Kiedy rybacy nie wyjeżdżają na morze, w dzień powszedni nie noszą skorzni ani trzewików, lecz chodzą w korkach, to znaczy chodakach, składających się z grubej na cal podeszwy drewnianej i skórzanego noska na palce. W tych korkach chodzić trudno nieprzyzwyczajonemu i one to powodują, że rybacy mają taki chód, jakgdyby nogi za sobą wlekli, przyczem zawsze są nieco zgarbieni. Ale tu już małe dzieci zwijają się w korkach raźno i biegają w nich tak, jak inne dzieci w sandałkach lub pantofelkach. W lecie wkłada się korki przeważnie na bose stopy, w zimie na grube wełniane pończochy. Obuwie to, zdawałoby się, bardzo pierwotne, ma tę dobrą stronę, iż jest trwałe, a znacznie lepiej od skórzanego, zwłaszcza dziurawego, chroni stopę od zetknięcia się z przemarzniętym lub mokrym piaskiem.
W wioskach rybackich powszechnie przyjęty jest zwyczaj zostawiania korków przed drzwiami lub w sieni, aby nie zanieczyścić błotem podłogi. Gość wchodzi do pokoju cicho, boso lub w pończochach. Taka wystawa korków wygląda bardzo pociesznie, zwłaszcza tam, gdzie rodzina jest liczna, co się często zdarza. Gdy się wejdzie do sieni o zmroku lub wieczorem, a światła niema, łatwo można się potknąć o czternaście lub piętnaście par pozostawionych tam korków. Tym, którzy znają dalekie strony, widok ten przypomina Japonję, gdzie przed każdym domem stoją pary drewnianych "getów", albo Turcję, gdzie znów przed meczetami ciągną się długie rzędy pantofli.
Otóż w jednej wiosce rybackiej na półwyspie Helskim mieszkał młody nauczyciel z głębokiego lądu. Morza ani życia morskiego nie znał i nie rozumiał. Nazywał się bardzo pięknie, przypuśćmy Ryszard Marja Sobieski, i wprawdzie z rodu królewskiego nie pochodził, ale chętnie wyobrażał sobie, że tak jest. Dlatego też najchętniej mówił z ludźmi o królu Sobieskim i jego czasach, nawet "Tarczę Sobieskiego" dzieciom na niebie pokazywał, aby wciąż swe nazwisko słyszeć i aby ten i ów pomyślał, iż on, choć skromny nauczyciel, ma w żyłach krew bohaterskiego króla.
Rozumie się, że pan nauczyciel Sobieski marzył o wielkiej karjerze i o wielkiem mieście, zwłaszcza, że był sprytny, zgrabny, naprawdę bardzo przystojny, taki ładniutki. gładki, rumiany, z małemi czerwonemi usteczkami i ślicznym noskiem. Przytem umiał siędobrze ubierać, miał bardzo dobre maniery, a także doskonale tańczył. Słowem, gdyby na świecie istniała jakaś sprawiedliwość, pan nauczyciel Sobieski byłby człowiekiem światowym. Zamiast tego musiał siedzieć w zapadłej wioszczynie rybackiej, gdzie "ludzi" wcale nie było, tylko nieokrzesani rybacy, mówiący źle po polsku, a tak wszelkiej ogłady pozbawieni, iż pana Sobieskiego nawet nauczycielem nie nazywali, lecz poprostu "Szkólnym". Oczywiście, panu "szkólnemu" Sobieskiemu bardzo się to nie podobało, ale nie śmiał nic powiedzieć, ponieważ bał się zrazić sobie rybaków, wśród których żyć musiał.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.