Powiedz pszczołom, że odszedłem - Diana Gabaldon

Kup ebooka

89.00 zł
73.87 zł (62,30 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

5. Medytacje o kości gnykowej

- Wszystko zaczyna się in medias res, a jeśli masz szczę­ście, tak też się koń­czy. - Roger prze­łknął i poczu­łam pod pal­cami jego poru­sza­jącą się krtań. Skóra na szyi w miej­scu, gdzie trzy­ma­łam rękę, była chłodna i gładka, cho­ciaż czu­łam na palcu drob­niut­kie ukłu­cia zaro­stu tuż pod szczęką.

- Tak powie­dział dok­tor McE­wan? - zapy­ta­łam z zain­te­re­so­wa­niem. - Cie­kawa jestem, o co mu cho­dziło.

Roger miał przy­mknięte oczy - ludzie zwy­kle zamy­kali oczy pod­czas bada­nia, jakby pró­bo­wali chro­nić swoją pry­wat­ność, na ile to moż­liwe - ale na te słowa je otwo­rzył. W poran­nym świe­tle lśniły głę­boką zie­le­nią tęczó­wek.

- Zapy­ta­łem go. Powie­dział, że z jego punktu widze­nia nic tak naprawdę nie zaczyna się ani nie zatrzy­muje. Ludzie myślą, że życie dziecka zaczyna się w momen­cie naro­dzin, ale naj­wy­raź­niej tak nie jest, bo widać, jak dziecko poru­sza się w łonie matki, a jeśli przyj­dzie na świat za wcze­śnie, czę­sto żyje krótko i można zoba­czyć, że wszyst­kie jego zmy­sły dzia­łają, nawet jeśli nie uda mu się utrzy­mać przy życiu.

Teraz ja przy­mknę­łam oczy, nie dla­tego, by zanie­po­ko­iło mnie spoj­rze­nie Rogera, lecz po to, by się sku­pić na wibra­cji jego słów. Prze­su­nę­łam dło­nie nieco niżej.

- Cóż, miał rację - powie­dzia­łam, przy­wo­łu­jąc jed­no­cze­śnie w pamięci ana­to­mię szyi. - Dzieci rodzą się już na peł­nym biegu. Wszyst­kie pro­cesy życiowe, z wyjąt­kiem oddy­cha­nia, dzia­łają dużo wcze­śniej. Ale mimo wszystko to dość zagad­kowa uwaga.

- Tak. - Znowu prze­łknął ślinę i poczu­łam jego cie­pły oddech na nagim przed­ra­mie­niu. - Pró­bo­wa­łem go pod­py­ty­wać, bo naj­wy­raź­niej miało to być wyja­śnie­nie, a w każ­dym razie próba wyja­śnie­nia. Nie sądzę, żebyś potra­fiła opi­sać to, co wła­ści­wie robisz, kiedy kogoś uzdra­wiasz, prawda?

Uśmiech­nę­łam się, nie otwie­ra­jąc oczu.

- Mogła­bym spró­bo­wać. Ale widzę tu błąd: ja wła­ści­wie nie uzdra­wiam ludzi. Uzdra­wiają się sami. Ja ich tylko... wspie­ram.

Wydał dźwięk, który nie był do końca śmie­chem, i jego krtań dwu­krot­nie unio­sła się i opa­dła. Wyda­wało mi się, że wyczu­wam pod kciu­kiem lek­kie wgłę­bie­nie w miej­scu, gdzie chrząstka została czę­ściowo zmiaż­dżona przez sznur. Dla porów­na­nia przy­ło­ży­łam drugą dłoń do wła­snej szyi.

- Wła­ści­wie on też tak powie­dział... to zna­czy Hec­tor McE­wan. Ale naprawdę uzdra­wiał ludzi. Widzia­łem to.

Opu­ści­łam obie ręce i otwo­rzy­łam oczy.

Roger krótko stre­ścił mi histo­rię swo­jej zna­jo­mo­ści z Wil­lia­mem Buc­c­le­ighem - od roli, jaką Buck ode­grał pod­czas jego powie­sze­nia w Ala­mance, przez ponowne poja­wie­nie się jego przodka w Inver­ness w 1980 roku, aż do tego, jak Buck przy­łą­czył się do poszu­ki­wań Jema, kiedy były współ­pra­cow­nik Brianny, Rob Came­ron, porwał chłopca.

- Wła­śnie wtedy stał się... kimś wię­cej niż tylko zna­jo­mym. - Roger spu­ścił wzrok i odchrząk­nął. - Poszedł szu­kać Jema razem ze mną. Oczy­wi­ście Jema tam nie było, ale zna­leź­li­śmy innego Jere­miaha. Mojego ojca - powie­dział nagle i jego głos zała­mał się przy tym sło­wie. Odru­chowo się­gnę­łam po jego rękę, ale odpra­wił mnie odmow­nym gestem i znów odchrząk­nął.

- W porządku. Ja... opo­wiem ci o tym... póź­niej. - Prze­łknął ślinę, wypro­sto­wał się lekko i znów spoj­rzał mi w oczy. - Ale Buck, tak go nazy­wa­li­śmy, kiedy prze­szli­śmy przez kamie­nie, szu­ka­jąc Jema, oby­dwaj... ucier­pie­li­śmy przy tym przej­ściu. Mówi­łaś chyba, że jeśli robi się to wię­cej niż raz, jest gorzej?

- Nie powie­dzia­ła­bym, że jeden raz jest nie­szko­dliwy - odrze­kłam i wzdry­gnę­łam się w duchu na wspo­mnie­nie tej pustki, cha­osu, w któ­rym wydaje się nie ist­nieć nic oprócz zgiełku. Tylko to i nikłe prze­bły­ski myśli pozwa­lają ci prze­trwać w cało­ści od jed­nego odde­chu do następ­nego. - Ale tak, jest gorzej. Co ci się stało?

- Mnie nic takiego. Na jakiś czas stra­ci­łem przy­tom­ność, a kiedy się ock­ną­łem, nie mogłem zła­pać tchu. Lepki pot, dez­orien­ta­cja; przez chwilę nie potra­fi­łem utrzy­mać rów­no­wagi i zata­cza­łem się. Ale Buck... - Zmarsz­czył brwi i wyraz jego oczu się zmie­nił; znów widział przed sobą zie­lony szczyt wzgó­rza Cra­igh na Dun, gdy obu­dził się z twa­rzą zmo­czoną desz­czem, tak jak ja się budzi­łam trzy­krot­nie. Poczu­łam mro­wie­nie na karku.

- Wyglą­dało to na pro­blemy z ser­cem. Miał bóle w klatce pier­sio­wej i w lewym ramie­niu i kło­poty z oddy­cha­niem. Mówił, że czuje cię­żar w piersi, i nie mógł wstać. Przy­nio­słem mu wody i po jakimś cza­sie wyda­wało się, że poczuł się lepiej. W każ­dym razie mógł cho­dzić i odrzu­cił pro­po­zy­cję, żeby­śmy zatrzy­mali się na odpo­czy­nek.

Roz­stali się wtedy. Buck miał prze­szu­kać drogę do Inver­ness, Roger wybie­rał się do Lal­ly­broch i...

- Lal­ly­broch! - Tym razem zła­pa­łam go za ramię. - Byłeś tam?

- Tak. - Uśmiech­nął się i ujął moją dłoń spo­czy­wa­jącą na jego ramie­niu. - Spo­tka­łem Briana Fra­sera.

- Ty... ale... Briana? - Potrzą­snę­łam głową, żeby roz­ja­śnić myśli. To nie miało sensu.

- Tak, to nie miało sensu - potwier­dził, naj­wy­raź­niej odczy­tu­jąc moje myśli. - My... nie tra­fi­li­śmy tam, gdzie... to zna­czy wtedy, dokąd zamie­rza­li­śmy tra­fić. Zna­leź­li­śmy się w tysiąc sie­dem­set trzy­dzie­stym dzie­wią­tym roku.

Przez chwilę wpa­try­wa­łam się w niego, a on bez­rad­nie wzru­szył ramio­nami.

- Póź­niej - powie­dzia­łam sta­now­czo i znów wycią­gnę­łam ręce do jego szyi, myśląc: In medias res. Co, do dia­bła, McE­wan chciał przez to powie­dzieć?

Sły­sza­łam odle­głe krzyki dzieci dobie­ga­jące od strony stru­mie­nia i skrze­cze­nie jastrzę­bia na wyso­kim pniu po dru­giej stro­nie polany. Byłam w sta­nie dostrzec jego - lub ją - kątem oka: duży, ciemny kształt, jak tor­peda wisząca na mar­twej gałęzi. Zaczę­łam też sły­szeć - a przy­naj­mniej wyda­wało mi się, że sły­szę - szum krwi w szyi Rogera, słaby dźwięk, odrębny od ude­rzeń pulsu. Fakt, że wyraź­nie sły­sza­łam to opusz­kami pal­ców, wyda­wał mi się szo­ku­jąco zwy­czajny.

- Poroz­ma­wiaj ze mną jesz­cze tro­chę - popro­si­łam, w rów­nej mie­rze po to, by nie sły­szeć tego, co wyda­wało mi się, że sły­sza­łam, jak i po to, by roz­luź­nił krtań. - O czym­kol­wiek.

Przez chwilę mru­czał z namy­słem, po czym roz­kasz­lał się, więc opu­ści­łam rękę, żeby mógł odwró­cić głowę.

- Prze­pra­szam - powie­dział. - Bobby Hig­gins mówił, że Ridge się roz­ra­sta, podobno jest wiele nowych rodzin?

- Ple­nią się jak chwa­sty - potwier­dzi­łam, cofa­jąc rękę. - Po naszym powro­cie z Savan­nah, gdzie zawiały nas na chwilę wichry wojny, oka­zało się, że przy­było co naj­mniej dwa­dzie­ścia nowych rodzin, a od tam­tej pory poja­wiły się jesz­cze trzy.

Ski­nął głową, zmarsz­czył lekko brwi i rzu­cił mi z ukosa zie­lone spoj­rze­nie.

- Przy­pusz­czam, że żaden z nowych osad­ni­ków nie jest duchow­nym?

- Nie - odrze­kłam szybko. - Czy to wła­śnie... to zna­czy, na­dal myślisz, że...

- Tak. - Spoj­rzał na mnie nieco nie­śmiało. - Nie jestem jesz­cze w pełni ordy­no­wany; będę musiał jakoś do tego dopro­wa­dzić. Ale kiedy posta­no­wi­li­śmy wró­cić, roz­ma­wia­li­śmy... Bree i ja. O tym, co mogli­by­śmy robić. Tutaj. I... - Oparł dło­nie na kola­nach i wzru­szył ramio­nami. - To wła­śnie mogę robić.

- Byłeś tu wcze­śniej duchow­nym - powie­dzia­łam, obser­wu­jąc jego twarz. - Czy naprawdę powi­nie­neś być for­mal­nie ordy­no­wany, aby znów to robić?

Nie musiał się zasta­na­wiać; wszystko miał już dawno prze­my­ślane.

- Tak - odrzekł. - Nie czuję... aby to było złe... że wcze­śniej cho­wa­łem ludzi, udzie­la­łem im ślu­bów i chrzci­łem. Ktoś musiał to robić, a nie było nikogo oprócz mnie. Ale chcę robić to jak należy. - Uśmiech­nął się lekko. - To chyba jak róż­nica mię­dzy związ­kiem według prawa zwy­cza­jo­wego a byciem w praw­dzi­wym mał­żeń­stwie. Mię­dzy obiet­nicą a przy­sięgą. Nawet jeśli wiesz, że ni­gdy nie zła­miesz obiet­nicy, chcesz... - Szu­kał odpo­wied­nich słów. - Chcesz poczuć wagę przy­sięgi. Cze­goś, co będzie stać za tobą.

Przy­sięga. Kilka ich zło­ży­łam. Miał rację; wszyst­kie - nawet te, które zła­ma­łam - coś zna­czyły, miały swoją wagę. Nie­które wciąż za mną stały.

- To jest róż­nica - zgo­dzi­łam się.

- Wiesz, mia­łaś rację - stwier­dził ze zdzi­wie­niem i uśmiech­nął się do mnie. - Łatwo roz­ma­wiać z leka­rzem, szcze­gól­nie z takim, który trzyma cię za gar­dło. Czy to zna­czy, że chcesz spró­bo­wać metody McE­wana?

Wypro­sto­wa­łam się i mimo­wol­nie poru­szy­łam rękami.

- To nie może być bole­sne - powie­dzia­łam z nadzieją, że się nie mylę. - Wiesz... - doda­łam z waha­niem, wyczu­wa­jąc pal­cami jego jabłko Adama.

- Wiem - odrzekł szorstko. - Żad­nych ocze­ki­wań. Jeśli coś się wyda­rzy... no to się wyda­rzy. Jeśli nie, nic na tym nie stracę.

Ski­nę­łam głową i zaczę­łam deli­kat­nie badać jego szyję opusz­kami pal­ców. Tra­che­oto­mia, którą wyko­na­łam, by ura­to­wać mu życie, pozo­sta­wiła nie­wielką bli­znę, wgłę­bie­nie dłu­go­ści około cala. Prze­su­nę­łam po nim kciu­kiem, wyczu­wa­jąc zdrowe pier­ście­nie chrząstki powy­żej i poni­żej. Od leciut­kiego dotyku Roger nagle zadrżał, na jego szyi poja­wiła się drobna gęsia skórka. Zaśmiał się.

- Jakby ktoś prze­szedł po moim gro­bie.

- Raczej jakby przy­dep­tał ci gar­dło - odpar­łam z uśmie­chem. - Powtórz jesz­cze raz, co powie­dział dok­tor McE­wan. Wszystko, co pamię­tasz.

Nie cof­nę­łam ręki i poczu­łam drgnię­cie jego grdyki, gdy mocno odchrząk­nął.

- Uci­skał moją szyję tak jak ty - rzekł, odwza­jem­nia­jąc uśmiech. - I zapy­tał mnie, czy wiem, co to jest kość gny­kowa. Powie­dział - Roger mimo­wol­nie uniósł dłoń i zatrzy­mał ją kilka cen­ty­me­trów od szyi - że moja jest poło­żona o jakiś cal wyżej niż u więk­szo­ści ludzi i że gdyby była w nor­mal­nym miej­scu, już bym nie żył.

- Doprawdy - stwier­dzi­łam z zacie­ka­wie­niem i wsu­nę­łam kciuk pod jego szczękę. - Prze­łknij, pro­szę.

Prze­łknął. Nie odry­wa­jąc pal­ców od jego szyi, dotknę­łam wła­snej i rów­nież prze­łknę­łam.

- Niech mnie dia­bli. To nie­wielka próbka badaw­cza i przy­znaję, że mogą ist­nieć róż­nice zwią­zane z płcią, ale on mógł mieć rację. Może jesteś nean­der­tal­czy­kiem.

- Czym? - Wpa­trzył się we mnie.

- To tylko żart - zapew­ni­łam. - Ale to prawda, że kość gny­kowa sta­nowi jedną z róż­nic mię­dzy nean­der­tal­czy­kami a współ­cze­snymi ludźmi. Więk­szość naukow­ców uważa, że w ogóle jej nie mieli i dla­tego nie mogli mówić, ale mój wuj Lamb twier­dził, że... Ta kość jest konieczna, żeby mówić wyraź­nie - wyja­śni­łam, widząc jego puste spoj­rze­nie. - Zako­twi­cza język. Mój wuj nie sądził, by nean­der­tal­czycy byli nie­mo­wami, więc ich kość gny­kowa musiała się znaj­do­wać w innym miej­scu.

- To nie­zwy­kle fascy­nu­jące - powie­dział Roger uprzej­mie.

Odchrząk­nę­łam i znów oto­czy­łam dłońmi jego szyję.

- Tak. A co zro­bił McE­wan po tym, jak powie­dział ci o kości gny­ko­wej? Jak dokład­nie cię doty­kał?

Lekko odchy­lił głowę do tyłu, pod­niósł ręce i popra­wił uło­że­nie mojej dłoni, prze­su­wa­jąc ją o cal w dół i deli­kat­nie roz­kła­da­jąc palce.

- O tak - powie­dział. Moje palce obej­mo­wały teraz, a w każ­dym razie doty­kały, wszyst­kich głów­nych struk­tur jego gar­dła, od krtani po kość gny­kową.

- I co potem? - Wsłu­chi­wa­łam się uważ­nie nie w jego głos, lecz w jego ciało. Dzie­siątki razy kła­dłam ręce na jego szyi, szcze­gól­nie gdy wra­cał do zdro­wia po powie­sze­niu, ale ze względu na oko­licz­no­ści nie doty­ka­łam jej już od kilku lat aż do dzi­siaj. Wyczu­wa­łam pod skórą silne, jędrne mię­śnie szyi, czu­łam puls, mocny i regu­larny, był nieco przy­śpie­szony i zda­łam sobie sprawę, jak ważne może to być dla niego. Ogar­nęła mnie nie­pew­ność; nie mia­łam poję­cia, co zro­bił Hec­tor McE­wan ani co Roge­rowi się wyda­wało, że zro­bił, a tym bar­dziej nie wie­dzia­łam, co mam zro­bić ja.

"Po pro­stu wiem, jak powinna wyglą­dać zdrowa krtań, i czuję, jaka jest twoja, i... Kładę tam palce i wizu­ali­zuję ją taką, jaka powinna być". Tak McE­wan odpo­wie­dział na pyta­nia Rogera. Zasta­na­wia­łam się, czy wiem, jak wygląda nor­malna krtań.

- Mia­łem wra­że­nie cie­pła. - Roger znów przy­mknął oczy, kon­cen­tru­jąc się na moim dotyku. Czu­łam pod nasadą dłoni gład­kie wybrzu­sze­nie jego krtani; podry­gi­wało lekko, gdy prze­ły­kał. - Nic ude­rza­ją­cego, tylko takie wra­że­nie, jak gdy wcho­dzisz do pomiesz­cze­nia, w któ­rym pali się ogień.

- Czy mój dotyk wydaje ci się cie­pły? - Pomy­śla­łam, że powinno tak być; jego skóra była chłodna.

- Tak - rzekł, nie otwie­ra­jąc oczu. - Ale to jest na zewnątrz, a kiedy McE­wan... zro­bił to, co zro­bił, czu­łem to w środku. - Ścią­gnął w sku­pie­niu ciemne brwi. - Czu­łem to... tutaj. - Pod­niósł rękę i prze­su­nął mój kciuk na prawo, tuż pod gnyką. - I... tutaj. - Otwo­rzył oczy ze zdzi­wie­nia i przy­ci­snął dwa palce do miej­sca o cal lub dwa powy­żej oboj­czyka, po lewej stro­nie wcię­cia szyj­nego. - Dziwne, ale tego nie pamię­ta­łem.

- Tam też cię doty­kał? - Prze­su­nę­łam palce w dół i poczu­łam, że wszyst­kie zmy­sły wyostrzają mi się jak zawsze, gdy ciało pacjenta pochła­nia całą moją uwagę. Roger też to poczuł i w jego oczach bły­snęło zasko­cze­nie.

- Co...? - zaczął, ale zanim któ­re­kol­wiek z nas zdą­żyło powie­dzieć coś jesz­cze, na pola­nie roz­legł się pisk, a potem zgiełk dzie­cię­cych gło­sów, kolejne piski oraz wrzask nie­wąt­pli­wie roz­wście­czo­nej Mandy:

- Jesteś zły, jesteś zły, jesteś zły i nie­na­wi­dzię cię! Jesteś zły i pój­dzieś do pie­kła!

Roger zerwał się na równe nogi.

- Amando! - ryk­nął. - Chodź tu natych­miast!

Ponad jego ramie­niem zoba­czy­łam Amandę. Z twa­rzą wykrzy­wioną z wście­kło­ści pró­bo­wała wyrwać swoją lalkę Esme­raldę Ger­ma­inowi, on zaś, wyma­chu­jąc lalką nad głową dziew­czynki, zręcz­nie uni­kał jej kop­nia­ków.

Zasko­czony krzy­kiem Rogera, pod­niósł wzrok i w tej samej chwili Amanda z całej siły wymie­rzyła mu kop­niaka w goleń. Miała na nogach mocne pół­buty i odgłos był wyraź­nie sły­szalny, choć natych­miast zagłu­szył go okrzyk bólu Ger­ma­ina. Jemmy, zdjęty zgrozą, zła­pał Esme­raldę, wepchnął ją w ramiona Amandy, obej­rzał się przez ramię z wyraź­nym poczu­ciem winy i uciekł do lasu, a za nim pokuś­ty­kał Ger­main.

- Jere­miah! - ryk­nął Roger. - Stój!

Jem zamarł jak tra­fiony pro­mie­niem z broni lase­ro­wej; Ger­main nie zatrzy­mał się i znik­nął w krza­kach wśród trza­sków i sze­le­stów.

Patrzy­łam na chłop­ców, ale na odgłos krztu­sze­nia się szybko prze­nio­słam wzrok na Rogera. Pobladł i zaci­snął obie dło­nie na szyi. Chwy­ci­łam go za ramię.

- Wszystko w porządku?

- Nie... nie wiem - szep­nął ochry­ple z bla­dym, zbo­la­łym uśmie­chem. - Wydaje mi się, że... coś sobie nacią­gną­łem.

- Tatuś? - ode­zwał się cichy gło­sik obok mnie. Amanda dra­ma­tycz­nie pocią­gnęła nosem, roz­cie­ra­jąc łzy po całej twa­rzy. - Tatuś jest na mnie zły?

Roger ode­tchnął głę­boko, zakasz­lał, przy­kuc­nął i wziął ją w ramiona.

- Nie, kocha­nie - powie­dział cicho, ale zupeł­nie nor­mal­nym gło­sem. Moje napię­cie zaczęło opa­dać. - Nie jestem na cie­bie zły, ale nie wolno ci mówić nikomu, że pój­dzie do pie­kła. Chodź, umy­jemy ci buzię. - Pod­niósł się, trzy­ma­jąc Amandę na rękach, i spoj­rzał na mój stół, na któ­rym znaj­do­wała się miska i dzba­nek.

- Ja to zro­bię - powie­dzia­łam, wycią­ga­jąc ręce po Mandy. - Może ty pój­dziesz i... hm... poroz­ma­wiasz z Jemem?

- Mhm - mruk­nął i oddał mi dziew­czynkę. Mandy, która lubiła się przy­tu­lać, natych­miast przy­warła do mojej szyi i objęła mnie nogami.

- Lalce też umy­jemy buzię? - zapy­tała. - Ci nie­gzecni chłopcy ją poblu­dzili!

Nie­uważ­nie słu­cha­łam czu­ło­ści Mandy pod adre­sem Esme­raldy prze­pla­ta­nych dono­sami na jej brata i Ger­ma­ina, ponie­waż moja uwaga sku­piona była na tym, co się działo na pola­nie pod nami. Sły­sza­łam głos Jema, wysoki i kłó­tliwy, a także Rogera, sta­now­czy i znacz­nie niż­szy, ale nie potra­fi­łam roz­róż­nić słów. Roger jed­nak mówił, nie krztu­sząc się ani nie kasz­ląc... Dobrze.

Jesz­cze lep­sze było, jak wrza­snął na dzieci. Zda­rzało się to już wcze­śniej - przy dzie­ciach wśród dzi­kiej przy­rody była to koniecz­ność - ale zawsze przy tym głos mu się łamał, a potem Roger kasz­lał i odchrzą­ki­wał. McE­wan powie­dział, że poprawa będzie nie­wielka, a uzdro­wie­nie wymaga czasu.

Czy rze­czy­wi­ście jakoś mu pomo­głam?

Spoj­rza­łam kry­tycz­nie na wła­sną dłoń, ale wyglą­dała tak samo jak zawsze: na wpół zago­jone ska­le­cze­nie na środ­ko­wym palcu, plamy po zry­wa­niu jeżyn i pęk­nięty pęcherz na kciuku po tym, jak gołą ręką, nie uży­wa­jąc uchwytu, zła­pa­łam patel­nię pełną bekonu, który zajął się ogniem na pale­ni­sku. Ni­gdzie nie było ani śladu nie­bie­skiego świa­tła.

- Cio to, bab­ciu? - Amanda wychy­liła się od stołu i spoj­rzała na moją odwró­coną rękę.

- Które? Ta czarna plama? To chyba atra­ment. Wczo­raj opi­sy­wa­łam w mojej książce wysypkę Kir­sty Wil­son. - Na początku myśla­łam, że to tylko zatru­cie suma­kiem, ale wysypka utrzy­my­wała się nie­po­ko­jąco długo. Nie było jed­nak gorączki... może to pokrzywka? A może jakaś nie­ty­powa łusz­czyca?

- Nie, to. - Mandy szturch­nęła mokrym, pulch­nym palusz­kiem nasadę mojej dłoni. - To litera! - Obró­ciła głowę, by przyj­rzeć się lepiej, i czarne loki poła­sko­tały mnie w ramię. - To litera "J"! - obwie­ściła trium­fal­nie. - "J" jak Jemmy! Nie­na­wi­dzę Jemmy'ego - dodała, marsz­cząc brwi.

- Eee... - mruk­nę­łam z kon­ster­na­cją. To rze­czy­wi­ście była litera "J". Bli­zna zbla­dła do cien­kiej, bia­łej linii, ale w odpo­wied­nim świe­tle na­dal była wyraź­nie widoczna. Bli­zna, którą Jamie dał mi w poda­runku, kiedy zosta­wia­łam go pod Cul­lo­den. Zosta­wi­łam go na śmierć, a sama ucie­kłam przez kamie­nie, by ura­to­wać jego nie­znane, nie­na­ro­dzone dziecko. Nasze dziecko. A gdy­bym tego nie zro­biła?

Spoj­rza­łam na Mandy. Miała oczy w kolo­rze koniaku, czarne loki i była dosko­nała jak małe wio­senne jabłuszko. W pew­nej odle­gło­ści sły­sza­łam Jema, który teraz śmiał się z cze­goś razem z ojcem. Kosz­to­wało nas to dwa­dzie­ścia lat roz­dzie­le­nia - dwa­dzie­ścia lat bólu serca, cier­pień i nie­bez­pie­czeństw. Było warto.

- To od imie­nia dziadka. "J" jak Jamie - wyja­śni­łam Aman­dzie, która kiw­nęła głową z peł­nym zro­zu­mie­niem, przy­ci­ska­jąc do piersi prze­mo­czoną Esme­raldę. Dotknę­łam jej pro­mien­nego policzka, przez chwilę wyobra­ża­jąc sobie, że moje palce mają nie­bie­ski odcień, cho­ciaż tak nie było.

- Mandy - powie­dzia­łam pod wpły­wem impulsu. - Jakiego koloru są moje włosy?

"Kiedy twoje włosy staną się białe, osią­gniesz pełną moc". Stara sza­manka z ple­mie­nia Tusca­rora o imie­niu Nay­awenne powie­działa mi to wiele lat temu - to, a także wiele innych nie­po­ko­ją­cych rze­czy.

Mandy przez chwilę wpa­try­wała się we mnie, po czym stwier­dziła zde­cy­do­wa­nie:

- Prę­go­wane.

- Co? Na litość boską, skąd znasz takie słowo?

- Od wujka Joe. Mówił, jakiego koloru jest Bor­suk.

- Kto to jest Bor­suk?

- Pie­sek cioci Gail.

- Hmm - odrze­kłam. - W takim razie jesz­cze nie. Dobrze, kocha­nie, powie­śmy teraz Esme­raldę, żeby wyschła.

6. Wraca myśliwy, wraca z polowania

Jamie i Brianna wró­cili póź­nym popo­łu­dniem i przy­nie­śli kilka wie­wió­rek, czter­na­ście gołębi oraz duży kawał popla­mio­nego i postrzę­pio­nego płótna, z któ­rego po roz­wi­nię­ciu wyło­niło się coś, co przy­po­mi­nało pozo­sta­ło­ści po wyjąt­kowo maka­brycz­nym mor­der­stwie.

- Kola­cja? - spy­ta­łam, ostroż­nie poru­sza­jąc strza­skaną kością wysta­jącą z masy sier­ści i śli­skiego mięsa. Zapach był żela­zi­sty i krwi­sty, z zatę­chłą nutą, która wyda­wała się zna­joma, ale roz­kład nie był jesz­cze zauwa­żalny.

- Tak, jeśli dasz radę, Angliszko. - Jamie zbli­żył się i zmarsz­czył brwi, spo­glą­da­jąc na zakrwa­wione szczątki. - Oczysz­czę ci to, ale naj­pierw potrze­buję odro­biny whi­sky.

Koszulę i spodnie miał pokryte pla­mami krwi i dla­tego w pierw­szej chwili nie zwró­ci­łam uwagi na rów­nie zakrwa­wioną szmatę owi­niętą wokół jego nogi, teraz jed­nak zauwa­ży­łam, że kuleje. Ze zmarsz­czo­nym czo­łem pode­szłam do dużego kosza z jedze­niem, drob­nymi narzę­dziami i lekar­stwami, który codzien­nie rano tasz­czy­łam na miej­sce budowy domu.

- Sądząc po tym, co z niego zostało, przy­pusz­czam, że to jest, czy raczej był, jeleń. Naprawdę roze­rwa­łeś go gołymi rękami?

- Nie tato, tylko niedź­wiedź to zro­bił - wyja­śniła Bree z poważną miną i wymie­niła kon­spi­ra­cyjne spoj­rze­nia z ojcem, który mruk­nął gar­dłowo.

- Niedź­wiedź - powtó­rzy­łam. Wzię­łam głę­boki oddech i wska­za­łam na jego koszulę. - Dobrze. Ile z tej krwi jest two­jej?

- Nie­wiele - odrzekł spo­koj­nie, sia­da­jąc na Wiel­kiej Kło­dzie. - Whi­sky?

Obrzu­ci­łam czuj­nym spoj­rze­niem Briannę, ale wyda­wała się cała. Była brudna, koszulę miała pozna­czoną sza­ro­zie­lo­nymi pta­simi odcho­dami, ale nie była ranna. Jej twarz pro­mie­niała słoń­cem i szczę­ściem. Uśmiech­nę­łam się na ten widok.

- Whi­sky wisi tam, w tej bla­sza­nej manierce. - Wska­za­łam głową na wielki świerk po dru­giej stro­nie polany. - Może ją przy­nie­siesz ojcu, a ja spraw­dzę, co zostało z jego nogi?

- Jasne. Gdzie są Mandy i Jem?

- Po raz ostatni widziano ich, jak bawili się nad stru­mie­niem z Aida­nem i jego braćmi. Nie martw się - doda­łam, widząc, że przy­gry­zła dolną wargę. - Tam jest bar­dzo płytko, a Fanny obie­cała, że pój­dzie nazbie­rać pija­wek i popil­nuje Mandy. Fanny jest bar­dzo odpo­wie­dzialna.

- Mm-hmm. - Bree wciąż miała wąt­pli­wo­ści. Widzia­łam, jak wal­czy z instynk­tem macie­rzyń­skim, który kazał jej natych­miast wycią­gnąć Mandy ze stru­mie­nia. - Nie pamię­tam Fanny, cho­ciaż wiem, że musia­łam ją poznać wczo­raj wie­czo­rem. Gdzie ona mieszka?

- Z nami - powie­dział Jamie rze­czowo. - Au!

- Nie ruszaj się - pole­ci­łam, roz­sze­rza­jąc dwoma pal­cami ranę na jego nodze i wle­wa­jąc do niej roz­twór soli fizjo­lo­gicz­nej. - Nie chciał­byś umrzeć na tężec, prawda?

- A co byś zro­biła, Angliszko, gdy­bym powie­dział, że tak?

- To samo, co robię teraz. Nie obcho­dzi mnie, czy tego chcesz, czy nie. Nie dopusz­czę do tego.

- No to po co mnie pytasz? - Wycią­gnął przed sie­bie nogi, oparł z tyłu dło­nie na ziemi i spoj­rzał na Bree. - Fanny jest sie­rotą. Twój brat wziął ją pod opiekę.

Na twa­rzy Bree odbiło się nie­mal komiczne nie­zro­zu­mie­nie.

- Mój brat. Wil­lie? - zapy­tała nie­pew­nie.

- O ile twoja matka niczego przede mną nie ukrywa, to nie masz innego brata - zapew­nił ją Jamie. - Ano, Wil­liam. Jezu, Angliszko, jesteś gor­sza od niedź­wie­dzia!

Przy­mknął oczy, żeby nie patrzeć na to, co robi­łam z jego nogą, kiedy powięk­sza­łam ranę lan­ce­tem i czy­ści­łam. Nie była zbyt groźna, ale głę­boka i moja uwaga o tężcu nie była tylko czy­stą reto­ryką. Nie cho­dziło mi też o to, by dać Bree chwilę na odzy­ska­nie rów­no­wagi.

Spoj­rzała na niego z głową prze­chy­loną na bok.

- A więc - powie­działa powoli. - To zna­czy... on wie, że jesteś jego ojcem?

Jamie skrzy­wił się, nie otwie­ra­jąc oczu.

- Wie.

- Nie cie­szy się z tego? - Kącik jej ust powę­dro­wał do góry, ale spoj­rze­nie i głos były prze­peł­nione współ­czu­ciem.

- Praw­do­po­dob­nie nie.

- Jesz­cze nie - mruk­nę­łam, zmy­wa­jąc krew z dłu­giej kości pisz­cze­lo­wej. Jamie par­sk­nął. Bree wydała z sie­bie bar­dziej kobiecą wer­sję tego samego dźwięku i poszła po whi­sky. Jamie usły­szał jej kroki i otwo­rzył oczy.

- Jesz­cze nie skoń­czy­łaś, Angliszko? - Dostrze­głam lek­kie drże­nie jego nad­garst­ków i zda­łam sobie sprawę, że opiera się na rękach, aby ukryć fakt, że cały dygo­cze z wyczer­pa­nia.

- Już nie będę spra­wiać ci bólu - zapew­ni­łam. Pod­nio­słam się, opie­ra­jąc rękę na kło­dzie obok jego dłoni, i lekko dotknę­łam jego pal­ców. - Zaban­da­żuję to, a potem powi­nie­neś się poło­żyć z unie­sioną nogą.

- Ale nie zasy­piaj, tato. - Cień Brianny padł na niego; pochy­liła się i podała mu manierkę. - Ian mówił, że przy­pro­wa­dzi do nas Rachel i matkę na kola­cję. - Poca­ło­wała go w czoło. - Nie martw się o Wil­liego - dodała. - On sobie to poukłada.

- Ano. Mam nadzieję, że nie będzie z tym cze­kał, aż umrę. - Posłał jej krzywy uśmiech na znak, że to miał być żart, i uniósł manierkę w toa­ście.

Wygo­ni­łam pro­te­stu­ją­cego Jamiego do cie­nia w pro­wi­zo­rycz­nym gabi­ne­cie i kaza­łam mu się poło­żyć z moim far­tu­chem zwi­nię­tym pod głową.

- Jadłeś w ogóle coś od śnia­da­nia? - zapy­ta­łam, opie­ra­jąc jego zra­nioną nogę na kawałku drewna wygrze­ba­nym ze sterty.

- Jadłem - odrzekł cier­pli­wie. - Amy Hig­gins podała przez Briannę placki i ser. Zje­dli­śmy je, cze­ka­jąc, aż niedź­wiedź sobie pój­dzie. Myślisz, że gdy­bym umie­rał z głodu, to jesz­cze bym tego nie powie­dział?

- Ach. - Poczu­łam się głu­pio. - No tak, wiem. Ale po pro­stu... - Odgar­nę­łam mu włosy z czoła. - Po pro­stu chcia­ła­bym, żebyś się poczuł lepiej, i nic innego nie przy­szło mi do głowy oprócz tego, żeby cię nakar­mić.

Roz­śmie­szyło go to. Prze­cią­gnął się, wygiął plecy w łuk i uło­żył się wygod­niej na zdep­ta­nej tra­wie.

- To miło z two­jej strony, Angliszko. Mnie przy­cho­dzi do głowy kilka innych rze­czy, ale to może kiedy tro­chę odpocznę. Brianna mówiła, że cała rodzina Iana przyj­dzie na kola­cję. - Odwró­cił głowę i spoj­rzał w kie­runku odle­głej góry, gdzie słońce zacho­dziło powoli pośród roz­pro­szo­nych po nie­bie pucha­tych obłocz­ków, wyzła­ca­jąc ich brzu­chy.

Oboje wes­tchnę­li­śmy na ten widok. Odwró­cił się i wziął mnie za rękę.

- Chciał­bym, żebyś posie­działa tu ze mną chwilę, Angliszko, i powie­działa mi, że nie śnię. Ona naprawdę tu jest? Ona, dzieci i Roger Mac?

Uści­snę­łam jego dłoń i poczu­łam tę samą radość, jaką widzia­łam na jego twa­rzy.

- Naprawdę. Są tutaj. A wła­ści­wie tam. - Zaśmia­łam się, bo widzia­łam na dole Briannę idącą w stronę drzew nad stru­mie­niem. Jej roz­pusz­czone dłu­gie włosy w cie­niu wyda­wały się brą­zowe. Roz­wie­wał je wie­czorny wie­trzyk, gdy wołała dzieci. - Ale wiem, o czym mówisz. Widzia­łam się rano z Roge­rem i popro­si­łam, żeby mi pozwo­lił obej­rzeć swoje gar­dło. Czu­łam się jak nie­wierny Tomasz. To było takie dziwne, że sie­dział tuż przede mną i mogłam go dotknąć, a jed­no­cze­śnie wcale nie wyda­wało się to dziwne.

Lekko potar­łam kciu­kiem wierzch jego dłoni, wyczu­wa­jąc kostki pal­ców i szorstką bli­znę w miej­scu, gdzie kie­dyś był czwarty palec.

- Ja się tak czuję przez cały czas, Angliszko - powie­dział nieco ochry­ple i zaci­snął palce na moich. - Kiedy budzę się cza­sem wcze­śnie rano i widzę cię obok sie­bie, wąt­pię, czy jesteś praw­dziwa. Dopóki cię nie dotknę... albo dopóki nie pierd­niesz.

Wyrwa­łam mu rękę, a on odto­czył się na bok i usiadł, opie­ra­jąc wygod­nie łok­cie na kola­nach.

- Więc jak to jest z Roge­rem? - zapy­tał, igno­ru­jąc moje groźne spoj­rze­nie. - Myślisz, że kie­dyś odzy­ska głos?

- Nie wiem. Naprawdę nie wiem. Ale powtó­rzę ci, co mi powie­dział o czło­wieku, który nazy­wał się Hec­tor McE­wan...

Słu­chał bar­dzo uważ­nie, poru­sza­jąc się tylko po to, by odpę­dzić chmary koma­rów.

- Czy ty sama widzia­łaś to kie­dyś, a nighean? - zapy­tał, kiedy skoń­czy­łam. - Nie­bie­skie świa­tło, o któ­rym mówił?

Dreszcz, który mnie prze­szedł, nie miał nic wspól­nego z chłod­nym powie­trzem. Odwró­ci­łam wzrok w stronę zapo­mnia­nej prze­szło­ści. Albo prze­szło­ści, o któ­rej pró­bo­wa­łam zapo­mnieć.

- Ja... no cóż, tak. - Prze­łknę­łam ślinę. - Ale myśla­łam wtedy, że mam halu­cy­na­cje, i zresztą moż­liwe, że tak było. Byłam pewna, że umie­ram, a bli­skość śmierci może zmie­nić postrze­ga­nie.

- Ano tak - powie­dział cierpko. - Ale to nie zna­czy, że to, co wtedy widzisz, nie jest praw­dziwe. - Patrzył uważ­nie na moją twarz, zasta­na­wia­jąc się nad czymś. - Nie musisz mi mówić - dodał i dotknął mojego ramie­nia. - Nie ma potrzeby znów przy­wo­ły­wać takich rze­czy, jeśli nie przy­cho­dzą same.

- Nie - odrze­kłam, może tro­chę za szybko. Odchrząk­nę­łam i wzię­łam się w garść. - Nie będę. Po pro­stu mia­łam ostrą infek­cję i... mistrz Ray­mond... - Nie patrzy­łam bez­po­śred­nio na niego, ale poczu­łam, że nagle uniósł głowę. - Przy­szedł i mnie uzdro­wił. Nie mam poję­cia, jak to zro­bił, w ogóle o niczym nie myśla­łam wtedy świa­do­mie. Ale widzia­łam... - Powoli potar­łam dło­nią przed­ra­mię i znów to zoba­czy­łam. - Kość w moim ramie­niu była nie­bie­ska. To nie był jaskrawy błę­kit, nie taki jak ten. - Wska­za­łam w górę, na wie­czorne niebo, które ponad chmu­rami przy­brało kolor ostróżki. - Bar­dzo jasny, deli­katny błę­kit. Ale... "świe­cił" to wła­ści­wie nie jest odpo­wied­nie słowo. To było... żywe.

Tak było. Czu­łam, jak ten błę­kit roz­cho­dzi się na zewnątrz z moich kości, jak przeze mnie prze­pływa. I poczu­łam, jak zarazki w moim ciele eks­plo­dują i umie­rają jak gwiazdy. Na wspo­mnie­nie tego wra­że­nia wło­ski zje­żyły mi się na ramio­nach i wypeł­niło mnie dziwne uczu­cie bło­go­ści, jakby ktoś zamie­szał cie­pły miód.

Nastrój tej chwili prze­rwał dziki wrzask z lasu na górze. Jamie odwró­cił się z uśmie­chem.

- O, zbliża się mały Oggy. Krzy­czy jak puma na polo­wa­niu.

Wsta­łam i otrze­pa­łam spód­nicę z trawy.

- Chyba ni­gdy nie widzia­łam gło­śniej­szego dziecka.

Jak na sygnał roz­le­gły się pohu­ki­wa­nia na dole i spo­mię­dzy drzew nad stru­mie­niem wypa­dła grupka dzieci. Bree i Roger szli za nimi powoli, z gło­wami pochy­lo­nymi ku sobie. Zda­wali się pogrą­żeni w przy­jem­nej roz­mo­wie.

- Będę potrze­bo­wał więk­szego domu - powie­dział Jamie z namy­słem.

Zanim jed­nak zdą­żył roz­wi­nąć tę inte­re­su­jącą uwagę, Mur­ray­owie poja­wili się na ścieżce pro­wa­dzą­cej od wschod­niej strony grani. Rachel nio­sła Oggy'ego, który krzy­czał na jej ramie­niu, a za nią szedł Ian z dużym przy­kry­tym koszem.

- Dzieci? - zapy­tała Rachel Jamiego, odda­jąc Oggy'ego ojcu.

Pod­niósł się z uśmie­chem i ski­nął w kie­runku polany.

- Zobacz sama, a nighean.

Jem, Mandy i Ger­main, wyłu­skani spo­mię­dzy towa­rzy­szy, wle­kli się teraz za Bree i Roge­rem, przy­jaź­nie się prze­py­cha­jąc.

- Och - powie­działa Rachel bar­dzo cicho i jej piwne oczy zła­god­niały. - Och, Jamie. Twoja córka jest tak podobna do cie­bie - i jej syn też!

- Mówi­łem ci. - Ian uśmiech­nął się, a ona mocno uści­snęła jego ramię.

- Twoja matka..... - Rachel potrzą­snęła głową, jakby nie potra­fiła zna­leźć słowa, które ade­kwat­nie odda­łoby stan emo­cjo­nalny Jenny.

- Wąt­pię, żeby zemdlała - stwier­dził Jamie, wsta­jąc ostroż­nie. - Spo­tkała już kie­dyś dziew­czynę, ale dzieci nie. Gdzie ona jest? - Spoj­rzał na ścieżkę pro­wa­dzącą do lasu, jakby ocze­ki­wał, że jego sio­stra zma­te­ria­li­zuje się tam pod wpły­wem jego słów.

- Została dziś na noc u Mac­Ne­il­lów - wyja­śniła Rachel i poło­żyła Oggy'ego na tra­wie. Leżał tam, tro­chę się wier­cąc. - Przy piko­wa­niu koł­der zaprzy­jaź­niła się z Cairi­stiną Mac­Ne­ill. Mąż Cairi­stiny poje­chał do Salis­bury, a ona bała się być sama w nocy, bo ich dom stoi daleko od naj­bliż­szego sąsiada.

Ski­nę­łam głową. Cairi­stina była bar­dzo młoda. Nie­dawno wyszła za Richarda Mac­Ne­illa - była jego trze­cią żoną - a pocho­dziła z Camp­bel­ton w pobliżu Cross Creek. Noc na górze była bar­dzo ciemna i pełna nie­wi­dzial­nych rze­czy.

- To bar­dzo miło ze strony Jenny - zauwa­ży­łam.

Ian prych­nął z roz­ba­wie­niem.

- Nie powiem, że moja matka nie jest miła, ale mógł­bym się zało­żyć, że poszła tam dla wła­snej przy­jem­no­ści, nie tylko ze względu na panią Mac­Ne­ill. - Wska­zał na Oggy'ego, który zawo­dził prze­cią­gle; po jego dol­nej war­dze spły­wała strużka śliny. - Chło­pak miał kolkę przez trzy noce z rzędu, a chata jest mała, nie? Posta­wił­bym trzy do jed­nego, że śpi teraz jak kamień, roz­cią­gnięta na łóżku pani Mac­Ne­ill.

- Pół nocy nosiła go po domu na rękach - dodała Rachel prze­pra­sza­jąco. - Chcia­łam go wziąć, ale ona odpo­wie­działa: "Też coś, a od czego jest bab­cia?". - Przy­kuc­nęła i się­gnęła po Oggy'ego, zanim ten zdą­żył wydać z sie­bie imi­ta­cję syreny prze­ciw­lot­ni­czej. - Jak ci się podoba Mar­ma­duke, Cla­ire?

- Mar... ach, cho­dzi ci o imię dla Oggy'ego? - Szybko zapa­no­wa­łam nad twa­rzą, ale było już za późno. Rachel wybuch­nęła śmie­chem.

- Jenny to wymy­śliła. Mimo wszystko - dodała, wyj­mu­jąc koniec ciem­nego war­ko­cza spo­mię­dzy zaci­śnię­tych pal­ców syna - Mar­ma­duke Ste­phen­son był jed­nym z bostoń­skich męczen­ni­ków, bar­dzo god­nym Przy­ja­cie­lem. To byłoby dobre imię.

- No cóż, przy­znaję, że jeśli nazwie­cie go Mar­ma­duke, trudno go będzie pomy­lić z kimś innym - oświad­czył Jamie, zdo­by­wa­jąc się na takt. - I wcze­śnie nauczyłby się bić. Ale jeśli chcesz go wycho­wać na kwa­kra...

- No wła­śnie. - Ian spoj­rzał na Rachel. - I nie nazwiemy go też Bój się Boga. Ale może For­ti­tude; to przy­zwo­ite męskie imię.

- Hmm - odrze­kła, patrząc z góry na swego potomka. - A co byś powie­dział na Wis­dom? Wis­dom Mur­ray? Wis­dom Ian Mur­ray?

Ian roze­śmiał się.

- A jeśli chło­pak okaże się głupi? To chyba byłoby pro­sze­nie się o kło­poty, nie?

Jamie zer­k­nął na Oggy'ego, prze­chy­la­jąc głowę z namy­słem. Prze­niósł wzrok na Iana, potem na Rachel i potrzą­snął głową.

- Z takich rodzi­ców to mało praw­do­po­dobne. Ale, Rachel... nie zasta­na­wia­łaś się nad tym, żeby uczcić wła­snego tatę? Jak miał na imię twój ojciec?

- Mor­de­cai - odrze­kła. - Może nie na pierw­sze...

Spoj­rza­łam na ogień, drżący i led­wie czer­wie­nie­jący w świe­tle dnia.

- Ianie, czy mógł­byś tro­chę doło­żyć do ognia? Upiekę gołę­bie w popiele, a potem... hmm... - Znów powio­dłam wzro­kiem w dół wzgó­rza, licząc głowy. Dzieci Hig­gin­sów oddzie­liły się od grupy i poszły na kola­cję do swo­jej chaty, więc pozo­sta­wało, szybko poli­czy­łam na pal­cach, sied­mioro doro­słych i czwórka dzieci. Socze­wica na kości od szynki, przy­pra­wiana zio­łami, bul­go­tała w dużym garnku od połu­dnia. Bree oskó­ro­wała i oczy­ściła wie­wiórki, które przy­nie­śli - naj­le­piej chyba będzie je pokroić i wrzu­cić do garnka. A potem...

- Przy­nie­śli­śmy ci mały doda­tek do kola­cji, Cla­ire. - Rachel wska­zała ruchem głowy kosz na swoim ramie­niu. - Nie, Oggy, nie wolno ci cią­gnąć mamy za włosy. Mogła­bym się prze­stra­szyć i upu­ścić cię do ognia, a to byłaby straszna szkoda, prawda?

Roze­śmia­łam się z tej bar­dzo kwa­kier­skiej groźby. Oggy jed­nak pra­wie puścił war­kocz matki i teraz wło­żył do ust wła­sną piąstkę, patrząc na mnie z namy­słem. Wycią­gnę­łam do niego ręce.

- Chodź. Musisz poznać kuzy­nów, mały Ogle­thorpe.

*

Noga nie bolała Jamiego zbyt mocno, ale była posi­nia­czona i tkliwa, czuł się zatem zado­wo­lony, mogąc sie­dzieć na wiel­kim pniaku w pobliżu pro­wi­zo­rycz­nego gabi­netu Cla­ire i dać odpo­czy­nek kościom, gdy reszta rodziny przy­go­to­wy­wała kola­cję.

Brianna, wciąż ubrana w strój myśliw­ski, który jej poży­czył, zajęła się szcząt­kami jele­nia. Z dumą patrzył na jej silne ramiona i pewną rękę ope­ru­jącą nożem. Zasta­na­wiał się, czy wzięła ten talent po nim, czy po matce. Nie cho­dziło tylko o ręce ani o pro­stą umie­jęt­ność roz­bie­ra­nia tuszy zwie­rzę­cia, lecz o siłę cha­rak­teru, pomy­ślał z apro­batą. Widziała, że jest coś do zro­bie­nia, i nie było potrzeby zada­wa­nia żad­nych pytań.

Roger rąbał drewno, roze­brany do pasa i spo­cony. Ten chło­pak zawsze zada­wał pyta­nia i to się pew­nie ni­gdy nie zmieni. Jamie miał jed­nak wra­że­nie, że wyczuwa w nim nową deter­mi­na­cję; będzie jej potrze­bo­wał.

Cla­ire wspo­mi­nała, że Roger na­dal zamie­rza być pasto­rem. To dobrze; ludzie potrze­bo­wali kogoś do obsługi swo­ich dusz, a Roger naj­wy­raź­niej potrze­bo­wał cze­goś, czym warto byłoby się zająć. Powie­dział Cla­ire, że zasta­na­wiał się nad tym i pod­jął decy­zję.

Ale Brianna..... jak będzie wyglą­dało jej życie tutaj, teraz? Kiedy wcze­śniej miesz­kała w Ridge, przez jakiś czas uczyła w ich malut­kiej szkole, ale nie sądził, by naprawdę jej się to podo­bało; myślał raczej, że nie będzie za tym tęsk­nić. Gdy tak na nią patrzył, pod­nio­sła się i prze­cią­gnęła, wycią­ga­jąc ręce ku niebu. Chry­ste, jaka to piękna dziew­czyna...

Może będzie miała wię­cej dzieci. Nie­mal bał się o tym pomy­śleć. Nie chciał jej stra­cić; poza tym Jem i Mandy jej potrze­bo­wali. Mimo wszystko... Na tę myśl w jego piersi zapa­liła się mała zie­lona iskierka nadziei i uśmiech­nął się, patrząc na grupkę dzieci, które zno­siły drewno na opał, rzu­cały je na zie­mię i odbie­gały, by dołą­czyć do trwa­ją­cej zabawy. Chyba to była zabawa w cho­wa­nego... zauwa­żył także małą Fran­ces, która nio­sła wiązkę paty­ków i bukie­cik kwia­tów.

Zgu­biła gdzieś cze­pek i ciemne loki opa­dły jej na jedno ramię. Twarz miała zaró­żo­wioną od ruchu na świe­żym powie­trzu i uśmie­chała się; ten widok uszczę­śli­wił Jamiego.

Coś poła­sko­tało go w nogę, wdzie­ra­jąc się w jego myśli. Na jego unie­sio­nym kola­nie sie­działo zie­lone stwo­rze­nie. Wyglą­dało jak malutka łopatka.

Ostroż­nie zbli­żył do niego rękę, ale stwo­rze­nie nie bało się go i nie odle­ciało ani nie pró­bo­wało się zemścić, wcho­dząc mu do ucha lub nosa, tak jak muchy. Pozwo­liło mu dotknąć swo­jego grzbietu i tylko potrzą­snęło czuł­kami z lekką iry­ta­cją, ale kiedy spró­bo­wał je pogła­skać, nagle zesko­czyło z jego kolana, szybko jak konik polny, i wylą­do­wało na brzegu skrzynki z lekar­stwami Cla­ire, a tam znie­ru­cho­miało, jakby pró­bu­jąc osza­co­wać sytu­ację.

- Nie rób tego - dora­dził owa­dowi po gaelicku. - Bo skoń­czysz w napa­rze albo zosta­niesz zmie­lony na pro­szek. - Nie miał poję­cia, czy owad na niego patrzy, ale wyglą­dało na to, że się zasta­na­wia, po czym znów pod­sko­czył i znik­nął.

Fanny przy­nio­sła Cla­ire jakąś roślinę. Cla­ire, z twa­rzą roz­ja­śnioną zain­te­re­so­wa­niem, obra­cała w dło­niach liść, wyja­śnia­jąc jego zasto­so­wa­nie. Fanny się roz­pro­mie­niła, zado­wo­lona, że mogła być do cze­goś uży­teczna. Jej widok roz­grze­wał mu serce. Była tak prze­ra­żona, kiedy Wil­lie ją do nich przy­pro­wa­dził - i nie dzi­wił jej się; biedne dziecko. Jej sio­stra Jane zaj­mo­wała nieco chłod­niej­szy zaką­tek jego serca.

Zmó­wił krótką modli­twę za spo­kój duszy Jane, a po chwili waha­nia jesz­cze jedną, za Wil­liego. Ile­kroć myślał o Jane, widział ją w swoim umy­śle, samotną i opusz­czoną pośród czar­nej nocy, z zupeł­nie białą, mar­twą twa­rzą w świe­tle jedy­nej świecy. Zgi­nęła z wła­snej ręki i w oczach Kościoła była potę­piona, ale on i tak upar­cie modlił się za jej duszę. Nie mogli go przed tym powstrzy­mać.

Nie martw się, a lean­nan, pomy­ślał z czu­ło­ścią. Dopil­nuję, żeby Fran­ces była bez­pieczna, i może pew­nego dnia spo­tkamy się w nie­bie. Nie oba­wiaj się.

Miał nadzieję, że ktoś zapewni bez­pie­czeń­stwo Wil­lia­mowi. Choć wspo­mnie­nie tam­tej nocy było straszne, zacho­wał je i przy­wo­ły­wał świa­do­mie. Wil­liam przy­szedł do niego po pomoc, co wiele zna­czyło. To uczu­cie, kiedy oby­dwaj podą­żali za prze­graną sprawą w desz­czową, nie­bez­pieczną noc i razem stali zdjęci roz­pa­czą przy świe­tle tej jedy­nej świecy. Za późno. To było straszne wspo­mnie­nie, któ­rego nie chciał zatra­cić.

Mam­ma­idh, pomy­ślał, gdy nagle przy­szła mu do głowy matka. Opie­kuj się moim chłop­cem, dobrze?

7. Żywy lub martwy

Wil­liam, dzie­wiąty hra­bia Elle­smere, wicehra­bia Ash­ness, baron Der­went, oparty o dąb, robił prze­gląd swo­jego stanu posia­da­nia. W tej chwili skła­dał się nań cał­kiem dobry koń - ładny ciemny gnia­dosz z bia­łym nosem o imie­niu Bar­tho­lo­mew (jak poin­for­mo­wał Wil­liama poprzedni wła­ści­ciel), a także płó­cienny worek z żało­sną resztką jedze­nia, pół butelki zwie­trza­łego piwa, przy­zwo­ity nóż i musz­kiet, któ­rym w razie koniecz­no­ści można byłoby kogoś ude­rzyć, ponie­waż przy pró­bie odda­nia strzału Wil­liam nie­wąt­pli­wie stra­ciłby rękę, twarz lub jedno i dru­gie.

Miał jed­nak trzy funty, sie­dem szy­lin­gów, dwu­pen­sówkę oraz garść drob­nych monet i kawał­ków metalu, które kie­dyś mogły być mone­tami - korzystny sku­tek uboczny prze­lot­nej zna­jo­mo­ści z oddzia­łem ame­ry­kań­skiej mili­cji spo­tka­nym w przy­droż­nej tawer­nie. Twier­dzili, że pod Mon­mo­uth sta­no­wili część sił Armii Kon­ty­nen­tal­nej, a sześć mie­sięcy wcze­śniej byli z gene­ra­łem Washing­to­nem w obo­zie Mid­dle­brook - ostat­nim miej­scu, w któ­rym widziano żywego kuzyna Wil­liama, Ben­ja­mina.

Można było tylko spe­ku­lo­wać, czy Ben­ja­min jesz­cze żyje, ale Wil­liam był zde­ter­mi­no­wany, by trzy­mać się tego zało­że­nia, dopóki nie znaj­dzie dowodu na to, że jest ina­czej.

Spo­tka­nie z mili­cją z New Jer­sey nie dostar­czyło mu żad­nych nowych infor­ma­cji na ten temat, zaowo­co­wało jed­nak sporą grupką chęt­nych do gry w karty, któ­rzy w miarę jak mijał wie­czór i opróż­niały się butelki, licy­to­wali coraz wyż­sze stawki.

Wil­liam miał nadzieję, że tego wie­czoru znaj­dzie jakieś miej­sce, gdzie wygrane pie­nią­dze zapew­nią mu kola­cję i łóżko; w tej chwili jed­nak wyda­wało się znacz­nie bar­dziej praw­do­po­dobne, że przy­niosą mu śmierć. Prze­ko­nał się, że czło­wiek o świ­cie czę­sto żałuje tego, co zro­bił, i naj­wy­raź­niej dzi­siaj to uczu­cie nawie­dziło Ame­ry­ka­nów. Obu­dzili się bar­dziej wojow­ni­czy niż ska­co­wani i wkrótce potem oskar­żyli Wil­liama o oszu­ki­wa­nie przy kar­tach, zmu­sza­jąc go do nagłego wyjazdu.

Wyj­rzał ostroż­nie spod nisko rosną­cych gałęzi bia­łego dębu. Błot­ni­sta droga bie­gła jakieś dwie­ście jar­dów od jego kry­jówki i choć w tej chwili szczę­śli­wie była pusta, naj­wy­raź­niej sta­no­wiła czę­sto uczęsz­czany szlak, nie­równy i pozna­czony śla­dami koń­skich kopyt.

Bogu dzięki, w porę usły­szał, że się zbli­żają. Spro­wa­dził Barta z drogi i ukrył się w gąsz­czu mło­dych drze­wek i pną­czy. Pod­kradł się bli­żej i zoba­czył kilku z tych, od któ­rych wczo­raj wygrał pie­nią­dze. Teraz, kiedy się zdrzem­nęli i tro­chę wytrzeź­wieli, zamie­rzali je odzy­skać - tak w każ­dym razie można było wno­sić z ich nie­skład­nych pokrzy­ki­wań.

Zer­k­nął na zie­lone świa­tło migo­czące pomię­dzy liśćmi; był dopiero późny ranek. Kiep­sko. Nie byłoby mądrze wra­cać do tawerny, gdzie pozo­stali człon­ko­wie mili­cji zapewne budzili się ze snu, a nie miał poję­cia, jak daleko może być do następ­nej osady. Prze­stą­pił z nogi na nogę i wes­tchnął; nie miał ochoty krę­cić się pod drze­wem - w tej chwili ude­rzyła go myśl, że miało ide­alną wiel­kość i kształt, aby powie­sić na nim czło­wieka - dopóki ści­ga­jąca go grupa nie zmę­czy się i nie zawróci, albo aż do zmroku, cokol­wiek nastąpi wcze­śniej.

Potem usły­szał odgłos koń­skich kopyt, ale było ich mniej. Trzech męż­czyzn, jadą­cych powoli.

Clo­aca obsca­ena. Nie powie­dział tego na głos, ale słowa wyraź­nie roz­brzmiały mu w gło­wie. Jed­nym z męż­czyzn był dżen­tel­men, od któ­rego dwa dni wcze­śniej kupił Barta, a dwaj pozo­stali nale­żeli do mili­cji.

Drugą rze­czą, którą uświa­do­mił sobie jasno, było to, że pod­kowa na pra­wym przed­nim kopy­cie Barta miała duże trój­kątne wyszczer­bie­nie.

Nie cze­kał, by spraw­dzić, czy były wła­ści­ciel zdoła wypa­trzeć trop Barta na błot­ni­stej dro­dze. Scho­wał się za pień dębu i zaczął się prze­dzie­rać przez zaro­śla naj­szyb­ciej jak mógł, nie zwa­ża­jąc na hałas.

Bart, który wcze­śniej węszył przy ziemi w poszu­ki­wa­niu cze­goś jadal­nego, teraz stał z unie­sio­nym łbem i nasta­wio­nymi uszami, z zain­te­re­so­wa­niem roz­dy­ma­jąc noz­drza.

- Nie! - szep­nął Wil­liam gorącz­kowo. - Nie...

Koń gło­śno zarżał.

Wil­liam wsko­czył na sio­dło, jedną ręką zebrał wodze, a drugą się­gnął po musz­kiet.

- Jedź! - krzyk­nął, trą­ca­jąc konia obca­sami. Przedarli się przez zasłonę zaro­śli i wystrze­lili na drogę w desz­czu liści i błota.

Trzej jeźdźcy się zatrzy­mali. Jeden z nich przy­kuc­nął w bło­cie, wpa­tru­jąc się w gąszcz krzy­żu­ją­cych się śla­dów. Wszy­scy teraz odwró­cili głowy w stronę Wil­liama, który krzy­czał coś do nich nie­zro­zu­miale, wyma­chu­jąc musz­kie­tem. Skrę­cił gwał­tow­nie w lewo i nisko pochy­lony nad koń­skim kar­kiem, popę­dził z powro­tem w kie­runku gospody.

Za ple­cami sły­szał gło­śne prze­kleń­stwa, ale miał nad nimi prze­wagę. Może się uda.

A co by się mogło stać, gdyby... ale to nie miało zna­cze­nia. Nie mógł zro­bić nic wię­cej. Nie miał ochoty zostać uwię­ziony mię­dzy dwiema gru­pami wro­gich jeźdź­ców.

Bart się potknął. Pośli­zgnął się na bło­cie i upadł. Wil­liam prze­le­ciał mu nad głową i z gło­śnym pla­śnię­ciem wylą­do­wał w bło­cie pła­sko na ple­cach. Ude­rze­nie wybiło mu powie­trze z płuc i wytrą­ciło musz­kiet z ręki.

Dopa­dli go, zanim zdo­łał sobie przy­po­mnieć, jak się oddy­cha. W gło­wie mu wiro­wało, przed oczami miał nie­wy­raźne, poru­sza­jące się kształty. Dwóch męż­czyzn pocią­gnęło go do góry; wisiał mię­dzy nimi, krew dud­niła mu w uszach, cały się trząsł z wście­kło­ści i stra­chu, na prze­mian otwie­ra­jąc i zamy­ka­jąc usta jak złota rybka.

Nie tra­cili czasu na groźby. Były wła­ści­ciel Barta ude­rzył go w twarz, a tamci dwaj puścili go, popy­cha­jąc na powrót w błoto. Ręce prze­szu­kały jego kie­sze­nie, wyrwały nóż zza pasa. Sły­szał par­ska­nie Barta, który prze­stą­pił z nogi na nogę, gdy jeden z męż­czyzn pocią­gnął za sio­dło.

- Ej, zostaw je w spo­koju! - zawo­łał wła­ści­ciel Barta, pro­stu­jąc się. - To mój koń i moje sio­dło, niech cię dia­bli!

- O nie, nic z tego - odrzekł tam­ten zde­cy­do­wa­nie. - Bez nas nie dopadł­byś tego dra­nia! Ja biorę sio­dło.

- Zostaw to, Lowell! Daj mu konia i podzie­limy się pie­niędzmi. - Trzeci męż­czy­zna musiał ude­rzyć Lowella dla pod­kre­śle­nia wagi swo­ich słów, bo roz­le­gło się soczy­ste kla­śnię­cie i okrzyk obu­rze­nia. Wil­liam naraz przy­po­mniał sobie, jak się oddy­cha, i ciemna mgła znik­nęła mu sprzed oczu. Dysząc płytko, prze­to­czył się na bok, pró­bu­jąc oprzeć cię­żar ciała na sto­pach.

Jeden z męż­czyzn rzu­cił mu krót­kie spoj­rze­nie, ale wyraź­nie uznał, że nie sta­nowi żad­nego zagro­że­nia. Pew­nie nie, pomy­ślał Wil­liam nie­ja­sno, nie nawykł jed­nak do prze­gry­wa­nia w walce i nie prze­ma­wiała do niego myśl, że mógłby po pro­stu wymknąć się stąd jak zbity pies.

Jego musz­kiet leżał w gęstej kwit­ną­cej tra­wie przy dro­dze. Otarł zakrwa­wione oko, dźwi­gnął się na nogi, się­gnął po broń i ude­rzył nią w tył głowy byłego wła­ści­ciela Barta, który wła­śnie wsia­dał na konia. Męż­czy­zna upadł, a jego stopa utknęła w strze­mie­niu. Koń spło­szył się i cof­nął z prze­ni­kli­wym rże­niem pro­te­stu, a tamci dwaj, zajęci dzie­le­niem wła­sno­ści Wil­liama, pode­rwali się nie­spo­koj­nie. Jeden odsko­czył do tyłu, a drugi rzu­cił się do przodu i zła­pał za lufę musz­kietu. Przez chwilę się moco­wali, dysząc ciężko, gdy naraz usły­szeli okrzyki i tętent kopyt.

Wil­liam obej­rzał się z roz­tar­gnie­niem i zoba­czył więk­szą grupę hazar­dzi­stów z ostat­niego wie­czoru, zbli­ża­jącą się do nich z impe­tem. Wypu­ścił musz­kiet i rzu­cił się w trawę na skraju drogi.

Pra­wie mu się udało, ale Bart, spło­szony natar­ciem i bez­wład­nym cię­ża­rem, który wciąż zwi­sał ze strze­mie­nia, nie wybrał tego samego momentu i tego samego celu. Zde­rze­nie z ważą­cym dzie­więć­set fun­tów spa­ni­ko­wa­nym koń­skim cia­łem znów odrzu­ciło Wil­liama na drogę. Wylą­do­wał na twa­rzy z takim impe­tem, że zie­mia pod nim zadrżała. Mógł tylko scho­wać głowę w ramio­nach i się modlić.

Dokoła sły­szał pla­śnię­cia, krzyki i odgłosy ude­rzeń. Ktoś kop­nął go w żebra, a potem w fer­wo­rze walki ude­rzył w lewy pośla­dek. Dla­czego oni wal­czą? - zasta­na­wiał się pół­przy­tom­nie, gdy nad nim i wokół niego trwała szar­pa­nina.

A potem roz­le­gły się strzały.

Zna­lazł się w nie naj­szczę­śliw­szym poło­że­niu i nie­wiele mógł zro­bić. Wciąż leżał na dro­dze, osła­nia­jąc głowę ramio­nami, tamci zaś, wyraź­nie zanie­po­ko­jeni, krzy­czeli i prze­kli­nali. W ich stronę galo­po­wały coraz licz­niej­sze konie; usły­szał nad głową salwę z musz­kie­tów.

Salwę? - uświa­do­mił sobie nagle. Tak, to była salwa, u dia­bła. Prze­to­czył się na bok i usiadł, patrząc ze zdu­mie­niem na kom­pa­nię bry­tyj­skiej pie­choty. Część żoł­nie­rzy spraw­nie ota­czała tych, któ­rzy pró­bo­wali uciec, inni rów­nie spraw­nie prze­ła­do­wy­wali musz­kiety, a dwóch ofi­ce­rów na koniach obser­wo­wało całą scenę z wiel­kim zain­te­re­so­wa­niem.

Otarł błoto z oczu i uważ­nie przyj­rzał się ofi­ce­rom, a kiedy był już nie­mal zupeł­nie pewien, że nie zna żad­nego z nich, roz­luź­nił się nieco. Nie był ranny, tylko obo­lały i posi­nia­czony po zde­rze­niu z Bar­tem. Sie­dział na środku drogi, oddy­chał i cze­kał, aż jego umysł znów nawiąże kon­takt z cia­łem.

Zamie­sza­nie przy­ci­chło. Żoł­nie­rze oto­czyli więk­szość męż­czyzn, z któ­rymi grał, i sztur­cha­jąc ich bagne­tami, zmu­sili do zbi­cia się w nie­wielką grupkę. Młody cho­rąży wpraw­nie zwią­zał im ręce za ple­cami.

- Ty - ode­zwał się jakiś głos za nim i but szturch­nął go bez­ce­re­mo­nial­nie w żebra. - Wsta­waj.

Odwró­cił głowę i zoba­czył sze­re­gowca, nie­mło­dego i bar­dzo pew­nego sie­bie. Naraz przy­szło mu do głowy, że żoł­nie­rze mogą uznać go za uczest­nika nie­daw­nej potyczki, a nie za ofiarę. Zerwał się na nogi i spoj­rzał na znacz­nie niż­szego od sie­bie sze­re­gowca. Tam­ten cof­nął się o krok i zaru­mie­nił.

- Załóż ręce za plecy!

- Nie - odrzekł Wil­liam krótko. Odwró­cił się tyłem do niego i postą­pił o krok w stronę ofi­ce­rów. Ura­żony sze­re­gowy rzu­cił się za nim i pochwy­cił go za ramię.

- Zabierz ode mnie ręce - powie­dział Wil­liam, a gdy sze­re­gowy zigno­ro­wał tę uprzejmą prośbę, ode­pchnął go, aż tam­ten się zato­czył.

- Stój spo­koj­nie, do cho­lery! Stój, bo strze­lam!

Wil­liam znów się odwró­cił. Inny sze­re­gowy, zgrzany i spo­cony, celo­wał w niego z musz­kietu. Musz­kiet był odbez­pie­czony i nała­do­wany - i był to musz­kiet Wil­liama. W ustach mu zaschło.

- Nie rób tego... nie strze­laj - wykrztu­sił. - Ta broń... to nie jest...

Pierw­szy sze­re­go­wiec sta­nął za nim i mocno wal­nął go w nerkę. Wnętrz­no­ści mu się zaci­snęły, jakby dostał w brzuch, i pobie­lało mu przed oczami. Kolana ugięły się pod nim, ale nie upadł, lecz zwi­nął się jak suchy liść.

- Ten. - Głos wykształ­co­nego Anglika prze­bił się przez brzę­czącą białą mgłę. - Ten, ten i... tam­ten, ten wysoki. Pod­nie­ście go.

Dło­nie szarp­nęły w górę ramiona Wil­liama. Led­wie mógł oddy­chać, ale wydał zdu­szony dźwięk. Przez mgłę łez i błota zoba­czył jed­nego z ofi­ce­rów, który, wciąż sie­dząc na koniu, obrzu­cał go kry­tycz­nym spoj­rze­niem.

- Tak - powie­dział. - Tego też powie­ście.

Wil­liam obej­rzał swoją chu­s­teczkę. Nie­wiele z niej zostało; pró­bo­wali zwią­zać mu nią nad­garstki, a on, uwal­nia­jąc się, roze­rwał ją na strzępy. Mimo wszystko... Wydmu­chał w nią nos, bar­dzo ostroż­nie. Wciąż krwa­wił; deli­kat­nie otarł krew. Na scho­dach gospody usły­szał kroki; zbli­żały się do pokoju, w któ­rym sie­dział, strze­żony przez dwóch nie­uf­nych sze­re­gow­ców.

- Mówi, że jest kim? - ode­zwał się ziry­to­wany głos. Odpo­wiedź zagłu­szyło zgrzy­ta­nie otwie­ra­nych drzwi po nie­rów­nej pod­ło­dze. Pod­niósł się powoli i wypro­sto­wał, zwra­ca­jąc twa­rzą do ofi­cera, majora dra­go­nów, który wła­śnie wszedł. Major zatrzy­mał się nagle, zmu­sza­jąc dwóch idą­cych za nim męż­czyzn, by rów­nież się zatrzy­mali.

- Mówi, że jest pie­przo­nym dzie­wią­tym hra­bią Elle­smere - powie­dział Wil­liam ochry­ple, groź­nym tonem, prze­wier­ca­jąc majora spoj­rze­niem jed­nego oka, które jesz­cze był w sta­nie otwo­rzyć.

- Rze­czy­wi­ście jest - ode­zwał się łagod­niej­szy głos. Brzmiało w nim roz­ba­wie­nie i wyda­wał się zna­jomy. Wil­liam zamru­gał na widok męż­czy­zny, który wła­śnie wszedł do pokoju, smu­kłego i ciem­no­wło­sego, w mun­du­rze kapi­tana pie­choty. - A wła­ści­wie to kapi­tan lord Elle­smere. Witaj, Wil­liamie.

- Zre­zy­gno­wa­łem z patentu - odrzekł Wil­liam sta­now­czo. - Witaj, Deny­sie.

- Ale nie z tytułu. - Denys Ran­dall obrzu­cił go wzro­kiem od stóp do głów, ale nie zde­cy­do­wał się sko­men­to­wać jego wyglądu.

- Zre­zy­gno­wa­łeś z patentu, tak? - Major, młody i przy­sa­dzi­sty męż­czy­zna, który wyglą­dał, jakby miał za cia­sne spodnie, spoj­rzał na Wil­liama nie­życz­li­wie. - Rozu­miem, że po to, by zmie­nić strony i dołą­czyć do rebe­lian­tów?

Wil­liam ode­tchnął dwa razy, żeby nie powie­dzieć nic nie­prze­my­śla­nego.

- Nie - odparł nie­przy­ja­znym tonem.

- Natu­ral­nie, że nie - rzekł Denys z sub­telną przy­ganą w gło­sie i zwró­cił się do Wil­liama: - I natu­ral­nie podró­żo­wa­łeś z kom­pa­nią ame­ry­kań­skiej mili­cji, bo...?

- Nie podró­żo­wa­łem z nimi - zaprze­czył Wil­liam. Udało mu się nie dodać "ty gnido". - Spo­tka­łem tych dżen­tel­me­nów wczo­raj wie­czo­rem w gospo­dzie i wygra­łem od nich pokaźną sumę w karty. Dziś rano opu­ści­łem gospodę i uda­łem się w dal­szą podróż, ale oni poje­chali za mną z oczy­wi­stym zamia­rem ode­bra­nia mi tych pie­nię­dzy siłą.

- Z oczy­wi­stym zamia­rem? - powtó­rzył major scep­tycz­nie. - Jak roz­po­zna­łeś ich zamiary? Sir - dodał nie­chęt­nie.

- Jak sobie wyobra­żam, to, że go ści­gali i pobili na mia­zgę, było raczej jed­no­znaczną wska­zówką - stwier­dził Denys. - Usiądź, Elle­smere; krew kapie na pod­łogę. Czy rze­czy­wi­ście ode­brali ci pie­nią­dze? - Wyjął z rękawa dużą śnież­no­białą chustkę i podał Wil­lia­mowi.

- Tak. Razem ze wszyst­kim innym, co mia­łem w kie­sze­niach. Nie wiem, co się stało z moim koniem. - Otarł chu­s­teczką roz­ciętą wargę. Choć miał spuch­nięty nos, czuł na chu­stce zapach wody koloń­skiej Ran­dalla, praw­dzi­wej wody koloń­skiej, pach­ną­cej Ita­lią i drew­nem san­da­ło­wym. Lord John uży­wał jej od czasu do czasu i ten zapach przy­niósł Wil­lia­mowi odro­binę pocie­chy.

- Więc twier­dzisz, że nic nie wiesz o ludziach, z któ­rymi cię zna­leź­li­śmy? - zapy­tał drugi ofi­cer, porucz­nik mniej wię­cej w wieku Wil­liama, gor­liwy jak terier. Major spoj­rzał na niego z nie­chę­cią, poka­zu­jąc, że nie życzy sobie pomocy w prze­słu­cha­niu, ale porucz­nik nie zwró­cił na to uwagi. - Skoro gra­łeś z nimi w karty, z pew­no­ścią zdo­by­łeś jakieś infor­ma­cje?

- Pozna­łem nazwi­ska kilku z nich - odrzekł Wil­liam i naraz poczuł się bar­dzo zmę­czony. - To wszystko.

To w żad­nym razie nie było wszystko, ale nie miał ochoty powta­rzać, czego się dowie­dział - że Abbot był kowa­lem i miał spryt­nego psa, który poma­gał mu w kuźni, na pole­ce­nie przy­no­sił drobne narzę­dzia i patyki do pod­ło­że­nia pod ogień. Justin Mar­ti­neau miał nową żonę i pra­gnął wró­cić do jej łóżka. Żona Geof­freya Gar­de­nera warzyła naj­lep­sze piwo w wio­sce, a jego córka nie­mal rów­nie dobre, cho­ciaż miała zale­d­wie dwa­na­ście lat. Gar­de­ner był jed­nym z męż­czyzn, któ­rych major wyty­po­wał do powie­sze­nia. Wil­liam prze­łknął z tru­dem; gar­dło miał wyschnięte od kurzu i zaci­śnięte od nie­wy­po­wie­dzia­nych słów.

Udało mu się unik­nąć sznura głów­nie dzięki umie­jęt­no­ści prze­kli­na­nia po łaci­nie, co zbiło majora z tropu na wystar­cza­jąco długą chwilę, by zdą­żył mu podać swoje nazwi­sko, numer byłego pułku oraz listę wyż­szych ofi­ce­rów, któ­rzy mogliby za niego porę­czyć, poczy­na­jąc od gene­rała Clin­tona (Boże, gdzie teraz jest Clin­ton?).

Denys Ran­dall mru­czał coś do majora, który na­dal wyda­wał się nie­za­do­wo­lony, ale jego kipiący gniew przy­cichł do cichego bul­go­ta­nia. Porucz­nik obser­wo­wał Wil­liama uważ­nie spod przy­mru­żo­nych powiek, naj­wi­docz­niej spo­dzie­wa­jąc się, że ten lada chwila zesko­czy z ławki i rzuci się do ucieczki. Co chwilę bez­wied­nie doty­kał ładow­nicy, a potem kabury z pisto­le­tem, jakby sobie wyobra­żał tę cudowną chwilę, gdy będzie mógł zastrze­lić bie­gną­cego do drzwi więź­nia. Wil­liam naraz ziew­nął sze­roko i zamru­gał, gdy ogar­nęła go fala zmę­cze­nia.

W tej chwili zupeł­nie go nie obcho­dziło, co się z nim sta­nie. Wpa­try­wał się w smugi, jakie na znisz­czo­nym drew­nia­nym stole pozo­sta­wiły jego zakrwa­wione palce, zaab­sor­bo­wany do tego stop­nia, że nie poświę­cał ani odro­biny uwagi temu, co mówili, dopóki potur­bo­wane ucho nie wychwy­ciło słowa "wywia­dowca".

Przy­mknął oczy. Nie. Po pro­stu... nie. Ale słu­chał dalej, wbrew sobie.

Głosy wzno­siły się, nakła­dały na sie­bie, prze­ry­wały sobie wza­jem­nie. Teraz jed­nak słu­chał uważ­nie. Denys pró­bo­wał prze­ko­nać majora, że on, Wil­liam, jest szpie­giem zbie­ra­ją­cym infor­ma­cje od ame­ry­kań­skich grup mili­cji w ramach planu... porwa­nia Geo­rge'a Washing­tona?

Major wyda­wał się rów­nie zasko­czony jak Wil­liam. Głosy przy­ci­chły, gdy major odwró­cił się ple­cami do Wil­liama i pochy­lił się do Denysa, zada­jąc mu pyta­nia syczą­cym szep­tem. Denys, niech go szlag, nawet nie mru­gnął okiem, lecz z usza­no­wa­niem ści­szył głos. Gdzie do cho­lery był teraz Geo­rge Washing­ton? Nie mógł być chyba bli­żej niż dwie­ście mil stąd... a może mógł? Jeśli nie liczyć bitwy o Mon­mo­uth Court House, ostat­nie donie­sie­nia na temat ruchów Washing­tona, jakie Wil­liam sły­szał, mówiły, że pałęta się gdzieś po górach w New Jer­sey. To było ostat­nie miej­sce, w jakim widziano jego kuzyna Ben­ja­mina.

Na zewnątrz budynku roz­le­gły się odgłosy - cóż, przez cały czas było sły­chać ury­wane okrzyki męż­czyzn prze­pę­dza­nych z miej­sca na miej­sce, roz­kazy, tupot stóp i pro­te­sty, ale teraz dźwięki stały się bar­dziej upo­rząd­ko­wane i Wil­liam roz­po­znał odgłosy wymar­szu. Pod­nie­siony głos ofi­cera, który odpra­wiał oddziały? Odda­lali się w szyku, ale to nie byli żoł­nie­rze; szu­ra­nie i pomruki, jakie Wil­liam sły­szał w tle roz­mowy Denysa z majo­rem jak-mu-tam, były zbyt cha­otyczne. Nie miał poję­cia, co się dzieje, ale zupeł­nie nie brzmiało to jak egze­ku­cja przez powie­sze­nie. Uczest­ni­czył w takim wyda­rze­niu przed trzema laty, kiedy ame­ry­kań­ski kapi­tan o nazwi­sku Hale został stra­cony za... szpie­go­stwo. Wil­liam był bez śnia­da­nia; poczuł smak żółci w ustach i oło­wiany ucisk w żołądku, gdy to słowo przy­szło mu na myśl.

Dzięki, Deny­sie Ran­dallu, pomy­ślał i prze­łknął. Kie­dyś uwa­żał Denysa za przy­ja­ciela i cho­ciaż prze­stał tak myśleć trzy lata temu, gdy Denys nagle znik­nął z Quebecu, pozo­sta­wia­jąc Wil­liama wśród śnie­gów i bez żad­nego celu, to jed­nak nie sądził, by Ran­dall mógł otwar­cie użyć go jako narzę­dzia. Ale do czego mia­łoby słu­żyć to narzę­dzie?

Zda­wało się, że Denys prze­ko­nał majora, bo ten odwró­cił się i spoj­rzał na Wil­liama tak­su­jąco, po czym potrzą­snął głową, odwró­cił się i wyszedł, a za nim nie­chęt­nie poszedł posłuszny porucz­nik.

Denys stał nie­ru­chomo, wsłu­chu­jąc się w ich kroki cich­nące na scho­dach. Potem ode­tchnął głę­boko, popra­wił płaszcz, pod­szedł bli­żej i usiadł naprze­ciwko Wil­liama.

- Chyba jeste­śmy w gospo­dzie? - zapy­tał Wil­liam, zanim Ran­dall zdą­żył się ode­zwać.

- Tak. - Jedna ciemna brew powę­dro­wała do góry.

- Więc przy­nieś mi coś do picia, zanim zaczniesz mi wyja­śniać, co do dia­bła wła­śnie ze mną zro­bi­łeś.

Piwo było dobre i Wil­liam poczuł wyrzuty sumie­nia na myśl o Geof­freyu Gar­de­ne­rze, ale nic nie mógł dla niego zro­bić. Pił chci­wie, choć alko­hol szczy­pał go w roz­ciętą wargę, i udało mu się odzy­skać nieco rów­no­wagi umy­słu. Denys zajął się wła­snym piwem z równą gor­li­wo­ścią i Wil­liam dopiero teraz zwró­cił uwagę na grubą war­stwę kurzu pokry­wa­jącą sze­ro­kie man­kiety Ran­dalla oraz jego brudną koszulę. Był w dro­dze od wielu dni. Przy­szło mu do głowy, że może szczę­śliwe poja­wie­nie się Denysa nie było cał­kiem przy­pad­kowe. Ale jeśli tak, to dla­czego? I w jaki spo­sób?

Denys opróż­nił kufel i przez chwilę sie­dział z na wpół otwar­tymi ustami, przy­my­ka­jąc oczy z zado­wo­le­nia. Potem wes­tchnął, wypro­sto­wał się, otwo­rzył oczy i się otrzą­snął.

- Eze­kiel Richard­son - powie­dział. - Kiedy go ostat­nio widzia­łeś?

Wil­liam nie tego się spo­dzie­wał. Ostroż­nie otarł usta ręka­wem i ruchem głowy wska­zał pusty kufel cze­ka­ją­cej obok szyn­karce. Zabrała oba kufle i znik­nęła na scho­dach.

- Kiedy go widzia­łem? - powtó­rzył. - Tydzień lub dwa przed Mon­mo­uth... jakiś rok temu. Ale nie roz­ma­wia­łem z nim. Dla­czego?

Wzmianka o Richard­so­nie ziry­to­wała go. Ten czło­wiek - według Denysa, upo­mniał sam sie­bie - z roz­my­słem wysłał go na bagna Great Dismal Swamp po to, by porwali go lub zabili rebe­lianci z Dismal Town. Nie­wiele bra­ko­wało, by zgi­nął na bagnach, i wzmianka o tym czło­wieku wytrą­ciła go z rów­no­wagi.

- Zmie­nił strony - wyja­śnił Denys bez ogró­dek. - Przez jakiś czas podej­rze­wa­łem, że jest ame­ry­kań­skim agen­tem, ale dopiero kiedy cię wysłał na bagna, zyska­łem pew­ność. Nie mia­łem jed­nak dowodu, a oskar­ża­nie ofi­cera o szpie­go­stwo bez dowo­dów jest nie­bez­pieczne.

- A teraz masz dowód?

Denys rzu­cił mu ostre spoj­rze­nie.

- Porzu­cił armię, dodam, że nie pofa­ty­go­wał się, by zło­żyć rezy­gna­cję, i zimą poja­wił się w Savan­nah, poda­jąc się za majora Armii Kon­ty­nen­tal­nej. To chyba można uznać za wystar­cza­jący dowód?

- A jeśli nawet, to co? Mają tu coś do jedze­nia? Nie jadłem śnia­da­nia.

Denys popa­trzył na niego uważ­nie, ale pod­niósł się bez komen­ta­rza i zszedł na dół, zapewne by poszu­kać jakiejś żyw­no­ści. Wil­lia­mowi krę­ciło się w gło­wie, chciał też zyskać chwilę, by prze­tra­wić tę infor­ma­cję.

Jego ojciec znał tro­chę Richard­sona i dzięki temu Wil­liam zaczął wyko­ny­wać dla niego nie­wiel­kie misje wywia­dow­cze. Wuj Hal, podob­nie jak więk­szość żoł­nie­rzy, uwa­żał, że szpie­go­wa­nie nie przy­stoi dżen­tel­me­nowi, ale papa nie miał żad­nych zastrze­żeń. Rów­nież papa poznał go z Deny­sem Ran­dal­lem, który wtedy uży­wał nazwi­ska Ran­dall-Isa­acs. Spę­dzili razem kilka mie­sięcy w Quebecu, roz­glą­da­jąc się bez więk­szych rezul­ta­tów, po czym Denys nagle wyru­szył na jakąś tajem­ni­czą misję, zosta­wia­jąc Wil­liama z indiań­skim prze­wod­ni­kiem. Denys z pew­no­ścią był... Wil­liam w tej chwili zyskał abso­lutną pew­ność, że Denys jest szpie­giem, i prze­bie­gła mu przez głowę myśl, że papa rów­nież może nim być. Odru­chowo ude­rzył się nasadą dłoni w skroń, pró­bu­jąc wybić sobie z głowy ten pomysł, ale on nie chciał odejść.

Savan­nah. W zimie. Armia bry­tyj­ska zajęła mia­sto pod koniec grud­nia. Nie­długo potem Wil­liam rów­nież się tam zna­lazł i miał dobry powód, żeby to pamię­tać. Gar­dło mu się ści­snęło. Jane.

Usły­szał głosy na dole i kroki wra­ca­ją­cego Denysa. Dotknął nosa; był obo­lały i wyda­wał się dwa razy więk­szy, ale prze­stał krwa­wić. Denys wró­cił z uspo­ka­ja­ją­cym uśmie­chem na twa­rzy.

- Jedze­nie już idzie! Piwo też, chyba że wolał­byś coś moc­niej­szego? - Przyj­rzał się uważ­nie Wil­lia­mowi, pod­jął decy­zję i odwró­cił się na pię­cie. - Przy­niosę brandy.

- To może zacze­kać. Co łączy Eze­kiela Richard­sona z moim ojcem, o ile cokol­wiek ich łączy? - zapy­tał Wil­liam nagle.

Denys zastygł na krótką chwilę, ale zaraz wró­cił do stołu, usiadł powoli i utkwił spoj­rze­nie w twa­rzy Wil­liama, coś roz­wa­ża­jąc. Kal­ku­lo­wał. Wil­liam nie­mal widział myśli prze­my­ka­jące przez jego umysł, choć nie był w sta­nie prze­nik­nąć ich tre­ści.

W końcu Denys ode­tchnął głę­boko i oparł obie dło­nie na stole, jakby się do cze­goś przy­go­to­wy­wał.

- Dla­czego sądzisz, że coś go łączy z lor­dem Joh­nem?

- On, mam na myśli lorda Johna, zna tego czło­wieka; Richard­son zwró­cił się do niego z pro­po­zy­cją, żebym... roz­glą­dał się za inte­re­su­ją­cymi infor­ma­cjami.

- Rozu­miem - odrzekł Denys sucho. - No cóż, nawet jeśli byli przy­ja­ciółmi, to mogę powie­dzieć, że taka więź już mię­dzy nimi nie ist­nieje. Sły­szano, jak Richard­son wypo­wia­dał groźby pod adre­sem two­jego ojca, cho­ciaż naj­wy­raź­niej nie zde­cy­do­wał się wpro­wa­dzić ich w czyn. Na razie - dodał deli­kat­nie.

- Co to za groźby? - Po ple­cach Wil­liama prze­biegł gniewny dreszcz i krew napły­nęła mu bole­śnie do poobi­ja­nej twa­rzy.

- Z pew­no­ścią bez­pod­stawne - zaczął Denys.

Wil­liam uniósł się z miej­sca.

- Powiedz jakie, do dia­bła, bo wyrwę ci ten cho­lerny nos. - Wycią­gnął rękę z opuch­nię­tymi kost­kami, gotów to zro­bić. Denys ze zgrzy­tem ode­pchnął do tyłu ławę, na któ­rej sie­dział, i rów­nież się pod­niósł.

- Wezmę pod uwagę twój stan, Elle­smere - powie­dział, prze­szy­wa­jąc Wil­liama sta­now­czym spoj­rze­niem, jakim ludzie zwy­kle pró­bują uspo­koić psa, który ma ochotę ich ugryźć. - Ale...

Z gar­dła Wil­liama wydo­był się niski pomruk i Denys mimo­wol­nie cof­nął się o krok.

- W porządku! - par­sk­nął. - Richard­son zagro­ził, że ujawni, iż lord John jest sodo­mitą.

Wil­liam zamru­gał i zastygł. To słowo w pierw­szej chwili wyda­wało się nie mieć sensu.

Potem nabrało sensu, ale zanim zdą­żył cokol­wiek powie­dzieć, słu­żąca z gospody, pulchna dziew­czyna o udrę­czo­nym wyglą­dzie i z zezem w jed­nym oku, wnio­sła do pokoju wielką tacę z jedze­niem i napo­jami. Zapach pie­czo­nego mięsa, jarzyn pola­nych masłem i świe­żego chleba podraż­nił mu ślu­zówkę nosa, ale żołą­dek skrę­cił się bole­śnie z głodu. Nie było to jed­nak na tyle istotne, by odwró­cić jego uwagę od tego, co wła­śnie powie­dział Ran­dall. Wil­liam wstał, skło­nił się przed dziew­czyną i zamknął za nią drzwi, po czym znów odwró­cił się do Denysa.

- Czym? To... - Sze­roki gest wyra­żał zupełne nie­do­wie­rza­nie. - Na litość boską, prze­cież był żonaty!

- Tak sły­sza­łem. Z pewną, hm, wesołą wdówką po szkoc­kim gene­rale rebe­lian­tów. Ale to było nie­dawno, prawda? - Kąciki ust Denysa Ran­dalla unio­sły się w roz­ba­wie­niu i Wil­liam wpadł w jesz­cze więk­szą złość.

- Nie o tym mówię! - wark­nął. - I nie był... to zna­czy ten cho­lerny Szkot nie zgi­nął, to była jakaś pomyłka. Mój ojciec przez wiele lat był żonaty z moją matką, to zna­czy maco­chą, damą z Lake District. - Sap­nął ze zło­ści i usiadł. - Richard­son nie może nam wyrzą­dzić krzywdy taką kłam­liwą plotką.

Denys zaci­snął usta i powoli wypu­ścił powie­trze z płuc.

- Wil­lia­mie - rzekł cier­pli­wie - plotki zapewne zabiły wię­cej ludzi niż ostrzał z musz­kie­tów.

- To bzdura.

Denys z lek­kim uśmie­chem wzru­szył ramio­nami.

- Może tro­chę prze­sa­dzi­łem, ale zasta­nów się tylko. Wiesz, jaką war­tość ma słowo męż­czy­zny i jego cha­rak­ter. Gdyby major All­bri­ght przed chwilą nie uwie­rzył mi na słowo, był­byś już mar­twy. - Wycią­gnął w stronę Wil­liama długi, wypie­lę­gno­wany palec. - A co by było, gdyby ktoś mu wcze­śniej powie­dział, że zara­biam na życie, oszu­ku­jąc przy grze w karty albo że jestem naj­więk­szym udzia­łow­cem popu­lar­nego przy­bytku uciech? Czy byłby rów­nie skłonny zaak­cep­to­wać moje świa­dec­two na temat two­jej osoby?

Wil­liam spoj­rzał na niego scep­tycz­nie, ale tam­ten miał tro­chę racji.

- Kto mi sakiewkę krad­nie, krad­nie śmieć - to masz na myśli?

Uśmiech Ran­dalla stał się znacz­nie szer­szy.

- Lecz rabuś mego dobrego imie­nia / Sam nie ma z niego nic, a mnie ruj­nuje2. Tak, to mam na myśli. Zasta­nów się, co plotki, o jakich wspo­mi­nał Zeke Richard­son, mogłyby uczy­nić two­jej rodzi­nie. A teraz prze­stań się na mnie gapić i zjedz coś.

Wil­liam roz­wa­żył to nie­chęt­nie. Nos już prze­stał mu krwa­wić, ale w gar­dle wciąż wyczu­wał żela­zi­sty posmak. Odchrząk­nął i splu­nął naj­de­li­kat­niej, jak to było moż­liwe, w strzępy wła­snej chu­s­teczki, oszczę­dza­jąc więk­szą chustkę Denysa na grun­tow­niej­sze czysz­cze­nie.

- W porządku. Rozu­miem, co mówisz - powie­dział szorstko.

- Kilka lat temu przy­ja­ciel two­jego ojca, nie­jaki major Bates, został ska­zany za sodo­mię i powie­szony - rzekł Denys. - Twój ojciec zde­cy­do­wał się być obecny pod­czas egze­ku­cji; pocią­gnął majora za nogi, by przy­spie­szyć jego śmierć. Nie sądzę jed­nak, by ci wspo­mi­nał o tym incy­den­cie.

Wil­liam nie­znacz­nie zaprze­czył ruchem głowy, w pierw­szej chwili zbyt wstrzą­śnięty, by się ode­zwać.

- Jak wiesz, ist­nieje śmierć duszy, podob­nie jak śmierć ciała. Nawet gdyby nie został aresz­to­wany, osą­dzony i ska­zany... z powodu takiego oskar­że­nia czło­wiek może stra­cić życie, jakie obec­nie wie­dzie. - Wypo­wie­dział te słowa cicho, nie­mal mimo­cho­dem, po czym się wypro­sto­wał, się­gnął po łyżkę, posta­wił przed Wil­lia­mem cynowy talerz, na któ­rym znaj­do­wały się pla­stry pie­czo­nej wie­przo­winy, sma­żona dynia z kuku­ry­dzą oraz kilka gru­bych pajd kuku­ry­dzia­nego chleba, a na koniec hoj­nie nalał mu do kubka brandy.

- Jedz - powtó­rzył sta­now­czo. - A potem - obrzu­cił wzro­kiem poża­ło­wa­nia godny stan Wil­liama - powiedz mi, co ty, na Boga, robi­łeś. Na począ­tek, dla­czego zre­zy­gno­wa­łeś z patentu?

- To nie twoja sprawa - odrzekł Wil­liam szorstko. - A jeśli cho­dzi o to, co robi­łem... - Kusiło go, by powie­dzieć Deny­sowi, że to rów­nież nie jest jego sprawa, ale nie mógł zlek­ce­wa­żyć poten­cjal­nego źró­dła wia­do­mo­ści. W końcu zada­niem wywia­dowcy jest gro­ma­dze­nie infor­ma­cji.

- Skoro już musisz wie­dzieć, szu­kam jakie­goś śladu mojego kuzyna Ben­ja­mina Greya. Kapi­tana Ben­ja­mina Greya - dodał. - Pie­chura z Trzy­dzie­stej Czwar­tej. Może przy­pad­kiem go znasz?

Denys zamru­gał z kamienną twa­rzą i Wil­liam poczuł drgnię­cie w brzu­chu - takie samo uczu­cie, jak gdy pod­czas połowu ryba zaczy­nała sku­bać przy­nętę.

- Spo­tka­łem go - powie­dział Ran­dall ostroż­nie. - Śladu, powie­działeś? Czy on... zgi­nął?

- Można tak powie­dzieć. Został wzięty do nie­woli nad Bran­dy­wine i uwię­ziony w miej­scu zwa­nym obo­zem Mid­dle­brook w górach Wat­chung. Mój wuj otrzy­mał ofi­cjalny list od sekre­ta­rza sir Henry'ego Clin­tona, w któ­rym prze­ka­zana była krótka wia­do­mość od Ame­ry­ka­nów. Skła­dali wyrazy ubo­le­wa­nia z powodu śmierci od gorączki kapi­tana Ben­ja­mina Greya.

- Ach. - Denys roz­luź­nił się odro­binę, ale jego oczy na­dal pozo­sta­wały czujne. - Przyj­mij moje kon­do­len­cje. Chcesz się dowie­dzieć, gdzie jest pocho­wany twój kuzyn? Żeby, hm, prze­nieść ciało do rodzin­nego... eee... miej­sca spo­czynku?

- O tym wła­śnie myśla­łem - odrzekł Wil­liam. - Zna­la­złem jego grób. Tylko że jego w nim nie było.

Na kró­ciutką chwilę przy­pły­nęło do niego wspo­mnie­nie tam­tej nocy w górach Wat­chung i prze­szył go dreszcz. Zimna, mokra glina oble­pia­jąca stopy, deszcz prze­sią­ka­jący przez ubra­nie, gąb­cza­ste pęche­rze na dło­niach i zapach śmierci uno­szący się z ziemi, gdy łopata nagle zazgrzy­tała o kość... Odwró­cił głowę, zarówno od Denysa, jak i od wspo­mnień.

- Ale był tam ktoś inny.

- Boże drogi. - Denys machi­nal­nie się­gnął po swój kubek, a gdy stwier­dził, że jest pusty, otrzą­snął się krótko, jakby chciał się pozbyć wizji, po czym chwy­cił butelkę. - Jesteś cał­kiem pewien? Mam na myśli, jak długo...?

- Od pogrzebu minęło już tro­chę czasu. - Wil­liam pocią­gnął duży łyk palą­cej brandy, by oczy­ścić się ze wspo­mnie­nia tego zapa­chu. I dotyku. - Ale nie aż tyle, by nie dało się stwier­dzić, że męż­czy­zna w tym gro­bie nie miał uszu.

Poczuł gorzką satys­fak­cję, patrząc na wstrzą­śnię­tego Denysa.

- No wła­śnie - powie­dział. - Zło­dziej. I nie, nie cho­dziło o pomyłkę przy iden­ty­fi­ka­cji ciała. Grób ozna­czony był nazwi­skiem Grey, a pełne nazwi­sko Ben­ja­mina figu­ro­wało w obo­zo­wych aktach pochów­ków więź­niów.

Denys był dwa­na­ście lat star­szy od Wil­liama, ale w tej chwili wyglą­dał na znacz­nie wię­cej niż trzy­dzie­ści trzy lata. Deli­katne rysy jego twa­rzy wyostrzyły się z napię­cia.

- Sądzisz zatem, że zro­biono to roz­myśl­nie. Cóż, oczy­wi­ście - prze­rwał sam sobie nie­cier­pli­wie - natu­ral­nie, że tak. Ale kto to zro­bił i w jakim celu? - Nie cze­kał na odpo­wiedź. - Jeśli ktoś zamor­do­wał two­jego kuzyna i sta­rał się ukryć jego śmierć, dla­czego nie miałby po pro­stu pocho­wać go jako ofiary gorączki? To zna­czy, nie byłoby potrzeby zamie­nia­nia ciała. Więc twoje pierw­sze przy­pusz­cze­nie jest takie, że on żyje? Wydaje mi się to roz­sądne.

Wil­liam ode­tchnął z ulgą.

- Mnie też. Są zatem dwie moż­li­wo­ści: albo Ben sfin­go­wał swoją śmierć i zdo­łał pocho­wać jakieś inne ciało, żeby unik­nąć pościgu, albo ktoś zro­bił to za niego, bez jego zgody, a jego gdzieś zabrał. To pierw­sze jest moż­liwe, ale za dia­bła nie potra­fię wymy­ślić żad­nego powodu, dla któ­rego mia­łoby się stać to dru­gie. Nie ma to jed­nak zbyt wiel­kiego zna­cze­nia; jeśli żyje, mogę go odna­leźć. I odnajdę, do cho­lery. Tak czy owak, rodzina musi się dowie­dzieć. - To była prawda. Wil­lia­mowi wystar­czało jed­nak uczci­wo­ści, by przy­znać, że znik­nię­cie Bena dało mu cel, pozwo­liło wydo­stać się z bagna wyrzu­tów sumie­nia i żalu po śmierci Jane.

Denys potarł dło­nią twarz. Było już popo­łu­dnie i skóra zaczy­nała go swę­dzieć, a na szczęce poja­wił się cień zaro­stu.

- Przy­cho­dzą mi na myśl słowa "igła" i "stóg siana" - powie­dział. - Ale teo­re­tycz­nie tak, jeśli żyje, to możesz go zna­leźć.

- Z całą pew­no­ścią - potwier­dził Wil­liam sta­now­czo. - Mam listę - dotknął kie­szeni na piersi, by się upew­nić, że na­dal tam jest, i uspo­koił się, wyczu­wa­jąc pod pal­cami zło­żony papier - męż­czyzn nale­żą­cych do dwóch kom­pa­nii mili­cji, które przy­dzie­lono do kopa­nia gro­bów w obo­zie Mid­dle­brook w cza­sie epi­de­mii gorączki.

- Ach, a więc to robi­łeś z...

- Tak. Nie­stety, ame­ry­kań­skie kom­pa­nie mili­cyjne for­mują się tylko na krótko, a potem ich człon­ko­wie roz­pra­szają się i wra­cają na swoje farmy. Jedna z kom­pa­nii pocho­dziła z Karo­liny Pół­noc­nej, a druga z Wir­gi­nii, ale ci ludzie, któ­rych spo­tka­łem wczo­raj wie­czo­rem, nie... - Urwał nagle, gdy sobie przy­po­mniał. - Ci ludzie, któ­rych pozna­łem wczo­raj... czy major All­bri­ght rze­czy­wi­ście zamie­rza niektó­rych powie­sić?

Denys wzru­szył ramio­nami.

- Nie znam go na tyle dobrze, by wie­dzieć na pewno. Może powie­dział to tylko po to, by wystra­szyć pozo­sta­łych i żeby się roz­pro­szyli. Ale zabrał tych trzech ze sobą do obozu. Jeśli ochło­nie, zanim tam dotrze, praw­do­po­dob­nie każe ich wychło­stać i puści wolno. Ma pod swoją komendą tylu ludzi, że wie­sza­nie cywi­lów bez sądu nie prze­szłoby nie­zau­wa­żone, a ofi­cer, który przy­mie­rza się do awansu, wolałby tego unik­nąć, jeśli ma odro­binę roz­sądku. Z dru­giej strony All­bri­ght nie spra­wia wra­że­nia roz­sąd­nego czło­wieka - dodał z namy­słem.

- Rozu­miem. A skoro już mówimy o braku roz­sądku - co to do dia­bła za bzdura, że zamie­rzam porwać Geo­rge'a Washing­tona?

Ran­dall roze­śmiał się szcze­rze i Wil­liam poczuł, że uszy go palą.

- Cóż, nie ty oso­bi­ście - zapew­nił Denys. - To tylko for­tel wojenny. Ale zadzia­łał, prawda? Poza tym musia­łem jakoś wyja­śnić twój wygląd; rola wywia­dowcy była jedyną w miarę wia­ry­godną rze­czą, jaką udało mi się wymy­ślić.

Wil­liam odchrząk­nął i ostroż­nie spró­bo­wał suc­co­tash, sma­żo­nej i pola­nej masłem mie­szanki pokro­jo­nego w kostkę kabaczka i zia­ren kuku­ry­dzy. Danie było nie­złe, toteż zaata­ko­wał posi­łek ze zwięk­szo­nym entu­zja­zmem, igno­ru­jąc nie­wielki dys­kom­fort, jaki powo­do­wało jedze­nie. Denys obser­wo­wał go znad swo­jego tale­rza z lek­kim uśmie­chem, ale zosta­wił go w spo­koju.

Opróż­nili tale­rze i zapa­dło mil­cze­nie - nie­zu­peł­nie przy­ja­zne, ale też nie wro­gie. Denys potrzą­snął butelką brandy; szczę­śli­wie usły­szał cichy plusk. Wlał resztę płynu do kub­ków i pod­niósł swój w toa­ście.

- Pro­po­nuję wymianę - powie­dział. - Jeśli natra­fisz na jakieś wie­ści o Eze­kielu Richard­so­nie, przy­ślij mi wia­do­mość, a jeżeli ja dowiem się cze­goś, co może mieć zwią­zek z twoim kuzy­nem Ben­ja­mi­nem, zawia­do­mię cie­bie.

Wil­liam zawa­hał się, ale po chwili dotknął kubka Ran­dalla swoim.

- Stoi.

Denys wypił i odsta­wił kubek.

- Możesz wysłać mi wia­do­mość przez kapi­tana Bla­ke­neya; jest z woj­skami Clin­tona w Nowym Jorku. A jeśli ja się cze­goś dowiem...?

Wil­liam skrzy­wił się, ale nie miał wiel­kiego wyboru.

- Przez mojego ojca. Obaj z wujem są w gar­ni­zo­nie w Savan­nah, z Prévostem.

Denys ski­nął głową, odsu­nął ławkę i wstał.

- W porządku. Twój koń jest na zewnątrz. Nóż i musz­kiet też. Czy mogę zapy­tać, dokąd zmie­rzasz?

- Do Wir­gi­nii. - Wła­ści­wie wcze­śniej nie był tego pewien; poczuł tę pew­ność, dopiero gdy powie­dział to na głos. Wir­gi­nia. Mount Josiah.

Denys się­gnął do kie­szeni i poło­żył na stole dwie gwi­nee oraz garść drob­niej­szych monet, po czym uśmiech­nął się do Wil­liama.

- Do Wir­gi­nii jest daleko. Potrak­tuj to jako pożyczkę.

8. Wizytacje

Fra­ser's Ridge

Do wie­czora zostało jesz­cze tro­chę czasu, a ja już przy­go­to­wa­łam sporo leków, przy­ję­łam trzy przy­padki wysypki od tru­ją­cego blusz­czu, jeden zła­many palec u nogi (jego wła­ści­ciel kop­nął muła w przy­pły­wie zło­ści) oraz ugry­zie­nie przez szopa pra­cza (nie miał wście­kli­zny; myśliwy strą­cił szopa z drzewa i myśląc, że jest mar­twy, chciał go pod­nieść, prze­ko­nał się jed­nak, że nie był. Szop był wście­kły, ale nie w sen­sie zakaź­nym).

Jamie jed­nak czuł się już znacz­nie lepiej. Przez cały dzień ludzie przy­cho­dzili na miej­sce budowy domu. Stru­myk zacie­ka­wio­nych gości napły­wał nie­prze­rwa­nie. Kobiety zosta­wały, żeby poroz­ma­wiać ze mną o Mac­Ken­ziech, a męż­czyźni wędro­wali po budo­wie z Jamiem i odcho­dząc, obie­cy­wali, że przyjdą pomóc przy tym czy przy tam­tym.

- Jeśli Roger Mac i Ian pomogą mi jutro prze­nieść drewno, Sinc­la­iro­wie przyjdą poju­trze i razem umie­ścimy legary. W środę poło­żymy kamień pale­ni­ska i pobło­go­sła­wimy go, Sean McHugh i dwóch jego chło­pa­ków pomogą mi w pią­tek z pod­łogą, a następ­nego dnia zaczniemy okna i drzwi; Tom Mac­Leod mówi, że może mi poświę­cić pół dnia, a Joe, syn Hirama Crom­biego, i jego przy­rodni brat też chcą pomóc. - Uśmiech­nął się do mnie. - Jeśli wystar­czy whi­sky, to za dwa tygo­dnie będziesz miała dach nad głową, Angliszko.

Z powąt­pie­wa­niem prze­nio­słam wzrok z kamien­nego fun­da­mentu na upstrzone chmu­rami niebo nad głową.

- Dach?

- No cóż, w każ­dym razie płó­cienny - przy­znał. - Na razie. - Prze­cią­gnął się, krzy­wiąc się lekko.

- Może usią­dziesz na chwilę? - zasu­ge­ro­wa­łam, patrząc na jego nogę. Wyraź­nie uty­kał, a noga przy­po­mi­nała jaskrawą czer­wono-fio­le­tową mozaikę, pozna­czoną czar­nymi szwami, które wyszły spod mojej ręki. - Amy przy­nio­sła nam dzba­nek piwa.

- Może tro­chę póź­niej. Co ty robisz, Angliszko?

- Muszę przy­go­to­wać tro­chę maści z ostro­krzewu dla Liz­zie Beard­sley, a potem wodę koper­kową dla jej nowego... nie wiesz, czy on już ma jakieś imię?

- Huber­tus.

- Co?

- Huber­tus - powtó­rzył z uśmie­chem. - Tak w każ­dym razie Kez­zie powie­dział mi przed­wczo­raj. Mówi, że to ze względu na pamięć zmar­łego brata Moniki.

- Ach. - Ojciec Liz­zie, Joseph Wemyss, oże­nił się powtór­nie z miłą star­szą Niemką. Nie mając wła­snych dzieci, Monika dziel­nie peł­niła funk­cję babci dla szybko powięk­sza­ją­cego się potom­stwa Beard­sleyów. - Może będą to zdrab­niać do Ber­tiego.

- Skoń­czyła ci się kora jezu­itów, Angliszko? - Wska­zał brodą otwartą apteczkę, którą usta­wi­łam obok niego na ziemi. - Nie potrze­bu­jesz jej do toniku dla Liz­zie?

- Ow­szem - odrze­kłam, zdzi­wiona, że to zauwa­żył. - Zuży­łam resztki trzy tygo­dnie temu, ale na razie nie sły­sza­łam, żeby ktoś się wybie­rał do Wil­ming­ton albo do New Bern i mógł mi ją przy­wieźć.

- Wspo­mi­na­łaś o tym Roge­rowi Macowi?

- Nie. Dla­czego aku­rat jemu? - zdzi­wi­łam się.

Jamie oparł się o kamień węgielny. Wyraz jego twa­rzy, osten­ta­cyj­nie cier­pliwy, miał wska­zy­wać, że roz­mówca nie jest szcze­gól­nie bystry. Prych­nę­łam i rzu­ci­łam w niego jagodą ostro­krzewu. Zła­pał ją i obej­rzał kry­tycz­nie.

- Czy to jest jadalne?

- Amy mówi, że psz­czoły lubią kwiaty - odrze­kłam z powąt­pie­wa­niem, wrzu­ca­jąc dużą garść ciem­no­fio­le­to­wych jagód do moź­dzie­rza. - Ale pew­nie jest jakiś powód, dla któ­rego nazywa się je jago­dami.

- Ach. - Rzu­cił jagodą z powro­tem we mnie, a ja zro­bi­łam unik. - Sama mi wspo­mi­na­łaś, Angliszko, że Roger Mac mówił ci wczo­raj, że ma zamiar wró­cić do posługi. A więc - cią­gnął cier­pli­wie, nie widząc śladu zro­zu­mie­nia na mojej twa­rzy - gdyby to był twój cel, od czego byś zaczęła?

Wygar­nę­łam z garnka sporą por­cję bla­do­żół­tego sadła niedź­wie­dziego. Część mojego umy­słu zasta­na­wiała się, czy dodać tro­chę wywaru z kory wierzby, pod­czas gdy reszta sku­piła się na pyta­niu Jamiego.

- Ach - powie­dzia­łam teraz ja i wyce­lo­wa­łam w niego tłu­czek. - Obe­szła­bym wszyst­kich, któ­rzy nale­żeli do mojego zboru, jeśli można tak to nazwać, i poin­for­mo­wa­ła­bym ich, że Mac­kie Maj­cher wró­cił do mia­sta.

Rzu­cił mi zanie­po­ko­jone spoj­rze­nie, ale zaraz potrzą­snął głową, odsu­wa­jąc od sie­bie obraz wywo­łany moimi sło­wami.

- Tak nale­ża­łoby zro­bić - rzekł. - I może przed­sta­wić się ludziom, któ­rzy przy­byli do Ridge po twoim wyjeź­dzie.

- I ciągu kilku dni wszy­scy w Ridge, a zapewne także połowa chóru braci w Salem, będą już o tym wie­dzieli.

Życz­li­wie poki­wał głową.

- Ano. Wszy­scy też będą wie­dzieli, że potrze­bu­jesz kory jezu­itów, i pew­nie będziesz ją miała, nim upły­nie mie­siąc.

- Potrze­bu­jesz kory jezu­itów, grand-m?re? - Ger­main wyło­nił się z lasu za moimi ple­cami. W jed­nej ręce trzy­mał wia­dro z wodą, drugą przy­ci­skał do piersi wiązkę chru­stu, a z szyi zwi­sało mu coś, co wyglą­dało na mar­twego węża.

- Tak - powie­dzia­łam. - Czy to...

On jed­nak już nie zwra­cał na mnie uwagi, sku­piony na pora­nio­nej nodze dziadka.

- For­mi­da­ble! - zawo­łał i upu­ścił drewno. - Czy mogę zoba­czyć, grand-p?re?

Jamie wska­zał nogę swo­bod­nym gestem, który nale­żało odczy­ty­wać jako "pro­szę bar­dzo", i Ger­main pochy­lił nad nią z oczami okrą­głymi z podziwu.

- Mandy mówiła, że niedź­wiedź odgryzł ci nogę - rzekł, nie­pew­nie wysu­wa­jąc palec wska­zu­jący w stronę szwów. - Ale jej nie uwie­rzy­łem. Czy to boli? - Zer­k­nął na twarz Jamiego, który lek­ce­wa­żąco mach­nął ręką.

- Och, nie kło­pocz się. Muszę póź­niej wyko­pać wycho­dek. Co to za wąż?

Ger­main posłusz­nie zdjął z szyi bez­wład­nego węża i podał go Jamiemu, który naj­wy­raź­niej nie spo­dzie­wał się tego, ale ostroż­nie wziął go do ręki. Uśmiech­nę­łam się i zaj­rza­łam do moź­dzie­rza. Jamie bał się węży, ale męż­nie ukrył ten fakt i trzy­mał go za ogon. Był to wielki wąż zbo­żowy, pra­wie trzy stopy poma­rań­czowo-żół­tych łusek, jaskra­wych jak bły­ska­wica.

- Zabi­łeś go, Ger­main? - Zmarsz­czy­łam brwi i prze­ry­wa­jąc ucie­ra­nie, spoj­rza­łam na węża. Wiele razy powta­rza­łam dzie­ciom, że nie należy zabi­jać żad­nych nie­ja­do­wi­tych węży, ponie­waż zja­dają myszy i szczury, ale ponie­waż więk­szość doro­słych w Ridge uwa­żała, że dobry wąż to tylko mar­twy wąż, byłam na stra­co­nej pozy­cji.

- O nie, bab­ciu - zapew­nił mnie. - Był w twoim ogro­dzie i Fanny chciała go zadzia­bać motyką, ale ją powstrzy­ma­łem. Ale wtedy twój kotek prze­ci­snął się przez płot, sko­czył na niego i zła­mał mu... - Zmarsz­czył brwi. - Nie wiem, czy to były jego plecy, czy szyja, bo skąd można to wie­dzieć, ale w każ­dym razie jest mar­twy. Pomy­śla­łem, że obe­drę go ze skóry dla Fanny - wyja­śnił, zer­ka­jąc przez ramię na ogród. - Może zro­bię jej pasek.

- Dosko­nały pomysł - odrze­kłam, zasta­na­wia­jąc się, czy Fanny rów­nież będzie tego zda­nia.

Ger­main zabrał węża i znów zarzu­cił sobie na szyję.

- Myślisz, że mógł­bym kupić do niego sprzączkę od dru­cia­rza? - zwró­cił się do Jamiego. - To zna­czy do paska. Mam dwa pensy i tro­chę malut­kich fio­le­to­wych kamy­ków na wymianę.

- Jakiego dru­cia­rza? - Prze­sta­łam ubi­jać i spoj­rza­łam na niego.

- Jo Beard­sley mówił, że dwa dni temu spo­tkał w Salem dru­cia­rza, więc pew­nie przyj­dzie do nas w tym tygo­dniu - wyja­śnił Ger­main. - Mówił, że ten dru­ciarz ma cały worek róż­nych rze­czy, więc gdy­byś cze­goś potrze­bo­wała, bab­ciu.....

Szybko zaj­rza­łam do apteczki, świe­cą­cej pust­kami po całym sezo­nie sadze­nia obfi­tu­ją­cym w rany od sie­kiery i motyki, uką­sze­nia zwie­rząt i owa­dów, liczne zatru­cia pokar­mowe i epi­de­mię dziw­nej cho­roby układu odde­cho­wego w rodzi­nie Mac­Ne­il­lów, któ­rej towa­rzy­szyła nie­wy­soka gorączka, kaszel oraz nie­bie­skawe plamy na tuło­wiu.

- Hmm... - Pokle­pa­łam się po kie­sze­niach, zasta­na­wia­jąc się, co mam na wymianę.

- Zostały dwie butelki wina z czar­nego bzu. - Jamie wypro­sto­wał się. - Możesz ich użyć, Angliszko. A ja mam dobrą jele­nią skórę i pół antałka ter­pen­tyny.

- Nie, chcę zatrzy­mać ter­pen­tynę - powie­dzia­łam i doda­łam z roz­tar­gnie­niem: - Wiesz, na tęgo­ryjce.

Jamie i Ger­main wymie­nili wymowne spoj­rze­nia.

- Tęgo­ryjce - powtó­rzył Jamie, a Ger­main pokrę­cił głową.

Zanim jed­nak zdą­ży­łam ich oświe­cić w tema­cie tęgo­ryj­ców, od strony stru­mie­nia dobiegł okrzyk i poja­wił się Dun­can Leslie w towa­rzy­stwie dwóch synów. Jeden z nich niósł pod pachą dużą szynkę.

Jamie pod­niósł się, żeby się z nimi przy­wi­tać. Uprzej­mie ski­nęli mi gło­wami, ale wyraź­nie nie ocze­ki­wali, że ode­rwę się od tego, co robi­łam, żeby z nimi poroz­ma­wiać.

- W zeszłym tygo­dniu zastrze­li­łem dużą świ­nię - oznaj­mił Dun­can, kiwa­jąc na syna z szynką. - Sporo nam zostało i pomy­śle­li­śmy, że może wam się przy­dać, skoro przy­je­chała do was rodzina i w ogóle.

- Jestem ci bar­dzo zobo­wią­zany, Dun­ca­nie - odrzekł Jamie. - Jeśli nie macie nic prze­ciwko temu, żeby jeść pod gołym nie­bem, to przyjdź­cie i zjedz­cie ją razem z nami... jutro? - zwró­cił się do mnie.

Potrzą­snę­łam głową.

- Poju­trze. Jutro muszę pójść do Beard­sleyów, a kiedy wrócę, nie zdążę już zro­bić nic oprócz kana­pek. - O ile Amy upie­kła tro­chę wię­cej chleba, doda­łam w duchu.

- Tak, tak. - Dun­can poki­wał głową. - Moja żona bar­dzo chęt­nie się z panią zoba­czy. A więc, Jamie - dodał, wska­zu­jąc głową fun­da­menty - widzę, że budu­jesz piękny duży dom. Dwa kominy, tak? A gdzie będzie kuch­nia?

Jamie płyn­nym ruchem wstał na nogi, rzu­cił mi wymowne spoj­rze­nie przez ramię, po czym popro­wa­dził Lesliech na wycieczkę po fun­da­men­tach, nieco tylko uty­ka­jąc.

Ger­main poło­żył węża na moim stole.

- Przy­pil­nuj mi go, bab­ciu, dobrze? - zawo­łał i pospie­szył dołą­czyć do męż­czyzn.

Brianna zatrzy­mała się w naj­wyż­szym punk­cie ścieżki i otarła pot z twa­rzy i karku. Chata przed nimi była porządna i schludna - bar­dzo schludna. Ścieżkę pro­wa­dzącą do drzwi obrze­żały bie­lone kamie­nie, szyby w oknach - to było praw­dziwe szkło - były tak wypo­le­ro­wane, że widziała w nich odbi­cie sie­bie i Rogera, drobne, roz­pro­szone plamki koloru pośród zie­lo­nego migo­ta­nia odbi­tego lasu.

- Kto bieli kamie­nie? - zdu­miała się, odru­chowo ści­sza­jąc głos, jakby chata mogła ją usły­szeć.

- Na pewno nie może to być ktoś, kto ma za dużo czasu - mruk­nął Roger pod nosem. - Więc albo sfru­stro­wany pro­jek­tant tere­nów zie­lo­nych, albo ktoś z neu­ro­tyczną potrzebą kon­troli nad oto­cze­niem.

- Pew­nie w każ­dych cza­sach zda­rzają się jacyś maniacy kon­troli - odrze­kła, otrze­pu­jąc spód­nicę z kurzu i kawał­ków liści. - Popatrz tylko na ludzi, któ­rzy pro­jek­to­wali elż­bie­tań­skie labi­rynty. Co Amy mówiła o tych tutaj? Nazy­wają się chyba Cun­nin­gham?

- Tak. "To meto­dy­ści. Nie­bie­skie Świa­tło" - zacy­to­wał Roger. - "Uwa­żaj na nich, pasto­rze". - Przy tych sło­wach wypro­sto­wał ramiona i posta­wił stopę na ścieżce mię­dzy bie­lo­nymi kamie­niami.

- Nie­bie­skie Świa­tło? - powtó­rzyła i ruszyła za nim, pospiesz­nie popra­wia­jąc słom­kowy kape­lusz z sze­ro­kim ron­dem, skrom­nie nało­żony na cze­pek. Nie daj Boże, aby żona pastora wzbu­dzała zgor­sze­nie wśród wier­nych...

Drzwi się otwo­rzyły, zanim Roger zdą­żył posta­wić stopę na progu. Drobny męż­czy­zna z kil­ku­dnio­wym zaro­stem i krza­cza­stymi siwymi brwiami patrzył na nich nie­zbyt życz­li­wie. Był schlud­nie ubrany w samo­dzia­łowe spodnie w żół­to­brą­zo­wym kolo­rze i kami­zelkę. Lniana koszula, choć nieco pożół­kła ze sta­ro­ści, była świeżo odpra­so­wana.

- Dzień dobry, sir. - Roger skło­nił się, a Brianna dygnęła z sza­cun­kiem. - Nazy­wam się Roger Mac­Ken­zie, a to moja żona Brianna. Nie­dawno przy­by­li­śmy do Ridge i...

- Sły­sza­łem. - Męż­czy­zna przyj­rzał się im spod przy­mru­żo­nych powiek, ale naj­wy­raź­niej dobrze wypa­dli, bo cof­nął się i gestem zapro­sił ich do środka. - Jestem Char­les Cun­nin­gham, kapi­tan mary­narki wojen­nej Jego Kró­lew­skiej Mości, obec­nie w sta­nie spo­czynku. Wejdź­cie.

Brianna poczuła, że Roger wziął głę­boki wdech. Uśmiech­nęła się do kapi­tana Cun­nin­ghama, który zamru­gał i prze­niósł uważne spoj­rze­nie na Rogera, spraw­dza­jąc, czy to apro­buje.

- Dzię­ku­jemy, kapi­ta­nie - powie­działa naj­słod­szym tonem, na jaki potra­fiła się zdo­być. Wymi­nęła Rogera i prze­szła przez próg. - Ma pan nie­zwy­kły dom... taki piękny!

- Ja... ależ... - zająk­nął się spe­szony kapi­tan, ale zanim zdą­żył zebrać myśli, przed pale­ni­skiem prze­ja­wiła się ciemna Obec­ność i teraz z kolei Brianna zamru­gała ze zdzi­wie­nia.

- Kazno­dzieja, tak? - powie­działa kobieta, patrząc ponad ramie­niem Bree. Tak, z pew­no­ścią była to kobieta, cho­ciaż pra­wie tak wysoka jak Brianna i ubrana cał­ko­wi­cie na czarno, z wyjąt­kiem wykroch­ma­lo­nego bia­łego czepka z tych o naj­bar­dziej suro­wym kroju, zakry­wa­ją­cego uszy. Była stara, ale trudno było powie­dzieć, ile ma lat; jej kości­sta, bystra twarz natych­miast sko­ja­rzyła się Brian­nie z wil­czycą, która wykar­miła Romu­lusa i Remusa.

- Jestem pasto­rem - powie­dział Roger i skło­nił się nisko. - Uni­żony sługa, pani.

- Mhm. A z jakiej pan jest sekty, sir?

- Jestem pre­zbi­te­ria­ni­nem, madam - wyja­śnił Roger - ale...

- A ty? - zapy­tała kobieta, przy­szpi­la­jąc Bree bystrym nie­bie­skim spoj­rze­niem. - Czy podzie­lasz prze­ko­na­nia męża?

- Jestem rzym­ską kato­liczką - odpo­wie­działa Brianna jak naj­ła­god­niej. Nie był to pierw­szy ani ostatni raz; na samym początku usta­lili, jak będą sobie radzić z takimi pyta­niami. - Tak jak mój ojciec, Jamie Fra­ser.

Ta odpo­wiedź zwy­kle zbi­jała pyta­ją­cego z tropu i zosta­wiała Roge­rowi wystar­cza­jąco dużo czasu, by mógł prze­jąć kon­trolę nad roz­mową. Nie­ka­to­liccy dzier­żawcy sza­no­wali jej ojca - czy to ze wzglę­dów oso­bi­stych, czy też tylko dla­tego, że był wła­ści­cie­lem ziemi - toteż zwy­kle zdo­by­wali się przy­naj­mniej na uprzejmą roz­mowę, bez względu na opi­nię, jaką mieli o kato­li­kach.

Tym­cza­sem ta kobieta - pani Cun­nin­gham? - prych­nęła i spoj­rze­niem zmie­rzyła Bree od stóp do głów w dół, co miało ozna­czać, że porów­nuje ją z licz­nymi kobie­tami o złej repu­ta­cji, jakie widziała w swoim cza­sie, i to porów­na­nie nie przy­nosi jej by­naj­mniej chwały.

- Pfff - sap­nęła. - Papizm! Nie pro­wa­dzimy tego w tym domu!

- Mamo - powie­dział kapi­tan, pod­cho­dząc do niej. - Myślę, że...

Roger sta­nął przed Bree, by ją osło­nić przed wymie­rzo­nym w nią spoj­rze­niem bazy­liszka.

- Zapew­niam, że nie przy­szli­śmy tu was nawra­cać ani agi­to­wać. Ja...

- Pre­zbi­te­ria­nin, mówisz? - Oko wwier­cało się w niego z chłod­nym oskar­że­niem. - I do tego pastor? W takim razie jak to jest, że nie potra­fisz utrzy­mać w ryzach wła­snej żony? Co z cie­bie za pastor, skoro pozwa­lasz swo­jej kobie­cie słu­chać papieża i włó­czyć się po sąsia­dach, sie­jąc i pod­le­wa­jąc nasiona nie­go­dzi­wo­ści i nie­po­rządku?

- Mamo! - ode­zwał się ostro kapi­tan Cun­nin­gham.

Bez mru­gnię­cia okiem zwró­ciła surową twarz w stronę syna.

- Wiesz, że to prawda. Ta dziew­czyna - ruchem głowy wska­zała Briannę - mówi, że Jamie Fra­ser jest jej ojcem. A to by zna­czyło - spoj­rzała teraz bez­po­śred­nio na Bree - że twoją matką jest Cla­ire Fra­ser, tak?

Bree wzięła głę­boki oddech; chata była schludna, ale nie­wielka i zda­wało się, że z chwili na chwilę ubywa w niej powie­trza.

- Tak - odpo­wie­działa spo­koj­nie. - Pro­siła, abym prze­ka­zała pani pozdro­wie­nia i powie­działa jesz­cze, że gdyby ktoś z pani rodziny zacho­ro­wał lub gdyby przy­da­rzył mu się jakiś wypa­dek, z przy­jem­no­ścią przyj­dzie i zaj­mie się tym. Jest uzdro­wi­cielką i...

- Pfff! - powtó­rzyła pani Cun­nin­gham. - Ano tak, pew­nie by to zro­biła, ale zapew­niam cię, dziew­czyno, że nie będzie miała oka­zji. Gdy tylko o niej usły­sza­łam, posa­dzi­łam przy drzwiach rumia­nek i ostro­krzew. Żadna cza­row­nica nie prze­stąpi progu naszego domu, mogę cię o tym zapew­nić!

Bree poczuła na ramie­niu dłoń Rogera i kątem oka zer­k­nęła na niego bez emo­cji. Nie miała zamiaru tra­cić pano­wa­nia nad sobą z powodu tej kobiety. Jego usta drgnęły; opu­ścił rękę i zwró­cił się nie do pani Cun­nin­gham, lecz do kapi­tana.

- Jak powie­dzia­łem - rzekł uprzej­mie - nie przy­sze­dłem tu nawra­cać. Sza­nuję szczerą wiarę. Jestem jed­nak cie­kaw... jedna z moich sąsia­dek użyła słów "Nie­bie­skie Świa­tło" w odnie­sie­niu do pana i pań­skiej rodziny, kapi­ta­nie. Zasta­na­wiam się, czy zechciałby mi pan wyja­śnić, co to zna­czy?

- Ach. - Kapi­tan wyda­wał się zado­wo­lony, że zapy­tano go o coś, co nie mogło wzbu­dzić pro­te­stów jego matki. - Cóż, sir, skoro pan pyta, używa się tego okre­śle­nia wobec kapi­ta­nów mary­narki wojen­nej, któ­rzy sze­rzą teo­lo­gię ewan­ge­li­za­cji na swo­ich stat­kach. Nazy­wają nas Nie­bie­skimi Świa­tłami. - Mówił skrom­nie, ale uniósł wyżej głowę i zadarł pod­bró­dek. W jego oczach, które były bled­szą wer­sją oczu jego matki, błysz­czała ostroż­ność. Zasta­na­wiał się naj­wy­raź­niej, jak Roger to przyj­mie.

Ten zaś się uśmiech­nął.

- Jest pan zatem swego rodzaju teo­lo­giem, sir?

- Och. - Kapi­tan odro­binę wypiął pierś. - Nie ośmie­lił­bym się użyć tego słowa, ale od czasu do czasu coś pisy­wa­łem - rozu­mie pan, tylko moje wła­sne prze­my­śle­nia...

- Czy coś z tego zostało opu­bli­ko­wane, sir? Bar­dzo inte­re­so­wa­łyby mnie pań­skie opi­nie.

- No cóż... dwa lub trzy... to tylko nie­duże arty­ku­liki i powie­dział­bym, że nie­wiel­kiej war­to­ści... zostały opu­bli­ko­wane przez Bella i Coxhama w Edyn­burgu. Nie­stety, nie mam przy sobie kopii. - Rzu­cił okiem na pro­sty sto­lik w rogu, na któ­rym znaj­do­wał się sto­sik kar­tek oraz kała­marz, pia­secz­niczka i dzba­nek z pió­rami. - Ale pra­cuję nad pew­nym przed­się­wzię­ciem o nieco więk­szej skali...

- Nad książką?

Roger wyda­wał się szcze­rze zain­te­re­so­wany - i chyba rze­czy­wi­ście był, pomy­ślała Bree - ale pani Cun­nin­gham, wyraź­nie znie­cier­pli­wiona tą wymianą uprzej­mo­ści, zamie­rzała zdu­sić roz­mowę w zarodku, zanim Roger zdoła zwieść kapi­tana na manowce bluź­nier­stwem lub czymś jesz­cze gor­szym.

- Fak­tem pozo­staje, kapi­ta­nie, że teściowa tego dżen­tel­mena jest powszech­nie uwa­żana za cza­row­nicę, a jego żona zapewne też nią jest. Odpraw ich. Nie inte­re­suje nas to mamie­nie.

Roger odwró­cił się do niej i wypro­sto­wał, nie­mal doty­ka­jąc głową kale­nicy.

- Pani Cun­nin­gham - powie­dział wciąż uprzej­mie, choć w jego gło­sie dźwię­czała stal. - Zechce pani roz­wa­żyć, że jestem sługą Bożym. Prze­ko­na­nia mojej żony i jej rodzi­ców są rów­nie cno­tliwe i moralne jak prze­ko­na­nia każ­dego dobrego chrze­ści­ja­nina i jeśli sobie pani życzy, mogę na to przy­siąc z ręką na pani Biblii. - Ski­nął głową w stronę maleń­kiej półeczki nad biur­kiem, gdzie Biblia zaj­mo­wała godne miej­sce w rządku mniej­szych ksią­żek.

- Mhm - mruk­nął kapi­tan, zer­ka­jąc na matkę spod przy­mru­żo­nych powiek. - Sir, muszę teraz wyjść, żeby przy­wo­łać z pola moich dwóch chło­pa­ków... porucz­ni­ków z mojego ostat­niego statku, któ­rzy zde­cy­do­wali się zostać tu ze mną, kiedy zsze­dłem na brzeg. Odpro­wa­dzę pana i pań­ską żonę do końca ścieżki, jeśli zechce­cie mi dotrzy­mać towa­rzy­stwa?

- Dzię­ku­jemy, kapi­ta­nie. - Bree wyko­rzy­stała oka­zję, by wtrą­cić słowo. Dygnęła nisko przed kapi­ta­nem, a potem przed panią Cun­nin­gham, z naj­więk­szą god­no­ścią, na jaką potra­fiła się zdo­być. - Zechce pani pamię­tać, że w razie jakiej­kol­wiek... nagłej potrzeby moja matka przyj­dzie tu natych­miast.

Zda­wało się, że pani Cun­nin­gham roz­sze­rza się we wszyst­kich kie­run­kach.

- Czy śmiesz mi gro­zić, dziew­czyno?

- Co? Nie!

- Widzisz, kapi­ta­nie, co wpu­ści­łeś do domu? - Pani Cun­nin­gham zigno­ro­wała Briannę i spoj­rzała groź­nie na syna. - Ta dziew­czyna pró­buje rzu­cić na nas urok!

- Zostało nam jesz­cze kilka domów do odwie­dze­nia - wtrą­cił Roger szybko. - Czy mogę pobło­go­sła­wić ten dom krótką modli­twą, zanim wyj­dziemy, sir?

- Ależ... - Kapi­tan spoj­rzał na matkę, po czym wypro­sto­wał się i uniósł wyżej pod­bró­dek. - Tak, sir. Będziemy naj­moc­niej zobo­wią­zani.

Brianna dostrze­gła, jak usta pani Cun­nin­gham ukła­dają się do kolej­nego "Pfff!", ale Roger zdo­łał ją uprze­dzić, uno­sząc ręce i pochy­la­jąc głowę w bło­go­sła­wień­stwie.

Niech Bóg bło­go­sławi ten dom,

każdy kamień, belkę i deskę,

wszelki pokarm i napój, i odzież.

Nie­chaj wszy­scy cie­szą się tu zdro­wiem.

- Dobrego dnia życzę, madam, i panu, sir - dodał szybko i ukło­nił się, chwy­ta­jąc Briannę za rękę. Nie zdą­żyła nic powie­dzieć, pomy­ślała, że to może lepiej, ale uśmiech­nęła się i ski­nęła bazy­lisz­kowi głową, gdy wyco­fy­wali się za drzwi.

- Więc teraz wiemy, co ozna­cza Nie­bie­skie Świa­tło - powie­działa, gdy dotarli do końca ścieżki, i ostroż­nie obej­rzała się przez ramię. - Jak mawia mama... Jezu Chry­ste Roose­vel­cie Święty!

- To bar­dzo sto­sowne - zaśmiał się Roger.

- Czy to była modli­twa na święto Hog­ma­nay? - zapy­tała. - Wyda­wała się zna­joma, ale nie byłam pewna...

- Tak. To rów­nież bło­go­sła­wień­stwo dla domu. Kilka razy sły­sza­łaś, jak twój tato ją odma­wiał, ale on to robił po gaelicku. Cun­nin­gha­mo­wie, sądząc po ich akcen­cie, są wykształ­co­nymi miesz­kań­cami nizin; gdy­bym spró­bo­wał wer­sji gaelic­kiej, pani C. mogłaby pomy­śleć, że zamie­rzam rzu­cić na nich urok.

- A nie zamie­rza­łeś? - Ton jej głosu był lekki, ale Roger odwró­cił głowę z zasko­cze­niem.

- No cóż... w pewien spo­sób chyba tak - odrzekł powoli, ale zaraz się uśmiech­nął. - Góral­skie zaklę­cia i modli­twy czę­sto nie róż­nią się od sie­bie. Ale myślę, że jeśli zwra­casz się bez­po­śred­nio do Boga, jest to raczej modli­twa, nie czary.

Jesz­cze raz obej­rzała się przez ramię z wra­że­niem, że oczy pani Cun­nin­gham, obser­wu­ją­cej ich odwrót, wypa­lają dziurę w drzwiach chaty.

- Czy pre­zbi­te­ria­nie wie­rzą w egzor­cy­zmy? - zapy­tała.

- Nie, nie wie­rzą - powie­dział, choć on rów­nież się obej­rzał. - Mój ojciec, to zna­czy wie­lebny, powie­dział mi jed­nak, że kiedy odwie­dzasz czyjś dom, ni­gdy nie powi­nie­neś z niego wycho­dzić bez odmó­wie­nia jakie­goś bło­go­sła­wień­stwa. - Przy­trzy­mał sprę­ży­stą gałąź dębu, żeby mogła pod nią przejść. - Dodał, że dzięki temu nic stam­tąd nie pój­dzie za tobą, ale myślę, że żar­to­wał.

Szłam wzdłuż brzegu stru­mie­nia, zbie­ra­jąc pijawki, rukiew wodną i wszystko inne, co wyglą­dało na jadalne lub przy­datne, kiedy usły­sza­łam odle­gły tur­kot kół wozu.

Myśląc, że to może być dru­ciarz, o któ­rym Jo Beard­sley wspo­mniał Ger­ma­inowi, pospiesz­nie otrze­pa­łam spód­nicę, wsu­nę­łam stopy w san­dały i pospie­szy­łam w stronę drogi, gdzie dud­nie­nie kół nagle uci­chło i roz­legł się stek prze­kleństw.

Oka­zało się, że prze­kleń­stwa wycho­dziły z ust wiel­kiego męż­czy­zny, który wykli­nał swoje muły, wóz oraz koło, które wła­śnie ude­rzyło o kamień i zgu­biło żela­zne oku­cie. Bra­ko­wało mu kre­atyw­no­ści Jamiego w prze­kli­na­niu, ale nad­ra­biał to dono­śno­ścią.

- Czy mogę panu w czymś pomóc? - zapy­ta­łam, korzy­sta­jąc z chwili, kiedy zamilkł, żeby zaczerp­nąć odde­chu.

Odwró­cił się ze zdu­mie­niem.

- Skąd się tu pani, do dia­bła, wzięła? - zapy­tał.

Wska­za­łam na drzewa za ple­cami i powtó­rzy­łam:

- Potrze­buje pan pomocy?

Z bli­ska stało się jasne, że to nie jest dru­ciarz. Na wozie cią­gnię­tym przez dwa bar­dzo duże muły znaj­do­wały się różne rze­czy, ale nie było żela­znych patelni ani wstą­żek do wło­sów. Leżało na nim pół tuzina musz­kie­tów oraz nie­wielka kolek­cja sza­bel, kos i kijów. Kilka beczu­łek, w któ­rych mogły się znaj­do­wać solone ryby lub wie­przo­wina, oraz jedna, któ­rej zawar­tość z całą pew­no­ścią sta­no­wił proch strzel­ni­czy, sądząc po ozna­cze­niach oraz sła­bym zapa­chu węgla drzew­nego z domieszką siarki i moczu.

Poczu­łam skurcz w żołądku.

- Czy to jest Fra­ser's Ridge? - zapy­tał męż­czy­zna, spo­glą­da­jąc na las dokoła. Byli­śmy tro­chę poni­żej polany, na któ­rej stała chata Hig­gin­sów, i nic poza kole­inami drogi, dość mocno zaro­śnię­tej, nie wska­zy­wało na to, że oko­lica jest zamiesz­kana.

- Tak - powie­dzia­łam, bo nie było sensu kła­mać. - Ma pan tu jakiś inte­res?

Spoj­rzał na mnie ostro, po raz pierw­szy sku­pia­jąc na mnie uwagę.

- Mój inte­res to moja sprawa - odrzekł, choć nie brzmiało to nie­uprzej­mie. - Szu­kam Jamiego Fra­sera.

- Jestem panią Fra­ser. - Skrzy­żo­wa­łam ramiona na piersi. - Jego inte­resy są rów­nież moimi.

Zaczer­wie­nił się i popa­trzył na mnie groź­nie, jakby myślał, że kpię sobie z niego, ale gdy odpo­wie­dzia­łam spoj­rze­niem na spoj­rze­nie, po chwili zaśmiał się i roz­luź­nił.

- W takim razie przy­pro­wa­dzi tu pani męża czy mam iść i sam go poszu­kać?

- Kogo mam zapo­wie­dzieć? - zapy­ta­łam, nie rusza­jąc się z miej­sca.

- Ben­ja­mina Cle­ve­landa - odrzekł, nady­ma­jąc się nieco. - On zna to nazwi­sko.

*

Jamie poło­żył ostat­nią cegłę w rzę­dzie i zgar­nął nad­miar zaprawy z zado­wo­le­niem, z któ­rym jed­nak mie­szała się odro­bina nie­po­koju wywo­ła­nego myślą, że do jutrzej­szych prac przy komi­nie nie­zbędna będzie dra­bina; dzi­siaj zro­bił wszystko, co mógł zro­bić, sto­jąc na ziemi. Jego ramiona zaczy­nały już pro­te­sto­wać. Na myśl, że za chwilę dołą­czą do nich kolana, prze­cią­gnął się i wes­tchnął.

No cóż, może dziew­czyna będzie mogła mu pomóc. Brianna powie­działa coś o tym pierw­szego wie­czoru po ich przy­by­ciu. Szła za nim przez plac budowy, poty­kali się o kamie­nie i sznurki i zaśmie­wali jak dwoje pija­ków, obej­mu­jąc się ramio­nami i pod­trzy­mu­jąc za łok­cie, by nie stra­cić rów­no­wagi w ciem­no­ściach. Każdy prze­lotny dotyk roz­grze­wał go jak iskra.

"Mogę zro­bić ruchome rusz­to­wa­nie z blocz­kiem", powie­działa wtedy, opie­ra­jąc dłoń na nie­do­koń­czo­nym komi­nie. "Będziemy mogli pod­cią­gnąć do góry wia­dro z cegłami i wyj­mo­wać je, sto­jąc na dra­bi­nie".

- My - rzekł cicho, uśmie­cha­jąc się do sie­bie. Potem ze skrę­po­wa­niem obej­rzał się przez ramię, spraw­dza­jąc, czy nie usły­szeli go męż­czyźni dźwi­ga­jący kłody drewna. Poło­żyli jed­nak ostat­nią na ziemi i zro­bili sobie prze­rwę na posi­łek: Amy Hig­gins i Fanny przy­nio­sły piwo. Wrzu­cił kiel­nię do wia­dra z wodą i poszedł w ich stronę, ale zanim dotarł do fun­da­men­tów, kątem oka dostrzegł jakiś ruch w miej­scu, skąd odcho­dziła droga dla wozów. W następ­nej chwili w jego polu widze­nia poja­wiła się Cla­ire, a obok niej potężny męż­czy­zna.

- A Naoimh Micheal Ardaingeal, d?on sinn anns an a am a' cha­tha - mruk­nął pod nosem. Nie znał tego czło­wieka, ale oprócz wzro­stu było w nim jesz­cze coś, co spra­wiło, że włosy zje­żyły się Jamiemu na karku.

Spoj­rzał na swo­ich dzi­siej­szych pomoc­ni­ków - sied­miu męż­czyzn: Bobby Hig­gins, trzech jego ludzi z Ard­smuir oraz dzier­żawcy, któ­rych jesz­cze dobrze nie znał. I Fanny, która przy­nio­sła im lunch. Żaden z męż­czyzn nie zwró­cił uwagi na czło­wieka idą­cego przez polanę, ale zauwa­żyła go Fanny; zmarsz­czyła brwi i szybko spoj­rzała na Jamiego. Roz­luź­niła się, gdy uspo­ka­ja­jąco ski­nął głową, cho­ciaż nawet roz­ma­wia­jąc z jed­nym z pra­cu­ją­cych, wciąż zer­kała w dół wzgó­rza.

Jamie prze­szedł nad fun­da­men­tem. Wolałby się spo­tkać z tym czło­wie­kiem we wła­snym domu, mając za ple­cami swo­ich ludzi, ale jesz­cze sil­niej­sza była potrzeba, by sta­nąć mię­dzy nim a Cla­ire. Roz­ma­wiała z nie­zna­jo­mym, uśmie­cha­jąc się uprzej­mie, dostrze­gał jed­nak na jej twa­rzy nie­uf­ność. Pod­nio­sła wzrok i na jego widok zakwi­tła w niej ulga, a on poczuł poru­sze­nie w piersi. Pod­szedł do nich bez uśmie­chu, sta­ra­jąc się mimo wszystko zacho­wać grzecz­nie.

- Gene­rał Fra­ser? - upew­nił się męż­czy­zna, patrząc na niego z zain­te­re­so­wa­niem.

No cóż, to wyja­śniało ostroż­ność Cla­ire.

- Już nie - odrzekł na­dal uprzej­mie i wycią­gnął rękę. - Jamie Fra­ser, do usług, sir.

- Wza­jem­nie, sir. Ben­ja­min Cle­ve­land. - Spo­cona dłoń znacz­nie więk­sza od jego wła­snej chwy­ciła ją i ści­snęła w spo­sób, który miał ozna­czać, że jej wła­ści­ciel mógłby wyrzą­dzić mu krzywdę, gdyby zechciał.

Jamie uwol­nił rękę bez odpo­wie­dzi i uśmiech­nął się, myśląc: Ano tylko spró­buj, ty mały dra­niu.

- Znam pań­skie nazwi­sko, sir. Od czasu do czasu docho­dziły mnie o panu słu­chy.

Kątem oka dostrzegł unie­sione brwi Cla­ire.

- Pan Cle­ve­land jest znany z walk z India­nami, a nighean - wyja­śnił, nie odry­wa­jąc wzroku od męż­czy­zny. - Jak sam twier­dzi, zabił wielu Indian Kri i Czi­ro­ke­zów.

- Cau­gh­na­waga też. Nie liczę ich - oświad­czył Cle­ve­land i zaśmiał się w spo­sób, który mówił, że pamięta każ­dego czło­wieka, któ­rego zabił, i są to miłe wspo­mnie­nia. - Przy­pusz­czam, że pań­skie sto­sunki z India­nami są nieco bar­dziej przy­ja­zne?

- Mam przy­ja­ciół w wio­skach Czi­ro­ke­zów. - Nie wszy­scy przy­ja­ciele Jamiego w wio­skach byli India­nami, ale Scot­chee Came­ron to nie była sprawa Cle­ve­landa.

- Dosko­nale! - Rumiana twarz Cle­ve­landa zaru­mie­niła się jesz­cze bar­dziej. - Mia­łem nadzieję, że tak wła­śnie jest.

Jamie z nie­zo­bo­wią­zu­ją­cym pomru­kiem prze­chy­lił głowę na bok. Cla­ire naj­wy­raź­niej zro­zu­miała, o czym myśli, bo odchrząk­nęła i dotknęła jego ramie­nia.

- Wóz pana Cle­ve­landa zepsuł się na dro­dze o jakąś milę stąd. Z koła odpa­dła obręcz. Może powi­nie­neś to obej­rzeć?

Uśmiech­nął się do niej; jej inten­cje były przej­rzy­ste jak butelka dżinu.

- Oczy­wi­ście - powie­dział i zwró­cił się do Cle­ve­landa: - Mam nadzieję, że pań­ski ładu­nek nie ucier­piał, kiedy koło się zepsuło. Jeśli jest tam coś kru­chego, to może.....

- Och, nie - odrzekł Cle­ve­land non­sza­lancko. - To tylko garść pisto­le­tów i odro­bina pro­chu; nic, co mogłoby ucier­pieć. - Uśmiech­nął się do Jamiego, odsła­nia­jąc rząd zębów, zdro­wych i moc­nych, z tkwią­cym mię­dzy nimi mokrym strzę­pem ciem­no­brą­zo­wego tyto­niu. - A skoro już mowa o broni - cią­gnął - to jedna z rze­czy, o jakich chcia­łem z panem poroz­ma­wiać. Ale tak, zróbmy to, co pro­po­nuje pań­ska żona.

Zło­żył w miarę przy­zwo­ity ukłon przed Cla­ire i pochwy­cił Jamiego za ramię, zmu­sza­jąc go do rusze­nia w stronę drogi. Jamie uwol­nił ramię bez słowa komen­ta­rza i odwró­cił się do żony.

- Przy­ślij Bobby'ego i Aarona z narzę­dziami, Angliszko, dobrze? I niech przy­niosą tro­chę piwa, jeśli jesz­cze jakieś zostało.

Cle­ve­land odwró­cił się w stronę drogi, zosta­wia­jąc w spo­koju Jamiego, który poszedł za nim, nie odry­wa­jąc wzroku od jego sze­ro­kich ple­ców i nóg potęż­nych jak pnie drzew. Na mocno zno­szo­nym skó­rza­nym pasie odzna­czały się ślady ładow­nicy i rożka na proch, choć w tej chwili był tam tylko duży nóż w rów­nie zno­szo­nej pochwie ozdo­bio­nej na indiań­ską modłę bar­wio­nymi kol­cami jeżo­zwie­rza.

Cle­ve­land miał nad nim jakieś dwa­dzie­ścia lat i sto fun­tów prze­wagi, cho­ciaż był o cal czy dwa niż­szy. Pew­nie zawsze był naj­więk­szy w każ­dym towa­rzy­stwie, w któ­rym się zna­lazł, pomy­ślał Jamie, więc nic go nie obcho­dzi, co inni o nim sądzą.

Wóz stał w zagłę­bie­niu okry­tym ciem­no­zie­lo­nym cie­niem. Droga w tym miej­scu bie­gła mię­dzy dwoma pagór­kami gęsto poro­śnię­tymi jodłami i sosnami. Jamie poczuł chłód doty­ka­jący jego twa­rzy jak dłoń i wcią­gnął głę­boko w płuca aro­mat ter­pen­tyny i cypry­so­wych jagód.

Ucie­szył się, widząc, że samo koło nie zostało uszko­dzone; opa­su­jąca je żela­zna obręcz odpa­dła, ale drewno się nie zła­mało. Może uda mu się wypra­wić tego czło­wieka razem z jego bro­nią - rzu­cił okiem na zawar­tość wozu - w dal­szą drogę, zanim zasady gościn­no­ści zmu­szą Fra­se­rów do zapew­nie­nia mu kola­cji i noc­legu.

- Szu­kał mnie pan - powie­dział bez ogró­dek, pod­no­sząc wzrok znad koła.

Po dro­dze nie roz­ma­wiali, wymie­nili tylko krót­kie uprzej­mo­ści, ale teraz, z bro­nią na widoku, nad­szedł czas, by przejść do rze­czy.

Cle­ve­land ski­nął głową i zdjął kape­lusz, obrzu­ca­jąc go tak­su­ją­cym spoj­rze­niem. Koszula myśliw­ska opi­nała mu się na brzu­chu, ale wyglą­dało to na twardy tłuszcz, pan­cerz osła­nia­jący narządy wewnętrzne.

- Szu­ka­łem. Przez te ostat­nie dwa lata sły­sza­łem o panu sporo, i dobrych rze­czy, i złych.

- Kto słu­cha plo­tek, nie powi­nien się spo­dzie­wać pochlebstw - odrzekł Jamie w Gaidhlig.

- Co? - Cle­ve­land był zasko­czony. - Co to za język? Nie fran­cu­ski, bo tego się nasłu­cha­łem.

- To Gaidhlig. - Jamie wzru­szył ramio­nami i powtó­rzył to samo po angiel­sku. Cle­ve­land uśmiech­nął się w odpo­wie­dzi.

- Ma pan rację, panie Fra­ser. - Pochy­lił się, pod­niósł ciężką żela­zną obręcz, jakby nic nie ważyła, i przez chwilę z namy­słem obra­cał ją w rękach. - Sporo się mówi o tym, jak stra­cił pan patent w armii.

Jamie poczuł falę gorąca na karku.

- Zre­zy­gno­wa­łem ze stop­nia, panie Cle­ve­land, po bitwie o Mon­mo­uth. Zosta­łem tym­cza­sowo mia­no­wany gene­ra­łem na polu walki, aby objąć dowódz­two nad kil­koma nie­za­leż­nymi kom­pa­niami mili­cji. Kiedy roz­pro­szyły się po bitwie, moje usługi nie były już potrzebne.

- Sły­sza­łem, że zre­zy­gno­wał pan bez uprze­dze­nia, by zająć się chorą żoną, i zosta­wił połowę swo­ich ludzi na polu bitwy bez dowódcy. - Krza­cza­ste brwi Cle­ve­landa unio­sły się pyta­jąco. - Cho­ciaż po tym, jak pozna­łem panią Fra­ser, z pew­no­ścią rozu­miem pań­skie męskie uczu­cia.

Jamie spoj­rzał na niego ponad wozem peł­nym musz­kie­tów i pro­chu.

- Nie muszę się przed panem tłu­ma­czyć, sir. Jeśli ma mi pan coś do powie­dze­nia, niech pan to powie i już. Muszę wyko­pać wycho­dek.

Cle­ve­land uniósł dłoń i pojed­naw­czo skło­nił głowę.

- Bez obrazy, panie Fra­ser. Chcia­łem tylko wie­dzieć, czy pla­nuje pan wró­cić do armii. W jakim­kol­wiek cha­rak­te­rze.

- Nie - odrzekł Jamie krótko. - Dla­czego?

- Bo jeśli nie - Cle­ve­land spoj­rzał na niego z wyra­cho­wa­niem - to może pana zain­te­re­so­wać, gdy powiem, że wielu pań­skich wigow­skich sąsia­dów po tam­tej stro­nie gór - wska­zał brodą w kie­runku hrab­stwa Ten­nes­see - wła­ści­cieli ziem­skich, mam na myśli ludzi, któ­rzy mają coś do stra­ce­nia, two­rzy pry­watne mili­cje, by chro­nić swoje rodziny i wła­sność. Pomy­śla­łem, że może i pan coś podob­nego roz­waża.

Wro­gość Jamiego odro­binę się zmniej­szyła, zabar­wiona nie­chęt­nym zacie­ka­wie­niem.

- A gdyby tak było?

Cle­ve­land wzru­szył ramio­nami.

- Dobrze byłoby pozo­sta­wać w kon­tak­cie z innymi gru­pami. Nie wia­domo, gdzie Bry­tyj­czycy mogą się poja­wić, ale kiedy to zro­bią, niech pan zauważy, panie Fra­ser, że powie­dzia­łem "kiedy", ja na przy­kład wolał­bym wie­dzieć o tym wcze­śniej, by pod­jąć jakieś dzia­ła­nia.

Jamie popa­trzył na wóz: musz­kiety, w więk­szo­ści stare, z wyschnię­tymi, popę­ka­nymi kol­bami i pory­so­wa­nymi lufami, ale było tam też kilka zwy­kłych bry­tyj­skich brown bes­sów w lep­szym sta­nie. Kupione, zdo­byte na dro­dze wymiany czy skra­dzione? - zasta­na­wiał się.

- Dzia­ła­nia - powtó­rzył ostroż­nie. - A kim są ci ludzie, o któ­rych pan wspo­mniał?

- Och, ist­nieją naprawdę - zapew­nił go Cle­ve­land, odpo­wia­da­jąc na wąt­pli­wość kry­jącą się za tym pyta­niem. - John Sevier. Izaac Shelby. Wil­liam Camp­bell i Fre­de­rick Ham­bri­ght. I mogę panu powie­dzieć, że wielu innych rów­nież się nad tym zasta­na­wia.

Jamie ski­nął głową, ale nie powie­dział nic wię­cej.

- Sły­sza­łem o panu jesz­cze coś, panie Fra­ser. - Cle­ve­land wziął do ręki jeden z musz­kie­tów z wozu i leni­wie oglą­dał krze­mień. - Podobno był pan agen­tem do spraw Indian. To prawda?

- Byłem.

- I mówią, że dobrym. - Cle­ve­land uśmiech­nął się w nie­zdar­nej pró­bie żartu. - Sły­sza­łem, że w wio­skach Czi­ro­ke­zów uro­dziło się sporo rudych dzieci, co?

Jamie poczuł się tak, jakby Cle­ve­land ude­rzył go w twarz musz­kie­tem. Czy naprawdę tak o nim gadano, czy też była to tylko głu­pia przy­nęta, za któ­rej pomocą Cle­ve­land miał nadzieję wcią­gnąć go w jakieś nik­czemne przed­się­wzię­cie?

- Życzę panu miłego dnia, sir - powie­dział sztywno. - Moi ludzie zaraz tu będą z narzę­dziami i napra­wią pań­skie koło.

Ruszył z powro­tem, ale Cle­ve­land, który pomimo swo­jej masy poru­szał się bar­dzo zręcz­nie, w mgnie­niu oka zna­lazł się obok niego.

- Jeśli mamy utwo­rzyć mili­cję, potrze­bu­jemy broni - stwier­dził. - To roz­sądne, prawda?

Widząc, że Jamie nie jest skłonny odpo­wia­dać na pyta­nia reto­ryczne, spró­bo­wał z innej beczki.

- India­nie mają broń. Rząd bry­tyj­ski co roku daje Czi­ro­ke­zom spory przy­dział śrutu i pro­chu do polo­wań. Czy tak było już wtedy, kiedy był pan agen­tem?

- Dobrego dnia, panie Cle­ve­land. - Przy­śpie­szył kroku, cho­ciaż zra­niona noga pul­so­wała od wysiłku. Cle­ve­land pochwy­cił go za ramię i szarp­nął, zmu­sza­jąc do zatrzy­ma­nia.

- Możemy poroz­ma­wiać o broni póź­niej. Jest jesz­cze jedna rzecz, o któ­rej chcia­łem z panem mówić.

- Zabierz tę rękę.

Sły­sząc ton Jamiego, Cle­ve­land puścił go, ale się nie cof­nął.

- Czło­wiek o nazwi­sku Cun­nin­gham - powie­dział, nie odry­wa­jąc od niego spoj­rze­nia małych brą­zo­wych oczu. - Były kapi­tan mary­narki. Torys. Loja­li­sta.

Jamie poczuł zimno roz­prze­strze­nia­jące się od żołądka. Kapi­tan Cun­nin­gham rze­czy­wi­ście był loja­li­stą - podob­nie jak tuzin innych jego dzier­żaw­ców.

- Nie­na­wi­dzę tory­sów - powie­dział Cle­ve­land w zamy­śle­niu. Potrzą­snął głową, a Jamie dostrzegł błysk jego oczu pod ron­dem kape­lu­sza. - U sie­bie powie­si­łem kilku. Inni prze­stra­szyli się i ode­szli. - Odchrząk­nął i splu­nął. Kro­pla żół­ta­wej flegmy wylą­do­wała w pobliżu stopy Jamiego.

- No więc ten kapi­tan Cun­nin­gham pisze listy. Arty­kuły do gazet. Może ktoś, komu na sercu leży dobro kapi­tana, zechciałby zamie­nić z nim słowo na ten temat. Nie sądzi pan?

Kiedy Jamie wró­cił na teren budowy, ogień był roz­pa­lony, a z kociołka coś ład­nie pach­niało. Roger i Ian roz­ma­wiali z Cla­ire. Od strony drzew nad stru­mie­niem docho­dziły krzyki bawią­cych się dzieci. No tak: Jenny miała dziś przyjść na kola­cję. Pra­wie o tym zapo­mniał, ziry­to­wany gada­niną Cle­ve­landa.

"Może ktoś, komu na sercu leży dobro kapi­tana, zechciałby zamie­nić z nim słowo na ten temat. Nie sądzi pan?"

W grun­cie rze­czy nie była to zła rada, ale ta myśl nie popra­wiła mu nastroju. Nie lubił gróźb ani pro­tek­cjo­nal­no­ści, a jesz­cze bar­dziej nie lubił, gdy czło­wiek więk­szy od niego pró­buje go zastra­szyć. Nie podo­bały mu się też wie­ści przy­nie­sione przez Cle­ve­landa, ale za to już nie mógł go obwi­niać.

Spo­kojna atmos­fera domo­wego ogni­ska koiła go i kusiła, by dołą­czyć do rodziny, wypić zimne piwo, które Fanny wycią­gnęła ze studni, usiąść i dać odpo­cząć obo­la­łej nodze. Ale roz­mowa z Cle­ve­lan­dem wciąż zale­gała mu cię­ża­rem na sercu; nie chciał się tym z nikim dzie­lić, dopóki dobrze wszyst­kiego nie prze­my­śli.

Poma­chał krótko do Cla­ire, idąc w kie­runku łopaty, która cze­kała, wbita w zie­mię, przy nie­ukoń­czo­nym wychodku; wysi­łek fizyczny uspo­koi go przy roz­wa­ża­niach. Taką miał nadzieję.

Roger widział, jak Jamie cicho znika w cie­niu za nie­do­koń­czo­nym komi­nem, i zało­żył, że poszedł się wysi­kać. Ale kiedy nie wró­cił w ciągu kilku minut, Roger ode­rwał się od roz­mowy - która w tej chwili toczyła się wokół nie­ogra­ni­czo­nych moż­li­wo­ści wyboru praw­dzi­wego imie­nia dla małego Ogle­thorpe'a - i podą­żył za teściem w cień.

Jamie stał na kra­wę­dzi spo­rej pro­sto­kąt­nej dziury w ziemi i wyda­wał się kon­tem­plo­wać jej głę­bo­kość.

- Nowy wycho­dek? - zapy­tał Roger, wska­zu­jąc dziurę ruchem głowy.

Jamie pod­niósł wzrok z uśmie­chem i Roger poczuł falę cie­pła - z kilku powo­dów.

- Ano. Miał być zwy­czajny, wiesz, z jed­nym otwo­rem. - Wska­zał na dziurę. Ostat­nie pro­mie­nie słońca roz­ja­śniały jego włosy i skórę zło­tym bla­skiem. - Ale przy czte­rech oso­bach wię­cej... a może z cza­sem jesz­cze przy­bę­dzie? To zna­czy, skoro chce­cie tu zostać. - Zer­k­nął na Rogera z ukosa i znów się uśmiech­nął. - No i jesz­cze ci, któ­rzy przy­cho­dzą do Cla­ire. Jeden z chło­pa­ków Crom­biech przy­szedł tu w zeszłym tygo­dniu po lekar­stwo na sraczkę i tak długo stę­kał i wzdy­chał w wychodku Bobby'ego Hig­ginsa, że cała rodzina musiała bie­gać do lasu, a kiedy wresz­cie wyszedł, to mogę ci powie­dzieć, że Amy nie była zachwy­cona sta­nem wychodka.

Roger ski­nął głową.

- Więc chcesz go powięk­szyć czy zro­bić dwa wychodki?

- Ano wła­śnie, to dobre pyta­nie. - Jamie wyda­wał się zado­wo­lony, że Roger tak szybko uchwy­cił sedno sprawy. - Widzisz, wychodki w domach, gdzie miesz­kają rodziny, prze­waż­nie mogą pomie­ścić dwie osoby naraz, McHu­gho­wie mają bar­dzo piękny wycho­dek z trzema dziu­rami; Sean McHugh umie sobie radzić z narzę­dziami, a przy sied­miorgu dzie­ciach to się bar­dzo przy­daje. Ale rzecz w tym, że... - Zmarsz­czył lekko brwi i odwró­cił się w stronę ognia, nie­wi­docz­nego za ciemną bryłą komina. - Kobiety, rozu­miesz?

- Masz na myśli Cla­ire i Briannę - zro­zu­miał natych­miast Roger. - Tak, one życzą sobie odosob­nie­nia. Ale nie­duży haczyk po wewnętrz­nej stro­nie drzwi...?

- Ano, roz­wa­ża­łem to. - Jamie mach­nął ręką. - Więk­szy kło­pot mam z tym, co myślą o... zaraz­kach. - Wymó­wił to słowo bar­dzo sta­ran­nie i spod oka szybko zer­k­nął na Rogera, jakby chciał spraw­dzić, czy wypo­wie­dział je popraw­nie i czy takie słowo w ogóle ist­nieje.

- Och. Nie pomy­śla­łem o tym. Masz na myśli cho­rych, któ­rzy tu przy­cho­dzą i mogą zosta­wić po sobie... - Wska­zał ręką w kie­runku dziury.

- Wła­śnie. Szkoda, że nie widzia­łeś, co się działo, kiedy chło­pak Crom­biech wresz­cie sobie poszedł. Cla­ire uparła się wypa­rzyć wycho­dek Amy wrzącą wodą z ługiem i wlać do niego ter­pen­tynę. - Wzru­szył ramio­nami na to wspo­mnie­nie. - Gdyby miała to robić za każ­dym razem, kiedy jakiś chory sko­rzy­sta z naszego wychodka, to my wszy­scy też musie­li­by­śmy cho­dzić srać do lasu.

Roze­śmieli się oby­dwaj.

- W takim razie jedno i dru­gie - stwier­dził Roger. - Dwa otwory dla rodziny i osobny wycho­dek dla gości, a raczej dla gabi­netu. Powiedz, że to dla wygody, żeby nie zaczęli cię uwa­żać za sza­leńca, który nie pozwala ludziom korzy­stać ze swo­jego wychodka.

- Nie, to by nie było dobre. - Jamie zaśmiał się krótko, ale jesz­cze przez chwilę patrzył w dół z lek­kim uśmie­chem na twa­rzy. Mocne zapa­chy wil­got­nej, świeżo poru­szo­nej ziemi i nie­dawno pocię­tego drewna mie­szały się z wonią ognia i Roger nie­mal widział, jak dom powstaje z dymu.

Jamie prze­rwał roz­my­śla­nia, odwró­cił głowę i spoj­rzał na niego.

- Bra­ko­wało mi cie­bie, Roge­rze Mac.

Roger otwo­rzył usta, żeby odpo­wie­dzieć, ale gar­dło miał zaci­śnięte tak mocno, jakby połknął kamień, i wydo­było się z niego tylko stłu­mione chrząk­nię­cie.

Jamie z uśmie­chem dotknął jego ramie­nia i popro­wa­dził go do wiel­kiego kamie­nia, od któ­rego pod kątem dzie­więć­dzie­się­ciu stopni odcho­dził w dwie strony fun­da­ment. Roger odniósł wra­że­nie, że to będzie fron­towa strona domu. Budy­nek zapo­wia­dał się na duży, może nawet więk­szy od pier­wot­nego Wiel­kiego Domu.

- Przejdź ze mną po fun­da­men­tach, co?

Ski­nął głową. Pode­szli do wiel­kiego kamie­nia i Roger ze zdu­mie­niem ujrzał wyryte na nim słowo FRA­SER, a poni­żej datę - 1779.

- Mój kamień węgielny - powie­dział Jamie. - Pomy­śla­łem, że gdyby dom znów się spa­lił, można byłoby się w każ­dym razie dowie­dzieć, że tu miesz­ka­li­śmy, nie?

- Ach..... mm - wykrztu­sił Roger. Odchrząk­nął mocno, zakasz­lał i wystar­czyło mu tchu, żeby wypo­wie­dzieć kilka słów. - Lal­ly­broch... twój tato... - Wska­zał w górę, na nie­ist­nie­jące nad­proże. - Wsta­wił... datę.

Twarz Jamiego roz­ja­śniła się.

- Tak - powie­dział. - To zna­czy, że dom na­dal stoi?

- Stał, kiedy... widzia­łem go ostat­nio. - Jego gar­dło roz­luź­niło się, gdy opu­ścił go uścisk emo­cji. - Cho­ciaż... jeśli się zasta­no­wić... - Urwał, gdy sobie przy­po­mniał, kiedy po raz ostatni widział Lal­ly­broch.

- Zasta­na­wia­łem się, wiesz. - Jamie odwró­cił się i ruszył wzdłuż przy­szłej ściany domu. Od strony ogni­ska docho­dził zapach pie­czo­nego mięsa. - Brianna opo­wie­działa mi o tych ludziach, któ­rzy przy­szli. - Zer­k­nął na Rogera ostroż­nie. - Oczy­wi­ście cie­bie wtedy nie było, bo szu­ka­łeś Jema.

- Tak. - A Bree musiała opu­ścić dom, ich dom, pozo­sta­wić go na łaskę zło­dziei i pory­wa­czy. Miał wra­że­nie, że kamień prze­su­nął się z jego gar­dła na pierś. Ale nie było sensu myśleć o tym w tej chwili; zepchnął na tył głowy wizję ludzi strze­la­ją­cych do jego żony i dzieci.

- Tak się składa - powie­dział, doga­nia­jąc Jamiego - że ostatni raz widzia­łem Lal­ly­broch... tro­chę wcze­śniej.

Jamie zatrzy­mał się, uno­sząc brwi. Roger odchrząk­nął. To wła­śnie chciał mu powie­dzieć; to była naj­lep­sza chwila.

- Kiedy posze­dłem szu­kać Jema, zaczą­łem od Lal­ly­broch. Znał to miej­sce, to był jego dom... pomy­śla­łem, że jeśli uda mu się uciec Came­ro­nowi, to może pój­dzie tam.

Jamie patrzył na niego przez chwilę, potem głę­boko ode­tchnął i ski­nął głową.

- Dziew­czyna mówiła... tysiąc sie­dem­set trzy­dzie­ści dzie­więć?

- Mia­łeś osiem­na­ście lat i byłeś w Paryżu na uni­wer­sy­te­cie. Twoja rodzina była z cie­bie bar­dzo dumna - rzekł cicho Roger. Jamie gwał­tow­nie odwró­cił głowę i znie­ru­cho­miał; Roger sły­szał drże­nie jego odde­chu.

- Jenny - powie­dział. - Spo­tka­łeś Jenny. Wtedy.

- Tak, spo­tka­łem ją. Miała może dwa­dzie­ścia lat. Wtedy. - Dla niego od tego czasu minął nie­cały rok. A Jenny miała teraz ile, sześć­dzie­siąt lat? - Pomy­śla­łem... pomy­śla­łem, że może powi­nie­nem cię uprze­dzić, zanim znów się z nią spo­tkam.

- Na wypa­dek, gdyby zasła­bła?

- Coś takiego.

Jamie odwró­cił się do niego. Na jego twa­rzy uśmiech mie­szał się z szo­kiem. Roger czuł jego nie­do­wie­rza­nie, dez­orien­ta­cję, zagu­bie­nie, jakby nie wie­dział, gdzie bez­piecz­nie posta­wić stopę. Jamie potrzą­snął głową jak byk, który opę­dza się od gza. Znam to uczu­cie, bra­cie, pomy­ślał Roger, znam wszyst­kie te uczu­cia.

- To... miło, że o tym pomy­śla­łeś. - Jamie prze­łknął ślinę i pod­niósł wzrok, gdy ude­rzyła go następna myśl, rów­nie bul­wer­su­jąca. - Mój ojciec. Powie­dzia­łeś "twoja rodzina". On... - Jego głos zamarł.

- Był tam. - Od strony ogni­ska sły­chać było teraz rów­no­mierne odgłosy pracy kobiet: brzęki, plu­ska­nie i skro­ba­nie, roz­mowy, któ­rych słów nie można było roz­róż­nić, prze­ry­wane krót­kimi wybu­chami śmie­chu i od czasu do czasu przy­wo­ły­wa­niem zabłą­ka­nego dziecka. Roger dotknął ramie­nia Jamiego i ruchem głowy wska­zał ścieżkę pro­wa­dzącą do źró­dła i ogrodu.

- Może gdzieś usią­dziemy i opo­wiem ci wszystko, zanim twoja sio­stra tu przyj­dzie. - Żebyś mógł to prze­tra­wić bez świad­ków, dodał w myślach.

Jamie wes­tchnął głę­boko, na chwilę zaci­snął usta, ski­nął głową i ruszył pierw­szy, mija­jąc wielki blok kamie­nia węgiel­nego. Roger pomy­ślał naraz, że ten kamień bar­dzo przy­po­mina inne, które widział na miej­scu bitwy pod Cul­lo­den - wiel­kie szare bloki skalne rzu­ca­jące dłu­gie cie­nie w wie­czor­nym świe­tle, a na każ­dym wykute nazwi­sko jed­nego klanu: McGil­li­vray, Came­ron, Mac­Do­nald... Fra­ser.

Roger stał obok Jamiego na omsza­łym brzegu, uprzej­mie podzi­wia­jąc zaczątki domku nad źró­dłem po dru­giej stro­nie rwą­cego stru­mie­nia.

- To jesz­cze nic takiego - powie­dział skrom­nie Jamie, wska­zu­jąc domek ruchem głowy. - Tylko tyle zdą­ży­łem zro­bić, ale nie­długo będę musiał posta­wić więk­szy. Może do wio­sny. Ten nie wytrzyma let­nich desz­czy.

Domek w obec­nej chwili skła­dał się ze skal­nego nawisu, do któ­rego po obu stro­nach dobu­do­wano nie­równe kamienne ściany z otwo­rami na dole, żeby stru­mień mógł swo­bod­nie prze­pły­wać. Kilka stóp nad przej­rzy­stą brą­zową wodą mię­dzy ścia­nami roz­cią­gały się drew­niane listwy. W tej chwili stały na nich trzy wia­dra mleka, każde przy­kryte obcią­żo­nym płót­nem dla zabez­pie­cze­nia przed muchami i żabami, oraz pół kręgu wosko­wa­nego moraw­skiego3 sera wiel­ko­ści głowy Rogera.

- Jenny warzy dosko­nałe sery - wyja­śnił Jamie. - Ale nie zna­la­zła jesz­cze dobrego star­tera, więc przy­wio­złem to z Salem.

Pod listwami w stru­mie­niu stało kilka kamion­ko­wych naczyń, które - jak powie­dział Jamie - zawie­rały masło, słodką i kwa­śną śmie­tanę oraz maślankę. Było tu spo­koj­nie, wie­trzyk od wody chło­dził powie­trze, stru­mień nie­ustan­nie roz­ma­wiał sam ze sobą. Na brzegu za kamien­nym mur­kiem rósł gąszcz wierzb, ich smu­kłe witki uno­siły się na powierzchni wody, zno­szone prą­dem.

- Jak młode kobiety, które myją włosy, prawda? - powie­dział Roger i Jamie uśmiech­nął się lekko, ale naj­wy­raź­niej nie był w tej chwili w odpo­wied­nim nastroju do poezji.

- Tędy. - Odwró­cił się ple­cami do stru­mie­nia i odsu­nął na bok gałę­zie mło­dego czer­wo­nego dębu. Roger poszedł za nim w górę po nie­wiel­kim zbo­czu. Dotarli na skalną półkę. W szcze­li­nach zado­mo­wiło się kilka przed­się­bior­czych drze­wek, ale na skraju pozo­stało jesz­cze dość miej­sca, by wygod­nie usiąść. Widzieli stąd prze­ciwny brzeg stru­mie­nia, malutki domek i spory kawa­łek roz­po­czy­na­ją­cej się przy nim ścieżki.

Jamie usiadł ze skrzy­żo­wa­nymi nogami, oparty ple­cami o drzewko.

- Będziemy stąd widzieć każ­dego, kto się zbliży. Chcia­łeś mi coś powie­dzieć.

Roger usiadł w cie­niu, zdjął buty i poń­czo­chy i zwie­sił nogi w miej­scu, gdzie przy skal­nej półce czuć było chłodny powiew. Miał nadzieję, że spo­wolni to jego serce. Nie było dobrego spo­sobu, by zacząć; musiał to po pro­stu zro­bić.

- Jak powie­dzia­łem, poje­cha­łem do Lal­ly­broch, szu­ka­jąc Jema. Oczy­wi­ście nie było go tam. Ale Brian... twój ojciec...

- Wiem, jak miał na imię - wtrą­cił Jamie sucho.

- Zwra­ca­łeś się tak kie­dyś do niego? - zapy­tał Roger pod wpły­wem impulsu.

- Nie - odrzekł Jamie ze zdzi­wie­niem. - Czy w waszych cza­sach męż­czyźni zwra­cają się do swo­ich ojców po imie­niu?

- Nie. - Roger lek­ce­wa­żąco poru­szył ręką. - Po pro­stu... nie powi­nie­nem tego mówić, bo to część mojej histo­rii, nie two­jej.

Jamie spoj­rzał na bled­nące niebo.

- Mamy jesz­cze sporo czasu do kola­cji. Pew­nie zdą­żysz mi opo­wie­dzieć o jed­nym i o dru­gim.

- To opo­wieść na inną oka­zję. - Roger wzru­szył ramio­nami. - Ale... krótko mówiąc, szu­ka­jąc Jema, zamiast niego zna­la­złem... no cóż, mojego wła­snego ojca. On też miał na imię Jere­miah. Mówiono do niego Jerry.

Jamie mruk­nął coś po gaelicku i prze­że­gnał się.

- No tak - rzekł Roger krótko. - Tak jak powie­dzia­łem... kiedy indziej. Ale widzisz, kiedy go zna­la­złem, miał zale­d­wie dwa­dzie­ścia dwa lata, a ja tyle co teraz; pra­wie mógł­bym być jego ojcem. Więc nazy­wa­łem go Jerry i tak o nim myśla­łem, a jed­no­cze­śnie wie­dzia­łem, że jest moim... no cóż. Nie mogłem mu powie­dzieć, kim jestem; nie było na to czasu.

Gar­dło znów mu się zaci­snęło; odchrząk­nął z wysił­kiem.

- No więc tak. Two­jego ojca w Lal­ly­broch spo­tka­łem wcze­śniej. O mało się nie prze­wró­ci­łem z szoku, kiedy otwo­rzył drzwi i mi się przed­sta­wił. - Na to wspo­mnie­nie przez jego twarz prze­biegł smutny uśmiech. - Był mniej wię­cej w moim wieku, może kilka lat star­szy. Pozna­li­śmy się... jako dwaj męż­czyźni. Pan Mac­Ken­zie. Pan Fra­ser.

Jamie krótko ski­nął głową. W jego oczach błysz­czało zacie­ka­wie­nie.

- A potem nade­szła twoja sio­stra. Przy­jęli mnie życz­li­wie i nakar­mili. Powie­dzia­łem two­jemu ojcu... cóż, oczy­wi­ście nie powie­dzia­łem mu wszyst­kiego, tylko że szu­kam synka, który został porwany.

Brian zaofe­ro­wał Roge­rowi noc­leg, a następ­nego ranka razem obje­chali wszyst­kich sąsia­dów, bez­sku­tecz­nie roz­py­tu­jąc o Jema i Roba Came­rona. Kolej­nego dnia zapro­po­no­wał, żeby poje­chać aż do Fort Wil­liam i popy­tać w gar­ni­zo­nie woj­sko­wym.

Spoj­rze­nie Rogera było utkwione w mchu rosną­cym obok jego kolana; zaokrą­glone zie­lone kępki na kamie­niach wyglą­dały jak główki mło­dych bro­ku­łów. Czuł, że Jamie słu­cha uważ­nie. Jego teść w ogóle się nie poru­szył, ale przy wzmiance o Fort Wil­liam Roger wyczuł w nim lek­kie napię­cie. A może to było jego wła­sne napię­cie... Wbił palce w chłodny, wil­gotny mech; moż­liwe, że chciał w ten spo­sób nawią­zać kon­takt z zie­mią.

- Dowódcą był ofi­cer nazwi­skiem Bun­combe. Twój ojciec powie­dział: "Jak na Anglika, jest cał­kiem porząd­nym czło­wie­kiem", i taki był. Brian wziął ze sobą dwie butelki whi­sky, cał­kiem nie­złej. - Zer­k­nął na Jamiego, który odpowie­dział mu bły­skiem uśmie­chu. - Pili­śmy z Bun­combe'em i on obie­cał, że każe swoim żoł­nie­rzom popy­tać. Wtedy poczu­łem... nadzieję. Jak­bym naprawdę miał szansę zna­leźć Jema.

Zawa­hał się przez chwilę, zasta­na­wia­jąc się, jak powie­dzieć to, co zamie­rzał, ale Jamie prze­cież znał Briana.

- Nie spra­wiła tego uprzej­mość Bun­combe'a, lecz Brian Dhu - rzekł, patrząc pro­sto na teścia. - Oka­zał się... miły, bar­dzo miły, ale cho­dziło o coś wię­cej. - Wspo­mnie­nie było nie­zwy­kle żywe: Brian jechał przed nim na wzgó­rze, jego czapka i sze­ro­kie ramiona pociem­niały od desz­czu, plecy miał pro­ste i mocne. - Czuło się... ja czu­łem, że skoro mam tego czło­wieka przy sobie, to wszystko będzie w porządku.

- Wszy­scy tak się przy nim czuli - powie­dział Jamie cicho, nie pod­no­sząc wzroku.

Roger w mil­cze­niu przy­tak­nął. Kasz­ta­nowa głowa Jamiego była pochy­lona, wzrok utkwiony w kola­nach, ale Roger dostrzegł, że ta głowa obraca się o uła­mek cala i prze­chyla, jakby w odpo­wie­dzi na dotyk, i poczuł na wła­snej skó­rze głowy leciutki dreszcz roz­po­zna­nia i podziwu.

To wła­śnie to, pomy­ślał, jed­no­cze­śnie zasko­czony i zupeł­nie nie zdzi­wiony. Widział to już wcze­śniej - a raczej czuł, ale dopiero za któ­rymś razem uświa­do­mił sobie, co to takiego: zmarli przy­by­wali na wezwa­nie, gdy mówili o nich ludzie, któ­rzy ich kochali. Czuł obec­ność Briana Dhu, tutaj, nad tym gór­skim stru­mie­niem, rów­nie wyraź­nie jak tam­tego ponu­rego dnia w szkoc­kich górach.

Krótko ski­nął głową duchowi, który stał obok nich, pomy­ślał: Wybacz mi, i zaczął mówić dalej.

Opo­wie­dział o Wil­lia­mie Buc­c­le­ighu Mac­Ken­ziem, który kie­dyś omal go nie zabił, a teraz pró­bo­wał to zre­kom­pen­so­wać, poma­ga­jąc mu szu­kać Jema. O tym, jak razem spo­tkali Dougala Mac­Ken­ziego, który zbie­rał czyn­sze ze swo­imi ludźmi...

- Jezu - powie­dział Jamie, cho­ciaż Roger zauwa­żył, że nie prze­że­gnał się na wzmiankę o Dougalu. Kąciki jego ust unio­sły się leciutko. - Czy Dougal wie­dział... że ten Buck jest jego synem?

- Nie - odrzekł Roger lako­nicz­nie. - Bo Buck jesz­cze się nie uro­dził. Ale Buck wie­dział, że Dougal jest jego ojcem; to nim tro­chę wstrzą­snęło. - Nie tylko nim.

- Wyobra­żam sobie - mruk­nął Jamie z odcie­niem roz­ba­wie­nia i Roger już nie po raz pierw­szy poczuł się zadzi­wiony zdol­no­ścią górali do prze­miesz­cza­nia się tam i z powro­tem mię­dzy tym a następ­nym świa­tem. Jamie zabił swo­jego wuja, bo nie miał innego wyj­ścia, ale po jego śmierci pojed­nał się z nim; Roger sły­szał, jak Jamie wzy­wał Dougala na pomoc w bitwie - i otrzy­mał tę pomoc.

Roger i Buck też ją otrzy­mali: Dougal poży­czył im konie.

Ale, jak Roger wspo­mniał już wcze­śniej, w tej chwili nie cho­dziło o jego wła­sne poszu­ki­wa­nia syna i ojca, lecz o to, co był winien innemu ojcu i innemu synowi. Cie­niowi Briana Dhu... i Jamiemu.

- Kie­dyś opo­wiem ci resztę. Na razie wró­ci­li­śmy do Lal­ly­broch, bo Brian przy­słał wia­do­mość, że zna­lazł coś, co może mieć dla mnie jakieś zna­cze­nie. Był to rodzaj zawieszki, którą przy­słał mu dowódca gar­ni­zonu w Fort Wil­liam. Wyglą­dała dziw­nie i było na niej nazwi­sko Mac­Ken­zie, więc dowódca i Brian uznali, że powi­nie­nem ją zoba­czyć. - Przy­po­mniał sobie ucisk w piersi, gdy zoba­czył zawieszkę: dwa kawałki spra­so­wa­nego kar­tonu, jeden czer­wony, drugi zie­lony, na oby­dwu nadru­ko­wane nazwi­sko "J.W. Mac­Ken­zie" oraz zagad­kowy sze­reg cyfr - iden­ty­fi­ka­tor pilota RAF i dowód na to, że szu­kali innego Jere­miaha.

- Musie­li­śmy się dowie­dzieć, skąd się wzięła ta zawieszka, więc wró­ci­li­śmy do Fort Wil­liam. I... - Musiał ode­tchnąć głę­boko, żeby to powie­dzieć. - Kapi­tana Bun­combe'a już tam nie było; nowym dowódcą gar­ni­zonu był kapi­tan Ran­dall.

Roz­ba­wie­nie znik­nęło z twa­rzy Jamiego; teraz była jak wykuta z kamie­nia.

- Tak. - Roger odkaszl­nął. - On. - Nowy dowódca był życz­liwy i przy­ja­zny. - Pomógł nam. To było... - Roger przez chwilę szu­kał odpo­wied­niego słowa, po czym roz­ło­żył ręce, nie mogąc go zna­leźć. - To było dziwne. To zna­czy... Wie­dzia­łem... co on...

- Co on mi zro­bił? - Jamie utkwił w nim nie­prze­nik­nione spoj­rze­nie.

- Wie­dzia­łem, co ci zro­bił. Cla­ire mi powie­działa... powie­działa nam, kiedy... - Zauwa­żył wyraz twa­rzy Jamiego i szybko mówił dalej: - To zna­czy wie­działa, że nie żyjesz, bo ina­czej ni­gdy by nie...

- To zna­czy, że powie­działa wam wszystko. - Wyraz twa­rzy Jamiego nie­wiele się zmie­nił, ale wyraź­nie pobladł.

O cho­lera, pomy­ślał Roger.

- No cóż, wła­ści­wie tylko... hm... bar­dzo ogól­nie... - Urwał. "Ni­gdy nie zosta­niesz dobrym duchow­nym, jeśli nie będziesz uczciwy", powie­dział mu Buck i miał rację. Roger ode­tchnął głę­boko. - Tak - przy­znał po pro­stu i poczuł pustkę w środku.

Jamie nie ode­zwał się ani sło­wem. Wstał, odwró­cił się, zagłę­bił na kilka kro­ków w krzaki, zatrzy­mał się i zwy­mio­to­wał.

O Jezu. O Boże. Co ja sobie myśla­łem! Roger miał wra­że­nie, że wstrzy­my­wał oddech co naj­mniej przez godzinę. Zaczerp­nął haust powie­trza, a potem jesz­cze jeden, zasta­na­wia­jąc się, co powi­nien powie­dzieć Jamiemu, jak mu to wyja­śnić i prze­pro­sić, jak pro­sić o wyba­cze­nie. Musiał to zro­bić, jeśli on i Bree mieli znów tu zamiesz­kać. W ogóle nie przy­szło mu do głowy, iż Jamie może nie zda­wać sobie sprawy, że on... na litość boską, a także Bree! - już od lat znają intymne szcze­góły jego oso­bi­stego Get­se­mani.

A niech to, a niech to, a niech to... do dia­bła... Sie­dział z zaci­śnię­tymi pię­ściami, słu­cha­jąc, jak Jamie oddy­cha spa­zma­tycz­nie, spluwa i dyszy. Wpa­try­wał się w szkar­łatną bie­dronkę z czar­nymi krop­kami, która sfru­nęła na jego kolano i teraz cho­dziła w jedną i w drugą stronę po sza­rym samo­dziale, z zacie­ka­wie­niem bada­jąc tka­ninę czuł­kami. W końcu krzewy zasze­le­ściły; Jamie wró­cił i usiadł, przy­ci­ska­jąc plecy do drzewka. Roger otwo­rzył usta, ale Jamie mach­nął ręką.

- Nie - powie­dział. Koszulę miał mokrą od potu, pomiętą przy oboj­czy­kach. Poja­wiły się już wszyst­kie wie­czorne owady. Nad ich gło­wami uno­siły się chmary koma­rów, dokoła roz­le­gało się gra­nie świersz­czy. Komar bzyk­nął przy uchu Rogera, ale ten nie pod­niósł ręki, żeby go zabić.

Jamie wes­tchnął i spoj­rzał na niego wprost.

- No dobrze - powie­dział. - Opo­wiedz mi resztę.

Roger ski­nął głową i spoj­rzał mu w oczy.

- Wie­dzia­łem o Ran­dallu, o tym, jaki był - rzekł bez ogró­dek. - I wie­dzia­łem, co się sta­nie. Nie tylko z tobą, także z twoją sio­strą. I z twoim ojcem.

Tym razem Jamie prze­że­gnał się powoli i wyszep­tał coś po gaelicku, czego Roger nie zro­zu­miał, nie pro­sił jed­nak o powtó­rze­nie.

- Powie­dzia­łem Buc­kowi tylko o chło­ście, nie o... - Palce oka­le­czo­nej dłoni Jamiego zadrżały, jakby znów chciały wyko­nać gest odci­na­nia. - O twoim ojcu i o tym, co się z nim wtedy stało.

Znów wró­ciła do niego zimna groza tej roz­mowy. Wie­dział, że jeśli nie zrobi nic, by powstrzy­mać Jacka Ran­dalla, Brian Dhu Fra­ser umrze przed upły­wem roku na atak apo­plek­sji, prze­ko­nany, że kapi­tan Ran­dall zachło­stał jego syna na śmierć. Jamie zosta­nie wyjęty spod prawa, pora­niony na ciele i duszy, przy­gnie­ciony poczu­ciem winy za śmierć ojca oraz świa­do­mo­ścią, że zosta­wił swój dom i dzier­żaw­ców na gło­wie pogrą­żo­nej w żało­bie i zała­ma­nej sio­stry. A Jenny, ta uro­cza dziew­czyna, będzie zupeł­nie sama, pozba­wiona nawet ochrony brata.

Jamie nie wzdry­gnął się, ale Roger czuł, że każde wła­sne słowo prze­szywa go jak ostra strzała. Jenny. Chry­ste, jak mam jej spoj­rzeć w oczy?

Ode­tchnął głę­boko. Dotarł już nie­mal do końca.

- Buck chciał go zabić... Ran­dalla. Od razu, bez waha­nia.

W gło­sie Jamiego poja­wił się cień drżą­cego uśmie­chu.

- To zna­czy, że był synem Dougala.

- Co do tego nie ma żad­nych wąt­pli­wo­ści - zapew­nił go Roger. - Szkoda, że nie widzia­łeś ich obu razem.

- Ja też żałuję.

Roger potarł dło­nią twarz i pokrę­cił głową.

- Rzecz w tym, że mogli­śmy go powstrzy­mać. To zna­czy go zabić. Byli­śmy uzbro­jeni. Spo­tka­łem go wcze­śniej, kiedy przy­sze­dłem z twoim tatą. Nie bał się mnie. Mogłem wejść do jego gabi­netu razem z Buc­kiem i zro­bić to. Albo mogli­śmy pójść za nim na jego kwa­terę i tam to zała­twić; mie­li­by­śmy duże szanse uciec.

Jamie wzdry­gnął się tylko raz, przy sło­wie "tato". Teraz jed­nak sie­dział spo­koj­nie, tylko oczy w jego twa­rzy były żywe.

- Nie pozwo­li­łem Buc­kowi tego zro­bić - wypa­lił Roger. - Wie­dzia­łem, co się sta­nie, wie­dzia­łem o wszyst­kim, i pozwo­li­łem, żeby to się zda­rzyło. Two­jej rodzi­nie. Tobie.

Jamie spu­ścił wzrok, ale nie odpo­wie­dział. Roger poczuł świeże powie­trze napły­wa­jące z dołu, od strony stru­mie­nia, poczuł chłodny cień drzew na roz­pa­lo­nej twa­rzy.

W końcu Jamie poru­szył się i krótko ski­nął głową, a potem jesz­cze raz, jakby pod­jął decy­zję.

- A gdy­byś go zabił? - ode­zwał się cicho. - Gdy­bym nie został wyjęty spod prawa, nie zna­la­zł­bym się w pobliżu Cra­igh na Dun i nie potrze­bo­wał­bym pil­nie uzdro­wi­ciela w dniu, kiedy... - Uniósł jedną brew.

Roger w mil­cze­niu ski­nął głową.

- Brianna? - dodał cicho Jamie. Jej imię w Gaidhlig brzmiało jak chłodny powiew wia­tru. - Czy ona by się zda­rzyła? A dzieci? I ty, jeśli o to cho­dzi?

- Ja... my... to mimo wszystko mogło się zda­rzyć. - Roger prze­łknął ślinę. - W inny spo­sób. Ale tak. Bałem się, że może nie. Ale ja nie... - Urwał. Jamie rozu­miał, że nie pró­buje się uspra­wie­dli­wiać.

- Ano tak. - Jamie wstał i chmara koma­rów roz­pro­szyła się jak deszcz zło­tego pyłu w wie­czor­nym świe­tle. - W takim razie nie martw się. Nie pozwolę, żeby Jenny cię zabiła. Chodź, bo kola­cja się przy­pali.

Roger miał wra­że­nie, że zie­mia usuwa mu się spod stóp. Sam nie wie­dział, czego się spo­dzie­wał, ale na pewno nie pozor­nego spo­koju i akcep­ta­cji.

- Ty... nie... - zaczął z waha­niem.

- Nie. - Jamie wycią­gnął rękę, a kiedy Roger ją przy­jął, pocią­gnął go na nogi. Sta­nęli twa­rzą w twarz pośród drzew szu­mią­cych w wie­czor­nym wie­trze.

- Widzisz, dużo nad tym myśla­łem - powie­dział Jamie swo­bod­nie, prze­chy­la­jąc głowę w stronę stru­mie­nia - po Cul­lo­den, kiedy pro­wa­dzi­łem życie banity. Pod gołym nie­bem, słu­cha­jąc gło­sów, które zda­wały się dobie­gać w wie­trze. Spo­glą­da­łem w prze­szłość i zasta­na­wia­łem się nad wszyst­kim, co zro­bi­łem i czego nie zro­bi­łem, i myśla­łem, co by było, gdy­bym postą­pił ina­czej. Gdy­by­śmy nie pró­bo­wali powstrzy­mać Karola Stu­arta... może nie zmie­ni­łoby to losu całej Szko­cji, ale nasz wła­sny na pewno tak. Może uda­łoby mi się zatrzy­mać Cla­ire przy sobie. Gdy­bym nie poszedł do Lasku Buloń­skiego poje­dyn­ko­wać się z Jac­kiem Ran­dal­lem, czy miał­bym teraz dwie córki?

Potrzą­snął głową. Twarz miał pokrytą głę­bo­kimi zmarszcz­kami, oczy skry­wał cień.

- Żaden czło­wiek nie jest panem wła­snego życia - powie­dział. - Jakaś jego część zawsze spo­czywa w cudzych rękach. Można tylko mieć nadzieję, że głów­nie w rękach Boga. - Dotknął ramie­nia Rogera i wska­zał na ścieżkę. - Powin­ni­śmy już iść.

Roger ruszył za nim. Czuł się spo­koj­niej­szy, ale patrząc na brudną, szorstką koszulę na ple­cach Jamiego, przez cały czas widział ukryte pod nią bli­zny.

- Pamię­taj - Jamie odwró­cił się do niego przy ścieżce - lepiej nie mów Jenny tego, co wła­śnie mi powie­dzia­łeś. Nie od razu. Niech naj­pierw do cie­bie przy­wyk­nie.

*

Jamie wziął od Fanny i Mandy garść patycz­ków i kazał im patrzeć, jak należy je uło­żyć, żeby roz­nie­cić więk­szy ogień. Nie­wiel­kie ogni­sko paliło się przez cały dzień; wystar­czało, by zago­to­wać wodę i by Cla­ire mogła przy­rzą­dzić gulasz skła­da­jący się przede wszyst­kim z dużej ilo­ści mło­dych ziem­nia­ków z dodat­kiem mar­chewki, groszku, leśnych grzy­bów i cebuli, aro­mat nada­wały mu okrawki pie­czo­nego oposa. Jamie obej­rzał się przez ramię, żeby się upew­nić, że jest zajęta czym innym, po czym kon­spi­ra­cyj­nie przy­wo­łał bli­żej dziew­czynki.

- Pową­chajmy - szep­nął. Zachi­cho­tały, opie­ra­jąc się o jego ramiona. Powoli pod­niósł pokrywkę, uwal­nia­jąc obło­czek pary pach­ną­cej mię­sem, winem i cebulą. Dziew­czynki pocią­gnęły nosami. On rów­nież wcią­gnął zapach głę­boko przez nos. Od ape­tycz­nego aro­matu zabur­czało mu w brzu­chu i dziew­czynki znów zachi­cho­tały, roz­glą­da­jąc się dookoła z poczu­ciem winy.

- Co ty u licha robisz, tato? - Odwró­cił się i zoba­czył córkę, która stała nad nim z wyra­zem dez­apro­baty na twa­rzy. - Mandy, uwa­żaj! Odsuń Esme­raldę od ognia!

- Ja tylko uczę dziew­czynki goto­wać - odrzekł bez­tro­sko. Podał jej pokrywkę, skło­nił się i odszedł, odpro­wa­dzany ich śmie­chem.

To był dobry moment, by odejść; zapa­dał zmierzch, kola­cja wkrótce będzie gotowa. Rozej­rzał się za Jenny. Zamie­rzał wziąć ją na bok i nieco przy­go­to­wać na spo­tka­nie z Roge­rem Macem. Ale jak miał ją do tego przy­go­to­wać? Czy miał zapy­tać: "Pamię­tasz może czło­wieka, który czter­dzie­ści lat temu przy­je­chał do Lal­ly­broch, szu­ka­jąc syna? Nie pamię­tasz? Ach. No cóż, on jest tutaj... tylko że...".

Może będzie pamię­tać. Była wtedy młodą dziew­czyną, a Roger Mac był przy­stoj­nym męż­czy­zną. Według jego słów ich tato poświę­cił mu sporo czasu, poma­ga­jąc w poszu­ki­wa­niach, więc może...

Uświa­do­mił sobie, że myślał o tacie tak swo­bod­nie, jakby tam­ten wciąż żył, i poczuł się tak, jakby nie tra­fił nogą w sto­pień scho­dów i stra­cił rów­no­wagę.

- Hm? - Uświa­do­mił sobie, że Cla­ire zadała mu jakieś pyta­nie i czeka na odpo­wiedź. - Prze­pra­szam, Angliszko, myśla­łem o czymś. Co powie­dzia­łaś?

Unio­sła brwi, ale z uśmie­chem podała mu butelkę.

- Pyta­łam, czy mógł­byś to otwo­rzyć. - Była to butelka zeszło­rocz­nego muskatu, którą Jimmy Robert­son odwdzię­czył się za nasta­wie­nie zła­ma­nej ręki jego naj­młod­szemu synowi.

- Myślisz, że warto to otwie­rać? - zapy­tał, oglą­da­jąc butelkę kry­tycz­nie. Korek sie­dział cia­sno w szyjce, ale był wysu­szony i kru­chy; Cla­ire naj­wy­raź­niej pró­bo­wała go wycią­gnąć i więk­sza część odła­mała się i roz­kru­szyła w jej dłoni.

- Nie - odpo­wie­działa - ale czy taki powód kie­dy­kol­wiek powstrzy­mał Szkota przed wypi­ciem cze­goś?

- Angli­ków, któ­rych znam, też nie powstrzy­mał. Może Fran­cuz byłby bar­dziej wybredny. - Pod­niósł do góry butelkę z brą­zo­wego szkła i pod świa­tło spraw­dził poziom wina, po czym wycią­gnął nóż i ostrzem ude­rzył w szyjkę. Szkło pękło czy­sto, choć uko­śnie.

- Przy­naj­mniej nie będzie go czuć kor­kiem.

- To dobrze. Ja... To Oggy czy puma?

- Brzmi jak pier­dząca puma, więc to pew­nie Oggy.

Roze­śmiała się i przez moment poczuł się szczę­śliwy. Pocią­gnął łyk wina, skrzy­wił się i oddał jej butelkę.

- Kogo zamie­rzasz tym napoić?

- Nikogo - odpo­wie­działa i ostroż­nie pową­chała wino. - Zamie­rzam namo­czyć w nim na noc bar­dzo twardy kawał łosia razem z resztką dzi­kiego czosnku, a potem ugo­to­wać go z fasolą i ryżem. Jak oni w końcu nazwą to dziecko i kiedy, jak myślisz?

- Nie ma pośpie­chu, nie? I tak nikt go nie pomyli z żad­nym innym dziec­kiem z oko­licy. - Rze­czy­wi­ście, było to nie­moż­liwe. Jamie jesz­cze ni­gdy nie sły­szał dziecka z sil­niej­szymi płu­cami niż synek Rachel, który rzadko prze­sta­wał z nich korzy­stać. W tej chwili zda­wało się, że czuje się dobrze i ryczy tylko dla zabawy.

- Wyjdę im naprze­ciw - oznaj­mił. - Chcę poroz­ma­wiać z Jenny, zanim zoba­czy Rogera Maca.

Twarz Cla­ire stra­ciła wszelki wyraz. Szybko odwró­ciła głowę w stronę drzew, gdzie stali Brianna i Roger, pogrą­żeni w roz­mo­wie. Czy mówi jej to, co powie­dział wcze­śniej mnie? - zasta­na­wiał się Jamie i znów poczuł się tak, jakby spa­dał ze scho­dów.

- Dobry Boże. - W oczach Cla­ire bły­snęło podobne zain­te­re­so­wa­nie jak na widok bro­da­wek odbytu dru­cia­rza, które przy­po­mi­nały mię­si­sty kala­fior wyra­sta­jący mu z tyłka. - Nie pomy­śla­łam o tym.

- No cóż, pew­nie nie zemdleje, skoro nie zro­biła tego jesz­cze ni­gdy w życiu - odrzekł. - Ale na wszelki wypa­dek przy­go­tuj szkla­neczkę cze­goś moc­niej­szego.

Oka­zało się, że jego sio­stra nie przy­szła razem z Ianem i Rachel; Rachel powie­działa, że Jenny wstą­piła do Morag MacAu­ley, żeby wyże­brać od niej odro­binę matki octo­wej, ale zaraz tu przyj­dzie. Całe szczę­ście, pomy­ślał. Podzię­ko­wał Rachel i krótko potar­gał wło­ski na czubku głowy Oggy'ego, co zwy­kle go roz­śmie­szało. Tym razem dziecko też zaśmiało się gło­śno i Jamie ruszył ścieżką nieco spo­koj­niej­szy.

Jenny sie­działa na zwa­lo­nym pniu obok ścieżki i wytrzą­sała kamień z buta. Usły­szała jego kroki, pod­nio­sła wzrok i rzu­ciła mu się w ramiona, zapo­mi­na­jąc o bucie.

- Jamie, a chu­isle! Twoja piękna dziew­czyna! Tak się cie­szę razem z tobą, o mało nie pęknę z rado­ści! - Wypu­ściła go z objęć i pod­nio­sła na niego oczy pełne łez, a on rów­nież poczuł ukłu­cie pod powie­kami, choć zara­zem nie potra­fił powstrzy­mać śmie­chu. Radość sio­stry przy­po­mniała mu o jego wła­snej.

- Ano tak, ja też się cie­szę. - Szybko otarł oczy ręka­wem i popra­wił cze­pek Jenny. - Jak dawno temu pozna­łaś Briannę? Mówiła, że poje­chała do Lal­ly­broch, kiedy szu­kała swo­jej matki i mnie. I że spo­tkała tam cie­bie, Iana i wszyst­kich. Laogha­ire też - przy­po­mniał sobie.

Jenny prze­że­gnała się na wspo­mnie­nie tego imie­nia i rów­nież się roze­śmiała.

- Matko Prze­naj­święt­sza, szkoda, że nie widzia­łeś twa­rzy Laogha­ire na widok tej dziew­czyny! I potem, kiedy pró­bo­wała jej ode­brać perły mamy, a Brianna odpę­dziła ją jak komara!

- Tak było? - Przez chwilę poża­ło­wał, że tego nie widział, ale zaraz sobie przy­po­mniał, dla­czego chciał zna­leźć Jenny.

- Mąż Brianny - powie­dział do czubka jej głowy, gdy znów się pochy­liła, by wło­żyć but. - Roger Mac­Ken­zie.

- No tak. Co to za czło­wiek? Pisa­łeś w listach, że go lubisz.

- Na­dal go lubię - zapew­nił ją. - Ale... Pamię­tasz, jak przy­je­cha­łem z Cla­ire do Szko­cji, żeby pocho­wać gene­rała Simona w Bal­nain?

- Nie mogła­bym tego zapo­mnieć - odrze­kła i jej twarz pociem­niała. Było to wtedy, kiedy Ian powoli umie­rał; to był okropny czas dla nich wszyst­kich, ale dla niej zde­cy­do­wa­nie naj­gor­szy. Jamie nie chciał przy­wo­ły­wać do niej tych wspo­mnień nawet na chwilę, ale nie miał poję­cia, jak ina­czej jej to powie­dzieć.

- W takim razie pew­nie pamię­tasz, co powie­działa wam Cla­ire o tym... skąd pocho­dzi.

Jenny spoj­rzała na niego z nie­zro­zu­mie­niem. Umysł wciąż miała zajęty wspo­mnie­niami, ale zaraz zamru­gała i zmarsz­czyła brwi.

- Tak - odrze­kła ostroż­nie. - O ile pamię­tam, opo­wia­dała coś o kamien­nych krę­gach i wróż­kach.

- Tak, wła­śnie to. A teraz... czy możesz cof­nąć się nieco dalej... do czasu, kiedy ja byłem w Paryżu, tuż przed śmier­cią taty?

- Mogę - powie­działa zwięźle, wpa­tru­jąc się w niego. - Ale nie chcę. Dla­czego mnie tym wszyst­kim drę­czysz?

Poru­szył nie­cier­pli­wie ręką, doma­ga­jąc się, by go wysłu­chała.

- W Lal­ly­broch poja­wił się wtedy pewien męż­czy­zna, który szu­kał porwa­nego syna. Miał ciemne włosy. Powie­dział, że nazywa się Roger Mac­Ken­zie i pocho­dzi z Lochalsh. Pamię­tasz go?

Słońce już zacho­dziło, ale było jesz­cze wystar­cza­jąco jasno, by zauwa­żył, jak krew odpływa z twa­rzy Jenny. Z wysił­kiem prze­łknęła ślinę i krótko ski­nęła głową.

- Jego synek miał na imię Jere­miah - powie­działa. - Pamię­tam, bo dowódca gar­ni­zonu przy­słał tacie nie­duży wisio­rek. Zaci­snęła usta i Jamie wie­dział, że pomy­ślała o Jacku Ran­dallu. - A kiedy ten ciem­no­włosy... męż­czy­zna wró­cił, tato dał mu ten wisio­rek. Sły­sza­łam póź­niej, jak pan Mac­Ken­zie mówił swo­jemu przy­ja­cie­lowi, że to musiało nale­żeć do jego wła­snego ojca, który miał na imię Jere­miah, tak jak... Jemmy. Jego syn miał na imię Jere­miah, nazy­wali go Jemmy. - Zamil­kła i spoj­rzała na niego oczami okrą­głymi jak trzy­pen­sówki. - Chcesz mi powie­dzieć, że ten Jemmy to twój wnuk, a ten ciem­no­włosy męż­czy­zna...

- Tak - powie­dział i wypu­ścił oddech.

Znów usia­dła, bar­dzo powoli. Zosta­wił ją w spo­koju. Aż za dobrze pamię­tał mie­szankę nie­do­wie­rza­nia, oszo­ło­mie­nia i stra­chu, które poczuł, kiedy ura­to­wał Cla­ire pod­czas pro­cesu o czary w Cra­ne­smuir, a ona, zmal­tre­to­wana i roz­trzę­siona, w końcu powie­działa mu, kim jest. Pamię­tał też wyraź­nie, co wtedy powie­dział: "Byłoby łatwiej, gdy­byś była tylko cza­row­nicą". Dla­tego teraz uśmiech­nął się i przy­kuc­nął przed sio­strą.

- Ano, wiem. Ale tak naprawdę to rów­nie dobrze mogliby pocho­dzić z... na przy­kład z Hisz­pa­nii. Albo, powiedzmy, z Tim­buktu.

Rzu­ciła mu ostre spoj­rze­nie i prych­nęła, ale jej dło­nie, zaci­śnięte na kola­nach, roz­luź­niły się.

- A więc wygląda to tak, że oboje, Roger Mac i Brianna, byli wtedy w Lal­ly­broch. Pozna­łaś Briannę, kiedy nas szu­kała, ale Rogera Maca spo­tka­łaś wiele lat wcze­śniej, kiedy szu­kał swo­jego synka. Brianna poja­wiła się tam znowu tro­chę póź­niej, razem z dziećmi, szu­ka­jąc Rogera. Nie widzia­łaś jej wtedy, ale ona spo­tkała tatę.

Zamilkł na chwilę. Spoj­rze­nie Jenny zmie­niło się nagle. Usia­dła pro­sto.

- Widziała tatę? Ale on już nie żył... - Urwała, pró­bu­jąc uło­żyć sobie to wszystko w gło­wie.

- Spo­tkała go. - Prze­łknął gulę w gar­dle. - Roger Mac też spę­dził z nim tro­chę czasu, kiedy szu­kali Jema. On... opo­wia­dał mi różne rze­czy o tacie. Widzisz... oni oby­dwoje widzieli go zale­d­wie kilka mie­sięcy temu - powie­dział cicho, mocno ści­ska­jąc jej dłoń. - Kiedy słu­cha­łem, jak Roger Mac o nim mówi... czu­łem się tak, jakby tato stał obok mnie.

Z cichym szlo­chem zaci­snęła obie ręce na jego dłoni. Łzy znów napły­nęły jej do oczu, ale nie czuła lęku. Zamru­gała i pocią­gnęła nosem.

- Może będzie ci łatwiej, jeśli pomy­ślisz o tym jak o cudzie - powie­dział, pró­bu­jąc jej jakoś pomóc. - Bo prze­cież... to jest cud, nie?

Spoj­rzała na niego, wyjęła chu­s­teczkę i wydmu­chała nos.

- Fag mi - powie­działa. Nie dener­wuj mnie.

- Chodź. - Wstał i pocią­gnął ją na nogi. - Musisz poznać nowego bra­tanka. Po raz drugi.

Roger zoba­czył naj­pierw cień Jamiego, który wyło­nił się zza komina, ciemna syl­wetka na ciem­nym tle. Za nim szedł kolejny cień, tak nie­wy­raźny, że przez chwilę nie był pewien, czy w ogóle go widzi. Sam nie wie­dział, kiedy ruszył przed sie­bie i spo­tkali się przy kręgu świa­tła pada­ją­cego z ogni­ska. Pło­mie­nie migo­czące za jego ple­cami odbi­jały się w jej oczach i ujrzał w ich bla­sku uro­czą dziew­czynę, którą poznał wcze­śniej.

- Panno Fra­ser - powie­dział cicho i ujął jej dło­nie, drobne i mocne jak łapki ptaka. - Cie­szę się ze spo­tka­nia.

Zaśmiała się i wokół jej oczu poja­wiły się zmarszczki.

- Ostat­nim razem, kiedy się spo­tka­li­śmy, chcia­łam, żebyś uca­ło­wał moją rękę, ale nie zro­bi­łeś tego.

Widział żyłkę pul­su­jącą szybko na jej szyi, ale ręka w jego dłoni nie drżała. Pod­niósł ją do ust i uca­ło­wał ze szczerą czu­ło­ścią.

- Sądzi­łem, że two­jemu ojcu mogłoby się to nie spodo­bać - powie­dział z uśmie­chem.

Na jej twa­rzy odbiło się zasko­cze­nie. Zaci­snęła palce na jego dłoni.

- To prawda - szep­nęła, wpa­tru­jąc się w niego. - Widzia­łeś tatę, roz­ma­wia­łeś z nim... zale­d­wie kilka mie­sięcy temu? Twój głos nie brzmi, jak­byś... Nie mówisz o nim jak o zmar­łym - rze­kła z zadzi­wie­niem.

Z gar­dła Jamiego wydo­był się cichy pomruk, a on sam wyszedł z cie­nia i dotknął jej ramie­nia.

- Brianna też - powie­dział cicho i prze­chy­lił głowę w stronę ognia, gdzie sie­działa Brianna. Trzy­mała w ramio­nach Oggy'ego i roz­ma­wiała z innymi dziećmi. Cie­płe powie­trze napły­wa­jące od ogni­ska uno­siło jej dłu­gie rude włosy. Poru­szała pulchną rączką dziecka, wyko­nu­jąc maje­sta­tyczne gesty i prze­ma­wia­jąc do niego głę­bo­kim, komicz­nym tonem. Pozo­stałe dzieci chi­cho­tały.

- Ona też widziała tatę, cho­ciaż nie roz­ma­wiała z nim. Był na cmen­ta­rzu w Lal­ly­broch; mówiła, że klę­czał przy kamie­niu Mam­me­igh i że przy­niósł jej gałązki ostro­krzewu i cisu, zwią­zane czer­woną nicią.

- Mam­ma­idh...

Głos ugrzązł Jenny w gar­dle. Roger zauwa­żył w jej oczach lśnie­nie łez i puścił jej rękę. Jamie objął ją ramie­niem i przy­cią­gnął do sie­bie. Brat i sio­stra objęli się z miło­ścią.

Wciąż na nich patrzył, kiedy obok niego sta­nęła Cla­ire. Ona też na nich patrzyła; twarz miała spo­kojną, w oczach błysz­czały uczu­cia. W mil­cze­niu wzięła go za rękę.

9. Bajki o zwierzątkach

Trwało to nie dwa tygo­dnie, ale mie­siąc, lecz zanim zaczęły doj­rze­wać dzi­kie wino­grona, Jamie, Roger i Bree - bar­dzo ostroż­nie, pośród chi­cho­tów przy­cup­nię­tych w pobliżu dzieci - przy­pięli dużą płachtę popla­mio­nego bia­łego płótna (pozszy­waną z kawał­ków uszko­dzo­nego grota slupa Mary­narki Kró­lew­skiej, remon­to­wa­nego w Wil­ming­ton, oca­lo­nych przez Fer­gusa, który aku­rat prze­cho­dził nabrze­żem) na drew­nia­nym szkie­le­cie kuchni Nowego Domu.

Mie­li­śmy dach nad głową. Nasz wła­sny.

Sta­łam pod nim długo, patrząc w górę i po pro­stu się uśmie­cha­jąc.

Ludzie wcho­dzili i wycho­dzili, przy­no­sząc rze­czy z szopy, z chaty Hig­gin­sów, z domku nad źró­dłem, spod osłon przy Wiel­kiej Kło­dzie, z ogrodu. Nie­ocze­ki­wa­nie przy­po­mniało mi się, jak roz­bi­ja­li­śmy obóz na wypra­wie z wujem Lam­bem: ta sama bez­ładna bie­ga­nina z baga­żami, dobry nastrój, poczu­cie ulgi, szczę­ścia i wycze­ki­wa­nia.

Jamie usta­wił szafkę na żyw­ność na nowej sosno­wej pod­ło­dze, bar­dzo ostroż­nie, żeby nie powgnia­tać ani nie pory­so­wać desek.

- Próżny trud - powie­dział do mnie z uśmie­chem. - Za tydzień ta pod­łoga będzie wyglą­dała tak, jakby prze­bie­gło po niej stado świń. Dla­czego się uśmie­chasz? Bawi cię ta myśl?

- Mnie nie, ale cie­bie tak - odrze­kłam. Roze­śmiał się, objął mnie ramie­niem i oboje spoj­rze­li­śmy w górę.

Płótno jaśniało olśnie­wa­jącą bielą, przy jego brze­gach jarzyło się słońce póź­nego poranka. Unio­sło się na wie­trze z lek­kim szme­rem i cie­nie licz­nych plam z mor­skiej wody, brudu i cze­goś, co mogło być krwią ryb lub ludzi, poru­szyły się na pod­ło­dze wokół naszych stóp jak pły­ci­zny naszego nowego życia.

- Spójrz - szep­nął mi do ucha, trą­ca­jąc mnie brodą w poli­czek.

Na dru­gim końcu pomiesz­cze­nia stała Fanny. Patrzyła w górę, zatra­ciw­szy się w śnież­no­bia­łym bla­sku, i nie zwra­cała uwagi na kota Adso, który ocie­rał się o jej kostki w nadziei na coś do jedze­nia. Uśmie­chała się.

Jamie wyko­pał zagłę­bie­nie. Płytka bruzda w czar­nej, nakra­pia­nej dro­bi­nami miki ziemi przy ścia­nie komina miała jakieś dzie­sięć cali dłu­go­ści.

We trzech z Roge­rem i Ianem - sapiąc, dysząc i prze­kli­na­jąc po gaelicku, fran­cu­sku, angiel­sku oraz w języku Mohaw­ków - przy­tar­gali wczo­raj znad Zie­lo­nego Źró­dła wielki blok ser­pen­ty­nitu prze­zna­czony na pale­ni­sko. Stał teraz oparty o komin i cze­kał. Jego spodnia strona pokryta była zie­mią i korzon­kami. Zauwa­ży­łam nie­wiel­kiego pająka, który wynu­rzył się z zagłę­bie­nia, odwa­żył się przejść cal czy dwa i zastygł, oszo­ło­miony.

- Zacze­kaj - powie­dzia­łam do Jamiego, który przy­siadł na pię­tach i wycią­gnął rękę do Bree, cze­ka­ją­cej obok z czar­nym dłu­tem w dłoni. Uniósł brwi, ale ski­nął głową. Dzieci zgro­ma­dziły się wokół mnie, zacie­ka­wione przy­czyną tego prze­stoju. Przy­trzy­mu­jąc skraj far­tu­cha, pró­bo­wa­łam go wsu­nąć pod pająka tak, żeby go nie prze­stra­szyć. Prze­biegł po kamie­niu, wzbił się w powie­trze i wylą­do­wał na koszuli Jamiego, który nakrył go stu­loną dło­nią i wciąż z unie­sio­nymi brwiami wstał ostroż­nie, pod­szedł do zewnętrz­nej kra­wę­dzi pod­łogi, cof­nął rękę i ener­gicz­nie wytrzą­snął koszulę mię­dzy słup­kami na wpół zbu­do­wa­nej ściany.

- Thalla le Dia! - powie­dział Jemmy.

- Co? - zdzi­wiła się Fanny, która patrzyła na całą scenę z otwar­tymi ustami.

- Idź z Bogiem - wyja­śnił Jemmy rze­czowo. - A co innego można powie­dzieć pają­kowi?

- Rze­czy­wi­ście - przy­znał Jamie. Pokle­pał Jema po ramie­niu, znów ukląkł przy pale­ni­sku i wycią­gnął rękę do córki. Ku mojemu zasko­cze­niu Bree uca­ło­wała dłuto, jakby to był kru­cy­fiks, i deli­kat­nie wsu­nęła w jego dłoń.

Jamie rów­nież pod­niósł je do ust i uca­ło­wał jak szty­let, a następ­nie ostroż­nie uło­żył w zagłę­bie­niu i lewą dło­nią przy­sy­pał zie­mią. Znowu przy­siadł na pię­tach i popa­trzył na wszyst­kie twa­rze po kolei. Była tu tylko rodzina: my, Brianna, Roger, Jem i Mandy, Ger­main, Fanny, Ian, Rachel oraz Jenny, która trzy­mała na rękach śpią­cego Oggy'ego.

- Boże, pobło­go­sław ten dom - powie­dział -

I każ­dego, kto spo­cznie tu tej nocy;

Bło­go­sław, Boże, tych, któ­rych kocham

W każ­dym miej­scu, gdzie śpią;

Tej nocy i każ­dej innej nocy,

Dzi­siaj i każ­dego innego dnia.

Niech to święte żelazo będzie świad­kiem

Bożej miło­ści i ochrony tego domu.

Uro­czy­sta cisza zgro­ma­dze­nia prze­trwała jakieś pięć sekund.

- Teraz idziemy jeść! - oznaj­miła Mandy rado­śnie.

Jamie roze­śmiał się razem ze wszyst­kimi, ale zamilkł i dotknął jej policzka.

- Tak, m'ann­sachd. Ale dopiero wtedy, kiedy kamień znaj­dzie się na miej­scu. Odsuń się tro­chę.

Brianna pochwy­ciła Mandy i odcią­gnęła ją daleko do tyłu, gestem przy­wo­łu­jąc Jema, Fanny i Ger­ma­ina, któ­rzy cof­nęli się, choć nie­chęt­nie. Męż­czyźni kilka razy napięli muskuły, a potem, na sygnał Jamiego, pochy­lili się i chwy­cili kamień.

- Arrrrr! - wykrzyk­nęli Jem i Ger­main z entu­zja­zmem, naśla­du­jąc dźwięki wyda­wane przez męż­czyzn. Oggy obu­dził się i z prze­ra­że­niem uło­żył usta w ide­alne "O". Jenny w samą porę zdą­żyła wetknąć w nie kciuk. Odru­chowo zaci­snął na nim wargi i zaczął ssać, choć oczy wciąż miał okrą­głe ze zdu­mie­nia.

Po dłu­giej chwili wypeł­nio­nej chrzą­ka­niem, manew­ro­wa­niem, mam­ro­ta­niem wska­zó­wek, okrzy­kami nie­po­koju, gdy kamień wyśli­zgi­wał się komuś z rąk, śmie­chami i gada­niną publicz­no­ści, udało im się pod­nieść kamień, obró­cić go reszt­kami sił i uło­żyć pła­sko na miej­scu. Jamie dyszał ciężko, pochy­lony i zaczer­wie­niony, opie­ra­jąc dło­nie na kola­nach. Pot spły­wał mu po szyi. Wypro­sto­wał się powoli i spoj­rzał na mnie.

- Mam nadzieję, że spodoba ci się ten dom, Angliszko - powie­dział i zaczerp­nął głę­boki haust powie­trza - bo następ­nego już ci nie zbu­duję.

Stop­niowo wszy­scy doszli do sie­bie i zebra­li­śmy się przy nowym pale­ni­sku na ostat­nie bło­go­sła­wień­stwo. Jamie sta­nął przed komi­nem i ski­nął na Rogera i Iana, by sta­nęli po obu jego stro­nach. Wyda­wali się rów­nie zasko­czeni jak ja.

- Pobło­go­sław, Boże - powie­dział - księ­życ, który jest nade mną.

Pobło­go­sław, Boże, zie­mię, która jest pode mną,

Pobło­go­sław, Boże, moją żonę i moje dzieci,

I pobło­go­sław, Boże, mnie samego, który się o nich trosz­czę;

Pobło­go­sław moją żonę i moje dzieci

I pobło­go­sław, Boże, mnie, który się o nich trosz­czę.

Pobło­go­sław, Boże, to, na czym spo­czywa mój wzrok.

Pobło­go­sław, Boże, to, na czym opiera się moja nadzieja,

Pobło­go­sław, Boże, mój rozum i mój cel.

Pobło­go­sław, o pobło­go­sław je, Boże żywota;

Pobło­go­sław, Boże, mój rozum i mój cel,

Pobło­go­sław, o pobło­go­sław je, Boże żywota.

Pobło­go­sław mi towa­rzyszkę łoża mojej miło­ści.

Pobło­go­sław mi pracę moich rąk.

Pobło­go­sław, o pobło­go­sław mi, Boże, zapory mojej obrony.

I pobło­go­sław, o pobło­go­sław mi anioły mego odpo­czynku;

Pobło­go­sław, pobło­go­sław mi, Boże, zapory mojej obrony.

I pobło­go­sław, o pobło­go­sław mi anioły mojego odpo­czynku.

Ski­nię­ciem głowy wska­zał, że powin­ni­śmy do niego dołą­czyć, więc tak zro­bi­li­śmy.

Pobło­go­sław, Boże, to domo­stwo

I każ­dego, kto spo­cznie tu tej nocy;

Pobło­go­sław, Boże, moich bli­skich

W każ­dym miej­scu, gdzie będą spać;

Tej nocy i każ­dej innej nocy;

Dzi­siaj i każ­dego innego dnia.

Wśród szmeru wyda­wa­nych przy­ci­szo­nym gło­sem instruk­cji każdy z nas przy­niósł do pale­ni­ska patyk, a Brianna uło­żyła je sta­ran­nie i wsu­nęła pod spód kilka gar­ści pod­pałki.

Ode­tchnę­łam głę­boko i gdy Jamie podał mi pęk słomy, wrzu­ci­łam go do kociołka z żarem z mojego gabi­netu, a potem przy­klę­kłam na nowym zie­lo­nym kamie­niu i roz­pa­li­łam ogień.

Zje­dli­śmy zimną kola­cję na naszej nowej weran­dzie, bo w kuchni nie było jesz­cze stołu ani ław, ale na tę oka­zję już wcze­snym ran­kiem przy­go­to­wa­łam cia­sto na ciastka z melasą. Wszy­scy roz­ło­żyli w środku naj­roz­ma­it­sze posła­nia - Jamie i ja mie­li­śmy łóżko, ale pozo­stali mieli spać na sien­ni­kach przed nowym pale­ni­skiem - usie­dli i z nie­cier­pli­wo­ścią patrzyli, jak nakła­dam por­cje cia­sta na zimną okrą­głą bla­chę do pie­cze­nia i wsu­wam ją w roz­grzaną ceglaną niszę, którą Jamie zbu­do­wał z boku ogrom­nego pale­ni­ska, by słu­żyła jako pod­ręczny pie­cyk.

- Kiedy, bab­ciu, kiedy, kiedy? - Mandy za moimi ple­cami wspi­nała się na palce. Odwró­ci­łam się i wzię­łam ją na ręce, żeby mogła zoba­czyć bla­chę i cia­steczka. Ogień, który roz­pa­li­li­śmy ran­kiem, był pod­sy­cany przez cały dzień i ceglana kon­struk­cja pro­mie­nio­wała cie­płem - tak miało być przez całą noc.

- Widzisz te kulki cia­sta? Czu­jesz, jak tam jest gorąco? Ni­gdy nie wkła­daj ręki do pieca! Od tego cie­pła kulki się spłasz­czą, a potem zbrą­zo­wieją i wtedy cia­steczka będą gotowe. Powinny być za jakieś dzie­sięć minut - doda­łam, sta­wia­jąc ją na ziemi. - Ale to nowy piec, więc będę musiała spraw­dzić.

- Dobre, dobre, dobre, dobre! - zawo­łała, pod­ska­ku­jąc z zachwytu, po czym rzu­ciła się w ramiona Brianny. - Mamo! Poci­taś mi bajkę, zanim ciastka się upieką?

Bree unio­sła brwi i spoj­rzała na Rogera, który z uśmie­chem wzru­szył ramio­nami.

- Dla­czego nie? - odrzekł i zaczął grze­bać w ster­cie naj­róż­niej­szych rze­czy uło­żo­nych pod ścianą kuchni.

- Przy­nie­śli­ście książkę dla dzieci? To pięk­nie - powie­dział Jamie do Bree. - Skąd ją macie?

- Czy ktoś naprawdę dru­kuje teraz książki dla dzieci w wieku Mandy? - zdzi­wi­łam się. Bree mówiła, że Mandy umie już tro­chę czy­tać, ale w żad­nej osiem­na­sto­wiecz­nej dru­karni nie widzia­łam niczego, co mogłoby być zro­zu­miałe, a tym bar­dziej zachę­ca­jące, dla trzy­latki.

- No, mniej wię­cej - rzekł Roger i wycią­gnął ze stosu dużą płó­cienną torbę Bree. - To zna­czy, było... chcia­łem powie­dzieć, jest kilka ksią­żek prze­zna­czo­nych dla dzieci. Choć w tej chwili przy­cho­dzą mi do głowy tylko Hymny dla zaba­wie­nia dzieci, Opo­wie­ści Babci Gąski i Opisy trzy­stu zwie­rząt.

- Jakich zwie­rząt? - zain­te­re­so­wał się natych­miast Jamie.

- Nie mam poję­cia - wyznał Roger. - Nie widzia­łem żad­nej z tych ksią­żek, znam tylko tytuły.

- Czy w Edyn­burgu dru­ko­wa­łeś kie­dyś jakieś książki dla dzieci? - zapy­ta­łam Jamiego, który potrzą­snął głową. - W takim razie co czy­ta­łeś w szkole?

- Jako dziecko? Biblię - odpo­wie­dział, jakby to było oczy­wi­ste. - I alma­nach. To zna­czy, kiedy już nauczy­li­śmy się liter. A póź­niej tro­chę po łaci­nie.

- Chcę moją książkę - powie­działa Mandy sta­now­czo. - Daj mi, tatu­siu. Pro­szę? - dodała, widząc, że jej matka otwiera usta. Bree zamknęła usta i uśmiech­nęła się. Roger zaj­rzał do torby i wyjął jasno­po­ma­rań­czową książkę. Zamru­ga­łam na jej widok.

- Co to? - Jamie pochy­lił się, żeby lepiej widzieć, i spoj­rzał na mnie pyta­jąco. Wzru­szy­łam ramio­nami; wkrótce się dowie.

- Citaj, mamo! - Mandy wtu­liła się w bok matki i wło­żyła książkę w jej ręce.

- Dobrze. - Bree otwo­rzyła książkę. - "Lubisz zie­lone jajka sadzone albo zie­loną szynkę wędzoną? 4"

- Co? - zdu­miała się Fanny. Oby­dwoje z Ger­ma­inem pode­szli bli­żej i zaj­rzeli Bree przez ramię.

- Co to jest? - zapy­tał zafa­scy­no­wany Ger­main.

- Tomek Przy­to­mek! - Mandy gniew­nie dźgnęła pal­cem stronę książki. - Tu tak piszą!

- Ach, oui. A ten drugi to kto? Tomek Nie­przy­to­mek?

Fanny, Jemmy i Roger wybuch­nęli śmie­chem, co roz­zło­ściło Mandy. Może i nie ma rudych wło­sów, pomy­śla­łam, ale tem­pe­ra­ment Fra­se­rów odzie­dzi­czyła w całej pełni.

- Zamknij się, zamknij się, zamknij się! - wrza­snęła. Zerwała się na nogi i rzu­ciła w stronę Ger­ma­ina z wyraź­nym zamia­rem wypa­tro­sze­nia go gołymi rękami.

- Hej! - Roger pochwy­cił ją zręcz­nie i pod­niósł. - Uspo­kój się, kocha­nie, on nie chciał powie­dzieć...

Mogłam go ostrzec, że "uspo­kój się" to ostat­nia rzecz, jaką nale­żało powie­dzieć Fra­se­rowi na peł­nych obro­tach - to było jak wyle­wa­nie szklanki wody na patel­nię z pło­ną­cym ole­jem - ale jeśli sam się jesz­cze o tym nie prze­ko­nał, choć od lat miesz­kał pod jed­nym dachem z roz­ma­itymi Fra­se­rami, ostrze­ga­nie go teraz nic by nie dało.

- Chciał powie­dzieć! - ryk­nęła Mandy, wijąc się sza­leń­czo w uści­sku ojca. - Nie­na­wi­dzię go, on to zepsiuł, wsi­sko zepsiuł! Puśmie! - Jej nogi wierz­gały nie­bez­piecz­nie bli­sko kro­cza ojca. Roger instynk­tow­nie odsu­nął ją od sie­bie.

Jamie wycią­gnął rękę, objął ją w pasie i przy­tu­lił, opie­ra­jąc dużą dłoń na jej karku.

- Cicho, a nighean - powie­dział i Mandy rze­czy­wi­ście się uci­szyła. Dyszała jak paro­wóz, wciąż była czer­wona na twa­rzy i zapła­kana, ale się uspo­ko­iła.

- Wyjdźmy na chwilę na zewnątrz, dobrze? - powie­dział do niej i ski­nął głową resz­cie towa­rzy­stwa. - Nikomu nie wolno doty­kać jej książki, dopóki nie wró­cimy. Sły­sze­li­ście?

Roz­legł się cichy pomruk zgody, a potem zapa­dło cał­ko­wite mil­cze­nie. Jamie i Mandy znik­nęli w mroku.

- Ciastka! - Poczu­łam zapach spa­le­ni­zny i rzu­ci­łam się do pieca. Wyszarp­nę­łam z wnęki bla­chę i pospiesz­nie przerzu­ci­łam ciastka na wielki talerz. Na tę chwilę było to nasze jedyne cera­miczne naczy­nie, mogło jed­nak pomie­ścić wszystko, nawet nie­du­żego indyka.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. MacKenzie tu są

Fra­ser's Ridge, Kolo­nia Karo­liny Pół­noc­nej

17 czerwca 1779

Pod moim pra­wym poślad­kiem tkwił jakiś kamyk, ale nie chcia­łam się poru­szać. Maleń­kie serce pod moimi pal­cami biło cicho i upar­cie - kró­ciut­kie drgnie­nia życia, a mię­dzy nimi prze­strzeń nie­skoń­czo­no­ści łącząca mnie z ciem­nym nie­bem i wzbi­ja­ją­cym się wysoko pło­mie­niem.

- Prze­suń tro­chę tyłek, Angliszko - usły­sza­łam tuż przy uchu. - Muszę się podra­pać w nos, a ty sie­dzisz mi na ręce.

Jamie poru­szył pode mną pal­cami. Obró­ci­łam się w jego stronę i zmie­ni­łam pozy­cję, nie wypusz­cza­jąc z ramion bez­wład­nego ciała głę­boko uśpio­nej trzy­let­niej Mandy.

Uśmiech­nął się do mnie nad potar­ganą głową Jema i podra­pał się w nos. Chyba minęła już pół­noc, ale ogień wciąż wzbi­jał się wysoko. Pło­mie­nie rzu­cały refleksy na zarost na jego bro­dzie, spo­wi­jały mięk­kim bla­skiem jego oczy, rude włosy jego wnuka oraz ciemne fałdy zno­szo­nego tar­tanu, któ­rym oby­dwaj byli okryci.

Po dru­giej stro­nie ognia Brianna roze­śmiała się cicho, tak jak ludzie śmieją się w środku nocy w pobliżu śpią­cych dzieci. Głowę miała opartą na ramie­niu Rogera, oczy pół­przy­mknięte. Wyda­wała się cał­ko­wi­cie wyczer­pana, włosy miała brudne i splą­tane, blask ognia pod­kre­ślał głę­bo­kie cie­nie na jej twa­rzy, ale wyglą­dała na szczę­śliwą.

- Co cię tak śmie­szy, a nighean? - zapy­tał Jamie, ukła­da­jąc Jema wygod­niej. Chło­piec ze wszyst­kich sił sta­rał się nie zasnąć, ale prze­gry­wał tę walkę. Otwo­rzył sze­roko oczy i potrzą­snął głową, mru­ga­jąc jak oszo­ło­miona sowa.

- Co cię śmie­szy? - powtó­rzył Jem, ale nie dokoń­czył ostat­niego słowa. Znie­ru­cho­miał z na wpół otwar­tymi ustami i szkli­stym wzro­kiem.

Jego matka zaśmiała się dźwięcz­nie jak młoda dziew­czyna. Dostrze­głam uśmiech Jamiego.

- Wła­śnie pyta­łam tatę, czy pamięta zgro­ma­dze­nie, na któ­rym byli­śmy wiele lat temu. Przy wiel­kim ogni­sku wywo­ły­wano wszyst­kie klany. Poda­łam mu pło­nącą gałąź, kaza­łam podejść do ogni­ska i powie­dzieć, że Mac­Ken­zie tu są.

- Och. - Jem zamru­gał raz, potem drugi. Spoj­rzał na palące się przed nami ogni­sko i mię­dzy jego deli­kat­nymi rudymi brwiami ufor­mo­wała się zmarszczka. - Gdzie teraz jeste­śmy?

- W domu - powie­dział Roger sta­now­czo. Napo­tkał moje spoj­rze­nie i prze­niósł wzrok na Jamiego. - Na dobre.

Jamie ode­tchnął głę­boko. Ja rów­nież wstrzy­my­wa­łam oddech od popo­łu­dnia, kiedy na pola­nie pod nami poja­wiły się nagle cztery posta­cie i zbie­gli­śmy ze wzgó­rza, żeby je powi­tać. W mil­czą­cym wybu­chu rado­ści rzu­ci­li­śmy się sobie w ramiona. Potem radość roz­sze­rzyła się na Amy Hig­gins, która wyszła ze swo­jej chaty, zwa­biona hała­sem. Za nią przy­bie­gli Bobby i Aidan - który, widząc Jema, rzu­cił się na niego z okrzy­kiem i prze­wró­cił go na zie­mię - a dalej Orrie i mały Rob.

Jo Beard­sley był nie­da­leko w lesie. Usły­szał zgiełk i przy­szedł spraw­dzić, co się dzieje. Nie minęło wiele czasu, nim polana zaro­iła się od ludzi. Jesz­cze przed zacho­dem słońca wia­do­mość dotarła do sze­ściu bli­żej poło­żo­nych zagród; pozo­stali nie­wąt­pli­wie dowie­dzą się jutro.

Natych­miast zalała nas cudowna fala góral­skiej gościn­no­ści; kobiety i dziew­częta bie­giem wró­ciły do chat i przy­nio­sły to, co aku­rat pie­kły czy goto­wały na kola­cję, męż­czyźni zebrali drewno i na pole­ce­nie Jamiego uło­żyli je na grani, obok fun­da­men­tów Nowego Domu, i świę­to­wa­li­śmy powrót rodziny w wiel­kim stylu, oto­czeni przez przy­ja­ciół.

Podróż­ni­ków zasy­pały setki pytań: Skąd przy­by­wają? Jak udała się podróż? Co widzieli? Nikt nie zapy­tał, czy cie­szą się z powrotu; wszy­scy uznali to za oczy­wi­ste.

Ani Jamie, ani ja nie doma­ga­li­śmy się wyja­śnień. Będzie na to jesz­cze dość czasu - a teraz, gdy zna­leź­li­śmy się sami, Roger odpo­wie­dział na jedyne pyta­nie, które miało jakie­kol­wiek zna­cze­nie. Od tego, co kryło się za jego sło­wami, zje­żyły mi się włosy na karku.

- Dosyć ma dzień swego utra­pie­nia - mruk­nę­łam w czarne loki Mandy i poca­ło­wa­łam malut­kie, ogłu­chłe we śnie ucho. Po raz kolejny wsu­nę­łam palce pod jej ubra­nie, brudne po podróży, ale bar­dzo dobrej jako­ści, i odna­la­złam cie­niutką bli­znę mię­dzy żebrami, ślad skal­pela, który ura­to­wał jej życie dwa lata wcze­śniej, tak daleko ode mnie.

Dzielne małe ser­duszko pod moimi pal­cami biło spo­koj­nie. Zamru­ga­łam, by odpę­dzić łzy - nie po raz pierw­szy dzi­siaj i na pewno nie ostatni.

- Mia­łem rację, prawda? - powie­dział Jamie i zda­łam sobie sprawę, że powta­rza to po raz drugi.

- W czym?

- Że potrze­bu­jemy wię­cej miej­sca - odrzekł cier­pli­wie. Odwró­cił się i wska­zał nie­wi­doczny w mroku pro­sto­kąt kamien­nego fun­da­mentu, jak dotąd jedyny nama­calny frag­ment Nowego Domu. Ciemny ślad pier­wot­nego Wiel­kiego Domu wciąż był widoczny w tra­wie na pola­nie pod nami, ale sta­wał się coraz bled­szy. Zanim Nowy Dom będzie ukoń­czony, tam­ten być może pozo­sta­nie tylko wspo­mnie­niem.

Brianna ziew­nęła jak lew, odgar­nęła z twa­rzy splą­taną grzywę i zamru­gała sen­nie w ciem­no­ści.

- Tej zimy pew­nie będziemy spać w piw­niczce - roze­śmiała się.

- Kobieto małej wiary - rzekł na to Jamie, zupeł­nie nie­po­ru­szony. - Drewno jest ścięte, popi­ło­wane na deski i wyfre­zo­wane. Zanim spad­nie śnieg, będziemy mieli ściany, pod­łogi i okna. Pew­nie jesz­cze bez szyb - przy­znał uczci­wie. - Ale to może pocze­kać do wio­sny.

- Mhm. - Brianna znów zamru­gała. Potrzą­snęła głową i pod­nio­sła się, żeby spoj­rzeć na fun­da­menty. - Masz kamień na pale­ni­sko?

- Mam. Piękny kawa­łek ser­pen­ty­nitu. Zie­lony kamień, wiesz?

- Pamię­tam. A masz żelazo do pieca?

Jamie wyda­wał się zasko­czony.

- Nie, jesz­cze nie. Ale znajdę coś, zanim pobło­go­sła­wimy pale­ni­sko.

- No więc tak. - Usia­dła pro­sto, wsu­nęła rękę mię­dzy fałdy płasz­cza i wycią­gnęła dużą płó­cienną torbę, wyraź­nie ciężką i pełną róż­nych przed­mio­tów. Grze­bała w niej przez chwilę i wyjęła coś, co w bla­sku ognia zalśniło czer­nią.

- Użyj tego, tato - powie­działa, poda­jąc przed­miot Jamiemu.

Patrzył nań przez chwilę i podał mi z uśmie­chem.

- Tak, to się nada. Przy­wio­złaś to do pale­ni­ska?

"To" było gład­kim, czar­nym meta­lo­wym dłu­tem, cięż­kim i dłu­gim na sześć cali. Na ręko­je­ści wytło­czony był napis CRA­FT­SMAN.

- Tak... do pale­ni­ska. - Bree się uśmiech­nęła, opie­ra­jąc dłoń na udzie Rogera. - Na początku myśla­łam, że sami zbu­du­jemy dom dla sie­bie, ale... - Odwró­ciła się i spoj­rzała ponad mroczną gra­nią na skle­pie­nie zim­nego, czy­stego nieba. Nad jej głową świe­ciła Wielka Niedź­wie­dzica. - Może nam się nie udać przed zimą. A skoro pew­nie będzie­cie musieli nas przy­gar­nąć... - Spoj­rzała spod rzęs na ojca, który par­sk­nął.

- Nie mów głupstw, dziew­czyno. Dobrze wiesz, że nasz dom to wasz dom. - Uniósł brwi. - Im wię­cej rąk do pomocy przy budo­wie, tym lepiej. Chcesz zoba­czyć fun­da­menty?

Nie cze­ka­jąc na odpo­wiedź, wyplą­tał Jema z tar­tanu, poło­żył go na ziemi obok mnie i wstał. Wycią­gnął z ogni­ska pło­nącą gałąź i ruchem głowy wska­zał nie­wi­doczny w mroku pro­sto­kąt fun­da­men­tów.

Bree, choć senna, pod­jęła wyzwa­nie. Uśmiech­nęła się do mnie, z humo­rem potrzą­sa­jąc głową, narzu­ciła płaszcz na ramiona i rów­nież się pod­nio­sła.

- Idziesz? - zapy­tała Rogera.

Mach­nął ręką.

- Kochana, jestem tak wykoń­czony, że nie widzę na oczy. Zacze­kam z tym do rana.

Lekko dotknęła jego ramie­nia i ruszyła za świa­tłem pochodni Jamiego. Potknęła się o ukryty w tra­wie kamień i wymam­ro­tała coś pod nosem. Przy­kry­łam Jema skra­jem mojego płasz­cza. Nawet nie drgnął.

Oby­dwoje z Roge­rem sie­dzie­li­śmy w ciszy, słu­cha­jąc ich nik­ną­cych w mroku gło­sów, a gdy uci­chły, na­dal mil­cze­li­śmy, wsłu­chu­jąc się w ogień, w noc i w swoje myśli.

Co takiego musiało się stać w ich cza­sach, że zary­zy­ko­wali nie­bez­pie­czeń­stwa podróży, nie wspo­mi­na­jąc już o nie­bez­pie­czeń­stwach ist­nie­ją­cych teraz i tutaj...

Spoj­rzał mi w oczy, zro­zu­miał, o czym myślę, i wes­tchnął.

- Tak, było źle. Wystar­cza­jąco źle - powie­dział cicho. - Mimo to... mogli­śmy tam wró­cić i się tym zająć. Ja chcia­łem tak zro­bić. Ale oba­wia­li­śmy się, że tam nie ma nikogo, kogo Mandy mogłaby wyczuć wystar­cza­jąco mocno.

- Mandy? - Opu­ści­łam wzrok na drobne ciałko, bez­władne we śnie. - Kogo wyczuć? I co masz na myśli, mówiąc "wró­cić"? Zaraz... - Prze­pra­sza­jąco unio­słam rękę. - Nie, nie zaczy­naj mi teraz opo­wia­dać. Jesteś zmę­czony, będzie jesz­cze dość czasu. - Urwa­łam i odchrząk­nę­łam. - Wystar­czy, że tu jeste­ście.

Obda­rzył mnie szcze­rym uśmie­chem, widzia­łam w nim jed­nak wyczer­pa­nie po podró­żach w cza­sie i prze­strzeni oraz prze­ży­tych okrop­no­ściach.

- Tak - powie­dział. - To wystar­czy.

Znów zamil­kli­śmy. Roger kiwał głową. Pomy­śla­łam, że zasy­pia, i już mia­łam się pod­nieść, by zabrać wszyst­kich do łóżek, kiedy znów na mnie spoj­rzał.

- Jest jedna sprawa...

- Tak?

- Czy spo­tka­łaś kie­dyś czło­wieka... kie­dy­kol­wiek... nazy­wa­ją­cego się Wil­liam Buc­c­le­igh Mac­Ken­zie? Albo może Buck Mac­Ken­zie?

- Przy­po­mi­nam sobie to nazwi­sko - powie­dzia­łam powoli. - Ale...

Prze­tarł twarz i powoli powiódł dło­nią do szyi, do bia­łej bli­zny pozo­sta­wio­nej przez sznur.

- No tak... trzeba zacząć od tego, że to on mnie powie­sił. Ale jest też moim pra­pra­pra­pra­pra­dziad­kiem. Żaden z nas wtedy o tym nie wie­dział - dodał nie­mal prze­pra­sza­ją­cym tonem.

- Jezu... Och, prze­pra­szam. Czy na­dal jesteś kimś w rodzaju pastora?

Uśmiech­nął się, choć twarz wciąż miał nazna­czoną zmę­cze­niem.

- Nie wydaje mi się, żeby to miało ter­min waż­no­ści. Ale nie miał­bym nic prze­ciwko temu, gdy­byś powie­działa "Jezu Chry­ste Roose­vel­cie Święty". Myślę, że to byłoby ade­kwatne do sytu­acji.

W kilku sło­wach opo­wie­dział mi, jak Buck Mac­Ken­zie tra­fił do Szko­cji w roku 1980, a potem wró­cił razem z nim, szu­ka­jąc Jema.

- Działo się jesz­cze o wiele wię­cej - zapew­nił mnie. - Ale finał na razie jest taki, że zosta­wi­li­śmy go w Szko­cji. W 1739 roku. Razem z... hmm... z jego matką.

- Z Geil­lis? - Mimo­wol­nie pod­nio­słam głos. Mandy drgnęła i mruk­nęła z nie­za­do­wo­le­niem. Pogła­ska­łam ją szybko i uło­ży­łam wygod­niej. - Pozna­łeś ją?

- Tak. Hm... cie­kawa kobieta. - Obok niego na ziemi stał kubek, wciąż do połowy napeł­niony piwem; czu­łam zapach droż­dży i gorz­kiego chmielu. Roger wziął go do ręki i przez chwilę wyda­wał się zasta­na­wiać, czy wypić piwo, czy wylać sobie na głowę. W końcu upił łyk i znów odsta­wił kubek.

- Ja... my... chcie­li­śmy, żeby wró­cił tutaj z nami. Oczy­wi­ście to byłoby ryzy­kowne, ale udało nam się zna­leźć dość dro­gich kamieni i myśla­łem, że damy radę wszy­scy razem. Poza tym... jego żona jest tutaj. - Mach­nął ręką w stronę odle­głego lasu. - To zna­czy w Ame­ryce. Teraz.

- Coś sobie przy­po­mi­nam... z two­jego drzewa rodo­wego. - Cho­ciaż doświad­cze­nie nauczyło mnie, że do wszyst­kiego, co zostało zapi­sane na papie­rze, można mieć jedy­nie ogra­ni­czone zaufa­nie.

Roger ski­nął głową, napił się jesz­cze piwa i gło­śno odchrząk­nął. Głos miał ochry­pły, łamiący się ze zmę­cze­nia.

- Rozu­miem, że mu wyba­czy­łeś... - Dotknę­łam wła­snej szyi. Na jego szyi dostrze­ga­łam ślad po sznu­rze i cień nie­wiel­kiej bli­zny, którą zosta­wi­łam, wyko­nu­jąc ratun­kową tra­che­oto­mię za pomocą scy­zo­ryka i bursz­ty­no­wego ust­nika fajki.

- Kocha­łem go - odrzekł po pro­stu. Przez czarny zarost i zasłonę zmę­cze­nia prze­bił się blady uśmiech. - Jak czę­sto masz moż­li­wość poko­chać kogoś, kto dał ci swoją krew, swoje życie, nie mając poję­cia, kim możesz być, a nawet czy w ogóle ist­nie­jesz?

- Cóż, kiedy ma się dzieci, trzeba ryzy­ko­wać - powie­dzia­łam, deli­kat­nie opie­ra­jąc dłoń na cie­płej gło­wie Jema. Włosy pod moimi pal­cami były brudne, lecz mięk­kie. Oboje z Mandy pach­nieli jak szcze­nięta - słod­kim, inten­syw­nym, zwie­rzę­cym zapa­chem nie­win­no­ści.

- Tak - powie­dział cicho Roger. - Trzeba ryzy­ko­wać.

Sze­lest trawy i głosy za naszymi ple­cami obwie­ściły powrót inży­nie­rów pogrą­żo­nych w dys­ku­sji na temat wewnętrz­nej kana­li­za­cji.

- Tak, może - mówił Jamie z powąt­pie­wa­niem. - Tylko nie wiem, czy uda nam się zdo­być wszystko, czego będziesz potrze­bo­wać, zanim nadejdą chłody. Wła­śnie zaczą­łem kopać nowy wycho­dek, na razie to nam wystar­czy. A potem, na wio­snę...

Brianna odpo­wie­działa coś, czego nie dosły­sza­łam, i po chwili sta­nęli przed nami, oto­czeni aure­olą pło­mieni, tak bar­dzo do sie­bie podobni. Ogień rzu­cał migo­tliwe refleksy na ich dłu­gie nosy i rude włosy. Roger poru­szył się i wstał. Ja też pod­nio­słam się ostroż­nie. Mandy w moich ramio­nach była bez­władna jak jej szma­ciana lalka Esme­ralda.

- Jest cudow­nie, mamo - powie­działa Bree i oto­czyła mnie ramio­nami. Mandy zna­la­zła się pomię­dzy nami. Ciało Bree było silne i łagodne. Przez chwilę trzy­mała mnie w moc­nym uści­sku, po czym pochy­liła głowę i poca­ło­wała mnie w czoło.

- Kocham cię - powie­działa miękko i ochry­ple.

- Ja też cię kocham, córeczko - odrze­kłam przez zaci­śnięte gar­dło i dotknę­łam jej zmę­czo­nej, pro­mien­nej twa­rzy.

Cof­nęła się, wzięła ode mnie Mandy i wpraw­nie umie­ściła sobie na ramie­niu.

- Chodź, kolego - powie­działa do Jema, deli­kat­nie sztur­cha­jąc go czub­kiem buta. - Czas do łóżka.

Wymru­czał coś sen­nie i na wpół uniósł głowę, po czym znów ją opu­ścił i natych­miast głę­boko zasnął.

- W porządku, wezmę go. - Roger odsu­nął Jamiego, wziął Jema w ramiona i pod­niósł się ze stęk­nię­ciem. - Wy też idzie­cie? Mogę wró­cić i zga­sić ogni­sko, jak tylko położę Jema.

Jamie pokrę­cił głową, obej­mu­jąc mnie ramie­niem.

- Nie, nie zawra­caj sobie głowy. Posie­dzimy tu chwilę i popa­trzymy na ogień.

Ruszyli powoli w dół wzgó­rza, powłó­cząc nogami, przy akom­pa­nia­men­cie brzęk­nięć docho­dzą­cych z torby Brianny. Chata Hig­gin­sów, gdzie mieli spę­dzić noc, świe­ciła jak iskierka w ciem­no­ści; widocz­nie Amy zapa­liła lampę i odsu­nęła skórę z okna.

Jamie wciąż trzy­mał w ręce dłuto; ze wzro­kiem utkwio­nym w zni­ka­ją­cych ple­cach córki pod­niósł je i poca­ło­wał, tak jak kie­dyś cało­wał przede mną ręko­jeść szty­letu, i wie­dzia­łam, że to też jest święta obiet­nica. Wsu­nął dłuto do spor­ranu i objął mnie od tyłu, opie­ra­jąc brodę na czubku mojej głowy, tak byśmy oboje mogli za nimi patrzeć.

- O czym myślisz, Angliszko? - zapy­tał cicho. - Widzia­łem twoje oczy; są zachmu­rzone.

Opar­łam się o niego. Jego cie­płe ciało było jak bastion za moimi ple­cami.

- O dzie­ciach - powie­dzia­łam z waha­niem. - Oni... to zna­czy, wspa­niale, że tu są. Myśla­łam, że już ni­gdy ich nie zoba­czymy, a tu nagle... - Prze­łknę­łam ślinę, prze­jęta osza­ła­mia­jącą rado­ścią; nie­ocze­ki­wa­nie znów poczu­łam się, poczu­li­śmy się czę­ścią cze­goś tak nie­zwy­kłego jak rodzina. - Patrzeć, jak Jem i Mandy dora­stają, znów mieć przy sobie Bree i Rogera...

- Tak - potwier­dził z uśmie­chem. - Ale?

Potrze­bo­wa­łam chwili, żeby zebrać myśli i ująć je w słowa.

- Roger powie­dział, że w ich cza­sach stało się coś złego. Rozu­miesz, to musiało być coś naprawdę strasz­nego.

- Tak - odrzekł tward­szym tonem. - Brianna też o tym mówiła. Ale wiesz, nighean, oni żyli w tym cza­sie już wcze­śniej. Cho­dzi mi o to, że wie­dzą... jak tu jest, co będzie.

Miał na myśli trwa­jącą wojnę. Uści­snę­łam jego dło­nie zaple­cione wokół mojego ciała.

- Nie sądzę, by wie­dzieli - powie­dzia­łam cicho, patrząc na roz­le­głą polanę u stóp zbo­cza, gdzie znik­nęli w mroku. - Nikt nie wie, kto tego nie prze­żył.

- Tak. - Zamilkł z dło­nią opartą o mój bok, w miej­scu, gdzie pod Mon­mo­uth kula musz­kietu pozo­sta­wiła bli­znę. - Tak - powtó­rzył po dłuż­szej chwili. - Wiem, o co ci cho­dzi, Angliszko. Kiedy zoba­czy­łem Briannę, myśla­łem, że serce mi pęk­nie, wie­dzia­łem, że to naprawdę ona i dzieci... ale mimo tej rado­ści... widzisz, okrop­nie za nimi tęsk­ni­łem, ale pocie­szała mnie myśl, że są bez­pieczni. A teraz...

Urwał i poczu­łam przy swoim ciele bicie jego serca, powolne i mia­rowe. Ode­tchnął głę­boko i naraz ogień wystrze­lił w górę, wyrzu­ca­jąc snop iskier, które zni­kły w mroku. Drobne przy­po­mnie­nie o woj­nie, która powoli nara­stała wokół nas.

- Patrzę na nich - powie­dział - i moje serce nagle wypeł­nia się...

- Grozą - szep­nę­łam, obej­mu­jąc go mocno. - Czy­stą grozą.

- Tak - potwier­dził. - Wła­śnie tak.

Sta­li­śmy tak przez jakiś czas, patrząc w mrok na dole i cze­ka­jąc, aż wróci do nas radość. Okno chaty Hig­gin­sów wciąż jarzyło się miękko po dru­giej stro­nie polany.

- W tej cha­cie jest dzie­więć osób - zauwa­ży­łam. Głę­boko wcią­gnę­łam w płuca chłodną, pach­nącą świer­kami noc, wyobra­ża­jąc sobie zaduch i wil­gotne cie­pło ema­nu­jące z dzie­wię­ciu śpią­cych ciał, zaj­mu­ją­cych każdy cal powierzchni, oraz z kociołka i czaj­nika na pale­ni­sku.

Dru­gie okno roz­ja­rzyło się w ciem­no­ści.

- Czworo z nich to nasi. - Jamie zaśmiał się cicho.

- Mam nadzieję, że dom się nie spali. - Ktoś doło­żył świe­żego drewna do ognia i nad komi­nem zaczęły tań­czyć iskry.

- Nie spali się. - Odwró­cił mnie twa­rzą do sie­bie. - Chcę cię, a nighean - powie­dział cicho. - Poło­żysz się ze mną? To może być ostat­nia oka­zja, kiedy jeste­śmy sami.

Otwo­rzy­łam usta, żeby powie­dzieć: "Oczy­wi­ście!", ale zamiast tego sze­roko ziew­nę­łam i zakry­łam usta dło­nią.

- Ojej. Naprawdę nie chcia­łam.

Śmiał się nie­mal bez­gło­śnie. Potrzą­snął głową, wygła­dził wymiętą derkę, na któ­rej sie­dzia­łam, przy­klęk­nął na niej i wycią­gnął do mnie rękę.

- Chodź, połóż się ze mną i popatrz przez chwilę na gwiazdy, Angliszko. Jeśli za pięć minut nie będziesz jesz­cze spać, zdejmę z cie­bie ubra­nie i wezmę cię nagą w świe­tle księ­życa.

- A jeśli zasnę? - Zrzu­ci­łam buty i uję­łam jego rękę.

- Wtedy nie będę sobie zawra­cał głowy roz­bie­ra­niem cię.

Ogień nieco przy­gasł, ale wciąż palił się równo; cie­pły podmuch doty­kał mojej twa­rzy i uno­sił włosy na skro­niach. Gwiazdy były wyraźne i jasne jak dia­menty roz­sy­pane przez jakichś nie­biań­skich wła­my­wa­czy. Podzie­li­łam się tą obser­wa­cją z Jamiem; odpo­wie­dział bar­dzo lek­ce­wa­żą­cym szkoc­kim mruk­nię­ciem, ale potem poło­żył się obok mnie, wzdy­cha­jąc z zado­wo­le­niem na widok nieba.

- Ano tak, ład­nie wyglą­dają. Widzisz tam Kasjo­peję?

Spoj­rza­łam mniej wię­cej w tym kie­runku i pokrę­ci­łam głową.

- Zupeł­nie nie umiem odróż­niać gwiaz­do­zbio­rów. Widzę Wielki Wóz i zwy­kle udaje mi się roz­po­znać Pas Oriona, ale w tej chwili za nic nie mogę go zna­leźć. I gdzieś tam są Ple­jady, prawda?

- To część Byka, tam, zaraz obok myśli­wego. - Wycią­gnął rękę. - A to jest Żyrafa.

- Och, nie mów głupstw. Nie ma kon­ste­la­cji Żyrafy, sły­sza­ła­bym o tym.

- Wła­ści­wie teraz jej nie widać, ale jest. A jeśli się zasta­no­wić, czy to bar­dziej nie­do­rzeczne od tego, co wyda­rzyło się dzi­siaj?

- Nie - powie­dzia­łam cicho. - Na pewno nie.

Oto­czył mnie ramie­niem. Obró­ci­łam się, opar­łam poli­czek na jego piersi i w mil­cze­niu patrzy­li­śmy na gwiazdy, wsłu­chani w szum wia­tru w gałę­ziach drzew i powolne bicie naszych serc.

Wyda­wało się, że minęło dużo czasu, nim Jamie poru­szył się i wes­tchnął.

- Chyba ni­gdy nie widzia­łem takich gwiazd od tam­tej nocy, kiedy spło­dzi­li­śmy Faith.

Unio­słam głowę ze zdzi­wie­nia. Rzadko wspo­mi­na­li­śmy o Faith - uro­dziła się mar­twa, ale była głę­boko wro­śnięta w nasze serca - cho­ciaż każde z nas zda­wało sobie sprawę z uczuć dru­giego.

- Wiesz, kiedy została poczęta? Nawet ja tego nie wiem.

Powoli prze­su­nął dło­nią po moich ple­cach, zata­cza­jąc pal­cami kółka przy dol­nej czę­ści krę­go­słupa. Gdy­bym była kotem, poma­cha­ła­bym ogo­nem tuż przed jego nosem.

- No cóż, pew­nie mogę się mylić, ale zawsze mi się wyda­wało, że to była ta noc w opac­twie, kiedy przy­sze­dłem do two­jego łóżka. Na końcu kory­ta­rza było wyso­kie okno i idąc do cie­bie, patrzy­łem na gwiazdy. Pomy­śla­łem, że to może być znak dla mnie, żebym jasno widział swoją drogę.

Przez chwilę błą­dzi­łam po omacku pośród wspo­mnień. Rzadko wra­ca­łam myślami do tego czasu w opac­twie Świę­tej Anny, kiedy nie­mal udało mu się umrzeć. To był prze­ra­ża­jący czas. Dni pełne stra­chu i zamie­sza­nia, prze­cho­dzące jeden w drugi, noce czarne od roz­pa­czy i despe­ra­cji. A jed­nak kiedy spoj­rza­łam wstecz, napo­tka­łam garść żywych obra­zów, wyróż­nia­ją­cych się z tła jak ilu­mi­no­wane ini­cjały na stro­nie sta­rego łaciń­skiego manu­skryptu.

Twarz ojca Anzelma, blada w bla­sku świec, oczy błysz­czące współ­czu­ciem, a potem nara­sta­ją­cym zachwy­tem, gdy słu­chał mojej spo­wie­dzi. Dło­nie opata, deli­katne jak skrzy­dła koli­bra, doty­kały czoła, oczu, ust i dłoni Jamiego, zna­cząc umie­ra­ją­cego sio­strzeńca krzyż­mem świę­tym ostat­niego namasz­cze­nia. Cisza w mrocz­nej kaplicy, gdzie modli­łam się o jego życie i usły­sza­łam odpo­wiedź na moją modli­twę.

Wśród tych chwil była noc, kiedy się obu­dzi­łam i zoba­czy­łam, jak stoi przy moim łóżku niczym blade widmo, nagi i prze­mar­z­nięty, tak słaby, że ledwo mógł cho­dzić, ale znów pełen życia i upar­tej deter­mi­na­cji, która ni­gdy go nie opusz­czała.

- Więc pamię­tasz Faith? - Na wzmiankę o niej mimo­wol­nie poło­ży­łam dłoń na brzu­chu. Ni­gdy nie zoba­czył naszej córki; czuł tylko, jak kopie i poru­sza się we mnie.

Dotknął ustami mojego czoła i spoj­rzał na mnie.

- Wiesz chyba, że tak?

- Wiem. Chcia­łam tylko, żebyś powie­dział coś wię­cej.

- Och, mam taki zamiar. - Oparł się na łok­ciu, przy­gar­nął mnie bli­żej i okrył swoim ple­dem.

- To też pamię­tasz? - zapy­ta­łam, ścią­ga­jąc z sie­bie tka­ninę, którą na mnie narzu­cił. - Jak okry­łeś mnie swoim ple­dem tam­tej nocy, kiedy się pozna­li­śmy?

- Żebyś nie zamar­zła? Ano tak. - Poca­ło­wał mnie w kark. - W opac­twie to ja zama­rza­łem. Wyczer­py­wa­łem wszyst­kie siły, pró­bu­jąc cho­dzić, a ty nie pozwa­la­łaś mi nic zjeść, więc umie­ra­łem z głodu i...

- Prze­cież wiesz, że to nie­prawda! Ty...

- Czy ja mógł­bym cię okła­mać, Angliszko?

- Ow­szem, jak naj­bar­dziej mógł­byś - odrze­kłam. - Okła­mu­jesz mnie cały czas. Ale mniej­sza o to. Mar­z­łeś i umie­ra­łeś z głodu, i zamiast popro­sić brata Paula o koc albo o miskę cze­goś gorą­cego, nagle posta­no­wi­łeś powlec się nago ciem­nym kamien­nym kory­ta­rzem i wejść do mojego łóżka.

- Nie­które rze­czy są waż­niej­sze od jedze­nia, Angliszko. - Jego dłoń sta­now­czo spo­częła na moim pośladku. - Musia­łem się prze­ko­nać, czy kie­dy­kol­wiek jesz­cze będę mógł z tobą spać. To było wtedy waż­niej­sze od wszyst­kiego innego. Pomy­śla­łem, że jeśli mi się nie uda, to po pro­stu wyjdę na śnieg i już nie wrócę.

- Oczy­wi­ście nie przy­szło ci do głowy zacze­kać jesz­cze kilka tygo­dni i odzy­skać siły.

- Cóż, byłem pra­wie pewny, że dam radę dojść do two­jego pokoju, trzy­ma­jąc się ścian, a resztę robił­bym na leżąco, więc po co mia­łem cze­kać? - Dłoń na moim tyłku zaczęła się bez­wied­nie poru­szać. - Pamię­tasz tamtą noc.

- To było jak kocha­nie się z bryłą lodu. - Tak było. Serce ści­skała mi czu­łość i wstą­piła w nie nowa nadzieja. - Cho­ciaż po pew­nym cza­sie odta­ja­łeś.

Na początku tylko tro­chę. Wtu­li­łam go mocno w sie­bie, sta­ra­jąc się wytwo­rzyć jak naj­wię­cej cie­pła. Ścią­gnę­łam koszulę, żeby doty­kać go jak naj­więk­szą powierzch­nią skóry. Przy­po­mnia­łam sobie twardą, ostrą krzy­wi­znę jego kości bio­dro­wej i guzki krę­go­słupa pokryte świe­żymi, chro­po­wa­tymi bli­znami.

- Pra­wie cię nie było, sama skóra i kości.

Obró­ci­łam się i przy­cią­gnę­łam go bli­sko, chcąc się pokrze­pić jego obec­nym cie­płem w obli­czu chłodu wspo­mnień. Był cie­pły. I żywy. Bar­dzo żywy.

- Pamię­tam, że prze­ło­ży­łaś przeze mnie nogę, żebym nie wypadł z łóżka. - Powol­nym ruchem pogła­dził mnie po udzie i usły­sza­łam w jego gło­sie śmiech, cho­ciaż twarz była tylko ciemną plamą na tle ognia, który rzu­cał refleksy na jego włosy.

- To łóżko było wąskie. - Cia­sna klasz­torna pry­cza, na któ­rej led­wie mie­ściła się jedna nor­mal­nej wiel­ko­ści osoba. A Jamie, nawet wychu­dzony, zaj­mo­wał dużo miej­sca.

- Chcia­łem prze­wró­cić cię na plecy, Angliszko, ale bałem się, że oboje spad­niemy na pod­łogę, i... no cóż, nie byłem pewny, czy dam radę utrzy­mać się na górze.

Trząsł się wtedy z zimna i sła­bo­ści, a teraz zda­łam sobie sprawę, że pew­nie rów­nież ze stra­chu. Się­gnę­łam po dłoń opartą na moim bio­drze, pod­nio­słam ją do ust i uca­ło­wa­łam kostki. Palce, zimne od wie­czor­nego powie­trza, zaci­snęły się na moich, cie­płych.

- Udało ci się - powie­dzia­łam miękko i obró­ci­łam się na plecy, pocią­ga­jąc go na sie­bie.

- Ledwo co - mruk­nął, prze­dzie­ra­jąc się przez war­stwy koł­dry, pledu, koszuli i halki. Oby­dwoje wes­tchnę­li­śmy głę­boko. - O Jezu, Angliszko.

Poru­szył się, tylko odro­binę.

- Jak ja się czu­łem - szep­nął. - Wtedy. Myśla­łem, że już ni­gdy nie będę cię miał, a potem...

Udało mu się, ale ledwo co.

- Myśla­łem, że... chcia­łem to zro­bić, nawet gdyby to miała być ostat­nia rzecz w moim życiu...

- Nie­wiele bra­ko­wało - odszep­nę­łam, obej­mu­jąc jego tyłek, mocny i krą­gły. - Przez chwilę naprawdę myśla­łam, że umar­łeś, dopóki nie zaczą­łeś się ruszać.

- Byłem pewien, że umie­ram - przy­znał z cie­niem śmie­chu. - Boże, Cla­ire... - Zatrzy­mał się na chwilę, opadł niżej i przy­ci­snął czoło do mojego. Zro­bił to też tam­tej nocy, zimny i wście­kle zde­spe­ro­wany, a ja mia­łam wtedy wra­że­nie, że tchnę­łam w niego moje wła­sne życie. Jego usta, mięk­kie i roz­chy­lone, pach­niały lekko piwem zmie­sza­nym z jaj­kiem; tylko to był w sta­nie utrzy­mać w żołądku.

- Chcia­łem... - szep­tał. - Chcia­łem cie­bie. Musia­łem cię mieć. Ale kiedy zna­la­złem się w tobie, chcia­łem...

Wes­tchnął i wsu­nął się głę­biej.

- Tam, wtedy, myśla­łem, że umrę od tego. I chcia­łem umrzeć. Chcia­łem odejść, będąc w tobie. - Jego głos się zmie­nił; wciąż był miękki, ale rów­nież odle­gły, pełen dystansu, i wie­dzia­łam, że odda­lił się od chwili obec­nej, wró­cił do zim­nej, kamien­nej ciem­no­ści i paniki, do stra­chu i przy­tła­cza­ją­cej potrzeby.

- Chcia­łem wlać się w cie­bie, żeby to była ostat­nia rzecz, jaką poczuję, ale potem zaczą­łem i wie­dzia­łem, że tak się nie sta­nie, że będę żył, ale zostanę w tobie na zawsze. Że dam ci dziecko.

Przy tych sło­wach wró­cił do teraź­niej­szo­ści i do mnie. Obej­mo­wa­łam go mocno; w moich ramio­nach był duży, solidny i silny, ale pod­dał się, drżąc bez­rad­nie. Poczu­łam wła­sne cie­płe łzy, które wez­brały i sty­gnąc, spły­wały mi we włosy.

W jakiś czas póź­niej poru­szył się i prze­to­czył na bok. Na moim brzu­chu wciąż spo­czy­wała wielka dłoń.

- Dałem radę, prawda? - Uśmiech­nął się lekko, z twa­rzą zła­go­dzoną bla­skiem ognia.

- Dałeś radę - potwier­dzi­łam. Nacią­gnę­łam na nas pled i leża­łam obok niego, zado­wo­lona, w świe­tle gasną­cego pło­mie­nia i odwiecz­nych gwiazd.

2. Dzień błękitnego wina

Skrajne wyczer­pa­nie spra­wiło, że Roger spał jak zabity, cho­ciaż łóżko rodziny Mac­Ken­zie skła­dało się z dwóch postrzę­pio­nych koł­der, które Amy Hig­gins pospiesz­nie wycią­gnęła ze swo­jego worka z szy­ciem, uło­żo­nych na rze­czach do pra­nia Hig­ginsów, jakie nagro­ma­dziły się w ciągu tygo­dnia, a za przy­kry­cie słu­żyły im wła­sne płasz­cze. Było to jed­nak cie­płe łóżko, ogrze­wane z jed­nej strony przez żar przy­ga­szo­nego pale­ni­ska, a z dru­giej przez gorące ciała dwojga dzieci i wtu­lo­nej w niego żony. Zasnął jak kamień, zdą­żyw­szy tylko sfor­mu­ło­wać w myślach naj­krót­szą moż­liwą - choć głę­boką - modli­twę wdzięcz­no­ści.

Udało się. Dzię­kuję.

Obu­dził się w mroku wśród zapa­chów spa­lo­nego drewna i nie­dawno uży­wa­nego noc­nika, gdy poczuł za ple­cami nagły powiew chłodu. Zasnął zwró­cony tyłem do ognia, ale obró­cił się w nocy i teraz o kilka stóp od twa­rzy miał przy­ga­szony blask resz­tek żaru, szkar­łatne żyłki w war­stwie sza­rego popiołu i zwę­glo­nego drewna. Wycią­gnął rękę za sie­bie: Brianna znik­nęła. Na dru­gim końcu koł­dry ryso­wał się nie­wy­raźny wzgó­rek, zapewne zło­żony z Jema i Mandy; reszta chaty była uśpiona, powie­trze gęste od cięż­kich odde­chów.

- Bree? - szep­nął, pod­no­sząc się na łok­ciu. Była bli­sko, widział jej wyraźny cień. Poślad­kami oparta o ścianę przy pale­ni­sku, stała na jed­nej nodze, a na drugą wcią­gała poń­czo­chę. Posta­wiła stopę na pod­ło­dze, przy­kuc­nęła i musnęła pal­cami jego twarz.

- Idę na polo­wa­nie z tatą - szep­nęła, pochy­la­jąc się nad nim. - Jeśli masz dzi­siaj coś do zro­bie­nia, to mama popil­nuje dzieci.

- Dobrze. Skąd wzię­łaś... - Prze­su­nął dło­nią po jej bio­drze; miała na sobie grubą koszulę myśliw­ską i luźne spodnie, mocno poła­tane; czuł pod pal­cami szorst­kość szwów.

- To taty. - Poca­ło­wała go; w jej wło­sach zalśniły ogni­ste refleksy. - Śpij dalej. Do świtu została jesz­cze godzina.

Z butami w ręce lekko prze­szła nad roz­cią­gnię­tymi na pod­ło­dze cia­łami. Drzwi otwo­rzyły się i zamknęły bez­gło­śnie i do chaty wpadł zimny powiew. Bobby Hig­gins wymam­ro­tał coś sen­nie. Jeden z chłop­ców usiadł i zapy­tał: "Co?" czy­stym, zdzi­wio­nym gło­sem, a potem opadł z powro­tem na koł­drę i znów zasnął.

Świeże powie­trze roz­pro­szyło się w przy­tul­nym zadu­chu i chata ponow­nie zapa­dła w sen. Ale nie Roger. Leżał na ple­cach, czu­jąc spo­kój, ulgę, pod­eks­cy­to­wa­nie i obawę w mniej wię­cej rów­nych pro­por­cjach.

Naprawdę im się udało.

Wszyst­kim. Wciąż obse­syj­nie liczył swoją rodzinę. Cała czwórka. Wszy­scy byli tutaj, bez­pieczni.

W jego umy­śle kłę­biły się urywki poszat­ko­wa­nych wspo­mnień i doznań; pozwa­lał im prze­pły­wać, nie pró­bu­jąc utrwa­lić ani uchwy­cić niczego ponad poje­dyn­cze obrazy: cię­żar sztabki złota w spo­co­nej dłoni, ucisk w brzu­chu, kiedy upu­ścił sztabkę i patrzył, jak się zsuwa po prze­chy­lo­nym pokła­dzie. Cie­pła para z owsianki zapra­wio­nej whi­sky, wzmoc­nie­nie przed mroź­nym szkoc­kim poran­kiem. Brianna ostroż­nie zeska­ku­jąca ze scho­dów na jed­nej nodze, drugą, zaban­da­żo­waną, miała unie­sioną, a jemu przy­po­mniał się wier­szyk o żura­wiu.

Kwa­śny zapach nie­umy­tych wło­sów Bucka, kiedy objęli się na skraju doku, żegna­jąc po raz ostatni. Zimne, nie­koń­czące się, zle­wa­jące się w jedno dni i noce w ciem­nej ładowni "Con­stance" w dro­dze do Char­les Town; wszy­scy czworo kulili się w kącie za ładun­kiem, ogłu­szeni hukiem fal roz­bi­ja­ją­cych się o kadłub; mor­ska cho­roba zabi­jała głód, zmę­cze­nie nie pozwa­lało poczuć stra­chu, wpa­try­wali się tylko jak zahip­no­ty­zo­wani w wodę wzbie­ra­jącą coraz wyżej na dnie ładowni, obser­wu­jąc, jak jej poziom pod­nosi się cal za calem, ochla­py­wani przy każ­dym prze­chyle statku, pró­bu­jąc żało­sną resztką cie­pła wła­snych ciał ogrzać dzieci...

Wypu­ścił powie­trze z płuc i dopiero w tej chwili zdał sobie sprawę, że wstrzy­my­wał oddech. Oparł dło­nie na solid­nej drew­nia­nej pod­ło­dze po obu stro­nach ciała, zamknął oczy i pozwo­lił, by to wszystko z niego spły­nęło.

Nie ma sensu oglą­dać się za sie­bie. Pod­jęli decy­zję i dotarli tutaj. Do bez­piecz­nego schro­nie­nia.

I co dalej?

Kie­dyś miesz­kał w tej cha­cie przez długi czas. Teraz pew­nie zbu­duje nowy dom; Jamie powie­dział mu wczo­raj wie­czo­rem, że zie­mia, którą nadał mu guber­na­tor Tryon, na­dal należy do niego i jest zapi­sana na jego nazwi­sko.

W sercu poczuł dreszcz wycze­ki­wa­nia. Miał przed sobą nowy dzień; począ­tek nowego życia. Co powi­nien zro­bić naj­pierw?

- Tatu­siu! - szep­nął cienki gło­sik, opry­sku­jąc mu ucho kro­pel­kami śliny. - Tatu­siu, chcie na noć­nik!

Uśmiech­nął się i usiadł, odsu­wa­jąc na bok płasz­cze i koszule. Mandy z napię­ciem prze­ska­ki­wała z nogi na nogę, jak czarny pta­szek na tle cieni.

- Tak, kocha­nie - odszep­nął i ujął cie­płą, lepką rączkę. - Zapro­wa­dzę cię do wychodka. Sta­raj się nikogo nie nadep­nąć.

Mandy widziała już nie­je­den wycho­dek i ten rów­nież jej nie spe­szył. Ale kiedy Roger otwo­rzył drzwi, z nad­proża spadł nagle wielki pająk i zawisł, koły­sząc się jak pion murar­ski, o kilka cali od jego twa­rzy. Oby­dwoje z Mandy krzyk­nęli - cóż, Mandy wrza­snęła; on wydał z sie­bie tylko chry­pie­nie, ale w każ­dym razie było to męskie chry­pie­nie.

Jesz­cze się nie roz­wid­niło; pająk był tylko czarną plamą z cie­niem odnóży, ale przez to zda­wał się jesz­cze bar­dziej nie­po­ko­jący. Prze­stra­szony ich krzy­kami, pospiesz­nie wspiął się po nici z powro­tem do ciem­nego zakątka, który zwy­kle zaj­mo­wał.

- Nie wejdę tu! - oświad­czyła Mandy, zapie­ra­jąc się ple­cami o nogi ojca.

Roger podzie­lał jej uczu­cia, ale zapro­wa­dze­nie jej po ciemku w krzaki przy ścieżce nio­sło ze sobą groźbę kolej­nych (i być może więk­szych) pają­ków, węży i nie­to­pe­rzy, a także noc­nych dra­pież­ni­ków. Na przy­kład pumy... Aidan McCal­lum zaba­wiał ich wcze­śniej opo­wie­ścią o tym, jak spo­tkał pumę w dro­dze do wychodka... wła­śnie do tego wychodka.

- Już w porządku, kocha­nie. - Pochy­lił się i wziął Mandy na ręce. - Poszedł sobie. Boi się nas i już tu nie wróci.

- Ja się boję!

- Wiem, skar­bie. Nie martw się; ten pająk nie wróci, ale nawet gdyby wró­cił, to go zabiję.

- Piś­to­le­tem? - zapy­tała z nadzieją.

- Tak - potwier­dził sta­now­czo i przy­ci­ska­jąc ją do piersi, zanur­ko­wał pod nad­pro­żem, za późno przy­po­mi­na­jąc sobie opo­wieść Cla­ire o wiel­kim grze­chot­niku, który sie­dział w wychodku...

Tym razem jed­nak obyło się bez nie­for­tun­nych wypad­ków, oprócz tego, że Mandy omal nie wpa­dła do dziury, gdy na chwilę ją puścił, żeby wytrzeć jej pupę wysu­szoną kolbą kuku­ry­dzy.

Tro­chę spo­cony, choć poranne powie­trze było chłodne, wró­cił do chaty i stwier­dził, że pod jego nie­obec­ność Hig­gin­so­wie - a także Jem i Ger­main - zdą­żyli już wstać. Amy Hig­gins zamru­gała na wieść, że Brianna wybrała się na polo­wa­nie, ale kiedy Roger dodał, że poszła z ojcem, wyraz zasko­cze­nia znik­nął z jej twa­rzy i tylko ski­nęła głową. Roger uśmiech­nął się w duchu. Cie­szyło go, że oso­bo­wość Jamiego wciąż domi­no­wała w Ridge pomimo dłu­giej nie­obec­no­ści; Cla­ire powie­działa mu wczo­raj wie­czo­rem, że wró­cili dopiero przed mie­sią­cem.

- Czy pod­czas naszej nie­obec­no­ści przy­było wielu osad­ni­ków? - zapy­tał Bobby'ego, sia­da­jąc obok niego na ławce z miską owsianki w dłoni.

- Całe mnó­stwo - zapew­nił go Bobby. - Co naj­mniej dwa­dzie­ścia rodzin. Może odro­binę mleka i miodu, wie­lebny? - Życz­li­wie pchnął dzba­nek z mio­dem w stronę Rogera. Bobby był Angli­kiem i dla­tego pozwa­lano mu na takie luk­susy przy śnia­da­niu; surowi Szkoci dopra­wiali owsiankę jedy­nie szczyptą soli. - Och, prze­pra­szam... powi­nie­nem był zapy­tać, czy na­dal jesteś duchow­nym?

Cla­ire pytała go o to ostat­niego wie­czoru, mimo to poczuł się zasko­czony.

- Ano tak - potwier­dził i się­gnął po dzba­nek z mle­kiem. W isto­cie zarówno to pyta­nie, jak i odpo­wiedź spra­wiły, że jego serce zaczęło bić szyb­ciej.

Był duchow­nym, nie miał tylko pew­no­ści, na ile jest to ofi­cjalne. Ow­szem, chrzcił, udzie­lał ślu­bów i cho­wał ludzi z Ridge przez rok lub dłu­żej, gło­sił im kaza­nia, a także speł­niał pomniej­sze posługi dusz­pa­ster­skie i wszy­scy uwa­żali go za pastora; bez wąt­pie­nia na­dal tak myśleli. Z dru­giej strony nie został for­mal­nie ordy­no­wany na pre­zbi­te­riań­skiego duchow­nego. Nie do końca.

- Może odwie­dzę tych nowych osad­ni­ków - rzu­cił od nie­chce­nia. - Nie wiesz, czy są wśród nich jacyś kato­licy? - To było pyta­nie reto­ryczne; wszy­scy w Ridge wie­dzieli, kto jest jakiego wyzna­nia, i nie mieli opo­rów, by roz­pra­wiać o cudzych wie­rze­niach, nawet jeśli nie robili tego w obec­no­ści samego zain­te­re­so­wa­nego.

Amy posta­wiła obok jego miski bla­szany kubek kawy z cyko­rii i z wes­tchnie­niem ulgi usia­dła nad poso­loną owsianką.

- Pięt­na­ście rodzin to kato­licy - powie­działa. - Dwa­na­ście to pre­zbi­te­ria­nie, a trzy od Nie­bie­skiego Świa­tła... meto­dy­ści, tak? Pew­nie zechcesz zadbać o swo­ich, wie­lebny. Hm... i chyba dwie rodziny angli­ka­nów... Orrie! - Zerwała się i w ostat­niej chwili dopa­dła sze­ścio­let­niego syna, ukrad­kiem uno­szą­cego nad głowę pełny noc­nik z wyraź­nym zamia­rem opróż­nie­nia go na Jema, który sie­dział przy ogniu ze skrzy­żo­wa­nymi nogami i mru­ga­jąc sen­nie, spo­glą­dał na trzy­many w dłoni but.

Zasko­czony krzy­kiem matki, Orrie upu­ścił noc­nik - co prawda, nie tra­fił bez­po­śred­nio w Jema, ale cuch­nąca zawar­tość wylała się na świeżo roz­pa­lony ogień - i popę­dził do drzwi. Matka pobie­gła za nim, zatrzy­mu­jąc się tylko na chwilę, by chwy­cić mio­tłę. Roz­wście­czone gaelic­kie okrzyki i wysoki, pełen prze­ra­że­nia pisk uci­chły w oddali.

Jem, który nie­na­wi­dził poran­ków, spoj­rzał na pry­ska­jącą iskrami zawar­tość pale­ni­ska, zmarsz­czył nos i pod­niósł się chwiej­nie, a potem pod­szedł do stołu i zie­wa­jąc, usiadł obok Rogera.

Zapa­dła cisza. Naraz w pale­ni­sku pękło zwę­glone polano i spo­śród nie­czy­sto­ści w górę wytry­snął snop iskier, niczym komen­tarz pod­su­mo­wu­jący stan rze­czy.

Roger odchrząk­nął.

- Czło­wiek zro­dzony z kobiety jest nie­spo­kojny jak iskry lecące w górę - zauwa­żył.

Bobby powoli odwró­cił głowę od kon­tem­pla­cji pale­ni­ska i spoj­rzał na niego. Oczy miał zaczer­wie­nione od dymu, stare piętno w kształ­cie litery M na policzku błysz­czało bielą w pół­mroku chaty.

- Dobrze powie­dziane, pasto­rze - stwier­dził. - Witaj z powro­tem.

Jej matka powie­dzia­łaby, że był to dzień błę­kit­nego wina - powie­trze zle­wało się z nie­bem i można było się upić każ­dym odde­chem. Liście kasz­ta­nowca i dębu trzesz­czały przy każ­dym kroku, ich zapach był rów­nie ostry jak zapach sosno­wych igieł nad gło­wami. Wspi­nali się na górę z bro­nią w rękach i Brianna Fra­ser Mac­Ken­zie była jed­no­ścią z dniem.

Ojciec przy­trzy­mał przed nią gałąź cho­iny. Pochy­liła głowę i zrów­nała się z nim.

- Feur-milis - powie­dział, wska­zu­jąc na sze­roką łąkę, która otwie­rała się przed nimi. - Pamię­tasz jesz­cze coś z Gaidhlig, dziew­czyno?

- Powie­dzia­łeś coś o tra­wie - odrze­kła, pospiesz­nie prze­trzą­sa­jąc archi­wum swo­jego umy­słu. - Ale nie znam tego dru­giego słowa.

- Słodka trawa. Tak nazy­wamy tę łączkę. Dobre pastwi­sko, ale za wysoko dla bydła, a ze względu na pumy i niedź­wie­dzie lepiej nie zosta­wiać zwie­rząt na całe dnie bez opieki.

Powierzch­nia łąki falo­wała, poru­sza­jące się sre­brzy­sto­zie­lone kłosy milio­nów traw chwy­tały poranne słońce. Tu i ówdzie krą­żyły żółte i białe motyle. Naraz po dru­giej stro­nie łąki roz­le­gło się trza­śnię­cie i jakieś duże zwie­rzę kopytne znik­nęło w zaro­ślach, pozo­sta­wia­jąc za sobą roz­ko­ły­sane gałę­zie.

- Widzę, że mamy kon­ku­ren­cję - powie­działa Brianna, wska­zu­jąc miej­sce, gdzie znik­nęło zwie­rzę. Unio­sła brwi, chcąc zapy­tać, czy nie powinni za nim pójść, ale ojciec się nie poru­szył; widocz­nie miał powód, by tego nie robić.

- Ano, mamy - odrzekł i ruszył w prawo, wzdłuż linii drzew ota­cza­ją­cych łąkę. - Ale jele­nie nie żerują tak jak bydło czy owce, w każ­dym razie jeśli pastwi­sko jest dobre. To był stary byk - rzu­cił obo­jęt­nie przez ramię. - Nie ma potrzeby zabi­jać ich w lecie, kiedy jest mnó­stwo lep­szego mięsa.

Znów unio­sła brwi, ale poszła za nim bez komen­ta­rza. Odwró­cił głowę i uśmiech­nął się do niej.

- Tam, gdzie jest jeden, o tej porze roku zapewne jest ich wię­cej. Łanie i młode cie­lęta zaczy­nają się zbie­rać w stada. To jesz­cze nie pora rui, ale byki zawsze o tym myślą. On dobrze wie, gdzie je zna­leźć. - Ski­nął głową w kie­runku, gdzie znik­nął jeleń.

Powstrzy­mała uśmiech, przy­po­mi­na­jąc sobie nie­które nie­zbyt cen­zu­ralne opi­nie matki na temat męż­czyzn i funk­cji testo­ste­ronu. Zauwa­żył to i spoj­rzał na nią z nieco żało­snym roz­ba­wie­niem; poczuła się poru­szona tym, że prze­nik­nął jej myśli.

- No cóż, twoja matka nie myli się co do męż­czyzn. - Wzru­szył ramio­nami. - Miej to na uwa­dze, a nighean - dodał już poważ­niej i odwró­cił się, uno­sząc twarz do wia­tru. - Są w pobliżu łąki, ale pod wiatr; nie zbli­żymy się do nich, chyba że podej­dziemy wyżej i zej­dziemy na dół po tam­tej stro­nie wzgó­rza. - Ruchem głowy wska­zał dal­szy, zachodni kra­niec łąki. - Ale pomy­śla­łem, że jeśli nie masz nic prze­ciwko temu, to może naj­pierw zaj­rzymy do domu Mło­dego Iana?

- Mia­ła­bym mieć coś prze­ciwko? Nie! - Na wzmiankę o kuzy­nie poczuła radość. - Wczo­raj wie­czo­rem ktoś przy ogni­sku wspo­mniał, że jest żonaty. Z kim się oże­nił?

Była bar­dzo cie­kawa żony Iana. Jakieś dzie­sięć lat wcze­śniej popro­sił ją, żeby za niego wyszła, i choć była to pro­po­zy­cja kie­ro­wana despe­ra­cją, a do tego zupeł­nie nie­do­rzeczna, to jed­nak Brianna wie­działa, że myśl o pój­ściu z nią do łóżka nie była Ianowi nie­miła. Póź­niej, kiedy oby­dwoje już doro­śli, ona miała męża, a on roz­stał się ze swoją indiań­ską żoną, mil­cząco zda­wali sobie sprawę, że ist­nieje mię­dzy nimi pociąg fizyczny - i podob­nie mil­cząco igno­ro­wali to przy­cią­ga­nie. Pozo­stały jed­nak echa wza­jem­nej sym­pa­tii i Brianna miała nadzieję, że polubi rów­nież nie­znaną żonę Iana.

Ojciec się roze­śmiał.

- Spodoba ci się, dziew­czyno. Nazywa się Rachel Hun­ter i jest kwa­kierką.

Przed oczami sta­nęła jej wizja drob­nej, nija­kiej kobiety ze spusz­czo­nym wzro­kiem, ale ojciec dostrzegł zwąt­pie­nie na jej twa­rzy i potrzą­snął głową.

- Nie jest taka, jak mogła­byś przy­pusz­czać. Mówi, co myśli. Ian jest w niej zako­chany po uszy, a ona w nim.

- Ach. To dobrze! - odrze­kła szcze­rze. Ojciec rzu­cił jej roz­ba­wione spoj­rze­nie i uniósł brwi, ale nie powie­dział nic wię­cej. Odwró­cił się i poszedł przo­dem przez fale pach­ną­cych traw.

Chata Iana była uro­cza. Nie róż­niła się zna­cząco od wszyst­kich innych gór­skich chat, jakie Brianna widziała, ale stała pośrodku osi­ko­wego zagaj­nika. Trze­po­czące liście roz­pra­szały pro­mie­nie słońca w wir pla­mek świa­tła i cie­nia, nada­jąc jej magiczny wygląd - jakby mogła roz­pły­nąć się pośród drzew, gdyby na chwilę odwró­cić wzrok.

Cztery kozy i dwoje koź­ląt wysta­wiły głowy ponad żer­dziami zagrody i życz­li­wie zame­czały na powi­ta­nie, ale nikt się nie poja­wił, by spraw­dzić, kim są goście.

- Wyszli gdzieś. - Jamie przy­mru­żył oczy i spoj­rzał na dom. - Na drzwiach chyba wisi jakaś kartka?

Na skrawku papieru, przy­bi­tym do drzwi dłu­gim cier­niem, wid­niała linijka nie­zro­zu­mia­łego pisma. Bree po chwili zdała sobie sprawę, że to gaelicki.

- Czy żona Mło­dego Iana jest Szkotką? - zapy­tała, wpa­tru­jąc się w litery ze zmarsz­czo­nymi brwiami. Udało jej się roz­po­znać, a w każ­dym razie tak jej się wyda­wało, słowa "Mac­Cree" i "koza".

- Nie, to od Jenny. - Jej ojciec wyjął oku­lary i spoj­rzał na notatkę. - Pisze, że ona i Rachel poszły piko­wać koł­dry do domu rodziny Mac­Cree i jeśli Ian wróci do domu przed nimi, to ma wydoić kozy i odsta­wić połowę mleka na ser.

Kozy chyba zro­zu­miały, że o nich mowa, bo z zagrody znów roz­le­gło się chó­ralne mecze­nie.

- Widocz­nie Ian też jesz­cze nie wró­cił - zauwa­żyła Brianna. - Myślisz, że trzeba je wydoić? Chyba jesz­cze pamię­tam, jak się to robi.

Ojciec uśmiech­nął się i pokrę­cił głową.

- Nie, Jenny na pewno je wydo­iła parę godzin temu. Wytrzy­mają do wie­czora.

Brianna w pierw­szej chwili odru­chowo uznała, że "Jenny" to imię dziew­czyny wyna­ję­tej do pomocy, i teraz, usły­szaw­szy ton głosu Jamiego, zamru­gała.

- Jenny. Twoja sio­stra Jenny? - spy­tała z nie­do­wie­rza­niem. - Ona jest tutaj?

Wyda­wał się nieco zasko­czony.

- Tak, jest tutaj. Prze­pra­szam cię, dziew­czyno, w ogóle nie przy­szło mi do głowy, że o tym nie wiesz. Ona... zaraz. - Uniósł rękę, patrząc na nią uważ­nie. - Listy. Pisa­li­śmy... cóż, głów­nie to Cla­ire pisała... ale...

- Zna­leź­li­śmy je. - Zabra­kło jej tchu, podob­nie jak wtedy, gdy Roger przy­niósł drew­nianą skrzy­neczkę z peł­nym nazwi­skiem Jemmy'ego wypa­lo­nym na wieczku. Otwo­rzyli ją i zoba­czyli listy. Pamię­tała osza­ła­mia­jące wra­że­nie ulgi, rado­ści i smutku, kiedy roz­wi­nęła pierw­szy list i ujrzała słowo "Żyjemy...".

To samo uczu­cie ogar­nęło ją teraz. Łzy ją zasko­czyły; wszystko wokół zadrżało i stało się nie­wy­raźne, jakby chata, ojciec i ona sama mieli zaraz znik­nąć, roz­pły­nąć się w świe­tle migo­czą­cym pośród osi­ko­wych liści. Zdła­wiła szloch; ramię ojca objęło ją mocno.

- Ni­gdy nie przy­pusz­cza­li­śmy, że jesz­cze was zoba­czymy - szep­nął w jej włosy. Głos mu się zała­my­wał. - Ni­gdy, a lean­nan. Bałem się... tak bar­dzo się bałem, że nie dotar­li­ście bez­piecz­nie, że... że wszy­scy zgi­nę­li­ście, zagu­bi­li­ście się w... tam. A my ni­gdy się o tym nie dowiemy.

- Nie mogli­śmy wam powie­dzieć. - Unio­sła głowę z jego ramie­nia i wytarła nos wierz­chem dłoni. - Ale wy mogli­ście mówić do nas. Te listy... wie­dzie­li­śmy, że żyje­cie. To zna­czy... - Urwała nagle, mru­ga­jąc, by odpę­dzić ostat­nie łzy. Jamie odwró­cił wzrok, powstrzy­mu­jąc swoje.

- Ale my nie żyli­śmy - odrzekł cicho. - Byli­śmy mar­twi. Kiedy czy­ta­li­ście te listy.

- Nie, nie byli­ście mar­twi - odrze­kła gwał­tow­nie, ści­ska­jąc jego rękę. - Nie prze­czy­ta­łam wszyst­kich listów naraz. Czy­ta­łam co jakiś czas po jed­nym, bo dopóki któ­reś pozo­sta­wały jesz­cze nie­otwarte... wy na­dal żyli­ście.

- To nie ma żad­nego zna­cze­nia, dziew­czyno - powie­dział w końcu bar­dzo cicho. Uniósł jej rękę i poca­ło­wał knyk­cie. Poczuła na skó­rze jego cie­pły, lekki oddech. - Jeste­ście tutaj. My też. Tylko to się liczy.

Brianna miała ze sobą rodzinną śru­tówkę, a jej ojciec swoją dobrą strzelbę. Nie strze­lała jed­nak do pta­ków ani małych zwie­rząt, skoro mieli szansę wytro­pić jele­nie. Droga wio­dła stromo pod górę i choć dzień był chłodny, Bree szybko się zasa­pała i kro­ple potu zaczęły jej spły­wać po karku. Ojciec jak zawsze wspi­nał się niczym kozica, bez naj­mniej­szego wysiłku. Poczuła się upo­ko­rzona, gdy zauwa­żył jej wysiłki i ski­nie­niem przy­wo­łał ją na bok, na nie­wielką półkę skalną.

- Nie ma pośpie­chu, a nighean. - Uśmiech­nął się. - Tu jest woda. - Nie­śmiało wycią­gnął rękę, dotknął jej zaru­mie­nio­nego policzka i szybko cof­nął dłoń. - Prze­pra­szam, dziew­czyno. Nie przy­wy­kłem jesz­cze do myśli, że jesteś praw­dziwa.

- Wiem, co chcesz powie­dzieć - odrze­kła cicho. Prze­łknęła ślinę, wycią­gnęła rękę i dotknęła jego twa­rzy, cie­płej i gładko ogo­lo­nej. Oczy miał sko­śne i ciem­no­nie­bie­skie, tak jak ona.

- Och - wes­tchnął i znów łagod­nie wziął ją w ramiona. Stali tak w mil­cze­niu, słu­cha­jąc kra­ka­nia kru­ków krą­żą­cych nad ich gło­wami i szmeru wody na kamie­niach.

- Tro­bhad agus ?l, a nighean - powie­dział. Puścił ją rów­nie deli­kat­nie, jak wcze­śniej pochwy­cił, i obró­cił w stronę maleń­kiego stru­myka, który spły­wał szcze­liną mię­dzy dwiema ska­łami. - Chodź, napij się.

Lodo­wata woda miała posmak gra­nitu i lekki zapach ter­pen­tyny od sosno­wych igieł. Brianna zaspo­ko­iła pra­gnie­nie i ochla­pu­jąc wodą zaru­mie­nione policzki, wyczuła nagłe poru­sze­nie ojca. Natych­miast zasty­gła i zer­k­nęła na niego kątem oka. On rów­nież znie­ru­cho­miał, ale pod­niósł wzrok i ruchem pod­bródka wska­zał zbo­cze nad nimi.

Zoba­czyła i usły­szała osy­pu­jącą się powoli zie­mię. Na skal­nej półce obok jej stopy zagrze­cho­tały kamyki, a potem zapa­dła cisza, prze­ry­wana tylko kra­ka­niem. Brzmiało teraz gło­śniej, pomy­ślała, jakby ptaki były bli­żej. Coś dostrze­gły.

Były bli­żej. Ptak zanur­ko­wał nagle jak bły­ska­wica tuż obok jej głowy, a inny wrza­snął z góry. Omal nie stra­ciła rów­no­wagi, gdy na urwi­sku nad nimi roz­legł się nagły huk. Odru­chowo zaci­snęła palce na mło­dych pędach drze­wek wysta­ją­cych ze skal­nej ściany - w samą porę, bo nad jej głową roz­legło się łup­nię­cie i odgłos pośli­zgu. W tej samej chwili coś wiel­kiego prze­le­ciało obok niej w desz­czu ziemi i żwiru, odbiło się od półki, dysząc i krwa­wiąc, i z trza­skiem wylą­do­wało w krza­kach na dole.

- Bło­go­sła­wiony Michale, miej nas w opiece - rzu­cił jej ojciec po gaelicku i prze­że­gnał się. Spoj­rzał w dół, na mio­ta­jące się gwał­tow­nie zaro­śla - Jezu, cokol­wiek to było, na­dal żyło - a potem w górę.

- Weh! - ode­zwał się z góry entu­zja­styczny męski głos. Nie roz­po­znała tego słowa, ale głos był zna­jomy; ogar­nęła ją radość.

- Ian! - zawo­łała.

Na górze zapa­dła zupełna cisza, tylko kruki krzy­czały z coraz więk­szym pod­nie­ce­niem.

- Bło­go­sła­wiony Michale, miej nas w opiece - powie­dział zasko­czony głos po gaelicku i chwilę póź­niej jej kuzyn Ian zsu­nął się na ich wąską półkę, balan­su­jąc na niej bez żad­nych trud­no­ści.

- To ty! - powie­działa. - Och, Ianie!

- A cha­raid! - Pochwy­cił ją w ramiona i mocno uści­snął, śmie­jąc się z nie­do­wie­rza­niem. - Boże, to ty! - Cof­nął się na chwilę, by spraw­dzić, czy to rze­czy­wi­ście ona, znów się roze­śmiał, mocno ją poca­ło­wał i uści­snął jesz­cze raz. Pach­niał jele­nią skórą, owsianką i pro­chem strzel­ni­czym; czuła przy piersi bicie jego serca.

Usły­szała nie­wy­raźne szu­ra­nie i kiedy odsu­nęli się od sie­bie, zdała sobie sprawę, że jej ojciec zszedł ze skal­nej półki i na wpół zsu­wał się po piargu w stronę zaro­śli, gdzie upadł jeleń - to musiał być jeleń... Zatrzy­mał się na chwilę na skraju krze­wów - wciąż się koły­sały, ale ruchy ran­nego jele­nia sta­wały się coraz mniej gwał­towne - wycią­gnął nóż i mru­cząc coś po gaelicku, ostroż­nie wszedł w zaro­śla.

- Tam są same dzi­kie róże - powie­dział Ian, patrząc w dół ponad jej ramie­niem. - Ale myślę, że zdąży mu pode­rżnąć gar­dło. A Dhia, nie mogłem dobrze wyce­lo­wać i bałem się, że... ale skąd do czor... chcia­łem powie­dzieć, skąd się tu wzię­łaś? - Cof­nął się o krok i powiódł po niej wzro­kiem, uno­sząc kącik ust, gdy zauwa­żył jej spodnie i mocne skó­rzane buty. Jego spoj­rze­nie, teraz zmar­twione, wró­ciło do jej twa­rzy. - Nie ma z tobą two­jego męż­czy­zny? A dzieci?

- Są wszy­scy - zapew­niła go. - Roger pew­nie coś teraz przy­bija, Jem mu pomaga, a Mandy plą­cze się pod nogami. A co do tego, skąd się tu wzię­li­śmy... - Świa­tło dnia i radość z ponow­nego spo­tka­nia pozwo­liły jej nie myśleć o nie­daw­nej prze­szło­ści, ale koniecz­ność wyja­śnień spra­wiła, że naraz spadł na nią cię­żar wypad­ków.

- Nie przej­muj się, kuzynko - powie­dział Ian szybko na widok wyrazu jej twa­rzy. - To może pocze­kać. Pamię­tasz jesz­cze, jak się strzela do indy­ków? Nie­całe ćwierć mili stąd całe stado spa­ce­ruje w jedną i drugą stronę, jakby tań­czyły na ceilidh.

- Chyba pamię­tam. - Spa­da­jący jeleń prze­wró­cił strzelbę, którą oparła o ścianę urwi­ska, żeby się napić wody. Pod­nio­sła ją teraz i popra­wiła prze­krzy­wiony krze­mień. Łomoty na dole ustały, sły­szała tylko nie­sione wia­trem strzępy słów ojca, który odma­wiał modli­twę gral­loch.

- Nie trzeba pomóc tacie z tym jele­niem?

- To tylko rocz­niak. Pora­dzi sobie, zanim zdą­żysz mru­gnąć. - Wychy­lił się poza kra­wędź półki i zawo­łał: - Idziemy z Bree postrze­lać do indy­ków, a brathair mo mhathair!

Głu­chą ciszę na dole prze­rwały gło­śne sze­le­sty i spo­śród kol­cza­stych krza­ków róż wynu­rzyła się naraz roz­czo­chrana głowa Jamiego. Włosy miał roz­pusz­czone i potar­gane, mocno zaru­mie­niona twarz krwa­wiła w kilku miej­scach, podob­nie jak ramiona i dło­nie. Wyda­wał się nie­za­do­wo­lony.

- Ian - powie­dział na tyle dono­śnie, że było go sły­chać ponad odgło­sami lasu. - Mac Ian... mac Ian...!

- Wró­cimy, żeby ci pomóc zabrać mięso! - odkrzyk­nął Ian. Pogod­nie poma­chał ręką, się­gnął po śru­tówkę, pochwy­cił spoj­rze­nie Bree i uniósł głowę wyżej. Spoj­rzała w dół, ale ojciec znów znik­nął i zoba­czyła tylko roz­ko­ły­sane krzaki.

Prze­ko­nała się, że stra­ciła roze­zna­nie w dzi­kim tere­nie; urwi­sko wyda­wało się jej nie­do­stępne, Ian jed­nak wspi­nał się w górę zręcz­nie jak pawian. Po chwili waha­nia podą­żyła za nim, znacz­nie wol­niej, od czasu do czasu śli­zga­jąc się na bło­cie i wypa­tru­jąc skal­nych uchwy­tów, któ­rych uży­wał kuzyn.

- Ian mac Ian mac Ian? - zapy­tała, gdy dotarła na szczyt urwi­ska i zatrzy­mała się, by wytrzą­snąć zie­mię z butów. Serce biło jej nie­przy­jem­nie mocno. - Kiedy jestem zła na Jema, mówię do niego "Jere­miah Ale­xan­der Ian Fra­ser Mac­Ken­zie". Czy to coś podob­nego?

- Coś w tym stylu - przy­znał Ian, wzru­sza­jąc ramio­nami. - Ianie, synu Iana, synu Iana... cho­dzi o to, by ci powie­dzieć, że przy­no­sisz wstyd swoim przod­kom, rozu­miesz? - Miał na sobie brudną i postrzę­pioną per­ka­lową koszulę z ode­rwa­nymi ręka­wami; dostrze­gła na nagim brą­zo­wym ramie­niu dużą białą bli­znę w kształ­cie czte­ro­ra­mien­nej gwiazdy.

- Co ci się stało? - zapy­tała, wska­zu­jąc na nią ruchem głowy.

Lek­ce­wa­żąco wzru­szył ramio­nami i popro­wa­dził ją w stronę nie­wiel­kiej grani.

- Nic takiego. Jakiś drań z ple­mie­nia Abe­naki tra­fił mnie strzałą pod Mon­mo­uth. Denny wyciął mi to kilka dni póź­niej... to zna­czy Den­zell Hun­ter - dodał na widok jej nie­zro­zu­mie­nia. - Brat Rachel. Jest leka­rzem, jak twoja mama.

- Rachel! - zawo­łała. - To twoja żona?

Ian uśmiech­nął się sze­roko.

- Tak - odrzekł po pro­stu. - Taing do Dhia. - Spoj­rzał na nią szybko, spraw­dza­jąc, czy zro­zu­miała.

- Pamię­tam. To zna­czy "dzięki Bogu" - zapew­niła go. - Pamię­tam znacz­nie wię­cej. Roger odświe­żał nasz Gaidhlig pod­czas podróży ze Szko­cji. Tato mówił, że Rachel jest kwa­kierką? - dodała, prze­cho­dząc przez stru­myk po kamie­niach.

- Tak. - Ian nie spusz­czał wzroku z kamieni, zda­wało się jed­nak, że jego radość i duma nieco przy­ga­sły. Pomi­nęła to jed­nak mil­cze­niem; jeśli ist­niał tu jakiś kon­flikt, a zwa­żyw­szy na to, co wie­działa o kuzy­nie i co wyda­wało jej się, że wie o kwa­krach, nie potra­fiła sobie wyobra­zić, by mogło go nie być, to nie była odpo­wied­nia chwila na zada­wa­nie pytań.

Ian jed­nak nie miał podob­nych wahań.

- Ze Szko­cji? - powtó­rzył, spo­glą­da­jąc na nią przez ramię. - Kiedy? - Naraz zdał sobie sprawę z dwu­znacz­no­ści tego pyta­nia i jego twarz się zmie­niła. Prze­pra­sza­jąco mach­nął ręką.

- Wypły­nę­li­śmy z Edyn­burga w marcu - wyja­śniła, wybie­ra­jąc na razie naj­prost­szą odpo­wiedź. - Resztę opo­wiem ci póź­niej.

Ski­nął głową i szli dalej, cza­sem obok sie­bie, cza­sem Ian pro­wa­dził. Podą­żali ścież­kami jeleni lub skra­cali sobie drogę, idąc pro­sto w górę, by omi­nąć gęste zaro­śla. Brianna była zado­wo­lona, że może zostać z tyłu i patrzeć na niego, nie wpra­wia­jąc go w zakło­po­ta­nie.

Zmie­nił się, ale nic w tym dziw­nego. Na­dal był wysoki i bar­dzo szczu­pły, okrzepł jed­nak i stał się doj­rza­łym męż­czy­zną. Pod skórą wyraź­nie odzna­czały się dłu­gie mię­śnie ramion. Brą­zowe włosy ściem­niały, były sple­cione, zwią­zane rze­mie­niem i ozdo­bione czymś, co wyglą­dało jak wple­cione w war­kocz bar­dzo świeże indy­cze pióra. Na szczę­ście? - zasta­no­wiła się. Łuk i koł­czan, które zabrał ze szczytu urwi­ska, teraz koły­sały się lekko na jego ple­cach.

"Ale nie tylko w jego twa­rzy widać dosko­na­łość stwo­rze­nia męż­czy­zny", pomy­ślała z roz­ba­wie­niem. "Widać to rów­nież w jego koń­czy­nach i sta­wach, o dziwo w sta­wach bio­der i nad­garst­ków / W cho­dzie i unie­sie­niu karku, gib­ko­ści talii i kolan, ubra­nie go nie skrywa"1. Ten wiersz zawsze nasu­wał jej myśl o Roge­rze, ale teraz sko­ja­rzył się rów­nież z Ianem i ojcem, choć wszy­scy trzej byli tak różni.

Wspięli się wyżej, poza linię drzew. Wiatr był tu sil­niej­szy i śwież­szy. Ian zatrzy­mał się i przy­wo­łał ją, lekko poru­sza­jąc pal­cami.

- Sły­szysz je? - szep­nął jej do ucha samym odde­chem.

Sły­szała i wło­ski na jej karku przy­jem­nie się zje­żyły. Krót­kie, ostre dźwięki, nie­mal jak szcze­ka­nie psa. Gdzieś dalej roz­le­gał się ury­wany war­kot, coś pomię­dzy dużym kotem a nie­wiel­kim sil­ni­kiem.

- Zdej­mij poń­czo­chy i natrzyj nogi zie­mią - szep­nął Ian, wska­zu­jąc na jej weł­niane poń­czo­chy. - Dło­nie i twarz też.

Ski­nęła głową, oparła strzelbę o drzewo i odgar­nęła na bok suche liście. Zie­mia pod spodem była na tyle wil­gotna, że dało się ją wetrzeć w skórę. Ian nie potrze­bo­wał kamu­flażu; jego wła­sna skóra była nie­mal rów­nie ciemna jak skó­rzane spodnie. Odsu­nął się w mil­cze­niu, kiedy nacie­rała ręce i twarz, i gdy pod­nio­sła wzrok, przez chwilę nie potra­fiła go odna­leźć.

Roz­le­gła się seria dźwię­ków przy­po­mi­na­ją­cych skrzy­pie­nie zardze­wia­łego zawiasu w roz­ko­ły­sa­nych drzwiach i nagle go zoba­czyła: stał nie­ru­chomo za ambrow­cem o jakieś pięć­dzie­siąt stóp od niej.

Zda­wało się, że las na chwilę zamarł, ciche trza­ski i sze­lest liści ustały. Potem ode­zwało się wście­kłe gul­go­ta­nie. Brianna nie­zmier­nie powoli odwró­ciła głowę. Indor wysta­wił z trawy jasno­nie­bie­ski łeb i szybko obra­cał nim z boku na bok, szu­ka­jąc rywala. Jaskra­wo­czer­wone korale koły­sały się przy każ­dym ruchu.

Rzu­ciła okiem na Iana. Trzy­mał zwi­nięte dło­nie przy ustach, ale nie poru­szył się ani nie wydał dźwięku. Wstrzy­mała oddech i znów spoj­rzała na indyka, który ponow­nie gło­śno zagul­go­tał. Tym razem odpo­wie­dział mu z oddali inny samiec. Ten, na któ­rego patrzyła, obej­rzał się w stronę dźwięku, pod­niósł głowę i krzyk­nął. Przez chwilę nasłu­chi­wał, po czym scho­wał się z powro­tem w trawę. Spoj­rzała na Iana; zauwa­żył to i leciutko potrzą­snął głową.

Odcze­kali szes­na­ście wol­nych odde­chów - liczyła - nim Ian znów zagul­go­tał. Indor wysko­czył z trawy i prze­szedł przez skra­wek ziemi pokry­tej liśćmi. Oczy miał nabie­głe krwią, pióra na pier­siach nastro­szone, ogon roz­po­starty. Zatrzy­mał się na chwilę, aby cały las mógł podzi­wiać jego wspa­nia­łość, po czym zaczął się powoli prze­cha­dzać w jedną i drugą stronę, wyda­jąc ostre, agre­sywne okrzyki.

Poru­sza­jąc tylko oczami, spo­glą­dała raz na kro­czą­cego indora, to znów na Iana, który syn­chro­ni­zu­jąc ruchy z ruchami indyka, zsu­nął łuk z ramie­nia, zastygł, się­gnął po strzałę, znów zastygł i wresz­cie nało­żył strzałę, gdy ptak obró­cił się po raz ostatni.

W każ­dym razie miał to być ostatni obrót. Ian nacią­gnął łuk, tym samym płyn­nym ruchem wypu­ścił strzałę i wydał z sie­bie prze­stra­szony, aż nazbyt ludzki okrzyk, gdy z drzewa nad nim spa­dło coś dużego i ciem­nego. Odsko­czył do tyłu i indyk prze­le­ciał tuż obok jego głowy. Brianna dostrze­gła teraz, że to była indyczka: prze­stra­szona, z nastro­szo­nymi pió­rami, bie­gła z wycią­gniętą szyją przez otwartą polanę w stronę rów­nie prze­stra­szo­nego indora, który sklęsł z szoku.

Odru­chowo pochwy­ciła strzelbę i wypa­liła. Spu­dło­wała; oby­dwa indyki znik­nęły w gąsz­czu paproci, wyda­jąc dźwięki przy­po­mi­na­jące ude­rze­nia młotka w drew­niany klo­cek.

Echa uci­chły i znów usły­szeli sze­lest liści. Spoj­rzała na kuzyna, który zer­k­nął na swój łuk, a potem na strzałę, tkwiącą absur­dal­nie mię­dzy dwoma kamie­niami. Popa­trzył na nią i oby­dwoje wybuch­nęli śmie­chem.

- No tak - stwier­dził filo­zo­ficz­nie. - To dla­tego, że zosta­wi­li­śmy wujka Jamiego, żeby sam zry­wał róże.

Brianna prze­czy­ściła lufę i ubiła następną por­cję śrutu - z całej siły, żeby uspo­koić drżące ręce.

- Prze­pra­szam, że chy­bi­łam - powie­działa.

- Dla­czego? - Ian spoj­rzał na nią zasko­czony. - Przy polo­wa­niu masz szczę­ście, jak tra­fisz raz na dzie­sięć. Dobrze o tym wiesz. Poza tym ja też chy­bi­łem.

- Tylko dla­tego, że indyk spadł ci na głowę - odparła, ale się roze­śmiała. - Strzała jest znisz­czona?

- Tak. - Wycią­gnął strzałę spo­mię­dzy kamieni i poka­zał jej zła­mane drzewce. - Ale grot jest dobry. - Scho­wał żela­zny grot do spor­ranu, odrzu­cił drzewce i wstał. - Z tego stada już nic nie uda nam się ustrze­lić, ale... co się dzieje, dziew­czyno?

Pró­bo­wała wepchnąć wycior w uchwyt, ale nie tra­fiła i wycior upadł na zie­mię.

- Jak to się nazywa, kiedy jesteś zbyt pod­nie­cony, by tra­fić w jele­nia? Jele­nia gorączka? - powie­działa, zdo­by­wa­jąc się na żart i pod­no­sząc wycior z ziemi. - Więc ja chyba mam indy­czą gorączkę.

- Ach, tak. - Uśmiech­nął się, patrząc uważ­nie na jej dło­nie. - Kiedy ostat­nio strze­la­łaś, kuzynko?

- Nie tak dawno - odrze­kła krótko. Nie spo­dzie­wała się, że to wróci. - Jakieś sześć, sie­dem mie­sięcy temu.

- Na co wtedy polo­wa­łaś? - zapy­tał, prze­chy­la­jąc głowę na bok.

Spoj­rzała na niego, pod­jęła decy­zję i ostroż­nie wkła­da­jąc wycior na miej­sce, zwró­ciła się twa­rzą do niego.

- Na grupę męż­czyzn, któ­rzy cze­kali na mnie ukryci w moim domu, żeby mnie zabić i zabrać dzieci - powie­działa wprost, ale te słowa zabrzmiały śmiesz­nie, melo­dra­ma­tycz­nie.

Ian uniósł krza­cza­ste brwi.

- Zabi­łaś ich? - W jego gło­sie brzmiało tak wiel­kie zain­te­re­so­wa­nie, że mimo cię­żaru wspo­mnień roze­śmiała się. Zupeł­nie jakby pytał, czy udało jej się zła­pać dużą rybę.

- Nie­stety, nie. Strze­li­łam w oponę ich cię­ża­rówki i okno wła­snego domu. Nie tra­fi­łam w nich. Ale z dru­giej strony - dodała z uda­waną obo­jęt­no­ścią - im nie udało się dostać mnie ani dzieci.

Ski­nął głową, przyj­mu­jąc to, co powie­działa. Ta rze­czo­wość zdzi­wi­łaby ją, gdyby cho­dziło o jakie­go­kol­wiek innego męż­czy­znę.

- Dla­tego tu jeste­ście, tak? - Odru­chowo rozej­rzał się wokół, jakby wypa­try­wał cza­ją­cych się w lesie wro­gów, i nagle zaczęła się zasta­na­wiać, jak by to było miesz­kać z Ianem i ni­gdy nie wie­dzieć, czy roz­ma­wia ze Szko­tem, czy z Mohaw­kiem. Teraz była jesz­cze bar­dziej cie­kawa Rachel.

- Przede wszyst­kim dla­tego - odpo­wie­działa. Zauwa­żył jej ton i spoj­rzał na nią prze­ni­kli­wie, ale znów ski­nął głową.

- Wró­cisz tam, żeby ich zabić? - zapy­tał zupeł­nie poważ­nie.

Brianna z wysił­kiem stłu­miła furię, jaka ją ogar­nęła na myśl o Robie Came­ro­nie i jego prze­klę­tych wspól­ni­kach. Ręce zaczęły jej drżeć, ale nie ze stra­chu ani nie od wspo­mnień, lecz dla­tego, że kiedy dotknęła spu­stu, wró­ciło do niej doj­mu­jące pra­gnie­nie zabi­ja­nia.

- Chcia­ła­bym - rze­kła krótko. - Ale nie możemy. To zna­czy fizycz­nie. - Mach­nię­ciem ręki odsu­nęła od sie­bie to wszystko. - Opo­wiem ci póź­niej; nie roz­ma­wia­li­śmy o tym jesz­cze nawet z tatą i mamą. Dotar­li­śmy tu dopiero wczo­raj wie­czo­rem. - Ziew­nęła sze­roko, jakby na wspo­mnie­nie dłu­giej wspi­naczki przez gór­skie prze­łę­cze.

Ian się roze­śmiał, a ona pokrę­ciła głową, mru­ga­jąc.

- Tato chyba mówił, że masz dziecko? - zapy­tała, sta­now­czo zmie­nia­jąc temat.

Na jego twarz wró­cił sze­roki uśmiech.

- Mam. - Pro­mie­niał taką rado­ścią, że Brianna też się uśmiech­nęła. - Mam małego synka. Nie dostał jesz­cze praw­dzi­wego imie­nia, ale nazy­wamy go Oggy. Od Ogle­thorpe - wyja­śnił na widok jej sze­ro­kiego uśmie­chu. - Byli­śmy w Savan­nah, kiedy Rachel zaczął rosnąć brzuch. Nie mogę się docze­kać, kiedy go zoba­czysz!

- Ja też - powie­działa, cho­ciaż nie rozu­miała związku mię­dzy Savan­nah a imie­niem Ogle­thorpe. - Czy... - Prze­rwał jej odle­gły dźwięk. Ian natych­miast zerwał się na nogi, spo­glą­da­jąc w tym kie­runku.

- Czy to był tata? - zapy­tała.

- Chyba tak. - Podał jej rękę i pomógł wstać, jed­no­cze­śnie się­ga­jąc po łuk. - Chodź!

Pochwy­ciła świeżo zała­do­waną strzelbę i pobie­gła, nie zwa­ża­jąc na zaro­śla, kamie­nie, gałę­zie drzew, stru­mie­nie ani na nic innego. Ian prze­my­kał przez las zwin­nie i szybko jak wąż; prze­dzie­rała się za nim, łamiąc gałę­zie i prze­cie­ra­jąc oczy ręka­wem.

Ian dwa razy zatrzy­mał się nagle i pochwy­cił ją za ramię, gdy zbli­żyła się do niego. Stali razem, nasłu­chu­jąc, pró­bu­jąc zwol­nić rytm serca i wstrzy­mać oddech na wystar­cza­jąco długą chwilę, by usły­szeć cokol­wiek ponad szu­mem lasu. Za pierw­szym razem, po kilku minu­tach, które wyda­wały się wiecz­no­ścią, wychwy­cili poprzez szum wia­tru coś w rodzaju kwiku, a po nim serię pomru­ków.

- Świ­nia? - zapy­tała mię­dzy hau­stami powie­trza. Dziki bywały duże i bar­dzo nie­bez­pieczne.

Ian potrzą­snął głową i prze­łknął ślinę.

- Niedź­wiedź. - Ode­tchnął głę­boko, zła­pał ją za rękę i ruszył bie­giem.

Za dru­gim razem, gdy znów się zatrzy­mali, nie usły­szeli nic.

- Wuju Jamie! - krzyk­nął Ian, gdy udało mu się zła­pać oddech.

Nic.

- Tato! - krzyk­nęła Brianna naj­gło­śniej, jak potra­fiła, ale ten dźwięk wyda­wał się żało­śnie cichy i daremny wobec ogromu góry. Cze­kali, krzy­czeli, znów cze­kali, a gdy wciąż odpo­wia­dała im cisza, w końcu pobie­gli dalej. Ian popro­wa­dził ją w stronę kol­cza­stych zaro­śli i mar­twego jele­nia.

Dysząc ciężko, zatrzy­mali się chwiej­nie na urwi­sku. Brianna pochwy­ciła Iana za ramię.

- Tam na dole coś jest!

Krzaki poru­szały się - nie tak mocno, jak pod­czas ago­nii jele­nia, ale z całą pew­no­ścią drżały, poru­szane nie­re­gu­lar­nie przez coś zde­cy­do­wa­nie więk­szego od Jamiego Fra­sera. Dobie­gały stam­tąd pomruki, świst roz­dzie­ra­nych ścię­gien, odgłosy łama­nia kości... i prze­żu­wa­nia.

- Chry­ste - powie­dział Ian pod nosem, ale nie­wy­star­cza­jąco cicho. Pierś Brianny ści­snęła się; zoba­czyła mroczki przed oczami i z prze­ra­że­nia zakrę­ciło jej się w gło­wie. Mimo to zaczerp­nęła jak naj­więk­szy haust powie­trza i jesz­cze raz krzyk­nęła:

- Taaato!

- Aha, teraz się poka­za­li­ście. - Głę­boki, gniewny szkocki głos docho­dził z miej­sca gdzieś pod nimi. - Mam nadzieję, dziew­czyno, że ustrze­li­łaś indyka na kola­cję, bo nie będziemy dziś jedli dzi­czy­zny.

Z ulgi znów zakrę­ciło jej się w gło­wie. Rzu­ciła się na zie­mię i wysta­wiła głowę poza kra­wędź urwi­ska. Ojciec stał dzie­sięć stóp pod nią, na wąskiej półce skal­nej, na którą zapro­wa­dził ją wcze­śniej. Jego pochmurna twarz roz­po­go­dziła się nieco na jej widok.

- Wszystko w porządku? - zapy­tał.

- Tak, ale nie mamy indyka. Co ci się stało, u licha? - Był roz­czo­chrany i podra­pany, ramiona i twarz pokry­wały plamy i strużki zaschnię­tej krwi, rękaw koszuli miał roz­darty, prawą stopę bosą, a łydkę zakrwa­wioną. Spoj­rzał w dół na krzaki róż i znów spo­chmur­niał.

- Dia gam chu­ide­achadh - powie­dział, szyb­kim ruchem pod­bródka wska­zu­jąc zamie­sza­nie na dole. - Obdzie­ra­łem ze skóry jele­nia Iana, kiedy ten gruby, wło­chaty dia­beł wyszedł z krza­ków i mi go zabrał.

- Cachd - stwier­dził Ian z nie­sma­kiem. Przy­kuc­nął obok Brianny, patrząc na kol­cza­ste zaro­śla. Ode­rwała na chwilę spoj­rze­nie od ojca i dostrze­gła w krza­kach coś bar­dzo dużego i czar­nego, mocno w tej chwili zaję­tego; krzewy trzę­sły się i łamały, gdy zwie­rzę roz­szar­py­wało jele­nia. Zauwa­żyła pośród liści drżącą, sztywną nogę z racicą.

Widziała niedź­wie­dzia tylko przez krótką chwilę, ale ude­rze­nie adre­na­liny było tak silne, że znów zawi­ro­wało jej w gło­wie, a całe ciało się napięło. Oddy­chała naj­głę­biej jak mogła. Pot spły­wał jej po ple­cach, dło­nie zaci­śnięte na strzel­bie były mokre. Doszła do sie­bie w chwili, gdy Ian zapy­tał Jamiego, co mu się stało w nogę.

- Kop­ną­łem go w pysk - odparł Jamie krótko, patrząc z nie­chę­cią na krzaki. - Obra­ził się i pró­bo­wał odgryźć mi stopę, ale dostał tylko but.

Ian lekko zadrżał, ale roz­trop­nie nie roze­śmiał się na głos.

- No tak. Pomóc ci się pod­cią­gnąć, wuju?

- Nie - odrzekł Jamie szorstko. - Cze­kam, aż ten mac na gal­ladh sobie pój­dzie. Ma mój kara­bin.

- Ach. - Ian doce­nił wagę tych słów.

Ojciec mówił Brian­nie, że to bar­dzo dobry, długi kara­bin z Pen­syl­wa­nii. Naj­wi­docz­niej był gotów cze­kać tak długo, jak to będzie konieczne, i praw­do­po­dob­nie był o wiele bar­dziej uparty niż niedź­wiedź, pomy­ślała i zaśmiała się w duchu.

Jamie spoj­rzał na nich.

- Może­cie iść. To pew­nie tro­chę potrwa.

- Chyba mogła­bym stąd do niego strze­lić - zapro­po­no­wała Bree, oce­nia­jąc odle­głość. - Nie zabi­ła­bym go, ale pew­nie by uciekł, gdyby dostał pta­sim śru­tem.

Ojciec gwał­tow­nie mach­nął ręką, wyda­jąc szkoc­kie mruk­nię­cie.

- Nawet nie pró­buj. Mogła­byś go tylko roz­wście­czyć, a skoro mnie się udało zejść z tego zbo­cza, ta bestia z pew­no­ścią potrafi się wspiąć na górę. Idź­cie sobie, bo dostaję skur­czu w karku od tego gada­nia.

Bree zer­k­nęła kątem oka na Iana, a ten nie­mal nie­zau­wa­żal­nie ski­nął głową, rozu­mie­jąc jej nie­chęć do pozo­sta­wie­nia ojca bez butów na półce skal­nej o nie­całe dwa­dzie­ścia stóp od głod­nego niedź­wie­dzia.

- Dotrzy­mamy ci przez jakiś czas towa­rzy­stwa - oznaj­mił i zanim Jamie zdą­żył się sprze­ci­wić, zaci­snął palce na moc­nym pędzie sosny i opu­ścił się na zbo­cze urwi­ska. Palce jego stóp odzia­nych w moka­syny natych­miast zna­la­zły punkt opar­cia. Idąc za jego przy­kła­dem, Brianna pochy­liła się i podała ojcu śru­tówkę, po czym rów­nież zeszła, tro­chę wol­niej.

- Dzi­wię się, że nie zadźga­łeś go szty­le­tem, wujku Jamie - mówił Ian. - Pogromca Niedź­wie­dzi, chyba tak cię nazy­wali India­nie Tusca­rora?

Bree ucie­szyła się, widząc, że Jamie odzy­skał spo­kój ducha i tylko spoj­rzał na Iana z poli­to­wa­niem.

- Sły­sza­łeś kie­dyś, że czło­wiek z wie­kiem mądrzeje?

Ian wyda­wał się zbity z tropu.

- Sły­sza­łem.

Jamie oparł strzelbę o urwi­sko.

- No cóż, jeśli nie zmą­drze­jesz, to pew­nie nie docze­kasz sta­ro­ści. A ja już jestem za stary, żeby dla jele­niej tuszy rzu­cać się na niedź­wie­dzia z nożem. Masz coś do jedze­nia, dziew­czyno?

Cał­kiem zapo­mniała o nie­wiel­kiej tor­bie. Zdjęła ją z ramie­nia i zna­la­zła w środku zawi­niątko z pod­pło­my­kami i serem, które dała jej Amy Hig­gins.

- Usiądź - powie­działa, poda­jąc je ojcu. - Chcę obej­rzeć twoją nogę.

- Nie jest źle - odrzekł, ale albo był zbyt głodny, by się kłó­cić, albo przy jej matce przy­wykł już, że jest opa­try­wany, czy tego chce, czy nie, bo usiadł i wycią­gnął zra­nioną nogę.

Rze­czy­wi­ście nie wyglą­dało to źle, cho­ciaż na łydce miał głę­boką ranę, a obok niej kilka dłu­gich zadra­pań - te praw­do­po­dob­nie powstały, gdy gwał­tow­nie wycią­gał stopę z pasz­czy niedź­wie­dzia. Gdy Brianna sobie to wyobra­ziła, zro­biło jej się słabo. Nie miała przy sobie nic, czego mogłaby użyć, oprócz dużej chustki do nosa. Zamo­czyła ją w lodo­wa­tej wodzie ze stru­myka spły­wa­ją­cego po skal­nej ścia­nie i oczy­ściła ranę naj­le­piej jak potra­fiła, zasta­na­wia­jąc się przy tym, czy od ugry­zie­nia niedź­wie­dzia można dostać tężca. Przed wyjaz­dem dopil­no­wała, by wszyst­kie szcze­pie­nia dzieci były aktu­alne, ale szcze­pionka prze­ciw­tęż­cowa dawała odpor­ność chyba tylko na dzie­sięć lat? Coś w tym rodzaju.

Rana wciąż krwa­wiła, choć nie­zbyt obfi­cie. Brianna wyci­snęła chustkę i dość mocno owią­zała wokół łydki Jamiego.

- Tapadh leat, a graidh. - Uśmiech­nął się do niej. - Twoja matka nie zro­bi­łaby tego lepiej. Pro­szę. - Zosta­wił jej dwa pod­pło­myki i kawa­łek sera. Oparła się ple­cami o urwi­sko, sie­dząc mię­dzy nim a Ianem. Była zdu­miona, że czuje głód, a jesz­cze bar­dziej dzi­wiło ją, że zupeł­nie spo­koj­nie sie­dzą i roz­ma­wiają w pobliżu dużego dra­pież­nika, który nie­wąt­pli­wie mógłby ich wszyst­kich zabić.

- Niedź­wie­dzie są leniwe - wyja­śnił Ian, widząc, w jakim kie­runku patrzy. - Skoro on - to samiec, wujku? - ma tam na dole dobrego jele­nia, nie będzie zawra­cał sobie głowy wspi­naczką po byle jaką prze­ką­skę. A jeśli już o tym mówimy - pochy­lił się przed nią do Jamiego - czy on zjadł twój san­dał?

- Nie cze­ka­łem tam, żeby popa­trzeć. - Humor Jamiego wyraź­nie się polep­szył po jedze­niu. - Ale mam nadzieję, że nie. W końcu miał pod nosem stertę paru­ją­cych wnętrz­no­ści jele­nia, więc po co miałby zawra­cać sobie głowę kawał­kiem sta­rej skóry? Niedź­wie­dzie nie są głu­pie.

Ian ski­nął głową i oparł się o skałę, lekko pocie­ra­jąc ramio­nami o nagrzany słoń­cem kamień.

- A więc, kuzynko - spoj­rzał na Bree - obie­ca­łaś, że mi opo­wiesz, jak to się stało, że wró­ci­li­ście. A że mamy teraz tro­chę czasu... - Ruchem głowy wska­zał w kie­runku, skąd docho­dziły mia­rowe odgłosy roz­ry­wa­nia i prze­żu­wa­nia mięsa.

Poczuła ści­ska­nie w żołądku. Na widok jej twa­rzy ojciec pokle­pał ją po kola­nie.

- Nie kło­pocz się tym, a lean­nan. Będzie na to dość czasu. Pew­nie wola­ła­byś opo­wie­dzieć to wszyst­kim, kiedy będzie z tobą Roger Mac.

Zawa­hała się; wiele razy wyobra­żała sobie, jak mówią wszystko rodzi­com, wyobra­żała sobie, jak ona i Roger opo­wia­dają całą histo­rię razem, na prze­mian... ale na widok napię­cia w oczach ojca zdała sobie sprawę, że nie mogłaby szcze­rze przed­sta­wić swo­jej czę­ści w obec­no­ści Rogera. Nawet nie powie­działa mu wszyst­kiego, kiedy go odna­la­zła, bo widziała, jak bar­dzo roz­wście­czyło go to, czym zdą­żyła się z nim podzie­lić.

- Nie - odrze­kła powoli. - Mogę wam opo­wie­dzieć teraz. W każ­dym razie moją część. - Popiła ostat­nie okru­chy pod­pło­myka gar­ścią zim­nej wody i zaczęła mówić.

Ow­szem, mama zna męż­czyzn, pomy­ślała, widząc, jak Ian zaci­ska pięść na kola­nie i sły­sząc niski, mimo­wolny pomruk ojca, gdy opo­wie­działa, jak Rob Came­ron przy­parł ją do ściany w gabi­ne­cie w Lal­ly­broch. Nie powtó­rzyła im dokład­nie tego, co mówił - pro­stac­kich gróźb i roz­ka­zów - ani nie powie­działa, jak na jego pole­ce­nie zdjęła dżinsy, a następ­nie z całej siły ude­rzyła go nimi w twarz, a potem powa­liła go na pod­łogę. Wspo­mniała tylko, że roz­trza­skała mu na gło­wie drew­nianą skrzynkę z listami. Oby­dwaj chrząk­nęli z satys­fak­cją.

- Skąd się wzięła ta skrzynka? - zapy­tała ojca, prze­ry­wa­jąc rela­cję. - Roger zna­lazł ją w garażu swo­jego przy­bra­nego ojca. To takie miej­sce, w któ­rym par­kuje się samo­chód, to zna­czy... - Na widok zakło­po­ta­nia na twa­rzy Jamiego dodała: - Nie­ważne, to coś w rodzaju szopy na narzę­dzia. Ale zawsze się zasta­na­wia­li­śmy, gdzie wy ją scho­wa­li­ście?

- Ach, o to cho­dzi? - Twarz Jamiego nieco się roz­luź­niła. - Roger Mac mówił mi, że jego ojciec był księ­dzem i wiele lat miesz­kał w domu w Inver­ness. Zro­bi­li­śmy trzy skrzynki; trzeba było mnó­stwo pracy, żeby prze­pi­sać wszyst­kie listy. Zapie­czę­to­wa­łem je i wysła­łem do trzech róż­nych ban­ków w Edyn­burgu z instruk­cją, aby w takim to a takim roku prze­słali skrzynkę do domu wie­leb­nego Wake­fielda w Inver­ness. Mie­li­śmy nadzieję, że przy­naj­mniej jedna tam dotrze. Na każ­dej umie­ści­łem pełne nazwi­sko Jemmy'ego. Pomy­śla­łem, że to będzie coś zna­czyć dla cie­bie, ale nie dla nikogo innego. Ale mów dalej. Ude­rzy­łaś Came­rona skrzynką, a potem...?

- Nie ogłu­szy­łam go cał­kiem, ale udało mi się go wymi­nąć i wydo­stać się na zewnątrz. Pobie­głam do wie­szaka w kory­ta­rzu... to nie ten sam wie­szak, który jest u two­ich rodzi­ców - powie­działa do Iana i dopiero teraz przy­po­mniała sobie, co było napi­sane w jed­nym z ostat­nich listów. - Boże! Twój ojciec, Ianie... Tak mi przy­kro!

- Ach. Tak - powie­dział, spusz­cza­jąc wzrok. Chwy­ciła go za nad­gar­stek. Nakrył jej rękę dużą dło­nią i lekko uści­snął. - Nie przej­muj się, a nighean. Od czasu do czasu czuję go obok sie­bie. A wujek Jamie przy­wiózł moją mamę ze Szko­cji... o Jezu. - Urwał i utkwił w niej okrą­głe oczy. - Ona nie wie, że tu jeste­ście!

- Nie­długo się dowie - wtrą­cił cierpko Jamie. - Powiesz mi, co się u dia­bła stało z tym gów­nia­nym Came­ro­nem?

- Za mało - stwier­dziła ponuro i dokoń­czyła histo­rię, opo­wia­da­jąc o wspól­ni­kach Came­rona i strze­la­ni­nie.

- Więc zabra­łam Jema i Mandy i wyje­cha­łam do Kali­for­nii, to po dru­giej stro­nie Ame­ryki, żeby się zasta­no­wić, co robić. W końcu uzna­łam, że nie ma wyboru; musie­li­śmy spró­bo­wać zna­leźć Rogera. Zosta­wił mi list z infor­ma­cją, że jest w Szko­cji, i z datą. Tak zro­bi­li­śmy i... - Wska­zała sze­ro­kim gestem na ota­cza­jącą ich dzicz. - No i jeste­śmy.

Jamie wcią­gnął powie­trze przez nos, ale nic nie powie­dział. Ian tylko krótko ski­nął głową, jakby do sie­bie. Brianna czer­pała dziwną pocie­chę z bli­sko­ści krew­nych. To, że opowie­działa im całą histo­rię, zwie­rzyła się z lęków, przy­nio­sło jej ulgę. Już od dawna nie czuła się chro­niona tak jak teraz.

- Idzie - powie­dział nagle Ian. Podą­żyła za jego spoj­rze­niem: kol­cza­ste gałązki koły­sały się jak sza­lone pod napo­rem czar­nego ciel­ska. Niedź­wiedź odda­lał się powoli.

Ian wstał i podał rękę Brian­nie. Pod­nio­sła się i prze­stą­piła z nogi na nogę, roz­luź­nia­jąc koń­czyny. Czuła się tak lekko, że pra­wie nie sły­szała tego, co mówił ojciec, rów­nież wsta­jąc za jej ple­cami.

- Co takiego? - Obej­rzała się.

- Powie­dzia­łem, że jest jesz­cze coś, prawda?

- Coś jesz­cze? - Uśmiech­nęła się lekko. - Nie wystar­czy tego, co powie­dzia­łam?

Jamie wydał z sie­bie szkoc­kie mruk­nię­cie - na wpół prze­pra­sza­jące, na wpół ostrze­gaw­cze.

- Ten Robert Came­ron. Mówi­łaś, że on praw­do­po­dob­nie prze­czy­tał nasze listy.

Po ple­cach Brianny spły­nęła strużka lodo­wa­tego potu.

- Tak. - Poczu­cie spo­koju i bez­pie­czeń­stwa nagle znik­nęło.

- W takim razie wie o jako­bic­kim zło­cie, które scho­wa­li­śmy razem z whi­sky, i wie, gdzie jeste­śmy. A jeśli on wie, to jego przy­ja­ciele też. Moż­liwe, że on nie może przejść przez kamie­nie, ale mogą być tacy, któ­rzy potra­fią. - Spoj­rzał na nią wprost nie­bie­skimi oczami. - Prę­dzej czy póź­niej ktoś się tu pojawi, żeby poszu­kać.

3. Sielsko, wiejsko i bardzo romantycznie

Słońce led­wie wze­szło, ale Jamiego nie było już długo. Obu­dzi­łam się na chwilę, kiedy poca­ło­wał mnie w czoło i szep­nął, że wybiera się na polo­wa­nie z Brianną, poca­ło­wał mnie jesz­cze w usta i znik­nął w zim­nej ciem­no­ści. Dwie godziny póź­niej znów się obu­dzi­łam w cie­płym gnieź­dzie poda­ro­wa­nych przez rodziny Crom­bie i Lind­say sta­rych koł­der, które słu­żyły nam za łóżko. Usia­dłam ze skrzy­żo­wa­nymi nogami w samej koszuli, pal­cami wygar­nia­jąc z wło­sów liście i źdźbła trawy i cie­sząc się rzadką przy­jem­no­ścią powol­nego budze­nia; zwy­kle ran­kiem czu­łam się tak, jakby wystrze­lono mnie z armaty.

Pomy­śla­łam z dresz­czy­kiem eks­cy­ta­cji, że kiedy dom będzie się już nada­wał do zamiesz­ka­nia i umie­ścimy w nim wszyst­kich Mac­Ken­zie, a także Ger­ma­ina, syna Fer­gusa i Mar­sali, oraz Fanny, sie­rotę, która została z nami po okrop­nej śmierci swo­jej sio­stry, poranki znów zaczną przy­po­mi­nać wylot nie­to­pe­rzy z jaskini Carls­bad, który widzia­łam kie­dyś w fil­mie przy­rod­ni­czym Disneya. Na razie jed­nak świat był jasny i wypeł­niony spo­ko­jem.

Jaskra­wo­czer­wona bie­dronka spa­dła z moich wło­sów na przód koszuli, kła­dąc kres tym roz­my­śla­niom. Zerwa­łam się i strzą­snę­łam ją na wysoką trawę przy Wiel­kiej Kło­dzie. Na chwilę weszłam w krzaki i wró­ci­łam z pęcz­kiem gór­skiej mięty. W wia­drze zostało jesz­cze dość wody na kubek her­baty, więc poło­ży­łam miętę na pła­skiej powierzchni, którą Jamie wycio­sał na jed­nym końcu pnia wiel­kiej powa­lo­nej topoli i która słu­żyła jako stół robo­czy oraz miej­sce do przy­go­to­wy­wa­nia jedze­nia, roz­pa­li­łam ogień i usta­wi­łam czaj­nik wewnątrz kręgu osma­lo­nych kamieni.

Na dru­gim końcu polany z komina chaty Hig­gin­sów unio­sła się cienka smużka dymu, jak wąż z koszyka zakli­na­cza; ktoś roz­nie­cił przy­ga­szony na noc żar.

Kto będzie moim pierw­szym gościem dzi­siej­szego ranka? Być może Ger­main; ostat­niej nocy spał w cha­cie Hig­gin­sów razem z Jem­mym, ale nie był ran­nym ptasz­kiem, podob­nie jak ja. Fanny noco­wała dalej, u wdowy Donald­son i jej licz­nych dzieci; przyj­dzie póź­niej.

Pew­nie Roger, pomy­śla­łam i poczu­łam radość w sercu. Roger i dzieci.

Pło­mie­nie lizały bla­szany czaj­nik. Pod­nio­słam pokrywkę i wrzu­ci­łam do wody sporą garść liści mięty, otrzą­sa­jąc naj­pierw łodygi, by się pozbyć pasa­że­rów na gapę. Resztę zwią­za­łam nitką i powie­si­łam wśród innych ziół pod stro­pem mojego pro­wi­zo­rycz­nego gabi­netu, który skła­dał się z czte­rech tyczek z kratą na górze, przy­rzu­coną z wierz­chu gałę­ziami cho­iny, by dawały cień i schro­nie­nie. Mia­łam dwa zydle - jeden dla mnie, drugi dla aktu­al­nego pacjenta - i mały, pry­mi­tywny sto­lik na narzę­dzia, które potrze­bo­wa­łam mieć pod ręką. Jamie usta­wił obok coś w rodzaju płó­cien­nego namiotu, żeby zapew­nić pry­wat­ność pacjen­tom, któ­rzy tego potrze­bo­wali, a także jako skła­dzik na żyw­ność i leki prze­cho­wy­wane w becz­kach, sło­ikach lub skrzyn­kach odpor­nych na zakusy szo­pów.

Było tu wiej­sko, siel­sko i bar­dzo roman­tycz­nie - pośród robac­twa, w bło­cie po kostki, na łasce żywio­łów. Od czasu do czasu jeżyły mi się wło­ski na karku i czu­łam, że patrzy na mnie jakieś stwo­rze­nie, które zasta­na­wia się, czy nadaję się do zje­dze­nia. Mimo wszystko było roman­tycz­nie.

Spoj­rza­łam tęsk­nie na nowe fun­da­menty.

Dom miał mieć dwa porządne kominy z polnych kamieni; jeden był już w poło­wie zbu­do­wany i stał jak mocny mono­lit pośród drew­nia­nego szkie­letu cze­goś, co wkrótce - jak mia­łam nadzieję - sta­nie się naszą kuch­nią i jadal­nią. Jamie zapew­nił mnie, że w ciągu naj­bliż­szych kilku tygo­dni postawi ściany dużego pokoju i przy­bije tym­cza­sowy dach z płótna, żeby­śmy mogli znów spać i goto­wać w pomiesz­cze­niu. Pozo­stała część domu...

To mogło zale­żeć od wspa­nia­łych wyobra­żeń, które zro­dziły się w gło­wach jego i Brianny pod­czas roz­mowy poprzed­niego wie­czoru. Nie­ja­sno przy­po­mi­na­łam sobie jakieś sza­lone uwagi na temat cementu i wewnętrz­nej kana­li­za­cji; mia­łam nadzieję, że te pomy­sły nie zako­rze­nią się w ich umy­słach zanadto, przy­naj­mniej dopóki nie będziemy mieli dachu nad głową i pod­łogi pod sto­pami. Z dru­giej strony...

Dźwięk gło­sów na ścieżce pode mną wska­zy­wał na przy­by­cie ocze­ki­wa­nego towa­rzy­stwa. Uśmiech­nę­łam się. Z dru­giej strony mie­li­by­śmy do pomocy jesz­cze dwie pary doświad­czo­nych i kom­pe­tent­nych rąk.

W zasięgu mojego wzroku uka­zała się roz­czo­chrana ruda głowa Jema. Na mój widok uśmiech­nął się sze­roko.

- Bab­ciu! - wykrzyk­nął, wyma­chu­jąc nieco pokru­szo­nym ciast­kiem kuku­ry­dzia­nym. - Przy­nie­śli­śmy ci śnia­da­nie!

Śnia­da­nie, które mi przy­nie­śli, było obfite jak na moje aktu­alne stan­dardy: dwa świeże ciastka kuku­ry­dziane, pie­czone na bla­sze pla­cuszki z sie­ka­nego mięsa zawi­nięte w liście łopianu, jesz­cze gorące jajko na twardo i na dnie sło­ika ćwierć cala zeszło­rocz­nego dżemu z boró­wek zro­bio­nego przez Amy.

- Pani Hig­gins mówiła, żeby jej odnieść pusty słoik - poin­for­mo­wał Jemmy, poda­jąc mi go. Jed­nym okiem zer­kał na słoik, dru­gim na Wielką Kłodę, poprzed­niego wie­czoru skrytą w ciem­no­ści. - Ojej! Co to za drzewo?

- Topola - wyja­śni­łam, przy­my­ka­jąc oczy z roz­ko­szy po pierw­szym kęsie pla­cuszka. Wielka Kłoda miała około sześć­dzie­się­ciu stóp dłu­go­ści. Była jesz­cze sporo dłuż­sza, ale Jamie ciął ją od góry na budowę i na opał. - Twój dzia­dek mówi, że to drzewo, zanim upa­dło, musiało mieć ponad sto stóp wyso­ko­ści.

Mandy pró­bo­wała wdra­pać się na kłodę; Jem lekko ją pod­sa­dził, a potem pochy­lił się i powiódł wzro­kiem wzdłuż pnia, który w więk­szo­ści był gładki i jasny, a tu i ówdzie pozna­czony reszt­kami kory oraz dziw­nymi zagaj­ni­kami mchu i grzy­bów.

- Prze­wró­ciło się pod­czas burzy?

- Tak - powie­dzia­łam. - Pio­run ude­rzył w wierz­cho­łek, ale nie wiem, czy upa­dło pod­czas tej samej burzy. Mogło uschnąć od pio­runa, a potem następna wielka burza je zwa­liła. Leżało już, kiedy wró­ci­li­śmy do Ridge. Mandy, bądź ostrożna!

Sta­nęła na pniu i ruszyła przed sie­bie, wycią­ga­jąc ręce na boki jak gim­na­styczka i sta­wia­jąc jedną stopę przed drugą. W tej czę­ści pień miał dobre pięć stóp śred­nicy; było na nim dużo miej­sca, ale gdyby spa­dła, mocno by się potłu­kła.

- Chodź, kocha­nie. - Roger, który z zain­te­re­so­wa­niem oglą­dał fun­da­menty domu, pod­szedł i zdjął ją z kłody. - Może pój­dzie­cie z Jemem nazbie­rać drewna dla babci? Pamię­tasz, jak wygląda dobre drewno na opał?

- Jasne, że tak - odrzekł Jem z dumą. - Pokażę jej.

- Ja wiem! - nabur­mu­szyła się Mandy.

- Ty będziesz wypa­try­wać węży - poin­for­mo­wał ją.

Natych­miast się oży­wiła, zapo­mi­na­jąc o ura­zie.

- Chcę zoba­czyć węża!

- Jem... - zaczął Roger, ale Jemmy tylko prze­wró­cił oczami.

- Wiem, tato. Jak zoba­czymy małego węża, to pozwolę jej dotknąć, ale tylko kiedy nie będzie miał grze­chotki ani bia­łego pyska.

- O Jezu - wymam­ro­tał Roger, patrząc za nimi, gdy odda­lali się ramię w ramię.

Prze­łknę­łam resztę kuku­ry­dzia­nego ciastka, zli­za­łam słodki dżem z kącika ust i spoj­rza­łam na niego ze współ­czu­ciem.

- Nikt nie zgi­nął, kiedy ostat­nio tu byli­ście - powie­dzia­łam. Otwo­rzył usta, ale znów je zamknął i wtedy sobie przy­po­mnia­łam, że Mandy omal nie umarła. Cokol­wiek spro­wa­dziło ich tu znowu...

- W porządku - odparł sta­now­czo, naj­wy­raź­niej dostrze­ga­jąc lęk na mojej twa­rzy. Uśmiech­nął się lekko, ujął mnie pod łokieć i pocią­gnął w cień mojego gabi­netu. - W porządku - powtó­rzył i odchrząk­nął. - Nic nam się nie stało - dodał już gło­śniej. - Wszy­scy jeste­śmy tutaj, cali i zdrowi. W tej chwili nic innego nie ma zna­cze­nia.

- No dobrze - odrze­kłam, tylko tro­chę uspo­ko­jona. - Nie będę pytać.

Roze­śmiał się. Jego zmę­czona twarz w roz­pro­szo­nym świe­tle znów wyda­wała się młoda.

- Powiemy ci - zapew­nił. - Ale więk­sza część tej histo­rii wła­ści­wie należy do Bree; powin­naś to usły­szeć od niej. Cie­kaw jestem, na co ona i Jamie polują?

- Pew­nie na sie­bie nawza­jem. - Uśmiech­nę­łam się. - Usiądź. - Dotknę­łam jego ramie­nia i obró­ci­łam go w stronę wyso­kiego stołka.

- Na sie­bie nawza­jem? - Usa­do­wił się wygod­nie, pod­wi­ja­jąc stopy pod sie­bie.

- Cza­sami, kiedy nie widzia­łeś kogoś przez dłuż­szy czas, nie wia­domo, co powie­dzieć i jak ze sobą roz­ma­wiać, szcze­gól­nie gdy jest to ktoś dla cie­bie ważny. Trzeba tro­chę czasu, żeby znów poczuć się swo­bod­nie; jest łatwiej, jeśli robi się coś razem. Pozwól, że obej­rzę twoje gar­dło, dobrze?

- Nie czu­jesz się jesz­cze swo­bod­nie, roz­ma­wia­jąc ze mną? - zapy­tał lekko.

- Ależ tak - zapew­ni­łam go. - Leka­rze ni­gdy nie mają pro­blemu z roz­ma­wia­niem z ludźmi. Na począ­tek każesz im się roze­brać i to prze­ła­muje lody. Kiedy tro­chę ich posztur­chasz i poza­glą­dasz we wszyst­kie otwory ciała, roz­mowa jest już zwy­kle dość oży­wiona, nawet jeśli nie zawsze swo­bodna.

Roze­śmiał się, ale jego palce bez­wied­nie zaci­snęły się na koszuli, ścią­ga­jąc mate­riał przy szyi.

- Prawdę mówiąc - rzekł, sta­ra­jąc się zacho­wać powagę - przy­je­cha­li­śmy ze względu na dar­mową opiekę nad dziećmi. Przez ostat­nie cztery mie­siące nie odda­la­li­śmy się od nich dalej niż na dwa metry. - Roze­śmiał się, zakrztu­sił i roz­kasz­lał.

Z uśmie­chem poło­ży­łam rękę na jego dłoni. Odwza­jem­nił uśmiech, choć z mniej­szą pew­no­ścią niż wcze­śniej, cof­nął rękę, szybko roz­piął koszulę i gło­śno odchrzą­ku­jąc, odsu­nął mate­riał od szyi.

- Nie martw się - powie­dzia­łam. - Mówisz znacz­nie lepiej niż wtedy, kiedy widzie­li­śmy się ostat­nio.

Naprawdę tak było, ku mojemu zasko­cze­niu. Głos wciąż mu się łamał, był chra­pliwy i szorstki, ale mówił z dużo mniej­szym wysił­kiem i nie wyda­wało się już, że ten wysi­łek spra­wia mu nie­ustanny ból.

Pod­niósł wyżej głowę, a ja ostroż­nie dotknę­łam jego szyi tuż pod szczęką. Nie­dawno się golił; skórę wciąż miał chłodną i lekko wil­gotną. Poczu­łam zapach mydła do gole­nia, które zro­bi­łam dla Jamiego, aro­ma­ty­zo­wa­nego jago­dami jałowca; widocz­nie Jamie przy­niósł mu to mydło ran­kiem. Ten drobny gest wyda­wał się nie­mal rytu­alny; poru­szył mnie wyraz nadziei w oczach Rogera - nadziei, którą pró­bo­wał ukryć.

- Pozna­łem leka­rza - powie­dział ochry­ple. - W Szko­cji. Nazy­wał się Hec­tor McE­wan. Był... jed­nym z nas.

Moje palce zatrzy­mały się w ruchu, podob­nie jak serce.

- Chcesz powie­dzieć, że był podróż­ni­kiem?

Poki­wał głową.

- Muszę ci o nim opo­wie­dzieć. O tym, co zro­bił. Ale to może tro­chę pocze­kać.

- O tym, co zro­bił - powtó­rzy­łam. - Tobie?

- Ano tak. Cho­ciaż naj­pierw Buc­kowi...

Już mia­łam zapy­tać, co się stało z Buc­kiem, kiedy naraz z napię­ciem spoj­rzał mi w oczy.

- Widzia­łaś kie­dyś nie­bie­skie świa­tło? - zapy­tał. - To zna­czy doty­ka­jąc pacjenta, żeby go ule­czyć?

Poczu­łam gęsią skórkę na ramio­nach i na karku. Musia­łam zdjąć palce z jego szyi, bo zaczęły drżeć.

- Sama tego nie potra­fię - powie­dzia­łam ostroż­nie. - Ale widzia­łam. Raz.

Ujrza­łam to ponow­nie oczami wyobraźni, tak żywo, jak­bym znów zna­la­zła się w mroku łóżka w L'Hôpital des Anges, kiedy poro­ni­łam Faith i umie­ra­łam na gorączkę poło­gową. Mistrz Ray­mond poło­żył na mnie ręce i widzia­łam kości wła­snego ramie­nia, prze­świe­ca­jące na nie­bie­sko przez war­stwy ciała.

Ode­pchnę­łam od sie­bie tę wizję, jakby parzyła, i zda­łam sobie sprawę, że Roger ści­ska moją dłoń.

- Nie chcia­łem cię prze­stra­szyć.

- Nie prze­stra­szy­łeś mnie - odrze­kłam nie­zbyt zgod­nie z prawdą. - Po pro­stu jestem w szoku. Nie myśla­łam o tym od lat.

- Ja byłem wystra­szony jak dia­bli - przy­znał szcze­rze i puścił moją rękę. - Po tym, jak zro­bił to, co zro­bił, z ser­cem Bucka, bałem się z nim roz­ma­wiać, ale wie­dzia­łem, że muszę. Kiedy go dotkną­łem, wiesz, żeby go zatrzy­mać; sze­dłem za nim ścieżką, on zamarł, a potem odwró­cił się i przy­ło­żył rękę do mojej piersi. - Machi­nal­nie zro­bił to samo. - I wtedy... powie­dział do mnie to samo, co wcze­śniej do Bucka: Cogno­sco te. To zna­czy: poznaję cię - wyja­śnił na widok pustki na mojej twa­rzy. - Po łaci­nie.

- Poznał, kim jesteś, po jed­nym dotyku? - Przez moje ramiona prze­bie­gało dziwne wra­że­nie. Wła­ści­wie nie był to strach, lecz coś w rodzaju grozy.

- Tak. Ja nie wie­dzia­łem nic o nim - dodał pospiesz­nie. - Nie czu­łem wtedy nic dziw­nego, ale przy­glą­da­łem się uważ­nie wcze­śniej, kiedy poło­żył rękę na piersi Bucka... Buck dostał jakie­goś ataku serca, kiedy prze­szli­śmy przez kamie­nie...

- Prze­szedł razem z tobą, Bree i...?

Roger bez­rad­nie wzru­szył ramio­nami.

- Nie, to było... wcze­śniej. W każ­dym razie z Buc­kiem było źle i ludzie, któ­rzy wzięli go do domu, posłali po leka­rza, po tego Hec­tora McE­wana. A on poło­żył rękę na piersi Bucka i... leciutko nią poru­szał... i zoba­czy­łem, naprawdę, Cla­ire, widzia­łem to, z jego pal­ców wycho­dziło blade nie­bie­skie świa­tło i prze­ni­kało przez całą dłoń.

- Jezu Chry­ste Roose­vel­cie Święty.

Roze­śmiał się.

- Ano wła­śnie. Ale nikt inny tego nie widział - dodał i uśmiech znik­nął z jego twa­rzy. - Tylko ja.

Powol­nym ruchem potar­łam dło­nią o dłoń, wyobra­ża­jąc to sobie.

- Buck. Zakła­dam, że prze­żył? Bo pyta­łeś, czy go widzie­li­śmy.

Twarz Rogera zmie­niła się i w oczach mignął cień.

- Prze­żył. Wtedy. Ale kiedy zna­la­złem Bree i dzieci, roz­dzie­li­li­śmy się. To...

- Długa histo­ria - dokoń­czy­łam za niego. - Lepiej z tym pocze­kać, aż Jamie i Bree wrócą z polo­wa­nia. Ale co do tego dok­tora McE­wana. Czy mówił ci coś o... błę­kit­nym świe­tle? - Dziw­nie się czu­łam, wypo­wia­da­jąc te słowa, a jed­nak potra­fi­łam to sobie wyobra­zić; dło­nie lekko mi mro­wiły na tę myśl. Spoj­rza­łam na nie mimo­wol­nie; nie, wciąż były różowe.

Roger pokrę­cił głową.

- Nie, nie­zbyt wiele. Nie sło­wami. Ale... poło­żył mi rękę na szyi. - Pod­niósł dłoń i dotknął poszar­pa­nej bli­zny pozo­sta­wio­nej przez katow­ski sznur. - I... coś się stało - dodał cicho.

4. Kobiety wpadną w szał

- Wstą­pimy do chaty, kuzynko? - zapy­tał Ian z nie­ty­pową dla sie­bie nie­śmia­ło­ścią. - Na wypa­dek, gdyby Rachel już wró­ciła. Chciał­bym... żebyś ją poznała.

- Ja też bar­dzo chcia­ła­bym ją poznać - odrze­kła Bree szcze­rze, uśmie­cha­jąc się do niego. Unio­sła brwi i spoj­rzała na ojca, który ski­nął głową.

- Przy­da­łoby się odło­żyć to na chwilę - powie­dział, ocie­ra­jąc ręka­wem spo­coną twarz. - A jeśli wydo­isz kozy, Ianie, tak jak matka pro­siła cię rano, to nie odmó­wię kubka mleka.

Oby­dwaj z Ianem nie­śli zawie­szone na gru­bym drągu nada­jące się do użytku resztki jele­nia, zawi­nięte w nie­po­ręczny tobół z nie­mal nie­na­ru­szo­nej skóry. Dzień był gorący.

W domku w osi­ko­wym gaju ktoś był. Drzwi były otwarte, na ganku, pośród migo­tli­wych cieni liści, stał nie­wielki koło­wro­tek, a obok niego krze­sło z pła­skim koszy­kiem peł­nym brą­zo­wych i sza­rych pucha­tych kul. Brianna przy­pusz­czała, że jest to czy­sta, wycze­sana wełna. Ni­gdzie nie było widać przą­śniczki, ale z domu dobie­gały głosy kobiet śpie­wa­ją­cych po gaelicku. Co kilka tak­tów prze­ry­wały i wybu­chały śmie­chem. Potem jeden czy­sty głos powta­rzał wers, a drugi podą­żał za nim, poty­ka­jąc się od czasu do czasu o jakieś słowo i znów wybu­cha­jąc śmie­chem.

Twarz Jamiego roz­ja­śniła się.

- Jenny uczy małą Rachel Gaidhlig - wyja­śnił nie­po­trzeb­nie. - Połóż to tutaj, Ianie. - Wska­zał głową plamę cie­nia pod zwa­loną kłodą. - Kobiety wpadną w szał, jeśli ścią­gniemy do domu muchy.

Ktoś w domu ich usły­szał, bo śpiew ucichł i z otwar­tych drzwi wysu­nęła się głowa.

- Ian! - Wysoka i bar­dzo ładna ciem­no­włosa dziew­czyna zesko­czyła z ganku i pochwy­ciła Iana wpół w moc­nym uści­sku, natych­miast odwza­jem­nio­nym. - Wiesz, że przy­byli twoi kuzyni?

- Tak, wiem - odrzekł i poca­ło­wał ją w usta. - Chodź, mo ghraidh, przy­wi­taj się z moją kuzynką Brianną. Aha, i z wujem Jamiem - dodał, obra­ca­jąc się na pię­cie.

Bree już się uśmie­chała, poru­szona oczy­wi­stą miło­ścią widoczną mię­dzy mło­dymi Mur­ray­ami. Zer­k­nęła na ojca i zoba­czyła na jego twa­rzy podobny uśmiech, który stał się jesz­cze szer­szy, gdy Jamie prze­niósł wzrok na otwarte drzwi. Wyszła z nich drobna kobieta. W ramio­nach miała dziecko owi­nięte tylko pie­luszką.

- Kto... - zaczęła, a potem jej wzrok padł na Briannę i otwo­rzyła usta.

- Bło­go­sła­wiona Oblu­bie­nico, miej nas w swo­jej opiece - powie­działa łagod­nie, ale jej oczy, nie­bie­skie i sko­śne jak u Jamiego, uśmie­chały się do Brianny cie­pło. - Przy­byli giganci. Mówią, że twój mąż jest jesz­cze wyż­szy od cie­bie, dziew­czyno. Podobno macie też dzieci - pew­nie wszyst­kie rosną jak chwa­sty?

- Jak mucho­mory. - Bree się roze­śmiała i pochy­liła się, by przy­tu­lić drobną ciotkę. Jenny pach­niała kozami, świeżą wełną, owsianką i przy­pie­czo­nym chle­bem na droż­dżach, a do tego jej włosy i ubra­nie miały lekki zapach, który Bree już dawno zapo­mniała, ale teraz natych­miast roz­po­znała w nim mydło, jakie Jenny robiła w Lal­ly­broch, z mio­dem, lawendą i szkoc­kim zie­lem, nie­ma­ją­cym nazwy w języku angiel­skim.

- Tak dobrze cię widzieć - powie­działa i poczuła łzy w oczach, bo mydło przy­wró­ciło jej obraz Lal­ly­broch, jaki ujrzała po raz pierw­szy, a za tym duchem poja­wił się następny, sil­niej­szy: duch jej wła­snego Lal­ly­broch.

Zamru­gała, powstrzy­mu­jąc łzy, i wypro­sto­wała się z drżą­cym uśmie­chem, który jed­nak natych­miast znik­nął, gdy sobie przy­po­mniała.

- Och, cio­ciu! Tak mi przy­kro. Mam na myśli wujka Iana. - Prze­pły­nęła przez nią kolejna fala poczu­cia straty. Cho­ciaż star­szy Ian Mur­ray był mar­twy przez całe jej życie, z wyjąt­kiem kilku krót­kich lat, i spo­tkała go tylko raz, strata wyda­wała się teraz świeża i wstrzą­sa­jąca.

Jenny spu­ściła wzrok, deli­kat­nie okle­pu­jąc plecy dziecka. Na gło­wie miało zło­to­brą­zowy puszy­sty meszek jak pisklę per­liczki.

- Ach - powie­działa cicho. - Mój Ian wciąż ze mną jest. Widzę go w twa­rzy tego małego, bar­dzo wyraź­nie.

Zręcz­nie obró­ciła dziecko i posa­dziła je sobie na bio­drze. Chło­piec patrzył na Briannę dużymi, okrą­głymi oczami w takim samym cie­płym, jasno­brą­zo­wym kolo­rze jak oczy jej kuzyna Iana, a także jego ojca.

- Och - powie­działa Brianna, jed­no­cze­śnie ocza­ro­wana i pocie­szona. Wycią­gnęła nie­pew­nie dłoń i podała dziecku palec. - Masz na imię... Oggy?

Jenny i Rachel roze­śmiały się, jedna ze szcze­rym roz­ba­wie­niem, druga z żalem.

- Nie­stety, nie udało nam się jesz­cze zna­leźć dla niego odpo­wied­niego imie­nia - powie­działa Rachel, doty­ka­jąc deli­kat­nie ramie­nia dziecka. Oggy obró­cił się w stronę głosu matki, wysu­wa­jąc się powoli z ramion Jenny jak leni­wiec nie­od­par­cie kuszony przez słod­kie owoce.

Rachel wzięła go na ręce i deli­kat­nie dotknęła policzka. Odwró­cił głowę - tak samo powoli - i zaczął ssać kostkę jej palca.

- Ian mówi, że dzieci Mohaw­ków odnaj­dują swoje wła­ściwe imiona, kiedy są star­sze, a do tego czasu mają tylko dzie­cięce imiona.

Jenny unio­sła ład­nie zary­so­wane czarne brwi.

- Chcesz mi powie­dzieć, że to dziecko będzie Oggym aż do... do kiedy?

- Ach, nie - zapew­niła ją Rachel. - Na pewno wcze­śniej coś wymy­ślę. - Uśmiech­nęła się do teścio­wej, która prze­wró­ciła oczami i znów sku­piła uwagę na Brian­nie.

- Cie­szę się, że nie mia­łaś takich pro­ble­mów z wła­snymi dziećmi, a nighean. Jamie pisał w listach, że nazy­wają się Jere­miah i Amanda, tak?

Brianna odkaszl­nęła, uni­ka­jąc wzroku Rachel.

- Hm... Jere­miah Ale­xan­der Ian Fra­ser Mac­Ken­zie - powie­działa. - I Amanda Hope Cla­ire Mac­Ken­zie.

Jenny ski­nęła głową z apro­batą, czy to ze względu na jakość, czy na liczbę imion.

- Jenny! - Ojciec Bree sta­nął na ganku, spo­cony i w roz­cheł­sta­nej, popla­mio­nej krwią koszuli. - Ian nie może zna­leźć piwa.

- Wypi­ły­śmy je - odkrzyk­nęła Jenny bez mru­gnię­cia okiem.

- Ach. - Znów znik­nął w domu, zapewne w poszu­ki­wa­niu cze­goś innego do picia, pozo­sta­wia­jąc na ganku wil­gotne, nieco krwawe ślady.

- Co mu się stało? - zapy­tała Jenny ostro, prze­no­sząc spoj­rze­nie ze śla­dów stóp na Briannę, która wzru­szyła ramio­nami.

- Niedź­wiedź.

- Och. - Zasta­na­wiała się przez chwilę, a potem potrzą­snęła głową. - W takim razie chyba muszę mu dać piwa.

Weszła do domu, zosta­wia­jąc Briannę i Rachel na zewnątrz.

- Chyba jesz­cze ni­gdy nie spo­tka­łam kwa­kra - ode­zwała się Brianna po nieco nie­zręcz­nej pau­zie. - Nawia­sem mówiąc, czy "kwa­kier" to wła­ściwe słowo? Nie chcia­ła­bym...

- My mówimy Przy­ja­ciel - odrze­kła Rachel, znów się uśmie­cha­jąc. - Słowo "kwa­kier" nie jest jed­nak obraź­liwe. Ale myślę, że musia­łaś spo­tkać przy­naj­mniej jed­nego. Możesz o tym nie wie­dzieć, jeśli Przy­ja­ciel zde­cy­duje się nie uży­wać Pro­stej Mowy w roz­mo­wie z tobą. Więk­szość z nas nie ma na ciele pasków, kro­pek ani żad­nych innych fizycz­nych zna­ków, po któ­rych mogła­byś nas roz­po­znać.

- Więk­szość?

- No cóż, oczy­wi­ście nie mogę zoba­czyć wła­snych ple­ców, ale Ian na pewno by mi powie­dział, gdyby zauwa­żył na nich coś nie­zwy­kłego...

Brianna się roze­śmiała. Krę­ciło jej się w gło­wie z głodu, ulgi i pro­stej, wciąż powra­ca­ją­cej rado­ści, jaką przy­nio­sło jej spo­tka­nie z rodziną. Zda­wało się też, że ta rodzina powięk­szyła się w zachwy­ca­jący spo­sób.

- Naprawdę się cie­szę, że cię pozna­łam - powie­działa do Rachel. - Nie potra­fi­łam sobie wyobra­zić, jaka dziew­czyna mogłaby poślu­bić Iana... prze­pra­szam, to źle zabrzmiało...

- Nie, masz zupełną rację - zapew­niła ją Rachel. - Ja też nie wyobra­ża­łam sobie poślu­bie­nia męż­czy­zny takiego jak on, ale mimo to każ­dego ranka widzę go w moim łóżku. Mówią, że nie­zba­dane są wyroki Pana. Wejdź do domu - dodała, ukła­da­jąc Oggy'ego w nowej pozy­cji. - Wiem, gdzie jest wino.