Powieści Józefa Ignacego Kraszewskiego. Tom 27 - Józef Ignacy Kraszewski

Kup ebooka

26.00 zł
18.31 zł (18,21 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Tom I.

 

W roku 1866, właśnie w chwili gdy wojna między Austrją a Prasami wybuchnąć miała, rozpoczynał się niemal sezon, u wód galicyjskich pod Tatrami, a gospodarze domów, właściciele hotelów, wszyscy co nawykli rachować na przybycie gości z różnych stron świata, trwożyli się niezmiernie przewidując że im ten nieszczęśliwy skład okoliczności szyki pomięsza - nikt czasu wojny i ofiar jakie ona za sobą prowadzi, nie ma wielkiej ochoty ruszać się z domu, często też możności braknie. Przecięte drogi, utrudnione komunikacje przyczyniają się też do przytrzymania każdego we własnym kącie. Lecz że choroba nie folguje, a rozkazy lekarza są wyrokami śmierci lub życia - suną się i ciągną do wód ci co muszą. Tacy znowu goście dogodni dla apteki, lekarzy, a może nawet i hotelów, najmniej z sobą przynoszą materjału do życia społecznego i zabawy. Szczęście to jeszcze wielkie, jeśli chory jest już tak chorym, że się bez opieki obejść nie może, naówczas podejmują się jej zwykle najmłodsi najsilniejsi zarazem, służąc biednym ciociom, wujaszkom, dziaduniom lub babciom, - i o sobie nie zapominając. Wiadomo powszechnie że młodość ma swe prawa, których nawet częstokroć nadużywa.

W tym roku, może i strach wojny chorób napędził, dosyć że mimo smętnych przeczuć gospodarza domu pod Różą - które podzielał właściciel hotelu Warszawskiego i inni różnych dworków posiadacze, pod Trębaczem, trzema Sosnami, dwoma Czyżykami, czterema Grzybami itp. - w porze właściwej, gdy już miały grzmieć działa i wojska się przesuwały około Ołomuńca - goście poczęli sunąć się zewsząd do Krynicy, domy się powoli wypełniały - i nie było wcale tak pusto jakby się lękać i spodziewać z owych groźnych konjunktur należało.

W ten cichy zakąt, do którego wojna z pewnością się docisnąć nie mogła, gdzie każdy czuł się bezpiecznym - do którego tak złe prowadzą drogi, że niemi działa ani piechota, bez szwanku by się dostać nie potrafiły - chociaż Galicianie nawykli do nich cało jakoś przejeżdżają - zsuwali się zwolna ludzie chorzy, przestraszeni, odpoczynku i ciszy potrzebujący, wreszcie ci co niewiedzieli co z sobą począć nie mając otwartego Ems, Wiesbaden, Homburga.

Przybywali tu i tacy, którzy w szczęśliwszych czasach powędrowali by byli, potrzebnego im żelaza rozpuszczonego w wodzie szukać dalej, przyprawnego po niemiecku, ale że tam właśnie kulami świstano - woleli pić domową wodę z bezpieczeństwem, że się przy niej z innem żelazem, nie przepisanem przez lekarza - nie spotkają.

Krynica, Żegestów, Iwonicz, Szczawnica mimo tych piekielnych dróg do nich wiodących, na których łatwo karku nadkręcić - otwierały gościnne podwoje coraz nowym przybyszom, witanym z niekłamaną radością. Towarzystwo było nieco zmięszane - ale u wód wiele się nie wymaga, o tem nawet Anglicy są przekonani. Kontyngensu jak zwykle dostarczyła Galicja; sąsiednie królestwo, a z Prus co się na wprost dostać nie mogło - koniecznie postanowiwszy przywędrować, jechało na Warszawę. Nie wiem o ile chorym ówczesne wypadki przy picia wody szkodziły lub pomagały - zdrowi mieli tę pociechę że każdej poczty oczekiwali z ciekawością niezmierną, z niecierpliwością gorączkową, a w chwilach wolnych od gazet puszczali wodze domysłom - co z tego na świecie wypaść było powinno i jak się to skończyć miało? Zdania były wielce podzielone, ale kto sobie rok ten przypomina - przypomni też że nikt nie odgadł końca.

Już spora kupka gości w dnie pogodne przechadzała się po deptaku co rana, przysłuchując się popisom muzyki której repertuar zmieniał się o tyle o ile speiscettel pod Różą, - nie psując uszów zbytnią rozmaitością - już grono poważne przyzwoitych osób napawało się zapachem rezedy obficie zasianej w ogródku przy źródle, gdy jednego dnia zjawił się tu homo novus, który powszechną pań i mężczyzn zwrócił uwagę.

Był to młodzieniec słusznego wzrostu, bardzo pięknych rysów twarzy, fizjognomji szlachetnej, postawy nader szykownej - mogący mieć lat dwadzieścia i kilka, pod trzydzieści - ubrany z jak największym smakiem i w ogóle zdradzający powierzchownością swą, obliczem, ruchami, człowieka z tej sfery towarzyskiej, która do high life Europejskiej należy. Nikt ani na chwilę nie wątpił zobaczywszy go, że to jest potomek Potockich lub Zamojskich lub jednej z tych historycznych rodzin starych, które dotąd dawnej zamożności nie straciwszy, na stopniu rodowi właściwym utrzymać się przez nią potrafiły...

Ludzie pewnego oka, z małych oznak umiejący się domyśleć wszystkiego, naturaliści salonowi co z pierścionka odbudowują mastodonta wielkiego świata - zaręczali od razu i gotowi byli się zakładać nawet, grubo - iż przybyły musiał być co najmniej hrabią P. - hrabią Z. - jeśli nie księciem L. księciem S. i t. p.? O nazwisko nieszło ale o rodzaj i gatunek do którego zaliczyć się miał ów zjawiający się młodzian piękny, dystyngowany - tr?s comme il faut. W prawdzie jak trudno dziś łyżkę srebrną rozpoznać od Christophlowej i Ruolzowej, - tak nie łatwo fabrykaty tego rodzaju odróżnić od prawdziwych owoców czasu i drzew genealogicznych, ale naturaliści salonowi, nawet w braku cech i oznak mają cudowny a nigdy niemylący instynkt, - poczucie rodu. Jest to u nich gratia status. Wszyscy zaręczali że to był pan najczystszej wody. Najzuchwalsi ważyli się nawet i nie narzucać, wynikłe z kombinacji ruchów różnych znakomitości - najzręczniejszy wszakże poszedł naprzód do bióra, w którem się zwykli byli zapisywać podróżni - i tam cichaczem się coś myślał dowiedzieć.

Podróżny, mówił sobie - nie mógł dawniej przybyć jak wczora, wczorajsi zaś już musieli być zameldowani miejscowemu zarządowi. W książce znalazł ciekawy, Chaję Ajzyk kupcowę z Brudow z Chaną Gurgich siostrzenicą, i Aaronem Pekfiszem (oczywiście Pekfiszem nieznajomy być nie mógł) następnie radzcę Fryderyka Gotlieba Müllera (niewyglądał na urzędnika wcale), - hrabinę Elizę Maulhorn z baronów Przerętskich z kuzynką Adelą Ernestyną Federzeug - w ostatku pana Gabriela Pilawskiego, obywatela z Warszawy. Oczywiście i tym Pilawskim obywatelem z Warszawy, na żaden żywy sposób nie mógł być arystokratyczny ów młodzian, chociaż z Warszawy - bo nazwa pana Gabriela Pilawskiego zdradzała bruk miejski i pochodzenie plebejuszowskie, w najlepszym razie mógł to być ledwie drobny szlachetka - ten zaś pan musiał należeć do najlepszego świata. Mówiło zanim wszystko a wszystko aż do skromności angielskiej w ubiorze i cudownego kraju jego niezaprzeczenie londyńskiego bonjourka. Ciekawi przechodząc mimo rozpoznali, iż tkanina z której był zbudowany z Brün w Morawii pochodzić nie mogła. Laseczka też, którą nosił w ręku - laseczka pełna szyku nie podobna by pochodzić miała z innego jak najpierwsze magazyny w Europie, a nieużywał by jej z takim smakiem, tylko człek urodzony, by czuć i oceniać piękno we wszystkiem - nie wyjmując ani trzewika ani czapki. Ludziom pospolitym trafi się mieć coś jednego, niczego, umiejący się szanować posiada tylko wytworne rzeczy. Pudełeczko do zapałek u niego jest artystycznie wykończone, niewidzialne sprzączki są patentowanemi wyrobami - kto się szanuje jest w tem nieubłaganie ścisłym. Takim się właśnie wydawał ów nieznajomy.

Zobaczywszy spis przybyłych, bystry ów badacz tajemnic Krynickich - który wziął na siebie dośledzić przybylca, i - przekonany że nieznajomy gość jeszcze zameldowanym nie był - poszedł, jak nazywał - dotrzeć. Dotarciem zwało się wyśledzenie wprost mieszkania jego - poczem już reszta informacji pójść miała jak z płatka.

Lecz spikają się czasami okoliczności nieprzyjazne na ludzi zbyt ciekawych. Młodzieniec właśnie wypiwszy ostatnią szklankę wody, założył ręce w tył z ową laseczką i - poszedł sobie - w góry!! Gdzieś jakby do posągu N. Panny, albo nawet jeszcze dalej. Badaczowi, drapanie się tak wysoko za nieznajomym, na czczo, poto tylko ażeby może znowu zdrapywać się nazad i to napróżno, bo mogła mu przyjść fantazja spaceru samego - wydało się zupełnie niepraktycznem. Wstrzymał zapęd, usiadł na ławce u zdroju i tu postanowił czekać powrotu. Nie doczekał się go wcale jednak tego dnia, znać wędrowiec inną sobie jakąś obrał drogę. Ciekawiec wrócił zawiedziony i kwaśny pod Trębacza. Takie niepowodzenia zwykło wszakże tylko dodawać ochoty i odwagi dla przezwyciężenia spikującego się losu.

Nazajutrz pruszył deszczyk - ale wytrwały badacz pod parasolem, po śliskich drożynach odbywał zawczasu straż pilną, oczekując na nieochybne ukazanie się nieznajomego.

Deszcz nawet był na ten raz sprzymierzeńcem dobrym, gdyż zabezpieczał od nowej w góry wycieczki. Zdala ujrzał go już przybywającego, a z kierunku domyślił się iż nie mógł gdzieindziej stać tylko pod Różą, w tej bowiem stronie nie było żadnego innego większego hotelu, a jużciż człowiek tak dystyngowanej powierzchowności nie mógł stać w lada dziurze.

To nieulegało już wątpliwości i parasol skierował się do hotelu. W hotelu stosunki przyjazne, znajomość jeszcze krakowska z samym naczelnikiem instytucji - ułatwić miały dośledzenie prawdy. Gospodarz pilnując aby goście byli czasu kawy po wodzie usłużeni w porę, kręcił się już we fraku u wnijścia. Dzień dobry panu! rzekł badacz zbliżając się,.

- A! dzień dobry!!

- A cóż? a cóż? gości chwała Bogu u pana dosyć?

- No tak! są - są.. tak! goście - ale jacy goście? zżymnął ramionami gospodarz.

- A jakich że byś pan sobie życzył?

- Rok okropny - bankructwo gotowe! mówił żywo właściciel Róży ruszając ramionami - co to za goście!

- Wszakże mieszkania pustkami nie stoją?

- Ha!! co to o tem mówić! zżymnął się gospodarz i potarł rękami głowę.

- Przepraszam... ale właśnie chciałem spytać... o jednego z pańskich gości.. tego.. młodego.. przystojnego.. arystokratycznego.. z laseczką...

- W tużurku tabaczkowym? tak - z laseczką, kapelusz Panama.. a! to mi tu o niego spokoju nie dają.. odparł gospodarz - nawet hrabina... lokaja przysyłała.

- Właśnie o niegom chciał spytać?

Właściciel Róży z przyległościami ruszył ramionami, uśmiechnął się. Cóż tak wielkiego? co tak osobliwego zawołał. Uderzył się w czoło. Ah! jakże bo się nazywa? jak się nazywa?.. okręcił się. A! wiem.. pan Gabriel Pilawski.. obywatel z Warszawy..

- No - ale obywatel a obywatel - dodał badacz, pan najlepiej wiesz że kogo to teraz obywatelem nie nazywają.. obywatel ziemski? obywatel miejski?..

- A! już co do gatunku obywatelstwa to nic nie wiem, szybko dodał gospodarz - nie wiem.

- Gabriel Pilawski! powtórzył ciekawy - to nie może być!

- Jakto nie może być, ofuknął gorąco gospodarz, jak nie może kiedy jest.. Ja panu powiadam, Gabriel Pilawski, obywatel z Warszawy.

- I przyjechał sam? ze służącym? jak?

- E! sam jeden - sam jeden.

- Gabriel Pilawski - Pilawski! powtórzył skłopotany badacz - kapelusz Panama, laseczka i tużurek tabaczkowy.. Gabriel Pilawski.

- Mówię panu, mogę książkę meldunkową pokazać.

- U zegarka żadnych dywizek tylko jeden wielki pierścień z turkusem.

- Ten sam - pierścień z turkosem, turkos ogromny, kosztowny - obserwowałem - rzekł go0spodarz.. ja się na tem znam..

- I Gabriel Pilawski czy Piławski! spytał jakby nagle oświecony myślą szczęśliwą badacz...

Gospodarz trochę zniecierpliwiony pobiegł po książkę, przyniósł ją i włożywszy na nos szkiełka wspólnie z ciekawym począł się podpisowi przypatrywać. Oba spuścili głowy nad książkę, syllabizowali, milczeli. Rzeczywiście była wątpliwość - Głoska l skutkiem zamaszystego pociągu pióra tak była zawiązana, iż mógł ją kto chciał wziąć za l lub za ł. Zależało czytanie od usposobienia. Gospodarz czytał jako simplex servus Dei, Pilawski, ciekawiec mrucząc pod nosem, bo nie chciał się wydać z pomysłem - mówił Piławski. Rzecz była na pozór mała, ale dla badacza nadzwyczajnej doniosłości i ogromnego znaczenia.

Uśmiechnął się ironicznie w milczeniu; książkę oddał, ukłonił i z wielką powagą miał odchodzić, gdy go tknęło iż się o inne okoliczności towarzyszące, pomocniczo objaśniające nie zapytał. Mądry wszakże, domyślny a grzeczny właściciel Róży, wyczytawszy z oczów milczącego badacza ciekawość, dodał pocichu w poufny sposób.

- Jaki obywatel ziemski, proszę pana, czy też miejski... tego nie wiem, a czego niewiem tego nie mogę powiedzieć - ale coś porządnego: słowo honoru, coś bardzo porządnego! Powiadam panu bywają u mnie różne familje i ludzie, nie chwaląc się, najznakomitsi... raz nawet był hr. Gołuchowski!.. no - ale takiego tłomoka jeszczem u nikogo nie widział. Angielski czy też już nie wiem jaki, skóra jak na pugilaresie, okuta bronzem, elegancki co się zowie śliczny. Drugi mniejszy podobny tylko kalibrem różny, torba także garniturowa. A co ponadobywał różności i ponarozstawiał szczotek i mydeł, flaszek, ingredencji to się służąca wydziwić nie mogła - królewska toaleta.

- No - a z herbami? zapytał badacz.

- Przyznam się panu że oto nie pytałem i nie obserwowałem - dodał gospodarz, a tylko elegancja co się zowie. Na kołnierzu od surduta gdy Franek wytrzepywał sam czytałem London, na butach, to mi Franek mówił, London, wszędzie London i wszystko paradne.

- A książki ma? Spytał inkwizytor.

- Pół stolika zawalonego - dodał gospodarz - wszystko francuzkie, i coś tam polskich...

- Ale bez służącego? szepnął kręcąc głową badacz.

- Hm - ściśle biorąc - rzekł gospodarz, po cóż do Krynicy służący? Franek może i księciu usłużyć... Hrabiemu Gołuchowskiemu buty czyścił.

Niedosłyszał tego argumentowania nasz ciekawiec, bo się skłonił i zatopiony w myślach odchodził powtarzając - Piławski. Pilawski hm! oczewista rzecz iż to jest pseudonym dla zachowania incognito od herbu Piława - Toć jasne! to jasne! Chciałoby się uniknąć natrętów, ciekawych, znajomości... to jasne... Piławski - Piława!

Uśmiechnął się do siebie i zatarł ręce szczęśliwy iż trafił na wywód ten, który mu się wydawał nadzwyczaj trafnym. Nie jest to rzeczą przyjemną, ciągnął dalej - być napastowanym, okrążanym, wyzyskiwanym... Ci protekcji, inni pieniędzy, - drudzy szukają znajomości, aby się przechwalać. Toć rzecz zrozumiała - Piławski... Piława... jak na dłoni. Jestem w domu - ale sza!!

Uszczęśliwiony domysłem w którego trafność uwierzył najmocniej, badacz poszedł na deptak pod parasolem postanawiając milczeć, dopóki by na poparcie idei swojej nie znalazł silniejszych jeszcze argumentów.

 

Tu czas jest zapoznać się - nie z wielkim nieznajomym, ale z badaczem tyle trafności mającym i dowcipu. Badacz nasz, w pospolitem życiu zwany był panem Karolem Surwińskim. Był on mieszkańcem Krakowa i - teraz już, właścicielem kamienicy, na której srogie opodatkowanie zwykł się był uskarżać przy każdej rozmowie. Zasiedziały w mieście i nieruszający się chyba do Krynicy z rozkazu Doktora Dietla - pan Karol niegdy wiele świata zwiedził, wiele przebył i przebolał. Z przeszłego czynnego życia pozostała mu potrzeba ruchu, pieniędzy, stosunków, ludzi i - wiadomości złego i dobrego. Czytywać nie mógł, bo nie nawykł do tego nudziarstwa i słabe miał oczy - czerpał więc zabawę i naukę z żywego świata. Filozofował, obserwował; nadewszystko płotki i wnikanie w strojne sprężyny cudzego żywota niezmiernie lubił. Tem też właściwie tylko żył i zajmował się. Jeśli w swych studiach nad społecznością i analizach charakterów natrafił na szkopuł; - choćby zrazu miał się on rozprysnąć, jak woda o kamienie, nie mijał go, i owszem - silił się skruszyć zawadę - i zawsze prawie z czasem; z cierpliwością dochodził do ziszczeń swych celu. Nie było dla pana Karola Surwińskiego nie tajnem na Krakowskim bruku, nie ostało się też długo tam gdzie przeniósł chwilowo działalność swoją.

- Gdybym ja chciał pisać pamiętniki - mawiał śmiejąc się po cichu, (miał w obyczaju taki śmieszek stłumiony, przygłuszony, tajemniczy z którym nie wybuchał nigdy - ale też i obejść się bez niego nie mógł) - gdybym ja moje pamiętniki pisał!!! no - no! dopierobyście się ciekawych dowiedzieli rzeczy!!

Nieprzychylni panu Karolowi dowodzili że fantazja bujna, częstokroć wybujała - dosztukowywała co brakło do uzupełnienia wiadomości. To pewna że łataniny znać nie było, a powieści pana Karola tak mile się słuchały, tak były zręcznie układane, iż je wiele prostoduchów za szczerą brało prawdę. To też pan Karol, stary kawaler, potroszę wszędobylski, mile był widywany w najróżnorodniejszych towarzystwach, w każdem z nich właściwie znaleść się umiał, a z równem upodobaniem gościł u professorów, hrabiów, ławników i mieszczan. Nawykły do miasteczka choć dziś wyludnionego znacznie, zawsze jednak dostarczającego mu poddostatkiem społecznego materjału do życia - u wód miał tem więcej do czynienia, że szczuplejszem gronkiem ludzi wyżywić się musiał. Z tego powodu był niezmiernie czynnym, kręcił się i wyszukiwał zajęcia. Nic tu oka jego i uwagi nie uchodziło, starał się ze wszystkiego korzystać. Tajemniczy ów przybysz dostarczył szczęściem pięknego przedmiotu do studjów i bardzo był pożądaną zagadką.

W prawdzie dotąd brakło danych, na których by oprzeć mógł i osnuć dostatniejszą powieść, lecz, mądrej głowie dość na słowie - z tego co miał snuć już mógł wiele i długo. Pracowici badacze są jak pająki, przędą z siebie gdy z czego innego nie mogą. I mówił w duchu pan Karol:

- Człowiek który tak wygląda! mała rzecz tłomoki, ale i one mają znaczenie, człowiek który ubranie i obuwie każe sobie robić w Londynie, nie może być lada obywatelem Pilawskim... bo o żadnych Pilawskich tak okrutnie bogatych i zbytkujących u nas niesłychać. W tem tkwi tajemnica... ja jej dojść muszę... Zatarł ręce... dzień był chłodnawy.

- Niech sobie demokracja co chce plecie, dodał rody, rasy i krew istnieją. Po twarzy zaraz, z rysów poznać można człowieka dobrego gniazda, którego rodzina od wieków swobodnie oddychając, zajmowała się wydzieloną sobie przez Opatrzność delikatniejszą robotą.. To nie jest twarz, postawa, chód pana tam jakiegoś obywatela Pilawskiego - to są rysy arystokratyczne, szlachetne - rasowe...

Deszczyk kropiący od rana, jakoś około godziny dziesiątej pruszyć przestał - na deptaku chodziło, mimo pozostałej na nim wilgoci, osób coraz więcej, chodził i pan Karol, którego dobrzy znajomi mimo jego wieku zwali Karolkiem - za co się nie gniewał, odmłodzało go to i pochlebiło mu. Ten i ów zaczepił przechodzącego, ale wszyscy doświadczyli iż nie był usposobionym do rozmowy jak zwykle... zbywał ich krótko. Absorbowała go zagadka, uchylał się nawet od obcowania z najlepszemi znajomemi, ażeby w ciszy i skupieniu ducha, przedsięwziąć środki właściwe ku odkopaniu tajemnicy. Niewykończonej produkcji niechciał okazywać szerszym kołom.

Wszyscy uważali iż był nie swój - przypisano to działaniu żelaza z wapnem, rozpuszczonych w wodzie Krynickiej. Gaz też węglowy, węglany czy węglisty nie ma reputacji przyczyniającego się do rozweselenia - owszem ma przytępiać władze wszelkie.

Około - pół do jedenastej, gdy już wszyscy pijący wodę, mieli czas dokończyć absorbcji i porozchodzili się do kąpieli - słońce łaskawsze niż zwykle bywa w Krynicy, zaczęło się z po za obłoków gnanych wiatrem pokazywać. Można było, korzystając z pięknej pory wyjść na przechadzkę, a że barometr Dr. Zieleniewskiego znacznie się podniósł - już się nawet zaczynały tworzyć projekta dalszych wycieczek, gdy ciekawość powszechna, podrażniona przez pana Pila czy Piławskiego (którego nazwisko jeszcze nie było znanem powszechnie) na nowo rozbudzoną została powozem, pocztowemi końmi zajeżdżającym pod Różę, z paczkami, pakunkami, pudełkami... tłomokami i dwiema paniami, które wysiadły - spytały o mieszkanie, a znalazłszy na pierwszem piętrze trzy pokoje bardzo słone, po krótkiej chwili wahania - zajęły je i rozkładać w nich poczęły. Gospodarz, ażeby wiedzieć czego się trzymać, chociaż tłomoki znowu były wielce obiecujące (nużby uchowaj Boże w tytule uchybił?) wysłał zaraz dziewczynę z książką meldunkową, piórem i atramentem. Po krótkiej chwili panna powróciła i na karcie wyczytano: Zuzanna Domska z córką Elwirą z Berlina. Służąca syllabizując schodziła powoli z księgą, a gospodarz i cała kupka ciekawych rzuciła się wnet na pastwę. Wszyscy nosy powtykali jak najbliżej papieru i wszyscy je popodnosili wkrótce, z wyrazem uczucia doznanego zawodu. Powtarzano - Domska! Domska z Berlina! Cóż to jest z Berlina? To chyba z Wielkiej polski?

W rubryce oznaczającej stan przybyłych, był tylko posuwisty sztrych pióra, jakby obrażonego natrętną indagacją, znaczący tyle co protestacja przeciwko nieprawemu dochodzeniu i wtrącaniu się w szczegóły tyczące społecznego stanowiska - chorych!! Domyślano się tedy różnie. Pani Domska z córką Elwirą i tylu pudełkami nie mogła być kim innym, tylko bogatą dziedziczką dóbr w Wielkiej polsce... A że mąż jej zajmował zapewne stanowisko wysokie przy dworze, że zasiadał w izbie parów, więc i owa pani Domska jechała nie z Poznania, ale z Berlina. Rzecz była dla ludzi myślących jasna jak słońce. Nawykli do wyrazistości niecierpliwili się tym lakonizmem - pani Domskiej z Berlina!!

Nazwisko brzmiące ładnie nic samo z siebie nie mówiło. Rodzina w herbarzach była nieznana, lecz ileż podobnych zasiada teraz po izbach panów i parów, i nosi tytuły świeżo nabyte? Osoby pijące kawę na dole, a wstrzymane chwilę w pochodzie bardzo przebaczoną ciekawością - popatrzały na znoszone tłomoki... czytały nieznacznie polepione na pudełkach kartki i powoli się porozchodziły... Jedna panna więcej przybyła młodzieży.

Doświadczenie uczy, iż u wód kto się chce o kim dowiedzieć, zawsze w końcu celu doścignie, byle miał trochę cierpliwości. Wysiadające panie widział gospodarz, widział Franek lokaj, widziała panna służąca, spotkał w korytarzu pan Paweł Bann Hotkiewicz, odstawny Major od Huzarów. Wszyscy się zgadzali na to, iż obie wyglądały bardzo, bardzo przyzwoicie. Panna Elwira mimo zaniedbanego stroju i choć po męczącej podróży - wydała się wszystkim bardzo piękną. Matka zdawała się chorą, zmęczoną i mniej dystynkcją odznaczała. Była, mówił znający się na ludziach gospodarz - at sobie stara jejmość! - panna zaś - co się zowie. I dodawał z pewnym ręki ruchem wielkiego znaczenia: Grandioso, grandioso!

Baron Hotkiewicz który uchodził za znawcę, bywał na balach dworskich i widywał arcyksiężne.. potwierdzał iż panna Elwira wyglądała tres comme ile faut. Uderzało i to w charakterystyce pań, iż pani i panna Domska z wielkim wykwintem i wedle najświeższej mody były ubrane. Ilość pudełek zwiastowała elegantki wielkie... Burnus panny Elwiry kaszmirowy, nawet jak na drogę, był za nadto wytworny, boć go oprócz postyljonów nikt nie widział.

Korzystając z ciepła i słońca parę osób poszły po śniadaniu przechadzać się do lasku. Pan Karol Surwiński zobaczywszy na oddalonych ścieżkach z cygarem snującego się swojego Pilawskiego, począł manewrować z niezmierną zręcznością tak, ażeby się z nim gdzieś z bliska spotkać, nie będąc znowu posądzonym o natręctwo i nawijanie się, bo tego niecierpiał. Jakoż w istocie dzięki umiejętnym pochodom skrzyżował się, zawsze najniespodziwaniej niby z p. Pilawskim, ale przechodzący odwracał za każdym razem głowę, udawał że nie widzi i napawał się po wodzie - naturą, a do zawiązywania stosunków najmniejszej skłonności nie okazał. Pan Karol o tyle tylko skorzystał w strategicznych ruchach swoich, iż mógł się zbliska przypatrzeć krojowi sukien, lasce, kapeluszowi, dewizce z turkusem - i z obserwacji swych wyciągnął znowu to najmocniejsze przekonanie, iż nieznajomy był incognito ściśle zachowującym członkiem jakiejś znakomitej rodziny krajowej.

Z tem najmocniejszem przekonaniem powracał, nie chcąc już po raz trzeci się z nim zetknąć, gdy na skraju lasku ujrzał idącą przeciw sobie panią Ormowskę, sławną panią Ormowskę, w towarzystwie nieodstępnych dwóch swych wychowanic i kuzynek, panien Lusi i Musi. Kto nie miał szczęścia znać osobiście pani Ormowskiej, którą znali od lat trzydziestu wszyscy około Lwowa, w obu królestwach Galicji i Lodomerji i Wielkiem księztwie Krakowskiem, temu nadzwyczaj trudno będzie skreślić wizerunek wierny tej zacnej damy, która niegdyś była najpiękniejszą między pięknemi, a dziś jeszcze należała do najprzyjemniejszych niewiast dwóch królestw i wielkiego księztwa. Pani Ormowska de domo, ale to już tam przypomnieć trudno, bo nazwisko rodowe było nie zbyt wdzięczne, poślubioną została bardzo młodo hrabiemu P... z którym żyła lat z dziesiątek, owdowiawszy poświęciła się wychowaniu syna jedynaka, a dla ułatwienia tego zadania i znalezienia mu opiekuna a sobie pomocnika, wyszła powtórnie za mąż za niejakiego pana Ormowskiego, człowieka bardzo majętnego lecz posądzanego iż handlem sobie zdobył fortunę. Po Ormowskim owdowiawszy raz jeszcze i wziąwszy spadek bardzo znaczny, bo jej większą część majątku swego zapisał, nie probowała już wchodzić w nowe związki małżeńskie, synowi oddała dobra hrabiowskie, sama zaś w dostatkach i swobodzie trawiła resztki żywota, wychowując i wydając za mąż dla rozerwania się różne z kolei dalekie kuzynki i powinowate. Jedynym warunkiem, niezbędnym prawie, przyjęcia w opiekę ubogich panienek było iż musiały być ładne, miłe, roztropne i łagodne. Brzydkich znosić przy sobie nie mogła równie kobiet jak mężczyzn, a złośliwych mniej jeszcze. Dobrego serca, wesołego umysłu, wielce wyrozumiała i pobłażająca dla drugich, pani Ormowska, którą przez grzeczność nazywano baronową, nie miała już innego celu w życiu nad wesołe spędzanie lat pozostałych. Otaczała się więc tem co jej robiło przyjemność, a że dobroczynność daje spokój i szczęście, czyniła jak mogła najlepiej ludziom, aby oni jej nie nudzili, nie przeciwili się i nieprzeszkadzali być szczęśliwą. Musi i Lusi, a w ogóle wszystkim z kolei po sobie następującym kuzynkom ani smutnemi, ani nudnemi, ani złośliwemi niedozwalała być pani Ormowska. Dziewczęta umiały z tego doskonale korzystać, bo gdy która czego zażądała, robiła kwaśną minkę tylko i najdalej w dwadzieścia cztery godzin, pocieszoną została tem czego pragnęła. Umiano to usposobienie wyzyskiwać. Kobiecina wyglądała ze swą pomarszczoną, rysów jeszcze wdzięcznych, mimo marszczek i starości twarzyczką, z oczkami uśmiechniętemi i ustami uśmiechać się usiłującemi - wcale przyjemnie. Zawadzała jej tylko zbyteczna otyłość. Chodziła też podpierając się zawsze parasolikiem, który w istocie był zamaskowaną laską, a nawet wcale grubym kijem, ale w jedwabnej sukience, poznać go było trudno co za jeden. Dbała o powierzchowność swoją i kuzynek niezmiernie pani Ormowska, choć samą się z tego śmiała że ją jeszcze o spóźnioną zalotność gotów kto był posądzić. W istocie zaś o tyle zalotną była że chciała się podobać z charakteru, wykształcenia a - mówiąc prawdę i ze śladów wdzięcznej, dawnej niezapomnianej, tryumfatorskiej piękności. Lubiła bardzo nie być samą, a właśnie się trafiło że dwór jej jakoś się rozpierzchnął i szła tylko z Lusią i Musią, co się równało dla niej, jakby nie miała nikogo, obie bowiem panienki, jako domowe były chlebem powszednim. Zobaczywszy zdaleka przez lornetkę p. Karola, który szedł jakoś w przekątnym kierunku - staruszka poczęła nań wołać, machać chustką, a że Musia i Lusia także, śmiejąc się do rozpuku, rozkrzyczały hukając nań i dając znaki, jak okręt przy rozbiciu - aby p. Surwiński na ratunek przybywał - rad nie rad przybiegł stary kawaler, sądząc że w istocie wezwano go przeciw żmji lub wężowi na wojnę. Pani Ormowska umiała ocenić przymioty pana Karola, chociaż wiele do zarzucenia mu też znajdowała, naprzód że miewał nie zbyt swieże chustki od nosa i czasem przypylone kołnierzyki od koszuli, powtóre iż bywał złośliwy i siał niepotrzebne plotki. Ale bawił ją też anegdotkami i opowiadaniami. Surwiński nie zbliżał się zbytecznie do pani Ormowskiej, gdyż jako stary kawaler miał w podejrzeniu wszystkich że go chcieli żenić, a znając upodobanie w kojarzeniu sakramentalnych węzłów staruszki, bał się Musi i Lusi. Bo to, mawiał sam do siebie - człek się nie wiedząc sam jak, zaplątać jeszcze może, a potem kłopot i gniewy i niepotrzebna gadanina.

- Ale chodźże, chodź, wołała tupiąc nóżkami i stukając o ziemię parasolikiem pani Ormowska... chodź...

A obie dziewczęta śmiejąc się wtórowały.

- Prędzej, prędzej! Chodźże pan.

Surwiński był przekonany, iż być musi jakaś bardzo nagła potrzeba, przybiegł aż się zadychał.. stanął ocierając pot czoła. Czemże służyć mam?

- Ot masz! czem służyć? rozśmiała się staruszka - nic innego tylko sama jestem, nudzę się, a wasz obowiązek panowie moi, bawić mnie teraz... Niegdyś to ja was bawiłam.. teraz wy musicie starą...

- Ale to pan niegrzeczny, dodała Lusia białe pokazując ząbki, widzi pan same jedne, zbłąkane na bezdrożach niewiasty, bez opieki, bez męzkiego ramienia i nie domyśla się iż należy stanąć na straży.. spełnić najświętszy obowiązek. Lusia była wielce żartobliwą.

- Niechże pan babuni (wszystkie kuzynki zwały panią Ormowską Babunią) - poda rękę, dodała Marja.

- A tak, daj mi asińdziej rękę.. mówiła stara ruszając się z ciężkością z miejsca, chodźmy - doktór Zieleniewski każe chodzić.. a pan?

- Tak, tak i ja muszę chodzić - rzekł pan Karol...

- Przepraszam pana, przerwała Lusia - pan nie chodzisz, pan biegasz, a tego przy wodach zakazują.

- I zkądże pan tak leciał na skrzydłach zefira? spytała Musia.

Pani Ormowska z zefira śmiać się zaczęła...

- Jakto? zkąd? podchwycił Karol - ja przechadzałem się... szukałem tylko suchych ścieżek.

- Co tam! co tam! gdzieś był toś był, rzekła Ormowska, ale mów co słychać? bo ty - to wszystko wiesz.

Surwiński się uśmiechnął, pochlebiał mu ten wymiar sprawiedliwości, czuł się tej pochwały godnym.

- Żebym miał wszystko wiedzieć - ozwał się skromnie, tego nie powiem, lecz że czasem uda mi się więcej niż drudzy spenetrować - to mi wszyscy przyznają.

- I cóż spenetrowałeś? zapytała baronowa.

- W Krynicy bo domy przezroczyste, i tak dalece nie ma nie do penetrowania, westchnął pan Karol... Czy pani baronowa już widziała - naszego wielkiego nieznajomego?

- Kto? co? kogo? spytały razem trzy głosy.

- Przecież tego pana z pod Róży, w eleganckim londyńskim bonżurku, w kapeluszu panama..

- Któż to taki? przerwała Ormowska, dziewczęta mi mówiły już coś o nim, ja z daleka źle widzę, a koło nas nie przechodził.

- Przystojny mężczyzna, bardzo przystojny, odezwała się Musia - bardzo przyzwoity.. ładnie ubrany...

- Nikt nie wie kto to taki - dodała Lusia.

Karol się uśmiechnął.

- Chociaż nie zupełnie, rzekł, mogę w tym względzie zaspokoić ciekawość pań. Stoi pod Różą ale... ale z książki meldunkowej w której się wszyscy zapisują, niewiele się dowiedzieć można o nim. Pan Gabriel Piławski obywatel z Warszawy... i po wszystkiem... więcej nie napisał.. Wszakże trzeba nie mieć oczów, pani baronowo dobrodziejko, ażeby nie dostrzedz, iż to jest ktoś inny!.. To - przysięgam państwu, członek jakiejś bardzo znakomitej familji, rysy arystokratyczne... krew znać w nich, przytem postawa, ruch... mina.

- A po cóżby się taił z nazwiskiem? spytała Ormowska..

- Po co? naprzód, że takiemu panu zawsze wygodniej być incognito, powtóre: iż - kto wie? ma osobiste zapewne jakieś pobudki do tego.

- Ale zkądże wnosisz znowu? spytała zaciekawiona staruszka, bo jeśli z nosa i brody, to ci powiem, że się grubo omylić możesz. Jam stara, ją ci co innego powiem. Śmieją się z tego demokraci i drwinkują, a to rzetelna prawda iż tylko po rękach można poznać człowieka dobrze urodzonego. Widzisz asindziej, gdy trzy, cztery, pięć pokoleń nie rękami nie robiło, zdrobniały one i wydelikaciły się, to naturalna. W drugiem pokoleniu u dorobkowiczów jeszcze łapy. Twarz będzie czasem piękna, arystokratyczna, rysy już się wygładzą, a ręce - ręce zostają długo na pamiątkę tym rodom, które niemi na życie pracowały. Widział żeś asindziej ręce?

- Ręce? nie, odparł Karol, widziałem tylko bardzo eleganckie i pozapinane szczelnie rękawiczki.

Panny się zaczęły śmiać..

- Przekonacie się panie, dodał pewien siebie pan Karol, iż ten człowiek okaże się wcale kim innym, nie jakimś panem Piławskim.. Naprzód żadnej familji szlacheckiej Piławskich nie ma..

- A dla czegoż ma być koniecznie szlachcicem? rozśmiała się Lusia, mów pan.

- Dla tego, że ma fizys szlachecką! odparł Karol tryumfująco - to są rysy nie plebejuszowskie.

- I pan wszystkie domysły opierasz na tem? podchwyciła śmiejąc się staruszka.

- Nie zupełnie.. tajemniczo dodał Surwiński. Gospodarz hotelu opowiadał mi dziwy, o nader kosztownych przyborach podróżnych tego gościa.. Mają być jakieś niewidziane, niepraktykowane tłomoki. Służba wydziwić się nie może, iż odzienie wszystkie z firmami londyńskiemi.

Lusia zaczęła się śmiać, a Musia, która zawsze szła za nią w ślad, jeszcze głośniej - rozśmiała się i staruszka. Pan Karol nieco był tą płochością obrażony.

- Śmiejcie się panie, ja przy swojem stoję... dodał - familji Piławskich nie ma a herb Piława wiadomo do kogo należy. Mądrej głowie dość na słowie.

Zresztą zobaczymy - okaże się to, okaże..

Panny spojrzały po sobie - Piławita!.. incognito! a toż by to była dopiero gratka.. Pani Ormowska ruszyła ramionami.

- Cóż dalej - rzekła. Spowiadaj się co wiesz jeszcze?

- Nie wiele więcej, odparł Surwiński, lecz mogę dodać dla zajęcia pań, iż pod Różę zajechała też dzisiaj osoba jakaś majętna z Wielkopolski.. Matka z córką. Przybyły pocztą, zajęły lokal drogi... pudełek z sobą nawiozły mnóstwo..

- Nazwisko? spytała Ormowska - przecież to my tam majętniejsze domy znamy prawie wszystkie?

- Ja też, choć osobiście nie znam wielu, odezwał się Karol, z reputacji wiem o każdej znaczniejszej rodzinie - jednak o tej, przyznaję się, żem nie słyszał...

- A już pan wiesz, kto i co? spytała Lusia.

- A jakże - ja jestem tak szczęśliwy - dorzucił Surwiński, iż wiadomości same mi nie szukane płyną.

- I jakże się zowie ta pani? mów? nagliła staruszka.

- Pani Domska... z córką, Elwirą...

- Domska! Domska! powtarzały wszystkie panie razem - Domska! Ni vu, ni connu... Dąbska - to jeszczeż - szepnęła baronowa, ale o Domskich nie słyszałam.

- Musi być z Wielkiej Polski, bo zapisała się z Berlina...

- A córka - ładna? spytała Lusia.

- Major Hotkiewicz.

- Tylko wyraźnie Hotkiewicz, Hotkiewicz.. rzekła Ormowska, bo go drudzy mięciuchno wymawiając, gotowi Chodkiewiczem zrobić - a cóż mówi Hotkiewicz?

- Że bardzo ładna...

Panny westchnęły.

- Słuchaj asindziej, zatrzymując się poczęła staruszka. Słońce przypieka jakby w Neapolu - czasby już i do domu, prowadź nas tak abyśmy przeszły około Róży. Może też zobaczymy tych co cię tak intrygują.

Wprawdzie chcące powracać około Róży, trzeba było zawrócić ku niej i zejść z gór... lecz nie było to tak dalece z drogi, panny ciekawość miały wielką zobaczenia rywalki... poszli.

Pani Ormowska mimo, że dla niej przechadzka dłuższa była bardzo uciążliwą, dogadzając kuzynkom a po troszę i sobie, dała się sprowadzić z góry i powlokła się opierając na parasoliku. Po drodze mało już osób spotykano, minął ich tylko wracający z wycieczki wielki nieznajomy i Lusia z Musią mogła się jego strojowi przypatrzeć. Staruszka znajdowała, że w istocie postawę i chód miał pański. Karol się tem ucieszył.

- Widzi pani baronowa dobrodziejka, ja się na tem znam, odezwał się - ja nieraz w Krakowie z tyłu idącego... to jest z tyłu widzące przechodnia... o kilkadziesiąt kroków nawet profesję odgadnę. Inaczej chodzi, proszę pani szewc, inaczej krawiec, inaczej literat, a wcale odmiennie wielki pan.

Pani Ormowska śmiała się serdecznie, panny wtórowały. Przeszli mimo Róży, zawrócili potem kawałek drogi zrobiwszy nazad... W oknie za pierwszym razem niebyło nikogo, wracając, z daleka już pan Karol dostrzegł bielejące ubranie.. Był to kaszmirowy burnus panny Elwiry, która otwarłszy okno stała w niem, rozglądając się po okolicy. Surwińskiemu serce zastukało. Byle by nam, zobaczywszy nas, nie drapnęła - szepnął, to się jej doskonale przypatrzym... Panny zdala już oczy skierowały ciekawe i dostrzegły w istocie piękna postać brunetki, wytwornie ubranej, która z obojętnością osoby do życia w mieście nawykłej, bez trwożliwości wiejskiej rozpatrywała się w miasteczku, ulicy i przechodniach. Karol zapatrzył się też z taką uwagą, że zaniedbawszy troskliwość o wybór drogi dla pani Ormowskiej, która w tym względzie zupełnie się na niego zdała - o mało nie był przyczyną jej upadku. Wprowadził bowiem baronowę na kamień. Lusia postrzegła w czas i podchwyciła staruszkę, która dała klapsa swojemu przewodnikowi.

- Asindziej się zagapiłeś na okno, rozśmiała się odchodząc wprędce z przestrachu - a ja o małom nóg nie połamała - przecież wiedzieć powinieneś, żem na twej opiece i że ja już na drogę nie patrzę, to do ciebie należy.

Ten wypadek był powodem, iż nie dobrze się przypatrzono pannie Elwirze, która właśnie w tej chwili okno powoli zamknęła i odeszła od niego. Wiedziano tylko iż oczy ma czarne... ręce bardzo białe i w pierścionkach, burnus ładny... a Musia, (która nosiła włosy przyczesane), dostrzegła przepyszny warkocz, który posądziła o pochodzenie ze sklepu. Na tem skończyła się przechadzka, Surwiński odprowadził panie do ich domku pod wzgórzem za zdrojami, a sam poszedł na zwiady.

 

W liczbie osób przybyłych w tym roku do Krynicy znajdowała się i pani Hercegowińska, osobistość równie w tamtym kraju znana jak Surwiński i Ormowska. Od lat kilku co lato przybywała z rozkazu lekarza do Krynicy, leczyć się na jakąś dolegliwość w którą łatwo uwierzyć było można, kto ją tylko zobaczył. Wychudła, była mizerna, żółta i straszna choć rysy twarzy posiadała, że nawet piękną być mogła, ale dawniej. Hercegowińska żartami zwana Hercegowiną, wdowa z dosyć znacznym majątkiem, niezmiernie skąpa.... straszliwie pobożna, oddana cała praktykom religijnym, troskliwa równie o własne jak o cudze zbawienie, bezdzietna i obdarzona tylko siostrzeńcem, długim blondynem, który pod pozorem troskliwości o ciocię, wszędzie za nią jeździł, co jej niepospolicie zawadzało... równie lubiła sprawami obcemi zajmować się jak Surwiński. Rywalizując z sobą w tym względzie niecierpieli się, Hercegowina dawała wszędzie do zrozumienia, iż Surwiński był gorzej niż heretyk, bo człek na wszelką wiarę obojętny i ateusz jawny, pan Karol szydził z wdowy nazywając ją starą skwaśniałą dewotką. Przy każdem spotkaniu z sobą gryźli się i sprzeczali. Karol unikał tej zgagi, ona go szukała, aby mu dogryzać. Pani Ormowska jawnie przeciwko nikomu nie występując, nie dawała też poznać jak dalece antypatyczną dla niej była ta Hercegowina, unikała jej tylko będąc wszelako bardzo grzeczną. Wdowa zaś jakby się uwzięła właśnie napadać na spokojny dom Ormowskiej, niewypuszczała go na chwilę z opieki. Bardzo jej się tu rządzić chciało. Baronowa była pobożną, ale dawnym sposobem, bez przesady i fanatyzmu, nie nawracała nikogo, nie cierpiała rozpraw religijnych, lecz zarazem tolerowała w każdym przekonania. To właśnie nie podobało się Hercegowinie, która w zamiarze nawrócenia staruszki, dopilnowania panien, chodziła nieustannie i wciskała się co chwila. Była uciążliwą dla wszystkich, ale bojąc się języka, znosić ją musiano. Zewnętrzna postać wdowy zupełnie odpowiadała roli, jaką odegrywała. Ubierała się najniesmaczniej, a że przy twarzy kwaśnej i chmurnej, nie łatwo było dobrać w czemby dobrze wyglądała, najczęściej chodziła w śmiesznych strojach, które oczy zwracały. W ręku miała nieopuszczający ją nigdy różaniec, a z rana ogromny worek z książkami od nabożeństwa i modlitewkami drukowanemi, które rozdawała lub sprzedawała na dochód stowarzyszeń S. Wincentego a Paulo.. Obawiano się jej w ogóle jak ognia, natrętną bowiem była, wytrwałą i nieustępującą ani krokiem ani słowem... Walczyła za wiarę do upadłego - chociaż-bodaj, czy wiara na tem wiele zyskiwała. Nie było bowiem przykładu, ażeby się kto jej dał nawrócić. Dodać należy, iż ze znacznego majątku, o który siostrzeniec miał wielkie powody obawiania się, nigdy dla przekonań najmniejszej nie uczyniła ofiary. Wyciągała na nie drugich, sama płacąc dług własny, gorliwą pracą tylko... Ubogiemu też siostrzeńcowi obficie wprawdzie dawała obrazki i modlitewki, ale nadto podobno nie więcej. Nieszczęśliwy ten młodzieniec, zowiący się panem profesorem Żemłą, snuł się jak cień za ciotką... po części z nakazu rodziny, w części z własnego popędu, lecz mu to dotąd wcale się nie wypłacało. Czasem posyłała go ciotką, kazała się przeprowadzać, posługiwała nim, lecz ile razy zachodziły rachunki, liczyła się szczelnie lub - jeżeli z jej strony co należało, zbywała podziękowaniem. Utrapiona to była służba przy Hercegowinie - a biedny młodzian znosił ją, jak skazany z cierpliwością przykładną. Blondyn, długiej twarzy, wzrostu słusznego do zbytku, tyczkowaty, sztywny, spokojnego temperamentu. Porfiry był jednym z tych ludzi, którym nigdy bardzo źle na świecie być nie może, bo nie czują do zbytku i zdają się narodzeni na los tych, których francuzi zowią tak trafnie: souffre-douleur. W szkołach bili go i znęcali się nad nim studenci, w domu siostry, ojciec i matka robili z nim co chcieli, na świecie - jakby się do służby narodził, każdy się nim wysługiwał. Porfiry słuchał wszystkich, czy kto miał, czy nie miał mu prawa rozkazywać. Natury wielce flegmatycznej, miał jedno tylko upodobanie - nic nie robić, gdyby można palić dobre cygaro, jeść rzeczy słodkie i długo sypiać. Nie kłócił się z nikim i nigdy, uśmiechał do każdego, schodził z drogi wszystkim... stawał w kątku... i zdawał nie mieć wielkiej ochoty do życia. Żył bo się urodził i musiał - lecz żeby mu to tak bardzo| smakowało, nie widać było po nim.

Z powodu ciotki już pobożnym być musiał, wszakże i w pobożności nie przesadzał, spełniał ściśle co nakazywała, ziewając po trosze, nie rozgniewał się zbytnio nigdy. Zresztą najlepszy człowiek w świecie, niezawadzający, cichy, łagodny. Panny przezywały go rozmaicie, śmiały się z niego, draźniły... jedna uczeńsza w historji naturalnej ochrzciła go przydomkiem: ryby - z powodu zimnej krwi zapewne... rozsądniejsze widziały w nim nieocenione przymioty na męża - i gdyby ciocia zapewniła mu spadek, niezawodnieby się o niego rozbijały. Co do tego dziedzictwa po cioci bogatej i skąpej, wątpliwości zachodziły wielkie. Starali się oń OO. Jezuici, Kapucyni i Dominikanie, a naostatku Porfiry sam czując, iż najmniej było prawdopodobieństwa, ażeby się ono jemu dostać mogło. Pilnować się jednak - musiał. Pani Hercegowińska mieszkała zwykle w Krakowie, on też tam często przebywał, jeździła do Krynicy, wlókł się tam za nią, nie naprzykrzał się wszakże, dawał tylko znak życia, jakby mówiąc jej - otom jest. Ciocia wcale za to nieokazywała wdzięczności, niekiedy go nawet odprawiała do domu.. Ale bo byś się nie włóczył tak mawiała.. jak ogon ciągniesz się za mną...

- Ciocia Prezesowa nie może mieć za złe, iż troskliwość... Daj mi pokój z tą troskliwością. Ja to wiem... Gdybyś mnie chciał słuchać, wstąpiłbyś do nowicjatu.. i to by było najlepiej.

Porfiry na wszystko zrezygnowany, do klasztoru miał wstręt, z którem się tylko wydawać nie lubił. Odpowiadał więc zawsze ciotce, iż usiłuje w sobie wyrobić powołanie. To jednak nie przychodziło. Właśnie tego dnia gdy panią Ormowskę do drzwi jej domu odprowadził pan Karol - spodziewając się znać rychłego powrotu siedziała, oczekując na nią w salonie i modląc się tymczasem Hercegowina... Surwiński przez okno, spostrzegłszy jej kapelusz bronzowy do grzyba podobny, tem rychlej w progu pożegnał baronowę. I ona i panny skonfuzjowane były zoczywszy natrętnego gościa na przesmyku, wymknąć mu się już nie było podobna.. Ormowska weszła pierwsza poważnie się witając.. Wdowa złożyła szybko książkę, i pobiegła na spotkanie.

- Całuję rączki mojej dobrodziejki - do nóżek upadam zawołała, ośmieliłam się tu spocząć i przyznaję się do spisku, żem koniecznie napaść panią baronowę chciała.

- Bardzom, wdzięczna! szepnęła Ormowska - panny zdaleka dygały.

- A! panieneczki kochane, aniołki moje drogie dodała - ślicznie pozdrawiam... Lusia i Musia pod pozorem przebrania się uciekły. Baronowa musiała zasiąść do rozmowy, potrzebowała też mocno spoczynku.

- Była pani dziś na mszy świętej? ks. biskup Łętowski miał właśnie o szóstej... wielkiej powagi i mąż...

- A! przyznam się że - nie mogłam.

- Szkoda wielka... zawsze msza pasterza naszego... wielce ducha podnosi. Potem nastąpił zwrot nagły...

- Wie pani baronowa - znowu dziś goście nowi.

- Coś słyszałam..

- O kim? o tej pani z córką?

- Tak jest - i o tym młodym panu.

- Młody pan nazywa się Pilawski, z Warszawy... a ta pani Domska z córką Elwirą z Berlina...

- Już mi to mówił Surwiński.

- A! Surwiński! już już! proszę! Wściubski... już chodził na zwiady... bo mnie to sami przyszli powiedzieć z pod Róży, radząc się, czy nie znam.. ale nie znam..

- Słyszę to coś zamożnego i wygląda przyzwoicie - szepnęła nie wiedząc co mówić baronowa.

- Kto to tam może wiedzieć kto to jest, moja dobrodziejko, wzdychając rzekła wdowa, a teraz taki świat że się niczemu nie godzi wierzyć. Zwodnicze pozory, kłamią ustami, sukniami, twarzami, mową... udają i komedje grają...

- Przecież nie wszyscy - cicho dodała baronowa.

- A! pani moja! wyjąwszy panią... i mnie.. żwawo odparła Hercegowińska... któż nie zwodzi kto nie kłamie. Bałamuty!

Westchnąwszy nad ułomnościami ludzkiemi, zacna pani poczęła jak z woreczka sypać rozmaite dowody, iż w istocie nie darmo taki surowy na cały ogół wyrok wydała, a baronowa zmuszona słuchać, a przez grzeczność odpowiadać, starała się przynajmniej obwinienia łagodzić i wiadomości podawać w wątpliwość. Nużące wszakże opowiadanie, które w miarę, jak jej się sprzeciwiano, wdowa coraz jaskrawszemi naprowadzała barwami - byłoby zapewne długo potrwało, gdyby w tej chwili ścieżką, która obok domku wiodła ku kaplicy, a zapewne przez nieświadomość innej drogi, nie przesunęły się dwie nowe postacie... Hercegowina ujrzała je, domyśliła się czy poznała u nich panią Domską - i pożegnawszy się pręciuchno pośpieszyła w nadziei, że gdzieś zbłąkane panie spotka, drogę im ukaże i znajomość zawiązać potrafi. Nie przyznała się do tego baronowej, która uszczęśliwiona, że się jej pozbyła - a pożegnała nie myśląc dopytywać o przyczyny tak nagłej ucieczki.

Ścieżyną która około domku prowadziła, można się było wprawdzie dostać do kapliczki, lecz nie była to do niej ani zwyczajna, ani najprostsza droga. Dwie panie szły śmiało nie przypuszczając, ażeby w takim kącie jak Krynica zabłąkać się można... Były to w istocie pani Domska i panna Elwira. Pierwsza z nich osoba niemłoda i widocznie cierpiąca, smutnej twarzy, ale pełnej wyrazu energji i powagi.. Panna Elwira słusznego wzrostu, wysmukła, zręczna była i niepospolicie piękna. Matka ubrana czarno, ale bardzo starannie i z wielkim smakiem, wyglądała również jak córka na osobę przywykłą do wytworności i wykwintu. Elwiry ubranie, które tyle w kobiecie znaczy, bo jest skazówką smaku a często i charakteru, było nie bijące w oczy ale dla znawcy wielce znaczące. Najmniejszy w nim szczegół obmyślany, harmonijnie dobrany, nic pospolitego i rażącego. Twarz miała pociągłą, nie zbyt białą, ale bardzo świeżą i rumianą, oczy czarne, pięknie osadzone.. usta nie zbyt znać skłonne do uśmiechu, czoło dosyć wyniosłe, a cały ogół uderzał wyrazem nakazującym szacunek. Są oblicza ośmielające, odpychające, to było zarazem miłe lecz i obudzające obawę... Żaden najśmielszy młodzik nie ośmielił by się lekkomyślnie pannę Elwirę zagadnąć... ani rachować na pobłażanie. Nie była surową i kwaśną, jak się to często zdarza osobom mniej dobrze wychowanym, które za bardzo wielkie panie chcą uchodzić chwilowo, a była poważną, i prawie jak matka smutną. Młodość tylko temu wyrazowi nadawała powab zagadkowy... Dwie panie wkrótce postrzegły, że ścieżka ta nigdzie ich doprowadzić nie mogła, a ku kaplicy zbyt była stromą i niewygodną, obeszły więc do koła trawnik i zabierały się szukać innej, gdy na ścieżynce którą szły, - i gdzie się złapać je spodziewała Hercegowina - spotkał je ów wielki nieznajomy, który może też nie bez zamiaru i myśli, wyszedł na tę przechadzkę.

Panna Elwira zobaczywszy go trąciła z lekka matkę, szepcząc jej coś nieznacznie na ucho, rumieńcem okryła się jej śniada twarzyczka i oczy poczęły błądzić po stronach, jakby się wejrzenia tego pana spotkać obawiały. Ten szedł prosto ku paniom, a o kilka zbliżywszy się kroków, z widocznie uradowaną twarzą zdjął kapelusz.

- To prawdziwie niespodziane szczęście, rzekł z uśmiechem - nigdym nie sądził iż panie w Krynicy widzieć będę.

Panna Elwira podniosła oczy wreszcie, skłoniła się z pewną ceremonjalnością, nie odpowiedziała z razu nic - a matka pierwsza przywitała nieznajomego.

- Więc i pan do Krynicy?

- Jakże paniom poszła reszta drogi, odezwał się mężczyzna, bo to w tym kraju, po tych górach i kamieniach a jeszcze słabowitym i delikatnym osobom nie łatwo podróż odbywać.

Panna Elwira ochłonęła jakoś, rumieniec zszedł powoli, namyśliła się i poczęła wyręczając matkę.

- Dałyśmy sobie radę cudownie, rzekła. W Krakowie jakkolwiek nie znalazłyśmy znajomych nastręczono nam powóz wygodny do najęcia... poczta dokonała reszty... dojechałyśmy bez przypadku a moja matka nawet nie zbyt czuje znużenie podróżą.

- Bo też tu, dodał spiesznie, jakby usiłując przedłużyć rozmowę i zbierając się towarzyszyć paniom w dalszej przechadzce pan Pilawski - powietrze jest dziwnie orzeźwiające - lekkie do oddychania, przywraca stracone siły... Ja nie mogę się niem nasycić. Nawykły żyć w duszącej miasta atmosferze...

- I my tak samo - rzekła pani Domska wzdychając..

- Tu zdaje się iż samembym powietrzem tem wykarmić się potrafił, tak mi ono smakuje - dokończył Pilawski.

- Okolice w istocie bardzo piękne - mówiła Elwira. Te łańcuchy gór w oddaleniu, wzgórki, potoki, kamienie - wszystko to malownicze, jak na obrazku... Przyznaję się, że ten kraj wydaje mi się uroczo.

- Ja już kilka razy byłem w różnych okolicach Galicji, podchwycał nieznajomy, a zawsze coraz nowe, w nich odkrywam piękności. Jeśli mi czas pozwoli, chcę korzystać w tym roku i zwiedzić Szczawnicę, Żegestów, Pieniny a może nawet Tatry.

Elwira westchnęła smutnie.

- Panowie, rzekła - jesteście we wszystkiem od nas daleko szczęśliwsi, możecie jeździć gdzie się wam podoba, oglądać wszystkie cuda świata, a my..

- Mnóstwo pań zwiedza Tatry...

- Tak - szepnęła Elwira - ale z nami i za nami tyle nudnych przyborów się wlecze, tyle warunków, tyle za nieodbite uważanych a uprzykrzonych wygódek.. my potrzebujemy towarzyszek... my...

- To prawda, rzekł Pilawski, lecz niech mi pani wierzy, wszystko się to opłaca - bo paniom smakuje inaczej, lepiej każdy widok, każda nowość, wrażenie każde, gdy my w prędce wyżyci i znużeni - obojętniejem.

- To się nawet nie tylko do wrażeń podróży, ale do całego życia zastosować może - przerwała matka - my świeżość uczuć i wrażliwość zachowujemy daleko dłużej niż panowie. Stanowi to i szczęście i niedolę naszą...

- Ale my też, dorzucił Pilawski, inne mamy obowiązki, inne cele, twardsze do spożycia zadania.. nam przypada rola obrońców, rycerzy, strażników...

- Czasem ona spoczywa i na naszych słabych ramionach, dodała matka.. Westchnęła znowu. Panna Elwira szła jakby zakłopotana, milcząca, końcem parasolika rysując coś po żwirze i oczy trzymając wlepione w ziemię. Rozmowa wszedłszy na te ogólniki przerwała się wkrótce, młody towarzysz szedł ciągle za paniami i zdawał się równie zakłopotany jak one.

- Pani dobrodziejka daruje mi - odezwał się w końcu, iż ośmieliłem się nie będąc jej znanym i prezentowanym, na mocy tylko kilku miłych godzin spędzonych w ich towarzystwie w wagonie - odnowić przypadkowy a tak dla mnie szczęśliwy stosunek. U wód pospolicie wiele się formalności światowych pomijać zwykło, to mi dodało odwagi. Jednakże, nie mając tu nikogo co by mnie mógł zaprezentować, a nie chcąc dłużej być zagadką muszę się sam przedstawić...

Zdjął kapelusz. Nazywam się Gabriel Pilawski... mieszkam (tu się zaciął) w Warszawie.

- Obowiązaną jestem wywzajemnić się panu - rzekła ze smutnym uśmiechem matka - nazywam się Domska, mieszkamy w Berlinie... Córka moja Elwira.

- Teraz rozumiem już dla czego panie do Krynicy z Berlina, jechały na królestwo - uśmiechnął się kawaler.

- Inaczej byśmy się tu dostać nie mogły, przemówiła śmielej córka - matce mojej nakazano wody koniecznie, miałyśmy jechać nad Ren, tymczasem tam wojna wybuchła... Do Galicji nawet na Drezno lub Wrocław jechać nie było podobna.. musiałyśmy transito przebywać królestwo.

- Na czem ja skorzystałem... cicho dodał Pilawski...

- My też, bośmy poznały kraj nam dotąd tylko z opowiadań znajomy...

W czasie tych preludiów poufalszej rozmowy, która się zawiązać miała - Hercegowina szła nieco opodal z różańcem, który zdała się odmawiać, lecz zwróconą miała pilną uwagę na ruchy, dolatujące ją wyrazy, twarze i najmniejsze oznaki mogące zdradzić przedmiot tej pogadanki. Paliła ją ciekawość, zbliżać się nadto wszakże nie mogła, aby się nie wydać niedyskretną, zaznajomić już nie było sposobu.. krok w krok iść nieprzyzwoicie; po chwili więc zawróciła się i chcąc dać dowód przyjaźni baronowej, szybszym krokiem pobiegła jej pierwszej zdać sprawę..

Właśnie pani Ormowska z Lusią i Musią i staruszkiem księdzem Brzozą miały siadać do stołu, gdy zdyszana jejmość wpadła..

- Nie przeszkadzam - zawołała, tylko słóweczko - wiedzą państwo? Ten pan Pilawski znajomy jest z tą panią Domską.. Byłam przytem jak się spotkali.. bardzo czule, bardzo czule.. Panna się zarumieniła.. Przysięgłabym że konkurent, że je tu gonił.. że to miłosna intryżka.

- Ale moja pani Hercegowińska, dobrodziejko! zawołała baronowa, dla czegoż intryżką to nazywasz? Przyzwoity człowiek... Stara się o pannę... w oczach całego świata... toż przecie nie intryga.

Oczy się zaiskrzyły wdowie.

- Kochana baronowo, bardzo przepraszam - odparła gorąco, nie cofam mojego słowa... przepraszam! tak, intryżka... kawaler stara się o pannę w jej domu, a nie lata za nią po wodach, aby zniknąć w tłumie.. i skryć się od oczów ludzi! w ten coś jest!

Baronowa zniecierpliwiona trochę ruszyła ramionami. Ale moja pani..

- Przepraszam, przepraszam, przy swojem stoję, intryżka.. zażenowanie mamy, panny.. kawaler niby przypadkiem spotyka się.. bo to dosłyszałam. Była mowa o Warszawie, o Berlinie.

- Siadasz pani z nami do stołu... bo zupa stygnie! odezwała się Ormowska znudzona.

- Nie - ja dziś z suchotami! upadam do nóg... niech państwo siadają... I wybiegła..

U wód w ogólności, czy kto się chce bawić czy nie, przyjętą jest rzeczą, że baliki i tańce być muszą i że pewna część młodzieży chwyta ster ich, wiedząc że się tem pannom przypodoba - i wieczory, pikniki, tańcujące wieczerze, skaczące podwieczorki następują jedne po drugich. Panny zaś i panie, byle potańcować mogły, nawet w czasie najsroższej wojny - wiele gotowe przebaczyć niedostatecznemu oświetleniu sali, niezbyt równej podłodze, a nawet nie koniecznie dobranej muzyce. Trafiło mi się czytać z dawnych lat, dziennik pewnego oficera, który z obozu niezbyt oddalonego posłany do miasta, wkrótce spodziewającego się oblężenia - całe noce wywijał mazura... Zrana oblawszy się zimną wodą wracał na plac boju, i raz tak od walca poszedł wprost prawie do kurhanu. Więc i w tym roku choć w wojsku austryjackiem i pruskiem, wielu krewnych bliskich mieli goście Kryniccy, płeć piękna nie potrafiła się oprzeć pokusie zabaw - bardzo skromnych, ale niemniej rozrywających... umysły i niecierpliwe nóżki tancerek...

Nim jednak przyszło do wielkich stanowczych narad nad wyznaczeniem terminu pierwszego wieczora, męzkie towarzystwo do którego należała inicjatywa, naprzód musiało się skupić i obliczyć, i przyjść do pewnego porozumienia. Jądro jego stanowili naturalnie miejscowi młodzi panicze, którzy się znali między sobą. Z tych każdy niemal porobiwszy u wód już znajomości, wprowadzał kogoś, prezentował i wyjednywał mu u innych prawo obywatelstwa; w ten sposób zlepiało się owo grono, z które go łona wyjść miał komitet... urządzający zabawy i obejmujący pewien rodzaj supremacyi nad towarzystwem. Od niego później zależało, które z pań miały być proszone, pominięte, która wybrana gospodynią i t. p.? Wszystko to małe napozór wydają się rzeczy, ale na deptaku u zdrojów - o! jakże wielkie przybierają rozmiary, ile obudzają współzawodnictw, gniewów, fochów, uraz - ba, nawet cichych pojedynków i nagłych wyjazdów... Zrazu zwykle idzie wszystko jak po maśle i klei się wybornie... najmniejszej dysharmonijnej nuty... zgoda najprzykładniejsza... nagle - jakby komar zabrzęczał tylko.. ktoś komuś coś powiedział, ktoś komuś się nie tak ukłonił, jakaś pani poczuła się obrażoną danem drugiej pierwszeństwem.. maleńkie to ukąszenie, sprowadza bąbel.. a gdy ten zniknie, długo jeszcze skóra czerwona swędzi. Z niczego rodzi się nieporozumienie, niczem się podżega, usłużny pośrednik godząc jątrzy, i - rozjeżdżają się goście pokwaszeni na siebie na wieki wieków. Szczęściem, że prawdopodobnie drugi raz w życiu się nie spotkają.

W tej chwili Krynica była jeszcze błogim przybytkiem pokoju, nikt na nikogo koso nie patrzał. Kilku z Krakowa młodzieńców dystyngowanych tworzyło kółko owe, do którego zwolna nowe miały się wiązać ogniwa. Znalazł się bardzo przyzwoity i miły obywatel z królestwa pan Aksakowicz, u którego młodzież wieczory spędzała. Grywano wista skromnego i gawędzono poufale. Majętny człowiek, choć na złe czasy okrutnie stękał - Aksakowicz, zajmował mieszkanie obszerne "pod złotą jabłonią" i u niego najwygodniej się zbierać było, ku wszelkim naradom. Aksakowicz miał tę jedną wadę tylko, że gościnny do zbytku, nie zważając na kurację, lubił bardzo węgrzynem częstować. Dopuszcza wprawdzie skromne jego użycie woda krynicka - ale wara od zbytków. Aksakowicz utrzymywał że to, in quo nati sumus, węgierskie, nigdy szkodzić nie może, w żadnym razie, nawet na śmiertelnej pościeli. Z tego powodu opowiadał zawsze dykteryjkę o nieboszczyku swym dziadku, który był opuszczony od lekarzy, zdesperowany.. przyjął już sakramenta i miał konać, gdy mu przywiązany jego stary sługa, przyniósł butelkę dwudziestoletniego tokaju, zaklął go aby wypił kieliszek.. i - cóż powiecie?? kończył Aksakowicz.. wypił jeden, namówił się na drugi, zasnął, wypocił się - nazajutrz, sztukę mięsa jadł i zdrów był i dwanaście lat potem żył jeszcze. Jakby ręką odjęto chorobę!

Na mocy tych doświadczeń, szanowny obywatel wierzył w węgrzyna i nie szczędził go.. Nie można było nawet wiedzieć z pewnością, czy do Krynicy do wód przybył, czy w myśli skorzystania z sąsiedztwa Węgier, aby tam parę okseftów sobie zamówić dobrego, tłustego maślaczu.

Wieczorem do poczciwego Aksakowicza przychodził kto chciał, dom był przy głównej ulicy, naprzeciw restauracji prawie, niedaleko Dr. Zieleniewskiego, w ognisku życia, - więc póki świeciło w oknach, bez ceremonji zaglądał każdy. W obszernej salce niewytwornie przybranej, ale przecież z firankami i storami - była kanapa, stół owalny duży, krzeseł podostatkiem, a u drzwi mniejszy stolik, na którym od rana do nocy zmieniały się butelki i kieliszki.. Przy nich pudełko austryjackich cygarów i papierosów La-ferma. Tu zbiegały się nowiny, naradzała młodzież, tu najpierwej arkusze z podpisami na składki przychodziły, w tym progu zjawiali się najprzód ci przybysze wszelkiego rodzaju, ślepi koncertanci, głusi sztukmistrze, kulawi bohaterowie, o których sławie nikt nie wiedział - starający się wyzyskać turf krynicki dla ubogiej kieszeni. Aksakowiecz nie dawał wiele, ale nie odepchnął nikogo.. Nie cierpiał samowolności, od której, jak mawiał, człek tetryczeje - rad był wszystkim.. przytem grał namiętnie wiseczka; - zapomniałem dodać, że były dwa stoliki równie gotowe zawsze, jak ten trzeci stojący u drzwi.

Jednego z następnych wieczorów grano właśnie, a grając gawędzono. Aksakowicz starszej daty człowiek, fajkę palił z długiego cybucha.. Naprzeciw niego siedział wyprostowany, szerokich ramion, martwej twarzy, nieco łysy, niezbyt młody, ale widocznie chcący się jeszcze liczyć do młodzieży, major baron Hotkiewicz.. Miał on charakterystyczną postawę austryjackiego wojskowego, jakby stworzoną do białego munduru i kapelusza z pióropuszem szmaragdowym.. Mówił on źle wszystkiemi językami tego świata, a miał ten defekt, że je wszystkie z sobą zwykł był mięszać. W jakimkolwiek z nich mówić zamierzał, zawsze mu czegoś brakowało, co w drugim znajdował na podorędziu.. posługiwał się więc po wojskowemu, czem napadł.. Co na placu to nieprzyjaciel. Stojąc dłuższy czas w Medjolanie i mając tam artystyczne stosunki w teatrze, nauczył się troszkę po włosku; niemiecki język stanowił chleb powszedni, z domu był wyniósł polski, dziś go znacznie zapomniał, rodzice jego mieszkali w rusi galicyjskiej i tego więc coś pochwycił. - Po łacinie w szkołach go zmuszono nałykać sentencji i wyrażeń. Umiał też niezgorzej po węgiersku, nieźle po czesku, i wcale przyzwoicie po francuzku. Myśl spętana tylu różnemi kółkami, na które się nawijać była zmuszoną, plątała się między niemi. Ale baron sobie radę dawał, i w ten lub inny sposób dał się zawsze zrozumieć.

Trzecim przy stoliku wista był milczący, grzeczny, ale nudzący się grą, siostrzan pani Hercegowińskiej, Porfiry Zemła.. który dawał na siebie, po każdej partji i robrze, majorowi i gospodarzowi wygadywać co chcieli; kłaniał się, uśmiechał, tarł po głowie... a wnet omyłki te same, o które go tylko co strofowano popełniał. Nie miał żadnej do gry zdolności.

Przy drugim stoliku mieli grać, ale jeszcze nie byli siedli, koryfeusze złotej młodzieży.. W tej chwili nawet stali kupką na cichej naradzie; młody pan Stanisław Greifer krakowianin, doktór praw, który nie wiedział jeszcze co z życiem i patentem zrobi... Tymczasem się bawił. Rodzice byli majętni, jemu uśmiechało się życie, stosunki miał arystokratyczne, zacząwszy od baronów i Krzeszowic, aż do... najszczelniej zamkniętych pałacyków Sławkowskiej ulicy.. przystojny, dobrze wychowany, - czegóż się miał do roboty spieszyć. Wedle teorji jego, stosunki w życiu były wszystkiem, pracował na pozycję socjalną jak nieboszczyk Hieronim Pat?rot. Obok niego stał słynny sportsmann hr. Żelazowski, który wprawdzie swojego własnego stada, ani nawet konia nie miał, ale cudzych znał pochodzenie i przymioty na palcach. Ambicją jego było, zostać wyrocznią w sprawach turfu i nikomu się w tem nie dał wyprzedzić. - Na każdych kursach z kartką na kapelusiku grał pierwszą rolę, starał się być bardzo widocznym, rządził się, chodził, wywoływał... z czego już poniekąd był znanym i sławnym.

Ten nałóg królowania w stajniach, dawał mu imponujący ton między ludźmi w salonie. Obchodził się z nimi jak z końmi, a nawet może łagodniej z ostatnimi, bo się ich więcej obawiał. Dwa czy trzy szczęśliwe pojedynki, tytuł, stosunki pokrewieństwa ze Lwowskim pałacem "pod kawkami".. darzyły go niezmiernym aplombem.. Mina też hr. Żelazowskiego straszliwie butna, wzrost, łysina majestatyczna.. zdala już zapowiadały znakomitość. Jakim się tu sposobem przyplątał pan Hamermann, obywatel z Poznańskiego, skromny człowiek, który był z profesji gospodarzem, i jeśli nie mówił o owcach, rozprawiał o bydle i krzyżowaniu ras, a jeśli nie krzyżował, to traktaty całe o elektach i superelektach wykładał, nigdy prawie nie wychodząc z tych tematów ulubionych, chyba by coś dorzucić o wzorowej administracji pruskiej - tego nie wiem. Dosyć, że stał z cygarem w ustach i pan Hamermann.. Naostatek chodził zwolna zamyślony, ręce w tył, głowa zwieszona na piersi, pan Surwiński.

- Do składki na nasz piknik, mówił hr. Żelazowski, policzmyż się, ilu pewno rachować można.. Bo to panowie moi.. skromnie, pięknie, Krynica nie wiele wymaga, wieczorek w szopce.. salka sama nie dopuszcza wielkiego występu.. a pomimo to.. pomimo to.. wstydu sobie zrobić nie możemy.. więc kosztować będzie. Za salkę, jak ona jest to jest zapłacić coś trzeba.. bufet obmyślić.. herbata, ciastka, no - i bukiety dla dam - konieczne.. i butelczyna wina i ordery do kotyljona... i to, i owo kosztować będzie. Liczmyż się.. ilu nas.

Greifer liczył na palcach.

- Ale, ale, rzekł Żelazowski - cóż to jest za Pilawski? Kto? co? zkąd? jeszcze się z nikim nie poznał? nikomu nie prezentował?

Usłyszawszy nazwisko, przypadł jak oparzony pan Karol Surwiński.

Nie Pilawski - ale Piławski..

Pila czy Piła.. ależ któż i zkąd? co?.. dodał Żelazowski, w strachu ażeby kto inny na to pytanie odpowiadając nie zabrał głosu - p. Surmiński wcisnął się do kółka. - Za pozwoleniem, rzekł - o tem zdaje mi się, że tylko ja jeden coś powiedzieć mogę.

- A no - to gadajże, zawołał sportsmann.

Pan Karol uderzył się w piersi, uśmiechnął i rzekł poważnie, stłumionym głosem - to - to jest, któryś z hrabiów P..... incognito.

Wszyscy się rozśmieli i oczy zwrócili na p. Karola, który spoważniał.

- Znacie mnie panowie, rzekł, że ja na wiatr mówić nie zwykłem, jeśli co twierdzę, to na pewnych podstawach. - Otóż powiadam panom.. że mam poszlaki, sygnały, niemal pewność, iż ten pan Piławski.. pseudonym.. nie kim innym jest.

- Ale co znowu! co znowu! ofuknął hr. Żelazowski, przecież ja ich ile jest, do jednego znam.. osobiście znam.

- Ja także - skromniej dodał Grejfer.

- Kochany hrabio - ironicznie dorzucił pan Karol, jak to można powiedzieć, ja ich wszystkich znam!! Familja rozrodzona; są ze złotego, są ze srebrnego, są z czerwonego źródła i innych, są gałęzie i gałązki, są samozwańcy przez inne piszący się litery.. Samych najprawdziwszych, od magnatów począwszy do chudopachołków.

- Jakich chudopachołków? wykrzyknął Żelazowski.

- A, bo są najprawdziwsi hetmanowicze.. co pary koni nie mają, dodał dosadnie pan Karol. Cóż to pan myślisz, że znasz lepiej ich genealogiję ode mnie, com zęby zjadł..

- Na genealogji? szepnął Greifer..

- Nie - na chlebie - rzekł pan Karol - alem stary..

- Jakto? ty? przyznajesz się żeś stary? rozśmiał się od stolika Aksakowicz..

- Stosunkowo do hrabiego! poprawił się pan Karol.

- Dajmy już pokój; ale jakie masz dowody! zapytał hrabia uderzony tą pewnością, z jaką Surwiński przy swojem się upierał. -

- Z dowodów spowiadać się nie chcę, gdy mi wiary nie dajecie i zaczynacie od opozycji - rzekł urażony Surwiński, przekonacie się może zapóźno, że miałem słuszność.

- No, dobrze - dobrze - ale cóż za tem idzie? odezwał się Żelazowski. Z nikim się nie poznał, trzyma się na uboczu. Juścić my pierwsi ku niemu wystąpić nie możemy, nie mamy powodu... niewypada..

- Czyńcie panowie jak uważacie właściwem, odparł, ciągle obrażonym się czując pan Karol.

- Bez kwestji - wtrącił Grejfer; gdy ktoś z imieniem i pozycją w świecie przybywa w miejsce nowe, jeśli ród i zasługi dają mu pewne prawa... towarzystwo winno pewne też względy, - lecz z drugiej strony, jeśli chce zachować incognito, jeśli pewności nie ma, jeśli widocznie stroni.. jeśli nawet lekceważenia rodzaj okazuje...

- Ale dla czegóż lekceważenia? mruknął Karol.

- A juściż - rzekł żywo Żelazowski - boć to obowiązek człowieka należącego do pewnych sfer, ażeby przybywszy zameldował się - swoim.

Pan Surwiński począł coś nucić pod nosem i wysunął się z kółka.

- Rzeczywiście, szepnął Grejfer - nie można przeczyć, iż wygląda arystokratycznie - znać iż człowiek majętny... lecz znowu Surwińskiemu, często się nie wiedzieć co śni...

- Śni się! śni się! dokończył Żelazowski... Niechce on nas, chodzi sobie pojedynkiem.. niech chodzi, nie potrzebuje towarzystwa, towarzystwo się też myślę - bez niego obejść potrafi. Zatem.. liczmy się.

- Za pozwoleniem, wyrwał się Hamermann.. jest jakaś pani z Berlina słyszę.. nie wie kto z panów jej nazwiska? ciekawym?

Surwiński poskoczył.

- Ja wiem, ja wiem... Pani Domska z córką Elwirą.

- Domska, Domska.. chyba Dąbska, Dębska, Dębińska, Dębowska... ale Domska!! Nie - u nas żadnej takiej rodziny nie ma.. rzekł Hamermann. Dębskich znam, starszy ma niezłą owczarnię, ale za syna podupadła.. baranów nie odmienia... Jam mu to prorokował.. lepsze czy choćby równe, ale muszą być z innej owczarni... inaczej karłowacieją i zwodzą się - to rzecz naturalna...

Wszyscy się uśmiechali, Hamermann wszedłszy z Dębskich na owce, już o pierwszych zupełnie był zapomniał.

- Osoba bardzo znać majętna - począł Surwiński wkraczając w rozmowę - córka piękna niepospolicie. Osobliwsza rzecz - my ich nie znamy, tego mniemanego Piławskiego i tej pani Domskiej - a oni między sobą... znajomość mają!... Uśmiechnął się. I to ma swe znaczenie! Czasem chcąc bliższe z kim zawrzeć stosuneczki, zjeżdża się umyślnie incognito w kątek zapadły, między obcych ludzi. Hm... Sapienti sat. Więcej nie mówię.

Wszyscy po sobie spojrzeli.

- Moi drodzy, ozwał się w tej chwili robra skończywszy Aksakowicz - co nas tam cudze sprawy obchodzą? kieliszek dobrego, wytrawnego węgrzyna nie byłby od rzeczy? hę?

- A no! rzekł hrabia - zgoda..

Gospodarz poszedł nalewać co prędzej... i tak towarzystwo jakoś rozweselone, o trosce chwilowo zapomniało.. Piławski i Domska przestali ich zajmować.. z wyjątkiem Surwińskiego, który smokcząc z kieliszka, w milczeniu domysły i kombinacje układał.

 

Następnych dni, o co w Krynicy nie trudno, deszcz regularnie przekrapiał zrana, około południa, wieczorami i nocą, mgły wilgotne, goście od Tatrów, snuły się po nad uzdołami, obłoki okrywały wzgórza, a gdy się na małą chwilkę rozpogodziło, i panie lub panowie już, już, zabierali się do wycieczek.. wiatr napędzał chmury i kapuśniak mniej więcej gęsty, rozpoczynał na nowo - taka pora, gdy trwa dni kilka, zdolną jest ludzi najwytrzymalszych doprowadzić do podrażnienia, odjąć im cierpliwość, skłócić z gospodarzem domu, poróżnić z ordynującym lekarzem, zwaśnić w łazienkach z posługującymi i z całym rozbratać światem. Skazani na samotność przyjezdni, wyczerpawszy łatwo się wyczerpującą bibliotekę i własne zapasy, nie mogąc spać we dnie, bo to rzecz zakazana, chodzą, sporzą i nudzą się okrutnie. Wprawdzie w tym roku niepospolitą rozrywkę sprawiały nadchodzące z dyliżansem dzienniki, które w progu rozchwytywano z gorączkową ciekawością, lecz te, nawet z ogłoszeniami zjedzone do kości, mało nasycały. Dowiedziawszy się o zwycięzkich pochodach wojsk pruskich, trzeba było karmić się miejscowemi plotkami... aby jako tako wyżyć.

Przybycie pani Domskiej z córką i pana Gabriela Pilawskiego z owemi tłumokami, stanowiło wśród tego głodu i nudów powszechnych, przedmiot niewyczerpanych domysłów. Intrygowało to najmocniej, że pan Piławski nie szukał wcale niczyjej znajomości, że chodził sobie po pokoju z cygarem świszcząc, czytał książki, a czasem rysował nie okazując najmniejszej ochoty zawiązania żadnych z miejscowem towarzystwem stosunków. Franek, który był i sam ciekawy i przez drugich do szpiegowstwa pobudzany, zaglądał pod różnemi pozorami do pokoju anglika (jak go nazywano) i donosił co robi... Gospodarz nawet był zaintrygowany... cóż dopiero inni.

- Siadł sobie na sofie, mówił Franek, i w książce coś rysuje. Potem opowiadał, że siadł i czyta, lub że chodzi i cygaro pali. Parę listów odebrał z Warszawy pan Pilawski, które nim się do niego dostały, uległy miejscowej kontroli koperty... Zastanawiano się bacznie nad pieczątką - nad lakiem, charakterem adresu i znakami, po których by można korespondenta odkryć. Listy były męzkim charakterem pisane, na sposób kancelaryjno-handlowo - bankowy adresowane - a - co dziwna - na kopercie stał stępel: G. Pilawski. Varsovie. Ten stępel intrygował. Można się z niego było domyślać bowiem, że pan Pilawski stał na czele jakiegoś domu noszącego firmę jego. Jeden z tych listów wpadł w ręce pand Karola Surwńskiego i mocno go zafrasował z razu, wywracał bowiem całą jego domysłów budowę. Lecz pan Karol, gdy przy czem stanął, nie ustępował łatwo, - obrachował więc iż stępel był umyślnie dla otrzymania incognito zrobiony. Stara sztuka, rzekł, stara sztuka!! ale wróbli na plewę nie biorą u nas. Znamy się na tem... Stępel nie kosztuje wiele, a może niewytrawnych pobałamucić!!

Rozśmiał się i poszedł...

Z drugiej strony, pani Domska i jej córka, które widocznie też unikały bliższych znajomości, były przedmiotem domysłów i dociekań ze strony mężczyzn i kobiet.

Obradowano nad tem: czy je miano prosić na ów piknik, czy też nie. Pan Karol Surwiński, który znał zwyczaje, dowodził, iż przyzwoite osoby, nie wchodząc bliżej w ich biografje, u wód zawsze zapraszać należało, choćby nikomu nie były znajome... Pan Stanisław Grejfer, który uczył się etykiety i formalności po najpierwszych domach, aksiomat ten podawał w wątpliwość, - hr. Żelazowski trzymał się neutralnie.. Hamermann ruszał ramionami, znajdując, że jak tylko kwestja nie tyczyła owiec i bydła, rozstrzygnięcie jej dość było obojętnem.

Około tych pozamykanych drzwi pani Domskiej i pana Pilawskiego, snuli się i przesnuwali ciekawi.. Nareszcie Surwiński wpadł na domysł, iż panie musiały się przecież radzić doktora któregoś, a doktór po rozmowie i bliższej znajomości, mógł wiedzieć coś więcej niż inni. Poszedł tedy pan Karol dotrzeć tego, kto był ordynującym i kogo się radziły te panie. Okazało się z pilnego śledztwa, iż ani Dr. Zieleniewski, ani z Krakowa przybyły młody lekarz, ich nie odwiedzał, ale niedawno tu i chwilowo osiadły Dr. Werter... który jakiś czas praktykował w Krakowie, potem na prowincji, a teraz szczęścia u wód probował. Dr. Werter znowu nie był jednym z najdostępniejszych. Przychodził czasem na wista do Aksakowicza, ale wziąwszy cygaro w usta i karty w ręce, mruczał tylko - umhn! w żadną dłuższą nie wdając się rozmowę. Surwiński rachował na to, że miał talent trybuszona, dobywania najhermetyczniej zamkniętych butelek. Manewrował, tak że D. Wertera pochwycił, prosił go o radę, nagadał przed nim nawet na Dr. Dietla, którego on nie lubił, poczęstował cygarem dobrem - i dopiero indagację rozpoczął.

- Pan dobrodziej zna te damy?

- Poznałem je - tu dopiero.. gdy się zgłosiły do mnie.

- Osoby majętne, zdaje się i dobrego towarzystwa?

- A! dobrego - a! majętne! majętne! rzekł Dr. Werter.

- I panna piękna.

- A! bardzo piękna. Doktór cygaro palił, stał, ale mówić widocznie nie chciał.

- Jak się panu konsyljarzowi zdaje, to muszą być damy z Poznańskiego?

- Albo z Prus zachodnich - dodał doktór.

- Obywatelki - wiejskie.

Werter palił cygaro. - Zapewne że obywatelki.

- Dobrze wychowane.

- Bardzo, bardzo! panna znać muzykalna, bo mnie się pytała czyby fortepianu nająć nie można.. Cha! cha! a tu pono jedyny w Warszawskim Hotelu na całą Krynicę.

Surwiński zdobytą wiadomością nadzwyczaj się ucieszył... ale, na tem się skończyło. Co się tyczy Pilawskiego, ten pono sam był u Dr. Zieleniewskiego, on tylko z nim pomówił i pił wody. Surwiński z rozpaczy począł intrygować, aby mu, w imieniu towarzystwa wolno było zrobić krok i zachęcić p. Pilawskiego do zbliżenia się.

- Jeśli ty sobie chcesz - rzekł hr. Żelazowski, to czyń kroki jakie ci się podoba, officieusement, prywatnie, ale oficjalnie od nas - proszę, żadnych.

- No - to prywatnie! prywatnie! - odparł pan Karol - już ja was nie skompromituję.

Drugiego dnia, w godzinie najniebezpieczniejszej dla pijących wody, gdy się po obiedzie chce zdrzemnąć i szuka się dystrakcji - deszcz lał w najlepsze... pan Karol ubrał się starannie, i po długiej walce z sobą wszedł na górę... Klucz był w zamku, zapukał. Proszę! ozwało się ze środka.. Uroczyście, a nie bez bicia serca, wtoczył się Surwiński do tajemniczej komnaty, zajmowanej przez wielkiego nieznajomego.

Ten chodził właśnie z cygarem w ręku po pokoju, stanął w pośrodku zadziwiony nieco, machinalnie na kieszeni palce położył, czekał. Mieszkanie, mimo skromnego urządzenia swego, wydawało się bardzo pańsko, dzięki przyborom jakie gość przywiózł z sobą. Owe sławne garniturowe tłumoki angielskie i torba stały w kątku, świecąc bronzami. Na stole nakrytym dywanikiem gobelinowym, wzorzystym, rozłożona była cała zbrojownia toaletowa, jak u ładnej pani. Szczotek ze sześć, flaszek z pięć, grzebienie, mydła, butle kolońskie oplatane... jednem słowem, jak się wyrażał pan Karol - rozpusta. Na drugim stoliku, znowu osłoniętym kapą kolorową, były książki i przybory do palenia.. W kącie stały buty, które mogły iść na wystawę międzynarodową. Pan Karol miał czas zaledwie rzutem oka to objąć, i skłoniwszy się gospodarzowi wdzięcznie, począł:

- Darujesz mi pan dobrodziej, że mu się sam zaprezentuję, ale u wód.. jest to przebaczonem.. Mam kilka słów do powiedzenia, spodziewam się, że nie przeszkadzam.

- Nie - nie, bardzo proszę - niech pan siada, odezwał się Pilawski, głosem dźwięcznym, rzeźwym i wesołym.

- Jestem obywatelem miasta Krakowa, rzekł pan Karol, posiadaczem nieruchomości - dawny żołnierz, mości dobrodzieju? Karol Surwiński, do usług.

- Gabriel Pilawski.

- Tak, wiem, wiem, uśmiechając się kończył napastnik... pan dobrodziej z Warszawy?

- Tak jest..

- Miło mi poznać..

- Bardzo mi przyjemnie, odparł kłaniając się gospodarz, którego mina zwiastować się zdawała obawę i przeczucie, że szło o jakąś składkę.. Rękę trzymał ciągle na kieszeni..

- Przychodzę tu, mówił Surwiński - istotnie w bardzo delikatnej sprawie.

Lekki uśmieszek przebiegł usta p. Pilawskiego.

- Pan pozwoli mi się wytłomaczyć?

- Proszę, proszę!

- U wód, panie dobrodzieju, my tu mamy swoje zwyczaje.. nawyknienia.. trzeba się nieco zabawić - jest młodzież, są kobiety.. Łączymy się tedy, znajomi czy nieznajomi, bez wielkich ceremonji, i... to wieczorek, to pikniczek.. rozumie pan?

- Rozumiem, odparł gospodarz - i bardzo to pojmuję.

Pan Karol korzystając z dawniej udzielonego mu pozwolenia, przysiadł nieco, obawiając się, aby go zbyt rychło nie odprawiono - nim się dobrze wszystkiemu przypatrzy. Uprzejmy pan Pilawski podsunął mu cygaro - wcale nie okazywał się dzikim. Jednakże nie usiadł sam - stał - co poniekąd dawało do zrozumienia, iż zbyt długo zatrzymywać gościa nie życzył. Na stoliku leżała książka otwarta po angielsku. Zapalając cygaro Surwiński rzucił na nią okiem i z wielkiem zdumieniem dostrzegł, że to była - anatomja opisowa ciała ludzkiego, gdy spodziewał się ujrzeć romans, lub co najwięcej - broszurę polityczną.

- Ci panowie, rzekł w duchu - miewają czasem osobliwsze fantazje - z nudów.

- Do zabawy, mówił dalej, pilnie się wglądając, im więcej osób tem przyjemniej. - Widząc tu pana dobrodzieja jakoś odosobnionym, samotnym, a nasze towarzystwo pragnące się wesoło rozerwać, oto przyznam się, przyszedłem mu zaproponować.. żeby się tu z młodzieżą bliżej zapoznać.

Pilawski posłyszawszy to, jakąś dziwną zrobił minę, sposępniał i mruknął, jakby zakłopotany..

- Widzi pan dobrodziej - ja dosyć lubię samotność - osób nie znam...

- Za pozwoleniem, żywo począł pan Karol - ja znowu znam tu wszystkich i sumaryjnym rzutem oka na zgromadzoną tu trafunkowo społeczność mogę mu służyć. Nie wątpię, że pan.. (tylko co mu się nie wymknęło hrabia, ale się utrzymał) pan - dobrodziej nawykłeś do jak najświetniejszych towarzystw stolicy.

- Bynajmniej, bynajmniej! odparł gorąco zagadniony.

P. Karol się uśmiechnął, dając ruchem ręki do zrozumienia, że temu wierzyć nie chce.

- Przecież hrabinę Za... pan zna..?

- Tak, trochę, rzekł spuszczając oczy Pilawski.

- I pp. P... z Wilanowa i pp. hr. K...

- Bardzo mało.. z widzenia pospieszył gospodarz.

- No - nie nalegam... dodał Surwiński - ale to pewna, iż z samej powierzchowności pańskiej znać człowieka nawykłego do pewnych sfer.

- Panie dobrodzieju, zaprotestował Pilawski, jestem w wieku pracy i poważnego zajęcia, mało bywam w... świecie..

Gość ręką kiwnął i mówił dalej:

- Otóż i tu pan znajdziesz towarzystwo wcale nie najgorsze. - Naprzód, jeśliś pan uważał, słuszny i barczysty w popielatem ubraniu, to hrabia Żelazowski, sławny koniarz... O! już jak na koniach się zna, to powiadam panu.. pierwszy koneser u nas, jeździł dla edukacji tej do Angiji.

Zdawało się, że gospodarz chciał przerwać, Surwiński mu nie dopuścił i ciągnął mowę nie przestając.

- Mamy tu bardzo godnego obywatela z królestwa, pana Aksakowicza? pan go nie zna.

- Nie, nie mam szczęścia..

- Godny, majętny, gościnny, wylany człek.. U niego się wieczorkami na wisteczka i na dobre węgierskie wino zbieramy...

- Dalej? cóż dalej? a! Doktór obojga praw pan Stanisław Grejfer z Krakowa, obywatel godny też, majętny, wychowany ślicznie. Gość miły pod Baranami, i w Krzeszowicach, i w Łańcucie, - to dosyć powiedzieć.

Gospodarz jakby zrezygnowany, milczał.

- Mamy jeszcze wielkiego agronoma, owczarza, człeka rozumnego i praktycznego pana Hamermanna z Poznańskiego.. Mamy z młodzieży, bardzo dystyngowanego młodzieńca.. tego blondyna z włosami długiemi, pana Porfirego Zemłę; z poważniejszych osób dzielnego majora huzarów, zasłużbowego, barona Hotkiewieza... No, cóż pan chce.. gronko niczego...

Spojrzawszy na twarz gospodarza, pan Surwiński dostrzegł na niej tylko zakłopotanie i znużenie. Rejestr ten znakomitości nie zdawał się na nim prawie żadnego czynić wrażenia. - A, to arystokrata, rzekł w duchu - nasi hrabiowie i baronowie austryjaccy znać mu nie smakują, bo to - prawda - dosyć zdyskredytowane.

- No, więc, może by się pan życzył poznać, wejść, zbliżyć, a ja - miałbym sobie za największy obowiązek mu to.. ułatwić...

Pośpiesznie teraz, ozwał się Pilawski:

- Bardzo dziękuję - prawdziwie, jestem mu z serca wdzięcznym... ale.. z równą otwartością wyznam panu...

- Co on to mnie wyzna! nastawiając uszu! i pochylając się zaciekawiony rzekł Surwiński - co on mi tu wyzna.

- Wyznam mu, że jestem z natury, trochę tetryk, odludek, samotnik.. przytem ja jestem sobie człowiek pracy, człek prosty...

- O! o! począł się śmiać pan Karol - proszę! proszę! wiemy, że pan chce zachować incognito..

- Incognito! powtórzył ruszając ramionami gospodarz, ale po cóżbym miał incognito jakieś chcieć przywdziewać, kiedy mnie nikt nie zna?

- O! o! a gdyby.. domyślono się - dowiedziano - rzekł ze śmieszkiem stłumionym tryumfująco pan Karol.

Na te wyrazy, nieznajomy porwał się z krzesła dziwnie poruszony, zmięszany, i taki jakiś blady przestrach odmalował się na jego twarzy, iż pan Karol utwierdził się najmocniej w przekonaniu, że w istocie odgadnąć go musiał..

- Czegoż by się miano domyślać! ja nic nie kryję! proszę pana! zawołał żywo - ja nie do ukrywania nie mam.. nikogo nie.. nikomu.. tak.. nikomu nie uwłacza...

Pan Karol widząc go tak strasznie zmięszanym, niedosłyszawszy ostatnich wyrazów - bojąc się, aby zamiast stosunku poufalszego, nie zasłużył na gniew, wstał szybko, i ze złożonemi na piersiach rękami, począł wyrażać się:

- Panie dobrodzieja - nie ma nic! nie wiemy nic! Ja jestem człowiek dyskretny! proszę wierzyć. U mnie jak kamień w wodę.

Pilawski się namarszczył.

- Tu niema żadej tajemnicy! zawołał.

- No! nie ma, nie ma - milczę i wierzę... nic nie wiem, proszę mi przebaczyć.

Oba usiedli, pan Karol zmięszany, a udając tem słodszego im pewniejszy był, że trafił doskonale; gospodarz niespokojny, ocierając pot, który mu na czoło wystąpił.

- Zatem nic by nie przeszkadzało panu dobrodziejowi, dodał Surwiński, zbliżyć się, zapoznać.

Gospodarz milczał jakby się namyślał. Pan Karol w duchu sobie mówił. Zgadłem na pewno! ale nie chce się dać poznać.

- Więc, jakże?

- O co to właściwie idzie? spytał po chwili Pilawski, ja sądzę, że nie tyle o moją nieznaczącą figurę.

- O! o! proszę pana! przerwał Karol.

- Ale tak, nieznaczącą figurę, a prędzej o udział w kosztach zabawy.. do których najchętniej się przyczynię.. to mówiąc wstał zwracając się ku szkatułeczce..

Nic w świecie bardziej przestraszyć nie mogło zacnego p. Karola; zbladł on teraz z kolei, przekonawszy się, iż go wzięto za kwestarza, twarz mu się przeciągnęła, oczy na wierzch wyszły, zabełkotał, słowa nie umiał wymówić. Przerażenie odmalowane w jego fizijognomji nie mogło być postrzeżonem przez p. Pilawskiego, gdyż właśnie w tej chwili zwrócony kluczyka dobierał..

Naostatek przyszedłszy do siebie Surwiński pochwycił za rękę gospodarza. Na rany Chrystusowe, zawołał, co pan sobie myślisz? że ja tu po składkę jaką przyszedłem.. a to słowo honoru..

- Nic przecie nadzwyczajnego by nie było..

- Ja! ja? za składkami chodzić.. ale..

Tu ręce załamał. Ale dajże mi pan... wytłomaczyć się, myśmy się nie zrozumieli...

Gospodarz schował kluczyki do kieszeni i siadł, ale znudzony i markotny..

- My pragniemy kółko nasze rozszerzyć.. ja.. z dobrego serca przyszedłem, chcąc ziomka.. niemającego stosunków.. zbliżyć..

- Dziękuję serdecznie, odparł Pilawski podając mu rękę, umiem być wdzięczen - ale - mam pewne powody.. z charakteru, z nawyknienia, stronię od towarzystwa.. nie nawykłem...

- No - to dobrze - poszanujemy jego gusta! odezwał się Surwiński, lecz proszę się nie gniewać..

- Owszem, wdzięczen panu tylko być mogę...

- Jestem, człek stary, wstając powoli, dodał pan Karol - dawniej u nas ceremonji tyle nie było, ludzie niższych fortun, położeń towarzyskich, imion.. żyli z sobą.. niechby to teraz choć u wód powróciło.. Dla czego stronić - czemu się odosobniać?..

Gospodarz ruszył ramionami, mruczał coś tylko niewyraźnie.. Surwiński na pierwszy raz uznał właściwem nie przeciągać rozmowy, ukłonił się bardzo grzecznie i ze zgasłem cygarem wyniósł. Znalazłszy się dopiero w korytarzu jakoś się opamiętał. Nie zupełnie był zadowolniony ze swej wyprawy, ale też i nie całkiem z niej niekontent, - wprawdzie o mało go nie wzięto za kollektora składek, ale.. dużo się dowiedział i nabrał najmocniejszego przekonania, że jako Pilawski ukrywał się jakiś magnat, pragnący zachować incognito. Nic by go tak nie cieszyło nad to, że odgadł, że się domyślił, że potrafił zaraz hieroglif tu wyczytać, - zacierał ręce idąc i uśmiechał się do siebie - chce koniecznie zachowywać incognito - no! to dobrze! Ale gdym go przypiekł aż podskoczył! aż zbladł!... Doskonała historja.. a znajomość zrobiona... nie wydam go to pewno...

 

Na tem samem piętrze i niemal w tej samej chwili, gdy pan Karol probował indagować Pilawskiego, w pokojach zajmowanych przez panią Domskę z córką... dwie kobiety w długiem milczeniu siedziały spoglądając na nieznośny deszcz, smagający szyby od kilku godzin.

- Przyznam się mamie, rzekła wstając Elwira, że jeśli tak cały czas słota trwać będzie.. to.. doprawdy zanudzimy się śmiertelnie. Ja wprawdzie obchodzę się bez towarzystwa.. ale na ludzi choć popatrzeć, jestem rada.. a to.. proszęż spojrzeć oknem - świerki, świerki, drzewa, łoza.. gołe wzgórki i kilka wron podróżujących.

- Jak my! szepnęła pani Domska uśmiechając się.

- Nie - wrony są daleko szczęśliwsze, bo mają instynkt i lecą, gdzie świeci słońce..

- Widzisz - odezwała się matka - a to ja ciebie pozbawiam moją chorobą, słońca, rozrywki.. towarzystwa.

- Słońca.. dobrze.. rozrywki, ja mało potrzebuję, a towarzystwa nie łaknę. Mama wie, mówiła Elwira, że dla mnie najmilsza igła i książka.. zieloność i kwiaty, - a jeśli jest jeszcze fortepian, muzyka, nic mi już na świecie nie potrzeba.

- Tu ci jednak nudno... odezwała się matka.

- Dosyć, gdyby mamy nie było.

- Ja coś też chora i sama nudna, nie zabawię.

- Byłoby wszystko dobrze, gdyby się tylko Pan Bóg zlitował i dał pogodę i słońce.. mogłybyśmy pójść trochę w okolice.

- Tak rozumiem i spotkać tego pana..

- Kogo? rumieniąc się i ruszając ramionami zapytała córka - a! że też mamie się zdaje..

- Nic mi się nie zdaje, jestem tego najzupełniej pewną, że ci się podobał...

- Ale, moja droga matko - oparła się Elwira, przecież go ledwie przez kilka godzin widziałam w wagonie. Mówiliśmy mało, nieznamy go wcale.. a tu.. ledwie się z nami przywitał... przytem, powiem mamie, dodała ciszej - on mi się wydaje.. pomimo tego pospolitego nazwiska, człowiekiem tego świata i towarzystwa, do którego, my.. (westchnęła) należeć już nie mamy prawa..

- Tak - rzekła smutnie matka, ażeby sobie oszczędzić przykrych zawodów, bolesnych może przejść - cierpienia.. lepiej, lepiej... być bardzo ostrożną..

- Niech że mnie mama nie ma za jakąś płochą istotę, u której się głowa łatwo zapala - odezwała się Elwira..

- Ale przyznaj, że - podobał ci się..

Spojrzała na córkę.

- Nie przeczę, że zrobił na mnie wrażenie bardzo jakiegoś miłego i sympatycznego człowieka.. radabym była jego towarzystwu - przecież, niech mama będzie spokojna, głowa mi się nie zawróci..

- Niech się ani głowa ani serce nie zawraca - odpowiedziała matka z czułością, nam, moje dziecko marzyć, nie wolno, spodziewać się wcale niepodobna.. ty wiesz..

Zamilkła - Elwira chodziła po pokoju.

- Wiem, rozumiem, nie mówmy o tem, podchwyciła córka - ja też nie roję, nie marzę, nie spodziewam się. Na życie patrzę trzeźwo.. spokojnie - wiem z góry, że szczęścia od niego wyglądać nie mogę.. to jest, tego co pospolicie szczęściem zowią. Dla tego potrafiłam sobie upodobania, zajęcia, całą przyszłość tak z góry urządzić, ażeby mi wydziedziczonej, jeszcze bardzo źle nie było. Książki, fortepian.. praca.. zupełnie mi starczą...

Matka miała łzy w oczach, Elwira zbliżyła się by ją pocałować w rękę, ta chwyciła jej głowę, i całus macierzyński położyła na czole.

- Nie mówmy o tem - zamknęła Elwira.

- Owszem, mówmy.. przerwała Domska - to nas rozerwie, wśród tego nieznośnego deszczu.. pozwalam ci trochę się bawić twoim nieznajomym, którego wiesz nazwisko przecie.. Nie jest on tak zachwycający, wyglądał mi na paniczyka, na hrabiątko, ale - któż to może być?

- Myślę, że - majętny obywatel, ze wsi - rzekła Elwira żywo.

- Otóż, nic - nie wiem, sądzę, mówiła matka, sądzę z tych niepostrzeżonych prawie oznak jakichś, które charakteryzują ludzi, że on - nie jest wieśniakiem. Ma fizognomję miejską i pańską.. pałacową.

- To być może - ale bardzo przyzwoicie pańską.

- Nie przeczę - dodała matka.

- Niezmiernie grzeczny a nie zimny i nie odpychający jak często ludzie grzeczni być umieją - mówiła Elwira.. nauki ma dosyć, oczytany.. umia kilka języków. Sam mówił, że kończył uniwersytet w Berlinie. Gdyby u wód w istocie było więcej swobody i zaraz z tego nie robiono plotek, tobym go choć na naszą nieszczególną hotelową herbatę prosić kazała.

- To, niewypada - odezwała się matka - najzacniejszy z ludzi nawet, myślałby, że go ciągniemy..

- A! niechże Bóg broni.. załamując ręce zawołała Elwira... nie zaprosiemy go, kiedy tak, to pewno, powinien sam mieć odwagę przyjść przecież z wizytą..

Domawiała tych wyrazów panna Elwira, gdy do drzwi z lekka zapukano - obie panie nagle umilkły.. młodsza pobladła nieco i nierychło odezwała się cicho - prosimy.

Drzwi się otworzyły, pan Gabryel w jasnych lila rękawiczkach, ubrany jakby nie do Krynicy, z kapeluszem w ręku, powoli, wsunął się do pokoju. Dwie kobiety spojrzały, po sobie - Elwira się zarumieniła, matka zmięszałą... przywitanie z obu stron było zaambarasowane.. przed krzesłem matki stał stół, fotel gotowy.. Pani Domska wskazała gościowi miejsce, Elwira prędko usiadła z drugiej strony.

- W taki dzień słotny, można i natrętowi przebaczyć - rzekł Pilawski - deszcz powinien być moją wymówką, panie pewnie sobie nie porobiły znajomości.

- I robić ich nie myślimy! wrzuciła Elwira.

- Ja także, nie mam zamiaru, rzekł gość - ale z miłej tej znajomości pani, którą mi sam los nastręczył, pozwolę sobie korzystać - właściwie przyszedłem jednak z interesem także.. Mówił mi służący, że pani sobie życzyła mieć fortepian. Starałem się dowiedzieć.. w Krynicy jest pono jeden tylko, ten stoi w salonie Warszawskiego hotelu, i na godziny się tylko najmuje.

- Niestety! rozśmiała się Elwira - z fortepianu najętego na godzinę, korzystać bym nie mogła. Podobnaż na zawołanie od czwartej do piątej mieć usposobienie do gry. To by się stało męczarnią zamiast przyjemności.

- Czybym nie mógł służyć choć książkami? spytał gość - mam z sobą trochę francuzkich, niemieckich, a z polskich... Mickiewicza, Krasińskiego i kilka nowszych rzeczy.

- Ależ pan je przywiózł dla siebie - a pozbawić go?..

- Ja w tej chwili uczę się czegoś - rzekł uśmiechając się gość, a więc z książek tych niewiele korzystam. Przytem - dorzucił - zdaje mi się że, mimo najmocniejszego postanowienia pozostania na boku i po za towarzystwem kąpielowem, może mi się to nie uda. Już dziś miałem kogoś, który przychodził na zwiady, i usiłował mnie pociągnąć.

- A pan...? spytała Elwira.

- Heroicznie się oparłem temu, ze smutnym uśmiechem, rzekł Pilawski. Według mnie człowiek nieznany musi dla godności swej, unikać wchodzenia w towarzystwo, w którem za nim nic nie mówi i nie świadczy.

- To prawda - odezwała się Domska - jest to zawsze przykrem być niewłaściwie ocenianym, czy za wysoko, czy za nisko.

- Zwłaszcza, rzekł Pilawski, iż w świecie do zupełnej oceny człowieka należą niezbędnie dodatkowe różne przymioty, któreby wyposażeniem nazwać można. Jak u nas naprzykład...

- A! wszędzie - przerwała Elwira.

- A u nas także, mówił Pilawski - osobiste człowieka przymioty i wady, konpensują się, podnoszą, ciemnieją lub wyświetlają od okoliczności dodatkowych - fortuny, imienia, stanu, klasy... stosunków... Tam gdzie te akcydensa są wątpliwe i ocenienie człowieka zawsze niepewne... dwuznaczne...

Obie kobiety słuchały tego aforyzmu ze spuszczonemi oczyma, starsza zlekka westchnęła... Elwira podniosła wzrok prędzej, śmielej i odezwała się:

- To prawda wielka - mało jest ludzi, którzyby tych circonstences agravantes lub attenuantes nie wzięli w rachubę.

- I bardzo ich o to obwiniać nie należy, odezwała się Domska... Są to termometra, są to znaki przewodnie, prowadzące do domyślania się wnętrza człowieka, wychowanie, otoczenie i majątek, stosunki, tworzą nas jakiemi jesteśmy, nie dziw że wniknąć chcąc w kogoś szukamy oznak pewnych... dla odgadnięcia.

- Tak, rzekł Pilawski, tylko znowu znaki te dziś bardzo pewne, jutro być mogą fałszywe. Warunki wychowania, nabycia wiedzy i ogłady, wyrobienia charakteru zmieniają się z czasem, z atmosferą otaczającą i... mylimy się.

- Dziś właśnie najczęściej - dodała Elwira, bo i mężczyźni i kobiety, wcale inaczej niż dawniej kształcą się i wychowują.

Rozmowa przerwaną została na chwilę... a między prawie obcemi, niezmiernie trudno rozpocząć na nowo, gdy raz wątła jej nić pęknie. Pilawski brał już za kapelusz, gdy przypadkowe może spojrzenie panny Elwiry naprzód ku niemu, potem ku oknu po którem spływały deszczu strumienie i wstrzymało go.

- Pan więc jak my - odezwała się matka - skazujesz się dobrowolnie na samotność... i nie będziesz pan znajomości szukał?

- Mocne mam postanowienie, rzekł Pilawski. Samotność jest czasem jak pewien rodzaj diety potrzebną człowiekowi, zwłaszcza nawykłemu lub zmuszonemu do ocierania się ciągle i nadto o ludzi.

- Pan zwykle mieszkasz w mieście? spytała trochę niedyskretnie Elwira.

- Tak jest pani - krótko odparł Pilawski - mieszkam w Warszawie.

Być może iż panna spodziewała się czegoś więcej, jakiegoś szczegółu i skazówki... zajęć - położenia nieznajomego młodzieńca, lecz została zawiedzioną.. Matka poczuła niewłaściwość zapytania i naprawiając ją, dodała - my także zmuszone jesteśmy siedzieć i w mieście i - co gorzej, w mieście obcem i nie sympatycznem wcale,

Pan Gabrjel popatrzał i nie pytał się o nic więcej.

Mówiono jeszcze chwilę o Warszawie, o Berlinie, o stolicach Europejskich, które i tym paniom i temu panu były bardzo dobrze znane. Pilawski wreszcie podniósł się i uznawszy, że na pierwsze odwiedziny siedział już może nawet trochę za długo - odszedł.

 

Drugiego dopiero dnia wieczorem chmury się rozbiegły, blade niebo, jakby burzą i słotą zmęczone, wyjrzało nareszcie... i na dzień następny zapowiadała się niezawodna pogoda, która wszystkich stęschnionych więzieniem po samotnych izdebkach, niezmiernie uradowała... Nawet pan Pilawski, który naprzemiany studiował Anatomję opisową i czytał Thackeray'a, rysował coś w albumie i palił cygara chodząc po pokoiku, rozweselił się, zobaczywszy słońce zwiastujące pogodę upragnioną. Wieczór nadchodził... było już za późno odwiedzić panią Domską, chociaż wielką miał do tego ochotę.. postanowił więc już się rozebrać i do wczesnego przygotowywać spoczynku, gdy puk, puk do drzwi dał się słyszeć i natychmiast prawie wsunął się pan Surwiński z grzecznem uśmieszkiem swoim.

- Przepraszam bardzo,.. dwa dni niewoli, panie dobrodzieju!... a! przeklęte dni, nieprzeżyte! Musiałeś się pan dobrodziej zanudzić! zawołał od progu, przychodzę z propozycyjką...

Pilawski stał czekając jaśniejszego wytłomaczenia.

- Pan w tem więzieniu możesz umrzeć... z dobrego serca przychodzę proponować... bez ceremonij na wieczorek do Aksakowicza...

Gospodarz jeszcze się jakoś na odpowiedź nie zabrał:

- Jestem upoważniony prosić pana dobrodzieja.. całe prawie towarzystwo męzkie dziś tam będzie... Cóż to panu szkodzi... bez ceremonji na chwileczkę...

- Wielcem panu wdzięczen - odezwał się Pilawski, ale kiedy już tak mnie przynaglasz... muszę być otwartym...

Surwiński mocno uszy nastawił, miał więc zostać powiernikiem tajemniczego człowieka.

- Wchodząc choć na chwilę w towarzystwo, nie dosyć jest, rzekł pan Gabryel, przynieść nazwisko swoje - należy jawnie wykazać pozycję socjalną, stanowisko zajmowane w społeczeństwie aby nie oszukiwać nikogo - otóż - szanowny panie - ja, jakkolwiek nic do tajenia nie mam, czegobym miał powody się wstydzić - z pewnych względów jednak... w tej chwili nie radbym... nie życzyłbym sobie.

- Ale, panie dobrodzieju, żywo podchwycił Surwiński, uderzając się w piersi - my to rozumiemy, my to doskonale pojmujemy, są okoliczności, są wypadki... nie ma najmniejszej potrzeby... nikt od pana wymagać nie może i nie będzie.

Pan Gabryel się zawahał, znać było jakiś frasunek, lecz Karol naglił, nacierał, prosił - i po chwili rozmysłu, jakby powziął postanowienie jakieś heroiczne, pan Pilawski chwycił kapelusz, rękawiczki, laseczkę, pozamykał pudełka... i odwracając się rzekł:

- Służę panu!

Surwiński od dawna nie był tak szczęśliwym, tryumfującym... on więc - jemu danem było wprowadzić tę dostojną osobę, w której twarzy tak widocznie napiętnowane było znakomite pochodzenie - na łono tutejszego towarzystwa...

W pokoju pana Aksakowicza byli już niemal wszyscy zebrani, a kieliszki powoli krążyły, rozdawano karty do wista, - rozmowa o deszczu i mgle nader szła ożywioną, gdy w progu ukazał się przodem Surwiński, wprost przerzynający się ku gospodarzowi, z niewidzianem zuchwalstwem, a za nim szykowna i piękna postać pana Pilawskiego, na którą oczy się wszystkich zwróciły. Nikt go jeszcze mówiącym nie słyszał - ciekawość była pobudzoną do najwyższego stopnia, bo choć domysły szanownego pana Karola zdawały się niedorzecznemi, oddawano sprawiedliwość dystyngnowanej powierzchowności pana Gabryela... Każdy wszakże pragnął posłyszeć go, ocenić wykształcenie i z mowy a obejścia, wyciągnąć domysł jakiś o stanie i pochodzeniu przybysza... W chwili gdy został zaprezentowanym gospodarzowi i wszystkim potem przytomnym, obstąpiono go kołem, śledzono oczami... każdy zdawał się spieszyć by zrobić pretekst jakiś zawiązania z nim rozmowy. Przypadł jednak ten szczęśliwy los gospodarzowi... który jak był człek zacny, tak w pisaniu i kunsztownem prowadzeniu rozmów nie zbyt biegły.

Prosty sługa boży, więcej czynił niż mówił - i na stylizację wysilać się nie lubił. Chrząknął więc popatrzał w jasną twarz przybyłego i odezwał się:

- Ależ się nam deszcz dał we znaki! No! co prażył to prażył.

- Prawda! uśmiechając się rzekł gość.

- Pozwoli pan kieliszeczek wina? wytrawne! nie zaszkodzi! dodał Aksakowicz.

Gabryel się skłonił. Wszyscy słuchali - ale nie było czego słuchać.

- Pan dobrodziej z królestwa? począł gospodarz.

- Tak jest..

- I ja także, z Płockiego... Ukłonili się sobie...

- A! niechże go licho weźmie, na stronie rzekł hr. Żelazowski, żeby też nie umieć rozmowy zawiązać i nic nie dobyć z człowieka..

W tem major Hotkiewicz, który już miał karty w ręku zawołał:

- Gospodarzu! Signor Aksakowicz... dajesz mauvais exemple, so geht's nicht.. times is a money. Do dzieła mości dobrodzieju! Qui si lavora, siadajmy...

Aksakowicz skłonił się i pobiegł do stolika, a pan Pilawski został z adjutantem swym nieodstępnym u boków, jakoś najbliżej hr. Żelazowskiego. Ten już miał najmocniejsze postanowienie, dobyć z niego jak się wyrażał - wnętrzności. Skazany na tę operację zdawał się wcale jej ani domyślać, ani lękać.

- No - co pan powiadasz o tej... wojnie! rozpoczął jadąc bardzo zdaleka sportsman. Słyszane to są rzeczy! ta potęga militarna Prus, to niedołęztwo nasze... te następujące po sobie wypadki. Wszyscyśmy znając naszego austryjackiego żołnierza, jednego z najpierwszych w Europie - rokowali zwycięztwo.. a tu..

- Rzeczy są bardzo dziwne w istocie, odezwał się Pilawski powoli - ale wyznaję, że nie wiele się znam na wojennych sprawach. Słyszałem tylko to zdanie, które się dziś właśnie sprawdzić może, iż nie żołnierz, ale dowódzcy i naczelnicy stanowią o wojny losie...

Żelazowski popatrzał mu bystro w oczy - i - zamilkł, czuł, że tamten miał słuszność, choć - jak powiadał skromnie, na tych sprawach się nie rozumiał....

- Pan wprost z Warszawy? począł z innej beczki.

- Tak jest, rzekł Pilawski krótko.

- Pan zawsze mieszka tam?

- Prawie ciągle - odparł obojętnie badany - odbywam jednak dosyć często podróże.

Żelazowski, który raz w życiu tylko puścił się do Londynu na karsa - dla studjowania koni i bardzo był dumnym z tej wycieczki, mniej pospolitej - spytał dosyć niezgrabnie. Był pan w Londynie?

- Bywam tam parę razy do roku.

- Parę razy? powtórzył Żelazowski - to pan chyba ma tam interesa?

- Mam je w istocie.

Surwiński słuchał i notował. Nie wydało to mu się wcale dziwnem, że taki pan hrabia - miał interesa w Anglji, teraz w ogólności im kto jest większym panem, tem więcej i rozleglejsze musi mieć interesa... Panowie idą na wyścigi z bankierami. Potwierdziło więc to jeszcze domysły pana Karola, a Żelazowskiemu też dało wysoką opinję o człowieku. Hrabia był - po za turfem bardzo pospolitym i niezręcznym - a w rozmowie nigdy nie umiał przejścia złagodzić, ozwał się więc dość nietrafnie. Lubi pan konie?

- Dosyć - rzekł uśmiechając się Gabryel.

- Bo to moja passja - odparł hrabia.

Nastąpiło milczenie.

- Jak się panu nasz kraj podoba?

- Pod względem malowniczym, bardzo! rzekł Pilawski.

- A z innych? wtrącił Grejfer.

- Poznać go nie miałem sposobności.

Znowu przerwa. Rozmawiać pragnący spoglądali po sobie. Jakoś nie szło.

Oczyma badano pilnie przybysza i nie było nikogo, ktoby mu nie oddał sprawiedliwości, iż z nich wszystkich najbardziej chic wyglądał... Ubrany był z wielką prostotą i smakiem, wedle wszelkich prawideł mody - zazdrościli mu wszyscy. Zaproszono go do gry, wymówił się, że nie ma zwyczaju grywać, z kieliszkiem obchodził się nader obojętnie. Grejfer, który znał wiele osób w Warszawie, wrzucił parę pytań o hrabinej z Willanowa i o hrabi... o księciu, o panu tym i owym, badając czy ich znał p. Pilawski, - wszyscy oni byli mu choć z nazwisk i stosunków znani, o wszystkich wiedział gdzie się obracali, kto wyjechał, kto był na wsi, ale nie chwalił się bliższemi stosunkami. Surwiński słuchał bacznie, a ubolewał w duchu, iż niedyskrecją popełniono. Zaczęto naostatek mówić o zabawach, o pikniku projektowanym, o urządzeniu go, Pilawski tym czasem wpadł na Dr. Werter'a... i rozpoczął z nim nudną rozmowę jakąś o historji naturalnej.

- To jakiś literat - rzekł Żelazowski pocichu.

- Co nie przeszkadza, żeby nie miał być... wysokiego rodu, dorzucił uparty Surwiński, teraz wszyscy niemal książęta są historykami, archeologami, poetami lub artystami..

Dobra część wieczora upłynęła.. wszyscy niemal z kolei ocierali się o przybyłego, każdy uznawał że ma do czynienia z dobrze wychowanym i niepospolitym człowiekiem - po nad ten ogólnik nie wybrnął nikt.

- Il est diablement boutonne! dokończył po cichu Żelazowski - djabli też go wiedzą co za jeden.

Ku jedenastej towarzystwo się powoli wysuwać zaczęło, Surwiński który na ofiarę swoją miał oko, widząc że się Gabryel wymyka, wziął za kapelusz, aby go przeprowadzić nieco.

- No - i cóż pan mówi o naszem towarzystwie? zapytał wychodząc na ulicę..

- Bardzo miłe i dystyngowane! odparł Pilawski...

- No - ludzie i ludziska! westchnął pan Karol zwyczajnie u wód; zbierana drużyna.. ale to poczciwe z kościami...

Nie było na to odpowiedzi - szli jeszcze chwilkę razem, potem pan Karol na dobranoc zdjął kapelusz, a p. Pilawski powrócił pod Różę.

Nazajutrz na deptaku opowiadano sobie o panu Pilawskim, którego nazwano Warszawiakiem, zdanie powszechne było, iż młodzieniec jest dobrze wychowany i - jak się zdawało majętny... Co się tyczy rodziny, nikt o żadnych Pilawskich nie wiedział. Na składkę dał obficie złotem...

- A kto go tam wie! rzekł z cicha hr. Żelazowski, może to w istocie magnat jakiś incognito!

 

Gdy panu Surwińskiemu tak się szczęśliwie powodziło, z drugiej strony pracowała zacna pani Hercegowińska nad zjednaniem sobie bliższej znajomości z panią Domską, ale tu szło nie równie trudniej. Na przechadzkach używała wszelkich środków, przysiadała się na ławkach, znajdowała na najodludniejszych uliczkach. W kaplicy starała się swą pobożnością zwrócić uwagę i zakrystyjnemi znajomościami. Opiekowała się widocznie chłopcami służącemi do mszy, bukietami na ołtarzu, krzesełkami, to wszystko jednak nie zbliżyło ją do pani Domskiej, która nie zdawała się nawet widzieć kościelnego gospodarstwa całą zatopiona w swej książce... Szczęściem dla wdowy poleconą jej została składka na dokończenie posągu matki Boskiej, do którego pomysł dał był Grottger.. Miała więc powód odwiedzieć te panie, zajrzeć w ich mieszkanie, przekonać się z otaczających drobnostek... czem, kim by one być mogły, a wreszcie, wejść w rozmowę i znajomość zużytkować później dla zbliżenia się.. Na dnie powszednie wdowa, ubierała się tak niepozornie, tłomaczyła to wielka pobożność a, jak ludzie mówili wielkie skąpstwo. Na ten raz wszakże musiała wystąpić, aby jej za lada kogo nie wzięto. Nie wypadało też iść samej, a nikt tak dalece nie ofiarował się towarzyszyć i musiała sobie zamówić siostrzeńca który był uszczęśliwiony tem; gdyż zdala widziana panna Elwira, potężne na nim uczyniła wrażenie. O naznaczonym dniu i godzinie Porfiry długie blond włosy ułożył z największem staraniem, ubrał się w wiedeński swój surdut (był to ulubiony jedynak) poświęcił nowe rękawiczki, wdział najkrochmalniejszy kołnierzyk i poszedł ofiarować rękę ciotce, która miała na sobie suknię czarną jedwabną, szal koronkowy dawny ale wspaniały, złoty zegarek u paska i kapelusz ad hoc odnowiony. Wyglądała też wspaniale...

Siostrzeńcowi zapowiedziała wdowa pod grozą gniewu, ażeby się do rozmowy nie mięszał, siedział skromnie i nie okazywał zbytniej, nieprzyzwoitej ciekawości. Godzina była dobraną tak i obrachowaną, ażeby te panie znajdować się musiały w domu. Pani Hercegowińska weszła majestatycznie, sznurujące usta i miodowym głosem, którego tylko przy pierwszych znajomościach zwykła była używać - odezwała się:

- Panie mi darują, że się ośmielam.. Jestem prezesowa Hercegowińska z Krakowa.. Celem mych natrętnych odwiedzin jest pobożny uczynek.. do którego my tu fundatorki posągu N. Panny.. wszystkie pobożne panie wzywamy - panie mi darują.

Pani Domska spojrzała na córkę, która pobiegła po woreczek. Przepraszam, że siądę chwileczkę - dodała wdowa.. jestem słaba trochę, a dziś po tej słocie prawdziwy upał.

- Bardzo gorąco - odezwała się pani Domska.

- Jakże pani wody służą? zagadnęła wdowa - prawda że miejsce ciche..... spokojne, miłe...

- A tak... tak jest.. potwierdziła gospodyni.

W tej chwili nadeszła Elwira z woreczkiem, który podała matce.. Pośpiech ten nie był na rękę ciekawej, udała więc, że nie widzi nic i spiesznie rozpoczęła rozmowę:

- Panie tu, jak widzę i obserwuję - nie mają znajomości, to dosyć.. nudno...

- Moja matka, przerwała Elwira, którą Porfiry pożerał oczyma pochyliwszy się aż na krześle i nieco nieprzyzwoicie otwarłszy usta.. - moja matka słabą jest i nie mogła by nawet mając je - korzystać ze znajomości.. ja zaś - bardzo lubię samotność.

- Znamię to pięknej, chrześciańskiej duszy, dodała wdowa, lecz i ludzie, zwłaszcza w młodości potrzebni.

- Zwłaszcza - wmięszał się niezręcznie Porfiry, który chciał dowieść iż gada - zwłaszcza że tu mamy towarzystwo bardzo, bardzo piękne! Pani hrabina Parczewska, pani baronowa Ormowska ze swemi kuzynkami i.....

Ciotka surowo sznurując usta spojrzała nań i - zamilkł nagle zarumieniony..

- Panie - zdaleka? spytała wdowa.

- My - z Berlina.. odpowiedziała Domska.

- To jest z Poznańskiego - wytłomaczyła prezesowa.

- Nie - pani - mieszkamy w Berlinie.

- Tego ja nie pojmuję jak można żyć w protestanckiem mieście, podchwyciła wdowa.

- Ale my tam mamy kilka kościołów.

- Zawsze to atmosfera inna - westchnęła wdowa.

Porfir się wyrwał nie zbyt szczęśliwie:

- O! atmosfera w Berlinie.. atmosfera.. węglista... pełno kominów... i dymu..

Nikt się nie rozśmiał, ale ciotka surowo spojrzała, młodzieniec chrząknął i umilkł.

- Może - gdy mam tę przyjemność zbliżenia się, dodała lekko poruszając się ale nie wstając, jestem ciekawa indygatorka, mogłabym tu czem służyć i być pomocną - zainformować? Ja od lat trzech z ordynacji naszego zacnego Doktora Dietla jeżdżę do Krynicy, i jestem tu jak w domu... wiem, znam doskonale.... Gdybym w czem paniom usłużyć mogła?

Domska skłoniła się grzecznie.

- Wdzięcznie pani za jej uprzejmość dziękuję - rzekła, ale my tak mało potrzebujemy.

To mówiąc, i jakby dając do zrozumienia, że dłużej zatrzymywać jej nie chce, gospodyni podsunęła papierek... prezesowa była zmuszoną przyjąć go i nie mając już najmniejszego powodu pozostawania dłużej, podniosła się z krzesła. Za nią powstał Porfiry, chrząkając napróżno, dla zwrócenia oczów panny Elwiry i - tryumfalnie wyszli. W korytarzu pani Hercegowińska przekonała się, iż ofiara była wcale znaczną... ale mimo to kwaśna zeszła ze wschodów... Niezadowolenie spadło na młodzieńca, który dostał burę.

- Że też ty zawsze nic do rzeczy odezwać się musisz.

- Proszę cioci prezesowej - w czem, nic do rzeczy?... Przecież musiałem zagadać... myśleliby żem niemy, proszę cioci.

- A więc będą myśleć żeś... - niedokończyła prezesowa i spojrzawszy nań surowo, poszła przodem.

- Czy ciocia może każe sobie towarzyszyć? spytał młodzian, pragnący zmienić jedynaka na skromniejsze ubranie.

- Idź sobie do domu... Pocałowawszy w rękę, którą mu niechętnie podano, nieszczęśliwy młodzian, westchnął i poszedł pod Wielbłąda.

 

W tych dniach towarzystwo Krynickie niespodzianie pomnożyło się jeszcze o kilka osób. Najmilszą wszakże niespodzianką było przybycie pani hrabiny Emilji Palczewskiej, o której wspomniał był już pan Porfiry. Krynica nigdy jej się spodziewać nie mogła, była to bowiem jedna z tych pań słynnych z piękności i elegancji, które tylko wody nadreńskie zaszczycają obecnością swoją. Wdowa od lat kilku, dwudziesto kilkoletnia, bogata, piękna, dowcipna, ożywiona, nawykła do rozkazywania, rządzenia, a namiętnie potrzebująca rozrywki hałaśliwej i coraz nowej - pani Palczewska przynosiła to z sobą, to czego właśnie brakło dotąd - ruch, wesołość i życie. Wszyscy ją znali w Galicji, i ona też znała wszystkich... kochali się w niej, kto ją tylko zobaczył; ona się z nich najotwarciej śmiała. Mówiła naprzód, że za mąż iść ani chce, ani myśli, a jeźli by miała tę niedorzeczność popełnić jeszcze raz w życiu, dobierze sobie tego kto się jej spodoba... do kogo się chyba namiętnie przywiązać potrafi. Wszystkie próby podobania się fantastycznej pani, dotąd się zupełnie nie wiodły... żartowała sobie... pozwoliła palić ofiary, składać hołdy i nie odpychała adoratorów, ale nie ośmieliła żadnego. Dwór był zawsze wielki, kto niechciał nawet iść za wozem tryumfatorki, zmuszała go, ale wszyscy starzy wielbiciele i nowo zaciężni, służyli tylko do zabawy. Pani Emilja potrzebowała się bawić. Dom był otwarty, na wielkiej stopie, wytwornie utrzymywany, stół doskonały, gosposia wesoła, towarzystwo zawsze nastrojone na ton pani domu.. nikt się też od służby nie wymawiał... Dla przyzwoitości miała pani Palczewska przy sobie panienkę sierotę, milczącą, skromną, cichą, nie zawadną, posłuszną, - która zwykle siedziała w oknie z robotą, nalewała herbatę, smarowała chleb i nie mięszała się do rozmowy. Pomimo wesołości panującej w domu, nieszczęśliwą dosyć wydawała się ta sierota... twarz nawet miała pochmurną i byłaby jej może nie ścierpiała pani Emilja, gdyby cichość a powolność panny Salomei nie nadawała jej ceny. Równie potulnej ofiary trudno było wyszukać. Wspaniały kamerdyner, siwy, poważny mężczyzna, który od rana chodził we fraku, dwie garderobiane, kilku lokajów, składali resztę dworu hrabiny. W Krynicy zajmowała domek osobny cały, i ten zaledwie jej wystarczał.. Przybywszy, natychmiast posłała po listę gości, kazała pannie Salomei spisać znajomych i ich adresa, znalazła Krynicę, do której zawitała po raz pierwszy, bardzo parafjańską - ziewnęła parę razy, wyjrzała oknem i zawołała:

- A! przeklęci prusacy! niepodobna było jechać pod wojnę, i niepodobna było siedzieć w domu.. a tu... tu, dopiero się znudzimy!!

W pół godziny przyleciał dowiedziawszy się o hrabinie pan Stanisław Greifer, w trzy kwandranse Żelazowski. Obu im niezmiernie rada była, prosiła tegoż dnia na herbatę, kazała sobie kronikę miejscową opowiadać, zapowiedziała im, że pod karą gniewu powinni ją starać się bawić, bo inaczej umrze... napaplała i naśmiała się... rozdysponowała jednak swym zwyczajem wszystko jak najporządniej i wypędziła gości - postanowiwszy się ubierać jak tylko panna Salomea oznajmi, że tłomoki rozpakowane.

Greifer i hr. Żelazowski wyszli uszczęśliwieni.

- Teraz to się Krynica ożywi! rzekł pierwszy, bo nie znam kobiety na świecie, któraby lepiej rozruszać umiała. Zdaje się, że umarłego by z grobu wyciągnęła, gdyby wiedziała, że ją zmartwychwstanie zabawi.

- Kobieta co się zowie! odparł Żelazowski - tylko to bieda, że ot tak młode lata trwoni, a pociechy z niej nikomu nie ma... Człowiek uczciwy ożeniłby się i byłby szczęśliwy.

- No - ożenił się - to pewna, ożeniłby się każdy kogo by zażądała - rzekł Greifer - ale czy by był szczęśliwy to pytanie. - To hic mulier...

- Piękna, rozumna i bogata! Czegóż ty jeszcze chcesz? spytał hrabia.

- Nie, tylko żeby była dobrą.

- Złą nie jest przecież.

- To pewna - ale dobra... tylko dla siebie... a to jej odejmuje cały wdzięk kobiecy... wkracza w atrybucje mężczyzny, jest - egoistką.

- Jaki ty jesteś dowcipny, dalipan! rozśmiał się hrabia - pierwszy raz gdy źrebięciu trzeba będzie dać nazwisko, będę się ciebie radził.

Greifer ruszył ramionami. - Wiem że może tego jednego nie potrafię. To wasza rzecz... Źrebię musi się nazywać po angielsku - a ja oprócz Goddam nic nie umiem...

Rozeszli się w swe strony panowie i po Krynicy gruchnęła zaraz wieść o przybyciu hrabiny Palczewskiej. Był to ważny wypadek. Ona jedna z tych wszystkich co tu przybyli dotąd - mogła przyjmować, nie potrzebowała się oszczędzać i niosła z sobą zamiast choroby - wesele. - Następujący piknik obiecywał być bardzo świetnym, ale zarazem młodzież z przybyciem królowej dostrzegła, iż dla niej - wszystkiego tego co przygotowano dotąd, było za mało... Hrabina była przywykłą do czegoś lepszego, wytworniejszego, a nie rozumiała co to jest - niemożliwość. Jej zdawało się zawsze, iż czego ona chciała, co jej było miłe i potrzebne, to - bądź co bądź - musiało jakimkolwiek kosztem stawić się na zawołanie. Mężczyznom szczególniej nie przebaczała, nawet tego wyrazu - niemożliwe.

- Gdybym ja była mężczyzną, mówiła - wykreśliłabym go z mojego słownika... Nierozumiem niepodobieństwa... Wola powinna wszystko zwyciężyć.

W godzinę wiedziała już nietylko o pikniku, ala o sali w której się miał odbywać, i o niegodziwej w niej posadzce. Zawyrokowała zaraz - Zła? to ją odmienić! - Tu w Krynicy? - No - to ją sprowadzić - Ale zkąd? - Zkąd? choćby i z Wiednia, z Pesztu, z Paryża, a mnie co do tego?

Taką była we wszystkiem... pani Emilja.

Przyjazd jej poruszył, ożywił, zakłopotał panów i panie, - czuli wszyscy jakby przybycie królowej, przed którą stanąć należało do popisu. Miała hr. Palczewska ten szczególny dar i niesłychaną pamięć, iż ją najmniejsza rzecz i najdrobniejszy człowieczek obchodził; o wszystkiem i wszystkich wiedzieć musiała, zobaczyć - zbliżyć się. Ktokolwiek z nią sam nie zrobił znajomości, tego zmusiła do zapoznania się, idąc śmiało pierwsza przeciw niemu.

Wieczorem już nietylko Grejfer i hr. Żelazowski, ale wszyscy niemal wydatniejsi panowie, znaleźli się na herbacie. Dom był jeszcze nie urządzony, sprzęty kuchenne zaledwie rozpakowane, lecz że kuchnia i furgon przybyły dniem wprzódy, herbata znalazła się podana wykwintnie i ze wszystkiemi specialikami, jakich tylko Krynica dostarczyć mogła. Wprawdzie w saloniku firanek jeszcze nie było, bo te które zastała, znalazłszy obrzydliwemi, kazała natychmiast zrzucić, woląc żadne niż brzydkie - a nowych jeszcze nie sprowadzono - lecz mimo to wesoło było, szumno, ochoczo i jak zwykle wrzawliwie. Oprócz mężczyzn, przybyła baronowa Ormowska, dawna, dobra i serdeczna znajoma, można powiedzieć przyjaciołka hrabiny. Zbliżyły je temperamenta - potrzeba rozrywki i wesołości jednakowa. Różnicę tylko stanowiło: iż hr. Palczewska była czasem złośliwą i gdy bardzo jej brakło zajęcia, gotowa była bawić się cudzym kosztem, i choćby miała usnuć intryżkę, lecz gdyby ta, uchowaj Boże, na krzywdę czyjąś wyjść miała, wolała wówczas siebie poświęcić, niż narazić niewinnych... Lucia i Musia... baronowa, hrabina śmiały się już i trzepiotały od godziny, gdy goście schodzić się zaczęli.

Przyszedł i Surwiński, którego natychmiast pochwyciła gospodyni.

- A to dobrze, że pan tu jesteś! mianuję pana moim ministrem policji i płotek. Mów mi pan zaraz: kto jest - co robią... i jeśli co tajemniczego już złapałeś... podawaj na stół gorąco...

Pan Karol mimo uśmieszku stał się poważnym:

- Niech no się pani hrabina rozpatrzy...

- Słyszałam żeś pan tu odkrył jakąś znakomitość incognito... Proszę mi ją co najprędzej pokazać, zaprezentować, a jak ja wezmę na konfesatę, dobędę z niego... no zobaczysz...

- Ani wątpię, że przed takim spowiednikiem, do wszystkich przyzna się grzechów... zobaczy go pani... chociaż - dziczek...

- Jakto, dziczek?

- Stroni, szczególniej od kobiet... nie bywa nigdzie, nie zaznajamia się i oprócz pani Domskiej...

- Jakiej pani Domskiej? podchwyciła hrabina - co to jest pani Domska?

- Jakaś jejmość z córką z Berlina.. zapewne z Wielkopolski - przemówiła baronowa. Matka chora, córka choć młoda i ładna, unikają widocznie ludzi...

- Jakże to wygląda? zapytała hrabina.

- A, bardzo przyzwoicie, rzekła Ormowska - znać osoby majętne... no, i dobrze wychowane, ale nie wszyscy są do ludzi i towarzystwa stworzeni.

- O! moja baronowo - zaprotestowała gospodyni, proszęć tego nie mówić! a do czegoż ludzie stworzeni? Sami żyć niepotrafią - z aniołami nie każdemu wolno, djabły już po ziemi nie wędrują... Wszyscy powinni żyć w towarzystwie i udzielać się mu. To darmo! o! to darmo.. Ale - zwróciła się do pana Karola - cóż tedy ów tajemniczy wasz wielki człowiek? Co to może być?..

- Jestem na drodze.. to się odkryje - szepnął Karol.

- Ależ przecie się jakoś nazywa?

- Niby to ma nazwisko... ale on do niego, a ono do tego co je nosi niepodobne. Dość spojrzeć na niego a można być pewnym, iż to nie może być żaden pan Piławski.

- Piławski i powiadasz zkąd? z Warszawy? Ale bo pozwól panie Surwiński, powiedzieć sobie - jabym na waszem miejscu dawno do Warszawy napisała i miała już wiadomość o nim. Każdy ma znajomych, cóż łatwiejszego. i

- Ja to już zrobiłem... rzekł cicho Karol - mam właśnie towarzysza szkolnego i wojskowego w jednym biurze, człeka co doskonale zna towarzystwo całe, da mi wiedzieć. Proszę pani hrabiny wygląda jak Antinous.. twarz arystokratyczna - wychowany jak udzielny książę mówi wszystkiemi językami.. spędził część życia w Anglji, - rysuje, muzyk, literat... widać po nim że bogaty - możeż to być taki jakiś nieznany Piławski.

- A no, może, odparła gospodyni - ty, kochany panie Surwiński, znasz świat jakim był przed laty trzydziestu.. Dziś ludzie, okoliczności, wynalazki i rożne innowacje, do góry nogami go przewróciły. Naprzód, proszę cię, tyle bogatych żydów się ochrzciło.. a to są ludzie i majętni i wychowani jak lordowie.. no - i arystokracja przecież.. Genealogiczne ich drzewo starsze pono od wszystkich naszych. Powtóre, teraz maleńcy ludzie robią majątki jak na drożdżach.. a do majątku dzieciom dają wychowanie...

- Wszystko to prawda - odezwał się Surwiński, ja może jestem stary i uparty, ale mnie się widzi że zawsze rasa rasą. Nie mówię o żydach, bo w tych też rasa widoczna, ale i owi dorobkowicze proszę pani, dorobili się wielu rzeczy, nawet dowcipu i wychowania, a nóg i rąk muszą czekać do czwartego pokolenia..

Hrabina się rozśmiała.

- Nie masz słuszności, bo jabym ci po wsiach pokazała takie rączki i nóżki wypukłe...

- Po wsiach... potrząsł głową p. Karol - proszę pani.. ale tego jakoś mi mówić nie wypada..

- Ja się domyślę.. dokończyła pani Palczewska, daj już pokój, nie ma istoty upartszej nad doktrynera i teoretyka..

Pan Karol zamilkł. Goście się też schodzić zaczęli. Piękna gosposia zabawiała ich, witała, śmiała się, a że Pilawski był na stole zagadywała niemal każdego o tego nieznajomego. Ruszali ramionami, nikt tak dalece nic odpowiedzieć nie umiał.

- No - a ja do trzeciego dnia! zawołała - poznam, wyspowiadam i co chcę wiedzieć będę. Wy bo nic nie umiecie, i niczego nie jesteście ciekawi, a wiedzcie panowie, że kto nie umie być ciekawym ten szczęśliwym być nie może. Ciekawość jest pierwszym stopniem do szczęścia, nie do piekła... Kto nie ciekawy, żyć nie wart...

Rozmowa ożywiona wielce ciągnęła się wieczór cały.. Gdy nareszcie goście rozchodzić się zaczęli; a hrabina poszła się rozbierać znużona, aby co prędzej paść na łóżko; wiedziała już o Krynicy więcej, niż ci co w niej byli od paru tygodni..

 

Nazajutrz w bardzo miluchnym i świeżym stroju porannym, z nieodstępną swą milczącą towarzyszką panną Salomeą, hrabina wyszła do zdroju. Ranek był, jakby naumyślnie dla niej piękny, ciepły, jasny, rezeda przed oknami doktora Zieleniewskiego rozlewała woń orzeźwiającą, muzyka grała drzemiąc jakąś skoczną polkę, w kaplicy dzwonek się odzywał na pierwszą mszę poranną - ze słońcem wracało na twarze jeśli nie wesele, (bo wypadki wojenne zasępiały czoła), to przynajmniej jakaś do życia ochota. Wszyscy w wielkim komplecie stawili się wcześnie, jedni aby hrabinę zobaczyć zdaleka, drudzy aby się zbliżyć do niej i przemówić. Otoczona ciągle trochę naprzykrzonym dworem, który się wprawdzie przemieniał, pani Palczewska nie zdawała się ani zmordowaną, ani zniecierpliwioną. Żywe jej oczki szukały w przechodzących nieznajomych twarzy i postaci, ażeby się zaraz o nie dowiedzieć i zapamiętać. Pamięć miała tak szczęśliwą, że raz widzianą twarz wraz z nazwiskiem, wszystkiem co do niej należało, choćby w lat kilka przypomniała jakby ją dopiero wczoraj pierwszy raz zobaczyła. Die minores nie bardzo ją obchodzili, ale co tylko z pozoru zdawało się należeć do lepszego towarzystwa, to wszystko znać i przyciągnąć do siebie musiała. Tego dnia jako Cicerone funkcionował przy niej pan Grejfer i nieodstępnie szedł za nią. Odwracała się do niego ilekroć potrzebowała informacji. Dwa razy już niecierpliwie trochę spytała o nieznajomego, który się dotąd nie ukazywał, gdy pan Karol przystąpił i oznajmił iż korzystając z pięknego poranku, ów pan Piławski wybrał się na chłopskim wózku do Żegestowa, dla zwiedzenia okolicy słynącej ze swej piękności... Namarszczyła brwi tupiąc nóżką pani Palczewska zagryzła usta, nie odpowiedziała nic, ruszyła ramionami i szła dalój, Jakby chcąc wynagrodzić ten zawód p. Surwiński ukazał zdala przesuwającą się panią Domską z córką. Obie szły odosobnione, ubrane bardzo skromnie, ale z takim smakiem i świeżością, iż strój ich zaciekawił hrabinę, która manewrowała, aby się przybliżyć i lepiej tym paniom przypatrzeć.. Egzamen ten dozwolił jej poufnie zawyrokować, iż panie należały do dobrego towarzystwa niezawodnie. Pozazdrościła nawet Elwirze zarzutki fantastycznej i z wielkim smakiem przybranej. Parę razy zachodziła im drogę, aby Elwirze się przypatrzeć - i - przyznała że jest piękną. Ranek ten zresztą zszedł na rozprawach o przyszłym pikniku i na roztrząsaniu nowin z placu wojny, które się przesadzonemi i nieprawdopodobnemi wydawały. Hrabina odbywszy przechadzkę po pagórkach zmęczona, zawiedziona powróciła na śniadanie do domu z panną Salomeą. Nie taiła się przed nikim, iż Krynica wydawała się jej straszliwie primitive.

- Wiem że mi to za złe mieć będziecie, iż swoje wody mi nie smakują, zawołała śmiejąc się do Ormowskiej, którą spotkała prawie w progu i zabierała z sobą - ale ja wyjeżdżając się rozerwać, chcę się zabawić a nie zmęczyć, tu ani wygód, ani zabaw, dziko pusto... smutno i... ale milczę.

Zaledwie zasiadły do śniadania, hrabina która miała parę koni własnych, odezwała się - a gdybym kazała zaprządz i.. żebyśmy pojechały na obejrzenie okolicy, naprzykład - do Żegestowa.

- A, proszę pani, zaśmiała się Lucia - czy pani myśli jechać powozem! rosłemi końmi - do Żegestowa..

- Albo co? odezwała się hrabina.

- Nic, tylko, że drogi nie ma - odparła Ormowska - jedzie się drożynami, ścieżkami, po nad urwiskami, po kamieniach, przez potoki, tak że często i wozem przerznąć się trudno.. koczem ani myśleć..

- A! a! łamiąc ręce zawołała hrabina - a przecież ludzie się tam dostają.

- Tak! ludzie, co się niczego nie boją i żadnych nie potrzebują wygódek - my zaś, nieszczęśliwie popsute istoty.. musimy pilnować szosy i wielkich gościńców. Szkoda, bo mówią że Żegestów bardzo ładny.. i zwiedziłybyśmy kawałeczek Węgier... bo to nad samą granicą, a wracać można przez madziarskie kraje.

- Ja zawsze mówię, że kobietą być najnudniejsza rzecz w świecie - westchnęła hrabina - moja baronowo, dodała - co wy tu z dniem robicie? Wstajecie tak rano, dzień bez końca! a w Krynicy po deptaku się kręcić od rana do wieczora nie zabawnie.. chcieć nawet plotkami żyć, to się we dwadzieścia cztery godzin wyczerpią.. nauczcież mnie jak sobie dajecie rady?

- Zgadzamy się z położeniem, poczęła baronowa, - ja naprzód mam jeden wielki resurs, którego ty nie masz. Mam nawet, szczerze powiedziawszy, dwa... naprzód w słotę godzinami kładę pasianse....

- Horreur! przerwała wtrącając się Palczewska..

- Powtóre gderzę na Lucię lub Musię naprzemiany..

- Gdybym gderać zaczęła - odezwała się hrabina, mając jedną Salomeę i tak dosyć kwaśną, entre nous soit dit, zamęczyłabym ją prędko.. ale powracam do zadania, jak dniem rozporządzacie?

- Ja jestem tego przekonania, że jak najmniej planów robić należy - rozśmiała się stara baronowa, jest i bez tego dosyć niewoli w życiu, ażeby jej sobie jeszcze samemu przyczyniać. Wstajemy rano, pijemy wodę, chodzim, jemy obiad, chodzimy znowu, ziewamy.. pijemy herbatę. Jeśli jest co, to mi Lucia i Musia czytają, a potem - spać, doktór się każe kłaść wcześnie.

- To jest rzecz okropna - dodała hrabina - iść razem z kurami, do snu, - parafjaństwo i nudziarstwo.. Ja zaczynam żyć wieczorem.

- Ale u wód?

- Któż inaczej pije wody jak dla zabawy? A potem, zawołała hrabina - woda krajowa, galicyjska, cela n'est pas serieux.. Smak wprawdzie ma atramentowy, ale pewna jestem, że doktór Zieleniewski kałamarze w niej płucze.

Śmieli się wszyscy.. przeszło tak śniadanie, hrabina poszła się ubrać, a nad wieczór z Ormowską, umówiły się iść na przechadzkę, gdzie tylko było można... choćby w lasy i po najsroższych, najeżonych kamieniach.. baronowa choć jej było ciężko, w wesołem towarzystwie wszystko znieść była gotową.. Dzień tak pięknie dopisał, iż do wieczora chmurki na niebie nie postrzeżono, wybrały się więc pod wieczór przez wieś na drogę ku Muszynie. Ormowska, hrabina, panna Salomea, Lucia i Musia, a w straży bezpieczeństwa Grejfer, który nie mając co robić, myślał się zakochać w hrabinie i hr. Żelazowski. Pan Karol, któremu nie dano znać, pracował w Krynicy samej nad nowemi, jakiemiś odkryciami..

Na drodze ku Muszynie i Żegestowa przechadzka dosyć jest smutna z razu, droga niewygodna, a niedaleko od wsi strumień zagradza pieszym dalszą wycieczkę, nie zawsze wprawdzie wezbrany, na teraz jednak po deszczach groźny... Panie szły powoli - hrabina co chwila szeptała - jeżeli też to ładne - jeżeli to ładne! Już miano zawracać gdy chłopski wózek od strony Żegestowa się ukazał. Na nim z cygarem w ustach, w podróżnym stroju bardzo i nadto podobno eleganckim, siedział pan Pilawski. Jak na bohatera romansu, który po raz pierwszy zjawia się oczom ciekawej kobiety, przedstawiał się wcale niekorzystnie, bo i ubiór i on od pyłu ucierpieli, i na wózku nie wygodnym uczepiony nie wydawał się malowniczo.. Hrabina jak tylko jej podszepnięto, a raczej gdy się domyśliła, że to jest ów nieznajomy, żywo zawołała do Grejferta. Rozkazuję panu, zaczep go, ściągnij i zrób tak, ażeby poszedł z nami. Każę - proszę - nie słucham wymówki!

Grejfer parę kroków naprzód pospieszył. Właśnie Pilawski się wpatrywał w idące panie, gdy pan Stanisław wyprzedziwszy je, bez namysłu do wozu przystąpił. Widział parę razy i mówił z Pilawskim, nie ryzykował więc wiele zaczepiając go. - A potem u wód!!

- Dobry wieczór panu - słyszeliśmy, żeś jeździł i wracasz z Żegestowa?

- Tak jest, odezwał się Gabriel.

- A! zmiłujże się pan, bądź tak grzecznym, zsiądź i powiedz tym paniom jak zła jest droga.. bo mnie wierzyć nie chcą.. i hrabina gotowa się wybrać koczem, gdzie wóz ledwie się przeciśnie.

Nie drożąc się z sobą pan Gabriel zeskoczył z wozu, zapłacił woźnicę i odprawił, a sam otrzepując się nieco z pyłu, gotował się iść na rozkaz Grejfera ku tym paniom..

Hrabina tym czasem jak wojak na nieprzyjaciela z którym ma walczyć, otworzyła oczy ciekawe, badając każdy ruch nieznajomego.. Od razu powiedziała sobie - Il est des nôtres. - Twarz z resztą wydała jej się bardzo sympatyczną, i nim się zbliżył, szepnęła baronowej Ormowskiej do ucha - bardzo ładny chłopiec.. Stara baronowa nieznacznie lornetowała go już także z ciekawością wielką, uśmiechnięta - i odparła - Tr?s comme il faut - i bardzo wdzięczna twarz..

Grejfer już go prowadził - szczęściem dla mnie, odezwał się - nadarza się nam właśnie pan Pilawski, którego mam honor paniom zaprezentować. - Wraca z Żegestowa i świeżą jeszcze mając pamięć podróży, poświadczy do jakiego stopnia ona jest niewygodną, powozem niemożliwą.. a dla pań męczącą...

Pilawski kłaniał się i dodał zaraz - mogę najzupełniej potwierdzić określenie pańskie i radzić przynajmniej kto chce Żegestów zwiedzić.. wybrać się na cały dzień, wózkami tutejszemi... Część drogi przejść piechotą.. jechać powoli - kraj jest piękny, okolica wielce malownicza, sam Żegestów ze swym parowem, z przechadzką.. ze źródłem, bardzo oryginalny... lecz dla pań...

- Dla nas, podchwyciła żywo hrabina patrząc w oczy Gabrielowi, jakby go od razu podbić chciała, dla nas powinieneś pan wiedzieć - niebezpieczeństwo jest zachętą.. trudności do przebycia pociągającemi.. a kto skazany został na Krynicę kilkudniową, i co dzień na Jaworzynę jeździć nie może, musi przecież szukać rozrywki...

- Zgadzam się na te prawdy, śmiejąc się rzekł Gabriel, ani radzę ani odradzam, jestem prostym powołanym świadkiem i przynoszę zeznanie jak do sądu przysięgłych..

Hrabina popatrzyła nań z widoczną obawą, ażeby się rozmowa nie zerwała zbyt prędko.

- To nie dosyć - poczęła zaraz - czekaj pan, sąd ma prawo badać świadków.

- Słucham zatem..

- Jadąc powoli, idąc potroszę, bałamucąc po drodze, zabawiwszy nieco w Żegestowie, możemyż powrócić tego samego dnia do Krynicy?

- W najgorszym razie, choćby się nieco opóźniło - byle pogoda, mamy księżyc.. więc.

- Czekaj pan jeszcze - dodała hrabina - niemam przyjemności znać pana, jestem zmuszona wśród drogi sama mu się zaprezentować.. i z góry zapowiedzieć, że jestem despotyczną i samowolną - potem już go nie zdziwi, że pierwszy raz widząc pana, z prawa jakie kobietom służy, szczególniej na takiej pustyni, zamawiam sobie żebyś - w przypadku wycieczki do Żegestowa, jako doświadczeńszy od tych panów, służył nam za przewodnika..

Pilawski popatrzał, rozśmiał się, dziwnie smutno skłonił i rzekł:

- Spełnię ten rozkaz bardzo chętnie - lecz, że przybory do drogi wymagać będą może czasu, radbym wiedzieć wcześniej dzień.

- Przybory! przybory do pana należeć nie będą, te hr. Żelazowski i p. Greifer muszą ułatwić, zamówić - urządzić,

- Lękam się tylko, abym położonej we mnie ufności nie zawiódł - rzekł Gabriel, pani dałaś mi przykład szczerości zowiąc się despotyczną, pójdę za nim i przyznam się, że - bywam roztargnionym.

- To nic nie szkodzi - zawołała hr. Palczewska - to bywa zabawnem, a pod te ciężkie wojenne czasy wszelka niewinna - nawet trochę winna rozrywka.. pożądaną.

Grejfer który chciał być dowcipny tanim kosztem, wrzucił - o winną rozrywkę najłatwiej, bo jesteśmy na granicy Węgier i państwa Tokaju..

- A! kalambur! zapłacisz waćpan sztrof drugi raz.. śmiejąc się odparła hrabina, która rozmowę całą zachowała dla siebie. Żelazowski naiwnie śmiał się z dwuznacznika, dziwiąc się jak ten Grejfer był zawsze dowcipny, baronowa Ormowska przypatrywała się Pilawskiemu bardzo, i - szczerze powiedziawszy - panny, choć udawały, że nań niby nie zwracają uwagi, ciągle weń miały wlepione oczy. Cała strategja hrabiny wymierzona była na to, ażeby znaleść jakąś drogę taką.. żeby nieznacznie zasekwestrowanego Pilawskiego pociągnąć do drzwi swego domu - a tam go gwałtem wziąść - na herbatę. Tajemny ten projekt trudny był do wykonania, gdyż droga wiodła około hotelu w którym stał pan Gabriel i z góry można było przewidzieć, że te panie pożegna.. Chcąc spiskować z Grejferem o wynalezienie ścieżki po za wsią przez lasek nad Krynicą, trzeba było rozmowę rzucić.. co było niebezpiecznem. Hrabina zręcznie schyliła się do baronowej i szepnęła - zabaw go pani chwilę rozmową aby nie uciekł, ja mam słówko do Grejfera.. Posłuszna Ormowska, słodkim swym głosem odezwała się:

- Pan dobrodziej z Królestwa?

- Z Warszawy...

- Nie zna pani tam moich krewnych.. P....

- Znam.. zdaleka, pani dobrodziejko - rzekł Pilawski, w towarzystwach bywam bardzo mało. Jestem młody, mam zajęcia, pracuję.

Ormowska miała już na ustach zapytać o rodzaj pracy, lecz zmiarkowała, żeby to było niedyskrecją, podniosła oczy - popatrzała nań - jak się panu kraj nasz podoba? dodała zmieniając rozmowę.

- Bardzo piękny - śliczny.. żywo odpowiedział Gabriel, lecz ja - nawykłem od wielu lat zwiedzać to Anglję, to Belgję, to Niemcy i przyznam się pani, że widok tych stron zasmuca mnie! Jakiż to bogaty materjał leży tu odłogiem? Dla czego nie ma dróg, przemysłu, handlu - zamiast chatek drewnianych, murowanych wiosek.. zamiast nędzy dobrobytu i oświaty..

- Bo - razem wszystko i raptem przyjść nie może - szepnęła Ormowska, ale i to przyjdzie..

- Niestety! tak późno!

W tej chwili hrabina wydawszy rozkazy powracała już, i wcisnęła się do rozmowy, bo po naradzie z Żelazowskim i Grejferem stanęło, że poprobują jakiejś ścieżki gór, i już się nią idący przodem kierować zaczynali - Palczewska wtrąciła:

- O czem państwo mówicie? Ormowska rozpoczęła objaśnienie, gdy na krzyżującej się drodze Pilawski stanął i ujął za kapelusz, aby pożegnać.

- Co to jest? zapytała wesoło hrabina - pan chcesz nam uciekać? Przepraszam, kładę sekwestr. U wód swoboda wielka, proszę do mnie na herbatę, ja się nudzę, rekwiruję pana i nie puszczam...

- Jestem tak po podróżnemu.

- Myśmy podróżni wszyscy, herbata będzie też podróżna. Gabriel skłonił się i nie opierał, w istocie takiej uprzejmości obronić się było trudno i - nieprzyzwoicie nawet tak się z sobą drożyć.

Ponieważ drożyna nie zbyt była wygodną, a cel dla którego obraną została, dopięty, Grejfer zręcznie dosyć znalazł pretekst do zawrócenia ulicą. Hrabina śmiała się, bawiła, dowcipkowała i widocznie kokietowała, zimnego jak anglik młodzieńca, który uśmiechał się wprawdzie, odpowiadał zręcznie, ale ani ożywił, ani po młodzieńczemu nie okazał tego ognia, który zwykle oczy hrabiny zapalały.

W największym rozmowy gwarze.. przechodzili właśnie około hotelu pod Różą. W oknie siedziała panna Elwira Domska, Pilawski się jej ukłonił, ona żywo cofnęła się zaraz.

- Znasz pan te panie?

- Z widzenia i z podróży tylko, której część odbywałem razem koleją, rzekł Pilawski.

- Panna bardzo ładna? dodała wpatrując się w niego badawczo hrabina.

- Bardzo ładna! skłaniając głowę, ale bez żadnego wzruszenia widocznego - powtórzył Pilawski.

- Kto są te panie?

- Doprawdy nie wiem więcej nad to, co tu wiemy wszyscy - są - z Berlina.

- A! jakżeż to pan nieciekawy! zaczęła hrabina, żeby o tak ślicznej młodej pannie nie dowiedzieć się, nie dopytać.

- Nie mam ani do tego daru, ani ciekawości - odezwał się Pilawski - a nadewszystko znajduję, że dopytywanie, dobadywanie najczęściej sprowadza rozczarowanie - po cóż się z tem spieszyć? Wolę sobie roić, zgadywać... i choćby się łudzić.

To wyznanie zastanowiło panią Palczewską, zamilkła chwilę - westchnęła... Rozmowa przeszła na hr. Żelazowskiego i baronową - reszta osób śmiechem i półsłówkami dopomagała... Tak dostali się do domku hrabiny. Stary kamerdyner, znający doskonale obyczaje pani, był najpewniejszym, iż gości na herbatę z sobą przywiedzie. Wszystko więc było przygotowanem, oprócz tego, co panna Salomea miała pod swoim zarządem - a wnijście na próg i rzut oka mógł przekonać Pilawskiego, iż się znajdował w domu zamożnym i wytwornym. Domyślał się tego zresztą... Grejfer, który z pod oka przypatrywał się mu pilnie, wydziwić się nie mógł chłodowi jego i panowaniu nad sobą - ani znać na nim, żeby się z tej znajomości nawet ucieszył.

Nie wiemy, czy pan Gabriel dostrzegł, iż go badać chciano, czy to mu humor popsuło, czy inne jakie wrażenie, to pewno, że zamyślonym był, nader zdala się trzymał i chłodno. Gospodyni wysilała się na rozbudzenie go, na rezkrochmalenie, jak nazywała... lecz napróżno... Może pierwszy raz w życiu spotkała się z tak grzecznym, przyzwoitym, uprzejmym nawet chłodem, zamkniętym angielszczyzną. Co gorzej, pomimo zręcznie rzucanych pytań.. z różnych stron przez baronową, przez nią, przez Lucię i Musię, posiłkująco, podjazdowo - o panu Pilawskim, jego stanowisku, zajęciu... stronie i t. p., nic się dowiedzieć nie potrafiono. O dziesiątej wypuszczono jeńca.

- No! rzekła hrabina w duchu, stojąc przed toaletą i rozpuszczając długie włosy - wielu ich znałam różnych, tak wystygłego, ostrożnego, zbrojnego - nie trafiło mnie się spotkać - w jego wieku to nienaturalne... Widzę z oczów, że to nie temperament, nie natura, ale - sztuka. Ten człowiek jest zagadką... musiał albo cierpieć wiele... lub... nic - nie wiem! przecież to pierwszy wieczór - nie dał się wziąść od razu... trzeba podkopy robić, i oblegać wedle form wszelkich.. a! więc poprowadzimy oblężenie.

 

- Moja dobrodziejko! baronowo kochana.. zawołała wpadając nazajutrz szanowna Hercegowińska do Ormowskiej, zdyszana, zaczerwieniona, przejęta, tylko pani mogę to powiedzieć, ale pod największym w świecie sekretem.

To mówiąc padła na kanapę.. tchu jej zabrakło... Ormowska skinęła na panienki kręcące się w drugim końcu pokoju, które zaraz znikły.

- Cóż to pani jest? co pani jest? - zapytała.

- Nic - biegłam za prędko - mówiła zniżonym głosem Hercegowina... przytem ogromne wrażenie... ogromne!

- Czy znowu bitwa jaka? zapytała baronowa.

- A! nie - nie.. zaraz powiem, to się tyczy naszego towarzystwa..

Baronowa czekała bardzo cierpliwie - przybyła wzdychała, ocierała czoło, tarła oczy, łamała ręce, słowem zdawała się chcieć ukoić, nim przyjdzie do wyznań..

- Nie - rzekła - wszystkiego w świecie, ale tegom się nigdy nie spodziewała.. Zgroza mnie przejmuje, gdy myślę...

- Cóż to jest..

- Zaraz powiem - ale, na miłość Boga - o sekret proszę..

Ormowska ramionami ruszyła - możesz nie mówić mi, jeśli nie wierzysz..

Hercegowina pochwyciła ją za obie ręce.

- Ja! pani! nie wierzę - zawołała - o jakże mnie boleśnie dotknęłaś! Lecz, pojmiesz pani i zrozumiesz, gdy jej powiem - rzecz całą - dla czego mi się wyrazy takie mimowoli z ust wyrywają - to coś okropnego - coś okropnego..

Zniżyła głos i oglądając się do koła, poczęła westchnąwszy głęboko. Proszę pani - ale nie wydawaj mnie, zaklinam - ja tu mam znajomego z Krakowa, niemca.. Chociaż niemiec i z biura, proszę pani - ale bardzo dobry człowiek.. Był urzędnikiem w Krakowie.. potem już nie wiem, czy mu dano dymisją - czy... dosyć, że spotykam go tutaj - zowie się Mamroth... pani go musi spotykać nawet na przechadzce u wód, suchy, blady... mina urzędowa, do nikogo nie gada, chodzi po bokach, cywilne ubranie, surdut czarny zawsze zapięty pod brodą. - Ja z nim jestem bardzo dobrze... i to wiem, że choć niby do wód przyjechał, choć niby on pije... ale to nie darmo. No, proszę pani, czas wojenny, bez tego nie może być - ja znam i familją, bo żonaty - znam się dawno.. Tu przybywszy kilka go razy zagadnęłam.. odpowiedział mi, ni to ni owo. Strasznie zgryziony tą wojną. Wczoraj go spotykam.. a ten mnie zaczyna wypytywać, czy ja byłam z kwestą u tej pani Domskiej, czy ja tam widziałam.. jak.. co mówiła i t. p.? Zdziwiło mnie, dla czego on się nią interesuje.. Wystaw sobie, baronowo dobrodziejko, jakem go przyparła.. tak mi chcąc i niechcąc wyspowiadał się, że ta jejmość z Berlina, którą my tu mieliśmy za bogatą obywatelkę..

Przysunęła się do samego ucha pani Ormowskiej i szepnęła - ona tu jest przysłaną.. z Berlina! rozumie pani! - z Berlina..

To mówiąc załamała ręce...

- Ale już ją mają na oku..

- Moja droga prezesowo - spokojnie odrzekła baronowa - Bóg wie, co ci za androny napletli.. Naprzód wątpię, żeby kogo posyłać jak ty powiadasz, potrzebowano, powtóre - z pewnością nie chorą kobietę by posłano.. a gdyby i tak, toćby przecie tego rodzaju wysłaniec starał się właśnie jak najwięcej zrobić znajomości, wsunąć się w towarzystwo... od którego ona unika..

- To są fikcye! to są sztuki, kochana baronowo - z zapałem poczęła Hercegowina - Mamroth jest człowiek bardzo bystry, i na lekko nic nie mówi. - Już coś być musi.

- Im się nie wiedzieć co śni! mruknęła Ormowska - potracili głowy!

- Pani to nigdy w nic złego wierzyć byś nie chciała - dodała wdowa..

- Ale moja droga - to nie ma najmniejszego sensu - spokojnie zakończyła Ormowska.

W ten sposób osądzona, Hercegowińska z zaciśniętemi ustami, gniewna porwała się naprzód z kanapy, i zaraz znowu przysiadła..

- No - to się przekonamy - rzekła - ja od tego dnia zdala od niej zupełnie będę. Przyznaję się żem zrazu szukała znajomości, ale gdy to wiem! dziękuję! bardzo dziękuję.. Już ją mają na oku.. Mamroth mi powiedział, że wszystkie listy... rozpieczętowują.. to nie może inaczej być - czas wojenny.. a w jej listach są tak niezrozumiałe jakieś hieroglyfy.. iż to samo potwierdza podejrzenie.

Ormowska ruszyła ramionami,

- Moja droga, rzekła - mówię ci potracili głowy, to niema sensu, w oczach się im dwoi.. Na twojem miejscu, ponieważ u niej byłaś i masz jakąś znajomość, poszłabym i ostrzegła, że jako przybyła z kraju w wojnie będącego z naszym.. powinna się mieć na ostrożności.

- O! za nic w świecie! mięszać się do niczego nie chcę i nie będę.. zakrzyczała wdowa, Mamroth jest ze mną w przyjaźni, ale jakby się czego domyślił.. on by mnie zgubić gotów.

Obie zamilkły.. Ormowska smutnie jakoś głowę spuściła - widziałaś ją zbliska, rzekła - ja często z córką spotykam ją u źródła, na przechadzce.. przypatrzyłam się fizognomji - twarz to piękna, szlachetna, zacna.. Ona i córka zdają się należeć do najlepszego towarzystwa.. Powiadam ci, ten twój Mamroth głowę stracił.. albo ci niewiedzieć co poplótł..

Tym razem Hercegowina wstała już doprawdy, poprawiła ubranie, i urażona nieco, poczęła się żegnać, jakby nagle ochłonąwszy.

- Ja tego pewno nikomu nie powiem.. rzekła cicho - lecz pani się przekona.. Ja znam Mamrotha, on nie darmo dał mi to do zrozumienia.

- Tyś mnie zaklinała, odezwała się wstając baronowa, ażebym milczała - ja cię o to samo proszę... Przede mną mogłaś to powiedzieć bez niebezpieczeństwa, przed innemi powtarzając stałabyś się przyczyną wielkich nieprzyjemności dla kobiety z pewnością największą - niewinnej.

Wdowa, która rachowała na wielkie wrażenie wysunęła się widocznie niezadowolniona.. Wprawdzie z obawy, aby ją nieprześladowano za zdradzenie tajemnicy stanu powierzonej przez domyślnego Mamrotha, milczała ściskając usta, lecz kręcąc się ciągle po domach, ilekroć mowa była o Domskiej, tak ruszała ramionami, kiwała głową, rzucała pół słowami - zaklinała się iż mówić nie może, że się domyślano z jej urywanych, tajemniczych zeznań więcej i straszniejszych rzeczy, niżby otwarta potwarz przynieść z sobą mogła. Dziwnym trafem tegoż dnia, nadjechała właśnie do Krynicy, żona majętnego właściciela dóbr, który miał posiadłości w Galicji i Poznańskiem, pani Jaworkowska; osoba schorowana, przestraszona swoją słabością i chorująca też na imaginację, która co rok do jakichś wód jeździć musiała... Całe jej życie upływało na obawie aby jej coś nie zaszkodziło, na pielęgnowaniu zdrowia.. Zresztą najlepsza osoba w świecie, dobra żona i matka.. miła w towarzystwie, z umysłem wykształconym - powszechnie była szanowaną i obudzała politowanie w kole przyjaciół. Słabego zdrowia i składu, delikatna, wycieńczała się dietami, lekarstwy, przestrachem.. cierpiała, bo chciała cierpieć, lecz w towarzystwie ożywionem, gdy zapomnieć mogła o tej trosce na chwilę - zdawała się odzyskiwać siły, rumieniec, żywość. - Na szczęście nie trwało to nigdy długo.. pani Jaworkowska za najmniejszym przeciągiem, uczuciem chłodu lub gorąca.. wracała do obawy.. do badania w sobie różnych symptomów i wywoływała je wyobraźnią. Tego roku wojna i ją sprowadziła do Krynicy. Córeczka dwunastoletnia, dziesięcioletni syn i guwernantka, która była razem boną samej pani, dwór jej składali. Nie znalazłszy innego pomieszkania, musiała stanąć w dwóch pokojach pod Różą, obok pani Domskiej. W pierwszej chwili gdy się wnosiła, a dzieci biegały jeszcze po korytarzu, wyszła matka za niemi, równie troskliwa o ich jak o swoje zdrowie. Pani Domska wracała z przechadzki z córką.. i wchodziła na schody, gdy się z tym nowym gościem oko w oko spotkała.. Pani Jaworkowska i ona spojrzały na siebie i stanęły jak wryte.. Na obu twarzach malowało się zdziwienie i niedowierzanie. - Wreszcie Domska już chciała iść, gdy usłyszawszy głos Jaworkowskiej, która na córkę zawołała.. - wykrzyknęła nagle - Marja! czyż to może być...

- Zuzia! Zuzia! z kolei odezwała się żywo przechodząc ku Domskiej Jaworkowska - tyś..........................