Powieści Józefa Ignacego Kraszewskiego. Tom 26 - Józef Ignacy Kraszewski

Kup ebooka

26.00 zł
18.36 zł (17,91 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Szaławiła. Staroszlachecka powieść

 

W małym, zwykle drzemiącym miasteczku, którego szczęśliwi mieszkańce dla wynalezienia sobie jakiegokolwiek zajęcia zmuszeni są przypatrywać się tworzeniu obłoków i robić spostrzeżenia metereologiczne, a jeśli przypadkiem coś przerwie zwykłą monotonią życia, jeśli coś zaszumi, zabłyszczy, - ozwie się głosem niezwykłym i porządek codzienny zmięsza, cóż to za uroczystość dla biednych mieszkańców i jaka pociecha, jaki materyał obfity do długich postrzeżeń i nieskończonej gawędy. Prawdziwe święto choćby w dzień powszedni! Wszystkie gospodynie na progu, (niestety! od kipiących garnków oddalić się niepodobna, a i dzieci krzyczą w kołyskach) - wszyscy gospodarze kapoty nadziawszy wychodzą w ulice, a dzieci, przednie straże i tyraliery puszczają się aż na sam teatr wypadku... dla dostania języka... Najczęściej ów śmielszy pułk bosonogich przypuszcza szturm zbitym legionem i odparty cofa się do płotów w należytym porządku, aby za chwilę wrócić z wrzaskiem ku przedmiotowi ciekawości swojej!

Hej! hej! panowie moi! Komu się w życiu trafiło ulicznikować za młodu, o chłodzie i głodzie, szyby wybijać, wróble wykręcać, i należeć do jaśnie wielmożnego tłumu - choć to były ciężkie czasy, krwawemi częstokroć wspomnieniami oznaczone - ileż to potym razy w szczęśliwszych chwilach z westchnieniem i łzą się ich nie pożałowało! Bo młodość wszystko ozłaca... bo naówczas... ale do porządku! do porządku!!

Jesteśmy właśnie w takiej mieścinie spokojnej, godzina wieczorna, słońce ma się ku zachodowi, bydło z pola powraca... o tej porze już wszystko tu zwykło się zabierać do spoczynku... a przecież w okolicy parafialnego, starożytnego kościoła objawia się jeszcze ruch jakiś coś zwiastujący niezwyczajnego... pogrzeb czy wesele?...

Przez murowaną bramę wiodącą na cmentarz przedkościelny, widać drożynę wysypaną piaskiem żółtym i zielonym tatarakiem...

Gdyby to miał być pogrzeb, dróżka wysypana by była żałobną posiekaną jedlinką... A więc jedno z dwojga, chrzest znakomitego potomka rodziny lub weselisko...

Nie ma przytym ani bractw ani chorągwi... Evoe! więc z pewnością wesele!

Dwóch sławetnych panów mieszczan w granatowych długich kapotach, czapki wysokie z siwego barana na głowie, częstują się tabaką przed furtą, rozglądając do koła, kilku obdartych chłopców powłaziło na mur kościelny aby dalej widzieli: dziad o kuli i baba z garnuszkiem pod łachmany ukrytym zabrali miejsca u samego wnijścia, aby ich nie pominięto... W miasteczku, jak zajrzeć, co chata to gosposia w progu, jedne ręce u czoła trzymają od blasku, drugie w boki się wzięły dla powagi...

Jeden ze śmielszych wędrowców dostał się na gałąź starej lipy i z tego obserwatoryum, popatrzywszy na gościniec ku polu - krzyknął:

Jadą!!

- Jadą!! jadą!! słyszycie jadą! powtórzyły echa... Tłum przeszły dreszcze spokojne.. ulicami elektryczna przebiegła wieść... Jadą!! Oczy zwróciły się na drogę... W istocie tuman kurzu ogromny... ale z za tumanu nic nie widać... tylko tętni, huczy, brzęczy... klaska coś...

Mieszczanie ustąpili z drogi, dziad i baba przybliżyli się do furty... dziećmi ciekawość jak wiatr miota, to się rzucą w prawo, to w lewo, a śmieją się, a popychają a kuksają... taka radość... że się coś niewidzianego zobaczy... Nagle i cisza! jak mak siał... Tuman się rozstąpił, kawalkata wychodzi z jego łona i - dalipan jest popatrzeć na co!! Naprzód konni, chłop w chłopa, od karmazynów, atłasów, a konie w rzędach najsutszych, a na głowach kity i kołpaki, a u boków szable... a ostrogi u bótów... a pod szyjami koni pukle, a u panów karbunkuły... Daj go katu... Choćbyś nie chciał, to tu pana młodego poznać musisz - najładniejszy ze wszystkich... jeno mu okrutna kresa przez łeb zawadza... blizna czerwona... Ale z tym młodemu ładnie, znać, że za piecem nie siedział... Za państwem dwornia i czeladka, koniki niczego i suknie od święta... a jest tego nie mało... I konie i ludzie w kupie brykać skłonni, więc to wszystko śmieje się, gzi, parska, wierzga, huczy, a konie stają dęba, a chłopcy czapki do góry rzucają... ochota taka, że aż miło...

Niekiedy starszy szlachcic huknie wiwatem, drudzy mu zawtórują... a brzuchy się trzęsą, a pasy złotemi fręzlami drżą... i z końca w koniec kawalkata cała niby jedno ciało śmiechem i krzykiem wtóruje... Przed kościołem kilku w powietrze wypaliło z pistoletów.

Nuż za niemi drudzy, kto głośniej wypali, chłopcy miejscy ze strachu poszli za mur. Mieszczanie z respektem się cofają... wróbli całe stado spłoszone poleciało na tok plebański...

Gospodynie z progów zabierają się do rejterady. - Bo kto zaręczy, że się jakiemu szlachcicowi kula nie zamięszała do pistoletu, a ręka mu nie drgnie i ołowianka nie poleci... gdzie się być nie spodziewała.

Ale otóż już z koni zsiadają przed furtą, a dalej i powozy ciągną...

Stare to jeszcze kolebki na pasach, otóż jest jedna kareta nowa bardzo piękna - stare skarbniczki, wózki, bryki... wszystkiego dosyć...

Bo na szlacheckim weselu im tego więcej a ogon się dłużej ciągnie, tymci lepiej... i do ostatniego podjezdka ze stajni trzeba wydobyć na taką okazyą, choćby nieborak na przewody zdechł.

Dopieroż z kolebek, z karety, z wózków starszyzna się wysadza i rubrony wysuwają jak zarki...

Tu największa ciekawość, tu dramatis persona... panna młoda!!

Miasteczkowa publika aby ją zobaczyć posunęła się z narażeniem życia i powagi - ale tu jest na co i spojrzeć!

Panna Domicella cudo urody... istne caceczko, a w tych ślubowych strojach swych, białym atłasie, zasłonie, wieńcu i trzewiczkach śnieżystych na koreczkach, wygląda jakby z saskiej porcelany ulepiona i świeżo pomalowana...

A malutka, szczuplutka... drobna... nóżka jak u dziecka, rączka jak u dziecka, spojrzenie dziecinne... uśmieszek dziewiczy... O mój Boże! I to ten kresowaty zawadija, ogromne człowieczysko... ma wziąć tę różyczkę, której zdaje się strach dotknąć, żeby w powietrze nie uleciała...

Mieszczanie kiwają głowami... baba westchnęła...

Panienkę prowadzą druchny dwie dorodne, słuszne, tak że między niemi znika maluśka jak konwalija w bujnej trawie... a za młodą, druchnami, matką, która płacze i łzy ociera, za panami i dwornią kto żyw śpieszy do kościoła - ciśnie się ciekawie miejska drużyna, bo to dla jednych zajmująca, jak się wiekuista wymawia przysięga, dla drugich przypomnienie słodkie tych lat, gdy się szło do ołtarza. Przy tym mnóstwo się czyni postrzeżeń, czy w ołtarzu świeca nie zgasła, i z której strony, kto pierwszy wstąpił na kobierzec, on czy ona, za panną młodą która weszła druchna i jakim głosem wymawiali tak: i czy które z nich zapłakało...

Orszak weselny przy dźwięku marszu na organach odegrywanego wtoczył się pod gotyckie kościołka sklepienia; wszyscy stanęli w miejscach jakie im wiek i dostojność naznaczała... młodzi poklękli się modlić, organ marsza dokończył, cisza... tylko tu i owdzie szabla brzęknie bo się z nią utaić trudno - i westchnienie wolniejsze przedrze się przez usta... Z zakrystyi wychodzi staruszek z agendą w ręku... poszedł wprost do ołtarza i ukląkł... Dobra chwila minęła nim się na duchu zebrał, nim ołtarz ucałowawszy odwrócił się do tłumu i począł naukę przedślubną... Głos starego kapłana był cichy, kościół obszerny... mało go też słychać było a bodaj czy kto prócz matki panny młodej słuchał...

A tuż i obrzęd następuje...

Pana młoda jakoś stłumiono i niewyraźnie, po dłuższej chwili oczekiwania wyrzekła przysięgę nareszcie - męzkim a rycerskim głosem wypowiedział pan młody. Na organach brzmi już Veni Creator, a państwo młodzi się modlą.

Druchowie i druchny ustąpiły, poważniejsze matrony i starsi panowie gotują się odprowadzić od ołtarza...

W kruchcie ruch wielki, bo każdyby rad tak stanął, aby się lepiej przypatrzyć wracającym młodym, co szli przed chwilą wolni a wracają teraz na cały żywot jednym losem związani.

Ale mrok już w kościele, choć na podwórzu jeszcze jasno... i twarzy nie widać, tak że nikt z pewnością powiedzieć nie może czy panna młoda płakała...

Wychodzą już, wychodzą... Szmer, młodzież śpieszy do koni... woźnice się obwołują, że czas zaciągać i z bicza klaskać, aliści - patrz, jeszcze spóźnieni jacyś goście jadą...

Kolebka stara, opylona, koni cztery u niej tęgich ale starych i zhasane okrutnie, znać się spieszyli bardzo... W otwartym powozie widać mężczyznę niemłodego, twarz przeciągła a blada, i obok niego kobietę czarno ubraną, pochyloną w głąb, z głową opartą o poduszki z oczyma zasłoniętemi. Czy w drodze zasłabła?

- Stój! stój - stary wysiadł żywo, korda u boku pomacał, czapkę na głowie umocował, wąsa potarł, na kiju się sparłszy, idzie. Oko w oko spotkał się z weselnym orszakiem: stoi jakby osłupiały, wargi mu drżą, ręce dygocą, na nogach się ledwie trzyma... stoi a patrzy...

Mijają go zdumieni, nikt nie zna, ale kto spojrzy, to po nim czegoś ciarki przejdą... Cóż to za jeden? co zacz?

Już do kolebek siadać zaczęli weselni, gdy pan młody wyszedł... i spostrzegłszy z kolei starca, który w niego oczy wlepił surowe i dzikie... zadrzał a pobladł...

- A tuś mi! wrzasnął stary rozgłośnie - a tuś! w czas przybywam... Wczas! Ichmości panowie a bracia... stójcie! Biorę was panów wszystkich za świadki, jako ja Strukczaszy Życzyński imieniem Floryan, klejnotu Koźlerogi - ślub JMPana Zbisława Wierzchowskiego aresztuję, protestuję, unieważniam i za niebyły ogłaszam...

Odetchnął nieco.

- A czyniąc to - dodał, opieram się na świętym a uroczystym przyrzeczeniu rzeczonego Zbisława daniu córce mej Anieli ustnie i na piśmie, iż ją miał za małżonkę wziąść... przyczym zaręczyny z duchownym błogosławieństwem się odbyły...

Panna młoda słysząc ten protest, zbladła, drgnęła, niby radość błysła na jej licu i kilka kroków ku matce się swej cofnęła. Zrazu panowało milczenie... aliści pan młody poczerwieniał nagle i przyjaciół jego oblicza pokraśniały i szable jęły brzęczeć, jakby im już w pochwach tęskno było.

- Za pozwoleniem - ozwał się, występując przed pana młodego, który mówić już miał, giętki, szpakowaty, zwinny i żywy mężczyzna, szerokim krokiem cisnąć się pod samego prawie pana Strukczaszego - za pozwoleniem! Trochę się Jegomość dobrodziej przypóźniłeś, bo kościół święty, matka nasza, przed chwilą tę oto parę wiekuistym, uroczystym a niezłomnym połączyła węzłem. Co było a nie jest, to nie pisać w regestr!! Mało kto co komu obiecywał...

- A mam tego za... nikczemnego, kto nie dotrzymał! krzyknął Strukczaszy...

- O to się rozprawiemy! huknął pan młody z za swojego obrońcy... Zostałem przez pannę Strukczaszankę samę zwolniony z przyrzeczenia... byłem wolny... a żeś mi Jegomość uczynił krzywdę i zamięszał godzinę szczęśliwą... o to do rachunku pociągnę. Teraz tu ni czas ni pora procesa przed kościołem rozwodzić...

Chciał pan Zbisław podać ręce zaślubionej swej pannie Domicelli, gdy mała owa laleczka jak od oparzonego się cofnęła ku matce.

Z za powozu opylonego wysunęła się chuda figura palestranta z papierami pod pachą, nieboraczyna szedł, ale drżał... i nisko czapką się kłaniał wszystkim.

- Woźny - czytaj protest i pozwy wręczaj... krzyknął Strukczaszy.

- Ani mi się rusz, chceszli mieć uszy całe! krzyknęli w kilku przyjaciele młodego - Wrzawa się poczęła sroga, szable też już z pochew wyłazić zaczynały, ale co który dobył, to rzucił nazad jakby zmuszony... Strukczaszy stał jako dąb stuletni nieporuszony, nieulękły. Zoczył o kilka kroków matkę i córkę tulące się do siebie i zwrócił się ku nim.

- Miasto łez i przekleństw winniście mi państwo podziękowanie, żem oto tę ofiarę niewinną ze szpon tego jastrzębia wyrwał w porę - zawołał śmiało. - Nie znacie jeszcze tego ptaszka!! ale ja go znam i znają go strony nasze Hrubieszowskie, a ci co go tam klną lub nań płaczą. Nie stąpił na próg domu, żeby z sobą nieszczęścia nie przyniósł, zwady, krwi, procesu, zabójstwa i zwodzicielstwa... ani mury klasztorne były mu za wysokie...

Podziękujcież mi - albowiem ślub ogłaszam za nieważny. - Woźny czytaj protest!

Za krzykiem już nic słychać nie było, w tym wystąpił opiekun panny, stryj jej pan Bożeński z miną wielce frasobliwą.

- Za pozwoleniem, rzekł - ale tego!! nikt p. Strukczaszemu nie broni protestować ani pozwów na drzwiach przybijać, ani głosić, co mu się podoba... na to są sądy, konsystorze... trybunały... tandem tu coram publico poczynać tak gwałtownie zwadę, hałas... ani nam, ani waszmości nie przystało... Każdy będzie wiedział, co czynić... a my możemy z weselem do domu...

Ruszyło się niby wszystko, starzec spojrzał błagająco na pannę młodą zapłakaną, zmięszaną, stojącą w ślubnym wianku i zasłonie. Panna Domicella, gdyż ją tym imieniem jeszcze nazwać możemy - zadrżała, spotkawszy wejrzenie Strukczaszego, cofnęła się kroków parę, i sparła chwilę na ramieniu matki, potym zwróciła do stryja i żywo coś mu do ucha szeptać poczęła... Stryj pan Bożeński syknął i pochwycił się za głowę... ale Domcia odsunęła się od niego ku matce.

W tym Zbisław przedzierając się przez kupkę otaczającą, zaczął ku niej przybliżać... Domcia niezlękniona wpatrzyła się weń groźno i długo... w oczach jej widać było gniew, dumę, prawie niechęć i pogardę. Ktoby się był takiego wyrazu w oczach młodej żony, w takiej chwili, i z tak łagodnych źrenic spodziewał.

P. Zbisław chciał iść ku niej, ale się zawahał, ukłuty wzrokiem i na chwilę pomięszany.

- Moja panno... rzekł do żony...

- Jeszczem ja nie waszmościna - odparła sucho mała laleczka - jeszcze nie!

Przyrzekałeś waćpan innej przedemną, a nie dotrzymałeś... ja cudzych resztek nie chcę! Ona ma pierwszeństwo do waćpana. Więc choć ksiądz dobrodziej nasze ręce związał... ja waćpana za męża mojego nie uważam, a zwalniając go ze słowa i przysięgi mam honor być najniższą sługą!!

Dygnęła bardzo rezolutnie ale gniewnie, odwróciła się do matki i zamilkła, osłupieli wszyscy... pan młody ramionami ruszył, ale mu policzek drgał ze złości i wąs się miotał.

- Pani żono dobrodziejko... rzekł jąkając się nieco - zawcześnie pani zażywać chce władzy swej niewieściej a pono nieskutecznie... Mnie jeszcze w uszach brzmi przyrzeczone przez nią posłuszeństwo!

Ostatni wyraz wymówił z naciskiem.

- Nie jestem jeszcze żoną waćpana... odparła, zwracając się jak na sprężynie mała laleczka... wprzódy się pan rozpraw z pierwszą narzeczoną, zaręczona czy... tamta, której wiarę przysięgałeś... wprzódy się waćpan oczyść - ja go znać nie chcę...

Wszyscy zamilkli, spoglądając po sobie, panna Domicella zdjęła powoli wianek z głowy i postąpiła ku powozowi osłoniona przez matkę, która ją obejmowała płacząc. Stryj rękę sobie z gniewu kąsał, nie wiedząc co począć, pan młody niby śmiał się, ale w oczach mu złym ogniem błyskało...

W tej chwili właśnie ktoś był księdzu pobiegł dać znać do zakrystyi, a staruszek przerażony, nie mając czasu komży zrzucić, przybiegł z odkrytą głową, z załamanemi rękami na plac owej niespodzianej utarczki...

- Co się tu dzieje! co to jest! na miłego Boga, stojąc pośród nich - co za zwada?

- Ja protest zanoszę - rzekł Strukczaszy, któremu męstwa jeszcze przybyło - ślub jegomość dałeś nieważny, zostałeś uwiedziony, bo było uroczyste przyrzeczenie małżeństwa innej dane... a ślad mam na piśmie.

- Na piśmie! A przecież ogłaszano zapowiedzie? czemuż nie protestowaliście wprzódy?

- A któż o waszych zapowiedziach wiedział? o dwadzieścia mil?

- Pytałem pana młodego na egzaminie.

- Com miał mówić? co? ofuknął pan młody - żem sobie z panną żartował?

Onać to wie najlepiej, bo mi pierścień sama oddała, i słowo zwróciła...

- Alem ja ci słowa nie zwrócił! zakrzyknął Strukczaszy - i nie zwrócę i nie zwrócę! Myślisz, że cię z nią gwałtem chcę ożenić! Mylisz się, nie dam ci jej na żaden sposób - gdybyś mi krzyżem u nóg rok leżał, mieć jej nie będziesz... ale nie dam ci też innego zażyć szczęścia ani spokoju, kiedy ona go nie ma. Ożenić ci się niedopuszczę z żadną... nigdy! Gdyby do Rzymu przyszło pieszo iść - nie dam! Ruch ręką impetyczny zrobił w powietrzu, czapkę poprawił, wąsa pociągnął i uderzył po karabeli.

- A zrąbiecie mnie - dodał, widząc, że dłonie na szable spadły - jać to wiem czym taka robota pachnie! zrąbiecie mnie.... jest Życzyńskich cały sznurek! Piotr, Damjan, Paweł, Hilary, wszyscyśmy sobie przysięgli.... zastępować mnie będą do ostatniego, któryś przecież swego dokaże.

- No, to o tym potym - syknął gniewnie pan młody - niech ksiądz proboszcz raczy z żoną moją się rozmówić, aby rozum miała, że to nie żarty, ja do niej prawo mam i tego nie puszczę... a ze Strukczaszym moja sprawa... to się załatwi.

Domcia obejrzała się już od stopni powozu.

- Waćpan do mnie prawa żadnego nie masz i mieć nie będziesz... ślub był nie ważny... ślubuj tej, którejś wprzódy przyrzekał.

- Nieważny! powtórzył Strukczaszy.... zdradą i kłamstwem otrzymany. Huk się zrobił, ale stary nic nie zważał, ksiądz ręce rozstawił szeroko.

- Na Chrystusa ukrzyżowanego - stójcież ludzie bez miłosierdzia nad sobą... Rozprawcie się spokojnie... niech konsystorz rozstrzyga... ja z mojego obowiązku kapłańskiego stoję w obronie panny Domicelli. Sam ślub dałem, prawda.... ale matrimonium ratum, rozwód łatwy, bo to jeszcze nie małżeństwo. Kościół był oszukany. Rozjedźcie się i...

Pan młody nie dał mu dokończyć.

- Co jegomość mówisz: ślub nieważny! zawołał cały kipiąc krwią oblany - ślub nieważny! Jam przysięgał, mam świadki, ona przysięgała, słyszeli wszyscy... Ja z siebie igraszki robić nie dam, ani się ulęknę... Ze Strukczaszym to moja sprawa...

- Klecho jakiś! warknął jeden z towarzyszów pana młodego.

Ksiądz się zwrócił ruszając ramionami.

- Mój dobrodzieju, mnie nie zastraszysz... ja niechcę być odpowiedzialnym przed Bogiem ni przed ludźmi, dopóki wyższe władze nierozstrzygną... ogłaszam, iż ślub zawieszony...

- A ja ciebie stary grzybie powieszę! odezwał się stłumionym głosem jeden z tłumu...

- Panowie - przerwał pan młody - czy to my malowani, co to my tu sejmikować przyszli! hę! Damyż z siebie żartować! Byliście ślubu świadkami... ja nikogo nie pytam i żonę biorę jak swoję.

W tej chwili stało się zamięszanie okrutne... szable poszły wszystkie do góry, mieszczanie i tłum przypatrujący się począł krzyczeć... panna młoda z matką rzuciły się czymprędzej do powozu, przeciw panu młodemu i jego przyjaciołom wybiegł stryj i ksiądz...

Bożeński dawał Zbisławowi jakieś znaki rękami...

- Czekajcie ichmoście! na Boga zaklinam... bez gwałtu...

Strukczaszy stał, za nim dwóch czeladzi przy szablach, zimny, blady z ręką na rapciach. Powóz matki i córki, znać z ich rozkazu, nawrócił szybko i nim przyjaciele pana młodego rzuciwszy się zdołali konie pochwycić, w pędzie co koń wyskoczy napowrót od miasteczka ruszył.

Bożeński próżno starał się tumult ów poskromić, młodzież rzuciła się na nieulęknionego Strukczaszego, gdy w tym z powozu czarno ubrana, z krzykiem wyskoczyła kobieta.

To zjawisko, którego się dotąd nie domyślano, na chwilę w osłupienie wprowadziło wszystkich... Nawet przyjaciele Zbisława wylękli stanęli...

Strukczaszanka Aniela, słusznej postaci, blada, z czarnemi kosy, poważna a dziwnie piękna, objęła ojca rękami...

- Ojcze mój! zawołała - i ty mnie uwiodłeś! nie przyznałeś mi się, dokąd jedziemy... po co? Nie dałabym ci się narażać na śmierć, na gniew... na kłótnie dla mnie daremne... Ja mu oddałam pierścień i słowo, i niechcę go! niechcę! niechcę... niech ślubuje! niech będzie szczęśliwy, byle go oczy moje więcej nie widziały...

Wszyscy milczeli - pan młody zrazu stanął czerwony, potym patrząc i słuchając stał się blady, potym mu policzek i wąs drżeć zaczął, potym się chwycił za pierś, a brwi mu się ściągnęły strasznie i szrama zaczerwieniła jak wstęga krwawa.

Oczy wlepił w pannę Anielę... coś mówić chciał i nie śmiał, jakby do walki z kobietą występować nie mógł.

Przyjaciele jego patrząc nań, nie wiedzieli, co poczynać, tymczasem córka odciągnęła ojca, gwałtem go pchając do kolebki.... i nim się opatrzyli Zbisławczycy, już powóz powoli ruszał z miejsca, nikt go nie wstrzymywał... Ksiądz, stryj, towarzysze pana młodego, przyjaciele Bożeńskich pozostali przed bramą, większa część z szablami dobytemi i długo milczeli...

Przerwał ciszę nareszcie stryj panny, przystępując do Zbisława...

- Tylko się waszmość teraz nie rwij a sprawy sobie nie psuj! Cierpliwie... zwolna... niech pozywają...

- Niech pozywają przed samego Lucypera - krzyknął nagle, burząc się jak ocucony pan młody - a mnie co do ich pozwów! Jam ślub wziął, ksiądz mi go dał, żonę mam i o niczym wiedzieć niechcę...

- Więc cóż! więc cóż! spytał Bożeński.

- Co? siadam na koń z przyjacioły i jadę do Zmurek po żonę, tak mi Boże dopomóż, choćby szturmem brać przyszło! A! niedoczekanie ich, żeby potym pośmiewiskiem być u ludzi, że mnie od własnej małżonki jak kota od mleka odsadzono! Panowie! Kto mój, kto mi druh, na konie!

- Stój! stój! krzyknął stryj, krzyżując ręce... Co waść pan czynić chcesz! To się na nic nie zdało! Ja moję bratową znam! - Ja waszę Domcię znam, - ja wiem co będzie... Tu gwałtem nic nie poczniesz...

- Ale ja mam prawo święte...

- A słyszałeś, co Domcia mówiła? rzekł stryj.

- O to my się z jejmością potym rozmówimy, odparł gwałtownie pan młody - to moja rzecz - ale żonę muszę mieć, choćby krew rozlać przyszło.

Ale jakże ją siłą mieć możesz? spytał stryj - co ci w głowie? One pojechały przodem... Nim wy dobieżycie do Zmurek cała dwornia, a bodaj wieś będzie na nogach, strzelcy, czeladź... Brama murowana, dwór częstokołem oprowadzony... baby się obronią... jeśli na upartego przyjdzie... Sprawa hałasu narobi, a jeszcze ją może kto i życiem przypłaci...

- Mówcie sobie co chcecie... ja nie pójdę z kwitkiem, to darmo, przerwał Zbisław... klnę się na ojca i matkę...

- I my nie pójdziemy! wtórowali przyjaciele...

- Na koń! na koń! poczęto wołać ze wszech stron...

- Na miłość Bożą. - Słowo... pomiarkujcież się, rozkrzyżowując się znowu począł Bożeński - tylko słowo.

- Co mamy pleść darmo...

- Ja jako parlamentarz pojadę... dajcie mi czas... kilka godzin, jeśli nic nie zrobię, umywam ręce, przecieżem sam aści forytował, prawo mam pośredniczyć... Niech mi skarbniczek podadzą - pojadę do Zmurek za niemi. Matka, jeśli kogo posłucha, to mnie. Uda się, to przyszlę chłopaka, nie, to sam powrócę - ale póki się nie sprawię - posiedzicie w miasteczku - korona wam z głowy nie spadnie.

Popatrzyli po sobie młodzi i jęli głowami kręcić, ale jakoś Zbisław się pomiarkował i poskromił.

- No, to waszmość jedź - zgoda - zawołał - czekam z powrotem... Ale jeśli się nie uda wyprawa, jak mi Pan Bóg miły - ruszym przebojem na dwór... i żonę wezmę... choćby życiem przypłacić przyszło... A schowa się... to ja z pod ziemi ją dobędę.

Spojrzał po swoich... ci mu wtórowali...

Stryj tymczasem do skarbniczka się drapał i kazał poganiać - a ksiądz cicho powrócił do zakrystyi. Kupa weselna przyjaciół została tak u furty kościelnej, przed którą konie trzymano i powozy stały... i czeladź gawroniła, a dalej, choć już nadeszła noc i księżyc w pełni wypłynął, z miasteczka tłumy przypatrywały się tej zwadzie ciekawe.

Pan młody pokręcił wąsa, szable się do pochew powsuwały, gdzie jeszcze jaka była nagą.

- A, żeby czasu nie tracić - zawołał, zapraszam ichmościów do Hersza... użyjemy dobrej myśli, póki zła nie nadejdzie... Za mną! za mną...

Więc pieszo ruszono tryumfalnie niby ulicą pod najstarszą wiechę jaka tu była, do gospody Hersza Smolańskiego...

Hersz miał dobrą piwnicę - bo się tu szlachta często gromadziła, sprowadzał co roku wino z Węgier, sprzedawał je okseftami i beczułkami i butlami, ale miał i stare miody i starego też węgrzyna dukatowego. Więc u niego hulanka mogła być niczego - a że ją p. Zbisław umiał urządzić, o tym nikt nie wątpił. Znanym był im z tego... tylko że dziś humor nie sprzyjał. W milczeniu przesunęli się wszyscy aż do rynku. Konie kazał prowadzić za sobą, a że ich zdala przychodzących u Hersza dojrzano i domyślić się było łatwo dokąd i po co idą... oświeciły się izby, gospodarz wyszedł na próg. Pan młody poprzedził innych o kilka kroków.

- Słyszysz Hersz - zawołał - jest izba na przeciwko?

- Czemu nie ma być dla jaśnie pana.

- Wtoczyć mi do niej beczkę węgrzyna - ale najlepszego! i szklanek... Zapłacę, co się patrzy, ale mi nie daj trucizny na wesele... Ha! - rozśmiał się - wszak wiecie że to moje wesele.

- Sto lat, jaśnie panie! dam sam cymes... którego przywiozłem za rarites.

- Nie gadaj! beczkę wtoczyć natychmiast.

Żyd skoczył, a szlachta tłumnie wcisnęła się do izby ławami w okół ostawionej. Okna pootwierano... zaczęto gadać hałaśliwie i odgrażać się. Ale za chwilę wszystko umilkło, gdy spostrzeżono, że beczka jedzie. Wiedziano, co to znaczy... postawiono ją na kozłach, a tuż żydówka wniosła szklanki.

- Mości panowie a bracia - zawołał Zbisław, stojąc naprzeciw czopa, za który pochwycił - po sandomiersku! czop wyrzucam za okno... a kto da beczce na podłogę lać Boży dar ten - kiep! więc kolejka przy czopie... a jest nas dość, by czas był odetchnąć. Co będzie potym - zobaczymy.

Dictum - factum, trysnęło wino do jednej szklanicy, podstawiono drugą, po drugiej trzecią... poszło tedy koleją.

- Wino takie - ozwał się jeden... że aż miło - ale bo i w gębie zaschło.

- Wypijemy do lagrów, jak mi Bóg miły.

- Lagier zębów nie łamie! rozśmiał się drugi.

- Koleją, mości panowie, koleją!!

Tak się rozpoczęła pijatyka.

Winoć to na ówczesne głowy bardzo niebezpieczne nie było... czyste, zdrowe, lekkie, dające się pić zwłaszcza po zmęczeniu. Czop nieustannie sączący nie zawadzał tak bardzo, bo luda było dosyć... więc w pół beczki zaintonowano pieśń... a gospodarz z pełną do okna poszedł, ciągnąc za sobą przyjaciela serdecznego, pana Jana Żubra.

- Słuchaj Żubr - rzekł - dobrze wyszedłem? co? patrzajże... patrzaj! żonaty i bez żony, cały zachód djabli wzięli - i ta kwoczka ledwie od ołtarza odszedłszy, już mi się do oczów rzuciła... No - cóż ty na to?

Żubr, który był słuszny chłop, barczysty i nie darmo swe nazwisko nosił... westchnął jak miech kowalski, wina się napił, wąsy otarł, splunął i nachyliwszy się do ucha Zbisławowi, a jednym okiem mrugając - rzekł.

- Cóż to ty mnie będziesz pytał, co robić? hej! alboż to ty już ten co bywało - kroćset - albo to nie wiesz, co człeku robić w takim razie, kiedy mu własność wydzierają? albo to nie własność święta... twoja! hę! i ty mnie pytasz! ty mnie pytasz!

- Słuchaj no - od takiego pioruna wolno głowę stracić, to był piorun, jak mego Boga kocham.

- Et! co zaś! piorun, gdy nie ubije, człek się śmiać powinien.

- Ale może ogłuchnąć, a mnie, dali pan... obałamucił!

Zbisław syknął na pociechę.

- Słuchaj Janie, dodał, ty mnie znasz nie od dziś - no! wiesz, że ja sobie w kaszę napluć nie dam - a powiadam ci, dziś straciłem kontenans, rozum, odwagę... a wiesz przez co? oto przez jedno wystąpienie tej kwoczki? Wiedziałem, że bardzo mnie nie kocha, ale się była udobruchała i nie mogłem ani pomyśleć, żeby miała śmiałość - przeciwko mężowi własnemu tak wystąpić!

- Żebym był na twym miejscu... począł Żubr, kręcąc głową.

- No, to cóżbyś począł.

- Co, rzekł, ruszając ramionami Żubr - co! porzuciłbym ją... aż by mi się sama prosiła - ani małżeństwa, ani rozwodu... siadłaby na ziemi na koszu.

- Dobrze ci pleść - odparł Zbisław - ale ta żmijka mi się podoba, to śliczne cacko... tylko na ręku nosić i całować... jak cukierek! jak laleczka... Powtóre... sama z siebie i po stryju będzie bogata... pięć wsi i miasteczko.

- Żeby ona ich dziesięć miała! zawołał pan Jan.

- Twoja rada na nic się nie zdała - rzekł Zbisław, idąc po wino do czopa - wiesz, że ja nie lubię ustępować. Im mi większa zawada na drodze staje, tym mnie większa do przełamania jej pasya porywa.

- Ale kat że bo cię po całym świecie nosił... żebyś sobie biedy szukał. Nigdy nie wiedziałem o Strukczaszance.

Zbisław pobladł... odwrócił oczy, spuścił je, twarz oblokła się ponurym wyrazem.

- Powiedz że ty mnie, co między wami było? zkąd taka Strukczaszego zajadłość?

- Przed tobą jednym tylko wyspowiadać się mogę - szepnął cicho, Zbisław - ale mi daj słowo, że to w tobie utonie. To głupia sprawa... źlem postąpił... źle, przyznaję... Jeszcze teraz gdy wspomnę sobie na nią, to mnie smutek ogarnia - ale co się stało, to się stało.

Nim Bożeński przyszle lub przyjedzie, powiem ci wszystko... ale pójdź do czopa i nabierz w szklanki.

Zbisław przeszedł się po izbie, pocierając czoła milczący, tymczasem Jan u beczki napełniwszy kubki powrócił i odeszli z nim w róg izby, przysiadając przy stole...

- Temu będzie dwa lata... tak na św. Piotr dwa... nie mylę się - mówił pan młody, wypadło mi w Hrubieszowskie jechać do Żulna, do mojego krewniaka na chrzciny... Piliśmy tam dwa tygodnie bez wytrzeźwienia prawie... chłopcam mu w winie skąpał, żeby się zahartował... Dokazywaliśmy okrutnie... Był na chrzcinach Strukczaszy i tych Życzyńskich bodaj trzech, bo to tam osiadły dawno ród i jest tego dworów kilka... Ludzie poważni... Jednego dnia zaprosił nas też wszystkich Strukczaszy do siebie, bo był chrzestnym ojcem Filipka... Przyjmował jak się należało, a choć wdowiec w domu był wszelki porządek i dostatek... Starsza córka jego panna Aniela gospodarowała. Wpadła mi w oko. Piękna to nic, ale rozumna, śmiała, niepospolita niewiasta... Zrazu przystąpić do niej było trudno, alem na kieł wziął... Zostałem u bratanka po chrzcinach i począłem dojeżdżać do panny Anieli. Nie miałem żadnej myśli, żeby to do ożenienia prowadzić miało, ale mi się panna podobała tym, że mi z nią nie poszło łatwo. Więcem się też zaciął, - poczekajże. Można mnie było do rany przyłożyć takem się w baranka poszył... Nareszcie panna Aniela poczęła więdnąć... ale nim się to stało, Strukczaszy mnie zagadnął ex abrupto.

- Widzę, że waszmość do mojego domu uczęszczasz, a żem wdowiec i córki mam, waszmość zaś nieżonaty jesteś, supponuję, że go tu nie co innego jeno która może z jejmościanek sprowadza... Jeśli nie - toć nie, tylko trzeba jasno wiedzieć, co się święci, bo ludzkie języki żmijowe języki...

Nie było co obwijać, zręcznie odpowiedziałem staremu, że miałbym sobie za zaszczyt sięgnąć po rękę jednej z córek jego, ale że proszę o czas, abym swe własne serce i skłonność panny mógł zbadać. I na tym się skończyło... A jam formalnie zaczłapał... Na ostatek sam już nie wiem jak do tego przyszło, oświadczyłem się, otoż i ojciec nadszedł, panna mi kazała powtórzyć mu moję deklaracyą... Nie było sposobu... wpadłem w matnią... Pierścionki uroczyście zostały zamienione, zaręczyny formalne... Panna mi się podobała, kochałem się szalenie - ba - Bóg raczy wiedzieć, czy jej nie kocham jeszcze!! Więc pókim z nią był, najszczęśliwszym się czułem, ale aby mi z oczów zeszła, porywała mnie złość, tęsknica, żem się tak ująć dał stary wróbel na plewę.

Już tedy od ożenku ani się było myśleć wykręcić - a trzeba zabierać do słania gniazda... i ustatkowania.

A ty wiesz, jak to mnie nawykłemu do swobody, twarda rzecz pójść w chomąto i do roboty... Ale cóż! nie było rady! Tym czasem ta czarownica trzymała mnie, żem z Hrubieszowskiego nie mógł ani wyjechać...

Ale ten przymusowy statek już mnie dławił... Trafiła się okazya. W sąsiedztwie było wesele u Zarębskich w Samorokach... spraszano, kto żył... pojechałem i ja z bratankiem, wygalantowany, wesół i z tym postanowieniem, żeby sobie pohulać na zakończenie kawalerskiego żywota... Wiedziałem, że i Strukczaszy będzie z pannami, alem nie czuł się w obowiązku zbytnio się przy mojej przysiadywać, myślałem sobie - będzie na to czas... a tu polowanie na upatrzonego. Panien i młodych mężatek było huk, ale była i młoda wdówka pani Zabrzeska... dziewiętnaście lat, trzpiotek... śliczna... wesoła i umizgus wielki... Jak byśmy dla siebie byli stworzeni, tak od razu przylgnęliśmy jedno do drugiego. Mnie się w głowie zawróciło, bom we dwie godziny całusa schwycił, odprowadzając ją od tańca... Czysta to była pustota... ale djabeł chciał, żeby moja narzeczona panna Aniela siedziała tuż i widziała i słyszała wszystko... Żeby tak jaka inna nie byłoby nic, nałajałaby mi, padłbym do nóg i przyszłoby do tej lepszej zgody... ale ta rygorystka... o czem nie wiedziałem, naprzód omdlała... potym w półgodziny, gdym do niej przystąpił, zaprowadziła mnie do bokówki... i tam zdjąwszy z palca pierścień - rzekła mi, łkając - widziałam wszystko - płochości nie cierpię, zdrady darować nie mogę, żeń się waszmość z panią Zabrzeską, kiedy mu się podobała, między nami zerwane wszystko...

Chciałem się tłumaczyć, nie dała mi słowa pisnąć, rozgniewałem się też, oddałem pierścień i na złość poszedłem do białego dnia szaleć z wdową... Ale com naśpiewał do tańca, com nadokazywał, niech powiedzą ci, co tam byli, bo do tej pory jeszcze w Hrubieszowskim tego wieczora pewno nie zapomnieli. Wdówka była, jak wosk. Żebym był chciał, dostałbym i pierścień i słowo i ożenił się w tydzień, ale mi odzyskana wolność droga była... Więc choć serce lgło do niej, odłożyłem sprawę na dal... Podjechał tam Rotmistrz Bałaban potym i wziął ją sobie...

Ja dostawszy taką odprawę, zawziąłem się, po kilku dniach powiedziałem bratankowi, co się stało, pokazałem pierścień i zaprzęgaj do domu... Nie powiem, żeby mi Anieli nie było żal - tęskniłem aż sam sobiem się dziwił, brało mi się na płacz i na złość, a com szklanic natłukł i stołków narozbijał - nie policzę - ale znowu miłosierdzia, jak winowajca, za taką fatałaszkę prosić nie mogłem... pojechałem...

Aż tu, ledwie tydzień upłynął śle mi bratanek umyślnego z listem na połarkuszu że Strukczaszy przyjeżdżał doń z wymówkami za postępowanie moje, że on mnie ze słowa nie zwalnia... że mu córka schnie itd... Odpisałem ni to ni owo, wielkich sobie z tego rzeczy nie robiąc - myślę sobie, a chcecie wy mnie, to się choć podrożę z sobą. Tymczasem mi i owa miłość przysychać zaczęła i o pannie Anieli trochę się zapomniało, choć znowu były takie chwile, żem się rwał jechać, ale duma nie puszczała... Strukczaszy odezwał się drugim listem wprost do mnie, odpisałem, składając się tym, że mi dano odprawę. Na trzeci list już w pasyi nic nie odpowiedziałem. Tymczasem padło tak, żem w Lubelskie pojechał i Domcię zobaczył. Dziewczę mi do smaku przypadło...

- Ale ty jej pono zrazu - nie? spytał Żubr.

- A czy to zważać na kobiece fąfry? wszak ci się to udobrucha potym, a choćby zrazu dąsało się trochę... ugłaszcze się! ugłaszcze! - Starałem się więc i mamie przypodobać i stryja sobie ująć... a choć dziewczę się żachało... do ślubu przecież przyszło... Ale co za ślub.. widzicie!! kłopot sobie kupiłem nie żonę...

Stuknął szklenicą o stół... ale że od czopa śmiech i wrzawa się wszczęła poszli ze szklankami..

A było się czego śmiać... Pan Rajmund Osowski znany bibuła wyzwał się z p. Zygmuntem Tomaszewskim o lepszą, kto dłużej pod czopem wytrwa, nie zakrztusiwszy się... Na sędziego obrano podsędka Wyrzechowskiego, który dobywszy cebulę z za pasa i trzy koperty trzymając na palcu, liczył minuty, a Osowski pod czopem leżał i wino mu się lało wprost do gardła...

Więc śmiechy i oklaski... leżał parę minut i wyrwał się, nie mogąc dłużej, poszedł pod czop Tomaszewski i leżał pół minuty dłużej. Ale oba potym poszli na ławę, bo się pochorowali. A już i beczka dogorywała... Ujął ją tedy siłacz Żubr na ramię i podczaszował, nalewając szklenice choć z lagrem... a śpiewali, aż się karczmisko trzęsło.

Na raz zatętniało, poznał Zbisław po brzęku uprzęży skarbniczek p. Bożeńskiego, więc choć zły był omen, że powracał sam, wybiegł na próg. Stary już tu stał zmęczony i blady... Podano mu naprzód wina i wszyscy go obstąpili, pytając - Co? jak?...

- Już lepiej nie badajcie mnie, rzekł, dobrego nic nie przywiózłem... Gorzej jest, niżem się spodziewał...

- A cóż? a co? nie chcą mnie? zaśpiewał Zbisław.

- Matka z córką nie wysiadając w Żmurkach, jeno konie przeprzęgły i poleciały na całą noc do Lublina do klasztoru, do Brygitek... Znać się gwałtu jakiego ulękły, bom ino ślad zastał, że na chwilę do domu wpadły i ruszyły...

Zbisławowi krew uderzyła do głowy..... uśmiechnął się.

- Ma pani matka rozum - odezwał się, bo bym Żmurki wziął choćby szturmem, a z klasztorem... no!

Tu zamilkł i po swoich spojrzał... mrugnęli mu towarzysze i on im.

- Ha! no - odezwał się, kiedy już na to poszło - zobaczymy!! Trzeba rzecz wziąć do namysłu, a że głodno i w żołądku zwija, bośmy na weselną ucztę czekali... każę choć ryby żydowi zgotować...

- Co ci w głowie - odparł Żubr, nie ma żony! aleć obiad gotów..... jedźmy do Żmurek...

- Dalipan jedźmy do Żmurek, zjemy i wypijemy przynajmniej...

Chwilę się pan młody zawahał... stryj łysinę tarł... kwaśno patrząc...

- Do Żmurek! do Żmurek...

- No, to do Żmurek - krzyknął Zbisław, żona moja, dom mój proszę asindziejów za mną... za mną..!

- Hura! wiwat...

- Ale ja... przerwał stryj... niepojadę...

- Ba! ba! my cię nie puścimy... musisz... wrzasnęli podpili biorąc stryja pod ręce - Musisz! dzwoniłeś na wesele... będziesz jadł antypasty... i marcepany...

Z hałasem wielkim wytoczyło się to wszystko z gospody od Hersza. Ludzie szli przy koniach, ale równie podpili jak panowie, bo ich też częstowano... kto mógł, dopadł kulbaki, inni poszli na wozy, a napakowało się ich na nie dużo, bo mało kto na koniu się mógł jeszcze utrzymać. Toż dla rezonu zaczęli strzelać, kto miał z czego, tak że Tomaszewskiemu czapkę któryś przestrzelił a drugiego raniono w ramię... Ale animuszu przez to nie stracił nikt, i pieśń zanuciwszy weselną, zielonych gałęzi nałamawszy, puściło się to wszystko gościńcem do Żmurek.

Droga była na tę nocną jazdę niczego, konie ją też dobrze znały. Szczęściem też bez wypadku się obeszło. Ale już było około północka, gdy kawalkata do murowanej bramy przybyła.

Trzeba wiedzieć, że w Żmurkach rezydencya choć na pół drewniana, jak większa część dworów w Polsce, ale bardzo była wspaniała. Za to w dawnych czasach bywała obronna, więc na wałach utrzymywały się częstokoły i wrota na noc zamykano. Gdy nasi goście do nich przypadli, stały właśnie zaparte. Zaczęto się gwałtownie dobijać. Na górnym ganku nad bramą pokazał się stróż...

- Otwierać, bo bramę wywalim! huknęli z dołu.

- Ja kluczów nie mam, rządzca śpi, pani wyjechała... nikogo tu nie puścimy.

- Pan młody ze stryjem... otwierajcie, bo ognia damy...

Człek się umknął, a tuż - jak to po chmielu nie trudno, dwóch wystrzeliło i z muru się tynk posypał. Więc gdy raz huknęło, już nie było co myśleć - wszyscy się rzucili na bramę.

Ale stare to były dębowe okowane i puklami nabijane wrota, na potężnych wrzeciądzach, na blisko ćwierć łokcia miąższe... więc choć walili bez miłosierdzia, ani się zatrzęsły, tylko huk się rozlegał...

Co było kawek na bramie, w poddaszu pozlatało z wrzaskiem - ale we dworze, choć by się był człek z letargu obudził wszystko spać się zdawało - ani znaku życia...

Dopiero nie rychło domyślił się Żubr, żeby częstokół wyłamać i do fortecy się dostać dziurą. Tak też i uczyniono... nikt im nie bronił. W dziedzińcu jakby wszyscy wymarli... ani światła ani żywej duszy... Wprost tedy całym tłumem do dworu się sunęli... Tu też drzwi zaparte... Stuknięto raz, drugi, nie ma ludzi! Łam! zawołał ktoś - Wybito tedy drzwi, aż na ziemię legły... Dopiero z wnętrza zjawił się blady jak trup rządzca ze świecą w ręku.

- A godziż się to? a godzi! po nocy! najazd na dom szlachecki w ten sposób...

Wtym Zbisław wystąpił.

- Miej waszeć rozum - rzekł - ja tu nie w gościnę przyjeżdżam ale do siebie. Wziąłemże przecie ślub z p. Domicellą, mam świadków... każ waćpan dawać wieczerzę i wina nie skąp, albo nie, prosić nie będę... dostaniemy sami... Ale wara mi się opierać, bo gorzej być może...

Rządzca zoczył p. Bożeńskiego, którego prowadzono pod ręce.

- Panie Starosto - zawołał błagając - a czyż pan w domu wdowim bratowej możesz dopuścić takiej zgrozy? Niechże pan przemówi...

Bożeński nic nie odpowiadając jeno mrugnął na rządzcę, żeby się już nie opierał... A tuż wszyscy na prawo się do jadalni wtoczyli.

Jadalną salę nieboszczyk Bożeński był przybudował sam i wysztyftował misternie, aby i na największą kompanią starczyć mogła... Siadało w niej sześćdziesiąt osób wygodnie... Na ścianach pozbierane portrety rzędem wisiały, kilku królów i familia nieboszczyka... W kącie kredensa wspaniałe od sreber pozłocistych... Że jegomość się w tym kochał, żeby to było po pańsku i z cudzoziemska, więc u drzwi postawił jak to widział w Niemczech - dwóch rycerzów w całych zbrojach z halabardami... W sali choć ciemno było, ale stół jeszcze zastali nakryty po weselnemu, kwiatkami przyozdobiony... tylko siadaj i jedz... W lichtarzach jarzęce świece zatknięte... Zaraz je też gospodarząc sobie sami poczęli panowie zapalać... Dwóch wydelegowano do kuchni, po kucharza, bo wszystko szturmem brać musiano...

Ludzie się byli pochowali, słysząc hałas i strzały, gdzie kto mógł na strychy, do sadu, w warzywa, po stajniach, a niektórzy słabszego serca, aż na wieś pozbiegali. Dopiero pod szupasem zaczęło się ściągać i ognie na kuchni napalono... W izbie wszystko niemal stało gotowe, tylko wyziębłe, bo weselna uczta miała być wspaniała... Duchem wyrządzono wieczerzę. Nie dość na tym, w stajni na sianie znaleziono muzykę, co się była skryła, i ją też z kąta wydobyto, aby im grała. A że się basetlista opierał, dobrego guza dostał w dodatku, aż mu potym głowę chustą związano, że wyglądał jak plejzerowany...

Na przekorę smutkowi wzięła się taka ochota, że gdy do stołu zasiedli a podano wina, które było wytrawne i tęgie... już by był nikt nie domyślił się, wszedłszy, że to tu raczej stypa niż wesele się obchodziło.

- Najadłszy się, napiwszy... rzekł Tomaszewski, który tęższym winem zupełnie się był wytrzeźwił, (bo nie ma po cienkuszu kwaskowatym jak mocne wino wytrawne, zaraz ono człeka na nogi postawi i głowę mu do jasna wyczesze). Co panowie myślicie? spać! Wstyd! Muzyka jest... musimy pójść w pląsy.

- Tak - a z kim? spytał drugi.

- Żeby też o dziewczęta było trudno, kiedy się chce potańczyć... veniet ancilla, kiedy pań zabrakło... Fraucymer jejmościn był ludny, muszą gdzieś panny być... zaprosimy je do tańca... A choćby Hapka która i Hrypinka przyszła... niechaj się przetrzęsą..

W śmiech wszyscy, myśl się podobała bardzo - tylko Bożeński protestował. - Zlitujcie się, czyście do nieprzyjacielskiego miasta się włamali, czy poszaleli. Szanujcież dom mojej bratowej...

- A cóż to pan myślisz, że my się tu jakiej nieprzyzwoitości dopuścimy, czy co? odparł Tomaszewski. Że sobie potańczym toć nie grzech... Przybyliśmy nogi nastroiwszy na wesele... jejmoście nam drapnęły... trudno im dać za wygraną...

Dwóch zaraz ochoczych puściło się panien szukać. Trzeba to przyznać, że nie wszyscy szli zgodni co do tańca, oponowali niektórzy, zwłaszcza, ci co nóg swych nie byli pewni... Tymczasem pito zdrowia... W pół godziny na sali zjawiły się jejmościanki cztery zapłakane, dwa wyrostki i troje dziewcząt z folwarku, ale w czystych i chędogich gorsecikach... Już za to zaręczyć trudno, czy łzy były prawdziwe czy udane, bo gdy kapela poczęła od ucha a kawalerowie pobrali owe Sabinki, twarze się im porozjaśniały i śmieszki słyszeć dały.

Było na co patrzeć, bo czystą komedyą grano z niemi. Posadzano je na krzesła i tytułowano Starościnami, Podczaszankami, Łowczankami, a obchodzono się jakby rzeczywiście niemi były... Dostało się po kieliszeczku słodkiego wina, do którego zostały przymuszone... a później ochota trwała do białego dnia jak w najlepsze.

Wszelako ani pan młody ani stryj p. Bożeński nie tańcował.

Już nadedniem poszli z sobą na naradę do drugiego pokoju, a co tam uradzili, nikt wiedzieć niemógł. Dosyć, że zdawali się być w zgodzie najlepszej. We dworze choć z musu słuchano i nie zabrakło na niczym...

Słońce wschodzić zaczęło, gdy się ta szalona biesiada ze znużenia skończyła... niektórzy z sąsiadów wstydząc się prawie cichaczem powymykali, inni porozchodzili się spać - pan młody kazał koniom i ludziom być w gotowości do drogi.

Zjadłszy śniadanie samopiąt z przyjaciołmi, ruszył ze Żmurek, dokąd? o tym nikt nie wiedział... Uważano tylko, że w kierunku ku Lublinowi pociągnęli.

 

 

 

Na trakcie pomiędzy Żmurkami a Lublinem, gdzie się dwa gościńce przecinają wiodące jeden z Podlasia, drugi z okolicy Siedlec, w miejscu dogodnym dla podróżnych, od bardzo dawnych czasów stała gospoda, dość oddalona od wiosek - śród przetrzebionego już lasu. Zajazd zapewne w przewidywaniu jarmarków był ogromny, izb kilka (ale zajętych czasowo przez kartofle i kury), szynkownia rozległa, a gospodarz słynął z zaopatrzonej dobrze piwnicy i śpiżarni. Tu po nocy spędzonej na hulance w Żmurkach przybyło towarzystwo nam znane około południa i sam pan Zbisław zapowiedział wypoczynek, potrzebowały go konie, a i ludzie jeszcze więcej. Kazano w pustej komorze nasłać siana w pas, rozłożono kobierce, poduszki, płaszcze i wszystko to legło z rozkoszą używać wywczasu.

Żubr tylko i pan młody pozostali na nogach, pierwszy przez przyjaźń dla Zbisia, drugi z wewnętrznego niepokoju, którego zwyciężyć nie mógł. Jeszcze konie były nie rozkulbaczone gdy Zbisław sam pobiegł do Moszka arendarza zdawna mu znajomego. Moszko był dlań pokorny, bo się Szaławiły (pod tym nazwiskiem wszyscy pana młodego znali), okrutnie obawiał. Wiedziano dobrze, iż nic go nie kosztowało człowieka potłuc, karczmę podpalić, figla bolesnego spłatać - gdy fantazya przyszła słoniną izraelitę prawowiernego nakarmić itp. Truchlało wszystko gdziekolwiek zajechał. Dawniej przynajmniej sowicie się opłacał... teraz mówiono, że nawet o grosz ciężko było a o excessy tym łatwiej. Moszko przystąpił doń z należną rewerencyą i rozbrajającym, pełnym słodkiej ufności uśmiechem.

- Słuchaj żydzie, niewiaro... masz ty zegarek?

- Jakto zegarek? a po co zegarek? zapytał Moszko...

- Wiesz dobrze godzinę?

- A na co mnie zegarek, żeby wiedzieć godzinę? odparł żyd. U mnie jest zegarek, ale stojący... a najlepszy ze wszystkich, to koguty i słońce...

- No - dobrze, o którejże godzinie tędy przejeżdżała moja żona ze swoją matką?

Żyd oczy wielkie wytrzeszczył i nie zrozumiał.

- Z przeproszeniem jaśnie pana? albo J. Pan żonatego?

- Wczoraj w Żmurkach był mój ślub...

- A waj! z panną Bożeńską!! a waj! proszę ja pana niech ja pierwszy powinszuję. Ukłonił się jarmułką do ziemi.

- Z powinszowaniem poczekajcie - odparł Zbisław - o której one tędy przejeżdżały...

Żyd zmilkł.

- Ale pytam się ciebie... kiedy one tędy przejeżdżały...

Moszko patrzał, brwi podniósł do góry ogromnie, zdawało się, że niewiedział, co odpowiedzieć.

- A kiedy one miały przejeżdżać? zapytał z pewną trwogą.

- Ja się ciebie, żydzie pytam! krzyknął Zbisław...

- Ja nikogo nie widziałem! rzekł żyd.

- Ale to niemoże być! dodał pan młody, wiem, że pojechały do Lublina, a ze Żmurek jadąc, minąć karczmy waszej niemożna...

- Pewno, że niemożna! dodał żyd... ale ja nikogo nie widziałem...

Po licu Zbisława przeleciał wyraz niecierpliwości, żyd zmiarkował, że się naraża na nieprzyjemne następstwa, jeśli nie odwróci gniewu i począł żywo.

- Proszę no, jaśnie pana... Że ja nie widziałem, to nie żadna racya, u mnie jest stróż, stary człek, co nigdy nie śpi, one może jechały nocą, a on najlepiej wie, co się na gościńcu dzieje... niech on powie...

Pan młody kiwnął głową, żyd pośpieszył trwożnie, a po chwili ukazała się z nim razem wlokąca postać osobliwa starego Wojtka, karczemnego stróża od lat dziesięciu.

Wojtek był obrazem nędzy zobojętniałej, dumnej, zdziczałej; starzec siwy z ogromnym rozczochranym włosem na głowie, twarz blada, opiła, oczy zgasłe w powiekach czerwonych, broda niegolona, koszula szara podarta, nogi bose... Ale mimo to za pas się trzymał oburącz i wyglądał jak pan udzielny. - Nie skłonił się nawet p. Zbisławowi, dobył brzozowej tabakierki i zieloną tabakę zażywał obojętnie.

Pan młody rzucił mu parę trzygroszniaków, które Wojtek pochwycił, nic nie mówiąc i do tabakiery wpuścił.

- Słuchaj - jechał kto tędy dziś nocą ze Żmurek, powozem do Lublina? spytał pan młody.

Chłop głową potrząsł.

- Nie - rzekł - nie, przed północką jechało kilka wozów chłopskich, potem pleban z Żółtej Górki który nocował i do dnia ruszył, w pierwszych kurach przesunęły się podwody z Hajworza i przystały... com im wódki wynosił... a nadedniem ino dwóch konnych ludzi... więcej nikogo nie było...

- Może powóz minął..?

- A choćby i minął? toć ja śpię na przyźbie.. to bym słyszał...

- Ale jakże może być?

- A czy ja to wiem jak może być? rzekł stary dziad - dość że nie jechał nikt... Zbisław spojrzał na Żubra, kiwnęli na siebie i poszli do izby.

- Cóż to ma znaczyć? rzekł cicho pan młody, że one niepojechały do Lublina? więc, dokąd? słyszysz? jak ci się zda?

Żubr który nie był bardzo bystry głową ruszał.

- Cóż się z niemi stało? hę? jeżeli nie pojechały do Lublina, niemamy i my po co tam jechać.. tymci lepiej, żonę łatwiej mi będzie odzyskać gdzieindziej niż z klasztoru.. bo taki zawsze, widzisz, napaść na klasztór... może być sprawa nie dobra! - Ale co ci się śni? alboś myślał na prawdę klasztoru dobywać? spytał Żubr.

A co ty myślisz? dobywać czy włamać się, czy wkraść.. dosyć że żonę dostać muszę. Rozumuję tedy tak, jeźli nie jechały tędy, niepojechały wcale, kryją się gdzieś na wsi, trzeba nawracać, szpiegować, dowiedzieć się, napaść i porwać...

Żubr westchnął, rokowało to ciężką wyprawę.

- E! dałbyś pokój! zawołał - co ci tam po takiej żonce która ciebie nie chce... siedziałbyś spokojnie...

- No! no! ja wiem co robię, nie studź darmo gęby - odparł Zbisław - mnie, jak ja sobie co powiem, i sam diabeł nie przekona..

- No, to rób sobie co chcesz!

- Ty bo dobra bestya jesteś - dodał Zbiś, ale nie do rady... chodźmy do naszych...

W izbie zmęczeni podróżni drzemali na sianie, dla rozbudzenia ich w sposób oryginalny, wchodząc pan młody z pistoletu wypalił. -

- A temu jeszcze w głowie szumi! krzyknął Tomaszewski - nikomu nawet spocząć nie da.. niech cię djabli porwą...

- Jak Twardowski bym się w powietrzu zawiesił! rozśmiał się Zbisław - no! no! Zgoda! na nogi! do rady. Moja żonka zdaje się że tylko symulowała ucieczkę do Lublina, ukrywać się musi gdzie indziej... trzeba tego dojść...

- A no - dochódźcie - ziewnął Tomaszewski - ale jabym tymczasem spał.

- Mnie trzeba sprytnego szpiega coby się za żebraka przebrał...

- E! e! dajże ty nam i sobie pokój! ofuknął Barański, któremu głowa po winie bolała - daj pokój! Ja ci się radą zdrową przysłużę - jedźmy do domu, wytchnijmy kapitalnie, wysmarujmy się... najedzmy, czas radzi... zobaczemy co robić. - Mnie się widzi że ty za swoją Domcią nie bardzo byś latać powinien, bo jej już - nie dostaniesz.

Zbisław ruszył ramionami.

- Słuchaj Barański - odezwał się. - Znasz ty mnie? hę? znasz? jak ty co podobnego powiedzieć możesz... Żebym ja jednej spodniczce z siebie dał drwić, żeby mi moja własna żona figę pokazała a ja ją zjadł i strawił? kto? ja? ja? ja?

- Ani byś był pierwszym ani ostatnim Samsonem, którego Dalila oszukała. Na twoim miejscu funtową świecę bym dał przed ołtarz krzyża Ś. u Dominikanów w Lublinie że mnie od nieszczęścia Bóg ocalił...

Co to gadać!

Głową kiwnął Barański i na słomę się powalił.

- Co ty przez to chcesz dać do zrozumienia spytał Zbisław - gadaj otwarcie - mów wszystko... ja będę słuchał...

- Musisz wszystko przecież wiedzieć! szepnął leżący towarzysz.

- Gadaj... stanowczo a gniewnie zawołał pan młody, rzucając się na posłanie - gadaj lub się bić będziemy.

- Nie groź że ty mi, bo i gadać będę i bić się jestem gotów dla twej przyjaźni, a wiesz że się ciebie i nikogo nie boję.

- No - gadaj...

- Jak ci nie w smak pójdzie Zbisiu, wina nie moja... Mnie całe to ożenienie wasze nie podobało się od początku do końca. Wlazłeś na upartego, gdzie cię oprócz stryja - nikt dobrym okiem nie widział... Cały świat wie, że pannę kochał szalenie Staszek Horwat, że ona go kochała, żeś tam wlazł między ich dwoje jak Piłat w Credo... żeś przez stryja matkę obałamucił, a matka córkę przynagliła do tego małżeństwa... Domcia póki była panną, nie miała swej woli, płakała, nagadali jej że Staszek o niej zapomniał, skłamali pono że się ożenił nawet... poszła do ołtarza, ale teraz gdy ma dobry powód rozstać się z waszecią a jest już więcej panią swej woli... rozwód dostanie. I ty byś panu Bogu dziękował - co ci po takiej żonie która innego kocha?... Ze stryjem zrobiliście frymark, boś mu trzyletnią dzierżawę części majątku żony zapewnił i z tenuty pokwitował bez grosza... Wszyscy to wiedzą...

Zbisław się zamarszczył i złośliwie popatrzał na Barańskiego.

- Pleć! pleć! zawołał - słuchając ciebie ktoby powiedział że wróg gada nie przyjaciel... A cóż to ja za zbrodnią popełniłem? hę? albo to się u nas tak ludzie nie żenią? Albo to co zdrożnego żem stryjaszka posmarował? A te amory panny to dzieciństwo! Ja się Staszka nie boję, a wlezie mi w drogę, to go zduszę na gorżkie jabłko...

- Co z tobą gadać człowiecze, kiedy ty na pięść tylko rachujesz? odparł Barański. - Staszek prawda ani siły twojej, ani śmiałości nie ma, chłopiątko delikatne, mdłe, białe... nieśmiałe, ale taki do kobiet najniebezpieczniejszy... Domcia go kocha...

- A za pół roku ja się tego kochania obawiać nie będę! rozśmiał się Zbisław, bylem ją wziął. Będzie mi ona śpiewać jak ja zagram...

- Chyba tańcować! poprawił Barański.

- I śpiewać i tańcować! zawołał Zbisław... Te romanse gołowąsów i studentów mnie nie straszą... Jak zostanie moją żoną z głowy jej to precz pójdzie. - Już ty mi więcej nie mów nic...

- Ja śpię - daj mi pokój - dokończył Barański i do ściany się odwrócił.

- Albo wy jesteście moi druhowie serdeczni albo nie - rzekł po namyśle pan młody - wola wasza! Przyjaciel się próbuje we frasunku, widzicie co mi się przygodziło... widzicie! a chcielibyście opuścić mnie w takim sromie i biedzie?

Jak sobie chcecie, ja nikogo nie muszę - ale kto dziś nie będzie ze mną, z tym ja nie będę nigdy... Ty wiesz Barański żem cię ratował nieraz, ręką i workiem, alem może kiedy i Tomaszewskiemu posłużył i Dygowskiemu był na coś przydatny i Zabrzuskiemu pomógł. - No - a teraz kiedy na mnie przyszła kreska, wy mi ręki podać nie chcecie.

- Jak to? nie chcemy - chórem ozwali się Tomaszewski, Zabrzuski i Dygowski, a za niemi i Barański ze swego posłania - ale my przecie pójdziemy za tobą i w ogień i w wodę.

- Tylko nam wolno, właśnie jako przyjaciołom, dorzucił Barański, pokazać ci że gra świecy nie warta... Więcej byś pannie wzgardy pokazał, gdybyś plunął i porzucił.

- A tego ja nie uczynię! nie uczynię! nikomum w życiu nie ustąpił - huknął Zbisław i przed jedną też a choćby i dwoma babami nie cofnę się... Gdybym miał żonę wziąwszy na trzeci dzień ją z panną wyprawną na wozie do matki odesłać... (co może być) to ją przecie muszę mieć, choćby na dni trzy... To mówiąc uderzył nogą w podłogę Szaławiła i zamilkł.

- No - no - nikt ci już nic nie mówi! dorzucił Tomaszewski...

W tym Dygowski wstał z kąta... Na kominie stała flaszka wódki gdańskiej i kubek, poszedł naprzód się napić, sam, w milczeniu, potym stanął przed Zbisławem, ręce założywszy i rzekł powoli.

- No - niech cię tam wciórnastki... Zbisiu - gadaj czego chcesz, ja ci służę... byle awanturka - ja to lubię. Co na półmisku?

- A no, naprzód trzeba wyszpiegować co się z babami stało...

- Jakże tu wyszpiegować? jak? pójdę jak stoję to mi nikt pewno nie powie - rzekł Dygowski - a przebierać się.

- Ot co ci wielkiego - zaczął Tomaszewski, weźmiesz chłopskie albo żebracze suknie, będzie ci do twarzy...

Zaczęli się śmiać, w istocie Dygowski miał taką głowę, żeby się jej ani chłopek ani żebrak nie powstydził. Wyglądał staro i brzydko, na jednym oku skałka, płeć czarna, włos prawie biały, nos i twarz popryszczone - istne straszydło. - Chłop był zdrów, krzepki, wytrwały jak żelazo, a co gorzej strasznie miłosnego temperamentu, więc mu z tym obliczem na świecie bardzo było niewygodnie - ale go żadną sztuką odmienić było niepodobna.

- Wezmę, rzekł Dygowski, dla przyjaźni Zbisia, choćby chłopską sukmanę i żebraczy kubrak - czemu nie! abym tylko mu mógł posłużyć.

Zbisław zerwał się i ściskać go zaczął.

- Tyś mi jeden druh! krzyknął - ale na Boga ci się klnę - odwdzięczę ci - ożenię... życie dam za ciebie.

- Życia nie potrzebuję, rozśmiał się Dygowski, tylko mnie ożeń z ładną panną, a z reszty kwita.

- No - słowo daję że pannę znajdę - zaśmiał się Zbisław... a teraz wywiąż się ze słowa...

Dygowski pomyślał, napił się wódki i nie mówiąc nic pomalutku wyszedł.

Po zniknięciu jego, milczenie czas jakiś w izbie panowało, Szaławiła chciał świstać a wzdychał. Żubr sapał. Barański czy udawał że śpi, czy spał już w istocie i chrapał.

- Ej! ej! począł ziewając Tomaszewski... nikt, co prawda, małżeństwa ci tego nie radził, Zbisiu... ale teraz gdy się stało - to jużcić prawda że dla honoru męzkiego, nie godzi się ustąpić, bo by się z nas śmieli...

- Ja też ustępować nie myślę... począł Zbisław - Nie pierwsza to u nas w kraju tego rodzaju historya, i nie ostatnia... Nasłuchałem ja się z młodu od nieboszczyka ojca jak porywano i małoletnie i odbierano, i sadzano w klasztorze i z klasztorów je mężowie dostawali i siekli się i pałaszowali o niejednę... Co za dziw że ja sobie też tak począć muszę...

Ciężko mi było pomyśleć że się do Brygitek schroniły, ale gdyby i tak było, przecież mury nie żelazne, a we świecie drabiny się znajdą. Jeżeli na wsi bawią skryte to je odszpiegujemy... a niema takiego dworu i takiego zamku, żebym ja się, moich ludzi wziąwszy, tam nie dostał... Więc to sprawa tylko o to, żeby wiedzieć kędy się moje jejmoście skryły...

- Ale czekajże - rzekł Żubr, nie jedna droga do Lublina...

- Jedna...

- Co to jedna! zresztą nocą stróż mógł prześlepić - trzeba jednemu do Lublina zbiedz... ja pojadę.

- Jedź, Jasiu, jedź! weź najlepszego konia i najrozumniejszą głowę...

- Nie bój się, ja nie gadam - rzekł Żubr, ale do roboty to mnie nikt nie przesadzi... pojadę.

- Ależ cicho! przerwał Tomaszewski, wy spiskujecie na rynku... a tu żydzi słuchają... kto ich wie co myślą...

Poczęli szeptać gdy w progu zjawiło się odarte chłopisko z kobiałką na plecach, w plecionych łapciach, czapka na głowie.

Spojrzeli nań... aż w śmiech... Był to doskonale przebrany za wieśniaka Dygowski; a kto by go mało znał, ani by się w nim szlachcica dobrego rodu domyślił, usmarował sobie ręce, szyję, włosy na czoło napuścił, trzymał się garbato, istne chłopisko...

- Ta, ono to dobrze - odezwał się do Zbisia - ale piechotą mi się nie chce iść, do Żmurek furę najmę, a już potym dalej... pieszo...

- To cię w Żmurkach poznają choćby dziewczęta z któremiś wywijał mazura... zaśmiał się Tomaszewski.

- Jako żywo! to moja rzecz. - Fura mnie czeka za wisznicami... bywajcie zdrowi... Ale gdzie główna kwatera i dokąd mam z językiem?

- Co mamy szukać innej, rzekł pan młody... oto tu w gospodzie... między Żmurkami a Lublinem na trakcie, będzie najskładniej, tu nas szukaj...

Wszedł i Żubr jak do konia ubrany, żegnając się bo chciał przed nocą być w Lublinie.

Tomaszewski, Barański nawet i Zabrzuski wstali z posłania żegnać się z odchodzącemi. Wypito jeszcze po kielichu gorzałki... i za chwilę cicho było w gospodzie.

Jakkolwiek odprawiło się to wszystko bardzo prędko i cicho, nie zważał nikt że Moszko był na posłuchach i niby nie zważając, niezmiernie się na te obroty ciekawił. Przeprowadził oczyma Żubra... popatrzał na oddalającego się Dygowskiego, którego poznał pewnie i wszedł do izby udając obojętnego.

Tymczasem brało się na zmierzch, a nasi podróżni rozłożyli się obozem w karczmie, konie, służba i panowie... Nie było co robić tylko za wczasu spać, a że wszyscy czuli się pomęczeni, legli więc zalecając aby się cicho w karczmie zachowano...

Wieczór był letni, gorący, cichy jak gdyby przed burzą, okna w gospodzie pootwierane, gospodarstwu żydowskiemu wcale się na sen nie brało... ale cicho zachowywał się każdy, bo z takiemi panami jak Zbisio nie było żartów.

Tylko gościniec nie odpoczywał... ku wieczorowi i nocy podwody, wózki, jezdni zaczęli napływać i przeciągać. Ale że karczma była rozległa, a izba szynkowa w jednym, gościnna w drugim końcu, i zmęczeni sen mieli twardy, nie przeszkadzało im to do snu jak najszczęśliwszego.

Już dobrze się zmierzchło i niebo pociemniało, a gwiazdy tu i owdzie zjawiać się na nim poczęły, gdy od strony Żmurek pokazała się bardzo skromna biedka, stanęła przed karczmą i wydobył się z niej kapotowy jakiś jegomość. Wyglądał jakby na mieszczanina z małej osady, granatową miał kapotę, kapelusz słomiany, a pod zwierzchnią suknią na bieliźnie czerwony pas. Biczysko zatknął w biedę, koniowi torbę do głowy z owsem podwiązał, a sam powoli podszedł ku przyźbie, na której teraz siedział sam zamyślony Moszko.

- Dobry wieczór panie gospodarzu, rzekł, gdyby kto wódki wyniósł, to bym się napił.

Moszko spojrzał... A czemu nie zajdziecie do izby?

- Konia odstąpić nie mogę, młody, płochliwy, aby co to go licho poniesie... niech mi tam wódki kto poda ale szabasówki...

- Z daleka jegomość?

- Nie - ja z Zabrzezia...

- A dokąd?

- Do Lublina...

- Jegomość ma interes? począł Moszko, który zwykł był zawsze śledztwo prowadzić.

- A mam interesa!

- Czy jegomość lepiej nie zanocuje... do dnia można zajechać...

- Pewno u was pełno w gospodzie. -

- Oj! oj! miejsca dosyć - tylko tam kilka koni pańskich i dwa wozy...

- A kto taki?

- No - co? pan młody ze Żmurek...

Mieszczanin drgnął widocznie, ale rzekł spokojnie.

- Czy nocuje?

- Pewnie że nocuje.

- Tak niedaleko od Lublina?

Żyd ramionami ruszył tylko. - Podróżny się obejrzał w koło, uważnie skinął na Moszka i powoli coś z nim szepcąc odszedł dobry kawał od karczmy. Nie można było słyszeć co z sobą mówili - wkrótce jednak Moszko i on w bardzo jakąś żywą a zajmującą weszli rozmowę. - Odchodzili kilkakroć opodal, jakby dla uniknięcia uszów i podsłuchów, potym wracali nazad, aż nareszcie przyjezdny wódki dostał, obwarzankiem zakąsił, około konia coś poprawił, biedkę nieznacznie zwrócił nazad i po cichu za karczmę ją wyprowadziwszy, zniknął.

Bohaterowie nasi spali i we snach roić coś sobie musieli, bo z izby oprócz chrapania dochodziły do sąsiedniej wykrzyki nagłe, urywane śmiechy, wołania jakby reminiscencye dni ubiegłych... Dopiero nad ranem, gdy mieszkańcy gospody budzili się do życia, w izbie podróżnych ucichło zupełnie, znać snem podróżnych zmęczonych usnęli głęboko. Około siódmej rano, promień młodego słońca wdarł się przez zakurzone szyby do izby gościnnej i począł igrać tym swobodniej po zakątkach że tylko jedna strona okna była zamknięta, drugiej snać panowie ci zapomnieli na noc zaryglować lub umyślnie ją otworem dla lepszego zostawili powietrza. Ranek był pogodny i piękny, ruch na gościńcu żywy; blask słońca znać zbudził naprzód pana Barańskiego, który po zakrztuszeniu się silnym, porwał na posłanie i siadł, rozglądując w izbie, a oczy zaspane przecierał. Obok niego w różnych malowniczych pozach spoczywali Zabrzeski i Tomaszewski i Zbisio.

Zdziwiło to wielce Barańskiego, że wczoraj złożonych na sianie sukni, szabel, pasów itp. nie zobaczył. Pomyślał sobie, że je ludzie do chędożenia znać zabrali, ale kiedy? tego sobie nie przypominał. Dziwna też rzecz była, iż i szabli nie stało i czapek i pasów, ba - gdy się lepiej rozpatrzył - i kubka przy flaszce srebrnego i trzosików złożonych wieczorem na kominie.

- Jeżeli to Tomaszewskiego żarty - rzekł w duchu - dalipan nie do rzeczy... I huknął:

- Tomaszewski wstawaj!

Ten ociągał się jakoś i przewracał jeszcze.

- Ale wstawajcie trutnie! czas wódki się napić! mnie już mdło! powtórzył Barański... musi być około ósmej!

- Hę? ozwał się Tomaszewski - wódki? już wódki? a jakaż z ciebie bibuła...

Zbudził się i Zbisław rozglądając.

- Dzień dobry...

- O spało się dobrze!

- Bo to nie ma jak na sianie! niech mi nikt o pierzynie i materacach nie gada! dodał Zbisław... siano to Boże posłanie. Ale gdzież buty, trzeba by pójść konie obejrzeć, bo ta czeladź... niech ją...

W stajni właśnie okrutna, szpetna i nieprzyzwoita panowała wrzawa.

- Te łajdaki już się tam za łby wodzą! zawołał Zbisław, trzeba iść z prętem, aby ich pogodzić.

Obejrzał się - ale gdzież buty moje?

- Kto z was sobie żarty stroi? hę - dodał rozglądając się w koło... Tomaszewski... słuchaj.

- Czego chcesz! gdzie sakwa co leżała na kominie!

- Jak Boga kocham okno otwarte! Barański się bosemi nogami zerwał. - Czy żarty, czy złodzieje! Drudzy też... - Jak Boga kocham! złodzieje skorzystali z twardego snu i obrali nas do nitki!

Spojrzeli po sobie - Zbisław czerwony był i wściekły... Gdzie szabla?... moja damascenka! a niechże ich porwą... Jakże może być żebyśmy się obrać tak dali! Chyba nam co podali w jadle czy napoju - Ja żyda w śmierć skatuję.

Wrzawa powstała w izbie ogromna.

Zbisław drzwi otworzył na oścież i krzyknął na chłopaka. - Jurek! bywaj!

Ale od stajni nie przychodził nikt, choć się powtarzało wołanie. Z gniewem wyskoczył już choć boso Zbisław... i zobaczył ludzi około wozów w zwadzie się z sobą ujadających... Wrzeszczeli jak opętani.

- Co wam takiego? trutnie jacyś! do porządku! Co to jest! huknął pan młody...

Ale w tym spojrzał na żłoby gdzie konie stały... koni nie było.

- Gdzie konie... u sto tysięcy? coście na paszę puścili czy...

- Ale gdzież tam, proszę j. pana! zawołał Jurek nadbiegając w koszuli... taż to nas w nocy ze szczętem okradli i nikt nie słyszał. Konie wyprowadzili, z wozów co było pobrano... a dodatku i gospodarz lamentuje bo mu i śpiżarnię odbito i para koni jego poszła z naszemi...

Zbisław osłupiał.

Zuchwalstwo złodziejów przechodziło wszelkie pojęcie, trudno nawet myśleć było, ażeby się mogli dopuścić takiej kradzieży bez jakiegoś porozumienia w domu, bez podstępnego upojenia i sług i panów... Ale gospodarz lamentujący za końmi, gospodyni rozkrzyczana nad szkodą zrobioną w śpiżarni, dowodzili że ich posądzać nie było podobna.

Nie tyle by może czułym był na straty pan Zbisław, chociaż te bardzo znaczne być mogły, wliczywszy w to pieniądze zagarnięte z komina, szable, konie, suknie, tłumoki itp. ile na niewolą przymusową na jaką został skazany, dopóki by się w co odziać i czym jechać nie mieli. Nie było tak łatwo w tym oddaleniu od wsi cokolwiek bądź dostać. Wreszcie zkąd? od kogo? za co? O pogoni ani było myśleć bo konia nie mieli na lekarstwo.

W pierwszej chwili szum tylko było słychać, zwadę, zrzucanie winy z jednego na drugiego, - Jurek się klął, że Maciej był winien, Maciej zrzucał na Jurka, Zbisław gniewał się na Tomaszewskiego, że pod oknem śpiąc złodzieja nie słyszał, który mu omal na nos nie nadeptał. Tomaszewski uniewinniał się znanym swym snem głębokim... Barański który pono najmniej miał pieniędzy, najgorszą szkapę, a najlepszy humor, pierwszy się śmiać i wydrwiewać począł.

- Żeśmy wszyscy ślicznie wyszli na Zbisławowym weselu, nie ma co powiedzieć! Wracamy per pedes apostolorum i goli jak święci tureccy. Dygowskiego odzienie i koń poszli z naszemi, ale mu choć mieszek został; Żubr choć konia ocalił... my... w koszulach i pieszo. Nie pozostaje tylko się udać w pobożną za grzechy pielgrzymkę do Częstochowy.

- Ale to tak płazem żydowi i złodziejom nie ujdzie! zakrzyknął Zbisław..... ja się pomszczę...

- Na kim? za co? żydowi parę koni ukradli...

Właśnie przed próg wyszedł arendarz lamentujący...

- Ja nieszczęśliwy! nieszczęśliwy! wołał - moich para koni warte były trzydzieści dukatów od siebie rzucając...

- Co ty mi o swych parszywych szkapach będziesz treny rozwodził - zakrzyczał Zbiś - kiedy mnie w koniach, sukniach i pieniądzach, obliczywszy straty wszystkie na parę tysięcy obrano... Twoje konie! kto może mi zaręczyć, że ty nie byłeś w zmowie ze złodziejami i że koni dla niepoznaki im nie dałeś?

Na te słowa Moszko zbladł i cofnął się, twarz jego zmieniła się nagle, począł bełkotać niezrozumiale... Powołano stróża na świadectwo, sam Moszko upewniał że on nigdy nie sypiał. Wojtek przyszedł z tabakierką we wczorajszym stroju, ale okazało się że wysłany z wieczora całą noc nie był przy karczmie i nie wrócił aż rano. Pierwszy on dostrzegł, że wrota były otwarte... pierwszy alarm zrobił widząc że koni nie ma... ale o niczym wiedzieć nie mógł.

Jednego z czeladzi posłano chociaż bosego do najbliższej wioski po konie, zamyślając niemi dostać się do Lublina, a tymczasem ponieważ złodzieje zabierając kubek i wódkę gdańską sobie przywłaszczyli - ratowano się szabasówką Moszka, która w cudowny sposób ocalała. Pani Moszkowa cała we łzach z powodu strat poniesionych w śpiżarni, które obliczała wysoko; zaczynała jednak po kojcach poszukiwania jaj dla ugotowania jajecznicy olbrzymiej, której żołądki tych panów domagały się gwałtownie. Oprócz tej potrawy europejskiej, najłatwiejszej do zgotowania, gdzie tylko się kury znajdują, nie było nic, chleb suchy i kwaśne ogórki. Tych ogromną misę przyniesiono na zakąskę po wódce i wkrótce ją ci panowie zmietli. Barański utrzymywał, że jak żyje tak dobrych solonych ogórków nie jadł... Wczorajsza pijatyka dodawała im smaku.

Czas schodził na regestrowaniu strat, które za każdą chwilą okazywały się znaczniejsze, pieniądze, zegarki, szable, pasy, w tłumokach owe paradne weselne stroje, kity, kanaki, rzędy... wszystko to znikło... i ani się spodziewać było można odzyskania skradzionych rzeczy. Od czasu zaciągnięcia kordonu austryackiego, złodzieje ztąd zwykli byli manowcami przebierać się do nowo nominowanej Galicyą Rusi, a tam już jak w wodę wpadali. Im obłów był znaczniejszy, tym rozumniej musiały być przedsięwzięte środki umknięcia z nim niepostrzeżenie. Złodzieje mieli kilka dobrych godzin zysku... a teraz upływał też czas daremnie, bo nie było ani czym ani kim urządzić pogoni.

Szczęściem że towarzysze Zbisława byli ludzie-hulajdusze... bez kontuszów więc nawet trzymał ich się dobry humor. Z całego sprzętu ocalała talia kart na kominie, po jajecznicy więc siedli na sianie grać na kredyt. Moszkowa dostarczała furażu, aby się nie nudzili.

Klęli że się dach na karczmie trząsł. Tak zszedł cały dzień... dopiero ku wieczorowi Zbisław posłyszał głos Żubra. Żubr na koniu wjechał do gospody i otoczony przez czeladzi, nim zsiadł już się o wszystkim dowiedział. Ale z aprehensyi i zdumienia jakby mu nogi odjęło, koń go do żłobu sam prowadził... W poprzek była belka od słupa do słupa, koń podbiegł nieco, Żubr czołem się ciął o belkę i jak długi o ziemię obalił. Już kiedy bieda to nie jedna, potłukł się, okrwawił a zły był, że o mało konia nie zdusił, wszyscy się zbiegli na to nowe widowisko. Jurek pobiegł po wodę, żeby głowę obwiązać, obstąpiono nieszczęśliwego Żubra.

- Ale gdzieżeś ty oczy miał? żeby też dać się koniowi na belkę wprowadzić! wołał Barański.

Żubr tym bardziej się złościł, jakoś go udobruchawszy, poprowadzono na siano... ale głowa rozbita nie dawała mu się rozgadać.. póki się wódki raz i drugi nie napił. Obwiązano mu skronie mocno, aby krew nie ciekła, usmażono znowu jajecznicy i nie rychło zaczął się spowiadać...

Pan młody chciał tylko o jednym wiedzieć, czy jego żona była w klasztorze u Brygitek czy nie? O tym właśnie Żubr stanowczego nic powiedzieć nie mógł... Panna Furtyanka na jego zapytanie (udał bowiem, że z listem przybył) odpowiedziała wprawdzie, że pań tych ze Żmurek nie było... ale zarazem listu chciała się podjąć niby dla odesłania... Dawało to do myślenia, że się kryć mogły w klasztorze. Z drugiej strony w gospodzie na placu na przeciw klasztoru, z której widać bramę jego, o żadnym powozie i paniach przybyłych nic nie wiedziano. Żubr wąchał, śledził, pytał, dowiadywał się i wrócił przeklinając babską chytrość. - Zamyślił się i pan młody niepewien co tu poczynać dalej.

Konie wprawdzie ze wsi przyprowadzono, ale teraz zamiast w pogoń za żoną, trzeba było jechać do domu i odłatać się na nowo... począwszy od konia do butów i sukni, musieli panicze sprawiać sobie wszystko de noviter repertis. Zbisław jakkolwiek podszastał był dobrze ojcowiznę, buty dawnej nie pozbył, zaklął się więc że przyjaciołom swym straty ich ze swej kieszeni wynagrodzi... a była to niemała rzecz - chcąc jak należało obdarzyć, co sama duma nakazywała.. Wszyscy owi druhowie ludzie byli niemajętni, oprócz Barańskiego, ale ten miał żonę rozrzutną i kilkoro dzieci...

Do Wierzchówki pana Zbisława Wierzchowskiego było od owej nieszczęsnej karczmy spętanych o mil sześć - na chłopskie konie z popasem cały dzień drogi... Pod noc jechać na nic się nie zdało. Uradzono więc ruszyć ze dniem chłodem, a dla Dygowskiego kartkę zostawić, aby on po przybyciu swym zaraz za niemi pospieszał. Dygowskiego funkcya szpiegowska nie dozwalała się go spodziewać rychlej nad dni parę... Czekać nań nie było co, spełzły wszystkie projekta.

Ale nie znał by Zbisia ktoby sądził, że doznane przeciwności odebrały mu humor, pomięszały szyki lub zwątliły chęć odwetu... Powtarzał cicho - co się odwlecze to nie uciecze... a dumał, wąsa kręcił i łysinę tarł.

- Oddam z nawiązką za poczekanie powtarzał.

Już dobrze znowu zmierzchało, gdy we wrotach gospody posłyszano rżenie koni dopominających się żłobu, rżenie zwykłe podróżnym zmęczonym szkapom... Wprawne ucho Zbisława poznało też po brzęku uprzęży, iż jakiś powóz znać na noc chciał do karczmy. Dostawszy już jakichś butów i mogąc wynijść nie wytrzymał Szaławiła, żeby nie dotarł co się to tam działo. Licowe konie już były za próg wyskoczyły, ogromna landara wstrzymana jeszcze była za gospodą jak gdyby zawrócić zamierzono. Moszek z jarmułką w ręku u drzwi powozu coś kłaniając się rozpowiadał. Zbisław i Żubr powoli podkradli się pod wrota.

- Proszę Jaśnie Księżnej... izba jedna była gościnna, ta zajęta... mieliśmy wielkie nieszczęście... tej nocy złodzieje czy rozbójniki zakradli się do nas i panów nocujących tu i nas na tysiąców obrabowali. Te panowie siedzą bez butów u mnie.

- No, to jechać dalej - ozwał się głos z powozu.

- Ale dokądże, proszę W. Ks. Mości, odparł grubym głosem służący, otyły, poważny mężczyzna, stojący z drugiej strony drzwiczek - dalej las... o dwie mile dopiero wieś, noc... konie pomęczone w śmierć, jeden kuleje.....

- A jakże ja tu nocować mogę! bolejąco ozwał się głos z powozu.

- Dalipan, Jasiu - szepnął Zbisław do Żubra, to moja księżna.

- Jaka, twoja!

- Dobrodziejka i protektorka od młodości... ta której winienem całe moje wykształcenie! Szaławiła się uśmiechnął - Cóż bo, nie domyślasz się to przecie Księżna Podkanclerzyna...

To mówiąc Zbisław, choć był tylko okryty opończą od Jurka pożyczoną, poskoczył ku karecie... zrobił minę nieszczęśliwego żebraka, schylił się, wyciągnął rękę i począł...

- Jaśnie Oświecona Księżna Pani! ulituj się nad nieszczęśliwym podróżnym... którego spotkała niedola... raczcie obdarzyć choć...

- Grands dieux! to pan... to Zbiś!

Ten w śmiech... głowę podniósł...

- Widzi pani co to nas tu spotkało...

- A to was? o mój Boże!

- Tak, mnie, i moich przyjaciół... do koszuli nas obrano...

- Strach mnie ogarnia... zawołała księżna z powozu - o! już dalej nie pojadę.. będę tu nocowała. Zajeżdżać, grzeczni kawalerowie ustąpią mi z izby, a sami pojdą spać do sieni...

- I przez całą noc będziemy wartę trzymali, ażeby księżnie koni jak nam nie ukradziono...

Tak tedy powóz, bryka i karyolka wtoczyły się z księżną panią i dworem do gospody. Było to prawdziwe błogosławieństwo Boże, księżna Podkanclerzyna wracała z Lublina do dóbr swoich, zaopatrzona obficie we wszystko czego w drodze potrzebować mogła. Jechał z nią kamerdyner, dwie służące, dwóch lokajów, hajduk ogromny drab słynny na całą Polskę ze wzrostu i dwóch rękodajnych dworzan, szlachty ubogiej. - Weselej się zrobiło zaraz, szczególniej Zbisławowi, który na dworze owego Podkanclerzego lata spędził młode i był w wielkich łaskach u Podkanclerzyny.

Księżna miała lat blisko pięćdziesiąt, może więcej, ale zapominała chętnie o metryce..... strojna zawsze, wyświeżona, uróżowana, wysznurowana (dla zbytniej nieco otyłości) owdowiawszy od lat kilku, mówiono iż miała jeszcze nadzieję wyjść za mąż, chociaż syn pono trzydziestoletni, żonaty i wnuczki protestowały.....

Dwie rzeczy zajmowały księżnę nadzwyczajnie, zabawy i interesa majątkowe... Miała ona dobra znaczne bardzo, ale odłużone... i sama rządziła niemi z plenipotentem, prowadziła procesa, frymarczyła folwarkami, puszczała zastawy... przyjmowała i odprawiała ekonomów. Resztę zbywającego jej od tego kłopotliwego zajęcia - czasu, lubiła się bawić wesoło, szczególniej w męzkim towarzystwie. - Gdyby nie trochę trądu na twarzy, źle pokrytego bielidłem, byłaby jeszcze dość ładną, a twarz nieco już zwiędła okazywała ślady niepospolitej piękności przekwitłej, o której wiele mówiono.

Księżna mimo utrapionych interesów, lubiła żyć wygodnie, chociaż przytym miała przystępy skępstwa... i oszczędności. Życie jej upływało na podróżach po sądach i trybunałach, gdzie sama pilnowała procesów, w papierach i rachunkach, w wycieczkach do stolicy i za granicę, trochę w politycznych frymarkach i intrygach wszelkiego rodzaju..... W towarzystwie była to osoba dobrze wychowana i rubaszna na przemiany, wielkiego tonu i bardzo prosta, jak jej było wygodniej..... Pierwszą w świecie dla niej rzeczą była ona sama.. po sobie kochała bardzo syna jedynaka, a po synu wszystkich ludzi, z którymi czas przyjemnie spędzić było można. Do tych należał z dawna Zbisio Wierzchowski... niegdy dworzanin księcia J. M., faworyt wielki pani, który choć się potym oddalił zawsze w łaskach pozostał, i co kilka miesięcy bawił po kilka tygodni u protektorki swojej.

Księżna przesiedziała w powozie, dopóki izby zajmowanej przez nieszczęśliwych towarzyszów pana młodego nie oczyszczono. Zbisław stojąc u drzwiczek landary, bawił ją rozmową, służba tymczasem wyprzątała, obijała, kadziła... a Tomaszewski, Zabrzeski, boso wynosili się do żydowskiego alkierza.

- Ale mówże mi asindziej, w jaką to znowu popadłeś awanturę...

- A! M. księżno! prawda że w awanturę...

- Niespokojny duchu! klapnęła go rękawiczką po ręku, którą położył na drzwiczkach..... pfe! że się też to nigdy nie ustatkuje...

- Taka niepoczciwa natura! westchnął pan młody - ale teraz... gdy się wilczysko ożeniło...

- Jak to? ożeniło? z kim? gdzie? jak? żonaty jesteś.

- Od pozawczoraj, księżno dobrodziejko, a ślubny wieczór spędziłem samiuteńki jeden z przyjaciołmi.

- Gdzież żona?

- Drapnęła mi księżno.

- Jak to? od ołtarza?

- Tak, prawie jak od ołtarza... westchnął Zbisław... ale to cała historya...

- No to mów, rozpowiadaj, niemasz przecie co lepszego do robienia... nieszczęśliwy człowiecze...

- Po co się tu długo z grzechów spowiadać, księżno dobrodziejko, mówił Zbisław. Zaswatałem się był naprzód w Hrubieszowskim i byłem zaręczony, panna śliczna, ale cóż? Dopatrzyła się całusa, który przez pustotę dałem innej i rzuciła mi pierścionkiem w oczy... Tymczasem ojciec nie chciał mnie ze słowa puścić... Jam sobie w świat jechał, tu mi się panna Domicella Bożeńska trafiła... prawda że ona mnie nie bardzo chciała, ale mnie się podobała. Po długich korowodach dali mi ją... Ale cóż? ledwieśmy od ołtarza odeszli, jawi się ojciec pierwszej panny z protestem, robi mi awanturę, a moja żona wypowiada posłuszeństwo i ucieka.

- Cóż waćpan pleciesz? bajki z tysiąca nocy! awantury arabskie! zawołała księżna pani... czy żartujesz sobie ze mnie.

- Ale gdzież znowu... mościa księżno! czyżbym śmiał! Tak było, niestety! tak było.

- I cóż?

- Nawet dotąd nie wiem gdzie mi żona uciekła, czy do Brygitek do Lublina, czy gdzie indziej się skryła... ale gdyby do piekła pójdę za nią.

- O! o! Jak Orfeusz za Eurydyką! i zaśmiała się księżna - cóż to ją tak kochasz?

- Podoba mi się, a przytym M. księżno nie rad z siebie daję żartować. Przecież mi przysięgała i jest żoną moją. Właśnie się moi przyjaciele na zwiady rozjechali, gdy mnie tu to nowe nieszczęście spotkało.

- I cóż myślisz?

- A no naprzód muszę o butach myśleć, rozśmiał się Zbisław, potym zobaczymy...

Tu się rozmowa przerwała; dano bowiem znać księżnie, iż pokój gotowy, kamerdyner, hajduk, dwie służące i dwóch dworzan przyszli przeprowadzać do mieszkania, które wcale nie było podobne do tego, czym było przed chwilą. Znalazły się sprzęty, poobrywano ławy dywanami, stół zasłano makatą, izba woniała kadzidłem.

Zbisław przeprowadziwszy do progu swą opiekunkę dawną, rękę jej ucałował i chciał się cofnąć - ale został uprzejmie zaproszony na wieczerzę podróżną... Wahał się jeszcze, czy mu się godziło przyjąć samemu książęce przysmaki gdy drużyna była o głodzie i wódce, a księżnie znowu tak licznej kompanii narzucać nie było podobna, gdy Podkanclerzyna się uśmiechnęła.

- Przyjdź no, przyjdź ozwała się klepiąc go po ramieniu, nie ceremoniuj się, twoim przyjaciołom poszle się pieczeń zimna, a może tam jeszcze co dodatku, więc ich na sumieniu mieć nie będziesz...

Tak pocieszony Zbisław odszedł do swoich z dobrą miną i nowiną. Pieczeni szczególniej byli niezmiernie radzi, bo szlachcic w ogólności jest stworzeniem mięsożernym, i żadna w świecie choćby z bażancich jaj jajecznica go nie nakarmi, póki się z wołowiną nie spotka. Pod tym względem mieliśmy instynkt zachowawczy anglików. Wprawdzie szły i jałowice na stół, gdy karmnego wołu nie było, ale bez wołowiny szlachecka kuchnia się nie obeszła.

Towarzysze pana młodego w zbyt zaniedbanym będąc stroju, ażeby się kobietom przedstawić mogli, u drzwi alkierza przez szpary czatowali na zwijające się służące księżnej pani. Jedna z nich wprawdzie dobrze była nie młoda, ale za to druga tak piękna, że dla napatrzenia się na nią, Zabrzeski z Tomaszewskim o mało się nie pobili.

Pan młody chodził zamyślony... bądź co bądź przybycie protektorki było mu na rękę, nie wiedział jeszcze jak je zużytkuje, ale spodziewał się zawsze skorzystać. Najbliższe dobra i czasowa rezydencya księżnej była tylko o dobre trzy mile. Z niej nawet obrawszy tu główną kwaterę, wygodniej można było czynić ku Żmurkom wycieczki, a pomoc dziedziczki wielkich dóbr, mającej mnogich oficyalistów, leśniczych, strzelców, dwornią... nie była do pogardzenia. Wprawdzie teraźniejszy plenipotent księżnej i wielki jej faworyt, wielce nie lubił pana Zbisława, ale to bynajmniej u samej pani szkodzić mu nie mogło. Tej stałych łask zawsze był pewnym. Zdało mu się więc, że tu sama opatrzność sprowadziła dobrodziejkę na ratunek...

Jeszcze medytował, gdy wniesiono pieczeń i parę butelek wina dla towarzyszów niedoli, a stary kamerdyner zaprosił razem p. Wierzchowskiego na pokoje do księżnej Jejmości. Zbisław poszedł... księżna już była sama przy stole zastawionym obficie; poprawiła nieco stroju i choć nie zbyt wytwornie była ubrana, wyglądała wcale świeżo i zalotnie.

- Mościa księżno! zawołał filut od progu... jak mi Bóg miły - musiał księżnie Cagliostro sprzedać swoję wodę, tak pani cudownie świeżo i młodo wyglądasz...

- E! bałamucie ty jakiś! odpowiedziała śmiejąc się księżna... bałamucie - siadaj oto i jedz... a nie paplaj... bo ja ci nie wierzę...

Pomimo tej niewiary, księżnę bodaj czy nie komplement p. Zbisława wprawił w humor cale dobry. - Nalała mu wina i wyzwała do obszerniejszego rozgadania się o losach i przygodach. - Pierwszy to raz pono w życiu słynnego Szaławiły, tak mu się fatalnie zaczęło niepowodzić. Do tej pory bowiem zawsze i wszystko szło jak z płatka - miano go i on się sam miał za najszczęśliwszego z ludzi. Ale od tej podróży w Hrubieszowskie, od poznania panny Anieli zmieniły się konstellacye i gwiazda bohatera naszego zaćmiła. Na chwilę niby ożenienie ją odsłoniło i zdała się świecić dawnym blaskiem, gdy najniespodzianiej wesele tragicznie zostało rozwiązane, a Zbisław rzucony na przygody, których rozwikłania przewidzieć nie mógł. Fatalna ta kradzież, stosunkowo niewielkiej wagi wypadek pomięszał też szyki. Pan młody choć się pragnął uśmiechać, był posępny i zamyślony. Postrzegła to księżna i naganiła mu niepotrzebne kwasy, których nie lubiła.

- A! Mościa księżno dobrodziejko! zawołał Zbiś - jak tu być dobrej myśli kiedy los prześladuje - z ludźmi walka jeszcze połatawszy, ale z przeznaczeniem... trudna...

- A któż waści powiedział, że masz z przeznaczeniem do czynienia? Że ci się raz powinęła noga, jeszcze niema co rozpaczać, zwłaszcza kto sobie tak radzić umie jak wy.

I pogroziła mu księżna paluszkiem ale biedny pan młody wzdychał.

- Nie, nie, jest jakiś fatalizm - rzekł - jest fatalizm... przeklęła mnie ta nieszczęsna panna Aniela!!

- Dobrze ci tak! po co dziewczęta zwodzisz...

Zbisław spuścił głowę... - Co tu teraz począć?

- Jedź do domu naprzód i ogarnij siebie i swoich... rzekła księżna... a masz że pieniądze...

- U żydów pożyczę...

Księżna zrobiła kwaśną minę.

- Czyż ci tak wiele potrzeba?...

- A! nie mało - odparł Zbisław... bo gdyby szło o paręset dukatów, toćbym przecie drugi raz żyto na pniu sprzedał.

- Drugi raz?

- Bo raz pono już sprzedałem - odrzekł obojętnie Zbisław - ale to nie moja wina. Żydzi na wesele dać mi nic nie chcieli, musiałem więc uciec się do tego środka..... a teraz...

- Słuchaj, mój ty szalony chłopcze, dodała księżna - jeśli ty myślisz, że ja ci pożyczę, to się mylisz. Sama musiałam dług zaciągnąć - niemam grosza przy duszy..... ale ci przecie coś poradzić i pomódz pragnę. Jedź do domu, przyszlę ci mojego Abrahama z Hubki i zaręczę jeśli potrzeba...

Jak się ogarniesz i trochę nabierzesz ducha lepszego, przyjeżdżaj do mnie, będę siedziała na wsi, założysz sobie główną kwaterę w oficynie w dawnym mieszkaniu...

Tu nastąpiło westchnienie wiele zaprawdę znaczące.

- No - dodała - i będę ci pomagać do odzyskania tej żony za którą się tak ubiegasz, a która ci pewnie w gardle stanie...

- M. księżno! zawołał Zbisław - ja na to tylko chcę ją odzyskać abym potym porzucił - żyć z nią nie będę... a wystrychnąć się dać na dudka - nigdy w świecie!!

- No! no! nie mówmy o tym - dodała księżna nalewając kieliszek - teraz wesołego mi coś praw... bieda na potym... Ja każę...

Rozkazanie księżnej Jejmości było tak skutecznym iż pan młody na chwilę zapomniawszy o położeniu spędził wieczór na pogadance wesołej i w znacznie poprawionym humorze, wrócił do swoich towarzyszów.

Do dnia po cichu, nie budząc nikogo panowie nasi ruszyli do Wierzchówki. Zbisław miał potężnego sprzymierzeńca.

 

 

 

Nie zdziwi to nikogo pewnie, że ojciec p. Zbisława Wierzchowskiego słynącego z rozrzutności wszelakiej, mienia, czasu, zdrowia i dobrej sławy, był jednym z najdziwaczniejszych skępców, jakich można było spotkać na obszarze rzeczypospolitej.

Dorobił się zapobiegliwością i oszczędnością niesłychaną wcale pięknej fortuny, ale ludzie mówili, że niedostatkiem wygód i nudziarstwem swym żonę wpędził do grobu a pono i dwoje dzieci. Został mu jedynakiem ów Zbisio ukochany, dla którego, mimo przywiązania, nie bardzo się na wychowanie wysilił. Przyjął był zrazu bakałarza, wędrownego klechę, który z wódką się pono lepiej znał niż z łaciną, aby chłopca rudymentów uczył; potym gdy tego nie stało, gdyż trzymać dla nałogu nie było podobna - chłopak się wałęsał bąki zbijając, niby do plebana uczęszczał na lekcye, ale z nich nie wiele też było pociechy. Oddano go do szkół, ale jak najoszczędniej, ordynarya i półtora sta złotych koprowiną wypłacanych, starczyły. Tu Zbiś poczuwszy w sobie szlachecką krew, więcej szalał niż się uczył. Koniec końców tak nabroił że go wygnano. Chłopak już był pod wąsem - co tu było począć z nim, ojciec wedle starych tradycyi, nawykły trzymać się pańskiej klamki, wierzący w skuteczność wychowania po wielkich dworach, nie mając innego w pobliżu, powiózł go do księcia Podkanclerzego. Tu raz zdawszy go na opiekę marszałka dworu i ojcowski bizun z plenipotencyą, powierzywszy czcigodnemu panu a bratu, powrócił spokojniuteńko do roli i zatrudnień około męczenia chamów. Rzeczywiście też na dworze księcia Zbisiowi było jak rybie w wodzie. Naprzód miał szczęście podobać się księżnie która go sobie za rękodajnego dworzanina obrała - potym wkradł się w łaski marszałka, naostatek potrafił współtowarzyszów zagarnąć pod swą władzę i zwierzchnictwo. Dwór, w którym szczególniej na występy wielkie, zachowywało się decorum pańskie, w powszednich dniach dosyć był sobie swobodny. Szalano okrutnie choć ostrożnie. Zbiś za wszystkich dokazywał. - Ztąd, prawdę rzekłszy, wyniósł on swoje szaławilstwo i zbytnictwo...

Dobrze mu było, choć mało co albo nic nie dawał, protegowany przez księżnę, gdzie tylko trafiła się jaka gratka, stawał do jej wzięcia. Na dworach ówczesnych nawet zamożna szlachta tych podarków zwyczajowych brać się nie wstydziła. - Gość, krewny, obowiązany, chcący pozyskać ucho dzierżawca, zastawnik kupował sobie względy faworytów konikiem, szabelką, pasikiem lub rulonikiem dukatów. - Szło to gładziuteńko do kieszeni, kufra, do stajni, wszyscy o tym wiedzieli, zazdrościło wielu, nie sarknął nikt - brali wszyscy. Zbisio w rzadkich wycieczkach do Wierzchówki zdumiewał ojca garderobą, zapasami, dostatkiem... które szczęśliwego starca uwalniały od pensyi. Tatko też najczęściej zbywał na odjezdnym nic nie kosztującym ale rzewnym błogosławieństwem.

Zbiś nie bardzo mu dokuczał, miał tyle zdrowego rozsądku, iż sobie rachował już że skępstwo ojcowskie wyjdzie mu na dobre. W istocie gdy staruszek Bogu ducha oddał, a po pogrzebie przyszło robić inwentarz jego pokoju, od którego klucz zawsze na piersiach nosił, - Zbisio myślał, że wyszukiwaniu pieniędzy nigdy końca nie będzie.

Pokój to był ciemny, z wnętrza okutemi okiennicami obwarowany - pełniuteńki najrozmaitszych rupieci. Na pierwszy rzut oka nic się po tych niepozornych stósach gratów spodziewać nie było można - ale bliższe rozpatrzenie się dowiodło niezmiernej roztropności starca, który tak chował pieniądze, żeby złodziej wkradłszy się nie rychło je mógł zdobyć. Tak np. w garnku pierza pełnym na spodzie leżało w cieple tysiąc czerwonych złotych, w starych łachmanach, w węzełkach pozawięzywane były talary i sztuki złota, w kominie pod popiołem było tysiąc bitych talarów... Wszystkie kryjówki, kątki, dziury pozapychane były różnych czasów uciułanym groszem, na którym częstokroć tylko stała data i znaczek. Począwszy od miedzi, starych tynfów, aż do pruskich dukatów Frydrychowskich i najlepszego hollenderskiego złota i portugałów różnych, wszystkiego tam można było dostać! Rejestrowano dwa dni dopóki się wszystko pozbierało, a pod podłogą poderwaną przypadkiem jeszcze nieszpetną summę odgrzebano. Gdy się to wszystko zgromadziło, a kapitały na obligach weszły też w porachunek, zdało się Zbisiowi, że był jednym z Krezusów w Polsce najbogatszych i stósownie do tego życie rozpoczął.

Czego mam sobie żałować? rzekł zaraz w początku. - Dziś żyjem jutro gnijem, albo ja głupi sukcessorom zostawić do użytku, co mi może przyjemność uczynić?

Naprzód tedy gorliwie się wziął do gotówki Zbisio, pojechał do Warszawy, zabawił tam pół roku, zgrał się, zachorował i powrócił z czyściejszym workiem niż sumieniem. W istocie dolegało mu to że dużo, dużo pieniędzy poszło na zielony stół w ręce szulerów. - Ale w domu były jeszcze niepodniesione summy, obligi, rewersa itp., które żydzi rozkupili chętnie i kasa została znowu zaopatrzoną. Zbiś jeździł, bił się, swawolił, końmi frymarczył, panny zwodził, po miasteczkach burdy wyprawiał, a wkrótce on i jego banda stały się sławnemi w okolicy. Na chwilę nawet naśladując Albeńską, przyjaciele Zbisia poszyli sobie przyjacielskie mundury niebieskie z zielonym, podszewka karmazynowa... ale te gdy się podarły... drugich już nikt nie sprawił. Zbiś był postrachem okolicznej uboższej szlachty, do której dworków uczęszczać lubił bez ceremonii, a rzadko się gdzie po libacyach bez ekscessu obeszło. W jednym to z tych wypadków dostał to znakomite cięcie przez łeb - o którym owa szrama świadczyła. Innych pomniejszych w pojedynkach otrzymanych, policzyć by było trudno.

 

 

 

W tych czasach przytłumionego już w Polsce życia politycznego, zwichnionego bytu wewnętrznego, potwornych stosunków, które szlachcie odjęły dawną jej rolę i zatrudnienia, cała żywotność i siła jej, rzuciła się na różne tego rodzaju ekscessy, oryginalności, wybryki próżniacze... Starosta Kaniowski, Gozdzki i inni mnogich mieli naśladowców. - Życie przyjemnie płynęło na awanturach długo bezkarnych, a człowiek od nich pewnego nabierał blasku.

Na takiego Szaławiłę wykształcił się Zbiś Wierzchowski, i już zadłużony, zrujnowany dyszał niemal ostatkami, gdy mu się trafiło bogate owe ożenienie... wyfrymarczone u stryja.

Na Wierzchówce też znać było i rządy i sposób życia jej dziedzica - i przeszłość niezatartą po ojcu...

Majątek był piękny, ale dwór stary i opuszczony; dopiero za młodego pana dobudowano mu fantastyczne skrzydło z kolumnami, które że były tylko tynkowane a często do nich z pistoletów strzelano, w znacznej części ze zwierzchniej powłoki poopadały. - Z gruntu nowe i wspaniałe stajnie żółto z białym pomalowane świeżej wyglądały i pokaźniej od samego dworu.

Zresztą największą ozdobą miejsca były stare lipy, grusze, które zielonością osłaniały nieład, jaki tu panował. Była chwila, w której Zbiś myślał sobie dwór nowy murować; założono nań fundamenta, podprowadzono ściany na parę łokci, ale cegły zabrakło, pieniędzy nie było, fantazya w inną stronę pierzchnęła i w tej nowej ruinie gnieździły się psy myśliwskie a wszelkiego rodzaju śmiecia i plugastwo. Dwór Szaławiły był liczny ale dorywczo pozbierany i kompletowany dziwnie, a nieustannie się zmieniający. Niektórzy uciekali, innych wyświecano z bata klaskając za nimi, niedołęgów było wiele... a darmozjadów najwięcej. Ale każdy z tych sług, dworzan, popychaczów miał jakiś słynny przymiot, którym się odznaczał, jakąś swą specyalność, co mu rozgrzeszenie win wyjednywała. Ten gwizdał cudownie, ów się na koniach znał, inny wabił doskonale lub dojeżdżał umiejętnie. Jeden nawet z głosem tenorowym i repertuarem piosnek dramatycznie odśpiewywanych żył tylko z tego talentu na dworze Szaławiły. Znał on się dobrze na pochlebcach i pochlebstwach, śmiał się z liziłapów, ale miał do nich słabostkę i trzymało się go dużo takich, co mu tylko podkadzać mieli obowiązek. Żeńskim gospodarstwem zarządzała córka ekonoma, panna piękna, dorodnego wzrostu, śmiała i energiczna, która - jak utrzymywano - tak dalece była w łaskach pana, iż nimi ojca poszlakowanego nieraz o jawne ze śpichrza pożyczki i nie przebaczone pijaństwo, umiała utrzymać przy obowiązkach. W istocie rządził pono włódarz włościanin jeszcze z ojcowskich czasów do popychania gospodarstwa nawykły.

Pan młody z towarzyszami bardzo licho poprzyodziewanymi, na furach chłopskich ruszywszy do dnia gdzie ich tak sromotnie ze wszystkiego obrano, mieli tyle w drodze niepowodzeń z końmi, ludźmi, popasami, burzą, co ich dwa razy wstrzymała po karczmach przez długie godziny, iż drugiego dnia dopiero, ale zawczasu jeszcze, spodziewali się stanąć w Wierzchówce. Tymczasem w wozie jednym przeładowanym znać, oś pękła, wlokąc się na przedłużonym drągu, stracono dużo czasu, potym na przyprawianie osi... potym na przekąsywanie, tak że do Wierzchówki wypadło aż pod noc przybyć. Znając stan swej śpiżarni i gospodarność sług, pan Zbisław przewidywał, że ten powrót syna marnotrawnego żadnym tłustym baranem uświęconym nie będzie. Nie trafiło mu się jeszcze nigdy w życiu przybyć do domu bez awantury i przymusu do surowego obejścia z delinkwentami złapanymi na uczynku..... Choć go się nawet spodziewano... zawsze ktoś pobroił i coś znalazło się nie po myśli. Wprawdzie tym razem dwór się mógł spodziewać przyjazdu pana młodego z żoną, ku czemu i dyspozycye wydane i przygotowania powinny być były poczynione. Na ten cel starego siwego lokaja - kredencerza, który niegdyś po wielkich dworach sługiwał, przyjął był sobie Zbisław... ale mimo to sam on drzał na myśl jak zastanie w domu. Ekonomówna klucznica straszliwie była samowolną, a ożenienie pana mające rządom jej absolutnym prawdopodobnie położyć koniec wcale jej nie smakowało... Mogła się więc przez zemstę dopuścić Bóg wie jakich nadużyć...

Wieczór był po burzy jeszcze parny, mżył deszczyk drobny i cichy, noc była czarna... gdy się Wierzchówka ukazała podróżnym znużonym, ochrypłym, ziewającym od niewygodnego snu na wozach. Zbiś jeden oka nie zmrużył, ten powrót bez żony i bez butów, i bez szabli i bez worka dolegał mu, przeczucia jakieś dziwne dręczyły... Na zwrocie ku dworowi, który spodziewał się ujrzeć ciemnym i we śnie pogrążonym, jakież było zdziwienie jego, gdy we wszystkich oknach postrzegł światła, a z kuchennego komina dobywający się dym czerwony świadczący, że tam nie na żart coś się przygotowywało. Miałżeby kto zdradzić ich przybycie? było to niepodobieństwem, cóż to się tam więc w pańskiej niebytności działa... Zmarszczył brew Szaławiła i skoczywszy z wozu równemi nogami zawołał - stój!

Ci co spali pobudzili się, drzymiący poczęli wołać: - Co? czego? co tam takiego? - Stój! powtórzył gospodarz - cicho... We dworze dzieje się coś, czego nie rozumiem, nasi ludzie pozwolili sobie... ale - zjedzą... pieczonego... trzeba ich pochwytać na uczynku... Panowie bracia - wysiadamy...

Bolesne westchnienia wyrwały się z piersi, ale ze Zbisiem nie było sposobu, jak sobie co powiedział - stać się musiało...

Zakomenderował ludziom, aby nie poruszając się z miejsca pozostali gdzie ich wstrzymał - wyłamał na wszelki wypadek kij z płotu i syknąwszy na towarzyszów, znajomą sobie dróżyną po za psiarnią począł ich prowadzić tak, aby nie z przodu od ganku, ale od ogrodu dwór opasać mogli. Milczeli wszyscy... sapali otylsi... droga była po deszczu i śliska i nie bardzo bezpieczna, dzikie agresty i bzy utrudniały ją miejscami.

W miarę jak się zbliżano ku dworowi, śmiechy i hałas wychodzące zeń przez parę okien otwartych... dawały znać, że tam w istocie działo się jakieś licho niezrozumiałe... Zbisław z gniewu wczesnego wargi sobie do krwi kąsał... Główne światło wychodziło z izby jadalnej obszernej, od której dwa okna ku ogrodowi zwrócone, były na pół otwarte... Do nich z ostróżnością wielką zbliżył się Zbisław i jego towarzysze... Widok był zaprawdę ciekawy, a zrazu nikt dobrze sobie z tego nie zdawał sprawy, co to być mogło...

Na wielkim stole dębowym w pośrodku izby leżał ogromny stos różnych jakichś rzeczy, sukni, odzieży, futer i drobnego cennego sprzętu. W rogu stołu kilka butelek wina i szklanek kilka świadczyły, że tę tajemniczą sprawę zapijano...

Nieco opodal imbryk od kawy i cukiernica, i talerze porozsuwane z jadłem, mówiły o tym, że się ktoś sobie posilał... Na kominku, że po deszczu powietrze było chłodne, a drewek olszowych nie brakło, palił się ogieniek niebieskawy... przy nim para garnuszków się jeszcze przygrzywała.

Wśród tych przyborów dziwnych, na wygodnym fotelu rozparta z ręką na stole, siedziała wspaniale odegrywająca widocznie z niejakim wysiłkiem i przesadą rolę wielkiej damy kobieta lat około trzydziestu, słuszna, brunetka, mająca w sobie coś nader rezolutnego i męzkiego. Strój jej był zaniedbany. Nogi wyciągnąwszy wygodnie dumała, pogardliwie spoglądając na resztę towarzystwa. To się składało z bardzo młodego chłopaczka przystojnego, białego, który stojąc nieco opodal, patrzał w oczy kobiecie i uśmiechał się w pół dziecięco, nieśmiało, a razem jakoś zuchwale. Strach i zbytnia odwaga, istot słabych cechy, na przemiany go opanowywały. Bliżej krzesła stał mężczyzna w sile wieku, barczysty, zbudowany herkulesowemi kształty, w odzieży zaniedbanej, z wąsem do góry nasrożonym, z czupryną podgoloną... Przy nim w różnych postawach ożywionych, skłopotanych, zlęknionych kilku młodych ludzi, dworzan i służby, a na uboczu trochę szpakowaty mężczyzna, jeszcze krzepki, z twarzą spokojną, zamyśloną i nieco pogardliwie przypatrującemi się tej scenie oczyma.

- Djabeł sam wie, co to wszystko ma znaczyć, mówił barczysty Koniuszy, szarpiąc wąsy. Ja asaństwu powiadam, że on nie żyje... Jego musieli zabić! Ja go znam, jeżeli tam przyszło do bitki, jak ono jest to jest, nie dał się. Musiała być liczba większa z tamtej strony i zasiekli... A co w tym dziwnego? Ani noga nie uszła widać... To uparta bestya...

- Ale ani kropli krwi na odzieży nie ma? odezwał się drugi...

- No, to cóż dziwnego? rzekł Koniuszy, tego odzienia, w którym się bili i pozabijali nie odesłano... Widać tylko resztę co przy nich była... nie chcąc uchodzić za rabusiów do Wierzchówki wyprawiono...

- Ale któż to przywiózł? spytała panna, bo gdym ja nadbiegła... już wszystko było na stole a ci ludzie odchodzili... Cóż oni mówili!

- Nie chcieli gadać, odezwał się Koniuszy, tylko gdym zapytał - Cóż, pozabijali ich, czy co? jeden mi odpowiedział - Ani noga nie uszła...

- Dowojował się - dodała panna - ja jemu zawsze mówiłam, że jeśli tak będzie postępować... to go djabli wezmą...

- Panna Karolina to mówiła - przerwał Koniuszy, ja mówiłem, wszyscy mu to gadali - ale co temu Szaławile było rady dawać? czysto groch na ścianę.

- Dobrze mu tak... odezwał się z boku inny.

- Należało mu, dorzucił inny - oj! należało. - Mało to on ludzi nakaleczył, kobiet nabałamucił... łez ludziom wycisnął? Pan Bóg cierpliwy ale sprawiedliwy.

- Ale co tu robić? rzekł Koniuszy, panno Karolino... co tu poczynać?

- Ja się nikogo nie pytam... i mnie się też pytać nie ma o co? Zobaczemy kto do majątku przyjdzie... ma jakichś dalekich krewnych...

- Myśli panna Karolina, że tu kto co przed wierzycielami uchwyci... pójdzie to na subhastę... długów więcej niż włosów na głowie... bo to szalało, waryowało a rachunku nie było za grosz...

- Co asan teraz mówisz, a niby to nie korzystałeś? i nie pomagałeś jak i drudzy? ozwała się panna Karolina ruszając ramionami.

- Moja panno - zawołał z oburzeniem Koniuszy, jeśli kto korzystał to pewnie wy więcej niż my... a czy sprawiedliwie, nie chcę o tym mówić, boś go panna Karolina za nos wodziła i zwodziła poza nosem.

- Milczałbyś! uderzając ręką w stół, ozwała się panna...

Stary, siwy, mężczyzna stojący na uboczu, ruszył ramionami.

- Nie ma tu pono co robić - mruknął, ale kto zasługi opłaci?

- A co, to my czekać będziemy aż tam co kapnie z łaski sukcessorów! zawołał Koniuszy. - Bylibyśmy głupi... ja biorę co napadnę z domu i stajni i jutro mnie tu nie ma. Niech wiatra w polu szukają... E! prawda panno Karolino...

- Nie bardzo ja tu asanu dam gospodarować - ponuro odezwała się kobieta, ja tu przecież z ręki jego byłam gospodynią... nie dam nic wziąść.

- A sama wezmę! hę? - Niedoczekanie wasze! krzyknął Koniuszy...

- Myślisz, że ja się ciebie zlęknę? marsowo patrząc, zawołała panna. Mnie tu ludzie posłuchają, a was...

- No, no? czy myślicie wojnę prowadzić - rzekł śmiejąc się barczysty... z tym nam wszystkim źle będzie i wam nie lepiej. - Zgodą może się wyłatamy prędzej, panno Karolino...

Wypił szklankę wina dla rezonu.

- Niech który idzie do piwnicy i przyniesie jeszcze tego starego - zawołał - Co mamy sobie żałować? hę? pana djabli wzięli i poją go teraz smołą wrzącą, jak zasłużył... psia wiara! my winem się pokrzepmy, potym do sprawiedliwego podziału remanentów i - gdzie pieprz nie rośnie...

Panna Karolina na niego spojrzała.

- Ja nie dam ruszyć nic...

- Ej! Karolciu! życie moje! rozśmiał się Koniuszy - daj pokój ze mną wojować... bo jak ja zacznę gadać... a dużo wiem... będzie źle... dali pan będzie źle..

- Zobaczemy komu będzie dobrze a komu źle - zawołała panna Karolina, myślisz że ja się gadania i czernideł boję. Ja o to nie dbam! niech ludzie sobie mówią co chcą.

- No - no - a ja powiadam, że na zgodzie i my i wy lepiej wyjdziecie... Chcecie wszystko zagarnąć i posprzątać, nim przyjadą krewni. Ja się zgadzam na to, ale żebyście wy sami mieli korzystać... nie pozwolę. Juściż mnie od tego nieboszczyka łotra... świeć mu lucyper smołą nad jego duszą - coś się należy.

- Tak to gadasz teraz, a lizałeś mu się póki żył? mruknęła panna Karolina.

- A kto się nie lizał? hę? z nim nie było żartu... jakby się jemu nie lizał, toby był dostał tak... że nie rychło by się wylizał potym z tego. To był zbój...

- Et! et! dalibyście znowu pokój, jeszcze trup nie zastygł może, a tak wymyślacie - przerwał inny. - Był popędliwy ale serce miał, a żeby nie te juchy przyjaciele co go otaczali, jeździli, popychali do wszystkich ekscessów. Tych to by bez sądu na gałąź!

- Jedli, pili, obdzierali i bałamucili..... dodała Karolina - już to, to prawda.

- E! e! cienkim głosikiem ozwał się młokosik... niby to on potrzebował, żeby mu bębenka podbijano? Albo to mu kto zrównał we wszystkich ekscessach! On wszędzie był pierwszy... A tak do biednego człeka porwać się, a chlasnąć, a skrzywdzić, to mu było jak kawałek chleba z masłem zjeść.

Siwy mężczyzna stojący z boku zbliżył się do gwarzących.

- Moje państwo - odezwał się spokojnie, jam tu nie dawno, nie znam dobrze jego, ale co was tom dziś się znać nauczył... Wstydzilibyście się umarłego szkalować, z którego łaski żyliście...

- Co to z łaski? odwróciła się panna... albośmy to mu nie służyli wiernie...

- Wiernie! rozśmiał się stary po swojemu, ruszając ramionami... a za nim ze śmiechem i wielu innych powtórzyli - Wiernie!

- Panna mówi o wierności! dodał Koniuszy...

- Plećcie sobie! mnie wszystko jedno - ja o was nie dbam, wstając z fotelu ozwała się z powagą panna Karolina... Ja tu pani póki kogo innego nie będzie...

- A kogo sobie teraz panna za adjutanta wybierze? szepnął, śmiejąc się barczysty Koniuszy... bo już ja nie w łaskach... Zerknął na młodego chłopaczka - Czy Wicuś?

- Mnie tu każdy posłucha! komu każę... słyszysz! rozgniewana krzyknęła panna..... a ty...

- At! żarty! rzekł spokojnie Koniuszy nie zważając na fochy. - Mości panowie - dodał głośniej nalewając wina do szklanki - mam propozycyą do zrobienia... Wino dobre, my tu panowie, napijmy się za zdrowie na tamtym świecie - nieboszczyka pana Zbisława... niech go djabli za uszy dobrze trzymają, aby do nas więcej nie wrócił.

Śmiechem przyjęto ten toast... a przytomni nie dla konceptu, ale dla wina pochwycili za szklanki.

Można sobie wyobrazić jak przyjemnie z za okna słuchać było gospodarzowi tych mów pogrzebowych. Nie rozumiał on dobrze powodu, z jakiego go tu już za nieboszczyka miano, ale gniew i oburzenie miotały nim... Hamował się tylko ażeby jeszcze coś posłyszeć więcej, a kij ściskał w ręku, nastawiając ucha, jak gdyby się chciał zapewnić, że będzie miał czym po karkach pojechać.

Panna Karolina stała jakoś zamyślona...

- A co? panienko? ozwał się rozochocony Koniuszy, już jeśli kto to panna byś powinna po nim nosić żałobę.. hej! hej!

Karolka ruszyła ramionami.

- Co asan myślisz - odezwała się z kolei głosem bardzo uspokojonym - a czym on dla mnie był?

- Ej! bardzo miłościwym panem!

- Ale - ale! kończyła panna... u niego złe i dobre było jak wiatr w polu, co kręci się sam nie wie dla czego? Ja po nim bardzo płakać nie będę!

P. Zbisław za oknem wargi zakąsił. Zaczęli mówić inni, i zbliżać się do tego stołu na którym złożone były jakieś rzeczy, nie dobrze dające się rozeznać z daleka... Każdy chwytał co napadł i poczynano rozrywać, powstał hałas, panna Karolina rzuciła się także niby broniąc swej własności, gdy Zbisław wytrwać dłużej nie mogąc, pochwycił za uszak od okna i wskoczył z kijem do sali.

Piorun by straszniejszego nie wywarł skutku... Myślano że z głębi nocnych ciemności mściwy upiór przyszedł z piekła wymierzyć karę... Co żyło rzuciło się krzycząc ku drzwiom, cisnąc tłumnie z przerażeniem, tylko stary siwy mężczyzna przy kominie pozostał prawie spokojny, a panna Karolina prędko się opamiętawszy powróciła, usłyszawszy grzmocenie kijem i krzyki, które dowodziły, że Szaławiła powrócił zdrów i cały. Koniuszy nie czekając zapłaty umknął, chłopaków kilku wcisnęło się do kąta.

- A! trutnie jakieś! zawołał Zbisław, takeście to mnie kochali! tak to mnie żałowaliście? Czekajcież... dam wam co należy...

Za panem domu oknami poczęli się drapać Tomaszewski, Żubr, Zabrzeski, Barański; cała szereda towarzyszów równie zagniewanych na służbę jak sam gospodarz...

Młóćba po grzbietach, której towarzyszyły jęki, uniewinnienia, prośby... trwała krótką chwilę. Panna Karolina pewna znać że się jej nic nie stanie, patrzała spokojnie na popłoch, jakby sobie nic do wyrzucenia nie miała.

Tak samo przypatrywał się stary kredencerz. Towarzysze Zbisława dopiero teraz zobaczyli że na stole złożone rzeczy były ich własnością skradzioną w gospodzie. Ale z kąd się one tu wziąć mogły? Ciekawość nakazywała rozpytywać... Wstrzymał się więc Zbisław kij rzuciwszy i wezwał starego przed swój trybunał.

- Mości Szkliński - zawołał, gadajcie mi co to jest? kto wam powiedział żem zabit? kto tu te rzeczy przyniósł? kto je na złodziejach odzyskał?

- A to właśnie nad wieczór się stało, proszę pana, jacyś ludzie nieznajomi, rzekł zwolna Szkliński, przybyli z wozem, za wozem prowadząc konie... Na wozie były o to te rzeczy i pieniądze i broń... Tyleśmy dopytać mogli, że panów na weselu miano pozabijać...

- Ale cóż to za jedni, przerwał Zbisław, bo nam konie i wszystko to pokradziono...?

- Kto ich wie co byli za jedni! odparł stary, ja tu mało kogo znam, koniuszy pono rzeczy przyjmował...

- I ślicznieście mnie żałowali! krzyknął Zbisław.

- Jam się tu do niczego nie mięszał - ja obcy... dodał Szkliński.

- A panna Karolka! hę! rzekł grożąc Zbisław.

Ta się uśmiechnęła - Dałbyś pan pokój - jam śpiewała ze strachu przed tą gawiedzią bo wiedziałam że się panu nic nie stanie... a przecież broniłam pańskiej własności.

Głową tylko pokiwał gospodarz... towarzysze rzucili się do stołu, szukając każdy swoich rzeczy i odzieży.

- Panno Karolino! rzekł Zbisław, nie żałowaliście sobie jedzenia i picia, dajcież i nam... proszę się zakrzątnąć, bośmy jak psy głodni - Chłopcy... do służby, gałgany.

Hej - dodał jeszcze - Koniuszego jeśli nie miał czasu drapnąć, przytrzymać, jego, rzeczy, konie, wszystko... Mamy z nim dawno na pieńku... I niech mi tu, jeśli go złapią, przyniosą maźnicę z dziegciem lub smołą, ja mu sprawię djabelski podwieczorek...

Więc po wybuchu pierwszych gniewów, wszyscy już niemal poczynali się śmiać... nawet Zbisław. Do Koniuszego tylko miał największą złość i na tego się z maźnicą odgrażał, ale tego już w żadnym kącie dworu nie znaleziono. W pomoc córce rozbudzony przywlókł się Ekonom, czerwony ze snu i od gorzałki, chwiejący na nogach, ale z bizunem przez plecy i w gotowości do usług. - Stanął w progu submitując się - wysłał go pan po fury, na których przybyli i w pogoń za koniuszym...

Tym czasem raźno przysposabiała się wieczerza. - Ze stołu sprzątnięto rzeczy, w kuchni prażono i prażono, a butelki na przenosiny przysposobione, koszami poczęli przynosić chłopcy...

Po pierwszych kieliszkach anticipative skosztowanych przed wieczerzą, humor wrócił jak za najlepszych czasów.

Kłuła tylko tajemnica tych rzeczy pokradzionych tak dziwnie i wróconych.

- Ono to z tego wszystkiego widać, rzekł lakonicznie Żubr... iż to była podła jakaś intryga...

- Ale czyjaż? podchwycił Zbisław, czyja?

- To się okaże - dołożył Tomaszewski, to się wyświeci. - Oczewista rzecz iż kradzież w karczmie miała tylko na celu, aby pogoń za waszą jejmością strzymać.

- A oczewiście, dodał Barański - tym sposobem nas sparaliżowali... a ona już do tej pory niewiedzieć gdzie...

- Ej! gdyby tylko powrócił Dygowski, możeby języka przyniósł - rzekł Zbisław... ale któż to znowu zarządził tak mądrze? Juści nie stryj, bo ten za mną, nie żona moja i nie jej matka, bo to nie kobieca sprawa, nie Strukczaszy, bo on tu obcy i to nie na jego robotę wygląda... więc kto u stu katów?

Spojrzeli po sobie.

- Któż to wiedzieć może! westchnął Barański - to się odkryje.

- To się odkryć musi - zawołał pięścią w stół bijąc gospodarz - a co się zwlecze nieuciecze i że winowajcy skórę wytataruję... możecie mi wierzyć, panowie a bracia...

Na tej obietnicy skończyło się przecież... Zasiedli do stołu wśród gwaru i sprzeczek, bo każdy co innego mówił, domyślał się i projektował.

Było tam i śmiechu i kłótni dosyć... a gdy od stołu wstali myśląc o pościeli już na dworze świtało. Poszli spać śpiewając, z dobrą myślą, a nazajutrz, tak się sen udał że potrwał do południa. Ziewając jeszcze o dwunastej wyszedł gospodarz w ganek zobaczyć co się dzieje na świecie, patrzy - jedzie fura z chłopem wprost przed dwór - i, co śmieszniej, chłopska fura nie miała prawa nawet na dziedziniec wjechać wedle starego obyczaju... a ta wprost przed dom się wysworowała. Patrzy Zbisław i poznaje na niej Dygowskiego. Dopieroż krzyk, rzucili się sobie w objęcia... Ponieważ szukał ich naprzód na gościńcu w gospodzie, wiedział więc już o kradzieży przyjaciel, ale o owym odniesieniu rzeczy do domu, nic a nic. Gdy mu powiedział Zbisław począł dobrze głową kiwać.

- Chodźmy no - do izby, zawołał, na dworze gadać nie zdrowo... a mam ci wiele, wiele do powiedzenia, bom się porozpytywał u ludzi o różne rzeczy i przesznurkowałem okolicę, a nikt się nie domyślał kto i po co, więc też mi mówił każdy co miał na sercu bez ogródki.

- Tylko, słuchaj - dodał Dygowski zrzucając siermięgę, chodźmy we dwu gdzie do kąta, aby nas tak bardzo nie słyszano... bo się to rozbębniać nie powinno i zostać między nami. Kocham ja i Barańskiego i Tomaszewskiego i Żubra, ale i oni gęby mają, weszli tedy do osobnej izby pana Zbisława Kawalerskiej jeszcze, obszernej, trochę ciemnej, bo o jednym oknie, zarzuconej bronią, gratami, papierami, wszelaką rupiecią. Tu kazano przynieść śniadanie, które czulsza po wczorajszym wypadku sama panna Karolina, wystrojona a śmiała jak zawsze raczyła im podać...

Zbisław przed Dygowskim zrazu zmilczał o przygodzie z ludźmi, wzięli się do wódki, piernika i wędliny.

- Słuchaj że, mój panie młody - odezwał się siadając na ławie Dygowski... tu się rzeczy wcale inaczej święcą niż ja sądziłem z tego co ty mi opowiadałeś; ty sam niewiesz co się z tobą działo i dzieje... ty sobie lekceważyłeś amory twojej jejmości ze Staszkiem Horwatem, mając go za niewieściucha, a to on ci wszystkiego piwa nawarzył...

- A no! a no! z między zębów rzekł Zbisław - ja mu nawarzę też, ale nie piwa! nie piwa! tylko... juszki!

- Słuchaj wprzódy - słuchaj cierpliwie -

- Juściż, odparł gospodarz, mam cierpliwość od pięt do rękojeści szabli...

- Wziąłeś się do tego szatanka Domci, choć to niby już żona twoja, wcale niepotrzebnie. To była dziewczyna przebiegła, filut... i jak mała tak sprytna... Niema wątpliwości żeś ty się jej niepodobał, bo się szalenie kochała i kocha w Staszku Horwacie... tylko że on, choć ma sperandy, golissimus i coś mu tam zarzucają, że Rusin czy co... a dosyć że i matka go nie chciała i stryj nie życzył uparłszy się... a panna sobie powiedziała, że jego będzie... I pono nawet potym matkę przeciągnęła na swą stronę, a tyś tylko stryja ubiegł...

W tym wszystkim są pokątne Staszka roboty... Czyż ty wiesz że on w Hrubieszowskie jeździł przez braci Strukczaszego namawiać aby ślubowi twemu przeszkodził? Domcia twoja a bodaj matka wiedziały dobrze... Na ciebie nagadali żeś zbój, że taki owaki, chciały się baby wycofać, ale się lękały awantur, więc to były rzeczy umówione, iż Strukczaszy przyjedzie przed ślubem i ślubu nie dopuści. Tymczasem licho nadało że się stary przypóźnił...

Twoja Domcia i jej mama ciągnęły za ślubem jak mogły do samego wieczora i przerachowały się... To też trzeba było widzieć, jak im było przy tym ślubie... Gdy dopiero przybył Strukczaszy z protestem, w to im było grać, żona ci się nasrożyła i pierzchnęła, a teraz gdzieś już daleko umknęła i pewnie do rozwodu podadzą... To rzecz niezawodna mój Zbisiu, bom się duchownych pytał, że taki ślub jak twój najłatwiej rozerwać..... Gdyby Strukczaszy o dwadzieścia cztery godziny spóźnił, już by co innego było...

Zbisław głową pokiwał.

- No, kiwaj czy nie głową, wiesz moje przyjacielskie zdanie, rzuć do licha tę, która ciebie nie chce, pluń na to wszystko i daj pokój.

Gospodarz się rozśmiał.

- Czego ty się śmiejesz? spytał Dygowski.

- Z tego jak ty mnie doskonale znasz, zawołał Zbisław. Jak to ty mnie możesz taką rzecz mówić? Żebym ja moję Domcię, bo - dalibóg, moją jest i być musi, dla tego iż się temu Staszkowi Horwaciukowi ubrdało za nią latać. Dałbyś pokój bredni, a powiedz tylko gdzie się to ten Staszek gnieździ, kędy to przeciąga? gdzie legowisko tego zwierzątka, żebym też miał przyjemność albo go na kapustę ukwasić, albo mu kulą napędzić rozumu do głowy?

Dygowski popatrzał nań i pokręcił wąsami...

- Ja cię dobrze znam, rzekł - ale ty jesteś wprost drapieżny zwierz, a chcesz o lepszą iść z lisem, z takim człeczkiem co idąc ślady zaciera, co go nigdzie nie widać a wszędzie go czuć, co się wśliznie w każdy kąt i ani go na szable wywołać, ani do pistoletów zaprosić, bo to ci się zawsze wywinie. Widzisz, bratku, nawet że tu się do niego nie ma o co czepiać - jego tu ani a on słychu... ty o nim musisz nic nie wiedzieć... tymczasem będzie ci szyć buty jak najbezpieczniej.

- Ale cóż to za jeden ten twój cudowny, niewidomy Staszek Horwat? zapytał Zbisław, pogadajmy no - ty o nim pewnie będziesz więcej niż ja wiedział?

- Trochę, może, odpowiedział Dygowski - jać go spotkałem i znam... acz osobiście nie wiele, ale teraz pytałem o niego na wszystkie strony. Rodzina stara, szlachecka z Rusi, a że u nich tam byle szlachcic to z kniaziów, więc bodaj i oni by chcieli mitrą się stroić - ale o to mniejsza, polski szlachcic żadnej mitrze nie zazdrości, bo może królewskiej korony dostąpić. Rodzice znać majątek znaczny stracili, Staszek się został sierotką, a że niegdyś wielkie fundacye Jezuitom uczynili, więc ci teraz panicza wzięli na opiekę. Staszek też miał stryja bogatego i ciotkę... Więc to się po pańsku chowało... wypieszczone, wycacane, delikatne, ładne, grzeczne, rozumne i miłe... puścili go potym w świat szukać sobie szczęścia, scilicet żony bogatej. Chłopiątko popadło do Żmurek, pannie się podobało, zakochało, matce nie, a stryjowi ani było mówić o tym... Ale choć bodaj odprawiony z kwitkiem, Staszek się nie zraził wcale... wracał, obchodził, zajeżdżał im w drogę, z panną bodaj czy nie pisywali do siebie... kiedyś wreszcie się zjawił. Po za plecyma twemi szło dalej, choć matka i stryj byli przeciwni... potym Domcia matkę na swą stronę przeciągnęła, a znaszże dobrze stryja! Mówią po świecie że to chytra też sztuka... Teraz bodaj on ciebie opuści, a przejdzie do przeciwnego obozu, - tyś go pokwitował z kilkoletniej dzierżawy części żoninego majątku, on teraz potargował się bodaj z Domcią i wymógł na niej, że owo pokwitowanie ona utrzyma, jeśli waści popierać nie będzie. Bożeński chytra sztuka, w oczy tobie nie przyzna się do zdrady, ale woli synowicy pomódz, niż gołemu jak ty...

- Ale ja jestem mąż! mąż! stokroć powtarzam, krzyknął Zbisław - i ja prawa moje utrzymać potrafię.

- A, no - to ci szczęścia życzę - skonkludował Dygowski - nie mam co mówić dalej.

- Owszem, mów - a naprzód gdzie się baby schować mogły? nie doszedłeś? Czy pojechały do Lublina? czy na wsi są? gdzie? jak je dostać...

- W tym sęk - odparł Dygowski - szukałem, szpiegowałem, dowiadywałem się - napróżno. - Niema sposobu... jak w wodę wpadły... Stryj klnie się, że nie wie, a kłamie, ludzie przysięgają że nie domyślają się nawet, a wiedzą... Nie ręczę, żeby tu koło nich i Staszek nie był, bo jego wszędzie tropy widziałem.. ale na oko wziąć - ani sposób...

Gospodarz począł chodzić mocno zamyślony, czoło tarł, nogi mu i usta drżały, ale nawykły do impetycznego działania, nie miał wyobrażenia co robić... od czego zacząć.

- To prawda, dodał po chwili, żem ja głupi jak tylko nie o wybitą chodzi. - Ale dajże mi ty tego ptaszka, tego Staszka, a zobaczysz jak ja ci go oporządzę... tylko mi go daj!

- Zkądże ja ci go wezmę! odpowiedział Dygowski zapijając wódką sprawę... Gotówem ci służyć... ale tu ani wiem porównie z tobą... od czego zaczynać.

Gospodarz pomyślał jeszcze.

- E - odezwał się - nie ma nic gorszego, jak gdy głupi człowiek jak ja na rozum chce brać - miałem szczęście i będę je miał jeszcze, potrzeba się na nie trochę spuścić...

Odpasiemy się w Wierzchówce... a potym rozjedziemy wszyscy po okolicy, wrzekomo niby nic, każdy będzie na swoję rękę polował... Zobaczysz... Wiesz to błoto pod szarudziną? hę? Raześmy tak wystrzelali na nim kaczki, że tylko jedna została... ani sposobu było jej dostać... kręciła się po małych wyżawach, między kępinami... ani weź! Wiesz, cośmy zrobili - poszło nas dziesięciu każdy swoim szczęściem w błoto po pas za tą jedynaczką... Nawinęła się i w łeb palnęliśmy. Otóż idźmy no tak obławą luźną za Staszkiem i moją kochaną żonką, toć ich wytropiemy... I jednemu w łeb palnę, a drugą wezmę jak swoję...

Słuchaj Dygowski, pięć wsi i miasteczko, samej suchej arędy kilkanaście tysięcy... ej! to byśmy u mnie w Żmurkach zahulali... a że jabym ciebie wyswatał... no! to ci daję słowo.

Dygowskiemu aż oczy zabłyszczały.

- Ale mów co robić, ja twój! zawołał.

- Czekaj - wszystko się znajdzie..... rzekł Zbisław... namyślę się.

Tymczasem już pan Zygmunt Tomaszewski, Barański, Żubr powstawali i używając świeżego powietrza w jednych koszulach przechadzali się około dworu... Ranek zszedł na przekąsywaniu, o zwykłej godzinie dano do stołu... po obiedzie wzięła się, jak zwykle pijatyka, strzelanie. Na dziedziniec powyprowadzano konie, więc próbować czyja szkapa lepsza i kto lepiej dosiędzie, a potym po studencku i po kawalersku mienianie z dodatkami, sprzedaże... od żłobu do żłobu... kto kogo okpi, to chwała Bogu. A śmiech i zapijanie przy tym. Ani się spostrzeżono jak przyszedł wieczór. W pośród tych zabaw pan Zbisław zamyślony choć się od nich nie odrywał, pił, półgębą śmiał się, a na wąs motał.

Potym przyszła wieczerza suta... którą sprzątnięto przy pomocy wina i wódki... i dopieroż do kart na całą noc siedli. Król Faraon już był naówczas w wielkiej w Polsce modzie, uczyć się go nie trzeba, na lewo, na prawo, rzecz prosta, a satysfakcya wielka... Grało się z wesołością huczną aż do dnia, przy punczu zwłaszcza, który panna Karolina arte preparować umiała.

Nazajutrz zaspano na dzień, ale znać w nocy namyślił się gospodarz, bo przy śniadaniu odprawiwszy sługi precz... prosił o głos i tak się odezwał:

- Przeżyliśmy z sobą wiele złego i dobrego, zjedliśmy jeśli nie beczkę soli, to sporo chleba i pieprzu... i winaśmy wypili nie mało, znamy się na wylot... dla tego ja o was, moi mili panowie a bracia, najmniej nie wątpię. Dajcież mi dziś dowód żeście mi wierną bracią...

- A cóż to ty do nas kazanie będziesz prawił? odparł Barański - prosto z mosta mów czego chcesz...

- Toć wiecie moi mili, zakpiono ze mnie i z was, dodał Zbisław - a krwawo! Że nas od ołtarza rozerwano - jak sobie chce..... ale to okradzenie w gospodzie, to krwawy żart... Ludzie się śmieją! Jak tu się nie chcieć odwdzięczyć? Hę? musiemy. Ino, porozumiejmy się... kupą gonić niewiedzieć za czym i kogo, nie idzie. - Ja sobie myślę żebyśmy się rozsypali, każdy na swoję rękę pracując... tak się prędzej czego dojdzie... Kto łaskaw jeden ze mną zostać... proszę... reszta się rozjedzie cicho... Jeszczem w życiu nie złamał słowa, a klnę się szlacheckim, że kto mi wynajdzie albo Staszka albo żonę, a ukaże, dam co zechce... a kto mi pomoże do odzyskania jejmości, folwark w dzierżawę trzyletnią...

- Co ty nas masz za płatnych zbirów? zawołał śmiejąc się Barański - goli jesteśmy, to prawda, ale więcej się zrobi! dla waszecinej przyjaźni, niżeli dla głupiej kalety.

Podał mu rękę. - Nie pleć stary... porozumiejmy się i jedźmy na to polowanie, ja takie polowańka na ludzi lubię...

Więc, słuchajcie no...

- No, tak, alboś to ty sam rozumny? zawołał Tomaszewski - rozbierzemy między siebie okolicę, ażeby się w jednych miejscach nie plątać i w drogę...

- Dokądże wy - Zbisiu?

- Ja? pojadę z Żubrem do księżnej - księżna mnie zaprosiła i będę jak pająk w środku sieci czatował, a ztamtąd robił wycieczki. Jeśli który zwierza zoczy, niech mi daje znać nie spuszczając go z oka - będę w mig na zawołanie.

- Ja będę się kręcił około Żmurek, rzekł Dygowski, okolicę znam, a starostę Bożeńskiego mieć muszę na oku...

- Ja pojadę do Lublina - odezwał się Tomaszewski...

- Ja? ja? dodał Barański, myślę że około Horwatowego stryjaszka nie zawadzi aby kto był, pojadę w tę okolicę.

- No, a Zabrzeskiemu pozostaje do Warszawy wprost ruszyć i tam śledzić.

- Tak! odparł z westchnieniem powołany. - Bardzo was lubię kiedy rozebrawszy między siebie co łatwiejsze i co tańsze, mnie z łaski swej dajecie Warszawę.

To mówiąc wydobył dwie białe płócienne kieszenie kontusza i pokazał je zgromadzonym.

- Z takim zapasem do Warszawy? hę? rozśmiał się i siadł.

- To prawda, rzekł Barański... ale ja ci powiem Zabrzeski, ty nie masz głowy... Ja raz pół roku jak obszył, nie widziałem złamanego szeląga w sakiewce, podróżowałem parą koni z ludzi dwojgiem, miałem się dobrze, nawetem się podpasł i jeszcze mi się kłaniano.

- A to jak? zapytał Zabrzeski.

- Mój Boże - odparł pierwszy, ja do ciebie nie mam pretensyi żebyś bez grosza do Warszawy jechał i tam fortunę zrobił, na to trzeba większej głowy niż twoja, ale w domu, tu, na wsi, mam za cztery litery, kto - będąc szlachcicem potrzebuje pieniędzy na drogę.

Poczęli się wszyscy śmiać, a Barański mówił dalej.

- Toć żadna sztuka... ruszył ramionami. Patrzę gdzie się kurzy z komina i jadę po naszemu mówiąc, jak w dym... Zajeżdżam... pytam, anim go kiedy w żywe oczy widział, ale to nic. Szlachcic szlachcicowi krewny przez kogoś zawsze, byle kolligacye znał. Bez tego ani rusz... Sakiewki ja nie potrzebuję, ale znać muszę kto kogo rodzi... Tom jak w domu... Barańska była za tym, ów rodził się z Barańskiej... tamten był z babką, ów z prababką w powinowactwie i jestem jak w domu.

- Tak - a gdy pana w domu nie ma, to co? spytał Tomaszewski.

- Na pana poczekam bom chory... a jużci gościowi co czeka najskąpszy włódarz da dla koni po garncu owsa i krupniku zgotować każe... Dalej po dworach idą plebanie. Ksiądz samotny nudzi się... zawsze rad... Po miasteczkach są klasztory... Słowem z głową i z kredką przejedzie się Polska z końca w koniec, a jeźli się jeszcze gra dobrze, można poryzykować coś na szczęście i wygrać.

- Toć choć ludziom po gościnie odjezdne dać musisz - rzekł Tomaszewski.

- Tabaki! rozśmiał się Barański...

- No - ale do Warszawy ja się nie ofiaruję tą metodą jechać - rzekł z kolei Zabrzeski - jak wola wasza.

- Ale któżby tego po waszmości wymagał, ozwał się gospodarz - a co myślicie na drogę potrzeba - dam...

- My się tam porozumiemy..

Stanęło tedy, że się nazajutrz wszyscy rozjadą, ale nie mówiąc nic nikomu, cicho, sza, niby zdesperowawszy o powodzeniu...

Zbisław brał się też na sztukę...

Wieczorem dla rozjezdnego, nie można było na sucho skończyć... pito niemiłosiernie. A że dzień był duszny, a noc jasna, beczułkę zaniesiono pod lipy, w chłodek i tam się już rozpasawszy dokazywano... W słowach jednak było pomiarkowanie wielkie, bo Zbisław już ludziom nie wierzył, więc pletli co ślina do ust przyniosła... ale o ożenku, o żonie, o Staszku ani słóweczka...

Zabrzeski dostawszy zapomogę nazajutrz do świtu puścił samowtór do Warszawy, inni też każdy w swą stronę. Gospodarz najpóźniej z panem Janem Żubrem, wybrał się dosyć pokaźno i pięknie na dwór swej protektorki, a panna Karolina została z ojcem na gospodarstwie w Wierzchówce.

 

 

 

Przy tak misternie rozstawionych na wsze strony sieciach trudno było Pani Bożeńskiej z córką, i ich tajemnemu (jak mówiono) pomocnikowi panu Staszkowi Horwatowi nie wpaść w nie prędzej czy później... Miała to do siebie Polska zawsze, że w niej się uchować człowiekowi i słowu było bardzo trudno; odbrzmiewało ze swobodą, często zbyteczną lada wyrzeczenie nieostrożne, powiększane echami... a plotki rodziły się łatwo nawet z niczego.

Można też sobie wystawić, co z owego małżeństwa przerwanego tak zawcześnie uczyniono. Rozeszło się to, rozbiło i rozbębniło po sąsiedztwie z najrozmaitszemi komentarzami. O awanturze przed kościołem, o nocy spędzonej w Żmurkach, o znalezieniu się pani młodej, Strukczaszego, Zbisława, rozpowiadano, a cieszono się tym bardzo. Jedni brali stronę Strukczaszego i panny Anieli, drudzy Zbisława, rolę stryja sądzono surowo i z waryantami ją rozmaitemi pojmowano. Słowem narobiło to wrzawy więcej niż kiedykolwiek jaki wypadek w okolicy. - Ale pomimo że uwaga wszystkich zwrócona była na wszelkie obroty osób działających, - w najosobliwszy sposób od chwili odjazdu pani Bożeńskiej z córką i biesiady w Żmurkach, co się dalej stało z nowo zaślubioną p. Domicellą - żywa nie wiedziała dusza. Przybywszy do domu z kościoła panie te kazały tylko przeprządz konie; zabrały trochę rzeczy i zapewne pieniędzy, poczym odjechały i wpadły jak w wodę. Najpowszechniej utrzymywano, że pojechać musiały do Brygitek do Lublina - ale śladu nie było. Pani Bożeńska z domu Skulska miała krewną przełożoną, ale nie zbywało jej także na powinowatych i krewnych w Warszawie, dokąd również udać się mogła...

Co się tyczy Starosty stryja, ten po milczącym w Żmurkach pobycie w owę noc pamiętną, odjechał do domu, gdzie siedział najspokojniej w świecie jakby go już ta sprawa wcale nie obchodziła.

Znany charakter jego ten spokój i zobojętnienie czyniły podejrzanemi... Był to człek żywy, ognisty, na pozór niezmiernie otwarty, mówiący o tej szczerości do zbytku, bijący się w piersi i zaprzysięgający głośno, ale... nadzwyczaj - tak fama niosła - przewrotny i chytry. Prawda którą wypowiadał rzadko kiedy zgadzała się z prawdziwą.

Znano go też ze skępstwa równie zręcznie pokrywanego pozorami wielkiej wspaniałomyślności. Wszystko u niego było na okaz ale siedzący w środku tego komedyanta człowieczek, gdy go kto, puściwszy wędkę w głąb wydobył - czarno i brudno wyglądał. Obawiali go się ludzie, przyjaciół nie miał - żył odosobniony, ale gdy interesa wymagały umiał wystąpić i postawić się. We dworze był dostatek wszystkiego ale pod własnym jegomości kluczem i kontrolą. Wdowiec bezdzietny, nawet od apteczki klucz nosił w kieszeni... Ludziom u niego było skąpo... w dworze smutno... we wsiach ubogo, ale domisko z dala świeciło frontem i kolumnami i gdy dostojny gość przyjechał, po pańsku przyjąć się silono. Naówczas bosonogie pastuszki od gęsi wdziewały barwę, dwór się zaludniał... a starosta grał tak rolę szczodrobliwego gospodarza, iż niejednego oszukał.

Za to we dni powszednie wszystko było pochowane, pookrywane, pozamykane i dopóki się nie nagotowano na przyjęcie gościa, pod pozorem niebytności Starosty czekać musiał w ganku, aż wszystko stanęło w pogotowiu.

Właśnie jednego dnia Starosta chodził prywatissime w płóciennym kitlu po gumnach, a dworscy byli przy robotach różnych i jedna stara gospodyni w bokówce u okna z pończochą na straży postawiona... dosiadywała w pustym dworze... gdy na gościńcu ukazała się kawalkata... oznajmująca gości... Natychmiast bosą dziewczynę z pod pieca od kądziołki wyprawioną sztafetą do jegomości... a panna Jachniewiczówna zdjąwszy okulary, które jej do dalszego patrzenia zawadzały wpatrywała się w przybywających, gdy brama się otworzyła - i dwóch dzielnych jeźdźców na koniach, a za niemi wózek węgierski się wtłoczył z tłumokami i chłopakiem. W czwał podjechali pod ganek, osadzili konie i nuż wołać aby je kto wziął... Ale we dworze jakby wymarło... musieli oddać swojemu chłopcu... Potym zastukali do drzwi, (panna Jachniewiczówna skryła się za parawanik)... poczęli nawoływać, a wreszcie ze śmiechem do koła dwór obchodzić... Wszędzie zastali drzwi pozamykane, nigdzie żywego ducha. - W ogrodzie co żyło pochowało się w krzaki, gdyż taka była instrukcya Starosty, że póki on sam się gościom nie objawi, nikomu nie wolno wyrywać się naprzód, ani narazić na indagacyą. - Obszedłszy dwór jak z loretańskim dzwonkiem czasu burzy, panowie ci dwaj, wrócili pod ganek, siedli na ławie i poczęli się śmiać.

Chwila za chwilą upływała - nikt nie przybywał... jeden z ichmościów kazał z wózka dobyć flaszkę i kubek, drugi z kieszeni dostał karty i napiwszy się gdańskiej, poczęli najspokojniej w świecie grać w drużbarta dla śmiechu, konie stały pospuszczawszy głowy, ludzie posiadali przy wózku, czekano...

- Gdybym nie znał Starosty - rzekł pan Zbisław, on to bowiem z panem Żubrem przybył od księżnej na zwiady do stryja żony, mógłbym myśleć, że wyjechał gdzie w daleką podróż i dom zapieczętował... ale nie, stary gdzieś koło gnoju... chyłkiem tylnemi drzwiami się wsunie, ubierze, przyrządzi i dopiero nam ukaże oblicze...

- Ale niechby go - zawołał Żubr... on tu nas tak i do wieczora może potrzymać.

- Może...

- Przecież ktoś, gdzieś musi być żeby mu choć o nas znać dali.

- O to się nie bój - dodał pan młody - ja ci ręczę, że nimeśmy dojechali, już nas zobaczono, już wysłano i Starosta o przybyciu wie... Niema nikogo - prawda? a ja ci ręczę znowu, że na nas tu ze wszech stron skryte patrzą oczy.

- Więc to jakiś dwór zaklęty? zapytał Żubr.

- Co ty chcesz w naszej Polsce, co dwór to obyczaj, każdy sobie wolny. - Wolnoć Tomku w twoim domku i każdy swobody tej używa do syta... nie patrząc co innym do smaku. Trzeba mieć cierpliwość...

Grali tedy jeszcze z pół godziny, poczym w zamku w drzwiach głównych usłyszeli kręcenie kluczem, otworzyły się one. Starosta niby o niczym nie wiedzący, z rękami w kieszeniach, kontusz tabaczkowy, żupan niebieski, buty czarne... ukazał się w progu, stanął zdumiony i zakrzyknął.

- Na miłość Bożą! a to niespodzianka! dawno tu jesteście...

- Szanowny stryjaszku - śmiejąc się zawołał Zbisław... może z godzinę... Stukaliśmy, szukaliśmy jak w lesie, żywa się dusza nie odezwała.

- Jakto może być! otóż to te nasze służby! rzekł rozpaczliwie ręce do góry podnosząc stryj - ja - pacierze mówiąc wyszedłem się przejść troszynę, a te tałałajstwo, mociupanie, porozłaziło się... proszę ja panów... Darujcie, przebaczcie! chodźcie łaskawcy, czym służyć mogę, zaraz się służba zbierze... miodku? wina?... byle klucze od piwnicy przynieśli... Hej! hej!

Począł wołać, zjawił się chłopak...

- Gdzie piwniczy!

- Pojechał do miasteczka...

- Starosta ręce załamał. - Otóż masz! dajże Boże by choć wieczorem powrócił... to skaranie z temi ludźmi... Leć po kowala niech zamek oderwie.

Chłopiec wyuczony już dobrze, rzekł rezolutnie.

- Kowal pojechał na łąki!

- Na łąki! a to mila drogi! jakby na umyślnie... Co ja tu pocznę! co pocznę.

- Ale niech się pan Starosta nami i przyjęciem nie frasuje, odezwał się trochę szydersko Zbisław, ja bez gąsiorka nigdy nie jeżdżę, bez twardych jaj i wędzonej kiełbasy... myśmy cale nie głodni i nie na czczo... a jedynym powodem który mnie tu sprowadza, nielicząc przyjemności złożenia uszanowania Staroście - była chęć rozmówienia się z nim... w mojej sprawie...

Poczęli tak rozprawiając wchodzić do dworu, a Starosta już się uspokoiwszy co do przyjęcia, wwiódł gości do głównego pokoju..... który był w istocie wspaniały. Połowę sprzętu okrywały różne obwarowujące je nadziewadła płócienne, ale lustra weneckie, kobierce, kolbuszowskie sprzęty, gdańskie szafy, porcelana saska, wszystko to z czasów nieboszczki, ubierały izbę pokaźnie! Naprzeciw siebie na dwóch ścianach wisiały nawet dwa zblakłe pastele. Starosta w stroju ślubnym, uśmiechnięty, wyświeżony i nieboszczka z różą w ręku w rogówce i wysoko napiętrzonych kokach... Siedli wszyscy - Starosta chrząkał tylko i ręce zacierał. Rozmowa zapowiedziana nie na rękę mu była... ale się Zbisia bał... Żubra też i gotował się z zimną krwią przetrwać burzę.. którą przewidywać się zdawał.

Zbisław siadł wygodnie i milczał chwilę.

- No, panie Starosto, rzekł wreszcie - co to z nami dalej będzie?

- Jakto - z nami? spytał gospodarz.

- No, tak, z nami wszystkiemi, ze mną, z moją żoną, z obu rodzinami i -

- Ale cóż to już dziś do mnie należy? odrzekł wolno Starosta, jam waćpanu jako opiekun synowicę oddał, obowiązek mój spełniłem, rachunki złożyłem... a co między małżeństwem z nieprzewidzianych przyczyn zaszło, cóż to do mnie należy?

- Przecież jako stryj, troskliwy o los synowicy, o uniknienie skandalu, jako życzliwy mi... o czym niejednokrotne miałem upewnienie... może byś pan Starosta chciał mi dopomódz, oświecić!

- W czym? jak? ja o niczym nie wiem - rzekł gospodarz, ruszając ramionami... klnę się asindziejowi - nie wiem o niczym..... W czymże ja pomocnym mu być mogę?? Jestem sam jak tabaka w rogu... ciemny...

Zbisław patrzał nań długo milcząc jakoś groźno. - Starosta się zająknął, splunął, odkaszlnął i począł dalej.

- Któż tu co winien - pozwól sobie otwarcie powiedzieć - jeśli nie sam asindziej? Kto tego piwa nawarzył, jeśli nie jego dawne sztuczki.. Masz za nie pokutę... i słuszną... zwodzić kobiet się nie godzi... ani ja ani familia nasza nie winna... wszakże dotrzymaliśmy danego słowa, a kto mógł przewidzieć że Strukczaszy wyjedzie z protestem... Teraz wasza rzecz to rozwikłać...

Zbisław powoli czerwieniał coraz bardziej, warga mu dygotała, ale się miarkował...

- Cóż dalej? spytał chłodno.

- Ale cóż ma być dalej? ja się do niczego mięszać nie chcę, ja o niczym nie wiem, dajcie mi święty pokój... Com przyrzekł, dotrzymałem...

- Ja także, zawołał Zbisław - święcie - ale między nami ta różnica, iż ja za towar zapłaciłem a towaru nie mam... waćpan zaś, panie Starosto, sprzedałeś go i nie oddałeś?

P. Bożeński wstał jakby go sprężyną kto do góry wysadził i siadł...

- Cóż to ja synowicę sprzedawałem? tego to? zawołał... co waćpan mówisz? miarkuj się!

- Wymiarkowałem naprzód wszystko, zawołał Zbisław - inaczej tego nazwać nie mogę co pomiędzy nami zaszło - mamy z sobą spółkę, idę więc jak w dym do pana Starosty, pomagaj mi odzyskać żonę... lub...

Starosta zawołał popędliwie opędzając się rękami:

- Ale ja o niej nie wiem nic! nic! nic!

- Mój panie Starosto - rozśmiał się Zbisław, mów to komu chcesz ale nie mnie; bo - to daremna rzecz - ja mu nie uwierzę - tak jest - nie uwierzę... Znamy się nadto dobrze...

- Wierz sobie lub nie wierz, co ja na to pocznę... dodał gospodarz.

- Za pozwoleniem - ręką usuwając przyjaciela począł Żubr - niech też i ja przemówię słowo... Pan Starosta nie możesz być w nieświadomości losów synowicy i konszachtów z panem Horwatem...

Na to imię Starosta pobladł ale się prędko opamiętał.

- Jakim Horwatem! co za Horwat! co mnie do Horwata - ja o niczym nie wiem... dajcie mi święty pokój.

- Kontynuuję - mówił Żubr któremu ze słowem nie szło łatwo. - Trudno uwierzyć ażeby sprawa pana Horwata była panu zupełnie obcą... dalej żebyś się nie troszczył o losy synowicy i o niej posłuchu nie miał. Pozwól że mi pan uczynić uwagę w imieniu mojego przyjaciela że to się tak na sucho i gładko skończyć nie może. Gdybym ja był na jego miejscu to bym sprocessował o zwrot kosztów i grzywny... on nie spuści was z tego, by żony nie miał...

Znasz pan Starosta bandę naszę, która nie chwaląc się, coś waży... nie damy się przecież tak odprawić... per non sunt...

- Ale cóż to do mnie należy! na rany Pańskie - zawołał Starosta znowu rozkrzyżowując ręce - róbcie co chcecie, układajcie się... szukajcie... processujcie, tylko nie ze mną. Ja człowiek jestem spokojny... Bogu ducha winien... Macie żonę... macie władzę nad żoną, dawajcież sobie radę sami... czy wam niańki potrzeba?...

- Panie Starosto, czy to ostatnie słowo? spytał Zbisław patrząc nań ostro.

Starosta zmiarkował, że ze słowem ostatnim należało wyczekać, i że niebezpiecznym było je nieodwołalnie wyrzec; począł kaszleć, kichać, spluwać, niecierpliwić się, rękami machać i udawać obrażonego.

- Ale cóż bo to jest! na miłość Bożą - na rany pańskie! najeżdżacie mnie o żonę, jakbym ja mógł coś więcej nad was! Sławicie się ze swą bandą, z potęgą, a mnie człeka spokojnego, hreczkosieja chcecie użyć tam, gdzie sami nic nie potrafiliście? Gdzież tu logika! Ja jestem prosty człek i spokojny... ja gospodarzę, pracuję, Pana Boga chwalę i koniec... To prawdziwa napaść...

Chciał się z tym słowem powstrzymać Starosta, ale mu się wyśliznęło...

Zbisław wciąż patrzał groźno.

- Napaść! hm! powtórzył cicho... ostry wyraz - ale... może się na co przyda...

- Nie gniewajże się - zaczął Starosta, człek w takim położeniu traci cierpliwość.

- Ja także bym ją mógł stracić, a widzicie że ją zachowuję, rzekł Zbisław... począł się patrząc na Żubra przechadzać po izbie wzdłuż.

Starosta postrzegł, że sobie jakieś znaki dawali - i pobladł, ręka mu konwulsyjnie drżeć poczęła.

- Ja Zbisia bardzo kocham, mruknął Żubr półgłosem - ale nie mogę inaczej powiedzieć tylko że... niedarmo go Szaławiłą nazwali... i nie życzyłbym go do ostateczności doprowadzać...

- Kochany stryjaszku, rzekł jakby naumyślnie tym tytułem go częstując Zbiś - od tego się nie wykręcisz, żebyś mi do odzyskania mojej żony nie pomógł. Przysięgaj sobie jak chcesz, wiem że schronienie jej teraźniejsze nie jest ci obcym...

- Co? co?

- Ale tak jest - mówił pan młody... tym coście wytargowali na mnie, u Staszka może więcej wyrobić sobie chcecie... ale ja się nie dam...

Staroście zrobiło się mdło, wszakże udał oburzenie.

- W moim własnym domu! a! to już nie do zniesienia - zawołał - nie pozostaje mi jak mości panów pożegnać, nie mamy co dalej mówić z sobą...

Zbiś mrugnął na Żubra, który wstał jakby chciał wyjściu przeszkodzić...

- To nie racya że Starosta mówić dalej co nie masz czy nie chcesz, bo mnie wiele jeszcze pozostało do mówienia - odparł Zbisław chłodno choć płomienie po jego twarzy przelatywały. - Nie uwierzę zapewnieniom - i proszę się namyśleć, gdyż, uchowaj Boże bym się uniósł...

- W moim domu...?

- Ja się wszędzie unoszę... niech Żubr poświadczy. Raz szlachcicowi dałem policzek w kościele...

Zamilkli na chwilę, Starosta zdawał się namyślać... rękami machał...

- Róbcie sobie co chcecie! krzyknął w ostatku... jestem ofiarą mojej dobroci i powolności dla asindzieja. Niech się dzieje wola Boża...

- Ja bo od Starosty niewielkiej rzeczy wymagam, mówił pan młody - rzeczy która go nic kosztować nie będzie, a daję słowo szlacheckie że nikomu nie wydam... Oto mi tylko pan Starosta powiesz, gdzie się moja żona obraca... nic więcej.

- Ja nie wiem! dalipan, nie wiem! prędko rzucił stary - nie wiem.

- Daję panu Staroście do namysłu... wiele? spojrzał na Żubra, Żubr na niego - no wiele mam dać!

Na podwórzu dobrze zmierzchało... za godzinę bezksiężycowa noc nadejść miała.

- Daję panu Staroście godzinę czasu - dokończył Zbisław i siadł na krześle. Ale że wyszedłszy z pokoju mógłbyś nam drapnąć i skryć się, a dla wykurzenia go z kryjówki jabym mógł być zmuszony ogień podłożyć i spalić budynki ze szczętem, których szkoda, więc lepiej będzie, gdy pan Starosta zostaniesz tu z nami... Żubrze, drzwi na klucz pospuszczaj... Proszę nie krzyczeć - dorzucił widząc, iż Starosta usta otwiera - to sprawę pogorszy... Niech pan Starosta się namyśli...

Żubr drzwi spuszczał na zamki i klucze chował z krwią zimną...

- Teraz, rzekł Zbiś, idź przynieś z ganku flaszkę, albo i gąsiorek z bryczki niech przyniosą, bo Starosta nam nie da nic... weź karty, trzebaż czymś tę godzinę zabić...

Gospodarz stał jak oniemiały... blady, drżący, myśli jeszcze zebrać nie mógł, gdy Żubr ostatniemi głównemi drzwiami wyszedł - zostali sam na sam ze Zbisławem, który około nich chodził jak na warcie. Głuche panowało milczenie... Starosta przybrał minę dumną obrażonego i zrezygnowanego człowieka. Siadł w krześle i nie mówiąc słowa, podparłszy się na łokciu... odwrócił twarz od napastnika - milczał i sapał. - W chwilkę powrócił Żubr z gąsiorkiem pod pachą, kubkami podróżnemi dwoma, które się spajały z sobą w kształcie beczułki, i kartami. Jak gdyby Starosty wcale nie było, siedli do stołu postawiwszy butel między sobą.

- O co będziemy grali? spytał Żubr...

- Wiesz co, odparł Zbisław, przychodzi mi myśl dziwaczna - przykro mi patrzeć na to, że się szanowny gospodarz nudzi - kto przegra zaśpiewa swojej roboty krakowiaka.

- Zgoda! rzekł Żubr - tylko słuchaj Zbisiu, nie bądź zbyt trudnym, bo ja nawet lichego krakowiaka upleść nie potrafię. Łatwiejbym parę koni dobrał niż wierszy...

- Ale jam też nie wierszopis... rozśmiał się Zbisław... za warunek daję, by się do okoliczności stósowały. Dawaj karty!

Starosta ani się zwróciwszy, zasłonięty chustą siedział nieporuszony, ci się obchodzili jakby go nie było. Nalali wina z gąsiorka.

- Wino dobre - rzekł Żubr, trochę się zagrzało w drodze, jakby go nie wypić na razie, toby skwaśniało...

- A jużcić wypijemy... godzinę czasu mamy...

Poczęli grać, Starosta pomyślał - ale cóż oni mi po tej godzinie zrobią? co? ciekawym? w moim domu!!

Ruszył nieznacznie ramionami.

- Powiedziałeś ludziom żeby koni nie wyprzągali? spytał Zbisław.

- A jakże... tylko je napoją u studni, i obrok zadadzą w workach - za pół godziny będą gotowi...

Chwilę grali w milczeniu, w tym Żubr krzyknął - przegrałeś!

- Otóż tobie masz! stukając o stół szklanką, rzekł Zbisław... trzeba rad nie rad, krakowiaka śpiewać.

Wstał z krzesła, podszedł naprzeciw Starosty, wziął się w boki i zanucił okrutnym basem...

Siedzi kura na grzędzie,

Co to z tego będzie...

Siedzi Starosta za stołem...

Panu Staroście czołem!

Panu Staroście czołem!

 

powtórzyli oba chórem. Starosta był czerwony jak pąs, chrząkał ale milczał. Popatrzywszy nań Zbisław powoli zwrócił na miejsce i siadł.

- Dawaj karty!

Grali znowu w cichości, tylko kiedy niekiedy kubek brzęknął...

Po chwili, śmiech.

- Przegrałeś! ryknął Żubr - po raz drugi.

- A niechże cię nie znam! chyba karty przezroczyste... muszę się na drugiego krakowiaka zbierać, a dalipan to mi nie łatwo.

Poszedł na dawne miejsce, znowu podparł się w boki i zaśpiewał.

Starosteńku nasz...

Wielki rozum masz.

Ale rozum nie pomoże

Gdy skaranie przyjdzie Boże

Starosteńku nasz!

 

Powtórzyli - Starosteńku nasz! razy ze trzy. Starosta ani się ruszył, ino pluł przed siebie, a w duchu mówił.

- Zobaczemy! głupi ludzie! w moim domu - co oni mi zrobić mogą?

- Patrz już dalipan noc! zawołał Zbisław...

Świece się paliły woskowe od mroku...

- Pójdź, zobacz czy gotowe konie! szepnął Zbisław do Żubra, a sam znów stróżował przy drzwiach...

Żubr jak posłuszne dziecko na dany znak wyszedł, nie było go minut kilka, wóz zaturkotał zachodząc przed ganek.

- No - chwała Bogu, rzekł sobie Starosta - już sobie pojadą i raz od nich wolny będę...

Zjawił się Żubr w progu z ogromną chustą w ręku i czapką pod pachą, mrugnęli na siebie.

- Panie Starosto dobrodzieju - rzekł kłaniając się Zbisław - godzina wybiła.... prosimy o stanowcze słowo.

Jestli jego wola lub nie dopomódz mi do odzyskania żony?

Starosta popatrzał nań i ramionami ruszył. Zbiś powtórzył pytanie.

- Ostatecznie, panie Starosto? Nie! powtóre? nie - potrzecie - nie!

A! no! to dziejże się wola Boża, ja ręce umywam...

Skinął na Żubra który zwolna podszedł z przygotowaną chustą w ręku...

Postrzegłszy to gospodarz, zerwał się szybko i rękami rzucając cofał się zburzony a przelękły ku bocznym drzwiom, Zbisław pochwycił go za ręce i żelaznym uściskiem strzymał.

- Ani pisnąć! zawołał - ani głosu puścić - bo - bo będzie źle! będzie źle!

- Cóż chcecie ze mną zrobić! na miłość Boga! krzyknął stłumionym od strachu głosem Starosta.

- Nic tak wielkiego, za życie ręczę, rzekł Zbisław ponuro, ale na upartego jeszcze upartszy...

Ostatni raz wzywam - chcesz mi pan wskazać gdzie żona moja?

- No - niewiem! niewiem! Oburzony zawołał Starosta...

- Wiąż mu gębę - rzekł Zbisław, a nos puść aby się nie udusił...

Na te słowa Żubr przystąpił i w mgnieniu oka usta zawiązał staremu, który próżno się chciał opierać. Wpakowano mu czapkę na głowę, wzięli go pod ręce i zdmuchnąwszy światło, pociągnęli z sobą ku gankowi. W sieniach nikogo z ludzi nie było, wóz stał w ganku, nimbyś zdrowaśkę zmówił. Starosta już siedział na nim wzięty w środek między dwóch towarzyszów i konie zacięte raźnym kłusem ruszyły...

Gdy nie rychło potym panna Jachniewiczówna napróżno oczekując znaku życia od pana poszła do ogrodu przez okno zobaczyć co się dzieje w bawialni, a nie znalazła w niej światła i o panu ani gościach ani słychu... popłoch rzuciła między ludzi. Zbiegło się co żyło... Starosty ni znaku... gości ani śladu... gąsiorek tylko z winem na dnie i talia kart, którą wziąć z sobą Żubr zapomniał. - Zdumienie było wielkie, ale któż się mógł domyślać żeby przyjezdni gospodarza porwali? Myślano że na krótki czas dla pilnego interesu z niemi dobrowolnie pojechał. Panna Jachniewiczówna zabrała gąsiorek, chłopak karty do kieszeni schował, pokoje pozamykano - i dwór usnął zupełnie spokojny...

Ale Starosta ani jutro ani pojutrze nie powrócił.

 

 

 

Widzieliśmy już raz Żmurki w czasie krótkiego pobytu w nich pana młodego, wieczorem po weselu, ale możemy powiedzieć, że ich jeszcze nie znamy wcale.

Stara to rezydencya i cale inaczej wyglądająca niż Starościański dwór... Niegdyś była może zamczyskiem obronnym, teraz sadyba wcale przyjemna i utrzymana porządnie a nie bez wykwintu, który kobiety lubią. Ośmnaście też lat Żmurki już były pod zarządem pani ze Skulskich Bożeńskiej, matki panny Domicelli. Na odmalowanie tego dworu, charakteru... tych rządów i co się tu działo, trzeba by śmiałego a delikatnego pęzla jednego z tych angielskich malarzy co podobne obrazy z niezrównaną trafnością i bogactwem szczegółów kreślić umieją.

Mówiono w polskim kraju w ogóle i dziś się to powtarza często że w nim hic mulier panowała, że w nim rządziły niewiasty i że mężczyźni mniej mieli wpływów w powszednim życiu, ba w politycznym, od swoich miłych małżonek.

Jest to po części prawdą, i pewna że piękne a dobre panie nasze, w czasach saskich, gdy ichmość zbytnie zalewali głowy, przeważnie cugle chwyciły, ale inaczej poszło by wszystko samopas do prędszej jeszcze ruiny. Kobiece rządy nie zawsze szczęśliwe były ale poczciwe i dobrej woli. Cóż wreszcie kobieta osamotniona począć miała widząc, że wszystko runie bezrządem, musiała uchwycić dyktaturę, aby nie dopuścić anarchii.

Jedną z takich pań samowładnych była pani Bożeńska, energicznego charakteru niewiasta, ale mimo to nie zawsze sobie szczęśliwie mogąca dać rady.

Owdowiawszy zawcześnie z córką tylko jedynaczką, choć się o nię wielu starało, ba i sam brat nieboszczyka, pan Starosta owdowiawszy ku niej wzdychał, nie chciała wcale iść za mąż aby panią w domu pozostać. A że brat męża był opiekunem i zrażać go sobie nie chciała, kręciła biedaczka jak mogła aby go ani przyjąć ani odrzucić a okiełznać. Dokonała tego używając różnych środków wielce trafnych i rzucając mu na pastwę po odrobinie majątku. Była zresztą kobieta oszczędna, rządna, lubiąca ład, umiejąca do siebie ludzi przywiązać, dla biednych miłosierna, nieco surowa dla złych, panująca nad sobą i wielkiego taktu w życiu. Na pozór wydawała się zimną choć serce miała dobre; z obawy tylko, aby ją o słabość nie pomówiono, o lekkomyślność i rozrzutność, zbyt dbała o grosz, zbyt zapobiegliwą była w majątkowych sprawach. Niewielki mając wniosek na znacznym majątku córki, którym pod okiem Starosty zarządzała sama, nie życzyła sobie tak prędko Domci wydać za mąż. Wiedziała dobrze co to jest żyć na łasce, choćby najlepszego dziecięcia, pragnęła więc sobie uzbierać tyle, ażeby się stać niezależną, gdy Domcię nareszcie wydać przyjdzie.

Oprócz Staszka Horwata, którego mimo przywiązania córki odprawiła pod pozorem ubóstwa i - niestósowności partyi; na różny sposób usunięto tak wielu ichmościów napastliwie szturmujących o rękę dziedziczki pięciu wiosek, miasteczka i nadziei po skąpym bezdzietnym stryjaszku. Ale gdy się Zbisław Wierzchowski uczepił, przypił, najechał i stał tak niesłychanie natrętnym a stryja sobie potrafił ująć per fas et nefas - nie było środka obronić się od najezdzcy. Pani Bożeńska naówczas popróbowała w sekrecie i za zgodą córki użyć Staszka Horwata dla opędzenia się Zbisiowi. Tymczasem najlepiej ułożony plan zawiódł, ślubowi nie przeszkodzono i dopiero przy wyjściu z kościoła zaszły protesty i znany nam dramat. - Nie straciła wcale przytomności matka, skorzystano z tego... panie obie ujechały... skryły się. Szło teraz o rozwiązanie rąk źle związanych stułą księdza proboszcza. Córka była godną matki... Śliczna ta mała, drobna, zręczna, śmiała, wygadana, dowcipna istotka wychowała się naprzód na kolanach mamy, u jej boku, potym miała bonę Francuskę, niemłodą już pannę która ją dopieściła do reszty, potym pół roku spędziła na pensyi klasztornej we Lwowie zkąd się jej ledwie pozbyto. Nie dziw że w Domci Staszek się zakochał, kochali się w niej bez wyjątku wszyscy młodzi co ją widzieli, wzdychali do niej starsi, a starzy i beznadziejni patrząc na nię z desperacyi płakali, że im się Pan Bóg nie dał później urodzić. Gdyby to nie był wcielony szatanik z różowemi pazurkami, mógłby być najśliczniejszy aniołek w świecie... Dobrego i złego hojnie wsypała - natura, mając upiec ten cukierek żywy... miód, pieprz, imbier... czego tam nie było...

Żywa, fantastyczna, ciekawa, zalotną była z urodzenia i chcącą się przypodobać nawet drzewom gdy latała po ogrodzie. Egoizm jej posunięty do najwyższego stopnia był z tego rodzaju naiwnych, którym przebaczyć trzeba tak się siebie nie wstydzą, - chciała zresztą przez egoizm czułego serduszka wszystkich do koła siebie widzieć szczęśliwymi, bo ją jęczenie i płacze nudziły i śpiewać jej przeszkadzały. A śpiewała jak skowronek, skakała jak sarenka, a bystrą była i wiedziała wiele, wiele czego jej nikt nie powiedział!!

Domcia z wiekiem i doświadczeniem z faworytki mamy, stała się jej panią... Mama się jej obawiała... może dla tego, że ją kochała bardzo.

Mamyż wydać te panie z tajemnicy i powiedzieć dokąd uszły od pogoni ze Żmurek?

Dobra były, jakeśmy mówili, rozległe bardzo, pięć wsi i miasteczko w owych czasach, z lasami do nich należącemi zalegały ogromną przestrzeń kraju. Wnętrze tych majętności przez które, wyjąwszy same fundum Żmurki, nie przechodziły główniejsze gościńce, osłonięte było ciszą i urokiem. Była to terra incognita, w której oprócz żydów arędarzy i ekonomów a pospolitego ludu, rzadko się kto zabłąkał. Takich kątów kraj podówczas miał wiele, patryarchalne w nich panowały obyczaje...

O dobrych mil cztery od fundum Żmurek, w ciszy lasów nad rzeką Wieprzem, prawie na skraju dóbr Bożeńskich, znajdowała się starożytna siedziba, niegdyś do Firlejów należąca, zwana z prastarych czasów Złotym Opolem. Był to murowany zameczek na sypanej górce, obwiedzionej fossami, przerobiony w XVII wieku przez późniejszych dziedziców na pałacyk, z dawna nie zamieszkiwany, ale z polecenia stałego Bożeńskiej utrzymywany w dobrym stanie. Miała bowiem myśl matka, gdyby córka za mąż wyszła, kiedyś się tam osiedlić. Z jednej strony Opole otaczały lasy rozległe, z drugiej płynął pod nim Wieprz, szerokie, zielone ługi i odkryty, żyzny, cudny kraj zasiany wsiami widać było. Miejsce samotne a uśmiechnięte, ciche a wesołe przystało by było kobiecie chcącej w zadumie rzewnej dokończyć dni swoich. Pani Bożeńska choć widywała rzadko ten kątek, lubiła go bardzo... Mało o nim mówiono, znano go nie wiele, z tej strony Wieprza nie był pałacyk widoczny, a mieszkańcy z drugiego brzegu mało mieli stosunków z tutejszemi. Ledwie kto kiedy wspomniał o Złotym Opolu. Pamiętała o nim tylko pani Bożeńska powoli zaopatrując je we wszystko, czego później potrzebować mogła. Osadziła tam starą poczciwą klucznicę swą panią Osowiecką... i z cicha przygotowywała pustelnią tę na stanowczą godzinę, gdy córkę opuścić by musiała.

Nadto bowiem nawykła była do swobody ażeby z nią razem mieszkać mogła przy zięciu.

Przybywszy do Żmurek... jak błyskawicą uderzona została myślą ucieczki przed nieochybną pogonią do Opola. Zdrady ze strony swych ludzi spodziewać się nie mogła, zresztą nie powierzyła myśli swej nikomu oprócz Domci która w ręce plasnęła i na szyję jej się rzuciła z radości. - Zabrano trochę rzeczy... ostrożna pani Bożeńska rozkazała jechać drogą ku Lublinowi, a dopiero o dobrą milę zawrócono nagle z gościńca małemi drogami do Opola. Ludzie znali okolicę doskonale, więc choć noc była i drogi nie szczególne, obeszło się bez przypadku i wywrotu... Dopiero zjechawszy dobrze z gościńca kazano konie popaść i wypocząć, a przodem posłano do Opola, aby się tam Osowiecka trochę przygotowała na przyjęcie. Niepotrzebuję mówić, że ludzie do milczenia przysięgą zobowiązani zostali...

Domcia choć przerażona ślubem swym, potym rozradowana rozerwaniem nienawistnego jej związku, choć pod silnemi wrażeniami dnia tego ulegająca, cieszyła się z awantury. - Nic do jej usposobień przyjemniej przypadać nie mogło... lubiła przygody... podróże, niespodzianki... a przytym? obiecywała sobie po cichu że Staszek Horwat dowie się, wyszpera gdzie jej szukać i odwiedzać ją tu będzie... Słowem roiła - a jestże szczęście nad marzenie takie młodzieńcze? Gdy matka chodziła zamyślona i po krótkim spoczynku na rozpostartej słomie pokrytej kobiercami zrywała się uciskając rękami dłonie i dumając co pocznie, Domcia drzemała na posłaniu z uśmiechniętemi do przyszłości ustami.

Nad rankiem gdy rozwidniało dobrze puszczono się nareszcie w dalszą drogę po leśnych wąskich drożynach ku Opolu. Potrzebowało to kilku godzin czasu, gdyż wśród lasu, wąwozów, grobelek, ciasnych przesmyków pośpieszyć nie było sposobu. Naostatek dębowy las przerzedzać się zaczął, pani Bożeńska głowę przez okno wystawiwszy zawołała:

- Otóż Opole...

W blasku złocistego poranku pokazał się zameczek na górze, a Domcia która go od lat kilkunastu nie widziała, to jest od dzieciństwa, uderzyła w dłonie z radości... Ślicznie bo też wyglądało to miejsce na tle zielonych łąk, szerokiej wstęgi wody i niebios rannych omglonych, osnutych pół przezroczystemi chmurkami.

Pani Bożeńskiej przy uśmiechu i łza zakręciła się w oku - kochała Opole, ale z jego imieniem wiązała się dla niej myśl o starości.

U stóp wzgórza rozciągała się wioska wesoła, zabudowana porządnie, umajona sadami. Mieszkańcy oprócz rolnictwa które się dobrze opłacało, mieli pomocnicze przemysły leśne, i rybołówstwo dodatku. Znać to było na weselszych ludu twarzach, na bielszych koszulach, na świeżo wyglądających chatach. Od wsi ku zamkowi zwanemu w starych aktach Ogrodzieńcem, prowadziła krótka droga drzewami wysadzana, potym przejeżdżało się fossę jeszcze wodą zalaną po moście, ale już teraz ze zwodzonego przerobionym na stały i bramą w wałach wjeżdżało się na czysty, mały dziedzińczyk. Ze starych fortyfikacyi, baszt, kurtyn porobiono w XVII wieku galerye, przybudówki, kaplice, skarbiec...

Sam korpus pałacyku wysokiego wznosił się w pośrodku przyozdobiony kamiennemi drzwiami i rzeźbami, wśród których jeszcze Firlejowskie herby widniały. - W ganku z balustrady na której stały dwa kamienne wazony rokoko, czekała już stara Osowiecka cała biało ubrana, w czepku białym z żółtemi wstęgami, z pękiem kluczów w ręku i ekonom w żupaniku letnim i długich butach kozłowych. Był to stary konfederat, żołnierz wyga, ale dobre człeczysko...

Ledwie panie wysiadły przybiegła też wiejska służba zamkowa powitać tych niespodzianych gości. Pani Bożeńska że to była kobieta z głową a przytomna i wiedziała z kim miała do czynienia, czuła iż chwili tracić nie powinna. Przywitała panią Osowiecką uściskiem i zostawując jej szczebiocącą a szczęśliwą Domcię, sama zwróciła się ku panu Chrapskiemu, ekonomowi i rządzcy Opola. Odprowadziwszy go na bok trochę, zawołała żywo:

- Mój Chrapski, mój dobrodzieju - nie myślcie żebym ja tu dla siebie i dla was na gody przybyła. Wiecie pewnie że Domcię prawie mi gwałtem za mąż wzięto...

Tu westchnęła...

- Nie chciałam nigdy tego małżeństwa... ale cóż? jestem słaba kobieta. Tymczasem w chwili ślubu prawie zaszły takie okoliczności, iż ślub stał się nieważnym... Uciekłyśmy przed panem młodym, musimy tu czekać rozwodu. Ale toby wszystko było nic, najgorsza rzecz że narzeczony utrapieniec, paliwoda, człowiek impetyczny... na wszystko się rzucić gotów... Jeśli się dowie gdzie jesteśmy, może na nas napaść siłą, aby odebrać żonę.

- A! pani dobrodziejko! przerwał Chrapski podnosząc ręce, alboż ma wojsko?

- O! szczęściem nie, ale znajdzie dziesięciu lub piętnastu zbrojnych awanturników jak sam... a cóż my poradziemy?

- Jakto? proszę jaśnie pani - oburzył się Chrapski, jeśli nie ma więcej nad kilkunastu ludzi, czyżby on nam rady dał?

- O toż mi właśnie idzie, kochany Chrapski, o to aby się mieć na ostrożności i nie dać wziąć bezbronnie.

Chrapski wąsa pokręcił uśmiechając się.

- Czy jaśnie pani mi daje plenipotencyą do obrony? mogę się zawinąć? ja do wieczora tak Ogrodzieniec wystrychnę, że się trzystu ludzi nie obawiam. Para szmigownic do bramy znajdzie się, pale u mostu podpiłować każę, ludzi kilkunastu zbiorę najlepszych, strzelców, bartników... pobereżników... Prochu trochę jest, strzelby się pozbierają...

Machnął czapką..........................