie, a on też ani z pretensyą się żadną nie odezwał, ani tłumaczył.
Drugiego dnia dopiero, ni ztego ni z owego, kwaśno rzekł do świekry:
- Niepotrzebnie jejmość awanturę zrobiła, bo to kobieta, której mnie opiekunem zrobiono...
- Niech i opiekunem - odezwała się kręcąc głową Wojska, acan teraz sam potrzebujesz opieki. Daj-no pokój! Ja takie pupille znam, ano gdzie ja jestem, tam im nie bywać. Mężczyznie się wiele przebacza, a zgorszenia publicznego - ja nie zniosę. Niechaj sobie starszego weźmie za opiekuna... Z oczów jej dyabłem patrzy.
Wilczek nie odpowiedział, pomruczał tylko coś, dał się jejmości wyburczyć i na tem się skończyło. Ciągnęli dalej gdy Chorąży, nie śmiejąc świekry o to zaczepiać, bo z nią sprawa była trudna, u ludzi zaczął rozpytywać dokąd go wieziono - czy do jego folwarku, czy do Żerdzieliszek. Słudzy odpowiedzieli mu iż od Wojskiej słyszeli, że wprost do niej z chorym jechać mają. Tak też mu oznajmili. Chorąży, choć się akomodował swej opiekunce i był jej posłusznym, mocno zmarkotniał, dowiedziawszy się o tem; gdyż wymiarkował, że w Żerdzieliszkach na łasce świekry i jak w niewoli by być musiał, pod panowaniem trzech aż bab: świekry, żony i siostry jej, która często dojeżdżała. Tego mu już było zawiele i choć chory, osłabły, zamyślał się oponować.
Korzystając więc z tego, że przy kolebce często szła Wojska, to poduszki na których leżał poprawując mu, to pomagając gdy chciał położenie odmienić, zagaił zaraz Wilczek o tem, iż do domu chce być zawiezionym.
Wojska pomilczała trochę.
- Nic bym ja przeciwko temu nie miała, rzekła, ale acan się ruszyć nie możesz, pomocy potrzebujesz, ja przy was siedzieć ciągle bym nie mogła, bo mam gospodarstwo na głowie; a nim żonisko przybędzie, nie miałbyś dozoru. Więc - nie. Jak żona przyjedzie, jedźcie sobie gdzie chcecie, moja sprawa będzie skończona, tymczasem do Żerdzieliszek.
- Ja chcę do domu! rzekł Chorąży.
- Mało czego się komu zachciewa, odparła świekra, nie racya to aby zaraz się słuchać miało! Sobą waszeć nie władasz, jesteś chory, posłusznym być musisz. Pojedziemy do mnie.
- Ja chcę do siebie, do domu, powtórzył Chorąży.
- A ja zawiozę do mnie, - odparła sucho Wojska, - daremna rzecz, konie moje, ludzie moi, acan słaby i nie ruszasz się; w kurateli mojej jesteś. Gniewaj się kiedy chcesz, inaczej nie będzie.
I dłużej dysputować nie myśląc, odeszła stara, a wedle rozkazania jej dalej ciągniono do Żerdzieliszek. Klął pan Chorąży, lecz z babą wojny prowadzić nie mógł. Osobliwa kobieta, bo choć mu wolę swą czuć dawała, i wykłóciła się z nim tęgo, gdy w tejże chwili potrzebował pomocy, obwiązania, posługi, - pełniła ją ochotnie, nie okazując wstrętu i z największem politowaniem nad stanem nieszczęśliwego. Rzadko od niej dobre słowo usłyszał, lecz ręce jej poczciwie i macierzyńsko około niego chodziły. Nieraz i w nocy wstała gdy jęknął, i siebie nie żałowała.
Nieraz-by się chciał sierdzić na nią Chorąży, a nie było sposobu, bo co językiem popsuła, to potem troskliwością naprawiła. Próbował pocichu ludzi przez cyrulika namawiać, aby go nocą z ostatniego noclegu do jego wsi dostawili, lecz ci się bali świekry i nie myśleli go słuchać.
Rad nie rad musiał do Żerdzieliszek jechać, dokąd przodem posłała jejmość, dając znać starszej córce, pani Borkowej, aby jej w pomoc przybyła, i izbę po nieboszczyku Wojskim dla chorego przyrządziła, wywietrzyła, wykadziła jak należało.
Na rękach go musiano wynieść z kolebki, bo jeszcze osłabionym będąc i znużonym drogą, o swej sile nie chodził, i położono na gotowej pościeli; - biedny Wilczek skazany na świekrę i panią Borkową, w oczekiwaniu przybycia żony, został na łasce ich, tylko-że nie płacząc z desperacyi i nudów strasznych.
Coto było dla takiego jak on człowieka, już znarowionego samowolą, nawykłego do swobodnego wykrzykiwania, hałasów, śmiechu, ba i pijatyki niepomiernej, dostać się tu na takie suchoty i rekolekcye.
Świekra mu dla rekreacyi położyła na stole parę książek pobożnych, parę świeckich, jakie się znalazły w domu, a pod pozorem żeby się rana nie jątrzyła, choć karmiła zdrowo i dobrze, piwa i wina ledwie pokosztować dawała. Musiał za swój miły grosz przez cyrulika sobie sekretnie coś sprowadzać Chorąży, a i to gdy się wydało, burę dostał i pilność była odtąd, aby mu nic bez dozwolenia świekry nie przynoszono.
- Chcesz asindziej krew w sobie popsuć i przedczasem umierać, jabym nic przeciw temu nie miała, ale wnukom moim i żonie jesteś potrzebny, a nie desperują że się poprawisz, Bóg łaskaw... Inni doktorowie przy ranach, gdy się jątrzą, radzi na kleiku i na owsiance z grzanką chorych trzymają, nawet mięsa nie dając.
Borkowa, starsza od pani Jagnieszki, której imię było Elżbieta, miała naturę do matki i siostry wielce podobną. Kobieta była stateczna, chłodna, rozważna, w czułości się zbytnie nie wdająca, surowego obyczaju i skąpego słowa. Z nią pan Wilczek zabawy żadnej mieć nie mógł, bo się nigdy ani uśmiechnęła nawet, a że go winnym znała względem siostry, obchodziła się z nim z pewnym wstrętem, którego mu nie taiła. Wszelako jak matka tak i ona pilnowały chorego poczciwie, a do przewinięcia rany, do obmycia jej, do obandażowania nie było jak Borkowa, bo ani wstrętu ni obawy nie miała - rękę pewną i siłę dużą.
Że się przybycie pani Jagnieszki z tak oddalonego kraju, a pono i z dziećmi razem jadącej, opóźniało, pani Wojska, widząc że codzień zięć był chmurniejszym i więcej sobie pobyt przykrzył, nie miała innego sposobu, tylko musiała dla zabawy jego sprowadzić pana Sołotwinę.
Sołotwinę naówczas na kilkanaście mil wokoło znano, bo, uczciwszy uszy, grał po dworach rolę wędrownego błazna. A był to szlachcic i bene natus i possesionatus, niegdyś pan na dwóch tęgich wioskach, które wraz z kapitałem przez nieboszczyka ojca mu pozostawionym, w niewielu latach z wesołą drużyną przeszastał. I tak dawniej po dworach ze skrzypką na której grywał, i śpiewkami a dykteryjkami jeździł, gromadząc ku sobie takich jakim sam był, tak i teraz nie zostało mu nic tylko w początku kałamaszka, potem już z żydkiem lub pieszo wędrować - myśl wesołą niosąc z sobą. Strata majątku i konsyderacyi nic go nie obchodziła. Powiadano o nim, że gdy mu na innej kompanii zbywało, gotów był w karczmie z chłopami się zabawiać. Nieraz go gbury poszturchały, a co szlachta, to sponiewieranego człeka za boże nie miała stworzenie. Nieraz go i za drzwi wypchnięto i obito i wyłajano; - wszystko Sołotwina przyjmował żartując, odcinając się, śmiejąc i nigdy nie dając się pobudzić do gniewu.
Przybycie Sołotwiny do jakiego dworu - dzieci, młodzież witała jak najwyśmienitszą zabawkę, bo i sztuki pokazywał różne bardzo mądre z ogniem i wodą, i prawił takie rzeczy że się za boki trzymać było potrzeba. A umiał się zastosować zawsze do słuchaczów; przy dzieciach nigdy nic nieskromnego nie wybąknął, przy starszych jak statysta trefny różne historye opowiadał, dla niewiast wiersze i piosnki miał jakich dusza zachciała.
Był Sołotwina mały, pękaty jak dzbanuszek, z twarzą krągłą, nosem zawsze na końcu czerwonym, z oczkami krągłemi, czarnemi, z włosem na kołnierz spadającym już przerzedziałym; fertyczny, zwinny, podskakujący, a gdy się do skrzypki wziął, którą zawsze woził z sobą, najlepszego muzykusa zakasował. Przyczem nucił na różne tony, a w pewnych miejscach, palec zręcznie w usta włożywszy, gębą strzelał jak z pistoletu. Nikt lepiej od niego nie śpiewał żydowskiego Majufesu, sławnej pieśni o pożarze Lublina. Grywał też na drómli cygańskiej, a gdy sobie podochocił, choć otyły, kozaka tańczył z takiemi przysiudami, iż zdawało się patrzącym, że się w kawałki połamie. Słowem, człek był osobliwy dla rozerwania smutnych myśli, i pewnieby mu nigdy na kawałku chleba nie zbywało, bo go po dworach tygodniami utrzymywano, zwłaszcza że powinszowania, oracye, teksty różne komponował i pisał, ale z tem wszystkiem człowiek był niebezpieczny. Plotki siać, pośredniczyć do bilecików, do panien, usłużyć w lichej sprawie nie wahał się nigdy, byle na tem co zarobił, choć i guza czasem się trafiło; a przytem nie poszanował nigdy nikogo, nie pokochał, nie przywiązał się. Ze wszystkich za oczy szydził, choć się im w oczy kłaniał nizko, kłamał jak pióro osmalił i na grosz był strasznie łakomy, choć go zaraz puścił, jakby mu w kieszeni świerzbiał...
Sołotwiny do dworu w Żerdzieliszkach nigdy w świecie nie puszczano, i on też od niego stronił, bojąc się pani Wojskiej, która w błazeństwach nie smakowała: przecież teraz, gdy trzeba było melancholią chorego rozrywać, posłano po niego, i pani Borkowa potrafiła go skłonić ażeby na czas przybył, obiecując mu i nowy kubraczek sprawić i talarów parę, jeśliby się uczciwie a dobrze zachował. Choć mu się do Żerdzieliszek nie bardzo chciało, przybył wreście Sołotwina.
Izba w której leżał chory, po nieboszczyku Wojskim, oddawna pusta, dla chorego teraz oczyszczona i przyrządzona, wcale była obszerną i dogodną. Dwoje okien z niej na ogród wychodziło, było łóżko z pawilonem, stołów i stołków staroświeckich prostych podostatkiem, powietrza i słońca dużo. Przez sień tylko pokój jejmości naprzeciw zaraz leżał. Wilczek miał zawsze na wszelki wypadek chłopaka, który na zydelku u drzwi na zawołanie siadywał, a było-li mu co potrzeba, Pawluczek zaraz do starszej jejmości znać dawał.
Wyjąwszy to że napojów mu nie dawano, i ludzi nie widział, nie mógł się na nic skarżyć Chorąży - miał wygody wszelkie. Ano ani z Wojską, ani z Borkową rozmowa nie szła, bo kobiety były poważne, a Wilczek już temi kilką latami rozwydrzony. Więc mu jak dziecku popsutemu dla naprawienia humoru sprowadzono Sołotwinę. Temu naprzód sama Wojska dała instrukcyą.
- Człek chory, skwaszony, bo rękę utracił w zwadzie, nawykły nadto do wesołego życia, więc żeby teraz nie melancholizował acan go staraj się zabawiać - ino, proszę nie bardzo sobie pozwalać. Ja często gęsto za drzwiami słuchać będę. Jak mi się asan sprawisz dobrze, nagrodzę sowicie...
Sołotwina, który ludzi penetrował wnet jak skoro oczyma kogo zmierzył, a panią Wojską znał z reputacyi, skłonił się i czapkę podnosząc do góry, podskoczył fertycznie, nie tracąc rezonu od groźby.
- Jaśnie wielmożna Wojska, dobrodziejko moja najłaskawsza - zawołał, pochlebiam sobie że Sołotwina znany światu. Gdzie on jest ztamtąd smutki za góry uciekają, dobra myśl, zdrowie, wesele przylatują w gości!! Sołotwinę znają dalekie kraje - i zaśpiewa i huknie i potańczy i sztukę sprawi i wierszyk powie i do śmiechu umierającego pobudzi. Lepszy ze mnie lekarz niż niejeden fizyk niemiecki, którego dukatami nie opłacić; a ja honorowy człek, szlachcic, nic nie biorę, tylko co łaska panów braci. Z tem się tylko nie kryję, że gardło mi zasycha i odwilżać je potrzebuję, a wszelki kwas i lura mi szkodzi. Przyczem, submitując się, do pacyenta spieszę...
To mówiąc skłonił się i gdy mu drzwi wskazano, na palcach wszedł do izby Wilczka.
Jak żywo Chorąży go niewidział, a nawet jeśli kiedy słyszał o nim to zapomniał, aże mu go nie oznajmiono, zdziwił się zobaczywszy gościa tego, którego kwalifikacyi nie sposób się było domyśleć: oficyalista był, cyrulik, włóczęga - czy licho go wie co zacz.
Mała ta figurka zwinna, uśmiechnięta, pokorna z ustami już tak do wiekuistego wyrazu wesołości nawykłemi, że smutne być nie umiały - zbliżyła się w krygach i krokach osobliwych ku łożu chorego, skłoniła nizko, wyprostowała i poczęła.
- Mam honor submitować się panu Chorążemu dobrodziejowi, Mateusz Aleksy, dwu imion Sołotwina, herbu Kierdeja, dawniej osiadły, dziś swobodny liber baro, rozpędzający złe humory; przyjaciel dobrej myśli... Pan Chorąży sobie mnie nie przypomina?
- Nie! odparł zdziwiony chory.
- Ano - dziwu nie ma, gdyż bodaj, że niemiałem honoru nigdy go spotkać, chociaż czcigodnego ojca jego szczyciłem się znajomością, i raz byłem przez niego obdarzony nawet.
To mówiąc Sołotwina stołek sobie przysunął i usiadł w pewnem oddaleniu, na brzeżku, a że siedzenie było dla ludzi wzrostu większego obrachowane, nogami nawet zawisł nad podłogą i związał je bardzo misternie razem.
- Cóż-to, pan Chorąży, słyszę, chory? dodał Sołotwina.
Wilczek wpatrując się w niego ciekawie milczał, nie w smak mu był ten drwiącej miny wesołek, przysłany, jak się domyślał, aby go zabawiał jak dziecko. Mierzył go wzrokiem dosyć pogardliwym, lecz Sołotwina się tem nie zwykł był zrażać.
- Pan Chorąży, ciągnął dalej gość - może się dziwuje że mnie tu widzi? Jestem obywatelem świata teraz, ani domu ani łomu, peregrynuję dyogenesowym obyczajem od komina do komina, wesołą myśl niosąc z sobą. I mogę się tem poszczycić, że nawet u pana Wojewody, u IMPana Kasztelana, wszędzie po dworach jestem widywany i przyjmowany łaskawie. Przechodząc tedy mimo Żerdzieliszek, choć czcigodnej matrony pani Wojskiej cale nieznany, zasłyszawszy o rannym bohaterze, za powinność sobie poczytałem pokłonić mu się i w tej samotności służby mu moje ofiarować?
Chorąży popatrzał nań.
- Coza służby? zapytał - cyrulikiem acan nie jesteś? doktorem też nie, a i księdzem pewniej jeszcze...
- A! nie księdzem, to nie! rozśmiał się Sołotwina, weneruję ten stan i suknią, ale jeszcze w szkołach byłem gdy ze mnie bizunem szatany wyganiano, i mimo to zawsze któryś sobie siedzibę w tym zlepku gliny upodobawszy, przycupnął w nim - więc do stanu duchownego się nie zdałem. Co się tyczy medycyny, tej się nie zarzekam. Trafiały mi się cudowne kuracye melancholii, ba i innych słabości.
- Ale nie ran jak moja! odparł ponuro Wilczek.
- Czemu? Czemu? począł ożywiając się Sołotwina. Jest to aksiomatem w medycynie, o czem słyszałem od doktora Anabiusa, iż od dobrej krwi zależy ran leczenie, a od dobrego humoru, dobra krew... Niech mi Chorąży uwierzy...
- A mądry byś był, gdybyś mię humorem obdarzył - odezwał się Chorąży kwaśno - bo oto i w tej chwili, gdybym chory nie leżał - biłbym kto z brzega!
Sołotwina się obejrzał ostrożnie, palcem pokazał na drzwi i chrząknął. Potem rękę przyłożył do ust i cicho rzekł - Baby!!
Wilczek kiwnął głową.
- O ile, począł Sołotwina, młode, piękne, wesołe a przylepki bardzo bywają zdrowiu i humorowi ludzkiemu pożyteczne, o tyle... Chrząknął, wskazując na drzwi.
To Chorążego usposobiło lepiej dla gościa, nie rzekł jednak nic. Sołotwina już myślał czem dalej ma rozrywać melancholika.
- Pieśni pan lubi i muzykę? spytał.
- Daj mi pokój z niemi!
- Figielki mogę okazać cale zabawne...
Sięgnął do kieszeni po kubki.
Naprzykład...
Schowaj to - zawołał nakazująco Chorąży, jam nie dziecko!
Nie zmieszany Sołotwina, westchnął i włosy potarł...
- Jadę właśnie od pana Wojewody, rzekł; - stała się u niego we dworze pocieszna przygoda - słyszał pan?
- Zkądże u kata chcesz bym wiedział co się na świecie dzieje, gdym tu zamurowany! zamruczał Wilczek.
- A prawda! Historya godna, aby ją ktoś ku nauce zapalczywych młodzieńców zapisał w kroniki.
Wilczek milczał. Sołotwina mówił dalej:
- Na dworze IMPani Wojewodziny, jak wiadomo z wielkiego w Rzeczypospolitej Lanckorońskich domu, bawiła, a raczej wychowywała się panienka krwią z nią połączona, wielkiej piękności i nie mniejszych zalet a przymiotów. We dworze IMPana Wojewody zostawał, ćwicząc się u boku dostojnego senatora, młodzieniec niemniej z imienia i męzkich cnót estymowany, nazwijmy go naprzykład... Żubrem, choć innego zwierzęcia nosił godło. Ten tedy Żubr w owej Europy imienia godnej jałówce, IMPannie Emilii mocno rozkochany, płomienistą ku niej gorzał miłością..... od zmysłów prawie odchodząc.
Aże fraucymer Wojewodzinej w surowej był trzymany klauzurze, do którego przystęp, szczególniej dla młodzieży, cale się stawał niepodobnym, więc rozpacz ogarniała biednego Żubra. Nadzór zaś nad fraucymerem powierzonym był, niezbyt jeszcze wiekowej, choć już podżyłej matronie surowej, pannie cześnikównie Horbaczewskiej. W jej tedy łaski usiłując się wkraść młodzieniec, ażeby przez nią miał do adorowanej przystęp, począł się zalecać Cześnikównie. Ta choć może domyślała się kto był celem zabiegów dworaka, sama ku niemu powzięła gwałtowną pasyą. Udając iż pośredniczy między panienką a Żubrem, utrzymywała chłopca w nadziei, i w końcu pomoc mu swą przyrzekłszy oświadczyła, że panna się wykraść da, do czego ona, przez miłosierdzie, dopomódz jest gotową, byle kawaler księdza miał na pogotowiu umówionego, któryby mu ślub natychmiast mógł dać.
Cóż się tedy dzieje? Wykrada Żubr suponowaną pannę Emilią nocą, lecą co koń wyskoczy do kościoła, ksiądz zakwefionej (jako było umówiono) ślub daje, stułą ich przy świadkach wiąże, a gdy twarz odsłoniła, okazuje się, że Żubr Horbaczewską zaślubił.
Klamka zapadła! lament i narzekanie, ale próżne żale, kawaler wyposażoną Cześnikówną, o lat dziesięć starszą od siebie, musiał się kontentować, z czego wszystkim uciecha i nauka wielka, jako po nocy zakwefionych panienek, kota w worku, zaślubiać niebezpiecznie.
Wojewoda i Wojewodzina dla przykładu drugim obstali przytem, aby się małżeństwo utrzymało.....
Tą dykteryjką począł Sołotwina, lecz spodziewając się z niej rozweselenia, postrzegł zdziwiony, że Wilczek w ścianę patrzył i cale go nie słuchał.
Gdy zamilkł, Chorąży nań popatrzył z politowaniem.
- A historya srokatego charta pana Podkomorzego, znana panu czy nie?
- Z chartami i takiemi błazeństwy daj ty mi pokój - zawołał Wilczek - dobre to przy kuflu, nie na klejkowym sosie.
- Kleik owsiany, panie Chorąży dobrodzieju - przerwał Sołotwina, ma przymioty wielkie. Widzimy moc owsa na koniach, które nim żyjąc ogony przecież zadzierają i człowieka siłą przechodzą.
- Ano do owsa trzeba koniem być - rzekł Chorąży.
I odwrócił się ku ścianie.
Sołotwinie się nie wiodło, lecz nie zdesperował - czekał aż się powoli horyzont rozjaśni, probując poczynał z różnych beczek, i w godzin parę do tyla rozruszał Chorążego, iż się kilka razy uśmiechnął. Do wieczoru już było lepiej i Wilczek drwił z niego, co mu robiło satysfakcyą. Humor się poprawił, chory rozgadał, błazeństwa zaczynały go śmieszyć.
Tak przeszedł dzień pierwszy, a na drugi gotowe już były podwaliny. Sołotwina przyszedł z gotowym planem, z przysposobionemi dykteryjkami do smaku chorego, który miał czas poprzedzającego dnia rozpoznać. Na baby w ogólności wygadywał straszliwie. Chorąży mu pomagał. Upokarzało go to, że Wojska się okazała wyższą charakterem i energiczniejszą nad niego. Przewidywał, że żona też nadjedzie i miłosierną się dlań okazując, zawstydzi go.
Sołotwina, choć wprowadzony do domu przez Wojską, obyczajem swoim, gdy tylko mógł, figla spłatać, gotów doń był. Jak tylko dostrzegł, że Chorąży coś ma na sercu, począł go na słowo wyciągać. Wojska choć się odgrażała, że podedrzwiami słuchać będzie, wcale o tem nie myślała, widząc sama i wiedząc przez Borkowa, że Sołotwina nie mógł Wilczka rozchmurzyć i nadto sobie pozwalać nie myślał.
Trzeciego dnia Sołotwina i Chorąży szeptali z sobą poufnie, w doskonałej będąc komitywie.
- Słuchaj, bratku, mówił Wilczek - ja tu z rany się może wyleczę, ale z nudów i babskiego regimentu - zdechnę. Salwuj mi życie, nagrodzę po królewsku. Jedź do mojej wsi, powiedz ludziom, niech się z dobrze wysłanym wozem nocą pod dwór podkradną zbrojni i mnie ztąd wezmą. Jak tu jeszcze moja magnifika do tych dwu, co tu są, się przyłączy, tom przepadł z kretesem....
Chociaż niebezpieczną było rzeczą w wojnę z panią Wojską się wdać i przeciw niej w intrygę taką wchodzić, Sołotwina nie namyślał się długo. Gdyby się sekret wydał, a jego złapano co najgorzej plagi by mógł dostać na kobiercu. Chorąży zaś obiecywał remuneracyą usług znaczną i uśmiechało się to, że wściubski mógł tęgiego figla spłatać, którego opowiadanie po dworach by w około obwoził jak nowalią.
Cicho więc szepnął Sołotwina:
- Pomyślimy - ale sza! bądź pan dobrej myśli, trzeba baby obałamucić!
Nazajutrz poszedł peregrynant do Wojskiej.
- Pani Wojska dobrodziejka mi dozwoli się absentować na dzień jeden. Słowo się dało, muszę.
- Dokąd? poco? gdy właśnie zięcia mi cokolwiek rozruszałeś! dajże pokój!
- Ja wrócę jutro... Chorąży tymczasem nie zakwaśnieje mi - rzekł Sołotwina.
Puszczono więc szlachcica, powrót mu zalecając, a ten do karczemki na trakcie się dostawszy, furkę do Maczków wziął i ruszył...
Miał informacyą do dzierżawcy zastawnego, że Chorąży z nim gotów dobrą zgodę zrobić, mimo że proces miał nadzieję wygrać, byle go teraz wspomógł ludźmi, i wziął do siebie do dworu.
Proces był na tym stopniu, że zastawnik mógł po nim wyjść bez koszuli, chwycił się więc szczęśliwego składu okoliczności i ofiarował pomoc swoję.
Stanęła umowa, że dzierżawca IMPan Kwasota z ludźmi dworskimi nocą podjechawszy pod Żerdzieliszki, ogrodem wnijdą pod dom, zkąd oknem chorego na rękach wynieść będzie łatwo. Drzwi sypialni miały być wewnątrz zatarasowane, aby nikt tu wtargnąć nie mógł, a gdyby się Wojska obudziła i opór stawiono, broń ludzie z sobą mieli wieźć i stanąć z nią dla odstraszenia - w gotowości.
Tak pocichu o dzień i godzinę się ułożywszy Sołotwina wrócił wesoluteńki do Wojskiej, pokorniejszy niż był, submitujący się, całujący stopy i sławiący wysokie cnoty tej "heroiny chrześcijańskiej," jak ją nazywał. Nie posądzała go wcale o czarną zdradę, ani się jej mogła domyślać.
Parę dni upłynęło spokojnie; - wesoły człeczyna czując zbliżający się termin fatalny, rad się był zawczasu wynieść z Żerdzieliszek. Zrana zawiązał sobie gębę chustką, zrobił minę smutną i cierpiącą, i jako nie czujący się na siłach do spełniania rozweselających obowiązków, prosił o uwolnienie, z tego też powodu, iż pewnego korzenia, nader na opuchlinę skutecznego, w lesie musiał iść poszukiwać.
Wojska dała mu talara, serek zawiędły, bułeczkę i kawał kiełbasy wędzonej na drogę, poczem Sołotwina rękę jej ucałowawszy drapnął do Maczków.
Przed nocą, choć jeszcze sił miał niewiele, Wilczek, chłopca spać odprawiwszy gdzieindziej, pod pozorem iż chrapaniem mu swem zasnąć nie daje, dźwignął się z łóżka, drzwi zaryglował sam, okna pootwierał i czekał przyobiecanych oswobodzicieli.
Jakoż z północy stawił się pan Kwasota z dobrze zbrojnymi dziesięciu parobkami; z wozem podjechał pod ogród, furtkę wyłamano pocichu i ludzie pod dwór wtargnęli. Ale w Żerdzieliszkach gdzie pilność była wielka, stróże chodzili nie tylko przy gumnach, ale i koło dworu, natychmiast larum zrobiono i co żyło pozrywało się, sądząc że rozbójnicy na dwór napadli. Kobiety przestraszone powybiegały w podwórze wołać ludzi, nim się ci jednak pobudzili i chwycić mogli niektórzy koły, inni rusznice, Kwasota się uwinął ze swymi i Wilczka na wóz wyniesiono. Gdy uchodzących już napadli dworacy kupą, dwa razy do nich na wiatr strzelono, więcej nie było potrzeba.
Drzwi od izby sypialnej zamknięte, okna pootwierane od ogrodu wnet tajemnicę wydały. Wojska, która ze wszystkich najmniej była przestraszona i strzelbę z kąta chwyciła na obronę, zrozumiała zaraz nie tylko co się stało, ale kto do tego dopomógł.
- Niechajże ten łotr, zdrajca Sołotwina, mija zdala Żerdzieliszki, bo jak go złapię, jakem poczciwa, sto bizunów go nie minie.
W wielki gniew wpadła jejmość na zięcia, że od niej tak nocą, przy pomocy obcych ludzi uszedł jak gdyby go ona więziła nieprawnie i sekwestrowała. Gdyby nie córka, nazajutrz by była pojechała się kłócić do Maczków; Borkowa ją ledwie uprosiła i wstrzymała.
- Jeżeli myśli łotr ten, że się od nas uwolnił, rzekła stara, myli się bardzo; - żona za nim pojechać musi, gdziekolwiek będzie, i póki rozwodu niema, a do tego nigdy nie dopuścimy - będzie nas miał nieodstępnych.
Na nieszczęście opóźniało się jakoś przybycie pani Chorążynej. Tymczasem owa Rózieczka kołowała po okolicy na pastwę swą czatując, śledząc co się działo, i jak tylko chory do Maczków przybył, drugiego dnia już przy nim się znalazła.
Panu Kwasocie powiedziano, że to krewna jegomościna blizka, więc, choć przystał na to, nie mieszał się do niczego, pół dworu dziedzicowi ustąpiwszy.
Chorąży dopiero odetchnął gdy się na swobodzie uczuł. Tu już kleikowi dawszy za wygranę, zaraz posłał po wino i z Sołotwiną celebrował cudowną swą z rąk świekry eliberacyą. Pomagała gadatliwa Rózieczka, która po spotkaniu na gościńcu nienawiść okrutną powziąwszy do pani Wojskiej tryumfowała z tego wyzwolenia.
Mieszkańcy Żerdzieliszek, leżących o miedzę od Maczków, wiedzieli wnet co się tam działo, nie utaiło się więc przybycie pupilli i jej rozgospodarowanie w domu, ani bytność Sołotwiny.
Wojska chodziła chmurna na córkę oczekując.
- Niedoczekanie ich, żeby sobie tu pod nosem naszym gody sprawiali - niedoczekanie!! Choćby przyszło z komornikiem żonie miejsce sobie przynależne zająć, to je zajmie a pupillę precz wyrzucimy.
Po długiej i ciężkiej podróży przybyła biedna Jagnieszka, dzieci małe z sobą wioząc, bo ich na obce ręce zostawiać nie mogła i nie chciała. Niewiasta była mężna, więc choć cierpiała wiele, a to co przed sobą miała równie dla niej strasznem być mogło jak to co przebyła, szła na męczeństwo z czołem pogodnem.
Sądziła, że męża zastanie u matki, dowiedziała się tu o wszystkiem, i trwoga ją ogarnęła wewnętrzna; lecz wolą matki było ażeby nie opuszczała stanowiska, sama czuła obowiązek, - nie było się co wahać. Dzieci miała zostawić na pierwszy początek w Żerdzieliszkach, a nazajutrz Wojska sama z nią ofiarowała się do Maczków.
- Jeżeli myśli, niepoczciwy, że od nas uciecze, to pozna dopiero, że my żartów z Sakramentu czynić nie dopuścimy.
Wyprawa do Maczków z pewną uroczystością została przedsięwziętą. Najlepszy powóz, konie najtłuściejsze, ludzie najśmielsi użyci zostali, bo się tam wszystkiego spodziewać było można.
Wilczek, choć mu tu było raźniej i weselej, więcej sobie pozwalając i jadła i trunku i wszelkiego poruszenia bo się nieustannie sierdził, odgrażał, krzyczał i miotał, co był w Żerdzieliszkach wydobrzał trochę, dostał gorączki zaraz, rana przygojona zaogniła się i tego dnia tak znacznie gorzej być poczęło, że po doktora posłano do pana Wojewody.
W nocy chory stracił chwilowo przytomność i pupilla się mocno przelękła; usnąwszy jednak, nad ranem zbudził się nieco uspokojony - gdy Sołotwina wpadł wylękły i oznajmił, że powóz i konie Wojskiej na grobli poznano.
Rózieczka ze strachu i aprehensyi poszła się schować do Kwasoty, Sołotwina drapnął, bo go doszły groźby pani Wojskiej; przy chorym zostało pacholę, a temu rozkaz dano aby Wojskiej nie puszczać. Samej pani się nie spodziewano.
Wyszedł w ganek uproszony pan Kwasota, który miał napaść odegnać.
Gdy powóz stanął, kobiety wysiadły, ani patrząc na dzierżawcę i wprost dążąc do środka. Ten im grzecznie drogę zastąpił.
- Jegomość pan Chorąży mocno chory i potrzebuje spoczynku - rzekł.
- To mu go ani żona ani matka żony nie przerwą, dumnie odparła Wojska, ręką odsuwając zastępującego odedrzwi szlachcica. Idź asindziej - myśmy tu w domu.
Z okna, zza doniczek patrząca Rózieczka, poznała Chorążynę, i oczy sobie zasłoniła. Tymczasem kobiety obie szły wprost do pokoju chorego. Słysząc je nadchodzące, już i tak podrażniony a rozgorączkowany Wilczek kipiał. Żony się domyślał - obaczywszy ją w progu osłupiał.
Wojska szła przodem.
- Żonę waści przywiozłam, ażeby go pielęgnowała, jak jej obowiązek nakazuje, odezwała się spokojnie. Niegodzi się obcym dać to czynić, co swoi powinni. Byłaby Jagnieszka dawno spełniła co do niej należy, gdyby dzieci do pilnowania nie miała. Tymczasem one zostaną u mnie, a ona się tu gospodarstwem koło acana zajmie.
Chociaż determinowany zawsze, Wilczek na razie słów do odpowiedzi nie znalazł. Stara mu imponowała. Ile razy ją ujrzał, zdało mu się zawsze że policzek, który od niej dostał, gorzał nanowo. Nie rzekł więc nic, tylko zamruczał i na poduszkę legł, żony nawet nie przywitawszy.
W izbie chorego, w której wprzódy Rózieczka przy nim siadywała, pozostawały jej różne manatki, te Wojska starannie pozbierawszy do kupy, za drzwi precz cisnęła, nie mówiąc nic.
Wilczkowa stała w pośrodku izby, nie wiedząc co robić z sobą, gdy Wojska zadysponowała.
- Idź-no rozpatrz się zaraz w gospodarstwie i obejmij wszystko, aby ład wprowadzić; ja niedługo tu pobędę bo do twoich dzieci wracać muszę.
To mówiąc i na gniew z twarzy bijący pana zięcia wcale nie zważając, Wojska się zbliżyła do łóżka.
- Pokaż-że no rękę, rzekła, jestem pewna iż opatrywać nie umieli i rana się pewnie jątrzy.
Że tak było w istocie mówiliśmy już, bo i po doktora posłano. Wilczek, choć zły, że mu rana piekła i dolegała, prawie machinalnie rękę nastawił, którą jejmość zaraz śmiało rozwijać zaczęła a gdy ją obnażyła - aż krzyknęła.
- Otóż to waszeć masz korzyść z tego, żeś się na wolność chciał dobyć. Tożto ręka opuchła aż strach i cała w ogniu, a, uchowaj Boże licha, możesz ją stracić lub życie.
- Posłano po doktora! odezwał się Wilczek.
- A co doktór pomoże temu, co się sam nie chce szanować! zawołała Wojska.
Pokiwawszy głową poczęła obmywać i okładać. Wilczek ani syknął zęby zacisnąwszy, choć rana go bolała wściekle.
Gdy się to działo w izbie, we dworze popłoch panował, bo pani Chorążyna z równą matczynej krwią zimną wyszedłszy rządy obejmowała, obchodząc wszystkie kąty, pytając o klucze i ludzi zwołując. Zmiarkował Kwasota, że się nie obronią i widząc jak rzeczy stoją, poszedł się sam submitować i pomagać.
Rózieczka tymczasem widząc, że tu miejsca nie zagrzeje, płacząc do drogi się sposobiła, tymczasowo przytułku szukając w alkierzu u państwa Kwasotów. Desperowała ręce łamiąc. A tu już głos pani Jagnieszki po domu brzmiał, jak czysty dzwonek loretański. Dysponowała wszystkiem, kazała sobie sprawę zdawać z każdej rzeczy.
Nadjechał doktór niemiec.
Ponieważ jejmość sama chorego opatrywać miała, szła tedy z nim do łóżka, dokąd się i cyrulik przystawił, aby widzieć co robić.
Doktor Niemiec milczący, nawykły do wielkich dworów, kręcąc nosem wszedł do pokoju chorego i dopiero u łóżka kapelusz zdjąwszy, gdy do opatrywania przychodziło, nietykając ręki, cyrulikowi kazał bandaże zdejmować. Widać było z miny, że mu się rana nie podobała. Zaczął tedy na polaków wydziwiać ze szwabska po polsku i zżymać się, że chorego źle kurowano.
Podstąpiła jejmość tłumacząc mu, że jej tu nie było, lecz że na przyszłość ona sama pilnować będzie chorego, byle wiedziała co ma czynić.
Niemiec głową kiwał i mruczał. Okazało się, że ranę od dzikiego mięsa i nieczystości trzeba było uwalniać z niemałym bólem, ale Wilczek przez hardość dał się krajać i palić nie syknąwszy nawet. Pani Jagnieszka wziąwszy instrukcye sama i co i jak ma robić, co choremu dawać, czem go karmić, odprawiła Niemca, który na obiad poszedł do Kwasoty, gdzie nanowo polaków łajał i przedrwiwał. Ponieważ tu doktora rzadko widywano, co było zadawnionych chorób i guzów zbiegło się do niego, na czem szwab dobrze wyszedł, bo sobie za każdego pacyenta osobno płacić kazał. Tynfy do kieszeni zmiatał i dobry humor odzyskał. Sołotwina miał narość na karku, której żadnem zielem własnego wynalazku nie mógł rozpędzić, bardzo też pragnął się poradzić, ale tak się obiecanych bizunów pani Wojskiej obawiał, iż wolał w cieniu pozostać, czekając wieczoru, aby się w świat puścić.
Taż sama ostateczność oczekiwała Rózieczkę, która miarkowała że tu cierpianą nie będzie, a z tego co o Wojskiej słyszała, i najrzawszy przez szparę we drzwiach Jagnieszkę, nie ważyła się stawać z niemi do walki.
Co myślał Wilczek tego się dorozumieć było trudno: ścierpiał wszystko dla rany, dyssymulował dla Wojskiej, dopiero się okazać miał jakim był, gdy żona z nim sama pozostanie.
Izba w której leżał, miała kilkoro drzwi bocznych, a jedne łączące ją dawniej z oddzieloną dla dzierżawcy połową. Przez te szpary i Kwasota i płacząca Rózieczka gotowali się śledzić i podsłuchiwać, co się między małżeństwem dziać będzie.
Wyjechał w końcu doktor, wybrała się ledwie zięcia słowem pożegnawszy świekra, pani Jagnieszka została sama z Chorążym, porządkując w jego izbie, obok której drugą zajęła dla siebie.
Gdy zostali sami, Wilczek zrazu odwróciwszy głowę milczał długo. Już się miało ku wieczorowi, gdy jęknąwszy i westchnąwszy obejrzał się na izbę. Jagnieszka u okna siedząc pończochę robiła.
- Poco się to jejmości aż tu było wlec? zawołał - poco? dzieci męczyć, gospodarstwo rzucać, doczego? niby to ja dozoru nie miałem? Waćpani mi tu nie byłaś potrzebna.
- Ale mnie potrzeba było okazać, iż mi jegomość nie jesteś obojętny - odparła żona spokojnie. Dosyć nas i tak ludzie na języki biorą.
- A mnie to co obchodzi - odparł Wilczek. Tyle z tego pociechy że tam gospodarstwo, jedyna rzecz do której mi się acani zdałaś, dyabli wezmą. Ludzie rozszarpią i rozkradną co jest, a dzieci u pani Wojskiej podziczeją.
- Juści my tu wiekować nie będziemy, odezwała się jejmość, acan pozdrowiejesz, zabierzemy się wszyscy na Ruś. Tu siedzieć jak w komornem, nie przystało nam.
- A jak mnie na Ruś się nie zechce? odparł Wilczek. Cóż to, pilno mi ma być popisywać się z tem, że mnie asińdzki amant kaleką uczynił?
Pani Jagnieszka zarumieniła się jak jabłko i dumnie głowę podniosła. W chwili tej podobną była do matki, tak spojrzała groźnie.
- Nie był on nigdy moim amantem - odparła zimno - tego mi nie dowiedziesz. Chowaliśmy się z młodu razem, przywiązałam się do niego. Byłabym z nim pewnie szczęśliwszą niż z człowiekiem, który własnej małżonki i matki swych dzieci szanować nie umie - ale mi waćpan nie zadasz nic... Sam się uderz w piersi.
- A co się ma bić i zaco? rozśmiał się Wilczek. Albo to ja kryję się z czem? Nie chciałaś mnie asińdzka kochać jak przystało, musiałem afektu szukać gdzieindziej.
Moja pupilla tu była gdyś acani przyjechała, i jest jeszcze pewnie; a to muszę jej powiedzieć, że chcę aby przy mnie pozostała.
Po tych słowach zapanowało głuche, długie milczenie. Jagnieszka siedziała w oknie jak posąg, tylko jej pończocha, którą robiła, na kolana upadła, i chwilę namyślając się była jak martwa.
- A ja to waćpanu muszę rzec, że ja z nią pod jednym dachem mieszkać nie będę - rzekła.
- No, to jedź do Żerdzieliszek, zawołał szydersko Wilczek; najlepiej uczynisz...
- Ja nie pojadę - a jej tu nie będzie - odparła stanowczo Jagnieszka. Sromu domowi memu uczynić nie dam - słyszysz waćpan! Gdy ozdrowiejesz, możesz mnie przepędzić, teraz jam tu pani - i co każę stać się musi.
Wilczek tylko zębami zgrzytnął i głowę odwrócił. Czy się uląkł, czy uczuł bezsilnym, czy zawstydził, ale nie odpowiedział.
Rozmowy tej zza drzwi Rózieczka owa słuchała i z lamentem odbiegła od nich, prosząc Kwasoty o konie. Nie chciała się oddalać zbytnio, ale we dworze pozostać obawiała się dla jakiego, uchowaj Boże, despektu.
Po chwili, ponieważ godzina opatrywania rany się zbliżyła, zawołała Jagnieszka cyrulika do pomocy i razem z nim się wzięła do chorego, który twarzy nie ukazując, rękę wyciągnął i dał z nią czynić co chciano.
Zdaje się, że oczekiwał na to aby żona go opuściła i przeszła do swej izby, bo korzystając z odsunięcia się jej, szepnął cyrulikowi, aby mu Kwasoty zawołał gdy sam będzie.
Nadeszła jednak noc, a Jagnieszka siedząc w krześle nie odeszła ani na moment od chorego, pić mu podając, oganiając muchy i w milczeniu posługując.
Kilka razy spać ją odprawiał, ale go nie posłuchała. Kwasota napróżno wyczekawszy do północy, ażali go nie powołają, klnąc poszedł na spoczynek. Chory też usnął znużony, a pani Jagnieszka całą noc przedrzymała na straży.
I nie nadaremnie, bo Wilczek nocą znowu gorączki srogiej dostał, rzucał się, łajał, Otwinowskiego wyzywał, Rózi swej wołał, klął i sadził dyabłami aż włosy na głowie stawały. Dopiero nad rankiem zdjął go sen kamienny, tak, że do pół dnia prawie nie ruszając się przespał. Gdy tylko na brzask się mieć zaczęło, jejmość drzwi pozamykawszy, sama na palcach poszła do gospodarstwa, i Kwasota zawstydził się głos jej usłyszawszy, gdy pospanych ludzi do roboty budziła...
O małą milkę od Maczków, w równem od Żerdzieliszek oddaleniu, były naówczas miasteczkiem ochrzczone, do królewskich dóbr należące Przepłoty. Jeden z przeszłych gubernatorów dóbr do których one wcielone zostały, zapragnął z nich uczynić miasteczko, ustanowił za przywilejem królewskim jarmarki, ściągnął izraelską ludność aby handel ożywić, pobudowano domy dokoła ogromnego targowiska, wśród którego widać było pod daszkiem stojącą kłodę czyli miarę na zboże urzędową.
Usiłowania te stworzenia mieściny, popierane gwałtownie, ale krótko, nie powiodły się i Przepłoty pozostały czemś pośredniem między wsią a miastem. Zyskały tylko kilka ubogich rodzin żydowskich, kramiki liche i targowicę, na której kozy izraelskie i krowy mieszczan swobodnie się pasły przez większą część roku.
Tak zwani mieszczanie Przepłotów, dawnego swojego trybu życia i gospodarowania wcale nie zmienili; pozostali rolnikami i więcej się zajmowali polami i łąkami niż rzemiosłami, które dodatkowo stanowiły powołanie. Kilku z nich nosiło tytuł murarzy, cieślów, krawców, szewców i ślusarzy; lecz na prawdę nie biegli byli w swym fachu i rzadko go praktykowali, będąc w nim dyletantami. Czasu żniw i sianokosu żaden się murarz za nic nie podjął obwalonego postawić pieca. Szewcy mieli czeladź, a sami taki woleli chodzić na pola, niż siedzieć do stołka przykuci.
Urosła tylko wielce buta panów mieszczan, czapki nosili wysokie, kolorem pasów poczęli się od prostych włościan odróżniać, i sukmany ich, z takiego samego sukna szyte co okolicznych wieśniaków, przybrały krój kapotowy.
Na wzgórku, ponad targowicą, z jednej strony był cmentarz, kościół i plebania, z drugiej cały szereg domostw żydowskich połączonych owemi mistycznemi sznurami, które je za jednę całość czasu świąt uważać dozwalają.
Wśród owych zajazdów, przez znaczniejszą część roku pustych, czasu jarmarków tylko na św. Wawrzyńca, na Trzech Króli, na Rachmańską Wielkanoc zapełnionych wozami chłopskiemi, odznaczało się domostwo z półpięterkiem, drewniane jak inne, pokaźniejsze od nich, należące do sławnego z bogactw i znaczenia w okolicy Moszka Zabużańskiego. Zwano je Austeryą, nazywano także Ratuszem, gdyż ongi ona zastępowała Giełdę mieściny.
Ratusz miał chorągiewkę na dachu, z wyrzniętym na niej rokiem 1753, miał malowane okiennice z wyrazistemi illustracyami szynkownemi; wrota zamykające się szczelniej, z furtką w nich wyrzniętą na dnie powszednie, a Moszko Zabużański przyjmował najdostojniejszych gości, nie potrzebując się wstydzić swej piwnicy i sklepu. Handlował on trunkami, bakaliami i w ogóle towarem wszelkim, jakiego okolica potrzebować mogła; handlował zbożem też, drzewem, skórami i w wypadkach ważnych pieniędzy pożyczał. Moszko był uniwersalnym człowiekiem, nic, na czem tylko zarobić było można, nie czyniło mu wstrętu. Chodził też w jedwabiach, żona jego miała czółko szyte perłami i kolce dyamentowe, a trzej synowie żonaci tymczasowo przy familiach żon odbywali zwykły nowicyat, już każdy na swą rękę handlując.
Honoracyores nie zajeżdżali tylko do Moszka, było uwłaczającem stawać gdzieindziej. Nie dziwno też, że Rózieczka zmuszona się oddalić z Maczków czasowo, szukała tu przytułku.
Przepłoszony Sołotwina, który pieszo był się salwował ujrzawszy Wojską, spotkał nieszczęśliwą wygnankę na drodze i przysiadł się na jej bryczkę.
Wzajemnie się pocieszając w tem strapieniu, dojechali do austeryi i tu Rózieczka sobie izbę zajęła w tej sperandzie, że wkrótce ją opuści, gdy jegomość pozdrowieje i do siebie ją powoła.
Sołotwina był pod wrażeniem doznanego strachu, tak że humor jego nieco szwankował.
Niepotrzebował też mówić wiele i szafować dowcipem, bo piękna Rózieczka, potrzebująca się wygadać i wyżalić, przez całą drogę mełła jak w pytlu, opowiadając życie swe, przygody, nieszczęścia, losy i spowiadając się z sentymentów.
Kiedy niekiedy tylko Sołotwina rzucił słówko potwierdzające, pocieszające, sentencyą jaką lub szyderstwo, którego kobiecina nie czuła.
- Ale to, moja jejmościuniu baby! to baby! panie Boże odpuść, mówił z cicha. Kto się im dostanie w kleszcze, żegnaj się z tym światem. Wilczek sierdzisty człek, nie ukąsić go, ano i tego one zjadły, ani mrumru... Musi milczeć nieborak. Zesłabł z tej biedy, niech-no do sił przyjdzie.
- I ja tak mówię; niech tylko odżyje, nie da on sobie po nosie grać - mówiła Rózieczka - ja go znam! Ho! ho! Co za dziw kiedy leży w gorączce....
- Pewnie, mówił Sołotwina - człowiek gorzej dziecka gdy go chorobsko złamie. Ano - że baby odważne i zamaszyste... Słyszałaś asińdźka że na mnie Wojska dekret wydała - sto bizunów! Sto odlewanych!! Ani jeden mniej! Pięknie bym po nich wyglądał? hę?
- A co mnie ona na gościńcu nagadała - aż uszy więdły! przerwała Rózieczka - ale niedoczekanie ich! ja się pomszczę! Niech tylko da Bóg pozdrowieje.
- Ja się tam już nie pokażę, westchnął Sołotwina, dopóki porządek w domu nie nastanie. Miałbym go za cztery litery, żeby dał sobie komenderować babom...
Dopiero wyrzekłszy to postrzegł się stary do kogo mówił i usta zagryzł, ale było poczasie. Chciał się jednak poprawić.
- Bo niechże nam króluje kto miłuje - rzekł, nie wstyd słuchać podwiki gdy się niewiastę kocha, a dać się za nos wieść, gdyby się chciało pięścią bić - to już srom gorzej tatarskiej niewoli.
Taką mniej więcej wiodąc konwersacyą, dojechali do Przepłotów, Rózieczka w bryczce, Sołotwina na koszu jej z nogami zwieszonemi i skrzypką, w czarnym worku pod pachą.
Tu w progu stał słuszny, nie piękny, ale też nie brzydki mężczyzna młody, plecu szerokich, twarzy niczego, z rękami w kieszeniach rozpatrując się po miasteczku. Czapkę miał na bakier ale minę dosyć kwaśną. Gdy Sołotwina zeskoczywszy z bryczki zapomniał dopomódz jejmości do wydobycia się z niej, ów nieznajomy galancko bardzo, nie proszony się zbliżył, a widząc że i stopień był wysoki i kobieta zafrasowana, nie mówiąc nic ujął ją lekko w pół, a choć piórkiem nie była, jak piórko ją podniósł i na ziemi postawił.
Ta usługa przyjemne widać uczyniła na smutnej wdowie wrażenie, gdyż zarumieniwszy się, wzrokiem wdzięcznym za nią podziękowała.
Młoda niewiasta, musiała też na grzecznym jegomości uczynić nie mniejszą impresyą, gdyż pokręcił wąsa, czapki uchylił i powiódł za nią oczyma.
Taki był pierwszy wstęp do miasteczka Rózieczki, która tu przytułek znalazła. Sołotwina nie mógł jej długo kompanii dotrzymywać, raz dlatego, że ją posądzał niesłusznie o szczupłość funduszów, a w tem położeniu zostającym usług swych ofiarować nie mógł; powtóre, iż żadnych widoków innych w miasteczku nie miał. Potrzebował tylko wydychać strach, spocząć i pomyśleć dokąd zwrócić kroki.
Wdowa więc z wyrostkiem i służącą pozostała sama jedna w Przepłotach. Smutnem to było dla niej bardzo, a gdy nazajutrz ujrzała w sieniach austeryi owego pokaźnego młodzieńca, który ją dnia wczorajszego z bryczki wysadzał, zarumieniła się, niby cofnąć chciała, lecz doznała uczucia miłego.
Sołotwina, który tegoż wieczoru zabrał z nim znajomość, przymówiwszy się do kubka miodu, chociaż nie dowiedział się co zacz był, opowiadał mu obszernie nie tylko własne dzieje, nie pominąwszy obietnicy stu bizunów, ale i historyą Rózieczki mu zakomunikował.
Dodać należy, iż jako towarzysz jej podróży starał się wdowę w lepszem nawet świetle przedstawić niżeli ją sam widział. Nie zataił tylko, że była niegdyś narzeczoną pana Wilczka, że wyszła za mąż, owdowiała - i że miała wiosczynę w Owruckiem - za światem. O Wojskiej, o jej przybyciu, o położeniu Chorążego, wygadał co widział i wiedział tylko.
Młodzieniec słuchał z ciekawością wielką, kilka razy tak się żachnął i rzucił, jakby go ta historya zblizka obchodziła, ale tragiczność jej to wzruszenie nawet w obcym usprawiedliwiała. Sołotwina miodem się pokrzepiwszy bawił gościa dosyć długo, a gdy w końcu chciał mieć honor dowiedzieć się z kim tak poufale obcował, szlachcic mu odparł z półuśmiechem.
- E! co tam jegomości po mojem nieznanem nazwisku, kończy się na ski, to po wszystkiem. Mnie tu ludzie nie znają, bom obcy i przejazdem.
I tak go zbył, wykręciwszy się sianem. Sołotwina też nie napierał się tak bardzo.
Nazajutrz miał wędrować już, gdy ów szlachcic go na śniadanie poprosił. Był dzień piątkowy, kazał więc dać śledziów, sera, zakąsek różnych, wódki dobrej gdańskiej, a gdy jeszcze zrobiono jajecznicy i miód wystąpił, tak raźno było Sołotwinie, że mu zza stołu wyłazić się nie chciało.
- A wiesz asińdziej - rzekł mu śmiejąc się nieznajomy ów, że waćpana wdówka, z którą przyjechałeś, cale nie szpetna. Znalazłaby łacno konsolatora gdyby chciała!
Sołotwina nie zaprzeczył temu, a gdy po śniadaniu dobrze podchmielony wstał i poszedł się z jejmością żegnać, zawsze mając na myśli Przepłoty opuścić - znalazłszy ją markotną, począł pocieszać po swojemu.
- E, co bo asińdźka tak melankolizujesz, rzekł - sroka z krza, dwie na kierz. Choćbyś i postradała owego Wilka z utrąconą łapą, znajdziesz sobie innych łatwo.
- Daj że mi acan z tem pokój! ofuknęła wdowa.
- A, jak szczęścia pragnę, prawdę mówię świętą, ciągnął Sołotwina, oto i ten szlachcic co jejmość z bryki wysadzał, bardzo się coś zaszłapał.
Wdowa się zarumieniła.
- Nie plótłbyś!
- Kiedy mi się przy kieliszku przyznał sam - rzekł Sołotwina.
Rózieczka zapatrzyła się czegoś w podłogę i szepnęła.
- Nie wiedzieć bo co....
- Chłopak cale niczego, i nie można powiedzieć, w głowie umeblowano nieźle - dodał stary.
- Cóż-to za jeden? spytała wdowa, ot tak z niechcenia.
- Przyznam się, że przepomniałem nazwisko - mówił Sołotwina. Znać że w dorobku, ale koło niego extra z waszecia. No i przystojny.
Rózieczka wykrzywiła usta - na tem zamknęli rozmowę. Sołotwina się opatrzył, że późno było iść pieszo do najbliższego dworu, a okazya furą się nie trafiała - zatem na noc pozostał. Potrzeba zjedzenia wieczerzy nie własnym kosztem, w godzinie na posiłek przeznaczonej, zbliżyła go niby trafunkiem ku stolikowi, przy którym gość na ski zajadał... Była to mile cebulą z pieprzem woniejąca ryba po żydowsku. Wkupując się w łaski począł od żarcików, przysiadł się stary, i, dyskursywe, po cichu, skłamał, iż wdówka go bardzo dopytywała o jegomości.
- A cóżeś jej asińdziej mógł o mnie powiedzieć, kiedy nie wiesz nic? spytał nieznajomy.
- Zmiłuj się dobrodzieju - odparł Sołotwina, ale to właśnie wtenczas kiedy się nic nie wie, najwięcej powiedzieć można!
Rozśmiał się pożywający rybę.
- A tak! dodał Sołotwina - bo człowiek się nie krępuje niczem i może sobie cugle puścić, a panegiryk ciąć strzelisty. Znając kogoś już trudniej, to i owo wstrzymuje, hamuje, zawadza, a tak hulaj dusza...
- I jakżeś mnie odmalował? zapytał zapraszając na dzwonko rozochocony szlachcic.
- Farby nie żałowałem - rozśmiał się Sołotwina - zapewniłem ją że possesionatus, z parentelą piękną, i że nie żonaty! Wszak tak.
- A! pewnie! albo bym to ożeniwszy się tak swobodnie mógł po świecie wędrować.
Trzeciego dnia Sołotwina rad nie rad powędrował po śniadaniu, obiecując sobie historyą Wilczka zużytkować kwoli uciesze sąsiadów; nie było też tego pana na ski, ale ludzie Rózieczki wiedzieli, że on tu jeszcze powróci.
Miałbym moich czytelników za ba i bardzo, gdyby się odrazu nie domyślili że onym nieznanym szlachcicem szerokich plecu, a wzrostu dorodnego był pan Otwinowski.
Poco się on tu w okolicy zjawił, tego powiedzieć nie umiem, lecz że palestra po świecie całym miewa interesa, co za dziw że się znalazł w tym kącie i że traf, fatalizm jakiś postawił go w jednej gospodzie z rozżaloną, a konsolacyi i opieki potrzebującą Rózieczką. Ta chociaż się sobie zaprzysięgała, że już w życiu chyba nikogo tak kochać nie będzie jak tego szalonego Wilczka, ale - mogła pokochać inaczej.
A Otwinowski, który najdłużej dni trzy miał stać w Przepłotach, pozostał tu tydzień cały.
My zwróćmy się do Maczków, gdzie króluje pani Jagnieszka.
Wilczek drugiego dnia po przybyciu żony zbudziwszy się późno, przetarłszy oczy, gdy oprzytomniał a żony przy sobie nie zobaczył, na cyrulika huknął.
Jejmość rozmawiała w dziedzińcu z Kwasotą, który sobie łaski jej skarbił. Pierwszem pytaniem było Wilczka, zobaczywszy balwierza:
- Nie wiesz - czy pojechała?
- Kto?
- Głupiś! Któż ma być, Róża....
Cyrulik rękami machnął w dal ukazując:
- Dawno....
Wilczek się zmarszczył.
- Wołaj mi Kwasoty, rozumiesz, ale tak by jejmość nie wiedziała.
- A jakże ja to zrobię, kiedy pani z nim gada!
- Co? już! i jego sobie zyskała! zawołał niecierpliwie Wilczek.
Cyrulik ruszył ramionami.
Powiedz Kwasocie niech sobie dobierze godzinę jaką chcę, a ja z nim mówić muszę.
- A pocóż się z tem pan ma taić! szepnął doradca.
- Masz racyą! wołaj go zaraz!
Cyrulik wyszedł, prosząc dzierżawcy, ale jejmość jak tylko zasłyszała, że się pan obudził, pociągnęła razem z powołanym. Weszli do izby, aż Wilczek w progu ją zobaczywszy rzekł:
- Chcę z panem Kwasotą się rozmówić sam na sam, rozumie jejmość.
Zarumieniona żona powoli do swej izby odeszła.
- Co waćpan najlepszego robisz! odezwał się ręce załamując dzierżawca, poco draźnić kobietę? Byłbym chwilę znalazł.
- Już ty mnie nie ucz - opryskliwie rzekł Wilczek, - ja też trochę wiem jak się z babami obchodzić. A po przestanku dodał:
- Pocóżeś wypuścił Rózię? Było ją u siebie zatrzymać, tam przecie się nie rozciąga panowanie jejmościne? Dokądże pojechała?
- Do Przepłotów!
- To dobrze, - pojedź asan tam i powiedz niech czeka, abym wydobrzał tylko, inny tu ład zrobię; rozumiesz.
Kwasota na migi okazywał, że jejmość słucha i że jej nie trzeba zniechęcać. Wilczek za całą odpowiedź kułak zdrowej ręki ścisnąwszy, ku drzwiom izby żoninej wyciągnął groźno.
- Będzie mądrą kiedy ona tu ze mną wytrzyma, począł mruczeć. Je ona mnie, potrafię ja ją jeść, zobaczymy kto mocniejszy, - czego chce będzie miała.
Skończył mrucząc niewyraźnie i kołdry na sobie rwąc. Kwasota już patrzył tylko ku drzwiom, tak mu było pilno się ztąd oddalić.
Cyrulik też do chorej ręki się dobierał, a ledwie za dzierżawcą drzwi się zamknęły - drugiemi weszła już uspokojona jejmość, trzymając flaszkę i bandaż w ręku. Spojrzał na nią Wilczek, nie było widać wrażenia żadnego na twarzy, czoło miała wypogodzone, oczy jasne, szła wprost do jego łóżka, przysiadła się przy niem i poczęła cyrulikowi pomagać - słowa nie przemówiwszy.
Wilczek też przy obcym człeku rozmowy z nią, do której się gotował, poczynać nie chciał. Tylko drgająca konwulsyjnie twarz, marszczące się czoło, wejrzenia groźne, niecierpliwe ruchy zdradzały, że w nim kipiało.
Opatrzywszy rękę, jejmość poszła po ranną polewkę, którą już sama przygotowała, przyniosła ją i grzanki, przysunęła stołek, ustawiła wygodnie śniadanie, opatrzyła czy nic nie brakło i dopełniwszy tego usunęła się na swe miejsce do okna, w którem zasiadła z pończochą.
Wilczek był głodny, rzucił się więc jeść, na chwilę zapomniawszy o gniewie.
- A co? postawiłaś jejmość na swojem, wypędziwszy Rózię, odezwał się otarłszy usta.
Milczała pani Jagnieszka, popatrzył na nią mąż, złość go brała tem większa, że mu nie odpowiadała.
- Zabierz że te czerepy, krzyknął odsuwając stołek. Słyszysz?
Jagnieszka wstała składając robotę, podeszła do łóżka, zabrała naczynie, odstawiła stołek, odniosła niepotrzebne talerze do drugiej izby i powróciła na swoje miejsce, zasiadając na niem z pończochą.
- Cóż-to wasani myślisz tu mi na karku siedzieć cały Boży dzień, żebym się jej lepiej mógł przypatrzeć?? zaczął chory.
- To mój obowiązek, możesz waćpan czego potrzebować - odezwała się Jagnieszka.
- Toć zawołam gdy zapotrzebuję, ceremonii czynić pewnie nie będę, a ciągle na tę twarz wypominającą mi głupstwo moje patrzeć, to się do zdrowia nie przyczyni!
Rozśmiał się złośliwie.
- Siądę więc w drugiej izbie, ażeby zejść z oczów, i drzwi zostawię otwarte, abyś głosu nie zrywał - odezwała się Jagnieszka.
Wilczek mruknął coś niewyraźnego, klął. Chciał ją rozgniewać, a ta pokora i spokój z jakim mu odpowiadała, do wściekłości go drażniła.
- Idź jak najdalej! krzyknął, idź do miliona kroćset... Bogdajem cię nie oglądał.
Odchodząca już jejmość wstrzymała się i rzekła chłodno.
- Pocóż się burzysz i łajesz? widzisz, że ja po części nawykła do tego, znoszę cierpliwie, a sobie tem szkodzisz. Rana się nie zgoi gdy się będziesz jątrzył dobrowolnie. Doktór spokój nakazał.
- A pocóżeś tu wlazła, co mi go nie dajesz! Dosyć na ciebie spojrzeć aby gangreny dostać! Zawiązałaś mi życie; jeszcze tego brakło aby gach jejmościn rękę mi odciął...
Jagnieszka zabrała zapomniany kłębuszek i krokiem wolnym, milcząc wyszła do swej izby, od której drzwi otworem pozostały.
Po wyjściu jej Wilczek się obejrzał; wypędził ją wprawdzie, ale i to mu nie starczyło, dokuczać jej teraz nie mógł. Na to potrzeba było wynaleźć sposób inny. Krzyknął na cyrulika. Nim on wszedł, ukazała się w progu izby żona.
- Ale ja ciebie nie potrzebuję! zawołał - niech ten przyjdzie kogo wołam.
Z cyrulikiem zwykł był Wilczek grywać w warcaby. Dawniej po całych dniach Rózia siadywała obok na kufrze, a ichmość się rozprawiali w tę grę, przy której różne się wiodły rozmowy.
Posłuszny felczer przywlókł się ustawując warcabnicę. Wilczek umyślnie głos podniosłszy, począł z nim gawędę.
- Kiedy Róża wyjechała? zapytał głośno.
Cyrulik wskazał na drzwi otwarte.
- Co, milczysz? Boisz się? Nic ci się nie stanie. Sekretu przecie niema, że jejmość tamta mnie pilnowała w chorobie, i daleko lepiej niż ta, którą tu licho przyniosło.
Cyrulik truchlał, Wilczek się śmiał.
- Tamto bo była kobieta jak ja lubię, mówił głośno Chorąży, z którą i pożartować było można i pośmiać się i wesołe słowo od niej posłyszeć. Hę? prawda? Cóż ty, ośle jakiś, milczysz. Juściż nie inaczej trzymasz, tylko tak jak i ja. Kwasota też, ba i wszyscy jej żałować muszą. A no - nie martwcie się, wróci, chybabym nie żył!
Cyrulik błagające miny robił napróżno.
- A to miła rzecz dla mnie - mówił Wilczek coraz się podżegając, patrzeć na panią Chorążynę, co chodzi skrzywiona jak środa na piątek! Oj! miła! bogdajbyś był w mojej skórze, zobaczyłbyś jak to słodko nienawistną twarz mieć nieustannie przed oczyma.
Na warcabnicy co się podówczas działo, cyrulik już nie wiedział; grał tak że mu Wilczek bił ciągle, po dwa, po trzy, i śmiał się. Lecz śmiech to był straszny, zły, wrzący, żółcią zaprawny....
Nawygadywawszy tak z godzinę, odprawił cyrulika i warcaby precz, zapytawszy tylko czy Kwasota wyjechał.
- Jeszcze nie - odparł, rad z uwolnienia, zmęczony gracz.
- Powiedzże mu odemnie, niechaj dla jejmości do Przepłotów zawiezie co trzeba na kuchnią i nakaże Moszkowi aby jej dostarczał, czego tylko zapragnie.
Umyślnie i to powiedział Wilczek, aby żonie dogryźć. Z drugiego pokoju ani głos, ani najmniejszy szmer słyszeć się nie dał, któryby dozwolił Chorążemu pocieszyć się tem, że żonie dojadł do żywego. Płakała biedna kobieta cichemi łzami, a gdy się w niej zburzyło wszystko i buchnąć miało, modliła się, usta zatykała chustką, aby kat głosu nie posłyszał.
Nadeszła godzina obiadu, znowu Chorążyna zjawiła się z talerzami i jadłem. Wilczek wydziwiać począł.