Powiedzmy, że Piontek - Szczepan Twardoch

Kup ebooka

42.90 zł
33.46 zł (20,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

- By­dzie p?ł na pi­?nto[42] - po­wie­dział do sie­bie Er­win, pro­wa­dząc opla jak zwy­kle zgod­nie z prze­pi­sami, po czym spoj­rzał na ze­ga­rek marki Bis­set. Było wpół do pią­tej. Z wła­ści­cie­lem po­ma­rań­czo­wej ve­nu­ski umó­wiony był o ósmej, na przy­stani, za­je­chał więc naj­pierw pod Au­chan, w kan­to­rze sprze­dał całe dzie­sięć ty­sięcy euro z ka­setki, nie tar­gu­jąc się o kurs, sta­ran­nie od­li­czył trzy­dzie­ści dwa ty­siące i scho­wał do we­wnętrz­nej kie­szeni kurtki, na­stęp­nie wziął ko­szyk i po­szedł na za­kupy.

Za­jęło mu to po­nad dwie go­dziny, kosz­to­wało po­nad sześć ty­sięcy zło­tych. Kur­so­wał z wóz­kiem parę razy. Żeby zmie­ścić się do opla, mu­siał zło­żyć tylne sie­dze­nia, kwa­drans upy­chał kar­tony, ale za­ła­do­wał wszystko: trzy­sta sześć­dzie­siąt pięć kon­serw tu­ry­stycz­nych, sto pięć­dzie­siąt pa­ko­wa­nych chle­bów peł­no­ziar­ni­stych, trzy­sta sześć­dzie­siąt pięć pasz­te­tów dro­bio­wych, dwa­na­ście bu­tli musz­tardy, pięć kilo cy­tryn, je­den wa­gon marl­boro, pięć­dzie­siąt sło­ików z mo­drą ka­pu­stą w oc­cie, dzie­sięć li­tro­wych bu­te­lek ta­niego, cze­skiego rumu Tu­zem­ský, trzy­sta cze­ko­lad z orze­chami i sześć­dzie­siąt zgrze­wek z wodą mi­ne­ralną, po sześć bu­te­lek każda, które uło­żyć mu­siał rów­nież na przed­nim sie­dze­niu pa­sa­żera. Opel siadł, cię­żar ska­so­wał zu­peł­nie luz w tyl­nym za­wie­sze­niu, ale Er­win na to nie zwa­żał.

Po­je­chał na przy­stań. Było po­chmurno i chłodno jak na wrze­sień, pa­dało. Ko­miny ryb­nic­kiej elek­trowni na prze­ciw­le­głym brzegu kryły się w chmu­rach, z chłodni ko­mi­no­wych uno­siły się cu­mu­lusy bia­łej pary. Nad cie­płymi wo­dami za­lewu za­le­gła mgła. Er­win i na to nie zwa­żał.

Go­dzinę póź­niej był już wła­ści­cie­lem jachtu ża­glo­wego typu Ve­nus, za­re­je­stro­wa­nego w Pol­skim Związku Że­glar­skim, rok bu­dowy 1993. Jego po­przedni wła­ści­ciel, klnąc na deszcz, wła­śnie od­krę­cał od pan­to­grafu za­bur­towy sil­nik. Sil­nika Er­win nie chciał.

- Mie mo­t?r niy ma po­trzebny. Weź­cie sie go. J? byd? yno zy­glo­woł[43] - po­wie­dział, gdy pod­pi­sy­wał dwa eg­zem­pla­rze umowy kupna-sprze­daży.

Były wła­ści­ciel Iskry scho­wał pie­nią­dze i umowę do kie­szeni, sil­nik wło­żył do ba­gaż­nika, uści­snął rękę Er­wina i od­je­chał za­do­wo­lony, na­wet nie po­że­gnaw­szy się z łódką, co tro­chę Er­wina za­bo­lało, bo jak tak można łódkę sprze­dać i na­wet łzy nie uro­nić? Er­wi­nowi było przy­kro w imie­niu Iskry.

Jachty typu Ve­nus to zgrabne łódki, nie­młode już co prawda, pro­jekt z lat osiem­dzie­sią­tych. Dłu­gie na sześć i pół me­tra ve­nu­ski w cza­sach swo­jej świet­no­ści na­le­żały do naj­więk­szych jach­tów spo­ty­ka­nych na Ma­zu­rach, były też cał­kiem dzielne, bo oprócz opusz­cza­nego na za­wia­sie trój­kąt­nego mie­cza po­sia­dały też ukryty w falsz­kilu so­lidny ba­last. Za­pro­jek­to­wano ve­nu­skę do przy­brzeż­nej, lecz jed­nak mor­skiej że­glugi po Za­toce Gdań­skiej, z któ­rej wód dawno już znik­nęła. Na Ma­zu­rach też przy­ćmiły ją inne jachty, któ­rych Er­win nie lu­bił: wiel­kie pu­dła, le­d­wie za­nu­rzone w wo­dzie, o wol­nej bur­cie tak wy­so­kiej, by w ka­bi­nie za­cho­wać wy­so­kość sta­nia, zbędny zda­niem Er­wina luk­sus, przy tym osten­ta­cyj­nie zbyt duże jak na cia­sne ma­zur­skie je­ziora, do tego uda­jące jachty mor­skie, z dwoma ko­łami ste­ro­wymi, za­bu­do­wa­nymi sil­ni­kami die­sla i Bóg ra­czy wie­dzieć czym jesz­cze - a i tak na mo­rzu wy­wró­ci­łaby je pierw­sza więk­sza fala. Wszystko to było zbędne na tych nie tak prze­cież wiel­kich je­zio­rach, gdzie nie spo­sób zna­leźć się da­lej niż dwa ki­lo­me­try od naj­bliż­szego brzegu - na mo­rzu zaś stara, cia­sna ve­nu­ska ze swoim ba­la­stem i ni­ską wolną burtą ra­dzi­łaby so­bie dziel­niej od każ­dego z tych jach­tów.

No ale na mo­rze Er­win się nie wy­bie­rał.

Nie my­ślał o tym te­raz. Z worka że­glar­skiego wy­jął trampki, aby nie ska­lać po­kry­tego chro­po­watą, an­ty­po­śli­zgową, lecz łusz­czącą się farbą po­kładu twar­dymi po­de­szwami zwy­kłych bu­tów, po czym wszedł na swoją łódź, na swój sta­tek, na swoją ostat­nią na­dzieję na ży­cie.

Na Iskrę.

Wie­dział, że to, co za­mie­rza, wy­ma­ga­łoby slipu, in­spek­cji ka­dłuba, mo­co­wa­nia mie­cza i jarzma urzą­dze­nia ste­ro­wego, spraw­dze­nia żel­kotu, sta­ran­nego przej­rze­nia ta­kie­lunku i ża­gli, jed­nak Er­win na to wszystko nie miał już czasu. Czas mu po­zo­stały, ży­cie, wy­da­wał mu się jak woda za­czerp­nięta w dło­nie i prze­cie­ka­jąca przez palce - trzeba to wy­pić bez zwłoki, ina­czej za­raz nie zo­sta­nie nic.

Nie spraw­dził Iskry przed za­ku­pem, cho­ciaż przez całe ży­cie ani zło­tówki, ani jed­nej marki, ani jed­nego euro nie wy­dał po­chop­nie. Przy­glą­dał się każ­demu po­mi­do­rowi, każ­demu jabłku, za­nim za nie za­pła­cił, sa­mo­chód ku­po­wał trzy mie­siące przy po­mocy trzech za­przy­jaź­nio­nych spe­ców od me­cha­niki, od bla­chy i od elek­tryki - każdy grosz wa­żył dla Er­wina, bo za każdy grosz za­pła­cił pod­ziem­nym zno­jem, py­łem w płu­cach, ry­zy­kiem, stra­chem, do któ­rego nie przy­znał się ni­gdy ni­komu, a który czuł za­wsze, za­pa­da­jąc się w szoli pod zie­mię. Od pierw­szego zjazdu, wiele tych zjaz­dów i całe ży­cie temu, aż szczę­śli­wie po ostatni.

Iskry jed­nak nie spraw­dził. Nie miał czasu. Czas ucie­kał. Ucie­kał w po­pło­chu, zbyt szybko, by Er­win mógł go do­go­nić.

* * *

Po­wiedzmy, że parę dni póź­niej Er­win za­par­ko­wał opla pod ryb­nicką ka­mie­nicą, w któ­rej mie­ściła się sie­dziba Gór­ni­czego Klubu Tu­ry­styki Że­glar­skiej "Szkwał", wspiął się na dru­gie pię­tro, zdy­szaw­szy się tro­chę, po­my­ślał, że to od cy­ga­re­t?w[27] i że Ma­rika m? recht ze tym ku­rzy­niym[28], po czym wszedł do środka, przy­wi­tał się z kam­ra­tami, a po­tem już mil­czał w trak­cie ca­łego ze­bra­nia. Znowu był pion­tek.

Głów­nym te­ma­tem było za­koń­cze­nie se­zonu, które GKTŻ "Szkwał" pla­no­wał na dzień pierw­szego paź­dzier­nika, na na­le­żą­cej do klubu nie­wiel­kiej kei na Za­le­wie Ryb­nic­kim. Er­win nie an­ga­żo­wał się w te przy­go­to­wa­nia. Nie tym ra­zem. W ze­szłym roku zbu­do­wał pięk­nego grilla, sam ze­spa­wał go z bla­chy sta­lo­wej w klu­bo­wym warsz­ta­cie, praw­dziwe, ele­ganc­kie rożno. Brat Ma­riczki był po­wa­ża­nym w oko­licy, za­moż­nym ma­sa­rzym[29] i ufun­do­wał na to rożno dwa­dzie­ścia ki­lo­gra­mów wspa­nia­łych, tłu­stych krup­ni­?k?w[30], Er­win zaś po­sta­no­wił się po­ka­zać i z wła­snych pie­nię­dzy po­sta­wił keg ty­skiego i wy­na­jął do niego rol­l­bar na kół­kach. Zbie­rali przy oka­zji za­mknię­cia se­zonu na ope­ra­cję cho­rej wnuczki jed­nego z człon­ków klubu. Er­win uwi­jał się za tym roż­nem w ele­ganc­kim, skó­rza­nym far­tu­chu i czuł się wspa­niale, roz­dmu­chi­wał wę­gle, gdy przy­ga­sały, od­wra­cał krup­nioki, opo­wia­dał ślą­skie wice, grał na har­mo­nijce ust­nej ślą­skie blu­esy, na­le­wał piwo i zbie­rał za ten po­czę­stu­nek co ła­ska do za­mknię­tej na mo­siężną kłódkę skar­bony, w któ­rej po za­koń­cze­niu im­prezy zna­la­zło się po­nad pięć ty­sięcy zło­tych.

Dziew­czynka i tak umarła dwa ty­go­dnie póź­niej, nie po­mo­gło jej te pięć ty­sięcy. Er­win nie wie­dział, co się z tymi pie­niędzmi stało, skoro umarła.

Dzia­dek dziew­czynki prze­stał przy­cho­dzić na klu­bowe ze­bra­nia i nie­długo póź­niej, zimą, klu­bowi ko­le­dzy sta­nęli i nad jego gro­bem, wiatr tar­gał czer­wo­nymi pió­ro­pu­szami gór­ni­czej or­kie­stry, gdy grała Ich hatt' einen Ka­me­ra­den[31], starą, nie­miecką woj­skową pieśń ża­łobną, którą nie wie­dzieć czemu wy­ko­ny­wano cza­sem nad gór­ni­czymi gro­bami.

Er­win wie­dział czemu, ale nie dzie­lił się tą wie­dzą.

Po dwóch po­grze­bach, dwu­let­niej wnuczki i sie­dem­dzie­się­cio­dwu­let­niego dziadka, Er­win prze­stał cha­dzać z Ma­riką do ko­ścioła, mimo że po­bożna żona pro­siła i gro­ziła wiecz­nym po­tę­pie­niem.

Dla­tego w tym roku nie chciał się już an­ga­żo­wać w przy­go­to­wa­nia do za­mknię­cia se­zonu. Wszy­sko to yno do lu­ftu[32] - my­ślał so­bie i mil­czał, gdy ko­le­dzy spie­rali się, w ja­kiej for­mie winna się od­być im­preza.

Gdy w końcu do­szli do po­ro­zu­mie­nia i pre­zes klubu chciał za­my­kać po­sie­dze­nie, Er­win na­gle się ode­zwał.

- Kam­ra­ci?. Su­chej­cie. J? bych tak chcioł s?m ôpły­n?nć świat. Choby Te­liga na tym Opty[33] - po­wie­dział szybko i sam przy­słu­chi­wał się wła­snym sło­wom ze zdzi­wie­niem, jakby nie na­le­żały do niego, jakby ktoś inny, da­imo­nion może, wy­po­wia­dał je jego ustami.

W klu­bie za­pa­dła ci­sza. Wszy­scy pa­trzyli na Er­wina, skie­ro­wały się nań wszyst­kie po­orane zmarszcz­kami twa­rze i w gło­wach klu­bo­wi­czów, a także w gło­wie Er­wina prze­wi­nęły się na­tych­miast ta­kie same my­śli: prze­cież poza tymi że­glar­skimi ko­lo­niami pół wieku wcze­śniej Er­win ni­gdy nie że­glo­wał po mo­rzu, po­siada pa­tent za­le­d­wie że­gla­rza jach­to­wego i cho­ciaż eme­ry­turę ma godną, bo gór­ni­czą, to prze­cież nie tak godną, aby mógł po­zwo­lić so­bie na taki wy­da­tek. Nie kupi so­bie mor­skiego jachtu ani go nie wy­naj­mie, ani na­wet nikt go nie weź­mie, sta­rego, na za­ło­ganta. A co do­piero sa­mot­nie. Po­my­ślał na­wet o mnie: ten wnuk od Jorga, który go do nas przy­wiózł, on ma do­piero czter­dzie­ści lat, opo­wia­dał o że­glar­stwie, on mógłby o tym po­my­śleć, nie ja, eme­ryt.

Er­win nie wie­dział, że nie mam siły cha­rak­teru po­trzeb­nej do sa­mot­nego że­glar­stwa ani umie­jęt­no­ści - nie dał­bym rady, ale to nie miało zna­cze­nia.

Pa­trzyli więc wszy­scy na Er­wina, po czym za­częli się śmiać.

Nie chcieli Er­wina wy­szy­dzić. Po pro­stu my­śleli, że żar­tuje. Er­win jed­nak nie żar­to­wał, a grzmiący śmiech klu­bo­wych kam­ra­tów pa­lił go ży­wym ogniem, w któ­rym spo­pie­lało się jego nie­wy­po­wie­dziane wcze­śniej ma­rze­nie, na­gle więc się ze­rwał, prze­wra­ca­jąc krze­sło, i wy­biegł z sie­dziby GKTŻ "Szkwał", ślu­bu­jąc, iż ni­gdy wię­cej do niej już nie po­wróci. Na scho­dach ści­gały go jesz­cze okrzyki kam­ra­tów, "Er­win, dej po­k?j, toć my yno do szpasu tak, Er­win, p?dź na­z?d"[34], ale Er­win zbiegł już na dół, wsiadł do sa­mo­chodu i od­je­chał.

Wra­ca­jąc, po­sta­no­wił okrą­żyć Za­lew Ryb­nicki od po­łu­dnia, prze­je­chał krętą drogą przez te­ren elek­trowni, nie­mal ocie­ra­jąc się lu­ster­kami opla o ko­miny i chłod­nie, a po­tem da­lej, aż za­trzy­mał się na nie­wiel­kim par­kingu, z któ­rego roz­ta­czała się sze­roka pa­no­rama na wodę i wy­ra­sta­jący na dru­gim brzegu ni­czym ka­te­dra za­kład ener­ge­tyczny. Pa­trzył długo. Dzień był po­wsze­dni, pora dość wcze­sna, na wo­dzie tylko je­den ża­giel sa­mot­nej omegi, smęt­nie zresztą zwi­sa­jący, bo flauta.

Er­win lu­bił Za­lew Ryb­nicki. Nie ko­chał go, lecz lu­bił. Lu­bił też że­glo­wać po ma­zur­skich je­zio­rach, miał tam swoje miej­sca, w które kie­dyś za­bie­rał córki, gdy jesz­cze spę­dzały z nim wa­ka­cje. Sta­wał na dziko na bin­du­dze na Nidz­kim, klu­bowy jacht cu­mo­wał do drzewa, rufę wy­cią­ga­jąc wprost na pia­sek, Ana i Magda bie­gały pół­na­gie po le­sie, ra­zem z bra­tan­kami Er­wina, bo działo się to, jesz­cze za­nim brat Er­wina za­ła­twił so­bie po ojcu oby­wa­tel­stwo i wy­je­chał do Raj­chu, do Bo­chum.

Er­win czuł się wtedy szczę­śliwy, gdy sie­dzieli nad wodą, przy ogniu, pie­kli wuszt[35], pili cie­pławe ty­skie, bo na ża­glówce nie było lo­dówki, i mil­czeli, tylko dzieci było sły­chać, a cza­sem bu­czą­cego w trzci­nach bąka, cza­plę o gło­sie byka, albo har­mo­nijkę ustną, na któ­rej Er­win nie­kiedy grał. Lu­bił Ma­zury, by­wał tam szczę­śliwy, lu­bił je, ale ich nie ko­chał.

Er­win ko­chał tylko mo­rze i mo­rze zła­mało mu serce.

Sie­dział w au­cie i pa­trząc na wody Za­lewu Ryb­nic­kiego, uznał, że nie może już dłu­żej uda­wać.

Mo­rze na niego nie czeka. Miał prze­cież sie­dem­dzie­siąt trzy lata. W ze­szłym roku się­gnął po pod­ręcz­nik do kursu na jach­to­wego ster­nika mor­skiego, przej­rzał go i już wie­dział, że ni­gdy nie opa­nuje tej wie­dzy. Nie był głupi, dużo czy­tał, miał wy­ćwi­czony, tech­niczny umysł, ale umysł ten rów­nież, jak cały Er­win, miał sie­dem­dzie­siąt trzy lata i ra­czej skłonny był po­zby­wać się wie­dzy, za­miast przyj­mo­wać nową. Pod­ręcz­nik za­wie­rał setki prze­pi­sów, pre­zen­to­wał dzie­siątki kom­bi­na­cji ko­lo­ro­wych świa­teł, które ozna­czały, że ktoś ma sieci w wo­dzie albo że wie­zie pi­lota, do tego flagi, an­giel­skie frazy, alfa, bravo, char­lie, delta, sys­tem IALA, Er­win pró­bo­wał na­wet się tego uczyć, ale gdy tylko za­my­kał książkę, wszyst­kie wia­do­mo­ści zni­kały w czerni.

Tak jak całe jego ży­cie.

Fi­zycz­nie też nie da rady. Taki wielki chłop. Córka za­ło­żyła Er­wi­nowi w te­le­wi­zo­rze Net­flixa i oglą­dał tam na­mięt­nie filmy do­ku­men­talne o że­glar­skich wy­czy­nach, gdzie bo­ha­te­rami byli mło­dzi, gibcy, wy­spor­to­wani męż­czyźni, a Er­win, cho­ciaż silny fi­zycz­nie, miał płuca znisz­czone ko­pal­nią i cy­ga­re­tami, sztyw­nie­jące stawy i chro­niczny ból ple­ców, a pę­katy brzuch prze­szka­dzał mu w za­wią­zy­wa­niu bu­tów.

To się po pro­stu nie uda. Er­win Pion­tek, gór­nik strza­łowy pierw­szej klasy, ni­gdy nie po­pły­nie w sa­motny rejs, nie tylko do­okoła świata, nie tylko przez Atlan­tyk, ale na­wet z Gdań­ska na Hel. To się nie wy­da­rzy. Er­win nie był głup­cem, ży­cie na­uczyło go kon­fron­to­wać się z nie­unik­nio­nym.

Nie na­uczyło go tylko, co ma zro­bić z cier­pie­niem, z oce­anem roz­cza­ro­wa­nia, ze świa­do­mo­ścią ry­chłego końca i ży­cia już w try­bie do­ko­na­nym, za­mknię­tego. Ro­bił więc je­dyne, co mógł i co po­tra­fił: mil­czał, pa­trzył na wodę, na ko­miny - i cier­piał.

* * *

Zszedł pod po­kład, do cia­sna­wej ka­biny i ro­zej­rzał się - wnę­trze było stare i pod­nisz­czone, lecz czy­ste. Po­duszki ktoś po­zba­wiony gu­stu ob­szył ma­te­ria­łem w po­pu­larne w la­tach dzie­więć­dzie­sią­tych geo­me­tryczne wzory, la­kier tu i ów­dzie łusz­czył się ze sto­larki, ale to nic, po­my­ślał Er­win, ważne, że w zę­zach jest su­cho. Spraw­dził bu­tlę z ga­zem, zna­lazł też trzy za­pa­sowe, wszyst­kie pełne, choć to i tak za mało. Trudno, cie­płe po­siłki nie są mu nie­zbędne. Może na zimę star­czy, po­tem gaz nie bę­dzie już po­trzebny. W skła­dziku obok bo­saka i pa­ga­jów znaj­do­wał się zbior­nik na olej do ogrze­wa­nia We­ba­sto. Spraw­dził - ogrze­wa­nie dzia­łało. W ja­skółce na bur­cie ukrył szpadę. Wy­cią­gnął z worka bu­solę, po­ło­żył na sto­liku, prze­krę­cił ob­ro­towy bezel tak, by igła wska­zy­wała pół­noc. Wia­domo, że na śród­lą­dziu bu­sola nie jest po­trzebna, ale Er­win nie za­mie­rzał pły­wać na śród­lą­dziu. Nie tym ra­zem.

Samo to słowo wzbu­dzało od­razę Er­wina. Śród­lą­dzie, czyli niby-że­glar­stwo, pseu­do­że­glar­stwo, uda­wa­nie że­glar­stwa, że­glar­stwo szu­wa­rowo-ba­gienne, nędzna na­miastka tego praw­dzi­wego, śmier­dzący er­satz, jak pe­ere­low­skie cze­ko­lady przy nie­miec­kich z pa­ke­t?w[44] od brata z Raj­chu. Nie zno­sił ma­zur­skich że­gla­rzy śpie­wa­ją­cych głu­pie mor­skie szanty na cia­snych, płyt­kich akwe­nach, czamu niy ma w?s gańb?[45], my­ślał wtedy. Nie wy­po­wia­dał tego, bo nie miał w zwy­czaju zwra­cać lu­dziom uwagi, ale tak my­ślał.

Ale to już nie miało zna­cze­nia. Te­raz bę­dzie zu­peł­nie ina­czej.

Wie­dział, że za Iskrę prze­pła­cił. Po raz pierw­szy w dłu­gim ży­ciu nie czuł z tego po­wodu wy­rzu­tów su­mie­nia. Gdyby po­zwa­lał so­bie na tego ro­dzaju re­flek­sje, to być może uznałby, że na­le­żało mu się to w końcu, po tych wszyst­kich la­tach, jed­nak na ta­kie re­flek­sje so­bie nie po­zwa­lał, był bo­wiem czło­wie­kiem czynu, nie roz­my­ślań. Za­miast roz­my­ślać, jął więc prze­no­sić za­pasy z sa­mo­chodu do ło­dzi, po go­dzi­nie był go­tów. Ve­nu­ska stała na wo­dzie wy­raź­nie ni­żej.

Ale to nic. Była noc. Za­dzwo­nił te­le­fon.

Er­win wy­cią­gnął naj­pierw oku­lary do czy­ta­nia, do­piero po­tem apa­rat. Na wy­świe­tla­czu - Ma­riczka. Nie ode­brał. Nie mógł. Nie od­rzu­cił też po­łą­cze­nia, nie śmiałby, za­cze­kał, aż te­le­fon prze­sta­nie dzwo­nić, po czym po­pra­wił oku­lary na no­sie i pra­co­wi­cie wy­stu­kał Ma­riczce ese­mesa, w któ­rym pro­sił ją, by się nie mar­twiła, ale on, Er­win, po pro­stu musi coś waż­nego zro­bić i nie ma już czasu do stra­ce­nia, i nie wie, kiedy wróci. Ale wróci.

Wy­słał wia­do­mość. Po chwili wy­cią­gnął te­le­fon po­now­nie i na­pi­sał jesz­cze jedną: "A pa­miyn­tej, dzio­uszko, j? cie miy­łuja. Ku­siki, Er­win"[46].

Wię­cej na­pi­sać nie mógł. Mniej też nie.

Nie cze­kał na od­po­wiedź, Ma­rika zresztą ni­gdy ese­me­sów nie pi­sała. Wy­łą­czył no­kię, scho­wał ją do kie­szeni i po­szedł do auta, po czym za­par­ko­wał je w bez­piecz­nym jego zda­niem miej­scu, a na­stęp­nie kom­pre­so­rem, który wo­ził w ba­gaż­niku, na­bił mocno opony, aby nie od­kształ­ciły się od dłu­giego po­stoju, prze­sma­ro­wał uszczelki w drzwiach wa­ze­liną tech­niczną, ścią­gnął pióra wy­cie­ra­czek, otwo­rzył ma­skę, wy­mon­to­wał aku­mu­la­tor i za­niósł go na łódź. Przyda się, cho­ciaż stary. Wró­cił do auta, z ba­gaż­nika wy­jął szarą plan­dekę, na­krył nią opla, przy­wią­zał po­rząd­nie.

Był go­tów.

Po­wiedzmy.

* * *

Przy­pisy

[27] (śl.) pa­pie­ro­sów
[28] (śl.) ma ra­cję z tym pa­le­niem
[29] (śl.) rzeź­ni­kiem
[30] (śl.) ka­sza­nek
[31] (niem.) Mia­łem to­wa­rzy­sza - ty­tuł pie­śni po­grze­bo­wej
[32] (śl.) To wszystko tylko do bani.
[33] (śl.) Ko­le­dzy. Słu­chaj­cie. Chciał­bym sam opły­nąć świat. Jak Te­liga na tym Opty.
[34] (śl.) Er­win, daj spo­kój, prze­cież my tylko dla żar­tów tak, Er­win, chodź z po­wro­tem.
[35] (śl.) kieł­basę
[36] (śl.) Er­win, gdzie się znowu włó­czy­łeś? Prze­bie­raj się i chodź szybko na dwór, mia­łeś dzi­siaj bramę wjaz­dową ma­lo­wać!
[37] (śl.) Farbę masz w przed­po­koju...
[38] (śl.) Ja mu­szę...
[39] (śl.) Er­win to jest do­bry czło­wiek. Wódki nie chleje, cza­sem so­bie jedno piwo wy­pije, tylko pracą się in­te­re­suje, przy domu wszystko zrobi. Tylko te pa­pie­rosy, no wiesz, ale to mu już wy­ba­czę, nie? Tyle lat ra­zem, na inną ko­bietę na­wet się nie obej­rzał ni­gdy...
[40] (śl.) plotki
[41] (śl.) Ma­riczko... Ja mu­szę je­chać. Nie wiem, kiedy będę z po­wro­tem. Mam coś do zro­bie­nia.
[42] (śl.) Bę­dzie ze wpół do pią­tej.
[43] (śl.) Mnie sil­nik nie jest po­trzebny. Niech pan so­bie go weź­mie. Ja będę tylko że­glo­wał.
[44] (śl.) pa­czek
[45] (śl.) dla­czego wam nie jest wstyd
[46] (śl.) I pa­mię­taj, dziew­czyno, ja cię ko­cham. Bu­ziaki, Er­win.

Po­wiedzmy, że kiedy wró­cił, Ma­rika pra­co­wała w ogro­dzie, pra­co­wi­cie wy­dra­pu­jąc brą­zo­wie­jące źdźbła trawy spo­mię­dzy chod­ni­ko­wych płyt na pod­jeź­dzie.

- Er­win, kaj żeś zaś sie smy­koł? Prze­bly­kej sie i p?dź drab na plac, mioł żeś dzi­siej bram? we ajn­far­cie sztraj­cho­wać![36] - zga­niła go po swo­jemu, gdy wy­siadł z auta.

Er­win bez słowa po­szedł do domu, jed­nak nie prze­brał się w ro­bo­cze ubra­nie. Nie za­mie­rzał dziś pra­co­wać w ogro­dzie. Za­mie­rzał zro­bić coś zu­peł­nie in­nego. Z szafy wy­cią­gnął gu­mowy sztor­miak, żółty i wy­słu­żony, stare trampki, dwa grube, weł­niane swe­try, śpi­wór, ró­ża­niec z pierw­szej ko­mu­nii, nie­miecki nóż że­glar­ski z marsz­pi­klem, który ku­pił kie­dyś na targu sta­roci, har­cer­ską bu­solę, har­mo­nijkę ustną, bie­li­znę, ręcz­nik, atlas świata, na­krę­cany bu­dzik i na ko­niec czer­woną czapkę weł­nianą, którą za­wsze no­sił na Ma­zu­rach, bo mu kie­dyś, dawno temu, na­sto­let­nia Ana po­wie­działa, że wy­gląda w niej jak Ja­cques Co­usteau, i Er­wi­nowi się to po­rów­na­nie spodo­bało.

W ła­zience spa­ko­wał przy­bory to­a­le­towe, przez chwilę wa­hał się, pa­trząc na ma­szynkę do go­le­nia, po­tem spoj­rzał na swoją starą twarz w lu­strze i po­sta­no­wił, że nie bie­rze ma­szynki. Nie bę­dzie się go­lił.

Wszystko wrzu­cił do że­glar­skiego worka, tylko czapkę za­ło­żył na głowę, na­stęp­nie po­szedł do sy­pialni, zza go­re­ją­cego serca Pana Je­zusa wy­jął klu­czyk i scho­wał do kie­szeni, spod łóżka zaś wy­cią­gnął ka­setkę z oszczęd­no­ściami, po czym, wy­cho­dząc już, na­gle za­wró­cił i zdjął ze ściany swoją gór­ni­czą szpadę. Zwa­żył ją w dłoni, wy­cią­gnął z po­chwy. Chro­mo­wane, pa­radne ostrze było zu­peł­nie tępe, tylko sztych tro­chę ostry. Scho­wał broń z po­wro­tem do po­chwy i z wor­kiem na ra­mie­niu, szpadą pod pa­chą i ka­setką w obu rę­kach wy­szedł przed dom.

- Farb? m?sz we an­tryju...[37] - za­częła Ma­rika, ale prze­rwała, gdy pod­nio­sła na niego wzrok i uj­rzała, jak stał, z że­glar­skim wor­kiem, ich ka­setką z pie­niędzmi w dło­niach i ze szpadą, w czer­wo­nej czapce, w któ­rej wy­glą­dał jak Ja­cques Co­usteau.

- J? mu­sza...[38] - za­czął Er­win, lecz nie umiał skoń­czyć.

Ma­rika mil­czała, za­sko­czona. Nie ro­zu­miała, co ta­kiego wła­śnie się wy­da­rza, dla­czego Er­win wy­gląda, jakby ją opusz­czał, po czter­dzie­stu sze­ściu la­tach mał­żeń­stwa, dla­czego za­biera ich wspólne oszczęd­no­ści. To wszystko zu­peł­nie nie pa­so­wało do Er­wina.

- Er­win to je taki do­bry chop. Go­rzoły niy żere, cza­sym se jedno piwo wy­pije, yno ro­boty sie pa­trzi, przi chał­pie wszy­sko zrobi. Yno te cy­ga­rety, no wiysz, ale to już mu prze­b?cz?, niy? Tela l?t ra­zym, na in­k­sz? bab? ani sie niy wejz­drzoł ni­gdy...[39] - mó­wiła ko­le­żance nie da­lej niż wczo­raj, kiedy przy­szła do niej na ko­łocz i kla­chy[40].

A te­raz Er­win stał przed do­mem z wor­kiem że­glar­skim na ra­mie­niu, z ich oszczęd­no­ściami w rę­kach i w tej idio­tycz­nej, czer­wo­nej czapce. I ze szpadą.

- Ma­riczko... J? mu­sz? je­chać f?rt. Niy wiym, kej byd? na­z?d. M?m coś do zro­biy­ni?[41] - po­wie­dział w końcu Er­win, a głos mu drżał.

Ma­rika chciała za­py­tać: "Ale kaj?!?", lecz nie zdo­łała wy­du­sić z sie­bie ani słowa, Er­win zaś wsiadł do auta, bo czuł, że je­śli nie zrobi tego w ciągu paru se­kund, to Ma­rika otrzą­śnie się z szoku, wy­rwie mu ka­setkę z rąk, na­krzy­czy, każe się prze­brać i brać do ma­lo­wa­nia bramy. Wsiadł więc do opla, wrzu­cił wsteczny, wy­je­chał na główną drogę i ru­szył w stronę Ryb­nika, nie oglą­da­jąc się za sie­bie.

Ma­rika stała na pod­jeź­dzie, z grab­kami w dłoni, i po­my­ślała, że może Er­win to jed­nak nie jest taki do­bry chop. Że może ukrył przed nią ja­kąś ta­jem­nicę, może gdzieś ma ja­kąś dwa­dzie­ścia albo i trzy­dzie­ści lat młod­szą flamę, z którą za ich za­osz­czę­dzone pie­nią­dze po­je­dzie te­raz na wa­ka­cje, na ta­kie, na ja­kie Ma­rice nie da­wał się wy­cią­gnąć od lat. Na Mau­ri­tius, gdzie­kol­wiek to jest. Ma­rika po­czuła jed­no­cze­śnie pa­lącą za­zdrość, zmie­szaną z nie­pew­no­ścią i z czymś, czego nie spo­dzie­wała się naj­bar­dziej: z tym, że po raz pierw­szy od trzy­dzie­stu może lat Er­win wy­dał się jej atrak­cyjny jako męż­czy­zna - na­gle przy­po­mniała so­bie, co kie­dyś po­do­bało się jej w tym jego wiel­kim ciele.

Ale to nie miało już zna­cze­nia.

* * *