Powiernik zmarłych. Jak spełniałem ostatnie życzenia przed śmiercią - Bill Edgar

Kup ebooka

44.90 zł
35.02 zł (34,57 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1. To twój pogrzeb

1

To twój pogrzeb

To był ide­alny dzień na pogrzeb. Sło­neczny letni pora­nek w Gold Coast. Za kilka godzin upał i wil­got­ność powie­trza poszy­bują w górę, a zwień­czony wie­życzką dach nagrzeje się do tego stop­nia, że wnę­trze kaplicy będzie przy­po­mi­nało roz­grzany pie­kar­nik. Teraz jed­nak pogoda trzy­mała stronę żałob­ni­ków, któ­rzy powłó­cząc nogami, zmie­rzali do kościoła, by poże­gnać zmar­łego. Męż­czyźni mieli na sobie pro­ste czarne gar­ni­tury, a kobiety gustowne, się­ga­jące kolan sukienki w sto­no­wa­nych bar­wach, oży­wione tu i ówdzie odro­biną koloru.

Sze­dłem z nimi z posępną miną i z sza­cun­kiem pochy­la­łem głowę, kiedy zaj­mo­wa­li­śmy miej­sca przy wtó­rze skrzy­pie­nia pode­szew i szu­ra­nia krze­seł.

Nabo­żeń­stwo roz­po­czął ksiądz krótką prze­mową, po któ­rej zaśpie­wano hymn. Następ­nie z jed­nej z ławek dźwi­gnął się potężny gość i powoli pod­szedł do pul­pitu. Stał tam przez chwilę, sze­lesz­cząc kart­kami z mową pogrze­bową. Przed­sta­wił się jako John, naj­lep­szy przy­ja­ciel nie­ży­ją­cego Gra­hama, i powi­tał nas na jego poże­gna­niu. Wszy­scy znali i kochali Gra­hama i wszyst­kim będzie go bra­ko­wało.

John był wiel­kim face­tem - siwo­wło­sym i rumia­nym niczym far­mer z Queen­sland, przy­zwy­cza­jony do tego, że zawsze sta­wia na swoim. Jed­nym z tych, któ­rzy idą przez życie z sze­ro­kim uśmie­chem na twa­rzy. Jed­nak teraz kąciki jego ust opa­dły, gdy ze smut­kiem w oczach spo­glą­dał na trumnę, w któ­rej spo­czy­wało ciało jego naj­lep­szego przy­ja­ciela - Gra­hama Ander­sona.

John spoj­rzał przed sie­bie tęsk­nym wzro­kiem, wziął głę­boki oddech i zaczął mówić. Goście w naboż­nym sku­pie­niu słu­chali jego głosu, który odbi­jał się echem od ścian kaplicy, zagłu­sza­jąc szloch nie­któ­rych żałob­ni­ków. Była to piękna scena, począ­tek nabo­żeń­stwa żałob­nego w iście hol­ly­wo­odz­kim stylu.

Gdy upły­nęły umó­wione dwie minuty, wsta­łem, przy­gła­dzi­łem kami­zelkę i odchrząk­ną­łem zna­cząco. Zaraz potem się­gną­łem do kie­szeni po list.

- Prze­pra­szam, ale muszę pana popro­sić, żeby się pan zamknął i usiadł albo wyno­sił się stąd w cho­lerę. Leżący w trum­nie czło­wiek ma do powie­dze­nia kilka rze­czy.

Wszy­scy się na mnie gapili. Szczęka księ­dza opa­dła nie­mal na pod­łogę. Nie miał poję­cia, co się dzieje, i, sądząc po jego minie, był w głę­bo­kim szoku. Moja uwaga była jed­nak sku­piona na Joh­nie. To z nim przy­sze­dłem się skon­fron­to­wać i, czy­ta­jąc list, który dał mi Gra­ham, nawet na chwilę nie odry­wa­łem wzroku od nie­do­szłego mówcy.

Krew odpły­nęła mu z twa­rzy, domy­śla­łem się, że wie, o co cho­dzi. Był cały zesrany. I dobrze, bo miał się czego bać.

Za chwilę wszystko wyja­śnię, ale naj­pierw musimy cof­nąć się w cza­sie o kilka mie­sięcy, do dnia, kiedy pozna­łem Gra­hama, czło­wieka leżą­cego w trum­nie. To on wyna­jął mnie jako pry­wat­nego detek­tywa.

Bycie pry­wat­nym detek­ty­wem - w skró­cie PD - jest mniej wię­cej tym, czego wszy­scy się spo­dzie­wają: klienci wynaj­mują mnie, żebym ujaw­nił rze­czy, które inni wole­liby ukryć przed świa­tem. Jeśli wie­rzy­cie w to, co poka­zują w książ­kach i przed­sta­wiają w fil­mach i mediach, pomy­śli­cie pew­nie, że przez więk­szość czasu ganiamy z apa­ra­tami, śle­dząc nie­wier­nych mał­żon­ków. W zasa­dzie tak to wła­śnie wygląda.

Znaczną więk­szość naszych klien­tów sta­no­wią męż­czyźni i kobiety, któ­rzy nabrali podej­rzeń co do wier­no­ści swo­ich dru­gich połó­wek i potrze­bują, by ktoś dostar­czył im dowo­dów zdrady. Ist­nieją całe agen­cje poświę­cone takim wła­śnie spra­wom. Ich ludzie pałę­tają się po oko­licy i tak długo będą śle­dzić two­jego współ­mał­żonka, aż zdo­będą smutny dowód jego niewier­no­ści.

Ni­gdy nie spe­cja­li­zo­wa­łem się w takich spra­wach ani szcze­gól­nie ich nie lubi­łem. Jeśli podej­rze­wasz swoją drugą połówkę do tego stop­nia, że jesteś gotów wyna­jąć PD, gwa­ran­tuję ci, że twoje mał­żeń­stwo ma poważne kło­poty. Pozwolę ci tro­chę zaosz­czę­dzić i powiem to, co już wiesz: ktoś wali cię w rogi i lepiej będzie, gdy wynaj­miesz doradcę mał­żeń­skiego, a nie pry­wat­nego detek­tywa.

Oprócz nie­wier­no­ści zaj­mu­jemy się głów­nie pro­ble­mami takimi jak kra­dzieże, oszu­stwa i szan­taże. W końcu więk­szość naszych zle­ceń doty­czy pie­nię­dzy. Miłość i pie­nią­dze to jedyne rze­czy, które spra­wiają, że decy­du­jemy się zadzwo­nić do agen­cji detek­ty­wi­stycz­nej.

Sprawa Gra­hama doty­czyła po tro­sze jed­nego i dru­giego. Pierw­szy raz zatrud­nił mnie w 2016 roku, żebym przyj­rzał się jego finan­som. Gra­ham był far­me­rem po sześć­dzie­siątce, który doszedł do wszyst­kiego pracą wła­snych rąk. W tam­tym cza­sie jed­nak pod­upadł na zdro­wiu i nie był w sta­nie pora­dzić sobie z ogro­mem obo­wiąz­ków. Nabrał podej­rzeń, że pod­czas gdy on cho­ro­wał, jego księ­gowy posta­no­wił się wzbo­ga­cić. Zauwa­żył, że od czasu do czasu z jego kont zni­kają drobne sumy i coś mu się nie zga­dzało. Miał prze­czu­cie, że ktoś pró­buje go oszu­kać.

Ode­zwał się do mnie, bo mam na tym polu pewne osią­gnię­cia, ale ze względu na całą masę innych zle­ceń nie mogłem zająć się jego sprawą od razu. Gra­ham uparł się jed­nak, że muszę to być ja i zgo­dził się zacze­kać.

Kiedy w końcu mogłem przyj­rzeć się spra­wie - a było to mniej wię­cej pół roku póź­niej - szybko odkry­łem, co naprawdę się dzieje. Pie­nią­dze rze­czy­wi­ście wycie­kały z jego kont, a ja wie­dzia­łem, kto je wypro­wa­dza. Po tym, jak wywar­łem odpo­wiedni nacisk na rze­czo­nego księ­go­wego, pie­nią­dze wró­ciły do wła­ści­ciela, a sprawa została zamknięta.

Nie­stety to był koniec dobrych wie­ści. Stan zdro­wia Gra­hama był gor­szy, niż myślał, i pod­czas ostat­niego spo­tka­nia zdra­dził mi, że jest nie­ule­czal­nie chory. Zgo­dził się zacze­kać pół roku, aż zajmę się jego sprawą, bo był prze­ko­nany, że ma mnó­stwo czasu. Było jed­nak ina­czej.

- Myśla­łem, że jesz­cze tro­chę pożyję - wyznał, kiedy sie­dzia­łem przy łóżku, z któ­rego już nie wsta­wał. - Ale chyba każdy tak myśli. Póź­niej dowia­du­jesz się, że zostało ci kilka mie­sięcy, i myślisz sobie: "Taa... jasne. Czuję się świet­nie i pocią­gnę jesz­cze kilka lat". Nie mia­łem poję­cia, że wszystko poto­czy się tak szybko.

Nasza roz­mowa zeszła na kwe­stie śmier­tel­no­ści - śmierć, życie poza­gro­bowe. Gra­ham nie bał się śmierci, był cie­kawy, co się z nami dzieje po tym, jak wydamy ostat­nie tchnie­nie.

- Nie mam poję­cia, co się wyda­rzy, kiedy mnie już nie będzie, ani dokąd tra­fię po śmierci, ale miło byłoby wie­dzieć, co?

- Cóż, daj znać, kiedy będziesz już wie­dział - odpar­łem. - Wyślij jakiś znak z dru­giej strony. Daj znać, czy podo­bał ci się twój pogrzeb.

Pokrę­cił głową.

- Wąt­pię, żeby mi się podo­bał. Już wiem, że będzie kosz­marny.

Gra­ham powie­dział, że nie podo­bała mu się więk­szość pogrze­bów, w któ­rych uczest­ni­czył. Był zawsze zasko­czony i roz­cza­ro­wany, bo spo­dzie­wał się, że pod­czas nabo­żeń­stwa zoba­czy praw­dziwe odbi­cie bli­skiej osoby - wszystko to, co czy­niło ją wyjąt­kową i za co była kochana. Jej dobre i złe strony. Zamiast tego dosta­wał ugrzecz­niony, roz­wod­niony obraz świę­tego, przed­sta­wiany przez księ­dza, który w dzie­wię­ciu przy­pad­kach na dzie­sięć nie miał poję­cia, kim był zmarły. Miał nawet przy­ja­ciół, któ­rzy nagrali na wideo swoje mowy pogrze­bowe, ale z jakie­goś powodu ich prze­sła­nie uznano za nie­od­po­wied­nie i zamiast je odtwo­rzyć, zor­ga­ni­zo­wano pokaz slaj­dów.

Gra­ham wspo­mniał, że chciałby sam napi­sać swoją mowę pogrze­bową. Zamie­rzał poru­szyć w niej sprawy, które były dla niego naprawdę ważne, tak by poka­zy­wała, jakim naprawdę był czło­wie­kiem.

- Czemu tego nie zro­bisz? - spy­ta­łem. - Nagraj wideo i niech odtwo­rzą je pod­czas mszy.

- Wiem, że ni­gdy by tego nie zro­bili. Ktoś pew­nie zaraz uznałby, że za bar­dzo ude­rzam w moją rodzinę i przy­ja­ciół, albo że z kolei ci, któ­rych nie wymie­ni­łem, poczują się ura­żeni. To nie ma sensu.

- Zawsze mogę to dla cie­bie zro­bić - zażar­to­wa­łem. - Poja­wić się na pogrze­bie i wygło­sić mowę, jakiej naprawdę chcesz.

Śmia­li­śmy się z tego, po czym uści­snę­li­śmy sobie ręce i poże­gna­łem się z nim. Wię­cej o tym nie myśla­łem.

Ale kilka tygo­dni póź­niej zadzwo­nił do mnie Gra­ham.

- Zasta­na­wia­łem się nad tym - rzu­cił do słu­chawki. - I chyba przyjmę twoją pro­po­zy­cję.

- Jaką pro­po­zy­cję?

- Chcę, żebyś zja­wił się na moim pogrze­bie, prze­rwał nabo­żeń­stwo i prze­czy­tał wia­do­mość, którą napi­szę.

- Mówisz poważ­nie?

- Jak naj­bar­dziej. I zapłacę ci za to dzie­sięć paty­ków.

"A niech mnie", pomy­śla­łem.

- To mnó­stwo forsy.

- Bo mam mnó­stwo do powie­dze­nia. Widzisz, jest coś, co chciał­bym wyja­wić na swoim pogrze­bie. Mój naj­lep­szy kum­pel, John, upiera się, że wygłosi mowę pogrze­bową.

- No i? Co w tym złego?

- To, że pró­buje też prze­le­cieć moją żonę.

Oka­zało się, że Gra­ham miał przed śmier­cią do zała­twie­nia pewne ważne sprawy. John, który od lat był jego naj­lep­szym przy­ja­cie­lem, przy­sta­wiał się do jego żony.

Wła­ści­wie od chwili, gdy Gra­ham zacho­ro­wał, stary, poczciwy John sma­lił cho­lewki do pani Ander­son. Cho­ciaż ta go nie­na­wi­dziła! Nie chciała mieć z nim nic wspól­nego i od lat była prze­ciwna tej przy­jaźni. Tym­cza­sem John od mie­sięcy osa­czał ją w jej wła­snym domu, pró­bo­wał ją cało­wać, kle­pał po pupie, skła­dał jej nie­mo­ralne pro­po­zy­cje. Z początku nie mówiła o niczym Gra­hamowi, bo nie chciała go dener­wo­wać, w końcu jed­nak nie wie­działa, co z tym zro­bić.

Kiedy wyznała mu prawdę, on rów­nież nie wie­dział, jak roz­wią­zać ten pro­blem. Był typo­wym gościem ze wsi, twar­dzie­lem, który w mło­do­ści robił, co trzeba, żeby jakoś prze­żyć. Ist­nieje pewien typ ludzi - głów­nie z tam­tego miej­sca i z tam­tych cza­sów - któ­rzy wolą roz­wią­zy­wać pro­blemy za pomocą pię­ści, a nie słów. Gra­ham ciężko pra­co­wał, zara­biał na sie­bie i robił wszystko jak trzeba. A teraz umie­rał i nie mógł oso­bi­ście roz­pra­wić się z tą zdradą.

Nawet gdyby skon­fron­to­wał się z Joh­nem, wie­dział, że jego przy­ja­ciel miałby to gdzieś - facet, który napa­stuje żonę umie­ra­ją­cego kum­pla, nie wie, co to wstyd.

Tak więc Gra­ham chciał, żebym prze­rwał jego nabo­żeń­stwo żałobne, na któ­rym John miał wygło­sić mowę, i w obec­no­ści rodziny oraz przy­ja­ciół opo­wie­dział o tym wszyst­kim, ponie­waż on sam nie miał już na to siły.

- Czuję się słaby - wyznał. - Nie­na­wi­dzę tej bez­sil­no­ści. Wstyd mi, że nie mogę sam sobie z tym pora­dzić.

Czuł się paskud­nie, wie­dząc, co się dzieje, zresztą ja sam czu­łem się podob­nie. To straszne, kiedy czło­wiek leżący na łożu śmierci musi patrzeć, jak ktoś, komu ufał, napa­stuje sek­su­al­nie jego żonę i nie może zare­ago­wać. Gra­ham kochał żonę całym ser­cem - miło było widzieć, że ten twardy męż­czy­zna nie boi się oka­zy­wać uczuć - a to, co robił tam­ten koleś, naprawdę go raniło.

Pomy­śla­łem, że gdyby mnie ktoś wywi­nął taki numer, był­bym zdru­zgo­tany. Wyobraź sobie, że powi­nie­neś sta­nąć w obro­nie swo­jej rodziny, ale jesteś zbyt chory, żeby to zro­bić - nie możesz się ruszyć ani zare­ago­wać w żaden spo­sób. To straszny dyle­mat. Może dla­tego nie mam bli­skich przy­ja­ciół.

W każ­dym razie zde­cy­do­wa­łem się przy­jąć to zle­ce­nie. Sytu­acja Gra­hama naprawdę mnie dotknęła. Pewne wyda­rze­nia w moim życiu spra­wiły, że darzę sym­pa­tią każ­dego, kto jest bez­bronny i zdany na łaskę tych, któ­rym - jak sądzi - może ufać.

- Zro­bione - powie­dzia­łem Gra­ha­mowi. - Pie­przyć go. Zepsuję nabo­żeń­stwo i mu wygarnę.

- Myślisz, że to nie na miej­scu?

- Wszystko zależy od cie­bie - odpar­łem. - To twój pogrzeb.

Cho­ciaż odru­chowo chcia­łem pomóc umie­ra­ją­cemu, nie mogłem wie­rzyć Gra­ha­mowi na słowo. Potrze­bo­wa­łem dowodu.

Jeśli jest coś, czego nauczy­łem się, będąc pry­wat­nym detek­ty­wem, to tego, że każda histo­ria ma trzy strony: twoją, ich i tę praw­dziwą. Wiem z doświad­cze­nia, żeby nie ufać nikomu ani niczemu, dopóki nie zoba­czę dowo­dów - a zawsze ist­nieje spo­sób, żeby je zdo­być.

Za zgodą Gra­hama zain­sta­lo­wa­łem w jego domu ukrytą kamerę. Jest to legalne, pod warun­kiem że ma się zgodę wła­ści­ciela domu. Wtedy można wszystko. Na początku mojej kariery coś takiego wyma­gało wiele zachodu - trzeba było zain­sta­lo­wać kamery, nagry­wać wszystko jak leci i odzy­skać nagra­nia - ale w dzi­siej­szych cza­sach tech­no­lo­gia kamer szpie­gow­skich jest tak zaawan­so­wana, że znacz­nie uła­twia całą sprawę.

Kamery są tak małe, że pra­wie nie zaj­mują miej­sca i prze­sy­łają nagra­nia pro­sto do chmury, dzięki czemu czło­wiek ma do nich dostęp prak­tycz­nie wszę­dzie. Można ukryć kamerki w maskotce, żeby obser­wo­wać nia­nię, albo w szmince, jeśli chcemy przy­ła­pać nie­wier­nego męża na gorą­cym uczynku. W sieci można kupić kamerę, która wygląda dokład­nie tak jak guziki two­jej koszuli. Morał tej histo­rii jest taki: w dzi­siej­szym świe­cie nie można być zbyt wiel­kim para­no­ikiem.

Zain­sta­lo­wa­nie kamery w domu Gra­hama było dzie­cin­nie pro­ste. Uży­łem małej kamery, nie więk­szej niż pazno­kieć kciuka, i umie­ści­łem ją na wez­gło­wiu jego łóżka. Dzięki temu mia­łem widok na kory­tarz, kuch­nię i część jadalną. Sam Gra­ham pora­dził mi, żebym zamon­to­wał ją na jego łożu śmierci, bo stam­tąd jest naj­lep­szy widok. Mia­łem poczu­cie, że razem z Gra­hamem sie­dzę w pierw­szym rzę­dzie.

To, co zoba­czy­łem, nie było ładne. Już następ­nego wie­czoru mia­łem potrzebne dowody.

Led­wie John pomy­ślał, że jest sam na sam z żoną Gra­hama, zaczął się do niej przy­sta­wiać. Kle­pał ją po pupie i pró­bo­wał poca­ło­wać w szyję. Kiedy mijała go w kory­ta­rzu, przy­parł ją do ściany, więc musiała go ode­pchnąć. Wyglą­dało to jak sceny z oble­śnego filmu z lat osiem­dzie­sią­tych. Celowo oblał się drin­kiem, po czym zdjął koszulę i popro­sił, żeby mu ją uprała, pod­czas gdy on stał obok, prę­żąc mię­śnie. Palant.

Wystar­czyło na niego spoj­rzeć i czło­wiek od razu wie­dział, że nie pierw­szy raz pozwa­lał sobie na coś takiego. Gra­ham miał rację - to cią­gnęło się mie­sią­cami.

Posze­dłem do Gra­hama z nagra­niami, ale dla niego nie było to nic nowego. Dla­tego wyna­jął mnie, żebym zabrał głos na jego pogrze­bie. Sytu­acja była dra­ma­tyczna, dla­tego nie waha­łem się ani przez chwilę.

Nie­długo potem Gra­ham zmarł. Od dnia, w któ­rym opo­wie­dział mi o swo­jej cho­ro­bie, do jego śmierci minęło zale­d­wie kilka tygo­dni, a od decy­zji o poja­wie­niu się na pogrze­bie do chwili, gdy wydał ostat­nie tchnie­nie - zale­d­wie dzie­więć dni. Do tej pory wszystko zostało już usta­lone. Mój umie­ra­jący klient popro­sił mnie o przy­sługę i nic nie było w sta­nie mnie zatrzy­mać.

W dniu pogrzebu naj­trud­niej­szy oka­zał się wybór stroju. Nie­wiele rze­czy jest w sta­nie mnie zde­ner­wo­wać. Miesz­kam na obrze­żach Gold Coast, nie­da­leko bazy woj­sko­wej i lasu tro­pi­kal­nego. W zależ­no­ści od pory roku mam do czy­nie­nia z wężami, pają­kami, cyklo­nami, powo­dziami i poża­rami buszu. A to tylko w domu. Jako pry­watny detek­tyw jestem przy­zwy­cza­jony do róż­nych typów: prze­stęp­ców, gli­nia­rzy, ćpu­nów, kłam­ców, zło­dziei, szan­ta­ży­stów. I nic mi nie prze­szka­dza. Przez lata obry­wa­nie po gębie było dla mnie syno­ni­mem dobrej zabawy.

Przed pogrze­bem Gra­hama byłem bar­dzo prze­jęty dobo­rem odpo­wied­niego stroju. Z jakie­goś powodu wyda­wało mi się to nie­zwy­kle istotne i zacho­wy­wa­łem się jak panienka idąca na swój pierw­szy w życiu bal. Czy powi­nie­nem ubrać się na czarno? Czerń to kolor żałoby, ale prze­cież nie byłem żałob­ni­kiem. Koniec koń­ców zde­cy­do­wa­łem się na spodnie od gar­ni­turu, białą koszulę i kami­zelkę szytą na miarę. Strój był ele­gancki i odpo­wiedni na tę oka­zję, ale nie prze­sad­nie uro­czy­sty.

Tak wystro­jony wsze­dłem do kościoła i przez krótką chwilę zasta­na­wia­łem się, gdzie powi­nie­nem usiąść. Zgod­nie z tra­dy­cją ławki po lewej stro­nie kościoła zaj­muje rodzina zmar­łego, a te po pra­wej zna­jomi i przy­ja­ciele. Ja nie nale­ża­łem do rodziny, ale nie byłem też przy­ja­cielem. Wła­ści­wie nie zna­łem tam nikogo.

Pró­bo­wa­łem nie rzu­cać się w oczy. Kiedy ktoś mnie zaga­dy­wał, mówi­łem miłe rze­czy o Gra­ha­mie, ale sta­ra­łem się nie ścią­gać na sie­bie nie­po­trzeb­nej uwagi. Kiedy jed­nak wcho­dzi­łem do kościoła, ludzie pod­cho­dzili, żeby zło­żyć mi kon­do­len­cje.

"Przy­kro mi z powodu pań­skiej straty", mówili. Albo: "Skąd zna­łeś Gra­hama?".

- Pra­co­wa­li­śmy razem - odpo­wia­da­łem zdaw­kowo.

W końcu była to prawda. On mnie wyna­jął, a ja przy­sze­dłem tu, żeby wyko­nać zle­coną mi pracę.

Osta­tecz­nie posta­no­wi­łem usiąść z rodziną nieco z przodu.

Kiedy John wstał i sta­nął za pul­pi­tem, od razu go pozna­łem. Nie­długo potem wygło­sił swoje zakła­mane, nie­szczere i wyra­cho­wane prze­mó­wie­nie, w któ­rym wspo­mi­nał nie­ży­ją­cego przy­ja­ciela. Gra­ham poin­stru­ował mnie, że zanim mu prze­rwę, muszę odcze­kać co naj­mniej dwie minuty. W odpo­wied­nim momen­cie wsta­łem i przed­sta­wi­łem się żałob­ni­kom.

- Prze­pra­szam, ale muszę pana pro­sić, żeby pan usiadł, zamknął się albo stąd spie­przał. Czło­wiek leżący w trum­nie ma do powie­dze­nia kilka rze­czy. Nazy­wam się Bill Edgar i jestem tutaj w imie­niu zmar­łego, który ma wia­do­mość dla was wszyst­kich.

W kościele pano­wała taka cisza, że sze­lest kar­tek zda­wał się odbi­jać echem od kamien­nych ścian. Roz­ło­ży­łem kartkę i zaczą­łem czy­tać.

- John, tu Gra­ham Ander­son. Wyna­ją­łem Billa, żeby prze­rwał twoją mowę, bo chcę ci powie­dzieć, że kilka razy widzia­łem, jak pró­bu­jesz dobrać się do mojej żony. Ona, na szczę­ście, odrzu­cała twoje awanse. To jed­nak nie zmie­nia faktu, że naj­lep­szy kum­pel nie robi cze­goś takiego. Zwłasz­cza przy­ja­cie­lowi, który leży na łożu śmierci. Nie­na­wi­dzę cię za to, co zro­bi­łeś i co pró­bo­wa­łeś zro­bić. Moim ostat­nim życze­niem jest, żebyś stąd wypier­da­lał. Nie jesteś mile widziany na moim pogrze­bie, a już na pewno nie będziesz prze­ma­wiał w moim imie­niu.

Pod­nio­słem wzrok znad listu. John upu­ścił notatki, które z sze­le­stem roz­sy­pały się po pod­ło­dze. Zaci­skał dło­nie na pul­pi­cie, a jego twarz przy­brała naprawdę zabawny kolor. Musiał być bled­szy od mojego bied­nego klienta leżą­cego w trum­nie. Ach, cóż to był za widok!

Ten nagły zwrot akcji dosłow­nie go pora­ził, co rów­nież mnie ucie­szyło. Gość miał gębę, która aż się pro­siła, żeby w nią przy­ło­żyć. Wyobraź­cie sobie Boba Kat­tera bez kape­lu­sza - siwe włosy, czer­wona szyja, pewny sie­bie, pie­przony mało­mia­stecz­kowy król.

Zanim skoń­czy­łem, koleś stra­cił zimną krew i wyszedł zawsty­dzony. Kobieta, która jak się domy­śla­łem, była jego żoną, rów­nież wstała i wyszła z kościoła. Wyglą­dała na naprawdę wku­rzoną.

Kilka osób pró­bo­wało pro­te­sto­wać, mówiąc mi, żebym usiadł, ale ze sto­ic­kim spo­ko­jem odpar­łem, że nie­bosz­czyk ma jesz­cze do powie­dze­nia kilka rze­czy.

- Albo zosta­nie­cie i go wysłu­cha­cie, albo wy też może­cie spa­dać - wyja­śni­łem uprzej­mie i czy­ta­łem dalej.

- Jeśli są tu mój brat z żoną i córką, oni rów­nież mogą spie­przać. Nie widzia­łem was od trzy­dzie­stu lat, a teraz poja­wia­cie się, żeby mnie poże­gnać? Nie sza­no­wa­li­ście mnie za życia, więc czemu mie­li­by­ście sza­no­wać mnie teraz? Gdzie byli­ście, kiedy żyłem i być może potrze­bo­wa­łem was w trud­nych cza­sach? Ten pogrzeb jest dla tych, któ­rych naprawdę kocha­łem i któ­rych będzie mi bra­ko­wało. A zwłasz­cza dla mojej żony, którą kocha­łem do ostat­niego tchu. Wciąż cię kocham, skar­bie.

Po tych sło­wach zło­ży­łem kartkę, scho­wa­łem ją do koperty i ostroż­nie poło­ży­łem na drew­nia­nym wieku.

W kościele pano­wała taka cisza, że idąc w stronę cięż­kich dwu­skrzy­dło­wych drzwi, sły­sza­łem za ple­cami echo wła­snych kro­ków.

Nie mam poję­cia, czy po moim wyj­ściu nabo­żeń­stwo trwało dalej. To nie była już moja sprawa. Dotrzy­ma­łem obiet­nicy, speł­ni­łem ostat­nie życze­nie klienta i w pew­nym stop­niu wymie­rzy­łem spra­wie­dli­wość jego naj­lep­szemu kum­plowi, który poka­zał, jaki jest naprawdę, gdy Gra­ham był już zbyt chory, żeby się bro­nić.

Byłem w dro­dze do samo­chodu, kiedy usły­sza­łem woła­nie mło­dej kobiety. Dogo­niła mnie i przed­sta­wiła się jako córka Gra­hama. Podzię­ko­wała mi za to, co zro­bi­łem.

- Tata byłby zachwy­cony - powie­działa. - Mamie też się podo­bało. Tak się cie­szę, że to wszystko się wyda­rzyło.

Wyznała, że jej matka nie miała poję­cia, co zro­bić z Joh­nem, zwłasz­cza teraz, po śmierci Gra­hama, a John napa­sto­wał ją nawet wtedy, gdy dała mu jasno do zro­zu­mie­nia, że jego umi­zgi budzą w niej odrazę. Wie­rzyła, że teraz, kiedy został zawsty­dzony na oczach wszyst­kich, da jej spo­kój. Co wię­cej, rodzina i zna­jomi dowie­dzieli się, że go odrzu­ciła, więc nie musiała się mar­twić o swoją repu­ta­cję.

- Cie­szę się, że mogłem pomóc - odpar­łem i rze­czy­wi­ście się cie­szy­łem.

Moje życiowe doświad­cze­nia spra­wiły, że sta­łem się face­tem, który ma w dupie to, co myślą o nim inni. Jest nie­wielu ludzi, na któ­rych mi zależy: moja żona, dzieci i ci, któ­rzy nie potra­fią o sie­bie zadbać. W końcu, jeśli nie możemy ufać naj­bliż­szym, jakie mamy szanse w star­ciu z życiem?

2. Dziel­nica domów komu­nal­nych

2

Dziel­nica domów komu­nal­nych

W dzie­ciń­stwie miesz­ka­li­śmy w wielu wynaj­mo­wa­nych domach i czę­sto się prze­pro­wa­dza­li­śmy. Zda­rzało się, że cała nasza jede­nastka miesz­kała w jed­nym domu - ja, moi dziad­ko­wie, ciotka i wuj­ko­wie, moja mama, moje rodzeń­stwo - wszy­scy gnieź­dzi­li­śmy się w trzech sypial­niach z jedną wspólną łazienką. Trudno było się doga­dać ze wszyst­kimi, więc czę­sto docho­dziło do awan­tur, a nawet bija­tyk.

Dobrze pamię­tam tamte czasy. Zwłasz­cza dzień, kiedy do domu, który wynaj­mo­wa­li­śmy, przy­je­chała poli­cja i wyrzu­ciła nas na bruk. Wszy­scy - doro­śli i dzieci - sie­dzie­li­śmy na ulicy pośród naszego skrom­nego dobytku. Mogę wam wyba­czyć, jeśli zasta­na­wia­cie się, jakim cudem przy tylu doro­słych oso­bach nie było nas stać na opła­ce­nie niskiego czyn­szu.

Jeden z kum­pli mojego wujka był kie­rowcą samo­chodu pomocy dro­go­wej. Przy­je­chał po nas i pozwo­lił nam zamiesz­kać w przy­cze­pie kem­pin­go­wej na wol­nym kawałku ziemi.

Pierw­szy dom, który pamię­tam - praw­dziwy dom, a nie przy­czepa, kąt w nale­żą­cym do przy­ja­ciela budynku z miesz­ka­niami do wyna­ję­cia czy przy­drożny barak - dosta­li­śmy od pań­stwa. Miał poło­żyć kres naszym wiecz­nym prze­pro­wadz­kom z domu do miesz­ka­nia, z miesz­ka­nia do przy­czepy, a z przy­czepy na ulicę.

Nazwi­sko mamy od jakie­goś czasu figu­ro­wało na liście ocze­ku­ją­cych i w końcu, gdy mia­łem jede­na­ście lat, dostała dom komu­nalny w spe­cjal­nej dziel­nicy. Wszystko tam było nowe: nowy budy­nek, nowa ulica, nowa oko­lica.

Nie mogłem uwie­rzyć w nasze szczę­ście. Dom był piękny. Podej­rze­wa­łem, że skoro los się do nas uśmiech­nął, musie­li­śmy wygrać na lote­rii. Z per­spek­tywy czasu wiem, że dom był zbu­do­wany naprędce, tani i tan­detny - wszystko było tam z cementu włók­ni­stego i pla­stiku. Pamię­tam jed­nak, jak bie­ga­łem po poko­jach, roz­ko­szu­jąc się doty­kiem drew­nia­nych desek pod bosymi sto­pami i wido­kiem praw­dzi­wego ogrodu za domem. Pierw­szego w moim życiu. Niczego w nim jesz­cze nie było - ani trawy, ani żad­nych roślin, tylko sucha zie­mia i beton. Ale na ziemi i beto­nie można budo­wać, a ja mia­łem głowę pełną pla­nów. Wyko­pię dołki, stwo­rzę ogród, poszu­kam w oko­licy drze­wek, które mógł­bym wyko­pać i prze­sa­dzić. Miło wspo­mi­nam ten entu­zjazm. Myślę, że pró­bo­wa­łem stwo­rzyć dla nas dom. Byłem dziec­kiem, ale czu­łem, że to nowy począ­tek, życiowa szansa, i to ja mia­łem być panem domu.

Cała dziel­nica powstała dla rodzin, któ­rym nie wio­dło się w życiu. Uchodź­ców, imi­gran­tów, pija­ków i nar­ko­ma­nów. I dla mojej mamy.

Myślę, że każda rodzina ma swoje pro­blemy. W każ­dej jest dobro i zło. Moja mama miała wyjąt­ko­wego pecha. Nie była alko­ho­liczką i nie brała nar­ko­ty­ków, ale zaży­wała Bex, śro­dek uspo­ka­ja­jący, który był jed­no­cze­śnie środ­kiem pobu­dza­ją­cym i anty­de­pre­san­tem. Połowa jej poko­le­nia - zwłasz­cza gospo­dy­nie domowe - była uza­leż­niona od Bexu, leku dostęp­nego bez recepty i sprze­da­wa­nego bez żad­nych ogra­ni­czeń. Podob­nie było z Rita­li­nem prze­pi­sy­wa­nym dzie­ciom, u któ­rych podej­rze­wano zabu­rze­nia zacho­wa­nia.

Ale praw­dziwy nałóg mojej mamy nisz­czył zarówno ją, jak i całą naszą rodzinę. Była hazar­dzistką. I było z nią naprawdę źle. Każdą wolną minutę i każ­dego zaosz­czę­dzo­nego dolara trwo­niła na auto­ma­tach do gier.

Miesz­ka­li­śmy w Queen­sland, gdzie auto­maty nie były powszech­nie dostępne, ale nie­da­leko znaj­do­wała się gra­nica z Nową Połu­dniową Walią, tak więc wystar­czyło, że mama prze­kro­czyła gra­nicę stanu i mogła grać do woli. Nie­ważne, co działo się w naszym życiu - zawsze zna­la­zła spo­sób, żeby się tam dostać. Robiła wszystko, żeby dotrzeć do auto­ma­tów: jeź­dziła trans­por­tem publicz­nym, korzy­stała z pod­wózki albo jechała sama, kiedy miała auto.

Całym ser­cem kochała swoje samo­chody i wol­ność, która się z nimi wią­zała. Jej ulu­bio­nym był nie­bie­ski austin, któ­rego nazy­wała Maude. Przy­naj­mniej wtedy, kiedy go miała. Od czasu do czasu, nie wia­domo skąd, na naszym pod­jeź­dzie poja­wiał się samo­chód, który prze­pa­dał, gdy tylko mama potrze­bo­wała gotówki.

W jed­nym tygo­dniu mie­li­śmy dom pełen mebli i róż­nych sprzę­tów - z wygod­nymi kana­pami, tele­wi­zo­rem i lodówką pełną jedze­nia - a tydzień póź­niej wszystko zni­kało i tra­fiało do lom­bardu. Spa­li­śmy wtedy na pod­ło­dze z pustymi brzu­chami. Dwa tygo­dnie póź­niej mama wygry­wała sporą sumkę i znowu mie­li­śmy co jeść.

Był to nie­źle popa­prany spo­sób na życie, ale na­dal mam piękne wspo­mnie­nia zwią­zane z domem. Do tego stop­nia, że od czasu do czasu jadę tam, sia­dam i wspo­mi­nam stare dobre czasy. Potem jed­nak złe wspo­mnie­nia wypły­wają na powierzch­nię. To sygnał, że czas się zbie­rać.

Byli­śmy tam tacy szczę­śliwi. Wszy­scy w oko­licy byli szczę­śliwi. Miesz­ka­li­śmy w nowej dziel­nicy domów komu­nal­nych i dosta­li­śmy od życia drugą szansę. Z cza­sem, rzecz jasna, wszystko się zmie­niło. Lśniąca czy­sto­ścią nowa dziel­nica szybko zaczęła nisz­czeć i z każ­dym dniem było w niej coraz bar­dziej nie­bez­piecz­nie. Trzeba być naprawdę sil­nym, żeby prze­trwać w miej­scach takich jak to. Można też całymi dniami prze­sia­dy­wać w zamknię­tym domu i nie wyściu­biać nosa na zewnątrz. Albo, kiedy robi się naprawdę źle, spa­ko­wać się i wynieść.

Tak wła­śnie zro­biła moja mama. Miesz­ka­li­śmy tam może cztery lata. Póź­niej nie była w sta­nie opła­cać skrom­nego czyn­szu i musie­li­śmy się wypro­wa­dzić.

Ale tam­ten dom był oknem na świat, o któ­rego ist­nie­niu nie mia­łem dotąd poję­cia. Przede wszyst­kim ni­gdy i ni­gdzie nie czu­łem się tak bez­piecz­nie. Mia­łem dach nad głową i jedze­nie na stole. Odkąd się­gam pamię­cią, mama nie prze­pra­co­wała w swoim życiu ani jed­nego dnia, a jed­nak dostała dom, w któ­rym mogła zamiesz­kać. Jesz­cze bar­dziej nie­wia­ry­godne było to, że i tak wszystko spie­przyła.

Uświa­do­mie­nie sobie tego - jak­kol­wiek gorzka była ta reflek­sja - stało się dla mnie swo­istym kata­li­za­to­rem. Chcia­łem udo­wod­nić, że stać mnie na wię­cej. To myśl, którą stale mam z tyłu głowy: ni­gdy nie zapo­mi­naj, skąd pocho­dzisz. Ni­gdy nie zawra­caj i nie oglą­daj się za sie­bie. A przede wszyst­kim wyko­rzy­staj każde doświad­cze­nie - nie­ważne, dobre czy złe - jako pożywkę dla lep­szej przy­szło­ści.

Ze wszyst­kich człon­ków naszej rodziny tylko mój dzia­dek zdo­łał utrzy­mać pracę. Pra­co­wał za ladą w pobli­skim skle­pie, a w week­endy dostar­czał zakupy tym, któ­rzy z jakichś powo­dów nie mogli sami przyjść do sklepu. Dochody z tej pracy czy­niły go głową rodziny, on zaś upa­jał się rolą patriar­chy. To on trzy­mał kasę i nic w rodzi­nie nie mogło się wyda­rzyć bez jego zgody.

Nie­długo przed moimi ósmymi uro­dzi­nami dzia­dek zapy­tał, czy w dni robo­cze po szkole i w soboty rano chciał­bym pra­co­wać z nim w skle­pie. Byłem zachwy­cony. To ozna­czało, że będę sprze­da­wał dzie­ciom sło­dy­cze i nie tylko zara­biał­bym dwa dolary tygo­dniowo, ale miał­bym też dostęp do całego mnó­stwa liza­ków.

Dzia­dek powie­dział mamie, że dzięki temu pod­szkolę się w mate­ma­tyce i nauczę się szybko doda­wać i odej­mo­wać. Pamię­tam, że przez chwilę patrzyli na sie­bie zna­cząco, po czym mama ski­nęła głową.

Byłem prze­szczę­śliwy. Miesz­ka­li­śmy kilka prze­cznic od sklepu, więc wsta­wa­łem rano i jecha­łem na miej­sce rowe­rem. W tam­tym cza­sie więk­szość dzie­cia­ków obo­wią­zy­wała tylko jedna zasada - miały być w domu przed zapa­le­niem ulicz­nych latarni. Prze­strze­ga­łem jej, bo spóź­nie­nie ozna­czało solidne lanie.

Pra­co­wa­łem w skle­pie codzien­nie przez kilka mie­sięcy. Wsta­wa­łem o świ­cie, a wra­ca­łem do domu o zmierz­chu. Pod koniec tygo­dnia dzia­dek dawał mi dwa dolary, ale kiedy wra­ca­łem do domu, mama mi je zabie­rała. "Na prze­cho­wa­nie".

Prze­cho­wy­wała je tak sku­tecz­nie, że ni­gdy nie zoba­czy­łem ani centa. Chyba że udało mi się je wykraść, zanim tra­fiły do auto­matu.

W nie­liczne soboty, kiedy nie byłem potrzebny w skle­pie, sze­dłem na tre­ning piłki noż­nej. Byłem świet­nym pił­ka­rzem od chwili, gdy pierw­szy raz posta­wi­łem stopę na boisku. Każdą wolną minutę poświę­ca­łem na tre­ningi i z każ­dym tre­ningiem byłem coraz lep­szy.

Naprawdę mia­łem smy­kałkę do sportu. Już po pierw­szym meczu było widać, że jestem szyb­szy i tech­nicz­nie lep­szy od innych chło­pa­ków. A nie mia­łem nawet odpo­wied­niego stroju - gra­łem na bosaka i jak rakieta mkną­łem po boisku.

Dopiero w wieku dzie­się­ciu lat mia­łem oka­zję dołą­czyć do praw­dzi­wego klubu, Sur­fers Para­dise Soc­cer Club. Na pierw­szy tre­ning mia­łem sta­wić się w bia­łych spoden­kach i nie­bie­skiej koszulce, tak jak inne dzieci. Na­dal nie mia­łem butów, więc przy­sze­dłem boso, pod­czas gdy więk­szość dzie­cia­ków miała piękne, nowiu­teń­kie korki. A i tak byłem od nich szyb­szy.

Zaim­po­no­wa­łem tre­ne­rowi, który mierz­wiąc mi włosy, orzekł:

- Pew­nego dnia zagrasz w repre­zen­ta­cji Austra­lii.

Tre­ne­rem - świetny gość - był ojciec jed­nego z chło­pa­ków. Przy­no­sił na tre­ningi i mecze torbę poma­rań­czy. Ponie­waż w domu bra­ko­wało jedze­nia, zawsze zja­da­łem tyle, ile mogłem, wpy­cha­jąc do ust poma­rań­czę za poma­rań­czą. Tre­ner powta­rzał, żebym przy­sto­po­wał i obie­cy­wał, że będę mógł zabrać kilka owo­ców i zjeść je w dro­dze powrot­nej do domu.

Na początku sezonu każde dziecko dosta­wało zgodę, którą musieli pod­pi­sać rodzice i którą nale­żało zwró­cić razem z opłatą za wyna­jem boiska i sprzętu. Dałem ją mamie, ale powie­działa, że nie pod­pi­sze for­mu­la­rza i nie zapłaci.

Pew­nego popo­łu­dnia, dwa tygo­dnie po pierw­szym meczu, tre­ner wziął mnie na bok i powie­dział, że bez zgody mojej mamy nie będę mógł grać.

- Następ­nym razem mama przyj­dzie zoba­czyć, jak gram - obie­ca­łem. - Wtedy zapłaci.

Powie­działa, że przyj­dzie, i naprawdę wie­rzy­łem, że się pojawi. Ale ni­gdy tego nie zro­biła.

Tym­cza­sem ojciec jed­nego z chło­pa­ków z dru­żyny zgo­dził się za mnie zapła­cić i nawet kupił mi moje pierw­sze korki. Były piękne - z czar­nej gumy i skóry, z bie­gną­cym nie­bie­skim kotem po obu stro­nach. Cho­ciaż skóra była bar­dzo twarda, buty były wyjąt­kowo wygodne i paso­wały jak ulał. Kiedy po raz pierw­szy zało­ży­łem je na tre­ning, mogłem kopać piłkę mocno i daleko jak ni­gdy.

Byłem prze­szczę­śliwy. Nie chcia­łem ich zdej­mo­wać! Wró­ci­łem w nich do domu na rowe­rze i wbie­głem do środka, powie­dzieć mamie, co się stało. Wyglą­dała na zado­wo­loną i cho­ciaż nie miała pie­nię­dzy, żeby opła­cić moje tre­ningi, miło było wie­dzieć, że jest ktoś, kto przej­mo­wał się mną na tyle, żeby dać mi szansę.

Tym­cza­sem dzia­dek wcale się nie cie­szył. Wła­ści­wie był wście­kły. Oskar­żył mnie, że ukra­dłem buty albo ubła­ga­łem kogoś, żeby mi je kupił. Kiedy zaprze­czy­łem, wściekł się jesz­cze bar­dziej. Otwo­rzył drzwi na oścież i wyrzu­cił korki na ulicę.

To roz­gnie­wało moją mamę, która ze łzami w oczach pró­bo­wała mnie bro­nić. Wywią­zała się mię­dzy nimi straszna awan­tura i oboje darli się wnie­bo­głosy. Kiedy w końcu prze­stali na sie­bie krzy­czeć, mama wyglą­dała tak, jakby miała zamiar mnie spo­licz­ko­wać. Posze­dłem do swo­jego pokoju.

Czu­łem się podle, wie­dząc, że awan­tura wybu­chła z mojego powodu i że to wszystko moja wina. Tej nocy wysze­dłem z domu przez okno, wzią­łem buty i rower i poje­cha­łem przed sie­bie. Była to pierw­sza z moich licz­nych ucie­czek z domu.

Nie trwała długo. Chyba spo­dzie­wa­łem się, że mama będzie mnie szu­kać, ale ona wie­działa, że nie mam dokąd pójść i koniec koń­ców wrócę do domu. Godzinę póź­niej byłem już z powro­tem, a na nogach mia­łem swoje nowe buty, które zapo­mnia­łem zdjąć.

Drzwi otwo­rzyła mi mama i od razu powie­działa, że dzia­dek chce ze mną poroz­ma­wiać. Cze­kał na mnie w swo­jej sypialni.

Żeby dojść do sypialni dziad­ków, musia­łem minąć salon, w któ­rym mój brat i sio­stry oglą­dali tele­wi­zję. Wpa­trzeni w ekran w ogóle nie zwró­cili na mnie uwagi. Kiedy otwo­rzy­łem drzwi do pokoju, dzia­dek sie­dział na łóżku z czar­nym skó­rza­nym pasem owi­nię­tym wokół dłoni.

- Właź - przy­ka­zał mi. - I dotknij pal­ców u nóg.

Drżąc na widok pasa, roz­pła­ka­łem się, zanim ude­rzył mnie pierw­szy raz.

Pierw­sze ude­rze­nie było zdu­mie­wa­jąco mocne i tra­fiło mnie w pośladki. Zato­czy­łem się, wypro­sto­wa­łem i zaczą­łem roz­cie­rać obo­lałe miej­sce, ale dosta­łem znowu. Tym razem cios odczu­łem głów­nie w pal­cach. Trzeci sma­gnął mnie w łydki, a gdy upa­dłem na pod­łogę, dzia­dek zaczął okła­dać pasem moje nogi.

Sku­li­łem się i zaczą­łem wzy­wać pomocy. On jed­nak nie prze­sta­wał.

W końcu do pokoju wpa­dła mama.

- Dość - powie­działa dziad­kowi. Kazała mi się umyć i przy­go­to­wać do snu.

W kąpieli sły­sza­łem, jak mię­dzy domow­ni­kami wybu­cha kolejna awan­tura. Wie­dzia­łem, że znowu kłócą się o mnie i że to jesz­cze nie koniec.

Zasmu­cony, zły i obo­lały sta­ną­łem na pal­cach, żeby w lustrze łazien­ko­wym obej­rzeć swoje nogi i pupę. Na skó­rze już było widać pręgi, które w cie­płej kąpieli zaczęły swę­dzieć.

Tej nocy leża­łem na górze pię­tro­wego łóżka, które dzie­li­łem z bra­tem, i sta­ra­łem się nie dra­pać śla­dów po ude­rze­niach. W pew­nej chwili drzwi do pokoju otwo­rzyły się i sta­nęła w nich mama. Powie­działa, że mam iść i prze­pro­sić dziadka. Zwlo­kłem się z łóżka i, wciąż ocie­ra­jąc łzy, posze­dłem do salonu, w któ­rym dzia­dek oglą­dał tele­wi­zję.

- Prze­pra­szam - bąk­ną­łem.

- Chodź tu. - Pod­niósł mnie i posa­dził sobie na kola­nie.

Przy­tu­lił mnie i mocno przy­ci­snął do piersi, pod­czas gdy świa­tło bijące od tele­wi­zora tań­czyło na mojej skó­rze. Długo tak sie­dzie­li­śmy, a krzą­ta­jące się po pokoju mama i bab­cia zachwy­cały się, że ślicz­nie wyglą­dam, kiedy tak sie­dzę na jego kola­nach. Naj­wy­raź­niej nie zauwa­żyły stra­chu w moich oczach ani tego, że cały się trzęsę, kiedy dzia­dek tulił mnie coraz moc­niej i moc­niej.

Pierw­szy mecz w moim nowym klu­bie pił­kar­skim został prze­ło­żony. W nocy tak bar­dzo padało, że na boisku stały kałuże wody. Mama zapro­po­no­wała, żebym w takim razie pomógł dziad­kowi w skle­pie. Nie mia­łem nic prze­ciwko, bo dzia­dek pozwa­lał mi jeść sło­dy­cze - "nasz mały sekret" - i grać na flip­pe­rze.

Dzień był nie­zwy­kle spo­kojny i dzia­dek pako­wał zakupy, które następ­nie łado­wał do bagaż­nika, żeby w dro­dze powrot­nej do domu zawieźć je swoim klien­tom. Ja sie­dzia­łem przy sto­jaku ze sło­dy­czami, pod­czas gdy on krzą­tał się po skle­pie. Sobota jak każda inna.

W pew­nej chwili oparł się o ladę i pokle­pał mnie po kola­nie.

- W nocy widzia­łem, jak się doty­kasz - powie­dział.

Nie mia­łem poję­cia, o co mu cho­dzi i spoj­rza­łem na niego zdu­miony.

- Sły­sza­łeś, co powie­dzia­łem - dodał. - Zaba­wia­łeś się ze sobą. Nakry­łem cię.

- Nie­prawda! - zapro­te­sto­wa­łem. - Kła­miesz!

Spo­licz­ko­wał mnie. Cios zasko­czył mnie i był tak mocny, że spa­dłem z tabo­retu. Upa­da­jąc, ude­rzy­łem twa­rzą w sto­jak z cukier­kami.

Przez chwilę leża­łem na pod­ło­dze, czu­jąc smak krwi ciek­ną­cej z roz­cię­tej wargi. Dzia­dek uklęk­nął obok mnie; wyglą­dał na prze­ję­tego. Powie­dział, żebym się nie mar­twił, że to tylko otar­cie i że następ­nym razem powi­nie­nem uwa­żać na to, co mówię i jak się do niego odzy­wam, bo w prze­ciw­nym razie cze­kają mnie kon­se­kwen­cje.

Wła­śnie wtedy zadźwię­czał wiszący nad drzwiami dzwo­nek. Do sklepu wszedł klient, który chciał kupić poranną gazetę. Widząc krew ście­ka­jącą mi po twa­rzy, zapy­tał:

- Co ci się stało? Nic ci nie jest?

Mia­łem ochotę krzyk­nąć i uciec, ale dzia­dek odparł, że nic mi się nie stało. Że zamiast przy­kła­dać się do pracy, koły­sa­łem się na tabo­re­cie i że nic mi nie będzie.

- Cóż, masz nauczkę, chłop­cze - rzu­cił klient.

Uśmiech­nął się, wziął gazetę i wyszedł. Dzwo­ne­czek nad drzwiami znowu zadźwię­czał i chwilę póź­niej zosta­li­śmy sami.

Na zaple­czu sklepu znaj­do­wały się łazienka i toa­leta. Dzia­dek powie­dział, że mam się iść umyć. Gdyby kto­kol­wiek pytał, mia­łem mówić, że buja­łem się na tabo­re­cie. Jeśli tego nie zro­bię, będę miał kło­poty.

Tam­tego dnia byłem za bar­dzo wystra­szony, żeby wró­cić pro­sto do domu, więc poje­cha­łem do kry­jówki, którą urzą­dzi­łem sobie na tyłach miej­sco­wego motelu o nazwie Różowy Pudel. Było to przy­tulne miej­sce, gdzie mogłem jeść sło­dy­cze i uda­wać, że miesz­kam sam, z dala od rodziny. Nikt inny nie wie­dział o tym miej­scu, więc czu­łem się tam bez­piecz­nie.

Zosta­łem tam tak długo, jak się dało i wró­ci­łem do domu dzie­sięć minut po zapa­le­niu ulicz­nych latarni. Kiedy prze­kra­cza­łem próg, wie­dzia­łem już, że obe­rwę.

Mama spoj­rzała na moją spuch­niętą wargę i powie­działa, że odcho­dziła od zmy­słów z nie­po­koju. Dzia­dek też, bo kazał mi jechać pro­sto do domu. Bali się, że porwał mnie nie­zna­jomy. Za karę w przy­szłą sobotę mia­łem nie pójść na mecz i zamiast tego poma­gać dziad­kowi w skle­pie.

Tydzień póź­niej warga się już zago­iła i posta­no­wi­łem nie myśleć o tym, co wyda­rzyło się w sobotę, wie­rząc, że jest już po wszyst­kim. Tak jak tydzień wcze­śniej sie­dzia­łem grzecz­nie przy sto­jaku ze sło­dy­czami, pod­czas gdy dzia­dek pako­wał zakupy do bagaż­nika. I tak jak przed tygo­dniem, kiedy skoń­czył, pod­szedł do mnie i spoj­rzał na mnie dziw­nie.

- Myśla­łeś o tym, o co pyta­łem cię w zeszłym tygo­dniu?

- Nie - odpar­łem, wbi­ja­jąc wzrok w pod­łogę. Nie rozu­mia­łem i nie chcia­łem o tym myśleć.

- A ja myślę, że tak - upie­rał się. - Zaba­wia­łeś się ze sobą?

Nie mia­łem poję­cia, o czym mówi ani co odpo­wie­dzieć. A przede wszyst­kim bałem się, że znowu mnie ude­rzy, więc wyszep­ta­łem tylko:

- Tak.

To go wyraź­nie ucie­szyło.

- Pokaż mi, co robisz - powie­dział. - Kiedy zaba­wiasz się sam ze sobą.

Trzą­słem się ze stra­chu, Poło­ży­łem dło­nie na udach i zaczą­łem prze­su­wać je w górę i w dół, myśląc, że może o to mu cho­dzi. On się jed­nak zde­ner­wo­wał. Chwy­cił mnie za siu­siaka i ści­snął mocno. Trzy­mał mnie tak, aż poczu­łem ból, który pul­su­jąc, prze­ta­czał się po moim krę­go­słu­pie. Prze­ma­wiał do mnie spo­koj­nym gło­sem, powta­rza­jąc, że mam nikomu nie mówić o naszych roz­mo­wach ani o tym, co robimy na osob­no­ści.

- Rozu­miesz? - zapy­tał. - Obie­cu­jesz?

Natych­miast odpo­wie­dzia­łem, że tak, bo myśla­łem, że mnie puści. Kiedy minutę póź­niej w końcu cof­nął rękę, ucie­kłem.

Przez kilka dni cho­dzi­łem obo­lały, zwłasz­cza kiedy chcia­łem się zała­twić. Bolało mnie przy sika­niu i czę­sto musia­łem robić to na sie­dząco, bo wysi­łek i ból były nie do wytrzy­ma­nia. Sie­dzia­łem i, pła­cząc cicho, pró­bo­wa­łem wyci­snąć z sie­bie cho­ciaż kilka kro­pel moczu. Nie mogłem powie­dzieć, że chcę pójść do leka­rza, bo prze­ra­żała mnie myśl, że ktoś mógłby się dowie­dzieć, co mi się stało. To było zbyt krę­pu­jące. I nawet nie myśla­łem o tym, żeby popro­sić kogoś o pomoc.

Tego roku, kilka dni po moich uro­dzi­nach, przed domem cze­kał na mnie nowiu­teńki rower. Był żół­to­zie­lony - miał czarne opony i srebrne szpry­chy - dużo więk­szy i faj­niej­szy niż ten stary. Zako­cha­łem się w nim, a mama była szczę­śliwa, że jestem taki pod­eks­cy­to­wany. Powie­działa, że dzia­dek zabie­rze mnie do parku, w któ­rym jest ścieżka rowe­rowa, żeby mógł pojeź­dzić i przy­zwy­czaić się do nowego sprzętu.

Moja eks­cy­ta­cja szybko prze­ro­dziła się w strach. Do tej pory zdą­ży­łem się już prze­ko­nać, że przy dziadku byłem bez­pieczny tylko wtedy, gdy był z nami ktoś jesz­cze, a dziś w parku mie­li­śmy być tylko we dwóch.

Po dro­dze dzia­dek roz­ma­wiał ze mną jak gdyby ni­gdy nic, wypy­ty­wał o piłkę nożną, o to, jak mi idzie w szkole i czy mam wielu kole­gów. Były to nor­malne pyta­nia, na które udzie­la­łem nor­mal­nych odpo­wie­dzi. Ot, zwy­kła roz­mowa doro­słego z dziec­kiem. Powoli zaczą­łem się odprę­żać. Może tamto już się nie powtó­rzy?

Na miej­scu dzia­dek wyjął rower z bagaż­nika i szedł przy mnie, kiedy jecha­łem w stronę bramy. Beto­nowa ścieżka - zro­biona tak, że wyglą­dała jak tor wyści­gowy - pro­wa­dziła w głąb parku i bie­gła obok stawu zamiesz­ki­wa­nego przez ptac­two wodne. Na tere­nie parku poroz­sta­wiano grille, stoły i krze­sła dla rodzin, które przy­jeż­dżały tu na pik­niki, a wokół huś­ta­wek i pla­ców zabaw bie­gały dzieci. Zamiast płyt chod­ni­ko­wych na ziemi poroz­miesz­czano beto­nowe odci­ski stóp, które wyglą­dały jak ślady olbrzyma, i dzieci bawiły się, prze­ska­ku­jąc ze stopy na stopę. Na dru­gim końcu parku wśród drzew wiła się rzeka, w któ­rej plu­skały się dzieci albo pły­wały na dmu­cha­nych mate­ra­cach. Sie­lan­kowy obra­zek dla dziecka w moim wieku. Od razu zako­cha­łem się w tym miej­scu i posta­no­wi­łem nazwać je "Par­kiem Wiel­kiej Stopy" na cześć ogrom­nych beto­no­wych śla­dów.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki