Rozdział 15
Śledczy odpowiedzialny za sprawę Adama urzędował w Biurze Szeryfa Hrabstwa Nassau w Yulee na stałym lądzie. Sydney nas tam zawiozła, ja po drodze podziwiałam przez szybę piękno krajobrazu. Amelia była malowniczą wyspą z licznymi strumieniami i mokradłami, a także bezkresnymi plażami o białym piasku. Znajdowała się dalej na północ niż Cocoa Beach i podobno zimą robiło się tu chłodniej. Nie była to jednak jeszcze ta pora roku, teraz trudno sobie to wyobrazić. Wyspa leżała niedaleko Jacksonville i granicy z Georgią. Był to najdalej wysunięty na północ punkt Florydy, a mimo to w październiku panowała tu upalna aura, temperatura sięgała trzydziestu stopni. Miałam na sobie elegancką czarną spódnicę i jasnozieloną bluzkę. Nie był to typowy dla mnie strój, ale chciałam zrobić dobre wrażenie. Chciałam, by potraktowano mnie poważnie.
Sydney zaparkowała przed niskim budynkiem z czerwonej cegły. Napis nad wejściem głosił: Biuro Szeryfa Hrabstwa Nassau. Żadna z trzech wywieszonych flag się nie poruszała. Wiatr całkiem ustał, przez co zrobiło się jeszcze bardziej gorąco.
Uprzedziłam telefonicznie o swojej wizycie i umówiłam się na spotkanie ze śledczym McMillenem, który powitał nas dość obojętnie w holu, po czym zaprowadził mnie do swojego biura. Usiadł i położył na biurku splecione dłonie.
- Co mogę dla pani zrobić, pani Thomas? Bo tak się pani teraz nazywa?
- Tak - odparłam, czując ukłucie w piersi. Nadal nie pogodziłam się z faktem, że jestem rozwódką. Dotknęłam palcem miejsca, w którym kiedyś była obrączka, pomyślałam o Matcie, po czym postanowiłam się skupić. - Przyjechałam w sprawie Clarke'a, Adama Clarke'a.
Mężczyzna z westchnieniem odchylił się na oparcie fotela. Zabębnił palcami w blat.
- Wiem, kim pani jest i jaki bałagan spowodowała pani w Miami kilka miesięcy temu. Po co pani przyjechała? Wiem, że odeszła pani z FBI, więc to nie oni panią przysłali. Zbiera pani materiały do nowej książki? Czytałem jedną z poprzednich i nie znalazłem w niej nic nowatorskiego... tylko podstawy, każdy mógłby coś takiego napisać moim zdaniem.
No cóż.
- Mam kilka pytań - odparłam, nie dając się sprowokować. McMillen najwyraźniej należał do tych, którzy nie wierzyli, że mogą się czegoś nauczyć od kobiet.
Spojrzał na zegarek i westchnął.
- No dobrze. Mam kilka minut, ale proszę pamiętać, że to śledztwo w toku, więc niewiele będę mógł powiedzieć.
- Rozumiem. Wystarczy mi to, co zdołam uzyskać. Przede wszystkim chcę wiedzieć, czy Adam Clarke został oskarżony o zabójstwo Allyson Woodland.
- Zostanie. Wierzymy, że te sprawy są powiązane.
- W jakim sensie?
- Cóż, była jego dziewczyną. Zniknęła dwa dni przed jego pojawieniem się w szkole z AK-47. Wpadł w szał zabijania. Chce być sławny jak inni sprawcy strzelanin w szkołach, jest wściekły na cały świat, może to się łączy. Najpierw zabija swoją dziewczynę, potem już nie ma odwrotu. Powstrzymuje go dopiero przydzielony do szkoły funkcjonariusz Conroy celnym strzałem w klatkę piersiową. Gdyby nie Conroy tam, na miejscu, wszystko skończyłoby się zupełnie inaczej. Powstrzymać złego człowieka z bronią może tylko...
- Dobry człowiek z bronią. Tak, to znane powiedzenie - wtrąciłam. - Potwierdziliście już, że została zamordowana, zanim Adam Clarke wszedł do szkoły z bronią?
- Nie mamy jeszcze precyzyjnie określonego czasu zgonu, ale jesteśmy przekonani, że tak było. Wstępne oględziny sugerują, że została zamordowana poprzedniej nocy, ale żeby mieć pewność, oczywiście musimy zaczekać na raport patologa.
Zapisałam sobie, żeby jak najszybciej skontaktować się z patologiem. To potrwa kilka dni. Gdyby dziewczyna zginęła, zanim Adam poszedł do szkoły, znaczyłoby to, że nie żyje od ponad tygodnia, a wiadomo, że im szybciej po śmierci ciało zostanie przebadane, tym dokładniejsze będą wyniki. Nie dało się określić, jak długo leżała w tym kontenerze, ponieważ opróżniano go raz w tygodniu, a czytałam, że została znaleziona w ten sam dzień, w którym wywożono śmieci. Mogła więc leżeć tam przez cały tydzień w upale, co na pewno przyspieszyłoby proces rozkładu i utrudniłoby dokładne określenie czasu zgonu. W tym wypadku precyzyjne określenie go było kluczowe. Gdyby została zabita po 11.47 1 października, sprawcą nie mógłby być mój brat, który wtedy leżał już na podłodze szkolnej stołówki z raną postrzałową klatki piersiowej. Proste.
- A macie już przyczynę zgonu? - zapytałam.
- Również nie. Nadal czekamy na wyniki sekcji. Powinny być za parę dni, do tygodnia.
- Jakieś obrażenia? Siniaki?
- Była nieźle poobijana. Zabawił się z nią, zanim ją zabił, chory bydlak. Zerwał jej wszystkie paznokcie. Do pobicia użył jakiegoś narzędzia, którego jeszcze nie zidentyfikowaliśmy. Wie pani co, mam robotę...
- Już kończę, jeszcze tylko jedno pytanie. - Zajrzałam do notatek, które porobiłam poprzedniego wieczoru, kiedy przyglądałam się sprawie i podsumowywałam, co jak dotąd ma sens, a co nie.
McMillen mlasnął językiem. Sydney czekała w korytarzu. Posłał jej pożądliwe spojrzenie, od którego przeszły mnie ciarki.
- Oczywiście.
- Jedna kwestia nie daje mi spokoju. Przez całą noc się nad nią zastanawiałam i w kółko dochodziłam do jednego wniosku.
- Oczywiście. - Mężczyzna znów mlasnął, po czym odchylił się na oparcie fotela, a czarny but położył na biurku.
- Po jej zniknięciu media opublikowały zapis kilku połączeń z dziewięćset jedenaście, które wykonała Allyson. Według nich dzwoniła z domu porywacza. Zadzwoniła trzy razy i powiedziała dyspozytorowi, że ma kłopoty, wzywała policję. To właśnie mnie niepokoi. Nie wiedziała, gdzie jest, nie znała adresu. Jeśli dobrze rozumiem, Adam Clarke i Allyson Woodland od roku byli parą. Przecież znałaby jego adres.
McMillen wzruszył ramionami.
- Mógł ją dokądś wywieźć, do jakiegoś pustego domu za miastem. Pełno ich na wyspie. Może do letniego domku przy plaży. Powiedziała przecież, że miał na sobie kominiarkę, mogła go nie rozpoznać.
- Ale wywiózł ją tam niebieskim samochodem. Adam ma piętnaście lat, nie ma ani samochodu, ani nawet prawa jazdy.
- Samochód mógł ukraść. Wielu piętnastolatków potrafi prowadzić, nie potrzebują do tego prawka.
Przez chwilę milczałam, po czym podniosłam wzrok na detektywa.
- Nazywała go w tych rozmowach mężczyzną. Kiedy mówiła, kto po nią idzie, nazwała napastnika mężczyzną. Nie chłopakiem.
Wzruszył ramionami.
- Moim zdaniem piętnastolatek jest mężczyzną, zwłaszcza jeśli postanawia zabić. Wtedy przestaje być dzieckiem. Przynajmniej dla mnie.
- Nie sądzi pan, że nazywałaby go po imieniu? - zapytałam z niedowierzaniem. To się w ogóle nie trzymało kupy. Doświadczenie podpowiadało mi, że jeśli zbyt wiele spraw wymaga doprecyzowania albo nie ma sensu, ktoś coś przeoczył. - Kiedy padło pytanie, kto po nią idzie - dodałam wzburzona tym, że mój rozmówca wolał ignorować wszystko to, na co zwracałam mu uwagę. - Czy nie powiedziałaby, że to jej chłopak, nie nazwałaby go po imieniu?
McMillen spojrzał na zegarek, westchnął i potarł twarz dłońmi.
- Miał kominiarkę.
- Ale przecież poznałaby własnego chłopaka, nie uważa pan? Człowieka można poznać nie tylko po twarzy. Poznałaby go po dłoniach, postawie, oczach.
- Wie pani co, nie mam na to czasu.
Wstałam.
- Zajmę panu jeszcze tylko chwilę. Ostatnie pytanie. Proszę na nie odpowiedzieć i będzie mnie pan miał z głowy. Według zapisów rozmów z dziewięćset jedenaście biuro szeryfa wysłało po nią patrol na adres, który podała dyspozytorowi. Nikt się tam jednak nie pojawił, prawda? Słychać frustrację i zdenerwowanie dyspozytora, że patrolu jeszcze nie ma, kiedy Allyson dzwoni po raz trzeci. Rozmowa kończy się, bo na linii pojawia się ktoś jeszcze, a Allyson krzyczy w tle. Co się stało?
- To nie pani sprawa.
- Wysłaliście patrol pod zły adres, prawda? Nawaliliście i nie chcecie, żeby opinia publiczna się dowiedziała. Nie wykorzystaliście szansy, by ocalić Allyson, bo posłaliście cholerny patrol pod zły adres. Mam rację? O to chodzi? Dyspozytor źle usłyszał? Czy może policja? Znaleźliście w końcu właściwy dom, ale było już za późno? Namierzyliście telefon, z którego dzwoniła Allyson?
McMillen wstał. Oparł knykcie na biurku, jego nozdrza drżały, zaczął cedzić słowa przez zaciśnięte zęby.
- Nie ma pani prawa przychodzić tutaj i mówić mi, jak mam wykonywać swoją robotę. Nieważne, że była pani w FBI. Robimy tu różne rzeczy po swojemu i tego się trzymamy. Poza tym myśli pani, że nie wiem, kim pani naprawdę jest i dlaczego tu jest? Ten chłopak to pani brat, co nie? Adam Clarke to pani braciszek. Takie słyszę plotki. Zgodziłem się z panią porozmawiać, bo żal mi pani i waszej rodziny, ale to koniec. Proszę opuścić moje biuro, drzwi są za panią. Proszę je za sobą zamknąć. Dziękuję.