Potyczki z Freudem - Tomasz Stawiszyński

Kup ebooka

54.00 zł
43.20 zł (42,40 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Przedmowa do wydania trzeciego

To nie jest i nigdy nie była książka przeciwko psychoterapii. Choć kiedy ukazała się jedenaście lat temu, nierzadko tak właśnie ją odbierano. Niesłusznie.

Owszem, nie można odmówić jej intensywnie krytycznego charakteru. Krytyka nie kieruje się jednak pod adresem psychoterapii jako względnie zdefiniowanego zespołu teorii i praktyk, które - stosowane odpowiedzialnie, pod superwizją i kontrolą rzeczywistości, czyli badań testujących efektywność - służyć mają (i od ponad stu lat z powodzeniem służą) pomocy cierpiącym.

Kieruje się natomiast wszędzie tam, gdzie język terapeutyczny czy raczej quasi-terapeutyczny dąży do hegemonii i anektuje kolejne obszary życia. Tam, gdzie terapia staje się zarazem filozofią życiową i namiastką religii czy też - na odwrót - gdzie filozofia życiowa, religia, miłość, przyjaźń, praca, egzystencjalne rozterki oraz przypadłości ludzkiej kondycji opisuje się w kategoriach selektywnie zaczerpniętych z tradycji terapeutycznej. Ten rodzaj opisu charakteryzują między innymi: stawianie w centrum jednostki oraz jej dobrostanu; koncentracja na emocjach i subiektywnych doświadczeniach; indywidualizm, czyli upatrywanie źródeł cierpienia przede wszystkim w osobistej, prywatnej historii, a jednocześnie traktowanie spraw politycznych i społecznych jako co najwyżej elementów tła; wreszcie, last but not least, uznawanie zasadniczych niedogodności związanych z faktem istnienia - lęku przed śmiercią, ograniczenia, przemijania, niedoskonałości, skończoności, cierpienia - za problemy do "przepracowania".

W taki mniej więcej sposób szkicuje "kulturę terapeutyczną" izraelska socjolożka Eva Illouz, która wiele czerpie od takich myślicieli jak Philip Rieff, autor przełomowej pracy The Triumph of the Therapeutic, czy Christopher Lasch, autor słynnej Kultury narcyzmu. Illouz - której nazwisko w Potyczkach z Freudem wprawdzie nie pada, ale jest ona niewątpliwie ich intelektualną patronką - zwraca uwagę zwłaszcza na specyficzny mariaż terapii i kapitalizmu. Wobec postępującego rozkładu tradycyjnych instytucji i narracji religijnych - dowodzi w książce Saving the Modern Soul: Therapy, Emotions, and the Culture of Self-Help - język terapeutyczny zaczął w dwudziestym wieku zastępować język teologii. Pod wpływem tego zastępstwa sytuacje i zagadnienia graniczne - śmierć, sens życia i cierpienia, miłość czy transcendencja - zaczęły być postrzegane jako etapy na ścieżce do samorealizacji (zbawienia), pokonywane w toku takich czy innych warsztatów albo sesji (praktyka rytualna). Co więcej, w warunkach gospodarki rynkowej, jak się nietrudno domyślić, reguluje i napędza to wszystko ekonomia. Następuje więc specyficzne, skądinąd znane sprzężenie zwrotne: rynek tyleż odpowiada na istniejące już zapotrzebowania, ile sam zaczyna wytwarzać coraz to nowe i nowe potrzeby. Stąd właśnie bierze się zjawisko medykalizacji oraz patologizacji, czyli arbitralnego uznawania rozmaitych przeżyć czy zachowań za wymagające medycznej lub terapeutycznej korekcji.

O tych postępujących procesach piszą z kolei obszernie dwaj amerykańscy socjologowie Allan V. Horwitz i Jerome C. Wakefield. W książkach The Loss of Sadness oraz All We Have to Fear pokazują, jak pojęcia naturalnego, uzasadnionego lęku oraz smutku praktycznie zniknęły ze współczesnego słownika. Czy raczej: jak stały się kategoriami diagnostycznymi, oznaczającymi stany, które postrzega się jako z definicji podlegające leczeniu. Przy czym chodzi tutaj nie tyle o jakieś ich drastycznie nasilone formy albo też pojawianie się bez wyraźnej zewnętrznej przyczyny - co oczywiście słusznie bywa ujmowane w modelu medycznym - ile o założenie, że bez mała w każdej postaci należy traktować je jako coś niepożądanego. Podobnie zresztą jak cały szereg innych dyskomfortów czy tak zwanych negatywnych emocji. W popterapeutyczno-medykalistycznym uniwersum każdy dyskomfort jest bowiem czymś, co potencjalnie warto byłoby zniwelować albo przynajmniej zamienić w jakąś supermoc (w duchu maksymy "co cię nie zabije, to cię wzmocni").

Przy czym Horwitz i Wakefield nie są żadnymi radykalnymi przedstawicielami antypsychiatrii, żadnymi zbuntowanymi negacjonistami, nic podobnego. To szacowni naukowcy, którzy doskonale rozumieją realność psychicznego cierpienia, nieodzowność psychiatrii i wiarygodność poważnych metod terapeutycznych. Obaj zasiadali w gremiach opiniujących kolejne edycje klasyfikacji zaburzeń psychicznych Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego, a autorem przedmowy do The Loss of Sadness jest legendarny amerykański psychiatra Robert Spitzer, twórca DSM-III, inicjator jednego z najważniejszych przełomów w historii tej dyscypliny medycznej. Nie chodzi więc tutaj o nieprzemyślaną krytykę albo uprzedzenia wobec psychiatrii i psychoterapii jako takich. Chodzi o rzetelną analizę rozległych procesów kulturowych, które wynikają z mariażu pomiędzy tymi dziedzinami a późnym kapitalizmem i jego charakterystycznymi bolączkami: niepewnością, rozpadem wielkich narracji, samotnością, poczuciem alienacji i bezsensu.

Potyczki z Freudem mają podobną ambicję, choć ich żywiołem i formą jest esej, a zatem stylistyka niesystematyczna, nacechowana osobiście, pozwalająca na formalne i merytoryczne eksperymenty niedopuszczalne w pracy naukowej.

* * *

Nowe wydanie książki, zwłaszcza po ponad dekadzie od pierwszego, wzbudza niepokojącą pokusę, żeby rzecz poddać gruntownej weryfikacji i aktualizacji, czyli uzupełnić o wszystko, co się od tamtej pory zmieniło w rzeczywistości i myśleniu autora. Oszlifować kanty, wyeliminować jakieś zauważone dopiero poniewczasie nieścisłości, popracować nad składnią, zrezygnować z tych fragmentów, z którymi dzisiaj już jest nie po drodze.

Przyznaję, chodziły mi po głowie takie myśli, kiedy z propozycją wznowienia Potyczek z Freudem zwróciła się do mnie Sylwia Ciuła z Wydawnictwa Naukowego PWN. Po dłuższym zastanowieniu uznałem jednak, że nie ma to najmniejszego sensu. Po prostu, z chwilą napisania i wydania książka przestaje należeć do autora. Jest to prawda tyleż trywialna, ile niemożliwa do zakwestionowania. Zresztą pisanie czegokolwiek od nowa albo wprowadzanie mniejszych lub większych modyfikacji byłoby wyrazem jakiejś kompulsywnej potrzeby kontroli, a przecież między innymi z tą właśnie przypadłością dzisiejszej kultury starałem się w Potyczkach polemizować.

Nie zmienia to faktu, że, owszem, chętnie to i owo bym w tej książce zmienił. Nie jest ona, jak wszystko na tym świecie, pozbawiona wad, a - co zupełnie naturalne - im więcej czasu mija od jej napisania, tym bardziej te wady dostrzegam. Wybrałem jednak rozwiązanie kompromisowe. Zamiast zawracać nieodwracalny bieg zdarzeń, mogę przecież dokonać małego rachunku sumienia w ramach nowej przedmowy. I tak, widzę dziś cztery, nazwijmy to, mankamenty książki, którą trzymacie w rękach.

Po pierwsze: grzeszy ona odrobinę nadmierną zapalczywością. Dziś nie jestem już tak zdecydowany w krytyce niektórych zjawisk związanych z kulturą terapeutyczną, inne natomiast krytykowałbym głębiej i bardziej metodycznie. To zapewne także kwestia wieku.

Po drugie: pojawiający się tu i tam Arnold Mindell, twórca psychologii zorientowanej na proces, zdawał mi się przed kilkunastoma laty autorem co najmniej ciekawych i inspirujących koncepcji, wywodzących się z bliskiej mi tradycji psychologii analitycznej Carla Gustava Junga. Mam jednak wrażenie, że w ostatnim czasie zabrnął już na naprawdę dalekie manowce - gdzieś między popezoteryką a life coachingiem - a stworzona przez niego metoda psychoterapeutyczna nie spełnia, moim zdaniem, kryteriów rzetelności i wiarygodności.

Po trzecie, i najważniejsze: zbyt mało wyraźnie została w Potyczkach zaznaczona granica pomiędzy poważną psychoterapią, opartą na wiedzy o funkcjonowaniu umysłu ludzkiego oraz solidnym protokole pracy, a wszystkim, co pod taką psychoterapię się podszywa. Jest to oczywiście w jakimś stopniu cecha charakterystyczna całego tego pola, w obrębie którego występuje nieprzebrane bogactwo najrozmaitszych podejść, szkół i szkółek. Niemniej te granice istnieją i da się je w miarę precyzyjnie wyznaczyć. W Polsce sytuację komplikuje dodatkowo brak jakichkolwiek regulacji dotyczących zarówno jakościowego, jak i ilościowego charakteru szkolenia psychoterapeutycznego. Różne środowiska funkcjonujące pod egidą "psychoterapia" od lat nie są w stanie się w tej sprawie dogadać, co w sumie nie jest jakoś specjalnie zaskakujące, biorąc pod uwagę radykalne zróżnicowanie standardów merytorycznych, etycznych i wszelkich innych. W rezultacie człowiekowi, który cierpi i potrzebuje pomocy, ale nie orientuje się w meandrach dyscyplin terapeutycznych, łatwo dziś trafić do kogoś, kto nie posiada żadnych faktycznych kompetencji do pracy z osobami mierzącymi się z kryzysem psychicznym. Tym istotniejsze wydaje mi się podkreślanie, że - poza gigantycznym rynkiem popterapii, quasi-terapii i pseudoterapii, poza oceanem pseudowiedzy i pseudonauki, poza udającymi terapię działaniami pseudoezoterycznymi i pseudoszamańskimi (piszę "pseudo", bo prawdziwa ezoteryka i szamanizm to są sprawy poważne, proszę mi wierzyć) - istnieje także psychoterapia oparta na realnej wiedzy. Psychoterapia świadoma swoich mitów, pułapek i pokus, będąca sprawdzoną i efektywną metodą niesienia pomocy potrzebującym. Ktokolwiek chciałby się na ten temat dowiedzieć więcej, temu rekomenduję rozległą rozmowę, jaką przeprowadziłem z Zofią Milską-Wrzosińską w moim podcaście "Skądinąd" (Oblicza psychoterapii, odcinek nr 40). Zapis innej naszej rozmowy na ten temat znajdziecie również w wydanej przez Wydawnictwo Naukowe PWN książce Psychoterapia dziś. Ale żeby poznać kilka podstawowych kryteriów pozwalających oddzielić w tej materii ziarna od plew, wystarczy też po prostu zwykły rekonesans w internecie.

I po czwarte: niepotrzebnie (co było pomysłem redakcji, ja miałem inny, ale niech już na zawsze pozostanie tajemnicą) w roli głównego antagonisty pojawia się w tytule Zygmunt Freud. Owszem, ortodoksyjnie stosowaną psychoanalizę mam za teorię i praktykę problematyczną z perspektywy obecnych standardów (argumenty krytyczne w tej kwestii oraz odpowiedzi na nie sumuje brytyjski badacz Stephen Frosh w wydanej także na polskim rynku książce Psychoanaliza - za i przeciw). Niemniej jednak akcent kładziony w tej koncepcji na ludzkie ograniczenia, przenikający ją antropologiczny pesymizm wyrażony w przekonaniu o źródłowym tragizmie egzystencji, o tym, że skazani jesteśmy na nierozwiązywalne konflikty sprzecznych pragnień, z którymi można się tylko pogodzić, nigdy zaś je "przepracować" w ramach "samorealizacji" - otóż to wszystko wydaje mi się przesłaniem nie tylko ważnym i bardzo dzisiaj potrzebnym, ale także w pełni korespondującym z duchem Potyczek. Znacznie bliższa jest mi oczywiście perspektywa Jamesa Hillmana, w tym jego niechęć do technicznego, psychoanalitycznego żargonu, fiksacji na dzieciństwie oraz założenie, że sfera wyobraźni, mitu i sztuki nie redukuje się do żadnych innych funkcji biologicznych czy psychicznych, jest autonomiczna, rządzi się własnymi prawami i komunikuje własnym językiem. Niemniej, powtórzę, realizm i akcent kładziony w psychoanalizie na nieprzezwyciężalne trudności życia stoją na antypodach płytkiego, frenetycznego - i w gruncie rzeczy okrutnego - optymizmu, który charakteryzuje późny kapitalizm i który na kartach tej książki poddawany jest intensywnej krytyce. To także - wartość psychoanalizy jako spojrzenia bez złudzeń na ludzkie sprawy - powinno być w Potyczkach dobitniej zaznaczone.

* * *

Więcej grzechów nie pamiętam. Tymczasem, na koniec tej krótkiej przedmowy, chciałbym jeszcze podziękować tym, dzięki którym pogłębiło się i częściowo także zmieniło moje myślenie o poruszanych tu zagadnieniach.

Przede wszystkim więc dziękuję mojej żonie, Cvecie Dimitrovej, świetnej psychoterapeutce, za setki, a raczej tysiące godzin spędzonych na rozmowach. Obserwowanie, jak wiele wysiłku Cveta oraz jej koledzy i koleżanki, współpracowniczki i współpracownicy, wkładają w doskonalenie swoich umiejętności, było i jest dla mnie bezspornym świadectwem, że zawód psychoterapeuty można uprawiać w sposób zaangażowany, etyczny i rzetelny. I nie jest to - proszę mi wierzyć - żadna prywata, ale zwykła szczerość. Dziękuję Zofii Milskiej-Wrzosińskiej, jednej z najważniejszych postaci polskiej psychoterapii, która od lat wkłada mnóstwo wysiłku w regulowanie tego anarchicznego pola, walczy o standardy i uczciwość, niejednokrotnie narażając się na krytykę czy niesprawiedliwe ataki. Dziękuję również znakomitej psychoterapeutce Edycie Stelmach.

Osobne podziękowania za inicjatywę wznowienia książki i czuwanie nad procesem jej powstawania należą się wspomnianej już Sylwii Ciule z Wydawnictwa Naukowego PWN oraz redaktorowi nowego wydania, Pawłowi Wielopolskiemu, za uważną lekturę całości i propozycje poprawek. A Łukaszowi Piskorkowi dziękuję za nowy, piękny projekt okładki utrzymany w duchu iście psychoanalitycznym.

Tomasz Stawiszyński, 19.02.2024

Wstęp

Czy ciężkie doświadczenia z dzieciństwa rzeczywiście - jak przekonują dzisiaj w mediach liczni psychologowie - w ogromnym stopniu determinują nasze dorosłe życie? Czy jeśli nasi rodzice się rozwiedli, byli alkoholikami albo stosowali wobec nas psychiczną i fizyczną przemoc, już do końca życia będziemy musieli "przepracowywać" naszą przeszłość na spotkaniach Dorosłych Dzieci Alkoholików (DDA) albo w trakcie długoterminowej psychoterapii? Czy powinniśmy dążyć za wszelką cenę do wewnętrznej integracji, wygaszenia "negatywnych emocji", bezwarunkowego wybaczenia tym, którzy nas skrzywdzili? Czy jeśli rozpada się nasze małżeństwo albo wieloletni związek, jeśli zdradziliśmy albo zostaliśmy zdradzeni, jest to niechybny znak, że brak nam harmonii, którą możemy odzyskać tylko w gabinecie psychologa? Czy zdrowie i siła są zawsze dobre, a choroba i słabość złe, i trzeba je zwalczać wszystkimi możliwymi środkami? Czy powinniśmy - dla osiągnięcia wewnętrznego spokoju - skupić się na odczuwaniu i doświadczaniu, a wyłączyć myślenie odpowiedzialne za większość problemów (które przecież "powstają w głowie")? Czy choroby ciała - na przykład nowotwór - to wyparte emocje i lęki, których nie zintegrowaliśmy w dostatecznym stopniu z naszym świadomym życiem? Czy jesteśmy kowalami własnego losu, odpowiedzialnymi za wszystko, co nas spotyka, i mogącymi kształtować swoją przyszłość? Czy naprawdę "wszystko zależy od nastawienia" i dlatego powinniśmy zawsze myśleć pozytywnie, bo inaczej wszelkie obawy i lęki naprawdę zmaterializują się w życiu? Czy powinniśmy się rozwijać, dążyć do pełnego wykorzystania naszego ogromnego, twórczego potencjału? Czy depresję trzeba za wszelką cenę leczyć?

Zadaję sobie te pytania w kolejnych rozdziałach tej książki. Próbuję pokazać, że poglądy i przekonania dominujące we współczesnej popularnej (a często także akademickiej) psychologii i psychoterapii, przedstawiane w mediach jako niekwestionowane, obiektywne, bezalternatywne prawdy, są w gruncie rzeczy arbitralne. Wyrastają nie tyle z wiedzy, ile raczej z pewnej specyficznej ideologii, reprezentowanej przez liczne nurty psychologiczne i psychoterapeutyczne. Ta ideologia stała się współcześnie czymś na kształt dominującego światopoglądu, w którym wyrastamy i który w stopniu, z jakiego nie zdajemy sobie sprawy, kształtuje nasz sposób przeżywania i doświadczania rzeczywistości. Zgodnie z nim człowieka kształtuje przede wszystkim dzieciństwo. Środowisko rodzinne i traumy, takie jak rozwód rodziców czy ich szeroko pojmowana "toksyczność", odciskają na jego psychice właściwie nieusuwalne piętno. Z pomocą ofiarom toksycznych rodziców przychodzi jednak psychoterapia, rozumiana jako droga do osiągnięcia szeregu wartości uznawanych we współczesnej kulturze za najwyższe dobro. To znaczy pozbycia się negatywnych emocji, zintegrowania wypartych lęków, wybaczenia tym, którzy nas skrzywdzili, osiągnięcia stanu głębokiego wewnętrznego spokoju, pewności siebie, życiowego dobrobytu, poczucia kontroli nad swoimi uczuciami i relacjami z innymi, zawodowej i emocjonalnej satysfakcji, fizycznego i psychicznego zdrowia, rozumianego jako stan harmonii pozbawiony elementów zaburzających dobre samopoczucie.

Odwołując się zarówno do dzieł dawnych, jak i współczesnych filozofów i psychologów - wśród nich do Sokratesa, Platona, Carla Gustava Junga, Arnolda Mindella, a przede wszystkim do zmarłego 27 października 2011 roku wybitnego amerykańskiego myśliciela Jamesa Hillmana, który jest moim głównym źródłem inspiracji - staram się pokazać, że cały ten powyżej naszkicowany światopogląd jest nie tylko nieprawdziwy, lecz także, w szerokiej perspektywie, po prostu szkodliwy. "Idealny człowiek", jaki wyłania się z tych psychoterapeutycznych postulatów, jest bowiem postacią mityczną, nieosiągalnym wzorcem, konstrukcją pozbawioną jakiegokolwiek odniesienia do rzeczywistości naszego doświadczenia. Budowanie w ludziach przekonania, że tylko życie zgodne z tym ideałem jest życiem "prawdziwym", "zdrowym", "świadomym" albo "dojrzałym", prowadzi nie tylko do frustracji i rozpaczy, wywołanych oczywistą niemożliwością jego osiągnięcia. Najbardziej drastycznym skutkiem jest coś innego. A mianowicie - na co zwraca uwagę właśnie Hillman - całkowite odizolowanie się od mądrości i wartości, jakie wnoszą w nasze życie ciężkie, czasami okrutne doświadczenia. Nie chodzi tutaj jednak o konstatację w rodzaju wątpliwej prawdy o "uszlachetniającym cierpieniu", ale o budowanie wrażliwości na cierpienie własne i cudze, budzenie empatii, świadomości ograniczenia i śmiertelności, a wreszcie - o pozostawanie w kontakcie z realnym, nie zaś wyobrażonym doświadczeniem.

Dopiero taka perspektywa - wolna od przekonania o determinacji dzieciństwem, wolna od egoistycznej fiksacji na traumach, wolna od utopijnych pragnień wyrugowania negatywnych emocji, wolna od niechęci do wszystkiego, co słabe, chore czy będące wynikiem niezależnych, losowych okoliczności - pozwala bez złudzeń i przesądów skonfrontować się z własnym i cudzym losem. Pozwala pogodzić się z własnym i cudzym cierpieniem, ze splątaniem, z brakiem sił. Pozwala obudzić w sobie duszę, czyli wrażliwość, empatię i... realizm. Hillman mówi, że takie przebudzenie to początek rewolucji w imię duszy.

Ta książka chce być skromnym wkładem w tę rewolucję.

1Płachta Manoletegoczyli o klatce dzieciństwa

Manolete, jeden z najsłynniejszych toreadorów świata, z całą pewnością nie miał łatwego dzieciństwa. Gdy był dwulatkiem, niemal umarł na zapalenie płuc, a skutki tej choroby odczuwał jeszcze długo. W wieku pięciu lat został osierocony przez ojca. W szkole podstawowej interesował się prawie wyłącznie rysunkiem i literaturą. Przez kolegów traktowany jak worek treningowy, nieustannie cierpiący na rozmaite dolegliwości, całymi dniami snuł się samotnie po malowniczych zaułkach rodzinnej Kordoby albo przesiadywał w domu pod czujną i apodyktyczną kuratelą matki. Kobiety bez wątpienia spełniającej wszelkie kryteria toksyczności tak pieczołowicie opisane przez amerykańską psycholożkę Susan Forward w bestselerze o wymownym tytule Toksyczni rodzice. Matka Manoletego - niczym tajny agent - uważnie śledziła każdy jego krok. Wtrącała się do wszystkiego. Przy najdrobniejszej okazji roztaczała przed nim apokaliptyczne wizje niebezpieczeństw i nieszczęść, które ten świat, każdego dnia, bez najmniejszego ostrzeżenia funduje swoim bezbronnym mieszkańcom.

- Jest tylko jedna rada na te okropieństwa, mój maleńki - powtarzała mocno już przerażonemu życiem, a przecież bardzo jeszcze młodemu synowi. - Bez względu na to, co się będzie działo, musisz po prostu trzymać się mamy.

I Manolete rzeczywiście trzymał się jej ze wszystkich sił.

W sensie jak najbardziej dosłownym, miał bowiem w zwyczaju, kiedy coś go zaniepokoiło, natychmiast ukrywać się w przepastnych fałdach jej wielkiej, kolorowej hiszpańskiej spódnicy. Było tak aż do momentu, gdy skończył jedenaście lat. Wówczas - ni stąd, ni zowąd - zapałał absolutną miłością do corridy. Wszystko inne przestało się liczyć. Ważne były tylko byki.

Ale wcześniej matka (między innymi za pomocą spódnicy właśnie) skutecznie odgradzała go od wszelkich możliwych niebezpieczeństw czyhających na każdego z nas w tej ciemnej, drapieżnej plątaninie zdarzeń, którą zwykliśmy nazywać codziennością. I wbrew zaleceniom psychoterapeutów nie starała się bynajmniej zmniejszać swojego potencjału nadopiekuńczości. Przeciwnie, wzmacniała go aż do ostatniej kropli krwi.

20 sierpnia 1947 roku historia matki i syna zatoczyła koło. Tego dnia, późnym popołudniem, w wieku zaledwie trzydziestu lat - po zakończonym pierwszą przegraną w karierze starciu z rozwścieczonym kruczoczarnym bykiem o imieniu Islero, który rogiem przebił mu udo - Manolete walczył o życie w obdrapanej sali andaluzyjskiego szpitala. Wtedy to matka - w ostatnim akcie obrony - nie dopuściła do niego zrozpaczonej Lupe Sino, pięknej aktorki, z którą niebawem (bo już w październiku) miał się ożenić.

- Mój syn nie będzie się zadawał z jakąś podrzędną aktoreczką! - krzyczała na cały szpital.