Powiedz im, że ona tu jest. W poszukiwaniu królowej Malajhy - Bodour Al Qasimi

Kup ebooka

46.00 zł
36.80 zł (46,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pamięci Khalida1

Składam hołd mojemu zmarłemu bratu, Khalidowi, który już dołączył do naszych przodków. Niech spoczywa w pokoju. Jego istnienie i odejście uświadamiają mi, że życie samo w sobie jest świętą podróżą przez wspomnienia i odkrycia.

Khalid pokazywał mi piękno nawet w niedoskonałościach. Jego obecność szepcze, że wszystko w życiu jest po coś - również ból, zamęt, tęsknota.

Wszystko zostało uświęcone. Wszystko stanowi część drogi.

Do tych, którzy szeptem powołali mnie do życia -

kroczę w waszych cieniach, w waszym gwiezdnym blasku.

Wasz oddech napełnia moje płuca; wasze pieśni odbijają się echem w moich kościach.

Każdy krok, który robię, jest powrotem.

Powrotem do oświetlonych ogniem jaskiń wiedzy,

do mowy kamieni, wiatru; do tego, czego nie widać.

Nauczyliście mnie wsłuchiwania się - nie uszami, lecz duchem:

w szum liści, które przemawiają w różnych językach,

w puls ziemi pod moimi podeszwami,

w wasze głosy, które niosą się przez czas jak dym.

Teraz to ja jestem naczyniem.

Wasza mądrość przepływa przez koniuszki moich palców,

wspomnienie was migocze mi pod powiekami.

Przemawiacie przez te strony - nie w czasie przeszłym,

lecz w świętej teraźniejszości.

Przypominacie mi, że pamiętanie to rytuał.

Że pamiętać to budzić

magię krwi, która drzemie w szpiku,

aby wskrzesić uśpionych przodków,

żeby powiedli nas naprzód, ku marzeniom.

Nadaliście znaczenie każdemu mojemu oddechowi.

Nie jestem odosobniona -

jestem kwiatem waszych modlitw,

przyszłą przodkinią,

tą, która wędruje wstecz, spiralnie, do źródła.

Ta książka jest żywą ofiarą.

Splecioną ścieżką przekazów i prawd,

zaklęciem pamięci i odrodzenia.

Jeżeli czytasz te słowa,

twoi przodkowie również cię tu wezwali.

Są gotowi.

Jesteśmy gotowi.

Wyruszmy razem -

przez zasłony, przez tajemnice, przez gwiazdy.

Obudźmy to, co pogrzebane, lecz nie zniweczone.

Powiedz im to...

Ona tu jest.

PRZEDMOWASpacer pomiędzy światami

Ta książka to nie tylko opowieść. To zaklęcie, inwokacja, święta tkanina spleciona ze wspomnień i mitów; odkrywanie moich korzeni - głęboko zapuszczonych w ziemię przodków, splecionych z duchem, smutkiem, tęsknotą i miłością. Ujawniając je, obnażam przed wami duszę - podążam śladami tych, którzy kroczyli tędy na długo przede mną i których kroków echo wciąż rozbrzmiewa w każdym ziarenku piasku i w każdym podmuchu wiatru.

Jakie sekrety kryje ta ziemia? Jakie mity spoczywają pod jej powierzchnią, czekając na odsłonięcie?

Dziejów tego miejsca nie da się oddzielić od mojej historii. Krew w moich żyłach przemawia językiem wydm i gwiazd. Muszę więc dzielić się jednym i drugim - nie po to, by cokolwiek zawłaszczyć, ale żeby odzyskać tożsamość. Odnaleźć te części siebie, które rozsypał czas, i znów sprowadzić je do domu.

To dla mnie powrót - odzyskanie nie tylko osobistej historii, ale także własnego miejsca, poczucia obecności i mocy.

Ta książka jest darem. Wspomnieniem. Kluczem. Podróżą po ziemiach przodków i splecionych z nimi mitach. Pomostem między światem materialnym a tym, co niewidzialne - pomiędzy archeologią a marzeniami, historią a wizją, ciałem a duchem. Poprzez folklor, język, symbole i pamięć szukamy możliwości ponownego zjednoczenia się - nie w akcie nostalgii, lecz w świętym dziele odrodzenia.

Aby kogoś poznać, trzeba poznać ziemię, z której się wywodzi. Z szacunkiem obejść jej granice, na nowo obudzić prawdy zakodowane w szpiku. Niech ta książka będzie latarnią w mroku - płomieniem, który powiedzie cię z powrotem w obszar uświęconej pamięci.

Dżalaloddin Rumi, trzynastowieczny mistyk z Konyi, zachęca nas, byśmy dostrzegli w sobie cały ocean zawarty w jednej kropli. Nazywany poetą miłości Rumi naucza, że pamięć o przodkach budzi w nas cały ocean boskości. Ich oddech staje się naszym, a nasz przemienia się w modlitwę.

Zanim przejdę do kolejnych części tej książki, muszę zacząć od uświęconej prawdy: wiele z tego, co za chwilę wam przekażę, zrodziło się ze snów i wizji - z podszeptów niewidzialnego. Odkąd pamiętam, moje sny nie były zwykłymi powidokami myśli. Żywe, głębokie i nasycone symbolami poruszały duszę. W ostatnich latach sięgają jeszcze głębiej, zamieniają się w portale - progi między światem tym a innym, gdzie duch przemawia poprzez obrazy i uczucia.

Mistrzowie suficcy od dawna nauczają, że sny przynależą do alam al-misal (sfery wyobraźni), gdzie znaczenia nabierają kształtu, a to, co niewidzialne, staje się widzialne. Ibn Arabi, żyjący w latach 1165-1240 n.e. wizjonerski mistyk i zarazem poeta wychwalający miłość Boga, znany również jako Asz-Szajch al-Akbar ("Największy Szejk"), opisuje sny jako przesmyk (barzach, barierę czy też miejsce oddzielenia) pomiędzy światem materii a światem ducha: nie iluzję, lecz prawdziwy kraj symboli, do którego dusza podróżuje nocą, aby otrzymać wskazówki. Nauczał, że sny nie są ulotnymi cieniami, lecz posłańcami niewidzialnego świata, miejscem spotkań duszy z ciałem. Aby przekroczyć granicę między światami, mówił, należy zdać sobie sprawę, że boski byt może przemówić do nas zawsze - na jawie i we śnie - o ile tylko serce przebudzi się na tyle, by słuchać.

Nie sądźcie, że sen jest niczym; to ziarno przebudzenia.

Tak brzmią słowa powszechnie przypisywane poecie i mistykowi Szamsowi z Tabrizu - słowa, które otwierają portal między światami, przypominając nam, że to, co wydaje się niedostrzegalne, często skrywa najgłębszą prawdę.

Wierzę z całego serca, że świat snów nie jest oddzielony od świata fizycznego, lecz stanowi jego odbicie - spleciony z nim wymiar, w którym nasz duch może swobodnie wędrować. To miejsce, gdzie granica między światami staje się cienka, głosy przodków rozbrzmiewają wyraźnie, a wszechświat pozostawia wskazówki w formie metafor oraz mitów. Kiedy nauczymy się słuchać - naprawdę słuchać - nasze sny ukazują nam ścieżki przyszłości - otwierające się przed nami drogi. Przekazują wiadomości od tych, którzy byli tu przed nami, od przewodników, którzy nam towarzyszą, choć ich nie widzimy, oraz od pradawnego pulsu samego kosmosu.

Abu ?amid al-Gazali (1058-1111 n.e.), niegdysiejszy odnowiciel (mudżaddid) islamu, w traktacie I?ja ulum ad-din (Ożywienie nauk religijnych) oraz w dziele Al-Munkiz min ad-dalal (Ratunek przed zbłądzeniem) zachęca nas, byśmy postrzegali sny nie jako bezcelowe wizje, lecz jako metafizyczne objawienia - ruchy oczyszczonej duszy w kierunku subtelniejszych sfer prawdy. W jego ujęciu sny nie wyłaniają się z zakamarków ciała, lecz z oświeconej duszy, dostrojonej do tego, co ukryte. Dla mistyka są one kanałami - pomostami znoszącymi przesłony między sercem a tym, co wykracza poza granice racjonalnego postrzegania. Sny stają się doświadczeniami boskiego objawienia (kaszf), pozwalającymi dostrzec rzeczywistości ukryte przed świadomością na jawie.

To jednak nie tylko kwestia mojej wiary; zawsze mnie pociągały obszary mitologii, ludowe opowieści szeptane przy ogniskowym żarze oraz ponadczasowe legendy, które wciąż unoszą się na wietrze. Te historie nie są reliktami - to żywe nici, lśniące pasma, które przechowują pamięć cywilizacji; święta architektura znaczeń, spoiwo łączące ludzkie dusze. Są świętym kodeksem, dzięki któremu społeczeństwa nadają sens życiu, śmierci, celom i cyklom odnowy.

Poruszam się po tych sferach - świecie snów i świecie jawy - nie w roli gościa, tylko jako ktoś, kto przynależy do nich obu. Nie dostrzegam między nimi granicy. W moim odczuciu świat duchowy wiecznie splata się z fizycznym, niczym osnowa i wątek na krośnie. To, co dzieje się w jednym, odbija się echem w drugim. Chodzę po tej ziemi boso i z otwartym sercem, ale tańczę też w krainach ducha i opowieści. Mówię językiem podświadomości i boskości.

Ten sposób bycia cechuje nie tylko mnie - jestem dziedziczką swojego rodu. Tą ścieżką podążali moi przodkowie. Poruszali się między światami z szacunkiem, wiedząc, że sfery widzialną i niewidzialną łączy święte prawo. Wyśnili mnie do życia, a teraz, poprzez rytm moich snów, wzywają, abym pamiętała - zachowała ich mądrość, ich pradawną wiedzę i niosła ją dalej niczym płomień, przekazując ją pokoleniom, które nadejdą.

Powołały mnie do życia sny rodu patrzących w gwiazdy i śpiewających kościom - tych, którzy przemierzali boso pustynie i góry, wiedzeni pulsem ziemi. Ich krew odzywa się w moich żyłach. Ich głosy wiodą mnie w snach. Słyszę ich w ciszy - tkaczy, uzdrowicieli i obserwatorów księżyca. Przypominają mi, że świat duchów jest niedaleko. Znajduje się tuż za powłoką rzeczy. W drżącym liściu, w westchnieniu między oddechami, w wyciszeniu o zmierzchu. Ta książka to nie tylko opis pewnej wizji - to rytuał, przywoływanie wspomnień. Powrót do miejsca, gdzie mit nie jest fikcją, lecz autobiografią duszy.

Słucham. Jestem gotowa. Chcę odzyskać to, co zapomniane, aby oddać hołd temu, co przetrwało. Piszę, aby pamiętać. Piszę, żeby odtwarzać. Piszę dla dzieci moich dzieci, aby i one poznały kiedyś tę odwieczną drogę, którą będą czuły w kościach.

Razem tworzymy nowy współdzielony mit. Taki, który waży się mówić prawdę o tym, co oznacza żyć w pełni, będąc głęboko zakorzenionym i radykalnie autentycznym. To pamięć duszy. Czas powrotu.

Dzięki temu darowi idę obok ciebie - pokonamy zasłony, przetniemy linie czasu i zanurzymy się w głąb łona wiedzy. Zapraszam cię, abyś wyruszył w tę podróż razem ze mną, podążając nie tylko wzrokiem, ale całą swoją istotą. Niech opowieści wprawią w ruch twoją pamięć. Niechaj wizje rozbudzą w tobie pradawny pierwiastek twojego jestestwa.

Niech prawda twojego ducha odnajdzie swój dom.

Tkaczki świata

Jak mawia dawne przysłowie: zacznijmy tkać, a Bóg poprowadzi wątek.

Początek tej opowieści to metafora zakorzeniona w niciach i krośnie. Tkactwo to nie tylko rzemiosło. To coś więcej niż prosty ruch dłoni, rodzaj wykonywanego w domu zajęcia, więcej niż "praca dobra dla kobiet", jak się je często lekceważąco nazywa. Jest ono - i zawsze było - świętym aktem tworzenia. W wielu rdzennych kulturach na przestrzeni dziejów tkanie powierzano kobietom nie z wygody, ale z szacunku do nich. Ponieważ to właśnie one od dawien dawna są strażniczkami krosna - to kobiety własnymi rękami, własnym oddechem i własnym łonem wplatają w świat nić życia.

Tkanie to przywoływanie tego, co niewidzialne. Tworzenie wzoru z chaosu. Łączenie światów za pomocą osnowy i wątku. Tkanie to pamięć, mit i manifestacja. Kosmiczny rytuał, w którym kobiety nie tylko łączą włókna, ale także splatają losy, historie i całe światy.

W dawnych mitach ta prawda wciąż ożywa.

Weźmy dla przykładu grecką opowieść o Arachne i bogini Atenie - patronce wojny, mądrości i świętego krosna. W starożytnej Lidii, na terenach znanych dziś jako Anatolia, młoda dziewczyna imieniem Arachne tkała jak bogini. Atena, jej niebiańska mentorka, zauważyła, że talent dziewczyny przyćmiewa nawet dokonania bogów. Dumna i buntownicza Arachne nie chciała jednak oddać należytego uznania boskiej nauczycielce. Urażona bogini wyzwała ją wówczas na tkacki pojedynek. Dzieło Arachne okazało się tak doskonałe, że doprowadziło Atenę do szału. Znana z wybuchowej natury zagniewana bogini przemieniła śmiertelniczkę w pająka, w ramach pokuty skazując ją na tkanie bez końca. Z tego mitu wywodzi się określenie "pajęcza nić" - oznaczające pasmo ciągnące się w nieskończoność.

Są też Mojry, trzy boginie losu z mitologii greckiej: Kloto - prządka, Lachesis - udzielająca oraz Atropos - przecinająca. Z ich niewidzialnych dłoni wywodzi się przeznaczenie śmiertelników. Kloto przędzie nić życia, Lachesis mierzy jej długość, a Atropos w końcu ją przecina. Narodziny, los i śmierć - wszystko to podlega władzy krosna.

W mitach Północy, pod rozległym Drzewem Świata Yggdrasilem mieszkają Norny - Urd, Werdandi i Skuld. Te pradawne mądre kobiety pojawiają się w chwili narodzin, a ich ręce już wtedy wplatają drogę duszy w sploty czasu.

Również na ziemiach bałtyckich nić przeznaczenia tkają kobiece dłonie. Litewska bogini Łajma wraz z siostrami Kartą i D?klą czuwają nad porodem, zjednoczeniem i odejściem. Są łagodnymi strażniczkami losu, tkającymi przejście między światami.

W religii Hurytów z regionu Żyznego Półksiężyca trzy święte tkaczki Hutena - boginie uosabiające bieg ludzkiego losu - pojawiają się już w III tysiącleciu p.n.e.

To nie przypadek. We wszystkich kulturach i na wszystkich kontynentach sztuka tkactwa jest nierozerwalnie wiązana z boskim pierwiastkiem twórczym. Nici to nie tylko włókna - to osie czasu. Opowieści. Święta geometria odzwierciedlona w tkaninie.

W starożytnym świecie tkanie nie było jedynie metaforą - było rytuałem. Narzędziem, za pomocą którego wyrocznie, poeci i prorocy wplatali w strukturę społeczną porządek. Podobno egipska bogini Nut utkała samo niebo, rozciągając swoje ciało niczym tkaninę stworzenia. Tkactwo niosło znaczenie, wplatając duszę w strukturę. Służyło wyrażaniu prawdy wyroczni.

A co z kobietami z moich ziem?

Pustynne beduinki, strażniczki tradycji techniki Sadu, zbierają się w kręgu, składają dłonie jak do modlitwy - i przędą włosie wielbłądzie, kozią wełnę i owcze runo. Wykonane z pni palmowych krosna stoją nisko, przy ziemi, zakorzenione w niej tak samo jak wiedza tych kobiet, które za pośrednictwem henny, szafranu, kurkumy oraz indygo zapożyczają kolory od ziemi. A kiedy tkają, intonują zaghrudy - pieśni przodkiń unoszące się nad nimi niczym dym z ogniska.

Ich dzieła to coś więcej niż tkaniny - to mapy. Przedstawiają diuny, sokoły, trawy, palmy i wielbłądy. Są echem dawnej plemiennej symboliki. Każdy wzór jest sigilem. Każdy wątek - zaklęciem. Dzięki ich pracy powstają namioty. Poduszki. Uprzęże dla wielbłądów. Lecz przede wszystkim tym, co splatają, jest pamięć - kobiecymi dłońmi wpleciona w tkankę czasu.

I tak, skoro życie to nić - kobiety stają się jego strażniczkami. Tkaczkami istnienia, twórczyniami wzorów, architektkami duszy oraz opowieści. Sharon Blackie dotyka tej świętej prawdy w słowach:

Kobiety są prządkami i tkaczkami; [...] wysnuwamy mocne, odporne włókna z naszych serc i łon. Już pora tworzyć nowe wątki; czas wzmocnić poszarpane, dzikie peryferie naszej istoty i wpleść się ponownie w tkankę naszej kultury. Kiedyś znałyśmy wzory, według których tkano świat; dziś możemy znów je połączyć w całość [...]. Możemy tworzyć świat na nowo. Tym właśnie zajmują się kobiety. To jest nasze zadanie2.

Ta książka jest moim świętym dziełem tkackim - wywiedzionym z krosna własnego serca, utkanym z nici mojego łona. Piszę ją nie tylko po to, aby przedstawić historię, ale żeby ją spamiętać, przywołać i przywrócić. Z każdym słowem uruchamiam czółenko. Z każdą stroną przyoblekam ducha w kształt. Tkamy gobelin nie tylko ze wspomnień, ale i z możliwości. Tkaninę zrodzoną z naszych korzeni, mitów i tchnień naszych przodków. Razem utkajmy świat na nowo.

Mity, którymi się tu dzielę, nie są reliktami. Są żywe. Oddychają. Joseph Campbell twierdzi, że zadaniem mitologii jest "uskrzydlanie ducha"3. Dlatego czcimy opowieści - przekazywane z pokolenia na pokolenie, szeptane we śnie, odkrywane na nowo w ruinach, tekstach i drżących sercach. Max Dashu przypomina nam również, że kobiety były niegdyś wyroczniami, tkaczkami losu, strażniczkami świętej wiedzy. A jak mówi Kristen Roderick, sięgnięcie po wrzeciono, pióro czy modlitwę oznacza wkroczenie w obszar tej tradycji; ukończenie projektu jest świętą ofiarą.

W wizji sufickiej krosno ucieleśnia kadar - przeznaczenie - a każdą nić prowadzi Boski Tkacz. Być może nie dostrzegamy pełnego wzoru, ale każde skrzyżowanie osnowy i wątku wynika z działań niewidocznej dłoni, tworzącej piękno gobelinu naszego życia, którego nie jesteśmy w stanie objąć rozumem.

Ta książka jest złożoną przeze mnie ofiarą. Wywodzi się z mojego łona, moich snów, mojej linii krwi. Utkałam ją z włókien pamięci oraz mitów, zabarwiłam odcieniami tęsknoty i nadzieją na powrót. Tkajmy więc, do dzieła. Słowo po słowie. Wątek po wątku. Wspomnienie po wspomnieniu. Niech przypomni ci się, kim jesteś. Poczuj zew domu.

Moja historia nie zaczyna się od konkretnej chwili, lecz od więzi, świętej nici, która łączy mnie z tą ziemią. To głęboka relacja z przodkami, więzy krwi, w których pulsuje pamięć o pustynnych wiatrach i dawnych królestwach. Należę do spadkobierców dziedzictwa starożytnego rodu królewskiego, władców, którzy kierowali sercami ludzi od Ziemi Świętej, poprzez Mezopotamię (Irak), aż po piaski wybrzeża Zjednoczonych Emiratów Arabskich.

Urodziłam się w emiracie Szardży pod okiem kończącego się roku - ostatniej nocy kalendarza gregoriańskiego w 1977 roku. W granicznej przestrzeni między końcem a początkiem, między tchnieniem tego, co mijało, a obietnicą tego, co dopiero miało nadejść. Miejsce moich narodzin to nie tylko punkt na mapie, ale skarbnica wspomnień, szlak tych, którzy byli tu przede mną.

Płynąca w moich żyłach krew pamięta królowe i wojowników, uczonych i wizjonerów. Moja rodzina wywodzi się ze szlachetnego rodu Proroka Mahometa (niech spoczywa w pokoju), świętej genealogicznej linii, której krew wciąż pulsuje w naszych żyłach. Rodowód ten został pieczołowicie udokumentowany przez mojego ojca, Jego Wysokość szejka dr. Sultana Ibn Muhammada Al Qasimiego - obecnego władcę Szardży, jednego z siedmiu emiratów. W swojej książce wywodzi on nasze korzenie od Al-Hasana, syna Fatimy córki Proroka (pokój z nim), naświetlając nasze miejsce w świętej genealogii. Dynastia Al Qasimi, z której pochodzimy, od ponad trzech stuleci dzierży na tych ziemiach pochodnię przywódców - nie zdobywców, lecz strażników historii, pamięci i tradycji.

Ojciec jest nie tylko mężem stanu i władcą, ale także wizjonerem, znawcą tradycji i historykiem dziejów najnowszych - osobą tkającą z prawdy i czasu. Jego publikacje skrywają echa cywilizacji i szepty zapomnianych. To po nim odziedziczyłam szacunek dla opowieści i nieustanną dążność do poznawania przeszłości. Niczym poszukiwaczka w starożytnej świątyni ciągle się rozglądam, wiecznie czytam, a moje serce jest wyczulone na język minionych spraw. W ostatnich latach to oddanie rozwinęło się w potężną tęsknotę - pragnienie pisania, tworzenia i nadawania znaczeniom formy. Słowa stały się moim świętym ołtarzem.

Marokańska antropolog Fatima Mernissi napisała kiedyś:

Pisanie jest jedną z najstarszych form modlitwy. Pisać to wierzyć, że komunikacja jest możliwa, że inni ludzie są dobrzy, że można obudzić w nich hojność i pragnienie podejmowania lepszych działań.

Te słowa we mnie rezonują. Odwołują się do duchowego wymiaru pisania - mówią, że to nie tyle pewien akt, co wezwanie. Każde zdanie jest propozycją. Każda strona portalem.

Mam jednak świadomość, że wiele naszych historii, zwłaszcza tych zapisanych w oficjalnych dokumentach i pamięci, opowiedziano z męskiej perspektywy. Często brakuje w nich zapachu, intuicji i rytmu, z jakimi kobiety doświadczają świata. Piszę więc nie tylko po to, aby zachować rzeczy w pamięci, lecz by utkać tę opowieść na nowo - zaproponować inną prawdę, odmienną fakturę materii.

Wszyscy mamy uświęconą możliwość współtworzenia historii, które kształtują zarówno nasz wewnętrzny świat, jak i ten zewnętrzny. Opowiadania są przecież kośćcem kultury, a w ich rdzeniu tkwi moc refleksji, uzdrowienia i przemiany. Każdy zasługuje na to, żeby odnaleźć swoje odbicie w historiach, które opowiadamy - nie w odpryskach czy cieniach, ale w pełni blasku.

Platon twierdził podobno, że kto panuje nad narracją, rządzi społeczeństwem.

Rzeczywiście, opowieści pokazują nam, co jest możliwe. Są mapami wiodącymi ku alternatywnym przyszłościom, bramami do krain snów, po których dusze wędrują, gdy znany im świat przekwitnie. Mają moc rodzenia nowych horyzontów czasowych i podszeptują nam przyszłość odmienną od przeszłości, taką, w której nasz duch może wzrastać, niezależny i nienaruszony.

Wspaniała góra

Noszę w sobie głęboką miłość do świata przyrody - dzikiej, nieokiełznanej natury i żywego ducha Ziemi. To również dziedzictwo po moim ojcu. Podobnie jak jego, pociągają mnie leśne ścieżki i górskie szlaki - nie dla sportu, ale ze względu na to, jak te święte krajobrazy przemawiają do duszy. Wędrówka w otoczeniu dzikiej przyrody przynosi wyzwolenie, pozwala zrzucić starą skórę. Zwłaszcza gdy góra jest surowa i wymagająca. Szczególnie kiedy budzi w nas głębsze refleksje.

Pierwszą górą, na którą się wspięłam, było Kilimandżaro i choć ja niewiele planowałam, góra bez wątpienia miała wobec mnie swoje plany. Odpowiedziałam na nieoczekiwane wezwanie, choć nie wiedziałam, czy jestem na taki rytuał gotowa. Kiedy grupa przyjaciół mimochodem wspomniała o wyprawie na Kilimandżaro planowanej za kilka miesięcy, coś we mnie drgnęło. Nastawiłam uszu, ogarnęła mnie ciekawość. "Czy to trudne?" - spytałam, czując, że ta myśl mnie pociąga. Skinęli głowami, że owszem - już od kilku miesięcy dbali o kondycję.

Ja niedawno ukończyłam treningi do biegu na 10 kilometrów, więc byłam w świetnej formie i miałam odpowiednie nastawienie. Postanowiłam podjąć to wyzwanie. Zatrudniłam osobistego trenera i zaczęłam się na poważnie przygotowywać. Opracował program, który odzwierciedlał trudy wspinaczki: zajęcia na steperze z obciążonym plecakiem, długie serie przysiadów, wykroków i deski - ćwiczenia, które, o czym wtedy jeszcze nie wiedziałam, miały mnie na tej górze uratować. Każdy ruch, każda kropla potu były modlitwą, krokiem umożliwiającym mi późniejszą pielgrzymkę.

W języku suahili Kilimandżaro oznacza "wspaniałą górę" - i rzeczywiście, wznosi się ona tak dumnie, jak obiecuje jej imię. Kiedy przybyliśmy do Aruszy, świętego portalu otwierającego wspinaczkę, wieczór poświęciliśmy przygotowaniom. Nasz przewodnik, uprzejmy, ale zarazem budzący respekt mężczyzna o imieniu Goodluck (co bez wątpienia było znakiem), przejrzał wszystkie nasze bagaże, nalegając, abyśmy zabrali tylko to, co niezbędne. Wszystko, co uznał za nadmiarowe, zostało wyrzucone. Z ciężkim sercem patrzyłam, jak w śmieciach ląduje mój balsam do ust. Opierałam się - jest taki maleńki, nie waży nic! Lecz Goodluck, niewzruszony jak góra, obstawał przy swoim. To wspinaczka nie tylko w wymiarze fizycznym, stwierdził. Również w wymiarze psychicznym. Duchowym. Musisz uwolnić się od tego, co jest dla ciebie ciężarem, nawet od rzeczy drobnych.

Zrozumiałam wtedy, że góra nie dźwiga tego, co chcesz - akceptuje tylko to, czego potrzebujesz.

Za niezbędne uznano wodoodporne ubrania - deszcze pojawiały się bez ostrzeżenia. Spakowaliśmy czołówki, butelki, noże, buty wspinaczkowe i okulary przeciwsłoneczne z polaryzacją. Zabraliśmy tylko istotne rzeczy, które miały nam pomóc przetrwać podróż w chmury.

Wyprawa zajęła siedem dni, każdego z nich wkraczaliśmy w nowe królestwo. Góra żyła, zmieniała się wokół nas. Pokonywaliśmy pradawne lasy i wrzosowiska, skaliste wulkaniczne krajobrazy i ciche lodowce. Każdy etap uczył nas wyzbywania się czegoś - wygody, tchu i złudzeń. Wspinaliśmy się wysoko, ale spaliśmy nisko - to święta metoda aklimatyzacji. "Wspinaj się wysoko, obóz zakładaj nisko", mawiali - w rytmie poddawania się i realizowania strategii, w tańcu pomiędzy wysiłkiem a zaufaniem. Polecono mi, abym zażyła lek Diamox, żeby złagodzić efekty choroby wysokościowej, i jestem wdzięczna za to, że go wzięłam. Podczas późniejszych wspinaczek próbowałam radzić sobie bez niego i czułam, że moje ciało stawiało opór. Każdy znosi wysokość inaczej - musisz poznać własne ograniczenie i z szacunkiem odnosić się do mądrości swojego ciała.

Jak brzmi najprawdziwszy sekret górskiej wspinaczki? Idź powoli. "Pole, pole - wolniej, wolniej" - melorecytował w suahili nasz przewodnik za każdym razem, gdy narzucałam tempo. Najpierw oponowałam. Instynkt podpowiadał mi, aby przeć naprzód. Lecz góra uczy czegoś innego: oddech jest twoim złotem, rytm sprzymierzeńcem. Im wolniej idziesz, tym dalej dotrzesz. I tym bardziej jesteś obecna.

Jak nauczał w XIII wieku Dżalaloddin Rumi, ten świat jest górą, a nasze działania krzykiem - echo powraca do nas. Słowa Rumiego przypominają nam, że krajobrazy, po których się poruszamy, nie są nieme - one nam odpowiadają. Widocznej w świecie zewnętrznym kamiennej górze odpowiada szczyt naszego wewnętrznego ja. Każdy krzyk, każdy krok, każdy czyn, który kierujemy w stronę świata, odbija się echem w naszych kościach. Droga suficka uczy, że szczytu nie zdobywamy siłą, lecz poddając mu się, gdyż to, co ofiarujemy górze, zawsze usłyszymy ponownie w jej echu.

Im wyżej się wspinaliśmy, tym bardziej cichłam. Kierowałam kroki do wewnątrz. Zaczęłam rozmawiać z samą sobą - rozwikływać myśli, lęki i tęsknoty. Każdy krok był medytacją. Każdy oddech - oceną. Jest coś świętego we wspinaczce w ciszy, kiedy pozwalasz, by bezkres natury przyjął pytania, których boisz się zadać.

Nocami biwakowaliśmy tam, gdzie góra nam pozwalała, czasem na zboczach tak stromych, że namioty ześlizgiwały się w mroku, skały wbijały się nam w plecy, zapewniając sen ulotny, niemający nic wspólnego z komfortem. W niektóre noce bywałam przemoczona do suchej nitki, całe moje ciało dygotało bezwolnie, a ciepło oferowała tylko jedna jedyna butla gorącej wody. Niemal padłam ofiarą hipotermii. Pamiętam, jak błagałam o kolejną butelkę, desperacko pragnąc poczuć, jak ciepło wraca do moich kończyn.

Tamte chwile mnie odmieniły.

Były lekcją pokory, otworzyły mnie na siłę.

Zaczęłam inaczej postrzegać świat. To, co dawniej wydawało się zwykłe - ciepłe łóżko, suche ubrania, czysta woda - teraz emanowało świętością. Nic już nie było dane na pewno. Zauważałam śpiew ptaków przed świtem, zapach mokrych liści po deszczu, chrzęst żwiru pod znoszonymi butami. Wrażenia te przestały się zlewać z tłem. Stały się darami - cichym przypomnieniem, że życie samo w sobie jest ceremonią, piękno kryje się w prostocie, a każdy oddech oraz doznanie to dar łaski, który tylko czeka, by go przyjąć.

Na takiej wysokości przetrwanie jest kluczem. Pijesz z szacunkiem. Śpisz z wdzięcznością. Sam dźwigasz własne ciężary, dzięki czemu uczysz się, co naprawdę ma znaczenie. Każda rzecz w plecaku, każdy gram energii nabiera sensu. Uświadamiasz to sobie: im jesteś lżejszy, tym wyżej docierasz.

Góra Kilimandżaro nie jest zwykłą górą. To inicjacja. Podróż. Lustro. Obnażyła mnie i pokazała, kim naprawdę byłam. Wymusiła na mnie odpowiedzi na pytania: Jakie niezbędne rzeczy niesiesz? A co możesz pozostawić za sobą?

Góra ta nauczyła mnie, jak słuchać. Oddychać. Poddawać się.

Aby przejść przemianę.