1
Zamknęłam oczy, a następnie zrobiłam krok do przodu. Czułam się, jakby cały świat był u moich stóp i powoli tracił barwy. Intensywne dźwięki zaczęły zlewać się w jedno, a już po chwili nie słyszałam niczego oprócz moich myśli oraz głośno bijącego serca.
Moje włosy unosiły się na wietrze. Czułam, jak ciepły powiew delikatnie oplata moją twarz, jakby zapraszająco. Wystarczy, że zrobię jeszcze jeden krok, a poddam się mu całkowicie. Zawierzę mu swój los w nadziei, że dzięki temu to wszystko się skończy, a ja znajdę się w lepszym miejscu.
Nie wiedziałam, czy zrobiłam coś złego, a jeśli tak - nie miałam pojęcia co, jednak cztery dni temu Bóg wydał na mnie swój wyrok. Najwidoczniej zasłużyłam na to i moje życie wkrótce miało się skończyć.
Nie chciałam czekać. Oczekiwanie zabijało mnie bardziej niż sama choroba. Z każdym kolejnym dniem budziłam się z coraz większym ciężarem na sercu. Wiedziałam, że moja śmierć nieubłaganie się zbliża. Mogła nadejść lada moment. Ta świadomość sprawiała, że nie potrafiłam już tego znieść.
Żałowałam, że nie mogłam cofnąć czasu i się o tym nie dowiedzieć. To znacznie ułatwiłoby mi życie. Byłabym nieświadoma tego, co ma się wydarzyć, więc robiłabym to, czym zajmowałam się do tej pory, jednak to było niemożliwe. Nie potrafiłam też odkryć jakiegoś lekarstwa, które zatrzymałoby rozwój nowotworu. Jedyne, co mogłam zrobić, to pokonać czas i moje przeznaczenie, sama wybierając swoje zakończenie.
- Dlaczego chcesz to zrobić? - Usłyszałam nieznajomy męski głos za swoimi plecami.
Nie odwróciłam się ani nie otworzyłam oczu. Nie chciałam, by cokolwiek odciągnęło mnie od tego, co zamierzałam zrobić. Nie mogłam się zdekoncentrować.
- Umieram - wyjaśniłam dobitnie, a mój głos był nadzwyczaj spokojny. Tak jakby to było oczywiste i wszystko wyjaśniało.
- Tak jak my wszyscy.
Nic nie odpowiedziałam. Prychnęłam tylko, po czym przysunęłam się bliżej krawędzi, chcąc w ten sposób dać do zrozumienia mojemu towarzyszowi, żeby zostawił mnie w spokoju, ponieważ nie zmienię zdania. Zrobię to, po co tu przyszłam. Skoczę z dachu i zakończę ten koszmar.
Słyszałam szum ulicy, a także szmer rozmów ludzi, którzy mijali się pod szpitalem, na którego dachu się znajdowałam. Wybrałam go, bo to był najwyższy budynek w okolicy i wiedziałam, jak dostać się na jego dach. Wzięłam głęboki wdech, próbując dodać sobie odwagi. Wystarczy, że zrobię jeden krok. Oderwę stopy od podłoża, a potem poddam się grawitacji, która ściągnie mnie na dół.
Tylko jeden krok.
- Nie uważasz, że samobójstwo to najbardziej egoistyczna rzecz, jaką możesz zrobić? - zapytał, nie mając zamiaru się poddać. - Nie dość, że udowodnisz całemu światu, że jesteś tchórzem, to jeszcze skrzywdzisz wszystkich tych, których kochasz.
- Nie - zaprzeczyłam ostro. - Tylko odważni biorą życie w swoje ręce i decydują, jak ono ma się zakończyć. Tchórze czekają na to, co się wydarzy, bez znaczenia, czy to ich zabije, czy nie.
- Rozumiem, że dla ciebie samobójstwo to czyn bohaterski? - zakpił.
Zacisnęłam mocno szczękę, próbując za wszelką cenę nie dać się sprowokować. Wiedziałam, że to nie miało sensu. Musiałam skupić się na tym, co zamierzałam zrobić, więc zignorowałam go, mobilizując się do działania.
- To ma znaczenie, czy poczekają na to, co się wydarzy, czy nie - kontynuował zawzięcie. - Pomyśl sama. A co, jeśli postanowisz zaczekać z odbieraniem sobie życia i akurat się okaże, że jutro wszystko się zmieni?
- Nic się nie zmieni.
- Tego nie możesz wiedzieć.
- Ale wiem, że z dnia na dzień nie przestanę być chora.
- A co, jeśli choroba się zatrzyma?
- Nie zatrzyma się.
- A jeśli się mylisz? Nie chcesz pożyć jeszcze co najmniej kilka lat? Na pewno chcesz odebrać sobie taką szansę?
Poczułam, jak w gardle wyrasta mi gula. Nieznajomy uderzył w mój czuły punkt. Niczego bardziej nie pragnęłam niż mieć jakąkolwiek przyszłość. Przez roztkliwianie się nad nią zbyt długo wahałam się, czy rzeczywiście powinnam skoczyć. Musiałam przypomnieć sobie, dlaczego chciałam to zrobić. To nie był prosty wybór. Długo nad nim myślałam, wymieniając wszystkie plusy i minusy. Mimo wszystko podjęłam decyzję i nie miałam zamiaru jej zmienić. Przełknęłam więc ślinę, a następnie powiedziałam:
- Jeśli poczekają na to, co ma się wydarzyć, to będą żyć w nieustannym cierpieniu i wyczekiwaniu, aż znowu wszystko zacznie się od nowa. Kto marzyłby o takim życiu? Pełnym strachu, bólu i niepewności...
- A co z ludźmi, których kochasz? - dopytywał. - Co z twoją rodziną, przyjaciółmi, chłopakiem? Czy oni się dla ciebie liczą?
- Robię to dla nich.
- Nieprawda - zaprzeczył. - Zranisz ich bardziej, niż myślisz.
- Mylisz się.
- Nie. Wiem, że też tak myślisz, więc powinnaś przestać siebie okłamywać.
Poczułam rosnącą we mnie irytację. Zacisnęłam dłonie w pięści, a moje nozdrza zadrżały, kiedy wzięłam głęboki wdech, próbując się uspokoić.
Czy ten chłopak nie mógł znaleźć sobie kogoś innego do rozmowy?
Akurat w tym momencie nie miałam ochoty na pogawędkę. Musiałam coś zrobić i potrzebowałam do tego skupienia oraz przede wszystkim samotności.
Westchnęłam głęboko, po czym zebrałam w sobie resztki spokoju, które następnie włożyłam w swoją kolejną i - miałam nadzieję - ostatnią wypowiedź:
- Kimkolwiek jesteś, zostaw mnie w spokoju.
- Przykro mi, ale nie mogę.
- Dlaczego?
- Bo nie ma nic bohaterskiego w tym, co zamierzasz zrobić. W ten sposób nikogo nie uchronisz przed cierpieniem. Świat nie przestanie być do bani, ludzie nie przestaną umierać.
Zaśmiałam się i po raz pierwszy otworzyłam oczy. Przed sobą miałam ogromną przepaść, a na dole dostrzegłam ludzi. Z tej odległości przypominali mrówki. Nie potrafiłam rozpoznać, czy byli pacjentami, ich rodzinami, lekarzami czy ratownikami medycznymi. Wszyscy wyglądali tak samo.
Poczułam, jak moje wnętrzności unoszą się do góry, a moje nogi zaczynają drżeć, co mogło grozić upadkiem. Wystarczyłby mocniejszy podmuch wiatru, żeby strącić mnie z dachu i w ten sposób rozwiązać sprawę. Przyjęłabym to z ulgą, jednak wiedziałam, że nie ma sensu liczyć na przychylność losu. Sama musiałam skoczyć, ale najpierw postanowiłam zerknąć na mojego rozmówcę.
Odwróciłam głowę w jego stronę. Był może trochę ode mnie starszy, miał ciemne włosy i szare oczy. Wyglądał na pacjenta, chociaż po jego tonie głosu myślałam, że rozmawiam z lekarzem.
- To moja sprawa, okej? - warknęłam. - Może dla ciebie to nie jest bohaterskie i w ten sposób zrobię coś bardzo, bardzo złego, ale nie jestem bohaterką i nie zamierzam tego zmieniać. Moje życie jest do bani, umieram, wszyscy są z tego powodu nieszczęśliwi, więc chcę to zakończyć. Jeśli nie chcesz się przyłączyć, to proszę, odejdź stąd.
- Gdybyś naprawdę tego chciała, to już byś to zrobiła - zauważył. - Skoczyłabyś, nawet gdybym stał tutaj i rozmawiał z tobą.
Nic nie odpowiedziałam. Zamiast tego odwróciłam wzrok, zastanawiając się nad jego słowami. Może naprawdę brakowało mi odwagi na ten ostatni krok. W końcu gdybym się go nie obawiała, już dawno byłoby po wszystkim. Bez zamykania oczu i pozwalania, aby ktoś odwrócił moją uwagę.
- Słuchaj, nie chcę cię prowokować i jeśli naprawdę tego chcesz, to zrób to, ale mam do ciebie małą prośbę - kontynuował swoim spokojnym głosem.
Nie potrafiłam w to uwierzyć. Dałam mu jasno do zrozumienia, co o tym wszystkim myślałam, a on nadal próbował zmienić moje zdanie. Powinien odpuścić i zostawić mnie w spokoju. Tak postąpiłby pewnie każdy, będąc na jego miejscu, mimo to ten facet ewidentnie nigdy się nie zrażał.
Musiałam przyznać, że mi to zaimponowało. Nie znałam nikogo, kto miał w sobie aż tyle determinacji. Żałowałam, że nie mogłam tego powiedzieć o sobie.
- Jaką? - zapytałam, chociaż podejrzewałam, co odpowie.
- Zanim skoczysz, daj sobie trochę czasu i spróbuj żyć. To nie musi trwać długo, wystarczy kilka dni. Chcę, żebyś się przekonała, że jednak warto poczekać z taką decyzją.
- Nie mogę żyć.
- Dlaczego?
Poczułam, jak pod moimi powiekami zbierają się niechciane łzy. Mrugałam intensywnie, próbując je odgonić, jednak pomimo moich starań kilka z nich zaczęło spływać po moich policzkach.
- Tylko nie zaczynaj znowu z tym, że umierasz - zaznaczył stanowczym tonem.
Spróbowałam znowu zerknąć w jego stronę, żeby powiedzieć mu, żeby się odwalił, bo gówno wie o moim życiu, kiedy podmuch wiatru popchnął mnie do przodu. Straciłam równowagę i zaczęłam balansować na granicy murka, gdy poczułam, jak silna ręka chwyta mnie za ramię i wciąga z powrotem na dach.
Byłam tak oszołomiona tym, co się przed chwilą wydarzyło, że dyszałam ciężko, a moje serce boleśnie obijało się o klatkę piersiową, sprawiając, że słyszałam jego dudnienie w uszach.
- O kurwa - wysapałam.
Nogi trzęsły mi się jak galareta i gdyby nie to, że nieznajomy w dalszym ciągu mnie trzymał, już dawno leżałabym jak długa. Spróbowałam na niego spojrzeć, ale jedyne, co widziałam, to rozmazany kontur.
- Po twojej reakcji wnioskuję, że jednak nie chcesz umierać - stwierdził, a w jego głosie usłyszałam rozbawienie.
To ocuciło mnie na tyle, że zdołałam zebrać się w sobie, wyszarpać się z jego uścisku i stanąć metr dalej, o własnych siłach i z wysoko podniesioną głową. Spojrzałam na niego spod zmrużonych powiek:
- Bawi cię to? - warknęłam.
- Wcale - odparł, jednak nie przestawał się uśmiechać.
- Nic o mnie nie wiesz.
- Może nie wiem, ale...
- Więc zostaw mnie w spokoju - przerwałam mu. - Nie wiesz, jak to jest być chorym.
- Skąd wiesz?
Otworzyłam usta, żeby coś odpowiedzieć, jednak natychmiast je zamknęłam, zbita z pantałyku. Nie tego się spodziewałam.
- Skąd wiem, że co? - odpowiedziałam, siląc się na spokojny i lekceważący ton głosu, chociaż cała w środku drżałam.
- Że nie wiem, jak to jest być chorym?
- A wiesz?
Na jego ustach znowu pojawił się ten irytujący uśmieszek. Tego było za wiele. Wiedziałam, że już dłużej nie wytrzymam, więc ruszyłam w stronę wyjścia.
- Dokąd idziesz?! - zawołał za mną.
- Do domu.
- Nie chcesz już skakać?
- Znajdę inny budynek. - Zatrzymałam się z ręką na klamce. - Bez ciebie.
Otworzyłam drzwi i już chciałam wyjść na klatkę schodową, kiedy znowu się odezwał:
- Pamiętaj tylko, że nie jesteś jedyna. Wszyscy umieramy i nie wiemy, czy dożyjemy jutra, a jednak nie skaczemy masowo z dachu.
Nie odpowiedziałam. Zamknęłam za sobą drzwi i zbiegłam po schodach na sam dół, czując, jak po moich policzkach spływają łzy.