Powiedzmy, że parę dni później Erwin zaparkował opla pod rybnicką kamienicą, w której mieściła się siedziba Górniczego Klubu Turystyki Żeglarskiej "Szkwał", wspiął się na drugie piętro, zdyszawszy się trochę, pomyślał, że to od cygaret?w[27] i że Marika m? recht ze tym kurzyniym[28], po czym wszedł do środka, przywitał się z kamratami, a potem już milczał w trakcie całego zebrania. Znowu był piontek.
Głównym tematem było zakończenie sezonu, które GKTŻ "Szkwał" planował na dzień pierwszego października, na należącej do klubu niewielkiej kei na Zalewie Rybnickim. Erwin nie angażował się w te przygotowania. Nie tym razem. W zeszłym roku zbudował pięknego grilla, sam zespawał go z blachy stalowej w klubowym warsztacie, prawdziwe, eleganckie rożno. Brat Mariczki był poważanym w okolicy, zamożnym masarzym[29] i ufundował na to rożno dwadzieścia kilogramów wspaniałych, tłustych krupni?k?w[30], Erwin zaś postanowił się pokazać i z własnych pieniędzy postawił keg tyskiego i wynajął do niego rollbar na kółkach. Zbierali przy okazji zamknięcia sezonu na operację chorej wnuczki jednego z członków klubu. Erwin uwijał się za tym rożnem w eleganckim, skórzanym fartuchu i czuł się wspaniale, rozdmuchiwał węgle, gdy przygasały, odwracał krupnioki, opowiadał śląskie wice, grał na harmonijce ustnej śląskie bluesy, nalewał piwo i zbierał za ten poczęstunek co łaska do zamkniętej na mosiężną kłódkę skarbony, w której po zakończeniu imprezy znalazło się ponad pięć tysięcy złotych.
Dziewczynka i tak umarła dwa tygodnie później, nie pomogło jej te pięć tysięcy. Erwin nie wiedział, co się z tymi pieniędzmi stało, skoro umarła.
Dziadek dziewczynki przestał przychodzić na klubowe zebrania i niedługo później, zimą, klubowi koledzy stanęli i nad jego grobem, wiatr targał czerwonymi pióropuszami górniczej orkiestry, gdy grała Ich hatt' einen Kameraden[31], starą, niemiecką wojskową pieśń żałobną, którą nie wiedzieć czemu wykonywano czasem nad górniczymi grobami.
Erwin wiedział czemu, ale nie dzielił się tą wiedzą.
Po dwóch pogrzebach, dwuletniej wnuczki i siedemdziesięciodwuletniego dziadka, Erwin przestał chadzać z Mariką do kościoła, mimo że pobożna żona prosiła i groziła wiecznym potępieniem.
Dlatego w tym roku nie chciał się już angażować w przygotowania do zamknięcia sezonu. Wszysko to yno do luftu[32] - myślał sobie i milczał, gdy koledzy spierali się, w jakiej formie winna się odbyć impreza.
Gdy w końcu doszli do porozumienia i prezes klubu chciał zamykać posiedzenie, Erwin nagle się odezwał.
- Kamraci?. Suchejcie. J? bych tak chcioł s?m ôpłyn?nć świat. Choby Teliga na tym Opty[33] - powiedział szybko i sam przysłuchiwał się własnym słowom ze zdziwieniem, jakby nie należały do niego, jakby ktoś inny, daimonion może, wypowiadał je jego ustami.
W klubie zapadła cisza. Wszyscy patrzyli na Erwina, skierowały się nań wszystkie poorane zmarszczkami twarze i w głowach klubowiczów, a także w głowie Erwina przewinęły się natychmiast takie same myśli: przecież poza tymi żeglarskimi koloniami pół wieku wcześniej Erwin nigdy nie żeglował po morzu, posiada patent zaledwie żeglarza jachtowego i chociaż emeryturę ma godną, bo górniczą, to przecież nie tak godną, aby mógł pozwolić sobie na taki wydatek. Nie kupi sobie morskiego jachtu ani go nie wynajmie, ani nawet nikt go nie weźmie, starego, na załoganta. A co dopiero samotnie. Pomyślał nawet o mnie: ten wnuk od Jorga, który go do nas przywiózł, on ma dopiero czterdzieści lat, opowiadał o żeglarstwie, on mógłby o tym pomyśleć, nie ja, emeryt.
Erwin nie wiedział, że nie mam siły charakteru potrzebnej do samotnego żeglarstwa ani umiejętności - nie dałbym rady, ale to nie miało znaczenia.
Patrzyli więc wszyscy na Erwina, po czym zaczęli się śmiać.
Nie chcieli Erwina wyszydzić. Po prostu myśleli, że żartuje. Erwin jednak nie żartował, a grzmiący śmiech klubowych kamratów palił go żywym ogniem, w którym spopielało się jego niewypowiedziane wcześniej marzenie, nagle więc się zerwał, przewracając krzesło, i wybiegł z siedziby GKTŻ "Szkwał", ślubując, iż nigdy więcej do niej już nie powróci. Na schodach ścigały go jeszcze okrzyki kamratów, "Erwin, dej pok?j, toć my yno do szpasu tak, Erwin, p?dź naz?d"[34], ale Erwin zbiegł już na dół, wsiadł do samochodu i odjechał.
Wracając, postanowił okrążyć Zalew Rybnicki od południa, przejechał krętą drogą przez teren elektrowni, niemal ocierając się lusterkami opla o kominy i chłodnie, a potem dalej, aż zatrzymał się na niewielkim parkingu, z którego roztaczała się szeroka panorama na wodę i wyrastający na drugim brzegu niczym katedra zakład energetyczny. Patrzył długo. Dzień był powszedni, pora dość wczesna, na wodzie tylko jeden żagiel samotnej omegi, smętnie zresztą zwisający, bo flauta.
Erwin lubił Zalew Rybnicki. Nie kochał go, lecz lubił. Lubił też żeglować po mazurskich jeziorach, miał tam swoje miejsca, w które kiedyś zabierał córki, gdy jeszcze spędzały z nim wakacje. Stawał na dziko na bindudze na Nidzkim, klubowy jacht cumował do drzewa, rufę wyciągając wprost na piasek, Ana i Magda biegały półnagie po lesie, razem z bratankami Erwina, bo działo się to, jeszcze zanim brat Erwina załatwił sobie po ojcu obywatelstwo i wyjechał do Rajchu, do Bochum.
Erwin czuł się wtedy szczęśliwy, gdy siedzieli nad wodą, przy ogniu, piekli wuszt[35], pili ciepławe tyskie, bo na żaglówce nie było lodówki, i milczeli, tylko dzieci było słychać, a czasem buczącego w trzcinach bąka, czaplę o głosie byka, albo harmonijkę ustną, na której Erwin niekiedy grał. Lubił Mazury, bywał tam szczęśliwy, lubił je, ale ich nie kochał.
Erwin kochał tylko morze i morze złamało mu serce.
Siedział w aucie i patrząc na wody Zalewu Rybnickiego, uznał, że nie może już dłużej udawać.
Morze na niego nie czeka. Miał przecież siedemdziesiąt trzy lata. W zeszłym roku sięgnął po podręcznik do kursu na jachtowego sternika morskiego, przejrzał go i już wiedział, że nigdy nie opanuje tej wiedzy. Nie był głupi, dużo czytał, miał wyćwiczony, techniczny umysł, ale umysł ten również, jak cały Erwin, miał siedemdziesiąt trzy lata i raczej skłonny był pozbywać się wiedzy, zamiast przyjmować nową. Podręcznik zawierał setki przepisów, prezentował dziesiątki kombinacji kolorowych świateł, które oznaczały, że ktoś ma sieci w wodzie albo że wiezie pilota, do tego flagi, angielskie frazy, alfa, bravo, charlie, delta, system IALA, Erwin próbował nawet się tego uczyć, ale gdy tylko zamykał książkę, wszystkie wiadomości znikały w czerni.
Tak jak całe jego życie.
Fizycznie też nie da rady. Taki wielki chłop. Córka założyła Erwinowi w telewizorze Netflixa i oglądał tam namiętnie filmy dokumentalne o żeglarskich wyczynach, gdzie bohaterami byli młodzi, gibcy, wysportowani mężczyźni, a Erwin, chociaż silny fizycznie, miał płuca zniszczone kopalnią i cygaretami, sztywniejące stawy i chroniczny ból pleców, a pękaty brzuch przeszkadzał mu w zawiązywaniu butów.
To się po prostu nie uda. Erwin Piontek, górnik strzałowy pierwszej klasy, nigdy nie popłynie w samotny rejs, nie tylko dookoła świata, nie tylko przez Atlantyk, ale nawet z Gdańska na Hel. To się nie wydarzy. Erwin nie był głupcem, życie nauczyło go konfrontować się z nieuniknionym.
Nie nauczyło go tylko, co ma zrobić z cierpieniem, z oceanem rozczarowania, ze świadomością rychłego końca i życia już w trybie dokonanym, zamkniętego. Robił więc jedyne, co mógł i co potrafił: milczał, patrzył na wodę, na kominy - i cierpiał.
* * *