5. Medytacje o kości gnykowej
- Wszystko zaczyna się in medias res, a jeśli masz szczęście, tak też
się kończy. - Roger przełknął i poczułam pod palcami jego poruszającą
się krtań. Skóra na szyi w miejscu, gdzie trzymałam rękę, była chłodna i gładka, chociaż czułam na palcu drobniutkie ukłucia zarostu tuż pod
szczęką.
- Tak powiedział doktor McEwan? - zapytałam z zainteresowaniem. -
Ciekawa jestem, o co mu chodziło.
Roger miał przymknięte oczy - ludzie zwykle zamykali oczy podczas
badania, jakby próbowali chronić swoją prywatność, na ile to możliwe -
ale na te słowa je otworzył. W porannym świetle lśniły głęboką zielenią
tęczówek.
- Zapytałem go. Powiedział, że z jego punktu widzenia nic tak naprawdę
nie zaczyna się ani nie zatrzymuje. Ludzie myślą, że życie dziecka
zaczyna się w momencie narodzin, ale najwyraźniej tak nie jest, bo
widać, jak dziecko porusza się w łonie matki, a jeśli przyjdzie na świat
za wcześnie, często żyje krótko i można zobaczyć, że wszystkie jego
zmysły działają, nawet jeśli nie uda mu się utrzymać przy życiu.
Teraz ja przymknęłam oczy, nie dlatego, by zaniepokoiło mnie spojrzenie
Rogera, lecz po to, by się skupić na wibracji jego słów. Przesunęłam
dłonie nieco niżej.
- Cóż, miał rację - powiedziałam, przywołując jednocześnie w pamięci
anatomię szyi. - Dzieci rodzą się już na pełnym biegu. Wszystkie procesy
życiowe, z wyjątkiem oddychania, działają dużo wcześniej. Ale mimo
wszystko to dość zagadkowa uwaga.
- Tak. - Znowu przełknął ślinę i poczułam jego ciepły oddech na nagim
przedramieniu. - Próbowałem go podpytywać, bo najwyraźniej miało to być
wyjaśnienie, a w każdym razie próba wyjaśnienia. Nie sądzę, żebyś
potrafiła opisać to, co właściwie robisz, kiedy kogoś uzdrawiasz,
prawda?
Uśmiechnęłam się, nie otwierając oczu.
- Mogłabym spróbować. Ale widzę tu błąd: ja właściwie nie uzdrawiam
ludzi. Uzdrawiają się sami. Ja ich tylko... wspieram.
Wydał dźwięk, który nie był do końca śmiechem, i jego krtań dwukrotnie
uniosła się i opadła. Wydawało mi się, że wyczuwam pod kciukiem lekkie
wgłębienie w miejscu, gdzie chrząstka została częściowo zmiażdżona przez
sznur. Dla porównania przyłożyłam drugą dłoń do własnej szyi.
- Właściwie on też tak powiedział... to znaczy Hector McEwan. Ale naprawdę
uzdrawiał ludzi. Widziałem to.
Opuściłam obie ręce i otworzyłam oczy.
Roger krótko streścił mi historię swojej znajomości z Williamem
Buccleighem - od roli, jaką Buck odegrał podczas jego powieszenia w Alamance, przez ponowne pojawienie się jego przodka w Inverness w 1980
roku, aż do tego, jak Buck przyłączył się do poszukiwań Jema, kiedy były
współpracownik Brianny, Rob Cameron, porwał chłopca.
- Właśnie wtedy stał się... kimś więcej niż tylko znajomym. - Roger
spuścił wzrok i odchrząknął. - Poszedł szukać Jema razem ze mną.
Oczywiście Jema tam nie było, ale znaleźliśmy innego Jeremiaha. Mojego
ojca - powiedział nagle i jego głos załamał się przy tym słowie.
Odruchowo sięgnęłam po jego rękę, ale odprawił mnie odmownym gestem i znów odchrząknął.
- W porządku. Ja... opowiem ci o tym... później. - Przełknął ślinę,
wyprostował się lekko i znów spojrzał mi w oczy. - Ale Buck, tak go
nazywaliśmy, kiedy przeszliśmy przez kamienie, szukając Jema, obydwaj...
ucierpieliśmy przy tym przejściu. Mówiłaś chyba, że jeśli robi się to
więcej niż raz, jest gorzej?
- Nie powiedziałabym, że jeden raz jest nieszkodliwy - odrzekłam i wzdrygnęłam się w duchu na wspomnienie tej pustki, chaosu, w którym
wydaje się nie istnieć nic oprócz zgiełku. Tylko to i nikłe przebłyski
myśli pozwalają ci przetrwać w całości od jednego oddechu do następnego.
- Ale tak, jest gorzej. Co ci się stało?
- Mnie nic takiego. Na jakiś czas straciłem przytomność, a kiedy się
ocknąłem, nie mogłem złapać tchu. Lepki pot, dezorientacja; przez chwilę
nie potrafiłem utrzymać równowagi i zataczałem się. Ale Buck... -
Zmarszczył brwi i wyraz jego oczu się zmienił; znów widział przed sobą
zielony szczyt wzgórza Craigh na Dun, gdy obudził się z twarzą zmoczoną
deszczem, tak jak ja się budziłam trzykrotnie. Poczułam mrowienie na
karku.
- Wyglądało to na problemy z sercem. Miał bóle w klatce piersiowej i w lewym ramieniu i kłopoty z oddychaniem. Mówił, że czuje ciężar w piersi,
i nie mógł wstać. Przyniosłem mu wody i po jakimś czasie wydawało się,
że poczuł się lepiej. W każdym razie mógł chodzić i odrzucił propozycję,
żebyśmy zatrzymali się na odpoczynek.
Rozstali się wtedy. Buck miał przeszukać drogę do Inverness, Roger
wybierał się do Lallybroch i...
- Lallybroch! - Tym razem złapałam go za ramię. - Byłeś tam?
- Tak. - Uśmiechnął się i ujął moją dłoń spoczywającą na jego ramieniu.
- Spotkałem Briana Frasera.
- Ty... ale... Briana? - Potrząsnęłam głową, żeby rozjaśnić myśli. To nie
miało sensu.
- Tak, to nie miało sensu - potwierdził, najwyraźniej odczytując moje
myśli. - My... nie trafiliśmy tam, gdzie... to znaczy wtedy, dokąd
zamierzaliśmy trafić. Znaleźliśmy się w tysiąc siedemset trzydziestym
dziewiątym roku.
Przez chwilę wpatrywałam się w niego, a on bezradnie wzruszył ramionami.
- Później - powiedziałam stanowczo i znów wyciągnęłam ręce do jego szyi,
myśląc: In medias res. Co, do diabła, McEwan chciał przez to
powiedzieć?
Słyszałam odległe krzyki dzieci dobiegające od strony strumienia i skrzeczenie jastrzębia na wysokim pniu po drugiej stronie polany. Byłam
w stanie dostrzec jego - lub ją - kątem oka: duży, ciemny kształt, jak
torpeda wisząca na martwej gałęzi. Zaczęłam też słyszeć - a przynajmniej
wydawało mi się, że słyszę - szum krwi w szyi Rogera, słaby dźwięk,
odrębny od uderzeń pulsu. Fakt, że wyraźnie słyszałam to opuszkami
palców, wydawał mi się szokująco zwyczajny.
- Porozmawiaj ze mną jeszcze trochę - poprosiłam, w równej mierze po to,
by nie słyszeć tego, co wydawało mi się, że słyszałam, jak i po to, by
rozluźnił krtań. - O czymkolwiek.
Przez chwilę mruczał z namysłem, po czym rozkaszlał się, więc opuściłam
rękę, żeby mógł odwrócić głowę.
- Przepraszam - powiedział. - Bobby Higgins mówił, że Ridge się
rozrasta, podobno jest wiele nowych rodzin?
- Plenią się jak chwasty - potwierdziłam, cofając rękę. - Po naszym
powrocie z Savannah, gdzie zawiały nas na chwilę wichry wojny, okazało
się, że przybyło co najmniej dwadzieścia nowych rodzin, a od tamtej pory
pojawiły się jeszcze trzy.
Skinął głową, zmarszczył lekko brwi i rzucił mi z ukosa zielone
spojrzenie.
- Przypuszczam, że żaden z nowych osadników nie jest duchownym?
- Nie - odrzekłam szybko. - Czy to właśnie... to znaczy, nadal myślisz,
że...
- Tak. - Spojrzał na mnie nieco nieśmiało. - Nie jestem jeszcze w pełni
ordynowany; będę musiał jakoś do tego doprowadzić. Ale kiedy
postanowiliśmy wrócić, rozmawialiśmy... Bree i ja. O tym, co moglibyśmy
robić. Tutaj. I... - Oparł dłonie na kolanach i wzruszył ramionami. - To
właśnie mogę robić.
- Byłeś tu wcześniej duchownym - powiedziałam, obserwując jego twarz. -
Czy naprawdę powinieneś być formalnie ordynowany, aby znów to robić?
Nie musiał się zastanawiać; wszystko miał już dawno przemyślane.
- Tak - odrzekł. - Nie czuję... aby to było złe... że wcześniej chowałem
ludzi, udzielałem im ślubów i chrzciłem. Ktoś musiał to robić, a nie
było nikogo oprócz mnie. Ale chcę robić to jak należy. - Uśmiechnął się
lekko. - To chyba jak różnica między związkiem według prawa zwyczajowego
a byciem w prawdziwym małżeństwie. Między obietnicą a przysięgą. Nawet
jeśli wiesz, że nigdy nie złamiesz obietnicy, chcesz... - Szukał
odpowiednich słów. - Chcesz poczuć wagę przysięgi. Czegoś, co będzie
stać za tobą.
Przysięga. Kilka ich złożyłam. Miał rację; wszystkie - nawet te, które
złamałam - coś znaczyły, miały swoją wagę. Niektóre wciąż za mną stały.
- To jest różnica - zgodziłam się.
- Wiesz, miałaś rację - stwierdził ze zdziwieniem i uśmiechnął się do
mnie. - Łatwo rozmawiać z lekarzem, szczególnie z takim, który trzyma
cię za gardło. Czy to znaczy, że chcesz spróbować metody McEwana?
Wyprostowałam się i mimowolnie poruszyłam rękami.
- To nie może być bolesne - powiedziałam z nadzieją, że się nie mylę. -
Wiesz... - dodałam z wahaniem, wyczuwając palcami jego jabłko Adama.
- Wiem - odrzekł szorstko. - Żadnych oczekiwań. Jeśli coś się wydarzy...
no to się wydarzy. Jeśli nie, nic na tym nie stracę.
Skinęłam głową i zaczęłam delikatnie badać jego szyję opuszkami palców.
Tracheotomia, którą wykonałam, by uratować mu życie, pozostawiła
niewielką bliznę, wgłębienie długości około cala. Przesunęłam po nim
kciukiem, wyczuwając zdrowe pierścienie chrząstki powyżej i poniżej. Od
leciutkiego dotyku Roger nagle zadrżał, na jego szyi pojawiła się drobna
gęsia skórka. Zaśmiał się.
- Jakby ktoś przeszedł po moim grobie.
- Raczej jakby przydeptał ci gardło - odparłam z uśmiechem. - Powtórz
jeszcze raz, co powiedział doktor McEwan. Wszystko, co pamiętasz.
Nie cofnęłam ręki i poczułam drgnięcie jego grdyki, gdy mocno
odchrząknął.
- Uciskał moją szyję tak jak ty - rzekł, odwzajemniając uśmiech. - I zapytał mnie, czy wiem, co to jest kość gnykowa. Powiedział - Roger
mimowolnie uniósł dłoń i zatrzymał ją kilka centymetrów od szyi - że
moja jest położona o jakiś cal wyżej niż u większości ludzi i że gdyby
była w normalnym miejscu, już bym nie żył.
- Doprawdy - stwierdziłam z zaciekawieniem i wsunęłam kciuk pod jego
szczękę. - Przełknij, proszę.
Przełknął. Nie odrywając palców od jego szyi, dotknęłam własnej i również przełknęłam.
- Niech mnie diabli. To niewielka próbka badawcza i przyznaję, że mogą
istnieć różnice związane z płcią, ale on mógł mieć rację. Może jesteś
neandertalczykiem.
- Czym? - Wpatrzył się we mnie.
- To tylko żart - zapewniłam. - Ale to prawda, że kość gnykowa stanowi
jedną z różnic między neandertalczykami a współczesnymi ludźmi.
Większość naukowców uważa, że w ogóle jej nie mieli i dlatego nie mogli
mówić, ale mój wuj Lamb twierdził, że... Ta kość jest konieczna, żeby
mówić wyraźnie - wyjaśniłam, widząc jego puste spojrzenie. - Zakotwicza
język. Mój wuj nie sądził, by neandertalczycy byli niemowami, więc ich
kość gnykowa musiała się znajdować w innym miejscu.
- To niezwykle fascynujące - powiedział Roger uprzejmie.
Odchrząknęłam i znów otoczyłam dłońmi jego szyję.
- Tak. A co zrobił McEwan po tym, jak powiedział ci o kości gnykowej?
Jak dokładnie cię dotykał?
Lekko odchylił głowę do tyłu, podniósł ręce i poprawił ułożenie mojej
dłoni, przesuwając ją o cal w dół i delikatnie rozkładając palce.
- O tak - powiedział. Moje palce obejmowały teraz, a w każdym razie
dotykały, wszystkich głównych struktur jego gardła, od krtani po kość
gnykową.
- I co potem? - Wsłuchiwałam się uważnie nie w jego głos, lecz w jego
ciało. Dziesiątki razy kładłam ręce na jego szyi, szczególnie gdy wracał
do zdrowia po powieszeniu, ale ze względu na okoliczności nie dotykałam
jej już od kilku lat aż do dzisiaj. Wyczuwałam pod skórą silne, jędrne
mięśnie szyi, czułam puls, mocny i regularny, był nieco przyśpieszony i zdałam sobie sprawę, jak ważne może to być dla niego. Ogarnęła mnie
niepewność; nie miałam pojęcia, co zrobił Hector McEwan ani co Rogerowi
się wydawało, że zrobił, a tym bardziej nie wiedziałam, co mam zrobić
ja.
"Po prostu wiem, jak powinna wyglądać zdrowa krtań, i czuję, jaka jest
twoja, i... Kładę tam palce i wizualizuję ją taką, jaka powinna być". Tak
McEwan odpowiedział na pytania Rogera. Zastanawiałam się, czy wiem, jak
wygląda normalna krtań.
- Miałem wrażenie ciepła. - Roger znów przymknął oczy, koncentrując się
na moim dotyku. Czułam pod nasadą dłoni gładkie wybrzuszenie jego
krtani; podrygiwało lekko, gdy przełykał. - Nic uderzającego, tylko
takie wrażenie, jak gdy wchodzisz do pomieszczenia, w którym pali się
ogień.
- Czy mój dotyk wydaje ci się ciepły? - Pomyślałam, że powinno tak być;
jego skóra była chłodna.
- Tak - rzekł, nie otwierając oczu. - Ale to jest na zewnątrz, a kiedy
McEwan... zrobił to, co zrobił, czułem to w środku. - Ściągnął w skupieniu
ciemne brwi. - Czułem to... tutaj. - Podniósł rękę i przesunął mój kciuk
na prawo, tuż pod gnyką. - I... tutaj. - Otworzył oczy ze zdziwienia i przycisnął dwa palce do miejsca o cal lub dwa powyżej obojczyka, po
lewej stronie wcięcia szyjnego. - Dziwne, ale tego nie pamiętałem.
- Tam też cię dotykał? - Przesunęłam palce w dół i poczułam, że
wszystkie zmysły wyostrzają mi się jak zawsze, gdy ciało pacjenta
pochłania całą moją uwagę. Roger też to poczuł i w jego oczach błysnęło
zaskoczenie.
- Co...? - zaczął, ale zanim którekolwiek z nas zdążyło powiedzieć coś
jeszcze, na polanie rozległ się pisk, a potem zgiełk dziecięcych głosów,
kolejne piski oraz wrzask niewątpliwie rozwścieczonej Mandy:
- Jesteś zły, jesteś zły, jesteś zły i nienawidzię cię! Jesteś zły i pójdzieś do piekła!
Roger zerwał się na równe nogi.
- Amando! - ryknął. - Chodź tu natychmiast!
Ponad jego ramieniem zobaczyłam Amandę. Z twarzą wykrzywioną z wściekłości próbowała wyrwać swoją lalkę Esmeraldę Germainowi, on zaś,
wymachując lalką nad głową dziewczynki, zręcznie unikał jej kopniaków.
Zaskoczony krzykiem Rogera, podniósł wzrok i w tej samej chwili Amanda z całej siły wymierzyła mu kopniaka w goleń. Miała na nogach mocne półbuty
i odgłos był wyraźnie słyszalny, choć natychmiast zagłuszył go okrzyk
bólu Germaina. Jemmy, zdjęty zgrozą, złapał Esmeraldę, wepchnął ją w ramiona Amandy, obejrzał się przez ramię z wyraźnym poczuciem winy i uciekł do lasu, a za nim pokuśtykał Germain.
- Jeremiah! - ryknął Roger. - Stój!
Jem zamarł jak trafiony promieniem z broni laserowej; Germain nie
zatrzymał się i zniknął w krzakach wśród trzasków i szelestów.
Patrzyłam na chłopców, ale na odgłos krztuszenia się szybko przeniosłam
wzrok na Rogera. Pobladł i zacisnął obie dłonie na szyi. Chwyciłam go za
ramię.
- Wszystko w porządku?
- Nie... nie wiem - szepnął ochryple z bladym, zbolałym uśmiechem. -
Wydaje mi się, że... coś sobie naciągnąłem.
- Tatuś? - odezwał się cichy głosik obok mnie. Amanda dramatycznie
pociągnęła nosem, rozcierając łzy po całej twarzy. - Tatuś jest na mnie
zły?
Roger odetchnął głęboko, zakaszlał, przykucnął i wziął ją w ramiona.
- Nie, kochanie - powiedział cicho, ale zupełnie normalnym głosem. Moje
napięcie zaczęło opadać. - Nie jestem na ciebie zły, ale nie wolno ci
mówić nikomu, że pójdzie do piekła. Chodź, umyjemy ci buzię. - Podniósł
się, trzymając Amandę na rękach, i spojrzał na mój stół, na którym
znajdowała się miska i dzbanek.
- Ja to zrobię - powiedziałam, wyciągając ręce po Mandy. - Może ty
pójdziesz i... hm... porozmawiasz z Jemem?
- Mhm - mruknął i oddał mi dziewczynkę. Mandy, która lubiła się
przytulać, natychmiast przywarła do mojej szyi i objęła mnie nogami.
- Lalce też umyjemy buzię? - zapytała. - Ci niegzecni chłopcy ją
pobludzili!
Nieuważnie słuchałam czułości Mandy pod adresem Esmeraldy przeplatanych
donosami na jej brata i Germaina, ponieważ moja uwaga skupiona była na
tym, co się działo na polanie pod nami. Słyszałam głos Jema, wysoki i kłótliwy, a także Rogera, stanowczy i znacznie niższy, ale nie
potrafiłam rozróżnić słów. Roger jednak mówił, nie krztusząc się ani nie
kaszląc... Dobrze.
Jeszcze lepsze było, jak wrzasnął na dzieci. Zdarzało się to już
wcześniej - przy dzieciach wśród dzikiej przyrody była to konieczność -
ale zawsze przy tym głos mu się łamał, a potem Roger kaszlał i odchrząkiwał. McEwan powiedział, że poprawa będzie niewielka, a uzdrowienie wymaga czasu.
Czy rzeczywiście jakoś mu pomogłam?
Spojrzałam krytycznie na własną dłoń, ale wyglądała tak samo jak zawsze:
na wpół zagojone skaleczenie na środkowym palcu, plamy po zrywaniu jeżyn
i pęknięty pęcherz na kciuku po tym, jak gołą ręką, nie używając
uchwytu, złapałam patelnię pełną bekonu, który zajął się ogniem na
palenisku. Nigdzie nie było ani śladu niebieskiego światła.
- Cio to, babciu? - Amanda wychyliła się od stołu i spojrzała na moją
odwróconą rękę.
- Które? Ta czarna plama? To chyba atrament. Wczoraj opisywałam w mojej
książce wysypkę Kirsty Wilson. - Na początku myślałam, że to tylko
zatrucie sumakiem, ale wysypka utrzymywała się niepokojąco długo. Nie
było jednak gorączki... może to pokrzywka? A może jakaś nietypowa
łuszczyca?
- Nie, to. - Mandy szturchnęła mokrym, pulchnym paluszkiem nasadę mojej
dłoni. - To litera! - Obróciła głowę, by przyjrzeć się lepiej, i czarne
loki połaskotały mnie w ramię. - To litera "J"! - obwieściła
triumfalnie. - "J" jak Jemmy! Nienawidzę Jemmy'ego - dodała, marszcząc
brwi.
- Eee... - mruknęłam z konsternacją. To rzeczywiście była litera "J".
Blizna zbladła do cienkiej, białej linii, ale w odpowiednim świetle
nadal była wyraźnie widoczna. Blizna, którą Jamie dał mi w podarunku,
kiedy zostawiałam go pod Culloden. Zostawiłam go na śmierć, a sama
uciekłam przez kamienie, by uratować jego nieznane, nienarodzone
dziecko. Nasze dziecko. A gdybym tego nie zrobiła?
Spojrzałam na Mandy. Miała oczy w kolorze koniaku, czarne loki i była
doskonała jak małe wiosenne jabłuszko. W pewnej odległości słyszałam
Jema, który teraz śmiał się z czegoś razem z ojcem. Kosztowało nas to
dwadzieścia lat rozdzielenia - dwadzieścia lat bólu serca, cierpień i niebezpieczeństw. Było warto.
- To od imienia dziadka. "J" jak Jamie - wyjaśniłam Amandzie, która
kiwnęła głową z pełnym zrozumieniem, przyciskając do piersi przemoczoną
Esmeraldę. Dotknęłam jej promiennego policzka, przez chwilę wyobrażając
sobie, że moje palce mają niebieski odcień, chociaż tak nie było.
- Mandy - powiedziałam pod wpływem impulsu. - Jakiego koloru są moje
włosy?
"Kiedy twoje włosy staną się białe, osiągniesz pełną moc". Stara
szamanka z plemienia Tuscarora o imieniu Nayawenne powiedziała mi to
wiele lat temu - to, a także wiele innych niepokojących rzeczy.
Mandy przez chwilę wpatrywała się we mnie, po czym stwierdziła
zdecydowanie:
- Pręgowane.
- Co? Na litość boską, skąd znasz takie słowo?
- Od wujka Joe. Mówił, jakiego koloru jest Borsuk.
- Kto to jest Borsuk?
- Piesek cioci Gail.
- Hmm - odrzekłam. - W takim razie jeszcze nie. Dobrze, kochanie,
powieśmy teraz Esmeraldę, żeby wyschła.
6. Wraca myśliwy, wraca z polowania
Jamie i Brianna wrócili późnym popołudniem i przynieśli kilka wiewiórek,
czternaście gołębi oraz duży kawał poplamionego i postrzępionego płótna,
z którego po rozwinięciu wyłoniło się coś, co przypominało pozostałości
po wyjątkowo makabrycznym morderstwie.
- Kolacja? - spytałam, ostrożnie poruszając strzaskaną kością wystającą
z masy sierści i śliskiego mięsa. Zapach był żelazisty i krwisty, z zatęchłą nutą, która wydawała się znajoma, ale rozkład nie był jeszcze
zauważalny.
- Tak, jeśli dasz radę, Angliszko. - Jamie zbliżył się i zmarszczył
brwi, spoglądając na zakrwawione szczątki. - Oczyszczę ci to, ale
najpierw potrzebuję odrobiny whisky.
Koszulę i spodnie miał pokryte plamami krwi i dlatego w pierwszej chwili
nie zwróciłam uwagi na równie zakrwawioną szmatę owiniętą wokół jego
nogi, teraz jednak zauważyłam, że kuleje. Ze zmarszczonym czołem
podeszłam do dużego kosza z jedzeniem, drobnymi narzędziami i lekarstwami, który codziennie rano taszczyłam na miejsce budowy domu.
- Sądząc po tym, co z niego zostało, przypuszczam, że to jest, czy
raczej był, jeleń. Naprawdę rozerwałeś go gołymi rękami?
- Nie tato, tylko niedźwiedź to zrobił - wyjaśniła Bree z poważną miną i wymieniła konspiracyjne spojrzenia z ojcem, który mruknął gardłowo.
- Niedźwiedź - powtórzyłam. Wzięłam głęboki oddech i wskazałam na jego
koszulę. - Dobrze. Ile z tej krwi jest twojej?
- Niewiele - odrzekł spokojnie, siadając na Wielkiej Kłodzie. - Whisky?
Obrzuciłam czujnym spojrzeniem Briannę, ale wydawała się cała. Była
brudna, koszulę miała poznaczoną szarozielonymi ptasimi odchodami, ale
nie była ranna. Jej twarz promieniała słońcem i szczęściem. Uśmiechnęłam
się na ten widok.
- Whisky wisi tam, w tej blaszanej manierce. - Wskazałam głową na wielki
świerk po drugiej stronie polany. - Może ją przyniesiesz ojcu, a ja
sprawdzę, co zostało z jego nogi?
- Jasne. Gdzie są Mandy i Jem?
- Po raz ostatni widziano ich, jak bawili się nad strumieniem z Aidanem
i jego braćmi. Nie martw się - dodałam, widząc, że przygryzła dolną
wargę. - Tam jest bardzo płytko, a Fanny obiecała, że pójdzie nazbierać
pijawek i popilnuje Mandy. Fanny jest bardzo odpowiedzialna.
- Mm-hmm. - Bree wciąż miała wątpliwości. Widziałam, jak walczy z instynktem macierzyńskim, który kazał jej natychmiast wyciągnąć Mandy ze
strumienia. - Nie pamiętam Fanny, chociaż wiem, że musiałam ją poznać
wczoraj wieczorem. Gdzie ona mieszka?
- Z nami - powiedział Jamie rzeczowo. - Au!
- Nie ruszaj się - poleciłam, rozszerzając dwoma palcami ranę na jego
nodze i wlewając do niej roztwór soli fizjologicznej. - Nie chciałbyś
umrzeć na tężec, prawda?
- A co byś zrobiła, Angliszko, gdybym powiedział, że tak?
- To samo, co robię teraz. Nie obchodzi mnie, czy tego chcesz, czy nie.
Nie dopuszczę do tego.
- No to po co mnie pytasz? - Wyciągnął przed siebie nogi, oparł z tyłu
dłonie na ziemi i spojrzał na Bree. - Fanny jest sierotą. Twój brat
wziął ją pod opiekę.
Na twarzy Bree odbiło się niemal komiczne niezrozumienie.
- Mój brat. Willie? - zapytała niepewnie.
- O ile twoja matka niczego przede mną nie ukrywa, to nie masz innego
brata - zapewnił ją Jamie. - Ano, William. Jezu, Angliszko, jesteś
gorsza od niedźwiedzia!
Przymknął oczy, żeby nie patrzeć na to, co robiłam z jego nogą, kiedy
powiększałam ranę lancetem i czyściłam. Nie była zbyt groźna, ale
głęboka i moja uwaga o tężcu nie była tylko czystą retoryką. Nie
chodziło mi też o to, by dać Bree chwilę na odzyskanie równowagi.
Spojrzała na niego z głową przechyloną na bok.
- A więc - powiedziała powoli. - To znaczy... on wie, że jesteś jego
ojcem?
Jamie skrzywił się, nie otwierając oczu.
- Wie.
- Nie cieszy się z tego? - Kącik jej ust powędrował do góry, ale
spojrzenie i głos były przepełnione współczuciem.
- Prawdopodobnie nie.
- Jeszcze nie - mruknęłam, zmywając krew z długiej kości piszczelowej.
Jamie parsknął. Bree wydała z siebie bardziej kobiecą wersję tego samego
dźwięku i poszła po whisky. Jamie usłyszał jej kroki i otworzył oczy.
- Jeszcze nie skończyłaś, Angliszko? - Dostrzegłam lekkie drżenie jego
nadgarstków i zdałam sobie sprawę, że opiera się na rękach, aby ukryć
fakt, że cały dygocze z wyczerpania.
- Już nie będę sprawiać ci bólu - zapewniłam. Podniosłam się, opierając
rękę na kłodzie obok jego dłoni, i lekko dotknęłam jego palców. -
Zabandażuję to, a potem powinieneś się położyć z uniesioną nogą.
- Ale nie zasypiaj, tato. - Cień Brianny padł na niego; pochyliła się i podała mu manierkę. - Ian mówił, że przyprowadzi do nas Rachel i matkę
na kolację. - Pocałowała go w czoło. - Nie martw się o Williego -
dodała. - On sobie to poukłada.
- Ano. Mam nadzieję, że nie będzie z tym czekał, aż umrę. - Posłał jej
krzywy uśmiech na znak, że to miał być żart, i uniósł manierkę w toaście.
Wygoniłam protestującego Jamiego do cienia w prowizorycznym gabinecie i kazałam mu się położyć z moim fartuchem zwiniętym pod głową.
- Jadłeś w ogóle coś od śniadania? - zapytałam, opierając jego zranioną
nogę na kawałku drewna wygrzebanym ze sterty.
- Jadłem - odrzekł cierpliwie. - Amy Higgins podała przez Briannę placki
i ser. Zjedliśmy je, czekając, aż niedźwiedź sobie pójdzie. Myślisz, że
gdybym umierał z głodu, to jeszcze bym tego nie powiedział?
- Ach. - Poczułam się głupio. - No tak, wiem. Ale po prostu... -
Odgarnęłam mu włosy z czoła. - Po prostu chciałabym, żebyś się poczuł
lepiej, i nic innego nie przyszło mi do głowy oprócz tego, żeby cię
nakarmić.
Rozśmieszyło go to. Przeciągnął się, wygiął plecy w łuk i ułożył się
wygodniej na zdeptanej trawie.
- To miło z twojej strony, Angliszko. Mnie przychodzi do głowy kilka
innych rzeczy, ale to może kiedy trochę odpocznę. Brianna mówiła, że
cała rodzina Iana przyjdzie na kolację. - Odwrócił głowę i spojrzał w kierunku odległej góry, gdzie słońce zachodziło powoli pośród
rozproszonych po niebie puchatych obłoczków, wyzłacając ich brzuchy.
Oboje westchnęliśmy na ten widok. Odwrócił się i wziął mnie za rękę.
- Chciałbym, żebyś posiedziała tu ze mną chwilę, Angliszko, i powiedziała mi, że nie śnię. Ona naprawdę tu jest? Ona, dzieci i Roger
Mac?
Uścisnęłam jego dłoń i poczułam tę samą radość, jaką widziałam na jego
twarzy.
- Naprawdę. Są tutaj. A właściwie tam. - Zaśmiałam się, bo widziałam na
dole Briannę idącą w stronę drzew nad strumieniem. Jej rozpuszczone
długie włosy w cieniu wydawały się brązowe. Rozwiewał je wieczorny
wietrzyk, gdy wołała dzieci. - Ale wiem, o czym mówisz. Widziałam się
rano z Rogerem i poprosiłam, żeby mi pozwolił obejrzeć swoje gardło.
Czułam się jak niewierny Tomasz. To było takie dziwne, że siedział tuż
przede mną i mogłam go dotknąć, a jednocześnie wcale nie wydawało się to
dziwne.
Lekko potarłam kciukiem wierzch jego dłoni, wyczuwając kostki palców i szorstką bliznę w miejscu, gdzie kiedyś był czwarty palec.
- Ja się tak czuję przez cały czas, Angliszko - powiedział nieco
ochryple i zacisnął palce na moich. - Kiedy budzę się czasem wcześnie
rano i widzę cię obok siebie, wątpię, czy jesteś prawdziwa. Dopóki cię
nie dotknę... albo dopóki nie pierdniesz.
Wyrwałam mu rękę, a on odtoczył się na bok i usiadł, opierając wygodnie
łokcie na kolanach.
- Więc jak to jest z Rogerem? - zapytał, ignorując moje groźne
spojrzenie. - Myślisz, że kiedyś odzyska głos?
- Nie wiem. Naprawdę nie wiem. Ale powtórzę ci, co mi powiedział o człowieku, który nazywał się Hector McEwan...
Słuchał bardzo uważnie, poruszając się tylko po to, by odpędzić chmary
komarów.
- Czy ty sama widziałaś to kiedyś, a nighean? - zapytał, kiedy
skończyłam. - Niebieskie światło, o którym mówił?
Dreszcz, który mnie przeszedł, nie miał nic wspólnego z chłodnym
powietrzem. Odwróciłam wzrok w stronę zapomnianej przeszłości. Albo
przeszłości, o której próbowałam zapomnieć.
- Ja... no cóż, tak. - Przełknęłam ślinę. - Ale myślałam wtedy, że mam
halucynacje, i zresztą możliwe, że tak było. Byłam pewna, że umieram, a bliskość śmierci może zmienić postrzeganie.
- Ano tak - powiedział cierpko. - Ale to nie znaczy, że to, co wtedy
widzisz, nie jest prawdziwe. - Patrzył uważnie na moją twarz,
zastanawiając się nad czymś. - Nie musisz mi mówić - dodał i dotknął
mojego ramienia. - Nie ma potrzeby znów przywoływać takich rzeczy, jeśli
nie przychodzą same.
- Nie - odrzekłam, może trochę za szybko. Odchrząknęłam i wzięłam się w garść. - Nie będę. Po prostu miałam ostrą infekcję i... mistrz Raymond... -
Nie patrzyłam bezpośrednio na niego, ale poczułam, że nagle uniósł
głowę. - Przyszedł i mnie uzdrowił. Nie mam pojęcia, jak to zrobił, w ogóle o niczym nie myślałam wtedy świadomie. Ale widziałam... - Powoli
potarłam dłonią przedramię i znów to zobaczyłam. - Kość w moim ramieniu
była niebieska. To nie był jaskrawy błękit, nie taki jak ten. -
Wskazałam w górę, na wieczorne niebo, które ponad chmurami przybrało
kolor ostróżki. - Bardzo jasny, delikatny błękit. Ale... "świecił" to
właściwie nie jest odpowiednie słowo. To było... żywe.
Tak było. Czułam, jak ten błękit rozchodzi się na zewnątrz z moich
kości, jak przeze mnie przepływa. I poczułam, jak zarazki w moim ciele
eksplodują i umierają jak gwiazdy. Na wspomnienie tego wrażenia włoski
zjeżyły mi się na ramionach i wypełniło mnie dziwne uczucie błogości,
jakby ktoś zamieszał ciepły miód.
Nastrój tej chwili przerwał dziki wrzask z lasu na górze. Jamie odwrócił
się z uśmiechem.
- O, zbliża się mały Oggy. Krzyczy jak puma na polowaniu.
Wstałam i otrzepałam spódnicę z trawy.
- Chyba nigdy nie widziałam głośniejszego dziecka.
Jak na sygnał rozległy się pohukiwania na dole i spomiędzy drzew nad
strumieniem wypadła grupka dzieci. Bree i Roger szli za nimi powoli, z głowami pochylonymi ku sobie. Zdawali się pogrążeni w przyjemnej
rozmowie.
- Będę potrzebował większego domu - powiedział Jamie z namysłem.
Zanim jednak zdążył rozwinąć tę interesującą uwagę, Murrayowie pojawili
się na ścieżce prowadzącej od wschodniej strony grani. Rachel niosła
Oggy'ego, który krzyczał na jej ramieniu, a za nią szedł Ian z dużym
przykrytym koszem.
- Dzieci? - zapytała Rachel Jamiego, oddając Oggy'ego ojcu.
Podniósł się z uśmiechem i skinął w kierunku polany.
- Zobacz sama, a nighean.
Jem, Mandy i Germain, wyłuskani spomiędzy towarzyszy, wlekli się teraz
za Bree i Rogerem, przyjaźnie się przepychając.
- Och - powiedziała Rachel bardzo cicho i jej piwne oczy złagodniały. -
Och, Jamie. Twoja córka jest tak podobna do ciebie - i jej syn też!
- Mówiłem ci. - Ian uśmiechnął się, a ona mocno uścisnęła jego ramię.
- Twoja matka..... - Rachel potrząsnęła głową, jakby nie potrafiła znaleźć
słowa, które adekwatnie oddałoby stan emocjonalny Jenny.
- Wątpię, żeby zemdlała - stwierdził Jamie, wstając ostrożnie. -
Spotkała już kiedyś dziewczynę, ale dzieci nie. Gdzie ona jest? -
Spojrzał na ścieżkę prowadzącą do lasu, jakby oczekiwał, że jego siostra
zmaterializuje się tam pod wpływem jego słów.
- Została dziś na noc u MacNeillów - wyjaśniła Rachel i położyła
Oggy'ego na trawie. Leżał tam, trochę się wiercąc. - Przy pikowaniu
kołder zaprzyjaźniła się z Cairistiną MacNeill. Mąż Cairistiny pojechał
do Salisbury, a ona bała się być sama w nocy, bo ich dom stoi daleko od
najbliższego sąsiada.
Skinęłam głową. Cairistina była bardzo młoda. Niedawno wyszła za
Richarda MacNeilla - była jego trzecią żoną - a pochodziła z Campbelton
w pobliżu Cross Creek. Noc na górze była bardzo ciemna i pełna
niewidzialnych rzeczy.
- To bardzo miło ze strony Jenny - zauważyłam.
Ian prychnął z rozbawieniem.
- Nie powiem, że moja matka nie jest miła, ale mógłbym się założyć, że
poszła tam dla własnej przyjemności, nie tylko ze względu na panią
MacNeill. - Wskazał na Oggy'ego, który zawodził przeciągle; po jego
dolnej wardze spływała strużka śliny. - Chłopak miał kolkę przez trzy
noce z rzędu, a chata jest mała, nie? Postawiłbym trzy do jednego, że
śpi teraz jak kamień, rozciągnięta na łóżku pani MacNeill.
- Pół nocy nosiła go po domu na rękach - dodała Rachel przepraszająco. -
Chciałam go wziąć, ale ona odpowiedziała: "Też coś, a od czego jest
babcia?". - Przykucnęła i sięgnęła po Oggy'ego, zanim ten zdążył wydać z siebie imitację syreny przeciwlotniczej. - Jak ci się podoba Marmaduke,
Claire?
- Mar... ach, chodzi ci o imię dla Oggy'ego? - Szybko zapanowałam nad
twarzą, ale było już za późno. Rachel wybuchnęła śmiechem.
- Jenny to wymyśliła. Mimo wszystko - dodała, wyjmując koniec ciemnego
warkocza spomiędzy zaciśniętych palców syna - Marmaduke Stephenson był
jednym z bostońskich męczenników, bardzo godnym Przyjacielem. To byłoby
dobre imię.
- No cóż, przyznaję, że jeśli nazwiecie go Marmaduke, trudno go będzie
pomylić z kimś innym - oświadczył Jamie, zdobywając się na takt. - I wcześnie nauczyłby się bić. Ale jeśli chcesz go wychować na kwakra...
- No właśnie. - Ian spojrzał na Rachel. - I nie nazwiemy go też Bój się
Boga. Ale może Fortitude; to przyzwoite męskie imię.
- Hmm - odrzekła, patrząc z góry na swego potomka. - A co byś powiedział
na Wisdom? Wisdom Murray? Wisdom Ian Murray?
Ian roześmiał się.
- A jeśli chłopak okaże się głupi? To chyba byłoby proszenie się o kłopoty, nie?
Jamie zerknął na Oggy'ego, przechylając głowę z namysłem. Przeniósł
wzrok na Iana, potem na Rachel i potrząsnął głową.
- Z takich rodziców to mało prawdopodobne. Ale, Rachel... nie
zastanawiałaś się nad tym, żeby uczcić własnego tatę? Jak miał na imię
twój ojciec?
- Mordecai - odrzekła. - Może nie na pierwsze...
Spojrzałam na ogień, drżący i ledwie czerwieniejący w świetle dnia.
- Ianie, czy mógłbyś trochę dołożyć do ognia? Upiekę gołębie w popiele,
a potem... hmm... - Znów powiodłam wzrokiem w dół wzgórza, licząc głowy.
Dzieci Higginsów oddzieliły się od grupy i poszły na kolację do swojej
chaty, więc pozostawało, szybko policzyłam na palcach, siedmioro
dorosłych i czwórka dzieci. Soczewica na kości od szynki, przyprawiana
ziołami, bulgotała w dużym garnku od południa. Bree oskórowała i oczyściła wiewiórki, które przynieśli - najlepiej chyba będzie je
pokroić i wrzucić do garnka. A potem...
- Przynieśliśmy ci mały dodatek do kolacji, Claire. - Rachel wskazała
ruchem głowy kosz na swoim ramieniu. - Nie, Oggy, nie wolno ci ciągnąć
mamy za włosy. Mogłabym się przestraszyć i upuścić cię do ognia, a to
byłaby straszna szkoda, prawda?
Roześmiałam się z tej bardzo kwakierskiej groźby. Oggy jednak prawie
puścił warkocz matki i teraz włożył do ust własną piąstkę, patrząc na
mnie z namysłem. Wyciągnęłam do niego ręce.
- Chodź. Musisz poznać kuzynów, mały Oglethorpe.
*
Noga nie bolała Jamiego zbyt mocno, ale była posiniaczona i tkliwa, czuł
się zatem zadowolony, mogąc siedzieć na wielkim pniaku w pobliżu
prowizorycznego gabinetu Claire i dać odpoczynek kościom, gdy reszta
rodziny przygotowywała kolację.
Brianna, wciąż ubrana w strój myśliwski, który jej pożyczył, zajęła się
szczątkami jelenia. Z dumą patrzył na jej silne ramiona i pewną rękę
operującą nożem. Zastanawiał się, czy wzięła ten talent po nim, czy po
matce. Nie chodziło tylko o ręce ani o prostą umiejętność rozbierania
tuszy zwierzęcia, lecz o siłę charakteru, pomyślał z aprobatą. Widziała,
że jest coś do zrobienia, i nie było potrzeby zadawania żadnych pytań.
Roger rąbał drewno, rozebrany do pasa i spocony. Ten chłopak zawsze
zadawał pytania i to się pewnie nigdy nie zmieni. Jamie miał jednak
wrażenie, że wyczuwa w nim nową determinację; będzie jej potrzebował.
Claire wspominała, że Roger nadal zamierza być pastorem. To dobrze;
ludzie potrzebowali kogoś do obsługi swoich dusz, a Roger najwyraźniej
potrzebował czegoś, czym warto byłoby się zająć. Powiedział Claire, że
zastanawiał się nad tym i podjął decyzję.
Ale Brianna..... jak będzie wyglądało jej życie tutaj, teraz? Kiedy
wcześniej mieszkała w Ridge, przez jakiś czas uczyła w ich malutkiej
szkole, ale nie sądził, by naprawdę jej się to podobało; myślał raczej,
że nie będzie za tym tęsknić. Gdy tak na nią patrzył, podniosła się i przeciągnęła, wyciągając ręce ku niebu. Chryste, jaka to piękna
dziewczyna...
Może będzie miała więcej dzieci. Niemal bał się o tym pomyśleć. Nie
chciał jej stracić; poza tym Jem i Mandy jej potrzebowali. Mimo
wszystko... Na tę myśl w jego piersi zapaliła się mała zielona iskierka
nadziei i uśmiechnął się, patrząc na grupkę dzieci, które znosiły drewno
na opał, rzucały je na ziemię i odbiegały, by dołączyć do trwającej
zabawy. Chyba to była zabawa w chowanego... zauważył także małą Frances,
która niosła wiązkę patyków i bukiecik kwiatów.
Zgubiła gdzieś czepek i ciemne loki opadły jej na jedno ramię. Twarz
miała zaróżowioną od ruchu na świeżym powietrzu i uśmiechała się; ten
widok uszczęśliwił Jamiego.
Coś połaskotało go w nogę, wdzierając się w jego myśli. Na jego
uniesionym kolanie siedziało zielone stworzenie. Wyglądało jak malutka
łopatka.
Ostrożnie zbliżył do niego rękę, ale stworzenie nie bało się go i nie
odleciało ani nie próbowało się zemścić, wchodząc mu do ucha lub nosa,
tak jak muchy. Pozwoliło mu dotknąć swojego grzbietu i tylko potrząsnęło
czułkami z lekką irytacją, ale kiedy spróbował je pogłaskać, nagle
zeskoczyło z jego kolana, szybko jak konik polny, i wylądowało na brzegu
skrzynki z lekarstwami Claire, a tam znieruchomiało, jakby próbując
oszacować sytuację.
- Nie rób tego - doradził owadowi po gaelicku. - Bo skończysz w naparze
albo zostaniesz zmielony na proszek. - Nie miał pojęcia, czy owad na
niego patrzy, ale wyglądało na to, że się zastanawia, po czym znów
podskoczył i zniknął.
Fanny przyniosła Claire jakąś roślinę. Claire, z twarzą rozjaśnioną
zainteresowaniem, obracała w dłoniach liść, wyjaśniając jego
zastosowanie. Fanny się rozpromieniła, zadowolona, że mogła być do
czegoś użyteczna. Jej widok rozgrzewał mu serce. Była tak przerażona,
kiedy Willie ją do nich przyprowadził - i nie dziwił jej się; biedne
dziecko. Jej siostra Jane zajmowała nieco chłodniejszy zakątek jego
serca.
Zmówił krótką modlitwę za spokój duszy Jane, a po chwili wahania jeszcze
jedną, za Williego. Ilekroć myślał o Jane, widział ją w swoim umyśle,
samotną i opuszczoną pośród czarnej nocy, z zupełnie białą, martwą
twarzą w świetle jedynej świecy. Zginęła z własnej ręki i w oczach
Kościoła była potępiona, ale on i tak uparcie modlił się za jej duszę.
Nie mogli go przed tym powstrzymać.
Nie martw się, a leannan, pomyślał z czułością. Dopilnuję, żeby
Frances była bezpieczna, i może pewnego dnia spotkamy się w niebie. Nie
obawiaj się.
Miał nadzieję, że ktoś zapewni bezpieczeństwo Williamowi. Choć
wspomnienie tamtej nocy było straszne, zachował je i przywoływał
świadomie. William przyszedł do niego po pomoc, co wiele znaczyło. To
uczucie, kiedy obydwaj podążali za przegraną sprawą w deszczową,
niebezpieczną noc i razem stali zdjęci rozpaczą przy świetle tej jedynej
świecy. Za późno. To było straszne wspomnienie, którego nie chciał
zatracić.
Mammaidh, pomyślał, gdy nagle przyszła mu do głowy matka. Opiekuj się
moim chłopcem, dobrze?
7. Żywy lub martwy
William, dziewiąty hrabia Ellesmere, wicehrabia Ashness, baron Derwent,
oparty o dąb, robił przegląd swojego stanu posiadania. W tej chwili
składał się nań całkiem dobry koń - ładny ciemny gniadosz z białym nosem
o imieniu Bartholomew (jak poinformował Williama poprzedni właściciel),
a także płócienny worek z żałosną resztką jedzenia, pół butelki
zwietrzałego piwa, przyzwoity nóż i muszkiet, którym w razie
konieczności można byłoby kogoś uderzyć, ponieważ przy próbie oddania
strzału William niewątpliwie straciłby rękę, twarz lub jedno i drugie.
Miał jednak trzy funty, siedem szylingów, dwupensówkę oraz garść
drobnych monet i kawałków metalu, które kiedyś mogły być monetami -
korzystny skutek uboczny przelotnej znajomości z oddziałem amerykańskiej
milicji spotkanym w przydrożnej tawernie. Twierdzili, że pod Monmouth
stanowili część sił Armii Kontynentalnej, a sześć miesięcy wcześniej
byli z generałem Washingtonem w obozie Middlebrook - ostatnim miejscu, w którym widziano żywego kuzyna Williama, Benjamina.
Można było tylko spekulować, czy Benjamin jeszcze żyje, ale William był
zdeterminowany, by trzymać się tego założenia, dopóki nie znajdzie
dowodu na to, że jest inaczej.
Spotkanie z milicją z New Jersey nie dostarczyło mu żadnych nowych
informacji na ten temat, zaowocowało jednak sporą grupką chętnych do gry
w karty, którzy w miarę jak mijał wieczór i opróżniały się butelki,
licytowali coraz wyższe stawki.
William miał nadzieję, że tego wieczoru znajdzie jakieś miejsce, gdzie
wygrane pieniądze zapewnią mu kolację i łóżko; w tej chwili jednak
wydawało się znacznie bardziej prawdopodobne, że przyniosą mu śmierć.
Przekonał się, że człowiek o świcie często żałuje tego, co zrobił, i najwyraźniej dzisiaj to uczucie nawiedziło Amerykanów. Obudzili się
bardziej wojowniczy niż skacowani i wkrótce potem oskarżyli Williama o oszukiwanie przy kartach, zmuszając go do nagłego wyjazdu.
Wyjrzał ostrożnie spod nisko rosnących gałęzi białego dębu. Błotnista
droga biegła jakieś dwieście jardów od jego kryjówki i choć w tej chwili
szczęśliwie była pusta, najwyraźniej stanowiła często uczęszczany szlak,
nierówny i poznaczony śladami końskich kopyt.
Bogu dzięki, w porę usłyszał, że się zbliżają. Sprowadził Barta z drogi
i ukrył się w gąszczu młodych drzewek i pnączy. Podkradł się bliżej i zobaczył kilku z tych, od których wczoraj wygrał pieniądze. Teraz, kiedy
się zdrzemnęli i trochę wytrzeźwieli, zamierzali je odzyskać - tak w każdym razie można było wnosić z ich nieskładnych pokrzykiwań.
Zerknął na zielone światło migoczące pomiędzy liśćmi; był dopiero późny
ranek. Kiepsko. Nie byłoby mądrze wracać do tawerny, gdzie pozostali
członkowie milicji zapewne budzili się ze snu, a nie miał pojęcia, jak
daleko może być do następnej osady. Przestąpił z nogi na nogę i westchnął; nie miał ochoty kręcić się pod drzewem - w tej chwili
uderzyła go myśl, że miało idealną wielkość i kształt, aby powiesić na
nim człowieka - dopóki ścigająca go grupa nie zmęczy się i nie zawróci,
albo aż do zmroku, cokolwiek nastąpi wcześniej.
Potem usłyszał odgłos końskich kopyt, ale było ich mniej. Trzech
mężczyzn, jadących powoli.
Cloaca obscaena. Nie powiedział tego na głos, ale słowa wyraźnie
rozbrzmiały mu w głowie. Jednym z mężczyzn był dżentelmen, od którego
dwa dni wcześniej kupił Barta, a dwaj pozostali należeli do milicji.
Drugą rzeczą, którą uświadomił sobie jasno, było to, że podkowa na
prawym przednim kopycie Barta miała duże trójkątne wyszczerbienie.
Nie czekał, by sprawdzić, czy były właściciel zdoła wypatrzeć trop Barta
na błotnistej drodze. Schował się za pień dębu i zaczął się przedzierać
przez zarośla najszybciej jak mógł, nie zważając na hałas.
Bart, który wcześniej węszył przy ziemi w poszukiwaniu czegoś jadalnego,
teraz stał z uniesionym łbem i nastawionymi uszami, z zainteresowaniem
rozdymając nozdrza.
- Nie! - szepnął William gorączkowo. - Nie...
Koń głośno zarżał.
William wskoczył na siodło, jedną ręką zebrał wodze, a drugą sięgnął po
muszkiet.
- Jedź! - krzyknął, trącając konia obcasami. Przedarli się przez zasłonę
zarośli i wystrzelili na drogę w deszczu liści i błota.
Trzej jeźdźcy się zatrzymali. Jeden z nich przykucnął w błocie,
wpatrując się w gąszcz krzyżujących się śladów. Wszyscy teraz odwrócili
głowy w stronę Williama, który krzyczał coś do nich niezrozumiale,
wymachując muszkietem. Skręcił gwałtownie w lewo i nisko pochylony nad
końskim karkiem, popędził z powrotem w kierunku gospody.
Za plecami słyszał głośne przekleństwa, ale miał nad nimi przewagę. Może
się uda.
A co by się mogło stać, gdyby... ale to nie miało znaczenia. Nie mógł
zrobić nic więcej. Nie miał ochoty zostać uwięziony między dwiema
grupami wrogich jeźdźców.
Bart się potknął. Poślizgnął się na błocie i upadł. William przeleciał
mu nad głową i z głośnym plaśnięciem wylądował w błocie płasko na
plecach. Uderzenie wybiło mu powietrze z płuc i wytrąciło muszkiet z ręki.
Dopadli go, zanim zdołał sobie przypomnieć, jak się oddycha. W głowie mu
wirowało, przed oczami miał niewyraźne, poruszające się kształty. Dwóch
mężczyzn pociągnęło go do góry; wisiał między nimi, krew dudniła mu w uszach, cały się trząsł z wściekłości i strachu, na przemian otwierając
i zamykając usta jak złota rybka.
Nie tracili czasu na groźby. Były właściciel Barta uderzył go w twarz, a tamci dwaj puścili go, popychając na powrót w błoto. Ręce przeszukały
jego kieszenie, wyrwały nóż zza pasa. Słyszał parskanie Barta, który
przestąpił z nogi na nogę, gdy jeden z mężczyzn pociągnął za siodło.
- Ej, zostaw je w spokoju! - zawołał właściciel Barta, prostując się. -
To mój koń i moje siodło, niech cię diabli!
- O nie, nic z tego - odrzekł tamten zdecydowanie. - Bez nas nie
dopadłbyś tego drania! Ja biorę siodło.
- Zostaw to, Lowell! Daj mu konia i podzielimy się pieniędzmi. - Trzeci
mężczyzna musiał uderzyć Lowella dla podkreślenia wagi swoich słów, bo
rozległo się soczyste klaśnięcie i okrzyk oburzenia. William naraz
przypomniał sobie, jak się oddycha, i ciemna mgła zniknęła mu sprzed
oczu. Dysząc płytko, przetoczył się na bok, próbując oprzeć ciężar ciała
na stopach.
Jeden z mężczyzn rzucił mu krótkie spojrzenie, ale wyraźnie uznał, że
nie stanowi żadnego zagrożenia. Pewnie nie, pomyślał William niejasno,
nie nawykł jednak do przegrywania w walce i nie przemawiała do niego
myśl, że mógłby po prostu wymknąć się stąd jak zbity pies.
Jego muszkiet leżał w gęstej kwitnącej trawie przy drodze. Otarł
zakrwawione oko, dźwignął się na nogi, sięgnął po broń i uderzył nią w tył głowy byłego właściciela Barta, który właśnie wsiadał na konia.
Mężczyzna upadł, a jego stopa utknęła w strzemieniu. Koń spłoszył się i cofnął z przenikliwym rżeniem protestu, a tamci dwaj, zajęci dzieleniem
własności Williama, poderwali się niespokojnie. Jeden odskoczył do tyłu,
a drugi rzucił się do przodu i złapał za lufę muszkietu. Przez chwilę
się mocowali, dysząc ciężko, gdy naraz usłyszeli okrzyki i tętent kopyt.
William obejrzał się z roztargnieniem i zobaczył większą grupę
hazardzistów z ostatniego wieczoru, zbliżającą się do nich z impetem.
Wypuścił muszkiet i rzucił się w trawę na skraju drogi.
Prawie mu się udało, ale Bart, spłoszony natarciem i bezwładnym
ciężarem, który wciąż zwisał ze strzemienia, nie wybrał tego samego
momentu i tego samego celu. Zderzenie z ważącym dziewięćset funtów
spanikowanym końskim ciałem znów odrzuciło Williama na drogę. Wylądował
na twarzy z takim impetem, że ziemia pod nim zadrżała. Mógł tylko
schować głowę w ramionach i się modlić.
Dokoła słyszał plaśnięcia, krzyki i odgłosy uderzeń. Ktoś kopnął go w żebra, a potem w ferworze walki uderzył w lewy pośladek. Dlaczego oni
walczą? - zastanawiał się półprzytomnie, gdy nad nim i wokół niego
trwała szarpanina.
A potem rozległy się strzały.
Znalazł się w nie najszczęśliwszym położeniu i niewiele mógł zrobić.
Wciąż leżał na drodze, osłaniając głowę ramionami, tamci zaś, wyraźnie
zaniepokojeni, krzyczeli i przeklinali. W ich stronę galopowały coraz
liczniejsze konie; usłyszał nad głową salwę z muszkietów.
Salwę? - uświadomił sobie nagle. Tak, to była salwa, u diabła.
Przetoczył się na bok i usiadł, patrząc ze zdumieniem na kompanię
brytyjskiej piechoty. Część żołnierzy sprawnie otaczała tych, którzy
próbowali uciec, inni równie sprawnie przeładowywali muszkiety, a dwóch
oficerów na koniach obserwowało całą scenę z wielkim zainteresowaniem.
Otarł błoto z oczu i uważnie przyjrzał się oficerom, a kiedy był już
niemal zupełnie pewien, że nie zna żadnego z nich, rozluźnił się nieco.
Nie był ranny, tylko obolały i posiniaczony po zderzeniu z Bartem.
Siedział na środku drogi, oddychał i czekał, aż jego umysł znów nawiąże
kontakt z ciałem.
Zamieszanie przycichło. Żołnierze otoczyli większość mężczyzn, z którymi
grał, i szturchając ich bagnetami, zmusili do zbicia się w niewielką
grupkę. Młody chorąży wprawnie związał im ręce za plecami.
- Ty - odezwał się jakiś głos za nim i but szturchnął go
bezceremonialnie w żebra. - Wstawaj.
Odwrócił głowę i zobaczył szeregowca, niemłodego i bardzo pewnego
siebie. Naraz przyszło mu do głowy, że żołnierze mogą uznać go za
uczestnika niedawnej potyczki, a nie za ofiarę. Zerwał się na nogi i spojrzał na znacznie niższego od siebie szeregowca. Tamten cofnął się o krok i zarumienił.
- Załóż ręce za plecy!
- Nie - odrzekł William krótko. Odwrócił się tyłem do niego i postąpił o krok w stronę oficerów. Urażony szeregowy rzucił się za nim i pochwycił
go za ramię.
- Zabierz ode mnie ręce - powiedział William, a gdy szeregowy zignorował
tę uprzejmą prośbę, odepchnął go, aż tamten się zatoczył.
- Stój spokojnie, do cholery! Stój, bo strzelam!
William znów się odwrócił. Inny szeregowy, zgrzany i spocony, celował w niego z muszkietu. Muszkiet był odbezpieczony i naładowany - i był to
muszkiet Williama. W ustach mu zaschło.
- Nie rób tego... nie strzelaj - wykrztusił. - Ta broń... to nie jest...
Pierwszy szeregowiec stanął za nim i mocno walnął go w nerkę.
Wnętrzności mu się zacisnęły, jakby dostał w brzuch, i pobielało mu
przed oczami. Kolana ugięły się pod nim, ale nie upadł, lecz zwinął się
jak suchy liść.
- Ten. - Głos wykształconego Anglika przebił się przez brzęczącą białą
mgłę. - Ten, ten i... tamten, ten wysoki. Podnieście go.
Dłonie szarpnęły w górę ramiona Williama. Ledwie mógł oddychać, ale
wydał zduszony dźwięk. Przez mgłę łez i błota zobaczył jednego z oficerów, który, wciąż siedząc na koniu, obrzucał go krytycznym
spojrzeniem.
- Tak - powiedział. - Tego też powieście.
William obejrzał swoją chusteczkę. Niewiele z niej zostało; próbowali
związać mu nią nadgarstki, a on, uwalniając się, rozerwał ją na strzępy.
Mimo wszystko... Wydmuchał w nią nos, bardzo ostrożnie. Wciąż krwawił;
delikatnie otarł krew. Na schodach gospody usłyszał kroki; zbliżały się
do pokoju, w którym siedział, strzeżony przez dwóch nieufnych
szeregowców.
- Mówi, że jest kim? - odezwał się zirytowany głos. Odpowiedź zagłuszyło
zgrzytanie otwieranych drzwi po nierównej podłodze. Podniósł się powoli
i wyprostował, zwracając twarzą do oficera, majora dragonów, który
właśnie wszedł. Major zatrzymał się nagle, zmuszając dwóch idących za
nim mężczyzn, by również się zatrzymali.
- Mówi, że jest pieprzonym dziewiątym hrabią Ellesmere - powiedział
William ochryple, groźnym tonem, przewiercając majora spojrzeniem
jednego oka, które jeszcze był w stanie otworzyć.
- Rzeczywiście jest - odezwał się łagodniejszy głos. Brzmiało w nim
rozbawienie i wydawał się znajomy. William zamrugał na widok mężczyzny,
który właśnie wszedł do pokoju, smukłego i ciemnowłosego, w mundurze
kapitana piechoty. - A właściwie to kapitan lord Ellesmere. Witaj,
Williamie.
- Zrezygnowałem z patentu - odrzekł William stanowczo. - Witaj, Denysie.
- Ale nie z tytułu. - Denys Randall obrzucił go wzrokiem od stóp do
głów, ale nie zdecydował się skomentować jego wyglądu.
- Zrezygnowałeś z patentu, tak? - Major, młody i przysadzisty mężczyzna,
który wyglądał, jakby miał za ciasne spodnie, spojrzał na Williama
nieżyczliwie. - Rozumiem, że po to, by zmienić strony i dołączyć do
rebeliantów?
William odetchnął dwa razy, żeby nie powiedzieć nic nieprzemyślanego.
- Nie - odparł nieprzyjaznym tonem.
- Naturalnie, że nie - rzekł Denys z subtelną przyganą w głosie i zwrócił się do Williama: - I naturalnie podróżowałeś z kompanią
amerykańskiej milicji, bo...?
- Nie podróżowałem z nimi - zaprzeczył William. Udało mu się nie dodać
"ty gnido". - Spotkałem tych dżentelmenów wczoraj wieczorem w gospodzie
i wygrałem od nich pokaźną sumę w karty. Dziś rano opuściłem gospodę i udałem się w dalszą podróż, ale oni pojechali za mną z oczywistym
zamiarem odebrania mi tych pieniędzy siłą.
- Z oczywistym zamiarem? - powtórzył major sceptycznie. - Jak
rozpoznałeś ich zamiary? Sir - dodał niechętnie.
- Jak sobie wyobrażam, to, że go ścigali i pobili na miazgę, było raczej
jednoznaczną wskazówką - stwierdził Denys. - Usiądź, Ellesmere; krew
kapie na podłogę. Czy rzeczywiście odebrali ci pieniądze? - Wyjął z rękawa dużą śnieżnobiałą chustkę i podał Williamowi.
- Tak. Razem ze wszystkim innym, co miałem w kieszeniach. Nie wiem, co
się stało z moim koniem. - Otarł chusteczką rozciętą wargę. Choć miał
spuchnięty nos, czuł na chustce zapach wody kolońskiej Randalla,
prawdziwej wody kolońskiej, pachnącej Italią i drewnem sandałowym. Lord
John używał jej od czasu do czasu i ten zapach przyniósł Williamowi
odrobinę pociechy.
- Więc twierdzisz, że nic nie wiesz o ludziach, z którymi cię
znaleźliśmy? - zapytał drugi oficer, porucznik mniej więcej w wieku
Williama, gorliwy jak terier. Major spojrzał na niego z niechęcią,
pokazując, że nie życzy sobie pomocy w przesłuchaniu, ale porucznik nie
zwrócił na to uwagi. - Skoro grałeś z nimi w karty, z pewnością zdobyłeś
jakieś informacje?
- Poznałem nazwiska kilku z nich - odrzekł William i naraz poczuł się
bardzo zmęczony. - To wszystko.
To w żadnym razie nie było wszystko, ale nie miał ochoty powtarzać,
czego się dowiedział - że Abbot był kowalem i miał sprytnego psa, który
pomagał mu w kuźni, na polecenie przynosił drobne narzędzia i patyki do
podłożenia pod ogień. Justin Martineau miał nową żonę i pragnął wrócić
do jej łóżka. Żona Geoffreya Gardenera warzyła najlepsze piwo w wiosce,
a jego córka niemal równie dobre, chociaż miała zaledwie dwanaście lat.
Gardener był jednym z mężczyzn, których major wytypował do powieszenia.
William przełknął z trudem; gardło miał wyschnięte od kurzu i zaciśnięte
od niewypowiedzianych słów.
Udało mu się uniknąć sznura głównie dzięki umiejętności przeklinania po
łacinie, co zbiło majora z tropu na wystarczająco długą chwilę, by
zdążył mu podać swoje nazwisko, numer byłego pułku oraz listę wyższych
oficerów, którzy mogliby za niego poręczyć, poczynając od generała
Clintona (Boże, gdzie teraz jest Clinton?).
Denys Randall mruczał coś do majora, który nadal wydawał się
niezadowolony, ale jego kipiący gniew przycichł do cichego bulgotania.
Porucznik obserwował Williama uważnie spod przymrużonych powiek,
najwidoczniej spodziewając się, że ten lada chwila zeskoczy z ławki i rzuci się do ucieczki. Co chwilę bezwiednie dotykał ładownicy, a potem
kabury z pistoletem, jakby sobie wyobrażał tę cudowną chwilę, gdy będzie
mógł zastrzelić biegnącego do drzwi więźnia. William naraz ziewnął
szeroko i zamrugał, gdy ogarnęła go fala zmęczenia.
W tej chwili zupełnie go nie obchodziło, co się z nim stanie. Wpatrywał
się w smugi, jakie na zniszczonym drewnianym stole pozostawiły jego
zakrwawione palce, zaabsorbowany do tego stopnia, że nie poświęcał ani
odrobiny uwagi temu, co mówili, dopóki poturbowane ucho nie wychwyciło
słowa "wywiadowca".
Przymknął oczy. Nie. Po prostu... nie. Ale słuchał dalej, wbrew sobie.
Głosy wznosiły się, nakładały na siebie, przerywały sobie wzajemnie.
Teraz jednak słuchał uważnie. Denys próbował przekonać majora, że on,
William, jest szpiegiem zbierającym informacje od amerykańskich grup
milicji w ramach planu... porwania George'a Washingtona?
Major wydawał się równie zaskoczony jak William. Głosy przycichły, gdy
major odwrócił się plecami do Williama i pochylił się do Denysa, zadając
mu pytania syczącym szeptem. Denys, niech go szlag, nawet nie mrugnął
okiem, lecz z uszanowaniem ściszył głos. Gdzie do cholery był teraz
George Washington? Nie mógł być chyba bliżej niż dwieście mil stąd... a może mógł? Jeśli nie liczyć bitwy o Monmouth Court House, ostatnie
doniesienia na temat ruchów Washingtona, jakie William słyszał, mówiły,
że pałęta się gdzieś po górach w New Jersey. To było ostatnie miejsce, w jakim widziano jego kuzyna Benjamina.
Na zewnątrz budynku rozległy się odgłosy - cóż, przez cały czas było
słychać urywane okrzyki mężczyzn przepędzanych z miejsca na miejsce,
rozkazy, tupot stóp i protesty, ale teraz dźwięki stały się bardziej
uporządkowane i William rozpoznał odgłosy wymarszu. Podniesiony głos
oficera, który odprawiał oddziały? Oddalali się w szyku, ale to nie byli
żołnierze; szuranie i pomruki, jakie William słyszał w tle rozmowy
Denysa z majorem jak-mu-tam, były zbyt chaotyczne. Nie miał pojęcia, co
się dzieje, ale zupełnie nie brzmiało to jak egzekucja przez
powieszenie. Uczestniczył w takim wydarzeniu przed trzema laty, kiedy
amerykański kapitan o nazwisku Hale został stracony za... szpiegostwo.
William był bez śniadania; poczuł smak żółci w ustach i ołowiany ucisk w żołądku, gdy to słowo przyszło mu na myśl.
Dzięki, Denysie Randallu, pomyślał i przełknął. Kiedyś uważał Denysa za
przyjaciela i chociaż przestał tak myśleć trzy lata temu, gdy Denys
nagle zniknął z Quebecu, pozostawiając Williama wśród śniegów i bez
żadnego celu, to jednak nie sądził, by Randall mógł otwarcie użyć go
jako narzędzia. Ale do czego miałoby służyć to narzędzie?
Zdawało się, że Denys przekonał majora, bo ten odwrócił się i spojrzał
na Williama taksująco, po czym potrząsnął głową, odwrócił się i wyszedł,
a za nim niechętnie poszedł posłuszny porucznik.
Denys stał nieruchomo, wsłuchując się w ich kroki cichnące na schodach.
Potem odetchnął głęboko, poprawił płaszcz, podszedł bliżej i usiadł
naprzeciwko Williama.
- Chyba jesteśmy w gospodzie? - zapytał William, zanim Randall zdążył
się odezwać.
- Tak. - Jedna ciemna brew powędrowała do góry.
- Więc przynieś mi coś do picia, zanim zaczniesz mi wyjaśniać, co do
diabła właśnie ze mną zrobiłeś.
Piwo było dobre i William poczuł wyrzuty sumienia na myśl o Geoffreyu
Gardenerze, ale nic nie mógł dla niego zrobić. Pił chciwie, choć alkohol
szczypał go w rozciętą wargę, i udało mu się odzyskać nieco równowagi
umysłu. Denys zajął się własnym piwem z równą gorliwością i William
dopiero teraz zwrócił uwagę na grubą warstwę kurzu pokrywającą szerokie
mankiety Randalla oraz jego brudną koszulę. Był w drodze od wielu dni.
Przyszło mu do głowy, że może szczęśliwe pojawienie się Denysa nie było
całkiem przypadkowe. Ale jeśli tak, to dlaczego? I w jaki sposób?
Denys opróżnił kufel i przez chwilę siedział z na wpół otwartymi ustami,
przymykając oczy z zadowolenia. Potem westchnął, wyprostował się,
otworzył oczy i się otrząsnął.
- Ezekiel Richardson - powiedział. - Kiedy go ostatnio widziałeś?
William nie tego się spodziewał. Ostrożnie otarł usta rękawem i ruchem
głowy wskazał pusty kufel czekającej obok szynkarce. Zabrała oba kufle i zniknęła na schodach.
- Kiedy go widziałem? - powtórzył. - Tydzień lub dwa przed Monmouth...
jakiś rok temu. Ale nie rozmawiałem z nim. Dlaczego?
Wzmianka o Richardsonie zirytowała go. Ten człowiek - według Denysa,
upomniał sam siebie - z rozmysłem wysłał go na bagna Great Dismal Swamp
po to, by porwali go lub zabili rebelianci z Dismal Town. Niewiele
brakowało, by zginął na bagnach, i wzmianka o tym człowieku wytrąciła go
z równowagi.
- Zmienił strony - wyjaśnił Denys bez ogródek. - Przez jakiś czas
podejrzewałem, że jest amerykańskim agentem, ale dopiero kiedy cię
wysłał na bagna, zyskałem pewność. Nie miałem jednak dowodu, a oskarżanie oficera o szpiegostwo bez dowodów jest niebezpieczne.
- A teraz masz dowód?
Denys rzucił mu ostre spojrzenie.
- Porzucił armię, dodam, że nie pofatygował się, by złożyć rezygnację, i zimą pojawił się w Savannah, podając się za majora Armii Kontynentalnej.
To chyba można uznać za wystarczający dowód?
- A jeśli nawet, to co? Mają tu coś do jedzenia? Nie jadłem śniadania.
Denys popatrzył na niego uważnie, ale podniósł się bez komentarza i zszedł na dół, zapewne by poszukać jakiejś żywności. Williamowi kręciło
się w głowie, chciał też zyskać chwilę, by przetrawić tę informację.
Jego ojciec znał trochę Richardsona i dzięki temu William zaczął
wykonywać dla niego niewielkie misje wywiadowcze. Wuj Hal, podobnie jak
większość żołnierzy, uważał, że szpiegowanie nie przystoi dżentelmenowi,
ale papa nie miał żadnych zastrzeżeń. Również papa poznał go z Denysem
Randallem, który wtedy używał nazwiska Randall-Isaacs. Spędzili razem
kilka miesięcy w Quebecu, rozglądając się bez większych rezultatów, po
czym Denys nagle wyruszył na jakąś tajemniczą misję, zostawiając
Williama z indiańskim przewodnikiem. Denys z pewnością był... William w tej chwili zyskał absolutną pewność, że Denys jest szpiegiem, i przebiegła mu przez głowę myśl, że papa również może nim być. Odruchowo
uderzył się nasadą dłoni w skroń, próbując wybić sobie z głowy ten
pomysł, ale on nie chciał odejść.
Savannah. W zimie. Armia brytyjska zajęła miasto pod koniec grudnia.
Niedługo potem William również się tam znalazł i miał dobry powód, żeby
to pamiętać. Gardło mu się ścisnęło. Jane.
Usłyszał głosy na dole i kroki wracającego Denysa. Dotknął nosa; był
obolały i wydawał się dwa razy większy, ale przestał krwawić. Denys
wrócił z uspokajającym uśmiechem na twarzy.
- Jedzenie już idzie! Piwo też, chyba że wolałbyś coś mocniejszego? -
Przyjrzał się uważnie Williamowi, podjął decyzję i odwrócił się na
pięcie. - Przyniosę brandy.
- To może zaczekać. Co łączy Ezekiela Richardsona z moim ojcem, o ile
cokolwiek ich łączy? - zapytał William nagle.
Denys zastygł na krótką chwilę, ale zaraz wrócił do stołu, usiadł powoli
i utkwił spojrzenie w twarzy Williama, coś rozważając. Kalkulował.
William niemal widział myśli przemykające przez jego umysł, choć nie był
w stanie przeniknąć ich treści.
W końcu Denys odetchnął głęboko i oparł obie dłonie na stole, jakby się
do czegoś przygotowywał.
- Dlaczego sądzisz, że coś go łączy z lordem Johnem?
- On, mam na myśli lorda Johna, zna tego człowieka; Richardson zwrócił
się do niego z propozycją, żebym... rozglądał się za interesującymi
informacjami.
- Rozumiem - odrzekł Denys sucho. - No cóż, nawet jeśli byli
przyjaciółmi, to mogę powiedzieć, że taka więź już między nimi nie
istnieje. Słyszano, jak Richardson wypowiadał groźby pod adresem twojego
ojca, chociaż najwyraźniej nie zdecydował się wprowadzić ich w czyn. Na
razie - dodał delikatnie.
- Co to za groźby? - Po plecach Williama przebiegł gniewny dreszcz i krew napłynęła mu boleśnie do poobijanej twarzy.
- Z pewnością bezpodstawne - zaczął Denys.
William uniósł się z miejsca.
- Powiedz jakie, do diabła, bo wyrwę ci ten cholerny nos. - Wyciągnął
rękę z opuchniętymi kostkami, gotów to zrobić. Denys ze zgrzytem
odepchnął do tyłu ławę, na której siedział, i również się podniósł.
- Wezmę pod uwagę twój stan, Ellesmere - powiedział, przeszywając
Williama stanowczym spojrzeniem, jakim ludzie zwykle próbują uspokoić
psa, który ma ochotę ich ugryźć. - Ale...
Z gardła Williama wydobył się niski pomruk i Denys mimowolnie cofnął się
o krok.
- W porządku! - parsknął. - Richardson zagroził, że ujawni, iż lord John
jest sodomitą.
William zamrugał i zastygł. To słowo w pierwszej chwili wydawało się nie
mieć sensu.
Potem nabrało sensu, ale zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, służąca z gospody, pulchna dziewczyna o udręczonym wyglądzie i z zezem w jednym
oku, wniosła do pokoju wielką tacę z jedzeniem i napojami. Zapach
pieczonego mięsa, jarzyn polanych masłem i świeżego chleba podrażnił mu
śluzówkę nosa, ale żołądek skręcił się boleśnie z głodu. Nie było to
jednak na tyle istotne, by odwrócić jego uwagę od tego, co właśnie
powiedział Randall. William wstał, skłonił się przed dziewczyną i zamknął za nią drzwi, po czym znów odwrócił się do Denysa.
- Czym? To... - Szeroki gest wyrażał zupełne niedowierzanie. - Na litość
boską, przecież był żonaty!
- Tak słyszałem. Z pewną, hm, wesołą wdówką po szkockim generale
rebeliantów. Ale to było niedawno, prawda? - Kąciki ust Denysa Randalla
uniosły się w rozbawieniu i William wpadł w jeszcze większą złość.
- Nie o tym mówię! - warknął. - I nie był... to znaczy ten cholerny Szkot
nie zginął, to była jakaś pomyłka. Mój ojciec przez wiele lat był żonaty
z moją matką, to znaczy macochą, damą z Lake District. - Sapnął ze
złości i usiadł. - Richardson nie może nam wyrządzić krzywdy taką
kłamliwą plotką.
Denys zacisnął usta i powoli wypuścił powietrze z płuc.
- Williamie - rzekł cierpliwie - plotki zapewne zabiły więcej ludzi niż
ostrzał z muszkietów.
- To bzdura.
Denys z lekkim uśmiechem wzruszył ramionami.
- Może trochę przesadziłem, ale zastanów się tylko. Wiesz, jaką wartość
ma słowo mężczyzny i jego charakter. Gdyby major Allbright przed chwilą
nie uwierzył mi na słowo, byłbyś już martwy. - Wyciągnął w stronę
Williama długi, wypielęgnowany palec. - A co by było, gdyby ktoś mu
wcześniej powiedział, że zarabiam na życie, oszukując przy grze w karty
albo że jestem największym udziałowcem popularnego przybytku uciech? Czy
byłby równie skłonny zaakceptować moje świadectwo na temat twojej osoby?
William spojrzał na niego sceptycznie, ale tamten miał trochę racji.
- Kto mi sakiewkę kradnie, kradnie śmieć - to masz na myśli?
Uśmiech Randalla stał się znacznie szerszy.
- Lecz rabuś mego dobrego imienia / Sam nie ma z niego nic, a mnie
rujnuje2. Tak, to mam na myśli. Zastanów się, co plotki, o jakich wspominał Zeke Richardson, mogłyby uczynić twojej rodzinie. A teraz przestań się na mnie gapić i zjedz coś.
William rozważył to niechętnie. Nos już przestał mu krwawić, ale w gardle wciąż wyczuwał żelazisty posmak. Odchrząknął i splunął
najdelikatniej, jak to było możliwe, w strzępy własnej chusteczki,
oszczędzając większą chustkę Denysa na gruntowniejsze czyszczenie.
- W porządku. Rozumiem, co mówisz - powiedział szorstko.
- Kilka lat temu przyjaciel twojego ojca, niejaki major Bates, został
skazany za sodomię i powieszony - rzekł Denys. - Twój ojciec zdecydował
się być obecny podczas egzekucji; pociągnął majora za nogi, by
przyspieszyć jego śmierć. Nie sądzę jednak, by ci wspominał o tym
incydencie.
William nieznacznie zaprzeczył ruchem głowy, w pierwszej chwili zbyt
wstrząśnięty, by się odezwać.
- Jak wiesz, istnieje śmierć duszy, podobnie jak śmierć ciała. Nawet
gdyby nie został aresztowany, osądzony i skazany... z powodu takiego
oskarżenia człowiek może stracić życie, jakie obecnie wiedzie. -
Wypowiedział te słowa cicho, niemal mimochodem, po czym się wyprostował,
sięgnął po łyżkę, postawił przed Williamem cynowy talerz, na którym
znajdowały się plastry pieczonej wieprzowiny, smażona dynia z kukurydzą
oraz kilka grubych pajd kukurydzianego chleba, a na koniec hojnie nalał
mu do kubka brandy.
- Jedz - powtórzył stanowczo. - A potem - obrzucił wzrokiem pożałowania
godny stan Williama - powiedz mi, co ty, na Boga, robiłeś. Na początek,
dlaczego zrezygnowałeś z patentu?
- To nie twoja sprawa - odrzekł William szorstko. - A jeśli chodzi o to,
co robiłem... - Kusiło go, by powiedzieć Denysowi, że to również nie jest
jego sprawa, ale nie mógł zlekceważyć potencjalnego źródła wiadomości. W końcu zadaniem wywiadowcy jest gromadzenie informacji.
- Skoro już musisz wiedzieć, szukam jakiegoś śladu mojego kuzyna
Benjamina Greya. Kapitana Benjamina Greya - dodał. - Piechura z Trzydziestej Czwartej. Może przypadkiem go znasz?
Denys zamrugał z kamienną twarzą i William poczuł drgnięcie w brzuchu -
takie samo uczucie, jak gdy podczas połowu ryba zaczynała skubać
przynętę.
- Spotkałem go - powiedział Randall ostrożnie. - Śladu, powiedziałeś?
Czy on... zginął?
- Można tak powiedzieć. Został wzięty do niewoli nad Brandywine i uwięziony w miejscu zwanym obozem Middlebrook w górach Watchung. Mój wuj
otrzymał oficjalny list od sekretarza sir Henry'ego Clintona, w którym
przekazana była krótka wiadomość od Amerykanów. Składali wyrazy
ubolewania z powodu śmierci od gorączki kapitana Benjamina Greya.
- Ach. - Denys rozluźnił się odrobinę, ale jego oczy nadal pozostawały
czujne. - Przyjmij moje kondolencje. Chcesz się dowiedzieć, gdzie jest
pochowany twój kuzyn? Żeby, hm, przenieść ciało do rodzinnego... eee...
miejsca spoczynku?
- O tym właśnie myślałem - odrzekł William. - Znalazłem jego grób. Tylko
że jego w nim nie było.
Na króciutką chwilę przypłynęło do niego wspomnienie tamtej nocy w górach Watchung i przeszył go dreszcz. Zimna, mokra glina oblepiająca
stopy, deszcz przesiąkający przez ubranie, gąbczaste pęcherze na
dłoniach i zapach śmierci unoszący się z ziemi, gdy łopata nagle
zazgrzytała o kość... Odwrócił głowę, zarówno od Denysa, jak i od
wspomnień.
- Ale był tam ktoś inny.
- Boże drogi. - Denys machinalnie sięgnął po swój kubek, a gdy
stwierdził, że jest pusty, otrząsnął się krótko, jakby chciał się pozbyć
wizji, po czym chwycił butelkę. - Jesteś całkiem pewien? Mam na myśli,
jak długo...?
- Od pogrzebu minęło już trochę czasu. - William pociągnął duży łyk
palącej brandy, by oczyścić się ze wspomnienia tego zapachu. I dotyku. -
Ale nie aż tyle, by nie dało się stwierdzić, że mężczyzna w tym grobie
nie miał uszu.
Poczuł gorzką satysfakcję, patrząc na wstrząśniętego Denysa.
- No właśnie - powiedział. - Złodziej. I nie, nie chodziło o pomyłkę
przy identyfikacji ciała. Grób oznaczony był nazwiskiem Grey, a pełne
nazwisko Benjamina figurowało w obozowych aktach pochówków więźniów.
Denys był dwanaście lat starszy od Williama, ale w tej chwili wyglądał
na znacznie więcej niż trzydzieści trzy lata. Delikatne rysy jego twarzy
wyostrzyły się z napięcia.
- Sądzisz zatem, że zrobiono to rozmyślnie. Cóż, oczywiście - przerwał
sam sobie niecierpliwie - naturalnie, że tak. Ale kto to zrobił i w jakim celu? - Nie czekał na odpowiedź. - Jeśli ktoś zamordował twojego
kuzyna i starał się ukryć jego śmierć, dlaczego nie miałby po prostu
pochować go jako ofiary gorączki? To znaczy, nie byłoby potrzeby
zamieniania ciała. Więc twoje pierwsze przypuszczenie jest takie, że on
żyje? Wydaje mi się to rozsądne.
William odetchnął z ulgą.
- Mnie też. Są zatem dwie możliwości: albo Ben sfingował swoją śmierć i zdołał pochować jakieś inne ciało, żeby uniknąć pościgu, albo ktoś
zrobił to za niego, bez jego zgody, a jego gdzieś zabrał. To pierwsze
jest możliwe, ale za diabła nie potrafię wymyślić żadnego powodu, dla
którego miałoby się stać to drugie. Nie ma to jednak zbyt wielkiego
znaczenia; jeśli żyje, mogę go odnaleźć. I odnajdę, do cholery. Tak czy
owak, rodzina musi się dowiedzieć. - To była prawda. Williamowi
wystarczało jednak uczciwości, by przyznać, że zniknięcie Bena dało mu
cel, pozwoliło wydostać się z bagna wyrzutów sumienia i żalu po śmierci
Jane.
Denys potarł dłonią twarz. Było już popołudnie i skóra zaczynała go
swędzieć, a na szczęce pojawił się cień zarostu.
- Przychodzą mi na myśl słowa "igła" i "stóg siana" - powiedział. - Ale
teoretycznie tak, jeśli żyje, to możesz go znaleźć.
- Z całą pewnością - potwierdził William stanowczo. - Mam listę -
dotknął kieszeni na piersi, by się upewnić, że nadal tam jest, i uspokoił się, wyczuwając pod palcami złożony papier - mężczyzn
należących do dwóch kompanii milicji, które przydzielono do kopania
grobów w obozie Middlebrook w czasie epidemii gorączki.
- Ach, a więc to robiłeś z...
- Tak. Niestety, amerykańskie kompanie milicyjne formują się tylko na
krótko, a potem ich członkowie rozpraszają się i wracają na swoje farmy.
Jedna z kompanii pochodziła z Karoliny Północnej, a druga z Wirginii,
ale ci ludzie, których spotkałem wczoraj wieczorem, nie... - Urwał nagle,
gdy sobie przypomniał. - Ci ludzie, których poznałem wczoraj... czy major
Allbright rzeczywiście zamierza niektórych powiesić?
Denys wzruszył ramionami.
- Nie znam go na tyle dobrze, by wiedzieć na pewno. Może powiedział to
tylko po to, by wystraszyć pozostałych i żeby się rozproszyli. Ale
zabrał tych trzech ze sobą do obozu. Jeśli ochłonie, zanim tam dotrze,
prawdopodobnie każe ich wychłostać i puści wolno. Ma pod swoją komendą
tylu ludzi, że wieszanie cywilów bez sądu nie przeszłoby niezauważone, a oficer, który przymierza się do awansu, wolałby tego uniknąć, jeśli ma
odrobinę rozsądku. Z drugiej strony Allbright nie sprawia wrażenia
rozsądnego człowieka - dodał z namysłem.
- Rozumiem. A skoro już mówimy o braku rozsądku - co to do diabła za
bzdura, że zamierzam porwać George'a Washingtona?
Randall roześmiał się szczerze i William poczuł, że uszy go palą.
- Cóż, nie ty osobiście - zapewnił Denys. - To tylko fortel wojenny. Ale
zadziałał, prawda? Poza tym musiałem jakoś wyjaśnić twój wygląd; rola
wywiadowcy była jedyną w miarę wiarygodną rzeczą, jaką udało mi się
wymyślić.
William odchrząknął i ostrożnie spróbował succotash, smażonej i polanej masłem mieszanki pokrojonego w kostkę kabaczka i ziaren
kukurydzy. Danie było niezłe, toteż zaatakował posiłek ze zwiększonym
entuzjazmem, ignorując niewielki dyskomfort, jaki powodowało jedzenie.
Denys obserwował go znad swojego talerza z lekkim uśmiechem, ale
zostawił go w spokoju.
Opróżnili talerze i zapadło milczenie - niezupełnie przyjazne, ale też
nie wrogie. Denys potrząsnął butelką brandy; szczęśliwie usłyszał cichy
plusk. Wlał resztę płynu do kubków i podniósł swój w toaście.
- Proponuję wymianę - powiedział. - Jeśli natrafisz na jakieś wieści o Ezekielu Richardsonie, przyślij mi wiadomość, a jeżeli ja dowiem się
czegoś, co może mieć związek z twoim kuzynem Benjaminem, zawiadomię
ciebie.
William zawahał się, ale po chwili dotknął kubka Randalla swoim.
- Stoi.
Denys wypił i odstawił kubek.
- Możesz wysłać mi wiadomość przez kapitana Blakeneya; jest z wojskami
Clintona w Nowym Jorku. A jeśli ja się czegoś dowiem...?
William skrzywił się, ale nie miał wielkiego wyboru.
- Przez mojego ojca. Obaj z wujem są w garnizonie w Savannah, z Prévostem.
Denys skinął głową, odsunął ławkę i wstał.
- W porządku. Twój koń jest na zewnątrz. Nóż i muszkiet też. Czy mogę
zapytać, dokąd zmierzasz?
- Do Wirginii. - Właściwie wcześniej nie był tego pewien; poczuł tę
pewność, dopiero gdy powiedział to na głos. Wirginia. Mount Josiah.
Denys sięgnął do kieszeni i położył na stole dwie gwinee oraz garść
drobniejszych monet, po czym uśmiechnął się do Williama.
- Do Wirginii jest daleko. Potraktuj to jako pożyczkę.
8. Wizytacje
Fraser's Ridge
Do wieczora zostało jeszcze trochę czasu, a ja już przygotowałam sporo
leków, przyjęłam trzy przypadki wysypki od trującego bluszczu, jeden
złamany palec u nogi (jego właściciel kopnął muła w przypływie złości)
oraz ugryzienie przez szopa pracza (nie miał wścieklizny; myśliwy
strącił szopa z drzewa i myśląc, że jest martwy, chciał go podnieść,
przekonał się jednak, że nie był. Szop był wściekły, ale nie w sensie
zakaźnym).
Jamie jednak czuł się już znacznie lepiej. Przez cały dzień ludzie
przychodzili na miejsce budowy domu. Strumyk zaciekawionych gości
napływał nieprzerwanie. Kobiety zostawały, żeby porozmawiać ze mną o MacKenziech, a mężczyźni wędrowali po budowie z Jamiem i odchodząc,
obiecywali, że przyjdą pomóc przy tym czy przy tamtym.
- Jeśli Roger Mac i Ian pomogą mi jutro przenieść drewno, Sinclairowie
przyjdą pojutrze i razem umieścimy legary. W środę położymy kamień
paleniska i pobłogosławimy go, Sean McHugh i dwóch jego chłopaków pomogą
mi w piątek z podłogą, a następnego dnia zaczniemy okna i drzwi; Tom
MacLeod mówi, że może mi poświęcić pół dnia, a Joe, syn Hirama
Crombiego, i jego przyrodni brat też chcą pomóc. - Uśmiechnął się do
mnie. - Jeśli wystarczy whisky, to za dwa tygodnie będziesz miała dach
nad głową, Angliszko.
Z powątpiewaniem przeniosłam wzrok z kamiennego fundamentu na upstrzone
chmurami niebo nad głową.
- Dach?
- No cóż, w każdym razie płócienny - przyznał. - Na razie. - Przeciągnął
się, krzywiąc się lekko.
- Może usiądziesz na chwilę? - zasugerowałam, patrząc na jego nogę.
Wyraźnie utykał, a noga przypominała jaskrawą czerwono-fioletową
mozaikę, poznaczoną czarnymi szwami, które wyszły spod mojej ręki. - Amy
przyniosła nam dzbanek piwa.
- Może trochę później. Co ty robisz, Angliszko?
- Muszę przygotować trochę maści z ostrokrzewu dla Lizzie Beardsley, a potem wodę koperkową dla jej nowego... nie wiesz, czy on już ma jakieś
imię?
- Hubertus.
- Co?
- Hubertus - powtórzył z uśmiechem. - Tak w każdym razie Kezzie
powiedział mi przedwczoraj. Mówi, że to ze względu na pamięć zmarłego
brata Moniki.
- Ach. - Ojciec Lizzie, Joseph Wemyss, ożenił się powtórnie z miłą
starszą Niemką. Nie mając własnych dzieci, Monika dzielnie pełniła
funkcję babci dla szybko powiększającego się potomstwa Beardsleyów. -
Może będą to zdrabniać do Bertiego.
- Skończyła ci się kora jezuitów, Angliszko? - Wskazał brodą otwartą
apteczkę, którą ustawiłam obok niego na ziemi. - Nie potrzebujesz jej do
toniku dla Lizzie?
- Owszem - odrzekłam, zdziwiona, że to zauważył. - Zużyłam resztki trzy
tygodnie temu, ale na razie nie słyszałam, żeby ktoś się wybierał do
Wilmington albo do New Bern i mógł mi ją przywieźć.
- Wspominałaś o tym Rogerowi Macowi?
- Nie. Dlaczego akurat jemu? - zdziwiłam się.
Jamie oparł się o kamień węgielny. Wyraz jego twarzy, ostentacyjnie
cierpliwy, miał wskazywać, że rozmówca nie jest szczególnie bystry.
Prychnęłam i rzuciłam w niego jagodą ostrokrzewu. Złapał ją i obejrzał
krytycznie.
- Czy to jest jadalne?
- Amy mówi, że pszczoły lubią kwiaty - odrzekłam z powątpiewaniem,
wrzucając dużą garść ciemnofioletowych jagód do moździerza. - Ale pewnie
jest jakiś powód, dla którego nazywa się je jagodami.
- Ach. - Rzucił jagodą z powrotem we mnie, a ja zrobiłam unik. - Sama mi
wspominałaś, Angliszko, że Roger Mac mówił ci wczoraj, że ma zamiar
wrócić do posługi. A więc - ciągnął cierpliwie, nie widząc śladu
zrozumienia na mojej twarzy - gdyby to był twój cel, od czego byś
zaczęła?
Wygarnęłam z garnka sporą porcję bladożółtego sadła niedźwiedziego.
Część mojego umysłu zastanawiała się, czy dodać trochę wywaru z kory
wierzby, podczas gdy reszta skupiła się na pytaniu Jamiego.
- Ach - powiedziałam teraz ja i wycelowałam w niego tłuczek. -
Obeszłabym wszystkich, którzy należeli do mojego zboru, jeśli można tak
to nazwać, i poinformowałabym ich, że Mackie Majcher wrócił do miasta.
Rzucił mi zaniepokojone spojrzenie, ale zaraz potrząsnął głową,
odsuwając od siebie obraz wywołany moimi słowami.
- Tak należałoby zrobić - rzekł. - I może przedstawić się ludziom,
którzy przybyli do Ridge po twoim wyjeździe.
- I ciągu kilku dni wszyscy w Ridge, a zapewne także połowa chóru braci
w Salem, będą już o tym wiedzieli.
Życzliwie pokiwał głową.
- Ano. Wszyscy też będą wiedzieli, że potrzebujesz kory jezuitów, i pewnie będziesz ją miała, nim upłynie miesiąc.
- Potrzebujesz kory jezuitów, grand-m?re? - Germain wyłonił się z lasu
za moimi plecami. W jednej ręce trzymał wiadro z wodą, drugą przyciskał
do piersi wiązkę chrustu, a z szyi zwisało mu coś, co wyglądało na
martwego węża.
- Tak - powiedziałam. - Czy to...
On jednak już nie zwracał na mnie uwagi, skupiony na poranionej nodze
dziadka.
- Formidable! - zawołał i upuścił drewno. - Czy mogę zobaczyć,
grand-p?re?
Jamie wskazał nogę swobodnym gestem, który należało odczytywać jako
"proszę bardzo", i Germain pochylił nad nią z oczami okrągłymi z podziwu.
- Mandy mówiła, że niedźwiedź odgryzł ci nogę - rzekł, niepewnie
wysuwając palec wskazujący w stronę szwów. - Ale jej nie uwierzyłem. Czy
to boli? - Zerknął na twarz Jamiego, który lekceważąco machnął ręką.
- Och, nie kłopocz się. Muszę później wykopać wychodek. Co to za wąż?
Germain posłusznie zdjął z szyi bezwładnego węża i podał go Jamiemu,
który najwyraźniej nie spodziewał się tego, ale ostrożnie wziął go do
ręki. Uśmiechnęłam się i zajrzałam do moździerza. Jamie bał się węży,
ale mężnie ukrył ten fakt i trzymał go za ogon. Był to wielki wąż
zbożowy, prawie trzy stopy pomarańczowo-żółtych łusek, jaskrawych jak
błyskawica.
- Zabiłeś go, Germain? - Zmarszczyłam brwi i przerywając ucieranie,
spojrzałam na węża. Wiele razy powtarzałam dzieciom, że nie należy
zabijać żadnych niejadowitych węży, ponieważ zjadają myszy i szczury,
ale ponieważ większość dorosłych w Ridge uważała, że dobry wąż to tylko
martwy wąż, byłam na straconej pozycji.
- O nie, babciu - zapewnił mnie. - Był w twoim ogrodzie i Fanny chciała
go zadziabać motyką, ale ją powstrzymałem. Ale wtedy twój kotek
przecisnął się przez płot, skoczył na niego i złamał mu... - Zmarszczył
brwi. - Nie wiem, czy to były jego plecy, czy szyja, bo skąd można to
wiedzieć, ale w każdym razie jest martwy. Pomyślałem, że obedrę go ze
skóry dla Fanny - wyjaśnił, zerkając przez ramię na ogród. - Może zrobię
jej pasek.
- Doskonały pomysł - odrzekłam, zastanawiając się, czy Fanny również
będzie tego zdania.
Germain zabrał węża i znów zarzucił sobie na szyję.
- Myślisz, że mógłbym kupić do niego sprzączkę od druciarza? - zwrócił
się do Jamiego. - To znaczy do paska. Mam dwa pensy i trochę malutkich
fioletowych kamyków na wymianę.
- Jakiego druciarza? - Przestałam ubijać i spojrzałam na niego.
- Jo Beardsley mówił, że dwa dni temu spotkał w Salem druciarza, więc
pewnie przyjdzie do nas w tym tygodniu - wyjaśnił Germain. - Mówił, że
ten druciarz ma cały worek różnych rzeczy, więc gdybyś czegoś
potrzebowała, babciu.....
Szybko zajrzałam do apteczki, świecącej pustkami po całym sezonie
sadzenia obfitującym w rany od siekiery i motyki, ukąszenia zwierząt i owadów, liczne zatrucia pokarmowe i epidemię dziwnej choroby układu
oddechowego w rodzinie MacNeillów, której towarzyszyła niewysoka
gorączka, kaszel oraz niebieskawe plamy na tułowiu.
- Hmm... - Poklepałam się po kieszeniach, zastanawiając się, co mam na
wymianę.
- Zostały dwie butelki wina z czarnego bzu. - Jamie wyprostował się. -
Możesz ich użyć, Angliszko. A ja mam dobrą jelenią skórę i pół antałka
terpentyny.
- Nie, chcę zatrzymać terpentynę - powiedziałam i dodałam z roztargnieniem: - Wiesz, na tęgoryjce.
Jamie i Germain wymienili wymowne spojrzenia.
- Tęgoryjce - powtórzył Jamie, a Germain pokręcił głową.
Zanim jednak zdążyłam ich oświecić w temacie tęgoryjców, od strony
strumienia dobiegł okrzyk i pojawił się Duncan Leslie w towarzystwie
dwóch synów. Jeden z nich niósł pod pachą dużą szynkę.
Jamie podniósł się, żeby się z nimi przywitać. Uprzejmie skinęli mi
głowami, ale wyraźnie nie oczekiwali, że oderwę się od tego, co robiłam,
żeby z nimi porozmawiać.
- W zeszłym tygodniu zastrzeliłem dużą świnię - oznajmił Duncan, kiwając
na syna z szynką. - Sporo nam zostało i pomyśleliśmy, że może wam się
przydać, skoro przyjechała do was rodzina i w ogóle.
- Jestem ci bardzo zobowiązany, Duncanie - odrzekł Jamie. - Jeśli nie
macie nic przeciwko temu, żeby jeść pod gołym niebem, to przyjdźcie i zjedzcie ją razem z nami... jutro? - zwrócił się do mnie.
Potrząsnęłam głową.
- Pojutrze. Jutro muszę pójść do Beardsleyów, a kiedy wrócę, nie zdążę
już zrobić nic oprócz kanapek. - O ile Amy upiekła trochę więcej chleba,
dodałam w duchu.
- Tak, tak. - Duncan pokiwał głową. - Moja żona bardzo chętnie się z panią zobaczy. A więc, Jamie - dodał, wskazując głową fundamenty -
widzę, że budujesz piękny duży dom. Dwa kominy, tak? A gdzie będzie
kuchnia?
Jamie płynnym ruchem wstał na nogi, rzucił mi wymowne spojrzenie przez
ramię, po czym poprowadził Lesliech na wycieczkę po fundamentach, nieco
tylko utykając.
Germain położył węża na moim stole.
- Przypilnuj mi go, babciu, dobrze? - zawołał i pospieszył dołączyć do
mężczyzn.
Brianna zatrzymała się w najwyższym punkcie ścieżki i otarła pot z twarzy i karku. Chata przed nimi była porządna i schludna - bardzo
schludna. Ścieżkę prowadzącą do drzwi obrzeżały bielone kamienie, szyby
w oknach - to było prawdziwe szkło - były tak wypolerowane, że widziała
w nich odbicie siebie i Rogera, drobne, rozproszone plamki koloru pośród
zielonego migotania odbitego lasu.
- Kto bieli kamienie? - zdumiała się, odruchowo ściszając głos, jakby
chata mogła ją usłyszeć.
- Na pewno nie może to być ktoś, kto ma za dużo czasu - mruknął Roger
pod nosem. - Więc albo sfrustrowany projektant terenów zielonych, albo
ktoś z neurotyczną potrzebą kontroli nad otoczeniem.
- Pewnie w każdych czasach zdarzają się jacyś maniacy kontroli -
odrzekła, otrzepując spódnicę z kurzu i kawałków liści. - Popatrz tylko
na ludzi, którzy projektowali elżbietańskie labirynty. Co Amy mówiła o tych tutaj? Nazywają się chyba Cunningham?
- Tak. "To metodyści. Niebieskie Światło" - zacytował Roger. - "Uważaj
na nich, pastorze". - Przy tych słowach wyprostował ramiona i postawił
stopę na ścieżce między bielonymi kamieniami.
- Niebieskie Światło? - powtórzyła i ruszyła za nim, pospiesznie
poprawiając słomkowy kapelusz z szerokim rondem, skromnie nałożony na
czepek. Nie daj Boże, aby żona pastora wzbudzała zgorszenie wśród
wiernych...
Drzwi się otworzyły, zanim Roger zdążył postawić stopę na progu. Drobny
mężczyzna z kilkudniowym zarostem i krzaczastymi siwymi brwiami patrzył
na nich niezbyt życzliwie. Był schludnie ubrany w samodziałowe spodnie w żółtobrązowym kolorze i kamizelkę. Lniana koszula, choć nieco pożółkła
ze starości, była świeżo odprasowana.
- Dzień dobry, sir. - Roger skłonił się, a Brianna dygnęła z szacunkiem.
- Nazywam się Roger MacKenzie, a to moja żona Brianna. Niedawno
przybyliśmy do Ridge i...
- Słyszałem. - Mężczyzna przyjrzał się im spod przymrużonych powiek, ale
najwyraźniej dobrze wypadli, bo cofnął się i gestem zaprosił ich do
środka. - Jestem Charles Cunningham, kapitan marynarki wojennej Jego
Królewskiej Mości, obecnie w stanie spoczynku. Wejdźcie.
Brianna poczuła, że Roger wziął głęboki wdech. Uśmiechnęła się do
kapitana Cunninghama, który zamrugał i przeniósł uważne spojrzenie na
Rogera, sprawdzając, czy to aprobuje.
- Dziękujemy, kapitanie - powiedziała najsłodszym tonem, na jaki
potrafiła się zdobyć. Wyminęła Rogera i przeszła przez próg. - Ma pan
niezwykły dom... taki piękny!
- Ja... ależ... - zająknął się speszony kapitan, ale zanim zdążył zebrać
myśli, przed paleniskiem przejawiła się ciemna Obecność i teraz z kolei
Brianna zamrugała ze zdziwienia.
- Kaznodzieja, tak? - powiedziała kobieta, patrząc ponad ramieniem Bree.
Tak, z pewnością była to kobieta, chociaż prawie tak wysoka jak Brianna
i ubrana całkowicie na czarno, z wyjątkiem wykrochmalonego białego
czepka z tych o najbardziej surowym kroju, zakrywającego uszy. Była
stara, ale trudno było powiedzieć, ile ma lat; jej koścista, bystra
twarz natychmiast skojarzyła się Briannie z wilczycą, która wykarmiła
Romulusa i Remusa.
- Jestem pastorem - powiedział Roger i skłonił się nisko. - Uniżony
sługa, pani.
- Mhm. A z jakiej pan jest sekty, sir?
- Jestem prezbiterianinem, madam - wyjaśnił Roger - ale...
- A ty? - zapytała kobieta, przyszpilając Bree bystrym niebieskim
spojrzeniem. - Czy podzielasz przekonania męża?
- Jestem rzymską katoliczką - odpowiedziała Brianna jak najłagodniej.
Nie był to pierwszy ani ostatni raz; na samym początku ustalili, jak
będą sobie radzić z takimi pytaniami. - Tak jak mój ojciec, Jamie
Fraser.
Ta odpowiedź zwykle zbijała pytającego z tropu i zostawiała Rogerowi
wystarczająco dużo czasu, by mógł przejąć kontrolę nad rozmową.
Niekatoliccy dzierżawcy szanowali jej ojca - czy to ze względów
osobistych, czy też tylko dlatego, że był właścicielem ziemi - toteż
zwykle zdobywali się przynajmniej na uprzejmą rozmowę, bez względu na
opinię, jaką mieli o katolikach.
Tymczasem ta kobieta - pani Cunningham? - prychnęła i spojrzeniem
zmierzyła Bree od stóp do głów w dół, co miało oznaczać, że porównuje ją
z licznymi kobietami o złej reputacji, jakie widziała w swoim czasie, i to porównanie nie przynosi jej bynajmniej chwały.
- Pfff - sapnęła. - Papizm! Nie prowadzimy tego w tym domu!
- Mamo - powiedział kapitan, podchodząc do niej. - Myślę, że...
Roger stanął przed Bree, by ją osłonić przed wymierzonym w nią
spojrzeniem bazyliszka.
- Zapewniam, że nie przyszliśmy tu was nawracać ani agitować. Ja...
- Prezbiterianin, mówisz? - Oko wwiercało się w niego z chłodnym
oskarżeniem. - I do tego pastor? W takim razie jak to jest, że nie
potrafisz utrzymać w ryzach własnej żony? Co z ciebie za pastor, skoro
pozwalasz swojej kobiecie słuchać papieża i włóczyć się po sąsiadach,
siejąc i podlewając nasiona niegodziwości i nieporządku?
- Mamo! - odezwał się ostro kapitan Cunningham.
Bez mrugnięcia okiem zwróciła surową twarz w stronę syna.
- Wiesz, że to prawda. Ta dziewczyna - ruchem głowy wskazała Briannę -
mówi, że Jamie Fraser jest jej ojcem. A to by znaczyło - spojrzała teraz
bezpośrednio na Bree - że twoją matką jest Claire Fraser, tak?
Bree wzięła głęboki oddech; chata była schludna, ale niewielka i zdawało
się, że z chwili na chwilę ubywa w niej powietrza.
- Tak - odpowiedziała spokojnie. - Prosiła, abym przekazała pani
pozdrowienia i powiedziała jeszcze, że gdyby ktoś z pani rodziny
zachorował lub gdyby przydarzył mu się jakiś wypadek, z przyjemnością
przyjdzie i zajmie się tym. Jest uzdrowicielką i...
- Pfff! - powtórzyła pani Cunningham. - Ano tak, pewnie by to zrobiła,
ale zapewniam cię, dziewczyno, że nie będzie miała okazji. Gdy tylko o niej usłyszałam, posadziłam przy drzwiach rumianek i ostrokrzew. Żadna
czarownica nie przestąpi progu naszego domu, mogę cię o tym zapewnić!
Bree poczuła na ramieniu dłoń Rogera i kątem oka zerknęła na niego bez
emocji. Nie miała zamiaru tracić panowania nad sobą z powodu tej
kobiety. Jego usta drgnęły; opuścił rękę i zwrócił się nie do pani
Cunningham, lecz do kapitana.
- Jak powiedziałem - rzekł uprzejmie - nie przyszedłem tu nawracać.
Szanuję szczerą wiarę. Jestem jednak ciekaw... jedna z moich sąsiadek
użyła słów "Niebieskie Światło" w odniesieniu do pana i pańskiej
rodziny, kapitanie. Zastanawiam się, czy zechciałby mi pan wyjaśnić, co
to znaczy?
- Ach. - Kapitan wydawał się zadowolony, że zapytano go o coś, co nie
mogło wzbudzić protestów jego matki. - Cóż, sir, skoro pan pyta, używa
się tego określenia wobec kapitanów marynarki wojennej, którzy szerzą
teologię ewangelizacji na swoich statkach. Nazywają nas Niebieskimi
Światłami. - Mówił skromnie, ale uniósł wyżej głowę i zadarł podbródek.
W jego oczach, które były bledszą wersją oczu jego matki, błyszczała
ostrożność. Zastanawiał się najwyraźniej, jak Roger to przyjmie.
Ten zaś się uśmiechnął.
- Jest pan zatem swego rodzaju teologiem, sir?
- Och. - Kapitan odrobinę wypiął pierś. - Nie ośmieliłbym się użyć tego
słowa, ale od czasu do czasu coś pisywałem - rozumie pan, tylko moje
własne przemyślenia...
- Czy coś z tego zostało opublikowane, sir? Bardzo interesowałyby mnie
pańskie opinie.
- No cóż... dwa lub trzy... to tylko nieduże artykuliki i powiedziałbym, że
niewielkiej wartości... zostały opublikowane przez Bella i Coxhama w Edynburgu. Niestety, nie mam przy sobie kopii. - Rzucił okiem na prosty
stolik w rogu, na którym znajdował się stosik kartek oraz kałamarz,
piaseczniczka i dzbanek z piórami. - Ale pracuję nad pewnym
przedsięwzięciem o nieco większej skali...
- Nad książką?
Roger wydawał się szczerze zainteresowany - i chyba rzeczywiście był,
pomyślała Bree - ale pani Cunningham, wyraźnie zniecierpliwiona tą
wymianą uprzejmości, zamierzała zdusić rozmowę w zarodku, zanim Roger
zdoła zwieść kapitana na manowce bluźnierstwem lub czymś jeszcze
gorszym.
- Faktem pozostaje, kapitanie, że teściowa tego dżentelmena jest
powszechnie uważana za czarownicę, a jego żona zapewne też nią jest.
Odpraw ich. Nie interesuje nas to mamienie.
Roger odwrócił się do niej i wyprostował, niemal dotykając głową
kalenicy.
- Pani Cunningham - powiedział wciąż uprzejmie, choć w jego głosie
dźwięczała stal. - Zechce pani rozważyć, że jestem sługą Bożym.
Przekonania mojej żony i jej rodziców są równie cnotliwe i moralne jak
przekonania każdego dobrego chrześcijanina i jeśli sobie pani życzy,
mogę na to przysiąc z ręką na pani Biblii. - Skinął głową w stronę
maleńkiej półeczki nad biurkiem, gdzie Biblia zajmowała godne miejsce w rządku mniejszych książek.
- Mhm - mruknął kapitan, zerkając na matkę spod przymrużonych powiek. -
Sir, muszę teraz wyjść, żeby przywołać z pola moich dwóch chłopaków...
poruczników z mojego ostatniego statku, którzy zdecydowali się zostać tu
ze mną, kiedy zszedłem na brzeg. Odprowadzę pana i pańską żonę do końca
ścieżki, jeśli zechcecie mi dotrzymać towarzystwa?
- Dziękujemy, kapitanie. - Bree wykorzystała okazję, by wtrącić słowo.
Dygnęła nisko przed kapitanem, a potem przed panią Cunningham, z największą godnością, na jaką potrafiła się zdobyć. - Zechce pani
pamiętać, że w razie jakiejkolwiek... nagłej potrzeby moja matka przyjdzie
tu natychmiast.
Zdawało się, że pani Cunningham rozszerza się we wszystkich kierunkach.
- Czy śmiesz mi grozić, dziewczyno?
- Co? Nie!
- Widzisz, kapitanie, co wpuściłeś do domu? - Pani Cunningham
zignorowała Briannę i spojrzała groźnie na syna. - Ta dziewczyna próbuje
rzucić na nas urok!
- Zostało nam jeszcze kilka domów do odwiedzenia - wtrącił Roger szybko.
- Czy mogę pobłogosławić ten dom krótką modlitwą, zanim wyjdziemy, sir?
- Ależ... - Kapitan spojrzał na matkę, po czym wyprostował się i uniósł
wyżej podbródek. - Tak, sir. Będziemy najmocniej zobowiązani.
Brianna dostrzegła, jak usta pani Cunningham układają się do kolejnego
"Pfff!", ale Roger zdołał ją uprzedzić, unosząc ręce i pochylając głowę
w błogosławieństwie.
Niech Bóg błogosławi ten dom,
każdy kamień, belkę i deskę,
wszelki pokarm i napój, i odzież.
Niechaj wszyscy cieszą się tu zdrowiem.
- Dobrego dnia życzę, madam, i panu, sir - dodał szybko i ukłonił się,
chwytając Briannę za rękę. Nie zdążyła nic powiedzieć, pomyślała, że to
może lepiej, ale uśmiechnęła się i skinęła bazyliszkowi głową, gdy
wycofywali się za drzwi.
- Więc teraz wiemy, co oznacza Niebieskie Światło - powiedziała, gdy
dotarli do końca ścieżki, i ostrożnie obejrzała się przez ramię. - Jak
mawia mama... Jezu Chryste Roosevelcie Święty!
- To bardzo stosowne - zaśmiał się Roger.
- Czy to była modlitwa na święto Hogmanay? - zapytała. - Wydawała się
znajoma, ale nie byłam pewna...
- Tak. To również błogosławieństwo dla domu. Kilka razy słyszałaś, jak
twój tato ją odmawiał, ale on to robił po gaelicku. Cunninghamowie,
sądząc po ich akcencie, są wykształconymi mieszkańcami nizin; gdybym
spróbował wersji gaelickiej, pani C. mogłaby pomyśleć, że zamierzam
rzucić na nich urok.
- A nie zamierzałeś? - Ton jej głosu był lekki, ale Roger odwrócił głowę
z zaskoczeniem.
- No cóż... w pewien sposób chyba tak - odrzekł powoli, ale zaraz się
uśmiechnął. - Góralskie zaklęcia i modlitwy często nie różnią się od
siebie. Ale myślę, że jeśli zwracasz się bezpośrednio do Boga, jest to
raczej modlitwa, nie czary.
Jeszcze raz obejrzała się przez ramię z wrażeniem, że oczy pani
Cunningham, obserwującej ich odwrót, wypalają dziurę w drzwiach chaty.
- Czy prezbiterianie wierzą w egzorcyzmy? - zapytała.
- Nie, nie wierzą - powiedział, choć on również się obejrzał. - Mój
ojciec, to znaczy wielebny, powiedział mi jednak, że kiedy odwiedzasz
czyjś dom, nigdy nie powinieneś z niego wychodzić bez odmówienia
jakiegoś błogosławieństwa. - Przytrzymał sprężystą gałąź dębu, żeby
mogła pod nią przejść. - Dodał, że dzięki temu nic stamtąd nie pójdzie
za tobą, ale myślę, że żartował.
Szłam wzdłuż brzegu strumienia, zbierając pijawki, rukiew wodną i wszystko inne, co wyglądało na jadalne lub przydatne, kiedy usłyszałam
odległy turkot kół wozu.
Myśląc, że to może być druciarz, o którym Jo Beardsley wspomniał
Germainowi, pospiesznie otrzepałam spódnicę, wsunęłam stopy w sandały i pospieszyłam w stronę drogi, gdzie dudnienie kół nagle ucichło i rozległ
się stek przekleństw.
Okazało się, że przekleństwa wychodziły z ust wielkiego mężczyzny, który
wyklinał swoje muły, wóz oraz koło, które właśnie uderzyło o kamień i zgubiło żelazne okucie. Brakowało mu kreatywności Jamiego w przeklinaniu, ale nadrabiał to donośnością.
- Czy mogę panu w czymś pomóc? - zapytałam, korzystając z chwili, kiedy
zamilkł, żeby zaczerpnąć oddechu.
Odwrócił się ze zdumieniem.
- Skąd się tu pani, do diabła, wzięła? - zapytał.
Wskazałam na drzewa za plecami i powtórzyłam:
- Potrzebuje pan pomocy?
Z bliska stało się jasne, że to nie jest druciarz. Na wozie ciągniętym
przez dwa bardzo duże muły znajdowały się różne rzeczy, ale nie było
żelaznych patelni ani wstążek do włosów. Leżało na nim pół tuzina
muszkietów oraz niewielka kolekcja szabel, kos i kijów. Kilka beczułek,
w których mogły się znajdować solone ryby lub wieprzowina, oraz jedna,
której zawartość z całą pewnością stanowił proch strzelniczy, sądząc po
oznaczeniach oraz słabym zapachu węgla drzewnego z domieszką siarki i moczu.
Poczułam skurcz w żołądku.
- Czy to jest Fraser's Ridge? - zapytał mężczyzna, spoglądając na las
dokoła. Byliśmy trochę poniżej polany, na której stała chata Higginsów,
i nic poza koleinami drogi, dość mocno zarośniętej, nie wskazywało na
to, że okolica jest zamieszkana.
- Tak - powiedziałam, bo nie było sensu kłamać. - Ma pan tu jakiś
interes?
Spojrzał na mnie ostro, po raz pierwszy skupiając na mnie uwagę.
- Mój interes to moja sprawa - odrzekł, choć nie brzmiało to
nieuprzejmie. - Szukam Jamiego Frasera.
- Jestem panią Fraser. - Skrzyżowałam ramiona na piersi. - Jego interesy
są również moimi.
Zaczerwienił się i popatrzył na mnie groźnie, jakby myślał, że kpię
sobie z niego, ale gdy odpowiedziałam spojrzeniem na spojrzenie, po
chwili zaśmiał się i rozluźnił.
- W takim razie przyprowadzi tu pani męża czy mam iść i sam go poszukać?
- Kogo mam zapowiedzieć? - zapytałam, nie ruszając się z miejsca.
- Benjamina Clevelanda - odrzekł, nadymając się nieco. - On zna to
nazwisko.
*
Jamie położył ostatnią cegłę w rzędzie i zgarnął nadmiar zaprawy z zadowoleniem, z którym jednak mieszała się odrobina niepokoju wywołanego
myślą, że do jutrzejszych prac przy kominie niezbędna będzie drabina;
dzisiaj zrobił wszystko, co mógł zrobić, stojąc na ziemi. Jego ramiona
zaczynały już protestować. Na myśl, że za chwilę dołączą do nich kolana,
przeciągnął się i westchnął.
No cóż, może dziewczyna będzie mogła mu pomóc. Brianna powiedziała coś o tym pierwszego wieczoru po ich przybyciu. Szła za nim przez plac budowy,
potykali się o kamienie i sznurki i zaśmiewali jak dwoje pijaków,
obejmując się ramionami i podtrzymując za łokcie, by nie stracić
równowagi w ciemnościach. Każdy przelotny dotyk rozgrzewał go jak iskra.
"Mogę zrobić ruchome rusztowanie z bloczkiem", powiedziała wtedy,
opierając dłoń na niedokończonym kominie. "Będziemy mogli podciągnąć do
góry wiadro z cegłami i wyjmować je, stojąc na drabinie".
- My - rzekł cicho, uśmiechając się do siebie. Potem ze skrępowaniem
obejrzał się przez ramię, sprawdzając, czy nie usłyszeli go mężczyźni
dźwigający kłody drewna. Położyli jednak ostatnią na ziemi i zrobili
sobie przerwę na posiłek: Amy Higgins i Fanny przyniosły piwo. Wrzucił
kielnię do wiadra z wodą i poszedł w ich stronę, ale zanim dotarł do
fundamentów, kątem oka dostrzegł jakiś ruch w miejscu, skąd odchodziła
droga dla wozów. W następnej chwili w jego polu widzenia pojawiła się
Claire, a obok niej potężny mężczyzna.
- A Naoimh Micheal Ardaingeal, d?on sinn anns an a am a' chatha -
mruknął pod nosem. Nie znał tego człowieka, ale oprócz wzrostu było w nim jeszcze coś, co sprawiło, że włosy zjeżyły się Jamiemu na karku.
Spojrzał na swoich dzisiejszych pomocników - siedmiu mężczyzn: Bobby
Higgins, trzech jego ludzi z Ardsmuir oraz dzierżawcy, których jeszcze
dobrze nie znał. I Fanny, która przyniosła im lunch. Żaden z mężczyzn
nie zwrócił uwagi na człowieka idącego przez polanę, ale zauważyła go
Fanny; zmarszczyła brwi i szybko spojrzała na Jamiego. Rozluźniła się,
gdy uspokajająco skinął głową, chociaż nawet rozmawiając z jednym z pracujących, wciąż zerkała w dół wzgórza.
Jamie przeszedł nad fundamentem. Wolałby się spotkać z tym człowiekiem
we własnym domu, mając za plecami swoich ludzi, ale jeszcze silniejsza
była potrzeba, by stanąć między nim a Claire. Rozmawiała z nieznajomym,
uśmiechając się uprzejmie, dostrzegał jednak na jej twarzy nieufność.
Podniosła wzrok i na jego widok zakwitła w niej ulga, a on poczuł
poruszenie w piersi. Podszedł do nich bez uśmiechu, starając się mimo
wszystko zachować grzecznie.
- Generał Fraser? - upewnił się mężczyzna, patrząc na niego z zainteresowaniem.
No cóż, to wyjaśniało ostrożność Claire.
- Już nie - odrzekł nadal uprzejmie i wyciągnął rękę. - Jamie Fraser, do
usług, sir.
- Wzajemnie, sir. Benjamin Cleveland. - Spocona dłoń znacznie większa od
jego własnej chwyciła ją i ścisnęła w sposób, który miał oznaczać, że
jej właściciel mógłby wyrządzić mu krzywdę, gdyby zechciał.
Jamie uwolnił rękę bez odpowiedzi i uśmiechnął się, myśląc: Ano tylko
spróbuj, ty mały draniu.
- Znam pańskie nazwisko, sir. Od czasu do czasu dochodziły mnie o panu
słuchy.
Kątem oka dostrzegł uniesione brwi Claire.
- Pan Cleveland jest znany z walk z Indianami, a nighean - wyjaśnił,
nie odrywając wzroku od mężczyzny. - Jak sam twierdzi, zabił wielu
Indian Kri i Czirokezów.
- Caughnawaga też. Nie liczę ich - oświadczył Cleveland i zaśmiał się w sposób, który mówił, że pamięta każdego człowieka, którego zabił, i są
to miłe wspomnienia. - Przypuszczam, że pańskie stosunki z Indianami są
nieco bardziej przyjazne?
- Mam przyjaciół w wioskach Czirokezów. - Nie wszyscy przyjaciele
Jamiego w wioskach byli Indianami, ale Scotchee Cameron to nie była
sprawa Clevelanda.
- Doskonale! - Rumiana twarz Clevelanda zarumieniła się jeszcze
bardziej. - Miałem nadzieję, że tak właśnie jest.
Jamie z niezobowiązującym pomrukiem przechylił głowę na bok. Claire
najwyraźniej zrozumiała, o czym myśli, bo odchrząknęła i dotknęła jego
ramienia.
- Wóz pana Clevelanda zepsuł się na drodze o jakąś milę stąd. Z koła
odpadła obręcz. Może powinieneś to obejrzeć?
Uśmiechnął się do niej; jej intencje były przejrzyste jak butelka dżinu.
- Oczywiście - powiedział i zwrócił się do Clevelanda: - Mam nadzieję,
że pański ładunek nie ucierpiał, kiedy koło się zepsuło. Jeśli jest tam
coś kruchego, to może.....
- Och, nie - odrzekł Cleveland nonszalancko. - To tylko garść pistoletów
i odrobina prochu; nic, co mogłoby ucierpieć. - Uśmiechnął się do
Jamiego, odsłaniając rząd zębów, zdrowych i mocnych, z tkwiącym między
nimi mokrym strzępem ciemnobrązowego tytoniu. - A skoro już mowa o broni
- ciągnął - to jedna z rzeczy, o jakich chciałem z panem porozmawiać.
Ale tak, zróbmy to, co proponuje pańska żona.
Złożył w miarę przyzwoity ukłon przed Claire i pochwycił Jamiego za
ramię, zmuszając go do ruszenia w stronę drogi. Jamie uwolnił ramię bez
słowa komentarza i odwrócił się do żony.
- Przyślij Bobby'ego i Aarona z narzędziami, Angliszko, dobrze? I niech
przyniosą trochę piwa, jeśli jeszcze jakieś zostało.
Cleveland odwrócił się w stronę drogi, zostawiając w spokoju Jamiego,
który poszedł za nim, nie odrywając wzroku od jego szerokich pleców i nóg potężnych jak pnie drzew. Na mocno znoszonym skórzanym pasie
odznaczały się ślady ładownicy i rożka na proch, choć w tej chwili był
tam tylko duży nóż w równie znoszonej pochwie ozdobionej na indiańską
modłę barwionymi kolcami jeżozwierza.
Cleveland miał nad nim jakieś dwadzieścia lat i sto funtów przewagi,
chociaż był o cal czy dwa niższy. Pewnie zawsze był największy w każdym
towarzystwie, w którym się znalazł, pomyślał Jamie, więc nic go nie
obchodzi, co inni o nim sądzą.
Wóz stał w zagłębieniu okrytym ciemnozielonym cieniem. Droga w tym
miejscu biegła między dwoma pagórkami gęsto porośniętymi jodłami i sosnami. Jamie poczuł chłód dotykający jego twarzy jak dłoń i wciągnął
głęboko w płuca aromat terpentyny i cyprysowych jagód.
Ucieszył się, widząc, że samo koło nie zostało uszkodzone; opasująca je
żelazna obręcz odpadła, ale drewno się nie złamało. Może uda mu się
wyprawić tego człowieka razem z jego bronią - rzucił okiem na zawartość
wozu - w dalszą drogę, zanim zasady gościnności zmuszą Fraserów do
zapewnienia mu kolacji i noclegu.
- Szukał mnie pan - powiedział bez ogródek, podnosząc wzrok znad koła.
Po drodze nie rozmawiali, wymienili tylko krótkie uprzejmości, ale
teraz, z bronią na widoku, nadszedł czas, by przejść do rzeczy.
Cleveland skinął głową i zdjął kapelusz, obrzucając go taksującym
spojrzeniem. Koszula myśliwska opinała mu się na brzuchu, ale wyglądało
to na twardy tłuszcz, pancerz osłaniający narządy wewnętrzne.
- Szukałem. Przez te ostatnie dwa lata słyszałem o panu sporo, i dobrych
rzeczy, i złych.
- Kto słucha plotek, nie powinien się spodziewać pochlebstw - odrzekł
Jamie w Gaidhlig.
- Co? - Cleveland był zaskoczony. - Co to za język? Nie francuski, bo
tego się nasłuchałem.
- To Gaidhlig. - Jamie wzruszył ramionami i powtórzył to samo po
angielsku. Cleveland uśmiechnął się w odpowiedzi.
- Ma pan rację, panie Fraser. - Pochylił się, podniósł ciężką żelazną
obręcz, jakby nic nie ważyła, i przez chwilę z namysłem obracał ją w rękach. - Sporo się mówi o tym, jak stracił pan patent w armii.
Jamie poczuł falę gorąca na karku.
- Zrezygnowałem ze stopnia, panie Cleveland, po bitwie o Monmouth.
Zostałem tymczasowo mianowany generałem na polu walki, aby objąć
dowództwo nad kilkoma niezależnymi kompaniami milicji. Kiedy rozproszyły
się po bitwie, moje usługi nie były już potrzebne.
- Słyszałem, że zrezygnował pan bez uprzedzenia, by zająć się chorą
żoną, i zostawił połowę swoich ludzi na polu bitwy bez dowódcy. -
Krzaczaste brwi Clevelanda uniosły się pytająco. - Chociaż po tym, jak
poznałem panią Fraser, z pewnością rozumiem pańskie męskie uczucia.
Jamie spojrzał na niego ponad wozem pełnym muszkietów i prochu.
- Nie muszę się przed panem tłumaczyć, sir. Jeśli ma mi pan coś do
powiedzenia, niech pan to powie i już. Muszę wykopać wychodek.
Cleveland uniósł dłoń i pojednawczo skłonił głowę.
- Bez obrazy, panie Fraser. Chciałem tylko wiedzieć, czy planuje pan
wrócić do armii. W jakimkolwiek charakterze.
- Nie - odrzekł Jamie krótko. - Dlaczego?
- Bo jeśli nie - Cleveland spojrzał na niego z wyrachowaniem - to może
pana zainteresować, gdy powiem, że wielu pańskich wigowskich sąsiadów po
tamtej stronie gór - wskazał brodą w kierunku hrabstwa Tennessee -
właścicieli ziemskich, mam na myśli ludzi, którzy mają coś do stracenia,
tworzy prywatne milicje, by chronić swoje rodziny i własność.
Pomyślałem, że może i pan coś podobnego rozważa.
Wrogość Jamiego odrobinę się zmniejszyła, zabarwiona niechętnym
zaciekawieniem.
- A gdyby tak było?
Cleveland wzruszył ramionami.
- Dobrze byłoby pozostawać w kontakcie z innymi grupami. Nie wiadomo,
gdzie Brytyjczycy mogą się pojawić, ale kiedy to zrobią, niech pan
zauważy, panie Fraser, że powiedziałem "kiedy", ja na przykład wolałbym
wiedzieć o tym wcześniej, by podjąć jakieś działania.
Jamie popatrzył na wóz: muszkiety, w większości stare, z wyschniętymi,
popękanymi kolbami i porysowanymi lufami, ale było tam też kilka
zwykłych brytyjskich brown bessów w lepszym stanie. Kupione, zdobyte na
drodze wymiany czy skradzione? - zastanawiał się.
- Działania - powtórzył ostrożnie. - A kim są ci ludzie, o których pan
wspomniał?
- Och, istnieją naprawdę - zapewnił go Cleveland, odpowiadając na
wątpliwość kryjącą się za tym pytaniem. - John Sevier. Izaac Shelby.
William Campbell i Frederick Hambright. I mogę panu powiedzieć, że wielu
innych również się nad tym zastanawia.
Jamie skinął głową, ale nie powiedział nic więcej.
- Słyszałem o panu jeszcze coś, panie Fraser. - Cleveland wziął do ręki
jeden z muszkietów z wozu i leniwie oglądał krzemień. - Podobno był pan
agentem do spraw Indian. To prawda?
- Byłem.
- I mówią, że dobrym. - Cleveland uśmiechnął się w niezdarnej próbie
żartu. - Słyszałem, że w wioskach Czirokezów urodziło się sporo rudych
dzieci, co?
Jamie poczuł się tak, jakby Cleveland uderzył go w twarz muszkietem. Czy
naprawdę tak o nim gadano, czy też była to tylko głupia przynęta, za
której pomocą Cleveland miał nadzieję wciągnąć go w jakieś nikczemne
przedsięwzięcie?
- Życzę panu miłego dnia, sir - powiedział sztywno. - Moi ludzie zaraz
tu będą z narzędziami i naprawią pańskie koło.
Ruszył z powrotem, ale Cleveland, który pomimo swojej masy poruszał się
bardzo zręcznie, w mgnieniu oka znalazł się obok niego.
- Jeśli mamy utworzyć milicję, potrzebujemy broni - stwierdził. - To
rozsądne, prawda?
Widząc, że Jamie nie jest skłonny odpowiadać na pytania retoryczne,
spróbował z innej beczki.
- Indianie mają broń. Rząd brytyjski co roku daje Czirokezom spory
przydział śrutu i prochu do polowań. Czy tak było już wtedy, kiedy był
pan agentem?
- Dobrego dnia, panie Cleveland. - Przyśpieszył kroku, chociaż zraniona
noga pulsowała od wysiłku. Cleveland pochwycił go za ramię i szarpnął,
zmuszając do zatrzymania.
- Możemy porozmawiać o broni później. Jest jeszcze jedna rzecz, o której
chciałem z panem mówić.
- Zabierz tę rękę.
Słysząc ton Jamiego, Cleveland puścił go, ale się nie cofnął.
- Człowiek o nazwisku Cunningham - powiedział, nie odrywając od niego
spojrzenia małych brązowych oczu. - Były kapitan marynarki. Torys.
Lojalista.
Jamie poczuł zimno rozprzestrzeniające się od żołądka. Kapitan
Cunningham rzeczywiście był lojalistą - podobnie jak tuzin innych jego
dzierżawców.
- Nienawidzę torysów - powiedział Cleveland w zamyśleniu. Potrząsnął
głową, a Jamie dostrzegł błysk jego oczu pod rondem kapelusza. - U siebie powiesiłem kilku. Inni przestraszyli się i odeszli. - Odchrząknął
i splunął. Kropla żółtawej flegmy wylądowała w pobliżu stopy Jamiego.
- No więc ten kapitan Cunningham pisze listy. Artykuły do gazet. Może
ktoś, komu na sercu leży dobro kapitana, zechciałby zamienić z nim słowo
na ten temat. Nie sądzi pan?
Kiedy Jamie wrócił na teren budowy, ogień był rozpalony, a z kociołka
coś ładnie pachniało. Roger i Ian rozmawiali z Claire. Od strony drzew
nad strumieniem dochodziły krzyki bawiących się dzieci. No tak: Jenny
miała dziś przyjść na kolację. Prawie o tym zapomniał, zirytowany
gadaniną Clevelanda.
"Może ktoś, komu na sercu leży dobro kapitana, zechciałby zamienić z nim
słowo na ten temat. Nie sądzi pan?"
W gruncie rzeczy nie była to zła rada, ale ta myśl nie poprawiła mu
nastroju. Nie lubił gróźb ani protekcjonalności, a jeszcze bardziej nie
lubił, gdy człowiek większy od niego próbuje go zastraszyć. Nie podobały
mu się też wieści przyniesione przez Clevelanda, ale za to już nie mógł
go obwiniać.
Spokojna atmosfera domowego ogniska koiła go i kusiła, by dołączyć do
rodziny, wypić zimne piwo, które Fanny wyciągnęła ze studni, usiąść i dać odpocząć obolałej nodze. Ale rozmowa z Clevelandem wciąż zalegała mu
ciężarem na sercu; nie chciał się tym z nikim dzielić, dopóki dobrze
wszystkiego nie przemyśli.
Pomachał krótko do Claire, idąc w kierunku łopaty, która czekała, wbita
w ziemię, przy nieukończonym wychodku; wysiłek fizyczny uspokoi go przy
rozważaniach. Taką miał nadzieję.
Roger widział, jak Jamie cicho znika w cieniu za niedokończonym kominem,
i założył, że poszedł się wysikać. Ale kiedy nie wrócił w ciągu kilku
minut, Roger oderwał się od rozmowy - która w tej chwili toczyła się
wokół nieograniczonych możliwości wyboru prawdziwego imienia dla małego
Oglethorpe'a - i podążył za teściem w cień.
Jamie stał na krawędzi sporej prostokątnej dziury w ziemi i wydawał się
kontemplować jej głębokość.
- Nowy wychodek? - zapytał Roger, wskazując dziurę ruchem głowy.
Jamie podniósł wzrok z uśmiechem i Roger poczuł falę ciepła - z kilku
powodów.
- Ano. Miał być zwyczajny, wiesz, z jednym otworem. - Wskazał na dziurę.
Ostatnie promienie słońca rozjaśniały jego włosy i skórę złotym
blaskiem. - Ale przy czterech osobach więcej... a może z czasem jeszcze
przybędzie? To znaczy, skoro chcecie tu zostać. - Zerknął na Rogera z ukosa i znów się uśmiechnął. - No i jeszcze ci, którzy przychodzą do
Claire. Jeden z chłopaków Crombiech przyszedł tu w zeszłym tygodniu po
lekarstwo na sraczkę i tak długo stękał i wzdychał w wychodku Bobby'ego
Higginsa, że cała rodzina musiała biegać do lasu, a kiedy wreszcie
wyszedł, to mogę ci powiedzieć, że Amy nie była zachwycona stanem
wychodka.
Roger skinął głową.
- Więc chcesz go powiększyć czy zrobić dwa wychodki?
- Ano właśnie, to dobre pytanie. - Jamie wydawał się zadowolony, że
Roger tak szybko uchwycił sedno sprawy. - Widzisz, wychodki w domach,
gdzie mieszkają rodziny, przeważnie mogą pomieścić dwie osoby naraz,
McHughowie mają bardzo piękny wychodek z trzema dziurami; Sean McHugh
umie sobie radzić z narzędziami, a przy siedmiorgu dzieciach to się
bardzo przydaje. Ale rzecz w tym, że... - Zmarszczył lekko brwi i odwrócił
się w stronę ognia, niewidocznego za ciemną bryłą komina. - Kobiety,
rozumiesz?
- Masz na myśli Claire i Briannę - zrozumiał natychmiast Roger. - Tak,
one życzą sobie odosobnienia. Ale nieduży haczyk po wewnętrznej stronie
drzwi...?
- Ano, rozważałem to. - Jamie machnął ręką. - Większy kłopot mam z tym,
co myślą o... zarazkach. - Wymówił to słowo bardzo starannie i spod oka
szybko zerknął na Rogera, jakby chciał sprawdzić, czy wypowiedział je
poprawnie i czy takie słowo w ogóle istnieje.
- Och. Nie pomyślałem o tym. Masz na myśli chorych, którzy tu przychodzą
i mogą zostawić po sobie... - Wskazał ręką w kierunku dziury.
- Właśnie. Szkoda, że nie widziałeś, co się działo, kiedy chłopak
Crombiech wreszcie sobie poszedł. Claire uparła się wyparzyć wychodek
Amy wrzącą wodą z ługiem i wlać do niego terpentynę. - Wzruszył
ramionami na to wspomnienie. - Gdyby miała to robić za każdym razem,
kiedy jakiś chory skorzysta z naszego wychodka, to my wszyscy też
musielibyśmy chodzić srać do lasu.
Roześmieli się obydwaj.
- W takim razie jedno i drugie - stwierdził Roger. - Dwa otwory dla
rodziny i osobny wychodek dla gości, a raczej dla gabinetu. Powiedz, że
to dla wygody, żeby nie zaczęli cię uważać za szaleńca, który nie
pozwala ludziom korzystać ze swojego wychodka.
- Nie, to by nie było dobre. - Jamie zaśmiał się krótko, ale jeszcze
przez chwilę patrzył w dół z lekkim uśmiechem na twarzy. Mocne zapachy
wilgotnej, świeżo poruszonej ziemi i niedawno pociętego drewna mieszały
się z wonią ognia i Roger niemal widział, jak dom powstaje z dymu.
Jamie przerwał rozmyślania, odwrócił głowę i spojrzał na niego.
- Brakowało mi ciebie, Rogerze Mac.
Roger otworzył usta, żeby odpowiedzieć, ale gardło miał zaciśnięte tak
mocno, jakby połknął kamień, i wydobyło się z niego tylko stłumione
chrząknięcie.
Jamie z uśmiechem dotknął jego ramienia i poprowadził go do wielkiego
kamienia, od którego pod kątem dziewięćdziesięciu stopni odchodził w dwie strony fundament. Roger odniósł wrażenie, że to będzie frontowa
strona domu. Budynek zapowiadał się na duży, może nawet większy od
pierwotnego Wielkiego Domu.
- Przejdź ze mną po fundamentach, co?
Skinął głową. Podeszli do wielkiego kamienia i Roger ze zdumieniem
ujrzał wyryte na nim słowo FRASER, a poniżej datę - 1779.
- Mój kamień węgielny - powiedział Jamie. - Pomyślałem, że gdyby dom
znów się spalił, można byłoby się w każdym razie dowiedzieć, że tu
mieszkaliśmy, nie?
- Ach..... mm - wykrztusił Roger. Odchrząknął mocno, zakaszlał i wystarczyło mu tchu, żeby wypowiedzieć kilka słów. - Lallybroch... twój
tato... - Wskazał w górę, na nieistniejące nadproże. - Wstawił... datę.
Twarz Jamiego rozjaśniła się.
- Tak - powiedział. - To znaczy, że dom nadal stoi?
- Stał, kiedy... widziałem go ostatnio. - Jego gardło rozluźniło się, gdy
opuścił go uścisk emocji. - Chociaż... jeśli się zastanowić... - Urwał, gdy
sobie przypomniał, kiedy po raz ostatni widział Lallybroch.
- Zastanawiałem się, wiesz. - Jamie odwrócił się i ruszył wzdłuż
przyszłej ściany domu. Od strony ogniska dochodził zapach pieczonego
mięsa. - Brianna opowiedziała mi o tych ludziach, którzy przyszli. -
Zerknął na Rogera ostrożnie. - Oczywiście ciebie wtedy nie było, bo
szukałeś Jema.
- Tak. - A Bree musiała opuścić dom, ich dom, pozostawić go na łaskę
złodziei i porywaczy. Miał wrażenie, że kamień przesunął się z jego
gardła na pierś. Ale nie było sensu myśleć o tym w tej chwili; zepchnął
na tył głowy wizję ludzi strzelających do jego żony i dzieci.
- Tak się składa - powiedział, doganiając Jamiego - że ostatni raz
widziałem Lallybroch... trochę wcześniej.
Jamie zatrzymał się, unosząc brwi. Roger odchrząknął. To właśnie chciał
mu powiedzieć; to była najlepsza chwila.
- Kiedy poszedłem szukać Jema, zacząłem od Lallybroch. Znał to miejsce,
to był jego dom... pomyślałem, że jeśli uda mu się uciec Cameronowi, to
może pójdzie tam.
Jamie patrzył na niego przez chwilę, potem głęboko odetchnął i skinął
głową.
- Dziewczyna mówiła... tysiąc siedemset trzydzieści dziewięć?
- Miałeś osiemnaście lat i byłeś w Paryżu na uniwersytecie. Twoja
rodzina była z ciebie bardzo dumna - rzekł cicho Roger. Jamie gwałtownie
odwrócił głowę i znieruchomiał; Roger słyszał drżenie jego oddechu.
- Jenny - powiedział. - Spotkałeś Jenny. Wtedy.
- Tak, spotkałem ją. Miała może dwadzieścia lat. Wtedy. - Dla niego od
tego czasu minął niecały rok. A Jenny miała teraz ile, sześćdziesiąt
lat? - Pomyślałem... pomyślałem, że może powinienem cię uprzedzić, zanim
znów się z nią spotkam.
- Na wypadek, gdyby zasłabła?
- Coś takiego.
Jamie odwrócił się do niego. Na jego twarzy uśmiech mieszał się z szokiem. Roger czuł jego niedowierzanie, dezorientację, zagubienie,
jakby nie wiedział, gdzie bezpiecznie postawić stopę. Jamie potrząsnął
głową jak byk, który opędza się od gza. Znam to uczucie, bracie,
pomyślał Roger, znam wszystkie te uczucia.
- To... miło, że o tym pomyślałeś. - Jamie przełknął ślinę i podniósł
wzrok, gdy uderzyła go następna myśl, równie bulwersująca. - Mój ojciec.
Powiedziałeś "twoja rodzina". On... - Jego głos zamarł.
- Był tam. - Od strony ogniska słychać było teraz równomierne odgłosy
pracy kobiet: brzęki, pluskanie i skrobanie, rozmowy, których słów nie
można było rozróżnić, przerywane krótkimi wybuchami śmiechu i od czasu
do czasu przywoływaniem zabłąkanego dziecka. Roger dotknął ramienia
Jamiego i ruchem głowy wskazał ścieżkę prowadzącą do źródła i ogrodu.
- Może gdzieś usiądziemy i opowiem ci wszystko, zanim twoja siostra tu
przyjdzie. - Żebyś mógł to przetrawić bez świadków, dodał w myślach.
Jamie westchnął głęboko, na chwilę zacisnął usta, skinął głową i ruszył
pierwszy, mijając wielki blok kamienia węgielnego. Roger pomyślał naraz,
że ten kamień bardzo przypomina inne, które widział na miejscu bitwy pod
Culloden - wielkie szare bloki skalne rzucające długie cienie w wieczornym świetle, a na każdym wykute nazwisko jednego klanu:
McGillivray, Cameron, MacDonald... Fraser.
Roger stał obok Jamiego na omszałym brzegu, uprzejmie podziwiając
zaczątki domku nad źródłem po drugiej stronie rwącego strumienia.
- To jeszcze nic takiego - powiedział skromnie Jamie, wskazując domek
ruchem głowy. - Tylko tyle zdążyłem zrobić, ale niedługo będę musiał
postawić większy. Może do wiosny. Ten nie wytrzyma letnich deszczy.
Domek w obecnej chwili składał się ze skalnego nawisu, do którego po obu
stronach dobudowano nierówne kamienne ściany z otworami na dole, żeby
strumień mógł swobodnie przepływać. Kilka stóp nad przejrzystą brązową
wodą między ścianami rozciągały się drewniane listwy. W tej chwili stały
na nich trzy wiadra mleka, każde przykryte obciążonym płótnem dla
zabezpieczenia przed muchami i żabami, oraz pół kręgu woskowanego
morawskiego3 sera wielkości głowy Rogera.
- Jenny warzy doskonałe sery - wyjaśnił Jamie. - Ale nie znalazła
jeszcze dobrego startera, więc przywiozłem to z Salem.
Pod listwami w strumieniu stało kilka kamionkowych naczyń, które - jak
powiedział Jamie - zawierały masło, słodką i kwaśną śmietanę oraz
maślankę. Było tu spokojnie, wietrzyk od wody chłodził powietrze,
strumień nieustannie rozmawiał sam ze sobą. Na brzegu za kamiennym
murkiem rósł gąszcz wierzb, ich smukłe witki unosiły się na powierzchni
wody, znoszone prądem.
- Jak młode kobiety, które myją włosy, prawda? - powiedział Roger i Jamie uśmiechnął się lekko, ale najwyraźniej nie był w tej chwili w odpowiednim nastroju do poezji.
- Tędy. - Odwrócił się plecami do strumienia i odsunął na bok gałęzie
młodego czerwonego dębu. Roger poszedł za nim w górę po niewielkim
zboczu. Dotarli na skalną półkę. W szczelinach zadomowiło się kilka
przedsiębiorczych drzewek, ale na skraju pozostało jeszcze dość miejsca,
by wygodnie usiąść. Widzieli stąd przeciwny brzeg strumienia, malutki
domek i spory kawałek rozpoczynającej się przy nim ścieżki.
Jamie usiadł ze skrzyżowanymi nogami, oparty plecami o drzewko.
- Będziemy stąd widzieć każdego, kto się zbliży. Chciałeś mi coś
powiedzieć.
Roger usiadł w cieniu, zdjął buty i pończochy i zwiesił nogi w miejscu,
gdzie przy skalnej półce czuć było chłodny powiew. Miał nadzieję, że
spowolni to jego serce. Nie było dobrego sposobu, by zacząć; musiał to
po prostu zrobić.
- Jak powiedziałem, pojechałem do Lallybroch, szukając Jema. Oczywiście
nie było go tam. Ale Brian... twój ojciec...
- Wiem, jak miał na imię - wtrącił Jamie sucho.
- Zwracałeś się tak kiedyś do niego? - zapytał Roger pod wpływem
impulsu.
- Nie - odrzekł Jamie ze zdziwieniem. - Czy w waszych czasach mężczyźni
zwracają się do swoich ojców po imieniu?
- Nie. - Roger lekceważąco poruszył ręką. - Po prostu... nie powinienem
tego mówić, bo to część mojej historii, nie twojej.
Jamie spojrzał na blednące niebo.
- Mamy jeszcze sporo czasu do kolacji. Pewnie zdążysz mi opowiedzieć o jednym i o drugim.
- To opowieść na inną okazję. - Roger wzruszył ramionami. - Ale... krótko
mówiąc, szukając Jema, zamiast niego znalazłem... no cóż, mojego własnego
ojca. On też miał na imię Jeremiah. Mówiono do niego Jerry.
Jamie mruknął coś po gaelicku i przeżegnał się.
- No tak - rzekł Roger krótko. - Tak jak powiedziałem... kiedy indziej.
Ale widzisz, kiedy go znalazłem, miał zaledwie dwadzieścia dwa lata, a ja tyle co teraz; prawie mógłbym być jego ojcem. Więc nazywałem go Jerry
i tak o nim myślałem, a jednocześnie wiedziałem, że jest moim... no cóż.
Nie mogłem mu powiedzieć, kim jestem; nie było na to czasu.
Gardło znów mu się zacisnęło; odchrząknął z wysiłkiem.
- No więc tak. Twojego ojca w Lallybroch spotkałem wcześniej. O mało się
nie przewróciłem z szoku, kiedy otworzył drzwi i mi się przedstawił. -
Na to wspomnienie przez jego twarz przebiegł smutny uśmiech. - Był mniej
więcej w moim wieku, może kilka lat starszy. Poznaliśmy się... jako dwaj
mężczyźni. Pan MacKenzie. Pan Fraser.
Jamie krótko skinął głową. W jego oczach błyszczało zaciekawienie.
- A potem nadeszła twoja siostra. Przyjęli mnie życzliwie i nakarmili.
Powiedziałem twojemu ojcu... cóż, oczywiście nie powiedziałem mu
wszystkiego, tylko że szukam synka, który został porwany.
Brian zaoferował Rogerowi nocleg, a następnego ranka razem objechali
wszystkich sąsiadów, bezskutecznie rozpytując o Jema i Roba Camerona.
Kolejnego dnia zaproponował, żeby pojechać aż do Fort William i popytać
w garnizonie wojskowym.
Spojrzenie Rogera było utkwione w mchu rosnącym obok jego kolana;
zaokrąglone zielone kępki na kamieniach wyglądały jak główki młodych
brokułów. Czuł, że Jamie słucha uważnie. Jego teść w ogóle się nie
poruszył, ale przy wzmiance o Fort William Roger wyczuł w nim lekkie
napięcie. A może to było jego własne napięcie... Wbił palce w chłodny,
wilgotny mech; możliwe, że chciał w ten sposób nawiązać kontakt z ziemią.
- Dowódcą był oficer nazwiskiem Buncombe. Twój ojciec powiedział: "Jak
na Anglika, jest całkiem porządnym człowiekiem", i taki był. Brian wziął
ze sobą dwie butelki whisky, całkiem niezłej. - Zerknął na Jamiego,
który odpowiedział mu błyskiem uśmiechu. - Piliśmy z Buncombe'em i on
obiecał, że każe swoim żołnierzom popytać. Wtedy poczułem... nadzieję.
Jakbym naprawdę miał szansę znaleźć Jema.
Zawahał się przez chwilę, zastanawiając się, jak powiedzieć to, co
zamierzał, ale Jamie przecież znał Briana.
- Nie sprawiła tego uprzejmość Buncombe'a, lecz Brian Dhu - rzekł,
patrząc prosto na teścia. - Okazał się... miły, bardzo miły, ale chodziło
o coś więcej. - Wspomnienie było niezwykle żywe: Brian jechał przed nim
na wzgórze, jego czapka i szerokie ramiona pociemniały od deszczu, plecy
miał proste i mocne. - Czuło się... ja czułem, że skoro mam tego człowieka
przy sobie, to wszystko będzie w porządku.
- Wszyscy tak się przy nim czuli - powiedział Jamie cicho, nie podnosząc
wzroku.
Roger w milczeniu przytaknął. Kasztanowa głowa Jamiego była pochylona,
wzrok utkwiony w kolanach, ale Roger dostrzegł, że ta głowa obraca się o ułamek cala i przechyla, jakby w odpowiedzi na dotyk, i poczuł na
własnej skórze głowy leciutki dreszcz rozpoznania i podziwu.
To właśnie to, pomyślał, jednocześnie zaskoczony i zupełnie nie
zdziwiony. Widział to już wcześniej - a raczej czuł, ale dopiero za
którymś razem uświadomił sobie, co to takiego: zmarli przybywali na
wezwanie, gdy mówili o nich ludzie, którzy ich kochali. Czuł obecność
Briana Dhu, tutaj, nad tym górskim strumieniem, równie wyraźnie jak
tamtego ponurego dnia w szkockich górach.
Krótko skinął głową duchowi, który stał obok nich, pomyślał: Wybacz mi,
i zaczął mówić dalej.
Opowiedział o Williamie Buccleighu MacKenziem, który kiedyś omal go nie
zabił, a teraz próbował to zrekompensować, pomagając mu szukać Jema. O tym, jak razem spotkali Dougala MacKenziego, który zbierał czynsze ze
swoimi ludźmi...
- Jezu - powiedział Jamie, chociaż Roger zauważył, że nie przeżegnał się
na wzmiankę o Dougalu. Kąciki jego ust uniosły się leciutko. - Czy
Dougal wiedział... że ten Buck jest jego synem?
- Nie - odrzekł Roger lakonicznie. - Bo Buck jeszcze się nie urodził.
Ale Buck wiedział, że Dougal jest jego ojcem; to nim trochę wstrząsnęło.
- Nie tylko nim.
- Wyobrażam sobie - mruknął Jamie z odcieniem rozbawienia i Roger już
nie po raz pierwszy poczuł się zadziwiony zdolnością górali do
przemieszczania się tam i z powrotem między tym a następnym światem.
Jamie zabił swojego wuja, bo nie miał innego wyjścia, ale po jego
śmierci pojednał się z nim; Roger słyszał, jak Jamie wzywał Dougala na
pomoc w bitwie - i otrzymał tę pomoc.
Roger i Buck też ją otrzymali: Dougal pożyczył im konie.
Ale, jak Roger wspomniał już wcześniej, w tej chwili nie chodziło o jego
własne poszukiwania syna i ojca, lecz o to, co był winien innemu ojcu i innemu synowi. Cieniowi Briana Dhu... i Jamiemu.
- Kiedyś opowiem ci resztę. Na razie wróciliśmy do Lallybroch, bo Brian
przysłał wiadomość, że znalazł coś, co może mieć dla mnie jakieś
znaczenie. Był to rodzaj zawieszki, którą przysłał mu dowódca garnizonu
w Fort William. Wyglądała dziwnie i było na niej nazwisko MacKenzie,
więc dowódca i Brian uznali, że powinienem ją zobaczyć. - Przypomniał
sobie ucisk w piersi, gdy zobaczył zawieszkę: dwa kawałki sprasowanego
kartonu, jeden czerwony, drugi zielony, na obydwu nadrukowane nazwisko
"J.W. MacKenzie" oraz zagadkowy szereg cyfr - identyfikator pilota RAF i dowód na to, że szukali innego Jeremiaha.
- Musieliśmy się dowiedzieć, skąd się wzięła ta zawieszka, więc
wróciliśmy do Fort William. I... - Musiał odetchnąć głęboko, żeby to
powiedzieć. - Kapitana Buncombe'a już tam nie było; nowym dowódcą
garnizonu był kapitan Randall.
Rozbawienie zniknęło z twarzy Jamiego; teraz była jak wykuta z kamienia.
- Tak. - Roger odkaszlnął. - On. - Nowy dowódca był życzliwy i przyjazny. - Pomógł nam. To było... - Roger przez chwilę szukał
odpowiedniego słowa, po czym rozłożył ręce, nie mogąc go znaleźć. - To
było dziwne. To znaczy... Wiedziałem... co on...
- Co on mi zrobił? - Jamie utkwił w nim nieprzeniknione spojrzenie.
- Wiedziałem, co ci zrobił. Claire mi powiedziała... powiedziała nam,
kiedy... - Zauważył wyraz twarzy Jamiego i szybko mówił dalej: - To znaczy
wiedziała, że nie żyjesz, bo inaczej nigdy by nie...
- To znaczy, że powiedziała wam wszystko. - Wyraz twarzy Jamiego
niewiele się zmienił, ale wyraźnie pobladł.
O cholera, pomyślał Roger.
- No cóż, właściwie tylko... hm... bardzo ogólnie... - Urwał. "Nigdy nie
zostaniesz dobrym duchownym, jeśli nie będziesz uczciwy", powiedział mu
Buck i miał rację. Roger odetchnął głęboko. - Tak - przyznał po prostu i poczuł pustkę w środku.
Jamie nie odezwał się ani słowem. Wstał, odwrócił się, zagłębił na kilka
kroków w krzaki, zatrzymał się i zwymiotował.
O Jezu. O Boże. Co ja sobie myślałem! Roger miał wrażenie, że
wstrzymywał oddech co najmniej przez godzinę. Zaczerpnął haust
powietrza, a potem jeszcze jeden, zastanawiając się, co powinien
powiedzieć Jamiemu, jak mu to wyjaśnić i przeprosić, jak prosić o wybaczenie. Musiał to zrobić, jeśli on i Bree mieli znów tu zamieszkać.
W ogóle nie przyszło mu do głowy, iż Jamie może nie zdawać sobie sprawy,
że on... na litość boską, a także Bree! - już od lat znają intymne
szczegóły jego osobistego Getsemani.
A niech to, a niech to, a niech to... do diabła... Siedział z zaciśniętymi
pięściami, słuchając, jak Jamie oddycha spazmatycznie, spluwa i dyszy.
Wpatrywał się w szkarłatną biedronkę z czarnymi kropkami, która sfrunęła
na jego kolano i teraz chodziła w jedną i w drugą stronę po szarym
samodziale, z zaciekawieniem badając tkaninę czułkami. W końcu krzewy
zaszeleściły; Jamie wrócił i usiadł, przyciskając plecy do drzewka.
Roger otworzył usta, ale Jamie machnął ręką.
- Nie - powiedział. Koszulę miał mokrą od potu, pomiętą przy
obojczykach. Pojawiły się już wszystkie wieczorne owady. Nad ich głowami
unosiły się chmary komarów, dokoła rozlegało się granie świerszczy.
Komar bzyknął przy uchu Rogera, ale ten nie podniósł ręki, żeby go
zabić.
Jamie westchnął i spojrzał na niego wprost.
- No dobrze - powiedział. - Opowiedz mi resztę.
Roger skinął głową i spojrzał mu w oczy.
- Wiedziałem o Randallu, o tym, jaki był - rzekł bez ogródek. - I wiedziałem, co się stanie. Nie tylko z tobą, także z twoją siostrą. I z twoim ojcem.
Tym razem Jamie przeżegnał się powoli i wyszeptał coś po gaelicku, czego
Roger nie zrozumiał, nie prosił jednak o powtórzenie.
- Powiedziałem Buckowi tylko o chłoście, nie o... - Palce okaleczonej
dłoni Jamiego zadrżały, jakby znów chciały wykonać gest odcinania. - O twoim ojcu i o tym, co się z nim wtedy stało.
Znów wróciła do niego zimna groza tej rozmowy. Wiedział, że jeśli nie
zrobi nic, by powstrzymać Jacka Randalla, Brian Dhu Fraser umrze przed
upływem roku na atak apopleksji, przekonany, że kapitan Randall
zachłostał jego syna na śmierć. Jamie zostanie wyjęty spod prawa,
poraniony na ciele i duszy, przygnieciony poczuciem winy za śmierć ojca
oraz świadomością, że zostawił swój dom i dzierżawców na głowie
pogrążonej w żałobie i załamanej siostry. A Jenny, ta urocza dziewczyna,
będzie zupełnie sama, pozbawiona nawet ochrony brata.
Jamie nie wzdrygnął się, ale Roger czuł, że każde własne słowo przeszywa
go jak ostra strzała. Jenny. Chryste, jak mam jej spojrzeć w oczy?
Odetchnął głęboko. Dotarł już niemal do końca.
- Buck chciał go zabić... Randalla. Od razu, bez wahania.
W głosie Jamiego pojawił się cień drżącego uśmiechu.
- To znaczy, że był synem Dougala.
- Co do tego nie ma żadnych wątpliwości - zapewnił go Roger. - Szkoda,
że nie widziałeś ich obu razem.
- Ja też żałuję.
Roger potarł dłonią twarz i pokręcił głową.
- Rzecz w tym, że mogliśmy go powstrzymać. To znaczy go zabić. Byliśmy
uzbrojeni. Spotkałem go wcześniej, kiedy przyszedłem z twoim tatą. Nie
bał się mnie. Mogłem wejść do jego gabinetu razem z Buckiem i zrobić to.
Albo mogliśmy pójść za nim na jego kwaterę i tam to załatwić; mielibyśmy
duże szanse uciec.
Jamie wzdrygnął się tylko raz, przy słowie "tato". Teraz jednak siedział
spokojnie, tylko oczy w jego twarzy były żywe.
- Nie pozwoliłem Buckowi tego zrobić - wypalił Roger. - Wiedziałem, co
się stanie, wiedziałem o wszystkim, i pozwoliłem, żeby to się zdarzyło.
Twojej rodzinie. Tobie.
Jamie spuścił wzrok, ale nie odpowiedział. Roger poczuł świeże powietrze
napływające z dołu, od strony strumienia, poczuł chłodny cień drzew na
rozpalonej twarzy.
W końcu Jamie poruszył się i krótko skinął głową, a potem jeszcze raz,
jakby podjął decyzję.
- A gdybyś go zabił? - odezwał się cicho. - Gdybym nie został wyjęty
spod prawa, nie znalazłbym się w pobliżu Craigh na Dun i nie
potrzebowałbym pilnie uzdrowiciela w dniu, kiedy... - Uniósł jedną brew.
Roger w milczeniu skinął głową.
- Brianna? - dodał cicho Jamie. Jej imię w Gaidhlig brzmiało jak
chłodny powiew wiatru. - Czy ona by się zdarzyła? A dzieci? I ty, jeśli
o to chodzi?
- Ja... my... to mimo wszystko mogło się zdarzyć. - Roger przełknął ślinę. -
W inny sposób. Ale tak. Bałem się, że może nie. Ale ja nie... - Urwał.
Jamie rozumiał, że nie próbuje się usprawiedliwiać.
- Ano tak. - Jamie wstał i chmara komarów rozproszyła się jak deszcz
złotego pyłu w wieczornym świetle. - W takim razie nie martw się. Nie
pozwolę, żeby Jenny cię zabiła. Chodź, bo kolacja się przypali.
Roger miał wrażenie, że ziemia usuwa mu się spod stóp. Sam nie wiedział,
czego się spodziewał, ale na pewno nie pozornego spokoju i akceptacji.
- Ty... nie... - zaczął z wahaniem.
- Nie. - Jamie wyciągnął rękę, a kiedy Roger ją przyjął, pociągnął go na
nogi. Stanęli twarzą w twarz pośród drzew szumiących w wieczornym
wietrze.
- Widzisz, dużo nad tym myślałem - powiedział Jamie swobodnie,
przechylając głowę w stronę strumienia - po Culloden, kiedy prowadziłem
życie banity. Pod gołym niebem, słuchając głosów, które zdawały się
dobiegać w wietrze. Spoglądałem w przeszłość i zastanawiałem się nad
wszystkim, co zrobiłem i czego nie zrobiłem, i myślałem, co by było,
gdybym postąpił inaczej. Gdybyśmy nie próbowali powstrzymać Karola
Stuarta... może nie zmieniłoby to losu całej Szkocji, ale nasz własny na
pewno tak. Może udałoby mi się zatrzymać Claire przy sobie. Gdybym nie
poszedł do Lasku Bulońskiego pojedynkować się z Jackiem Randallem, czy
miałbym teraz dwie córki?
Potrząsnął głową. Twarz miał pokrytą głębokimi zmarszczkami, oczy
skrywał cień.
- Żaden człowiek nie jest panem własnego życia - powiedział. - Jakaś
jego część zawsze spoczywa w cudzych rękach. Można tylko mieć nadzieję,
że głównie w rękach Boga. - Dotknął ramienia Rogera i wskazał na
ścieżkę. - Powinniśmy już iść.
Roger ruszył za nim. Czuł się spokojniejszy, ale patrząc na brudną,
szorstką koszulę na plecach Jamiego, przez cały czas widział ukryte pod
nią blizny.
- Pamiętaj - Jamie odwrócił się do niego przy ścieżce - lepiej nie mów
Jenny tego, co właśnie mi powiedziałeś. Nie od razu. Niech najpierw do
ciebie przywyknie.
*
Jamie wziął od Fanny i Mandy garść patyczków i kazał im patrzeć, jak
należy je ułożyć, żeby rozniecić większy ogień. Niewielkie ognisko
paliło się przez cały dzień; wystarczało, by zagotować wodę i by Claire
mogła przyrządzić gulasz składający się przede wszystkim z dużej ilości
młodych ziemniaków z dodatkiem marchewki, groszku, leśnych grzybów i cebuli, aromat nadawały mu okrawki pieczonego oposa. Jamie obejrzał się
przez ramię, żeby się upewnić, że jest zajęta czym innym, po czym
konspiracyjnie przywołał bliżej dziewczynki.
- Powąchajmy - szepnął. Zachichotały, opierając się o jego ramiona.
Powoli podniósł pokrywkę, uwalniając obłoczek pary pachnącej mięsem,
winem i cebulą. Dziewczynki pociągnęły nosami. On również wciągnął
zapach głęboko przez nos. Od apetycznego aromatu zaburczało mu w brzuchu
i dziewczynki znów zachichotały, rozglądając się dookoła z poczuciem
winy.
- Co ty u licha robisz, tato? - Odwrócił się i zobaczył córkę, która
stała nad nim z wyrazem dezaprobaty na twarzy. - Mandy, uważaj! Odsuń
Esmeraldę od ognia!
- Ja tylko uczę dziewczynki gotować - odrzekł beztrosko. Podał jej
pokrywkę, skłonił się i odszedł, odprowadzany ich śmiechem.
To był dobry moment, by odejść; zapadał zmierzch, kolacja wkrótce będzie
gotowa. Rozejrzał się za Jenny. Zamierzał wziąć ją na bok i nieco
przygotować na spotkanie z Rogerem Macem. Ale jak miał ją do tego
przygotować? Czy miał zapytać: "Pamiętasz może człowieka, który
czterdzieści lat temu przyjechał do Lallybroch, szukając syna? Nie
pamiętasz? Ach. No cóż, on jest tutaj... tylko że...".
Może będzie pamiętać. Była wtedy młodą dziewczyną, a Roger Mac był
przystojnym mężczyzną. Według jego słów ich tato poświęcił mu sporo
czasu, pomagając w poszukiwaniach, więc może...
Uświadomił sobie, że myślał o tacie tak swobodnie, jakby tamten wciąż
żył, i poczuł się tak, jakby nie trafił nogą w stopień schodów i stracił
równowagę.
- Hm? - Uświadomił sobie, że Claire zadała mu jakieś pytanie i czeka na
odpowiedź. - Przepraszam, Angliszko, myślałem o czymś. Co powiedziałaś?
Uniosła brwi, ale z uśmiechem podała mu butelkę.
- Pytałam, czy mógłbyś to otworzyć. - Była to butelka zeszłorocznego
muskatu, którą Jimmy Robertson odwdzięczył się za nastawienie złamanej
ręki jego najmłodszemu synowi.
- Myślisz, że warto to otwierać? - zapytał, oglądając butelkę
krytycznie. Korek siedział ciasno w szyjce, ale był wysuszony i kruchy;
Claire najwyraźniej próbowała go wyciągnąć i większa część odłamała się
i rozkruszyła w jej dłoni.
- Nie - odpowiedziała - ale czy taki powód kiedykolwiek powstrzymał
Szkota przed wypiciem czegoś?
- Anglików, których znam, też nie powstrzymał. Może Francuz byłby
bardziej wybredny. - Podniósł do góry butelkę z brązowego szkła i pod
światło sprawdził poziom wina, po czym wyciągnął nóż i ostrzem uderzył w szyjkę. Szkło pękło czysto, choć ukośnie.
- Przynajmniej nie będzie go czuć korkiem.
- To dobrze. Ja... To Oggy czy puma?
- Brzmi jak pierdząca puma, więc to pewnie Oggy.
Roześmiała się i przez moment poczuł się szczęśliwy. Pociągnął łyk wina,
skrzywił się i oddał jej butelkę.
- Kogo zamierzasz tym napoić?
- Nikogo - odpowiedziała i ostrożnie powąchała wino. - Zamierzam
namoczyć w nim na noc bardzo twardy kawał łosia razem z resztką dzikiego
czosnku, a potem ugotować go z fasolą i ryżem. Jak oni w końcu nazwą to
dziecko i kiedy, jak myślisz?
- Nie ma pośpiechu, nie? I tak nikt go nie pomyli z żadnym innym
dzieckiem z okolicy. - Rzeczywiście, było to niemożliwe. Jamie jeszcze
nigdy nie słyszał dziecka z silniejszymi płucami niż synek Rachel, który
rzadko przestawał z nich korzystać. W tej chwili zdawało się, że czuje
się dobrze i ryczy tylko dla zabawy.
- Wyjdę im naprzeciw - oznajmił. - Chcę porozmawiać z Jenny, zanim
zobaczy Rogera Maca.
Twarz Claire straciła wszelki wyraz. Szybko odwróciła głowę w stronę
drzew, gdzie stali Brianna i Roger, pogrążeni w rozmowie. Czy mówi jej
to, co powiedział wcześniej mnie? - zastanawiał się Jamie i znów poczuł
się tak, jakby spadał ze schodów.
- Dobry Boże. - W oczach Claire błysnęło podobne zainteresowanie jak na
widok brodawek odbytu druciarza, które przypominały mięsisty kalafior
wyrastający mu z tyłka. - Nie pomyślałam o tym.
- No cóż, pewnie nie zemdleje, skoro nie zrobiła tego jeszcze nigdy w życiu - odrzekł. - Ale na wszelki wypadek przygotuj szklaneczkę czegoś
mocniejszego.
Okazało się, że jego siostra nie przyszła razem z Ianem i Rachel; Rachel
powiedziała, że Jenny wstąpiła do Morag MacAuley, żeby wyżebrać od niej
odrobinę matki octowej, ale zaraz tu przyjdzie. Całe szczęście,
pomyślał. Podziękował Rachel i krótko potargał włoski na czubku głowy
Oggy'ego, co zwykle go rozśmieszało. Tym razem dziecko też zaśmiało się
głośno i Jamie ruszył ścieżką nieco spokojniejszy.
Jenny siedziała na zwalonym pniu obok ścieżki i wytrząsała kamień z buta. Usłyszała jego kroki, podniosła wzrok i rzuciła mu się w ramiona,
zapominając o bucie.
- Jamie, a chuisle! Twoja piękna dziewczyna! Tak się cieszę razem z tobą, o mało nie pęknę z radości! - Wypuściła go z objęć i podniosła na
niego oczy pełne łez, a on również poczuł ukłucie pod powiekami, choć
zarazem nie potrafił powstrzymać śmiechu. Radość siostry przypomniała mu
o jego własnej.
- Ano tak, ja też się cieszę. - Szybko otarł oczy rękawem i poprawił
czepek Jenny. - Jak dawno temu poznałaś Briannę? Mówiła, że pojechała do
Lallybroch, kiedy szukała swojej matki i mnie. I że spotkała tam ciebie,
Iana i wszystkich. Laoghaire też - przypomniał sobie.
Jenny przeżegnała się na wspomnienie tego imienia i również się
roześmiała.
- Matko Przenajświętsza, szkoda, że nie widziałeś twarzy Laoghaire na
widok tej dziewczyny! I potem, kiedy próbowała jej odebrać perły mamy, a Brianna odpędziła ją jak komara!
- Tak było? - Przez chwilę pożałował, że tego nie widział, ale zaraz
sobie przypomniał, dlaczego chciał znaleźć Jenny.
- Mąż Brianny - powiedział do czubka jej głowy, gdy znów się pochyliła,
by włożyć but. - Roger MacKenzie.
- No tak. Co to za człowiek? Pisałeś w listach, że go lubisz.
- Nadal go lubię - zapewnił ją. - Ale... Pamiętasz, jak przyjechałem z Claire do Szkocji, żeby pochować generała Simona w Balnain?
- Nie mogłabym tego zapomnieć - odrzekła i jej twarz pociemniała. Było
to wtedy, kiedy Ian powoli umierał; to był okropny czas dla nich
wszystkich, ale dla niej zdecydowanie najgorszy. Jamie nie chciał
przywoływać do niej tych wspomnień nawet na chwilę, ale nie miał
pojęcia, jak inaczej jej to powiedzieć.
- W takim razie pewnie pamiętasz, co powiedziała wam Claire o tym... skąd
pochodzi.
Jenny spojrzała na niego z niezrozumieniem. Umysł wciąż miała zajęty
wspomnieniami, ale zaraz zamrugała i zmarszczyła brwi.
- Tak - odrzekła ostrożnie. - O ile pamiętam, opowiadała coś o kamiennych kręgach i wróżkach.
- Tak, właśnie to. A teraz... czy możesz cofnąć się nieco dalej... do czasu,
kiedy ja byłem w Paryżu, tuż przed śmiercią taty?
- Mogę - powiedziała zwięźle, wpatrując się w niego. - Ale nie chcę.
Dlaczego mnie tym wszystkim dręczysz?
Poruszył niecierpliwie ręką, domagając się, by go wysłuchała.
- W Lallybroch pojawił się wtedy pewien mężczyzna, który szukał
porwanego syna. Miał ciemne włosy. Powiedział, że nazywa się Roger
MacKenzie i pochodzi z Lochalsh. Pamiętasz go?
Słońce już zachodziło, ale było jeszcze wystarczająco jasno, by
zauważył, jak krew odpływa z twarzy Jenny. Z wysiłkiem przełknęła ślinę
i krótko skinęła głową.
- Jego synek miał na imię Jeremiah - powiedziała. - Pamiętam, bo dowódca
garnizonu przysłał tacie nieduży wisiorek. Zacisnęła usta i Jamie
wiedział, że pomyślała o Jacku Randallu. - A kiedy ten ciemnowłosy...
mężczyzna wrócił, tato dał mu ten wisiorek. Słyszałam później, jak pan
MacKenzie mówił swojemu przyjacielowi, że to musiało należeć do jego
własnego ojca, który miał na imię Jeremiah, tak jak... Jemmy. Jego syn
miał na imię Jeremiah, nazywali go Jemmy. - Zamilkła i spojrzała na
niego oczami okrągłymi jak trzypensówki. - Chcesz mi powiedzieć, że ten
Jemmy to twój wnuk, a ten ciemnowłosy mężczyzna...
- Tak - powiedział i wypuścił oddech.
Znów usiadła, bardzo powoli. Zostawił ją w spokoju. Aż za dobrze
pamiętał mieszankę niedowierzania, oszołomienia i strachu, które poczuł,
kiedy uratował Claire podczas procesu o czary w Cranesmuir, a ona,
zmaltretowana i roztrzęsiona, w końcu powiedziała mu, kim jest. Pamiętał
też wyraźnie, co wtedy powiedział: "Byłoby łatwiej, gdybyś była tylko
czarownicą". Dlatego teraz uśmiechnął się i przykucnął przed siostrą.
- Ano, wiem. Ale tak naprawdę to równie dobrze mogliby pochodzić z... na
przykład z Hiszpanii. Albo, powiedzmy, z Timbuktu.
Rzuciła mu ostre spojrzenie i prychnęła, ale jej dłonie, zaciśnięte na
kolanach, rozluźniły się.
- A więc wygląda to tak, że oboje, Roger Mac i Brianna, byli wtedy w Lallybroch. Poznałaś Briannę, kiedy nas szukała, ale Rogera Maca
spotkałaś wiele lat wcześniej, kiedy szukał swojego synka. Brianna
pojawiła się tam znowu trochę później, razem z dziećmi, szukając Rogera.
Nie widziałaś jej wtedy, ale ona spotkała tatę.
Zamilkł na chwilę. Spojrzenie Jenny zmieniło się nagle. Usiadła prosto.
- Widziała tatę? Ale on już nie żył... - Urwała, próbując ułożyć sobie to
wszystko w głowie.
- Spotkała go. - Przełknął gulę w gardle. - Roger Mac też spędził z nim
trochę czasu, kiedy szukali Jema. On... opowiadał mi różne rzeczy o tacie.
Widzisz... oni obydwoje widzieli go zaledwie kilka miesięcy temu -
powiedział cicho, mocno ściskając jej dłoń. - Kiedy słuchałem, jak Roger
Mac o nim mówi... czułem się tak, jakby tato stał obok mnie.
Z cichym szlochem zacisnęła obie ręce na jego dłoni. Łzy znów napłynęły
jej do oczu, ale nie czuła lęku. Zamrugała i pociągnęła nosem.
- Może będzie ci łatwiej, jeśli pomyślisz o tym jak o cudzie -
powiedział, próbując jej jakoś pomóc. - Bo przecież... to jest cud, nie?
Spojrzała na niego, wyjęła chusteczkę i wydmuchała nos.
- Fag mi - powiedziała. Nie denerwuj mnie.
- Chodź. - Wstał i pociągnął ją na nogi. - Musisz poznać nowego
bratanka. Po raz drugi.
Roger zobaczył najpierw cień Jamiego, który wyłonił się zza komina,
ciemna sylwetka na ciemnym tle. Za nim szedł kolejny cień, tak
niewyraźny, że przez chwilę nie był pewien, czy w ogóle go widzi. Sam
nie wiedział, kiedy ruszył przed siebie i spotkali się przy kręgu
światła padającego z ogniska. Płomienie migoczące za jego plecami
odbijały się w jej oczach i ujrzał w ich blasku uroczą dziewczynę, którą
poznał wcześniej.
- Panno Fraser - powiedział cicho i ujął jej dłonie, drobne i mocne jak
łapki ptaka. - Cieszę się ze spotkania.
Zaśmiała się i wokół jej oczu pojawiły się zmarszczki.
- Ostatnim razem, kiedy się spotkaliśmy, chciałam, żebyś ucałował moją
rękę, ale nie zrobiłeś tego.
Widział żyłkę pulsującą szybko na jej szyi, ale ręka w jego dłoni nie
drżała. Podniósł ją do ust i ucałował ze szczerą czułością.
- Sądziłem, że twojemu ojcu mogłoby się to nie spodobać - powiedział z uśmiechem.
Na jej twarzy odbiło się zaskoczenie. Zacisnęła palce na jego dłoni.
- To prawda - szepnęła, wpatrując się w niego. - Widziałeś tatę,
rozmawiałeś z nim... zaledwie kilka miesięcy temu? Twój głos nie brzmi,
jakbyś... Nie mówisz o nim jak o zmarłym - rzekła z zadziwieniem.
Z gardła Jamiego wydobył się cichy pomruk, a on sam wyszedł z cienia i dotknął jej ramienia.
- Brianna też - powiedział cicho i przechylił głowę w stronę ognia,
gdzie siedziała Brianna. Trzymała w ramionach Oggy'ego i rozmawiała z innymi dziećmi. Ciepłe powietrze napływające od ogniska unosiło jej
długie rude włosy. Poruszała pulchną rączką dziecka, wykonując
majestatyczne gesty i przemawiając do niego głębokim, komicznym tonem.
Pozostałe dzieci chichotały.
- Ona też widziała tatę, chociaż nie rozmawiała z nim. Był na cmentarzu
w Lallybroch; mówiła, że klęczał przy kamieniu Mammeigh i że przyniósł
jej gałązki ostrokrzewu i cisu, związane czerwoną nicią.
- Mammaidh...
Głos ugrzązł Jenny w gardle. Roger zauważył w jej oczach lśnienie łez i puścił jej rękę. Jamie objął ją ramieniem i przyciągnął do siebie. Brat
i siostra objęli się z miłością.
Wciąż na nich patrzył, kiedy obok niego stanęła Claire. Ona też na nich
patrzyła; twarz miała spokojną, w oczach błyszczały uczucia. W milczeniu
wzięła go za rękę.
9. Bajki o zwierzątkach
Trwało to nie dwa tygodnie, ale miesiąc, lecz zanim zaczęły dojrzewać
dzikie winogrona, Jamie, Roger i Bree - bardzo ostrożnie, pośród
chichotów przycupniętych w pobliżu dzieci - przypięli dużą płachtę
poplamionego białego płótna (pozszywaną z kawałków uszkodzonego grota
slupa Marynarki Królewskiej, remontowanego w Wilmington, ocalonych przez
Fergusa, który akurat przechodził nabrzeżem) na drewnianym szkielecie
kuchni Nowego Domu.
Mieliśmy dach nad głową. Nasz własny.
Stałam pod nim długo, patrząc w górę i po prostu się uśmiechając.
Ludzie wchodzili i wychodzili, przynosząc rzeczy z szopy, z chaty
Higginsów, z domku nad źródłem, spod osłon przy Wielkiej Kłodzie, z ogrodu. Nieoczekiwanie przypomniało mi się, jak rozbijaliśmy obóz na
wyprawie z wujem Lambem: ta sama bezładna bieganina z bagażami, dobry
nastrój, poczucie ulgi, szczęścia i wyczekiwania.
Jamie ustawił szafkę na żywność na nowej sosnowej podłodze, bardzo
ostrożnie, żeby nie powgniatać ani nie porysować desek.
- Próżny trud - powiedział do mnie z uśmiechem. - Za tydzień ta podłoga
będzie wyglądała tak, jakby przebiegło po niej stado świń. Dlaczego się
uśmiechasz? Bawi cię ta myśl?
- Mnie nie, ale ciebie tak - odrzekłam. Roześmiał się, objął mnie
ramieniem i oboje spojrzeliśmy w górę.
Płótno jaśniało olśniewającą bielą, przy jego brzegach jarzyło się
słońce późnego poranka. Uniosło się na wietrze z lekkim szmerem i cienie
licznych plam z morskiej wody, brudu i czegoś, co mogło być krwią ryb
lub ludzi, poruszyły się na podłodze wokół naszych stóp jak płycizny
naszego nowego życia.
- Spójrz - szepnął mi do ucha, trącając mnie brodą w policzek.
Na drugim końcu pomieszczenia stała Fanny. Patrzyła w górę, zatraciwszy
się w śnieżnobiałym blasku, i nie zwracała uwagi na kota Adso, który
ocierał się o jej kostki w nadziei na coś do jedzenia. Uśmiechała się.
Jamie wykopał zagłębienie. Płytka bruzda w czarnej, nakrapianej
drobinami miki ziemi przy ścianie komina miała jakieś dziesięć cali
długości.
We trzech z Rogerem i Ianem - sapiąc, dysząc i przeklinając po gaelicku,
francusku, angielsku oraz w języku Mohawków - przytargali wczoraj znad
Zielonego Źródła wielki blok serpentynitu przeznaczony na palenisko.
Stał teraz oparty o komin i czekał. Jego spodnia strona pokryta była
ziemią i korzonkami. Zauważyłam niewielkiego pająka, który wynurzył się
z zagłębienia, odważył się przejść cal czy dwa i zastygł, oszołomiony.
- Zaczekaj - powiedziałam do Jamiego, który przysiadł na piętach i wyciągnął rękę do Bree, czekającej obok z czarnym dłutem w dłoni. Uniósł
brwi, ale skinął głową. Dzieci zgromadziły się wokół mnie, zaciekawione
przyczyną tego przestoju. Przytrzymując skraj fartucha, próbowałam go
wsunąć pod pająka tak, żeby go nie przestraszyć. Przebiegł po kamieniu,
wzbił się w powietrze i wylądował na koszuli Jamiego, który nakrył go
stuloną dłonią i wciąż z uniesionymi brwiami wstał ostrożnie, podszedł
do zewnętrznej krawędzi podłogi, cofnął rękę i energicznie wytrząsnął
koszulę między słupkami na wpół zbudowanej ściany.
- Thalla le Dia! - powiedział Jemmy.
- Co? - zdziwiła się Fanny, która patrzyła na całą scenę z otwartymi
ustami.
- Idź z Bogiem - wyjaśnił Jemmy rzeczowo. - A co innego można powiedzieć
pająkowi?
- Rzeczywiście - przyznał Jamie. Poklepał Jema po ramieniu, znów ukląkł
przy palenisku i wyciągnął rękę do córki. Ku mojemu zaskoczeniu Bree
ucałowała dłuto, jakby to był krucyfiks, i delikatnie wsunęła w jego
dłoń.
Jamie również podniósł je do ust i ucałował jak sztylet, a następnie
ostrożnie ułożył w zagłębieniu i lewą dłonią przysypał ziemią. Znowu
przysiadł na piętach i popatrzył na wszystkie twarze po kolei. Była tu
tylko rodzina: my, Brianna, Roger, Jem i Mandy, Germain, Fanny, Ian,
Rachel oraz Jenny, która trzymała na rękach śpiącego Oggy'ego.
- Boże, pobłogosław ten dom - powiedział -
I każdego, kto spocznie tu tej nocy;
Błogosław, Boże, tych, których kocham
W każdym miejscu, gdzie śpią;
Tej nocy i każdej innej nocy,
Dzisiaj i każdego innego dnia.
Niech to święte żelazo będzie świadkiem
Bożej miłości i ochrony tego domu.
Uroczysta cisza zgromadzenia przetrwała jakieś pięć sekund.
- Teraz idziemy jeść! - oznajmiła Mandy radośnie.
Jamie roześmiał się razem ze wszystkimi, ale zamilkł i dotknął jej
policzka.
- Tak, m'annsachd. Ale dopiero wtedy, kiedy kamień znajdzie się na
miejscu. Odsuń się trochę.
Brianna pochwyciła Mandy i odciągnęła ją daleko do tyłu, gestem
przywołując Jema, Fanny i Germaina, którzy cofnęli się, choć niechętnie.
Mężczyźni kilka razy napięli muskuły, a potem, na sygnał Jamiego,
pochylili się i chwycili kamień.
- Arrrrr! - wykrzyknęli Jem i Germain z entuzjazmem, naśladując dźwięki
wydawane przez mężczyzn. Oggy obudził się i z przerażeniem ułożył usta w idealne "O". Jenny w samą porę zdążyła wetknąć w nie kciuk. Odruchowo
zacisnął na nim wargi i zaczął ssać, choć oczy wciąż miał okrągłe ze
zdumienia.
Po długiej chwili wypełnionej chrząkaniem, manewrowaniem, mamrotaniem
wskazówek, okrzykami niepokoju, gdy kamień wyślizgiwał się komuś z rąk,
śmiechami i gadaniną publiczności, udało im się podnieść kamień, obrócić
go resztkami sił i ułożyć płasko na miejscu. Jamie dyszał ciężko,
pochylony i zaczerwieniony, opierając dłonie na kolanach. Pot spływał mu
po szyi. Wyprostował się powoli i spojrzał na mnie.
- Mam nadzieję, że spodoba ci się ten dom, Angliszko - powiedział i zaczerpnął głęboki haust powietrza - bo następnego już ci nie zbuduję.
Stopniowo wszyscy doszli do siebie i zebraliśmy się przy nowym palenisku
na ostatnie błogosławieństwo. Jamie stanął przed kominem i skinął na
Rogera i Iana, by stanęli po obu jego stronach. Wydawali się równie
zaskoczeni jak ja.
- Pobłogosław, Boże - powiedział - księżyc, który jest nade mną.
Pobłogosław, Boże, ziemię, która jest pode mną,
Pobłogosław, Boże, moją żonę i moje dzieci,
I pobłogosław, Boże, mnie samego, który się o nich troszczę;
Pobłogosław moją żonę i moje dzieci
I pobłogosław, Boże, mnie, który się o nich troszczę.
Pobłogosław, Boże, to, na czym spoczywa mój wzrok.
Pobłogosław, Boże, to, na czym opiera się moja nadzieja,
Pobłogosław, Boże, mój rozum i mój cel.
Pobłogosław, o pobłogosław je, Boże żywota;
Pobłogosław, Boże, mój rozum i mój cel,
Pobłogosław, o pobłogosław je, Boże żywota.
Pobłogosław mi towarzyszkę łoża mojej miłości.
Pobłogosław mi pracę moich rąk.
Pobłogosław, o pobłogosław mi, Boże, zapory mojej obrony.
I pobłogosław, o pobłogosław mi anioły mego odpoczynku;
Pobłogosław, pobłogosław mi, Boże, zapory mojej obrony.
I pobłogosław, o pobłogosław mi anioły mojego odpoczynku.
Skinięciem głowy wskazał, że powinniśmy do niego dołączyć, więc tak
zrobiliśmy.
Pobłogosław, Boże, to domostwo
I każdego, kto spocznie tu tej nocy;
Pobłogosław, Boże, moich bliskich
W każdym miejscu, gdzie będą spać;
Tej nocy i każdej innej nocy;
Dzisiaj i każdego innego dnia.
Wśród szmeru wydawanych przyciszonym głosem instrukcji każdy z nas
przyniósł do paleniska patyk, a Brianna ułożyła je starannie i wsunęła
pod spód kilka garści podpałki.
Odetchnęłam głęboko i gdy Jamie podał mi pęk słomy, wrzuciłam go do
kociołka z żarem z mojego gabinetu, a potem przyklękłam na nowym
zielonym kamieniu i rozpaliłam ogień.
Zjedliśmy zimną kolację na naszej nowej werandzie, bo w kuchni nie było
jeszcze stołu ani ław, ale na tę okazję już wczesnym rankiem
przygotowałam ciasto na ciastka z melasą. Wszyscy rozłożyli w środku
najrozmaitsze posłania - Jamie i ja mieliśmy łóżko, ale pozostali mieli
spać na siennikach przed nowym paleniskiem - usiedli i z niecierpliwością patrzyli, jak nakładam porcje ciasta na zimną okrągłą
blachę do pieczenia i wsuwam ją w rozgrzaną ceglaną niszę, którą Jamie
zbudował z boku ogromnego paleniska, by służyła jako podręczny piecyk.
- Kiedy, babciu, kiedy, kiedy? - Mandy za moimi plecami wspinała się na
palce. Odwróciłam się i wzięłam ją na ręce, żeby mogła zobaczyć blachę i ciasteczka. Ogień, który rozpaliliśmy rankiem, był podsycany przez cały
dzień i ceglana konstrukcja promieniowała ciepłem - tak miało być przez
całą noc.
- Widzisz te kulki ciasta? Czujesz, jak tam jest gorąco? Nigdy nie
wkładaj ręki do pieca! Od tego ciepła kulki się spłaszczą, a potem
zbrązowieją i wtedy ciasteczka będą gotowe. Powinny być za jakieś
dziesięć minut - dodałam, stawiając ją na ziemi. - Ale to nowy piec,
więc będę musiała sprawdzić.
- Dobre, dobre, dobre, dobre! - zawołała, podskakując z zachwytu, po
czym rzuciła się w ramiona Brianny. - Mamo! Pocitaś mi bajkę, zanim
ciastka się upieką?
Bree uniosła brwi i spojrzała na Rogera, który z uśmiechem wzruszył
ramionami.
- Dlaczego nie? - odrzekł i zaczął grzebać w stercie najróżniejszych
rzeczy ułożonych pod ścianą kuchni.
- Przynieśliście książkę dla dzieci? To pięknie - powiedział Jamie do
Bree. - Skąd ją macie?
- Czy ktoś naprawdę drukuje teraz książki dla dzieci w wieku Mandy? -
zdziwiłam się. Bree mówiła, że Mandy umie już trochę czytać, ale w żadnej osiemnastowiecznej drukarni nie widziałam niczego, co mogłoby być
zrozumiałe, a tym bardziej zachęcające, dla trzylatki.
- No, mniej więcej - rzekł Roger i wyciągnął ze stosu dużą płócienną
torbę Bree. - To znaczy, było... chciałem powiedzieć, jest kilka książek
przeznaczonych dla dzieci. Choć w tej chwili przychodzą mi do głowy
tylko Hymny dla zabawienia dzieci, Opowieści Babci Gąski i Opisy
trzystu zwierząt.
- Jakich zwierząt? - zainteresował się natychmiast Jamie.
- Nie mam pojęcia - wyznał Roger. - Nie widziałem żadnej z tych książek,
znam tylko tytuły.
- Czy w Edynburgu drukowałeś kiedyś jakieś książki dla dzieci? -
zapytałam Jamiego, który potrząsnął głową. - W takim razie co czytałeś w szkole?
- Jako dziecko? Biblię - odpowiedział, jakby to było oczywiste. - I almanach. To znaczy, kiedy już nauczyliśmy się liter. A później trochę
po łacinie.
- Chcę moją książkę - powiedziała Mandy stanowczo. - Daj mi, tatusiu.
Proszę? - dodała, widząc, że jej matka otwiera usta. Bree zamknęła usta
i uśmiechnęła się. Roger zajrzał do torby i wyjął jasnopomarańczową
książkę. Zamrugałam na jej widok.
- Co to? - Jamie pochylił się, żeby lepiej widzieć, i spojrzał na mnie
pytająco. Wzruszyłam ramionami; wkrótce się dowie.
- Citaj, mamo! - Mandy wtuliła się w bok matki i włożyła książkę w jej
ręce.
- Dobrze. - Bree otworzyła książkę. - "Lubisz zielone jajka sadzone albo
zieloną szynkę wędzoną? 4"
- Co? - zdumiała się Fanny. Obydwoje z Germainem podeszli bliżej i zajrzeli Bree przez ramię.
- Co to jest? - zapytał zafascynowany Germain.
- Tomek Przytomek! - Mandy gniewnie dźgnęła palcem stronę książki. - Tu
tak piszą!
- Ach, oui. A ten drugi to kto? Tomek Nieprzytomek?
Fanny, Jemmy i Roger wybuchnęli śmiechem, co rozzłościło Mandy. Może i nie ma rudych włosów, pomyślałam, ale temperament Fraserów odziedziczyła
w całej pełni.
- Zamknij się, zamknij się, zamknij się! - wrzasnęła. Zerwała się na
nogi i rzuciła w stronę Germaina z wyraźnym zamiarem wypatroszenia go
gołymi rękami.
- Hej! - Roger pochwycił ją zręcznie i podniósł. - Uspokój się,
kochanie, on nie chciał powiedzieć...
Mogłam go ostrzec, że "uspokój się" to ostatnia rzecz, jaką należało
powiedzieć Fraserowi na pełnych obrotach - to było jak wylewanie
szklanki wody na patelnię z płonącym olejem - ale jeśli sam się jeszcze
o tym nie przekonał, choć od lat mieszkał pod jednym dachem z rozmaitymi
Fraserami, ostrzeganie go teraz nic by nie dało.
- Chciał powiedzieć! - ryknęła Mandy, wijąc się szaleńczo w uścisku
ojca. - Nienawidzię go, on to zepsiuł, wsisko zepsiuł! Puśmie! - Jej
nogi wierzgały niebezpiecznie blisko krocza ojca. Roger instynktownie
odsunął ją od siebie.
Jamie wyciągnął rękę, objął ją w pasie i przytulił, opierając dużą dłoń
na jej karku.
- Cicho, a nighean - powiedział i Mandy rzeczywiście się uciszyła.
Dyszała jak parowóz, wciąż była czerwona na twarzy i zapłakana, ale się
uspokoiła.
- Wyjdźmy na chwilę na zewnątrz, dobrze? - powiedział do niej i skinął
głową reszcie towarzystwa. - Nikomu nie wolno dotykać jej książki,
dopóki nie wrócimy. Słyszeliście?
Rozległ się cichy pomruk zgody, a potem zapadło całkowite milczenie.
Jamie i Mandy zniknęli w mroku.
- Ciastka! - Poczułam zapach spalenizny i rzuciłam się do pieca.
Wyszarpnęłam z wnęki blachę i pospiesznie przerzuciłam ciastka na wielki
talerz. Na tę chwilę było to nasze jedyne ceramiczne naczynie, mogło
jednak pomieścić wszystko, nawet niedużego indyka.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1. MacKenzie tu są
Fraser's Ridge, Kolonia Karoliny Północnej
17 czerwca 1779
Pod moim prawym pośladkiem tkwił jakiś kamyk, ale nie chciałam się
poruszać. Maleńkie serce pod moimi palcami biło cicho i uparcie -
króciutkie drgnienia życia, a między nimi przestrzeń nieskończoności
łącząca mnie z ciemnym niebem i wzbijającym się wysoko płomieniem.
- Przesuń trochę tyłek, Angliszko - usłyszałam tuż przy uchu. - Muszę
się podrapać w nos, a ty siedzisz mi na ręce.
Jamie poruszył pode mną palcami. Obróciłam się w jego stronę i zmieniłam
pozycję, nie wypuszczając z ramion bezwładnego ciała głęboko uśpionej
trzyletniej Mandy.
Uśmiechnął się do mnie nad potarganą głową Jema i podrapał się w nos.
Chyba minęła już północ, ale ogień wciąż wzbijał się wysoko. Płomienie
rzucały refleksy na zarost na jego brodzie, spowijały miękkim blaskiem
jego oczy, rude włosy jego wnuka oraz ciemne fałdy znoszonego tartanu,
którym obydwaj byli okryci.
Po drugiej stronie ognia Brianna roześmiała się cicho, tak jak ludzie
śmieją się w środku nocy w pobliżu śpiących dzieci. Głowę miała opartą
na ramieniu Rogera, oczy półprzymknięte. Wydawała się całkowicie
wyczerpana, włosy miała brudne i splątane, blask ognia podkreślał
głębokie cienie na jej twarzy, ale wyglądała na szczęśliwą.
- Co cię tak śmieszy, a nighean? - zapytał Jamie, układając Jema
wygodniej. Chłopiec ze wszystkich sił starał się nie zasnąć, ale
przegrywał tę walkę. Otworzył szeroko oczy i potrząsnął głową, mrugając
jak oszołomiona sowa.
- Co cię śmieszy? - powtórzył Jem, ale nie dokończył ostatniego słowa.
Znieruchomiał z na wpół otwartymi ustami i szklistym wzrokiem.
Jego matka zaśmiała się dźwięcznie jak młoda dziewczyna. Dostrzegłam
uśmiech Jamiego.
- Właśnie pytałam tatę, czy pamięta zgromadzenie, na którym byliśmy
wiele lat temu. Przy wielkim ognisku wywoływano wszystkie klany. Podałam
mu płonącą gałąź, kazałam podejść do ogniska i powiedzieć, że MacKenzie
tu są.
- Och. - Jem zamrugał raz, potem drugi. Spojrzał na palące się przed
nami ognisko i między jego delikatnymi rudymi brwiami uformowała się
zmarszczka. - Gdzie teraz jesteśmy?
- W domu - powiedział Roger stanowczo. Napotkał moje spojrzenie i przeniósł wzrok na Jamiego. - Na dobre.
Jamie odetchnął głęboko. Ja również wstrzymywałam oddech od popołudnia,
kiedy na polanie pod nami pojawiły się nagle cztery postacie i zbiegliśmy ze wzgórza, żeby je powitać. W milczącym wybuchu radości
rzuciliśmy się sobie w ramiona. Potem radość rozszerzyła się na Amy
Higgins, która wyszła ze swojej chaty, zwabiona hałasem. Za nią
przybiegli Bobby i Aidan - który, widząc Jema, rzucił się na niego z okrzykiem i przewrócił go na ziemię - a dalej Orrie i mały Rob.
Jo Beardsley był niedaleko w lesie. Usłyszał zgiełk i przyszedł
sprawdzić, co się dzieje. Nie minęło wiele czasu, nim polana zaroiła się
od ludzi. Jeszcze przed zachodem słońca wiadomość dotarła do sześciu
bliżej położonych zagród; pozostali niewątpliwie dowiedzą się jutro.
Natychmiast zalała nas cudowna fala góralskiej gościnności; kobiety i dziewczęta biegiem wróciły do chat i przyniosły to, co akurat piekły czy
gotowały na kolację, mężczyźni zebrali drewno i na polecenie Jamiego
ułożyli je na grani, obok fundamentów Nowego Domu, i świętowaliśmy
powrót rodziny w wielkim stylu, otoczeni przez przyjaciół.
Podróżników zasypały setki pytań: Skąd przybywają? Jak udała się podróż?
Co widzieli? Nikt nie zapytał, czy cieszą się z powrotu; wszyscy uznali
to za oczywiste.
Ani Jamie, ani ja nie domagaliśmy się wyjaśnień. Będzie na to jeszcze
dość czasu - a teraz, gdy znaleźliśmy się sami, Roger odpowiedział na
jedyne pytanie, które miało jakiekolwiek znaczenie. Od tego, co kryło
się za jego słowami, zjeżyły mi się włosy na karku.
- Dosyć ma dzień swego utrapienia - mruknęłam w czarne loki Mandy i pocałowałam malutkie, ogłuchłe we śnie ucho. Po raz kolejny wsunęłam
palce pod jej ubranie, brudne po podróży, ale bardzo dobrej jakości, i odnalazłam cieniutką bliznę między żebrami, ślad skalpela, który
uratował jej życie dwa lata wcześniej, tak daleko ode mnie.
Dzielne małe serduszko pod moimi palcami biło spokojnie. Zamrugałam, by
odpędzić łzy - nie po raz pierwszy dzisiaj i na pewno nie ostatni.
- Miałem rację, prawda? - powiedział Jamie i zdałam sobie sprawę, że
powtarza to po raz drugi.
- W czym?
- Że potrzebujemy więcej miejsca - odrzekł cierpliwie. Odwrócił się i wskazał niewidoczny w mroku prostokąt kamiennego fundamentu, jak dotąd
jedyny namacalny fragment Nowego Domu. Ciemny ślad pierwotnego Wielkiego
Domu wciąż był widoczny w trawie na polanie pod nami, ale stawał się
coraz bledszy. Zanim Nowy Dom będzie ukończony, tamten być może
pozostanie tylko wspomnieniem.
Brianna ziewnęła jak lew, odgarnęła z twarzy splątaną grzywę i zamrugała
sennie w ciemności.
- Tej zimy pewnie będziemy spać w piwniczce - roześmiała się.
- Kobieto małej wiary - rzekł na to Jamie, zupełnie nieporuszony. -
Drewno jest ścięte, popiłowane na deski i wyfrezowane. Zanim spadnie
śnieg, będziemy mieli ściany, podłogi i okna. Pewnie jeszcze bez szyb -
przyznał uczciwie. - Ale to może poczekać do wiosny.
- Mhm. - Brianna znów zamrugała. Potrząsnęła głową i podniosła się, żeby
spojrzeć na fundamenty. - Masz kamień na palenisko?
- Mam. Piękny kawałek serpentynitu. Zielony kamień, wiesz?
- Pamiętam. A masz żelazo do pieca?
Jamie wydawał się zaskoczony.
- Nie, jeszcze nie. Ale znajdę coś, zanim pobłogosławimy palenisko.
- No więc tak. - Usiadła prosto, wsunęła rękę między fałdy płaszcza i wyciągnęła dużą płócienną torbę, wyraźnie ciężką i pełną różnych
przedmiotów. Grzebała w niej przez chwilę i wyjęła coś, co w blasku
ognia zalśniło czernią.
- Użyj tego, tato - powiedziała, podając przedmiot Jamiemu.
Patrzył nań przez chwilę i podał mi z uśmiechem.
- Tak, to się nada. Przywiozłaś to do paleniska?
"To" było gładkim, czarnym metalowym dłutem, ciężkim i długim na sześć
cali. Na rękojeści wytłoczony był napis CRAFTSMAN.
- Tak... do paleniska. - Bree się uśmiechnęła, opierając dłoń na udzie
Rogera. - Na początku myślałam, że sami zbudujemy dom dla siebie, ale... -
Odwróciła się i spojrzała ponad mroczną granią na sklepienie zimnego,
czystego nieba. Nad jej głową świeciła Wielka Niedźwiedzica. - Może nam
się nie udać przed zimą. A skoro pewnie będziecie musieli nas
przygarnąć... - Spojrzała spod rzęs na ojca, który parsknął.
- Nie mów głupstw, dziewczyno. Dobrze wiesz, że nasz dom to wasz dom. -
Uniósł brwi. - Im więcej rąk do pomocy przy budowie, tym lepiej. Chcesz
zobaczyć fundamenty?
Nie czekając na odpowiedź, wyplątał Jema z tartanu, położył go na ziemi
obok mnie i wstał. Wyciągnął z ogniska płonącą gałąź i ruchem głowy
wskazał niewidoczny w mroku prostokąt fundamentów.
Bree, choć senna, podjęła wyzwanie. Uśmiechnęła się do mnie, z humorem
potrząsając głową, narzuciła płaszcz na ramiona i również się podniosła.
- Idziesz? - zapytała Rogera.
Machnął ręką.
- Kochana, jestem tak wykończony, że nie widzę na oczy. Zaczekam z tym
do rana.
Lekko dotknęła jego ramienia i ruszyła za światłem pochodni Jamiego.
Potknęła się o ukryty w trawie kamień i wymamrotała coś pod nosem.
Przykryłam Jema skrajem mojego płaszcza. Nawet nie drgnął.
Obydwoje z Rogerem siedzieliśmy w ciszy, słuchając ich niknących w mroku
głosów, a gdy ucichły, nadal milczeliśmy, wsłuchując się w ogień, w noc
i w swoje myśli.
Co takiego musiało się stać w ich czasach, że zaryzykowali
niebezpieczeństwa podróży, nie wspominając już o niebezpieczeństwach
istniejących teraz i tutaj...
Spojrzał mi w oczy, zrozumiał, o czym myślę, i westchnął.
- Tak, było źle. Wystarczająco źle - powiedział cicho. - Mimo to...
mogliśmy tam wrócić i się tym zająć. Ja chciałem tak zrobić. Ale
obawialiśmy się, że tam nie ma nikogo, kogo Mandy mogłaby wyczuć
wystarczająco mocno.
- Mandy? - Opuściłam wzrok na drobne ciałko, bezwładne we śnie. - Kogo
wyczuć? I co masz na myśli, mówiąc "wrócić"? Zaraz... - Przepraszająco
uniosłam rękę. - Nie, nie zaczynaj mi teraz opowiadać. Jesteś zmęczony,
będzie jeszcze dość czasu. - Urwałam i odchrząknęłam. - Wystarczy, że tu
jesteście.
Obdarzył mnie szczerym uśmiechem, widziałam w nim jednak wyczerpanie po
podróżach w czasie i przestrzeni oraz przeżytych okropnościach.
- Tak - powiedział. - To wystarczy.
Znów zamilkliśmy. Roger kiwał głową. Pomyślałam, że zasypia, i już
miałam się podnieść, by zabrać wszystkich do łóżek, kiedy znów na mnie
spojrzał.
- Jest jedna sprawa...
- Tak?
- Czy spotkałaś kiedyś człowieka... kiedykolwiek... nazywającego się William
Buccleigh MacKenzie? Albo może Buck MacKenzie?
- Przypominam sobie to nazwisko - powiedziałam powoli. - Ale...
Przetarł twarz i powoli powiódł dłonią do szyi, do białej blizny
pozostawionej przez sznur.
- No tak... trzeba zacząć od tego, że to on mnie powiesił. Ale jest też
moim praprapraprapradziadkiem. Żaden z nas wtedy o tym nie wiedział -
dodał niemal przepraszającym tonem.
- Jezu... Och, przepraszam. Czy nadal jesteś kimś w rodzaju pastora?
Uśmiechnął się, choć twarz wciąż miał naznaczoną zmęczeniem.
- Nie wydaje mi się, żeby to miało termin ważności. Ale nie miałbym nic
przeciwko temu, gdybyś powiedziała "Jezu Chryste Roosevelcie Święty".
Myślę, że to byłoby adekwatne do sytuacji.
W kilku słowach opowiedział mi, jak Buck MacKenzie trafił do Szkocji w roku 1980, a potem wrócił razem z nim, szukając Jema.
- Działo się jeszcze o wiele więcej - zapewnił mnie. - Ale finał na
razie jest taki, że zostawiliśmy go w Szkocji. W 1739 roku. Razem z...
hmm... z jego matką.
- Z Geillis? - Mimowolnie podniosłam głos. Mandy drgnęła i mruknęła z niezadowoleniem. Pogłaskałam ją szybko i ułożyłam wygodniej. - Poznałeś
ją?
- Tak. Hm... ciekawa kobieta. - Obok niego na ziemi stał kubek, wciąż do
połowy napełniony piwem; czułam zapach drożdży i gorzkiego chmielu.
Roger wziął go do ręki i przez chwilę wydawał się zastanawiać, czy wypić
piwo, czy wylać sobie na głowę. W końcu upił łyk i znów odstawił kubek.
- Ja... my... chcieliśmy, żeby wrócił tutaj z nami. Oczywiście to byłoby
ryzykowne, ale udało nam się znaleźć dość drogich kamieni i myślałem, że
damy radę wszyscy razem. Poza tym... jego żona jest tutaj. - Machnął ręką
w stronę odległego lasu. - To znaczy w Ameryce. Teraz.
- Coś sobie przypominam... z twojego drzewa rodowego. - Chociaż
doświadczenie nauczyło mnie, że do wszystkiego, co zostało zapisane na
papierze, można mieć jedynie ograniczone zaufanie.
Roger skinął głową, napił się jeszcze piwa i głośno odchrząknął. Głos
miał ochrypły, łamiący się ze zmęczenia.
- Rozumiem, że mu wybaczyłeś... - Dotknęłam własnej szyi. Na jego szyi
dostrzegałam ślad po sznurze i cień niewielkiej blizny, którą
zostawiłam, wykonując ratunkową tracheotomię za pomocą scyzoryka i bursztynowego ustnika fajki.
- Kochałem go - odrzekł po prostu. Przez czarny zarost i zasłonę
zmęczenia przebił się blady uśmiech. - Jak często masz możliwość
pokochać kogoś, kto dał ci swoją krew, swoje życie, nie mając pojęcia,
kim możesz być, a nawet czy w ogóle istniejesz?
- Cóż, kiedy ma się dzieci, trzeba ryzykować - powiedziałam, delikatnie
opierając dłoń na ciepłej głowie Jema. Włosy pod moimi palcami były
brudne, lecz miękkie. Oboje z Mandy pachnieli jak szczenięta - słodkim,
intensywnym, zwierzęcym zapachem niewinności.
- Tak - powiedział cicho Roger. - Trzeba ryzykować.
Szelest trawy i głosy za naszymi plecami obwieściły powrót inżynierów
pogrążonych w dyskusji na temat wewnętrznej kanalizacji.
- Tak, może - mówił Jamie z powątpiewaniem. - Tylko nie wiem, czy uda
nam się zdobyć wszystko, czego będziesz potrzebować, zanim nadejdą
chłody. Właśnie zacząłem kopać nowy wychodek, na razie to nam wystarczy.
A potem, na wiosnę...
Brianna odpowiedziała coś, czego nie dosłyszałam, i po chwili stanęli
przed nami, otoczeni aureolą płomieni, tak bardzo do siebie podobni.
Ogień rzucał migotliwe refleksy na ich długie nosy i rude włosy. Roger
poruszył się i wstał. Ja też podniosłam się ostrożnie. Mandy w moich
ramionach była bezwładna jak jej szmaciana lalka Esmeralda.
- Jest cudownie, mamo - powiedziała Bree i otoczyła mnie ramionami.
Mandy znalazła się pomiędzy nami. Ciało Bree było silne i łagodne. Przez
chwilę trzymała mnie w mocnym uścisku, po czym pochyliła głowę i pocałowała mnie w czoło.
- Kocham cię - powiedziała miękko i ochryple.
- Ja też cię kocham, córeczko - odrzekłam przez zaciśnięte gardło i dotknęłam jej zmęczonej, promiennej twarzy.
Cofnęła się, wzięła ode mnie Mandy i wprawnie umieściła sobie na
ramieniu.
- Chodź, kolego - powiedziała do Jema, delikatnie szturchając go
czubkiem buta. - Czas do łóżka.
Wymruczał coś sennie i na wpół uniósł głowę, po czym znów ją opuścił i natychmiast głęboko zasnął.
- W porządku, wezmę go. - Roger odsunął Jamiego, wziął Jema w ramiona i podniósł się ze stęknięciem. - Wy też idziecie? Mogę wrócić i zgasić
ognisko, jak tylko położę Jema.
Jamie pokręcił głową, obejmując mnie ramieniem.
- Nie, nie zawracaj sobie głowy. Posiedzimy tu chwilę i popatrzymy na
ogień.
Ruszyli powoli w dół wzgórza, powłócząc nogami, przy akompaniamencie
brzęknięć dochodzących z torby Brianny. Chata Higginsów, gdzie mieli
spędzić noc, świeciła jak iskierka w ciemności; widocznie Amy zapaliła
lampę i odsunęła skórę z okna.
Jamie wciąż trzymał w ręce dłuto; ze wzrokiem utkwionym w znikających
plecach córki podniósł je i pocałował, tak jak kiedyś całował przede mną
rękojeść sztyletu, i wiedziałam, że to też jest święta obietnica. Wsunął
dłuto do sporranu i objął mnie od tyłu, opierając brodę na czubku mojej
głowy, tak byśmy oboje mogli za nimi patrzeć.
- O czym myślisz, Angliszko? - zapytał cicho. - Widziałem twoje oczy; są
zachmurzone.
Oparłam się o niego. Jego ciepłe ciało było jak bastion za moimi
plecami.
- O dzieciach - powiedziałam z wahaniem. - Oni... to znaczy, wspaniale, że
tu są. Myślałam, że już nigdy ich nie zobaczymy, a tu nagle... -
Przełknęłam ślinę, przejęta oszałamiającą radością; nieoczekiwanie znów
poczułam się, poczuliśmy się częścią czegoś tak niezwykłego jak rodzina.
- Patrzeć, jak Jem i Mandy dorastają, znów mieć przy sobie Bree i Rogera...
- Tak - potwierdził z uśmiechem. - Ale?
Potrzebowałam chwili, żeby zebrać myśli i ująć je w słowa.
- Roger powiedział, że w ich czasach stało się coś złego. Rozumiesz, to
musiało być coś naprawdę strasznego.
- Tak - odrzekł twardszym tonem. - Brianna też o tym mówiła. Ale wiesz,
nighean, oni żyli w tym czasie już wcześniej. Chodzi mi o to, że
wiedzą... jak tu jest, co będzie.
Miał na myśli trwającą wojnę. Uścisnęłam jego dłonie zaplecione wokół
mojego ciała.
- Nie sądzę, by wiedzieli - powiedziałam cicho, patrząc na rozległą
polanę u stóp zbocza, gdzie zniknęli w mroku. - Nikt nie wie, kto tego
nie przeżył.
- Tak. - Zamilkł z dłonią opartą o mój bok, w miejscu, gdzie pod
Monmouth kula muszkietu pozostawiła bliznę. - Tak - powtórzył po
dłuższej chwili. - Wiem, o co ci chodzi, Angliszko. Kiedy zobaczyłem
Briannę, myślałem, że serce mi pęknie, wiedziałem, że to naprawdę ona i dzieci... ale mimo tej radości... widzisz, okropnie za nimi tęskniłem, ale
pocieszała mnie myśl, że są bezpieczni. A teraz...
Urwał i poczułam przy swoim ciele bicie jego serca, powolne i miarowe.
Odetchnął głęboko i naraz ogień wystrzelił w górę, wyrzucając snop
iskier, które znikły w mroku. Drobne przypomnienie o wojnie, która
powoli narastała wokół nas.
- Patrzę na nich - powiedział - i moje serce nagle wypełnia się...
- Grozą - szepnęłam, obejmując go mocno. - Czystą grozą.
- Tak - potwierdził. - Właśnie tak.
Staliśmy tak przez jakiś czas, patrząc w mrok na dole i czekając, aż
wróci do nas radość. Okno chaty Higginsów wciąż jarzyło się miękko po
drugiej stronie polany.
- W tej chacie jest dziewięć osób - zauważyłam. Głęboko wciągnęłam w płuca chłodną, pachnącą świerkami noc, wyobrażając sobie zaduch i wilgotne ciepło emanujące z dziewięciu śpiących ciał, zajmujących każdy
cal powierzchni, oraz z kociołka i czajnika na palenisku.
Drugie okno rozjarzyło się w ciemności.
- Czworo z nich to nasi. - Jamie zaśmiał się cicho.
- Mam nadzieję, że dom się nie spali. - Ktoś dołożył świeżego drewna do
ognia i nad kominem zaczęły tańczyć iskry.
- Nie spali się. - Odwrócił mnie twarzą do siebie. - Chcę cię, a nighean - powiedział cicho. - Położysz się ze mną? To może być ostatnia
okazja, kiedy jesteśmy sami.
Otworzyłam usta, żeby powiedzieć: "Oczywiście!", ale zamiast tego
szeroko ziewnęłam i zakryłam usta dłonią.
- Ojej. Naprawdę nie chciałam.
Śmiał się niemal bezgłośnie. Potrząsnął głową, wygładził wymiętą derkę,
na której siedziałam, przyklęknął na niej i wyciągnął do mnie rękę.
- Chodź, połóż się ze mną i popatrz przez chwilę na gwiazdy, Angliszko.
Jeśli za pięć minut nie będziesz jeszcze spać, zdejmę z ciebie ubranie i wezmę cię nagą w świetle księżyca.
- A jeśli zasnę? - Zrzuciłam buty i ujęłam jego rękę.
- Wtedy nie będę sobie zawracał głowy rozbieraniem cię.
Ogień nieco przygasł, ale wciąż palił się równo; ciepły podmuch dotykał
mojej twarzy i unosił włosy na skroniach. Gwiazdy były wyraźne i jasne
jak diamenty rozsypane przez jakichś niebiańskich włamywaczy.
Podzieliłam się tą obserwacją z Jamiem; odpowiedział bardzo lekceważącym
szkockim mruknięciem, ale potem położył się obok mnie, wzdychając z zadowoleniem na widok nieba.
- Ano tak, ładnie wyglądają. Widzisz tam Kasjopeję?
Spojrzałam mniej więcej w tym kierunku i pokręciłam głową.
- Zupełnie nie umiem odróżniać gwiazdozbiorów. Widzę Wielki Wóz i zwykle
udaje mi się rozpoznać Pas Oriona, ale w tej chwili za nic nie mogę go
znaleźć. I gdzieś tam są Plejady, prawda?
- To część Byka, tam, zaraz obok myśliwego. - Wyciągnął rękę. - A to
jest Żyrafa.
- Och, nie mów głupstw. Nie ma konstelacji Żyrafy, słyszałabym o tym.
- Właściwie teraz jej nie widać, ale jest. A jeśli się zastanowić, czy
to bardziej niedorzeczne od tego, co wydarzyło się dzisiaj?
- Nie - powiedziałam cicho. - Na pewno nie.
Otoczył mnie ramieniem. Obróciłam się, oparłam policzek na jego piersi i w milczeniu patrzyliśmy na gwiazdy, wsłuchani w szum wiatru w gałęziach
drzew i powolne bicie naszych serc.
Wydawało się, że minęło dużo czasu, nim Jamie poruszył się i westchnął.
- Chyba nigdy nie widziałem takich gwiazd od tamtej nocy, kiedy
spłodziliśmy Faith.
Uniosłam głowę ze zdziwienia. Rzadko wspominaliśmy o Faith - urodziła
się martwa, ale była głęboko wrośnięta w nasze serca - chociaż każde z nas zdawało sobie sprawę z uczuć drugiego.
- Wiesz, kiedy została poczęta? Nawet ja tego nie wiem.
Powoli przesunął dłonią po moich plecach, zataczając palcami kółka przy
dolnej części kręgosłupa. Gdybym była kotem, pomachałabym ogonem tuż
przed jego nosem.
- No cóż, pewnie mogę się mylić, ale zawsze mi się wydawało, że to była
ta noc w opactwie, kiedy przyszedłem do twojego łóżka. Na końcu
korytarza było wysokie okno i idąc do ciebie, patrzyłem na gwiazdy.
Pomyślałem, że to może być znak dla mnie, żebym jasno widział swoją
drogę.
Przez chwilę błądziłam po omacku pośród wspomnień. Rzadko wracałam
myślami do tego czasu w opactwie Świętej Anny, kiedy niemal udało mu się
umrzeć. To był przerażający czas. Dni pełne strachu i zamieszania,
przechodzące jeden w drugi, noce czarne od rozpaczy i desperacji. A jednak kiedy spojrzałam wstecz, napotkałam garść żywych obrazów,
wyróżniających się z tła jak iluminowane inicjały na stronie starego
łacińskiego manuskryptu.
Twarz ojca Anzelma, blada w blasku świec, oczy błyszczące współczuciem,
a potem narastającym zachwytem, gdy słuchał mojej spowiedzi. Dłonie
opata, delikatne jak skrzydła kolibra, dotykały czoła, oczu, ust i dłoni
Jamiego, znacząc umierającego siostrzeńca krzyżmem świętym ostatniego
namaszczenia. Cisza w mrocznej kaplicy, gdzie modliłam się o jego życie
i usłyszałam odpowiedź na moją modlitwę.
Wśród tych chwil była noc, kiedy się obudziłam i zobaczyłam, jak stoi
przy moim łóżku niczym blade widmo, nagi i przemarznięty, tak słaby, że
ledwo mógł chodzić, ale znów pełen życia i upartej determinacji, która
nigdy go nie opuszczała.
- Więc pamiętasz Faith? - Na wzmiankę o niej mimowolnie położyłam dłoń
na brzuchu. Nigdy nie zobaczył naszej córki; czuł tylko, jak kopie i porusza się we mnie.
Dotknął ustami mojego czoła i spojrzał na mnie.
- Wiesz chyba, że tak?
- Wiem. Chciałam tylko, żebyś powiedział coś więcej.
- Och, mam taki zamiar. - Oparł się na łokciu, przygarnął mnie bliżej i okrył swoim pledem.
- To też pamiętasz? - zapytałam, ściągając z siebie tkaninę, którą na
mnie narzucił. - Jak okryłeś mnie swoim pledem tamtej nocy, kiedy się
poznaliśmy?
- Żebyś nie zamarzła? Ano tak. - Pocałował mnie w kark. - W opactwie to
ja zamarzałem. Wyczerpywałem wszystkie siły, próbując chodzić, a ty nie
pozwalałaś mi nic zjeść, więc umierałem z głodu i...
- Przecież wiesz, że to nieprawda! Ty...
- Czy ja mógłbym cię okłamać, Angliszko?
- Owszem, jak najbardziej mógłbyś - odrzekłam. - Okłamujesz mnie cały
czas. Ale mniejsza o to. Marzłeś i umierałeś z głodu, i zamiast poprosić
brata Paula o koc albo o miskę czegoś gorącego, nagle postanowiłeś
powlec się nago ciemnym kamiennym korytarzem i wejść do mojego łóżka.
- Niektóre rzeczy są ważniejsze od jedzenia, Angliszko. - Jego dłoń
stanowczo spoczęła na moim pośladku. - Musiałem się przekonać, czy
kiedykolwiek jeszcze będę mógł z tobą spać. To było wtedy ważniejsze od
wszystkiego innego. Pomyślałem, że jeśli mi się nie uda, to po prostu
wyjdę na śnieg i już nie wrócę.
- Oczywiście nie przyszło ci do głowy zaczekać jeszcze kilka tygodni i odzyskać siły.
- Cóż, byłem prawie pewny, że dam radę dojść do twojego pokoju,
trzymając się ścian, a resztę robiłbym na leżąco, więc po co miałem
czekać? - Dłoń na moim tyłku zaczęła się bezwiednie poruszać. -
Pamiętasz tamtą noc.
- To było jak kochanie się z bryłą lodu. - Tak było. Serce ściskała mi
czułość i wstąpiła w nie nowa nadzieja. - Chociaż po pewnym czasie
odtajałeś.
Na początku tylko trochę. Wtuliłam go mocno w siebie, starając się
wytworzyć jak najwięcej ciepła. Ściągnęłam koszulę, żeby dotykać go jak
największą powierzchnią skóry. Przypomniałam sobie twardą, ostrą
krzywiznę jego kości biodrowej i guzki kręgosłupa pokryte świeżymi,
chropowatymi bliznami.
- Prawie cię nie było, sama skóra i kości.
Obróciłam się i przyciągnęłam go blisko, chcąc się pokrzepić jego
obecnym ciepłem w obliczu chłodu wspomnień. Był ciepły. I żywy. Bardzo
żywy.
- Pamiętam, że przełożyłaś przeze mnie nogę, żebym nie wypadł z łóżka. -
Powolnym ruchem pogładził mnie po udzie i usłyszałam w jego głosie
śmiech, chociaż twarz była tylko ciemną plamą na tle ognia, który rzucał
refleksy na jego włosy.
- To łóżko było wąskie. - Ciasna klasztorna prycza, na której ledwie
mieściła się jedna normalnej wielkości osoba. A Jamie, nawet wychudzony,
zajmował dużo miejsca.
- Chciałem przewrócić cię na plecy, Angliszko, ale bałem się, że oboje
spadniemy na podłogę, i... no cóż, nie byłem pewny, czy dam radę utrzymać
się na górze.
Trząsł się wtedy z zimna i słabości, a teraz zdałam sobie sprawę, że
pewnie również ze strachu. Sięgnęłam po dłoń opartą na moim biodrze,
podniosłam ją do ust i ucałowałam kostki. Palce, zimne od wieczornego
powietrza, zacisnęły się na moich, ciepłych.
- Udało ci się - powiedziałam miękko i obróciłam się na plecy,
pociągając go na siebie.
- Ledwo co - mruknął, przedzierając się przez warstwy kołdry, pledu,
koszuli i halki. Obydwoje westchnęliśmy głęboko. - O Jezu, Angliszko.
Poruszył się, tylko odrobinę.
- Jak ja się czułem - szepnął. - Wtedy. Myślałem, że już nigdy nie będę
cię miał, a potem...
Udało mu się, ale ledwo co.
- Myślałem, że... chciałem to zrobić, nawet gdyby to miała być ostatnia
rzecz w moim życiu...
- Niewiele brakowało - odszepnęłam, obejmując jego tyłek, mocny i krągły. - Przez chwilę naprawdę myślałam, że umarłeś, dopóki nie
zacząłeś się ruszać.
- Byłem pewien, że umieram - przyznał z cieniem śmiechu. - Boże, Claire...
- Zatrzymał się na chwilę, opadł niżej i przycisnął czoło do mojego.
Zrobił to też tamtej nocy, zimny i wściekle zdesperowany, a ja miałam
wtedy wrażenie, że tchnęłam w niego moje własne życie. Jego usta,
miękkie i rozchylone, pachniały lekko piwem zmieszanym z jajkiem; tylko
to był w stanie utrzymać w żołądku.
- Chciałem... - szeptał. - Chciałem ciebie. Musiałem cię mieć. Ale kiedy
znalazłem się w tobie, chciałem...
Westchnął i wsunął się głębiej.
- Tam, wtedy, myślałem, że umrę od tego. I chciałem umrzeć. Chciałem
odejść, będąc w tobie. - Jego głos się zmienił; wciąż był miękki, ale
również odległy, pełen dystansu, i wiedziałam, że oddalił się od chwili
obecnej, wrócił do zimnej, kamiennej ciemności i paniki, do strachu i przytłaczającej potrzeby.
- Chciałem wlać się w ciebie, żeby to była ostatnia rzecz, jaką poczuję,
ale potem zacząłem i wiedziałem, że tak się nie stanie, że będę żył, ale
zostanę w tobie na zawsze. Że dam ci dziecko.
Przy tych słowach wrócił do teraźniejszości i do mnie. Obejmowałam go
mocno; w moich ramionach był duży, solidny i silny, ale poddał się,
drżąc bezradnie. Poczułam własne ciepłe łzy, które wezbrały i stygnąc,
spływały mi we włosy.
W jakiś czas później poruszył się i przetoczył na bok. Na moim brzuchu
wciąż spoczywała wielka dłoń.
- Dałem radę, prawda? - Uśmiechnął się lekko, z twarzą złagodzoną
blaskiem ognia.
- Dałeś radę - potwierdziłam. Naciągnęłam na nas pled i leżałam obok
niego, zadowolona, w świetle gasnącego płomienia i odwiecznych gwiazd.
2. Dzień błękitnego wina
Skrajne wyczerpanie sprawiło, że Roger spał jak zabity, chociaż łóżko
rodziny MacKenzie składało się z dwóch postrzępionych kołder, które Amy
Higgins pospiesznie wyciągnęła ze swojego worka z szyciem, ułożonych na
rzeczach do prania Higginsów, jakie nagromadziły się w ciągu tygodnia, a za przykrycie służyły im własne płaszcze. Było to jednak ciepłe łóżko,
ogrzewane z jednej strony przez żar przygaszonego paleniska, a z drugiej
przez gorące ciała dwojga dzieci i wtulonej w niego żony. Zasnął jak
kamień, zdążywszy tylko sformułować w myślach najkrótszą możliwą - choć
głęboką - modlitwę wdzięczności.
Udało się. Dziękuję.
Obudził się w mroku wśród zapachów spalonego drewna i niedawno używanego
nocnika, gdy poczuł za plecami nagły powiew chłodu. Zasnął zwrócony
tyłem do ognia, ale obrócił się w nocy i teraz o kilka stóp od twarzy
miał przygaszony blask resztek żaru, szkarłatne żyłki w warstwie szarego
popiołu i zwęglonego drewna. Wyciągnął rękę za siebie: Brianna zniknęła.
Na drugim końcu kołdry rysował się niewyraźny wzgórek, zapewne złożony z Jema i Mandy; reszta chaty była uśpiona, powietrze gęste od ciężkich
oddechów.
- Bree? - szepnął, podnosząc się na łokciu. Była blisko, widział jej
wyraźny cień. Pośladkami oparta o ścianę przy palenisku, stała na jednej
nodze, a na drugą wciągała pończochę. Postawiła stopę na podłodze,
przykucnęła i musnęła palcami jego twarz.
- Idę na polowanie z tatą - szepnęła, pochylając się nad nim. - Jeśli
masz dzisiaj coś do zrobienia, to mama popilnuje dzieci.
- Dobrze. Skąd wzięłaś... - Przesunął dłonią po jej biodrze; miała na
sobie grubą koszulę myśliwską i luźne spodnie, mocno połatane; czuł pod
palcami szorstkość szwów.
- To taty. - Pocałowała go; w jej włosach zalśniły ogniste refleksy. -
Śpij dalej. Do świtu została jeszcze godzina.
Z butami w ręce lekko przeszła nad rozciągniętymi na podłodze ciałami.
Drzwi otworzyły się i zamknęły bezgłośnie i do chaty wpadł zimny powiew.
Bobby Higgins wymamrotał coś sennie. Jeden z chłopców usiadł i zapytał:
"Co?" czystym, zdziwionym głosem, a potem opadł z powrotem na kołdrę i znów zasnął.
Świeże powietrze rozproszyło się w przytulnym zaduchu i chata ponownie
zapadła w sen. Ale nie Roger. Leżał na plecach, czując spokój, ulgę,
podekscytowanie i obawę w mniej więcej równych proporcjach.
Naprawdę im się udało.
Wszystkim. Wciąż obsesyjnie liczył swoją rodzinę. Cała czwórka. Wszyscy
byli tutaj, bezpieczni.
W jego umyśle kłębiły się urywki poszatkowanych wspomnień i doznań;
pozwalał im przepływać, nie próbując utrwalić ani uchwycić niczego ponad
pojedyncze obrazy: ciężar sztabki złota w spoconej dłoni, ucisk w brzuchu, kiedy upuścił sztabkę i patrzył, jak się zsuwa po przechylonym
pokładzie. Ciepła para z owsianki zaprawionej whisky, wzmocnienie przed
mroźnym szkockim porankiem. Brianna ostrożnie zeskakująca ze schodów na
jednej nodze, drugą, zabandażowaną, miała uniesioną, a jemu przypomniał
się wierszyk o żurawiu.
Kwaśny zapach nieumytych włosów Bucka, kiedy objęli się na skraju doku,
żegnając po raz ostatni. Zimne, niekończące się, zlewające się w jedno
dni i noce w ciemnej ładowni "Constance" w drodze do Charles Town;
wszyscy czworo kulili się w kącie za ładunkiem, ogłuszeni hukiem fal
rozbijających się o kadłub; morska choroba zabijała głód, zmęczenie nie
pozwalało poczuć strachu, wpatrywali się tylko jak zahipnotyzowani w wodę wzbierającą coraz wyżej na dnie ładowni, obserwując, jak jej poziom
podnosi się cal za calem, ochlapywani przy każdym przechyle statku,
próbując żałosną resztką ciepła własnych ciał ogrzać dzieci...
Wypuścił powietrze z płuc i dopiero w tej chwili zdał sobie sprawę, że
wstrzymywał oddech. Oparł dłonie na solidnej drewnianej podłodze po obu
stronach ciała, zamknął oczy i pozwolił, by to wszystko z niego
spłynęło.
Nie ma sensu oglądać się za siebie. Podjęli decyzję i dotarli tutaj. Do
bezpiecznego schronienia.
I co dalej?
Kiedyś mieszkał w tej chacie przez długi czas. Teraz pewnie zbuduje nowy
dom; Jamie powiedział mu wczoraj wieczorem, że ziemia, którą nadał mu
gubernator Tryon, nadal należy do niego i jest zapisana na jego
nazwisko.
W sercu poczuł dreszcz wyczekiwania. Miał przed sobą nowy dzień;
początek nowego życia. Co powinien zrobić najpierw?
- Tatusiu! - szepnął cienki głosik, opryskując mu ucho kropelkami śliny.
- Tatusiu, chcie na noćnik!
Uśmiechnął się i usiadł, odsuwając na bok płaszcze i koszule. Mandy z napięciem przeskakiwała z nogi na nogę, jak czarny ptaszek na tle cieni.
- Tak, kochanie - odszepnął i ujął ciepłą, lepką rączkę. - Zaprowadzę
cię do wychodka. Staraj się nikogo nie nadepnąć.
Mandy widziała już niejeden wychodek i ten również jej nie speszył. Ale
kiedy Roger otworzył drzwi, z nadproża spadł nagle wielki pająk i zawisł, kołysząc się jak pion murarski, o kilka cali od jego twarzy.
Obydwoje z Mandy krzyknęli - cóż, Mandy wrzasnęła; on wydał z siebie
tylko chrypienie, ale w każdym razie było to męskie chrypienie.
Jeszcze się nie rozwidniło; pająk był tylko czarną plamą z cieniem
odnóży, ale przez to zdawał się jeszcze bardziej niepokojący.
Przestraszony ich krzykami, pospiesznie wspiął się po nici z powrotem do
ciemnego zakątka, który zwykle zajmował.
- Nie wejdę tu! - oświadczyła Mandy, zapierając się plecami o nogi ojca.
Roger podzielał jej uczucia, ale zaprowadzenie jej po ciemku w krzaki
przy ścieżce niosło ze sobą groźbę kolejnych (i być może większych)
pająków, węży i nietoperzy, a także nocnych drapieżników. Na przykład
pumy... Aidan McCallum zabawiał ich wcześniej opowieścią o tym, jak
spotkał pumę w drodze do wychodka... właśnie do tego wychodka.
- Już w porządku, kochanie. - Pochylił się i wziął Mandy na ręce. -
Poszedł sobie. Boi się nas i już tu nie wróci.
- Ja się boję!
- Wiem, skarbie. Nie martw się; ten pająk nie wróci, ale nawet gdyby
wrócił, to go zabiję.
- Piśtoletem? - zapytała z nadzieją.
- Tak - potwierdził stanowczo i przyciskając ją do piersi, zanurkował
pod nadprożem, za późno przypominając sobie opowieść Claire o wielkim
grzechotniku, który siedział w wychodku...
Tym razem jednak obyło się bez niefortunnych wypadków, oprócz tego, że
Mandy omal nie wpadła do dziury, gdy na chwilę ją puścił, żeby wytrzeć
jej pupę wysuszoną kolbą kukurydzy.
Trochę spocony, choć poranne powietrze było chłodne, wrócił do chaty i stwierdził, że pod jego nieobecność Higginsowie - a także Jem i Germain
- zdążyli już wstać. Amy Higgins zamrugała na wieść, że Brianna wybrała
się na polowanie, ale kiedy Roger dodał, że poszła z ojcem, wyraz
zaskoczenia zniknął z jej twarzy i tylko skinęła głową. Roger uśmiechnął
się w duchu. Cieszyło go, że osobowość Jamiego wciąż dominowała w Ridge
pomimo długiej nieobecności; Claire powiedziała mu wczoraj wieczorem, że
wrócili dopiero przed miesiącem.
- Czy podczas naszej nieobecności przybyło wielu osadników? - zapytał
Bobby'ego, siadając obok niego na ławce z miską owsianki w dłoni.
- Całe mnóstwo - zapewnił go Bobby. - Co najmniej dwadzieścia rodzin.
Może odrobinę mleka i miodu, wielebny? - Życzliwie pchnął dzbanek z miodem w stronę Rogera. Bobby był Anglikiem i dlatego pozwalano mu na
takie luksusy przy śniadaniu; surowi Szkoci doprawiali owsiankę jedynie
szczyptą soli. - Och, przepraszam... powinienem był zapytać, czy nadal
jesteś duchownym?
Claire pytała go o to ostatniego wieczoru, mimo to poczuł się
zaskoczony.
- Ano tak - potwierdził i sięgnął po dzbanek z mlekiem. W istocie
zarówno to pytanie, jak i odpowiedź sprawiły, że jego serce zaczęło bić
szybciej.
Był duchownym, nie miał tylko pewności, na ile jest to oficjalne.
Owszem, chrzcił, udzielał ślubów i chował ludzi z Ridge przez rok lub
dłużej, głosił im kazania, a także spełniał pomniejsze posługi
duszpasterskie i wszyscy uważali go za pastora; bez wątpienia nadal tak
myśleli. Z drugiej strony nie został formalnie ordynowany na
prezbiteriańskiego duchownego. Nie do końca.
- Może odwiedzę tych nowych osadników - rzucił od niechcenia. - Nie
wiesz, czy są wśród nich jacyś katolicy? - To było pytanie retoryczne;
wszyscy w Ridge wiedzieli, kto jest jakiego wyznania, i nie mieli
oporów, by rozprawiać o cudzych wierzeniach, nawet jeśli nie robili tego
w obecności samego zainteresowanego.
Amy postawiła obok jego miski blaszany kubek kawy z cykorii i z westchnieniem ulgi usiadła nad posoloną owsianką.
- Piętnaście rodzin to katolicy - powiedziała. - Dwanaście to
prezbiterianie, a trzy od Niebieskiego Światła... metodyści, tak? Pewnie
zechcesz zadbać o swoich, wielebny. Hm... i chyba dwie rodziny anglikanów...
Orrie! - Zerwała się i w ostatniej chwili dopadła sześcioletniego syna,
ukradkiem unoszącego nad głowę pełny nocnik z wyraźnym zamiarem
opróżnienia go na Jema, który siedział przy ogniu ze skrzyżowanymi
nogami i mrugając sennie, spoglądał na trzymany w dłoni but.
Zaskoczony krzykiem matki, Orrie upuścił nocnik - co prawda, nie trafił
bezpośrednio w Jema, ale cuchnąca zawartość wylała się na świeżo
rozpalony ogień - i popędził do drzwi. Matka pobiegła za nim,
zatrzymując się tylko na chwilę, by chwycić miotłę. Rozwścieczone
gaelickie okrzyki i wysoki, pełen przerażenia pisk ucichły w oddali.
Jem, który nienawidził poranków, spojrzał na pryskającą iskrami
zawartość paleniska, zmarszczył nos i podniósł się chwiejnie, a potem
podszedł do stołu i ziewając, usiadł obok Rogera.
Zapadła cisza. Naraz w palenisku pękło zwęglone polano i spośród
nieczystości w górę wytrysnął snop iskier, niczym komentarz
podsumowujący stan rzeczy.
Roger odchrząknął.
- Człowiek zrodzony z kobiety jest niespokojny jak iskry lecące w górę -
zauważył.
Bobby powoli odwrócił głowę od kontemplacji paleniska i spojrzał na
niego. Oczy miał zaczerwienione od dymu, stare piętno w kształcie litery
M na policzku błyszczało bielą w półmroku chaty.
- Dobrze powiedziane, pastorze - stwierdził. - Witaj z powrotem.
Jej matka powiedziałaby, że był to dzień błękitnego wina - powietrze
zlewało się z niebem i można było się upić każdym oddechem. Liście
kasztanowca i dębu trzeszczały przy każdym kroku, ich zapach był równie
ostry jak zapach sosnowych igieł nad głowami. Wspinali się na górę z bronią w rękach i Brianna Fraser MacKenzie była jednością z dniem.
Ojciec przytrzymał przed nią gałąź choiny. Pochyliła głowę i zrównała
się z nim.
- Feur-milis - powiedział, wskazując na szeroką łąkę, która otwierała
się przed nimi. - Pamiętasz jeszcze coś z Gaidhlig, dziewczyno?
- Powiedziałeś coś o trawie - odrzekła, pospiesznie przetrząsając
archiwum swojego umysłu. - Ale nie znam tego drugiego słowa.
- Słodka trawa. Tak nazywamy tę łączkę. Dobre pastwisko, ale za wysoko
dla bydła, a ze względu na pumy i niedźwiedzie lepiej nie zostawiać
zwierząt na całe dnie bez opieki.
Powierzchnia łąki falowała, poruszające się srebrzystozielone kłosy
milionów traw chwytały poranne słońce. Tu i ówdzie krążyły żółte i białe
motyle. Naraz po drugiej stronie łąki rozległo się trzaśnięcie i jakieś
duże zwierzę kopytne zniknęło w zaroślach, pozostawiając za sobą
rozkołysane gałęzie.
- Widzę, że mamy konkurencję - powiedziała Brianna, wskazując miejsce,
gdzie zniknęło zwierzę. Uniosła brwi, chcąc zapytać, czy nie powinni za
nim pójść, ale ojciec się nie poruszył; widocznie miał powód, by tego
nie robić.
- Ano, mamy - odrzekł i ruszył w prawo, wzdłuż linii drzew otaczających
łąkę. - Ale jelenie nie żerują tak jak bydło czy owce, w każdym razie
jeśli pastwisko jest dobre. To był stary byk - rzucił obojętnie przez
ramię. - Nie ma potrzeby zabijać ich w lecie, kiedy jest mnóstwo
lepszego mięsa.
Znów uniosła brwi, ale poszła za nim bez komentarza. Odwrócił głowę i uśmiechnął się do niej.
- Tam, gdzie jest jeden, o tej porze roku zapewne jest ich więcej. Łanie
i młode cielęta zaczynają się zbierać w stada. To jeszcze nie pora rui,
ale byki zawsze o tym myślą. On dobrze wie, gdzie je znaleźć. - Skinął
głową w kierunku, gdzie zniknął jeleń.
Powstrzymała uśmiech, przypominając sobie niektóre niezbyt cenzuralne
opinie matki na temat mężczyzn i funkcji testosteronu. Zauważył to i spojrzał na nią z nieco żałosnym rozbawieniem; poczuła się poruszona
tym, że przeniknął jej myśli.
- No cóż, twoja matka nie myli się co do mężczyzn. - Wzruszył ramionami.
- Miej to na uwadze, a nighean - dodał już poważniej i odwrócił się,
unosząc twarz do wiatru. - Są w pobliżu łąki, ale pod wiatr; nie
zbliżymy się do nich, chyba że podejdziemy wyżej i zejdziemy na dół po
tamtej stronie wzgórza. - Ruchem głowy wskazał dalszy, zachodni kraniec
łąki. - Ale pomyślałem, że jeśli nie masz nic przeciwko temu, to może
najpierw zajrzymy do domu Młodego Iana?
- Miałabym mieć coś przeciwko? Nie! - Na wzmiankę o kuzynie poczuła
radość. - Wczoraj wieczorem ktoś przy ognisku wspomniał, że jest żonaty.
Z kim się ożenił?
Była bardzo ciekawa żony Iana. Jakieś dziesięć lat wcześniej poprosił
ją, żeby za niego wyszła, i choć była to propozycja kierowana
desperacją, a do tego zupełnie niedorzeczna, to jednak Brianna
wiedziała, że myśl o pójściu z nią do łóżka nie była Ianowi niemiła.
Później, kiedy obydwoje już dorośli, ona miała męża, a on rozstał się ze
swoją indiańską żoną, milcząco zdawali sobie sprawę, że istnieje między
nimi pociąg fizyczny - i podobnie milcząco ignorowali to przyciąganie.
Pozostały jednak echa wzajemnej sympatii i Brianna miała nadzieję, że
polubi również nieznaną żonę Iana.
Ojciec się roześmiał.
- Spodoba ci się, dziewczyno. Nazywa się Rachel Hunter i jest kwakierką.
Przed oczami stanęła jej wizja drobnej, nijakiej kobiety ze spuszczonym
wzrokiem, ale ojciec dostrzegł zwątpienie na jej twarzy i potrząsnął
głową.
- Nie jest taka, jak mogłabyś przypuszczać. Mówi, co myśli. Ian jest w niej zakochany po uszy, a ona w nim.
- Ach. To dobrze! - odrzekła szczerze. Ojciec rzucił jej rozbawione
spojrzenie i uniósł brwi, ale nie powiedział nic więcej. Odwrócił się i poszedł przodem przez fale pachnących traw.
Chata Iana była urocza. Nie różniła się znacząco od wszystkich innych
górskich chat, jakie Brianna widziała, ale stała pośrodku osikowego
zagajnika. Trzepoczące liście rozpraszały promienie słońca w wir plamek
światła i cienia, nadając jej magiczny wygląd - jakby mogła rozpłynąć
się pośród drzew, gdyby na chwilę odwrócić wzrok.
Cztery kozy i dwoje koźląt wystawiły głowy ponad żerdziami zagrody i życzliwie zameczały na powitanie, ale nikt się nie pojawił, by
sprawdzić, kim są goście.
- Wyszli gdzieś. - Jamie przymrużył oczy i spojrzał na dom. - Na
drzwiach chyba wisi jakaś kartka?
Na skrawku papieru, przybitym do drzwi długim cierniem, widniała linijka
niezrozumiałego pisma. Bree po chwili zdała sobie sprawę, że to
gaelicki.
- Czy żona Młodego Iana jest Szkotką? - zapytała, wpatrując się w litery
ze zmarszczonymi brwiami. Udało jej się rozpoznać, a w każdym razie tak
jej się wydawało, słowa "MacCree" i "koza".
- Nie, to od Jenny. - Jej ojciec wyjął okulary i spojrzał na notatkę. -
Pisze, że ona i Rachel poszły pikować kołdry do domu rodziny MacCree i jeśli Ian wróci do domu przed nimi, to ma wydoić kozy i odstawić połowę
mleka na ser.
Kozy chyba zrozumiały, że o nich mowa, bo z zagrody znów rozległo się
chóralne meczenie.
- Widocznie Ian też jeszcze nie wrócił - zauważyła Brianna. - Myślisz,
że trzeba je wydoić? Chyba jeszcze pamiętam, jak się to robi.
Ojciec uśmiechnął się i pokręcił głową.
- Nie, Jenny na pewno je wydoiła parę godzin temu. Wytrzymają do
wieczora.
Brianna w pierwszej chwili odruchowo uznała, że "Jenny" to imię
dziewczyny wynajętej do pomocy, i teraz, usłyszawszy ton głosu Jamiego,
zamrugała.
- Jenny. Twoja siostra Jenny? - spytała z niedowierzaniem. - Ona jest
tutaj?
Wydawał się nieco zaskoczony.
- Tak, jest tutaj. Przepraszam cię, dziewczyno, w ogóle nie przyszło mi
do głowy, że o tym nie wiesz. Ona... zaraz. - Uniósł rękę, patrząc na nią
uważnie. - Listy. Pisaliśmy... cóż, głównie to Claire pisała... ale...
- Znaleźliśmy je. - Zabrakło jej tchu, podobnie jak wtedy, gdy Roger
przyniósł drewnianą skrzyneczkę z pełnym nazwiskiem Jemmy'ego wypalonym
na wieczku. Otworzyli ją i zobaczyli listy. Pamiętała oszałamiające
wrażenie ulgi, radości i smutku, kiedy rozwinęła pierwszy list i ujrzała
słowo "Żyjemy...".
To samo uczucie ogarnęło ją teraz. Łzy ją zaskoczyły; wszystko wokół
zadrżało i stało się niewyraźne, jakby chata, ojciec i ona sama mieli
zaraz zniknąć, rozpłynąć się w świetle migoczącym pośród osikowych
liści. Zdławiła szloch; ramię ojca objęło ją mocno.
- Nigdy nie przypuszczaliśmy, że jeszcze was zobaczymy - szepnął w jej
włosy. Głos mu się załamywał. - Nigdy, a leannan. Bałem się... tak
bardzo się bałem, że nie dotarliście bezpiecznie, że... że wszyscy
zginęliście, zagubiliście się w... tam. A my nigdy się o tym nie dowiemy.
- Nie mogliśmy wam powiedzieć. - Uniosła głowę z jego ramienia i wytarła
nos wierzchem dłoni. - Ale wy mogliście mówić do nas. Te listy...
wiedzieliśmy, że żyjecie. To znaczy... - Urwała nagle, mrugając, by
odpędzić ostatnie łzy. Jamie odwrócił wzrok, powstrzymując swoje.
- Ale my nie żyliśmy - odrzekł cicho. - Byliśmy martwi. Kiedy
czytaliście te listy.
- Nie, nie byliście martwi - odrzekła gwałtownie, ściskając jego rękę. -
Nie przeczytałam wszystkich listów naraz. Czytałam co jakiś czas po
jednym, bo dopóki któreś pozostawały jeszcze nieotwarte... wy nadal
żyliście.
- To nie ma żadnego znaczenia, dziewczyno - powiedział w końcu bardzo
cicho. Uniósł jej rękę i pocałował knykcie. Poczuła na skórze jego
ciepły, lekki oddech. - Jesteście tutaj. My też. Tylko to się liczy.
Brianna miała ze sobą rodzinną śrutówkę, a jej ojciec swoją dobrą
strzelbę. Nie strzelała jednak do ptaków ani małych zwierząt, skoro
mieli szansę wytropić jelenie. Droga wiodła stromo pod górę i choć dzień
był chłodny, Bree szybko się zasapała i krople potu zaczęły jej spływać
po karku. Ojciec jak zawsze wspinał się niczym kozica, bez najmniejszego
wysiłku. Poczuła się upokorzona, gdy zauważył jej wysiłki i skinieniem
przywołał ją na bok, na niewielką półkę skalną.
- Nie ma pośpiechu, a nighean. - Uśmiechnął się. - Tu jest woda. -
Nieśmiało wyciągnął rękę, dotknął jej zarumienionego policzka i szybko
cofnął dłoń. - Przepraszam, dziewczyno. Nie przywykłem jeszcze do myśli,
że jesteś prawdziwa.
- Wiem, co chcesz powiedzieć - odrzekła cicho. Przełknęła ślinę,
wyciągnęła rękę i dotknęła jego twarzy, ciepłej i gładko ogolonej. Oczy
miał skośne i ciemnoniebieskie, tak jak ona.
- Och - westchnął i znów łagodnie wziął ją w ramiona. Stali tak w milczeniu, słuchając krakania kruków krążących nad ich głowami i szmeru
wody na kamieniach.
- Trobhad agus ?l, a nighean - powiedział. Puścił ją równie
delikatnie, jak wcześniej pochwycił, i obrócił w stronę maleńkiego
strumyka, który spływał szczeliną między dwiema skałami. - Chodź, napij
się.
Lodowata woda miała posmak granitu i lekki zapach terpentyny od
sosnowych igieł. Brianna zaspokoiła pragnienie i ochlapując wodą
zarumienione policzki, wyczuła nagłe poruszenie ojca. Natychmiast
zastygła i zerknęła na niego kątem oka. On również znieruchomiał, ale
podniósł wzrok i ruchem podbródka wskazał zbocze nad nimi.
Zobaczyła i usłyszała osypującą się powoli ziemię. Na skalnej półce obok
jej stopy zagrzechotały kamyki, a potem zapadła cisza, przerywana tylko
krakaniem. Brzmiało teraz głośniej, pomyślała, jakby ptaki były bliżej.
Coś dostrzegły.
Były bliżej. Ptak zanurkował nagle jak błyskawica tuż obok jej głowy, a inny wrzasnął z góry. Omal nie straciła równowagi, gdy na urwisku nad
nimi rozległ się nagły huk. Odruchowo zacisnęła palce na młodych pędach
drzewek wystających ze skalnej ściany - w samą porę, bo nad jej głową
rozległo się łupnięcie i odgłos poślizgu. W tej samej chwili coś
wielkiego przeleciało obok niej w deszczu ziemi i żwiru, odbiło się od
półki, dysząc i krwawiąc, i z trzaskiem wylądowało w krzakach na dole.
- Błogosławiony Michale, miej nas w opiece - rzucił jej ojciec po
gaelicku i przeżegnał się. Spojrzał w dół, na miotające się gwałtownie
zarośla - Jezu, cokolwiek to było, nadal żyło - a potem w górę.
- Weh! - odezwał się z góry entuzjastyczny męski głos. Nie rozpoznała
tego słowa, ale głos był znajomy; ogarnęła ją radość.
- Ian! - zawołała.
Na górze zapadła zupełna cisza, tylko kruki krzyczały z coraz większym
podnieceniem.
- Błogosławiony Michale, miej nas w opiece - powiedział zaskoczony głos
po gaelicku i chwilę później jej kuzyn Ian zsunął się na ich wąską
półkę, balansując na niej bez żadnych trudności.
- To ty! - powiedziała. - Och, Ianie!
- A charaid! - Pochwycił ją w ramiona i mocno uścisnął, śmiejąc się z niedowierzaniem. - Boże, to ty! - Cofnął się na chwilę, by sprawdzić,
czy to rzeczywiście ona, znów się roześmiał, mocno ją pocałował i uścisnął jeszcze raz. Pachniał jelenią skórą, owsianką i prochem
strzelniczym; czuła przy piersi bicie jego serca.
Usłyszała niewyraźne szuranie i kiedy odsunęli się od siebie, zdała
sobie sprawę, że jej ojciec zszedł ze skalnej półki i na wpół zsuwał się
po piargu w stronę zarośli, gdzie upadł jeleń - to musiał być jeleń...
Zatrzymał się na chwilę na skraju krzewów - wciąż się kołysały, ale
ruchy rannego jelenia stawały się coraz mniej gwałtowne - wyciągnął nóż
i mrucząc coś po gaelicku, ostrożnie wszedł w zarośla.
- Tam są same dzikie róże - powiedział Ian, patrząc w dół ponad jej
ramieniem. - Ale myślę, że zdąży mu poderżnąć gardło. A Dhia, nie
mogłem dobrze wycelować i bałem się, że... ale skąd do czor... chciałem
powiedzieć, skąd się tu wzięłaś? - Cofnął się o krok i powiódł po niej
wzrokiem, unosząc kącik ust, gdy zauważył jej spodnie i mocne skórzane
buty. Jego spojrzenie, teraz zmartwione, wróciło do jej twarzy. - Nie ma
z tobą twojego mężczyzny? A dzieci?
- Są wszyscy - zapewniła go. - Roger pewnie coś teraz przybija, Jem mu
pomaga, a Mandy plącze się pod nogami. A co do tego, skąd się tu
wzięliśmy... - Światło dnia i radość z ponownego spotkania pozwoliły jej
nie myśleć o niedawnej przeszłości, ale konieczność wyjaśnień sprawiła,
że naraz spadł na nią ciężar wypadków.
- Nie przejmuj się, kuzynko - powiedział Ian szybko na widok wyrazu jej
twarzy. - To może poczekać. Pamiętasz jeszcze, jak się strzela do
indyków? Niecałe ćwierć mili stąd całe stado spaceruje w jedną i drugą
stronę, jakby tańczyły na ceilidh.
- Chyba pamiętam. - Spadający jeleń przewrócił strzelbę, którą oparła o ścianę urwiska, żeby się napić wody. Podniosła ją teraz i poprawiła
przekrzywiony krzemień. Łomoty na dole ustały, słyszała tylko niesione
wiatrem strzępy słów ojca, który odmawiał modlitwę gralloch.
- Nie trzeba pomóc tacie z tym jeleniem?
- To tylko roczniak. Poradzi sobie, zanim zdążysz mrugnąć. - Wychylił
się poza krawędź półki i zawołał: - Idziemy z Bree postrzelać do
indyków, a brathair mo mhathair!
Głuchą ciszę na dole przerwały głośne szelesty i spośród kolczastych
krzaków róż wynurzyła się naraz rozczochrana głowa Jamiego. Włosy miał
rozpuszczone i potargane, mocno zarumieniona twarz krwawiła w kilku
miejscach, podobnie jak ramiona i dłonie. Wydawał się niezadowolony.
- Ian - powiedział na tyle donośnie, że było go słychać ponad odgłosami
lasu. - Mac Ian... mac Ian...!
- Wrócimy, żeby ci pomóc zabrać mięso! - odkrzyknął Ian. Pogodnie
pomachał ręką, sięgnął po śrutówkę, pochwycił spojrzenie Bree i uniósł
głowę wyżej. Spojrzała w dół, ale ojciec znów zniknął i zobaczyła tylko
rozkołysane krzaki.
Przekonała się, że straciła rozeznanie w dzikim terenie; urwisko
wydawało się jej niedostępne, Ian jednak wspinał się w górę zręcznie jak
pawian. Po chwili wahania podążyła za nim, znacznie wolniej, od czasu do
czasu ślizgając się na błocie i wypatrując skalnych uchwytów, których
używał kuzyn.
- Ian mac Ian mac Ian? - zapytała, gdy dotarła na szczyt urwiska i zatrzymała się, by wytrząsnąć ziemię z butów. Serce biło jej
nieprzyjemnie mocno. - Kiedy jestem zła na Jema, mówię do niego
"Jeremiah Alexander Ian Fraser MacKenzie". Czy to coś podobnego?
- Coś w tym stylu - przyznał Ian, wzruszając ramionami. - Ianie, synu
Iana, synu Iana... chodzi o to, by ci powiedzieć, że przynosisz wstyd
swoim przodkom, rozumiesz? - Miał na sobie brudną i postrzępioną
perkalową koszulę z oderwanymi rękawami; dostrzegła na nagim brązowym
ramieniu dużą białą bliznę w kształcie czteroramiennej gwiazdy.
- Co ci się stało? - zapytała, wskazując na nią ruchem głowy.
Lekceważąco wzruszył ramionami i poprowadził ją w stronę niewielkiej
grani.
- Nic takiego. Jakiś drań z plemienia Abenaki trafił mnie strzałą pod
Monmouth. Denny wyciął mi to kilka dni później... to znaczy Denzell Hunter
- dodał na widok jej niezrozumienia. - Brat Rachel. Jest lekarzem, jak
twoja mama.
- Rachel! - zawołała. - To twoja żona?
Ian uśmiechnął się szeroko.
- Tak - odrzekł po prostu. - Taing do Dhia. - Spojrzał na nią szybko,
sprawdzając, czy zrozumiała.
- Pamiętam. To znaczy "dzięki Bogu" - zapewniła go. - Pamiętam znacznie
więcej. Roger odświeżał nasz Gaidhlig podczas podróży ze Szkocji. Tato
mówił, że Rachel jest kwakierką? - dodała, przechodząc przez strumyk po
kamieniach.
- Tak. - Ian nie spuszczał wzroku z kamieni, zdawało się jednak, że jego
radość i duma nieco przygasły. Pominęła to jednak milczeniem; jeśli
istniał tu jakiś konflikt, a zważywszy na to, co wiedziała o kuzynie i co wydawało jej się, że wie o kwakrach, nie potrafiła sobie wyobrazić,
by mogło go nie być, to nie była odpowiednia chwila na zadawanie pytań.
Ian jednak nie miał podobnych wahań.
- Ze Szkocji? - powtórzył, spoglądając na nią przez ramię. - Kiedy? -
Naraz zdał sobie sprawę z dwuznaczności tego pytania i jego twarz się
zmieniła. Przepraszająco machnął ręką.
- Wypłynęliśmy z Edynburga w marcu - wyjaśniła, wybierając na razie
najprostszą odpowiedź. - Resztę opowiem ci później.
Skinął głową i szli dalej, czasem obok siebie, czasem Ian prowadził.
Podążali ścieżkami jeleni lub skracali sobie drogę, idąc prosto w górę,
by ominąć gęste zarośla. Brianna była zadowolona, że może zostać z tyłu
i patrzeć na niego, nie wprawiając go w zakłopotanie.
Zmienił się, ale nic w tym dziwnego. Nadal był wysoki i bardzo szczupły,
okrzepł jednak i stał się dojrzałym mężczyzną. Pod skórą wyraźnie
odznaczały się długie mięśnie ramion. Brązowe włosy ściemniały, były
splecione, związane rzemieniem i ozdobione czymś, co wyglądało jak
wplecione w warkocz bardzo świeże indycze pióra. Na szczęście? -
zastanowiła się. Łuk i kołczan, które zabrał ze szczytu urwiska, teraz
kołysały się lekko na jego plecach.
"Ale nie tylko w jego twarzy widać doskonałość stworzenia mężczyzny",
pomyślała z rozbawieniem. "Widać to również w jego kończynach i stawach,
o dziwo w stawach bioder i nadgarstków / W chodzie i uniesieniu karku,
gibkości talii i kolan, ubranie go nie skrywa"1. Ten wiersz
zawsze nasuwał jej myśl o Rogerze, ale teraz skojarzył się również z Ianem i ojcem, choć wszyscy trzej byli tak różni.
Wspięli się wyżej, poza linię drzew. Wiatr był tu silniejszy i świeższy.
Ian zatrzymał się i przywołał ją, lekko poruszając palcami.
- Słyszysz je? - szepnął jej do ucha samym oddechem.
Słyszała i włoski na jej karku przyjemnie się zjeżyły. Krótkie, ostre
dźwięki, niemal jak szczekanie psa. Gdzieś dalej rozlegał się urywany
warkot, coś pomiędzy dużym kotem a niewielkim silnikiem.
- Zdejmij pończochy i natrzyj nogi ziemią - szepnął Ian, wskazując na
jej wełniane pończochy. - Dłonie i twarz też.
Skinęła głową, oparła strzelbę o drzewo i odgarnęła na bok suche liście.
Ziemia pod spodem była na tyle wilgotna, że dało się ją wetrzeć w skórę.
Ian nie potrzebował kamuflażu; jego własna skóra była niemal równie
ciemna jak skórzane spodnie. Odsunął się w milczeniu, kiedy nacierała
ręce i twarz, i gdy podniosła wzrok, przez chwilę nie potrafiła go
odnaleźć.
Rozległa się seria dźwięków przypominających skrzypienie zardzewiałego
zawiasu w rozkołysanych drzwiach i nagle go zobaczyła: stał nieruchomo
za ambrowcem o jakieś pięćdziesiąt stóp od niej.
Zdawało się, że las na chwilę zamarł, ciche trzaski i szelest liści
ustały. Potem odezwało się wściekłe gulgotanie. Brianna niezmiernie
powoli odwróciła głowę. Indor wystawił z trawy jasnoniebieski łeb i szybko obracał nim z boku na bok, szukając rywala. Jaskrawoczerwone
korale kołysały się przy każdym ruchu.
Rzuciła okiem na Iana. Trzymał zwinięte dłonie przy ustach, ale nie
poruszył się ani nie wydał dźwięku. Wstrzymała oddech i znów spojrzała
na indyka, który ponownie głośno zagulgotał. Tym razem odpowiedział mu z oddali inny samiec. Ten, na którego patrzyła, obejrzał się w stronę
dźwięku, podniósł głowę i krzyknął. Przez chwilę nasłuchiwał, po czym
schował się z powrotem w trawę. Spojrzała na Iana; zauważył to i leciutko potrząsnął głową.
Odczekali szesnaście wolnych oddechów - liczyła - nim Ian znów
zagulgotał. Indor wyskoczył z trawy i przeszedł przez skrawek ziemi
pokrytej liśćmi. Oczy miał nabiegłe krwią, pióra na piersiach
nastroszone, ogon rozpostarty. Zatrzymał się na chwilę, aby cały las
mógł podziwiać jego wspaniałość, po czym zaczął się powoli przechadzać w jedną i drugą stronę, wydając ostre, agresywne okrzyki.
Poruszając tylko oczami, spoglądała raz na kroczącego indora, to znów na
Iana, który synchronizując ruchy z ruchami indyka, zsunął łuk z ramienia, zastygł, sięgnął po strzałę, znów zastygł i wreszcie nałożył
strzałę, gdy ptak obrócił się po raz ostatni.
W każdym razie miał to być ostatni obrót. Ian naciągnął łuk, tym samym
płynnym ruchem wypuścił strzałę i wydał z siebie przestraszony, aż
nazbyt ludzki okrzyk, gdy z drzewa nad nim spadło coś dużego i ciemnego.
Odskoczył do tyłu i indyk przeleciał tuż obok jego głowy. Brianna
dostrzegła teraz, że to była indyczka: przestraszona, z nastroszonymi
piórami, biegła z wyciągniętą szyją przez otwartą polanę w stronę równie
przestraszonego indora, który sklęsł z szoku.
Odruchowo pochwyciła strzelbę i wypaliła. Spudłowała; obydwa indyki
zniknęły w gąszczu paproci, wydając dźwięki przypominające uderzenia
młotka w drewniany klocek.
Echa ucichły i znów usłyszeli szelest liści. Spojrzała na kuzyna, który
zerknął na swój łuk, a potem na strzałę, tkwiącą absurdalnie między
dwoma kamieniami. Popatrzył na nią i obydwoje wybuchnęli śmiechem.
- No tak - stwierdził filozoficznie. - To dlatego, że zostawiliśmy wujka
Jamiego, żeby sam zrywał róże.
Brianna przeczyściła lufę i ubiła następną porcję śrutu - z całej siły,
żeby uspokoić drżące ręce.
- Przepraszam, że chybiłam - powiedziała.
- Dlaczego? - Ian spojrzał na nią zaskoczony. - Przy polowaniu masz
szczęście, jak trafisz raz na dziesięć. Dobrze o tym wiesz. Poza tym ja
też chybiłem.
- Tylko dlatego, że indyk spadł ci na głowę - odparła, ale się
roześmiała. - Strzała jest zniszczona?
- Tak. - Wyciągnął strzałę spomiędzy kamieni i pokazał jej złamane
drzewce. - Ale grot jest dobry. - Schował żelazny grot do sporranu,
odrzucił drzewce i wstał. - Z tego stada już nic nie uda nam się
ustrzelić, ale... co się dzieje, dziewczyno?
Próbowała wepchnąć wycior w uchwyt, ale nie trafiła i wycior upadł na
ziemię.
- Jak to się nazywa, kiedy jesteś zbyt podniecony, by trafić w jelenia?
Jelenia gorączka? - powiedziała, zdobywając się na żart i podnosząc
wycior z ziemi. - Więc ja chyba mam indyczą gorączkę.
- Ach, tak. - Uśmiechnął się, patrząc uważnie na jej dłonie. - Kiedy
ostatnio strzelałaś, kuzynko?
- Nie tak dawno - odrzekła krótko. Nie spodziewała się, że to wróci. -
Jakieś sześć, siedem miesięcy temu.
- Na co wtedy polowałaś? - zapytał, przechylając głowę na bok.
Spojrzała na niego, podjęła decyzję i ostrożnie wkładając wycior na
miejsce, zwróciła się twarzą do niego.
- Na grupę mężczyzn, którzy czekali na mnie ukryci w moim domu, żeby
mnie zabić i zabrać dzieci - powiedziała wprost, ale te słowa zabrzmiały
śmiesznie, melodramatycznie.
Ian uniósł krzaczaste brwi.
- Zabiłaś ich? - W jego głosie brzmiało tak wielkie zainteresowanie, że
mimo ciężaru wspomnień roześmiała się. Zupełnie jakby pytał, czy udało
jej się złapać dużą rybę.
- Niestety, nie. Strzeliłam w oponę ich ciężarówki i okno własnego domu.
Nie trafiłam w nich. Ale z drugiej strony - dodała z udawaną
obojętnością - im nie udało się dostać mnie ani dzieci.
Skinął głową, przyjmując to, co powiedziała. Ta rzeczowość zdziwiłaby
ją, gdyby chodziło o jakiegokolwiek innego mężczyznę.
- Dlatego tu jesteście, tak? - Odruchowo rozejrzał się wokół, jakby
wypatrywał czających się w lesie wrogów, i nagle zaczęła się
zastanawiać, jak by to było mieszkać z Ianem i nigdy nie wiedzieć, czy
rozmawia ze Szkotem, czy z Mohawkiem. Teraz była jeszcze bardziej
ciekawa Rachel.
- Przede wszystkim dlatego - odpowiedziała. Zauważył jej ton i spojrzał
na nią przenikliwie, ale znów skinął głową.
- Wrócisz tam, żeby ich zabić? - zapytał zupełnie poważnie.
Brianna z wysiłkiem stłumiła furię, jaka ją ogarnęła na myśl o Robie
Cameronie i jego przeklętych wspólnikach. Ręce zaczęły jej drżeć, ale
nie ze strachu ani nie od wspomnień, lecz dlatego, że kiedy dotknęła
spustu, wróciło do niej dojmujące pragnienie zabijania.
- Chciałabym - rzekła krótko. - Ale nie możemy. To znaczy fizycznie. -
Machnięciem ręki odsunęła od siebie to wszystko. - Opowiem ci później;
nie rozmawialiśmy o tym jeszcze nawet z tatą i mamą. Dotarliśmy tu
dopiero wczoraj wieczorem. - Ziewnęła szeroko, jakby na wspomnienie
długiej wspinaczki przez górskie przełęcze.
Ian się roześmiał, a ona pokręciła głową, mrugając.
- Tato chyba mówił, że masz dziecko? - zapytała, stanowczo zmieniając
temat.
Na jego twarz wrócił szeroki uśmiech.
- Mam. - Promieniał taką radością, że Brianna też się uśmiechnęła. - Mam
małego synka. Nie dostał jeszcze prawdziwego imienia, ale nazywamy go
Oggy. Od Oglethorpe - wyjaśnił na widok jej szerokiego uśmiechu. -
Byliśmy w Savannah, kiedy Rachel zaczął rosnąć brzuch. Nie mogę się
doczekać, kiedy go zobaczysz!
- Ja też - powiedziała, chociaż nie rozumiała związku między Savannah a imieniem Oglethorpe. - Czy... - Przerwał jej odległy dźwięk. Ian
natychmiast zerwał się na nogi, spoglądając w tym kierunku.
- Czy to był tata? - zapytała.
- Chyba tak. - Podał jej rękę i pomógł wstać, jednocześnie sięgając po
łuk. - Chodź!
Pochwyciła świeżo załadowaną strzelbę i pobiegła, nie zważając na
zarośla, kamienie, gałęzie drzew, strumienie ani na nic innego. Ian
przemykał przez las zwinnie i szybko jak wąż; przedzierała się za nim,
łamiąc gałęzie i przecierając oczy rękawem.
Ian dwa razy zatrzymał się nagle i pochwycił ją za ramię, gdy zbliżyła
się do niego. Stali razem, nasłuchując, próbując zwolnić rytm serca i wstrzymać oddech na wystarczająco długą chwilę, by usłyszeć cokolwiek
ponad szumem lasu. Za pierwszym razem, po kilku minutach, które wydawały
się wiecznością, wychwycili poprzez szum wiatru coś w rodzaju kwiku, a po nim serię pomruków.
- Świnia? - zapytała między haustami powietrza. Dziki bywały duże i bardzo niebezpieczne.
Ian potrząsnął głową i przełknął ślinę.
- Niedźwiedź. - Odetchnął głęboko, złapał ją za rękę i ruszył biegiem.
Za drugim razem, gdy znów się zatrzymali, nie usłyszeli nic.
- Wuju Jamie! - krzyknął Ian, gdy udało mu się złapać oddech.
Nic.
- Tato! - krzyknęła Brianna najgłośniej, jak potrafiła, ale ten dźwięk
wydawał się żałośnie cichy i daremny wobec ogromu góry. Czekali,
krzyczeli, znów czekali, a gdy wciąż odpowiadała im cisza, w końcu
pobiegli dalej. Ian poprowadził ją w stronę kolczastych zarośli i martwego jelenia.
Dysząc ciężko, zatrzymali się chwiejnie na urwisku. Brianna pochwyciła
Iana za ramię.
- Tam na dole coś jest!
Krzaki poruszały się - nie tak mocno, jak podczas agonii jelenia, ale z całą pewnością drżały, poruszane nieregularnie przez coś zdecydowanie
większego od Jamiego Frasera. Dobiegały stamtąd pomruki, świst
rozdzieranych ścięgien, odgłosy łamania kości... i przeżuwania.
- Chryste - powiedział Ian pod nosem, ale niewystarczająco cicho. Pierś
Brianny ścisnęła się; zobaczyła mroczki przed oczami i z przerażenia
zakręciło jej się w głowie. Mimo to zaczerpnęła jak największy haust
powietrza i jeszcze raz krzyknęła:
- Taaato!
- Aha, teraz się pokazaliście. - Głęboki, gniewny szkocki głos dochodził
z miejsca gdzieś pod nimi. - Mam nadzieję, dziewczyno, że ustrzeliłaś
indyka na kolację, bo nie będziemy dziś jedli dziczyzny.
Z ulgi znów zakręciło jej się w głowie. Rzuciła się na ziemię i wystawiła głowę poza krawędź urwiska. Ojciec stał dziesięć stóp pod nią,
na wąskiej półce skalnej, na którą zaprowadził ją wcześniej. Jego
pochmurna twarz rozpogodziła się nieco na jej widok.
- Wszystko w porządku? - zapytał.
- Tak, ale nie mamy indyka. Co ci się stało, u licha? - Był rozczochrany
i podrapany, ramiona i twarz pokrywały plamy i strużki zaschniętej krwi,
rękaw koszuli miał rozdarty, prawą stopę bosą, a łydkę zakrwawioną.
Spojrzał w dół na krzaki róż i znów spochmurniał.
- Dia gam chuideachadh - powiedział, szybkim ruchem podbródka
wskazując zamieszanie na dole. - Obdzierałem ze skóry jelenia Iana,
kiedy ten gruby, włochaty diabeł wyszedł z krzaków i mi go zabrał.
- Cachd - stwierdził Ian z niesmakiem. Przykucnął obok Brianny,
patrząc na kolczaste zarośla. Oderwała na chwilę spojrzenie od ojca i dostrzegła w krzakach coś bardzo dużego i czarnego, mocno w tej chwili
zajętego; krzewy trzęsły się i łamały, gdy zwierzę rozszarpywało
jelenia. Zauważyła pośród liści drżącą, sztywną nogę z racicą.
Widziała niedźwiedzia tylko przez krótką chwilę, ale uderzenie
adrenaliny było tak silne, że znów zawirowało jej w głowie, a całe ciało
się napięło. Oddychała najgłębiej jak mogła. Pot spływał jej po plecach,
dłonie zaciśnięte na strzelbie były mokre. Doszła do siebie w chwili,
gdy Ian zapytał Jamiego, co mu się stało w nogę.
- Kopnąłem go w pysk - odparł Jamie krótko, patrząc z niechęcią na
krzaki. - Obraził się i próbował odgryźć mi stopę, ale dostał tylko but.
Ian lekko zadrżał, ale roztropnie nie roześmiał się na głos.
- No tak. Pomóc ci się podciągnąć, wuju?
- Nie - odrzekł Jamie szorstko. - Czekam, aż ten mac na galladh sobie
pójdzie. Ma mój karabin.
- Ach. - Ian docenił wagę tych słów.
Ojciec mówił Briannie, że to bardzo dobry, długi karabin z Pensylwanii.
Najwidoczniej był gotów czekać tak długo, jak to będzie konieczne, i prawdopodobnie był o wiele bardziej uparty niż niedźwiedź, pomyślała i zaśmiała się w duchu.
Jamie spojrzał na nich.
- Możecie iść. To pewnie trochę potrwa.
- Chyba mogłabym stąd do niego strzelić - zaproponowała Bree, oceniając
odległość. - Nie zabiłabym go, ale pewnie by uciekł, gdyby dostał ptasim
śrutem.
Ojciec gwałtownie machnął ręką, wydając szkockie mruknięcie.
- Nawet nie próbuj. Mogłabyś go tylko rozwścieczyć, a skoro mnie się
udało zejść z tego zbocza, ta bestia z pewnością potrafi się wspiąć na
górę. Idźcie sobie, bo dostaję skurczu w karku od tego gadania.
Bree zerknęła kątem oka na Iana, a ten niemal niezauważalnie skinął
głową, rozumiejąc jej niechęć do pozostawienia ojca bez butów na półce
skalnej o niecałe dwadzieścia stóp od głodnego niedźwiedzia.
- Dotrzymamy ci przez jakiś czas towarzystwa - oznajmił i zanim Jamie
zdążył się sprzeciwić, zacisnął palce na mocnym pędzie sosny i opuścił
się na zbocze urwiska. Palce jego stóp odzianych w mokasyny natychmiast
znalazły punkt oparcia. Idąc za jego przykładem, Brianna pochyliła się i podała ojcu śrutówkę, po czym również zeszła, trochę wolniej.
- Dziwię się, że nie zadźgałeś go sztyletem, wujku Jamie - mówił Ian. -
Pogromca Niedźwiedzi, chyba tak cię nazywali Indianie Tuscarora?
Bree ucieszyła się, widząc, że Jamie odzyskał spokój ducha i tylko
spojrzał na Iana z politowaniem.
- Słyszałeś kiedyś, że człowiek z wiekiem mądrzeje?
Ian wydawał się zbity z tropu.
- Słyszałem.
Jamie oparł strzelbę o urwisko.
- No cóż, jeśli nie zmądrzejesz, to pewnie nie doczekasz starości. A ja
już jestem za stary, żeby dla jeleniej tuszy rzucać się na niedźwiedzia
z nożem. Masz coś do jedzenia, dziewczyno?
Całkiem zapomniała o niewielkiej torbie. Zdjęła ją z ramienia i znalazła
w środku zawiniątko z podpłomykami i serem, które dała jej Amy Higgins.
- Usiądź - powiedziała, podając je ojcu. - Chcę obejrzeć twoją nogę.
- Nie jest źle - odrzekł, ale albo był zbyt głodny, by się kłócić, albo
przy jej matce przywykł już, że jest opatrywany, czy tego chce, czy nie,
bo usiadł i wyciągnął zranioną nogę.
Rzeczywiście nie wyglądało to źle, chociaż na łydce miał głęboką ranę, a obok niej kilka długich zadrapań - te prawdopodobnie powstały, gdy
gwałtownie wyciągał stopę z paszczy niedźwiedzia. Gdy Brianna sobie to
wyobraziła, zrobiło jej się słabo. Nie miała przy sobie nic, czego
mogłaby użyć, oprócz dużej chustki do nosa. Zamoczyła ją w lodowatej
wodzie ze strumyka spływającego po skalnej ścianie i oczyściła ranę
najlepiej jak potrafiła, zastanawiając się przy tym, czy od ugryzienia
niedźwiedzia można dostać tężca. Przed wyjazdem dopilnowała, by
wszystkie szczepienia dzieci były aktualne, ale szczepionka
przeciwtężcowa dawała odporność chyba tylko na dziesięć lat? Coś w tym
rodzaju.
Rana wciąż krwawiła, choć niezbyt obficie. Brianna wycisnęła chustkę i dość mocno owiązała wokół łydki Jamiego.
- Tapadh leat, a graidh. - Uśmiechnął się do niej. - Twoja matka nie
zrobiłaby tego lepiej. Proszę. - Zostawił jej dwa podpłomyki i kawałek
sera. Oparła się plecami o urwisko, siedząc między nim a Ianem. Była
zdumiona, że czuje głód, a jeszcze bardziej dziwiło ją, że zupełnie
spokojnie siedzą i rozmawiają w pobliżu dużego drapieżnika, który
niewątpliwie mógłby ich wszystkich zabić.
- Niedźwiedzie są leniwe - wyjaśnił Ian, widząc, w jakim kierunku
patrzy. - Skoro on - to samiec, wujku? - ma tam na dole dobrego jelenia,
nie będzie zawracał sobie głowy wspinaczką po byle jaką przekąskę. A jeśli już o tym mówimy - pochylił się przed nią do Jamiego - czy on
zjadł twój sandał?
- Nie czekałem tam, żeby popatrzeć. - Humor Jamiego wyraźnie się
polepszył po jedzeniu. - Ale mam nadzieję, że nie. W końcu miał pod
nosem stertę parujących wnętrzności jelenia, więc po co miałby zawracać
sobie głowę kawałkiem starej skóry? Niedźwiedzie nie są głupie.
Ian skinął głową i oparł się o skałę, lekko pocierając ramionami o nagrzany słońcem kamień.
- A więc, kuzynko - spojrzał na Bree - obiecałaś, że mi opowiesz, jak to
się stało, że wróciliście. A że mamy teraz trochę czasu... - Ruchem głowy
wskazał w kierunku, skąd dochodziły miarowe odgłosy rozrywania i przeżuwania mięsa.
Poczuła ściskanie w żołądku. Na widok jej twarzy ojciec poklepał ją po
kolanie.
- Nie kłopocz się tym, a leannan. Będzie na to dość czasu. Pewnie
wolałabyś opowiedzieć to wszystkim, kiedy będzie z tobą Roger Mac.
Zawahała się; wiele razy wyobrażała sobie, jak mówią wszystko rodzicom,
wyobrażała sobie, jak ona i Roger opowiadają całą historię razem, na
przemian... ale na widok napięcia w oczach ojca zdała sobie sprawę, że nie
mogłaby szczerze przedstawić swojej części w obecności Rogera. Nawet nie
powiedziała mu wszystkiego, kiedy go odnalazła, bo widziała, jak bardzo
rozwścieczyło go to, czym zdążyła się z nim podzielić.
- Nie - odrzekła powoli. - Mogę wam opowiedzieć teraz. W każdym razie
moją część. - Popiła ostatnie okruchy podpłomyka garścią zimnej wody i zaczęła mówić.
Owszem, mama zna mężczyzn, pomyślała, widząc, jak Ian zaciska pięść na
kolanie i słysząc niski, mimowolny pomruk ojca, gdy opowiedziała, jak
Rob Cameron przyparł ją do ściany w gabinecie w Lallybroch. Nie
powtórzyła im dokładnie tego, co mówił - prostackich gróźb i rozkazów -
ani nie powiedziała, jak na jego polecenie zdjęła dżinsy, a następnie z całej siły uderzyła go nimi w twarz, a potem powaliła go na podłogę.
Wspomniała tylko, że roztrzaskała mu na głowie drewnianą skrzynkę z listami. Obydwaj chrząknęli z satysfakcją.
- Skąd się wzięła ta skrzynka? - zapytała ojca, przerywając relację. -
Roger znalazł ją w garażu swojego przybranego ojca. To takie miejsce, w którym parkuje się samochód, to znaczy... - Na widok zakłopotania na
twarzy Jamiego dodała: - Nieważne, to coś w rodzaju szopy na narzędzia.
Ale zawsze się zastanawialiśmy, gdzie wy ją schowaliście?
- Ach, o to chodzi? - Twarz Jamiego nieco się rozluźniła. - Roger Mac
mówił mi, że jego ojciec był księdzem i wiele lat mieszkał w domu w Inverness. Zrobiliśmy trzy skrzynki; trzeba było mnóstwo pracy, żeby
przepisać wszystkie listy. Zapieczętowałem je i wysłałem do trzech
różnych banków w Edynburgu z instrukcją, aby w takim to a takim roku
przesłali skrzynkę do domu wielebnego Wakefielda w Inverness. Mieliśmy
nadzieję, że przynajmniej jedna tam dotrze. Na każdej umieściłem pełne
nazwisko Jemmy'ego. Pomyślałem, że to będzie coś znaczyć dla ciebie, ale
nie dla nikogo innego. Ale mów dalej. Uderzyłaś Camerona skrzynką, a potem...?
- Nie ogłuszyłam go całkiem, ale udało mi się go wyminąć i wydostać się
na zewnątrz. Pobiegłam do wieszaka w korytarzu... to nie ten sam wieszak,
który jest u twoich rodziców - powiedziała do Iana i dopiero teraz
przypomniała sobie, co było napisane w jednym z ostatnich listów. -
Boże! Twój ojciec, Ianie... Tak mi przykro!
- Ach. Tak - powiedział, spuszczając wzrok. Chwyciła go za nadgarstek.
Nakrył jej rękę dużą dłonią i lekko uścisnął. - Nie przejmuj się, a nighean. Od czasu do czasu czuję go obok siebie. A wujek Jamie
przywiózł moją mamę ze Szkocji... o Jezu. - Urwał i utkwił w niej okrągłe
oczy. - Ona nie wie, że tu jesteście!
- Niedługo się dowie - wtrącił cierpko Jamie. - Powiesz mi, co się u diabła stało z tym gównianym Cameronem?
- Za mało - stwierdziła ponuro i dokończyła historię, opowiadając o wspólnikach Camerona i strzelaninie.
- Więc zabrałam Jema i Mandy i wyjechałam do Kalifornii, to po drugiej
stronie Ameryki, żeby się zastanowić, co robić. W końcu uznałam, że nie
ma wyboru; musieliśmy spróbować znaleźć Rogera. Zostawił mi list z informacją, że jest w Szkocji, i z datą. Tak zrobiliśmy i... - Wskazała
szerokim gestem na otaczającą ich dzicz. - No i jesteśmy.
Jamie wciągnął powietrze przez nos, ale nic nie powiedział. Ian tylko
krótko skinął głową, jakby do siebie. Brianna czerpała dziwną pociechę z bliskości krewnych. To, że opowiedziała im całą historię, zwierzyła się
z lęków, przyniosło jej ulgę. Już od dawna nie czuła się chroniona tak
jak teraz.
- Idzie - powiedział nagle Ian. Podążyła za jego spojrzeniem: kolczaste
gałązki kołysały się jak szalone pod naporem czarnego cielska.
Niedźwiedź oddalał się powoli.
Ian wstał i podał rękę Briannie. Podniosła się i przestąpiła z nogi na
nogę, rozluźniając kończyny. Czuła się tak lekko, że prawie nie słyszała
tego, co mówił ojciec, również wstając za jej plecami.
- Co takiego? - Obejrzała się.
- Powiedziałem, że jest jeszcze coś, prawda?
- Coś jeszcze? - Uśmiechnęła się lekko. - Nie wystarczy tego, co
powiedziałam?
Jamie wydał z siebie szkockie mruknięcie - na wpół przepraszające, na
wpół ostrzegawcze.
- Ten Robert Cameron. Mówiłaś, że on prawdopodobnie przeczytał nasze
listy.
Po plecach Brianny spłynęła strużka lodowatego potu.
- Tak. - Poczucie spokoju i bezpieczeństwa nagle zniknęło.
- W takim razie wie o jakobickim złocie, które schowaliśmy razem z whisky, i wie, gdzie jesteśmy. A jeśli on wie, to jego przyjaciele też.
Możliwe, że on nie może przejść przez kamienie, ale mogą być tacy,
którzy potrafią. - Spojrzał na nią wprost niebieskimi oczami. - Prędzej
czy później ktoś się tu pojawi, żeby poszukać.
3. Sielsko, wiejsko i bardzo romantycznie
Słońce ledwie wzeszło, ale Jamiego nie było już długo. Obudziłam się na
chwilę, kiedy pocałował mnie w czoło i szepnął, że wybiera się na
polowanie z Brianną, pocałował mnie jeszcze w usta i zniknął w zimnej
ciemności. Dwie godziny później znów się obudziłam w ciepłym gnieździe
podarowanych przez rodziny Crombie i Lindsay starych kołder, które
służyły nam za łóżko. Usiadłam ze skrzyżowanymi nogami w samej koszuli,
palcami wygarniając z włosów liście i źdźbła trawy i ciesząc się rzadką
przyjemnością powolnego budzenia; zwykle rankiem czułam się tak, jakby
wystrzelono mnie z armaty.
Pomyślałam z dreszczykiem ekscytacji, że kiedy dom będzie się już
nadawał do zamieszkania i umieścimy w nim wszystkich MacKenzie, a także
Germaina, syna Fergusa i Marsali, oraz Fanny, sierotę, która została z nami po okropnej śmierci swojej siostry, poranki znów zaczną przypominać
wylot nietoperzy z jaskini Carlsbad, który widziałam kiedyś w filmie
przyrodniczym Disneya. Na razie jednak świat był jasny i wypełniony
spokojem.
Jaskrawoczerwona biedronka spadła z moich włosów na przód koszuli,
kładąc kres tym rozmyślaniom. Zerwałam się i strząsnęłam ją na wysoką
trawę przy Wielkiej Kłodzie. Na chwilę weszłam w krzaki i wróciłam z pęczkiem górskiej mięty. W wiadrze zostało jeszcze dość wody na kubek
herbaty, więc położyłam miętę na płaskiej powierzchni, którą Jamie
wyciosał na jednym końcu pnia wielkiej powalonej topoli i która służyła
jako stół roboczy oraz miejsce do przygotowywania jedzenia, rozpaliłam
ogień i ustawiłam czajnik wewnątrz kręgu osmalonych kamieni.
Na drugim końcu polany z komina chaty Higginsów uniosła się cienka
smużka dymu, jak wąż z koszyka zaklinacza; ktoś rozniecił przygaszony na
noc żar.
Kto będzie moim pierwszym gościem dzisiejszego ranka? Być może Germain;
ostatniej nocy spał w chacie Higginsów razem z Jemmym, ale nie był
rannym ptaszkiem, podobnie jak ja. Fanny nocowała dalej, u wdowy
Donaldson i jej licznych dzieci; przyjdzie później.
Pewnie Roger, pomyślałam i poczułam radość w sercu. Roger i dzieci.
Płomienie lizały blaszany czajnik. Podniosłam pokrywkę i wrzuciłam do
wody sporą garść liści mięty, otrząsając najpierw łodygi, by się pozbyć
pasażerów na gapę. Resztę związałam nitką i powiesiłam wśród innych ziół
pod stropem mojego prowizorycznego gabinetu, który składał się z czterech tyczek z kratą na górze, przyrzuconą z wierzchu gałęziami
choiny, by dawały cień i schronienie. Miałam dwa zydle - jeden dla mnie,
drugi dla aktualnego pacjenta - i mały, prymitywny stolik na narzędzia,
które potrzebowałam mieć pod ręką. Jamie ustawił obok coś w rodzaju
płóciennego namiotu, żeby zapewnić prywatność pacjentom, którzy tego
potrzebowali, a także jako składzik na żywność i leki przechowywane w beczkach, słoikach lub skrzynkach odpornych na zakusy szopów.
Było tu wiejsko, sielsko i bardzo romantycznie - pośród robactwa, w błocie po kostki, na łasce żywiołów. Od czasu do czasu jeżyły mi się
włoski na karku i czułam, że patrzy na mnie jakieś stworzenie, które
zastanawia się, czy nadaję się do zjedzenia. Mimo wszystko było
romantycznie.
Spojrzałam tęsknie na nowe fundamenty.
Dom miał mieć dwa porządne kominy z polnych kamieni; jeden był już w połowie zbudowany i stał jak mocny monolit pośród drewnianego szkieletu
czegoś, co wkrótce - jak miałam nadzieję - stanie się naszą kuchnią i jadalnią. Jamie zapewnił mnie, że w ciągu najbliższych kilku tygodni
postawi ściany dużego pokoju i przybije tymczasowy dach z płótna,
żebyśmy mogli znów spać i gotować w pomieszczeniu. Pozostała część domu...
To mogło zależeć od wspaniałych wyobrażeń, które zrodziły się w głowach
jego i Brianny podczas rozmowy poprzedniego wieczoru. Niejasno
przypominałam sobie jakieś szalone uwagi na temat cementu i wewnętrznej
kanalizacji; miałam nadzieję, że te pomysły nie zakorzenią się w ich
umysłach zanadto, przynajmniej dopóki nie będziemy mieli dachu nad głową
i podłogi pod stopami. Z drugiej strony...
Dźwięk głosów na ścieżce pode mną wskazywał na przybycie oczekiwanego
towarzystwa. Uśmiechnęłam się. Z drugiej strony mielibyśmy do pomocy
jeszcze dwie pary doświadczonych i kompetentnych rąk.
W zasięgu mojego wzroku ukazała się rozczochrana ruda głowa Jema. Na mój
widok uśmiechnął się szeroko.
- Babciu! - wykrzyknął, wymachując nieco pokruszonym ciastkiem
kukurydzianym. - Przynieśliśmy ci śniadanie!
Śniadanie, które mi przynieśli, było obfite jak na moje aktualne
standardy: dwa świeże ciastka kukurydziane, pieczone na blasze placuszki
z siekanego mięsa zawinięte w liście łopianu, jeszcze gorące jajko na
twardo i na dnie słoika ćwierć cala zeszłorocznego dżemu z borówek
zrobionego przez Amy.
- Pani Higgins mówiła, żeby jej odnieść pusty słoik - poinformował
Jemmy, podając mi go. Jednym okiem zerkał na słoik, drugim na Wielką
Kłodę, poprzedniego wieczoru skrytą w ciemności. - Ojej! Co to za
drzewo?
- Topola - wyjaśniłam, przymykając oczy z rozkoszy po pierwszym kęsie
placuszka. Wielka Kłoda miała około sześćdziesięciu stóp długości. Była
jeszcze sporo dłuższa, ale Jamie ciął ją od góry na budowę i na opał. -
Twój dziadek mówi, że to drzewo, zanim upadło, musiało mieć ponad sto
stóp wysokości.
Mandy próbowała wdrapać się na kłodę; Jem lekko ją podsadził, a potem
pochylił się i powiódł wzrokiem wzdłuż pnia, który w większości był
gładki i jasny, a tu i ówdzie poznaczony resztkami kory oraz dziwnymi
zagajnikami mchu i grzybów.
- Przewróciło się podczas burzy?
- Tak - powiedziałam. - Piorun uderzył w wierzchołek, ale nie wiem, czy
upadło podczas tej samej burzy. Mogło uschnąć od pioruna, a potem
następna wielka burza je zwaliła. Leżało już, kiedy wróciliśmy do Ridge.
Mandy, bądź ostrożna!
Stanęła na pniu i ruszyła przed siebie, wyciągając ręce na boki jak
gimnastyczka i stawiając jedną stopę przed drugą. W tej części pień miał
dobre pięć stóp średnicy; było na nim dużo miejsca, ale gdyby spadła,
mocno by się potłukła.
- Chodź, kochanie. - Roger, który z zainteresowaniem oglądał fundamenty
domu, podszedł i zdjął ją z kłody. - Może pójdziecie z Jemem nazbierać
drewna dla babci? Pamiętasz, jak wygląda dobre drewno na opał?
- Jasne, że tak - odrzekł Jem z dumą. - Pokażę jej.
- Ja wiem! - naburmuszyła się Mandy.
- Ty będziesz wypatrywać węży - poinformował ją.
Natychmiast się ożywiła, zapominając o urazie.
- Chcę zobaczyć węża!
- Jem... - zaczął Roger, ale Jemmy tylko przewrócił oczami.
- Wiem, tato. Jak zobaczymy małego węża, to pozwolę jej dotknąć, ale
tylko kiedy nie będzie miał grzechotki ani białego pyska.
- O Jezu - wymamrotał Roger, patrząc za nimi, gdy oddalali się ramię w ramię.
Przełknęłam resztę kukurydzianego ciastka, zlizałam słodki dżem z kącika
ust i spojrzałam na niego ze współczuciem.
- Nikt nie zginął, kiedy ostatnio tu byliście - powiedziałam. Otworzył
usta, ale znów je zamknął i wtedy sobie przypomniałam, że Mandy omal nie
umarła. Cokolwiek sprowadziło ich tu znowu...
- W porządku - odparł stanowczo, najwyraźniej dostrzegając lęk na mojej
twarzy. Uśmiechnął się lekko, ujął mnie pod łokieć i pociągnął w cień
mojego gabinetu. - W porządku - powtórzył i odchrząknął. - Nic nam się
nie stało - dodał już głośniej. - Wszyscy jesteśmy tutaj, cali i zdrowi.
W tej chwili nic innego nie ma znaczenia.
- No dobrze - odrzekłam, tylko trochę uspokojona. - Nie będę pytać.
Roześmiał się. Jego zmęczona twarz w rozproszonym świetle znów wydawała
się młoda.
- Powiemy ci - zapewnił. - Ale większa część tej historii właściwie
należy do Bree; powinnaś to usłyszeć od niej. Ciekaw jestem, na co ona i Jamie polują?
- Pewnie na siebie nawzajem. - Uśmiechnęłam się. - Usiądź. - Dotknęłam
jego ramienia i obróciłam go w stronę wysokiego stołka.
- Na siebie nawzajem? - Usadowił się wygodnie, podwijając stopy pod
siebie.
- Czasami, kiedy nie widziałeś kogoś przez dłuższy czas, nie wiadomo, co
powiedzieć i jak ze sobą rozmawiać, szczególnie gdy jest to ktoś dla
ciebie ważny. Trzeba trochę czasu, żeby znów poczuć się swobodnie; jest
łatwiej, jeśli robi się coś razem. Pozwól, że obejrzę twoje gardło,
dobrze?
- Nie czujesz się jeszcze swobodnie, rozmawiając ze mną? - zapytał
lekko.
- Ależ tak - zapewniłam go. - Lekarze nigdy nie mają problemu z rozmawianiem z ludźmi. Na początek każesz im się rozebrać i to
przełamuje lody. Kiedy trochę ich poszturchasz i pozaglądasz we
wszystkie otwory ciała, rozmowa jest już zwykle dość ożywiona, nawet
jeśli nie zawsze swobodna.
Roześmiał się, ale jego palce bezwiednie zacisnęły się na koszuli,
ściągając materiał przy szyi.
- Prawdę mówiąc - rzekł, starając się zachować powagę - przyjechaliśmy
ze względu na darmową opiekę nad dziećmi. Przez ostatnie cztery miesiące
nie oddalaliśmy się od nich dalej niż na dwa metry. - Roześmiał się,
zakrztusił i rozkaszlał.
Z uśmiechem położyłam rękę na jego dłoni. Odwzajemnił uśmiech, choć z mniejszą pewnością niż wcześniej, cofnął rękę, szybko rozpiął koszulę i głośno odchrząkując, odsunął materiał od szyi.
- Nie martw się - powiedziałam. - Mówisz znacznie lepiej niż wtedy,
kiedy widzieliśmy się ostatnio.
Naprawdę tak było, ku mojemu zaskoczeniu. Głos wciąż mu się łamał, był
chrapliwy i szorstki, ale mówił z dużo mniejszym wysiłkiem i nie
wydawało się już, że ten wysiłek sprawia mu nieustanny ból.
Podniósł wyżej głowę, a ja ostrożnie dotknęłam jego szyi tuż pod
szczęką. Niedawno się golił; skórę wciąż miał chłodną i lekko wilgotną.
Poczułam zapach mydła do golenia, które zrobiłam dla Jamiego,
aromatyzowanego jagodami jałowca; widocznie Jamie przyniósł mu to mydło
rankiem. Ten drobny gest wydawał się niemal rytualny; poruszył mnie
wyraz nadziei w oczach Rogera - nadziei, którą próbował ukryć.
- Poznałem lekarza - powiedział ochryple. - W Szkocji. Nazywał się
Hector McEwan. Był... jednym z nas.
Moje palce zatrzymały się w ruchu, podobnie jak serce.
- Chcesz powiedzieć, że był podróżnikiem?
Pokiwał głową.
- Muszę ci o nim opowiedzieć. O tym, co zrobił. Ale to może trochę
poczekać.
- O tym, co zrobił - powtórzyłam. - Tobie?
- Ano tak. Chociaż najpierw Buckowi...
Już miałam zapytać, co się stało z Buckiem, kiedy naraz z napięciem
spojrzał mi w oczy.
- Widziałaś kiedyś niebieskie światło? - zapytał. - To znaczy dotykając
pacjenta, żeby go uleczyć?
Poczułam gęsią skórkę na ramionach i na karku. Musiałam zdjąć palce z jego szyi, bo zaczęły drżeć.
- Sama tego nie potrafię - powiedziałam ostrożnie. - Ale widziałam. Raz.
Ujrzałam to ponownie oczami wyobraźni, tak żywo, jakbym znów znalazła
się w mroku łóżka w L'Hôpital des Anges, kiedy poroniłam Faith i umierałam na gorączkę połogową. Mistrz Raymond położył na mnie ręce i widziałam kości własnego ramienia, przeświecające na niebiesko przez
warstwy ciała.
Odepchnęłam od siebie tę wizję, jakby parzyła, i zdałam sobie sprawę, że
Roger ściska moją dłoń.
- Nie chciałem cię przestraszyć.
- Nie przestraszyłeś mnie - odrzekłam niezbyt zgodnie z prawdą. - Po
prostu jestem w szoku. Nie myślałam o tym od lat.
- Ja byłem wystraszony jak diabli - przyznał szczerze i puścił moją
rękę. - Po tym, jak zrobił to, co zrobił, z sercem Bucka, bałem się z nim rozmawiać, ale wiedziałem, że muszę. Kiedy go dotknąłem, wiesz, żeby
go zatrzymać; szedłem za nim ścieżką, on zamarł, a potem odwrócił się i przyłożył rękę do mojej piersi. - Machinalnie zrobił to samo. - I wtedy...
powiedział do mnie to samo, co wcześniej do Bucka: Cognosco te. To
znaczy: poznaję cię - wyjaśnił na widok pustki na mojej twarzy. - Po
łacinie.
- Poznał, kim jesteś, po jednym dotyku? - Przez moje ramiona przebiegało
dziwne wrażenie. Właściwie nie był to strach, lecz coś w rodzaju grozy.
- Tak. Ja nie wiedziałem nic o nim - dodał pospiesznie. - Nie czułem
wtedy nic dziwnego, ale przyglądałem się uważnie wcześniej, kiedy
położył rękę na piersi Bucka... Buck dostał jakiegoś ataku serca, kiedy
przeszliśmy przez kamienie...
- Przeszedł razem z tobą, Bree i...?
Roger bezradnie wzruszył ramionami.
- Nie, to było... wcześniej. W każdym razie z Buckiem było źle i ludzie,
którzy wzięli go do domu, posłali po lekarza, po tego Hectora McEwana. A on położył rękę na piersi Bucka i... leciutko nią poruszał... i zobaczyłem,
naprawdę, Claire, widziałem to, z jego palców wychodziło blade
niebieskie światło i przenikało przez całą dłoń.
- Jezu Chryste Roosevelcie Święty.
Roześmiał się.
- Ano właśnie. Ale nikt inny tego nie widział - dodał i uśmiech zniknął
z jego twarzy. - Tylko ja.
Powolnym ruchem potarłam dłonią o dłoń, wyobrażając to sobie.
- Buck. Zakładam, że przeżył? Bo pytałeś, czy go widzieliśmy.
Twarz Rogera zmieniła się i w oczach mignął cień.
- Przeżył. Wtedy. Ale kiedy znalazłem Bree i dzieci, rozdzieliliśmy się.
To...
- Długa historia - dokończyłam za niego. - Lepiej z tym poczekać, aż
Jamie i Bree wrócą z polowania. Ale co do tego doktora McEwana. Czy
mówił ci coś o... błękitnym świetle? - Dziwnie się czułam, wypowiadając te
słowa, a jednak potrafiłam to sobie wyobrazić; dłonie lekko mi mrowiły
na tę myśl. Spojrzałam na nie mimowolnie; nie, wciąż były różowe.
Roger pokręcił głową.
- Nie, niezbyt wiele. Nie słowami. Ale... położył mi rękę na szyi. -
Podniósł dłoń i dotknął poszarpanej blizny pozostawionej przez katowski
sznur. - I... coś się stało - dodał cicho.
4. Kobiety wpadną w szał
- Wstąpimy do chaty, kuzynko? - zapytał Ian z nietypową dla siebie
nieśmiałością. - Na wypadek, gdyby Rachel już wróciła. Chciałbym... żebyś
ją poznała.
- Ja też bardzo chciałabym ją poznać - odrzekła Bree szczerze,
uśmiechając się do niego. Uniosła brwi i spojrzała na ojca, który skinął
głową.
- Przydałoby się odłożyć to na chwilę - powiedział, ocierając rękawem
spoconą twarz. - A jeśli wydoisz kozy, Ianie, tak jak matka prosiła cię
rano, to nie odmówię kubka mleka.
Obydwaj z Ianem nieśli zawieszone na grubym drągu nadające się do użytku
resztki jelenia, zawinięte w nieporęczny tobół z niemal nienaruszonej
skóry. Dzień był gorący.
W domku w osikowym gaju ktoś był. Drzwi były otwarte, na ganku, pośród
migotliwych cieni liści, stał niewielki kołowrotek, a obok niego krzesło
z płaskim koszykiem pełnym brązowych i szarych puchatych kul. Brianna
przypuszczała, że jest to czysta, wyczesana wełna. Nigdzie nie było
widać prząśniczki, ale z domu dobiegały głosy kobiet śpiewających po
gaelicku. Co kilka taktów przerywały i wybuchały śmiechem. Potem jeden
czysty głos powtarzał wers, a drugi podążał za nim, potykając się od
czasu do czasu o jakieś słowo i znów wybuchając śmiechem.
Twarz Jamiego rozjaśniła się.
- Jenny uczy małą Rachel Gaidhlig - wyjaśnił niepotrzebnie. - Połóż to
tutaj, Ianie. - Wskazał głową plamę cienia pod zwaloną kłodą. - Kobiety
wpadną w szał, jeśli ściągniemy do domu muchy.
Ktoś w domu ich usłyszał, bo śpiew ucichł i z otwartych drzwi wysunęła
się głowa.
- Ian! - Wysoka i bardzo ładna ciemnowłosa dziewczyna zeskoczyła z ganku
i pochwyciła Iana wpół w mocnym uścisku, natychmiast odwzajemnionym. -
Wiesz, że przybyli twoi kuzyni?
- Tak, wiem - odrzekł i pocałował ją w usta. - Chodź, mo ghraidh,
przywitaj się z moją kuzynką Brianną. Aha, i z wujem Jamiem - dodał,
obracając się na pięcie.
Bree już się uśmiechała, poruszona oczywistą miłością widoczną między
młodymi Murrayami. Zerknęła na ojca i zobaczyła na jego twarzy podobny
uśmiech, który stał się jeszcze szerszy, gdy Jamie przeniósł wzrok na
otwarte drzwi. Wyszła z nich drobna kobieta. W ramionach miała dziecko
owinięte tylko pieluszką.
- Kto... - zaczęła, a potem jej wzrok padł na Briannę i otworzyła usta.
- Błogosławiona Oblubienico, miej nas w swojej opiece - powiedziała
łagodnie, ale jej oczy, niebieskie i skośne jak u Jamiego, uśmiechały
się do Brianny ciepło. - Przybyli giganci. Mówią, że twój mąż jest
jeszcze wyższy od ciebie, dziewczyno. Podobno macie też dzieci - pewnie
wszystkie rosną jak chwasty?
- Jak muchomory. - Bree się roześmiała i pochyliła się, by przytulić
drobną ciotkę. Jenny pachniała kozami, świeżą wełną, owsianką i przypieczonym chlebem na drożdżach, a do tego jej włosy i ubranie miały
lekki zapach, który Bree już dawno zapomniała, ale teraz natychmiast
rozpoznała w nim mydło, jakie Jenny robiła w Lallybroch, z miodem,
lawendą i szkockim zielem, niemającym nazwy w języku angielskim.
- Tak dobrze cię widzieć - powiedziała i poczuła łzy w oczach, bo mydło
przywróciło jej obraz Lallybroch, jaki ujrzała po raz pierwszy, a za tym
duchem pojawił się następny, silniejszy: duch jej własnego Lallybroch.
Zamrugała, powstrzymując łzy, i wyprostowała się z drżącym uśmiechem,
który jednak natychmiast zniknął, gdy sobie przypomniała.
- Och, ciociu! Tak mi przykro. Mam na myśli wujka Iana. - Przepłynęła
przez nią kolejna fala poczucia straty. Chociaż starszy Ian Murray był
martwy przez całe jej życie, z wyjątkiem kilku krótkich lat, i spotkała
go tylko raz, strata wydawała się teraz świeża i wstrząsająca.
Jenny spuściła wzrok, delikatnie oklepując plecy dziecka. Na głowie
miało złotobrązowy puszysty meszek jak pisklę perliczki.
- Ach - powiedziała cicho. - Mój Ian wciąż ze mną jest. Widzę go w twarzy tego małego, bardzo wyraźnie.
Zręcznie obróciła dziecko i posadziła je sobie na biodrze. Chłopiec
patrzył na Briannę dużymi, okrągłymi oczami w takim samym ciepłym,
jasnobrązowym kolorze jak oczy jej kuzyna Iana, a także jego ojca.
- Och - powiedziała Brianna, jednocześnie oczarowana i pocieszona.
Wyciągnęła niepewnie dłoń i podała dziecku palec. - Masz na imię... Oggy?
Jenny i Rachel roześmiały się, jedna ze szczerym rozbawieniem, druga z żalem.
- Niestety, nie udało nam się jeszcze znaleźć dla niego odpowiedniego
imienia - powiedziała Rachel, dotykając delikatnie ramienia dziecka.
Oggy obrócił się w stronę głosu matki, wysuwając się powoli z ramion
Jenny jak leniwiec nieodparcie kuszony przez słodkie owoce.
Rachel wzięła go na ręce i delikatnie dotknęła policzka. Odwrócił głowę
- tak samo powoli - i zaczął ssać kostkę jej palca.
- Ian mówi, że dzieci Mohawków odnajdują swoje właściwe imiona, kiedy są
starsze, a do tego czasu mają tylko dziecięce imiona.
Jenny uniosła ładnie zarysowane czarne brwi.
- Chcesz mi powiedzieć, że to dziecko będzie Oggym aż do... do kiedy?
- Ach, nie - zapewniła ją Rachel. - Na pewno wcześniej coś wymyślę. -
Uśmiechnęła się do teściowej, która przewróciła oczami i znów skupiła
uwagę na Briannie.
- Cieszę się, że nie miałaś takich problemów z własnymi dziećmi, a nighean. Jamie pisał w listach, że nazywają się Jeremiah i Amanda, tak?
Brianna odkaszlnęła, unikając wzroku Rachel.
- Hm... Jeremiah Alexander Ian Fraser MacKenzie - powiedziała. - I Amanda
Hope Claire MacKenzie.
Jenny skinęła głową z aprobatą, czy to ze względu na jakość, czy na
liczbę imion.
- Jenny! - Ojciec Bree stanął na ganku, spocony i w rozchełstanej,
poplamionej krwią koszuli. - Ian nie może znaleźć piwa.
- Wypiłyśmy je - odkrzyknęła Jenny bez mrugnięcia okiem.
- Ach. - Znów zniknął w domu, zapewne w poszukiwaniu czegoś innego do
picia, pozostawiając na ganku wilgotne, nieco krwawe ślady.
- Co mu się stało? - zapytała Jenny ostro, przenosząc spojrzenie ze
śladów stóp na Briannę, która wzruszyła ramionami.
- Niedźwiedź.
- Och. - Zastanawiała się przez chwilę, a potem potrząsnęła głową. - W takim razie chyba muszę mu dać piwa.
Weszła do domu, zostawiając Briannę i Rachel na zewnątrz.
- Chyba jeszcze nigdy nie spotkałam kwakra - odezwała się Brianna po
nieco niezręcznej pauzie. - Nawiasem mówiąc, czy "kwakier" to właściwe
słowo? Nie chciałabym...
- My mówimy Przyjaciel - odrzekła Rachel, znów się uśmiechając. - Słowo
"kwakier" nie jest jednak obraźliwe. Ale myślę, że musiałaś spotkać
przynajmniej jednego. Możesz o tym nie wiedzieć, jeśli Przyjaciel
zdecyduje się nie używać Prostej Mowy w rozmowie z tobą. Większość z nas
nie ma na ciele pasków, kropek ani żadnych innych fizycznych znaków, po
których mogłabyś nas rozpoznać.
- Większość?
- No cóż, oczywiście nie mogę zobaczyć własnych pleców, ale Ian na pewno
by mi powiedział, gdyby zauważył na nich coś niezwykłego...
Brianna się roześmiała. Kręciło jej się w głowie z głodu, ulgi i prostej, wciąż powracającej radości, jaką przyniosło jej spotkanie z rodziną. Zdawało się też, że ta rodzina powiększyła się w zachwycający
sposób.
- Naprawdę się cieszę, że cię poznałam - powiedziała do Rachel. - Nie
potrafiłam sobie wyobrazić, jaka dziewczyna mogłaby poślubić Iana...
przepraszam, to źle zabrzmiało...
- Nie, masz zupełną rację - zapewniła ją Rachel. - Ja też nie
wyobrażałam sobie poślubienia mężczyzny takiego jak on, ale mimo to
każdego ranka widzę go w moim łóżku. Mówią, że niezbadane są wyroki
Pana. Wejdź do domu - dodała, układając Oggy'ego w nowej pozycji. -
Wiem, gdzie jest wino.