Powieści Józefa Ignacego Kraszewskiego. Tom 17 - Józef Ignacy Kraszewski

Kup ebooka

26.00 zł
18.36 zł (18,31 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pamiętnik Mroczka.

Powieść 

 

Sit nomen Domini benedictum.

 

Nigdy, jako żywo, nie byłbym pomyślał o opisaniu wypadków, które w dosyć długiem życiu Pan Bóg przebyć pozwolił, ratując mnie łaską Swą, gdyby nie naleganie usilne dzieci i przyjaciół, abym dla nich i potomstwa ich pamięć tych przygód zostawał, których oni ani tak objąć, ani tak, jako świadek oczny, opowiedzieć nie potrafiliby, chociaż je nie raz jeden z ust moich słyszeli. Więc nie, żebym mizerną swą osobą chciał zajmować ludzi, boć takich, jakem ja był i w podobnych przygodach, naliczyłby tysiące, ale że mi Pan Bóg dał w wielkiej imprezie i sławnej onej wiktorji nad Turkami, pod cesarską stolicą otrzymanej, uczestniczyć, a rzecz ta pamięci jest wiekuistej godna - przeto się nakłonić dałem, aby coś o tem, jakom na to oczyma własnemi patrzał, zostawił. A że się nie obejdzie, bym przy tej okazji czegoś i o sobie powiedzieć nie miał, niech mi to będzie przebaczone.

Rodzina moja z Mazurów pochodzi, gdzie od wieków dawnych Boleszczyce siedzieli i gdzie im Ziemowit, książę mazowiecki, przywileje wielkie nadał, jako możesz czytać u genealogów naszych. Ci świadczą, jako się rozrodzili i rozdzielili Boleszczyce, a potem i po całej Polsce rozeszli, tak, że mało gdzie kąt znalazłeś, aby tam naszej krwi kogoś nie odpytał. Ano miał zwyczaj mawiać stary Nowowiejski, który też Jastrzębcem, inaczej Bolestą się pieczętował, iż nas prawie narodem raczej, niż familją zwać się godziło; tak liczni byliśmy od wieków na polskiej ziemi. Najstarsze kroniki już onych Jastrzębców wspominają dobrze przed Krzywoustym, tak, że originem familji bodaj do pogańskich czasów odnieśćby należało; z czego, uchowaj Boże, chluby nie szukając, dlatego to piszę, abym nie zamilczał, co się mojego rodu tyczy. Już w tym czasie, kiedy Ziemowit w 1408 r. ów przywilej nasz spisać kazał, który Bolestów wszystkich, naówczas w Księstwie Mazowieckiem zamieszkałych, od jurysdykcji wszelkiej krom sądów książęcych uwalniał, było ich tam coniemiara po wsiach, od których imiona pobrali, jako: z Psarów, Czeszewa, Myśliszewa, Kozłowa, Mańkowa, Chorzewa, Bobrowa i t. p. Takeśmy i my, Mroczkowie, od antecesora Mroczka czyli Mruczysława nazwani, "z Łukowca" się pisali, i niektórzy Łukowieckimi się poprzezywali. Wszystkie też rodziny Jastrzębczyków, których mało kilkaset różnego miana naliczyć było można, jeden herb nosiły i noszą, jeśli z odmianą, to niewielką: w szczycie podkowę z krzyżem, a na hełmie jastrzębia czyli kanię, jak do myśliwstwa były używane, z centkami u nóg. I mogliby byli owi Bolestowie potężni być, gdyby się byli trzymali jako jeden ród i zawołanie; ale od owego nieszczęśliwego zabójstwa Św. Stanisława za karę snać Pan Bóg im szyki pomieszał i rozproszenia dopuścił, tak, że się już za swych nie znają i samopas każdy chodzi, choć wszyscy do jednej familji należą. Byli bowiem z królem Bolesławem Szczodrym, jako jego przyboczni, w to nieszczęsne zabójstwo wmieszani Bolestowie, za co im potem i imiona i szlachectwo odjęto niektórym, a potem znów przywrócono. Od onego też wypadku już się nigdy rodzina podnieść nie mogła do pierwszej świetności swej i popadła w ubóstwo. A potomkowie tych, co się krwią świętego zmazali, zawsze w rodzinie miewali, jako żywe świadectwo swojego szaleństwa, jednego, który szalał.

O ile wiem i od ojcam to słyszał, który dziada swego pamiętał, zaręczali najstarsi, iż między Mroczkami nic się podobnego nie trafiało, w dowód, iżeśmy tam nie byli na Skałce, gdzie się krew niewinna męczeńska lała, aniśmy się nią pomazali. Wszelako należeliśmy do rodu i z nim, widać, dźwigaliśmy losy wspólne, bo się nam też nie wiodło, mimo ciężkiej pracy.

Mroczkowie z Łukowca, jak wielu innych Jastrzębczyków, dawno się byli wynieśli z ojczystego zagonu, a nam już przypadło kawał ziemi trzymać na Podlasiu około Bugu, kędy się był pradziad wyniósł z okazji tej, że się ożenił z Pawlicką, po której wioska mu się dostała w tym kraju zapadłym. Już wtedy ś. p. ojciec mój, Paweł, tam na świat przyszedł, i jam tam także światło dzienne ujrzał w Górze Pawlickiej d. 23 junii 1657 r., za onego nieszczęsnego panowania Joannis Casimiri, nad które, nie wiem, czy kiedy smutniejsze być mogło. Tych przecie czasów srogiej kary bożej nie pamiętam, bo to były lata niemowlęctwa i dzieciństwa mojego, a jak sięgnąć mogę przypomnieniami, już się też było u nas nieco poprawiło.

Jednakowoż nie w naszej rodzinie, bo myśmy naszą Górę utracili, którą nam za dawny dług niesłusznym procesem wzięto, od czego ojciec zmarł ze zgryzoty wielkiej, rady dać sobie nie mogąc. Matce też ze mną przyszło po cudzych tułać się kątach, mało co nad ruchomość ocaliwszy, a i ta się rozpraszała. Miałem stryja, człeka niezbyt majętnego, ale na własnej siedzącego wiosce; ten jednak mało się losem moim chciał zajmować, a wcale matki i mnie przyjąć nie myślał. Matka więc u swej siostry Zawickiej przemieszkiwała, można powiedzieć, na łasce; a gdy się to trafi, choćby u rodzonej, zawsze ciężko opłacić trzeba. Co tedy tam zniosła i przecierpiała, milczeniem pokryć wolę. Mnie z Zawickim razem do szkół posyłano, a i tu, Boże odpuść, tylko że nie za chłopca bratu ciotecznemu służyć musiałem, i tyle nauki chlipnąć, ile jej trzeba było na życie. Przypadły mi jakoś szkoły właśnie pod ten czas, kiedy król abdykował z dobrej woli, a później obrano w miejsce jego Michała. Ale się owe wielkie przepowiednie na Piasta nie ziściły, i pszczoły, co tam siadły czasu elekcji, miodu nie zrobiły. Mijam tedy ów czas, bo o nim niewielebym mógł powiedzieć, kiedym nad moją książkę szkolną dalej nie widział. Później dopiero cokolwiek w oczach się świat rozjaśniać począł, a już się i lepiej wiodło onemu królestwu za wstąpieniem na tron hetmana, wsławionego zwycięstwy, jakiego nam właśnie było potrzeba.

Za łaską i protekcją krewnych moich, którzy też i zbyć się może załogi życzyli, bardzo tedy młodo rycerską począłem praktykę, i nieźle mi się wiodło - a jakem się dał poznać i poczciwe imię sobie zasłużył, toć ludzie wiedzą i tego nie ciekawi.

Wracam tedy szczególniej do tych czasów, których pamięć radbym zostawił, i do lat doroślejszych, gdym już w regestr był wpisany i począł chleba wojskowego kosztować. Nie doczekała poczciwa matka moja poprawy chudopacholskiego losu, gdyż jakoś na rok przed stryjem, po którym wioseczka mi się dostała, u Zawickich zmarła.

Chorzała już oddawna, przeto, chociaż się i gorzej miała, i bliską zgonu czuła, pobłogosławić mnie i zobaczyć pragnęła. Pożałowali posłańca do mnie, bom był przy chorągwi mojej, naówczas konstytującej na Rusi. Niech im tego Pan Bóg nie pamięta, choć mnie im ciężko zapomnieć wyrządzoną krzywdę! Zmarło się biednej matce tak nędznie, jak żyła, a pogrzebu nawet przystojnego, jak należało, nie sprawili, niemal jak sługę, nie jako krewną najbliższą, pochowawszy bez wszelkiego aparatu, z jednym księdzem. Jam to później nagrodził, solenne wyprawując egzekwje, na które, chociażem Zawickich prosił, czując się źle na sumieniu, przybyć nie chcieli.

Dopiero po pogrzebie listem mi ciotka dała wiedzieć, że Pan Bóg matkę wziął z tego świata na lepszy i że po niej mi nic nie zostało, krom ślubnej obrączki ojca i obrazka Najświętszej Panny Częstochowskiej, który za relikwję chowam. Zapłakawszy tedy nad swem sieroctwem, rzekłem, jako mnie nieboszczka nauczyła:

Sit nomen Domini benedictum.

Nie upłynął rok potem, a byłem niemal ciągle przy chorągwi, i to tak, jak sam prawie, bo się towarzystwo porozjeżdżało, każdy do domu, lub do swoich, jam zaś i pojechać nie miał dokąd, chyba po bliższych dworach znajomych, - gdy odbieram posłańca od starego przyjaciela ojca, pana Jacka, przybyłego z Podlasia, abym eo instante pośpieszył do stryja, który wyraził chęć widzenia mnie przed śmiercią, co się kazało domyślać, że miał jakieś względem mnie zamiary: a jeślibym tego nie uczynił, obawa jest, żeby Wólka nie poszła w cudze ręce.

Nigdym ja, prawdę rzekłszy, na ten spadek, choć mi się święcie należał, nie rachował; stryj bowiem serca dla nas nie miał, otoczony był obcymi i dalszymi, a ci tam dobrze swoich interesów pilnowali. Wszelako, słuchając rady pana Jacka, wziąwszy kartę, a poczet zostawiwszy na miejscu, samowtór z pacholikiem Grzesiem puściłem się co rychlej ku Podlasiowi. Aleśmy też i pośpieszać nazbyt nie mogli, bo czas był wiosenny, roztopy same; śniegi ledwie tajać poczęły: tu lód, tam grzęzawica, ślisko, błotno, niebezpiecznie dla koni, noce ciemne. A i konie moje nie były tak przedziwne. Siwy, któregom sam miał, to jeszcze; ale pod Grzesiem był deresz, szkapa ciężka i nieco dychawiczna, tylko zakurowana. Jakeśmy się poczęli wlec, konie nogi poobrażały na lodach, nie bez tego, by i kolan nie potłukły, bo szpetnie padały, choć ostro kute. Tak potem po gospodach leczyć je i obwiązywać musieliśmy coraz, choć się jednej godziny nie straciło napróżno, - i kiedyśmy do Wólki przybiegli w Wielki Czwartek na zaraniu, Grześ postrzegł pierwszy, iż się świece paliły wokoło tapczana, a na nim stryj już leżał.

Pusto, jak wymiótł, tylko tam nieco służby, stara klucznica, włodarz i trochę odartego wieśniactwa; owych przyjaciół, co go objadali, opijali i obierali ze wszystkiego - ani śladu. Boć też koniec owym zapustom, które nieboszczyk wyprawiać przywykł, a po kątach, śpiżarniach i komorach, jakby Tatarowie przeszli.

Kiedym owe świece żółte zobaczył i babki przy nieboszczyku, serce mi się ścisnęło. Zsiadłszy z konia, poszedłem wprost do izby, ukląkłem w nogach i począłem "Anioł Pański".

Stryj, któregom dawno nie widział, straszliwie był zmieniony; twarzy i oczu mało co było znać, dla srogiej obrzękłości, a że go i ubrać nie mogli z tej samej przyczyny, więc był tylko poowijany w odzież ubogą i zszarzaną. Nędznie też a goło wyglądało dokoła, aż się serce ściskało, patrząc, i rozpłakałem się, widząc przykład na nim niestałości fortuny. Toć to ten dworek przez lat dwadzieścia nigdy nie pustował od wesołych przyjaciół i towarzyszów; a teraz, miły Boże, w ostatnim terminie i jednego z nich nie było, coby nieboszczykowi dotrzymał, tylko ja, przybyły zdaleka, o którym on słyszeć nie chciał za żywota.

Jeszczem był "Anioł Pański" nie dokończył, słyszę, klepie mnie ktoś po ramieniu: obracam się, patrzę: stoi pan Jacek i wyciąga ręce do mnie. Przeżegnawszy się więc, wyszliśmy na podwórze razem. Grześ jeszcze konie wodził, nie wiedząc, co począć z niemi.

Jął mnie ściskać stary przyjaciel ojca i matki, i zrazu się rozpłakał, że i słowa z niego dobyć nie mogłem, krom jednego:

- Jakże ty się masz?

- Co się tu stało? - pytam.

- A no, widzisz - powiada - śmierć, ultima linea rerum, przyszła i wymiotła śmiecie. Pouciekało od umarłego, co żywcem dla chleba się łasiło; objedli, opili i poszli. Dotrwał do ostatniej godziny jeden Wojakowski, który na Wólkę czyhał, a myślał, że mu ją zapisze. Nie wiem, co się stało nieboszczykowi p. Krzysztofowi, ale się uparł i testamentu żadnego zrobić nie chciał. A tak - dodał - z łaski bożej została ci się owa Wólka dziadowska.

Tegom się ja nie spodziewał, i rozpłakałem się znowu.

- Nie sądź - mówił dalej pan Jacek - żeby to wielkie były rzeczy: wioszczyna mała, są i długi, a czasu choroby obcy powynosili resztę mienia, tak, że ino cztery kąty i piec piąty zastaniesz; ale Bogu niech będą i za to dzięki!

Poszliśmy tedy po dworze i gospodarstwie, żeby zobaczyć, czy się co na pogrzeb da zebrać, a jam też zapasu nie miał. Jak żyw, takiej pustki i zniszczenia nie widziałem, dezolacji i ruiny. Nigdzie nic na zawinięcie palca, tak tam dotąd gospodarowano; a o co było spytać, to ten, to ów z przyjaciół zabrał, to temu, to innemu oddano, gdy już nieboszczyk sobą nie władnął i z izby się nie ruszał. Okrutne też opuszczenie wszędzie, jakby oddawna oka brakło i starania wszelkiego, ażeśmy z p. Jackiem gniewali się i płakali. Wyglądało ono niespodziane dziedzictwo, jak Arabia deserta. Gdym się, łamiąc ręce, frasował, pan Jacek rzecze do mnie:

- Dopóki i ziemi i ludzi, nie trzeba rozpaczać! Do wszystkiego się dochodzi.

Ale tu nieboszczyk na tapczanie, a i pogrzebu niema mu za co przystojnego zakupić. Pojechaliśmy zaraz do proboszcza; zaprezentowałem się i przyjął nas w sieniach, do izby nie prosząc, bo był na odjezdnem, ale z dobrą twarzą. Powiedział pan Jacek, o co nam chodzi i w jakim jesteśmy frasunku; on też, choćby z serca pomóc rad, nie był przy pieniądzach.

- Kawalerze mój - rzekł proboszcz - mały to frasunek. Pogrzeb przystojny będzie i bez grosza, toć mój obowiązek. Żyjemy z ołtarza, aleśmy też i ojcowie duchowni i bracia, więc się to po bratersku załata. A jeśli jegomości jakiemi dwustu złotyma wygodzić mogę, proszę je przyjąć na pierwsze potrzeby, to mi je oddacie.

Małom staruszka w rękę nie pocałował, coby też grzechem nie było, bo wielce poważny był i szanowny, a osoba duchowna. Wprowadził nas dopiero do izby, dobył talarami bitemi dwieście złotych i wyliczył zaraz. Chciałem siąść kwit pisać, ale nie dopuścił, i pod pozorem pośpiechu, bo konie stały zaprzężone u ganku, zwinął się, żegnając nas.

Duch wtedy w nas wstąpił, i powróciliśmy do Wólki nazad, myśleć około pogrzebu. Odprawił się przystojnie, bez zbytniej okazałości, ale też z wystawą nie ostatnią, a mało kto nań przybył, krom nas i ubóstwa. Z tych przyjaciół serdecznych, co to z Wólki nie wychodzili całe miesiące, nie było ani jednego.

Dopieroż, gdy się zadość uczyniło zmarłemu, poszliśmy z panem Jackiem spisać inwentarz i opatrzyć pozostałości. Nie było wiele roboty: tak czysto chodzili inni około zapasów wszelkich.

Przecież nie mogli wynieść doszczętu, i coś tam gdzieś się w kącie przyzostało. W izbie, w której nieboszczyk zwykł był siedzieć, gdzie i umarł nie na łożu, ale w krześle - stało jeszcze owo krzesło naprzeciw komina wygasłego, tak, jak je rzucili, nieboszczyka zdejmując. Przychodzimy tam z panem Jackiem, a ten powiada do mnie:

- Toby to wynieść na strych, bo i sprzęt niezdarny i pamiątka smutna.

A było siedzenie stare, skórą obite, wygniecione, bo na niem wiele lat przejęczał stryj, rzadko z niego schodząc. Odpowiem tedy przyjacielowi:

- Postawię w kącie, niechaj choć ta po nim zostanie tu pamięć.

A że nas było tylko dwóch w izbie, wzięliśmy za poręcz, aby je z drogi usunąć.

- O dla Boga! - krzyknie nagle pan Jacek - a toć to co?...

Patrzę, a on z pod materaca za kutas skórzany ciągnie trosik, który snąć na złą godzinę przy sobie trzymał nieboszczyk, nikomu o nim nie mówiąc ze strachu, aby mu i tego nie wyłudzili i nie odebrali.

Po worku znać było, że tam niemało czasu przeleżał. Szczęście, że go słudzy nie podpatrzyli, boby i to było przepadło; ale Pan Bóg uchował.

- Otóż waści na inkrutowiny - zawołał p. Jacek, i poczęliśmy liczyć.

Było czerwonych złotych ładnych, obrączkowych dwieście dwanaście, portugał jeden wielki, wagi dziesięciu, i pierścionek z oczkiem diamentowem, niezbyt wielkiem, jak małego grochu ziarno; na spodzie kartka zżółkła, z konotatką jakąś nieczytelną.

Wyraźną uczułem Opatrzność Bożą nad sobą, i pierwszą myślą moją było dać na nabożeństwo za duszę jego, proboszcza zaspokoić sowicie, a dalej dziury łatać, bo tu ich było więcej, niż wątku w tej nieszczęśliwej Wólce.

Że nas tam dwóch tylko było przy owem krześle, nikt historji trzosiku nie wiedział, bośmy o tem oba zamilczeli. Przemacał potem pan Jacek poduszki w siedzeniu i dobrze obrewidował je, ale już więcej nic się nie okazało. Znów tedy wstąpiło we mnie serce, żem się ochoczo wziął do gospodarstwa.

Ciężko mi szło w tej ruinie, a śpieszyć się też musiałem, jako tako urządzając, w pewnem przewidywaniu wojny z Turkiem; bo już była Rzeczpospolita pozwoliła na przymierze przeciwko niemu, i nieochybnie tego roku iść mieliśmy w ziemie cesarskie, które poganie plondrowali. Wszyscy się tego spodziewali, jam też ino czekał i wymawiać się nie myślałem cale, bo mi to mogło być dobrą okazją wysłużenia czegoś i pokazania się po kawalersku.

Tymczasem jednak, dłuższe uwolnienie otrzymawszy, wziąłem się z pomocą pana Jacka i za radą jego do roli, opatrzenia budynków i skupienia inwentarza. Ba, i nasienie jare kupić też musiałem: tak był śpichlerz wymieciony czysto; a sąsiedzi mnie, chudziny, nie pożałowali i dobrą wzięli cenę. Jeden pan Jacek, płać mu Boże, owsa dla koni pożyczył chętnem sercem, chociem go o to ani prosił.

Do sąsiadów, którzy nieboszczyka ze wszystkiego ogołocili pod pozorem przyjaźni dla niego, nie miałem ochoty jechać, ani znajomości robić, ale się znowu oprzeć niepodobna było tym, którzy przyjacielską dłoń wyciągali. A jak to człowieka zwykle nigdy ani jedna bieda nie spotka, ani jedno szczęście, bo się to oboje kupą trzyma, stało się tak i ze mną.

Na niedzielę Przewodnią pojechaliśmy z panem Jackiem do kościoła, gdzie tego dnia odpust był z okazji aniwersarza konsekracji. Frekwencję szlachty i ludu znaleźliśmy nadzwyczajną: tłok taki, że się prawie docisnąć było trudno. Nas przecie przez zakrystję wpuszczono, i stanęliśmy około wielkiego ołtarza. Nabożeństwo było solenne: nie mogłem też, jadąc na nie niemal po raz pierwszy, pokazać się ludziom ladajako; więc się tam z tłomoczka dobyło co lepsze, choć niezbyt wspaniałe, ale ochędożne. Uważałem, iż się postawie rycerskiej trochę przypatrywano, chociem się nie prezentował z całym rynsztunkiem pancernym, tyłkom szablę przypasał i obuszek w ręku miał, żeby się było na czem oprzeć... W czasie nabożeństwa, choć pobożny byłem, prawie mimowoli patrząc ku balustradzie, oddzielającej prezbiterjum, widzę niewiastę młodą, klęczącą, niezmiernej piękności i skromności. Mogę powiedzieć, że, inom ją ujrzał, serce mi wzięła. Miała coś w sobie i skromnego, i pańskiego razem, że się w niej wydawało i pochodzenie z krwi zacnej, i dusza wielka...

Myślę, że mi tam potem, Panie odpuść grzech, z pacierzem się plątało i nie szło raźnie, bom już oczu od tego obrazu oderwać nie mógł. Postrzegł to pan Jacek. Wychodzimy z kościoła, a ten mi w ucho kładzie:

- A cóżeś to waszeć tak do starościanki Heleny był pobożny, więcej niż do wielkiego ołtarza?

Skonfundował mnie mocno; - powiadam:

- Gdzie? Jaka?

- Ale, nie udawajże niewinnego - rzecze - klęczała przy galerji... musisz ją znać.

- Jako żywo - mówię - pierwszy ją raz oczy moje oglądały, ale pewnie do śmierci nie zapomnę.

- Tylko się tam daremnie nie zwracaj z afektem - odparł na to Jacek - senatorski dom, buta wielka, trzech braci zawadjaków, starających się ćma, bo posag pański, i zapisy tam jakieś. Bracia jej chudemu pachołkowi nic dadzą.

Wstrząsnąłem ramionami, a tuż, widzę, kroczy banda cała na probostwo, kędyśmy też szli. Jacek mnie w łokieć trąca.

- Otóż i oni, panowie Nałęcze...

Poszliśmy do księdza na kieliszek wódki i zakąskę, bo taki już był zwyczaj w tej parafji, że lubił mieć u siebie ludzi.

Na probostwie izba pełna. Kobietom i mężczyznom zastawiono stoły, co kto chce, ale skromnie... Widzę, i moja owa kościelna znajomość, panna starościanka, ze starszą panią nadchodzi, i wszyscy ją gonią oczyma. Tu mi się dopiero wydała jeszcze cudowniejszą.

Na mnie, jako na nowego człowieka, obróciły się wejrzenia ciekawych; spostrzegli, żem też nieladajako wyglądał, i poczęli się potrosze garnąć ku mnie. P. Jacek mnie swoim prezentował, ci drugim; wszczęła się rozmowa o wojsku, o towarzystwie, bo tam niejeden miał i znajomego, i krewniaka, więc pytań i ciekawości było dosyć. Patrzę, przystępują też i starościce, we trzech do nas, a z nimi drab okrutny, pan Florjan Chabrzyński, o którym słyszałem już, że był pierwszym rębaczem na okolicę i zwady szukał chętnie. Poznajomili się ze mną bardzo grzecznie, gadamy; wtem jeden z nich, młodszy, zaprasza do siebie na obiad. Nie wiedziałem, że wszyscy i z siostrą mieszkają razem, ale powodu odmówienia nie było; pana Jacka też wzięto.

Pojechaliśmy wszyscy, jak kto stał, do zamku ich o półtorej mili. Rezydencja była pańska, dwór wielki, w domu honeste wszystko i zamożnie. Zaraz mnie tedy przedstawili i siostrze, i kobietom innym, i godnej matronie, pani podczaszynie, o której wiele już wprzódy słyszałem. Ta mnie też zaprosiła, abym ją odwiedził.

Niewielem się do starościanki mógł zbliżyć, alem w nią, jak w tęczę patrzał, dla nadzwyczajnej jej piękności. Widziało się po świecie niewiast wiele, takiej przecie nigdy. Wspaniałość i łagodność połączone w niej były mirabiliter. Świeciła tam wśród niewiast, gdyby gwiazda. Miałem zręczność kilka słów przemówić, i oczarowany zostałem. Całe poobiedzie trwały zabawy rycerskie, ścigania się, strzelania z łuku, z fuzyj i muszkietów, z pistoletów i t. p. Mnie obuszek mój, com go był tak, jak z przypadku, wziął, jadąc, kazawszy Grzesiowi przyczepić do siodła, bardzo usłużył. Umiałem z nim tak dokazywać, jak nikt, a byłem przywykły do jego wagi i rzucałem, jak trzcinką, choć drugi ledwo co mógł dźwignąć. Admirowali więc szczerze tę sztukę, a niemniej, kiedym im pokazał, jak to się z łuku strzela, bo żaden tam tego nie umiał. Bawili się kuszą i strzałami, gdyby dzieci; dopiero ich nauczyłem, że w tem sztuka jest, a można tak dobrze w cel wystrzelić, jak i kulą.

Już nie wiem, czy im miło było, że może zręczniejszym nad nich w kawalerskich popisach okazałem się, ale musieli mi przyznać, żem niedarmo żołnierzem się nazywał.

Poczęli pod wieczór pić i dokazywać, w czem już nie dopisałem im do końca, i wynieśliśmy się z panem Jackiem nieznacznie. Gonili nas podobno, ale nie złapali.

Już tedy potem do starościców zaprosin było bez końca, że się im i obronić stało rzeczą niełatwą, zwłaszcza, że mnie tam owe piękne oczy ciągnęły. Trafiało się i tak, żem prawie sam na sam z panną zostawał i z ochmistrzynią jej, bo matki nie miała, i konwersowaliśmy z wielką przyjemnością, gdyż panna była tak rozumna, jak piękna, a mowę miała tak gładką, jako lice. Tyleż, mogę rzec, szczęścia miałem w tym domu, co z nią, bo panowie bracia wkrótce krzywo na mnie patrzeć zaczęli. Ale na to się niewiele zważało, chociaż, iłem razy pomyślał, że mnie zły humor panów braci z tego raju wygnać może, ciężko mi było.

Gdy się to dzieje, a ja wioszczynę moją z tego trzosika porządkuję, i konie kupuję, i sprzęciku trochę różnego, już tedy coraz wojna owa, z wiosny zapowiadana, bliżej a bliżej - więc i do chorągwi wzywają... Ale napisałem do porucznika, że się na czas stawię.

Tymczasem do starościanki się jeździło, a z braćmi zabawiało, jak to młodzież zwykła. Tylko z nimi już nie pierwszym obyczajem, bo mi widoczniej coraz okazywać poczynali, że niespełna radzi byli, kiedym się do siostry przysiadał. Wszelako już mnie to odepchnąć nie mogło, bo mi tam jakoś bardzo szło szczęśliwie, i w niedługim przeciągu czasu przyszło do tego, iżem jej wyznał miłość moją, za co się nie rozgniewała cale, i otrzymałem tylko odpowiedź:

- Niechże ten afekt będzie stateczny, bo on niemało obojgu nam zmartwienia i trudności przyczyni...

Jakoż się nie omyliła.

Już jak się raz te pierwsze lody połamały, tośmy konfidencjonalnie naradzili się, jak sobie poczynać, aby to do skutku przyprowadzić; i stanęło na naradzie, iż czekać potrzeba, nie przynaglając.

Najpierwsza ze wszystkich dostrzegła, co się święci, pani podczaszyna, która starościankę Helenę kochała, jak własną córkę; a że u niej miałem względy, okazała i w tem łaskawość swą dla mnie, radząc cierpliwość i wytrwanie.

Już codzień gęściej mówiono o wyprawie pod Wiedeń, ku któremu wojska tureckie pod wodzą wezyra wielkiego, Kara Mustafy, dążyły, aby go oblec i zdobyć. Dochodziły wieści z Warszawy o wielkich przygotowaniach, a Lubomirski przodem miał ciągnąć na posiłek, nimby sam król wyruszy! z resztą wojska. Byli tacy jednak, co do ostatniej chwili rezolucji królewskiej nie dowierzali, gdyż się tam na dworze różne opinje ścierały i wpływy ważyły.

W tym składzie rzeczy, który opisałem, niebardzo mi może w smak było iść karku nastawić; ale czułem się, jako inni, miles christianus. Ino też, miły Boże, myślałem, coby się z tą wszystką moją imprezą stało, gdyby wojna wybiegła i przydłuższa być miała, jak się tego po nieprzyjaciela uporze i sile spodziewać było można! W Wólce bez mała wszystko jeszcze do góry nogami, jak nieboszczyk stryj zostawił, i gospodarstwa ledwiem dotknąć miał czas... A moja starościanka!...

Pojechałem w tej alteracji do pana Jacka, gdziem kompanję zastał dosyć liczną a poważną, niemal całe sąsiedztwo, a tu właśnie pan Szemesz, podsędek piński, przywiózł znowu ponowną relację, iż lada chwila ruszać przyjdzie, że już się i dwór królewski sposobi. Więc się tylko westchnęło - a zresztą, co ma być - sit nomen Domini benedictum. Wszelako nie mogę powiedzieć, żeby mi z tego wszystkiego bardzo na sercu nie było tęskno.

Rozmowy około tego były różne, a sądy też, jak to u nas nie nowina, niezbyt zgodne. Mówili jedni: iść na Turka: drudzy - przeciwnie, że przymierze utrzymać należało, a rakuskiemu domowi, którego wdzięczność wątpliwą, sukursu nie dawać.

Kiedy pan Szemesz wszedł do komory, w której siedzieliśmy, popijając wino, atoli skromnie, a zawołał od progu: - "Panowie bracia, wici niosę: larum bije trąba wojenna. Na poganina z królem!" - uważałem, że niejednemu, jak mnie, twarz pobladła i oko się zaćmiło. I była chwila milczenia, jak makiem zasiał... Dopieroż, gdy pan Jacek, który sam z Turki i Tatary się ścierał, podniósłszy kielich, zawołał: - "Pijemy tedy na zgubę pogan, a podniesienie imienia chrześcijańskiego!..." - wszyscy mu zawtórowali ochotnie.

Na powitanie Szemesza, a dla lepszej fantazji, bo tam dużo było z pod różnych chorągwi panów szlachty, kazał pan Jacek, co u niego rzadko, beczułkę zatoczyć do komina i przynieść kielich sporszy. Gdy kolej z naciskiem iść poczęła, a na dobre ku pijatyce się miało, wyniosłem się chyłkiem, i o białym już dniu powróciłem do Wólki.

A jak to wszystko w człowieku od chwili zależy! Kiedym w dziedziniec wjeżdżał, jakby inaczej mi się wszystko tu wydawało, taki mnie żal ścisnął, że to porzucić przyjdzie, mało co tknąwszy. A tu tyle do roboty zostawało! Gdziem spojrzał, jeszcze ku mnie wyzierała nędza i bieda: obory przez bydło ze strzech poobjadane, płoty poobalane... tam ściana koślawa, tu kałuża szpetna...

Miałby tu człek, myślało się, i co poczynać i czem się pocieszyć, gdyby na złote jabłko tę miłą, acz małą Wóleczkę przerobił. Ale nie jako Ty, Panie Boże, rozkażesz. Sit nomen Domini benedictum!

Było to, jak dziś pomnę, dnia dziesiątego julii, dzień gorący. Gdziem spojrzał, to mi się omina wojenne nawijały. Z biesiady owej wesołej powróciwszy na zaraniu, nie było się czasu kłaść; słońce wschodziło, trochem się obmył i ruszyłem do gospodarstwa... Tylko ja na próg, patrzę... na samym gościńcu dwa jastrzęby się tłuką, aż z nich pierze leci, a to tak blisko dworu, żem się już chciał strzelby chwycić, aby ich jedną kulą pogodzić; ale, jakoś się rozerwawszy, poleciały. Poszedłem do stajni konie opatrzyć, bo to potrzeba będzie i pod siebie ze dwa, i pod pocztowych, i pod wozik niezgorszych, aby na wypadek postrzelenia lub zdechu wyprząc można pod kulbakę. Siwy mój, którego chowałem nietkniętym, aby sobie dobrze wypoczął i boki wypełnił - a stał dawno chmurny, z głową zwieszoną - kiedym przemówił do niego, począł rżeć i nogą kopać, aż się rwąc do mnie... Więc w ekspektatywie podróży kazałem mu jeszcze dać obrok lepszy i wszystkie szkapy opatrzeć a pokuć, aby w skok były gotowe, jeśliby nas na wyprawę zawołano.

Serce mi uderzyło, alem westchnął, kiedy stanęło mi przed oczami, co tu porzucić przyjdzie.

A no, wola boża. Gdy, tak myśląc, wchodzę do dworu, wpada za mną Grześ, wołając, iż gości widać w ulicy. Obróciłem się, patrzę... konnych dwóch i służby kilkoro prosto wali we wrota. Poznałem starszego brata starościanki i tego Heroda, Florjana, co to nie stąpi, ażeby burdy nie spłatał. Pomyślałem zaraz, iż coś w tem być musi, kiedy ci goście moją strzechę słomianą nawiedzać raczą; bo ostatnim razem, gdym był u nich, kwaśno na mnie spoglądali i jeden mi bryzgał słówkami, ażem kipiał. No, ale gość, to gość, ma swe prawa. Wyszedłem na ganek i słyszę już z sieni, jak Florjan, na kulbace siedząc, krzyczy do Grzesia:

- Jest pan doma?

Wyszedłem: - Czołem - czołem! - Zsiadają z koni ku mnie; proszę, aby je do stajni odesłali, a starościc odpowiada:

- Nie; pojedziemy zaraz dalej, tylko słówko przemówić trzeba...

Proszę ich do środka: jakoś się zawahali, ale przecież chorąży nie pogardził ubogą chatą i wszedł, a za nim p. Florjan. Wprowadziłem ich do pierwszej izby, siedzieć proszę, ale widzę, że szepcą coś do siebie, jakby się naradzali... Kazałem wyrostkowi podać flaszę wódki i przekąskę; oni się przeciągają po drodze, a na mnie prawie ani spojrzą. Myślę sobie: a długoż to tam tego będzie? Wreszcie począłem o tem i o owem, aż chorąży się odzywa:

- Jakżeś tam waszmość ze swej Wólki rad, czy nie?...

- Czemubym nie miał być rad? - rzekłem. Naprzód, że to dziadowska chata nasza; powtóre, że to mi, jak z nieba, spadło po stryju... a ot, jest za co ręce zaczepić.

Pan Florjan, wciąż chodząc po izbie i przypatrując się to tu, to owdzie po kątach z taką miną, jakby chciał szydzić, podśpiewywał.

- Ej, mospanie! - rzekł - niewielkież to włości odziedziczyłeś; wioszczyna mała, a jeszcze ją za nieboszczyka wyssali dobrze, ino kości zostały.

Tknęło mnie to do żywego, tem bardziej, że w domu własnym, gdzie się przecie i nie godziło przymawiać.

Rzeknę więc:

- Miłościwy panie a bracie, jak co komu... Nie myślę ja przed światem udawać tego, kim nie jestem: ubogim byłem, to mi i ten zagon miły. Szlachcicowi i tego dosyć, choć panuby mało; a na onych kościach, o których mówicie, może zczasem i mięso porośnie.

- Ale co to mi za folwark! - dodał pan Florjan - Maciek zarobił, Maciek zjadł, na dwa dni z wczorajszym...

Jeszczem się wstrzymywał, i rzeknę mu:

- Ha, no! Co komu Pan Bóg dał. Sit nomen Domini benedictum. Masz waszmość zapewne dobra większe, cieszże się niemi, a drugim do małego smaku nie psuj! Widywaliśmy też niejednego, co posiadał większe włości, niż wy, a poszedł z torbami; widywaliśmy i uboższych ode mnie, co do wielkich dóbr przychodzili.

Przycichli tedy, a chorąży się odezwie, spojrzawszy na towarzysza:

- Mówmy-no o tej sprawie, co nas tu przywiodła.

- Jest tedy sprawa? - pytam.

- A jest - rzecze brat. - Co rychlej z nią, to lepiej.

Milczę tedy, czekając.

- Oto - rzecze - uprosiłem ja pana Florjana na świadki, iż nie w złej myśli, ani bym waszmości chybiać miał, przyjeżdżam; ale się nam rozmówić potrzeba. W bawełnę obwijać nie będę. Waćpan, panie Janie, bywałeś w domu naszym, gdzie jako zacnego kawalera i miłego sąsiada przyjmowaliśmy go ochotnie z serca. A no, coś się z tego święci, czemubyśmy nieradzi byli. Mów waszmość szczerze, czy myślisz o naszej siostrze?

- Dlaczegożbym miał się zapierać? - rzekłem. - Jeśli afekt swój skłoni ku mnie, miałbym się za wielce szczęśliwego, gdybym rękę panny starościanki pozyskał.

Na to zerwie się chorąży z pasją.

- Otóż wara o tem myśleć, mospaneńku! Nie ujmuję mu ani szlacheckiej godności, ani przymiotów, ale za wysokie progi na waścine nogi! Senatorska wnuczka, siostra nasza, panna posażna, znajdzie łatwo sobie równego.

Ażem gniewem buchnął na tę impozycję. Plunę przed niego i rzeknę:

- A co mi to waszmość prawisz? Czy toby i w moim domu nie znalazło się krzesło albo i buława, gdybyśmy poszukali? Żem ubogi, tego się ani wstydzę, ani zaprę; waćpanowie też przecie siostry przemocą zamąż nie wydacie.

Pan Florjan przystąpiwszy do mnie, jak jest drab wielki, myślał, że nastraszy, i szepcze:

- Panie Janie, usłuchajcie dobrej rady, bo gorzej być może!

- Jak to waszmość rozumiesz? - spytam.

- Bierz, jako sobie chcesz! - rzekł.

- Na wszystkom gotów - powiadam - tylko znowu mnie waszmość ani jeden, ani drugi strachem nie odsadzicie...

- A kiedy ja, jako starszy brat, waszeci dom nasz wypowiem? - zawołał chorąży.

- Dziwna rzecz - rzekłem, śmiejąc się - żeby kto, pod czyjąć strzechę wlazłszy, swój dom w jego domu wypowiadał.

I począłem, ująwszy się w boki, przedrwiwać.

- Kochanku - przerwie mi Florjan, biorąc za rękę - nie śmiej się, ino słuchaj! Maluczkim jesteś człowieczkiem i nietutejszym; niedawnoś tu między nas wlazł, siedźże cicho!

- Tak uczynię, jak zechcę - rzeknę z fantazją, bo mi już ta ich buta naprzykrzać się zaczynała. - A waszmoście też róbcie, jak się patrzy!

Jęli się tedy zaraz do czapek. Nie wstrzymywałem. Na progu już powiada chorąży:

- Czyś mnie waszmość dobrze zrozumiał?

- Nie - rzeknę; - bo, kto nierozumnie prawi, tego zrozumieć niełatwo.

- Ino nie wyzywaj licha, póki śpi - woła Florjan - bo ja ci bakałarza sprowadzę!...

- Choćby się licho obudziło, to się nie zlęknę - krzyknąłem - a bakałarzowi mogę też dać nauczkę.

Działo się to w samym progu; ano, patrzę ku oknu: sadzi na bułanym Zegrzda prosto do ganku... Pomyślałem w duchu: "Pan Bóg go tu wyraźnie zsyła!" i przybyło mi serca dużo.

Florjan porywa mnie za rękę i woła:

- Dobywaj szabli, to się sprobujemy! Wypiszę ja waści komentarz na czole, co go będziesz miesiąc sylabizował!

- Ino nie tu - zawołałem. - Gośćmi dla mnie jesteście, a u mnie po staremu: nie biją gościa, ani łają. Chcecie się spróbować, nie od tegom, ale proszę za granicę!

- To podobno niedaleko, jak kijem cisnąć? - spytał, szydząc, Florjan.

- W istocie - rzeknę, - tyle, ile potrzeba, abyś waszmość parę Zdrowasiek odmówił na intencję tego sukcesu...

Wtem wpada Zegrzda; mało się na Florjana nie zwalił, z takim impetem szedł, już trochę rozmowy usłyszawszy, że się do szabel miało. Jemu w to graj, nie może być lepiej. Ci, jak go zobaczyli, ino po sobie zerknęli, ale mnie serca przybyło - i trzymam za słowo...

- Dobrześ mi tu spadł - wołam do Zegrzdy - biorę waszmości za świadka, iż mnie tu we własnym domu obrażono i zmuszono do szabli. Alem starego obyczaju pamiętny, gość mi święty; proszę na granicę! Zegrzdo kochany, będziesz mi przyjacielem?

- Będę z serca i duszy - rzekł.

Skinąłem na wyrostka, który tam poza drzwiami był:

- Dawaj szable!

Zegrzda, upatrzywszy stojącą flaszę na stole, poszedł się napić; ci już na koń siadali, ale jakoś milczący; woleliby byli nie mieć świadka. Wyprowadziłem w sanek Zegrzdę i mówię:

- Jeszcze raz biorę waszmości za świadka, miły panie bracie, jako ci ichmoście najechali na dom mój, aby mnie pokrzywdzić lekkiemi słowy. Niesłychana to jest rzecz i nieszlachecka, mówię śmiało. A no, wolę bożą szanuję, która ludzi używa za narzędzia. Wyzwany będąc w domu własnym, obu waszmościom służę, jeśli potrzeba.

Zmilczeli; siedzą na kulbakach i wąsy gryzą. Zegrzda, jak nigdy gadatliwy nie jest, tak i tu, ino się po szabli uderzył, czapki poprawił i oko jedno przymrużył drwiąco, a tuż wodze w garść i już siedzi na siodle.

- Dawaj mi siwego! - krzyczę na Grzesia - wskok uzdę mu zarzuć i derę, choćby bez kulbaki.

Ręce mi się aż trzęsły. Przypasałem do boku swoją zwyczajną na taki raz, starą indyczkę, która już niejednemu dała się we znaki. Ci na koniach wszyscy stoją, a tu, jak z bicza trząsł, i dla mnie też ze stajni siwego kłusem wiodą, a ten leci, ogona odsadziwszy, tak ochoczo, jakby mnie z pół roku nie widział. Skoczyłem nań, choć nie był osiodłany, tylko mi kilimek popręgą przymocowali, i ruszam szparko z kopyta. Jedziemy milczący... Widzę, że, co mnie fantazja rośnie, to im ubywa.

Wskazałem ręką lasek. Poszliśmy wyciągniętym kłusem wszyscy; a miałem i tę satysfakcję, że ich konie za mną siano wiozły. Pierwszy przybiłem do mety; zsiadłem nade drogą u Bożej Męki i przeżegnałem się, westchnąwszy do Zbawiciela i Matki Jego, aby mnie, pokrzywdzonego we własnym domu, na pohańbienie nie dała...

Był krótki spór, czy się konno lub pieszo potykać mamy, ale woleli na szable i piechotą. Wyrwał się najprzód ów Herod na mnie.

Zegrzda, jak stał zboku, powiada do chorążego pod nosem:

A cóżto, my próżnować będziemy? Ja chorążemu służę, jeśli wola i łaska.

I już się miał do szabli.

- Nie mam do waszmości żadnej urazy - odparł chorąży - lecz kielicha i szabli nie odpycham...

Alem ja, posłyszawszy, wszedł między nich.

- Za pozwoleniem. Moglibyście - mówię do Zegrzdy - uczynić chorążego niezdolnym do walki, a toć ja się przecie potykać z nim mam prawo. Zatem prioritas przy mnie.

A pan Florjan, śmiejąc się, zdala woła:

- Nie bądź-no tak skory, a gorąco kąpany! Nie zjesz nas przecie obu; za mało masz gęby; będzie ci, myślę, jednego dosyć, albo i za wiele. Ja cię odprawię, jak należy.

- Wszystko to w bożej mocy - odpowiadam. Jeśli się to stanie, o czem nikt z nas jeszcze nie wie, będzie na szable ichmościom czasu dosyć - ale ja moich praw bronić muszę.

- Słuszna rzecz - rzekł Zegrzda. - Poczekam.

I włożył swój smyczek do futerału.

Dochodzimy tedy z drabem owym na ścieżkę suchą; dobrze miejsce opatrzywszy, dobyliśmy szabel, zrobiłem krzyż przed sobą i wołam:

- Panie Boże żywy! Widziałeś krzywdę moją, bądź sam jej mścicielem! Twym się wyrokom poddaję.

- Nie módl się tam, mnichu, a broń się!

Złożyliśmy się raz - nic; drugi raz - darmo. Ten, chcąc mię ciąć zamachem wielkim, oślizgnął się jedną nogą, i widzę, jakem go tylko macnął, leci wtył. Ja go przez łeb; nim się uchwycił, ja go drugi raz! Krew mu oczy zalewa i już krzyczy:

- Dosyć! Dosyć!

- Widzisz - zawołałem, płazem go jeszcze dobrze po plecach poczęstowawszy - że przyszła kreska na Matyska.

Dałem mu tedy pokój: siadł na murawie i nuż, mrucząc, do chust, do wody i plastrów z sakiew... a ja do chorążego się zwracam i wołam:

- Służka jegomości!

Jakoś, widzę, zbladł nieco, nie taki już butny. Ale go gniew pochwycił, i sadzi na mnie, ledwiem się miał czas zasłonić. Dopiero, jak się zaczniemy siec a rąbać, aż szable jęczą, skry się sypią; ale ani ten temu, ani ów drugiemu nic zrobić nie może. Zegrzda tylko stoi i dziwuje się. Mnie już i ręka drżeć zaczęła, bom i nocy nie dospał, i sił spełna nie było. Myślę sobie, westchnąwszy do Św. Jana Nepomucena, orędownika mego, patrona dobrej sławy: - "Pomóż a ratuj!" - I w tym samym momencie, pochwyciwszy zręcznie sposobność, płatnę po ręku, aż mu szablę wytrąciłem, i palec wisi tylko na skórze. Krzyknął: "Jezus, Marja!" pochwycił się za okaleczoną rękę, a jam skoczył i stoję.

- Gdybym miał z kawalerami dobrymi sprawę - zawołałem - wiedziałbym, jak począć: prosiłbym was pod tę ubogą strzechę, pod którąście przyjechali biedzie mojej urągać, a dom mi swój wymawiać. Ale tych, co mnie od siebie pędzą, ufając w butę swoją, ani śmiem, ani chcę ujmować. Bywajcie waszmość zdrowi, a pamiętajcie, że jakoście doświadczyli, iż się Pan Bóg za niewinnością ujmuje, tak ujrzycie, że dumą gardzi i karci ją.

Siedliśmy na konie z Zegrzdą i stępa pojechaliśmy do domu, zostawiwszy tam ich z ludźmi, żeby się lizali, jak chcą.

Dał tedy Pan Bóg wiktorję, ale niewesołą, bo, myśląc, że Helusi mej najdroższej widzieć nie będę, i że mi ten dom zaparto, który był sercu memu najmilszy, tylkom nie płakał. Zegrzda, widząc mnie posępnym, rzekł, wracając:

- Bądź dobrej myśli, wszystko się to jeszcze odmienić może. Wiem, o co szło. Strachy na lachy.

Ja mu na to:

- Juściż, tam noga moja nie postanie więcej.

- Sami cię oni jeszcze może prosić będą.

Wróciliśmy do domu, gdzie przyjaciela przyjąłem, jakem mógł i umiał, bo mi swem przybyciem dogodził bardzo.

Cały dzień do nocy przegadaliśmy, więcej ja, niż on, bo był obyczajem swoim milczący. Tylkom to z niego dobył, że już na dobre o wyprawie wszyscy mówią, że też nam lada chwila potrzeba, nie mieszkając, pod chorągwie, bo będą jedne wici za troje. A tak się skończył zwycięstwem dla mnie ten dzień, który mógł być pohańbieniem.

Jedenastego julii jeszcze mi się przyzostał Zegrzda i jakoś mu się trochę gęba rozwiązała, gdy począł o starościńskim domu opowiadać. Senatorski ród, ale siła dopustu bożego przezeń przechodziło. Dziad panny mej, a ojciec starosty, ożenił się był na Śląsku z Niemką, panną Opelsdorfówną, szlachcianką, niema co mówić, bo i z grafskim tytułem, ale kobietą dziwaczną i więcej podobno lubiącą świat, niżby zamężnej niewieście przystało. Syn jego, znalazłszy po myśli pannę, także Ślązaczkę, stamtąd ją sobie przywiózł. Z małżeństwa tego czworo Bóg dał potomstwa: trzech ichmościów Nałęczów i córkę, moją bogdankę, pannę Helenę. A no, prawie szczęściem było dla dzieci, że matka zawczasu zmarła, bo je już swoi wychowali, szczególniej córkę, którą krewna ojcowska, bardzo bogata a bezdzietna, wziąwszy małą, prawie za własne dziecko przysposobiła i wychowała, majątek jej też znaczny bardzo po sobie zostawiwszy. Więc tak z matki i z ojca, jako z zapisu opiekunki, panna starościanka więcej miała nawet, niż bracia, których trzech na substancję po ojcu było. A to nieszczęsne bogactwo sprawiło, że tam jako o koronę się dobijali przez braci konkurenci, ludzie wszystko bogaci, renomowani, znacznych rodów i fortun niemałych.

Ichmość panowie starościce, że doma przy ojcu rośli, w wielkiej dumie i swawoli się wychowali. Można rzec, na senatorskie wilki to wypędziło: buta ogromna, marnotrawstwo wielkie, rycerstwa prawdziwego i bojaźni bożej mało, a dumy i pychy do zbytku.

Nadszastało się też majętności przez różne ekscesy i pono chciałoby się siostrę tak wydać, aby posagu nie płacić, aby wiano na majętności zapisał jegomość, nie odbierając, a panowie bracia znowu mieli co po trybunałach i zjazdach rozrzucać. Ale Pan Bóg sieroty obrońca.

Odjechał Zegrzda ku wieczorowi, a choć małomówny, przecie mu język świerzbiał, że się wygadał o potykaniu się mojem ze starościcem i Herodem. Rozeszło się to piorunem po okolicy, a że ichmościów niespełna szlachta lubiła, ten i ów przybiegł winszować, żem rozumu nauczył, i radość była powszechna, i mnie omal na ręku nie nosili.

Przyjechali zaraz pan Grabowski i Sierociński, i nuż ściskać i całować.

- Bóg ci zapłać! Toś się gracko spisał! Powetowałeś honoru swojego i naszego. Będą na przyszłość ostrożniejsi ze szlachtą. A waszmości, nowo tu przybyłemu, posłuży to wielce, żeś sobie w kaszę napluć nie dał.

Zegrzda też rozniósł, jak się to stało, iż byłem cierpliwy i zimnej krwi do samego ostatka, a oni sobie lekko ważyli człowieka rycerskiego stanu, pomiatając nim tylko dla jego ubóstwa.

Byłoby mi to zwycięstwo na inkrutowiny między bracią szlachtą bardzo na rękę, gdyby goryczy nie dolewała myśl, żem już starościanki widzieć nie miał, ani się zbliżyć mógł do niej. Boćby mnie byli rozsiekali z gniewu, tak się odgrażali, gdybym się im na ich podwórzu pokazał.

Myślałem tedy: albo ją jeszcze spotkam w kościele, lub już nigdzie, póki Bóg łaską Swą rzeczy nie odmieni. A oto i listy, wzywające do powrotu pod chorągiew, nadeszły, i nie było co myśleć, tylko na koń co najśpieszniej, aby wstydu nie pić, ostatnim będąc.

Naradzaliśmy się tylko z Grabowskim i Zegrzdą, jak się wybrać. Jam chciał jak najszczuplejszym dworem, by w takiem ciągnieniu, przez cudze zwłaszcza kraje, a Bóg wie, jakie drogi, nie zawadzać obozem i taboru za sobą nie wlec, coby nas ociągał. Wszyscy się na to zgodzili, żem miał słuszność; ale, jak przychodziło do pakunku, tego i owego żal porzucić, to i owo zda się; pacholik wepchnie węzełek, ktoś beczułkę, jeszcze to, jeszcze tamto... i góry się zbierają, a rycerz wygląda, jakby kotary wlókł za sobą. Jam jeden tylko dobrze kuty wózek węgierski wziąć postanowił; a była w nim zbroiczka druga, lżejsza, trochę szat, trochę szmat, mało co zapasu na głodne dni - i po wszystkiem. "Słonina a jagły, dosyć na czas nagły".

Już tedy lada godzina ciągnąć było potrzeba, a tu serce podszeptywało, aby ją jeszcze raz choć ujrzeć... Tożem rychtował, pakował, a wciąż się zdało, że tego i owego brak, aby chwilę jeszcze wyjazd opóźnić.

Anim przeczuł, jak mnie Pan Bóg w łasce Swej miał pocieszyć.

Kazawszy jeszcze osie zapaśne i kół parę okuć, wstrzymałem się dzień, dlatego, żem poniedziałku nie lubił do wyjazdu i w kalendarzu był feralis. Dawszy tedy na mszę świętą przed ołtarzem Św. Stanisława, do którego tem większe mam nabożeństwo, że mu mojej krwi ludzie wyrządzili krzywdę - pojechałem raniusieńko jej wysłuchać. Powracam do Wólki, a tu mi Grześ daje znać w progu o posłańcu od podczaszyny, którego pod nieobecność moją - bo chłopiec niegłupi - przyjął przystojnie i utraktował. Tknął mnie zaraz ten poseł, że to tam nic złego być nie mogło, chyba dobre. Wszedłem do izby, patrzę... a tu Jeremi, podczaszyny zaufany, człek poczciwy z kośćmi, prawa ręka w domu, który mnie też kochał zawsze. A jako mnie zobaczył, skłoniwszy się, powiada, że podczaszyna zaprasza na rozmowę i z obiadem czeka, abym zaraz pośpieszał i niedługo mieszkał, boby się pieczyste na rożnie wysuszyło. Uczęstowawszy jeszcze i uściskawszy posła, kazałem sobie podać karego podjezdka, bom siwego przeciw podróży oszczędzał; chciałem, aby się wystał i wypoczął. Mało co około ubioru poprawiwszy, puściłem się do Sorokowa.

Jeremi, że wózkiem jechał, wtyle pozostał, bom, drogi nie pilnując, miedzami się puścił, aby prędzej. Nierazem to ja sobie myślał, czy też gdzie na świecie trafi się tyle osobliwszych dworów i ludzi osobliwych, co tu, u nas. A wszystko to serce czyni, które jest wielkie, i fantazja, która jest niemała. Niechżeby mi kto pokazał taki wdowi dwór u obcych, jako był tej zacnej pani podczaszyny, albo tak osobliwe życie, jako jej było. Młodo zamąż poszedłszy, męża na wojnie, a sześcioro dzieci w kolebkach utraciła, sama jedna została na świecie, piękną jeszcze, młodą i bogatą. Ludzie dla niej głowy tracili: przecież sobie żywot prawdziwie wdowi obrała. Ubrawszy się w żałobę i odprawiwszy wszystkich ichmościów, poczęła po swej myśli życie prawdziwie święte.

Opatrznością też dla okolicy stała się podczaszyna. I oto już lat dwadzieścia naówczas było, od kiedy się ten porządek osobliwszy u niej zaprowadził, a trwał niewzruszony.

Nie było rodziny - stworzyła ją sobie jejmość; dwadzieścia panien szlacheckich na wychowaniu miała zawsze, gdyby w klasztorze, tylko weselej, niż za klauzurą. Wszystko to brało się ze szlachty ubogiej, a na żony i gospodynie dla szlachty chowało. I co jedną wydała, a wesele jej sprawiła, ciągnęło zaraz kilka na to miejsce.

W zamku nikogo, tylko siwowłose starce, fraucymer ten osobliwy i ona, kapelan starowina i ochmistrzyni. Kiedy to tam do stołu siędzie wszystko, gdyby wianek z róż i lilij, podczaszyna jak królowa wygląda pośród tego dworu. Tak, nie mając swoich dzieci, przybrała sobie cudze, a opiekuje się niemi, jakby w istocie własne jej były, i, chociaż już zamąż powychodziły, o każdą swą wychowankę dowiaduje się, pomaga, obsyła. To też podczaszynę kochają wszyscy, a uboga szlachta porąbaćby się za nią dała. I nie znudzi się tam nikt w tym klasztorze jej: mimo rygoru takie wesele a ochota wszystkim z oczu patrzy; ano święte i pobożne wesele. W zapusty przystojna młodzież i skrzypki się znajdą, ale pod okiem dobrodziejki i skromnie; dom też niepusty zwykle, a biedny szlachcic, szukający skromnej i poczciwej towarzyszki, jak w dym goni do Sorokowa, do podczaszyny. Niemało ich też w okolicy, co się z temi podczaszankami pożenili (bo je tam wszyscy tak nazywają), a żaden nie żałował.

Tylkom z karego zsiadł, a z pyłu się otrząsł trochę, słyszę... aż tu na obiad dzwonią i białe gąski z małego dworu ciągną, a stary dworzanin, który w ganku stał, prosi mnie, że podczaszyna w sali czeka z barszczem. Skoczyłem tedy do ucałowania ręki staruszki, już tu wszystkich znajdując uszykowanych wedle stołu, samą panią w czarnym kwefie (bo tak całe życie chadzała), ochmistrzynię, panią Zuwalską, staruszka kapelana i wszystkie panny. Okrom tych, które przy stole siedzieć miały, zkolei były wyznaczone jedna do gospodarstwa kuchennego tego dnia, druga do przyjęcia i zastawy; dziewczęta wiejskie posługiwały, sposobiące się na szwaczki i kucharki... ano, królestwo amazonek, gdyby nie nas dwóch z kapelanem. A śliczności, jak to wyglądało, gdyby wojsko jednako umundurowane, podzielone, z jednakiemi wstążeczkami we włosach.

Ledwiem przypadł do ręki, rzecze mi staruszka na ucho:

- Po obiedzie mam ja waszmości coś powiedzieć; ale zażywajcie bożego daru spokojnie, bo sądzę, że to wam nie będzie przykro.

I uśmiechnęła się. Wskazano mi miejsce; usiadłem, z niemałą ciekawością czekając końca obiadu. Gadaliśmy o tem i owem, najwięcej o przyszłej wyprawie przeciw poganom, o której się tu dowiedziałem wiele, bo listy otrzymała podczaszyna, że wezyr już był pod Preszburgiem i ciągnął w ogromnej sile na stolicę cesarską, z której cesarz jegomość już do Linzu uszedł, ścigany przez Tatarów; więc, że nieochybnie nam pośpieszać będzie potrzeba ku odsieczy, nimby stolica okrążona do ostateczności przywiedzioną była. Pisano, że nuncjusz Ojca Świętego, Pallavicini i poseł cesarski Wilczek, naglili bardzo na króla; ale tam jeszcze intrygi francuskie coś około tego psuły. Ostatecznie wszakże w sercu króla jegomości przemógł interes chrześcijański, mimo, że z domem rakuskim nigdy w serdecznościach nie był, a raczej się go obawiał, niż miłował. Podczaszyna, jako to była statystka wielka, toż i kapelan, ciągle w to bili, mówiąc o odsieczy naszej, że pójdziemy na pomoc nie cesarstwu, ale sprawie całego chrześcijaństwa; powiadano, że i król tę rzecz tak rozumiał, a nie innym powodem dał się skłonić do traktatów.

Gdy się obiad skończył, a kapelan modlitewkę zwykłą odmówił, podczaszyna mi rękę podała i, zostawiwszy panny swe z ochmistrzynią w sali, zaprosiła do gabinetu na rozmowę. Tu kazała mi usiąść wedle siebie, chociażbym był przed nią stał, szanując ją, jakby rodzoną matkę, ale, gdy kazała, nie było sposobu. Obróciwszy się tedy do mnie i pogroziwszy mi, pyta:

- Cóżeś mi to waszeć za brewerję zrobił z panem chorążym i z panem Florjanem, obu ich na jeden raz szpetnie pokaleczywszy?

- Podczaszyno dobrodziejko - rzeknę - Bogiem się świadczę, niech tak zdrów do domu dojadę, żem ja temu nie winien. Ani w obyczaju, ani w humorze tego nie mam, choć rycerskie rzemiosło traktuję, abym ludzi na rękę ladajako wyzywał, tem-ci mniej pod własną strzechą, quod Deus avertat. Ale się stała rzecz niesłychana, iż mi ci ichmość, przybywszy do Wólki, na moich własnych śmieciach afront uczynili, prawie się sami dopominając szabel. Nie mogłem tego przenieść z honorem, a sam Bóg, mściciel pokrzywdzonego, dłoń moją prowadził.

- Ale mój panie Janie - odparła mi na to podczaszyna łagodnie - temeście sobie szkody niemałej przyczynili i drzwi domu zamknęliście sobie, gdzie was niejedno oko mile widziało.

- Ależ mi oni wprzód z impozycją i pogróżkami dom swój wypowiedzieli - rzekłem na to.

- Byłoby się to dało załagodzić - powie podczaszyna - a teraz?...

- Moja mościa dobrodziejko - rzeknę - jaka jest wola boża, taką przyjmuję. Szwanku na honorze szlacheckim i żołnierskim, choćby dla osoby mi najmilszej, przenieść nie mogłem; a i to dodam, że w oczach tych, u których mam cokolwiek łaski, i tę trochę stracićbym musiał, gdybym więcej ścierpiał od tych ichmościów, niżeli przystało. Sit nomen Domini benedictum...

Pomyślała trochę podczaszyna i roześmiała się łagodnie...

- Cóż dalej poczynać myślicie? - pyta. - Wszakże to panna Helena od tego dnia utulić się nie może, a bodaj ci tego nie ma za złe, żeś sobie tą krwią drogę do niej zagrodził.

- Własnejbym nie żałował dla niej - odpowiedziałem na to - ale ufam, iż zrozumie, że ta rzecz inaczej skończyć się nie mogła.

Jąłem tedy opowiadać wcale jak się to miało, powołując się na Zegrzdę, który był niewinności mej świadkiem; a dokończywszy, ścisnąłem kolana podczaszyny, prosząc, by mi orędowniczką być chciała przed panną Heleną, żem sobie lekko nie postąpił, a inaczej honor rycerski nie pozwalał.

- Przed wami - dokończyłem - mogę odkryć całe serce moje, gdyż się w niem niczego nie wstydam, a panią podczaszynę dobrodziejkę szanuję, jakbym rodzonej matki więcej nie mógł. Kocham pannę Helenę, Bóg widzi, afektem szczerym i czystym, a jakom w duszy ślubował jej wiarę, tak też dotrzymam. Ona mi nic nie winna, nie mogę się wbijać w tę pychę, żebym na jej przywiązanie miał rachować. Jeśli zechce, może począć z sobą, jak Bóg natchnie. Co do mnie, będę z ufnością na lepsze czasy oczekiwać, zawsze przenosząc to, co powinność każe, nad to, czegoby dusza pragnęła.

- I dobrze waszmość czynisz, że tak trzymasz - rzekła mi podczaszyna - bo teraz, gdym od was to usłyszała, powiedzieć wam dopiero mogę, iż panna Helena przed braćmi wczoraj uroczyście, z determinacją prawie męską zapowiedziała, iż za nikogo innego nie wyjdzie, tylko za waszmości, choćby lat dwadzieścia czekać miała. Były i fochy straszne, i odgróżki wielkie, ale ona, jak mur stanąwszy, ze swojem wyszła...

Aż mi się świat rozjaśnił, gdym to usłyszał, jąłem, przypadłszy znowu do kolan podczaszyny, ręce jej całować.

- Ano mi waszmość nie dziękuj - rzekła ze łzami w oczach - tylko jej, bo to jest niewiasta, jakich mało, takiego ducha i serca, iżby mężczyznę niejednego zawstydziła. Staraj się na nią zasłużyć.

- Ubogim-ci jestem - odpowiedziałem - a dary fortuny w rękach bożych; imię, choć niepoślednie, nie pańskie też noszę; reszty się z bożą pomocą dorobić myślę...

Wstała tedy staruszka wzruszona i rzecze:

- Jeszcze jedno od starościanki poselstwo sprawić do was muszę: oto prosi i zaklina, abyś nie starał się z nią widzieć, gdyż tam wielkie są na waszmości odgróżki i przechwałki. Prosi, abyś zaraz do chorągwi jechał; w ostatku, aby wam tęskno nie było, bez jakiegoś dowodu życzliwości jej puścić się na tę wojnę, która się zapowiada, przysyła waści przeze mnie pierścionek, jako zakład, iż mu wiary dotrzyma. Kazała mi rzec, abyś wytrwałem sercem znosił oddalenie i przeciwności, a w jej sentyment stale wierzył, choćby też inne wieści szerzyć chciano.

Już tedy miary nie było szczęściu mojemu, gdym ową obrączkę ujrzał, którą mi podczaszyna oddała. Zaraz matki mej ślubną wzamian wręczyłem dla Helusi, a nie ręczę, bym nie płakał, choć rycerzowi niebardzo to przystoi. Staruszka też, błogosławiąc mnie, jak syna, dobrze szlochała.

Na tem się skończyło, alem, wyjechawszy z Sorokowa, tak był jakoś uniesiony szczęśliwością i wdzięcznością przejęty, że mnie gwałtem niemal ciągnęło wpaść do Nałęczów, choć na chwilę, aby nogi starościanki ucałować, postanowiwszy niezmiennie natychmiast do chorągwi ruszyć.

Więc przez cały czas powrotu biłem się w sobie z tą myślą: "Jechać do Nałęczów, czy nie?" Ale stanęło na tem, by się jej wola spełniła, nie żebym się tam miał kogo obawiać, lecz by jej przez to nie przyczynić utrapienia.

Takie w sobie czułem męstwo naówczas, iżbym się na kilkunastu porwał i przemocy nie uląkł, ale rzekłem sobie: "Niech się lepiej też i krwi oszczędzi". Postanowiwszy więc na ręce podczaszyny list dać do starościanki, powróciłem do domu, dając sobie słowo, iż natychmiast, sine mora, wozy pakować każę i do chorągwi wyruszę.

Już mrok padał, gdym do Wólki powrócił. Patrzę... w dziedzińcu konie jezdne wodzą. Domyśliłem się gości. Czekali na mnie w ganku: pan Jacek, co mi za ojca stał, Zegrzda, co mi jako brat wygodził niedawno, i Grabowski, nad którego i krewny lepszymby być nie mógł. A jako mnie zobaczyli zdala, podnieśli czapki do góry i wołają:

- Winszujemy! Winszujemy!

Myślę sobie: "Co u kata? A to już chyba spenetrowali, poco do podczaszyny wzywany byłem, i jaki tam drogi dar mnie spotkał!"

Lecz cale co innego się święciło, czego się nie domyślałem.

Gdym z konia zsiadł, ujął mnie pan Jacek i począł serdecznie ściskać, ukazując list, który trzymał w ręku, czegom zrazu nie zrozumiał. Bo jakże miałem się domyślać tego, czego zgoła pojęcia nie miałem. Więc stałem, nie wiedząc, co począć, i rzeknę do pana Jacka, jakem go nawykł nazywać tatkiem:

- Tatku miły, powiedzcież mi, czego winszujecie i czego się cieszycie, bom, Boże odpuść, jak w rogu i nic nie wiem.

- Jeśli masz czem - rzekł na to Jacek - dawaj wypić swe zdrowie i sukcesów rycerskich, a potem dowiesz się reszty.

Grześ stał za węgłem. Skinąłem nań: - "Dawaj miód kapucyński!" - A ten, jakby już był na to przygotowany, niesie butel i szklenice.

Zawsze jednak nieświadom rzeczy, nalewam, aż Jacek się odezwie:

- Niesłuszna rzecz, abyśmy mu wprzód o jego szczęściu nie oznajmili; lepiej mu miód przez gardło pójdzie...

A ja stoję ciągle, jak ten, co go powiesić mają, a nie wie, za co.

- Zlitujcież się - wołam - a nie trzymajcież mnie tak za jedną nogę w powietrzu. Mówcie, co jest, bym się cieszył, albo-li też smucił!

- Słuchaj - ozwał się Jacek - spotyka cię szczęście, istotnie wielkie, którego ja niegodnym jestem sprawcą, a lepiej mówiąc, sam Pan Bóg, używszy mizernego sługi za narzędzie. Litowałem się waszmości, ażebyś tak na tę sposobiącą się wyprawę miał iść bez przyjaciela i wodza, osobliwie dlań skłonnego, przeto bez wiedzy waszej udało się to uczynić, iż waszmości do orszaku samego króla, a do boku królewicza, odkomenderowano z chorągwi. Oto i ordynans dla waszmości, w którym stoi, ażebyś niezwłocznie wprost do Warszawy i Wilanowa się udał, skąd ze dworem dalej na ewenta, da Bóg szczęśliwie, niech Opatrzność prowadzi! Powiedzcież, azali nie było powodu miodem podlać nowiny, której waszmości niejeden towarzysz pozazdrości?

Jąłem ściskać pana Jacka, bom, niebardzo nawet rozbierając ową wiadomość, czuł, iż mi to nie może posłużyć inaczej, tylko ku przyszłej krescytywie. Boć człowiek, ufny w to, że swoją sprawia powinność całem sercem, już wiele otrzymał, gdy ją pod okiem samego wodza a króla pełnić może i dać się mu ocenić...

Fawor też był niemały u boku bohatera iść na taką wyprawę, w której bodaj nie świata losy rozstrzygać się miały. Aż mi się w głowie zmąciło - a Jacek, a Zegrzda i Grabowski winszowali, i śmieli się, i aplaudowali, wróżąc, jako z wielkim łupem honorów i wszelkiej zdobyczy z onej imprezy powrócę.

Wszak-ci wszystko było w ręku bożych, tak zło, jako i dobro.

Myślałem też jeszcze, jako ja tam, chudy pachołek, do pańskich dworów i obyczajów nienawykły, radę sobie w tym świecie, dla mnie nowym, dać potrafię... I wyspowiadałem się z całej myśli panu Jackowi; ale mnie zakrzyczano, że to tam nie święci garnki lepią, że, prostą drogą idąc, wszędzie człek trafi do celu.

A tuż dodał poczciwy tatko, że, jeszcze nim do Wólki z listem i ordynansem przybył, puścił już pomiędzy ludzie, szczególniej dla Nałęczów, wiadomość o tym faworze, który mnie spotkał, aby się też trochę zazdrości najedli i zżółkli. I śmiał się, wiedząc, jak to im nie w smak pójść musiało; jam zaś tylko myślał, że starościance serce urośnie, gdy się dowie, że w tak dobrej komitywie mam się sławy i chleba dorabiać...

Nie było czasu zbytnio ucztować; więc do wieczoru pogawędziwszy, na jutrzejsze rano wybór w - daj, Boże, szczęśliwą - drogę naznaczyłem, pomodliwszy się na tę intencję.

W Wólce gospodarstwo i wszelkie staranie o chudzinę tam moją wziął na siebie tatko, za co mu, równie jak za wszystko, nieskończone winienem dzięki, aby tylko odsłużyć.

Nazajutrz summo mane, bom też i spać z wielkiej radości niebardzo mógł, wzięło się do pakowania wozów, rzeczy, zapasów i wszystkiego, com z sobą zabrać przecie musiał. Tu tedy kłopot nowy, by się zbyt nie obciążyć, albo potem lada czego w drodze nie płacić gotowym groszem. Zawszem był tego zdania, że się żołnierz małem powinien nauczyć obchodzić, co u nas nie wszyscy umieją. Przyjdzie ciągnienie, wlecze się wozów, a ciurów, a podwód wszelkiego rodzaju, że tego będzie więcej niemal, niżeli wojska całego; więc i dla ubogiego ludu po gościńcach i stacjach ciężar niezmierny, i wojsko nieobrotne, i po złych przeprawach w roztopy szkód i marnowania bez miary. Panowie oboźni i strażnicy niedosyć tego pilnują; drugi husarz, miasto trzech wozów, co je mieć powinien, a czego bardzo dość, choćbyś go z pachołkami liczył, często sześć za sobą wlecze z domu, a potem i dwóch nazad nie przyprowadzi, bo konie głodem, a wozy się na rozdrożach pomarnują.

Więcem też ja, choćbym się miał trochę po chudopacholsku na dworze pokazać - niechaj sądzą, jako chcą - nie wziął, ino jeden wóz i Grzesia, bo poczet i tak przy chorągwi miał pozostać, a zdałem go na dobrego przyjaciela, Przyłuskiego, żeby tę czeladź na oku miał. Około południa byliśmy w gotowości, i konie, i ludzie. Opatrzyłem od kopyta do ogona, od kola do dyszla, od podeszew do czapki każdą rzecz, i w Imię Boże wyruszyliśmy z Wólki, przeżegnawszy się i odmawiając: Sub Tuum praesidium.

Kiedym ino się obejrzał na ten mój kątek miły, co mi go Pan Bóg odniedawna dał, kiedym przypomniał, co mnie tu spotkało, począwszy od onej chwili, gdym na katafalk stryja przybył, a starościanki lice stanęło przede mną, gdyby żywe - nie ręczę, że się tam po wąsach perłowa łza nie potoczyła. Ale się z tej babskiej czułości musiałem otrząsnąć. Sit nomen Domini benedictum!

Droga szła mimo kościoła i plebanji. Niechby Bóg uchował, bym poczciwego księdza nie miał nawiedzić, pożegnać i prosić błogosławieństwa, tem bardziej, że się miało ku nieszporom, a był dzień albo sobotni, lub wigilja święta, tego dobrze nie pomnę. Zsiedliśmy tedy z koni. Widzę, ksiądz z brewjarzem idzie właśnie do kościoła, a ujrzawszy mnie w zbroiczce i po podróżnemu - może też co i wiedział o wyjeździe - witając, zawołał:

- Zajdźcie, synku, przed ołtarz Pański, nigdy ci to nie zaszkodzi, że z Bogiem poczniesz; ojcowie tak czynili, a było im z tem niezgorzej.

- Szedłem do was po błogosławieństwo - odpowiedziałem - westchnijcie za mną!

Ten już nic nie rzekł, ino mi ręką wskazał kościół; więc, wszedłszy, poklęknąłem, a dusza się sama modliła. Spojrzę na to miejsce, kiedy pierwszy raz w życiu starościankę klęczącą widziałem, i myślę, że mi się w oczach zdwoiło. Patrzę i nie wierzę: widzę ją klęczącą i modlącą się na tem samem miejscu...

Że w dziedzińcu ani kolebki, ani ludzi nie dostrzegłem zrazu, tak mnie to zdumiało, jakby cud jaki. Więc goręcej jeszcze modliłem się, i wielka siła a ufność w opiekę Opatrzności wstąpiły we mnie.

Odśpiewał ksiądz nieszpory, potem skinął na mnie, abym do ołtarza przystąpił. Poszedłem ja i Grześ po błogosławieństwo. Dopiero, kiedym już od niego wracał, ujrzałem jej twarz, obróconą ku krzyżowi, modlącą się, a tak świętości pełną, jakem nic w życiu nie widział piękniejszego i pono na ziemi nie ujrzę. Zdawało się, że mnie nie widziała nawet, tak była w modlitwie zatopiona.

Więc, wyszedłszy, stanąłem we drzwiach, niby posąg, aż po chwili słyszę szelest jedwabnych szat i czuję ją blisko, anom oczu nie śmiał podnieść.

- Za dobrą to wróżbę mam - rzekła mi pocichu - że się tu w kościele, u ołtarza spotykamy jeszcze... Bóg wam szczęść, panie Janie! Ślubowałam wiarę i dotrzymam. Pamiętajcież i wy, że na waszą rachuję! A nie zrażajcie się niczem, nawet, gdyby was doszły wieści, żem słowo złamała; nawet, gdyby wam pierścień odnieśli.

Tylkom jej rękę całował, słowa rzec nie mogąc.

- Szczęść wam Boże! - powiedziała raz jeszcze.

Oczy miała łez pełne; a i jam był nieweselszy, choć spokojny.

- Starościanko, pani moja - rzekłem - prędzej umrę, aniżeli się zmienię, a do żywota mego nie wyrwie mi nikt z serca tego obrazu, który w niem noszę. Przysięgam wam na Chrystusa ukrzyżowanego w tym ołtarzu: waszym ja sługą na wieki!

- Pora się rozstać - szepnęła mi - ludzie źli, oczu dosyć. Niech Bóg was prowadzi i odprowadza do nas!...

Wrosłem był w ziemię, tak mi od niej ciężko odchodzić się czuło; ale gwałtem się prawie wyrwałem, tylkom widział, jak mnie zdala przeżegnała. Proboszcz na drodze czekał i dodał:

- Na koń, synu mój, w drogę! A z Bogiem!

Więc już nie było co zwlekać. Dosiadłem siwego i ruszyłem z kopyta, na wóz i Grzesia się nie oglądając, którzy mnie aż pod lasem dopiero dogonili.

Opisywać nie będę, z jakiemi myślami w dalszą ciągnąłem podróż, w jakowych dumach i tęsknotach a niepewności jutra; bo i dwór, i król, i te nowe obowiązki dawały do namysłu.

Warszawę mało co znałem, a Wilanowa wcalem nie widział. Ścisk, tłok, wrzawa, że mi się ledwie lichą gospodę wyszukać udało; a dobrzem musiał Grzesia wyuczyć, aby się wyciągnąć w pole nie dał, bo w takiem zbiegowisku różnego rodzaju ludu pewnie i złego dosyć. Poszedłem na wzwiady, jak mi się tam do tego dworu dostać, meldować, z kim gadać; ale, jakby na złość, żywej duszy znajomej nie spotkałem.

Ano, wiedzieć jeszcze trzeba, żem króla żywego też nigdy nie oglądał, ino tyle, co na pieniądzach i na wizerunkach. Przebiegłszy miasto całe, dobrze niecierpliwy już, puściłem się pod wieczór ku temu Wilanowu za wskazówką ludzi, aby choć wiedzieć, którędy nazajutrz z moim taborem jechać. Wieczór, jak dziś pamiętam, był pogodny, a po gorącym dniu powietrze tak miłe i chłodnawe, jak rzadko podczas upałów w lecie.

Jużem był drogą uszedł kawał spory i nie było poco dalej; ale w polu czułem się jakiś rzeźwiejszy, i szło się już tak, aby sobie iść. A mijało mnie ludzi konnych, pieszych, na wozach bardzo dosyć. Żem szedł prędko, napędzam szlachcica w poważnych latach, tuszy okazałej. Ten sobie idzie samopas, ręce wtył złożywszy, w letniej czapce białej, bez szabli, jakby koło domu; kitel na nim jasny, jakiego na wsi używają, laska za plecyma w rękach, a para psów przed nim. Myślę sobie: "Nie chybi, ktoś ze dworu; dobrze dostać języka".

Przyśpieszywszy więc kroku, równam się z nimi, a że człek w latach i bardzo słusznie wyglądał, skłoniłem się mu, przystanąwszy. Ten też mi czapki uchyla i przystaje, a patrzy mi w oczy.

- Czołem.

- Czołem.

- Coś mi to waszmość obco wyglądasz - mówi.

- Tak wyglądam, jakem jest, mój mości dobrodzieju - odpowiedziałem. - Prawdę rzekłszy, pierwszy raz w tej tu stronie.

Przypatrzyłem się twarzy: piękna była. Wąs sumiasty, czoło wysokie, oczy jasne i coś dobrego a smutnego miał w obliczu.

Idziemy dalej.

- Cóżto tu waszmości sprowadza? - pyta znowu.

A ja mu opowiadam całą moją historję, począwszy od wojska. Słucha, rozpytuje. Doszedłem do tego, jakem ordynans dostał, i tknąłem tej mojej biedy, że, nowicjusz, ani wiem, jak się to dostać, z kim mówić i komu się kłaniać.

- Boć wiem - powiadam - że to do króla jegomości niżeli się człek doprosi, przez wiele alembików przejść potrzeba; a straszniejsi ci ludzie, co majestat otaczają, od samego onego majestatu, który ojcowską słynie dobrocią.

Ten mi się w oczy popatrzywszy, rzecze:

- A to może i słuszność waszmość masz. Ale kiedy się to już sądziło nam spotkać, ja waszeci pomogę. Mam tam znajomych u dworu.

- Byłbym panu memu stokrotnie i póki życia mojego wdzięczen - odpowiedziałem - boćbyś mi ojcowską łaskę uczynił.

- Słuchajże-no - powiada mi, przystanąwszy - już dziś nie pora, ale jutro rano przybywaj do Wilanowa i melduj się wprost do Dulęby. Powiesz tylko, że cię pan Orondat Tarcza przysłał, bo ja się zowię Tarcza, a ja go dziś uprzedzę.

Chciałem, nie inkomodując go, zaraz pożegnać i wracać, ale mnie wstrzymał.

- Nie bądźże waszeć tak gorąco kąpany - rzekł. - Ja lubię pogawędzić, a jegomość mi się podobasz z tego, co słyszę. Siądźmy-no tu na kłodzie, to sobie pogadamy.

Leżało drzewo, od wiatru obalone, nieopodal drogi; szedł mój towarzysz ku niemu, ja też za nim; siedliśmy, a ten mnie dopiero na egzamin.

Od kiedy żyję tak ciekawego a bystro umiejącego z człowieka wyciągnąć, co ma na dnie duszy, nie spotkałem. Tak mnie rozochocił, żem mu całe curriculum vitae od deski do deski, a może i za wiele nawet wygadał. Ale na duszy mi przyzbierało tęsknoty tyle, iż rada była, że ucho względne znalazła.

- Mój jegomościuniu - rzekł wkońcu pan Orondat Tarcza - ze wszystkiego widzę, żeś kawaler zacny, i winszuję królowi jegomości, iż go dostanie na tę porę. Nie zmieniaj sentymentów, w Bogu ufaj; ano On większe cuda rabiał, niż te, o którebyś Go miał prosić. Alem ja też - dodał - dworu się dotykał, patrzałem na wiele przygód w życiu; widziałem, jak to się tam ludzie psują. Zachowaj waćpan tę duszę i serce proste, szczere i prawe, nie naśladuj fałszu, choćbyś widział, że nim ludzie dochodzą do czegoś. Bo to szatańskie mamidło ta pomyślność, którą się kupuje ofiarą sumienia. A wstając, dodał:

- Teraz waści do miasta czas; nie zapomnijcież jutro rano się stawić i do Dulęby się meldować, ten już na wszystko poradzi, bo to mój dobry przyjaciel. Ino mi też swe nazwisko daj, żebym go nie przepomniał.

Dobył tedy z kieszeni maleńkiej książeczki i ołówka, zanotował, potem się skłonił i, gdyśmy do gościńca doszli, jam do miasta musiał pośpieszać, a on - widziało mi się o mroku, iż tak o staje może, gdzie stały kolasy - do wozu jakiegoś siadł i pojechał.

Wróciłem raźniejszy do gospody. "Istna, myślę sobie, Opatrzność Boża nade mną, żem tego Orondata Tarczę napotkał".

Nazajutrz, że się po owej nocy chłodnej na wielki skwar zbierało, myślałem rano z końmi się dostać choćby do jakiej gospody w tym Wilanowie, aby ich nie pozamęczać; wyciągnęliśmy tedy uczciwie.

Droga z Warszawy nie była długa. Przybyliśmy, aliści o żadnej tam gospodzie i myśleć nie było można. Pańskie dwory i ludzie taborem pod namiotami stały, a ciżba, a tłum, jak w samej stolicy, jeśli nie gorzej. Gmachów też mnóstwo, nie wiedzieć dokąd się udać, a u każdych drzwi, co straży, pachołków, dworzan, ludzi rycerskich, cudzoziemców - nie policzyć. Znalazłem się jakby u wieży Babel, samotrzeć wyglądając tak niepocześnie, że aż mi się rumienić przyszło. Postawiwszy tedy wóz z Grzesiem wedle jakiegoś płota, gdy godzina słuszna przyszła, nabrałem otuchy i wszedłem w dziedziniec paradny. Myślę sobie: "Do tego Dulęby ja tu niełacno trafię, ale na końcu języka musi być".

Na lewo, w skrzydle, u pierwszych drzwi, patrzę: stoi sobie człek w latach, figura dosyć okazała, chociaż nie tak, jak mój wczorajszy pan Orondat Tarcza; ręce w kieszenie włożył i pogląda. Idę do niego wprost, skłoniłem się, pytam, a ten mi zaraz:

- Otóż to nos, kiedy nos - rzecze - trafiłeś waszmość odrazu, jak w dym, na samego Dulębę. Czy kto ci go ukazał?

- Nie.

- To coś osobliwego. Ja Dulęba jestem. A że mi dobrze waści mój przyjaciel, jmć. pan Orondat Tarcza, polecił, już tu będziesz, jak w domu. Wiadomy nam ordynans: przy boku jego królewskiej mości i królewicza Jakóba zostawać będziesz; ale, nim ruszyć przyjdzie, to w Wilanowie waszmość tylko osobą swoją zostaniesz, konie i ludzie, jakich masz, odprawią na gospodę do Warszawy. Tam im oznaczą bezpieczną i dobrą, nie bójcie się! Dla waści stancję pokaże ten, którego mu dam; rzeczy waść znieść poleć, ubierz się przystojnie i przychodź do mnie, a ja sam królowi jegomości was przedstawię około południa.

Dictum, factum. Podziękowawszy, idę za dworzaninem, którego mi dano za przewodnika; poznaliśmy się prędko. Prawdę rzec, stancję dostałem na pierwszy raz niewytworną, ale dziury już porządniejszej, dla natłoku, w Wilanowie nie było. Izdebina pod strychem, a i w tej jeszcze fura była rzeczy czyichś, co je ktoś tam odjechał. Ale żołnierzowi, aby gdzie położyć głowę; Grześ przyniósł wody wiadro, omyłem się z pyłu, wziąłem na grzbiet co było najlepszego, i przed południem stawię się do pana Dulęby.

Nie powiem, żebym ja tam, wśród tych przepychów królewskiego dworu bardzo wspaniale mógł wyglądać; ale też niepośledniom się prezentował, bo we mnie każdy poznał żołnierza, który o błyskotki i zalecanie się oczom niewiele dbał. Kiedym szedł przez podwórce, wodzili za mną oczami z ciekawości.

Dulęba mnie od stóp do głowy obejrzał, obszedł dokoła, to i owo poprawił wedle zbroji, bo był snąć sam dawniej żołnierzem i koło żelaza chodził.

- Idźże teraz za mną - rzekł. - Bodaj, czy król jegomość nie jest w ogrodzie, ale gdzie go natrafimy, tam się mu waszmość przedstawisz.

Weszliśmy zatem na ogród, jakiegom nie widział nigdy. Woda biła do góry, posągi jakieś dziwne, drzewa osobliwe, altany różne, a kwiecia barwnego zagonami, aż się oczy napatrzyć nie mogły. Ulice szerokie, sypane piaskiem, żwirem, a dokoła chylą się drzewa najrozmaitsze. Już chyba w raju nie może być piękniej.

Uszliśmy w milczeniu spory kawał, bom z admiracji języka w gębie zapomniał. Aż patrzę, w ulicy idzie prosto na nas mój wczorajszy pan Tarcza, ubrany tak prawie, jak był, ino mu się twarz śmieje dziwnie. Dulęba też mustruje się wyraźnie, aby nie parsknąć. Rzuciłem się prędzej, by powitać.

Ano, mój wczorajszy pan, com się tak przed nim spowiadał - był to sam król jegomość Jan III.

Dłużej taić nie było można. Zaląkłem się i jąłem przepraszać go, że tak sine debita reverentia gębę wczoraj puściłem: ale mnie wstrzymał, śmiejąc się dobrodusznie.

- Nic się złego nie stało - rzekł - nic złego. Lepiej się waszeć zarekomendowałeś, niżeliś sądził. Jużeśmy teraz jak starzy znajomi; tę tylko radę, którą waści Tarcza dawał, król powtarza.

Wśród rozmowy nadszedł i królewicz. Więc sam ojciec polecił mnie synowi, który, snąć wiedząc o wczorajszem, śmiejąc się, głową pokiwał. Poczem, ucałowawszy rękę króla i ścisnąwszy kolana, jużem szedł nazad i był jako w domu.

Sit nomen Domini benedictum!

Wczorajsze spotkanie, o którem sam król rozpowiadał wszystkim, rozeszło się było po dworze, i ono mi też bardzo wiele ułatwiło. A że król jakoś serce ku mnie łaskawe okazał, śmiały się też wszystkie twarze. Musiałem mało razy dziesięć tego dnia powtarzać każdemu, jak się to stało, a wszyscy mi z tego prorokowali sukcesy wielkie. Szło już dalej, jak z płatka. Rozgłosiła się przygoda po mieście i omal mnie na ręku nie noszono, dopytując; a jakom ja sam później tę historję słyszał z drugich ust, już jej poznać nie było można, tak ślicznie wyhaftowana. Bo nikt nie wytrzymał, żeby do tego czego nie dodał.

A już się nie żartem brano ku wojnie, bo od księcia Lotaryńskiego i od Lubomirskiego niemal codzień naglące przychodziły wieści, które króla niepokoiły. A chociaż, jakem to teraz lepiej widział, różne wpływy przeszkadzały i starały się odciągnąć króla, zachwiać jego postanowieniem, uważałem też, że, choć dawał mówić, co kto chciał, przy swojem stał jak mur.

Jam tam na dworze niewiele miał do czynienia, bo służby żadnej nie było. Czasem króla list do Warszawy zaniosłem, albo z ustnem poleceniem się przejechałem. Grześ spał, aż boki odlegiwał, bo nie miał też pół dnia co robić.

Przez ten czas dworu-m się uczył i dobrze mu przypatrywał. Poznałem też, że, z małemi wyjątkami, ludzie to byli, acz bardzo pokaźni, ale niewiele warci. Szczerości za grosz u nich nie dostał, a drwinek nie kupił.

Z królewiczem choć się spotykało, dla nas, małych ludzi, przystępny nie był; królowę się tylko zdala widywało. Pani urody snać była bardzo pięknej, a choć nie pierwszej młodości, jeszcze w niej pańską krew i pochodzenie królewskie łacno poznać było.

Nie powiem, jak złe języki utrzymywały, żeby król miał być zawojowany, bo w wielkich rzeczach wolę swoją miał, ale w małych ulegał dlatego, że ją nadzwyczaj kochał. Nie było w żadnym stanie tak czułego małżonka, jak był ten pan dla królowej Kazimiery, ani tak wylanego ojca.

Już podówczas dobrze podstarzały, niełatwo nawet konia dosiadał, ale, gdy raz na kulbakę ze stołka się dostał, to go z niej lada co nie zruszyło. Pobożny był bardzo, szczególniej do Św. Trójcy, w której dzień, co było najszczęśliwszego w jego życiu, zawsze mu się przytrafiało.

Do mnie od owego spotkania afekt powziął szczególny, tak, że mnie już do samej osoby swej wyznaczył, odebrawszy królewiczowi. Nie było tego dnia, żeby choć kilku słów nie przemówił, nie uśmiechnął się, nie wejrzał łaskawie. Postrzegłszy zarazem, żem nie był bardzo zamożny i że przed wyprawą wiele mi braknąć może, kazał dnia jednego do ogrodu za sobą iść, i tam pocichu, tak, żeby tego nikt nie widział i żeby zazdrosnych nie czynić, własną ręką swą dał mi sto talarów bitych czerwonemi złotemi: ażeby mnie zaś nie upakarzać, więc tytułem przyszłego żołdu. Jednakże, jak się później okazało, nigdzie mi tego nie zapisano i nie notowano.

A wielce mi też ten grosz dopomógł, bo dużo brakło około rynsztunku; na czas pokoju było go dosyć, ale przeciw takiej wojnie musiał się człek dobrze opatrzyć. Kupiło się to i owo, a szczególniej mi się trafił koń, któremum później życie był winien, nieoszacowany, cisawy, w siedmiu niespełna leciech, stworzenie, jakiegom drugi raz nigdy nie spotkał, prawdziwy wojskowy, mało nie człowieczego rozumu i serca. Ten mi, mogę powiedzieć, stał się przyjacielem i dobrodziejem; a nie koń był, tylko istne cudo. Gadałem z nim, a rozumiał; puszczałem go za sobą, szedł jak pies; wąchał, całował, myśli zgadywał; głód i chłód, fatygę przecierpiał, ani po nim znać było; a w bitwie nietylko, że się nie uląkł, ale, gdy się rozsierdził, to leciał i drugie konie nieprzyjacielskie gryzł, jakby wiedział swą i rycerską powinność. Mogę to do osobliwszych dzieł Opatrzności nade mną policzyć, jakom tego cisawego dostał; bo, gdyby go ludzie znali, poszedłby był wysoką ceną, żebym się go nie dokupił.

Pojechałem raz z Wilanowa do Warszawy, aby obejrzeć, co się z wozem dzieje i ze szkapami. Po drodzem myślał: jakby się trafił koń pod siodło, nie szkodziłoby. Ledwiem na gospodzie mojej przystanął, bieży znajomy mi żydek do mnie, ciągnie za rękaw i woła, że po nieboszczyku Ptaskim, który zabity był w pojedynku, rzeczy i konie sprzedają. Tknęło mnie... idę. Ludzi było dużo, co oglądali. Wyprowadzają cisawego, a trzeba wiedzieć, że chociaż maść cisawą i piękną miał, zrazu się nie prezentował bardzo butno, co ja dziś temu niechybnie przypisuję, że poczciwe zwierzę jeszcze po swoim panu bolało. Koń był bowiem wielkiego serca. Szedł ze spuszczonym łbem, bez fantazji, ciężko, alem zaraz postrzegł, że pod kulbakę paradny. Piersi szerokie, noga sucha, łeb piękny, oko wysadzone, chrapy rozdęte i jakby krwawe, chód pewny, w zadzie szeroki. Wydał mi się wałowity, ale myślę sobie: "Od tego ostroga, a jeździec dobry ognia mu doda i szparkości dobędzie".

Co zań? - Zaprosili zrazu bardzo słono, poczęli się ludzie śmiać, bo nie był wielkiego wzrostu i w siódmym roku; potem spuszczają zaraz. Ja w targ i dobiłem do trzysta złotych, a drudzy drwinkowali, żem przepłacił. Dałem od uzdy jeszcze, i derę piękną, pod którą stał, kupiłem też. Zawiedli go do mojej stajni. Tum zaraz się sam do niego wziął. Kazałem myć, czyścić, wystrzyc, nakarmiłem; a jak to u mnie we zwyczaju, tom chodził, gadał, głaskał, aż w kilka dni koń jakby zmartwychwstał. Spróbowałem pod kulbakę, a na nim, jak w kolebce; ze szklanką wody można było jechać i nie rozlać. W kłusie rzucał, ale póki się nie wyciągnął dobrze; zato noga tak pewna, że się jak żyw nie potknął. Sadził płot, czy rów, na samo cmoknięcie i znak dany, bez forsy żadnej; słowem, cudo, nie koń.

Dopiero, jak mnie na nim raz a drugi zobaczyli, proszą się: "Odstąp". Dawał Żmigrodzki pięćset złotych, postąpił krewny mój daleki, a imiennik Mroczek, do sześciuset; alem się śmiał tylko, bo gdyby mi dał kto półtora tysiąca, nie byłbym patrzał. Taki koń, to życie i zdrowie. Ukochałem też go, żem niemal z nim jadł i spał, a pilnował, jak dziecka; i nazwałem go Pylades, co tak bestja prędko zrozumiała, że, bywało, gdy zdala zawołałem, zaraz łeb odwraca i rży. Wnet z nas tacy byli przyjaciele, jakbyśmy rośli razem od dzieciństwa.

Nimeśmy jeszcze z Wilanowa na Falenty do Piotrkowa ruszyli z królem, na kilka dni przedtem trafiło się mi, zanocowawszy w Warszawie, powracać rano do rezydencji. Na drodze, jakom jechał, stykam się z chorążym Nałęczem i tym Herodem, Florjanem. Nierychło mnie poznali, choć wiedzieli, żem tam był; minąłem ich, ledwie obróciwszy głowę, aż mi w sercu zakipiało.

Żem był posłany od króla do pana Denhoffa i miałem się z poselstwa sprawić, wróciwszy, szedłem do ogrodowej altany, gdzie król jegomość siedział, listy pisząc i raporty przyjmując. Gdym tu jeszcze był u boku królewskiego na rozmowie, patrzę, idzie pan Nałęcz i Florjan z jakąś wojskową sprawą. Jak mnie tu znowu ujrzeli i blisko przy panu, dobrze im twarze poprzeciągały się. A tu jeszcze, jak na złość im, a mnie na pociechę, król się śmiał i po ramieniu mnie klepał: poznali zaraz, żem był w faworze.

W parę godzin, kiedym sobie już odpoczywał, patrzę, wchodzi Pakulski do mnie. Siada i poczyna prawić różne historje, ale, nieboraczysko, że chciał zachodzić zogródka, a nie był peritus, poplątał się szpetnie. Naostatek mówi mi, jak to piękną rzeczą zgoda jest, że ją sami bogowie pomiędzy sobą na Olimpie umieścili, i to, i owo, ażebym ja rękę Nałęczom podał, a tylko się zrzekł wszelkiej pretensji do ich siostry, to mi już będą druhami do śmierci i obiecują gdzie indziej bogato swatać i żenić.

Dopieroż ja w śmiech, ale musiałem się gorzko jakoś rozśmiać, bo Pakulski aż się ze stoika porwał.

- Mój panie Adamie - rzekę - stare to przysłowie: palca między drzwi nie kłaść. Anim się ja z panami Nałęczami chciał kłócić, ani łaski ich i dziewosłębów dziś potrzebuję. Pan Bóg mnie zaswatał sam, to mnie i ożeni; żebym zaś miał frymarczyć przyjaźnią starościanki, rzecz to jest ohydna, iż, gdybym nie wiedział, żeś mi ją przyniósł tu przez głupotę raczej niż złą wolę, tobym waszmości uszy poobcinał, iżeś się ważył takiego podjąć pośrednictwa.

Pakulski tedy do szabli. Pohamowałem go.

- Nie czas się rąbać - rzekłem. - Pójdziemy obaj na Turka, a jeśli całe kości przyniesiemy, służę waści, jak sam zechcesz i jak się spodoba.

Poszli więc jak zmyci, dobrze markotni, a jam przy swojem został.

Zaraześmy tedy z królem i dworem poczęli ciągnąć ku Krakowu, jako się napisało wyżej: pierwszego dnia do Falent, pana wojewody pomorskiego, gdzie król odpoczywał: trzeciego dnia do Nadarzyna, a tu obiad jadł, i przybiegli posłance, donoszący, że cesarskie wojska, z powodu bliskości wielkiego wezyra, cofają się na wyspę Szyt. Dalej ciągnęliśmy na Radziejowice, bardzo piękną rezydencję kardynała, do opactwa witowskiego pod Piotrkowem Trybunalskim, aż do Krotoszyna.

Tu też było się czemu podziwić: bo pałac hr. Denhoffa, ogród, wody w nim, jako rzadko gdzie u nas widzieć; drzewa, wały sypane dokoła, nawet ogrodzenie pańskie i dla oka obrachowane.

Stąd już zajechaliśmy do Częstochowy, gdzie król jegomość w klasztorze u ojców Paulinów stanął i mieszkał, dla zażycia nabożeństwa u cudownego obrazu Matki Miłosierdzia, a myśmy się po miasteczku, jak kto mógł, rozgościli. Nie piszę już, jakie były ceremonje i jaka pobożność przed tak wielką imprezą, jakie wota składano i jak król jegomość z całym dworem do komunji i spowiedzi przystępował, sposobiąc się, aby czystem sercem w czystej sprawie stawać.

Tu nadbiegł Gliński od hetmana Lubomirskiego z listy od Wiednia, że się już oblężenie stolicy rakuskiej na dobre rozpoczęło i osadzili ją poganie dokoła. Król, Glińskiego do siebie zawoławszy, sam go rozpytywał i badał, a potem listy rozpisywał na wszystkie strony do książąt i panów, oznajmując, że ciągnie na odsiecz niezwłocznie, aby też drudzy obowiązku swojego chrześcijańskiego dopełniać się starali.

Żem nieźle pisał, byłem i ja pod ten czas do niektórych skryptów w kancelarji użyty, przed czem mi słowo szlacheckie dać kazano, że nic nie wyjawię z tego, co mi do uszu dojdzie. Ale to tam próżna była ceremonja, bo się to u nas nigdy nie praktykowało, żeby się jaki sekret uchował, dla tej otwartości charakteru naszego, która i siedmiu pieczęciami zamknięte usta otwiera.

Przyjąwszy błogosławieństwo przed obrazem Najświętszej Panny i solenne złożywszy wota, pośpieszniej już, dla odebranych wiadomości, ciągnął dwór prosto na Kraków, a wojska dwiema drogami nas poprzedzały ku tarnowskim górom na Śląsku, w dwunastu milach od Krakowa.

Nie mogę wypowiedzieć, jaka nas tu w stolicy spotkała ludu, szlachty, duchowieństwa frekwencja; jaka widzenia króla jegomości chrześcijańskiego ciekawość; jaka miłość powszechna, wydająca się wszędzie; jakie procesje, nabożeństwa, bicie w dzwony, oracje, dary i jaki wszędzie nacisk zdążających za wojskami. Żem się już dworu trzymał, stałem w Łobzowie z innymi, skąd tylko do miasta za królem wyjeżdżaliśmy, głównie dla modlitwy po różnych kościołach. Byłem też, gdy król jegomość odwiedzał staruszka księdza Dąbrowskiego, w collegium niegdy nauczyciela swego, od którego brał błogosławieństwo. Rozpowiadano, czegom ja świadkiem nie był, że król się świątobliwego starca dopytywał, jak też owa wielka wyprawa poszczęścić mu się miała, i że ojciec Dąbrowski miał mu odpowiedzieć, przyobiecując zwycięstwo, lecz zarazem śmierć sobie prędko prorokując, że tej pociechy dożyć nie miał, co się później jota w jotę sprawdziło.

Król też d. 6 augusti jechał stąd na musztrę ciągnącej armji hetmana polnego, opatrując lud dobrze i pięknie wybrany, którego było więcej dwóch tysięcy. Sam główny korpus wojsk pod hetmanem wielkim przyszedł w kilka dni później i położył się obozem pół milki od Łobzowa. Jam tedy, otrzymawszy pozwolenie, do swoich pośpieszył, aby i poczet zobaczyć, co się tam z nim działo, i przyjaciół powitać.

 Dopieroż to była radość, gdy mnie ujrzeli! Dopiero, krzyki, wołania, witania, bo byli zasłyszeli o moich sukcesach, a zazdrościli mi wszyscy potrosze - czemu się nie dziwuję - zbliżenia do osoby króla jegomości. Alem i kwasu miał trochę, bo mi Bulski mój konia jednego spleczył, drugiego schodził i zatarł szkaradnie, żem go z błotem zmieszać musiał. Szkoda też przez jego niedbalstwo okazała się i w wozach, jak to zawsze bywa, gdzie cudze oko patrzy, a pańskie daleko. Alem, to wszystko przy pomocy bożej połatawszy, a z przyjacioły zażywszy chwil wesołych, o frasunku zapomniał. Drudzy go też w ciągnieniu, jeśli nie więcej, mieli.

A to muszę dodać, że nie wiem, czego mi towarzysze więcej zajrzeli, czy królewskich łask, czy mojego Pyladesa, kiedym go im okazywać zaczął, bom umyślnie na nim do chorągwi jechał. Był aplauz dla cisawego powszechny, gdyż jużem go był sobie sprzyjaźnił zupełnie, i stał mi za psa, takie sztuki umiał.

Dnia piątego augusti przybyli do króla posłowie, panowie znaczniejsi śląscy, z tem, że wszystko było w pogotowiu w ich kraju dla wojsk naszych i wozy pod piechotę spędzone. Dziewiątego poszły ordynanse, aby wojsko ruszało i poczęło zewsząd ciągnąć ku Śląskowi. Regiment kanclerza wielkiego szedł z Żywca i inne za nim.

Dziesiątego wielkie nabożeństwo i błogosławieństwo na zamku w kościele odbywało się, któremu i ja z całym dworem byłem przytomny.

Po mszy świętej uroczystej u grobu świętego Męczennika, nuncjusz papieski, Pallavicini, króla jegomości i wszystkich przytomnych benedyktował i ogłaszał wielkie przez Ojca świętego nadesłane odpusty nadzwyczajne dla rycerzy chrześcijańskich, z których radości wielkiej i męstwa nam przybyło.

Opisywać już nie będę, jakeśmy ostatnie dni do 15 augusti, to jest do Wniebowzięcia, przebyli, ciągle prawie będąc pobożni; jak nas tu żegnano, błogosławiono, otaczano. To tylko powiem, iż mimo wieści, które przychodziły o potędze tureckiej, mimo słusznej aprehensji, jaki mógł być skutek wyprawy, od wodza do ostatniego żołnierza, wszyscyśmy naówczas mieli to przekonanie pewne, iż zwyciężyć musimy. Skąd się brało owo bezpieczeństwo, nikt się nie tłumaczył, ale to pewna, że we wszystkich sercach mieszkało. One krocie pogan, o których mówiono, że niemi cale pola były okryte - nic się nam nie zdawały groźne.

W Będzinie, ruszywszy z Krakowa w dzień Wniebowzięcia, zastaliśmy oczekującego grafa Caraffę, od cesarza Leopolda wysłanego, który z bardzo kwaśną miną przybył, nie wierząc pewno, aby miał król wczas z odsieczą podążyć. Rozpowiadano tu, iż zastawszy markiza Darkena, który króla wyprzedził, obiadując z nim, gdy mu ten ręczył, iż Najjaś. Pan przybywa, odparł nieufnie, podając to w wątpliwość:

- Tak to mówią.

Aliści rozjaśniła się twarz Włochowi, gdyśmy nadążyli, a miał to szczęście, że z królem obiadował, szeroko rozpowiadając o nieszczęśliwem położeniu stolicy i radząc, jakby najlepiej Turków od niej odegnać. Nie byłem ja tam w czasie ich rozmów, ale potem sobie je powtarzano, iż zaklinał i modlił, aby król jegomość pośpieszał, jeśli na sromotne gruzy patrzeć nie chce. Cesarz też, uchodząc z Wiednia, a nie mogąc z sobą zabrać skarbów niezmiernych, jakie tam były nagromadzone, frasował się więcej obawą ich straty, niż upadkiem stolicy.

Tu już, gdy i królowa jejmość rozstała się z nami w Tarnowskich Górach, pośpieszaliśmy, a był wielki czas...

Trudno wyrazić, jak nas wszędzie przyjmowano, jaką znaleźliśmy gotowość, jakie żywności wszelkiej zapasy, jaką uprzejmość Ślązaków i zabiegi, aby nam na niczem nie zbywało. Wozy pod piechotę, owsy, chleby, słowem dostatek wszelki.

Odprosili się tylko Ślązacy od Litwinów, że im tam niestworzonych rzeczy nagadano na uciążliwy ich obyczaj w ciągnieniu. Jakoż, przez Węgry idąc i kraj za nieprzyjacielski uważając, niemało w istocie dokazywali. Składano to znowu na onego nieszczęsnego Tyszkiewicza, który część regimentów zbieranej drużyny prowadził i za głównym obozem podążał, na tego samego, którego strzelanie do Francuzów tyle narobiło hałasu, a co pono nie z jego naprawy wyszło, bo go pod on czas w Warszawie nie było. Tu już królowej nie znalazł, ażeby go obroniła.

Wracam do tego, jakeśmy szli dalej z pośpiechem wielkim.

Dnia 22 augusti król, odprawiwszy przodem piechoty, pono dlatego, że się tam nie było z czem popisywać, bo nieświetno wyglądała, jechał razem z komisarzami cesarskimi na wojska ukazanie, które było prawdziwie wspaniałe. Puszczono wprzódy ten głos, aby każdy wystąpił, jak tylko mógł najlepiej, żeby przed obcymi się nie wstydzić, i wypadło też, żeśmy się i sami sobie i oni nam dziwowali, z takiem bogactwem i świetnością szły chorągwie.

Wogóle zważaliśmy, że na panach komisarzach wojsko, jak się potem odzywali, zrobiło wrażenie wielkie tym przepychem, z jakim się prezentowało.

A tuśmy się też zaraz od Gliwic ze dworem całym oddzielili od armji naszej, zostawując ją za sobą; wziął tylko król dwadzieścia kilka chorągwi lekkich i kilkaset dragonji z sobą, a dwudziestu husarzów, którzy bez kopij na straży przy nim jechali. Jakeśmy w Śląsk weszli tylko, nieustannie nas spotykano ze wszelkiego rodzaju honorami, darami, mowami, biciem we dzwony, oracjami i tryumfy.

Radość z naszego przybycia wszędy widać było wielką, a dostatek mieliśmy wszystkiego i na kuchnię, i dla koni, że nie można było niczego zażądać, czegoby już wprzód nie nagotowano.

Jam, będąc u dworu królewskiego, opływał; i tylko mnie to trapiło - że tego, jak dla żołnierza, było zanadto - żeby człowiek nie zmiękł. Prawda, że po noclegach, najadłszy się dosytu, napiwszy często nad miarę nieco przy wesołem towarzystwie, potem musiał człek legnąć, kulbakę tylko mając pod głowę i namiot, który Pan Bóg rozpiął; ale to się już i nie liczyło.

Gdy husarzy na straż dla króla wybierano, markotno mi się zrobiło, żem między nimi chorążego Nałęcza najrzał, alem go niby nie widząc i nie poznając, dysymulował. Starał się pono o ten fawor bardzo, i nielekko mu przyszedł, bo byli Porkowskiego wyznaczyli (z Rachcic); ale ten zachorzał i miejsca mu ustąpił. Nie na wiele się to Nałęczowi zdało, bo król uprzedzony był i, choć z innymi konwersował, na niego i nie patrzał. Posądził mnie o to chorąży, alem nie był nic winien, bo nieprzyjacielowi nogi nie mam zwyczaju podstawiać, ale staję oko w oko; jeśli stać przeciw przychodzi.

Szliśmy już coraz pośpieszniej, zdążając na Opawę, miasto wcale piękne i obronne, gdzieśmy jako tako spoczęli. Król w stodole na przedmieściu dobrowolnie się lokował. Minąwszy Racibórz, gdzie nas pańsko podejmowano, ciągnęliśmy pod morawskie góry do Ołomuńca, a góry dosyć przykro przebywać przyszło. Ale mimo tych dróg, niezwyczajnemu człowiekowi i koniowi przyciężkich, nacieszyć się nie mogliśmy pięknością kraju dla oka, które, jakby w obrazie malowany, wyglądał.

W Opawie, jak tu po drodze wszędzie, króla oprymowali temi powitaniami, i słyszałem, jak mówił, narzekając na te oracje ustawiczne, dla których się, jako pan młody do ślubu, ubierać musiał i wszędzie z paradą husarską wjeżdżać. Miasto chędogie, lud grzeczny, a co błogosławieństw było i okrzyków, wyliczyć trudno. OO. Jezuici szczególniej panegirykami kościelnemi przyjmowali, a co krok - erat missus Joannes.

Nigdym też jeszcze tak osobliwego zegaru nie widział, jako tutaj: bo, gdy miał godzinę wybić, występowała z niego cała procesja misternych laleczek i obchodziła go dokoła, z wielkim kunsztem kłaniając się, ruszając, głowy chyląc, gdyby żywe Pigmejczyki, czemum się mógł napatrzyć, bo królowi dali kwaterę w kamienicy naprzeciw zegara, bodaj nie naumyślnie, aby mu się dziwował.

W tym pochodzie, ile nam razy serca przybywało i ubywało, nie zapamiętam; to jeno wiem, że ciągle gońce, posły, listy dobiegały do króla, zwiastując różne wojsk pogańskich i Tekelego, z nimi za jedno trzymającego, ruchy. Ginęli, to wychodzili z ziemi Tatarowie a Turcy, i groźno, to się tchórzliwie okazywali; wszelako im bliżej ku Wiedniowi podchodziliśmy, tem się bardziej na baczności mieć było potrzeba, aby nas nie zaskoczono kędy w zasadzce.

Ale kraj czyście piękny, jako raj; a że ciągnąć przyszło w porę jesienną, kiedy wszystko dojrzewa i rośnie naumór, więc nic wdzięczniejszego wymyślić niepodobna nad to, na cośmy patrzali.

A znać, że i lud około bożych darów chodzić umie, bo dostatnio wszędzie i chędogo; muru więcej, niż drzewa, chocia z drzewa i muru bardzo misternie budować umieją razem, czego u nas rzadko widzieć, i koło każdego domostwa owoców, winnej macicy, brzoskwiń, pachnącego ziela różnego w bród.

Na polach zboże w kopach stało, jak usłał; urodzaj nadzwyczajny, kop - jak gwiazd. W Brnie morawskiem stanęliśmy w święto i na odpust Św. Jana Chrzciciela, gdzieśmy nabożeństwa zażyli, o ile fatyga i czas dopuścił.

Sam książę lotaryński królowi obviam miał czynić, i spodziewano go się co chwila u nas, aby króla i wojsko znaglić do pośpiechu, bo już Turcy strasznie szturmowali, a dowódca stolicy rakuskiej, Staremberg, prawie desperował. Podkopywali się pod niego i minami szli, grożąc murom. Zewsząd też kto tylko mógł z rzeszy, ciągnął pod Wiedeń.

Dnia 31 augusti, gdyśmy byli obozem, a właśnie namioty rozbijać dopiero poczynano, w momencie, kiedy się z nami łączył hetman polny, który był inną drogą pod górami ciągnął, dano znać, że książę lotaryński przybywa.

Spotkali się król z książęciem w polu, właśnie przed szeregami, jakby do boju wyciągnionemi. Prezentował się tego dnia monarcha nasz tak wspaniale i z takim majestatem, jakby się na tronie urodził. Zsiadł książę z konia o dwadzieścia kilka kroków, król, też mało poczekawszy, także, i powitali się bardzo uprzejmie, razem potem idąc do obozu, który dopiero się rozściełał. Z wielkiego rozgłosu około imienia tego księcia, nie mogłem się spodziewać, żeby tak mizernie wyglądał. Człeczek był niewielki, potrosze brzuchaty, twarz melancholiczna, ospowaty szpetnie, a koło niego tak, żebyś go wziął chyba za pisarka obozowego, gdybyś go spotkał na uboczu. Suknia prosta, odarta, kapelusz zmięty i bez pióropuszu, buty zabłocone. Był przy nim Talf, który w Polsce posłował odeń, i tu go niemało ludzi znało.

I koniowi, i panu napatrzyć się nasza dwornia nie mogła, bo, choć szkapę miał niezgorszą pod sobą, ale siodlisko wybite, wysiedziane, uzda prosta i prezentacji żadnej. Wszelako król go przyjął bardzo honeste, a choć dopiero się nasi zabierali coś prażyć, w mgnieniu oka i ogień był naniecony, i jedzenie gotowe, i wino dobyte. Nie mieliśmy się co wstydzić popasu, bo sobie dobrze panowie podjedli, a bodaj i podpili. Stałem-ci tam, patrząc na wszystko, i widziałem, że ks. lotaryńskiego hamował od kieliszka ten jego Talf, a przecie, gdy król dolewać kazał, dobrze sobie podchmielił wkońcu, i była taka wesołość z racji naszego zbliżenia się, taka otucha, tak się im na widok wojsk oczy śmiały i serca przybywało, aż i nam go urosło. Tylko słychać było z pod namiotu wiwaty i wykrzykiwania na cześć króla naszego, dla którego imion dosyć znaleźć nie mogli, Salwatorem go mieniąc i Mesjaszem, posłanym od Boga na zbawienie chrześcijaństwa.

Rozjechali się nareszcie, w bardzo wielkich oświadczeniach przyjaźni dla króla i królewicza, bo pierwszego ojcem swym, a drugiego bratem co chwila (po winie) książę lotaryński nazywał, i to po polsku; ale mu i tego ojca i brata co chwila podpowiadać musiano.

Kto dawniej znał przed laty kilku naszego pana, że był nieco zwolniał a ociężał, teraz go poznać nie mógł, tak wymłodniał, ochoty, rzeźwości i humoru nabrał; i nie dziwić się obcym, że im majestat jego oczy ślepił, gdy nawet my, do blasku tego przywykli, coraześmy jakby nowego człowieka w nim dopatrywali. Rosnął nam codzień. Ten szybki pochód, i trud, i niepokoje nietylko go nie zmęczyły, ale zdawały się go orzeźwiać i coraz nowe mu myśli poddawać. O każdej najmniejszej rzeczy pamiętał, nie dojadł, nie dospał, ludzi zamęczał, a sam jeno się krzepił.

Gdybym na to nie patrzał, nigdybym temu nie uwierzył, ażeby człowieka duch wielki mógł tak z gruntu przeistoczyć i takiej siły mu dodać. Samo wejrzenie na twarz królewską już zwiastowało jakby rozbudzenie wielkie, jakby natchnienie boże, osobliwe.

Wszyscy tu, swoi i obcy, powiadali zgodnemi głosy, że go nigdy jeszcze takim nie widzieli; od rana do nocy zajęty, czynny i zapominający o sobie, zawsze gotów, bez uprzykrzenia, wesół a dziwnie majestatycznego oblicza, jakby w nim Duch Święty mieszkał, przezeń mówił i kierował nim. Coś wielkiego i potężnego wydawało się w każdem jego słowie i ruchu, a co dziwniejsza, że, jakem się nieraz o tem przekonał, miewał przeczucia, proroczo widział, co się stać miało.

Z samych kart i opowiadania, dobrze wprzódy, nim pod Wiedeń przybył, nim opatrzył pozycję, mówił już zgóry, gdzie obozem stanie i skąd nieprzyjaciela atakować będzie, ciągle o Kalenbergu powtarzając, aż się ludzie dziwowali. Chodził, mówił, rozkazywał, jakby w świętej jakiejś gorączce nie zastanawiając się i nie potrzebując namyślać się, ani poprawiać.

My, cośmy osoby królewskiej bliżej byli, tylkośmy podziwiali go, a wkońcu uwierzyć musieli, że tam boża prawica nad nim spoczęła. Jako był wyszedł z kościoła po onem błogosławieństwie w Krakowie, a potem z celi ks. Dąbrowskiego, tak już na chwilę teraz nie zwątpił, nie zawahał się. Nie można wypowiedzieć, jak ta jego pewność wszystkim serca ogromnego dodawała, i nawet z ludzi poślednich czyniła rycerzy.

Niemało się też i ten pochód, przed tryumfem już tryumfalny, przez Śląsk i Morawę, przyczyniał do utrzymania króla na duchu, bo go zbawcą chrześcijaństwa całe ludy proroczo witały, jakby objawienie tego posłannictwa bożego wszystek świat przedtem miał.

Przychodziły mu też to te, to owe myśli pośród ciągnienia, jak ze snu przebudzonemu i jakby z rozkazu z góry. Jednego poranku wstaje w namiocie, gdziem i ja blisko był. Słyszę, wołanie się rozlega:

- Sam tu!... A jest tam który?

Więc na łeb lecę; król się odziewa.

- Słuchaj, Mroczek - rzecze - tyś człek rzetelny, ty grosza chrześcijańskiego nie zmarnujesz, ani z niego nie zechcesz korzystać - tobie to polecę. Widziałeś ty? Toć to w wojsku kopij i dzid połowa ludzi nie ma, a zapaśnych wcale. Bez tego w boju z nimi nie stąpić. Naści pieniądze, wyrachujesz mi się. Idź przodem, czy bokiem, czy jak ci się tam zda, a przysposóbcie mi kopij i dzid, żeby był zapas dla wojska. Niechaj to ode mnie, pana swego, mają, bo sami tu, między obcymi, nie postarają się o to. Tyś człek młody i obrotny, na ciebie to zdaję, a sprawże mi się jak się patrzy, po kawalersku. Ilu Turków te dzidy zgniotą i zmiotą, tyle waść kresek dobrych u Pana Boga, a i u mnie, sługi Jego, mieć będziesz.

Włożył tedy to na mnie, i latałem jak oparzony około roboty, Bóg widzi, że niełatwej; a potem, co mnie gdzie zobaczył, to mi się spowiadać kazał, ile już gotowego, i co, i jak. Ale mi te kopje u króla niemały fawor wyjednały, bo mi poszło, z pomocą swoich, cale dobrze i na chwałę.

Jak się w wojsku dowiedzieli tylko, że król własnym kosztem drzewce sztyftuje i rozdawać ma tym, co ich nie mają, filuty z husarzów a nawet i pancernych do mnie: - "Kupuj u nas dzidy, wszak ci to wszystko jedno". - Alem zmiarkował, o co to szło, i że byłoby z obrazą sumienia to kupować, co już było, a nie przyspasabiać więcej, jak król chciał. Więcem odrzucił, choć się na mnie za to gniewali; królowi-m przecie słowa o tem nie szepnął.

Nie wiem, skąd i kto mu powiedział o tem. Trzeciego dnia woła mnie do siebie i daje trzosik z talarami.

- Weźmij to ode mnie, - rzecze. - Kocham waść: to za one kopje, coś ich u tych trutniów kupować nie chciał. Masz sumienie. A dużo ich tam już na wozach?

Wszystko mi to coraz więcej u niego laski jednało.

Jużeśmy byli pod Tulm przyszli, gdzie most na przeprawę budowano, aż nas dopędził posłaniec królowej i listy z kraju; a była ich do całego wojska taka moc i zależałych, i starych, i nowych, że się każdy prawie miał czem pokrzepić; torbami je noszono i rozdawano po chorągwiach.

Jam też odebrał pisanie od pana Jacka: nic tak bardzo szczególnego, tylko mnie tknęło, że w obfitych wyrazach wspomniał, abym tam ladajakim wieściom nie dawał wiary, że wszystko u nas po staremu, a nie gorzej.

Po obozie z temi listami było wszędzie czego się nasłuchać. Temu ten umarł, owemu się narodził; ten płakał, ów się śmiał, inny dzielił się, czem Bóg dał.

Wieczorem poszedłem do swoich Podlasiaków pod namiotek, alem trafił nieszczęśliwie. Patrzę, siedzi za beczką, która za stół służyła, Nałęcz. Jak mnie ujrzał wchodzącego, tylko się poprawił na pieńku. Cofać się też przed nim nie wypadało. Zwali mnie tam, z powodu tych kopij królewskich, panem kopijnikiem; więc nuż wołać:

- Czołem panu kopijnikowi! Czołem! Czołem!... Wypijesz wina?

- Aby niezbyt - rzekłem.

Siadłem pomiędzy nich. Jak pszczoły w ulu, gwarzyli, każdy o swojem. Przypomniał się każdemu dom, rodzina, przyjaciele, krewni - a tu bój i śmierć były za rzeką tylko, a w sercach przeczucia różne, więc i w mowie pełno żałości. Słowem gwaru, śmiechu, westchnień, i przekleństw tyle, a tak się żywo przypominała każdemu swoja ziemia, żeśmy, można powiedzieć, zapomnieli, gdzieśmy stali i z czem szli, że lada dzień przyjdzie gardła nastawić, a może kości na obcej ziemi położyć.

To ten, to ów gadał, a wszyscy słuchali pilno. Aż Nałęcz poczyna w głos:

- Mnie też Pan Bóg pociechę zesłał. Z domu mi piszą wszystko dobre; szczególniej zaś rad jestem temu, że siostrę dajemy w taki dom, który naszemu imieniu skazy nie przyniesie.

A tu mu drugi przerywa:

- Panna Helena idzie zamąż?

- Tak jest - prawi - przed adwentem ślub jej na pewno z panem Stadnickim ze Żmigroda, z onych dobrych Stadnickich, co się liczą do pierwszych w kraju familij. Czego chcieć więcej? Dobra, piękna - kawaler młody, przystojny; parantele jak najlepsze. Bogu tylko podziękować, żeśmy przecie jej uporu nadłamali, bo się była dała zdurzyć starej kwoce, podczaszynie, która jej szaraczka tam jakiegoś stręczyła i forytowała. Ale to jak przyszło z niczego, tak i z niczem poszło...

Posłyszawszy "szaraczka", myślałem, że nie wytrzymam. Dobrowolski, który siedział przy mnie, pohamował zrazu. Ten widząc, że milczę, prawi dalej:

- A jużby też na biedę poszło Nałęczom, żeby ich dziewki za bezdomnych chudopachołków się prosiły.

Wstałem i krzyknę:

- Łżesz, mości chorąży!

Ten się zerwał do szabli, a tu trzymają za ręce, bo pod bokiem królewskim i czasu wojny burdę poczynać - sprawa gardłowa.

- Łżesz! - dodałem - i bezcześcisz szlachcica takiego dobrego, jak i ty, bo co Jastrzębiec, to i Nałęcz, albo starszy i lepszy. Anim to ja, do którego waść pijesz, bezdomny, ani taki chudzina. Jeszcze raz ci mówię w żywe oczy: łżesz! Zechcesz się rozprawić, tom ci gotów, jeno po wojnie, pieszo czy jezdno i na jaką ci się broń podoba.

I wyszedłem, trzęsąc się, z namiotu. Tknęło mnie to, co o Stadnickim powiedział, alem przecie krzty nie wierzył. A że król wysyłał z listami do tarnowskich gór, skąd już nasza poczta szła przez rozstawionych trabantów, napisałem o tem, co mi się przygodziło i do podczaszyny, i do pana Jacka, i do starościanki.

Potem-em się dowiedział, że, gdy z namiotu wyszedłem, co było w nim Jastrzębców, a tych wszędzie pełno, gdzie jeno jest szlachta polska, wsiedli wszyscy na Nałęcza, że ich coś około dziesięciu na rękę go wyzwało; i Nowowiejski mu się zaklął, że go Jastrzębce bić będą, dopóki jak wróbla nie zatłuką. Wpadł tedy przez swe głupstwo w taką kaszę, z której już nie wiedział, jak wybrnąć, bo nie mnie jednego, ale cały ród na siebie obraził.

Nazajutrz rano król dodnia wstawszy, bo się tym mostem niepokoił srodze, że go zawczasu nie postawiono, wiedząc o przyjściu, najrzał mnie za płotkiem namiotu.

- A chodź ino tu wasze - rzecze. - Co tam za burdy wyprawiacie - hę?

- Ja, Najj. Panie? - odpowiem - Żadnej w świecie.

- A coście się to znowu z tym głupcem, Nałęczem, powadzili?

Rozpowiedziałem tedy co do słowa, jak było, a król tylko słuchał.

- N. Panie - kończyłem - na honor krwi naszej następować gdybym dał komukolwiekbądź, a cóżbym ja wart był? Przeciem tego nie poczynał. Chodzę około Nałęcza, jak około czego złego, omijając, nie zaczepiam go: ale dla świętego pokoju, choćby mi nie wiedzieć jak był miły, posponować się dać nie mogę.

Król na to:

- Ino bez burd! Jak czas będzie po temu, to się sobie w szable złożycie; ale myślę, że mu się tego, poczekawszy, odechce, bo ja mu uszu natrę.

- N. Panie - odezwałem się - jeśli mam cokolwiek łaski u waszej królewskiej mości, proszę i błagam, nie czyńcie nic, aby nie pomyślał, żem ja się tu użalał...

- A no, niech i tak będzie - rzekł król. - Tylko pamiętaj, bez burd! Cudzoziemcy na nas zewsząd patrzą: niech się to męstwo i sierdzistość nasza na pogany schowa. Tego sam Bóg, co nas tu zesłał, wymaga...

Nie wiem, jak tam już ten pan nasz na to czas znalazł, żeby jeszcze o tem pamiętać, bo nieustannie byliśmy zasypani odwiedzinami, radami i listami.

Wszystko się do nas i do króla jegomości kupiło, ściągało, przyjeżdżało, a nie można rzec, tylko, że mu honory wielkie oddawali. Tu u tego mostu pod Tulmem, skąd już jeno mil kilka do Wiednia, stać przyszło póty, póki, jako Dunaj dwiema wyspami jest przerżnięty, trzech mostów dla wszystkiego wojska przeprawy nie wystawiono. A było z tem kłopotu dosyć; pięćset dragonów i półtora tysiąca piechoty do tego budowania prędkiego przeznaczono, i nie było ich za wiele.

Król sam chodził, przynaglał, rady się też wojenne raz wraz zbierały; a wszyscyśmy się wydziwić nie mogli zaślepieniu Turków i wielkiego wezyra, któryby był mógł pochód nasz, jeśli nie wstrzymać, to opóźnić i zrobić jakąś dywersję, mając siły tak ogromne. Przecie żywej duszy nie posłał przeciw, znaku życia nie dając. Istotna w tej ślepocie jego okazywała się Opatrzność nad nami, bośmy prawie aż pod sam Wiedeń nieprzyjaciela ani najrzeli.

Mówiono, że, gdy im tam Tekeli o naszem ciągnieniu dał wiedzieć, nic a nic mu wierzyć nie chcieli, śmiejąc się i mając to za urojenie.

Tu do mostu przybył na zamek grafa Ardeka do króla jegomości książę elektor saski, krom innych. Bardzośmy też i tego pana byli ciekawi, ale nie wystąpił wielce. Dosyć miernego wzrostu, otyły nieco, włosów niemal rudych, krótko pozakręcanych, z brodą ze staroświecka, lat około czterdziestu. Suknię miał i szarfę czerwoną z frendzlą. Wyglądał nam na bardzo prostego człeka i roztargnionego umysłu. Książę lotaryński, generał Caprara i inni należeli do rady wojennej.

Szóstego septembris poczęliśmy się przez Dunaj przeprawiać; naprzód pan hetman wielki, potem reszta. Tegoż dnia i dwór i my obozowaliśmy, popasawszy na jednej z wysp, na drugim brzegu Dunaju; ale tuśmy czekali przez 7 i 8 septembris, ażby się wojsko całe przeprawiło, za którem zaraz elektor bawarski ze swymi nadążał.

Za Dunajem poczęły się góry przykre, a drogi nieznajome, gdzieby nas do nogi wybito, rozwleczonych, porozsypywanych, gdyby krztę rozumu byli mieli Jurkowie, a nie ufali tyle w swego proroka. Ale prawdzi się też przysłowie stare, że "kogo Bóg zgubić chce - zaślepia".

Wojska ciągnęły wąwozami niemal aż pod sam Wiedeń, nie spotykając nigdzie niewiernych; parę razy najrzeli ciurów ich pasących spokojnie woły, ale tałałajstwo to, nie dobywszy nawet szabli, uciekało precz. Dziwniejsza rzecz, że, gdy szły piechoty nasze, które Denhoff prowadził, wpadli w jednym jarze na garść Tatarów, w ciemnej dolinie, zewsząd opasanej górami. Myśleli, że się bić będą i stało się poruszenie między ludźmi; ale starszy, co ich prowadził, podjechał do Denhoffa, nie dobywając z pochew oręża, ani się biorąc do łuku, i pyta go łamanym językiem, jacy to ludzie, których prowadzi? Ten mu wręcz odpowiada, że należą do wojska, któremu sam król jegomość dowodzi. A Tatar w śmiech, machnąwszy ręką, i woła:

- Myślicie, że nie wiemy, iż was garść tam przyciągnęła z Lubomirskim w pomoc Niemcom, - i tyle wszystkiego.

Zabrał się tedy, nie poczynając ani myśląc bić się, do odwrotu powoli; nasi też go nie napastowali, poczęści ze zdumienia samego, a potrosze dlatego, że się rozwinąć nie mogli i nie byli przysposobieni, choć, na dobry ład, nogaby jedna stamtąd wyjść nie była powinna.

Jakeśmy stąd dalej ciągnęli, opisać to trudno. Łaska boża nas prowadziła, bo o przewodników było ciężko; wozy musieliśmy porzucić, aby innemi drogami powoli za nami zdążały; a darliśmy się na wysokości, lasami okryte, przez wąwozy, góry, przepaści, tak, że często i koło człowieka i koło konia było bardzo kręto. A co odzieży i twarzy poszarpanych, co szkap poderwanych i okaleczonych, jaka bieda i głód nawet nas tu potkał - nie wyrażę.

Nie mieliśmy już ani namiotów, ani żywności, ani nawet wody; król sam w te dni chlebem suchym się karmił, wody pożyczając od bawarskich żołnierzy, co ją w blaszankach z sobą wszyscy tam nosić zwykli. Jest to zwyczaj dobry, któryby naśladować potrzeba. Ale, jak bohatersko to wszystko czynił, z jaką wesołością i uciechą, nie wypowiem. Drudzy z ludzi stękali, on się uśmiechał, prawiąc, że przed wielką uroczystością zawsze kościół post nakazuje, aby do niej duszę przygotować, ciału ujmując.

Czasami dwór tak od wojsk odstawał, które, rozbite, po górach się kryły, że nie wiedzieć nawet, w której stronie było ich szukać; aliści gdzie z za pagórka ukażą się kopje husarzy, to już wiemy, że przed nami są. Tam to ja dopiero Pyladesa poznałem, co był za koń, że się chyba w górach rodził i znał dobrze z niemi; bo nie było ścieżki najwęższej, przez którąby się nie przedarł, z taką poczynając sobie ostrożnością, jakby rozum miał ludzki. Jam tylko admirował, a drudzy, którym szkapy padały i kolana sobie otłukały, nie mogli się koniowi wydziwić. Jużem, cugle mu na karku położywszy, samego puszczał, bo pewnie lepiej ode mnie sobą kierował; a zdawał się w tem rozkoszować, że sobie wolno sam tej drogi zażywał, i jakby swawolił, to liści pyskiem szarpnął, to się o gałąź otarł, a w przykrzejszych miejscach nogi stawiał z taką rozwagą i namysłem, iż satysfakcja była na niego patrzeć. Co tam drudzy ze swemi końmi mieli, nie wypowiedzieć; niektórym pospadały z gór i karki pokręciły wniwecz. Na jednem miejscu wśród gęstwiny, kiedy się tak wleczemy niby ścieżyną, ale fałszywą, przyszliśmy nad wąski jarek, w środku którego rzeczka płynęła, ale łokci ze dwadzieścia albo i więcej w głębi, a brzeg jeden i drugi jaru był wysoki. Szerzyny od jednego do drugiego mogło być łokci praeter propter do pięciu. Wszystko się to nad jarem zastanowiło, bo wdół się spuścić nie było podobna: boki jak ściany prostopadłe i obrosłe, a gałęzi suchych i ciernia pełno. Więc się poczęli zwracać w lewo a w prawo, szukając lepszego miejsca do przejścia. Jam też z Pyladesem nad samą krawędź parowu nadążył, i co tu dalej robić, nie wiem. Cuglem mu rzucił, patrzę, a tu drudzy klną i rozsypują się w różne strony. Jednym razem anim poczuł, że konisko nogi zbiera, grzbiet dźwignął, i jak da susa, to oparłem się na drugim brzegu, tylko piasek i kamienie posypały się. Powiem szczerze: omal mnie ten skok niespodziany z siodła nie wysadził; i to szczęście, żem cugli nie miał, bobym był szarpnął, a wtedy - po wszystkiem: obabyśmy w jarze byli leżeli.

Jeden był głos, że podobnego Pyladesowi drugiego w całem wojsku koniaby nie znalazł.

Ale nie czas było o koniach naówczas myśleć, gdy wszystkie umysły tylko bliską walką z nieprzyjacielem, ostatecznym końcem naszej imprezy, naostatek ciężkiem położeniem naszem smutnie zajęte były. Można powiedzieć, że król tylko jeden nie utracił wielkiego ducha, a ten w nim rósł, owszem, z każdą godziną. W oczach nam z ciała opadł, policzki mu się ściągnęły, ale we dwójnasób ognia w oczach przybyło i takiej żywości młodzieńczej, żeśmy mu nastarczyć i podążyć nie mogli. Ja, com często koło namiotu sypiał i przede drzwiami na zawołanie stał, to wiem, że mi ciężko było tam bez snu wytrwać, gdzie król jegomość, i oka nie zmrużywszy, ani się zdawał trudzić. Ordynanse ustawicznie na wszystkie strony szły, bo, jako u naczelnego wodza, z każdego wojska szli odkomenderowani do tego ludzie przy jego boku, a listy, a rozkazy, a nieustanne odwiedziny książąt, grafów, wodzów, cudzoziemców wszelkiego narodu, najróżniejszych języków i twarzy, wolontarjuszów, kawalerów, chciwych sławy wojskowej i nauki rycerskiej pod tak wielkim wodzem.

Jednego dnia, niżeśmy jeszcze te góry nieszczęsne przebyli, nagle się rozeszła wieść, że cesarz sam przyjeżdża, aby króla naszego powitał; ale to było widocznie ułożone tylko, aby niby gotowość okazać, a w rzeczy bał się ruszyć i nie miał poco, bo tuby wcale nie poradził, a zamieszał dużo. Przybyłoby z nim ceremonji i parad, ostrożności względem poszanowania, a rycerska sprawa byłaby cierpiała na tem.

Z niezmiernym tedy trudem i uciążliwością drapaliśmy się na górę Kalenberg, przy niesłychanym wietrze, który nam dął w same oczy, iż miejscami trudno się było ludziom na koniach utrzymać. A żeśmy się już zbliżali ku temu placowi, który miał rozstrzygnąć losy nasze, i gdzie właśnie pogan siła niezmierna leżała, więc nieustannie i prawie mimowoli przyprowadzano języka, włóczęgów od wojsk wezyrowych, zabrane bydło i konie. Aleśmy tyle tylko od Tatarów dopytać się mogli, że ani o nas wiedziano, ani się troskano: a czego król jegomość najwięcej się lękał, żeby turecka moc nie odciągnęła, nimbyśmy przybyli i szabel naszych na niej spróbowali, o tem i mowy być nie mogło, gdyż się wezyr kusił właśnie o zdobycie miasta i w siły swe ufał, jakby go nikt w świecie pożyć nie zdołał.

Nim na ostatnią górę włazić przyszło, król u stóp jej popasał i spoczywał. Tu nam zaręczono, żeśmy już wszystkie przeszkody zwyciężyć mieli, i że od wierzchołka Kalenberga pod sam Wiedeń spuścistem wzgórzem, między winnicami, wygodnie wojsko schodzić będzie mogło. Aliści się i to inaczej potem okazało.

Wojska nasze poszły wyniosłość tę zająć na prawo, Niemcy zaś, Sasi, Bawarczycy i inne w lewo, a tu już odkrył się przed nami nocą widok wielki na miasto całe i na to obozowisko wezyra, które było straszliwie rozległe, jakby miasto drugie, gdzie wśród namiotów i szałasów tysiąców tysięcy, dopatrzyłeś i księżyców złotych, i różnych wspaniałości, kolorów, chorągwi mnóstwo. Wszystko to, jako mrowie u stóp naszych leżało na takiej przestrzeni, że, obliczając, co tam ludu być mogło, przestrach ogarniał. Król się tak niecierpliwił, jadąc, że, gdy widok się odkrył, dopiero odetchnął, a przystanąwszy tu, jak wryty, nie wiem, co czynił, ale zdawało się, jakby się modlił. Ludzie do niego mówili: nie odpowiadał. Stał długo; dopiero, jakby ocknąwszy się, rzecze do hetmana:

- Oszukali nas: góry tej w prawo nigdy nie okazali wprzód, a zejście dużo gorsze, niż opisywano. Przyjdzie cały szyk bojowy zmieniać.

Potem spokojnie z góry wojska te krocie przeżegnał i do konia zawrócił.

Wojsko nasze całe rozstawiono wszerz na jakie dobre pół mili po lasach, tak, że ścieżkami tylko od skrzydła do skrzydła przedrapać się można było. Król przy piechotach w odkrytem nieco miejscu na samym skraju z prawej ręki kazał sobie rozbić namioty. Dokoła pułków piechotnych obciągniono wozami i końmi, jakby obóz, i postawiono kilka sztuk dział, które były przyszły w porę. Konnice, dragony, husarze, pancerni, petyhorce, gdzie kto mógł i jak mógł po lesie; tylko szczęście, że nas w tym nieporządku nie napadli. Do późna, aż ściemniało, król nie mógł spocząć, ino patrzał, rozglądał się, posyłał, ordynował, a powtarzał:

- Cóż to za poczciwe Turki, że na nas czekali! Inom tego się lękał, żeby mi nie uciekli. Bądź, Panie, pochwalony, żeś ich tu, oślepiwszy, wstrzymał!

Mało kto tej nocy zasnął pewnie, bo niemal przez całą z dział bito ustawicznie i błyskało ciągle a huczało; drudzy też, choć zmęczeni pochodem, z ciekawości zdrzemnąć się nie mogli i niepokoju o dzień jutrzejszy. Wśród obozu mało zrazu ogniów niecono, żeby nas nie odkryto przed czasem; ale w nocy przysłał król z nakazem, aby drzew narąbać i kilka stosów dobrych nałożyć, tak, aby z Wiednia je dojrzeć mogli, i żeby im to otuchy dodało. Więc około tych ognisk siła było w wigilję bitwy takich scen, żeby ich na wołowej skórze nie spisał. Różne są natury ludzkie i humory ludzi, a nigdy się to lepiej nie okazuje, niż w tych chwilach, kiedy ludzie, z karbów powszedniego żywota wyszedłszy, mniej na siebie zważają i cugli sobie puszczą wolniej. Tu się też popisywały różne usposobienia w przededniu wielkiego boju, wróżąc, marząc, zgadując i na jutrzejszy się dzień sposobiąc.

Mnie że był właśnie król na oględziny wysłał, abym powoli obozowiska objechał, humory wybadał i zdał sprawę, co po wojsku się dzieje, jak żołnierz się ma i co sobie tuszy, tom całą niemal noc spędził, od ognia do ognia się włócząc, serca dodając, śmiejąc się z jednymi, z drugimi kłócąc. A już, jako żyw, tej nocy na Kalenbergu nie zapomnę.

Młodzież też, po zwyczaju, gorączkowała, wytrawniejsi nie dowierzali i przemyśliwali; wogóle duch był jak najlepszy, ale wiał on od króla. Widzieli wszyscy, jak szedł i jak promieniało mu tryumfem oblicze.

A tu też dodać muszę, co mało komu do wiary, chociażem ja na to oczyma własnemi patrzał, a i wielka część wojska także, godna rzecz pamięci i cudowna. Jakeśmy w góry morawskie wchodzili jeno, ponad tą gromadką, gdzie i ja byłem przy królu, wzleciał orzeł ogromny, niewysoko ciągnąc, może na strzelenie z łuku; a prowadził nas tak aż na Kalenberg, to się podnosząc, to zniżając, wciąż jednak kołując nad głową prawie królewską, przez więcej niż siedm mil. Jako przy ogniskach sobie to opowiadali, ominując dobrze.

Było rozmów, żartów, śmiechów, zakładów coniemiara. Podjeżdżam do jednych, a był między nimi Śniatyński z pod chorągwi księcia wojewody, żołnierz, jakich poszukać i nie znaleźć, stary już szpak: ten sobie na rożenku głogowym piecze jakiegoś ptaszka, oskubawszy, ale chmurny, jak ze środy na piątek.

- Czołem, mości panie.

- Czołem.

- Co się, jak ćma, po nocy tłuczecie? - pyta.

- Z rozkazaniem królewskiem.

- To co innego.

- Ale cóż to wy - powiadam - jakby nie swoi? Czy co dolega?

- A co ma mi dolegać? - rzecze ze śmiechem - skóra dobrze wyprawna, nie boli, kości też nie miękkie, mięsa zaś nie mam, a dusza do azardu przywykła.

- Przecież czegoś sumujecie - rzekłem.

- Nie, ale się przed bitwą spowiadam sam przed sobą, a całe życie przechodząc i po tylu trupach stąpając, toć wesoło bardzo być nie może.

Nazajutrz też Śniatyńskiego na świecie nie było. Innych znalazłem różnie: modlących się, odgrażających, a wrzawy, a śmiechu, ile dusza zechce. Przy jednem ognisku byli Turcy powiązani, którym świniny dawszy jeść, winem popili na wzgardę proroka, i tak to, jak drewno, legło, nieprzywykłe do trunku.

Jużem, objeżdżając swoje ognie, dotarł aż do Niemców, kiedy przybiega Łukowski, odwołując, że tam ktoś na mnie czeka opodal. Podjeżdżam, widzę, na chudej szkapie ni to Tatar, ni ciur od naszych, ogorzały, ale gada do mnie połamanym językiem, niby naszym, a coś mruczy, że go dobrze zrozumieć nie mogę, a zerka na wsze strony, a bełkoce. Zbliżam się do niego; ten mi okazuje na migi, że ma na stronie do pomówienia ze mną.

- A cóż to za szczególna miłość waszmości dla mnie? Albo-li się to znamy?

- Tożci waszmość ze dworu od króla - powiada.

- No, od króla.

- A ja do króla - rzecze. - Prowadź!

- Z czem? - pytam.

- Z językiem.

I jakoś mu się gęba rozwiązuje, że coraz lepiej gada. Myślę sobie: "Niechże jedzie".

- Ruszaj waść za mną!

Nuż się napowrót mimo ogniów drapać przez krzaki pod namioty królewskie. Wiodę go, jakby jakiego jeńca, a że do djabła był podobny, patrzą na nas zewsząd i dziwują się.

Dobiliśmy się do namiotów wreszcie, złażę z konia, dając go Grzesiowi, aby iść z raportem; więc go pytam znów: czego chce? Ten mi swoje:

- Do króla.

- Stójże - powiadam - i czekaj! A jak cię mam oświadczyć?

Dopiero ów, przystąpiwszy tak, iż myślałem, że mi ucho odkąsi, szepcze raz i drugi:

- Mówcie od hana, od hana Mirza Mehmed Abdula. Król mnie zna; powiedzcie mu, że ten z pod Chocima.

Poszedłem tedy do namiotu. Tylko co się była ostatnia rada wojenna skończyła. Zastałem króla jegomości zamyślonego nad kartą, ale nie smutnego, rzeźwej myśli. Odwrócił się.

- A co?

Pocznę tedy mówić, com widział i słyszał, aż nareszcie o Tatarze. Król się wzdrygnął mocno.

- Gdzie jest?

- Przed namiotem.

Pomyślał chwilę:

- Dawaj mi go tutaj!

Więc ja po mojego Tatara, i prowadzę. Nikogo nie było, przeto mi król przykazał u drzwi pozostać.

- Słuchaj - rzekł - choćby cię pieczono i warzono w smole, nie powiadaj, co się dzieje w szkole; rozumiesz?

Nie trzeba mi było tego dwa razy powtarzać. Wszedł ogorzały ów z pokłonem, milczący, patrząc w króla, jak w tęczę, a król w niego długo i pilnie.

- A co wy tu robicie? - zapytał pan po chwili, jakby ochłonąwszy z podziwienia i poruszenia, które się w twarzy wydawało.

Tatar miał głowę spuszczoną, patrzał niedobrze zpodełba, nierychło i niełatwo zebrał się na słowo, ale począwszy od bełkotania, potem już mówił coraz płynniej po polsku.

- Musimy - rzekł - swoich posiłkować. Idziemy z Kara Mustafą za chorągwią proroka; alebym to ja, królu, mógł was zapytać lepiej: co wy tu robicie? Wszak to ziemia nie wasza.

- Sprawa to Boga naszego - odparł król - i ten mnie tu zesłał.

Tatar zamilkł na chwilę.

- Mamyż i my potykać się z wami? - spytał - my, stare wrogi i stare druhy? Siedzi naszych braci wiele a dawno na ziemi waszej, i dobrze im z wami. Byliście im gościnni, jak bracia. Choć musimy bić się z wami, nieradzibyśmy. Dajecie nam podarki i pokój mamy od granic. Zacóż krew nasza i wasza o cudzy spór się ma przelewać?

Teraz król milczał.

Po chwili rzecze:

- Pocoś tu przyszedł? Zbliża się godzina, kiedy boża prawica między nami a wami ma rozstrzygać. Nie pora na słowa. Pocoś tu przyszedł?

- Jam tu tak przyszedł - odparł Tatar - jakem przychodził do was pod Chocimem: z ręką wyciągniętą. My się z wami bić nie chcemy i nie będziemy. Han mnie przysyła pozdrowić was i powiedzieć: "Pokój z wami!" Nie napadajcie na nas, a my bez boju zejdziemy z placu.

- Chcesz, bym temu uwierzył? - spytał król. - A cóż mi ręczy, że słowa twe nie są zdradą?

- Przekonacie się, wielki królu - rzekł Mirza. My nie pójdziemy na was. Han wie, że was tu siła boża prowadzi, że jesteście większym czarownikiem, niż my. Nie chce walczyć i próżno krwi przelewać. Przysłał mnie ze słowem zgody i pokoju; przychodzę. Posłem jestem, jakem już raz był - pamiętacie.

Zamyślił się król i rzekł po chwili:

- Uczyńcież, jako obiecujecie, a braci waszej u nas będzie, jak w domu rodzicielskim. Potwierdzimy im przywileje i swobody. Nie chcę, byś bez upominku odszedł.

Wziął król z kufra, który stał w namiocie, kiesę ze złotem i dał ją z rąk własnych Tatarowi, mówiąc:

- Oto będzie znak, że i ja was odsyłam do hana ze słowem zgody i pokoju. A ten oto - wskazał na mnie - odprowadzi was do przednich straży.

Tatar czoło pochylił.

- Nie trzeba - rzekł. - Znalazłem ja tu drogę pośród obozu waszego, odszukam ją i napowrót, mimo nocy. Niech Bóg wszystkim ludziom dobrym da błogosławieństwo!

To mówiąc, jeszcze się raz pokłonił i wysunął.

Jam stał jak oniemiały. Król skinął na mnie, abym go przewiódł. Ruszę więc wślad, ale tuż za namiotem w tę noc ciemną padł, jak w przepaść; tyle go oczy moje widziały.

Powróciłem tedy do króla. Modlił się już przed obrazem N. Panny. Po chwili wstał z wesołą twarzą.

- Milczeć-że mi - rzekł sucho. - Nie wierzę ja w te tatarskie offerty: timeo Danaos et dona ferentes; ale nie godziło się odpychać. Jeśli jest komu zostać na straży, idź wasze spocznij, bo jutro będzie robota ciężka i, bodaj, długa, a dobrze się już i tak zmachałeś.

Wyszedłem, ale nie spać, bo wcale mi się na sen nie zbierało; a żem o południu trochę się zdrzemnął w czasie odpoczynku, mogłem całą noc trwać obudzony, jak sobie postanowiłem. Szedłem tedy do swoich, gdzie dwór leżał, ale tu już mało nie połowa spała. Kilku zapamiętałych jeszcze kości rzucało; inni gawędzili o różnych wyprawach na Turków, jak sobie z nimi poczynano.

Ledwiem się pokazał, potyka mnie pan Hrehory Szamowski, łapie za połę i woła:

- Dobrze, że cię mam, bo potrzebuję. Chodź ino ze mną!

Idziemy, nie mówiąc nic, ku ogniom. Patrzę: siedzi Nałęcz z kubkiem w ręku. Chciałem się wycofać, ale ten trzyma.