Powiernik Światła (Księga 3). Okaleczone oko - Brent Weeks

Kup ebooka

39.90 zł
33.92 zł (33,48 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

 

Rozdział 6

Zymun stał, ocieniając oczy jedną ręką, a drugą trzymając ciężki pistolet, z którego celował prosto w pokład. Kip rzucił się do przodu, wyrywając wiosła przez otwarte dulki. Nagły plusk wiosła o wodę w pierwszej kolejności przyciągnął uwagę Zymuna, który spojrzał w stronę dźwięku zamiast na Kipa.

Ręce Kipa były za słabe, żeby zdołał je wyrzucić przed siebie, póki trzymał w nich cały ciężar wioseł. Nie obchodziło go jednak, czy wyjdzie to ładnie. Ręce mu opadły, a on wbił ramię w bok Zymuna. Trafił młodszego, drobniejszego młodzieńca na wysokości łokcia, docisnął mu do boku rękę z bronią, zanim Zymun zdążył ją unieść w chwili zderzenia. Potężna postura Kipa mówiła: "Oto cały mój pęd, bracie. Prawdziwy dar".

Zymun wyleciał w powietrze. Kostkami zahaczył o nadburcie i fiknął do góry nogami w nad wyraz satysfakcjonujący sposób. Kiedy rozległ się plusk, w pewnej odległości od łodzi, Kip upadł. Uderzył policzkiem o pokład. Mając ręce za sobą, zakotwiczone ciężarem wioseł, nie mógł się podeprzeć.

Jednakże padł na pokład łodzi i tylko to się liczyło.

Znajdując w sobie siłę, o którą siebie nie podejrzewał, zdołał się podnieść. Już krzesał niebieski luksyn, a przypływ przyjemności z krzesania i widok prześladowcy w wodzie sprawiły, że omal tego nie przegapił - łódź była otoczona luksynem. Czerwonym i żółtym. Łączyły się długą smyczą z Zymunem.

Zymun wypłynął na powierzchnię i Kip zobaczył nagle ogromną lufę pistoletu. Celowała prosto w Kipa. Kurek uderzył o krzesiwo, kiedy Zymun pociągnął za spust. Nic się nie stało. Woda zalała broń. Zymun zniknął za falą.

Pośpiesznie krzesząc do obu rąk błękitne ostrza, Kip przeciął okowy z zielonego luksynu, którymi przykuto mu ręce do wioseł.

Zymun zamachnął się ręką, kreśląc z pluskiem szerokie koło. Kip wiedział, że sięga po smycz.

Dał nura do wody po drugiej stronie łodzi.

Kiedy tylko uderzył w fale, zrozumiał, że źle zrobił. Zamiast krzesać, żeby uwolnić się od łodzi, czemu nie przeciął linki Zymuna?

Błąd, Kip, głupi błąd.

Nadal był pod wodą, wymachiwał kończynami i starał się jak najbardziej oddalić od Zymuna, kiedy poczuł się tak, jakby morski demon spoliczkował morze. Kip wynurzył się i zobaczył wznoszącą się wieżę czarnego dymu i czerwono-pomarańczowe płomienie w miejscu, w którym była łódź. Nie widział Zymuna. Łódź znajdowała się między nimi.

Zymun był lepszym pływakiem, nawet gdy Kip był w doskonałej formie, cały i zdrowy. Kip nie weźmie dziś odwetu. Jeśli Zymun go zobaczy, rzuci się za nim. A jeżeli rzuci się w pogoń, to go utopi.

Kip unosił się na wodzie jeszcze przez kilka chwil. Nie mógł pływać. Ręce miał jak z ołowiu, a chociaż nogi jeszcze nie całkiem mu zdrętwiały, to wkrótce tak się stanie. Dzięki tłuszczowi zdoła dryfować, o ile nie spanikuje, ale, dryfując, nie oddali się od Zymuna, już nie wspominając o pirackiej galerze. Kip rozejrzał się, ale z wody nie widział statku.

Piraci nie będą mieli problemu ze znalezieniem ich, zwłaszcza że Zymun zrobił ognisko z ich łodzi.

Och. To proste.

Kip wciągnął tyle błękitu, ile był w stanie utrzymać, i wykrzesał dysze-słomki wokół rąk. Słomki sprawiały, że woda przepływała obok jego palców. Potem Kip wystrzelił w nie luksyn, wypychając z nich wodę. Jak odrzut w muszkiecie, odepchnięcie wody pchnęło Kipa do przodu. Wykrzesał słomki tak, żeby wcisnąć je sobie pod pachy, wziął głęboki wdech i skierował głowę w stronę brzegu.

A najlepsze ze wszystkiego było to, że Zymun nigdy tego nie widział.

Poruszał się dużo wolniej niż Gavin Guile podczas walki z morskim demonem. Kip wiedział, że coś robi źle, ale nie wiedział co. Mimo to poruszał się trzy, może cztery razy szybciej, niż byłby w stanie płynąć. I wkrótce zdał sobie sprawę, że jego względnie nieduża prędkość była błogosławieństwem. Nie zostawiał kilwateru, który mógłby zdradzić piratom jego położenie.

Godzinę później - a może tylko wydawało mu się, że to trwało tak długo - wyszedł chwiejnie na brzeg. Musiał ukryć się wśród drzew. Jeśli padnie na widoku i zaśnie, cała ucieczka zda się na nic. Dlatego szedł, a pod stopami zgrzytał mu jasny od słońca piasek. Ataskie wybrzeże było usłane takimi ślicznymi plażami jak ta. Palmy kołysały się bezgłośnie. Doszedł wreszcie do cienia i odwrócił się, żeby rozejrzeć się za Zymunem.

Płonąca łódź zniknęła, zatonęła, nawet czarny dym się rozwiewał. Jednak galera dotarła do miejsca, w którym wcześniej znajdowała się łódka. Kip nie znał się na galerach, ale ta była mała. Miała może ze trzydzieści kroków długości. Trudno było orzec z takiej odległości. Nie miała flagi. Nie była to więc galera Artylerzysty.

Zatrzymała się i Kip widział, jak ludzie zrzucają linę do wody za przeciwległą burtę.

Zatem Zymun żył. Kipowi serce podeszło do gardła. Gdyby Kip został schwytany przez piratów, a nawet zwykłych żeglarzy, obawiałby się, że trafi do niewoli. Uważałby, że ma mizerne szanse przetrwania. Jednak w przypadku Zymuna nie miał ani takich obaw, ani nadziei. Zymun pewnie zostanie kapitanem galery jeszcze przed upływem tygodnia.

Niech Orholam go trafi. Niech go oślepi. Niech Orholam odbierze światło jego życiu i śmierci.

Na razie jednak Kip był bezpieczny. Potrzebował wody. Potem jedzenia. Wreszcie drogi do domu. I nic nie stanie mu na drodze. To wszystko były błahostki. Jego życie było błahostką. Ale nie jego wieści. Ludzie na statku tamtej nocy widzieli, jak Gavin Guile wypadł za burtę po tym, jak przebito go mieczem. Musieli uznać, że nie żyje. Kip wiedział swoje, i tylko on wiedział, że Artylerzysta ma Gavina.

I choćby sami bogowie stanęli na jego drodze, Kip odzyska ojca.

 

Spis postaci

Adrasteia (Teia): uczennica w Chromerii. Jest niewolnicą lady Lucretii Verangheti z Veranghetich ze Smussato. Stara się o przyjęcie do Czarnej Gwardii i jest parylową krzesicielką.

Aheyyad: pomarańczowy krzesiciel, wnuk Tali. Obrońca Garristonu, projektant tamtejszego Muru ze Słonecznej Wody; nazwany przez Pryzmata Gavina Guile Aheyyadem Słoneczną Wodą.

Ahhanen: Czarnogwardzista.

Aklos: niewolnik lady Aglaii Crassos.

Amestan: Czarnogwardzista walczący w bitwie o Garriston.

Aram: szczeniak w Czarnej Gwardii. Jego rodzice byli Czarnogwardzistami i szkolono go w sztukach walki, odkąd nauczył się chodzić.

Arana: uczennica krzesania, córka kupca.

Aras: uczeń Chromerii, szczeniak w Czarnej Gwardii.

Arash, Javid: jeden z krzesicieli, który bronił Garristonu.

Aravind, lord: satrapa Atashu. Ojciec Katy Ham-haldity, corregidora Idoss.

Arias, lord: jeden z doradców Księcia Barw. Jest Atashaninem. Jego zadaniem jest rozprzestrzenianie wieści na temat Księcia Barw.

Arien: preceptorka w Chromerii. Krzesze pomarańczowy i poddaje Kipa próbie na rozkaz Światłowładcy Czerni.

Ariss Nawigator: legendarny badacz i odkrywca.

Artylerzysta: ilytański pirat. Jego pierwszym poważnym stanowiskiem w załodze była pozycja kanoniera na statku Aved Barayah. Później został kapitanem.

Asif: młody Czarnogwardzista.

Asmun: szczeniak w Czarnej Gwardii.

Atagamo: preceptor, który naucza właściwości luksynu w Chromerii. Jest Ilytaninem.

Atiriel, Karris: księżniczka z pustyni. Została Karris Wrogiem Cieni, zanim poślubiła Lucidoniusa.

Ayrad: żółty krzesiciel. Był szczeniakiem w Czarnej Gwardii wiele lat przed tym, jak Kip zaczął szkolenie. Zaczął jako ostatni w klasie (czterdziesty dziewiąty) i doszedł aż na szczyt, walcząc ze wszystkimi po kolei. Okazało się, że złożył śluby. Został dowódcą Czarnej Gwardii i przynajmniej raz ocalił czterech różnych Pryzmatów, zanim został otruty.

Azmith, Caul: paryjski generał, młodszy brat paryjskiej satrapki.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

 

Podziękowania

Kłopot z wymogami polega na tym, jak im sprostać. Podziękowania są zwykle równie nużące jak EULA. Gdzie mogę to przewinąć i nacisnąć już przycisk "akceptuję"? A kiedy przyciskasz "akceptuję", popełniasz krzywoprzysięstwo, bo zapewniasz, że "Tak, przeczytałem" wszystkie warunki wypisane maleńkim drukiem, podczas gdy wcale ich nie czytałeś. Co? Nie wierzysz, że czytam dwanaście tysięcy słów na minutę? Mówię ci, jestem Harriet Klausner i przeczytałem wszyściutkie słowa licencji. AKCEPTUJĘ!

Postawiałem sobie wymóg. Uważałem, że podziękowania są nudne. Moje będą nienudne. Staną się nowym gatunkiem literackim, po który czytelnicy sięgną tłumnie! Nowi czytelnicy będą kupować moje książki nie z zamiarem czytania powieści fantasy, o, nie! Nawet zatwardziali czytelnicy kryminałów po osiemdziesiątce będą kupować moje książki w nadziei, że ujrzą moje dowcipne apoftegmaty na różne tematy, głównie na temat zmiennych kolei losu na rynku wydawniczym. (Czytelnicy kryminałów od razu zrozumieli. Bystrzaki. Wielbiciele fantasy, otrzymujecie ostrzeżenie).

Ale. Bo czyż nie zawsze jest jakieś "ale"? I o ile świetnie bawiłem się, nie zaczynając zdania od spójnika parataktycznego, dopóki nie będę potrafił bezbłędnie napisać "spójnik parataktyczny" [Uwaga dla korekty: Sprawdźcie pisownię dwa razy, dobrze? Byłby straszny wstyd, gdybym zrobił błąd ortograficzny w samym środku apoftegmatu], [a, i sprawdźcie też interpunkcję, zawsze mam wątpliwości, co postawić przy wtrąconych uwagach w nawiasach!], o tyle raz na jakis czas trzeba w swoim życiu zacząć zdanie od I Ale Jednak Lub Przeto Ani. KPW? (Osiemdziesięcioletni fani kryminałów, dzieciaki od fantasy natychmiast rozszyfrowały ten skrót. Otrzymujecie ostrzeżenie).

Ale. Po napisaniu podziękowań do sześciu książek zaczynam dostrzegać, jak ta mordęga zniszczyła dusze większe ode mnie. Prawda jest taka, że w pewnym momencie dodawanie błyskotliwych linijek do kodu źródłowego jako smakowitego kąska dla tego drugiego programisty, który rzeczywiście będzie czytał fragment od linii numer 3,5 miliona do 3,6 miliona, jest jak proch rzucony na wiatr. Proch. Na. Wiatr. Ponieważ lista ludzi do podziękowań tylko rośnie. A wiecie, komu przyjdzie dodać dramatyzmu do odczytywania listy nazwisk? Zapytajmy zespół pracujący przy The Bible Experience, Biblii w wersji audio i zdobywcy Grammy, czyli całą książkę telefoniczną afroamerykańskich aktorów. Oczywiście Samuel L. Jackson załapał się na księgę Ezechiela 25:17 - miejmy nadzieję, że tym razem na prawdziwe wersy, a nie te z Ewangelii Quentina. A kto się załapie na czytanie rodowodów?

Jak sukces, tak i powieść ma wielu ojców, oto więc współrodzice:

Dziękuję Ci, moja żono, Kristi. Za to, że wierzyłaś na początku i nadal wierzysz. Dziękuję córce, która robiła co w jej mocy, żeby poczekać z urodzeniem się, aż jej tata skończy pierwszy szkic, a potem grzecznie spała, żeby tata zdołał przeredagować tego molocha.

Dziękuję asystentowi redakcyjnemu, E.dub, za znoszenie niekończących się przezwisk: Monie, CAPSLOCK i innych, zbyt dobrych, żeby się nimi dzielić. Twój powróz od kozy nadal tu leży. Poważnie, chociaż robisz okrutne rzeczy, na przykład zmuszasz mnie do pracy, jesteś mi wielką pomocą. Nasze życie - a co za tym idzie moje pisanie - jest lepsze dzięki pracy, jaką odwalasz.

Dziękuję Devi (zaciekła przyjaciółka i niezrównana kusicielka, gdy w grę wchodzi zdradzenie zwrotów w fabule), Anne, Alexowi, Timowi, Susan, Ellen, Lauren, Laurze, Jamesowi i Rose z Orbit Books US i UK. Dziękuję Donowi Maassswi, Cameron McClure i reszcie pracowników z agencji Donald Maass Literary Agency. Wiem, że takimi rzeczami się zajmujemy, ale dzięki Wam ta część pracy, która wymaga rzeczywistej pracy, przebiega tak gładko, jak to możliwe, a Wy wydobywacie z niej więcej sztuki, niż wydaje się to możliwe w przypadku jakiegokolwiek mojego dzieła.

Szczególnie dziękuję moim pierwszym czytelnikom roboczej wersji: Mary Robinette Kowal, Heather, Andrew, Timowi, Jacobowi i Johnowi. Nadal w pewnym sensie was nienawidzę, ale moja wdzięczność wzrośnie w miarę, jak wspomnienie bólu, jaki mi zadaliście, osłabnie. Podwójnie dziękuję Timowi i Johnowi za to, że ponownie rzucili się w słowne okopy.

Dzięki dla Arystotelesa za idee tak wielkie, że nie zdołałem przed nimi uciec nawet w drugorzędnym świecie fantasy.

Dziękuję dr J. Kleinowi, byłemu współlokatorowi, za trwający kompleks niższości na punkcie etyki pracy i za tłumaczenia na ostatnią chwilę. Wszelkie nadużycia w kwestiach filozoficznych lub translatorskich wynikają albo z faktu, że o coś go nie zapytałem, albo zignorowałem jego rady. Jeśli to Wasz profesor, to zapytajcie go o przepływanie Hellespontu i wspinaczkę na wieżę. A przynajmniej poproście o parodię Bruce'a Lee.

I na koniec dziękuję Wam, Czytelnicy. Dziękuję, że dzielicie ze mną te światy, za Wasze zachęty, za dzielenie się mną z innymi czytelnikami. To dar i przywilej zarabiać na życie czymś, co się kocha. Dziękuję Wam.

Brent Weeks

 

Rozdział 7

Pistolet był na nic. Gorzej, że, poirytowany, wyrzucił go do wody. Teraz chłopak unosił się na wodzie, patrząc, jak zbliża się piracki statek. Bez wątpienia myśleli, że zrobią z niego niewolnika. I niewątpliwie spróbują.

Nie mógł powstrzymać uśmiechu. Człowiek ma tak niewiele okazji w życiu, żeby zabić, nie ponosząc żadnych konsekwencji.

Wolałby mieć dostęp do większej liczby kolorów, ale niebieski będzie musiał wystarczyć. Zgromadził niebieski luksyn w zasłoniętych przez tunikę ramionach i plecach. Nie najlepiej radził sobie z upakowywaniem luksynu. Było to niewygodne i nigdy nie potrafił do końca oczyścić z niego skóry; bladoniebieski odcień utrzymywał się, przez co Zymun wyglądał, jakby przemarzł na śmierć. Potrafił tysiące rzeczy wykonać doskonale, ale ukrywanie własnej doskonałości do nich nie należało.

Wreszcie płomienie pożarły dość kadłuba, by ostatnia belka zanurzyła się w wodzie z sykiem. Miał nadzieję, że piraci nie będą się zastanawiać, jak łódka wiosłowa mogła dać tak dużo dymu. Może pomyślą, że przewoził w niej smołę albo proch.

Przynajmniej wszystko wskazywało na to, że Kip nie żyje. Po wybuchu Zymun go nie widział, ani nie słyszał, i wątpił, żeby chłopakowi udało się oddalić. Sam zanurkował pod wodę, żeby schować się przed siłą wybuchu i lecącymi odłamkami. Szkoda, że stracił łódź. Powinien był wiedzieć, że Kip czegoś spróbuje. Szczwany typ i szybszy, niż można by się spodziewać po grubym dzieciaku z przepaską na oczach.

To nie miało już znaczenia. Piraci wyłowią go z wody i wyłowiliby niezależnie od tego, czy miałby łódkę, czy też nie. Musiał tylko zaczekać. Pływanie nie stanowiło kłopotu; w Jabłoniowym Zagajniku, gdzie dorastał, każdy chłopiec i dziewczyna pływali dla zabawy, skakali z wielkiej sznurowej huśtawki albo zjeżdżali po gładkich kamieniach wodospadu.

Galera podpłynęła w kilka minut. Rzucono mu linę, a potem przez burtę przewieszono sieć i bezzębny żeglarz krzyknął, żeby się wspinał.

A co innego mam zrobić, kretynie? Zostać w wodzie?

Zymun się wspiął. Dziarsko przeskoczył przez reling, ignorując wyciągnięte w jego kierunku ostrza czterech mężczyzn. Nikt nie celował z muszkietu. Dobrze. Zymun nie podnosił jednak wzroku, czekając, kto się odezwie.

- Młody - powiedział oficer. To był ten bezzębny żeglarz, brzydki jak długi jest dzień przy wiosłach. - Chudy, ale nie za miękki. W tym wieku szybko nabierze krzepy. Świetnie się nada. Trench kaszlał wczoraj krwią. Będziemy mogli go zluzować. Orholam się do nas uśmiechnął.

- Chcecie zrobić ze mnie galernika? - zapytał Zymun tonem przestraszonego chłopca.

Teraz odezwał się kapitan. Był to Atashanin o zaplecionej w warkoczyki brodzie, lecz o piwnych, a nie jak u większości jego krajan niebieskich oczach.

- Galernik to takie brutalne określenie. Wszyscy tu pracujemy. Czyż Orholam nie mówi, że wszyscy ludzie są braćmi? Będziesz pracował u boku swoich braci przy wiośle.

- A jeśli odmówię? - zapytał Zymun.

Przesunął niebieski luksyn w dół, po wewnętrznej stronie ręki. Dopóki będzie trzymał ręce przy bokach, luksyn pozostanie niewidoczny.

- Wszyscy pracujemy - odparł beznamiętnie kapitan. - Mój statek, mój świat.

Zymun mógł przedstawić teraz swoją propozycję. Mógł ujawnić, że jest polichromatą. Kapitan nie robił wrażenia szczególnie agresywnego. Nie uderzył Zymuna, chociaż miał okazję.

- Mam lepszy pomysł - odparł Zymun. - Co powiecie na...

Przestrzelił kolcem z niebieskiego luksynu twarz najbliższego mężczyzny. Ostry luksyn przeszedł prosto przez orli nos do mózgu. Zymun obrócił się z powodu odrzutu po wystrzeleniu tak dużego pocisku i wykorzystał ten obrót, żeby wysunąć kolejne ostrze z niebieskiego luksynu. Odciął rękę drugiego mężczyzny na wysokości nadgarstka i wystrzelił stępiony kamień z luksynu w jego pierś, zwalając go z nóg. Natychmiast w lewej ręce Zymuna pojawił się następny kłębiący się kolec, obracający się wolno i wycelowany w kapitana.

Jego działanie, tak nagłe i szybkie, a potem błyskawicznie przerwane, zaszokowało handlarzy niewolnikami. Nie zareagowali. Zymun również się nie poruszył. Gdyby to zrobił, wystraszyłby ich. Gdyby cały statek go zaatakował, może zdołałby wszystkich zabić, ale nie dałby rady sam nim dowodzić. Nie wiedział, jak się pływa na takim statku. Wykorzystał tę krótką przerwę na uzupełnienie zapasu luksynu.

- Co powiecie na to - powtórzył Zymun - żebym na pewien czas dołączył do załogi? Jestem polichromatą, kapitanie. A przed chwilą... Przed chwilą posłużyłem się tylko jednym kolorem. Potrafię korzystać z sześciu. Dajcie mi oficerską kajutę, a będę walczył dla was przez trzy miesiące albo w trzech bitwach, zależy, co prędzej się wydarzy. Moja magia wszystko zmieni. To trzy bitwy, które z pewnością wygracie. A potem, kiedy spłacę dług, zabierzecie mnie na Wielki Jaspis i pozwolicie mi wyjść na ląd z taką częścią łupu, jaką waszym zdaniem zarobiłem. Nadal pozostaniesz kapitanem, a ja nie odbiorę ci niczego. Rozstaniemy się jak przyjaciele.

- Albo? - zapytał kapitan.

Ręka nerwowo mu drgała w kierunku pistoletu w torbie przy pasku.

- Albo zabiję cię i zaproponuję tę samą umowę pierwszemu oficerowi. Może nie rzuci się tak szybko tobie na ratunek, jeśli będzie wiedział, że dzięki temu sam się wzbogaci.

- Barrick był dobrym człowiekiem - powiedział kapitan, patrząc na martwego mężczyznę.

Drugi żeglarz, pozbawiony dłoni, zemdlał z powodu utraty krwi. Nadal można było go uratować.

- Musisz wiedzieć - mówił Zymun, ignorując słowa kapitana - że wkrótce będę najważniejszym człowiekiem w Siedmiu Satrapiach i w przyszłości może mi się przydać żeglarz o twoich talentach.

Kapitan popatrywał to na Zymuna, to na oficera o kamiennej twarzy. Zanurzył palce w sakiewce i wyjął trochę tytoniu. Włożył go pod wargę. Popatrzył na krwawiącego mężczyznę na pokładzie.

- Rawl, opatrz mu rękę.

Oficer wypełnił polecenie. Kapitan nie odezwał się słowem do Zymuna.

Zymun nie naciskał, śmierć kapitana nadal powoli wirowała w jego ręce.

Kapitan splunął brązowym sokiem na pokład. Trafił w kałużę krwi. Skrzywił się.

- Umowa stoi - orzekł wreszcie. - Mam kilka rachunków do wyrównania i możesz w tym pomóc. Jeśli pomożesz mi załatwić jednego pirata, wypuszczę cię po jednej bitwie, przysięgam na mój honor syna flądry i żeglarza. - Wyciągnął rękę z pewną ostrożnością.

Ten przebłysk strachu ogromnie pocieszył Zymuna. Człowiek, który boi się go tak bardzo, prawie nie znając jego możliwości, nie spróbuje go zbyt szybko zdradzić. Doskonale.

- Kim jest ten pirat? - zapytał Zymun.

- Uważa się za kanoniera. Każe siebie nazywać kapitanem Artylerzystą.

 

Rozdział 8

Kiedy Wędrowiec przybił do pomostu, Teia już czekała na swoim miejscu przy relingu. Poza typowym tłumem żeglarzy, dokerów, kupców, rybaków i pojedynczych arystokratów, nabrzeża Wielkiego Jaspisu były zapchane pospólstwem. Ludzie rozpaczliwie chcieli się przekonać, czy ich ukochani wrócili do domu.

Jednocześnie tłum ruthgarskich żołnierzy ładował statki, by dołączyć do walki, z której Teia i jej przyjaciele właśnie wracali.

Pasażerowie statku tłoczyli się na śródokręciu, gdzie miał zostać zrzucony trap. Teia przeskoczyła przez reling, jedną ręką trzymając się dla równowagi olinowania. Stanęła za relingiem, złapała się obiema rękami konopnej sieci i przekoziołkowała. Poczuła przelotny rozbłysk radości, spowodowanej faktem, że pamiętała, jak to się robi. Jej pierwsze lekcje obejmowały codzienne ćwiczenia akrobatyczne, ale zarzuciła je, odkąd zaczęła trenować z Czarną Gwardią.

Dopiero trzymając się sieci, Teia zobaczyła, że na pomoście stoi mnóstwo ludzi, rozpaczliwie czekających na wieści. Flagowy okręt Androssa Guile jako pierwszy ze zdziesiątkowanej floty powrócił do domu. Wieść o klęsce już dotarła na Jaspisy, niesiona przez pocztowego gołębia, ale ludzie wyczekiwali szczegółów. Statek zatrzymał się przy nabrzeżu z łoskotem. Żeglarz balansujący na sieci obok Teii wyszczerzył do niej zęby i pierwszy zeskoczył; pobiegł, żeby umocować liny na potężnych knagach. Teia zeskoczyła chwilę później i zanurkowała w spiętrzony tłum plotek, przyjaciół i rodzin, ulicznych sprzedawców jedzenia i wina, ochoczo szukających tych, którzy chcieliby spłukać podniebienie ze smaku sucharów i zastałej wody.

Połknięcie przez nieczuły tłum przyniosło jej przedziwną ulgę. Teia była dość niska, by w nim zniknąć. Jej nauczycielka akrobatyki i walki w Abornei była tylko odrobinę wyższa od Tei i zachęcała ją do badania tłumów, poznawania ich nastrojów - od wściekłej ciżby wylewającej się z hipodromu po porażce faworyta w konnym wyścigu, po ochoczy tłum, witający przybywających tancerzy i egzotyczne menażerie na uroczystości z okazji Dnia Słońca w Odess.

Pewien rodzaj świadomości można wytrenować tylko w szponach takiej bestii. Tysiące, nawet dziesiątki tysięcy ciał może się ruszać, ale ty jesteś w stanie rejestrować ruch najwyżej tuzina osób w twoim bezpośrednim otoczeniu, zwłaszcza jeśli jesteś drobną dziewczyną. A nade wszystko ważna jest świadomość własnych ruchów. Chodziło o tę subtelną granicę, kiedy twój ruch może być asertywny, a nawet niegrzeczny, nadal jednak nie będzie odbierany jako agresywny. Chodziło o wyczucie chwili - przelotną irytację można zignorować, jeśli znikniesz, zanim osoba, którą pchnęłaś zbyt mocno, odwróci się, by cię odszukać. Teia uskakiwała, przepychała się, napierała i prześlizgiwała między ciałami, a jej ruchy były płynne, umysł całkowicie skupiony na własnym ciele.

Jej trenerka, preceptorka Lillyfield, o ciele młodej kobiety i twarzy pobrużdżonej jak Czerwone Klify, chciała nawet zabrać Teię i córkę jej właściciela, żeby doświadczyły tłumu w czasie zamieszek w Pomroce, koszmarnie biednym angarskim getcie, które od wieków uparcie istniało w Odess, ale pan Teii nigdy by się na to nie zgodził.

Znajome piękno błyszczących w słońcu chromeryjskich siedmiu wież nie wywołało dzisiaj w Teii radości. Donikąd nie musiała iść. Dowódca Żelazna Pięść powiedział tylko swoim ludziom: "Macie wolny dzień. Jutro jak zwykle widzimy się o świcie na dziedzińcu".

Teię rozpierała energia. Musiała trochę się powłóczyć. To dobre ćwiczenie. Im lepiej pozna miasto, tym łatwiejsze będzie jej czarnogwardyjskie szkolenie. Dzisiaj jednak musiała coś załatwić. Zauważyła, że znowu ściska przeklętą fiolkę, zajmując tym cenną rękę, która mogłaby jej pomóc manewrować w tłumie.

Za dużo myślisz, T.

Prawie wyszła z portu, kiedy wpadł na nią mężczyzna. Uskoczyła na tyle, że tylko się otarła. To musiało być umyślne.

Mężczyzna zniknął, a Teia trzymała coś w dłoni.

Odwróciła się, a kiedy znieruchomiała, straciła pęd, zgubiła rytm. Tłum wypluł ją na bazar przylegający do portu. Nawet nie widziała tego człowieka. Zauważyła ciemny płaszcz, może szarą tunikę... Do diabła, nie pamiętała. Zachowywała się jak amatorka. Wyszła ze strumienia ludzi i spojrzała na to, co miała w ręku. List.

Od razu wiedziała, że nie spodoba jej się to, co tam wyczyta.

"Teia, spójrz w parylu. Teraz".

Formalne kształcenie Teii w parylu trwało bardzo krótko, ale preceptorka Marta Martaens wbijała jej do głowy, że widok kobiecych źrenic rozszerzających się tak bardzo, że znikają nawet białka oczu, nie jest dla innych jedynie niepokojący. Jest przerażający. Taka zmiana oczu była potrzebna, żeby widzieć paryl, który znajdował się w widmie równie daleko od podczerwieni, jak podczerwień znajdowała się daleko od widzialnej czerwieni. W przeszłości Teia rozszerzała źrenice i zaraz szybko zwężała, ale to było męczące. Teraz założyła przyciemniane okulary, które dostała od dowódcy Żelaznej Pięści, i rozluźniła oczy, bardziej, jeszcze bardziej.

Pierwszym miejscem, w którym zobaczyła paryl, była pierś barczystego chromeryjskiego strażnika. Wypisano tam słowa, drżące, szybujące, lżejsze od powietrza, delikatne i błyszczące: "Przekupiony".

Jak? Dlaczego? Nagle przystanęła, jak cel, z rozdziawionymi ustami, niczym nowo przybyły na Jaspisach, który więcej się gapi niż porusza, pracuje, planuje.

- Mogę w czymś pomóc panience? - zapytał strażnik, zauważając jej spojrzenie.

Teia pokręciła głową i przemknęła obok niego. Przeszła przez targ, gdzie herold stojący na małej skrzynce spojrzał na nią. Nad jego głową szybowało jedno słowo: "Nasz". Gapił się na nią?

Kim byli? Co robili? Dlaczego pokazywali jej to wszystko? Było oczywiste, że mają parylowego krzesiciela. Zdolnego. Bardziej uzdolnionego niż Teia, jeśli potrafił stworzyć tak wytrzymałe słowa. Albo takiego, który znajdował się tuż obok niej i umieszczał świetlne znaki tuż przed jej przybyciem.

Na ścianie w zaułku widniały słowa: "Tędy, Teio".

Zamarła.

Na kolejnej ścianie widniał napis: "Nie zrobimy ci krzywdy".

Na następnej rozbłysnął tylko obłoczek uwolnionego światła, kiedy mężczyzna oparł rękę o mur w miejscu, gdzie umieszczono efemeryczne słowa: "Tylko my możemy...". Reszta zniknęła, a zaraz i te słowa, które się zachowały, rozpadły się, kiedy mężczyzna przesunął rękę.

Serce Teii waliło młotem.

Oddychaj, Teio.

Właśnie w taki sposób ludzie wariują. Widząc rzeczy, których inni nie widzą, wyobrażając sobie spiski.

Jednakże szaleńcy są szaleni, ponieważ widzą rzeczy, które nie istnieją.

Teia zetknęła się w swoim życiu tylko z dwojgiem parylowych krzesicieli. Preceptorką Martaens, która udzieliła jej garści lekcji na życzenie jej dawnej właścicielki, Aglaii Crassos, i mężczyzną, który dźgnął kobietę parylem w szyję i zostawił, by umarła w konwulsjach.

Zaułek znajdował się tuż przed nią - "Tędy, Teio".

Tamten mężczyzna, tamten zabójca, posłużył się stałym parylem do morderstwa, zupełnie jak w opowieściach. Preceptorka Martaens przysięgała, że stały paryl nie istnieje. A przynajmniej ona nie potrafiła go krzesać. Gdyby Teia nauczyła się krzesać stały paryl, mogłaby się też przed nim bronić, prawda? Ci ludzie mogliby ją nauczyć.

Sparaliżowana, niezdecydowana, bierna i nienawidząca się za to zerknęła w zaułek. Największą siłą parylu było to, że nie mógł go widzieć nikt poza garstką ludzi na całym świecie. Gdyby ktoś jeszcze mógł widzieć ich morderstwa, ci zabójcy straciliby swoją najwspanialszą broń.

A to znaczyło, że Teia stanowiła zagrożenie dla ich siły. Widziała zabójstwo. Może obawiali się, że widziała też zabójcę.

A zatem, Teio, czy spotkasz się sam na sam z człowiekiem, o którym już wiesz, że zabił niewinną osobę i któremu zagrażasz samym swoim istnieniem?

Kiedy postawiła tę kwestię w taki sposób, wszelkie resztki jej zaciekawienia skurczyły się z dużego, soczystego winogrona do wstrętnego małego rodzynka. Teia nie cierpiała rodzynków. Uwielbiała winogrona. To wcale nie było to samo, niezależnie od tego co mówili ludzie.

Gdyby ten człowiek chciał ją po prostu zabić, z łatwością już mógł to załatwić. Za pomocą parylowych wiadomości udowodnił, że może poruszać się w pobliżu, a ona nawet go nie zauważy. Chciał ją najpierw odseparować od ludzi. Dlaczego?

Powody nie mogły być dobre. Ten człowiek był mordercą. Jeśli twój wróg czegoś chce, nie daj mu tego.

Pobiegła.

Przyciągnęła kilka zdumionych spojrzeń, kiedy nagle rzuciła się do biegu, ale nic jej to nie obchodziło. Dopóki nie rozlegnie się okrzyk "złodziej!", nikt nie zwróci szczególnej uwagi na biegnącą młodą dziewczynę. Wpadła na następne ruchliwe skrzyżowanie, prześlizgnęła się przez tłum najszybciej, jak to możliwe. Wsunęła się między jarzmo wołów i wóz pełen siana, zanim woźnica zdążył choćby wrzasnąć. Przebiegła wzdłuż krawędzi małej fontanny pośrodku skrzyżowania i przemknęła przez kolejkę po wodę. Pobiegła ku następnej ulicy, przystanęła, cofnęła się kilka kroków i uskoczyła w zaułek. Przebiegła dalej, prawie się poślizgnęła na śmieciach i pomyjach, skręciła w przeciwną stronę, w następną ulicę i skręciła w następny zaułek.

Zaczęło mżyć. Teia nawet nie zauważyła, że się zachmurzyło. Zdjęła ciemne okulary, upuściła plecak pod nogi, wywinęła pelerynę szaroniebieską stroną na zewnątrz, założyła plecak z powrotem, ale na brzuch i zasłoniła go peleryną. Naciągnęła kaptur i dołączyła do strumienia ludzi śpieszących się z powodu deszczu. Trudniej zmienić krok, kiedy się śpieszysz. Zarzucanie biodrami, żeby udawać krąglejszą kobietę, było dla niej łatwe przy normalnym kroku - wystarczyło, żeby szła, stawiając stopy bliżej, jak na linie. Jednak robić to w półbiegu, jakby chciała uciec przed deszczem? Aż tak dobra nie była.

Po drodze zaczęła grzebać w plecaku. Nie było w nim zbyt wiele tego, co mogłaby wykorzystać jako przebranie, miała jednak jasnożółty szal i chustkę. Na skrzyżowaniu dała nura do kramu, jakby chciała skrócić sobie drogę do następnego zaułka. Zrzuciła kaptur, wyjęła czerwoną chustkę... A może zieloną? Drużyna lubiła robić sobie kawały, a ponieważ znali jej kłopoty z kolorami, nikt nie powiedziałby jej prawdy.

Zawiązała chustkę na włosach i zarzuciła szal na ramiona. Opuściła brodę i wyszła tą samą drogą, którą weszła, owijając się płaszczem, przez co plecak na brzuchu wyglądał, jakby była w ciąży. Położyła na nim rękę dla dopełnienia iluzji.

Nie cierpiała spowalniających przebrań. Nie lubiła, kiedy nie mogła szybko zniknąć. To jednak było typowe dla wszystkich i dlatego tego typu przebranie było tak użyteczne przy ucieczce. Minęła się z wysokim mężczyzną w szarym płaszczu, który przeszedł przez stragan i ruszył do zaułka. Może to był zbieg okoliczności? Może po prostu śpieszył się do domu, by uciec przed deszczem?

Po dwóch męczących kwartałach rozmyślnie powolnego, ale nie za bardzo kaczego kroku z ręką na wydętym brzuchu, Teia znowu pobiegła - ale nie do domu. Pobiegła do browaru, gdzie Marta Martaens wynajmowała pokój.

Browar o nazwie "Pocałunek Dziewczęcia" znajdował się w przysadzistym, kwadratowym budynku. Był pobielony i jak niemal wszystkie inne budowle na Wielkim Jaspisie zadaszony kopułą. Ta miała kolor żywego różu. Drewniane drzwi były proste, nie licząc stylizowanego dziewczęcego profilu z ustami złożonymi do pocałunku. Nie było żadnego napisu. Teia zdecydowanie zapukała do drzwi.

Drzwi otworzyła czeladniczka, dziewczynka mająca nie więcej niż dziesięć lat.

- Czy to tutaj wynajmuje pokój Marta Martaens? - zapytała Teia.

Duże oczy dziewczynki zrobiły się jeszcze większe. Zawahała się.

- Możesz tu poczekać? Wrócę za dwa machnięcia jagnięcym ogonem, dobrze?

Dziwne. A Teia nie lubiła, kiedy ludzie dziwnie się zachowywali, jeśli jej życie było w niebezpieczeństwie. Nadal coś ściskało ją w gardle. Przeniosła jednak to napięcie na resztę ciała, przygotowując się na atak. Wiedziała, że bycie przygotowanym, ale rozluźnionym, pozwalała reagować szybciej. Niestety, za żadne skarby nie mogła w sobie znaleźć takiego spokoju.

Rozejrzała się na deszczu, mierząc wzrokiem każdego, ale teraz na ulicach było niewielu ludzi, a padało coraz mocniej. Ostatnia rozmowa z preceptorką Martaens nie wypadła najlepiej. Starsza kobieta uważała, że nawet rozmowa o możliwości zabójstwa za pomocą parylu sprowokuje polowanie na wszystkich parylowych krzesicieli. A Teia straciła możliwość dalszej nauki u preceptorki, wkrótce po tym, jak Andross Guile w jakiś sposób zmusił Aglaię Crassos do przepisania tytułu własności Teii. Od tamtej pory nie widziała się z Martaens.

Drzwi znowu się otworzyły i żylasta kobieta w fartuchu zaprosiła gestem Teię do środka.

- Bel! - warknęła. - Kazałaś gościowi czekać na deszczu? Gdzie twoje dobre wychowanie, dziewczyno?

Dziewczynce zrzedła mina. Czmychnęła.

- Płaksa z niej - powiedziała piwowarka i westchnęła.

Nosiła chustkę dość podobną do męskiej ghotry, która przytrzymywała imponująco wielką koronę ciemnych włosów podczas pracy. A ewidentnie pracowała - pot pokrywał jej skórę, żyły wystąpiły na szczupłych przedramionach.

- Muszę pilnować brzeczki, więc wybacz moją obcesowość, ale jak się nazywasz i czego chcesz?

- Teia. Adrasteia. Przyszłam sprawdzić, czy znajdę tu moją dawną preceptorkę Martę Martaens.

Teia zdjęła mokrą chustkę z głowy i otrząsnęła płaszcz, odsłaniając plecak na brzuchu.

- Ha, myślałam, że jesteś w szóstym miesiącu, i uznałam, że wspomniałaby o tym, gdy tak było - powiedziała piwowarka, kiwając głową i patrząc na niby-brzuch Teii. - Marta wyjechała. Nie ty pierwsza o nią pytasz. Powiem to samo, co tamtemu, bo taka jest prawda. Porządna lokatorka. Trochę humorzasta, ale dobra kobieta. Nie wiem, dokąd się udała. Straciła pracę w Chromerii, a to był jedyny powód, żeby tu być, więc nie widziałam niczego dziwnego w jej wyjeździe. - Piwowarka podeszła do kontuaru i sięgnęła pod niego. - Ale powiem ci też to. Zostawiła list, który miałam oddać tylko dziewczynie imieniem Teia. I chcę, żebyś wiedziała, że mężczyzna, który przyszedł się rozpytywać, zaproponował mi zapłatę za zatrzymanie ciebie.

Teia była gotowa walczyć. Przeniosła wzrok z twarzy kobiety na jej tułów. Ruch zaczyna się w środku ciała, niech widzenie peryferyczne zajmie się resztą.

- Nie wzięłam pieniędzy. Nie jestem dzikusem, a w nim było coś zabawnego. Resztka rudych włosów wokół łysiny, dziwny naszyjnik. Ledwie go widziałam, ale mój papa wyrywał kiedyś zęby. Ten naszyjnik był z ludzkich zębów. Było w tym coś ohydnego, w co wolałam nie wnikać. Przeczytaj swój list szybko i znikaj. Nie zdziwiłabym się, gdyby nadal obserwował browar. Ach, i nie składaj listu. Marta bardzo to podkreślała. Możesz wyjść tylnymi drzwiami, jeśli chcesz.

Żeby dotrzeć do tylnych drzwi, Teia musiałaby przejść przez nieznany budynek, z dala od ludzi, odseparowana i odsłonięta. Może ta kobieta naprawdę starała się być pomocna. W końcu nie musiała mówić o tamtym mężczyźnie. Jednak Teia zbyt długo była niewolnicą. Nie zamierzała zdawać się na niczyją łaskę.

Ostrożnie wzięła list i powoli go otworzyła, nie spuszczając oka z piwowarki.

- Możesz go spalić, jeśli chcesz - powiedziała kobieta. - Muszę zająć się brzeczką. Niech Orholam czuwa nad tobą, dziewczyno.

Odwróciła się i odeszła do swoich zajęć.

"Teia" - napisano w liście - "moja praca tutaj dobiegła końca. Dowiedziałam się, że mój brat ciężko zachorował, więc wracam na rodzinną farmę w Maelans. Wybacz, że odjeżdżam tak nagle, ale nasza pani na pewno się Tobą zajmie. Niech Orholam Cię błogosławi".

To wszystko. List skrupulatnie podpisano jej imieniem i precyzyjnie złożono. Na ile Teia się orientowała, Marta Martaens nawet nie miała brata. Natychmiast rozszerzyła oczy do parylu.

Rzeczywiście napisano coś w parylu, a odsłonięte słowa już się rozpadały. Nic dziwnego, że Marta nie chciała, by list byle jak złożono. To zniszczyłoby ukrytą wiadomość.

"To wszystko prawda. Zabójstwa i cała reszta. Zakon Złamanego Oka naprawdę istnieje i teraz Cię szuka. Niech Orholam mi wybaczy, że zostawiam Cię samą, ale z tymi ludźmi nie da się walczyć. Uciekaj, Teio. Marta Martaens".

 

Rozdział 9

Karris Guile, urodzona jako Karris Białodąb, wlekła się po schodach, wspinając się z ostatniego piętra Wieży Pryzmata na dach. Przyszła prosto z portu i tylko rzuciła torby na podłogę w swoim nowym pokoju - pokoju Gavina - kiedy jego osobista niewolnica Marissia nieśmiało wręczyła jej list. To dziwne, że Biel wzywała ją na dach w czasie deszczu.

Karris wyjrzał zza drzwi i zobaczyła Biel otuloną licznymi kocami w fotelu na kółkach, zwróconą twarzą do wiatru i zacinającego deszczu. Świetnie się bawiła. Po obu jej stronach stało dwóch potężnie zbudowanych młodych mężczyzn, Gill i Gavin Greylingowie. Tak samo jak Karris należeli do Czarnej Gwardii, przysięgli chronić i bronić Biel oraz Pryzmata. Różnica polegała na tym, że oni wypełnili swój obowiązek. Każdy trzymał parasol z nawoskowanego materiału, osłaniając Biel przed deszczem. Jednak starej kobiecie najwyraźniej sprawiał przyjemność wiatr chłoszczący jej twarz deszczem mimo najszczerszych wysiłków Czarnogwardzistów.

- Pani kapitan straży - powitali ją bracia, kiwając do niej głowami, zamiast zasalutować, bo mieli zajęte ręce.

- Możecie odejść - odprawiła ich Biel. - Proszę, poczekajcie na mnie na schodach. Teraz Karris będzie mnie strzegła.

Gill podał Karris parasol i obaj odeszli. Karris wzięła parasol w obie ręce, żeby jak najlepiej osłaniać Biel. Na twarzy staruszki malowała się jednak dziecięca radość. Oczy wszystkich krzesicieli nabierały kolorów, których używali, ale wzór, jaki tworzyły, był niepowtarzalny. U Karris to były czerwone gwiazdki na zielonym polu. Jasnoszare oczy Orei Pullawr wypełniły się dwoma łukami: niebieskim na górze i zielonym pod spodem. W ostatnich latach, kiedy przestała krzesać dla przedłużenia życia, kolory wyblakły, straciły na intensywności. Jednak po próbie zamachu na jej życie w jej własnych komnatach, niebieski łuk znowu nabrał życia, napierając na same brzegi tęczówki. Akurat tego Karris się spodziewała. Tyle że zielony łuk też się ożywił, a to podpowiadało Karris, że Biel krzesała także zieleń. Nie zostało jej dużo czasu.

- Miałam nadzieję, że to ponownie zrównoważy wpływ obu kolorów - wyjaśniła Biel - ponieważ dzikość zieleni równoważyła we mnie powolną logikę błękitu przez wiele lat. Odkryłam po ataku, że wystarczy, bym siedziała, patrzyła i czekała. A skończył się już czas, by siedzieć, patrzeć i czekać, prawda, dziecko?

- Nie zostawiaj mnie, proszę - powiedziała Karris.

Ścisnęło ją w żołądku, ale zdusiła szloch. Zaskoczona, odetchnęła głęboko. Myślała, że bardziej nad sobą panuje.

- Niestety, tak to już jest na tym świecie, prawda? - zapytała Biel. - Idziemy naprzód samotnie albo pozostajemy w tyle osamotnieni. Wszyscy moi drodzy przyjaciele z młodości już nie żyją. Tylko jeden mój stary wróg trwa przy życiu. Prawie nie wiem, co bym bez niego zrobiła. Karris, dźwigając brzemię cięższe, niż myślimy, że zdołamy unieść, stajemy się silniejsi. Jesteś gotowa?

- Nie możesz poddać się i umrzeć - odparła z gniewem Karris. - Jesteś najlepszym, co mamy. Nikt cię nie zastąpi.

Niespodziewanie Biel zachichotała.

- Takie słowa pragnie usłyszeć każdy megaloman, ale są prawdziwe tylko w przypadku naprawdę złych i monumentalnie wielkich. Ja nie jestem ani jednym, ani drugim. Jestem zaledwie kompetentna, a moje porażki są znaczące i niestety, częste. To, że nie jestem zła, może czyni mnie lepszą od wielu Bieli przede mną, ale dobry i wielki to dwa odrębne obozy, które rzadko znajdują część wspólną.

Karris westchnęła, nie bardzo wiedząc, czy zdołałaby mówić o Gavinie i nie rozpaść się. Odwróciła wzrok, nie potrafiąc przyjąć współczucia widocznego w oczach Bieli.

- Czuję się zdradzona.

- Przez Gavina? Bo umarł?

Chromeria tego nie orzekła, jeszcze nie. Nie, kiedy Gavin tyle znaczył dla wszystkich. Poza tym nie wiedzieli, czy nie żyje. Jednak Biel mówiła o strachu i gniewie, a takie odczucia nie opierają się na dowodach i cnotach błękitu.

- Trzecie Oko. Powiedziała, że jeśli Gavin przetrwa bitwę, przeżyje przynajmniej do dnia przed Dniem Słońca. Myślałam... Myślałam, że nam się udało. Bitwa się zakończyła, prawda? Położyłam się spać, wierząc, że obudzą mnie pocałunki.

A zamiast tego były krzyki i śmierć. Kip próbował zabić Androssa Guile; tak mówiono. Gavin wtrącił się, przypadkiem został raniony i wypadł za burtę. Kip skoczył w ślad za nim. Statek nie zdołał odnaleźć w ciemności Kipa i ciała Gavina.

- Nawet jeśli Trzecie Oko bezbłędnie dostrzega prawdę, co do czego nie jestem przekonana, skąd mamy wiedzieć, że musi zawsze mówić prawdę na temat tego, co widzi - odparła Biel. - Być może, okłamując cię, pomogła światu uniknąć większej tragedii.

- Uwierzyłam jej - odpowiedziała Karris.

Czuła pustkę. Wpadła w pułapkę. Chciała trzymać się nadziei, bo nie widziała jego śmierci i ponieważ miała wrażenie, że zdradziłaby go, gdyby się poddała. Z drugiej strony, widziała rezygnację w każdej twarzy. Nie żył, a zostało wiele pracy do wykonania. Pojawiła się straszliwa próżnia i grupy gotowe ją wypełnić, heretycy do zwalczenia i tak dalej, i tak dalej. Nie mogła pogrążyć się w żałobie, dopóki nie będzie wiedzieć na pewno. Ale być może nigdy się nie dowie.

- Słyszałam, że tutaj też pojawiły się znaki - powiedziała Karris. - Coś o morskim demonie walczącym z wielorybem?

- Dwa tygodnie temu. W dzień bitwy. - Biel nie rozwinęła wątku. Wiedziała, kiedy Karris próbuje zmienić temat.

Uderzył w nie deszcz. Robiło się zimno.

- Powinnam zabrać cię do środka - uznała Karris.

Uniknąć tego. Odłożyć na później. Stawić temu czoło później, w samotności.

- Nie. - Pojedyncze słowo Bieli cięło jak bicz. Przemówiła i oczekiwała całkowitego posłuszeństwa. - Pokaż mi swoje tęczówki, dziewczyno.

Karris spojrzała staruszce w oczy. Kiedyś była dumna ze swoich oczu, teraz się ich wstydziła. Była dumna z ich urody, z rubinowych gwiazd rozkwitających na szmaragdowym polu, kolorów czystych, jasnych i potężnych. Teraz dominowały gwiazdy, a oczy zdradzały kobietę, której zostało już niewiele lat. Kobietę, której brakowało samokontroli, by dożyć czterdziestki.

- Masz przestać krzesać. Całkowicie i natychmiast - orzekła Biel.

To jakby kazać jej przestać oddychać.

- Wiem, o co proszę - dodała Biel. Oczywiście, że wiedziała, sama tego dokonała. Niestety, to niczego nie ułatwiało Karris. - I nie proszę. To rozkaz.

- Tak, najszlachetniejsza pani - odpowiedziała sztywno Karris.

Myślała, że Biel okaże jej trochę współczucia z powodu śmierci męża. Najwyraźniej nie powinna była spodziewać się żadnej czułości. Zacisnęła zęby, ale starała się zachować beznamiętny wyraz twarzy.

- Pozwoli pani, że odejdę - powiedziała i odwróciła się.

- Nie pozwolę - odparła ostro Biel.

Karris przystanęła. Była Czarnogwardzistką. Wiedziała wszystko o posłuszeństwie. Nie odwróciła się, zbierając siły.

- Poślubiłaś Gavina Guile, Pryzmata - powiedziała Biel. - W związku z tym zostałaś zwolniona ze wszystkich obowiązków Czarnogwardzistki. Masz złożyć rezygnację w trybie natychmiastowym.

Karris wstrzymała oddech. Kolana się pod nią ugięły. Podmuch wiatru wyrwał parasolkę z jej słabych palców i zrzucił z dachu, zanim zdążyła mrugnąć. Stała, godząc się na piekące smaganie. Zmrożona od zewnątrz i od wewnątrz. Wszystko, czym była, odkąd porzuciła tę głupią dziewczynę, której podobało się, że chłopcy się o nią biją, wszystko, czym się stała dzięki własnej pracy, to Czarnogwardzistka. Ledwie dopuszczono, żeby starała się o przyjęcie do tej elitarnej jednostki, a potem zdobyła stopień kapitana straży i odkryła, że znajduje w tym satysfakcję.

Przez dwa dni miała wszystko: mężczyznę i pracę, które kochała, trudny cel i sposób osiągnięcia go, a otaczali ją ludzie, których podziwiała... Których kochała. Siostry i nowi bracia - zastąpili tych, którzy zginęli w ogniu w jej młodości. A potem straciła Gavina i myślała, że gorzej już być nie może. A teraz Biel - ze wszystkich ludzi właśnie Biel! - wykopywała spod niej ostatnią nogę stołka.

- Nie do końca rozumiem, skąd to zaskoczenie - odezwała się spokojnie Biel. - Czarnogwardzistka żoną Pryzmata? Musiałaś wiedzieć, że to najbardziej prawdopodobne zakończenie. Tak się dałaś porwać namiętności, że w ogóle nie pomyślałaś?

- Powiedziałaś... Powiedziałaś, że mój przypadek to wyjątek potwierdzający regułę! - wypaliła Karris.

- Miałam na myśli, że zezwalam ci pójść za głosem serca i złożyć rezygnację, zamiast wyrzucić cię okrytą hańbą.

- A co to za różnica?! - krzyknęła Karris.

Gill Greyling wychylił się zza drzwi i obaj z Gavinem wyszli na zewnątrz, ale zostali w miejscu, skąd Biel mogła ich przywołać gestem. Stali niewzruszeni w deszczu, lecz Karris znała tę postawę - jak u ogarów na smyczy, gotowych do ataku na komendę.

- Jedno to wstyd, drugie to zaszczyt, i jeśli nie widzisz różnicy, to masz większy problem niż zdołamy rozwiązać.

- Ale, ale... ale jego nie ma! Nie żyje! To jałowa dyskusja. Myślałam... Myślałam, że...

Karris myślała, że reguły nie dotyczą Gavina, i skoro wyszła za niego, on ją poprze i ten jeden raz reguły nie będą dotyczyć także jej. Myślała, że może zasłużyła na tę odrobinę szczęścia, że może wreszcie Orholam się nad nią ulitował.

- Zaginął. To nie to samo. Na razie i dla moich celów. Oczywiście, niektórzy ze Spektrum będą chcieli natychmiast uznać go za martwego, ale pojawią się inne problemy z wyznaczeniem nowego Pryzmata. Niemniej nowy Pryzmat elekt musi zostać wybrany przed Dniem Słońca. Musimy go znaleźć do tego czasu. - Odwróciła się do deszczu, ciesząc się wilgocią na twarzy i najwyraźniej odprawiając Karris.

- To wszystko? - zapytała ostro Karris. - Teraz, kiedy odwaliłam swoją robotę, można mnie wyrzucić na śmietnik?

- W tym życiu nie jesteśmy szatami, które można uprać i ponownie włożyć. Jesteśmy świecami, które dają światło, aż zupełnie się wypalą. Płonęłaś jaśniej niż większość. To ma swoją cenę. Miernoty takie jak ja? Słabe płomyki dłużej płoną.

- Jeszcze się nie wypaliłam - odparła z gniewem Karris.

- Może więc nie jesteś takim delikatnym kwiatuszkiem, jak uważałaś - odpowiedziała Biel.

Nie powiedziała nic więcej, nie spojrzała na nią. Karris pomyślała, że powinna wybiec ze łzami, przeklinając. Zamiast tego stała w deszczu, pozwalając, żeby ostudził jej gniew, opanował jej dzikość, w miarę jak przemaczał włosy. Odgarnęła mokre pasma z oczu. Potrzebowała dwóch prób, zanim zdołała się odezwać.

- Przez długi czas zamierzałam do tego nie wracać, ale... Dlaczego wysłałaś mnie, właśnie mnie, żebym przeniknęła do armii Raska Garadula?

- W Tyrei?

- To nie było aż tak dawno. Rask był we mnie zakochany. Nie miałam pojęcia. Wysłałaś mnie tam bez słowa ostrzeżenia. Zostałam pojmana. Mogłam zginąć.

Biel otaksowała ją wzrokiem.

- Zdarzało ci się sięgnąć po broń w trakcie bitwy? Może po tym, jak straciłaś własną?

- Raz, po muszkiet w Garristonie. Kiedy spróbowałam się nim posłużyć, nie strzelił.

- Hm. Zdarza się.

Biel nie powiedziała nic więcej.

- Ja? Byłam bronią, po którą sięgnęłaś? Nie wiedząc, jak się sprawdzę? To... To brednie. Znasz mnie! Trudno uznać, że stanowię dla ciebie zagadkę. I trudno porównać tę sytuację do gorączki bitewnej. Mogłaś posłać dowolnego Czarnogwardzistę, dowolną inną osobę spośród setki żołnierzy i niewolników. Połowa sprawdziłaby się równie dobrze jak ja.

- Moim celem nie było zwyciężyć w walce; chciałam przetestować broń.

- Co?

- Masz wiele zalet, Karris Guile, ale sięgasz po te same raz za razem. Boisz się wystawić siebie na próbę. Dawałam ci szansę wypełnić inne zadania, które łatwo można było załatwić dzięki odrobinie pochlebstwa lub łapówek, ale ty zawsze obierałaś najprostszą drogę, opierając się na władzy i hierarchii. A kiedy już byłam gotowa odciąć cię, zrobiłaś coś błyskotliwego, co udowodniło mi, że jednak jesteś zdolna myśleć samodzielnie. Ty zwyczajnie lubisz, kiedy inni wydają ci rozkazy. Postawiłam cię więc w sytuacji z zadaniem najwyższej wagi, ale bez wskazówek co do jego wykonania. Wiedziałam, że mogłaś zginąć, i bardzo by mi twoja śmierć ciążyła, przez świadomość, że źle cię oceniłam. Zamiast tego jednak zdałaś egzamin i teraz zyskałam coś lepszego niż twoje zaufanie.

Karris się skrzywiła.

- A mianowicie?

- Sama zaufałaś sobie. Przynajmniej trochę bardziej.

Karris pokręciła głową.

- Dlaczego więc pozbawiasz mnie pozycji? Rozumiem, że Andross Guile chciałby odebrać mi coś, co kocham, ale ty? Dlaczego nie walczyłaś o mnie?

I znowu gorące łzy zagroziły popłynięciem. Ścisnęło ją w gardle.

Biel zamrugała, a jej twarz zmieniła się w jednej chwili, gdy emocje ją odmłodziły.

- Posłuchaj mnie, Karris Guile. Nigdy nie przestanę o ciebie walczyć! - Odsunęła się na oparcie i znowu wyglądała staro. - Marznę na tym deszczu. Zabierz mnie do środka. Wcześniej jednak wyznaczę ci nowe zadanie. Odpowiednie dla twojego nowego statusu.

- Mojego nowego statusu? Wdowy? Byłej Czarnogwardzistki?

- Kobiety, która nie ma pracy i dysponuje wolnym czasem w nadmiarze.

To było jak policzek. W Karris zapłonął gniew.

- Mam dziergać sweterki i przeklęte skarpety, najszlachetniejsza pani?

- Straciłam mobilność. Przez to o wiele łatwiej wytropić, z kim się spotykam. Karris, zajmiesz się moimi szpiegami.

 

Rozdział 10

Teia nie przeszła Łodygą Lilii do Chromerii, dopóki nie zobaczyła wracającej grupy Czarnogwardzistów. Płynęli razem z nią statkiem. Naprawdę nie było jej tak krótko, że pozostałe szczawie dopiero docierały do mostu? Rozejrzała się po zaułkach i mimo deszczu znowu założyła na chwilę ciemne okulary. Otworzyła oczy szeroko, szerzej, aż całe stały się źrenicami. Spojrzała na prawo, w lewo i w głąb skrzyżowania. Zerknęła za siebie, dalej w zaułek, szukając śladu parylu albo zabójcy. Nic.

Schowała okulary do kieszeni i pośpiesznie dołączyła do tłumu przepływającego przez most. Minęła chromeryjskich strażników stojących w lustrzanych zbrojach w zwykle pustych budkach strażniczych. Wojna. Wojna naprawdę się zaczęła i byli przygotowani na atak. Tutaj. To nie mieściło się w głowie.

- To prawda? - zagadnął Czarnogwardzistę jeden ze strażników. - Że Pryzmat nie żyje?

- Zaginął.

- Zaginął? Co? Jakby był drobną monetą? Zaginiony na morzu to nie jest po prostu zaginiony. Słyszałem, że całymi dniami przeczesywaliście wybrzeże w poszukiwaniu Pryzmata. Nie powinniście chronić go przed zaginięciem?

Jeden z czarnogwardyjskich kadetów, Ferkudi, warknął i skoczył na strażnika. Inni odciągnęli go i poholowali w stronę wieży.

- Dopuściliście do śmierci naszego Pryzmata! - krzyczał strażnik. - Jaki z was pożytek, skoro Pryzmat utonął, kiedy byliście na służbie? Żaden z was nawet za nim nie skoczył?

Ferkudi zaklął, a Cruxer przyskoczył prosto do strażnika. Powiedział coś, czego Teia nie usłyszała, ale nawet go nie tknął. Strażnik nie odezwał się już słowem, a po twarzy popłynęły mu łzy.

Ci ludzie kochali Gavina. Ledwie go znali, ale go opłakiwali.

Nie, może nie miała racji. Nie znali go osobiście, ale Gavin był wszędzie widoczny, dłużej niż Teia żyła. I był dobrym Pryzmatem. Plotki krążyły po całych Jaspisach, a oficjalne wieści były żałośnie niepełne, żadne to stanowisko, w gruncie rzeczy. "Zaginiony".

"Zaginiony". To nie jest słowo, jakie chcesz rzucać lekko na początku wojny, w której wyniki dwóch bitew okazały się... niekorzystne dla Chromerii.

Gavin był dla tych ludzi niemal bogiem, a przegrali w dwóch bitwach, chociaż walczył u ich boku. Co poczną bez niego?

To było pytanie, które Czarnogwardziści zadawali sobie od kilku dni. Przy czym własna porażka także nie uszła ich uwagi.

Teia nic nie powiedziała, przeszła ze spuszczoną głową.

Chociaż Łodyga Lilii była przykryta kopułą z niebieskiego i żółtego luksynu, przezroczystą i niewiarygodnie wytrzymałą, Teia przeszła dwadzieścia, może trzydzieści kroków, nim zdjęła kaptur. Zaczął się przypływ i wiatr sprawiał, że na falach bieliły się grzywy. Łodyga Lilii przecinała linię wody, więc teraz fale uderzały o most. To był symbol samej Chromerii. Cały tumult i ryk świata wspinał się i uderzał o nią, a ona trwała, niezmienna, nieporuszona, nieczuła.

Jednakże to zawsze było upiorne - iść przez świetlny tunel i patrzeć, jak rozbryzgi wody sięgają wysoko nad twoją głowę, czasem przewalając się na drugą stronę. Zdarzały się już wcześniej próby wysadzenia mostu beczkami z prochem. Przynajmniej trzem zapobieżono. Jeden wóz zdołał się dostać na most, tellarski separatysta wykrwawiał się na nim na śmierć z powodu ran, szaleńczo próbując podpalić ładunek.

Podmuch po wybuchu ograniczonym przez luksynową rurę uderzył oboma końcami, jakby to był muszkiet strzelający z dwóch końców. Dziesiątki ludzi zginęły, ale most wytrzymał. Ahhana Zręczna była żółtą superchromatką, główną krzesicielką pracującą nad mostem ponad dwieście lat temu. Nawet teraz niektórzy inżynierowie chełpili się tym, że wywodzą się z długiej linii nauczycieli sięgającej aż do tej kobiety, taka była sławna.

Teia starała się pamiętać o tym, jak wytrzymały jest most, kiedy fala rozbiła się o ścianę i przelała górą.

Unikała pozostałych - Ferkudiego i jego przyjaciół z wcześniejszych czarnogwardyjskich klas. Przez chwilę, kiedy się śmiali, raptem dwie minuty po tym jak rozpaczali i byli gotowi walczyć, Teia zobaczyła ich takimi, jakimi musieli ich widzieć instruktorzy - dzieciaki, szesnasto-, siedemnastoletnie, śmiejące się z czyjejś niezręcznej próby pocałunku, a mimo to wojownicy, śmiertelnie niebezpieczni i rozleniwieni, nieustępliwi i niemądrzy, mężczyźni i dzieci.

Za dużo myślisz, T.

Jakoś udało jej się wsiąść do windy i nie dać się zauważyć w tłumie. Bycie drobną czasem się przydaje. Bywa, że wolisz, żeby cię przeoczono. Nie miała ochoty na rozmowę, ale martwiła się, czy nie uznają jej za niekoleżeńską. Nie, za bardzo byli zajęci sobą.

Została w windzie, kiedy kadeci wyszli, i wysiadła dopiero na poziomie pokoju Kipa. Urzędnicy byli za bardzo zajęci w dniach poprzedzających wypłynięcie floty, żeby zajmować się zwykłymi sprawami. To oznaczało, że Teia i Kip nie mogli od razu załatwić formalności. Zatem teoretycznie nadal była niewolnicą. Kiedy Kipa zabrakło, musiała natychmiast dopełnić formalności. Gdyby stary Andross Guile przypomniał sobie o niej, z pewnością przechwyciłby ją jako własność wnuka, choćby na złość Kipowi.

Kip, ty idioto, dlaczego zaatakowałeś Androssa Guile? Ze wszystkich ludzi, czemu właśnie jego?

I gdzie teraz podziewał się Kip? Czy kiedykolwiek wróci do domu?

Do domu? Gdzie czekał na niego Andross Guile i stryczek?

Kip mógł żyć, ale Teia i tak pewnie więcej go nie zobaczy. Był jej partnerem raptem przez kilka miesięcy, ale intensywnie spędzili ten czas. Razem byli wyrzutkami, razem walczyli, zarówno w przenośni, jak i dosłownie. Serce jej pękało.

Pociągnęła za fiolkę oliwy, którą nadal nosiła na szyi. Będzie ją nosiła, aż otrzyma potwierdzenie od sekretarzy, że załatwiono wszystkie formalności związane z jej uwolnieniem i odzyskała wolność, w pełni i nieodwołalnie. Wtedy ją rozbije. Już niedługo, miała nadzieję.

Klucz łatwo obrócił się w zamku, Teia otworzyła drzwi i szybko weszła do środka.

- Witaj, gołąbeczko - rozległ się w ciemności głos mężczyzny. - Odwróć się.

Teia zamarła na chwilę, a potem odwróciła się, zostawiając rękę na zasuwce.

- Kim pan jest? - zapytała. - Co pan tu robi?

- Dwa... doskonałe... pytania - powiedział mężczyzna.

Miał jasną skórę, pasmo rudych włosów zaczesane w próżnym wysiłku ukrycia guzowatej łysiny. Nosił zamożne szaty kupca pod cienkim czarnym płaszczem, w ręku trzymał obrębiony aksamitem petasos, ale najbardziej uderzające były jego oczy. Miały kolor bursztynu. Nie od krzesania żółtego czy pomarańczowego luksynu, ale z natury. Uśmiechnął się, odsłaniając olśniewająco białe zęby.

- W miejscach publicznych możesz nazywać mnie pan Sharp.

Co pociągało za sobą oczywiste pytanie:

- A na osob...

- Morderca.

- Słucham?

Ogarnął ją strach. Nie mogła tego znieść.

- Morderca. To bardziej tytuł niż imię. Morderca Sharp. Miałem kiedyś prawdziwe imię, rzecz jasna. Porzuciłem je.

Co pociągało za sobą kolejne oczywiste pytanie. Ale do diabła z nim.

- Co pan tu robi?

- Werbuję.

- Bez skutku. Wynoś się.

Werbuje?

Nawet nie drgnął.

- Podjęłaś słuszną decyzję w porcie, chociaż to trochę utrudniło mi życie. Bystra z ciebie dziewczyna, co? Zobaczyć paryl, ale go zignorować? Zobaczyłaś wroga o nieznanych zdolnościach, proszącego o spotkanie na jego terenie i postanowiłaś nie podejmować tej walki. To było... mądrzejsze, niżby wskazywał twój wiek. Tym bardziej chcę cię zwerbować. Mam dla ciebie robotę. Jeśli ją wykonasz, dam ci twoje papiery.

- Jakie papiery? - zapytała Teia, udając, że nie wie o co chodzi.

- Naprawdę? - spytał figlarnie. - Po tym jak pochwaliłem cię za inteligencję? Dzieciak z ciebie, co? I nieoszlifowany klejnot. Jeśli wykonasz dzisiaj moje zadanie, dam ci dokumenty, przysięgam na swoją duszę i nadzieję na oświecenie. W przeciwnym wypadku przekażę je Androssowi Guile, dla którego pracowałem w przeszłości. Małe przypomnienie, kim i czym jesteś, wystarczy, żeby bardzo utrudnić ci życie, nie uważasz? Myślisz, że dokumenty dające ci wolność, kiedykolwiek ujrzą światło dzienne, jeśli zaniosę je do Najwyższego Światłowładcy Guile'a?

Odpowiedź była oczywista.

- Skąd mam wiedzieć, że pan mi je odda?

- Przysięgi są dla mnie święte. Jeśli jednak znowu postanowisz pokrzyżować mi plany, zwracając się do innych władz...

Teia go zaatakowała, uderzając pięścią w gardło.

I natychmiast padła odrętwiała w jego ramiona. Podniósł ją z łatwością i położył na łóżku Kipa delikatnie jak kochanek. Niczego nie czuła. Jej ciało po prostu zniknęło w okamgnieniu, nie odbierała go zmysłami. Czuła zapach dziwnego człowieka o imieniu Morderca. Pachniał skórką pomarańczową, imbirem i miętą, orzeźwiająco, wręcz ponętnie. Nienawidziła go za to.

Uśmiechnął się, szczerząc najbielsze, najbardziej idealne zęby, jakie w życiu widziała. Ułożył jej kończyny. Położył dwa palce na jej górnej wardze, nie żeby ją uciszyć, ale żeby sprawdzić jej oddech, i zabrał je, wyraźnie zadowolony.

- Możesz mówić? - zapytał.

Otworzyła usta, ale nie panowała na oddechem aż tak, by krzyknąć, nie mogła nawet szepnąć. Coś było z nią bardzo, bardzo nie tak. Dezorientacja groziła przemianą w panikę.

- Ciało to taka zagadka, zgodzisz się ze mną? Już sama liczba rzeczy, które muszą nieustannie dobrze działać, chwila po chwili, żeby to mięso jakoś działało. - Podniósł jej bezwładną rękę i upuścił. Poleciała zupełnie jak bez życia. - Pozwól, że powiem ci coś niezmiernie ciekawego: im więcej wiesz, tym bardziej pojmujesz, jaka to tajemnica. Najmędrsi konsyliarze w satrapiach nadal wierzą, że krew trwa w bezruchu w naszych kończynach, że odpływa i przypływa jak pływy morskie, może nawet zależnie od księżyca. Z kolei moi ludzie od wieków wiedzą, że krew krąży w ciele, że to serce ją pompuje. Wiemy to, bo to widzimy. A jednak nawet dla nas, którzy widzimy jak na dłoni to, czego setka pokoleń konsyliarzy jeszcze nie odkryła, istnieją tajemnice. W końcu nie jesteśmy od nich dużo znakomitsi. Różnimy się stopniem, a nie rodzajem. Wiem, że uszczypnięcie tu albo kryształek tam spowoduje, przy odrobinie szczęścia, taki albo inny efekt. Rzuciłaś się tak szybko. Tak szybko. Czujesz już mrowienie w stopach? Mrugnij raz na tak, dwa na nie.

Teia nie czuła niczego. Niczego. Była więźniem zamkniętym w nieposłusznym ciele. Poczuła napływające łzy. A potem mrowienie, najpierw w jednej, potem w drugiej stopie. Zamrugała niemal odruchowo.

- Dobrze. Za chwilę powinno zacząć się mrowienie w palcach rąk.

Miał rację. Mimo niby swojej rzekomej niewiedzy, doskonale wiedział. Doświadczenie nie było przez to mniej przerażające, po prostu było trochę inaczej przerażające.

- Przestań myśleć o swoim strachu - powiedział Morderca. - Wróci ci całe czucie. Jestem bardzo dobry w tym, co robię. Zanim będziesz w stanie mówić, chcę, żebyś zgadła, jak tego dokonałem.

Teia nienawidziła się za to, że jest tak uległa, ale było coś odurzającego w tym człowieku. Co więcej, miał rację. Wzięła głęboki wdech i zdała sobie sprawę, że czuje go w swojej piersi. Dzięki niech będą Orholamowi.

Potrzebowała jeszcze paru oddechów i kilku chwil frustracji, zanim zdołała się rozluźnić na tyle, by w pełni otworzyć oczy na paryl. To, co zobaczyła, zaparło jej dech.

Cały pokój był napełniony parylem. Gazowa, błyszcząca chmura parylu wypełniała każdy kącik i załom. Więcej nawet - paryl nasycał też jej ciało i ciało Mordercy. Przenikał ich oboje. Morderca wykorzystał tę właściwość, żeby sięgnąć w głąb jej ciała i czymś szarpnąć. Jej szkolenie w Czarnej Gwardii dopiero zaczęło zagłębiać się w to, jakie rodzaje ran jakie szkody powodują. Wiedziała, że tego uczą się pełnoprawni Czarnogwardziści. A jej własne doświadczenia z walki, widok zmarłych, umierających i rannych nadal były zbyt świeże, żeby zdołała je przeanalizować i zastanawiać się nad tym, jaka rana co powoduje. Widziała jednak zwierzęta zarzynane w majątku lady Lucigari, kiedy dorastała. Kozy, świnie i bydło. Kucharka wolała głębokie rozcięcie gardła i wykrwawienie zwierzęcia, ale jej mąż, Amos, lubił posługiwać się siekierą.

Był jednym z tych mężczyzn, co to nigdy nie byli na wojnie, ale lubili opowiadać, jak wspaniale by się wykazali w prawdziwej walce. Zarżnięcie zwierzęcia to największe przybliżenie wojny, na jakie mógł liczyć. Teia widziała, jak jego topór opadał, a wół padał bez życia, wiotki, kiedy ostrze przecinało kręgosłup. Widziała, jak Amos popełnił błąd po pijanemu i jedynie zmiażdżył kręg niezręcznym ciosem, widziała, że tylne nogi krowy uginały się pod nią bezwładne, a przednie nadal stały.

- Uszczypnął pan mój kręgosłup - powiedziała Teia.

Morderca czule pogłaskał ją po policzku.

- Bystra. Masz rację, w pewnym sensie. Jednak nie polecam ci podszczypywania kręgosłupów na oślep jako sposobu rozgryzienia tej sztuki. Zrób to niewłaściwie, a zatrzymasz serce albo płuca. Potrzebowałem sześciu prób, zanim zrobiłem to dobrze. A potem, kiedy już myślałem, że opanowałem tę metodę po mistrzowsku, trwale sparaliżowałem chłopca. Musiałem tak to zaaranżować, żeby wydawało się, że wpadł do studni. Przeżył sześć miesięcy, aż ktoś zapomniał podać mu wodę i zgasł.

- Ilu was jest? - zapytała Teia.

- Na tyle mało, żebyśmy zawsze szukali nowych. Dostatecznie dużo, byśmy nie przyjmowali tych, którzy się nie nadają. Możesz się już ruszać?

- Tak. Mogę?

Teia nienawidziła się za to, że pyta, ale Morderca był jak dzikie zwierzę, każdy nagły ruch mógł wywołać gwałtowną reakcję.

- Otwórz usta - powiedział. Zrobiła to. - Grzeczna dziewczynka.

Dwoma palcami rozsunął jej wargi, jakby była koniem. Cofnęła głowę.

- Nie ruszaj się! - syknął.

Zamarła.

Odsuwał jej wargi to w górę, to w dół, żeby lepiej przyjrzeć się wnętrzu ust. A potem długim delikatnym palcem pomacał po kolei zęby, wyszukując wszelkie niedoskonałości, przesuwając się od przodu ku tyłowi. W jego oczach malowała się dziwna przyjemność.

Teię ogarnęła nagła, dzika chęć odgryzienia mu palca. Nie miała pojęcia, dlaczego ten dotyk wydawał jej się takim gwałtem, ale poczuła się brudna, a źrenice Mordercy rozszerzyły się z powodu pożądania, a nie magii.

I nagle skończył. Wyjął palec z jej ust. Był mokry. Powąchał go, a potem podsunął jej pod nos.

- Nać pietruszki - powiedział. - Żuj pietruszkę, a twój oddech nie będzie taki wstrętny. - Potem oblizał palec. - Powąchaj.

Znowu podsunął jej palec pod nos.

Powąchała. Dla niej pachniał śliną. Fuj. Dlaczego go słuchała?

- O wiele lepiej, nie uważasz? - zapytał pan Sharp.

Teia nie odpowiedziała. Żołądek jej się zaciskał i nie ufała własnemu głosowi. Nagle nabrała pewności, że kusił ją, by go ugryzła. Co by zrobił, gdyby dała mu pretekst? To było jak koszmar, z którego nie mogła się obudzić.

Wstał.

- Bystra. I młoda. Będziesz budzić postrach, Adrasteio. O ile przeżyjesz. Jeśli nie trafisz do właściciela, który postanowi złamać twojego ducha w najbardziej skuteczny sposób, w jaki można złamać ducha młodej kobiety. Wiem, myślisz, że jesteś taka silna, że nic cię nie złamie. To pocieszające kłamstwo, ale go nie weryfikuj. Uwierz mi, nikt nie jest tak silny. Nie proszę jednak, żebyś żyła w strachu. Sugeruję tylko, byś posłużyła się mądrością, którą wykazałaś się wcześniej. Pomyśl nie tylko o tym, co może przytrafić się tobie, jeśli komuś się zwierzysz. Zastanów się, co się stanie z dowódcą Żelazną Pięścią, jeżeli zajmie się twoją sprawą. Może wszystko dobrze by się ułożyło, gdybym zamierzał przekazać twoje dokumenty zwykłemu właścicielowi niewolników. Jednak, jeżeli wystawisz dowódcę do walki z Androssem Guile? Jak myślisz, kto zwycięży w tym pojedynku? Żelazna Pięść to dobry człowiek i gotów ściągnąć na siebie nieszczęście, jeśli poprosisz go o pomoc.

Teia chciała go zabić. Jak śmiał grozić Żelaznej Pięści?

- A może mogłabyś pójść do Karris? W końcu z nią trenowałaś.

Teia nawet o tym nie pomyślała, chociaż teraz, kiedy o tym wspomniał, była pewna, że mogłaby spróbować. Karris była kobietą w Czarnej Gwardii, Łuczniczką, która znała ciążące na nich brzemię i była dobrym człowiekiem. Jednak fakt, że pan Sharp też o tym pomyślał, sprawił, że serce jej zamarło. Wiedział o wszystkim i był szybki, szybszy niż miał prawo. Oczywiście przygotowywał się do tego spotkania.

Za tym faktem stała ważna myśl, tyle że Teia nie była w stanie do niej dotrzeć, blokowana przez własny strach.

- Co by się z nią stało?

- Może nic. Najwyższy Światłowładca Guile już jej nienawidzi. Oczywiście teraz, kiedy jest żoną Gavina, czy raczej wdową po nim, stali się jedną rodziną. Wyobrażam więc sobie, że Biel będzie naciskała, żeby Karris pogodziła się ze staruszkiem. Karris może nie rwać się do podjęcia kolejnej sprawy, która zmusi ją do bezpośredniego przeciwstawienia się człowiekowi, który słynie we wszystkich Siedmiu Satrapiach z pamiętliwości i chowania urazy. Jak bardzo Karris cię lubi? A może zajmie się twoim przypadkiem. Ty pozbawisz ją szansy na rozejm, ale on i tak wygra. Prawo stoi po jego stronie, więc wygra. A co zrobi z tobą, żeby dopiec Karris?

Teia oblizała usta.

- Wie pan, on też może szukać porozumienia. Może mnie oddać, żeby okazać swoją dobrą wolę.

- Dobrą wolę? - Zarechotał, jakby to było przezabawne. - Androssowi Guile nie brakuje woli, zaręczam, ale niewiele znajdziesz w niej dobra.

Kaprysy wielkich niszczyły życie tych, którzy się pod nimi mozolili. Zwracanie na siebie ich uwagi zawsze jest ryzykowne. Teia była zgubiona.

- Oczywiście masz rację - powiedział pan Sharp. - Logicznie rzecz biorąc, istnieje taka możliwość. Będziesz musiała rozważyć tego prawdopodobieństwo. Na razie radzę ci się nie wychylać. Przekażemy ci rozkazy już wkrótce. Jedno proste zadanie i będziesz wolna. Wybacz, pozwól, że się poprawię: jedno proste zadanie, jedno spotkanie potem, jeśli sprawisz się dobrze, bo moi przełożeni zechcą osobiście rzucić kostką, decydując, czy cię zwerbować. - Podszedł do drzwi. - Przemyśl dobrze wszelkie koszty pochopnego działania. Masz taki potencjał. - Wyszedł i zamknął za sobą drzwi.

Ostatnie, co Teia zobaczyła, to znak na plecach jego płaszcza, nocny łowca, sowa z rozłożonymi skrzydłami, rozwartymi szponami, niemal niewidoczna, wyszyta czarną nicią na czarnym materiale.

Zerwała się na równe nogi i pobiegła do drzwi, po drodze zrywając z haka na ścianie sztylet. Położyła rękę na zasuwie, żeby otworzyć drzwi z impetem i... zamarła.

Sekundy upływały. Otwórz drzwi, Teia! Biegnij za nim i wbij mu ten sztylet w plecy!

Zamknęła drzwi. Klapnęła ciężko na łóżko. Ciężar maleńkiej fiolki z oliwą ciągnął ją w dół niczym kotwica. Znowu była niewolnicą, kiedy wolność znajdowała się już tak blisko. To gorsze niż śmierć. Wsunęła się pod przykrycia i zwinęła w kłębek. Jednak nie płakała.

Z oczu coś jej ciekło, ale przecież nie płakała. Niech to licho.

 

Rozdział 11

Wiosłowanie. Ból stał się albo znośny, albo tak znajomy, że już nie był w stanie zatrzymać uwagi Gavina.

Dziesięć dni po tym, jak za pomocą kuli z muszkietu Artylerzysta usunął gniazdo nasienne z jabłka w ustach Gavina, bębniarze zagrali dziwny rytm w odpowiedzi na jakieś rozkazy, których niewolnicy nie słyszeli.

Gavin zerknął na towarzyszy przy wiośle.

Niczego nie spodziewał się po mężczyźnie obok, Orholamie. Przezwisko zawdzięczał swojemu numerowi, siódemce, ale Gavin powoli zaczynał zdawać sobie sprawę, że angarscy niewolnicy wykazywali mroczniejsze poczucie humoru, nadając przezwiska. Siódemka promieniuje dobrocią, ale prawie nigdy nic nie mówi, a kiedy już mówi, jego słowa rzadko są pomocne. Właśnie z powodu tych cech nadano mu przezwisko Orholam - pomysł tak bluźnierczy i pozbawiony szacunku, że Gavin, jako Najwyższy Luksjat i głowa kultu Orholama na świecie, śmiał się przez bite dziesięć minut, kiedy w końcu to zrozumiał.

Prawie otrząsnął się z ataku śmiechu, kiedy Kukurwa go sklął i wtedy zrozumiał również jego przezwisko. To zaowocowało kolejnym napadem śmiechu.

Nadzorczyni Chłosta wykorzystała wreszcie swoją znacznie bardziej oczywistą imienniczkę, żeby go uspokoić.

Wiosłowanie. Ból można by skatalogować, ale nawet katalog był nużący. Inni wioślarze byli znacznie ciekawsi niż otarcia, pęcherze, kurcze i nadwerężenia mięśni.

Kukurwa był bardziej pomocny od Orholama, nawet bardziej wygadany. Gavin słyszał, że żeglarze nieustannie przeklinają, ale tak się tylko mówi. Kukurwa miał coś z głową i strumienie przekleństw płynęły z jego ust bez jego woli, dzień i noc.

Wyszczerzył zęby do Gavina.

- Bitwa - powiedział. Odchrząknął. Tik szarpnął kilka razy jego żuchwą i szyją. - Dają nam znać, żebyśmy wykorzystali naszą siłę, kiedy będziemy musieli. - I powrócił do przeklinania pod nosem, jakby to przynosiło mu ulgę.

- Odepną nam łańcuchy? - zapytał Gavin, wiosłując i wiosłując. - No wiesz, na wypadek gdybyśmy zaczęli tonąć?

Żartował. W pewnym sensie.

- Zwycięstwo albo śmierć! - krzyknęła Chłosta.

- Wiosłuj do diabła! - odkrzyknęli niewolnicy.

- Podrap po grzbiecie Czarnego Jacka! - krzyknęła.

- Wiosłuj do diabła!

- I z powrotem! - krzyknęła.

Pociągnęli mocniej, zgodnie z rytmem bębnów.

- Ciągnąć! - pokrzykiwała w rytm ich wysiłków.

- Do diabła i z powrotem!

- Ciągnąć!

Po niecałej minucie już lecieli ponad falami. Nadzorczyni pobiegła na górę. Po chwili wróciła.

- Zbliżyliśmy się na trzy mile. Wiatr nam nie sprzyja. Dwadzieścia minut, jeśli nie przestaną uciekać. - Zarechotała. - Trójka, Czwórka i Piątka, jeśli nie schowacie całkowicie wioseł przed zderzeniem, każdy oberwie pięć razy.

- Musisz ostrzec nas dostatecznie wcześnie - gderał Trójka.

Gavin spodziewał się, że za to oberwie, ale nadzorczyni była w dobrym humorze.

- Jaki to statek? - zapytał Trójka.

- Abornejska galera.

Pomruki. Zła nowina.

- Jak wyładowana? - zapytał ktoś inny.

- Siedzi wysoko.

Przekleństwa. Jeśli abornejski kapitan zna się na rzeczy, pościg sprowadzi się do kwestii, którzy niewolnicy są w lepszej formie... albo są bardziej zmotywowani. Motywacją przeważnie jest bat. Fakt, że statek ma małe zanurzenie, oznacza, że popłynie szybciej niż zwykle i że galera nie ma pełnego ładunku, który będą mogli złupić, jak ją dorwą. To najgorsze wieści z możliwych dla załogi.

- Rybki gotowe pływać?! - krzyknęła Chłosta.

- Prosto do diabła i z powrotem! - odkrzyknęli, ale w ich tonie było zdecydowanie mniej entuzjazmu.

- Ciągnąć! - krzyknęła.

W pewnym momencie bębny przyśpieszyły.

Gavin mozolił się przy wiośle. Przy każdym ruchu wioślarze wstawali, kiedy ciągnęli i siadali przy odepchnięciu, i tak w kółko. Angarczycy dodali drobiazg, o którym jeden z wioślarzy, który był wcześniej galernikiem na ruthgarskim statku, powiedział, że nigdy o nim nie słyszano na Morzu Lazurowym - pochyłe oparcie dla stóp, ułatwiające niewolnikom wykorzystanie całej siły nóg przy wiosłowaniu. Mówił, że to pomaga. Dzięki temu byli szybsi, pomyślał Gavin.

- To wyścigowce! - zawołała wesoło Chłosta. - Zobaczmy, czy zdołają nas prześcignąć, chłopcy!

Utrzymali szybkość.

Dwie minuty później znowu zeszła.

- Doganiamy ich. Nie ma mowy, żeby nam się wymknęli.

Słaby radosny okrzyk przetoczył się wśród niewolników.

- D-d-dwie m-miarki mocnego w-wina dla pierwszych sz-sześciu ławek dziś wieczorem! - powiedział Kukurwa. Zaklął dwanaście razy, na głos, jakby powstrzymywał przypływ przekleństw, żeby wypowiedzieć całe zdanie. - Albo śmierć! - Roześmiał się.

Tylko dla pierwszych sześciu ławek, więc mężczyźni z dalszych mieli powód, żeby dobrze się zachowywać w nadziei na awans. To była jedna z wielu angarskich tradycji, które Artylerzysta zachował po przejęciu statku i załogi. Znali najróżniejsze sposoby motywowania niewolników. Gavin zastanawiał się, czy Angarczycy byli bardziej przyzwoitymi ludźmi, sprytniejszymi, czy po prostu brakowało im niewolników.

Karris, mozolę się między szaleńcami i mordercami.

Czyli prawie jak w domu, co? - odpowiedziała pytaniem w jego myślach.

Tak bardzo ją kochał.

Karris, nie wyręczyłabyś mnie na chwilę przy wiośle?

Chciałabym, kochany.

Widział, jak jej twarz krzywi się z litości, i ten obraz przeszył go do głębi. Czym był teraz? Brudny, spocony, śmierdzący, brodaty, ostrzyżony, służył na statku niewolniczym. Zamrugał, odpędzając obraz. Skupił się na wiośle.

- Leonus, wody - powiedziała Chłosta. - Nie chcę, żeby teraz ktoś mi zemdlał.

Leonus był żeglarzem o pokrzywionych plecach i wiecznie szyderczym uśmieszku, który miał czarną skórę Ilytanina, ale ani śladu ilytańskiego akcentu. Golił szorstkie włosy na bokach głowy, a reszcie pozwalał rosnąć w splątanej koronie. Myślał, że niewolnicy nienawidzą go z powodu jego ułomności, więc wyżywał się na nich przy każdej sposobności, dając im mnóstwo prawdziwych powodów do nienawiści. Przechodził między nimi z kubkiem na długiej rączce. To zadanie wymagało dużej zręczności - podawanie wody komuś, kto nieustannie wstaje, siada, rusza się, rusza, rusza, przy długim wiośle i rozlicznych rękach co rusz wchodzących w drogę. Leonus wykorzystywał każdą okazję, kiedy myślał, że nadzorczyni nie patrzy, żeby zamachnąć się kubkiem w twarz niewolnika, rozbić komuś wargi i czasem połamać zęby. Jednak galernicy tak rozpaczliwie potrzebowali wody, że woleli to, niż się odwrócić. Leonus należał do tego typu gnid, które to najbardziej cieszyło.

W dawnym życiu Gavina jednym z największych brzemion przywództwa było wynajdowanie i usuwanie takich ludzi z wszelkich pozycji dowodzenia. Jakiekolwiek krótkoterminowe korzyści płynące ze wzbudzanego strachu ostatecznie niszczyło to, że odbierał ludziom morale i wszelką chęć do przejęcia inicjatywy.

Gavin usłyszał trzask bata i krzyk Leonusa za plecami. Chłosta ryknęła:

- Nie pogrywaj z nimi, Leonus! Masz pilnować, żeby moi chłopcy wiosłowali, bo przeszoruję ci tyłek pąklami z kadłuba. Słyszysz?

Nawet Orholam wyszczerzył wtedy zęby, lecz gdy Leonus dotarł do ich ławki, każdy niewolnik pilnował, żeby mieć spokojną twarz. Chłosta była szeroka jak morze, obrzydliwa jak latryna i miała więcej tatuaży niż czterech żeglarzy razem wziętych, a Leonus bał się jej słusznie. Zdeformowany mężczyzna szybko podał im wodę, nie kryjąc nienawiści.

Kiedy zwiększyli tempo, niewolnicy zaczęli się mocno pocić, a na wiecznie skwarnym i wilgotnym pokładzie zrobiło się jeszcze goręcej i bardziej duszno. Jeden niewolnik krzyknął z powodu skurczu w nodze i padł. Jego towarzysze starali się utrzymać tempo bez niego.

Chłosta natychmiast go dopadła i zaczęła bezlitośnie okładać biczem. Po sześciu może ośmiu uderzeniach, rozpięła mu kajdany i cisnęła go w przejście. Na jego miejsce zapędzono numer dwa.

Nadzorczyni sprawiała wrażenie zadowolonej z tego, że nie zwolnili. Wędrowała przejściem, sprawdzając, czy nikt nie zdradza oznak wyczerpania. Gavin słyszał krzyki niewolnika i trzask bicza, uderzenia pięści i stóp o ciało. To było szaleństwo bić człowieka za coś, nad czym nie miał kontroli, i przez kilka długich pociągnięć wiosłem zastanawiał się, dlaczego poza tym rozsądna kobieta robi coś takiego.

Ach, brutalność zapobiegawcza. Zbij człowieka, który nic nie poradzi na kurcz, żeby inni nie udawali skurczy dla chwili odpoczynku.

Niesprawiedliwe, ale pewnie skuteczne. Gavin nie wiedział, czy podziwia, czy raczej nienawidzi za to Chłosty.

Drzwi z głównego pokładu dwa poziomy wyżej uchyliły się, wpuszczając dzienne światło na mokre od potu schody. Nadzorczyni wspięła się po stopniach i Leonus zajął jej miejsce na dole, żeby powtórzyć rozkazy, jeśli Chłosta jakieś wykrzyczy.

- Sto kroków! Żadnych skrętów! - krzyknęła nadzorczyni.

- Sto kroków! - wrzasnął Leonus. - Bębniarze na miejsca!

Nikt nie wyjaśnił Gavinowi, co powinien robić ani co się dzieje po którym rozkazie, ale drugi bębniarz dołączył do pierwszego, dodając głośny, głuchy rytm do poprzedniego. Wybijał dokładnie takie samo tempo, ale stał przed niewolnikami przy bakburcie.

- O, kurwa, kurwa, kurwa, kurwa, słuchaj naszego bębniarza, nie ich - wyjaśnił Kukurwa. - W ostatniej... - Na chwilę porwały go przekleństwa i pochrząkiwanie. Kukurwa był coraz bardziej sfrustrowany, że nie może normalnie mówić. Wreszcie mu się udało: - W ostatniej chwili chowamy wiosła. Po sp-sp-sprincie, rzecz jasna.

- Zwrot na bakburtę, siedemdziesiąt kroków! - wrzasnęła nadzorczyni.

Stłumiony huk kolubryny na dziobie Wrednej Szkapy wstrząsnął pokładem jak cios w pierś. Krzyki na pokładzie w górze. Tupot. Wystrzał z muszkietu, a potem wrzask Artylerzysty. Nie pozwoliłby, żeby ktokolwiek na pokładzie strzelał na taką odległość. Nie zaufałby nikomu prócz siebie, że trafi w cel z tak daleka.

Gavin zacisnął zęby, nogi mu dygotały, ręce płonęły, pot zalewał mu oczy. Przy tym tempie galernicy prawie nie dotykali tyłkami ławek.

Wysoki, głośny huk rozległ się z jakiegoś muszkietu, którego Gavin nie potrafił umiejscowić, ale brzmiał zupełnie inaczej niż... Och, to musiał być muszkiet Artylerzysty.

Wredna Szkapa obróciła się na sterburtę. Gavin zorientował się, że pewnie próbują ustawić się tuż za rufą drugiej galery, uniemożliwiając jej salwę burtową. Uda im się tylko wtedy, jeśli ich statek będzie znacząco szybszy.

- Sterburta, tempo bitewne! - krzyknęła Chłosta.

- Sterburta, tempo bitewne! - ryknął Leonus.

Bębniarz po prawej stronie przyśpieszył, wybijając trzy uderzenia w czasie dwóch po lewej. To sprawiło, że Wredna Szkapa zaczęła skręcać na bakburtę, prawie nie tracąc przy tym prędkości.

- Obie burty tempo bitewne! - krzyknęła Chłosta.

- Obie burty tempo bitewne! - ryknął Leonus.

Pędzili po falach, wkładając wszystkie siły w każde pociągnięcie wiosłami. Nie było już zaśpiewów. Mężczyźni nie mieli dość oddechu. Skwar był nie do wytrzymania. Gavin słyszał trzask bicza, ale jego własny świat ograniczył się do bólu w ramionach i w płucach, i w nogach, i w plecach, i w łydkach, i w rękach...

- Na mój znak, schować wiosła na bakburcie! - wrzasnęła nadzorczyni.

Zanim Leonus zdążył powtórzyć rozkaz, nadzorczyni krzyknęła:

- Teraz!

Bębniarze trzy razy załomotali i gwałtownie przerwali.

Wioślarze pchnęli wiosła w dół, wyciągając pióra z wody, a potem wciągnęli je do środka, ręka za ręką, aż schowały się całe, dzięki czemu nie połamią się w czasie zderzenia.

Przez chwilę, kiedy bębny milczały, niewolnicy z trudem łapali oddech i wszyscy szykowali się na wstrząs, nie było słychać niczego poza spokojnym szumem fal.

A potem rozpętało się piekło.

 

Rozdział 12

Kip przez godzinę szedł boso plażą, zanim dorobił się pęcherzy na stopach. Szedł mimo pęcherzy pół godziny, zanim mu popękały i zaczęły krwawić. Szedł mimo krwawienia niecałą minutę, zanim dotarł do niego oczywisty fakt.

Klapnął ciężko na piasek i westchnął. Od ilu miesięcy już krzesał? Chromeria uczyła, że nie powinno się w pierwszej kolejności myśleć o krzesaniu jako sposobie rozwiązania swoich problemów, ale całkowicie się myliła.

Magia była użyteczna we wszystkim. Tyle, że jej używanie zabijało. Zawsze powinieneś pomyśleć o tym w pierwszej kolejności. Potem zdecydować, czy kropelka śmierci jest tego warta.

W pewnym sensie na to samo wychodziło, pod warunkiem, że człowiek pomyśli o tym, zanim wykrwawi się na śmierć na jakiejś plaży w odległym zakątku satrapii, ponieważ jest tak skończonym durniem.

Posługując się zielenią koron drzew w dżungli wykrzesał zieloną, elastyczną podeszwę do chodzenia, pomyślał chwilę i wykrzesał całe buty z zielonego luksynu. Ponieważ stopy już mu krwawiły, zostawił otwartą łączność między stopą a najbardziej spodnią warstwą podeszwy, dzięki czemu był w stanie natychmiast zmieniać jej przyczepność. To było bliskie wykorzystywania magii w taki sposób, że stawała się częścią twojego własnego ciała, bliskie wcielenia. Jednak nie było tu preceptorów. Kip ruszył, poprawiając buty tak długo, aż był z nich zadowolony i starając się zapamiętać projekt, na wypadek gdyby znowu ich potrzebował.

Wszyscy krzesiciele tak robili, zdał sobie sprawę. Wpadali na użyteczne projekty i zapamiętywali je, żeby potem szybko z nich skorzystać. Rzecz w tym, że głupki wymyślały buty, podczas gdy erudyci ślizgacze. Liczba projektów, jakie możesz wymyślić w miarę jak rozszerzają się twoje kolory, musi rosnąć wykładniczo. Czy Gavin Guile nauczył się na pamięć tysiąca projektów, czy też pojmował magię tak głęboko, że nie musiał uczyć się ich na pamięć? Po prostu tworzył to, co miało sens. Tak samo jak nie trzeba myśleć o tym, w jaki sposób wchodzisz po schodach, które są nieco bardziej strome niż te, do których przywykłeś. Po prostu idziesz.

Im więcej Kip dowiadywał się na temat magii, tym bardziej był pod wrażeniem tych, którzy korzystali z niej pomysłowo.

Z drugiej strony, sam kiedyś przemienił się w golema, czysto instynktownie.

Masz potencjał, Kip.

A wiesz, co znaczy potencjał? - zadał sobie w myślach pytanie.

- Że jeszcze niczego nie dokonałem.

Właściwie to było wręcz pocieszające usłyszeć własny głos.

Szedł dalej. Niezależnie od tego, czy dzięki wiosłom, czy żaglom, galery potrafiły przepłynąć trzydzieści pięć do czterdziestu pięciu mil dziennie. Większość mogła płynąć tylko cztery dni, zanim musiały uzupełnić zapasy. W miarę jak galer było coraz mniej - zastępowały je statki o dalszym zasięgu - wiele przybrzeżnych miasteczek, które żyły z ruchu galerowego, teraz z trudem się utrzymywało. Wymrą w ciągu pokolenia lub dwóch, ale jeszcze nie zniknęły. Zatem w najgorszym wypadku jakieś miasto musiało znajdować się w promieniu stu osiemdziesięciu mil.

Zakładając, że nie wylądował dokładnie między dwoma miasteczkami, Kip z pewnością natrafi na to bliższe, jeśli pójdzie we właściwym kierunku. Jednakże płynął wcześniej z przepaską na oczach. Najbliższe miasteczko mogło znajdować się parę mil na południe, podczas gdy on szedł na północ.

Oczywiście, pomiędzy też powinny znajdować się małe miasteczka, tak jak ta rybacka osada tak blisko czubka Półwyspu Ruckiego, gdzie wieloryby oszalały, i ludzie też.

O ile wszystkie miasteczka nie zostały opuszczone przez ludzi bojących się nadciągającej armii koloraków, bo wtedy może iść aż do śmierci i...

To nie pomaga, Kip.

Był głodny. Nie myśl o tym. Myśl o wszystkim innym.

W najgorszym wypadku Kip był w stanie przejść dwadzieścia pięć mil dziennie, więc w siedem dni powinien dotrzeć do miasteczka. W najgorszym. Da radę. Potrzebował tylko wody. Może przeżyć na własnych zapasach tłuszczu naprawdę długo, teoretycznie, chociaż będziesz szedł coraz wolniej, w miarę jak będzie słabł. Złapał się na tym, że w myślach przesuwa korale liczydła, wyliczając sobie to wszystko. Zabawne, to pomagało.

To znaczy pomagało mu w obliczeniach. Bystrzejsza osoba pewnie wyłączyłaby mózg i szła. Kip zawsze był tak dobry w odcinaniu myślenia, jak był dobry w trzymaniu gęby na kłódkę.

Matka zawsze mówiła, że te dwie rzeczy łączy u niego prosta rura.

Zakładał, że może przejść dwadzieścia pięć mil dziennie. Tu, na czystych plażach, wydawało się to całkowicie prawdopodobne, ale Kip wiedział, że istnieją też inne rejony wybrzeża, skaliste, gdzie morze było obwiedzione klifami albo dżungla przylegała niemal bezpośrednio do linii brzegowej. Cypel wychodził na całe mile w morze. Jeśli Kip będzie dokładnie trzymał się wybrzeża, pokona znacznie więcej niż sto osiemdziesiąt mil, jakie przemierzał statek między miasteczkami. Jeżeli nie będzie się trzymał wybrzeża, zaryzykuje, że zgubi się w nieznanej dżungli czy lesie.

Przez kilka minut skupiał się na oddychaniu. W gardle go ściskało, na piersi czuł ciężar, który próbował go przydusić.

Kip nie przestał jednak iść. Jego umysł zaciął się na odmowie stanięcia, jak szczęki buldoga. Był żółwio-niedźwiedziem, a żółwio-niedźwiedzia nie da się powstrzymać. Co najgorszego może się stać? Mógł zawieść? Zawiódł już wiele razy. Mógł umrzeć? Mnóstwo razy był o włos od śmierci. Czasem to było przerażające, czasem straszne, czasem emocjonujące i często nie miało się nad tym żadnej kontroli, bez względu na to, co zrobiło się dobrze, a co źle. Nie zatrzymujesz się i nie sprawiasz, że śmierć staje się pewnikiem, tylko dlatego że parcie przed siebie może doprowadzić do twojej śmierci. Kip był grubym żałosnym rozczarowaniem, ale nie poddawał się łatwo.

Nagle wyszczerzył zęby w uśmiechu. Grube żałosne rozczarowanie, które - chociaż należałoby tu dodać sporo uściśleń - zabiło króla, uratowało Pryzmata, zabiło boga. Nieźle jak na grubasa. Do diabła, raz nawet przechytrzył Androssa Guile.

To dziwne, że uznał przechytrzenie Androssa Guile za rzecz bardziej imponującą niż zabicie boga.

Jednakże w przypadku boga Kip miał poczucie, że sprzyjało mu szczęście albo że Orholam szukał właściwego narzędzia, by zachować Pryzmata przy życiu, a nie znalazłszy niczego lepszego, wybrał Kipa, bo znajdował się najbliżej.

Kip przystanął.

Traktuję siebie naprawdę w gówniany sposób, pomyślał. Nigdy w życiu nie pozwoliłbym, żeby ktoś w taki sposób traktował mojego przyjaciela.

Godzinę później znalazł strumień. Napił się, mając nadzieję, że woda jest dobra. Prawda była taka, że nie miał wyboru. Powoli wypił więcej, odczekał i sprawdził, czy nie zacznie wymiotować, a potem napił się jeszcze trochę. Wstał, żałując, że nie ma bukłaka.

Zauważył swoje buty z zielonego luksynu. Rety, gdyby tylko potrafił zrobić bukłak!

Westchnął i wykrzesał zieloną torbę. Magia pierwsza, magia zawsze, Kip. Nabrał sporo wody, a potem uginał zielony luksyn, aż ułożył mu się wygodnie na plecach. Wykrzesał ramiączka i pas.

Magia. Taka użyteczna, po prostu... magiczna.

- Od gadania z tym wariatem całkiem mi się pomieszało w głowie! - powiedział Kip.

Zabawne. Człowiek wie, że jest skończony, kiedy zapomni, że to ma być ironiczne.

Idąc, uznał, że mógłby nadrobić zaległości w practica, które go ominęły. Niestety, na obecnym poziomie szkolenie czarnogwardyjskie sprowadzało się niemal wyłącznie do walki wręcz, zgodnie z założeniem, że to stanowi fundament dla całego ich późniejszego treningu. Na statkach płynących na Półwysep Rucki nauczono ich podstawowych chwytów i cięć w szermierce oraz ładowania muszkietu. Inni kadeci Czarnej Gwardii już to wszystko znali. Niektórzy z nich od lat ćwiczyli walkę z bronią. Niektórzy biegle radzili sobie z łukami lub inną bronią, którą Kip miał właściwie pierwszy raz w ręku. Był daleko, daleko w tyle.

Ale potrafię zamienić się w zielonego golema.

A ile dobrego mi to dało.

Miał wrażenie, że wybrzeże odgina się ku cyplowi, ale obserwując tylko słońce, nie miał dość danych, żeby potwierdzić to podejrzenie. Jego kumpel z klasy, Ben-hadad, powiedział raz, że nauczył się krzesać sekstans, żeby nigdy się nie zgubić. Oczywiście, nadal był potrzebny kompas i chociaż można wykrzesać obudowę i ośrodek, w którym pływa kawałeczek kamienia filozoficznego, to nie istnieje nic takiego jak magnetytowy luksyn. Pewne rzeczy nadal trzeba robić w tradycyjny sposób.

Łatwe czy trudne - Kip nie posiadał żadnych umiejętności, które mogły go ocalić. Oto cena przegrania jednej z partyjek Dziewięciu Króli - dziadek zabronił mu brać udział w practicum.

Kip próbował intuicyjnie dojść do tego, czego inni uczyli się od pokoleń. No i? Jestem geniuszem magii czy nie?

Czekaj! Czemu zawracam sobie głowę sekstansami, kompasami i bukłakami? Powinienem zrobić ślizgacz. W końcu widział, jak to się robi. Nawet pomagał jeden napędzać.

Jednakże porażka w przypadku tak skomplikowanego urządzenia jak ślizgacz może sprawić, że Kip wyląduje pośrodku morza, bez wyjścia. Mógłby dryfować, ale nie dotrze w ten sposób do Wielkiego Jaspisu, a gdyby spróbował posłużyć się sztuczką Gavina z odrzutowym pływaniem, halo by mu pękło, zanimby przebył połowę drogi.

Potrafię krzesać te wszystkie kolory. Jakbym dysponował skrzynką z wszelkimi wyobrażalnymi narzędziami i był za głupi, żeby z nich skorzystać.

Może nie tyle za głupi, ile nieprzygotowany, podpowiedział życzliwszy głos w jego głowie.

Taka była prawda. Nie obwiniasz dzikusa za to, że nie potrafi czytać.

Ale też nie powierzyłbyś mu swoich listów.

Światło zaczęło słabnąć i Kip skupił się na innych problemach. Znalazł kawałek czystej plaży, sam skraj, gdzie palmy zapewniły osłonę. Zdjął plecak z wodą. Patrząc na ciemniejące niebo, zebrał dość błękitu, żeby wykrzesać pudełko z dziurą na górze z niebieskiego luksynu. Potem, stojąc na plaży i patrząc na tonące słońce, zebrał tyle czerwieni, ile zdołał, cierpliwie i powoli. Namiętność czerwieni przepłynęła przez niego, ale zignorował ją i zwyczajnie zapełnił niebieskie pudełko. Napełnił je całe czerwonym luksynem w postaci zwanej ogniożelem.

Nie myślał zbyt przytomnie i kiedy pudełko się napełniło, słońce nie dawało już dość żaru, żeby Kip uzyskał podczerwień. Musiał rozpalić ogień ręcznie. Potrzebował pół godziny, żeby znaleźć w słabnącym świetle kamień, który wyglądał na krzemień.

Przez kolejne pół godziny uderzał o siebie kamieniami. Żadnych iskier. Chciało mu się krzyczeć. Podciągnął spodnie i usiadł, trąc twarz. Zacisnął mocniej pasa i zobaczył, że minął ostatnią dziurkę - bardziej pasa nie dało się zacisnąć. Niecałe pół roku temu zapinał się na pierwszą, najluźniejszą dziurkę, modląc się, żeby nie utył bardziej, bo nie wiedział, skąd weźmie pieniądze lub skórę na nowy pasek. Pozostałe elementy stroju dostarczyła mu Chromeria, ale wyrzucenie paska wydawało mu się marnotrawstwem. Poza tym dała mu go matka w czasie jednego z krótkich okresów trzeźwości.

Kip zdjął pasek. Jeden z krzemieni miał ostry koniec, którym może da się zrobić nową dziurkę.

Spojrzał na sprzączkę. Metalową sprzączkę. Gdyby mógł przywalić swojej głupocie, okładałby ją do Dnia Słońca. Kip podrapał sprzączką o znaleziony krzemień i - cud nad cudami - pojawiła się iskra. Zapalił ogniożel bez kłopotu. Ładnie płonął. Kip usiadł i przyciągnął do siebie bukłak. Gwiazdy wschodziły. Może woda złagodzi trochę głód.

Bukłak z zielonego luksynu był zapieczętowany. Kip nie wykrzesał sposobu otwierania. Gdyby miał światło, wykrzesałby jeszcze trochę zieleni, zwyczajne otworzyłby zielony luksyn i zamknął z powrotem. A on potraktował bukłak jak zwykły przedmiot.

Chciało mu się płakać. Albo krzyczeć. Albo wpaść w szał. Zamiast tego w końcu wydrapał dziurę w bukłaku ostrym krzemieniem. Trzymając bukłak nad głową, pił ciepławą wodę, aż się nasycił.

Lampa Kipa zamigotała i zgasła, kiedy ogniożel wypalił się poniżej poziomu dziury. Bez knota, który wyciągałby żel na powietrze, ogień obumarł. Oczywiście, Kip mógł stłuc lampę z ogniożelem. Luksyn nie był gruby. Jednak wtedy ogniożel wypaliłby się w jakieś pół godziny. Gdyby Kip miał okulary, mógłby wykorzystać światło ogniska, ale ich nie miał. Zostały na statku. Nie założył sakiewki z okularami w noc, kiedy Gavin prawie zginął.

Gavin wziął na siebie cios tamtym sztyletem. Kip już wtedy myślał, że Gavin go lubi, aprobuje, jak się aprobuje dobrze wyszkolone zwierzę. Zdrowy na umyśle człowiek mógłby narazić się na niebezpieczeństwo, żeby ratować psa, ale tylko idiota zginąłby za psa, prawda? Gavin Guile nie był idiotą. Znał swoją wartość w ogólnym planie wydarzeń, a sprawy układały się dla niego idealnie - właśnie ożenił się z Karris, dopiero co zamienił miażdżącą porażkę, którą ponieśliby z rąk Księcia Barw, w zwycięstwo, chociaż dość wątłe. Kip dostrzegł to w jego oczach, gdy ujawnił, że Andross jest czerwonym kolorakiem, i rzucił się do ataku. Gavin wiedział. Wiedział o swoim ojcu. To go nie zaskoczyło. Trzymał tę kartę w ręku, żeby zagrać nią we właściwym czasie. A Kip wykrzyczał to światu, Kip Pyskacz, który mówi dokładnie to, co myśli, mówi bez zastanowienia i naraża na niebezpieczeństwo plany, których nie jest w stanie zgłębić.

Jednakże Gavin wiedział też - w tamtej chwili Kip to dostrzegł - kiedy się przepychali, czterej mężczyźni walczący nad dwoma ostrzami, że Kip nie ma szansy obronić się przed Androssem i Grinwoodym. Czego Kip nie widział, ale teraz pojmował, to że przy sposobie, w jaki ich ręce się przeplatały, jedyny kierunek, w którym Gavin mógł szarpnąć nóż, unikając blokady, to ku sobie. Zrobił to celowo. Oczywiście nie nabił się na ostrze, nie był samobójcą, ale kiedy nóż zmienił kierunek, Grinwoody i Andross natychmiast pchnęli mocniej, nie wiedząc, nie będąc w stanie zatrzymać się albo nie troszcząc się o to.

Dlaczego Gavin ratowałby mnie, wiedząc, że zapłaci za to własnym życiem?

Gavin oddał za mnie życie. Sam Pryzmat, najlepszy Pryzmat od stuleci, może w całej historii. Co to znaczyło? Co to mówiło o wartości Kipa?

Ta myśl była zbyt wielka. Emocje wzbierające za nią zbyt przerażające. Kip był zagubionym dzieciakiem, którego matka zamknęła w szafie pełnej szczurów i o nim zapomniała. Nie był...

Łza spłynęła mu po policzku i uderzyła o wystający brzuch. Skąd to się wzięło?

Otarł łzy brudną ręką i wziął się w garść.

I co, u diabła, stało się właściwie z tamtym nożem? Oślepiający Nóż, tak nazwał go Andross Guile. Nóż, który nie zabił Gavina, ale zamiast tego w nim urósł. I jakim cudem moja matka zdobyła coś takiego?

To było lepsze, bezpieczniejsze, wymagające wysiłku intelektualnego. Kip mógł o tym myśleć. Jednak niezbyt długo, jak się okazało. Był wyczerpany. Nie wykrzesał sobie siennika do spania, koca - da się zrobić koc z luksynu? - ani żadnej koszuli. Nie przygotował sobie też żadnego zwykłego posłania, dzięki czemu spałoby mu się wygodniej. Oderwał wierzchnią część lampy z niebieskiego luksynu i wykrzesał do środka iskrę.

Mój ojciec mnie kocha. Ze wszystkich ludzi właśnie Gavin Guile uważa, że jestem wart ratowania.

Luksyn zapalił się z hukiem i Kip poczuł fale ciepła odpierające chłód nocy. Ogień nie będzie płonął zbyt długo, ale Kip uznał, że do tego czasu zaśnie.

Miał rację. Kiedy tylko jego nagie ramię dotknęło piasku, zaczął śnić o zwierzętach i bogach.

 

Rozdział 13

~ Były Kapłan ~

- Wojna jest zawsze pretekstem do potworności - mówi mi Auria.

Wspięliśmy się dostatecznie wysoko, żeby nie widzieć już pochodni jeźdźców. Światło sączące się przez mgłę na przylądku jest słabe, ale narasta.

- Każdy, kto zabija Angarczyków, wykonuje pracę dla Orholama - odpowiadam.

- Darjanie, wszyscy są jego dziećmi, nawet nieposłuszni, a to, co planujesz, jest zakazane - odpowiada Auria.

Jej ciemne loki są pozlepiane krwią, twarz jej pobladła, tracąc zwykły mahoniowy odcień - mam nadzieję, że to wina słabego światła, a nie utraty krwi. Wiem, że to nie strach. Auria nigdy w życiu się nie bała. Istnieje setka powodów, dla których powinienem jej posłuchać. Sama Karris Wróg Cieni - wdowa po Lucidoniusie i jego następczyni - wyżej oceniała Aurię niż mnie w czasie naszego szkolenia. Jest starsza ode mnie. I mądrzejsza.

Za to ja jestem silniejszy.

- Nie cierpię czekać na światło - mówię.

Mam parę cudownych okularów Lucidoniusa, stworzonych jego własną ręką. Od jego śmierci można by uznać je za relikwie, zważywszy, jak wszyscy je traktują. Jednakże są dobrze zrobione, to trzeba przyznać. I stanowią prawdziwą rewolucję. Oczywiście, już wcześniej ktoś wpadł na to, żeby wtopić rudy metali do płynnego szkła i w ten sposób je zabarwić, tyle że nikt nie potrafił uzyskać odpowiednio wysokiej temperatury ani odpowiednio czystych rud. Lucidonius rozwiązał te problemy, udowadniając, że jest geniuszem zarówno w magii, jak i w kwestiach niemagicznych. Był ogromnie irytujący pod tym względem, ale okulary wszystko zmieniły dla krzesicieli na całym świecie. Szlifierz soczewek z tego ich potężnego Lucidoniusa. Nie wspominając o masie innych rzeczy. Zmienił nasze życie na tysiąc sposobów. Porwał nas za sobą, jak wichura liście.

I zostawił potworny bałagan po przejściu tej burzy.

- Jak Duma jest pierwszym grzechem, tak Potęga jest pierwszą pokusą - recytuję.

Lucidonius tak nauczał i stał się potężny, potężniejszy od pogańskich kapłanów i proroków. Pogańskich kapłanów takich jak ja. Zaczynam krzesać.

Byłem kaptan formacji a?dar qassis gwardjan. Słowa Lucidoniusa w jakiś sposób zmieniły moje serce, ale nadal zastanawiam się, czy kiedykolwiek zmieniły mój umysł. A może było na odwrót. Jego słowa wystarczyły, żebym porzucił wygody, pozycję, swoje miejsce, prestiż, ale teraz, kiedy patrzę w stronę mojego nowego domu, gdzie bez wątpienia ulice spływają czerwienią krwi moich nowych sąsiadów i jedynych przyjaciół, myślę, że może Orholam nie zmienił mnie dostatecznie.

Każdy kolor pochodzi od Orholama, powiedział Lucidonius, trzymając pryzmat nad głową i nauczając o pokoju i braterstwie między kolorami i krajami. To miało sens dla wielu, ale chyba szczególnie dla takich jak ja, którzy potrafią krzesać więcej niż jeden kolor. W moim kraju zawsze wychwalano mnie za mistrzowskie opanowanie zieleni, ale posługiwanie się błękitem było potępiane przez bratnich qassisin. Nawet jeśli dzięki temu byłem lepszym gwardjan.

Może nic z tego nie miało sensu. Może Lucidonius miał tylko więcej racji niż ci, którzy go poprzedzali. Może to, co zamierzałem zrobić, nie było grzechem przeciwko Orholamowi, temu dziwnemu pustynnemu bogowi, który mieszka w niebie i wszędzie, niewidzialny, zamiast chadzać po ziemi jak przystało na porządnego boga. A może było. Będzie musiał mi wybaczyć, bo chociaż nie jestem już dłużej a?dar qassis gwardjan, nie mogę przestać być gwardjan. Oto kim jestem. Kim uczynił mnie Orholam, jeśli Lucidonius mówił prawdę.

Wciągam światło i moja zielona jinn?yah już tam jest, znana mi jak twarze moich zmarłych żon - moich ukochanych żon, które musiały spłonąć dla odkupienia wstydu i zbrodni mojej apostazji.

- Tęskniłam - szepcze Aeshma na całej powierzchni mojej skóry, a jej dotyk to pieszczota.

Ja też za nią tęskniłem. Oczywiście, że tak. Ale ona to wie.

Spodziewam się, że będzie rozgniewana i wyniosła, by ukarać mnie za to, że odwróciłem się do niej plecami. Ona jednak jest na to za sprytna. Najpierw wbije we mnie swoje haki. Później mnie ukaże. Nie odwołuje też się do mojego libido, kiedyś tak potężnego, a teraz zdawałoby się, że martwego, odkąd 'Annaiah i Siana spłonęły. Zamiast tego czeka. Być może wyczytuje z mojej twarzy, że jedyna przyjemność, jakiej szukam, to przyjemność walki, czerwieni zemsty. Być może, mimo że upłynęło tyle czasu, nadal czuje mnie bezpośrednio.

- Uczyniłabym cię następnym wcieleniem Atirat - mówi z żalem. Kładzie dłoń na moim nadgarstku, kiedy zaczynam wylewać tamtędy luksyn. - Miałeś być bogiem.

- Demon w twoich oczach - odzywa się Auria - widzisz ją naprawdę czy widzisz ją taką, jaką ona chce ci się pokazać?

Przypomniałem sobie, jak Lucidonius pochylił pryzmat ku mnie, kiedy moja jinn?yah stała przed moimi oczami, wykrzykując mi bluźnierstwa do uszu. W nagłym zalewie innych kolorów pokazał mi, co kapłani innych barw widzą, kiedy na nią patrzą. W każdym innym kolorze Aeshma była grozą. Nic dziwnego, że inni qassisin kuluri walczyli z nami, nazywali nas czcicielami demonów. A potem Lucidonius obrócił lustro i w świetle obejmującym całe widmo ujrzałem, że nawet zieleń była cieniutką maską.

Aeshma nie była pięknością. Była samą chorobą i brzydotą.

Stłukłem pryzmat, stłukłem lustro, przeklinając Lucidoniusa za to, że rzucił na nie urok, że mnie oszukał, że pokazał mi kłamstwa. Jednak myliłem się. Później wykonałem tę samą sztuczkę, kiedy natrafiłem na inne dżinny na tyle głupie, by ukazać się w oczach swoich kapłanów. Pryzmat, jakim się posłużyliśmy, był zwykłym pryzmatem, lustro zrobiono ze zwykłego srebra i szkła. W końcu Dwustu nauczyło się, że możemy ich zdemaskować. Wymyślili wyrafinowane kłamstwa dla złapanych we wnyki, dlaczego w ogóle przestali się ukazywać - obwiniali skazę, jaką ściągnął na świat Lucidonius. A prawda była taka, że nie chcieli dać się tak łatwo zdemaskować.

Aeshma już nic nie mówi. Wiem, że była jedną z najważniejszych z Dwustu, prawie jedną z Dziewiątki. Nowe wcielenie Atirat nie rodzi się tylko dzięki temu, że jeden człowiek zwycięży wszystkich ludzkich rywali. Jego partnerka jinn?yah musi także zwyciężyć wszystkich swoich rywali.

Zbroja otacza moje ciało. Zostawiam otwarty luksyn tylko przy stawach. Zbroja nie jest tak skuteczna i giętka jak ta, którą tworzyłem kiedyś, nie reaguje równie dobrze jak wtedy, gdy każdy por, każdy gruczoł potowy, każda cebulka włosowa była miejscem kontaktu. Wtedy pozwalałem, żeby moja jinn?yah kontrolowała zbroję, przesuwała ją, reagowała na niebezpieczeństwo, którego nawet nie widziałem, by jej nieśmiertelna wola uzupełniała moją śmiertelną wolę. My dwoje stawaliśmy się jednym w sposób, jakiego nie mogłem osiągnąć nawet z żonami.

Krzeszę błękit, patrząc na jaśniejące niebo nad oprawką zielonych okularów. Niebieski jest dla mnie bezpieczny. Nigdy nie związałem swojej woli z błękitem. Dla mnie to tylko narzędzie, chociaż takie, które schładza moje namiętności. Moja jinn?yah nigdy nie pozwoliłaby mi krzesać dużo niebieskiego. Była zbyt zazdrosna. Myślałem, że to zwyczajnie leży w jej naturze, ale teraz widzę, że potrzebuje mnie tylko dla siebie, jeśli chce wygrać z pozostałymi dżinnami. W dodatku Atirat, który nie jest czystą zielenią? Niemożliwe.

Jak Duma jest twoim pierwszym grzechem, tak Potęga jest pierwszą pokusą.

Zabawne, że Lucidonius mówi to w czasie teraźniejszym, chociaż opowiada historię o stworzeniu. Nie mówi, że Duma była pierwszym grzechem. Dzięki temu to odnosi się do nas w równym stopniu, jak do Pierwszego Światła. Niezła sztuczka.

- Moje serce należy do ciebie, Darjanie, ale nie ocalę cię, jeśli nie pozwolisz mi sobie pomóc - mówi Aeshma.

Mówi głosem tak podobnym do głosu nieżyjącej 'Annaiah, że wiem, że nawet to ukradła. Cwana, cwana dziewka.

- Nie możesz słuchać tego, co ona mówi, Darjanie - odzywa się Auria w zwykłym świecie słabnącym głosem. - Wiesz, że ona kłamie.

Wiem.

- Pokaż, że mogę ci zaufać - mówię na głos.

Mam nadzieję, że Auria pomyśli, że mówię do niej; mam nadzieję, że moja jinn?yah pomyśli, że mówię do niej.

Światło jest już dobre. Zaczynam biec w stronę wioski. Inny kolor pewnie zakradłby się, mając nadzieję, że najeźdźcy śpią, wycieńczeni długą nocą pełną morderstw i gorszych rzeczy. Jednak zieleń działa inaczej. Moja jinn?yah wyśpiewuje bitewną furię i żądzę krwi, a ja wiem, że zna mnie aż za dobrze.

Furia płonie nie tylko w czerwieni. Krzeszę dość niebieskiego, żeby dodać ostre brzegi do ciernistych mieczy, które wyrastają mi z rąk. Moje nogi pokrywają się luksynem, który chroni kolana, dodaje sprężystości każdemu krokowi, siły woli do każdego ruchu, pozwala mi skakać dalej niż śmiertelnikom, lądować bezpiecznie, biec szybciej niż szarżujący grizzly. Stałem się zwierzęciem.

Widzę martwych: młodą kobietę, Luzię Martaenus, leżącą na boku z głową rozłupaną jak jajko, po jej nabrzmiałym ciążą brzuchu przejechano tuzin razy. Jej młodsza siostra nie żyje, zabito ją bliżej miasteczka. Próbowały razem uciekać. Ruy Garos leży zwrócony twarzą w stronę miasteczka, jego widły wylądowały w lepkiej kałuży krwi. Może próbował osłaniać ucieczkę Luzii? Zawsze kochał tę dziewczynę, chociaż wyszła za miejscowego pijaka.

Zwykle angarscy piraci traktowali ludzi z Miasta Atana jak uprawę. Plewili mężczyzn zdolnych do walki, odcinali kciuk prawej ręki młodzieńcom, żeby nadal mogli pracować i nadal mogli się mnożyć, zabierali najładniejsze kobiety na niewolnice i konkubiny. Wracali po kilku latach, odczekawszy dostatecznie długo, żeby ludzie nieco się wzbogacili, ale nie na tyle długo, by zgromadzili trochę sił i narobili trudności najeźdźcom. Oczywiście, piraci zabijali także tych, którzy ich irytowali. Czasem zabijali dla sportu. Czasem okaleczali dla zabawy. Ale to... To było coś innego. To była kara, masakra.

Wszyscy nie żyli. Widzę małego Gonzalo, przygłupiego syna kowala. Nabito go na pikę przez odbyt, czubek piki wychodził przez otwarte usta celując w niebo.

Wyję, budząc cały przeklęty obóz, a moja Aeshma znowu jest ze mną, wstrętna i piękna, chora dziwka. Jest równie brzydka jak to, co planuję, a moja dusza to niewielka cena za zemstę. Czyni mnie potworem. Staję się zwierzęciem. Staję się bogiem. Zemsta należy do mnie.

 

Rozdział 1

Dwóch Czarnogwardzistów podeszło do komnaty Bieli. Młodszy, ze zdenerwowania rytmicznie wyłamywał knykcie prawej pięści. Bracia Greylingowie przystanęli przed drzwiami pełni wahania. Pstryk, pstryk, pstryk. Pstryk, pstryk, pstryk.

Starszy brat, Gill, spojrzał na młodszego, jakby próbował naśladować miażdżące spojrzenie ich dowódcy. Gavin nie cierpiał, kiedy Gill to robił, ale przestał wyłamywać knykcie.

- Nic nie zyskamy, czekając - rzekł Gill. - Zrób użytek z tej pięści.

Był wczesny ranek. Normalnie Biel nie opuściłaby komnat przez co najmniej dwie następne godziny. Przez wzgląd na jej słabnące zdrowie Czarna Gwardia robiła, co mogła, żeby ulżyć jej w tych ostatnich miesiącach życia.

- Dlaczego to zawsze ja... - zaczął Gavin.

Dziewiętnastoletni Gill był dwa lata starszy, ale mieli ten sam stopień i zostali pełnoprawnymi gwardzistami w tym samym czasie.

- Jeśli przez ciebie Biel to przegapi, bo musisz się ze mną kłócić... - Gill nie dokończył groźby. - Pięść - warknął.

To był rozkaz.

Krzywiąc się, Gavin Greyling zapukał do drzwi. Odczekał przyjęte pięć sekund, zanim otworzył drzwi. Bracia weszli do środka.

Biel nie leżała w łóżku. Ona i jej osobista niewolnica modliły się, wyciągnięte na podłodze mimo wieku, twarzą ku słońcu wpadającemu przez otwarte wschodnie drzwi balkonowe. Zimny wiatr owiewał dwie starsze kobiety.

- Najszlachetniejsza pani - odezwał się Gill - proszę o wybaczenie. Jest coś, co musi pani zobaczyć.

Spojrzała na nich i natychmiast rozpoznała. Niektórzy arystokraci i światłowładcy nie traktowali najmłodszych pełnoprawnych Czarnogwardzistów poważnie. Wynikało to z krytycznego osądu, który ranił, ponieważ był po części zasłużony. Gavin wiedział, że jeszcze rok temu nie awansowałby na pełnoprawnego gwardzistę w wieku lat siedemnastu. Biel jednak nigdy nie traktowała go jak gorszego od innych. Z radością oddałby za nią życie, nawet gdyby ktoś mu powiedział, że Biel i tak umrze następnego dnia ze starości.

Przerwała modlitwę, młodzieńcy pomogli jej usiąść w fotelu na kółkach, ale kiedy stara niewolnica podreptała kaczym chodem spowodowanym chorobą bioder, żeby zamknąć balkonowe drzwi, Gill ją powstrzymał.

- Biel musi spojrzeć z balkonu, caleen - wyjaśnił Gavin.

Okrył Biel kocami delikatnie, lecz sprawnie. Obaj nauczyli się, ile delikatności zniesie jej duma, a ile bólu jej ciało. Wypchnął fotel na balkon. Nie narzekała, upierając się, że może to zrobić sama. Jeszcze do niedawna rzeczywiście była w stanie.

- W zatoce - powiedział Gill.

Zatoka Małego Jaspisu w dole wyglądała olśniewająco. Dzisiaj było Święto Światła i Ciemności, równonoc, i ranek zapowiadał jeden z tych jesiennych dni, na które człowiek miał nadzieję: powietrze już rześkie, ale niebo oślepiająco niebieskie, tafla wody gładka, a nie jak zwykle pofalowana. Sama zatoka była wyjątkowo opustoszała. Flota nadal nie wróciła; odpłynęła walczyć z Księciem Barw w Ru i powstrzymać jego przemarsz. Gavin też powinien tam być, ale jego i trójkę innych Czarnogwardzistów odesłano z powrotem ślizgaczem w przededniu bitwy, by złożyli raport o rozmieszczeniu i planach floty.

Z pewnością do tej pory bitwa już się odbyła i pozostało tylko czekać na wieści, czy powinni się cieszyć ze zwycięstwa, czy też szykować na wojnę, która rozbije Siedem Satrapii. Pewnie dlatego Biel się modliła, pomyślał Gavin. Czy można modlić się o wynik zdarzenia już po fakcie? Czy modlitwy mają wtedy jakąś wartość?

Czy w ogóle mają jakąkolwiek wartość?

Biel siedziała w milczeniu, patrząc na zatokę. Patrząc na nic, jak obawiał się Gavin. Czyżby za późno jej przeszkodzili? Jednak Biel im zaufała, nie pytała o nic, tylko czekała, podczas gdy minuty się przeciągały.

I wtedy wreszcie kształt nadpłynął zza Wielkiego Jaspisu. Początkowo trudno było ogarnąć jego rozmiar. Wynurzył się sto kroków od wysokich, okalających cały Wielki Jaspis murów, na których ludzie tłoczyli się, żeby coś zobaczyć. Początkowo morski demon był widoczny tylko dzięki kilwaterowi, jaki ciągnął się za nim, kiedy rozorywał wodę na prawo i lewo.

Morski demon przyśpieszał, w miarę jak się zbliżał. Morze wpadało przez na wpół otwartą paszczę w kształcie krzyża do pierścieniowego wola i wytryskiwało skrzelami wzdłuż całego ciała, teraz otwartymi. Z każdym wielkim haustem paszcza otwierała się szerzej, woda strzelała na boki i do tyłu potężnymi wachlarzami co jakieś pięćdziesiąt kroków, a potem, gdy potężne mięśnie kurczyły się, za cielskiem z sykiem wylatywała wodna piana.

Morski demon zbliżał się do wału nadmorskiego, który chronił Zachodnią Zatokę. Jedna z galer uciekała w stronę przesmyku w wale, próbując się wydostać. Zważywszy na szybkość, z jaką morski demon się poruszał, kapitan nie mógł wiedzieć, że obrał niewłaściwy kierunek.

- Biedny głupiec - mruknął Gill.

- To zależy, czy to zbieg okoliczności, czy atak - odpowiedziała Biel z upiornym spokojem. - Jeśli potwór przedostanie się za wał nadmorski, mogą być jedynymi, którzy mu się wymkną.

Galernicy wyciągnęli wiosła z wody jak jeden mąż, starając się jak najmniej burzyć wody. Morskie demony to stworzenia terytorialne, nie drapieżniki.

Stwór minął galerę i popłynął dalej. Gavin Greyling odetchnął z ulgą i usłyszał, że pozostali też wypuścili powietrze. Wtedy jednak morski demon zanurkował, znikając w nagłej chmurze mgły.

Kiedy się wynurzył, był rozgrzany do czerwoności. Woda gotowała się wokół niego. Zawrócił z powrotem ku otwartemu morzu.

Nie mogli nic zrobić. Morski demon wypłynął na morze, a potem zawrócił, przyśpieszając. Celował dokładnie w dziób galery, jakby chciał doprowadzić do zderzenia czołowego z rywalem.

Ktoś zaklął pod nosem.

Morski demon staranował galerę z potworną prędkością. Kilku żeglarzy wyleciało z pokładu, niektórzy do morza, inny szybował, aż uderzył z chrzęstem o guzowatą, kolczastą głowę demona.

Przez chwilę wydawało się, że jakimś cudem statek wytrzyma, ale, niestety, zaraz rozpadł się dziób. Drewno eksplodowało odłamkami na wszystkie strony. Maszty popękały.

Cała galera - a właściwie połowa, która jeszcze się ostała - była pchana do tyłu, dziesięć kroków, dwadzieścia, trzydzieści; wyrzucała potężne wachlarze wody w powietrze. Parcie naprzód morskiego demona osłabło tylko na chwilę. Galera została wepchnięta pod wodę, kiedy wielki nos w kształcie młota wynurzył się jeszcze bardziej z wody i naparł mocniej. Utwardzany w ogniu drewniany kadłub statku roztrzaskał się jak gliniany garnek, gdy cisnąć nim o mur.

Morski demon zanurkował. Z kolczastym łbem oplątanym linami, pociągnął za sobą statek.

Sto kroków dalej na powierzchnię wypłynął ogromny bąbel powietrza - ostatni z pokładów pękł pod naporem wody. Jednak sam wrak nigdy nie wypłynął. Zostały tylko unoszące się na wodzie nieliczne szczątki okrętu, który po prostu zniknął. Kilku członków z liczącej setki ludzi załogi młóciło kończynami fale. Większość nie umiała pływać. Gavin Greyling nauczył się pływać w ramach szkolenia Czarnogwardzisty, ale fakt, że większość żeglarzy nie potrafiła pływać, zawsze uważał za krańcowe szaleństwo.

- Tam - powiedział Gill, wskazując palcem. - Widać smugę bąbelków.

Morski demon nie uwiązł za wałem nadmorskim, dzięki niech będą Orholamowi. Jednakże kierunek, w którym najwyraźniej zmierzał, był jeszcze gorszy.

- Najszlachetniejsza pani - rozległ się głos za ich plecami.

To był Światłowładca Carver Czarny, człowiek odpowiedzialny za przyziemne szczegóły zarządzania Chromerią, które nie podlegały Bieli. Był wysokim łysiejącym mężczyzną o oliwkowej cerze, odzianym w ilytańskie rajtuzy i dublet. To, co zachowało się z jego długich ciemnych włosów, szczodrze przetykała siwizna. Gavin go nie zauważył. Czarnogwardzista, a mimo to go nie zauważył.

- Proszę o wybaczenie, pukałem, ale nikt nie odpowiadał. Potwór okrąża Jaspisy, już piąty raz. Wydałem rozkaz, żeby działa na Armatniej Wyspie nie strzelały, o ile nie zaatakuje. Chcą wiedzieć, czy mają to uznać za atak.

Obrona Małego Jaspisu teoretycznie leżała w jego gestii, ale Światłowładca Czerń był ostrożnym administratorem i wolał unikać odpowiedzialności, o ile tylko było to możliwe.

Co zdziała kula armatnia przeciwko takiej bestii?

- Powiedz im, żeby zaczekali - odpowiedziała Biel.

- Słyszałeś panią! - ryknął Czerń, przykładając do ust zwiniętą dłoń ozdobioną licznymi pierścieniami.

Na dachu, piętro wyżej nad balkonem Bieli, stał sekretarz i trzymał szerokie na krok polerowane zwierciadło. Wychylał się nad krawędzią, żeby słyszeć.

- Tak jest, najszlachetniejszy panie! - Mężczyzna pośpiesznie posłał sygnał świetlny i młodsza kobieta zastąpiła go na krawędzi, starając się słuchać i jednocześnie nie sprawiać wrażenia, że podsłuchuje.

Morski demon trzymał się teraz blisko wybrzeża, pływał po wodach tak płytkich, że widać mu było grzbiet. Staranował pirs przy kapitanacie portu, nawet tego nie zauważając. Wreszcie dotarł do północnego krańca Wielkiego Jaspisu.

- Psiakrew.

Wszyscy tak pomyśleli, ale głos należał do Bieli. Do Bieli? Od kiedy Biel przeklinała? Gavin Greyling nie podejrzewał nawet, że znała jakieś przekleństwa.

Ludzie na Łodydze Lilii stracili z oczu potwora, kiedy zbliżył się do Wielkiego Jaspisu, a teraz morski demon ruszył na most, nim ktokolwiek z tłumu mógł zareagować.

Most unosił się dokładnie na wysokości fal. Żółty i niebieski luksyn tworzył kratownicę bez żadnych podpór, która wyglądała jakby była zielona. Znosił smaganie fal morskich przez setki lat, chromaturgia potrzebna do stworzenia czegoś podobnego wykraczała teraz nawet poza możliwości samego Gavina Guile. Więcej niż raz służył za falochron dla statków uwięzionych poza wałem nadmorskim w czasie sztormów i ocalił setki ludzi. Pierwsze przypadkowe zderzenie morskiego demona z mostem zachybotało całą konstrukcją. Mnóstwo ludzi się przewróciło.

Ogromny kształt sunął wzdłuż luksynu przez odcinek dziesięciu, dwudziestu kroków, a potem zwolnił, jakby ogłupiały. Jednakże konsternacja trwała tylko chwilę, gdyż zaraz wokół demona uniosły się świeże kłęby pary. Głowa potwora zanurzyła się w fale i stwór śmignął na otwarte morze, uderzając ogromnym ogo-nem w wody obok Łodygi Lilii, aż na całej jego długości buchnęły gejzery.

A potem, na morzu, znowu zawrócił.

- Każ Armatniej Wyspie strzelać! - krzyknęła Biel.

Armatnia Wyspa znajdowała się w zatoce po drugiej stronie Łodygi Lilii. Prawdopodobieństwo, że artylerzyści trafią, było niewielkie.

Jednakże lepsza niewielka szansa odwrócenia uwagi demona niż żadna.

Pierwsza kolubryna wystrzeliła natychmiast. Załoga musiała już czekać na rozkaz. Strzelali jednak z odległości co najmniej tysiąca kroków. I spudłowali o co najmniej sto. Pozostałe pięć dział z wyspy wycelowanych we właściwym kierunku przemówiło po kolei, a huk rozlegał się z opóźnieniem po rozbłysku, docierając do wieży mniej więcej w tym samym czasie, w którym widać było rozbryzg wody. Najbliższa fontanna pojawiła się jakieś pięćdziesiąt kroków od celu. Żaden strzał nie powstrzymał morskiego demona.

Załogi artyleryjskie zaczęły przeładowywać działa z szybkością i sprawnością, jaką dawało jedynie nieustające szkolenie. Mimo to nie mieli szansy oddać następnej salwy na czas. Morski demon był zwyczajnie za szybki.

Na Łodydze Lilii zapanował chaos. Końskie zaprzęgi poprzewracały się, zwierzęta panikowały i obracały się bokiem z wozami w ciasnej przestrzeni mostu, blokując i tak cieniutką strużkę ludzi, którzy chcieli wrócić na Wielki Jaspis. Ludzie przechodzili nad i pod końmi, a te młóciły powietrze kopytami i gryzły.

Przy drugim końcu ludzie rzucili się w popłochu do ucieczki, przewracali się, tratowali. Niewielu zdążyło uciec.

- Carverze - rzuciła krótko Biel - idź już, zorganizuj pomoc dla ofiar, zmarłych i rannych. Poruszasz się szybciej ode mnie, a ja muszę zobaczyć, jak to się zakończy.

Światłowładca Czerń wybiegł, zanim skończyła mówić.

Czterysta kroków od mostu. Trzysta.

Biel wyciągnęła rękę, jakby mogła odeprzeć atak morskiego demona siłą woli. Szeptała gorączkowo słowa modlitwy.

Dwieście kroków. Sto.

Drugi ciemny kształt śmignął pod mostem z przeciwnej strony i w potężnym zderzeniu z morskim demonem fontanny wody wystrzeliły w powietrze na sto stóp. Morski demon wyleciał w powietrze obrócony bokiem. Ciemny kształt, potężny, ale drobny w porównaniu z morskim demonem, uderzył stwora od spodu. Oba runęły z powrotem do wody raptem dwadzieścia kroków od Łodygi Lilii.

Ogromny pęd morskiego demona sprawił, że całą swoją masą uderzył w most, a ściana wody uderzyła w luksynową rurę i przelała się nad nią. Konstrukcja zakołysała się, ale wytrzymała.

Pośród rozbryzgów wody wynurzył się czarny ogon z poziomą płetwą. Ogon uderzył w cielsko morskiego demona, a potem wieloryb rzucił się ku Zatoce Małego Jaspisu. Oddalał się od mostu.

- Wieloryb - wyszeptała Biel. - Czy to był...

- Kaszalot, najszlachetniejsza pani - potwierdził Gill. Uwielbiał opowieści morskich zabijaków. - Czarny olbrzym. Długi na co najmniej trzydzieści kroków, łeb ma jak taran. Nigdy nie słyszałem o tak wielkim.

- Nie było kaszalotów na Morzu Lazurowym od...

- Czterystu lat. Odkąd zamknięto Wrota Mroku. Chociaż kilka uparcie tu trwało przez jakieś kolejne sto albo... Proszę o wybaczenie. - Gill nagle się stropił.

Nie zauważyła. Wszystkich zbytnio pochłonęło widowisko. Morski demon ewidentnie został ogłuszony. Jego rozpalone do czerwoności ciało stało się niebieskie i zakryły je fale, ale kiedy morze uspokoiło się po wstrząsie zderzenia, widać było, że znowu rozjarza się czerwienią. Wody zasyczały.

Wielkie cielsko zafalowało pod wodą, odwróciło się i zaczęło płynąć - morski demon ścigał wieloryba.

- Ten gatunek wieloryba jest podobno dość agresywny... - zaczęła Biel.

Czterysta kroków od brzegu nastąpiła kolejna erupcja wody, kiedy dwa lewiatany znowu się zderzyły.

Kaszaloty były jedynymi naturalnymi wrogami morskich demonów na Morzu Lazurowym. Jednakże demony wybiły je wszystkie dawno, dawno temu. Podobno.

Patrzyli, jak olbrzymy znowu się zderzyły, tym razem dalej na morzu. Patrzyli w milczeniu, podczas gdy ratownicy na dole pracowali nad oczyszczeniem Łodygi Lilli.

- Myślałam, że zwykle te wieloryby są... niebieskie? - zapytała Gilla Biel, nie odrywając wzroku od morza.

- Ciemnoniebieskie albo szare. Wspominano też o białych, podobno to stworzenia mityczne.

- Ten wyglądał na czarnego, prawda? Czy wzrok mnie zawodzi?

Bracia spojrzeli po sobie.

- Rzeczywiście był czarny - potwierdził Gill.

- Bez wątpienia - przytaknął Gavin.

- Bilhah! - zawołała Biel, zwracając się do osobistej niewolnicy po imieniu po raz pierwszy, odkąd Gavin sięgał pamięcią. - Jaki mamy dzisiaj dzień?

- Święto Światła i Ciemności, moja pani. Dzień, w którym światło i ciemność walczą o to, kto posiądzie niebo.

Biel nadal się nie odwracała.

- I w tę równonoc - odezwała się cicho - kiedy wiemy, że światło musi umrzeć, kiedy zwycięstwo nie jest możliwe, zostajemy ocaleni... nie przez białego wieloryba, lecz czarnego.

Pozostali pokiwali mądrze głowami, a Gavin poczuł, że omija go jakaś niezwykle znacząca chwila. Popatrzył po pozostałych.

- No i? - zapytał. - Co to znaczy?

Gill zdzielił go po głowie.

- To jest dopiero pytanie, co?

 

Rozdział 2

Dłonie Gavina Guile krwawiły ciepłą, gęstą szarością wokół gładkiego drzewca wiosła. Myślał, że ma przyzwoicie stwardniałą dłoń jak na człowieka, który pracuje głównie ze słowami, ale nic go nie przygotowało na dziesięć godzin dziennie przy wiośle.

- Chłosta! - zawołał numer siódmy do nadzorczyni. - Więcej bandaży dla Jego Świątobliwości.

To wywołało parę bladych uśmieszków, ale galernicy nie zwolnili. Wielkie bębny z cielęcej skóry wygrywały wielorybi rytm. To było tempo, jakie doświadczeni ludzie byli w stanie utrzymać cały dzień, chociaż z pewnym wysiłkiem. Na każdej ławce siedziało trzech mężczyzn, a dwóch mogło utrzymać wymagane tempo dostatecznie długo, żeby trzeci galernik mógł się napić, zjeść coś albo skorzystać z wiadra.

Chłosta podeszła ze zwitkiem materiału. Gestem wskazała na Gavina, żeby pokazał ręce. Nigdy w życiu nie widział równie krzepkiej kobiety, a znał wszystkie Czarnogwardzistki z ostatnich dwudziestu lat. Oderwał zakrwawione szpony od wiosła. Nie był w stanie otworzyć ani zacisnąć palców, a jeszcze nie nadeszło południe. Będą wiosłować aż do zmroku. Jeszcze pięć godzin o tej porze roku. Chłosta odwinęła płótno. Wyglądało na pokryte strupami.

Gavin przypuszczał, że są gorsze zmartwienia niż zakażenie. Kiedy jednak owinęła mu dłonie ruchami sprawnymi, chociaż pozbawionymi delikatności, poczuł intensywny zapach, jakby żywicy z dodatkiem aromatu podobnego do goździków, i usłyszał brzękliwy trzask łamanego nadfioletowego luksynu.

Na chwilę powrócił stary Gavin, jego umysł już szukał sposobu wykorzystania ich głupoty. Trudno jest krzesać bezpośrednio z rozpadającego się luksynu, ale trudność to pestka dla Gavina Guile. Był Pryzmatem. Nie istniało nic, czego nie mógł...

Nie było czegoś, co by mógł zrobić. Nie teraz. Nie, kiedy oślepł na kolory. Nie mógł krzesać. W słabiutkim świetle powoli kołyszących się latarni świat pogrążał się w odcieniach szarości.

Chłosta skończyła zawiązywać supły na grzbiecie jego dłoni i warknęła. Gavin odebrał to jako sygnał dla niego i przeniósł zmęczone ręce na wiosło.

- Z-z-zwalcza zakażenie - powiedział jeden z jego towarzyszy, numer ósmy, ale niektórzy wołali na niego Kukurwa. Gavin nie miał pojęcia dlaczego. Wykształciła się luźna społeczność z własnym slangiem i prywatnymi żarcikami, ale Gavin do niej nie należał. - Tu na dole zakażenie zabija błyskawicznie jak kopniak.

Nadfioletowy luksyn zwalczał infekcję? W Chromerii tego nie uczono, ale to nie znaczy, że ten człowiek się mylił. A może po prostu to było nowe odkrycie od czasu wojny i nikt mu nie powiedział? Powędrował myślami do swojego brata Dazena, który rozciął sobie pierś. Jak to się stało, że Dazen nie uległ zakażeniu w piekle, jakie Gavin dla niego stworzył?

Czyżby szaleństwo, które przekonało Gavina, żeby zabić uwięzionego brata, nie było wcale szaleństwem, tylko gorączką?

Teraz już za późno. Przypomniał sobie znowu krew i strzępy mózgu, które wyleciały z czaszki Dazena, malując ścianę celi po tym, jak Gavin do niego strzelił.

Położył zabandażowane ręce z powrotem na wyślizganym wiośle, drzewcu wygładzonym potem, krwią i łojem z wielu dłoni.

- Nie garb się, Szóstka - pouczył go numer ósmy. - Lumbago cię wykończy, jeśli będziesz pracował tylko plecami.

No, no, tak wiele słów bez przekleństwa to po prostu cud.

Ósemka w pewnym sensie go adoptował. Gavin wiedział, że żylasty Angarczyk pomaga mu nie tylko z dobrego serca. Gavin był trzecim przy wiośle. Im mniej pracy wykonywał, tym więcej musieli pracować Siódemka i Ósemka, żeby utrzymać rytm, a kapitan Artylerzysta poważnie traktował kwestię tempa. Nie palił się, żeby zostać dłużej w pobliżu miejsca upadku Ru.

W następnym tygodniu Chromeria roześle pirackich łowców - korsarzy, którzy otrzymali oficjalny rozkaz polowania na handlarzy niewolników grasujących wśród wraków floty inwazyjnej. Ratowali ludzi, żeby potem siłą wcielić ich do marynarki. Będą szukali okazji, by wymienić za okup tych, którzy mają majętnych krewnych, ale bez wątpienia wielu trafi z powrotem prosto na wielkie targowiska niewolników Ilyty, gdzie bezkarnie można pozbyć się żywego towaru. Inni poszukają bliższych targów niewolników, gdzie pozbawieni skrupułów urzędnicy podrobią dokumenty stwierdzające, że ci niewolnicy pochodzą z legalnych źródeł w odległych portach. Wielu niewolników straci języki, żeby nie mogli niczego powiedzieć.

Oto, ku czemu poprowadziłem swoich ludzi, Karris. Ku śmierci i zniewoleniu.

Gavin zabił boga i mimo to przegrał bitwę. Kiedy mara powstała z głębin, zmiażdżyła flotę Chromerii, a ich wszystkie nadzieje wylądowały za burtą jak zmyte przez wodę rupiecie.

Nie doszłoby do tego, gdyby ogłoszono mnie promachosem.

Prawda była taka, że Gavin nie powinien był zabić tylko swojego brata. Powinien też zabić ojca. Nawet pod sam koniec, gdyby pomógł Kipowi dźgnąć Androssa Guile, zamiast próbować ich rozdzielić, Andross by nie żył, a Gavin byłby teraz w ramionach żony.

- Myślisz czasem, że nie byłeś dość twardy? - zagadnął Siódemkę.

Mężczyzna trzy razy pociągnął za wiosło, zanim w końcu odpowiedział:

- Wiesz, jak mnie nazywają?

- Chyba słyszałem, jak ktoś wołał na ciebie Orholam. To dlatego, że masz siedzenie numer siedem?

Tak jak sześć to cyfra człowieka, tak siedem to cyfra Orholama.

- Nie dlatego.

Przyjazny jegomość.

- To dlaczego?

- Nie otrzymujesz odpowiedzi na swoje pytania, bo nie czekasz na nie - odparł Orholam.

- Stary, już dość się naczekałem - odparł Gavin.

Dwa kolejne mocne pociągnięcia i Orholam powiedział:

- Nie. Na wszystkie trzy pytania. Trzy razy nie. Niektórzy ludzie uważają, kiedy coś pojawia się po trzykroć.

Nie ja. Idź do diabła, Orholamie. I niech idzie do diabła ten, na którego cześć cię przezwano.

Gavin skrzywił się, czując znajomy ból wiosłowania, i wszedł z powrotem w rytm - zamach i rozciągnięcie, zaparcie się o stopień dla stóp i pociągnięcie. Wredna Szkapa miała stu pięćdziesięciu wioślarzy, osiemdziesięciu ludzi na niższym pokładzie i siedemdziesięciu na wyższym. Prześwity między pokładami pozwalały dźwiękom bębnów i wykrzykiwanym rozkazom wędrować między górnym i dolnym pokładem galery.

Jednakże nie tylko dźwięk wędrował między pokładami. Gavin myślał, że jego powonienie umarło po kilku dniach, ale zawsze znalazł się jakiś nowy odór, który go atakował. Angarczycy uważają się za czystych ludzi i może rzeczywiście tacy byli - Gavin nie widział ani śladu dyzenterii ani chorobliwych potów wśród galerników, a każdej nocy wędrowały wśród niewolników wiadra, pierwsze z mydlinami, żeby się obmyć, a potem drugie z czystą wodą morską do spłukania. Cokolwiek z siebie spłukali, skapywało, rzecz jasna, na niewolników na dolnym pokładzie, a potem jeszcze brudniejsze mydliny trafiały do zęzy. Pokłady zawsze były śliskie, panowały tam upał i wilgoć, galernicy ciągle się pocili, iluminatory nie zapewniały odpowiedniej wentylacji, chyba że mocno wiało, a strużki płynów, które skapywały Gavinowi na głowę i plecy z górnego pokładu, były podejrzanie cuchnące.

Na schodach rozległy się kroki - lekki chód doświadczonego żeglarza. Ktoś pstryknął palcami w pobliżu Gavina, ale on nawet nie zerknął. Teraz był niewolnikiem, musiał zachowywać się jak niewolnik, bo inaczej dostawał cięgi za bezczelność. Za to nie musiał kulić się ze strachu. Nadal jednak musiał wiosłować, a to wymagało wszystkich jego sił.

Chłosta oderwała ręce Gavina od wiosła, rozpięła okowy i zagwizdała do numeru dwa. Numer jeden i dwa znajdowali się na szczycie zmiennej hierarchii niewolników. Wolno im było siedzieć z przodu i odpoczywać, powierzano im różne zadania, które wykonywali bez łańcuchów, i musieli wiosłować tylko wtedy, gdy inny wioślarz zachorował albo zemdlał z wyczerpania.

Kiedy Chłosta skuła mu ręce za plecami, Gavin spojrzał na kapitana Artylerzystę, który stał na szczycie schodów. Artylerzysta był Ilytaninem o skórze czarnej jak noc i zmierzwionej kędzierzawej brodzie. Wspaniały brokatowy dublet wkładał na nagi tors, a poza tym nosił luźne żeglarskie spodnie. Miał wyrazistą urodę szaleńców i proroków. Mówił do siebie. Mówił do morza. Uważał, że nikt nie dorównuje mu ani na niebie, ani na ziemi, i dopóki szło o strzelanie z broni palnej dowolnych rozmiarów, miał słuszność. Nie tak dawno temu Artylerzysta wyskoczył ze statku, który Gavin podpalił i podziurawił jak rzeszoto. Gavin dla kaprysu darował mu życie.

Twoje dobre uczynki w końcu cię zabiją.

- Chodź na górę, mały Guile'u - powiedział kapitan Artylerzysta. - Zaczyna mi brakować powodów, żeby trzymać cię przy życiu.

 

Rozdział 3

Dłonie Kipa krwawiły żywym szkarłatem wokół gładkiego drzewca wiosła. Ręce miał w pęcherzach. Pęcherze napełniły się bezbarwnym płynem. Delikatna skóra pod nimi popękała. Krew wymieszała się z płynem niczym czerwony luksyn. Przez nieustanne ocieranie o wiosło pęcherze popękały, krwawiły. Kip chwycił mocniej drzewce. Powstawały nowe pęcherze, bezbarwne. Napełniały się szkarłatem. Pękały.

Nie widział jednak koloru. Niczego nie widział. Tylko wyobrażał sobie kolory czekające na niego, kiedy tylko zrzuci opaskę na oczy, którą założył mu Zymun, by uniemożliwić krzesanie. Zymun, polichromata, który popierał Księcia Barw. Zymun, który próbował zabić Kipa w Rektonie i zamordować Gavina w Garristonie. Zymun, który nawet teraz celował w głowę Kipa z pistoletu. Zymun, jego przyrodni brat.

Zymun, którego Kip zabije.

- Co tak szczerzysz zęby? - zapytał Zymun.

Łódka wiosłowa kołysała się na falach tak samo, jak to robiła od dwóch dni. Nie mogąc korzystać ze wzroku, Kip nie ogarniał chaosu fal, nie wiedział, kiedy powinien wiosłować, a kiedy przestać. Od czasu do czasu pociągał za jedno wiosło i czuł, że się wynurza z wody. Szamotał się z nim, dopóki Zymun warknięciem nie podpowiadał mu kierunku. Robili to od dwóch dni. Dwa dni męczarni.

Pierwszego dnia opaska na oczy była przesadą - Kipowi tak zapuchły powieki, że nie mógł otworzyć oczu. W czasie walki niechcący się uderzył, a potem Zymun zdzielił go pięścią w twarz. Miał tuzin drobnych rozcięć na lewej stronie twarzy i na lewej ręce, po tym jak ząb blanek zielonej mary został trafiony kulą armatnią i rozpadł się, siejąc odłamkami. Andross Guile dźgnął go w ramię i ciął przez żebra.

Gdyby nie szkolił się na Czarnogwardzistę w ostatnich miesiącach i gdyby nie fakt, że celowano do niego z broni, nie byłby w stanie się ruszyć. A tak, to całkiem nowe ćwiczenie zredukowało jego mięśnie do rozdygotanej nieporadności. Konał z powodu pleców. Przednia część nóg, cały czas napięta, bo starał się zachować równowagę w rozkołysanej łódce, zwyczajnie go dobijała. Ręce i ramiona jakimś cudem bolały go jeszcze bardziej. A dłonie! Dobry Orholamie, jakby je zanurzył w boleści. Poparzona lewa ręka, która powoli się goiła, teraz wygięła się w szpon. Bolało, gdy ją napinał, bolało, gdy rozluźniał, bolało, gdy ją zostawiał w spokoju.

Kip był gruby, przerażony i skończony.

- Bardziej na bakburtę - rzucił znudzonym głosem Zymun.

Nie przejmował się Kipem na tyle, by dociekać, czemu się uśmiecha. Był zbyt sprytny, żeby zbliżyć się z powodu błahej prowokacji, a fale były dzisiaj zbyt duże, żeby ryzykować utratę równowagi dla chwili przyjemności.

Ani razu nie zaproponował, że teraz on powiosłuje.

Jedynym, co sprawiało, że Kip dalej wiosłował, był strach. To było wyczerpujące bać się dwa dni z rzędu i zaczynało to Kipa doprowadzać do furii.

Tylko co ja mogę? Jestem ślepy i tak osłabiony, że nie dałbym sobie rady z kociakiem, na pewno dostałbym skurczu mięśni albo padłbym przy pierwszej próbie ruchu. Zymun przygotował pole rozgrywki. Miał karty: sześć kolorów i broń.

Jednakże, kiedy tylko Kip dostrzegł, że to gra w Dziewięć Króli, przerażenie osłabło. Wyobraził sobie, jak analizuje rozgrywkę z cierpliwością błękitu. Czy Zymun mógł być choć w przybliżeniu równie przerażającym przeciwnikiem jak Andross Guile? Nie. Jeżeli jednak masz słabe karty, nadal możesz przegrać nawet z kiepskim przeciwnikiem.

Zymun mógł w każdej chwili zabić Kipa, z łatwością i bez obawy, że przyjdzie mu za to zapłacić, bo nikt nigdy się nie dowie.

Tak, tak, to już ustaliliśmy, ale co z tego?

Najlepszą kartą Kipa było lenistwo przeciwnika. Zymun wiedział, że muszą wiosłować, inaczej padną ofiarą piratów i trafią do niewoli. I nie chciał samemu wiosłować, więc Kip był bezpieczny, dopóki nie zirytuje go w takim stopniu, że Zymun przezwycięży swoje lenistwo albo dopóki nie przestanie mu być potrzebny.

Zymun miał świetne karty, ale świetna karta, którą nigdy nie zagrasz, to nic niewarta karta.

Zymun miał wręcz niedorzecznie wysokie mniemanie o sobie - już niezwykle obszernie opowiedział o wszystkich rzeczach, które zrobi, kiedy dotrze do Chromerii. Kip nie pojawiał się w tych opowieściach, a to powiedziało mu wszystko na temat jego przyszłości. Jednakże wysokie mniemanie o sobie oznaczało, że Zymun miał proporcjonalnie złe zdanie o innych. Kip zachowywał się jak pokonany, a Zymun w to wierzył. Oczywiście, że był lepszy. Oczywiście, że Kip musiał być zdruzgotany tym faktem i zdawał sobie sprawę z własnej bezradności.

- Naprawdę spodziewałem się, że rekiny cię dopadną w Garristonie - powiedział Kip z niechętnym podziwem w głosie.

Zymun nie był idiotą mimo jego arogancji. Kiedy słońce zaszło, tracił swoją luksynową przewagę. Zostawały mu wtedy tylko trzy karty: pistolet, obrażenia Kipa i własne mięśnie nieudręczone kilkunastoma godzinami wyczerpującej harówki. Za każdym razem kiedy Kip obracał się we śnie, leżąc na dziobie ich łódki pod ławką, Zymun natychmiast się budził z zamkiem skałkowym już odciągniętym i wycelowaną bronią.

Ryzyko, że Kip zostanie niechcący zastrzelony, kiedy Zymun drgnie przez sen, były przygnębiająco duże.

- Nie była to miła kąpiel - przyznał Zymun. A po chwili dodał: - Spodziewałem się, że wodospad w Rekton cię załatwi.

Poirytowany Kip Pyskacz omal nie napomknął o ich następnym spotkaniu, tym w obozie buntowników, kiedy Zymun go nie rozpoznał. Jednakże szydzenie z człowieka, który dysponuje kilkunastoma pewnymi metodami zabicia cię nie jest najrozsądniejszą rzeczą na świecie.

- Chyba łączy nas coś jeszcze - orzekł Kip. - Trudno nas zabić.

Nie powinien zawracać sobie głowy próbą stworzenia iluzorycznej więzi. Zymun był podłym gadem. Kip uznał, że chłopak musiał to ukrywać przez większość czasu. Jednak nie przy Kipie. Kolejny znak, jak niewiele czasu zostało Kipowi.

- Płynie w nas krew Guile'ów - powiedział Zymun - ale ty zawsze będziesz bękartem. Udowodnię swoją wartość dziadkowi i zostanę spadkobiercą. Spadkobiercą!

Kip wiosłował.

- Jesteś pewien? - zapytał. - Że Karris to twoja matka? Nigdy nie słyszałem żadnych szeptów na ten temat.

Nie cierpiał przepaski na oczach, bo musiał odczytywać ton głosu Zymuna, zamiast szukać przelotnych grymasów czy drgnień, które zdradziłyby prawdę.

- Była zaręczona z Pryzmatem, kiedy mnie poczęli. Dzięki temu jestem prawowitym potomkiem, przynajmniej dla większości ludzi. On zerwał zaręczyny, a ona wyjechała i zatrzymała się u krewnych.

- W Tyrei?! - zdumiał się Kip.

Tam pierwszy raz zobaczył Zymuna, gdy sprzeciwił się mistrzowi i ciskał pociskami ogniowymi w Kipa, zmuszając go do skoku z wodospadu.

- W Krwawej Puszczy. W małym miasteczku zwanym Jabłoniowy Zagajnik. Potem wyjechałem do Tyrei. To było jedyne miejsce poza Chromerią, gdzie można było uczyć się krzesać.

- Pomysł dziadka? - zapytał Kip.

To brzmiało mu jak pomysł Androssa Guile. Kazać chłopaka wykształcić i wyszkolić, nie wykładając jego karty na stół. Idealna ukryta karta. Zymun przygotowywany do roli broni doskonałej nie mógł jednocześnie zdobywać sobie sprzymierzeńców w Chromerii. Idealnie nadawałby się jako broń przeciwko Gavinowi lub Spektrum, ale zarazem nie stanowiłby zagrożenia dla samego Androssa. Chłopak nawet nie zdawał sobie sprawy, jak cynicznie Andross go wykorzystywał.

Chyba sam stałem się nieco cyniczny, skoro widzę to tak wyraźnie. A może jestem cyniczny tylko w kwestiach dotyczących Androssa Guile?

Zymun nie odpowiedział. A może pokiwał głową.

W ciągu dwóch dni Zymun ani razu nie zapytał o Karris. Najwyraźniej uważał, że dzięki jej pozycji w Czarnej Gwardii może ją zaakceptować jako matkę, ale sama w sobie nie miała żadnej władzy i w związku z tym nie była interesująca. Zachowywał swoje pytania, żeby uzbroić się na spotkanie z Androssem Guile. Kip chciałby przy tym być.

Następnym razem, kiedy wiosło Kipa zsunęło się z fali, rozkaszlał się. Krztusząc się, zasłonił usta ręką i przesunął odrobinę opaskę na oczy w górę nosa. Kaszel, nawet udawany, bolał jak diabli. Kip nabrał w płuca mnóstwo wody morskiej, kiedy skoczył do Morza Lazurowego ratować Gavina Guile.

Kiedyś myślał o sobie jako o żółwio-niedźwiedziu obdarzonym nadzwyczajną zdolnością przyjmowania kar. Naprawdę będzie musiał wymyślić sobie jakiś inny szczególny dar. Ten był okropny.

Wrócił do wiosłowania. Zymun kazał mu zdjąć koszulę, żeby widzieć, czy Kip nie próbuje upchnąć w sobie luksynu, i żeby samemu się zagrzać. Przy zachmurzeniu i jesiennym wietrze było chłodno przez większość ranka i wieczoru. Wiosłując i pocąc się, Kip nieszczególnie odczuwał brak koszuli.

Pod koniec każdego pociągnięcia, kiedy głowa w naturalny sposób mu się odchylała, Kip nabierał maleńki łyczek błękitu spod opaski. W słabym, szarym świetle sączącym się przez chmury, morze było jak zupa, a rzęsy i opaska przesłaniały większość koloru, on jednak nie potrzebował dużo. Nie mógł wziąć dużo naraz, bo Zymun mógłby zauważyć. Brał odrobinę za każdym razem, a jego skóra była dostatecznie ciemna, żeby ukryć luksyn, kiedy wędrował z oczu, przez twarz ukrytą pod opaską, po plecach i odkładał się w nogach i na pośladkach, w miejscach zasłoniętych. Zymun już kilka razy sprawdzał mu skórę głowy i twarz pod opaską, więc nadmiar ostrożności był jak najbardziej na miejscu.

Zymun - przekonany, że Kip nie może krzesać - spodziewał się ataku w nocy, kiedy miał najmniej sił. Jednakże jako polichromata z pełnym spektrum Kip wiedział, że słabości nie mierzy się w kolorach. Nie było różnicy między Zymunem dysponującym tuzinem niezawodnych narzędzi śmierci a mającym tylko jedno, jeśli czas był dostatecznie ograniczony. Co więcej, jeśli Zymuna można bardziej zaskoczyć, kiedy dysponuje tuzinem metod zabicia Kipa, niż kiedy ma tylko jedną, wtedy te dodatkowe metody czynią go tylko słabszym.

Niektórzy ludzie myślą, że w Dziewięć Króli gra się przeciwko człowiekowi, a nie kartom. To brzmi sensownie, ale rzadko jest prawdą.

Nim nadeszło późne popołudnie, Kip miał już dostatecznie dużo luksynu. Potrzebował całej koncentracji, żeby wiosłować i odsuwać od siebie ból, powoli przenosząc luksyn po plecach, przez kark, na skórę czaszki. Żeby krzesać, luksyn musi mieć kontakt z krwią. Większość krzesicieli decyduje się rozerwać skórę na nadgarstkach lub pod paznokciami. Po jakimś czasie formuje się tam tkanka bliznowata, ciało się dostosowuje. Jednak nie trzeba przepychać luksynu przez to samo miejsce co do tej pory, a Kip nie miał takiego zamiaru. Każdy ułamek straconej sekundy zwiększał prawdopodobieństwo jego śmierci.

Łyczki błękitu sprawiały, że wszystko wydawało się takie logiczne. Zmysły Kipa były wyostrzone, odfiltrowały wiatr i jego własny oddech. Kip odgadywał, że Zymun siedzi zwrócony twarzą do niego. Wiedział, gdzie znajduje się ławeczka, zorientował się, że Zymun siedzi pośrodku, czując, jak łódka leży na wodzie. Słyszał, że Zymun czasem się przesuwa, oglądając się albo zerkając w stronę brzegu.

Błękit nie potrafił jednak wyciszyć dźwięków, a jedynie odcedzić właściwe. Nieregularne powiewy wiatru zacierały wiele informacji, z których Kip mógłby skorzystać. Niebieski nie wygaszał też bólu w ciele. Kip gospodarował malejącymi zasobami najoszczędniej jak mógł, odgrywając odrobinę bardziej wycieńczonego niż był, żeby odpoczywać chwilę między każdym pociągnięciem wiosłem, balansując między lenistwem Zymuna i zagrożeniem dla własnego życia.

To musiało stać się dzisiaj. Wkrótce. Nie zostało mu już zbyt wiele sił.

Kip zgarbił się, jęknął z bólu, wypuścił wiosła i udał, że złapał go skurcz w nodze. Ruch był dostatecznie nagły, żeby Kip zapracował sobie na kulkę z muszkietu między oczy. Masował nogę obiema rękami, oceniając, sprawdzając, rozciągając nie tylko nogi, ale i dłonie oraz ręce.

Rozległo się nagłe prychnięcie, a po nim cichy okrzyk.

Rozkładając nogi szerzej niż do tej pory, przez co były mniej pomocne przy wiosłowaniu, ale - jak miał nadzieję - bardziej użyteczne przy nagłym skoku, Kip usadowił się z powrotem i zaczął na oślep szukać wioseł. Udawał, że tego nie zauważył, ale omal nie wyzionął ducha.

Zymun musiał przysnąć. Kip obudził wroga. Dysponując błękitem, który wyostrzał mu zmysły, gdyby Kip poczekał jeszcze kilka chwil...

Niestety, nie poczekał. Koniec kropka. Dowódca Żelazna Pięść powiedział im kiedyś: "Oglądanie się za siebie nie pomaga. Roztrząsajcie swoje błędy, kiedy będziecie bezpieczni. Najpierw zapewnijcie sobie bezpieczeństwo".

- Jeśli myślisz, że ci pomogę, to chyba ci odbiło - powiedział Zymun.

Kip jęknął z powodu bólu w rękach. Nie wiedział, czy będzie miał dość sił, żeby chociaż rzucić się przez łódkę. Macał na oślep, szukając wioseł, które wypuścił.

- Im dłużej szukam wioseł, tym dłużej odpoczywam - powiedział.

- Prawa ręka. W górę i do przodu. Wyżej. Wykorzystaj łańcuch, głupku.

Wiosło w dulce podskakiwało i kołysało się na falach. Uderzyło Kipa w paznokcie, aż chłopak jęknął. Zgiął nadgarstki, żeby sięgnąć do okowów, i po łańcuchu powędrował do wiosła. Wcale nie zapomniał, że tak można. Po prostu wolał wyjść na głupka.

Lepiej, żeby nie było widać, że ocenia, jak dokładnie długi jest łańcuch. Kip złapał wiosło. Potem to samo zrobił lewą ręką i znowu zaczął wiosłować.

- Bardziej na bakburtę - polecił znudzonym głosem Zymun. - O, właśnie.

Istniał tylko jeden sensowny sposób. Kip musiał zrzucić Zymuna do wody i samemu do niej nie wpaść. Gdy już Zymun wyląduje w wodzie, pistolet na nic mu się nie zda. Będzie miał dość czasu, żeby tylko raz cisnąć czymś w Kipa. Ponieważ każdy luksyn miał swoją wagę, to działanie - bez względu na wybrany kolor - wywoła reakcję, która wepchnie Zymuna głębiej pod wodę.

Jeśli Zymun spudłuje przy tym pierwszym uderzeniu, Kip będzie miał szansę. Będzie musiał wiosłować jak szalony. Kiedy zobaczy, jak daleko znajdują się od brzegu, zdecyduje, czy może zaryzykować i zawrócić, żeby zabić Zymuna, czy też zostawi go na łaskę morza. Po ostatniej graniczącej z cudem ucieczce przez wody pełne rekinów Kip zamierzał go dla pewności zabić.

Jeżeli Kip okaże się za wolny, Zymun go zastrzeli. Nie mając pojęcia, w jakim kierunku wiosłować i będąc tak osłabionym, Kip umrze. Jeśli zrzuci ich obu do wody, też umrze. Zymun był lepszym pływakiem, nawet kiedy Kip był zdrowy.

Będzie miał tylko jedną niewielką szansę. Kip musiał być na nią gotowy. Jego źrenice, osłaniane przed światłem przez przepaskę, z natury rzeczy były rozszerzone. Próbował je świadomie zwęzić, to sztuczka znana każdemu doświadczonemu krzesicielowi. Jeśli światło go oślepi, spudłuje. A jeżeli...

Ciężar Zymuna się przesunął.

- Orholamie - mruknął.

Właściwa chwila nadeszła tak nagle, że Kip omal jej nie przegapił.

- Galera - powiedział Zymun.

Niebieski luksyn, który Kip trzymał w sobie, podpowiedział mu, że głos Zymuna jest przytłumiony, bo chłopak obrócił się w bok, żeby spojrzeć.

- Myślę, że to piraci.

Teraz! Niebieski luksyn wyrwał się przez skórę Kipa na skroniach. Palcami niebieskiego luksynu zerwał opaskę z głowy - i skoczył.

 

Rozdział 4

- Niech poczuję smrodek choćby żywicznego pierdnięcia, a pomaluję pokład mięchem, mały Guile'u. Na czerwono, szaro i w kolorze kości, rozumujesz? Znam luksynynowe zapachy - powiedział Artylerzysta, prowadząc go na pokład Wrednej Szkapy. - A raczej maluję go na brązowo i sraczkowato, racja? Racja?

Gavin wyszedł na światło z ciężkim sercem.

- Racja - odpowiedział.

Bo niby ma kał zamiast mózgu. Przezabawne.

- Luksynynowe? Luksowe? Luksyjne? - zapytał Artylerzysta.

Ten człowiek kochał język tak samo, jak maltretujący mąż kocha swoją żonę.

- Luksynowe, ale twoja wersja bardziej mi się podoba.

- Mowa!

Zbliżało się południe, wzburzone morze podrzucało lekką galerą bardziej, niż Gavin się spodziewał. Te angarskie statki były inne. A to, co było najistotniejszym faktem w całym jego życiu - światło - nagle wydało mu się nieważne. Dzień był pochmurny, ale dla Pryzmata światła było mnóstwo. Jednakże to światło całowało jego skórę jak kochanka przeciągająca rozstanie. Odcienie szarości, bieli i czerni wywoływały rozpacz, tam gdzie wcześniej mieniące się widma oferowały mu niewyobrażalną moc. Myślał, że pogodził się z utratą kolorów, ale stawiać czoło tej stracie w ciemności więzienia to jedno, a przekonać się, że więzieniem stał się cały świat, to całkiem co innego. A Artylerzysta to wiedział. Spojrzał raz w oczy Gavina, w noc, kiedy go pojmał, i wiedział.

Zatem dlaczego teraz zachowywał się jak paranoik?

Bo Artylerzysta to Artylerzysta, taki już jest.

- Na klęczki - rozkazał.

Gavin uklęknął, rozstawiając kolana szeroko na pokładzie, żeby nie stracić równowagi z powodu kołysania. Nie potrafił powiedzieć, czy takie rozciąganie wywoływało dobry ból, czy zły, ale dopóki nie tracił głowy ani żadnej innej ważnej dla niego kończyny, każda przerwa w wiosłowaniu była dobra.

Artylerzysta spojrzał na niego.

- Co się stało z Gavinem Guile, którego zachciewanki stanowiły punkt podparcia dla balansującego świata?

W pewnym sensie to było najbardziej klarowne zdanie, jakie do tej pory Artylerzysta wypowiedział, ale Gavin już mu mówił, że nie jest Gavinem. Pewnie to była jedna z najdurniejszych rzeczy, jakie uczynił w ostatnim roku, chociaż mnóstwo innych czynów kandydowało do tego tytułu.

- Nie żyje.

To powinno wystarczyć, niezależnie od tego, którego Gavina Artylerzysta miał na myśli.

- Tragedia. W jaki sposób?

Cała sztuka w rozmowie z wariatami to nigdy nie zdradzać zaskoczenia. Ani nigdy się go nie spodziewać. Mętność wypowiedzi była bronią, którą Gavin też potrafił się posługiwać.

- Skończyło mi się całe miłosierdzie i została już tylko łaska kuli z muszkietu. Stuku stuk. Stuku stuk. Bach, bach. Łaska martwego mięcha. Żółta cela czerwienieje, żywy umiera.

Artylerzysta skrzyżował ręce. Popatrzył na Gavina, jakby był bardzo zagadkowy.

- Majaczenia.

- Z łaknienia.

- Ty nikczemniku.

- Raczej: niewolniku.

- Przynajmniej ocalałeś.

- Bo tędy przepływałeś.

- I sam mi to oddałeś - powiedział Artylerzysta i gestem wskazał wielki biały muszkiet oparty o framugę drzwi kilka kroków dalej.

Gavin zamilkł, żeby Artylerzysta wygrał. Rzeczywiście chciał lepiej przyjrzeć się temu dziwnemu przedmiotowi, ale kapitan na przemian chciał się bronią pochwalić, to znowu ogarniała go paranoja, że ktoś mu ją ukradnie. Gavin nie mógł zwracać zbyt dużej uwagi na to, co Artylerzysta uważał za swój skarb. Ani też zbyt małej.

Artylerzysta roześmiał się, przypieczętowując swoje zwycięstwo, odbierając wahanie Gavina jako wycofanie się pokonanego. Grali już wcześniej w tę grę. Wiele, wiele lat temu. Gdyby życie Gavina nie leżało całkowicie w rękach tego człowieka i gdyby Artylerzysta nie był skończonym wariatem, Gavin chyba mógłby go polubić.

- Nie bardzo wierzę w szczerość ludzi, którzy spoczywali na piersi Ceres. Od tych słonych pocałunków ludzie wariują, a już od samego początku Guile'owie byli z lekka szurnięci. Mów prosto jak w mordę strzelił. Jesteś Dazen Guile, powróciłeś z martwych? Gadaj wszystko, od początku do końca.

To znaczyło coś trochę innego niżby sugerowały słowa - Artylerzysta nie słynął z cierpliwości. Dlatego Gavin odpowiedział krótko:

- Nigdy nie umarłem. Pojmałem brata pod Strzaskaną Skałą i zająłem jego miejsce. Jego przyjaciele wyglądali lepiej niż moi, więc zabrałem mu ubrania, zabrałem mu miejsce w świecie. Jednak niecały miesiąc temu uznałem, że mój uwięziony brat kompletnie oszalał, więc go zabiłem.

Gavin myślał, że nie da się wypowiedzieć prawdy, przy której ukrywaniu mozolił się tak długo. Mimo to niczego nie poczuł. A powinien coś poczuć, prawda?

- Morze przysyła mi tajemnice dla rozerwania - orzekł Artylerzysta.

Gavin był pewien, że tym razem Artylerzysta celowo użył niewłaściwego słowa.

- A rozrywać to ty potrafisz. Nic dziwnego, że jesteś ulubieńcem Ceres.

Artylerzysta splunął do wody, ale Gavin zauważył, że był zadowolony.

- Jesteś więc Dazenem? Szczerze jak w mordę strzelił?

- Strzelałem na oślep od tak dawna, że nie wiem już, czym jestem. Byłem jednak Dazenem. Szczerze jak w mordę strzelił.

Gavin nie bardzo wiedział, dlaczego to zrobił, dlaczego naśladował paplaninę rozmówców. Jednakże zawsze tak robił, podłapywał akcenty i dziwną frazeologię, kiedy przebywał w jakimś miejscu zbyt długo.

- Mówisz tak, bo wiesz, że Artylerzysta pracował dla Dazena - odparł kapitan. - Kłamiesz. Liczysz, że mnie przeważysz.

Liczę, że go przeważę? Ach, że zyskam przewagę.

- Pewnie. A zanim zabiłem brata, powiedział mi, że tak naprawdę to nazywasz się Uluch Assan. Byłeś dla niego tak ważny, że to były jego ostatnie słowa.

Oczy Artylerzysty błyszczały niebezpiecznie.

- Pryzmat mógł poznać stare imię.

- Zanim wiele lat temu zgodziłeś się dla mnie pracować, dla Dazena, nakłamałeś mi, jak to niby zabiłeś morskiego demona. Siedzieliśmy wtedy w kwaterach dla niewolników i piliśmy paskudną brzoskwiniową nalewkę. A kiedy oświadczyłeś, że nie wierzysz w istnienie czegoś takiego jak nadfioletowy luksyn, zagraliśmy w małą grę z rajerem, żeby rozproszyć twoje wątpliwości.

Na twarzy pirackiego kapitana odmalował się niepokój.

- Artylerzysta musiał trzy razy strzelić, żeby trafić. Ale strzelałem do czaplego pióra, a nie frajera.

Nie było sensu wdawać się w wyjaśnienia, więc Gavin mówił dalej:

- Bałem się, że tak się na mnie wściekłeś, że nie będziesz chciał dla mnie pracować. Pozwoliłem ci trafić... za szóstym razem, przeklęty łgarzu.

Artylerzysta zesztywniał. Psiakrew. Ten człowiek wygadywał tak wiele kłamstw, żeby przydać sobie blasku, że mógł nawet wierzyć w prawdziwość swojej wersji. Nie ma co się spierać, Gavinie. Artylerzysta ruszył nagle w kierunku śródokręcia.

Gavin został na swoim miejscu, na obolałych kolanach. Teraz rozciąganie nie było zdrowe, miał co do tego pewność. Dwaj żeglarze, którzy mu towarzyszyli, popatrzyli po sobie zdumieni, nie bardzo wiedząc, co powinni teraz zrobić.

- Uwolnić mu graby! - krzyknął Artylerzysta. Grzebał w beczce.

Żeglarze uwolnili mu ręce, ale nie pozwolili wstać.

Artylerzysta znalazł coś w beczce i rzucił to Gavinowi. Przedmiot podskoczył w jego obandażowanych, sztywnych rękach i spadł na pokład. Żeglarz złapał go i podał Gavinowi. Duże, pomarszczone jabłko.

- Zabrać go na dziób - rozkazał Artylerzysta marynarzom. - I pilnować go jak Abornejczycy owsianki. Osaczony Guile jest jak morski demon w balii.

A ja już myślałem, że wy w ogóle się nie myjecie. Gavin nie powiedział jednak tego na głos. Niewiele zyska, kpiąc ze swojego porywacza, swojego pana, a mógł wiele zachować. Zęby na przykład.

Żeglarze podnieśli go szarpnięciem i zaciągnęli na dziób. Obrócili go, zmusili do ponownego klęknięcia. Artylerzysta znajdował się teraz czterdzieści kroków dalej, na samym końcu statku, na rufie. Trzymał lśniący biały muszkiet. A może raczej miecz-muszkiet? Broń miała pojedyncze ostrze o dwóch bliźniaczych splotach, krzyżujących się na klindze i otaczających błyszczące klejnoty. W ostrzu osadzono mały muszkiet, zajmujący prawie całą długość tylca z wyjątkiem ostatniego odcinka długiego na szerokość dłoni.

Gavin jak przez mgłę przypominał sobie ten przedmiot, ale wspomnienie mu umykało. Coś w związku z tamtą nocą, z potyczką z ojcem, Grinwoodym i Kipem. Zdarzało mu się już wychodzić z poważnych walk i tracić z powodu obrażeń wspomnienia z kilku godzin, i doskonale wiedział, że wielu wojowników traciło pamięć z powodu uszkodzeń ciała. Ale czy chodziło o to, że Artylerzysta wyłowił go z wody, a potem obił płazem ostrza? Tak, to musiało być to. Gavin nadal dochodził do siebie po siniakach, ale raczej nie otrzymał żadnej rany kłutej, bo w przeciwnym wypadku już by nie żył.

A jednak to straszny pomysł. Żeby lufa muszkietu była dostatecznie mocna, by wytrzymać siłę, z jaką wybucha proch, ostrze musiałoby być zdecydowanie za grube i za ciężkie, by spełniać swoją funkcję miecza. Czy to jakiś dziwaczny żart?

- Jeśli jesteś Dazenem, to będziesz pamiętał naszą małą demonstrację! - krzyknął Artylerzysta.

To była, rzecz jasna, ta część spotkania Dazena i Artylerzysty, o której Gavin Guile - prawdziwy Gavin Guile - na pewno by słyszał. "Pamiętanie" demonstracji niczego nie udowodni. Jednak najwyraźniej Artylerzysta nie zdawał sobie z tego sprawy.

- Morze było spokojne tamtego dnia, a ty stałeś tylko dwadzieścia kroków od celu - powiedział Gavin.

Tamtego dnia chłopiec okrętowy zmoczył się, trzymając jabłko w dygocącej wyciągniętej dłoni nad głową. Potem Gavin słyszał opowieści, że jabłko leżało na głowie chłopca. Nikt nie wyjaśnił, jak chłopak miał utrzymać jabłko na głowie, stojąc na rozkołysanym statku. Ale ta nowa wersja brzmiała lepiej.

Dwadzieścia kroków brzmiało dobrze, czterdzieści zakrawało na samobójstwo. Artylerzysta może i był najlepszym strzelcem na świecie, ale to nie miało znaczenia. Nawet przy identycznym ładunku prochu, przybitce, która zapewniała dokładnie takie samo ciśnienie, i idealnie okrągłej kuli, bez żadnych niedoskonałości powstałych przy odlewaniu, w przypadku muszkietu margines błędu przy odległości czterdziestu kroków był pewnie wielkości mniej więcej głowy Gavina. Niektórzy ludzie mogli wierzyć w coś innego, ale prawda była taka, że jeśli trafisz w mniejszy cel z takiej odległości, to musi być to czysty fart. Gavin wiedział, jak świetnym strzelcem jest Artylerzysta. Nie wierzył w jego przechwałki o zabiciu morskiego demona, ale jeśli ktokolwiek na świecie był w stanie tego dokonać dzięki samej celności, to właśnie Artylerzysta.

No i jest jeszcze kłopot z arogancją, idącą w parze z doskonałością i szaleństwem - w trójkącie już jest za tłoczno. Wtręty rzeczywistości tym bardziej nie są mile widziane. Artylerzysta przez ostatnie dwadzieścia lat przekonywał innych, że nie może spudłować. Teraz najwyraźniej udało mu się przekonać też samego siebie.

- Artylerzyście dostała się lepsiejsza broń niż, niż, niż... - Pirat zaklął siarczyście, zły, że nie wpadł na lepsze porównanie od słów "niż miał dwadzieścia lat temu".

To nie była prawdziwa wściekłość, jedynie wyraz frustracji, ale Gavin widział, jak Artylerzysta zastrzelił człowieka, bo był po prostu głodny. Artylerzysta zamierzał przeprowadzić swoją demonstrację.

Gavina ścisnęło w dołku. Co mógł zrobić bez krzesania? Może ogłuszyć obu żeglarzy obok niego... I co potem? Wyskoczyć ze statku? Nie było żadnego brzegu w zasięgu wzroku. Po prostu zawróciliby i znowu go odłowili. A przekonanie, że jego ciało jest dostatecznie mocne, żeby zdołał załatwić dwóch żeglarzy i wyskoczyć, zanim Artylerzysta zdąży go zastrzelić, było w najlepszym razie bardzo optymistyczne. Możliwe, że nawet nie dałby rady pływać, zważywszy na to, ile ostatnio zniosło jego ciało.

Zmęczenie pokonało go nie tylko na poziomie czysto fizycznym. Zatem co? To miał być jego koniec?

Gavin brał udział w zbyt wielu bitwach, żeby wierzyć w istnienie jakiejś siły chroniącej ludzi, którzy powinni przeżyć. Jeden z największych fechmistrzów świata zginął u jego boku, będąc poza polem widzenia wroga - dziwaczny rykoszet trafił go w nerkę. Ogier wart kilku satrapii potknął się o ciało po zakończonej bitwie i złamał nogę. Generał zachorował na dyzenterię, ponieważ wolał spożywać tę samą wodę i mięso co jego ludzie, zamiast stołować się lepiej. Tysiące poniżeń, tysiące opowieści, które kończyły się tylko śmiercią, bez morału czy sensu.

Wojna jest przyczyną, wszystko inne jest skutkiem.

Gavin odgryzł kawałek jabłka. Było słodkie i cierpkie. W życiu nie jadł lepszego jabłka.

Dumo, chciałaś kawałek mnie? To masz. Oto cała moja przeklęta osoba. Gavin przemówił swoim głosem mówcy:

- Kapitanie Artylerzysto, wątpię, żeby ktokolwiek na świecie zdołał trafić z takiej odległości. Uważasz, że jesteś aż tak dobry? Ja nie. Myślę, że jesteś lepszy. Traf, a staniesz się wieczną legendą. Spudłuj, a zostaniesz kolejnym piratem, który lubi przechwałki.

Włożył jabłko w usta, przytrzymał zębami i obrócił się w bok, profilem do Artylerzysty.

Cały ruch na pokładzie zamarł.

Zatem umrę z jabłkiem w ustach. Mój ojciec bez wątpienia skomentowałby to w kilku niewybrednych słowach. A Karris byłaby wściekła i miałaby rację.

Ponieważ Gavin się obrócił, nie mógł widzieć reakcji Artylerzysty - czy był wściekły, czy rozbawiony. Nie mógł też widzieć reakcji żadnego z żeglarzy. Widział tylko szare morze i szare niebo. Jedyne dane mu światło było ohydne. Zaczynał żałować, że jego ostatnie słowa były drwiną z pirata, kiedy coś mokrego rozbryzgnęło mu się na twarzy.

Zastanawiał się, czy to jego własne zęby. Ból uderza z opóźnieniem, podczas którego człowiek zastanawia się, co się stało. Nie żył? Ten rozbłysk to może była eksplozja jego czaszki? Nie słyszał strzału z muszkietu, ale to się czasem zdarza.

Na pokładzie ludzie zaczęli wiwatować. Jabłko zniknęło.

Jeden z żeglarzy podniósł kilka kawałków miąższu. Złożył je razem, podniósł wysoko.

- Kapitan Artylerzysta idealnie wykroił gniazdo nasienne!

Artylerzysta nie zważał na wiwaty. Przewiesił miecz-muszkiet przez plecy i podszedł dumnym krokiem do Gavina. Ten chód bardziej przeraził Gavina niż zwykłe szaleństwo Artylerzysty. To znaczyło, że Artylerzysta też się dziwił, że udało mu się trafić. Na jaja Orholama.

- Żaden człowiek na świecie nie mógłby tak strzelić - ogłosił Artylerzysta. - A kapitan Artylerzysta tego dokonał!

- Kapitan Artylerzysta! - ryknęła załoga.

Pirat stanął nad Gavinem. Triumfował. Skręcał pasemka skołtunionej brody i przeżuwał.

- Kajdany! - warknął do żeglarzy obok Gavina.

Znowu zakuli go w łańcuchy, ale Gavin prawie tego nie spostrzegł.

Orholamowi niech będą dzięki. Gdyby dał się zabić, Karris nigdy by mu nie wybaczyła. Właściwie to, jeśli odzyska wolność, tej historii jej nie opowie.

Artylerzysta położył miecz-muszkiet na dłoniach. Chwalił się nim teraz, więc Gavin uznał, że to chyba bezpieczne, a może nawet wskazane, żeby okazał podziw. Ostrze było dziełem sztuki, pokryto je swoistą białą laką, jak zgadywał Gavin, i ozdobiono klejnotami tak dużymi, że musiały być półszlachetne. Nie znał się szczególnie na płatnerstwie, ale dla niego bardziej wyglądało to na broń paradną niż narzędzie wojownika. Klejnoty przechodziły przez całą szerokość ostrza, osłabiając jego strukturę. I żeby pomalować ostrze na biało z czarnymi zawijasami? Trzeba by trzymać rzemieślnika pod ręką, żeby ciągle odnawiał malunek. Pojedyncze wycięcie w ostrzu, pozwalające trzymać pewnie rękę podczas strzału z muszkietu, osłabiało klingę jeszcze bardziej. Jednakże Gavin nie widział krzesiwa, panewki, kurka, niczego, co równoważyłoby ciężar kolby, zapewniając minimum celności czy amortyzacji odrzutu. Czy to żart? Zresztą, lufa była za cienka jak na muszkiet.

- Nawet go nie naładowałem - powiedział Artylerzysta. Wiedział, że Dazen będzie podzielał jego podziw dla takiego arcydzieła pośród broni palnej. - Robi własne kule, a są one celniejsze niż... Zresztą sam widziałeś. Spust wyskakuje tutaj, kiedy jest naładowany.

- Jak... Jak? - zapytał Gavin.

To było niemożliwe, rzecz jasna. Właśnie trafiono w jabłko w jego ustach z odległości czterdziestu kroków na rozkołysanym statku. Poczuł, że w tej chwili może uwierzyć we wszystko.

Artylerzysta złapał za głowicę, obrócił ją i odciągnął. Ukazała się mała, zadymiona komora. Artylerzysta wsypał do niej proch z rogu, upchnął go, a potem wyciągnął głowicę mocniej, tworząc małą kolbę. Wyszczerzył zęby jak dyscypuł na pierwszym roku, któremu upiekł się psikus.

I znowu ta sugestia, że jego szaleństwo było co najmniej w połowie na pokaz. Artylerzysta mówił bezbłędnie. To natychmiast nabrało sensu, kiedy Gavin się zastanowił. Artylerzysta był ekscentrykiem. Zawsze źle dobierał słowa. Jednakże jako ekscentryk lub głupiec zawsze byłby celem szyderstw wśród twardzieli, którymi dowodził, więc zamiast tego musiał być kompletnie szalony. Ludzie denerwują się w kontakcie z szaleństwem, zastanawiają się, czy to nie jest zaraźliwe, zachowują bezpieczną odległość. Idealne rozwiązanie dla nowego kapitana, który nie tylko nadal chce być kapitanem, ale i pragnie stać się legendą.

- Jak celny? - zapytał Gavin.

- Trafia w skurkowańca z odległości czterystu kroków. Kula się nie chybocze. To lepsza magia od tej, którą kiedyś uważałeś za swoją, Gapowaty Guile'u. - Artylerzysta podniósł muszkiet do ramienia i zaczął mierzyć do lecącej mewy z odległości dwustu kroków. Strzelił, w tej samej chwili kiedy ptak zanurkował, i spudłował. - Oczywiście, wszystkiego za ciebie nie załatwi. Tym bardziej go szanuję. Wymaga doskonałości, jak morze.

Gavin nie obserwował strzału. Przyglądał się muszkietowi. Na rozłożonej kolbie było widać gałki i tarcze podpisane maleńkimi runami. To, że Artylerzysta nie zwrócił mu na nie uwagi, podpowiadało Gavinowi, że pirat jeszcze nie rozgryzł ich przeznaczenia.

- Mogę? - poprosił Gavin.

Artylerzysta spojrzał na niego. Roześmiał się.

- Może i jesteś byłym Pryzmatem, ale Artylerzysta nie jest takim głupcem, żeby wkładać ci do rąk magię. - Splunął do morza, a potem wziął szmatę i zaczął ścierać pozostałości prochu z ostrza. - Z tą bronią trzeba obchodzić się bardzo ostrożnie. Jest niebezpieczna jak sama Ceres.

Zamyślił się, a Gavin zaczął się zastanawiać, czy wyprowadzono go na pokład tylko po to, żeby Artylerzysta mógł się popisać.

Oczywiście nie miał nic przeciwko. Każdy odpoczynek od wioseł to odpoczynek. Wolałby, rzecz jasna, żeby nie strzelono w jego kierunku z muszkietów podczas tego odpoczynku, ale jak się nie ma, co się lubi, i tak dalej.

- Jakiego okupu powinienem za ciebie zażądać? - zapytał Artylerzysta.

Ach, kazał mnie wyprowadzić, żeby porozmawiać? I nie mógł się powstrzymać, żeby nie strzelić mi w głowę, chociaż myślał o okupie? Może jednak nie całe szaleństwo było na pokaz.

- Mój ojciec wierzy, że nie żyję. Do diabła, sam uwierzyłem w swoją śmierć.

I nagle powróciło wspomnienie, gorące i przenikliwe: Grinwoody wpadający na nich, dwa ostrza i czterech mężczyzn, a Gavin dostrzegł, że nie ma sposobu, by ocalić Kipa z plątaniny rąk i dziwnych kątów... poza tym, żeby przyjąć ostrze na własną pierś.

Co mnie opętało? Och, Karris, czyżbym zrobił tę jedyną rzecz, dzięki której mogłabyś być ze mnie dumna?

Jednakże myśli o Karris były dla niego zbyt bolesne. Była całym kolorem w świecie, który poszarzał.

A jego ojciec pragnął tylko sztyletu. Teraz miecza-muszkietu, jak przypuszczał Gavin. Oślepiający Nóż, tak go nazwał Andross. Zastanawiać się, czy twojemu ojcu bardziej zależy na złocie i pozycji niż na tobie, to jedno. Każdy syn potężnego i bogatego człowieka musi się tego obawiać, ale jaki ojciec zabiłby syna dla sztyletu? Jego własny ojciec?

- Chłopak - powiedział Gavin. - Gdzie on jest?

- Wyrzuciłem go za burtę dla Ceres. W ramach podziękowania. Teraz jesteśmy z Ceres kwita. - Artylerzysta wyszczerzył zęby w nieprzyjemnym uśmiechu. - Ile, mały Guile'u? Na pięć piekieł, jak mam cię nazywać? Dazen? Zupełnie jakbym rozmawiał z duchem.

- Możesz mówić na mnie Gavin. Tak jest łatwiej. Możesz zażądać dowolnego okupu. Im bardziej będzie absurdalny, tym lepiej. Będzie odwlekał sprawę, aż jego szpiedzy potwierdzą, że mnie masz. Prawda jest taka, że umyślnie zawali sprawę, żebyś mnie zabił, a wtedy zacznie cię ścigać. Załatwi to tak, żebyś wyszedł na krwiożerczego pirata, a on nie będzie ponosił żadnej winy za to, że doprowadził cię do zabicia mnie. On mnie nie chce.

Artylerzysta wyszczerzył zęby, jakby spodobało mu się to wyzwanie, i wróciła maska.

- Skoro on chce ciebie jak portki francy, to czemu Artylerzysta miałby cię trzymać, żebyś sobie odpoczywał obok jego klejnotów radości?

Psiamać. Jednak złote usta Gavina już przemawiały:

- Jeśli mnie zabijesz, Andross może w ogóle darować sobie udawanie, że chce mnie wykupić. To znaczy, że nie wyładuje statku klejnotami. Po prostu przybędzie z okrętami wojennymi.

Artylerzysta się skrzywił. Skoczył na krawędź burty, przykucnął, trzymając się jedną ręką takielunku, i zamyślił się.

- Niemiłosiernie żeś pomocny. - Artylerzysta znowu splunął w morze. - Zabawna rzecz z tymi Angarczykami. Karmią galerników jak wolnych ludzi. Rozumiesz? Trzeba ich naprawdę dobrze traktować. Najlepsi niewolnicy w załodze są zabierani do portu, karmieni prawdziwym żarciem, nawet się ich bierze na panienki. Od czasu do czasu tracą przy tej okazji człowieka, ale dzięki temu cała załoga naprawdę ciężko pracuje. Dobre jedzenie sprawia, że są silni. Ogranicza to ilość ładunku, bo musisz zabierać dużo żarcia. Ale ta tu mała galeryjka może płynąć dwa, a nawet trzy razy szybciej od wszystkiego innego na Morzu Lazurowym. Niewiele galeasów zdołałoby mnie dogonić przy dobrych wiatrach, ale jeśli mam miejsce, mogę ruszyć pod wiatr i zostawić ich w tyle. Przeskoczyli Wrota Mroku na tym statku. Jest lekki jak korek i szybki jak jaskółka. Idealny statek dla pirata, o ile dorwiesz dość ładunku. Piękny mały stateczek. I ma tylko cztery obrotowe falkonety i jedną kolubrynę. To najlepsza galera z najlepszą załogą na całym morzu... - Artylerzysta zniżył głos do szeptu. - A ja jej nienawidzę. Jedna kolubryna! Jedna. Powinienem zażądać okrętu Pasha Vecchio... Jak go zwą?

- Gargantua? - odpowiedział pytająco Gavin.

- Właśnie!

- To może być trudne...

- Twój ojciec jest Czerwienią. Jest bogatszy od Orholama. Ty jesteś Pryzmatem. Zwrócą dziewictwo starym dziwkom, byle cię odzyskać.

- Zatopiłem Gargantuę. Przed bitwą w porcie Ru.

Artylerzysta wyciągnął pistolet zza pasa, odciągnął kurek, przystawił do skóry nad prawym oczodołem Gavina. Mordercza furia zapłonęła w jego oczach. Jakakolwiek część jego szaleństwa była na pokaz, to z pewnością nie ta. Z trudem zwolnił kurek z powrotem.

- Ten więzień jest przentuzjazmowany - orzekł Artylerzysta. - Posadzić go z powrotem za wiosłem, aż mu przejdzie.

 

Rozdział 5

Teia i paru Czarnogwardzistów zakończyli poranną gimnastykę na rufowym kasztelu Wędrowca, kiedy słońce wspięło się nad horyzont. Ona, Cruxer i pięciu innych najlepszych kadetów byli jedynymi z ich klasy na statku. Pozostali znaleźli się na drugim wraz z drugą połową ocalałych Czarnogwardzistów. Chociaż nieustannie przypominano im, że nie złożyli jeszcze ostatecznego ślubowania i w związku z tym nadal nie są pełnoprawnymi Czarnogwardzistami, to nie znaczyło, że upraszczano ćwiczenia przez wzgląd na żółtodzioby. Cruxer mężnie naśladował Czarnogwardzistów, a pozostali z jego drużyny starali się jak mogli brać z niego przykład i brnąć przez skomplikowane figury, które widzieli, ale których nigdy się nie uczyli.

Dowódca Żelazna Pięść, który im przewodził, nie zwracał uwagi na maruderów. Legendarny wojownik zawsze był zagadką, ale przez ostatni tydzień był jeszcze bardziej zasadniczy niż zwykle. Teia nie wiedziała, czy ćwiczenia (tudzież ich własna fatalna wersja tych ćwiczeń) to kolejna technika pedagogiczna, czy też przywódca Czarnej Gwardii zwyczajnie ich nie dostrzega. W każdym razie, po gimnastyce dowódca wyszorował dla ochłody skórę głowy mokrą szmatką. Porosła już szczeciną szorstkich włosów. Przestał golić się na łyso i namaszczać ją olejkiem od bitwy o Ru, a ściślej od Cudownego Strzału - modlitwy, odległości sześciu tysięcy kroków i bezpośredniego trafienia w nowo narodzonego boga. Zerknął na wschodzące słońce - dysk nie wynurzył się jeszcze całkowicie zza horyzontu - spojrzał gniewnie, zawinął ghotrę na głowie i zszedł po stopniach na śródokręcie.

Próbując rozruszać obolałą kostkę, po tym jak ją skręciła, bo potknęła się o sznur - znaczy linę, na statku najwyraźniej były same liny - naśladując nieznaną figurę, Teia podeszła do burty, w miejscu gdzie Kip i Gavin Guile wpadli do morza tydzień temu.

- Trudno w to uwierzyć, co? - zagadnął ją Cruxer, stając obok niej przy relingu.

Razem z nim przydreptał mały Daelos, cień przy blasku Cruxera.

Cruxer mógł mieć na myśli setkę rzeczy. Trudno uwierzyć, że wzięli udział w bitwie? Że przegrali? Że walczyli z prawdziwym bogiem? Trudno uwierzyć, że Gavin Guile nie żyje? Jednak nie mówił o żadnej z tych rzeczy, Teia to wiedziała.

- Nie sposób - odpowiedziała beznamiętnie.

- Jak sobie radzisz? - zapytał.

Z łokciami opartymi na relingu odwróciła się do niego, nie dowierzając. Czasem Cruxer był najdoskonalszą istotą ludzką, jaką poznała. A czasem był zwyczajnym kretynem.

- To kłamstwo, Cruxer. To wszystko kłamstwa.

- Ale Czerwień nie skłamałby - odpowiedział słabo Cruxer.

Może to nie była jego wina. Cruxer dorastał wśród autorytetów, którzy byli też dobrymi ludźmi, i sam był niezwykle uczciwy, więc nie odnajdywał w sobie instynktownego braku szacunku i nieufności wobec tych, którzy mają władzę.

- Daj spokój, Teia - odezwał się Daelos. - Wiesz, że Łamacz winił Androssa Guile za próbę zablokowania mu wstępu do Czarnej Gwardii. I wiemy, że Łamacz był pijany tej nocy. A wiedząc, jaki był pochopny, nie rozumiem, dlaczego tak trudno...

- Jest - wtrąciła Teia.

- Co?

- Jak śmiesz skreślać Kipa? Zostawcie mnie obaj. Mam was dość.

Daelos przewrócił oczami, jakby była nierozsądną kobietą. A ona pomyślała o tym, co by zrobiła, gdyby naprawdę była nierozsądna. Z kolei Cruxer po prostu zbladł. Odepchnął się od relingu. Teia wiedziała, że podszedł tylko po to, żeby sprawdzić, jak się trzyma, tak jak przystało na dobrego dowódcę. Jednak dobre intencje nie usprawiedliwiają wszystkiego. Odeszli bez słowa.

Jesteś niegrzeczna, niesprawiedliwa i powinnaś przeprosić, T.

Nie zrobiła tego.

Andross Guile powiedział, że kpił tamtego wieczoru z Kipa, tak jak zawsze. Przyznał, że nie przepadał za chłopakiem. Może nie powinien był odzywać się po bitwie. Skąd jednak mógł wiedzieć, że Kip jest pijany? Nigdy w życiu nie wyobrażał sobie, że Kip go zaatakuje.

Gavin Guile i niewolnik Androssa próbowali interweniować. Kip dźgnął niechcący Gavina, a kiedy Pryzmat wypadł za burtę, Kip był tak zrozpaczony, że rzucił się za nim.

I tak się sprawy miały. Kapitan straży Białodąb - a może teraz, kiedy wyszła za Gavina, kapitan straży Guile? - wpadła w szał, wykrzykiwała, że muszą się mylić, że Andross kłamie. Teia myślała, że Karris rzuci się na Androssa, ale dowódca Żelazna Pięść wtrącił się i dosłownie zniósł ją z pokładu. Od tamtej pory nie wyszła.

Nikt inny nie zaprzeczył słowom Czerwieni. Odbyło się więcej niż kilka rozmów w napiętej atmosferze między dowódcą Żelazną Pięścią a Czarnogwardzistami wyznaczonymi do ochrony Gavina tamtego wieczoru. Pryzmat rozkazał im iść do łóżka, a kto by pomyślał, że znajdzie się w niebezpieczeństwie tego samego wieczoru, którego już zdążył udowodnić swój heroizm? Przecież zabił boga!

Nie, próbowała powiedzieć Teia, to Kip go zabił.

Z jakiegoś powodu sprawiało to wrażenie małostkowego, wyjaśnianie tego teraz, kiedy stracili Pryzmata i ludzie patrzyli na nią, jakby pluła na jego grób. Uwielbiano tego człowieka i wszyscy w ocalałej flocie udowodnili swoją lojalność wobec niego tego samego dnia, walcząc u jego boku.

To nie zmniejszyło poczucia winy ciążącego na Czarnogwardzistach. Zawiedli. Wracali do domu, podczas gdy ich podopieczny nie żył. Tej plamy nigdy nie zmyją.

Pomruk głosów poniżej odpędził jej dalsze myśli. Teia rozejrzała się po żeglarzach. Żeglarze, w większości mężczyźni, starali się zachować dyskrecję, gdy pożerali wzrokiem Czarnogwardzistki, a w każdym razie nabrali ostrożności, odkąd Essel złamała jednemu nos, ale nadal się gapili. Jednak nie na Teię. Bez bioder, piersi, niska i z krótkimi włosami, o ile nie była zupełnie niewidzialna, to mogła liczyć najwyżej na to, że trafi pod męskie skrzydła jako maskotka. Dziewięciu z dziesięciu zlałaby na kwaśne jabłko, ale oni tego nie wiedzieli. W tej chwili cieszyła się, że jest ignorowana.

Kajuta znajdująca się dokładnie pod nią należała do Androssa Guile. Teia podsłuchiwała przy każdej nadarzającej się okazji przez ostatni tydzień. Urozmaicała sobie szpiegowanie wspinaczkami po olinowaniu i przyjmowaniem wskazówek od żeglarzy, ucząc się trochę ich pracy. Udawała też, że się tu modli, siedząc zupełnie nieruchomo. I udawała, że pogrąża się w żałobie. Stąd skoczył Kip albo został zepchnięty do morza. Udawane łzy zamieniły się raz w prawdziwe. Lubiła Kipa bardziej niż myślała.

Kiedy siedziała na pokładzie, podszedł do niej dowódca Żelazna Pięść. Zaczęła wstawać, ale dał jej znać, żeby siedziała.

Stał obok niej przez długą minutę, a ona doceniałaby to milczące towarzystwo, gdyby się nie obawiała, że dowódca zorientuje się, dlaczego wybrała właśnie to miejsce.

Wreszcie odezwał się:

- Kip... Łamacz poprosił mnie, żebym dopilnował przygotowania dokumentów zwracających ci wolność. I tak zrobię. Wiesz, że jesteś jednym z najlepszych kadetów. Wiesz, że Czarna Gwardia potrzebuje dobrych ludzi. Jednak wybór należy do ciebie. Kiedy byłem w twoim wieku, złożyłem śluby, ponieważ tego ode mnie oczekiwano, a nie dlatego, że tego chciałem albo uważałem, że to słuszne. Nie narażę ciebie na coś podobnego.

I odszedł.

Skrzyżowała nogi i zadumała się nad swoim wyzwoleniem. I co potem? Ma wrócić do domu? Wyjść za mąż za sklepikarza? Nauczyć się zawodu? Jakiego zawodu? To było zbyt dziwne, zbyt dalekie od tego, czego doświadczała w ostatnich miesiącach. Odłożyła na później rozważenie tych kwestii, a teraz nadstawiła uszu, żeby wychwycić głos Androssa Guile. Początkowo nigdy nie otwierał okna, ale przez kilka ostatnich dni było otwarte przez cały czas. Ranki dawały jej największą szansę usłyszenia czegokolwiek. Kiedy zaczynało wiać, podsłuchiwanie stawało się niemożliwe. Jednak jak na razie przez siedem dni niczego nie usłyszała. W większości były to niewinne rozkazy dla osobistego niewolnika, Grinwoody'ego, starego Paryjczyka, któremu najwyraźniej Andross Guile głęboko ufał.

To był kolejny zmarnowany dzień. Teia niewiele usłyszała. Andross i Grinwoody współpracowali od tak dawna, że ich rozmowy były pełne luk, zrozumiałych tylko dla nich elips.

- Jakieś dowody, że sam się nie oszukuje?

- Żadnych. Oczywiście, kiedy zdobędziemy dowody, dla jednego z nas będzie już za późno.

- Tak czy inaczej, dla nas będzie za późno. Niech to diabli - zaklął Andross. Jego głos zabrzmiał mocniej; pewnie stanął przy iluminatorze. - Tak niewiele brakowało, Grinwoody. Rękojeść prawie znalazła się w moich rękach.

- To moja wina, mój panie.

- Nie, ocaliłeś mi życie. Znowu.

- Moje siły nie są już takie jak kiedyś, mój panie. Dałem się zaskoczyć.

Teia skrzywiła się i szczelniej otuliła się szarym płaszczem kadeta. Grinwoody dał się zaskoczyć? Przez Kipa? Czyli Kip naprawdę ich zaatakował? Czy to możliwe? Kip nie zrobiłby czegoś równie głupiego, prawda?

Oczywiście, że zrobiłby. Jednak próba zabójstwa? Nie, to nie Kip. Zraniony potrafił zaatakować, ale nie po to, żeby okaleczyć, nie, by zabić, a ona widziała go już wściekłego.

- Proszę spojrzeć na to z drugiej strony, mój panie: nie zostanie pan Uwolniony w tym roku.

Grinwoody rzucił to żartobliwym tonem, ale słowa zmroziły Teię. Czy Andross Guile zamierzał doprowadzić do pęknięcia halo? Dlaczego Grinwoody oznajmił to tak niefrasobliwie?

Dłoń wynurzyła się przez iluminator i gołąb pocztowy skoczył w powietrze wśród łopotu piór, zaskakując Teię. Na szczęście, nikt nie zwrócił uwagi ani na jej zaskoczenie, ani na ptaka - w ostatnich dniach sporo ich wysłano.

Potem głosy przycichły, bo Andross zamknął okno. Teia chciała wstać i natychmiast odejść, ale dobrze zdawała sobie sprawę, że siedzi na pokładzie dokładnie nad kajutą Androssa. Nawet przy jej niewielkiej wadze drewno mogło zaskrzypieć, kiedy przeniesie ciężar ciała. Poczekała jeszcze kilka minut, udając medytację. Kip był jej partnerem treningowym. Postawił coś - nie wiedziała co - żeby wygrać dokumenty od Androssa Guile. A potem natychmiast próbował ją wyzwolić. Słuchał jej, kiedy omawiali strategię, sprawiał, że po raz pierwszy w życiu czuła, że może, będąc niewolnicą, mieć coś mądrego do powiedzenia.

Teia zdała sobie sprawę, że zaciska pięść na małej fiolce oliwy, którą nosiła na szyi. Zaciskała ją, jakby od tego zależało jej życie. Rozluźniła palce, wypuszczając symbol jej niewoli. Podarek ten był groźbą i przypomnieniem od Aglaii Crassos: oliwa, rzekomo dla ułatwienia jej pracy w burdelu dla niewolników. Oliwa, żeby przeżyła trzydziestu do pięćdziesięciu mężczyzn dziennie. Za każdym razem, kiedy Teia myślała, że nie ma już siły, dotykała tego małego przypomnienia o niewoli. Czym zniewolenie mogło być. I od czego Kip obiecał wybawić ją raz na zawsze.

W krótkich miesiącach wspólnych treningów Kip stał się więcej niż partnerem, stał się jej najlepszym przyjacielem.

Nie zdawała sobie z tego sprawy aż do tej chwili. Zabrakło jej, kiedy jej potrzebował. Nie mógł naprawdę umrzeć. Jeżeli nie spanikował, mógł dryfować aż do rana. Teia nie słyszała żadnych historii o rekinach, chociaż to nie miało wielkiego znaczenia. Ocaleni nie chcieli rozwodzić się nad tym, co równie dobrze mogło się im przytrafić.

A jeśli przetrwał do świtu, to pewnie zgarnął go handlarz niewolnikami. Po tym, ile Kip krzesał poprzedniego dnia, musiała go dopaść choroba świetlna, nie wspominając już o innych odniesionych obrażeniach. Zostawił na koi nawet okulary. Był bezbronny.

Jeśli żył, to pewnie właśnie siedział przykuty do wiosła.

I ani Teia, ani nikt inny, nie mogli mu w żaden sposób pomóc.