Na progu wyniosłym morza,
gdzie sosny rumiane cień błękitnawy na jasne piaski rzucają, -
oparły się wozy królewskie. Ustały zgonione konie, zarznęły się w
piasku skrzypiące koła. Każe król rozbić szkarłatny namiot swój.
Zwisła ciężka, złota frędzla zasłony, na wiotki piasek opadła. A
przed zasłoną, na żerdzi głęboko wkopanej szeleści plemienna
stanica, królów wojenny proporzec. Czterdzieści wnet stanęło
stołów. Siadła pospołu drużyna bojowa. Siadł i najemnych gości
tłum: Pieczeniagi i Waregi, Czechy i Morawy, za złoto żołdu
zdradzające swój ród Nemety, Sasy, Bawary.
Na siedzisku wyniosłem rozpostarł się król. Szkarłat rodowy
piastowski obleka jego tron i ziemię szeroko-daleko. Po prawicy i
po lewicy ma król wiciądze swe, ojczyce ziemi.
Cieszy się król.
Pierwszy to raz od tylu czasów wielki rostruchan podnosi.
Bezcenne migają kamieńce, lśni złoto, gdy do ust niesie wino z za
gór, z za światów. Na cześć drużyny pije. Krzyczy mu w ląd i w
morze drużyna wieczną cześć.
Haw - białe morze. Pod sinym, dalekiem niebem chluszcze
bryzgami fal, na niskie piaski dumne wełny wyrzuca.
Władacz wciąga nozdrzami wiater słony, w siwą dalekość
morskich potoków oczy zanurza.
- Na twoją cześć, głębokie morze! Na twoją wieczną sławę,
święta, jedyna moja! - woła w płaszczyznę ziemi.
- Pieśni! - wzywa drużyna.
Wyjdzie z tłumu, gdzie czeladnicy, pachoły i posługacze
wojenni, z pomiędzy chorągwi chłopskich - starców kudłatych zgraja.
Siwy tłum. Zasiądą wokrąg. Nastroją liry.
Śpiewają panu słowiańską, przedwieczną, wojnopamiętną pieśń.
A pieśń jasnego pana za nogi obłapia, czołem mu bije.
A pieśń go woła...
Wsparł na mieczu łokieć, na pięści wielką głowę
niezwyciężony. Obrócił jasne oczy na dziady grające. Słucha.
Słucha, jako ta pieśń uderzy w krzyk, pomstą pomstuje. Dym kłębami
siwymi, ogień drżącymi jęzory wybucha z niej. Ku niemu leci, ku
jego sercu z żelaza, ku piersiom szlochającym tajemnie pod kolczą
zbroją, co płaczu, jako żyw, nie zaznały. Krzemienie proc furczą,
cięciwy w pieśni tej brzęczą i brzechwy lotnych strzał świszczą.
Słychać w niej płacz śmiertelny dzieciąt bezsilnych i dziewek
ledwie podrosłych. Hańba z niej woła ojczyców, za siwe kudły
wleczonych ze siół przez długie mosty w kajdany żelazne, w plenice.
Czarna się dymi krew, co wypłynęła bez pomsty z żył mocnych
chłopów nieznanemi broniami pobitych w paliszczach, kamienną ongi
ciosanych siekierą, w warownych grodach pośrodku bagien i w tynach
nad słodkiemi wodami, gdy się z najeźdźcą piersią gołą o jego
żelazną pierś siepali.
Wzdycha król. Ręką szarpie głownię mieczową. Krwawemi
oczyma, w których ogień bucha i dym się kłębi, wodzi po ludziach.
Nagle się uczta przerwie. Jeden drugiego pyta: czemuż to
władacz sposępniał?
Postrzegł król ich milczenie i skinął ręką na grajki:
- Milczeć!
Porwie w lewą dłoń czarę, a prawą uściśnie jelca
straszliwego koncerza. Wstaje olbrzymi. Ciało jego obleczone od
stóp do głów w kolczugi sieć stalową. Kuta koszula pancerna lśni na
ramionach, a płach jej mieni się i drży na wielkich piersiach.
Stolica pod stopą żelazną trzeszczy. A w pięści zwartej sieczysty
brzeszczot raz wraz szczęka.
I słowo wieszcze pada w tłum:
- Słuchajta!
Wodze, namiestnicy, i wy, chorągwie! Na śmierć piję Sasom,
którzy na nasze ziemie przedwieczne idą. Abym ich, póki mego
żywota, tym mieczem i waszym mieczem wyrąbał, zdradzieckiem
żegadłem wyźgał, żeleźcem grotów przebódł, garścią zemściwą po
ciemku wydusił. Ziemią, nagłym pożarów zagonem wiecznie za nimi
chodźmy, rzekami będziewa tajemnie brodzić, w morze na łodziach
zbiegniemy i na wałach bezdennych pod próg uśpiony podpłyniem.
Złupimy miasta i sioła, spalimy siedliszcza do ostatniej
przyciesi...
Okrzyk:
- Na śmierć Sasom!
- To wam zapowiadam wszem wobec: nie pozwolę grzebać trupów
pobitych, gdziekolwiek Niemców dopadnę - w kraju Dziadoszan, czy na
piaskach lutyckich. Niechaj z nich korazuny i gugelhauby, nabiodra
i plechy nagolenne łupi ciura, trupy ich niechaj wilcy roznoszą po
puszczach, sępy po skał grzebieniach. Niechaj nagi między zasiekami
leśnymi leży palcgraf Burkhard i margraf Gero. Nie zazna czci, ani
rozkoszy spoczynku w ziemi, która jest moja, Frydrych mąż żelazny,
Widredy i graf Folkmar z dwiestą zwalonych rycerzy! Niech gniją u
wierzchu bagna w potokach krwawych i w pyle! Na wieczną rzeczy
pamiątkę zostaną niepogrzebani Adelhajd, Ira, Thietmar, Doda i
Ludolf. Tak rozkazuję. A ktoby się woli mojej sprzeciwił, przez
Boga wiecznie żywego - biada mu!
Wołanie:
- Biada mu!
A skoro siadł, każe czeladnikom odpasać sprzączki skórzanych
tłumoków i wywalić przed bracią wojenną zgarniony za Odrą łup. Sam
rzuca w ciżbę głębokie czary i kruże ze złota, rogi i kielichy,
sadzone parangonami bezcennej wody, dzbany z kryształu
przejrzystego, jak woda, greckie amfory i szkatuły niemieckich
majstrów, cudnie w metalu kowane. Między srogie zastępy w
krzywoślepą hordę Pieczeniagów każe nieść w darze italskie
arbalety, cisowe kusze, zaciągane lewarem z żelaza, hiszpańskie
tarcze i krótkie piki. Pieszym chorągwiom chłopów, odzianym jeno w
serdaki a czuje, w szłyki z rogami i kły, uczynione z obłupionych
łbów dzików i turów, wilków i lisów, uzbrojonym jeno w oszczepy z
osękami, w rogaciny, w kamienne oksze na długich styliskach a
wielkie na chłopa pawęże, szczodrze rozdaje czekany, barty i obuchy
z żelaza, cepy kolczaste, smycze i arkany z surowego rzemienia.
Konnym swym wojom każe nieść wielkie, obosieczne koncerze, radość
serca męskiego, i cudne kapaliny z połyskliwego żelaza, miedziane
nagłowne myśnice, czepki kolczaste, rękawice, płachy przedsobne i
zasobne pancerzów. Rotom drabów najemnych sypie bez liku,
garściami, srebro i złoto denarów kupieckich. A gdy tak szczodrze
król wręcza dary każdemu ze swych rycerzy, każdemu ze swych sług do
ostatniego pacholęcia, słychać od czat dalekich wrzaskliwe hasło
rogu. Wszystkie się oczy w tę stronę zwróciły i jako czujne ogary
pomknęły w las. Oto wyszedł z brodów orszak konny pod czatowniczą
strażą i ku namiotowi pańskiemu podąża. Przysłonił wódz dłonią oczy
i wilcze miota spojrzenie.
Aż znagła wstał.
Ciężko po stopniach idzie z tronu.
Zmierzały wprost ku królewskiemu stołkowi wielkie rycerze
niemieckie, zakute w żelazo. Forgi wielobarwnych piór, jakoby
obłoki na czubach krzesanic, chwiały się na wierzchołkach obłych
szyszaków. Nieustraszone ślepia patrzyły zuchwale z widzierów
hełmowych. Każdy miał prawicę żelazną na klindze miecza, a lewicą
ściskał rękojeść mizerykordyi. Ze środka ich, jakgdyby z
zamczystego łona zastępu, wyszedł człowiek chudy, z kaprawemi
oczyma, z twarzą wykrzywioną od boleści. Nogi miał bose i nagie aż
do kolan, ręce nagie aż do ramienia. A nagość jego kości kryła kapa
wytarta, z nędznego sukna żałoby uszyta. Pod nią wisiały strzępy
mniszego habitu. Na głowie miał czapkę biskupią, w ręku biskupią
krzywulę. Ujrzawszy w oddali majestat, stanął skulony, stopa przy
stopie, kolano przy kolanie. Podniósł rękę i pokazał w niej krzyż.
Wnet blada trwoga skupiła dookoła wodza drużynę.
Opat-doradca przysunął się do pańskiego stołu i szepce:
- Panie!... Bacz... Święty człowiek idzie przeciwko tobie.
- Tenże to z Myśny?
- On. Patrz, płacze.
- Czegóż płacze?
- Płaczek on Boży. Kaprawy, patrz, z płakania. Bosy. Bez
koszuli i bez nogawic zimie i lecie. A zamiast łoża pień ma bukowy,
który był sobie wydłubał w tajemnicy przed ludźmi. A obwiedziony
jest pień-łoże płotem z tarniny, żeby go kolce wyrywały ze snu.
Głowę zaś, panie, układa na poduszce z badylów róży dzikiej. Za
dnia, gdy nań nie patrzy nikt, wdziewa na głowę mitrę biskupią z
pnia drzewnego uciosaną, na której ze wszech stron ciężkie zawiesza
kamienie.
- Czemuż to czyni, powiedz?
- Żeby go, panie, biły po głowie, gdyby się o sprawach
żywota ziemskiego zadumał. Patrz, wielki królu, - na tobie zbroja
złocona z łusek stalowych na skórę nieprzebitą naszytych, pod stopą
twoją szkarłat bezcenny. A na nim gałgan zetlały! Wiedz o tem,
panie. Zanim, posłuszny woli cesarskiej, po stopniach stolicy
biskupiej poszedł, gdy w puszczy, w bratnim eremie przebywał,
widzieli bracia na zemdlonym od twardej pracy, że przepasany jest
łańcuchem żelaznym z kolcami, który mu w biodra wrósł, a skórę
brzucha przetarł i w otwartych wieczyście ranach gołych wnętrzności
dotykał.
Duma król. Z głębi potężnych piersi wzdycha. Aż oto woła ku
biskupowi:
- Wydam ci ciała poległych w boju, jeno tu nie płacz przede
mną.
Szepce opat do ucha monarchy:
- Panie, ach, panie!...
Patrzy król pod przyłbice, w zawarte maski onego towarzyszów
lwiemi oczyma. W oczy ich patrzy ze straszliwym uśmiechem, jak
między żelazy goreją.
- Wydam ci ciała poległych; z chwałą je chowaj w tej ziemi.
Pomruk złowrogi w drużynie. Spinają sprzączki żupic
pancernych. Mocno przypasują obojczyki i blachownice, zarękawia i
fartuchy kolczate. Nisko spuszczają przyłbice, żeby ocienić lica
nanośnikami. Trzask słychać mieczów i pobrzęk cięciw. Pomruk
głośniejszy w drużynie. Gwar.
Schyla się biskup, podnosi krzyż i błogosławi nim króla.
Postąpił król ku biskupowi. Ujął dłoń i powiódł w pokorze
bosego ku złotej zasłonie namiotu. Orszak niemiecki za królem. A
gdy komornik spuścił za nimi zasłonę, rozejdzie się w obóz drużyna
z gwarem złowrogim, z szeptem zemściwym. Zostali jeno na placu
czterej.
Stoją w hełmiech zawartych. Jeden ma kamail na głowie,
szyszak z nanośnikiem, spadającym aż do brody, drugi i trzeci mają
lambrekiny frankońskie. Paiże dzierżą na lewem ramieniu. Na
wielkich mieczach się wsparli. Cierpliwie stoją. Długo czekają
milczący. Aż ów na czele, którego głowę okrywa olbrzymi gocki
szłom, Walgierz o dłoniach potężnych, o udach z żelaza a kolana z
miedzi, uderzy głośno mieczem w puklerz.
Raz, drugi.
Cisza.
Uderzy Walgierz powtóre, z łoskotem.
Rozdzieliła się złota zasłona. Komornik.
Uderzy Walgierz Udały mieczem w puklerz potrzecie.
Rozdzieliła się złota zasłona.
Król.
Stoi między zasłonami z głową odkrytą, jasnowłosy. Ręka jego
za pasem. W oczach zaduma. Patrzy ku czterem.
- Udały... - cicho wyszepta.
Milczą rycerze.
- Słuchasz, patrzysz, mierzysz chytremi ślepiami me sprawy.
Wciąż mrok na twojej twarzy, a chmura na twojem czole.
- Wciąż chmura na mojem sercu!
- Wciąż cię pycha na rumaku oszalałym unosi. Wciąż ci
strzyga o jednym zamku dalekim szepce po nocach?
- Dusza się moja wydziera do Tyńca, praojcowego dworzyszcza,
do stolicy mej ziemi.
- Milcz o stolicy twej ziemi!
- Dawno, dawno już milczę. Nazbyt dawno już milczę.
- Bylebyś nigdy nie zaczął przemawiać o tem, co na wieki
minęło. Goście w moim obozie...
- Dziś będę mówił.
- Nie mów dziś nic, koniądzu!
- Dziś będę mówił pierwszy raz i ostatni.
- Pilnujże dobrze głowy!
- Oto me słowo: idę ze stanu z towarzyszami. Niech słyszą
Niemce, że z obozu twojego wychodzę! W dziedzinę moją, w żupy
wiślańskie powracam. Przed chwilą piłeś, wodzu, w dłonie nasze
puhar rycerski na zgubę rodu Sasów. Zaprzysiągłeś zemstę żywym i
trupom. A ledwie się pokazał bosy wróż, jużeś się przelękł
haniebnie.
- Sądzisz moje uczynki! Ja wasz jedyny sędzia i wódz! Ja
życia i śmierci pan!
Śmieje się hardo Walgierz Udały.
Spojrzą po sobie z żelaznych oknisk wściekłe oczy czterech
rycerzy. Milczą żelazne ich usta.
Król rozkazuje:
- Zdejmijcie zbroje. Odpaszcie pasy. Złożycie na ziemi
paiże, a na nich miecze i włócznie w krzyż.
Spojrzą po sobie powtóre z żelaznych jam okrutne oczy.
Milczą żelazne usta. Rozkaz królewski niespełniony.
Szarpie król pas. Porwie miecz. Klasnął w ręce. Biegnie ku
niemu komorzych tłum. - Rozkazał:
- Trąbić!
Zawrzasną rogi. Biegnie rycerstwo. Trzepie się ręka
królewska ze stopni tronu nad głowami zuchwałej czwórcy.
Rozkazał:
- Sąd! Szarpajcie ich w sztuki mieczami. Oburącz! Walcie w
zdradzieckie piersi obuchy młotów!
Rozruch i zgiełk w drużynie. A porwać za koncerz, za młot
nikt nie ma siły.
Nie zadrżał Walgierz Udały i nie uchylił głowy ni jeden z
towarzyszów: Mściw, ani Wydrzyoko, ni Nosal wielkoramienny. Stali
czterej przeciwko wojsku.
Wokoło żelazny mur rycerskich ludzi. Na silnych koniach
kiryśnicy w zbroi zupełnej. Paiże na ich ramieniu rozsiały
wszechmocną zgrozę, a drzewa włóczni pod pachami - czyhają. Daleko
stanęły seciny pieszych chorągwi. Jasno srebrzone pawęże, wielkie
na chłopa, stworzyły równy, śmiercią błyszczący tyn, co idzie
daleko, daleko, aż do fal pienistych morza. Glewie dobyte z pochwy
czeka na rozkaz, na cios. W słońcu glewie połyska. Napięte są
cięciwy samostrzałów.
I rzekł w koło wojenne i w ulicę rycerską gromowym głosem
Walgierz Udały:
- Drużyno polska, drużyno bojowa! Schodziłem z tobą, drużyno
bojowa, ziemie saskie i ziemie lutyckie. Paliłem z tobą zamczyska i
miasta. Tym oto mieczem rąbałem za dnia w boju męża, w żelazo
okute. Tą oto dagą przeszywałem po nocy serca śpiących. A teraz,
słuchaj, drużyno bojowa, szarpie mię słowy król, który me ziemie w
szpony porwał. Szarpie mię w sztuki jakoby mieczem, przeszywa
uśmiechy piersi moje jakoby puinałem. Znieważa król mnie,
wiślańskiego koniądza, władzcę na Tyńcu i ponad całym światem
rzecznym od niezmierzonych gór po łyse góry, pana wszech puszcz
jodłowych aż po mazowszańskich piasków sosny. Bije król słowem
twardszem od obucha okszy w piersi Nosala z za Dunajca, Wydrzyoka z
za Pilicy i Mściwa z puszczy, gdzie się poczyna w ciemnościach
bożych Czarna Nida. Słuchaj mię, królu polski! Mnie wiślańskiego
władacza...
- Nie słucham cię, rycerzu Udały. Nie znam twej władzy i
zakazuję ci zwać się panem świata wodnego, widni świętej, przez
którą biała Wisła idzie. Zakazuję ci zwać się władaczem puszcz.
Obie oce moje sięgają za łyse i za niezmierzone góry, a ręce moje
sięgają w dalekie morawy. Moje są dunajce-wody bystre-głębokie, co
ze śniegów się rodzą, i moje są strumienie, co z puszczy jodłowej
płyną niskiemi łąkami. Wziąłem ziemie, które swemi nazywasz,
żelazną dłonią. Jam jest jedyny ich odzierżyciel. Wydarłem cię z
morawskiej pięści, ja wolny i niezwalczony. A przygarnąłem cię pod
mój proporzec, żebyś nie leżał u cudzego progu i żebyś chodaka
krzywoślepej dziczy węgierskiej nie całował. Uczyniłem cię rycerzem
polskim, pozwałem cię i powiodłem na zwycięstwa przeciwko Niemcom,
którzy są wrogowie na wieki wieków mego i twego plemienia. Ziemiom
twym kazałem wrosnąć na wieki w moje ziemie. Siłom twym kazałem
wrosnąć w moje siły, w moje ręce żelazne, w głos mego rogu, w
połysk mojego pancerza. Moje siły są z waszych pancerzów i
szczytów, pióra mego szyszaka wzdyma wicher waszego krzyku przed
bitwą. Moje siły nie są moje nie są wasze, jeno są nasze. A siły
nasze zrosły się w naszą rzecz wiekuistą, rzecz pospolitą...
Woła zuchwale Walgierz Udały:
- Królu polski! wychodzę z twojego koła, gdyż nie chcę
służyć pod twoją stanicą. Jestem ci równy i władzy twojej już nie
chcę dźwigać. Dotąd dźwigałem, a teraz nie chcę. Wracam na zamek,
gdzie ojce moje od początku czasów władały. Ze mną Wydrzyoko, Nosal
i Mściw. Każ mię porąbać mieczami, walić w me piersi młoty, bić w
moje oczy z kusz. Nie chcę już Niemców wojować pospołu z tobą,
któryś jest twardy samowładzca, któryś jest straszny najeźdźca, a
bosego się Niemców wróża boisz. Nie chcę z tobą wojować, bo mi się
wojować z tobą nie podoba!
Jak grom spada z wysokości słowo królewskie:
- Znam ja cię, władzco drewnianego zamczyska, hardy ojcowicu
nędznej dziedziny! Widzę na wylot twe myśli. Chodziłeś pod moją
sprawą i w cieniu mego proporca na Sasy i na lutyckie sioła. Łakome
twoje ręce czerpały moje mienie, a oczy zdradzieckie wypatrywały
moc moją. A teraz chcesz moc moją w swojem zawrzeć zamczysku, za
tynem ją przyczaić i przeciwko mojej pięści wykręcić. Wziąłem cię
za gardziel tą pięścią, gdyś był w broni skórzanej, którą ci z
turzej skóry ciura uszył, a kowal żelaznemi nabił gwoździami. Teraz
odziany jesteś kolczugą z niemieckiej stali, którą z ramienia swego
zwlokłem i tobiem z łaski dał. Ale przetnie miecz mój łuski...
- Na głowie mojej szłom pradziadów!
- A ty, Mściw! Ty, Wydrzyoko! Ty, Nosal! Dałem wam miasto
wilczych szłyków zbroje rycerskie. Otworzę ja te zbroje nanowo!
Znam ja nienasycone wasze gardziele! Znam piersi, pełne szału
kłótni, a ślepia chciwe jak u sępów!
Ponuro goreją oczy towarzyszów Walgierza. Ręce ich na
głowniach mieczów, na toporzyskach złożone - czekają. Zawarte
milczą usta.
Uciekł w noc ciemną Walgierz Udały z obozowiska polskiego
króla. Z nim Wydrzyoko towarzysz, z nim Nosal, a także Mściw.
Puściła ich straż wolno (rzekomo zmorzona snem), a otworzyła im
między hufcami drogę wolną drużyna bojowa (rzekomo otumaniona
czarami).
Po mostach zrazu mknęli zbiegowie drewnianych, polską sztuką
rzuconych na błota i sitowia, na trzciny, łąki i bagno. Gdy wyszli
z obszaru wodzisk kaszubskiego pojezierza, w pierwszych na suszy
siedliskach wyprowadzili z za zawor rosłe wierzchowe konie. Odtąd
już dniami-nocami pędzili w cwał. Ku ostrowcowi łysych gór, z
mazowieckich równin wyrastającemu, była ich droga. Przeszyli leśne
sosnowe puszcze, suche bory i światy piachów, minęli widnie
jeziorne, przebrnęli w bród słoneczne rzeki, przesadzili
strumienie. Aż ujrzał Mściw i pokazał daleko sine pasma na niebie.
Wparli żeleźca w boki biegunów. Dopadli wskok jodłowych kniej. O
ciemnej nocy weszli w nie szlakiem-bezdrożem. Kamień rudy, od wody
stoczony z wysoka, zgrzytał pod końskiem kopytem w suchem łożysku
ruczaja, kiedy się darli pod górę. Drzewa wielkoliściaste, buki i
klony, dęby i jarząby stanęły kołem. Kosmate, czarne ręce jodłowe
przywitały strudzone ciała i zgonione dusze zbiegów.
- Teraz, - rzecze jeden, - już my na wiślańskiej, na ziemi.
Niechże to naju szuka polski król.
- Ha-ha!
- Niechże ta szuka pilnie.
Zstąpili nad ranem w nizinę, ku łąkom zawilgłym od
niecieczy, a utajonym w jodłowem pustkowiu. Rumiany kwiat górski
przed oczyma ich po nadrzeczu strumienia. Zapach niewysłowiony
płynie powietrzem. Ptaszęcy śpiew...
Ujrzą z leśnego pobrzeża dolinę, rozległą między puszczami.
Góry nad nią z północnej strony wielobarwnym lasem odziane, góry z
południa. Zachodnie wiatry odgania od doliny niskiej zasłona,
jakoby sworzeń górski, a ode wschodu czernieje wyniosła macierz
łańcuchów, wszystka w tumanie, we mgle.
Stanęli mężowie w strzemionach, nakryli dłońmi oczy od
blasku rannego słońca, co się w wodach dalekich nurzało. Patrzą w
dół. Góry przed nimi strome, góry okrągłe i pochyłe. Cudne błamy
lasów, bezgraniczny ciąg puszcz, jakoby dym z ziemi wybuchły,
płynie z jednego szczytu na drugi. Tam i sam osłoniona jest ziemia
jeno pawłoką brzozowych bugajów, co zstępują ku dolinie uroczej,
tworząc widok piękności nieporównanej. A jeśli ma być widok jej
przyrównany, to jedynie do widoku piękności piersi dziewiczych, gdy
się przed stęsknionemi oczyma nagle odsłonią. Aż zakołyszą się od
szlochania żelazne bary Mściwowe. Upadł w szeroką dolinę olbrzymi
jego krzyk:
- Dolino moja... Da-dana!...
Spyta Nosal:
- Powiadaj, bracie, miana gór, boć miejsce to nama obce.
- Tam, widzisz, bracie, macierz tych gór, Łysica, w której
ciemności bogi mieszkają i skąd czarna woda, Nida, płynie. A idzie
woda Nida ztela aż do Wiślice, gdzie koniądz Wiślimir włada.
- Koniądz Wiślimir... - śmieje się cicho Walgierz Udały.
- Tamta, widzisz, bracie, siostrzyca - to Strawczana Góra, a
za nią idzie Bukowa, a za nią idzie Klonowa. Nad siołem mojem
włodyczem i nad jeziorzyskiem wielka i święta góra, którą czcili
ojcowie miejsc tych osadźce, - Radgostowa. Strumienie tam płyną z
wąwozów leśnych dołami niskimi w kalinach, w cierniach, w głogach.
Słońce ranne szuka tam gwaru wód w głębokich trawach. A w środku
owo, co lśni pod słońcem: - woda moja.
- Teraz, - rzecze Nosal - domowy próg...
- Teraz, - rzecze Wydrzyoko - zwleczesz, człeku, z ramion, z
bioder a z nóg żelazne blachy, zawiesisz na kołku ciężki szczyt,
odpaszesz długi miecz od siodła i drzewo sulicy w kącie postawisz.
- Teraz się, - rzecze Mściw - obleczesz, bracie, w ochopnię
domową, albo się w kaftan skórzany odziejesz, i pójdziesz w
pachnący las na łów swobodny, na wesoły...
- Albo się w komorze zamkniesz żoninej...
- Każdy o dziedzinę się swoją przecie zatroska, co na łasce
byle czyjej została, gdy my światami gonili, żeby w Sasa rogacinę
ciskać, mieczem go w sztuki rąbać.
- Ej, dzieci! Podrosły... świat! Jako też... dzieci?... Jako
też to ze świergoleniem na kolana z żelaza rozzute leźć będą, a
wieszać się po ramionach, a włóczyć z kąta w kąt koncerz, co krwi
tyle wylał...
Stał Mściwa stary dom, gniazdo pograniczne ziemi, na
kamienistym wzgóreczku, przy brzegu wielkiego stawiska. Cztery
wielowieczne lipy osłaniały jego czarny, gontowy dach. A z lewej
strony skłaniała się ku ścianom przychylnymi konary wielka i bardzo
stara grusza. Pień jej był rozsadzony, spękany. Widły konarów
osnute małymi liśćmi. W dole ogrodu wyrastał modrzew osobny,
uroczy, jasny. Przy drodze dwie wierzby splecione korzeniami, dwa
obumarłe kadłuby, dwa puste wewnątrz korzyska, choć toczyły od lat
z trzewiów swoich rude próchno na ziemię, to przecie ze ściętych
czubów puszczały strzeliste badyle, żeby zaś chłopcom na wiosnę nie
zabrakło piszczałek. Nad brzegiem wody wznosiły się niezmierne pnie
bez gałęzi. To czarne olchy patrzyły wiecznie w przeczystą wodę.
Wielka woda leżała w miękości pobrzeżnego sitowia, w zielonem łożu
rozkoszy, które sama sobie stworzyła. Ku niej to biegły z gór
parowy i dolinki, o których mówił Mściw. Smugi ich wysłane były
cudnością traw, a w nich szemrały ciekoty leśnych strumieni i
łąkowych poników. Tam to niepłoszone ptactwo śpiewało dokoła
wiosennych gniazd...
Białe wodne lilie otwierały to tu, to tam kielichy na płani
jeziornej. Wyniosłe pędy sitowisk schylały się nad ciemnym nurtem
rzeki, która w płaszczyznę stawiska wlewała bystre wody. Błękitne
ważki na przezroczystych skrzydłach snuły się nad tą ruchomą,
wiecznie żywą, nieustanną wodą. Zdyszane od polotów nad głębiami,
padały nadobnice piersiami na obły badyl sitowia i bujały pospołu z
nim, pracą rannego wiatru kołysane. Mgły wstawały z topieli.
Mściw stanął pierwszy nad brzegiem. Zapatrzył się,
zadumał... Odpasał rzemień szyszaka i odkrył kudłatą głowę. Ponurem
spojrzeniem ogarnął towarzysze. Wzniósł dłoń na znak, żeby się
żaden nie ruszał. Szepnął z pogańską trwogą:
- Cichajta! Wodnice ze spania wstają...
Wstawały z fal lekkie, śniado-białe zwoje. Nogi ich i
powłoki szat jeszcze się kryły w topieli, a jasne kędziory cudnych
głów dźwigał pachnący wiatr ponad kłęby lękliwej trzciny. W
głębokim cieniu, pod urwistymi brzegami, znać było przezroczyste
ich ciała, ich zmienne lica i oczy bławe a już za mgnienie źrenicy
stawał się z nich jeno przejrzysty dym - i nic. Śniło się wojom, że
z nich to, z mgieł, stają się ważki błękitne...
Cofnęli uzdy rumaków i poszli ztela w cwał, pełni dumania i
czci. Wpobliżu Mściwa dom czerniał na wzgórzu. Ogromny jego dach i
ściany stare stwarzały obraz swój żywy w porannej wodzie. Tyn z
wielkich kłód, bitych na pal, a od wnętrza mocno spojonych
płatwami, otaczał go ze wszech stron. Gdy mocno wiązane wrota
obróciły się na biegunowych wierciejach i przed jadącym zastępem
rozwarły, ujrzeli dwór. Stał przed nimi dawny, przedawny, zbity na
moc, na siłę, z bierwion, kładzionych w węgły, na wieniec i na
zamek. Przyciesie i same płazy były szerokie na cztery i na trzy
piędzie, utkane w szparach mchem. Słoty jesienne i zadmy zimowe
okryły je rudą polewą.
Zsiadł z konia Mściw. Uderzył radosnym ciosem we drzwi. Wnet
się usunął zębaty wrzeciądz bukowy i uchyliły skrzypiące dźwirza,
nabite jesionowymi kołkami. Zsiedli z koni przybysze i przekroczyli
wysoki próg, schylając głowy pod niskim ocapem dźwirzowym. Stanęli
w izbie czarnej, czuprynami sięgając dymu, co wałem w górze stał
grubym. Schylili głowy w niskim pokłonie przed ogniem pośrodku
płonącym. Skłonili się potrzecie przed ogniem wiecznie radosnym...
Obrócił oczy Mściw ku światłu, padającemu przez dym z dziury
szczytowej, - i szeptał pozdrowienie domowemu bogu. A pozdrowiwszy
domowego boga, starł połą niskie, dookolne ławy z balów cisowych i
prosił gości pokornie, żeby zasiedli.
Zdjęli rycerze kołpaki, ściągnęli z ramion blachy ciężkie,
odpasali pasy i odsunęli broń. A skoro oczy do mroku domowego
przywykły, ujrzeli z radością na ścianach ze smolnego drzewa, które
był powlókł dym pokostem ciemnobursztynowym, starą praszczurów
broń. Szerokie siekiery z bronzu i krótkie, zamorskie miecze,
wielkie rogaciny bukowe i osęki, maczugi-bunkosze, śliskie od wielu
dłoni, co niemi władały, szczyty olbrzymie, powleczone skórą
zwierzęcą... Przedwieczne tam młoty na styliskach dębowych,
uczynione nie wiedzieć przez kogo, za ojców, z głazu twardego
kamienia, przeborowane pracą krwawą... Wielkie tam łuki i kołczany,
pełne strzał o bełtach krzemiennych i bronzowych, zaprawnych
śmiercionośnym ciemierem. Na wbitych w szpary kłach odyńców i na
rogach turzych, na wielkich widłach jelenich wyświechtane
rzemienie, uzdy zeschłe od słot i upałów, siodła, popręgi, kańczugi
plecione, pętle i arkany z kręconej skóry, a pieśń śmierci
świszczące proce.
Poczną się z komór wychylać głowy nałożnych Mściwa żon,
dziewek. Radosny krzyk... Dzieci... Nie szedł ich witać Mściw, gdyż
gości gościł. Wnet każe wynieść z lochu miody-lipce, dymione połcie
sarnie i dzicze, wnet każe dawać chleby przecudne, słodkie kołacze
ze zboża w żarnach mielonego, co się na niwie przywodnej łońskiego
urodziło roku, gdy on daleko wojował.
Hucznie ucztują rycerze. Róg turzy, pełen miodu, z rąk do
rąk idzie.
Hucznie ucztują rycerze.
Piją koniądza Walgierza przezdrowie, co ich z obozu, z
żelaznej garści królewskiej wydarł. Do dom ich wrócił, do komór
żoninych, do kolebek... Chwalą rycerze koniądza Walgierza moc,
mądrość, czyn i słowo. Wynoszą go krzykiem pospólnym ponad króla
polskiego.
Tęgo a bez rachuby Walgierz pije. Chwali Mściwową dziedzinę.
Wysławia ciche dolinki i jeziorzysko, pochyłe, zadumane góry, pole
zorane i cichy sad, gdzie białe kwitną wiśnie. Wysławia Walgierz
ojce Mściwa i czci ich świętą broń.
Długo trwa uczta, do ciemnej trwa nocy. Aż runął koniądz
Walgierz na skóry niedźwiedzie, warstwami w kącie izby usłane.
Kamiennym zasnął snem.
A o północku, o pierwszych kurach, padnie zmora na jego
chrapiące piersi. Przydusi mu zmora potężne barki, jakoby zbójca
kolany, a gardziel ściśnie kleszczami. Śni się sen.
Wypływa z pustki nocnej mgła-ważka, łąteczka błękitna, co
nad wodami w poranek się unasza, co na badylach nocuje, na liljach
wodnych śpi, - boginka cudnej postaci, dziwnej urody. Spojrzał w
nią nagle rycerz Walgierz oczyma widzącemi i poznał ją w krzyku
radości.
Cudki to żony twarz!
Oczy jej bławe, jak głębokość nieba i jak źródlana woda.
Rumiane śmieją się usta. Senna rozkosz objęła głowę i otoczyła
szyję. Rozkosz, której słowo nie wypowie, a śpiew nie wyda.
Wyciągnął rycerz ręce przez sen ku pochyłym narcyzom, co we włosach
odmieńki tkwią, ku róży nieśmiałej na młodych piersiach. Aliści
ręce jego wrośnięte są w głębokość ziemi, jak góry ciężkie, jak
skały nieporuszone. Wołać na nią, krzykiem wołać!... Brak tchu.
Padła na piersi wieszczyca błękitna, ważka ulotna, w to miejsce,
gdzie serce wzburzone huczy. A padła, jakoby złom strzelistej w
Tatrzech góry. Poczuł koniądz ból przeraźliwy, bardziej nieznośny,
niż od przeszycia nawskróś cienkim italskim puinałem. Pochwycić
chce rękę, co mu zadała cios, pochwycić dłonią wojacką, ale jej
ująć nie zdoła. Ma ją i nie ma jej wcale. Chwyta ją skurczem
śmiertelnym, jakby nadwodną mgłę chwytał. Miota się w męce i
strasznie walczy, niby pod nożem skrytobójcy a pod zegadłem
siepacza. Aż oto słyszy błękitnej ważki tajny - tajny, do duszy
mówiący szept:
- Walgierzu, Walgierzu...
- Cudna...
- Jam jest.
- Żono!
- Jużem nie twoja, - mówi, - żona.
Krew w żyłach krzepnie, a serce staje w biegu. Słowa się
wymkną z pomiędzy skostniałych warg:
- Któżeś ty jest, umiłowana?
- Wróć się, wróć...
- Dokąd mam wrócić?
- Wróć się, wróć...
- Czemu tak mówisz, żono moja?
- Jużem nie twoja, rycerzu, żona.
- Któżeś ty jest, jasnowłosa?
- Walgierzu, Walgierzu...
- Cudna...
- Jam to jest dusza twoja.
- Ty jesteś dusza moja...
- Dusza twoja...
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.