Powieści Józefa Ignacego Kraszewskiego. Tom 11 - Józef Ignacy Kraszewski

Kup ebooka

26.00 zł
18.31 zł (18,21 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

KTOŚ. POWIEŚĆ WSPÓŁCZESNA

TOM I.

 

Wieczór, godzina po dziesiątej. W cukierni przy teatrze, na górce, kilkunastu młodych po większej części ludzi przyszło się orzeźwić herbatą lub kieliszkiem wina...

Gwarno i wesoło. Jedni stoją, niezdjąwszy płaszczów, drudzy się ugrupowali przy stolikach... posługujący biegają od jednego do drugiego; słychać wykrzykniki: Herbata! - Kawa! - Cygaro!! W teatrze grał tego wieczora Żółkowski, stary czarodziej, który ilekroć występuje, zawsze wywołuje entuzyazm i podziwienie. Zdaje się, że nigdy tak nie grał jak tego wieczora, ale za każdym razem złudzenie się to powtarza.

- A! jakiż dziś był Żółkowski.

I dzięki temu czarodziejowi, sztuki, któreby dawno zeszły z repertuaru, o którychby ludzie zapomnieli, których twórcy spoczywają zasypani niepamięcią, - powtarzają się ciągle, robią kassę - bo on im daje życie.

I tego wieczora, jak zawsze, Żółkowski był cudownym w Zachodzie Słońca... wszyscy, co go słuchali i patrzali nań, wynieśli z widowiska tę rozkosz, jaką upaja doskonałe dzieło sztuki...

Śmiano się i rozprawiano...

Imię Żółkowskiego dawało się słyszeć naprawo i nalewo...

Przy jednym z małych okrągłych stolików siedzieli dwaj młodzieńcy, których bardzo wykwintne i świeże ubiory - starannie ułożone włosy, - nawet ładne i dosyć szlachetnych rysów twarzyczki, kazały się domyślać - przynależności ich do wyższych, jeśli nie najprzedniejszych, klas towarzystwa.

Towarzystwo, jak wiadomo, dzieli się u nas, a potrosze i wszędzie na świecie, na wiele klass i odcieni. Jest tedy naprzód - towarzystwo kalexochen, to które się mniema samo tylko właściwie uprawnionem do noszenia tego miana - śmietanka!!

Tuż przy niem leży warstwa, która niekiedy, w szczególnych wypadkach, przypuszczaną bywa do "elity", ale w duszy zazdrości jej, nienawidzi, sarka na nią i jest pocichu wyśmiewaną; tę wszakże niechęć wzajemną dwu słojów społecznych pokrywa na oko uprzejmość i - znośne stosunki.

Przejście z jednej warstwy do drugiej nie jest niemożliwem. W ogóle pierwsza ma więcej przodków i wspomnień, druga - pieniędzy, i wymiana jednych na drugie bezprzykładną nie jest...

Trzecia warstwa, pokrewna blizko drugiej, - ma już pewną cechę demokratyczną, chociaż i ona nie wszystkich dopuszcza do obcowania z sobą, a odznacza się tem, że drapieżną jest, złośliwą i lekceważącą.

Lecz... gdybyśmy głębiej w te pokłady trzecio- i drugorzędowej formacyi sięgać chcieli, za długoby o tem potrzeba się rozpisywać; rzućmy więc tę fiziologią społeczną na bok, a wróćmy do cukierni.

Dwaj siedzący przy stoliku czekali na herbatę, upominali się o nią, garson obiecywał - w ten moment, - a przyrzeczona nie nadchodziła.

Tymczasem - cóż robić było! Obaj młodzieńcy rozglądali się po pokoju, do którego wciąż jeszcze ktoś wchodził, i robiło się tak pełno, a żądania coraz nowe tak obarczały służbę iż - herbata stawała się problematyczną przed północą.

Zdala, sam jeden przy małym stoliczku, na boku, siedział, bardzo wykwintnie ubrany ze smakiem, mężczyzna jeszcze młody, twarzy rysów klassycznie pięknych, ale marmurowo zimnych, palcem coś wygrywał na stoliczku zadumany, rzucał niekiedy oczyma po zgromadzeniu... i - nie zdawał się niecierpliwie tem, że mu dotąd nic nie podano.

Ten także, jak ze wszystkiego widać było, musiał do wyższych słojów społeczeństwa należeć. - Fiziognomia świadczyła o krwi, silna postawa miała to piętno arystokratyczne, które daje krew zarówno, jak wychodnie. - Możnaby go było nazwać pięknym w całem znaczeniu wyrazu tego, gdyby - nie jakieś znużenie, początek więdnięcia, chłód nad lata, a we wzroku coś strasznie przeszywającego. Za to usta uśmiech nosiły, jakby przyłgły do nich, łagodny, dobroduszny i ujmujący.

Dwaj zdala od niego siedzący prawie razem go spostrzegli...

Jeden z nich, pan Emil Paczuski, blondyn, świeży, rumiany, pulchniutki - nieznacznie wskazał go towarzyszowi Józiowi Szalawskiemu. Józio, równych lat z nim, suchszy, muskularniejszy, równie kształtny, energiczniejszego wyrazu twarzy, zwrócił wejrzenie na odosobnionego.

- Znasz go? - zapytał Emil...

- Wszakże to Sylwan Horpiński? - odparł Józio... któż go nie zna!!

Emil śmiał się.

- Ja ci odpowiem, rzekł, kto go zna? Prawda widujemy go wszyscy i wszędzie, przemyka się nam jak zagadka co chwila przed oczyma; pełno go po salonach, w teatrze, na kursach, gdzie się tylko ludzie zbierają; jest ze wszystkimi dobrze, ale powiedz ty mi: kto to jest ten Horpiński?

- A! zachciałeś! - rozśmiał się Józio - Horpiński jest Horpiński. Co mi do tego, że to on jest? wiem, że człowiek bardzo przyzwoity, bardzo wykształcony, - miły, grzeczny, uczynny, nikomu nie zawadzający - co mi do tego... kto on jest??

Emil głową potrząsał.

- Zapewne, że nam nic do tego, - rzekł, - ale jednak rzecz byłaby ciekawa znać i wiedzieć - kto to taki?

Horpiński!! nazwisko jakieś dziwnie brzmiące... tu u nas ani krewnych, ani stosunków...

- Jakto! ani stosunków? - przerwał żywo Józio. Stosunki ma niesłychanie rozgałęzione. Hrabina A....owa go przyjmuje, u U... bywa, wszędzie go proszą, miłym jest gościem, nikt o nim złego słowa powiedzieć nie może - Czegoż ty chcesz więcej?

- Nie rozumiesz mnie - odezwał się Emil stukając w stolik i ponownie dziesiąty raz może dopominając się o herbatę... Oddaję sprawiedliwość Sylwanowi: najmilszy w świecie człowiek... nic mu nie mam do zarzucenia; ale mnie drażni tem, że nie wiem zkąd się wziął... Miałem sposobność mówić o tem z wielu osobami; nikt mi nie umiał wytłumaczyć pochodzenia tego... zagadkowego jegomościa. W towarzystwie takie zagadki zawsze są podejrzane. Kończył te słowa, gdy dosyć otyły, z wygoloną twarzą barwy czerwono-sinej, oczkami przymrużonemi złośliwie, ubrany przyzwoicie ale niedbale, mężczyzna pięćdziesięcioletni zbliżył się ku nim od niechcenia.

Był to - znany wszystkim tak zwany wujaszek Lurski... niegdyś pono wojskowy, teraz przyczepiony do jakiegoś bankierskiego domu - lubiący żyć, złośliwie dowcipny, wielce praktyczny człowiek, - więcej Francuz niż krajowiec a może nad wszystko - kosmopolita...

Obu młodzieńcom był on poufale znanym. Spotykali się z nim codzień; ale wiedzieli też, iż tak z nich, jak z całego, świata, Lurski sobie drwił, będąc obojętnym na wszystko co jego własnego bytu, kieszeni, gęby się nie tyczyło. Naiwniejszego sybaryty i egoisty trudno znaleźć było, ale przynajmniej był nim otwarcie i nie maskował się wcale.

Wujaszek ów, w tej chwili niemający nikogo lepszego pod ręką, a oczekujący na swój grok, - zbliżył się do dwóch młokosów. Emil, rozmowę zwracając do niego, odezwał się:

- Nieprawdaż? wujaszku... Horpiński jest zagadką?

Lurski obejrzał się dokoła, spostrzegł siedzącego opodal i odrzekł zimno (po francuzku, bo najlepiej mówił tym językiem).

- Nie jesteś zmuszonym rozwiązywać tej zagadki - Ma foi!

- Ale mnie ona drażni...

- Dowód, żeś bardzo młody - odezwał się zimno wujaszek Lurski - bo mnie, starego, najmniejszej rzeczy ona nie obchodzi... C'est un homme tr?s comme il faut, a w towarzystwie to starczy; o siostrę się twoję nie stara, bo jej nie masz; wątpię żeby cię prosił o pożyczenie pieniędzy, bo nigdy ich od nikogo nie żąda, a często własnemi służy - pocóż się masz zagłębiać w analizy, które byłyby próżną ciekawostką...

- No - tak - przerwał Emil - ale mi pan przyznasz że - nikt go nie zna...

- I nikt się o to nie kłopocze! - powoli począł Lurski, który się krzywił już, że nawet na zimny grok czekać musiał. - Co komu do Horpińskiego? Przyjmują go wszyscy... awantur nie robi - niema na świecie uczynniejszego i usłużniejszego człowieka - co najważniejsza - nigdy u nikogo nie pożycza, pieniędzy ma zawsze podostatkiem - ma foi! Cela suffit!

- Tak - zawołał, tłumiąc głos i oglądając się Emil - ale zkądże ma pieniądze! Wujaszek się rozśmiał... i ruszył ramionami.

- To jego rzecz, nie nasza! La recherche de la paternite est interdite. Dajmy temu pokój.

- Przepraszam - odezwał się uparty Paczuski - Vous qui savez tout...

- Dajże mi pokój - oburzył się Lurski, ja nic nie wiem...

- Choćby, z jakiej prowincyi pochodzi! - dokończył Emil...

Podano grok i pan kapitan, (bo go zarówno wujaszkiem, jak kapitanem zwano) - napił się naprzód, otarł usta, popatrzał na ciekawego i dołożył.

- Nie mam wyobrażenia!!

Mężczyzna laskowaty, wysoki, chudy, blady, niepiękny, ale przesadnie wyelegantowany, mający w sobie coś zarazem aktora i pasożyta... wcisnął się nadzwyczaj zręcznie pomiędzy rozmawiających...

Był to wistocie rodzaj - pasożyta, a zarazem urzędnik jednego z biur, w którem miał synekurę przyjemną.

Znano go jako usłużnego bardzo totumfackiego sfer - najwyższych.

- O kim mówicie? - wtrącił.

W tejże chwili kapitan, który nie lubił tak zwanego Salvatora (było to imię pasożyta), spojrzał nań przez ramię i z grokiem poszedł dalej - jakby go chciał uniknąć.

- O Horpińskim - rzekł - krzesło podsuwając Salvatorowi Emil.

Nieprawdaż? to zagadka?

Laskonogi pasożyt zrobił minę zdziwioną.

- Ale on w towarzystwie jest jak najlepiej notowany - rzekł. Lubią go, cenią, hrabina A - owa chwali go ile razy mowa o nim. Szlachcic - to niema wątpliwości....

- Na miłość Boga! - rozśmiał się Paczuski - ja mu nie zadaję plebejuszowstwa, tylkobym rad wiedzieć, zkąd on się tu wziął?

Salvator słuchał z pewnem zdziwieniem.

- Proszę pana, - ciągnął Emil - który miał to do siebie, że raz wszedłszy na jaki przedmiot nie łatwo go rzucał - żyje ten Horpiński na stopie bardzo przyzwoitej, wydaje pieniędzy tyle, ile z nas najdostatniejszy; nie ma ani pensyi, ani miejsca, ani dóbr żadnych, nie gra na giełdzie, wiadomego zajęcia nie widzę, bawi się...

Zkądże na to wszystko bierze!

- To nie ulega wątpliwości, - szybko rozpoczął Salvator, że musi być bardzo majętny - ale, rzeczywiście nigdy nie słyszałem, ażeby najmniejszą uczynił wzmiankę o posiadłościach swoich, nigdym nie słyszał o kolligacyach.

Poruszył ramiona.

- Proszę cię, kochany panie Emilu - dodał - jeżeli od lat kilku tu już obracając się w naszych kołach niczem nigdy nie podał się w podejrzenie i wątpliwość, nie zgrzeszył żadną niedelikatnością, żadnem form zaniedbaniem - co mnie reszta obchodzi?

Józio, który, dotąd milcząc, pił przyniesioną nareszcie herbatę - przerwał, głową potakując.

- Słowo w słowo - ja mówię tożsamo.

Wtem Salvator, jakby go coś tknęło, pochylił się do Paczuskiego.

- Dites-donc? szepnął - czyż dostrzegł, że się bierze do której z naszych panien? hę? bo - widzisz - od lat dwóch czy trzech, gdy mamy przyjemność mieć go między sobą, ja nie złapałem go nigdy na najmniejszej chętce przypodobania się i bałamucenia.

Służy wszystkim paniom - ale żadnej nie daje pierwszeństwa.

Zdaje mi się, że od matrymonialnych projektów jest... daleko? Hę?

- Ja też o żadnych nie wiem - odparł Emil - wprost, tak sobie, ciekaw-bym był tylko coś więcej o nim wiedzieć niż inni.

- No - to ci powiem - szepnął pasożyt - żem słyszał go mówiącego o społeczeństwie galicyjskiem z wielką znajomością tamtejszych stosunków. Być może...

- Przepraszam, rozśmiał się Józio, bo mnie się trafiło także podsłuchać rozmowę jego z hrabią D. - o Poznańskiem i miałbym prawo z niej wnosić, że chyba ztamtąd pochodzi, bo zna doskonale wszystkich. Działyńskich, Żółtowskich... tutti quanti.

Emil śmiał się, Salvator głowę spuścił.

- Naprawdę mówiąc - ciągnął po chwili, popiwszy herbatą, Paczuski - nie rozumiem go i z tego względu, że ani powołania, ani celu, ani upodobań szczególnych nie widzę w nim. Czem się on zajmuje?

- Un homme da monde! - szybko podchwycił pasożyt - czemże ty chcesz, żeby się miał zajmować? Bywa w towarzystwach, bawi się, czas spędza przyjemnie, czyta nowe książki, jest au fait wszystkiego, co się gdzie dzieje...

Mówiono mi, że znawca sztuki niepospolity, lubi stare rupiecie.

Józio trochę złośliwie wtrącił:

- Kochany Emilku - a twoje powołanie??

Zaczęli się śmiać wszyscy.

- Moje powołanie może jeszcze się nie miało czasu objawić - zawołał Paczuski. - Zresztą kocham się nieustannie, lubię jeść i bawić się, a ten wasz Horpiński nie kocha się, a cokolwiek robi, to z taką obojętnością i chłodem zużytego człowieka, jakby do niego serca nie przykładał.

Salvator kazał sobie podać kieliszek Fine-Champagne i szklankę wody. Rozmowa na tem zawieszoną została. Spoglądano ku temu kątkowi, w którym ciągle jeszcze siedział tajemniczy Horpiński, dopijając herbatę z obojętnością i roztargnieniem człowieka, który nie ma się do czego śpieszyć i radby tylko czemś czas zabić.

Ani on do nikogo, ani do niego nikt się nie zbliżał. Parę osób go pozdrowiło, przechodząc... pozostał sam...

Wstał wreście zamyślony, zapłacił i wolnym krokiem prześliznąwszy się pomiędzy gośćmi, zniknął we drzwiach...

- Gdzie on mieszka? - zapytał Paczuski. Józia ta ciekawość natarczywa bawiła. Salvator odwrócił się.

- Byłem raz u niego - rzekł, - posyłała mnie hrabina A...owa, chodziło o loteryą fantową, na którą ofiarował wcale ładny bronz Barbedienne'a, wart pewnie jakie 100 rubli. Mieszka na początku Nowego Światu, na drugiem piętrze, prawda, ale kawalerskie jego pomieszkanie - w surowym stylu, - nie mogę inaczej zdefiniować - arystokratycznie piękne.

Gustu ma wiele, najmniejszego dysonansu. - Jest to natura artystyczna. Obrazów niewiele, ale piękne i cenne, statuetki, cacka, dużo rzeczy cennych... Umeblowanie w jednym stylu... książek i dzienników dużo... Dostatek i zamożność bardzo wyraziście w oczy biją.

- Ale to właśnie - zawołał Emil - może obudzić podejrzenie...

Józio przerwał śmiechem, a Paczuski zapił herbatą.

- Że się dobrze ma - mówił Salvator - to nie ulega wątpliwości...

- A to was nie uderza - rzekł Paczuski, - że ten piękny mężczyzna, jak mówicie, dostatni, dobrze wychowany, zbliżający się może do czterdziestki.... stoi tak sam jeden jak palec i nie myśli nawet o ożenieniu się.

Uśmiechnął się pasożyt i dużą swą żółtą łapę położył na ręce Emila.

- Kochany Emilu - rzekł - właśnie dla tego że do czterdziestki się zbliża, już mu nie tak pilno się żenić i kochać, jak tobie, dla którego miłość i kobieta mają urok nowości... Ręczę, że on już wiele przeżył, doświadczył, może przebolał, a to samo, że się schronił tu na grunt neutralny, gdzie go nikt nie zna, gdzie go żadne nie prześladują wspomnienia - daje do myślenia!!

Jest to dobrowolne wygnanie!

- Uwaga nadzwyczaj trafna!! - podchwycił Paczuski... To wistocie rzuca pewne słabe światełko...

Pochlebiało snadź pasożytowi, iż uznano jego przenikliwość, - zatarł ręce. Spojrzał na zegarek i brwi podniósł: godzina była spóźniona. Emil i Józio, nie mając się czego śpieszyć, dolewali sobie herbaty... Laskonogi Salvator pożegnał się z nimi, i w tejże chwili z cygarem w ustach powrócił Lurski, skrzywiony...

- Cóżeście u licha długo rozprawiali z tym zdrewniałym szparagiem bez główki? - odezwał się kwaśno. Ma foi! to sztuka z tym paplą tak długo wytrzymać, - uważałem, że rozmowa była bardzo ożywioną.

- Zawsze o Horpińskim - wtrącił Józio, ale to nie moja wina. Paczuski jest nim podrażniony...

Lurski głową potrząsał...

- Jeżeli cię już tak bardzo piecze ciekawość - odezwał się zwracając do Paczuskiego, toć najprostsza rzecz. Zbliż się do niego. Jest bardzo grzeczny, mówią, że zawiązuje łatwo znajomości.

- Ale one do niczego nie prowadzą - odparł wstając z krzesła Emil. - Wiem o tem doskonale od Waleryana.

Rozśmiał się i dziwną minkę zrobił pogardliwą.

- Walerek jest zawsze a court d'argent - mówił dalej. - My już mu nie pożyczamy, bo to jest beczka Danaid. Widząc Horpińskiego tak zamożnym i często szczodrym, Walerek, jak mi się sam przyznał, - łapę zagiął na Sylwana. Przylgnął do niego, starał mu się usługiwać, rozgorzał przyjaźnią niezmierną - ale, niestety - bez wzajemności! Grzeczny, ale niesłychanie zimny. Horpiński umiał go tak trzymać w pewnem oddaleniu, poufałości z sobą niedopuszczając, że Walerek napróżno czas stracił. Nie śmiał go nawet prosić o pożyczkę.

Paląc cygaro, słuchał Lurski.

- To mi daje wyższe jeszcze o nim wyobrażenie - rzekł. Ma rozum i umie się z ludźmi obchodzić. Odmówić zręcznie pieniędzy, było niczem, ale Walerkowi usta zasznurować tak, że się odezwać nie śmiał, ma foi - to sztuka! - ależ to doskonałość!

Lurski śmiał się - Walerek musi być skonfundowany.

- Rozumie się - mówił Emil. - To też poczciwej nitki nie zostawia na tym Horpińskim i - przyznam się, że jego paplanina we mnie taką obudziła ciekawość...

Kapitan dumał roztargniony.

- Ktokolwiek on jest - rzekł w końcu - mam o nim z tego, co widzę i słyszę, wcale niepospolite wyobrażenie. Już tosamo, że się nie daje spenetrować pierwszemulepszemu - dowodzi rozumu.

To mówiąc wujaszek-kapitan włożył kapelusz na głowę, obejrzał się dokoła i odniechcenia pożegnawszy młodzież, nucąc śpiewkę, wyszedł z cukierni.

Teraz i naszym paniczom czas było do domu.

Pierwszy z nich, ciekawy Emil Paczuski, pulchny, różowy pieszczoszek, jedynak u bogatej mamuni, siedział w mieście bez żadnej potrzeby i celu. Matka wolałaby go była stokroć widzieć na wsi, biorącego się do gospodarstwa pod jej okiem. Emil lubił się bawić i wynajdywał najnieprawdopodobniejsze powody do przeciągania pobytu w Warszawie. Miał tu wcale przyzwoity pied a terre, - służącego starego, dodanego dla dozoru, który go niegdyś nosił na rękach, - a że mu na pieniądzach nie zbywało, bawił się wyśmienicie. Próżniacze to było życie, w dobrem jednak towarzystwie, które niezawsze jest dla takiego młodzika najlepszem.

Mamę to uspakajało, że Emil nie wdawał się z lada kim, i, sam majętny, szukał sobie znajomości w wyższych kołach. Nie widziała więc niebezpieczeństwa pobytu w Warszawie, a ceniła to, że się chłopiec ocierał, zabierał znajomości, i że mu czas upływał wesoło. Była dla młodości wyrozumiałą.

Emilowi tu czas upływał bardzo przyjemnie. Nie miał innych obowiązków nad te, jakie wkładają względy towarzyskie; oddawał wizyty, zaproszony, stawiał się do tańca, przynosił bukiety, starał się o książki i nuty, i t. p.

Me mając wcale zamiaru żenienia się, Paczuski był łatwy do zajęcia się pierwszą świeżą towarzyszką niewieścią - lecz z równą łatwością zwracał się potem do innej i pociągającej urokiem nowości. Nie zbywało mu na pewnem wykształceniu, miał nawet czasem zachcianki do czytania i, gdy nie było co robić, połykał romanse francuzkie - nie czuł jednak potrzeby zagłębiania się zbytniego w nauce. Z tym zapasem, jaki już sobie uzbierał w towarzystwie, mógł uchodzić za dobrze wychowanego, roztropnego i przyzwoitego młodzieńca. O więcej się nie dobijał nateraz.

Życie obowiązków, pracy - spokojne, regularne, niekiedy mu się na dalekim planie ukazywało, jako nieuchronny koniec - ale tymczasem miał młodość do spożytkowania, i wyrzekać się jej nie myślał. Dobrego serca zresztą, - przywiązany do matki, nie swarliwy, lubionym był powszechnie. Starsi znajdowali go nieco dziecinnym, a czyniło go takim pieszczone wychowanie mamusi, dla której był zawsze jeszcze tym maleńkim Milusiem, którego długo, długo na kolanach trzymała.

Józio Szalawski, syn wysokiego urzędnika, w hierarchii zajmującego stanowisko znaczące, - jedynak także ojca, bo miał tylko dwie siostry, - nawykły był do życia dostatniego, gdyż prezes-papa i pensyą pobierał znaczną i z siebie był majętny. Ale ojciec, surowy, wymagał od niego, aby pracował, i dopilnowawszy dokończenia nauk, pozyskania stopni, - zaprzągł go do biura. Wytkniętą miał karyerę i wyznaczoną drogę.

Stosować się musiał do życzenia ojca, nie opierał mu się, - ale w duszy znajdował tę niewolę urzędu całkiem dla siebie zbyteczną. Wiedział, że ojciec mu majątek ziemski przeznaczał i wzdychał do wiejskiego życia, widząc w niem więcej swobody i niezawisłości.

Ale praca w biurze, którego głową był ojciec, zbyt utrudzającą nie była. Józio przez prezesa miał wstęp do towarzystwa najlepszego, bywał wszędzie i urzędowanie swe uważał za malum necessarium. Głową i wykształceniem Józio przechodził o wiele Emila, z którym był zaprzyjaźniony. Więcej od niego czytał, myślał i miał chwile poważniejszego zapatrywania się na życie. Pomimo to świat miał urok dla niego i odrywał go ku sobie.

Wyszedłszy z cukierni, dwaj przyjaciele zapalili cygara i gwarząc szli jeszcze czas jakiś razem.

Noc była jasna księżycowa, wiosenna, ciepła; ludzi już na ulicach niewiele. Ponieważ obaj do Krakowskiego Przedmieścia szli razem i w jednym kierunku, urywana rozmowa zabawiła ich jeszcze.

Wtem Emil trącił w bok towarzysza i ukazał mu kogoś, wolnym bardzo krokiem, wlokącego się także ku Krakowskiemu Przedmieściu.

Był to ów Sylwan Horpiński, który tak niepokoił Paczuskiego.

Szedł nadzwyczaj powoli, zadumany, jakby mu zupełnie było obojętnem, kiedy się dostanie do domu, a nawet, czy na drodze go znajdzie. Paczuski i Józio zboku długo mu się przypatrywali. Nie zważał na nich. Spoglądał ostygłem okiem po domach - zatapiał wzrok w ulicach bezmyślnie, zatrzymywał się, szedł - i zdawał się tak zatopionym w sobie, jakby wcale nie wiedział, co się z nim działo.

- Patrzajże - szepnął Emil do towarzysza - niejest-żje to Sfinx?... nie mam-że prawa pytania i badania: co ten człowiek na świecie robi?

- Powiedziałbyś teraz, patrząc na niego, że jakieś niewysłowienie ciężkie brzemię barki jego uciska!...

  

______________________________________

  

Wszyscy, którzy mieli szczęście znać panią Zawierską, z domu hrabiankę L....., zgadzali się na to, że celem jej pobytu w Warszawie nie mogło być nic innego, jeno wydanie córki zamąż. Tymczasem p. Michalina, piękna, bogata, utalentowana, dowcipna, pod wszelkiemi odznaczająca się wśród najświetniejszego grona swych rówiennic i towarzyszek - miała już lat dwadzieścia i dwa, z czego nietylko nie robiła tajemnicy, ale nadto często mówiła o tem - a o wyjściu za mąż dotąd naprawdę mowy nie było.

Mogących i chcących się starać o ten klejnot, było nadzwyczaj wielu, począwszy od mających się za geniusze artystów i literatów, aż do hrabiów i książątek - ale przystąpić do panny Michaliny mało się kto ważył.

Misia, ubóstwiana przez matkę, była zawsze trochę excentryczną, a z latami stała się postrachem tych, co ją otaczali. Nie była złośliwą - przeciwnie, czasem aż nadto pobłażającą i łagodną, ale nie szanowała form przyjętych i buzi ślicznej utrzymać nie umiała. Zapytania jej i odpowiedzi czasami wprawiały w osłupienie śmiałością, zuchwalstwem niemal. Matka bladła naówczas, drżała - a Misia, gdy ją widziała przelęknioną, umiała wyplątać się z najcięższego położenia.

Rozum przyznawali jej wszyscy, nauki miała aż nadto, talent szczególniej do malarstwa zdumiewający; z powierzchowności naostatek sama już zdolną była oczarować i ująć.

Są nadzwyczajne piękności, które nic nie mówią; patrzy się na nie z uwielbieniem, ale odchodzi bez wzruszenia. Michalina miała w sobie coś tak uroczo pociągającego, iż kto ją raz widział, ten za nią tęsknił potem całe życie...

Wyższość jej nad pospolitych ludzi dawała się czuć we wszystkiem, a nie była dumną i odstręczającą.

Miernego wzrostu, kształtna i zręczna, miała główkę greckiej bogini, ożywioną promykiem rozbudzonej intelligencyi, jakiej bóstwa helleńskie nie miały. Czoło, więcej rozwinięte, niż na medalach i w posągach starożytnych, nie było jednak nieproporcyonalnie wyniosłem. Czarne oczy, pełne wyrazu, myślące, rozumne, nie biegały z przedmiotu na przedmiot, prześlizgując się po powierzchniach: wlepiały się, badały, zatapiały w ludziach i obrazach świata.

Opisać tej fiziognomii nikt nie umiał - bo wielka jej piękność, nie w pojedyńczych rysach mieszkała, ale w cudownej harmonii całości. Taksamo postać przypadała do twarzy, a ruchy uderzały naturalnością i swobodą.

Wdzięk niewieści, który towarzyszył jej każdemu poruszeniu, dziwnym sposobem godził się ze śmiałością, niemal kobiecie niewłaściwą. W niej ta odwaga, ta szczerość słowa, wejrzenia i postępowania, płynęła tak naturalnie z usposobienia, iż nie raziła nikogo.

Misia umiała być jak dziecię wesołą i jak starzy poważną - a usposobienie wewnętrzne więcej ją ku powadze skłaniało. Czytała wiele, myślała więcej jeszcze może; uczyła się chciwie, ale i ze świata czerpała naukę - co mało kto umie.

Matka jej, która, ją jedną mając, kochała aż do bałwochwalstwa - była pierwszą wielbicielką tego fenomenu, tego cudu; zachwycała się nią, ale pocichu płakała nad tem, że Misia, na tej stojąc wyżynie, przeznaczona jest na osamotnienie.

Pocichu mówiła sobie: kto jej godzien?

Wolałaby była widzieć ją mniej piękną, mniej rozumną, mniej boginią a więcej pospolitą dobrą dzieweczką, dla którejby szczęście łatwiej znaleźć było. Sama pani Zawierska nie była też pospolitą kobietą, i wychowanie, jakie dała córce, najlepiej o tem świadczyło. Nikt lepiej Misi nie oceniał i nie rozumiał nad nią - ale nikt się tą wyższością nie martwił więcej.

Ta wyższość przy całej łagodności dziecięcia, była przyczyną, że Misia nie mogła wyjść dotąd zamąż, a matka jej nakłaniać do tego nie śmiała.

Matka i córka zrozumiały się łatwo w tym względzie. Misia potrzebowała kogoś, coby pozyskał, nietylko jej chwilową życzliwość i sympatyą, ale poszanowanie; pragnęła mieć męża, coby ją rozumiał - a intelligencyą i sercem był jej równy.

Większa część pretendentów, bardzo położeniem swem towarzyskiem odpowiednich wymaganiom, zbliżywszy się do Misi, cofała się, nie mając odwagi nawet spróbować szczęścia.

Ona nie zrażała nikogo - ale sami wielbicieli przekonywali się, iż za wysoko sięgali.

Panią Zawierską nabawiało to niepokoju niewysłowionego; Misia zaś była, lub zdawała się być, zupełnie spokojną i szczęśliwą.

- Matusiu - wierz mi, nie mamy się czego śpieszyć - mówiła - małżeństwo jest związkiem nierozerwanym: nie podobna ważyć się na nie - bez namysłu i na los szczęścia!

Zimy więc spędzały te panie w Warszawie, a często i część wiosny, jak w tym roku; jechały potem na wieś, bawiły do jesieni i z przymrozkami wracały do raz na zawsze najętego na Nowym Świecie mieszkania, które ze zbytkiem, smakiem i komfortem było urządzone.

Majątek bardzo znaczny, szczęściem zagospodarowany dobrze przez nieboszczyka i równie starannie zarządzany przez jego szkolnego towarzysza i przyjaciela - wdowca bezdzietnego, który do rodziny był całem sercem przywiązany - dozwalał pani Zawierskiej żyć na stopie bardzo wysokiej, przyjmować najlepsze towarzystwo i nie rachować się z groszem do zbytku, bo nigdy dochodów swych nie przeżywała.

Wiedziano bardzo dobrze, iż panna Michalina, co najmniej parę milionów mieć mogła posagu: była to więc partya dla najznaczniejszych nawet rodzin odpowiednia; ale panny Michaliny obawiano się trochę.

Płochości i zalotności nie miała najmniejszej. Lubiała się ubierać pięknie i z wielkim smakiem, ale smak u niej zastępował zbytek. W stroju nawet, nie wojując z modą, umiała być niezależną. Tworzyła sobie suknie, nieuderzające dziwactwem, niebijące zbytnio w oczy, a jednak oryginalne.

Obie panie lubiały towarzystwo, nie stroniły od ludzi i salon ten liczył się do najmilszych, bo nie zamęczał, ani zbytnią muzyką, ani literaturą przymusową, ani popisami uczonemi.

Każdy się w nim czuł swobodnym. Raz w tydzień, we Czwartek, bywał obiad proszony, na który zwykle do dziesiątka osób obojej płci się zbierało, a po nim wieczorem przybywał, kto chciał i był łaskaw, na herbatę i wieczerzę.

Na pasożytach obojej płci nie zbywało, naturalnie, a Zawierska znajdowała ich potrzebnemi. Przynosili oni z sobą życie, nowiny, wesołość, nastręczali się do małych usług - a złośliwości ich nie dawano się tu rozpościerać, bo matka i córka zarówno nie dopuszczały przestąpienia pewnych granic. Wiedzieli o tem goście - i musieli się do wymagań domu stosować.

Salon, - zdaniem wielu wybredniejszych - miał trochę mieszane towarzystwo, lecz właśnie to dawało mu barwę właściwą. Bywali w nim i najwięksi panowie i - "towarzystwo" par excellence, to, co sobie przywłaszcza wyłączne imię jego - i artyści, literaci, finansiści, mieszczaństwo wychowaniem stojące na równi z wielkim światem. Szlachta przybywająca chwilowo do Warszawy, choćby małoco znana Zawierskiej, lub przez kogoś znajomego wprowadzona, zbierała się chętnie i tłumnie.

Czas więc upływał bardzo przyjemnie, a - co najdziwniejsza - dom ten, któremu tyle było do pozazdroszczenia, nie miał nieprzyjaciół, nie czepiała się go obmowa i plotki...

Życie tych pań biegło jasne - drzwi ich tak otwarte, stosunki tak jawne, że kłamstwo przylgnąć do progu nie mogło...

Wybredni tylko smakosze, spotykając się tu z professorami, z artystkami, z ludźmi niesalonowymi, ubolewali nad tem, iż pani Zawierska surowszego nie czyniła wyboru.

Któż wie? - onaby może mniej była gościnną, ale córka miała tylko jednę miarę i znała jedyną kwalifikacyą: wychowanie, talent i intelligencyą.

Nazajutrz po owem przedstawieniu, którem Żółkowski tak swych starych przyjaciół i wielbicieli zachwycił, był właśnie Czwartek, dzień zwykły obiadu i wieczornego przyjęcia u pani Zawierskiej.

Na obiad jednak mało osób proszono, dlatego, że ze wsi przybył właśnie ów przyjaciel nieboszczyka Zawierskiego a teraźniejszy rządca i opiekun tych pań: pan Kaźmierz Pruszczyc.

Wieśniak, nawykły do cichego życia, w towarzystwie stolicy czuł się nieswoim: nie chciała więc, przyjmując go, Zawierska mieć wiele osób u stołu...

Chociaż rządzca tylko, Pruszczyc był raczej na stopie opiekuna i przyjaciela. Szanowano go, ceniono, a stary zasługiwał na to... Nie mając rodziny, niegdyś żołnierz, Pruszczyc przywiązał się do domu i służył mu tak, jakby nie był obcym, ale swoim.

Zawdzięczała mu Zawierska swój spokój i dostatek... a obie z córką kochały go, jako żywego przedstawiciela nieboszczyka Zawierskiego, jako jego troskliwego zastępcę.

Pruszczyc odrazu zdradzał swoje dawne powołanie żołnierskie: wyglądał typowo na starego kapitana z tych czasów, które przesłużył, ale był dobrze wychowanym, bo pochodził z dosyć majętnej rodziny szlacheckiej i obracał się w kołach wojskowych arystokratycznych. Teraz był to już tylko zabiegliwy gospodarz, rachmistrz, - a w wolnych chwilach czytelnik niezmordowany gazet, bo go polityka do zbytku zajmowała i zdawało mu się zawsze, iż ona pociechę mu na starość przyniesie. Wierzył w szczęśliwe konjunktury, które się nigdy nie sprawdzały. Drugą słabością Pruszczyca było upodobanie w koniach, tak, że nawet wyścigowe hodował i - choć się na nich zawodził, ciągle marzył o wytworzeniu wschodnio-polskiego bieguna, któryby angielskie pobił.

Patryotyzm jego sięgał aż do stajni. Według Pruszczyca nie było żołnierza nad naszego, ani konia, ani lasu, ani zwierzyny, ani powietrza ni wody - ani - (nadewszystko) - takich kobiet, jak nasze.

Rozumie się, że od dziecka wielbił Misię, gdy jeszcze w krótkich sukienkach i spódniczkach chodziła - a teraz miał ją za niewiastę cudowną, godną chyba tronu...

On się też bynajmniej nie dziwował, że zamąż nie wychodziła. Za każdym razem, gdy do miasta przybywał, gdy Zawierska z Misią na wieś przyjeżdżała - spotykała go z lamentem.

- Kapitanie! - dotąd nic! nic! nikogo!!

I łamała ręce biedna, a Pruszczyc wąsa pokręcał.

- Trudno dla niej znaleźć parę... Ho! ho! To się wie... Ale - potrafi ona swym rozumem odkryć tego, którego jej Bóg przeznacza... Ja nie wątpię o tem... a Opatrzność zaopiekować się nią musi, bo kimże-by już się opiekowała - jeśli nie takim kwiatem i perfekcyą?...

I teraz taksamo witała Pruszczyca Zawierska, a kapitan, śmiejąc się, pocieszał - miał przeczucie blizkiego jakiegoś szczęśliwego wyboru...

- Niema do tego najmniejszego podobieństwa - niestety! - odparła Zawierska... - Młodych ludzi bywa u nas mnóztwo, ale Misia nie daje z nich żadnemu pierwszeństwa!..

Pruszczyc pokręcał wąsa.

- Tem lepiej, pani dobrodziejko, - mówił wesoło. - dłużej się my nią będziemy cieszyli. - Ja jestem egoista...

Na obiad dnia tego przypadkiem zaproszony był Emil Paczuski. Wypadło mu tą grzecznością opłacić jakąś przysługę. Pruszczyc w czasie obiadu przypatrywał mu się bardzo bacznie, - słuchał jego rozmowy z panną, która więcej zabawiała gościa niż on ją, a po obiedzie, zbliżywszy się do pani Zawierskiej, przy czarnej kawie, szepnął jej cicho:

- Pani moja łaskawa, możnaż obwiniać Misię, że się z wyborem nie śpieszy? Przyglądałem się i przysłuchiwałem w czasie obiadu tego młodzieńca rozmowie!! Ładny chłopiec, krew z mlekiem, dobrze utuczony i gdyby na pieczyste, tobym go wybrał chętnie... Ale na męża! dla panny Michaliny!! Ona-by z nudów z nim umarła, bo to wiatrem nadęte i niema w tem nic!!

Emil Paczuski - należy go oczyścić z podejrzenia, - wcale o pannę starać się nie myślał, uznając sam, że nie dla niego ona była. Lubił z nią mówić, dumnym się czuł z przyjęcia w tym domu, ale ani zakochać, ani się rozmarzyć nie ośmielał.

Misia, która na wskroś przenikała ludzi i każdego z nich umiała zużytkować właściwie - znała słabe i mocne strony Emila, posługiwała się nim chętnie i zręcznie, a prawie zawsze tak, iż on sam nie wiedział o tem, do czego jej był potrzebny.

Ciekawość względem Sylwana Horpińskiego, którą objawił Emil poprzedniego wieczora, zaczerpnął on także od Misi. Ona-to kiedyś odniechcenia rzuciła zapytanie tyczące się znajomego a nieznanego człowieka. U pani Zawierskiej bywał on bardzo często... a nawet cieszył się pewnemi względami panny Michaliny, która rozmowę jego znajdowała miłą, i wdzięczną mu też była że - nigdy nie przechodziła granic pewnych... - nie trąciła żadną chętką przypodobania się.

Emil chciałby był przysłużyć się ciekawej pannie, jakiemiś "niewydanemi" wiadomościami o Horpińskim, biegał za niemi, ale dotąd mu się nie powodziło.

Dom, który najmowała pani Zawierska od lat blizko dziesięciu (pierwsze piętro) - chociaż była tu lokatorką tylko, - urządzony został przez nią i dla niej. Miała swobodę zupełną restaurowania i przerabiania i w ciągu tych lat po myśli swojej i córki przekształciła mieszkanie.

Jak towarzystwo, które się tu zbierało, salon i apartamenta Zawierskiej nosiły na sobie właściwe piętno - neutralnego stanowiska, na którem żywioły różne spółeczne się skupiały, nie wypowiadając sobie wojny.

Kosztownie umeblowane pokoje nie miały tej nieznośnej fiziognomii hotelowej, jaką nadaje wytworność bez smaku. Misia, artystka, wszystko tu umiała dobrać harmonijnie i zestawić tak, aby stworzyć obrazek nie bez pewnej oryginalności, a bez pretensyi do niej.

Starała się o to, ażeby i w salonie i w przytykających pokojach sprzęt był wedle umyślnie sporządzonych rysunków wykonany, z tym warunkiem, ażeby ich nie powtarzano. Żadna z ozdób w salonie nie była też repetycyą jakiegoś czegoś oklepanego, choćby pięknego. Główny salon, w stylu XVI wieku cały, miał wiele powagi i prostoty. Inne pokoje, z rozmaitych epok, równie starannie były przyozdobione. Żaden z obrazów wiszących na ścianach nie nudził widokami Szwajcaryi i Tyrolu; żadna zła kopia sławnego oryginału nie zalegała próżnego miejsca. Nie było przesytu i przeładowania fraszkami, a te, którym uczyniono honor wybrania ich dla reprezentowania smaku epoki, wistocie ją reprezentowały.

Z takiem staraniem, ale skromnie i nie krzycząco, umeblowane mieszkanie dawało odrazu poznać w kobietach, co je zajmowały, - osoby wykształcone i myślące.

Dla pospolitych gości mniej tu było do zabawienia oczów, dla artystów i znawców - mnóztwo rzeczy obudzających idee, zatrzymujących wzrok.

Misia starała się przytem, ażeby najrozmaitszemu smakowi ludzi przyjmowanych zadość uczynić. Dla muzykalnych był fortepian doskonały, dla grających w bilard salka osobna, mnóztwo dzieł illustrowanych o sztuce do oglądania i przerzucania, całe teki fotografii z Włoch, Egiptu, a nawet z Indyi i Japonii.

Nie wolno było palić w salonie, bo p. Zawierska i Pruszczyc znajdowali, że go to czyniło podobnym do kurdygardy; ale nałogowi palacze, mieli "fumoir" do którego ich kamerdyner zapraszał.

Mnóztwo najśliczniejszych kwiatów, odnawianych często, nadawało pokojom fiziognomią młodą i wesołą. Nie było i to obojętnem dla wielu, że stół pani Zawierskiej mógł najwykwintniejszego zaspokoić smakosza. Niestety! Starzejąc się potrosze, p. Zawierska stała się sama nadto może czułą na uroki kuchni, którą się nie zajmowała wprawdzie, ale chciała ją mieć doskonałą.

Z tego wszystkiego łatwo już sobie wyobrazić, jak przy wielkim takcie w postępowaniu, salon pani Zawierskiej musiał się stać popularnym, i jak chętnie ludzie do niego płynęli.

Życie byłoby ze wszech miar rozkosznem, gdyby go nie zatruwała troska o przyszły los córki.

Matka liczyła, nietylko lata, miesiące, tygodnie, ale dni, które upływały dla Misi... wśród tego szczęścia, ale bez poręki na jutro.

Wieczorem dnia tego towarzystwo nie zebrało się zbyt licznie. Kilka starszych pań, jedna panna, która w sekrecie (le secret du polichinelle) oddawała się literaturze, i dużo mężczyzn się znalazło, ale na salony obszerne, wszystkiego tego było mało.

Lurski, który wysoko cenił kuchnią i kucharza Zawierskiej, jej wina - i wszystko co tu podawano, nie chybił dnia tego. Przy świetle większem wydawał się trochę śmiesznie w toalecie wieczornej, ze swą sino-czerwoną, jakby nabrzękłą, twarzą, z otyłością - i ruchami, które chciały być wdzięcznemi. Za tę powierzchowność płacił wytworną, doskonałą francuzczyzną i dowcipem ale u pani Zawierskiej musiał złośliwości swej uzdę nakładać, bo tu - nie dopuszczano obmowy i szkalowania bliźniego.

On i Salwator (niecierpiący się jak rywale) - obaj tego wieczoru nie chybili. Paczuski, zaproszony na obiad, namówił Józia, aby się stawił wieczorem.

Tło obrazu stanowili różni artyści i dyletanci, a dokuką tego wieczora, którą znosić musiała biedna panna Michalina, był Kamerherr, znany ze swego kultu sztuki, poświęcający się malarstwu i szukający z tego chluby.

Kamerherr, najnudniejszy z ludzi, najzarozumialszy z expertów (miał się za jednego z nich) wiedział, że panna rysowała, malowała i kupowała obrazy: miał więc sobie za obowiązek bawić ją opowiadaniem o Rafaelach, które poznawał we Włoszech po albergach i nabywał - o swej przenikliwości, a nadewszystko o sobie i dziełach własnych.

Malował - niestety!! - Mały, łysy, niezgrabny, gadatliwy był plagą dla tych, do których przystawał - ale grzeczność go znosić kazała.

W przekonaniu własnem miał się za jednę z tych powag w rzeczach sztuki, której Lübke i Cavalcaselle radzić się byli powinni.

Panna Michalina z anielską go cierpliwością słuchała, co mu pochlebiało; ale ze wzroku jej i minki, można było posądzać, że myślała o czeminnem. Kamerherr tymczasem od niepomiernego paplania usta aż miał czasem pianą okryte, jak rumak po szybkim biegu.

Postać to zresztą epizodyczna, którą pominąć możemy.

Trochę późno zjawił się także pan Sylwan Horpiński. Zdaleka go dostrzegła panna Michalina, a że matka była zajęta świeżo przybyłemi starszemi paniami, manewrowała więc tak zręcznie, iż mogła go przywitać. Pociągnął za nią Kamerherr, i również raczył Sylwanowi skinąć głową, gdyż znał go, i czasem Horpiński bywał mu do expektoracyi potrzebnym. Lubił sztukę - a kto sztukę kochał, ten musiał paść ofiarą Kamerherra, który był jej uznanym, urzędowym kapłanem.

Zdaleka przywitawszy pannę Michalinę, niechcąc jej być natrętnym, Horpiński zniknął zaraz w grupie mężczyzn.

Widać było, że go wszyscy znali i witali bez wyjątku grzecznie, uprzejmie, chętnie. Wistocie, Sylwan, (o czem wiedział świat cały), nigdy od nikogo nic nie potrzebował - nie był zawadą, nie stawał się natrętnym, w wielu razach posługiwał chętnie: w tej więc mozaice różnobarwnej, z której się składa towarzystwo, był szkiełkiem użytecznem i pożądanem.

Zkolei wszyscy do niego wyciągnęli ręce, napraszali się nieco z przywitaniem, ująwszy dłoń, długo nią potrząsali serdecznie, uśmiechali mu się. Był gościem miłym.

Ale - jak wczoraj w cukierni, tak dzisiaj w salonie, p. Sylwan wszedł zamyślony, chłodny jakiś, grzeczny - i, jakby zamknięty. Poufałości nie okazał nikomu, uprzejmość - wszystkim jednakową.

Strój był trochę zangielska, nieuderzający niczem, oprócz bardzo wykwintnego kroju. Żadna z tych błyszczących ozdób, któremi się młodzież lubi popisywać, nie dawała się widzieć na nim. Nawet łańcuszek zegarka zastępowała wstążka czarna.

Zdala, z jednej strony, mierzyła go oczyma ciekawemi panna Michalina, z drugiej Emil Paczuski, któremu o to szło, aby zaspokoił pannę Zawierską i okazał się lepiej poinformowanym nad wszystkich.

Zaledwie wszedłszy, p. Sylwan znalazł chętnych do rozmowy z sobą. On też jej nie unikał, zawiązywał z łatwością, prowadził zręcznie, badał umiejętnie; lecz po godzinie ożywionych rozpraw prawie zawsze ci, co z nim przyjemnie ją spędzili - po uczynionym obrachunku znajdowali, że więcej mu dali, niż wzięli od niego.

Emil Paczuski, który znał zdaleka p. Horpińskiego, po pewnym rozmyśle postanowił, zamiast szukać dla siebie reporterów - sam się starać zbliżyć do zagadki - i badać ją.

Dosyć zręcznie przerznąwszy się przez dzielące go od p. Sylwana szeregi, Emil przysunął się do rozmawiającego ze znanym artystą - pozdrowił go naprzód i, otrzymawszy wzajem powitanie zręczne, zatrzymał się przy nim. Miał zamiar wmieszać się do rozmowy i - na resztę wieczora przywiązać do Horpińskiego umiejętnem manewrowaniem.

Strategiczne te plany powiodły się zrazu. Emil znalazł rozmowę nastrojoną tak, że łatwo mu było wziąć w niej udział; odezwał się parę razy szczęśliwie i począł przysłuchiwać się.

Artysta mówił, naturalnie, o tem, co go najbliżej obchodziło: o sztuce i udziale, jaki ona miała w żywocie miasta naszego - o sprzedanych i zamówionych obrazach, o słynniejszych mistrzach pędzla i ołówka.

P. Sylwan słuchał z uwagą, odzywał się ze znajomością rzeczy, lecz ani na chwilę się nie rozgrzał - i trudno było domyśleć się, jak dalece go obchodziło to, o czem mówili.

Szczęściem dla Emila, odciągnięto malarza, i on sam pozostał z tym, którego pragnął wziąć na spytki. Natychmiast wcisnął pytanie jakieś dwuznaczne, mogące być wstępem do dłuższej rozmowy, i miał tę przyjemność, iż Horpiński chętnie ją zawiązał.

Emil słuchał z natężoną uwagą... Uderzyło go jedno: Sylwan mówił z wielką łatwością i płynnością, lecz oczy jego w czasie rozmowy biegały po salonie, po twarzach - i zajmowały się tymczasem czem innem. Nie będąc istotnie roztargnionym, wydawał się nim; to, co mówił zresztą, było pospolitą eau benite i nie dawało poznać człowieka.

Emil zrozumiał, zbliżając się do niego, że zajrzeć do wnętrza, - mogło być bardzo trudno. Był to człowiek szczelnie zamknięty, a Paczuskiemu brakło klucza, któryby ten amerykański zamek mógł otworzyć.

Co najmniej potrzeba było długo popracować nad zbadaniem mechanizmu, nim się pokusić mógł o dostanie się do wnętrza.

Kilka pytań rzuconych przez Emila, mających na celu odkrycie prowincyi, z której pochodził Horpiński - nie doprowadziło do niczego. W odpowiedziach Sylwan wymijał się bardzo zręcznie i niedając poznać, że chce czynić z czegoś tajemnicę - usuwał wszystko, coby na trop jej naprowadzać mogło.

Widząc, że twierdzę tę według wszelkich sztuki prawideł oblegać będzie potrzeba, Paczuski w końcu zdecydował się na to, aby serdecznie się przywiązać naprzód do p. Sylwana, narzucić mu się za przyjaciela - i w ten sposób, choć powoli, dojść do celu. Czynił to - dla panny Michaliny, ale przez próżność tylko, aby okazać się zręczniejszym od innych... przebieglejszym...

- Bądź-co-bądź! nie ujdzie mi! - mówił w duchu. Spenetruję go!...

Wśród dosyć ożywionej już gawędki, nagle sama panna Michalina znalazła się tuż blizko - i pozdrowiła Horpińskiego.

  

______________________________________

  

Emil usunął się natychmiast, znalazłszy doskonały pretext do tego w zbliżającym się Józiu, który powolnemi kroki zmierzał ku tej grupie.

Ze zwykłą swą swobodą i uprzejmością, uśmiechem powitawszy Horpińskiego, p. Michalina zagadnęła:

- Cóż pan porabiasz!... przez parę tygodni nie widzieliśmy pana?...

- Nadzwyczaj trudna dla próżniaka odpowiedź - odezwał się z uśmiechem Sylwan. - Wstyd mi się przyznać, ale ja nic nie robię...

- Gdyby to było prawdą, bardzoby mi pana żal było - podchwyciła panna. - Czyż podobna jest nic nie robić!... nie mieć jakiegoś celu w życiu! Gdyby go brakło, należałoby go stworzyć sztucznie.

Spojrzała na niego: stał zimny i zamyślony.

- Możem się źle wyraził - rzekł po chwili. - Prowadzę rodzaj życia, któreby kontemplacyjnem nazwać można. Patrzę - słucham... Niech mi pani wierzy, że to bawi i uczy.

Misia poruszyła ramionami.

- I nie masz pan ochoty wmieszać się do... aktorów, chcesz pozostać widzem? na zawsze! To być nie może.

Sylwan zawahał się z odpowiedzią.

- Dotąd nie miałem wistocie najmniejszej chętki do czynu - rzekł napół żartobliwie... Zleniwiałem, i - z tem mi dobrze...

- Lecz pozwoli pani, abym coś na uniewinnienie się, choć w części - dodał. - Ja otwarcie i jawnie jestem próżniakiem, a mnóztwo ludzi, napozór niezmiernie zajętych, mniej może wistocie robi odemnie.

Misia rozśmiała się.

- To może być - rzekła - ale grzech cudzy nie zmniejsza winy własnej.

Spojrzała na Horpińskiego, który stał grzecznie, chłodno uśmiechnięty...

- A! - dorzuciła pośpiesznie - ja pewnie jaknajmniej mam prawa prześladować kogóś za - próżniactwo, - bo cóż ja robię!?

- Pani, zdaje mi się - odparł Sylwan, - jesteś niezmiernie zajęta. Kochasz sztukę i sama jesteś artystką. Wszakżeż to jedno starczy na zapełnienie życia! I literatura nie jest jej obojętną.

- Tak, ale to są wszystko tylko diletanctwa, zabawki, a nie zajęcia - odparła p. Michalina, oczy spuszczając - a nie ma rzeczy śmieszniejszej nad takie miłośnictwo, gdy ono chce rościć sobie prawo do kunstmistrzowstwa... Kocham sztukę, to prawda - dodała żywo, - ale mi przynajmniej nikt zarzucić nie może, abym z tego szukała chluby... kryję się z tem, jak mogę.

Mówiąc to, zarumieniła się mocno, a Sylwanowi zdało się zapewne, że ją mógł niezręcznem słowem obrazić, i żywo dorzucił:

- Miałaż-byś mi pani wziąć za złe, że wspomniałem o sztuce?...

- Bynajmniej - rzekła, odzyskując wesołość i uśmiech, Michalina - wolałabym jednak, abyśmy mówili o czem innem, nie o mnie.

Podniosła oczy ku Horpińskiemu.

- Nie wyjeżdżałeś pan nigdzie? - spytała trochę bezmyślnie.

- Niechętnie opuszczam zawsze Warszawę - rzekł Sylwan - bo przyrastam łatwo do miejsca, no, i nic mnie nigdzie nie pociąga.

Misia byłaby go chętnie zapytała: czy nie miał rodziny, ale nie śmiała, obawiając się obudzić w nim jakieś nieprzyjemne może wspomnienia.

- Co do mnie - odezwała się, opuszczam chętnie miasto w czasie lata - na wsi jest tak zielono, kwiecisto, pięknie - z natury wieje przypomnienie jakichś szczęśliwszych wieków.

Horpiński się skrzywił.

- Natura jest prześliczna - rzekł - nie ma wątpliwości, ale co się tycze tych szczęśliwszych wieków sielankowych, zrodzonych w wyobraźni poetów, przyznaję się pani, że od czasu, gdyśmy zpomocą badań archeologicznych sięgnęli głębiej w dzieje prastare ludzkości, coraz mocniej się przekonywam, iż one były mrzonką i cywilizacya, na którą narzekają ludzie, ulepszyła, uszlachetniła człowieka, a nie zepsuła go pewnie.

- Nie chcę się o to sprzeczać - odparła Michalina pozwolisz mi pan tylko co do cywilizacyi uczynić to zastrzeżenie, że i ona może wyrosnąć nad miarę, zwichnąć się i zamiast uszczęśliwienia ludzkości, zawichrzyć nią i stać się dla niej zgubną.

- Trudno jednak oznaczyć będzie granice: gdzie cywilizacya zatrzymać się powinna i jakiego unikać kierunku? - rzekł Sylwan. - Ja jestem fatalistą i wierzę w prawa konieczne, tak, że nawet pewne zwichnięcia i wykolejenia przyjmuję jako zbawienne intermedya w historyi ludzkości.

Słuchała z uwagą Michalina, lecz nie chciała dalej w tym tonie prowadzić rozmowy. Zwróciła ją na sztukę i pytała Horpińskiego, czy ją lubił i czy cenił:

- Bo - dodała z uśmieszkiem - ja jestem tak wyrozumiałą, że przypuszczam nawet, iż ktoś może nie kochać tego, co dla mnie jest treścią życia i niezbędnym jego warunkiem.

- Przykro mi, żeś pani nawet wątpić mogła o tem iż mnie sztuka nie jest obojętną i obcą - począł Sylwan. - Nie jestem ani artystą, ani nawet dyletantem - ale nie pojmuję człowieka, pozbawionego zmysłu sztuki.... bo w niej skupia się, co ma najlepszego życie.

Oczy Misi zajaśniały.

- A! tak - rzekła wesoło - i dlatego żaden artysta, prawdziwy, rozumie się, natchniony, powołany, nigdy się na los swój nie powinien uskarżać: a tymczasem....

- Bo między artystami dużo jest rzemieślników - dodał Sylwan.

- I rzemiosło jest niezbędnie artyście potrzebnem - wtrąciła p. Michalina - tylko nie powinno opanowywać, ale służyć do wyższych celów. Technika kunsztu każdego jest - niestety - rzemiosłem.

Powtórnie już rozmowa obojga rozprawiających mimowoli wytoczyła na takie bezdroża, że długo na nich utrzymać nie mogła.

Misia zamilkła, rozglądając się po salonie. W tej chwili przystąpił z miną wielce śmieszną galapta Lurski i francuszczyzną wyśmienitą zagadnął pannę o jakąś sprawę wielkiego świata. Była mu prawie wdzięczną, że ją wybawił od zbyt już przedłużonego t?te a t?te wśród salonu z Horpinskim, bo oczy zawistnych zwracały się na nich. Sylwan, jakby to uczuł także, rozpoczął obojętnie gwarzyć ze stojącym najbliżej starym szambelanem, który, raz w życiu przetłómaczywszy coś z Montalamberta, żył na tym swym przekładzie, obwołany znakomitym myślicielem swego czasu; dosyć było wówczas dotknąć się de Maistra, Bonald'a, Lamenais'ego, Ozanam'a, Nicolas'a - aby mieć prawo do laurów filozoficznych.

W dalszym ciągu wieczora p. Michalina raz jeszcze się znalazła w blizkości Horpińskiego i zamieniła z nim kilka słów, z których niewiele - wyciągnąć zdołała.

A - była ciekawą.

Przenikliwa, mająca instynkt w poznawaniu i odgadywaniu ludzi, Misia niecierpliwiła się tem, iż, Horpińskiego widując oddawna, spotykając się z nim - ani odgadnąć, ani przeczuć go nie mogła.

Był dla niej sympatycznym, a ta lodowata powłoka, która go okrywała, której nie zrzucał dla niej nawet - drażniła ją. Myliłby się, kto-by sądził z tego, że bardzo przystojny Sylwan podobał się tak bardzo pannie Zawierskiej i że ta ciekawość kryła w sobie uczucie głębsze, że była zarodkiem miłości. Dotąd nie wyszła ona z granic ciekawości.

Dlaczego Horpiński tak się taił z sobą?

Już po drugiej tej rozmowie króciuchnej z nim, p. Michalina, w dobrym humorze, spotkała się z Paczuskim. Emil nie miał nic pilniejszego nad wesołe wyspowiadanie się jej - że spostrzegłszy, jak ją zaciekawiał tajemniczy p. Sylwan, próbował już rozbić otaczające go chmury, ale dotąd mu się to jeszcze nie udało.

- Jednakże - dodał - tak wziąłem do serca rozkaz pani...

- Ale ja nigdym nic nie rozkazywała.

- Życzenie jej.

- Jakże pan możesz myśleć, iż mnie tajemnica p. Horpińskiego - tak silnie obchodzi? - odezwała się, nie obrażona, ale rozśmieszona panna Zawierska.

- Dlatego to przypuszczam - odparł Emil, że ja sam - przyznaję się pani - jestem nią do żywego poruszony. Bądź pani sędzią. Ten człowiek od lat kilku obraca się w naszych kołach, zyskał prawo obywatelstwa w najlepszych i najwybredniejszych salonach, nie można mu zaprzeczyć, że na nie zasłużył, a żywa dusza nie wie: kto on taki, nikt nie zna jego przeszłości.

Misia patrzała na tłuściuchnego Paczuskiego, rozgorączkowanego, i gryzła koniec chusteczki w białych ząbkach.

- Tak to wziąłeś pan do serca - rzekła żartobliwie, iż teraz nie wątpię, że dotrzesz do źródła i - okaże się iż - nie mieliśmy czego być ciekawi, ani ja, ani pan.

- O! to najprędzej się nam trafić może - potwierdził Emil, ale nie mniej moim jest obowiązkiem...

Śmiejąc się, odbiegła od niego panna, a Paczuski pozostał utwierdzony w tem przekonaniu, iż życzyła sobie zbadać tajemnicę i jemu powierzyła to posłannictwo.

Nic niemający do czynienia lepszego, Emil tymczasowo postanowił, choćby z narażeniem własnego spokoju, dowieść pannie Michalinie, iż najtrudniejsze zadanie dla niego było łatwem. Szło o rehabilitacyą, gdyż zdało mu się, że go lekko traktowała.

W pomoc nie chciał brać nikogo. Emilo fara da se, powiedział sobie żartobliwie i przy wieczerzy starał się tak manewrować, aby się znalazł przy panu Sylwanie.

Przyszło to bez wielkiej trudności, gdyż, do wieczerzy zasiadając, wszyscy wogóle mieli głównie na względzie sąsiedztwo pasztetów, pieczystego, takich lub innych wina butelek raczej, niż pewnych osobistości.

Sylwan zajął pierwszelepsze wolne miejsce, a Paczuski pośpieszył usadowić się obok niego.

Miał na celu powolne zbliżenie się, spoufalenie, zaprzyjaźnienie. Lecz przy wieczerzy z drugiej strony siedzący stary wojskowy, gaduła, wziął tak w rekwizycyą Horpińskiego opowiadaniem o kampanii tureckiej i szpitalu zapowietrzonych, iż Paczuskiemu z największą trudnością przyszło się wmieszać do rozmowy. Nie odpowiadano mu nawet.

Miał przyjemność tylko raz podać musztardę Sylwanowi i dwa razy nalać mu wina, za co niemym uśmiechem został wynagrodzony. Do rozmowy nie przyszło, aż po wieczerzy, ale i teraz jakoś się nie kleiło. Zaczepili o teatr, Horpiński się odezwał: że czasem trudno bywa dostać bilet dobry, tak niemi spekulowano. Paczuski pochwycił sposobność, aby się oświadczyć jako expertus w tej sprawie, z przyjemnością służenia.

Podziękowano mu zimno.

Wieczór, jak wszystko w świecie, skończył się, choć późno, i wszyscy z niego wyszli w tem lepszych humorach, że i biedne machiny - ciała, bardzo mile zostały ogrzane i podżywione. Emil miał wielką ochotę przeprowadzenia Sylwana ku jego mieszkaniu, ale ten mu się tak wymknął, jakby już w nim czuł natręta.

Schwyciwszy, w niedostatku jego, Józia, z nim poszedł Paczuski, mieniając spostrzeżenia tyczące się głównych osób: p. Michaliny, kilku pań, kilku znakomitości, które się w salonie ukazały, a wostatku i Horpińskiego.

Nie uszło to niczyjego oka, że panna Michalina, dwa razy zaszczyciła go rozmową, i że zdawała się w niej znajdować przyjemność.

Józiowi panna się podobała bardzo ze swej uroczej piękności, i imponowała mu rozumem i taktem; ale patrzał na nią zdaleka, przejęty jakąś trwogą, i wyznawał przed przyjacielem, że gdyby miała, nie dwa, jak mówiono, miliony, ale cztery - i ofiarowała mu swą rękę - dałby drapaka. Emil śmiał się, mrucząc o zielonych winogronach.

- Mylisz się - odparł Józio - ja tylko jestem do szpiku kości mężczyzną, i dostojność mojej płci wysoko cenię, a u takiej kobiety musiałbym być pod pantoflem.

- Józieczku kochany - zawołał Emil. - Pantofel, należy do rzeczy przeznaczonych. Ty się go boisz tam, gdzie on jest widoczny, dotykalny, a nie unikniesz jednak - gdy ci się w innej postaci ukaże, napozór mniej strasznej, w rzeczy groźniejszej daleko.

Powinieneś bowiem wiedzieć, że kobiety jak p. Michalina, mężów pantoflarzy nie biorą - uczułyby się pokrzywdzonemi, gdy skromniutkie i ciche dziewczątka mają na celu to jedynie, aby podbiły.

- Sofizmata! - odparł Józio.

Rozstali się, a pan Emil, zadumany, wszedł do swojego kawalerskiego mieszkania, w którem jeszcze parę godzin z cygarem przepędził nad gazetami, a wistocie z myślą upartą - śledzenia i badania Horpińskiego.

Plan był ułożony. Nazajutrz potrzeba było spocząć, aby się zbyt nieokazać natrętnym; trzeciego zaś dnia umyślił oddać wizytę p. Sylwanowi. Zapisawszy to sobie, wedle zwyczaju, na porcelanowej tabliczce, która programmat tygodnia mieściła, Paczuski o godzinie dwunastej zadzwonił u drzwi, na których porcelanowy szyldzik stał z napisem:

  

"Sylwan Horpiński".

  

Powolny chód dał się słyszeć z wnętrza i służący w fartuchu zielonym z trzepaczką w ręku, ufryzowany, w lakierowanych butach, drzwi zwolna otworzył.

Spojrzawszy na niego, Paczuski nie mógł powstrzymać uśmiechu zadowolenia - widocznie opiekowała się nim opatrzność; - elegant ten, był mu znajomym dobrze: był to Konrad, lokaj, którego miał w swych usługach przez rok cały, a który odprawił się obrażony zbyt żywem słowem Emila.

Dawny pan i były sługa spojrzeli na siebie badająco. Paczuskiemu wypadło teraz być jaknajlepiej z p. Konradem.

- A! - zawołał wesoło - co za miła niespodzianka! Jakże mi się masz?

- Do usług jaśnie pana, bardzo dobrze - odparł z ukłonem poważnym elegant.

- Bardzo mnie to cieszy - rzekł Emil. - Jest p. Sylwan w domu?

- Wyszedł przed półgodziną?

- Nie wiesz dokąd, na jak długo? - spytał Paczuski.

- Nigdy pan tego nie powiada - odezwał się Konrad - nie wiem nic.

Powoli Emil począł szukać pugilaresika i biletu. Służący stał tymczasem, trzepaczkę wziąwszy pod pachę z pewną gracyą, bo chłopak był ładny i szło mu o to, aby się wydawał dystyngowanym lokajem.

- Jesteś więc u Horpińskiego - począł powolnie, ciągle biletu szukając, Emil - bardzo mnie to cieszy, bo sądzę, że miejsce dobre.

- Nie mogę się skarżyć - odparł Konrad - grzech-by było.

Paczuski spojrzał mu w oczy.

- Mnie was, p. Konradzie - dodał Emil - żal nie raz było. Jesteś gorączka, wziąłeś do serca słowo powiedziane z prędkości, bez złej intencyi.

Przypomnienie przejścia tego nie zdawało się być przyjemnem panu Konradowi; poprawił odniechcenia utrefione włosy, uśmiechnął się i rzekł z powagą pocieszną:

- Każdy, proszę jaśnie pana, ma swój chonor - człek ubogi, ale - co się tyczy chonoru - to trudno.

- Ale nie mówmy już o tem - przerwał Emil - dobywając biletu i załamując go powoli. - Jeśli wam dobrze przy nowym panu.....

- Juści dobrze - rzekł Konrad - choć nie bez tego, żeby nie był wymagający czasami.

- Ha! ha - przerwał Paczuski, przedłużając rozmowę - masz szczęście służyć u człowieka, którego tu w Warszawie wszyscy cenią i są go ciekawi - a choć go cały świat zna, sztuka w tem, że nikt o nim nic nie wie!

Konrad wprawiony w dobry humor, poufalszym tonem rozmowy z dawnym panem, począł się śmiać także, zatarł loków, z nogi na nogę przestąpił, ujął się ręką jedną za drzwi, i rzekł potrząsając głową:

- Pan myśli, że ja, co mu służę, więcej go znam od innych? Jak Bóg miły - nie.

- No - przecież?

Ruszył ramionami p. Konrad.

- Albo ja co wiem! - Nic.

- Zawsze coś więcej niż my wszyscy, bo przynosisz mu listy i odnosisz na pocztę te, które pisze.

Konrad tak się śmiać począł, iż trzepaczka mu zpod pachy wypadła.

- Proszę jaśnie pana - listu u nas ani na lekarstwo nie znaleźć - zawołał. - On do nikogo nie pisze i do niego żywa dusza.

- Cóż znowu? - zaprotestował Emil - żarty!

- Słowo chonoru! - rzekł żywo p. Konrad.

Nastąpiło milczenie.

Dawny sługa dłuższą rozmową wprawiony był w dobre usposobienie; pochlebiało mu to, że p. Emil, rankoru w sercu nie zachowując, za oddalenie się nieco gwałtowne okazywał mu taką względność i rozmawiał z nim tak jakoś poufale i mile.

- Czem-że się on zajmuje? - zapytał Paczuski.

Dla Konrada było to zapytanie trochę trudnem do odpowiedzenia: musiał pomyśleć nieco.

Spuścił oczy. brwi podniósł, ustami poruszał, nogę to jednę to drugą podnosił i wspinał się na palcach.

- To trudno, proszę jaśnie pana, tak ogólnikiem powiedzieć. A cóż? Jak nie jeździ z wizytami, to czyta dużo: gazety codzień od deski do deski, a potem książki, których dosyć zawsze leży porozkładanych. Czasem siądzie za stołem, podeprze się łokciami i jak zamyśli się, albo weźmie ołówek i pocznie psuć papier, to bazgrze, bazgrze niewiedzieć co - zedrze - i w komin.

Począł się śmiać. Paczuski słuchał z ciekawością.

- Przez cały rok siedział w Warszawie? - zapytał.

- To jest ja, proszę jaśnie pana - odparł elegant - muszę.... ale on - tu głos zniżył, jakby coś tajemnego miał zwierzyć dawnemu panu.

- Kilka, kilkanaście razy do roku zniknie, jak w wodę wpadł - mówił Konrad dalej. - Niema go dni dziesięć, pięć, piętnaście, aż naraz powraca, zmęczony, blady, smutny, wychudły, milczący.

Panu Emilowi, gdy słuchał, oczy się otwierały coraz szerzej: tu był węzeł tajemnicy.

- No - ale jakże się w drogę wybiera? - spytał z natężoną ciekawością.

- Hm - otóż to jest, proszę jaśnie pana, że się wcale nie wybiera, że nie bierze nawet torby, nic, że czasem w lekkim surduciku, albo i wre fraku wieczorem, jak pierzchnie, tak tyleście go widzieli.

Żeby kiedy słowo powiedział: "jadę, wrócę za tyle a tyle dni!"

Najmniejszej rzeczy! Raz na zawsze takie jest prawo u nas, że ja, choćby go pół roku nie było, powinienem nie odstępować mieszkania. Pieniądze odliczone zawsze leżą na stoliczku w gabinecie na wszelki wypadek.

Tu potarł mocno włosy zniecierpliwiony p. Konrad.

- Proszę jaśnie pana - wyrwało mu się mimowolnie - co to za psie życie! Człowiek nie wie ani dnia, ani godziny. Bywało, wraca po nocy, czasem rano, - może przyjść o południu. Więc na krok się oddalić nie można, bo broń Boże nie zastałby w domu, a drzwi zamknięte....

- Cóż-by było? czy tak srogi? - spytał Paczuski.

- Nie - proszę jaśnie pana - srogi on nie jest, ale jak spójrzy, to człowieka przejmuje do kości, słowo daję.... Grubiańsko się nie obejdzie nigdy - nie, to - to nic - ale oczy ma straszne.

Tu wstrzymał się trochę ze zwierzeniami pan Konrad.

- Dobry człowiek, ale osobliwy - dodał, - coś w nim siedzi. Szczęśliwy nie jest, i - co dziw - tak, jakby nie chciał i nie starał się nim być. At - żyje - dowcipnie szepnął Konrad - żyje jak za pańszczyznę.

Paczuski rozśmiał się z tego wyrażenia. Nie chciał dłużej już rozmowy przeciągać, aby się nie zdradził ze zbytnią ciekawością.

Oddał załamany bilet elegantowi.

- Jak tam kiedy będziesz koło mnie przechodził - rzekł - proszę, wstąp do mnie. Ciekawe to historye, doprawdy, z tym człowiekiem!

Szkoda go, bo bardzo jakiś zacny i dobry się być zdaje.

- O! przeciw temu nie można nic powiedzieć - odrzekł p. Konrad.

- A kiedyż go zastać napewno? - zapytał pan Emil.

Zwykle do południa się nie rusza - odezwał się służący. - Nie wiem, czy toby znaczyć miało, że przez kilka dni go nie będzie? Któż to wie? ale dziś wyszedł raniej.

- Chciałbym go zobaczyć, mam trochę do pomówienia - rzekł Paczuski.

- To niech się jaśnie pan pofatyguje jutro, - skonkludował Konrad.

Paczuski odszedł tryumfujący. Nie dowiedział się wprawdzie tak, jak nic - ale zarazem bardzo wiele. Ten zupełny brak korrespondencyi w naszym wieku, prawie bezprzykładny - te znikania tajemnicze, rzuciły na postać, już i tak zagadkową, cień jeszcze grubszy.

Nazajutrz, przed dwunastą, nie chybił p. Emil i dzwonił znowu. Czekał nieco i p. Konrad się ukazał jak wczoraj, ale w odmiennej postaci.

Nie miał fartucha ani trzepaczki; na głowie ufryzowanej wczoraj, czapeczkę haftowaną włóczkowy nakształt fezu, na nogach wygodne pantofle. Twarz, nieco zmęczona, nie miała wczorajszej świeżości; marszczki czoła okazywały zafrasowanie.

Nim Emil miał czas go zapytać o pana, Konrad ręce rozpostarł i rzekł cicho:

- A com mówił? Niema go od wczoraj. Wyszedł w jednym surduciku. Teraz czekaj, czekaj i rób sobie co chcesz! Może powrócić Bóg wie, oto w Maju, a może w Czerwcu i w Lipcu - raz go dwa miesiące nie było, a powrócił taki, jak z krzyża zdjęty. I - jak Boga kocham - dodał ciszej p. Konrad, ręce takie namulane, jakby drwa rąbał przez ten czas.

Ruszył ramionami.

- Kto go wiedzieć może!

Paczuski się zadumał mocno.

- Ależ pieniędzy przecie ma zawsze dosyć, bo ich wydaje dużo i nie oszczędza? - zapytał po chwili.

- A! co się tyczy pieniędzy - podchwycił, broniąc honoru domu, niemal oburzony p. Konrad - jest ich jak lodu. Kiedy przyjdzie półrocze i obcinają się kupony, to jak siądzie, proszę jaśnie pana, z nożyczkami za stolikiem, przykazawszy nie wpuszczać nikogo, czasem więcej niż pół dnia przetrwa przy tej robocie.

A znowu i to trzeba wiedzieć, że małych papierków u niego niema, bo ja mniejszych nigdy kuponów nie widziałem nad dwadzieścia pięć rubli.

Teraz ja - proszę jaśnie pana - niewolnik przykuty do progu! - dodał biedny elegant.

- Ale spoczniesz przez ten czas! bo i roboty mieć nie będziesz.

- Niewola gorsza, proszę jaśnie pana, od najgorszej pracy - odparł, wzdychając, sługa. A, cóż robić - trzeba swój los znosić - jaki Bóg dał!

Paczuski miał ochotę dłuższą rozpocząć rozmowę, ale Konrad był do niej nieusposobiony, - westchnął, pokłonił się i drzwi zamknął.

Emil Paczuski siedział w wygodnym fotelu; sparty na ręku i paląc cygaro, robił rachunek sumienia.

Był sam jeden w swem kawalerskiem mieszkaniu, odpowiadającem w zupełności jego położeniu towarzyskiemu i powołaniu człowieka, który myśli tylko o zabawie.

Zajmował kilka pokoi, elegancko umeblowanych, bez szczególnego starania o wdzięk i smak; szło widocznie raczej o okazanie dostatku - a ten był udowodniony mnóztwem rzeczy kosztownych.

Jak w głowie i sercu młodzieńca, tak w mieszkaniu jego panował nieład, który wskazywał, że jeszcze drogi swej i charakteru nie był pewnym. Sprzeczało się tu rzeczy mnóztwo - wpływ domowy walczył z wpływem świata otaczającego.

W sypialnym pokoiku nad łóżkiem był obrazek N. M. Panny, dany przez matkę z zaklęciem, aby go nigdy nie odstępował. Na stoliczku małym śliczna w aksamit oprawna fotografia przedstawiała kochaną Mamusię, łagodnie uśmiechniętą, jakby nad swoim drogim skarbem czuwała.

Obok tych świętości walały się, porozrzucane i wcale niekwadrujące z niemi, książki i fraszki bez wartości, a szpiegujący ciekawiec byłby w szufladce stolika, na którym stał obrazek matki, odkrył fotografie balleryn i piękności dwuznacznych...

Jak w sypialni, tak wszędzie nagromadzone były sprzeczności, które chwilowym popędom odpowiadały. Obok kilku sztychów z Ary Scheffera wisiały na ścianach sławne wyścigowe konie i sceny sportu... Książki i przybory myśliwskie ściskały się razem, ubrania maskaradowe, stroje wyścigowe, pamiątki zabaw, do których głośno się nie można było przyznać...

Emil tak żył z dnia na dzień, dając się prądom najsprzeczniejszym unosić, niepewien, dokąd go to życie zaniesie, mówiąc sobie z niecierpliwością dziecka, że zawrócić się zawsze jeszcze czas będzie.

Zdala czuwała nad nim sercem i modlitwą matka; on tymczasem używał tej młodości, która się miała wyszumieć.

Mamunia, jużby go może wolała widzieć przy sobie, ożenionym z dobrą, miłą kobieciną, na spokojnem gniazdku - ale Emil obawiał się niewoli - i, miał interessa w Warszawie.

Często potrzeba było całej jego przebiegłości a całej łatwowierności mamusi, aby te interessa uczynić możliwemi, ale - wszakże Emilek kłamać nie mógł.

Życie płynęło bezmyślnie, bez celu - dziwnie zużytkowywane. Jeżeli mu było potrzeba popisać się przed panną Michaliną z literaturą, naówczas czytał zapalczywie, zajmowało go to, zamykał się z książkami. Potem koń i myśliwstwo całkiem go zaprzątało i książki szły bodaj pod kanapę. Zkolei żyjąc z ludźmi różnymi, nabierał barw najrozmaitszych - ale swej własnej nie wyrobił sobie...

Nic go nie pociągało - oprócz tego, co się wogóle mogło nazywać życiem. Strumienie żywota chwytały go i płynął z niemi. Rozmaitość wrażeń, żywość ich, sprawiała, że mu własna płochość nie ciążyła i nie wydawała się groźną.

Taksamo w kotylionie starał się przypodobać umiejętnością taneczną pannie Julii, jak w innych sprawach Michalinie i różnym mnogim pięknościom.

Szło mu o to, aby wszędzie grał pewną rolę wybitną; a ról tych brał na siebie zawiele. W pewnym względzie był to ratunek może, aby go jedna zbyt nie pochłonęła, z drugiej strony - mógł nałóg płochości się wyrobić. Ale Emil nie widział tego niebezpieczeństwa.

Taksamo, jak się wdawał w różne żokeyskie intrygi przy wyścigach, teraz puścił się na szpiegowanie owej towarzyskiej zagadki, jaką był dla wielu - Sylwan Horpiński. Znajdujemy go właśnie w chwili, gdy, szpiegowstwa tego ważąc skutki - zawahał się, czy mu przystało iść dalej.

Zadawał sobie pytanie: czy w tej ciekawości nie było coś uwłaczającego charakterowi?

Cieszył się ze zdobytych wiadomości, miał je za ważne, - Sylwan go więcej teraz niż kiedykolwiek pociągnął swoją excentrycznością; ale czy się godziło iść tak w stopy za człowiekiem, który pewnie miał powody osłaniania się tajemnicą? Czy nie było niedelikatnością cisnąć się do zamkniętych drzwi?... czy przyzwoity człowiek mógł się podjąć choćby dla pięknych oczów Misi - posłannictwa wszędzie napiętnowanego jakimś wstrętem i ohydą?...

Wahał się Emil i miał słuszność. Siedział jeszcze obarczony myślami temi w fotelu, dumał i krzywił się - umizgi do odprawionego Konrada już w nim budziły odrazę... wtem do drzwi zadzwoniono.

Po głosie i po chodzie poznał przyjaciela, Józia Szalewskiego, i nigdy może tak mu rad nie był.

Żyli z sobą, pomimo małych nieuchronnych sprzeczek - jak bracia. Emil uznawał wyższość i takt Józia, radził się go chętnie; nie miał prawie dla niego tajemnic.

Poszedł więc otwartemi rękami go uścisnąć.

- W porę, jak zawsze, mi się zjawiasz - zawołał. Masz przeczucie serca, że mi byłeś i jesteś potrzebny...

Siadaj, weź najlepsze cygaro i słuchaj.

Z półuśmiechem na ustach Szalewski rzucił się na drugi fotel.

- Znowu coś tak ważnego mieć musisz - rzekł - jak ostatnim razem, gdyś nie mógł na własną odpowiedzialność wybrać koloru czapraka pod siodło?... hę?...

Emil się rozśmiał.

- Ale ba! rzecz stokroć ważniejsza - rzekł. Słuchaj tylko...

Pochyliwszy się ku Szalewskiemu, cicho i ostrożnie, Paczuski począł mu się spowiadać z zabiegów około odkrycia tajemnicy Sylwana.

Józio słuchał dosyć obojętnie, zdając się być daleko więcej zajęty cygarem, niż powieścią przyjaciela - ale twarz mu się chmurzyła. Emil dokończył, a Józio jeszcze się nie odezwał ani słowem.

- Jak ci się zdaje? - zapytał Paczuski - mam dalej prowadzić śledztwo, czy go zaniechać?

Józio milczał jeszcze.

- No, mówże! - naglił, milczeniem tem podrażniony mocniej, Emil.

- Kochany mój - poważnie rozpoczął Szalewski - zadałeś mi pytanie ambarasujące. To zależy zupełnie od gustu, czy kto chce zostać szpiegiem lub nie.

- Jakto!... szpiegiem! - oburzył się Emil.

- Bo tego inaczej nazwać nie można - mówił Józio. - Niemasz od nikogo mandatu, ani prawa żadnego do śledzenia postępków tego człowieka.

- Przepraszam cię! - zagrzmiał obrażony Paczuski. - Należę do tego społeczeństwa, do którego się on wciska - spełniam obowiązek...

- A! a! - puszczając dym, odparł Józio - to pocóż mnie pytasz, jeźli jesteś pewnym tego?

- Chcę wiedzieć twoje zdanie.

- Mojem zdaniem jest - że najuczciwszy człowiek mieć może powody niekoniecznie wszystkie swe czynności poddawać pod sąd, często niesprawiedliwy, ogółu - mówił Józio. - Mojem zdaniem jest, że, dopóki niema słusznych powodów prześladowania kogoś - nie godzi się go prześladować.

- To nie jest prześladowanie! - przerwał Emil.

- Jest owszem, bo to co on chce ukryć, ty zamierzasz wyjawić. Niema wątpliwości, że mu czynisz przykrość. Zasłużył on na nią?

- Za surowo to bierzesz - zawołał skłopotany Emil. - Nie chcę mu szkodzić.

Józio szarpnął rękami wstrząśliwie.

- A, daj mi pokój! wprost ci powiadam: ani rozumiem tej twojej ciekawości, ani jej pochwalam.

Miałżebyś być zakochanym w pannie Michalinie? 2-o) zazdrosnym? a po trzecie...

- Ale - na rany Boże! - przerwał, nie doczekawszy trzeciego, Emil, - nie jestem zakochanym i nie bywam zazdrosnym.

- No - to przerwijmy tę konsultacyą.

Wistocie zaczęli mówić o czem innem, ale w Emilu zbyt żywo jeszcze grała myśl pierwsza i - po krótkim epizodzie wrócił do założenia.

- Powiedz mi otwarcie - jak sobie tłómaczysz to tajemnicze znikanie Sylwana, o którem Konrad mi mówił.

Józio się rozśmiał.

- Myślałem, żeśmy już skończyli z tem - rzekł. - Otwarcie ci powiem: Konrad, jak wszyscy służący, ma pewną urazę do pana, że - musi u niego być lokajem - przesadza, a może kłamie.

Peryodyczne to znikanie, może się tłómaczyć w sposób najprostszy w świecie. Może się on przed panem Konradem tłómaczyć z niego?

Emil odprawiony w ten sposób - już nie mówił o tem więcej.

Następnego Czwartku miał zamiar pójść do pani Zawierskiej i w sposób żartobliwy, lekki Misi się wyspowiadać, ze zdobytych wiadomostek... poprostu pochwalić się niemi.

Skrupuł jakiś wstrzymał go; poszedł, zamiast na wieczór, do teatru, a pierwszą osobą znaną, jaką tu spotkał, był idący do krzeseł z ogromną teatralną lornetą Sylwan.

Nie miał wcale zagadkowej ani tajemniczej fiziognomii - można było wziąć go za sztywnego nieco Anglika, spokojnego, pewnego jutra, który niema co robić, nudzi się i szuka roztargnienia.

W czasie między aktami zeszli się na kurrytarzu. Emil zbliżył się do niego.

- Gdzieżeś pan bywał pod te czasy - zapytał - żeśmy go nie mieli przyjemności widzieć?

Sylwan tylko zmierzył oczyma pytającego.

- A! prawda! - rzekł - znalazłem bilet pański u mnie... przepraszam, żem dotąd być nie mógł. Parę dni polowałem. Mam ten brzydki zwyczaj, że gdy mi przyjdzie fantazya wycieczki na wieś, konnej jazdy, polowania - nikomu się nie opowiadam, biorę konia, i - w świat!

I ostro patrząc w oczy Emilowi, jakby w nim chciał czytać, dokończył:

- Pewny jestem, że mój famulus, który tych fantazyi rozumieć nie może, musiał kwaśno o tem mówić...

Emil nie chciał zdradzić dawnego sługi.

- Nie mówił mi nic, oprócz, że pana w domu nie było i że nie wiedział kiedy powróci - rzekł Emil.

- Trudno, aby on mógł wiedzieć o tem, o czem ja sam wyjeżdżając, nie wiem nigdy - dodał Sylwan, uśmiechając się.

Dzwonek powołał ich na miejsca. Emil wrócił na swoje, rozczarowany. Wielka owa odkryta tajemnica tłómaczyła się bardzo prozaicznie, i Horpiński nie czynił z niej sekretu.

Paczuski wyrzucał sobie teraz, iż fantazya za daleko go uniosła. Postanowił zaniechać dalszego śledztwa, ale następnego czwartku znalazł się u pani Zawierskiej.

Salon tego wieczora był przepełniony; tylko pana Sylwana nie dostrzegł Paczuski między gośćmi.

Panna Michalina ze swobodą i dobrym humorem zwykłym pomagała matce w zabawianiu gości i zdumiewała ich wielostronnością swoją.

Professor M..... po półgodzinnej z nią rozmowie, otarłszy pot z czoła, poszedł do Radcy S..... i nie mógł wytrzymać, aby mu nie zwierzyć się, jak go ta "dziewczyna" intrygowała.

- Powiadam radcy: oczytana tak, że radbym, aby niejeden z naszych pseudo-uczonych - tyle tylko, co ona, miał wiadomości! Osobliwy fenomen!

Inni goście z równym pewnie entuzyazmem wyrażali się o tej cudownej pannie Michalinie, która tak wesolutko i dziecinnie się zabawiała tymczasem, jakby jej żaden bagaż naukowy nie ciążył.

Emil czatował na nią oddawna - nie mogła go pominąć nie rzuciwszy słówka, bo była bardzo grzeczną.

- Nie widziałam pana przeszłego czwartku - odezwała się.

- Byliśmy w teatrze razem z Horpińskim! - niezgrabnie odparł Emil.

Usłyszawszy to nazwisko, panna Michalina, odrobineczkę się zatrzymała z odpowiedzią. Spojrzała w oczy Paczuskiemu, trochę zdziwiona.

- Zbliżyłem się trochę do Horpińskiego - rzekł Emil - a winienem to pani. Ciekawość jest zaraźliwą.

- A! moja już minęła! - odezwała się panna - a pan zaspokoiłeś-że swoję?

- Niezupełnie - rzekł Paczuski - ale, coś mi się jednak zdobyć udało... Rys charakteru, nic więcej.

Wiem, że pan Sylwan miewa fantazye... i czasem, - jak sam się przyznaje, gdy go porwie chętka do błądzenia samotnego po okolicach, lub - co on nazywa - polowania... puszcza się, nieopowiedziawszy nikomu, nawet służącemu... w świat...

Trwa niekiedy to używanie samotności całe tygodnie...

- Panna Michalina słuchała z udaną obojętnością.

- A! to mnie wcale nie dziwi - rzekła. - Są chwile, gdy człowiek pragnie być sam z sobą. Ja to bardzo dobrze rozumiem...

- Ja - jakoś mniej to sobie umiem wytłómaczyć - odparł Paczuski - bo towarzystwo lubię bardzo i potrzebuję go, a sądzę, że człowiek nie jest stworzony do samotności.

- Tak jest - wtrąciła panna Michalina - lecz niekiedy jest ona potrzebą duszy. Człowiek chce skupić myśli - albo znajduje się w takiem usposobieniu, że dla innych byłby ciężarem.

Emil nie odpowiedział już, zapatrzył się w piękne oczy panny Michaliny, które tęskny wyraz jakiś przybrały. Zbliżający się Salvator, który na pannę czatował dawno, pochwycił ją usiłując zabawić plotkami - a Paczuski pozostał sam.

Odwiedziny, których się mógł spodziewać od Horpińskiego, wypadły niewątpliwie, bo - on go nie zastał. Potrzeba było kilka dni spauzować, nie okazując się zbyt natrętnym, nim-by nowa nastąpiła wizyta.

Gdy Emil zadzwonił znowu do drzwi tych, za któremi zawsze go nęciła tajemnica - wyszedł na przyjęcie jego Konrad i zimno mu objawił, że pana - nie było.

- Cóż? znowu na jakiej exkursyi? - spytał, śmiejąc się Emil.

- Nie - na mieście - krótko i sucho rzekł, kłaniając się służący, który, dłuższej rozmowy unikając, rękę po bilet wyciągnął.

I na tem się skończyło.

Paczuski miał właśnie wyścigowe troski na głowie; zajął się niemi nadzwyczajnie, wpadł między sportsmenów - i o Horpińskim zapomniał.

W tym roku konie na tor warszawski przybyły z najrozmaitszych stron, z odległych prowincyi, między innemi panowie Nitosławscy z Podola, mający bardzo piękne i sławne stadniny, przyprowadzili dwa bieguny, powszechną ciekawość obudzające.

Nitosławskich tu nikt nie znał, wiedziano tylko, że mieli niepodzieloną fortunę ogromną, że jeden z nich mieszkał często w Anglii, i miał handlowe interessa znaczne. W stajni Nitosławskich, do której ciekawi byli przypuszczeni - p. Emil po raz pierwszy spotkał obu braci - i na ich widok stanął zdumiony tak, iż o zaprezentowaniu się zapomniał.

Przyczyną tego osłupienia było, niesłychane, zdumiewające - przerażające niemal podobieństwo twarzy, ruchów, głosu obu panów Nitosławskich do - Sylwana Horpińskiego.

Paczuski znalazł je tak uderzającem, iż mu na myśl przyszło, że tylko pokrewieństwo jakieś mogło takie podobieństwo tłómaczyć.

Dopiero po chwili, przyszedłszy do siebie - gdy go przedstawiono panom Nitosławskim gdy wdał się z niemi w rozmowę, która spostrzeżenia pierwszego nietylko nie osłabiła, ale je jeszcze uczyniła wyrazistszem - przekonał się p. Emil, iż podobieństwo wistocie było nadzwyczajne, ale byli to zupełnie inni ludzie, nie w rodzaju Horpińskiego... Wychowanie widać było na nich bardzo staranne, obycie się ze światem europejskim, znajomość stosunków ogromną - ale sport, handel, spekulacye, życie świetne... głównie ich zajmowało.

Paczuski dla siebie wolał ich, niż Horpińskiego - nie mógł jednak zaprzeczyć, że daleko mniej od niego byli warci.

Sylwan na każdym czynił wrażenie niepospolitego człowieka, osobliwości wybranej, gdy pp. Nitosławscy wcale oryginalnością nie grzeszyli, i należeli do tej massy pospolitej, przyzwoitej, pod strych wychowanej, która zapełnia salony, i stara się nieodznaczać niczem.

Czysto więc tylko przypadkowe podobieństwo rysów twarzy zbliżało ich do Sylwana, który o dobrych lat kilka od nich był starszym.

Podobieństwo to, które tak mocno uderzyło Emila, musiało być nadzwyczajnem, gdyż kilka osób równie z nim było zdumionych.

Porównać jednak tych typów z sobą nie było możliwem, bo Horpiński na wyścigach nie bywał i do sportsmenów nie należał.

Tegoż dnia właśnie czwartkowy wieczór zapędził Paczuskiego do Zawierskich. Wyścigi ściągały do stolicy mnóztwo osób z prowincyi, znajomych pani domu: salon i saloniki były przepełnione. Panna Michalina, jakby na przekorę temu świetnemu bardzo zbiegowisku, wystąpiła dnia tego nadzwyczaj skromnie ubrana, bez najmniejszej chęci podobania się.

Emil w początku, choć pragnął się do niej zbliżyć, docisnąć się nie mógł - oblężoną była ciągle. Oczyma szukał Sylwana Horpińskiego - i nie znalazł go. Zaglądał po wszystkich pokojach i zakątkach - i przekonał się, że go nie było. Panów Nitosławskich także nie znalazł, bo ci w innych kołach się obracali i nowych znajomości nie robili chętnie, tam, gdzie byli gośćmi tylko.

Po wieczerzy dopiero błądzący z salonu do salonu i dosyć znudzony, Paczuski spotkał się, przechodząc, z panną Michaliną.

Zaczepiła go sama o Horpińskiego.

- Gdzież jest pański przyjaciel Horpiński? - spytała.

- A!.. przyjaciel! - rozśmiał się Emil. - O tem nie wiedziałem. - Zdaje się, że go też niema, dawno nawet dosyć nie miałem przyjemności go spotkać, ale dziś za to, aż dwóch jego Sozjów?

Panna Michalina spojrzała zdumiona.

- Sozjów! cóż to ma znaczyć?

- Osobliwa igraszka natury - rzekł Paczuski, chcący się popisać z erudycyą. - Sądziłem, że coś podobnego spotyka się tylko w starych komedyach! Niech pani sobie wyobrazi dwóch braci... nazywają się Nitosławscy, mają prześliczne konie - tak z twarzy, głosu, ruchów podobnych do Sylwana Horpińskiego, że zobaczywszy ich, osłupiałem...

Jak żyję takiego podobieństwa anim widział, ani mogłem przypuścić.

P. Michalina słuchała... ale ją to mało zdawało się obchodzić. Paczuski starał się tym fenomenem niezmiernie ją zainteressować, - co mu się nie udało.

Nalegał tak na trafność swojego spostrzeżenia, iż kilka osób, z tych, które Nitosławskich widywały, wezwał na świadectwo. Wszyscy wistocie potwierdzili uderzającą niemal tożsamość rysów, lecz i panna i oni nie przywiązywali do niej wagi i mieli ją za przypadkową.

Panna Michalina dodała, kończąc rozmowę o tem, że rzeczą nie było rzadką, spotykać łudzące podobieństwa - tylko tem zadziwiające, że nie ciągnęły za sobą pokrewieństwa ani ciała ani ducha.

Professor W..... zakończył, że największy głupiec mógł napozór być do najmędrszego filozofa podobnym.

Paczuski, tego wieczora więcej niż zwykle ożywiony, zanadto mówił o Horpińskim, zbyt się nim zajmował i do pewnego stopnia się tem skompromitował.

Zapóźno potem pomiarkował się, iż tę paplaninę niepotrzebną któś mógł Sylwanowi powtórzyć. Horpińskiego tymczasem jednak nie było i przez kilka dni następnych nigdzie się widzieć nie dawał.

Ci, co chcieli na razie sprawdzić owo jego podobieństwo do Nitosławskich, nie mieli zręczności po temu, bo Sylwan - nie był ani na wyścigach, ani nawet, jak się zdawało - w mieście. Emil Paczuski tegoż wieczora u pań Zawierskich niespodzianie wcale wpadł w łapkę. Nie była ona zastawioną na niego - ale los mu ją widać przeznaczał.

Płochy dotąd i przerzucający się z kwiatka na kwiatek, używający swej młodości, pan Emil, który się nigdy nie kochał - spotkał u Zawierskiej panią Bydgoską z córką, świeżo przybyłe do Warszawy.

Niegdyś Bydgoscy, którzy teraz od lat wielu przenieśli się w Płockie, mieszkali w bezpośredniem sąsiedztwie państwa Paczuskich, o miedzę. Pani Bydgoska i jej mąż, byli w najczulszej przyjaźni z jego rodzicami, a mały Emilek pamiętał jeszcze mniejszą, w blond loczkach, dziewczyneczkę Maniusię, którą naówczas wystrojoną niania prowadziła za rączkę. Dziecię to było zachwycające.

Dowiedziawszy się o tej przyjaciółce matki, Emil poszedł się jej przypomnieć, a uszczęśliwiona jejmość powitała go serdecznie, jak własne dziecko. Obok niej postrzegł Emil panieneczkę - jakby z francuzkiego obrazka zdmuchniętą, istotę powietrzną, wesolutką, figlarną, śliczną jak aniołek, śmiałą jak dziecko, z włoskami złotemi, z oczkami niezapominajkowemi - stworzoną zda się nie do życia na tej ziemi razowego chleba i krwawego potu, ale zbiegłą z eterów, w poselstwie od ideału...

Była to owa Maniusia, która nie mając tu znajomych, zmuszona się trzymać sztywnie i milcząco, była niezmiernie wdzięczną Emilowi, że się tu znalazł.

Pochwyciła go jak dobrą, starą znajomość, którą mogła zawładnąć. Paczuski stanął do usług - a oczki niebieskie i usteczka różowe tak przemówiły do niego, że rażony, gdyby piorunem - zakochał się w Maniusi!

Zakochanie to gwałtowne dokonało się w ciągu pięciu minut; w kwadrans potem Paczuski mówił sobie w duszy, iż Maniusia była mu przeznaczoną.

Cały wieczór przetrwał na straży przy matce i córce, tłómaczył im nieznanych ludzi, opowiadał historyjki - starał się okazać jak rozległe ma stosunki, popisywał się z dowcipem własnym i pożyczanym, - słowem: formalnie rozpoczął służbę przy Maniusi, która również uprzejmie, nieopatrznie, gorąco, dziecinnie nim się zajęła.

Dla wszystkich gości tego wieczora było to uderzającem; uśmiechano się z Emila, którego nikt nigdy nie widział jeszcze tak roztrzpiotanym i rozgorączkowanym zarazem; nazywano panienkę - naiwną i zdradzającą wychowanie na wsi.

Dla samej Bydgoskiej, która, prawdę powiedziawszy, przybyła do Warszawy dla... Maniusi, myśląc, że tu jej piękność ocenioną zostanie i świetny los jej zapewni - nie mogło nic być pożądliwszem nad spotkanie z Paczuskim... nie mogła dla dziecka życzyć nic pomyślniejszego nad rozkochanie się bogatego jedynaka, który był razem młodym, miłym i dobrym chłopcem.

Trochę zabobonna, wierząca w przeczucia, kabały i t. p. Bydgoska coś opatrznościowego widziała w tem zbliżeniu się do Paczuskiego i żywem zajęciu, jakie on okazał zaraz Maniusi. Zaprosiła go nazajutrz do siebie, oddała się w jego opiekę i jako, przyjaciółka matki, zapowiedziała mu, że będzie jego dobrego serca używać i nadużywać, bo w Warszawie niema nikogo.

Paczuski ofiarował się ciałem i duszą na sługę i niewolnika...

Maniusia groziła mu już tego wieczora, że go obie z mamą zamęczą, bo tysiąc rzeczy im brakło, a nie wiedziały, gdzie ich szukać.

Następnych dni ci, co się zwykli byli spotykać z Emilem w teatrze, w cukierni, w restauracyi - postrzegli, że go brakło. Spędzał prawie cały czas na bieganiu z Bydgoskiemi lub dla nich. Józio nawet przez dwa dni go nie mógł złapać.

- Co się z tobą dzieje? - zawołał w ulicy go spotkawszy pędzącego po kawalersku.

- Oszalałem, przyznaję się - odparł Emil - prześliczna, cudowna różyczka przybyła tu ze wsi. Znałem ją dzieckiem... zdaje mi się, że jestem zakochany!...

Szalawski napróżno chciał się dowiedzieć szczegółów; Paczuski czasu nie miał, śpieszył do Maniusi...

Dorożka pełna była sprawunków...

Dał przyjacielowi rendez-vous na późną godzinę wieczorem w cukierni i poleciał dalej.

Do takiego obałamucenia z gorączką Paczuski dotąd nie był skłonny, i przyjaciel uznał, że na niego musiała przyjść godzina... owa godzina, która dla najpłochszych przychodzi wreszcie, jako zwiastunka szczęścia, często jako przepowiednia niedoli.

Szalawski czekał długo przy herbacie na przyjaciela, który przybiegł nareszcie, zmęczony, roztargniony, szczęśliwy, niespokojny, gadatliwy - słowem: wyjątkowo rozbudzony i rozgorączkowany.

Józio, który był w swoim zwykłym stanie powszednim, a pulsa mu nie biły ani o ćwierć sekundy żywiej, niż zwykle - chciał naprzód leczyć zimną wodą przyjaciela.

Emil mu się wyspowiadał. Tak - miał to przekonanie sam, iż się kochał poważnie i że ta miłość mogła go zaprowadzić do ołtarza.

Samo to przypuszczenie było wielkiego znaczenia, bo nigdy dotąd się nie zrodziło w myśli i sercu Paczuskiego. Pragnął Manusię pokazać przyjacielowi - był nią dumny.

Mówił, że w niej znalazł istotę dopełniającą - ideał... że tylko z nią mógł być szczęśliwym i t. d.

Prozaiczniejszy Józio począł rozpytywać o państwa Bydgoskich, rodzinę i mienie.

Panna mogła mieć parękroć stotysięcy posagu conajmniej: rodzina była zacna, - najmniejszej plamki na niej, ani koło niej; Emil był bogaty, matka jego w przyjaźni z matką Maniusi: wszystko się więc składało cudownie.

- Niezmiernie mnie cieszy to twoje szczęście, kochany Emilku - rzekł, wysłuchawszy tego Szalawski - ale cię proszę i zaklinam, nigdy nic nie rób popijanemu. Dotąd jesteś i robisz na mnie wrażenie człowieka pod hełmem... Wytrzeźwij się, myśl... rozważ i - nie śpiesz.

Paczuski jaknajuroczyściej zapewnił przyjaciela, że też wcale nie myśli tych rozkosznych dni rozmarzenia, niepewności - skracać pośpiesznym krokiem.

Przewidywał tylko zawcześnie, iż ta miłość - pierwsza prawdziwa - nie rozwieje się płocho, jak inne.

- Zobaczysz Maniusię - to anioł! - dokończył, łamiąc ręce i oczy wznosząc do góry.

Szalawski parsknął.

  

______________________________________

  

Upłynęło tygodni kilka.

Sylwan Horpiński zjawił się jednego wieczora znowu u pani Zawierskiej. Przywitawszy się z gospodynią, ukłoniwszy zdala pannie Michalinie, zaszył się potem wśród mężczyzn, zawiązał rozmowę obojętną i zdawał się więcej rozpatrywać i rozsłuchiwać w towarzystwie, niż czynny brać udział w zabawie.

Oko jego biegało wszędzie ciekawe, niczem się nie zajmując zbytecznie. Stał chłodny jakiś - smutny, obcy wśród ludzi, którzy wszyscy więcej niż on byli porwani prądem życia. Był spektatorem, w którym domyślać się mógł ktoś surowego sędziego i postrzegacza.

Przez dosyć długi czas nie widziano go ani tutaj, ani w mieście nigdzie. Głuche wieści chodziły, że był gdzieś na wsi. Nie dziwiono się temu, bo nieraz już tak znikał z horyzontu i również niespodzianie powracał.

Wszyscy znajomi jego witali go mile, gdyż nikomu nigdy nie był zawadą, a dla wielu był miłym i usłużnym towarzyszem.

Salwator, ów pasożyt chudy i długi, który wszystkim rad był jakąś plotką się przysłużyć, nie miał nic pilniejszego, spotkawszy się z Horpińskim, nad zdanie mu sprawy z wyścigów, a przypomniawszy sobie Nitosławskich, dodał, iż wszyscy byli uderzeni ich podobieństwem do p. Sylwana, szczególniej Emil Paczuski, który z tem biegał, głosił to i aż do śmieszności się zajmował przypadkowem tem zbliżeniem fiziognomii. Dodał, iż Paczuskiego skłoniło to do przypuszczenia jakiegoś pokrewieństwa.

W ustach Salwatora, oszczercy z powołania - wszystko nabierało szczególnego znaczenia. Nie obwiniał nikogo, nie okazywał jawnej złośliwości ani niechęci: owszem tłómaczył, łagodził, uniewinniał każdego, ale - miał ten talent, że wszystko, co puścił w świat, jadem było zaprawne.

Horpiński, który słuchał napozór obojętnie, cierpliwie, jednem uchem, chociaż niekiedy rumienił się i bladł, zdradzając się małemi oznakami niecierpliwości - po rozmowie tej z Salwatorem odszedł do domu, posępniejszy niż zwykle.

Nim się jednak rozstali, na przypuszczenie pokrewieństwa jakiegoś z Nitosławskimi z Podola, odparł kategorycznie, iż na Podolu ani rodziny, ani znajomych nie miał, że o Nitosławskich pierwszy raz w życiu słyszy.

Salwator spodziewał się przy tej sposobności pochwycić coś o - prowincyi, do której się pochodzeniem zaliczał Horpiński, ale - zawiódł się. Sylwan nie uznał za potrzebne tłómaczyć mu się ze swej genealogii.

Ponieważ Emil Paczuski ciągle teraz był zajętym panią Bydgoską i Maniusią, żył tylko niemi, a wszystko zresztą stało mu się obojętnem - nie rychło więc się spotkali z Horpińskim.

Pani Bydgoska regularnie bywała na Czwartkach pani Zawierskiej, i tu towarzyszący jej Paczuski znowu się zszedł z p. Sylwanem.

Nie spostrzegł tego w początku, iż wzrok, którym go zmierzył Horpiński, był pełen gróźb jakichś i niemal pogardy. Wejrzenie to jednak tak przelotnie i chwilowo zdradziło Sylwana, iż pochwycić je było trudno, a zaledwie jak błyskawica prześliznęło się po Paczuskim, natychmiast wyraz się zmienił - złagodniał, ostygł i uśmiech jakiś zimny całej fiziognomii nadał zwykły jej charakter zobojętnienia.

P. Emil z konieczności tylko oddalał się od krzesełka Maniusi, ale musiał parę razy odbyć wędrówkę po salonie i w jednej z nich oko w oko się zetknął z Horpińskim.

Ten przywitał go nader uprzejmie - może aż nadto, tak, że Paczuski, niezupełnie czysty w sumieniu, trochę się zmieszał.

- Dawnośmy, dawno pana tu nie widzieli - odezwał się pośpiesznie.

- Wątpię, aby się to komukolwiek uczuć dało - odparł Horpiński - bo nie mam wogóle szczęścia do ludzi.

- Mylisz się pan.

- Nie, nie mylę się - ciągnął dalej Sylwan z obojętnością. - Nic to nie dowodzi, że pan wyjątkowo łaskaw jesteś na mnie. Jeśli się mną kto zajmował, to chyba tylko przez próżną ciekawość.

Rozśmiał się dziwnie Horpiński i do milczącego, nieco zmieszanego Emila mówił dalej:

- Powiadano mi, że jakieś upatrzone podobieństwo rysów, nie wiem już tam do kogo... wielu śmiesznych kommentarzy i domysłów było powodem!...

Paczuski uczuł się osobiście dotkniętym. - Niech się pan temu nie dziwi - rzekł - bo istotnie, patrząc na panów Nitosławskich, trudno się było nie zdumiewać uderzającem tem podobieństwom.

Horpiński ruszył ramionami.

- Bardzo żałuję, żem się nie mógł stawić na okaz dla porównania - odezwał się kwaśno. - Nie mógłby pan mnie objaśnić, - zkąd są ci moi sozjowie, z jakiej prowincyi?

- Jest to znakomita, bogata rodzina z Podola - odparł Paczuski. - Mają stadniny sławne, jeden z braci przebywa w Angli, handlują na wielką skalę zbożem, mają dom komissowy.

Horpiński słuchał z uwagą.

- Pochodzą, z Podola? - podchwycił - strona, w której ja nigdy rodziny ani powinowatych nie miałem...

- A pomimo to - zawołał Paczuski - podobieństwo jest, można powiedzieć: braterskie. Mniejsza o rysy, ale ruchy, głos, wszystko...

- To nader pochlebne dla mnie! - szydersko odezwał się Sylwan, którego twarz była blada, a oczy się iskrzyły - nader pochlebne.

I począł się śmiać sucho jakoś, a złośliwie.

- Trzebaż, abym właśnie na tę chwilę wyjechał! - dodał. - Zawsze miłem jest choć z twarzy być podobnym do milionera!...

Emil zamilkł; czuł, że Horpińskiemu nie pochlebiało to wcale - gniewało go raczej.

Po chwilce Sylwan zmienił rozmowę, nie porzucając szyderskiego tonu, jakim ją prowadził.

- Widzę, że do towarzystwa zwykłego pani Zawierskiej nowa gwiazda przybyła - rzekł, zwracając się do Paczuskiego. - Śliczna panieneczka... zaledwie rozkwitły pączek... Na mnie smutne czyni wrażenie taka świeżuchna roślinka, przesadzona do miejskiego wazonika. Bogdajby tam kwitła, pod cieniem lip domowych!!

- Dzięki Bogu, powietrze, słońce i życie Warszawy nie jest tak dla kwiatków zgubne, aby się tu one obawiać mogły o siebie - rzekł Paczuski.

- Tak się panu zdaje? - spytał Sylwan. - No, nie wiem! Wolałbym jednak zawsze, aby ludzie żyli tam, gdzie im los dał przyjść na świat. Przesadzania i aklimatyzacye są niebezpieczne.

W ciągu tej rozmowy Emil ciągle niespokojnie spoglądał ku Maniusi, a w końcu, długiego osierocenia nie mogąc już wytrzymać, wymknął się Sylwanowi i pośpieszył - na służbę.

Horpiński nie miał sposobności zbliżenia się do panny Michaliny, bo zwykle nie narzucał się jej wcale, jakkolwiek miłą mu była z nią rozmowa. Najczęściej ona sama przez grzeczność go szukać musiała i zatrzymywała się chwilę, aby mu okazać, iż go tu widziano mile.

I tego wieczora, po panu professorze, po pejzażyście starym, po starym szambelanie, przyszła kolej na Horpińskiego.

- Pan od nas coraz częściej uciekasz - odezwała się do niego.

- Gdy Warszawa staje się zbyt przepełnioną i ożywioną - mam zwyczaj ją opuszczać - odparł Sylwan - nie żebym miał wstręt do ludzi, ale stosunki naówczas są wielce nużące a nie opłacają się znajomościami, po których nazajutrz niema śladu...

- Nie znajdujesz pan zajmującem choćby przypatrywania się tej niezmiernej rozmaitości typów! - zapytała Misia.

- Typów właściwie nie widzę tak wiele; dają się one sprowadzić do kilku - rzekł Sylwan - a jednostki - z małemi odmianami, aż do zbytku są teżsame...

- Byłeś pan na wsi?... w których stronach? - spytała nieco nieoględnie Misia.

Horpiński zarumienił się lekko.

- Polowałem w lasach nie zbyt oddalonych - odpowiedział - jeździłem konno, studyowałem trochę kraj, którego małokto lepszą znajomością pochwalić się może. Dziwna to, doprawdy, rzecz, jak na małą odległość sięga w domu ciekawość ludzka, gdy za granicą tak jest nienasyconą.

- Bo tam może więcej jest zajmujących przedmiotów? - szepnęła panna Michalina.

- Nie wiem, czy może być co bardziej zajmującem dla człowieka nad to, co go najbliżej tycze. W kraju własnym najmniejsza rzecz powinna pociągać.

I natychmiast przerwał sobie, uwagę robiąc, iż w salonie wiele nowych przybyło postaci.

Ponieważ oko jego zwróciło się na pannę Maniusię - Michalina uśmiechnęła się.

- Nieprawdaż, że śliczna ta miluchna panna Bydgoska... prawdziwy kwiatuszek!...

- Około którego już widzę natrętnego motyla - przerwał Horpiński.

- Jakby stworzeni dla siebie - odparła panna Michalina. - Są nawet od dzieciństwa znajomi...

- A! - rozśmiał się Sylwan - więc już tylko powinszować i pobłogosławić! O, biedny pączek różany!...

- Biedny? - podchwyciła panna.

- Tak, bo ten dawno znajomy motyl już ma dosyć otrzepane skrzydełka - dodał Horpiński - i na jego stałość niewiele można rachować.

- A! - przerwała Misia - pan jesteś za surowym dla tego poczciwego, usłużnego, grzecznego Paczuskiego! Czy masz co przeciwko niemu?

- Ja? - podchwycił z niezmierną żywością Horpiński, którego twarz się zarumieniła. - Ja? Nietylko że nic nie mam przeciwko niemu, ale go szanuję i lubię, oddaję mu sprawiedliwość. Jesteśmy z nim na bardzo przyjacielskiej stopie i wdzięczny mu być muszę, bo mi okazuje wiele życzliwości; ale to nie przeszkadza, bym, tak, jak dziś jest, nie mógł go uznać dojrzałym do ożenienia.

Jest dziecinny, jest płochy, potrzebuje lat, doświadczenia - może nawet przykrych i dotkliwych przejść, aby życie pojął poważnie i umiał je poprowadzić... Przypuśćmyż teraz, że taka istota powietrzna, równie obca światu i życiu - kwiatuszek wiosenny, połączywszy się z tym motylem, puści się na nieznane szlaki żywota! Chyba Opatrzność, jak niańka, musiałaby czuwać nad tem dwojgiem dzieci, aby swojego szczęścia nie zmarnowały - i nie zabłąkały się na bezdrożach...

Słuchając, panna Michalina bawiła się bukiecikiem, który trzymała w ręku.

- Pan jesteś pessymistą - rzekła - a dla mnie widok tej dobranej pary młodej tak jest miły, tak pachnie poezyą i sielanką, że radabym, aby z marzenia przeszedł w rzeczywistość.

- I... skończył się - dodał Sylwan - jak poezya Heinego: słowem ironii i rozpaczy. Obwiniasz mnie pani o pessymizm: niestety! uczy go życie, i uważam go za antidotum przeciwko wszystkim niespodziankom, które doprowadzają do rozpaczy.

- Nie tolerujesz pan więc ani złudzeń, ani marzeń? - rzekła Misia - a jednak w życiu trochę poezyi jest pociechą i osłodą..

Horpiński zamilkł. Oboje patrzali na Paczuskiego, który, zapomniawszy o całym świecie, stał przed Maniusią, pochylony, rozpromieniony i opowiadał jej cóś wesoło, dziecinnie prawie, dopomagając sobie wyrazistemi poruszeniami, które zdala obojętnym widzom wydawać się mogły nieco śmiesznemi.

Jak się to stało, że tegoż wieczora pan Sylwan Horpiński postarał się przedstawić pani i pannie Bydgoskiej - nie umiemy wytłómaczyć.

Niezmiernie rzadko się to trafiało, by Horpiński sam nowych znajomości i stosunków szukał. Tym razem, zdaje się, iż kogoś prosił o zapoznanie go z panią, i znalazł do tego pretext w znajomości jakiegoś stryja jej, od kilku już lat zmarłego.

Pani Bydgoska, bardzo uprzejma dla wszystkich, widząc Horpińskiego dobrze przyjmowanym i położonym w towarzystwie, słysząc o nim same pochwały od gospodyni domu, ujęta miłą i dystyngowaną powierzchownością - przyjęła go też bardzo mile. Panna dygnęła mu bojaźliwie jakoś, a stojący przy niej Paczuski trochę się zachmurzył, bo nie rad był tej znajomości.

Gdy po rozmowie z matką i zamianie słów kilku z Maniusią, - pan Sylwan się oddalił, Paczuskiemu pilno było niezmiernie obwarować się od wpływu, jaki ta znajomość na panią Bydgoską wywrzeć mogła. Miał przeczucie, że Horpiński mógł mu szkodzić.

Obawa ta nie była wprawdzie na niczem ugruntowana - była instynktem raczej, niż wyrozumowanym wnioskiem; ale sam czując się względem Horpińskiego nie zbyt przyjaźnie usposobionym, lękał się Emil wzajemności, która w ludzkich stosunkach, jest prawie nieuchronną.

Dziwny to, ale tysiąckroć stwierdzony fenomen, że wrażenia i uczucia, jakie wywołują nowe znajomości, są niemal zawsze jednakie. Jeżeli ktoś w nas wstręt obudza, możemy być prawie pewni, że i my musimy mu być wstrętliwi; taksamo przyjazne usposobienie jest wzajemnem. Tych miłości, które są opłacane nienawiścią, o jakich prawią stare i nowe romanse - na świecie niema. Zmysłowe żądze mogą się obejść bez wzajemności, bo są czysto źwierzęce: tam gdzie dusza ma udział jakiś, prawa attrakcyi i odpychania nie cierpią wyjątku. Paczuski, raz wyrobiwszy w sobie jakąś niechęć ku Horpińskiemu, mógł się więc instynktowo spodziewać, że mu ona równą zostanie opłacona.

Pani Bydgoska, którą z wieczora od Zawierskich odprowadzał do jej mieszkania, jak zwykle, zapytała go, naturalnie, o tę nową znajomość.

Emil nie chciał się zdradzić przed nią ze swym wstrętem i podejrzliwością przeciw Horpińskiemu; ale odpowiedź jego dawała do myślenia.

- Człowiek to bardzo miły, dobrze wychowany, przyjmowany wszędzie - rzekł, cedząc słowa rozważnie - ma tylko to jedno przeciw sobie, że właściwie nikt go nie zna, nikt nic o nim nie wie. Od bardzo dawna przebywa w Warszawie, umiał sobie zjednać wstęp wszędzie, nic mu zarzucić nie podobna... zdaje się majętnym; ale nikt nie wie, ani co on ma, ani zkąd pochodzi... ani czem się właściwie zajmuje.

- Pojmuje pani - dodał Paczuski - że człowiek, co tak starannie tai i pokrywa swą przeszłość - musi mieć do tego jakieś powody...

Zresztą, jak mówiłem, w towarzystwie bardzo wszędzie pożądany, oczytany, w obejściu się miły... i - ma chyba tylko przyjaciół, do których i ja się zaliczyć muszę.

Bydgoska się uśmiechnęła.

- Jak na przyjaciela, toś pan za surowy - rzekła. - Czyż koniecznie ma się za tą zasłoną coś ukrywać, czegoby się wstydzić miał?

- Ale ja tego nie mówię - odparł, tłómacząc się Paczuski - nie przypuszczam nic. Zdaję pani sprawę z tego, co jest, bom obowiązany mówić prawdę.

- Panna Michalina - dodała Bydgoska - mówiła o tym panu, niemal z entuzyazmem go wychwalając, a jej zdanie wiele u mnie waży.

- Ja też - przerwał zmieszany Emil - oddaję sprawiedliwość wielkim istotnie przymiotom Horpińskiego, tylko - nie lubię zagadek!...

Maniusia śmieszkiem milutkim potwierdziła, co mówił jej Emil: i ona dzieliła jego przekonanie. Zagadek nie powinno było się na świecie spotykać!...

W parę dni potem p. Sylwan przyszedł z uszanowaniem do pani Bydgoskiej. Wybrał tak godzinę, iż ją zastał samą z córką; Emila jakoś nie było - co mogło się nazwać cudem, bo on tu teraz przesiadywał nieustannie.

Jak na pierwszą wizytę, Horpiński zabawił dosyć długo; rozmową swą potrafił zająć niezmiernie dobrą panią Bydgoską - oczarował ją niemal, umiał się podobać, i gdy wyszedł, a wkrótce potem zjawił się Paczuski, matka a nawet córka, wpadły na niego z wymówkami za to, że się nie poznał na tak ze wszech miar miłym, wykształconym, dowcipnym, ujmującym człowieku, jakim był Horpiński.

Chociaż napół żartem czyniono mu te wymówki, Emil wziął je do serca. Nie podobało mu się to, że Horpiński tak sobie potrafił łatwo te panie pozyskać.

Opanowany ciągle myślą odkrycia tajemnicy pochodzenia p. Sylwana, słysząc, że znał dobrze stryja pani Bydgoskiej - sądził, iż to go na jakiś ślad naprowadzi, ale okazało się, iż znajomość tę zrobił w Warszawie, i - nic ona objaśnić nie mogła, prócz tego, że byli z sobą bardzo w blizkich stosunkach...

Dowodziło tego wszystko, co p. Sylwan wiedział o rodzinie Bydgoskich... jak się w rozmowie okazało.

Dla zacnej, dobrodusznej mamy Bydgoskiej nie było nic zadziwiającego w tem, że Horpiński o pochodzeniu swem nie mówił i niem się nie chlubił. Musiał należeć do tej drobnej szlachty, której tyle tysięcy składało stan uprzywilejowany dawnej Rzeczypospolitej. Ojciec mógł się dorobić majątku, niczem zresztą się nie odznaczywszy. Kolligacyi nie miał pewnie.

Tak, to, co dla Paczuskiego było podejrzanem - pani Bydgoskiej wydawało się naturalnem.

Sam zaś człowiek tak jej był sympatycznym, a, co dziwniej, tak nawet Maniusi, po tej wizycie, wydawał się miłym - że Emil musiał zamilknąć, ale bardzo posmutniał.

Nie tyle mu szło o mamę, ale - jak potrafił zdobyć, tak łatwo pozyskać sobie Maniusię?!

Emil nie rozumiał tego, że młodziusieńkie dziewczątko, które dojrzały i poważny mężczyzna z uszanowaniem jak osobę, - (nie dziecko) - traktował w towarzystwie i obchodził się z nią równie jak ze starszemi - musiało być tem ujęte wielce, bo mu pochlebiało, iż ją już jako dorosłą panienkę uważał.

Maniusia wdała się z nim w rozprawę nawet, z której wyszła zwycięzko, i w końcu p. Sylwan stał się jej miłym - ją także oczarował...

Emil czuł, że obok niego on się musiał wydawać dziecinnym i płochym... trapiło go to.

Powziął więc jeszcze większą odrazę do Horpińskiego - nienawiść prawie. Mama, jak mama, ale broniąca go Maniusia! - w rozpacz go wprawiała.

Tem się pocieszał tylko, że Horpiński nie mógł zbyt często nawiedzać pani Bydgoskiej, i że wpływ jego niebezpieczeństwem nie groził. Tymczasem była to nieco fałszywa rachuba. P. Sylwan zaraz potem w teatrze odwiedził panią Bydgoską w loży i zaproponował wycieczkę w okolicę razem z paniami Zawierskiemi, którą on się podejmował urządzić: przyjęto ją.

Dowiedziawszy się o tem, Paczuski, który się nie spodziewał, aby był zaproszonym, wpadł niemal we wściekłość. Zaczynał się odzywać już z pojedynkiem, do którego nie miał najmniejszego prawa.

Ochłonął dopiero, gdy - znalazł zaproszenie, które Horpiński mu nadesłał. Nie poprawiło ono jednak usposobienia Paczuskiego, który przyjął inwitacyą, ale marzył o pomście.

Za co? - Sam może nie wiedział.

Maniusia niewiele się dla niego zmieniła; jednak odrobineczkę go lżej jakoś i obojętniej przyjmowała: nie był sam jeden.

Horpińskiemu zaś, oprócz grzeczności dla pań których krewnego był niegdyś przyjacielem, nie można było zarzucić nic. Nie starał się w pospolity sposób o pozyskanie łask Mamusi, nie prześladował jej wejrzeniami i dwuznacznemi półsłówkami.

Był z nią nadzwyczaj poważnym i właśnie tem ją sobie pozyskiwał. Co się tycze mamuni, ta po kilkunastu dniach - całkiem się poddała wpływowi, radom, kierunkowi, jaki jej zręcznie nadawał Horpiński: wynosiła go pod niebiosa. Paczuski nie śmiał się odezwać ani słówkiem przeciwko niemu.

W miarę, jak p. Sylwan tu rosnął, on malał i schodził na coraz mniej znaczące stanowisko. Obchodzono się z nim, jak... z młodzikiem. Nawet Maniusia pozwalała sobie dać mu uczuwać to, że - starszych powinien był szanować i nie dopuszczała najmniejszej przymówki do Horpińskiego.

P. Bydgoska głośno wyznawała, że Panu Bogu powinna była za tę opiekuńczą znajomość dziękować, a wszyscy, nie wyjmując panny Michaliny, wtórowali jej.

W końcu Emil tak był tem boleśnie dotknięty, że jednego poranku pobiegł do Józia na radę.

Szalawski wiedział o wszystkiem, ale zimno się na to wszystko zapatrywał.

- Słuchaj - rzekł - innego końca nie widzę: to jest intrygant niegodziwy. Psuje mi u Bydgoskiej - muszę go wyzwać.

- Ale jakiż pretext znajdziesz do tego?...

- Pierwszy lepszy - odparł wzburzony Emil.

- Powinieneś więc o tem wiedzieć zawczasu - rzekł Szalawski - że Horpiński jako szermierz na szpady i pałasze jest sławnym, a strzela kulami do asów o zakład.

- O tem wiem - odparł Emil - ale ja też strzelam dobrze, a biję się znośnie. W pojedynku więcej stanowi szczęście, niż umiejętność.

- Panna ci za pojedynek wdzięczną nie będzie, ani matka - dodał Szalawski. Przyśpieszysz tem ich wyjazd, a możesz sobie zagrodzić drogę nawet. Rozważ to dobrze...

- Cóż mam począć? - wybuchnął Emil.

- Na twem miejscu - rzekł Józio - albo-bym nic nie poczynał i czekał, albo-bym się z nim rozmówił otwarcie...

Skutkiem narady z Szalawskim było to, iż jednego rana Paczuski zjawił się u Horpińskiego tak wcześnie, aby go zastał niechybnie.

Znalazł go już ubranym, nad poważną książką, i został przyjęty z taką uprzejmością nadzwyczajną, tak mile i wesoło, że przybywszy pełen wyrzutów i gotów do żwawego sporu - mimowolnie złagodniał znacznie. Musiał zmienić ton, a nawet sposób zagajenia rzeczy.

- Jesteś pan dobrodziej - rzekł chłodniej - w takich stosunkach z panią Bydgoską, masz wpływ tak wielki na nią, iż się nie waham zwierzyć mu i prosić o pomoc i radę...

Miałem zamiar starać się o rękę jej córki. Z początku byłem przyjmowany dosyć dobrze; od niejakiego czasu widzę i czuję oziębienie... Kocham pannę... jestem w rozpaczy!...

Horpiński słuchał bardzo obojętnie.

- Przypisujesz mi pan - odparł po namyśle - wpływ, którego ja nie mam wcale; znajomość moja z panią Bydgoską jest świeżą... Nie pochlebiam sobie, abym mógł jej zaufanie pozyskać.

Zatrzymał się nieco Horpiński i zawahał z dalszym ciągiem.

- Taksamo - nie mam najmniejszego prawa panu radzić nic, ani odradzać... Muszę tylko, wszelkie przypuszczenia uprzedzając, oświadczyć mu najuroczyściej: najpierw, że co do mnie - nie postało mi w myśli nawet starać się o pannę... powtóre, że nigdy słowem jednem nie zaszkodziłem panu, ani u matki, ani u panny...

Emil podniósł głowę.

- Chcesz pan dać mi dowód życzliwości? - rzekł nagle. - Racz być moim pośrednikiem..... chciej wybadać matkę i - oświadczyć jej moje zamiary.

Horpiński wstał z krzesła nagle.

- Daruj mi pan - rzekł sucho - tego pośrednictwa na żaden sposób podjąć się nie mogę.

- Małżeństwo, według mojego przekonania i sposobu widzenia, jest czynem tak wielkiej wagi w życiu, iż sumienny, uczciwy człowiek nie może się nigdy ważyć ani pomagać do niego, ani wtrącać. Dałem sobie słowo raz na zawsze: do spraw podobnych się nie mieszać.

- Ale przynajmniej nie przeszkadzać! - wybuchnął Emil.

- Mógłżeś pan przypuścić nawet, że ja się na to ważę? - spytał surowo Horpiński.

Paczuski się zarumienił. Nie miał dowodów żadnych - domyślał się tylko.

- Co mi pan radzisz? - zawołał.

Długo milczał Horpiński.

- Nigdy nie radzę nikomu - rzekł - choć nie przeczę, że radzić drugim łatwiej jest, niż samemu sobie. Przez wdzięczność za to, żeś pan raczył zwrócić się ku mnie, powiedziałbym jedno. Rozważ pan dobrze czy nie zawcześnie myślisz o ożenieniu się, i czy panienka też nie jest za młodziuchną? Wiem, że miłość nie zna rachuby... niestety!...

Zamilkł nagle.

Paczuski siedział z głową spuszczoną.

W ostatniem przemówieniu Horpińskiego, które wistocie nic nie mówiło, brzmiało coś szyderskiego, ironicznego, niedość wyraźnie, aby się można było obrazić; ale w duszy czuł się Emil draśniętym do żywego: ten człowiek grzecznie sobie szydził z niego, jak z młokosa, i mścił się na nim.

Dobitniej w ostatku wyraziło się to jeszcze w zakończeniu przemówienia Horpińskiego, który dodał po chwili:

- Masz pan matkę, rodzinę, przyjaciół - osoby, które jego i Bydgoskich położenie lepiej znają, niż ja: do nich się zwróć o radę.

Ja, co nie mam ani rodziny, ani stosunków, co jestem sierotą, i wydaję się jakąś zagadkową istotą... aerolitem, spadłym niewiedzieć z jaką burzą... z niewiedzieć jakiego świata, nie miałbym się kogo poradzić, i musiałbym sam rozstrzygać; ale panu - na doradzcach nie zabraknie. Z tego względu i wielu innych, szczęśliwszym pan jesteś nademnie...

Paczuski, posłyszawszy to - już ani słowa nie mówiąc, wziął za kapelusz, i zimno bardzo żegnając się, wyszedł, przeprowadzany grzecznie, aż do progu...

Wiedział, że miał nieprzyjaciela, z którym ciężko mu się mierzyć było!

  

______________________________________

  

Lato nadchodzące wypędzało wszystkich z miasta - powoli.

Zrodził się w naszych czasach ten obyczaj wędrowania wzorem.................