Potwory z archiwum. Mój rok grozy ze Stephenem Kingiem - Caroline Bicks


Reflow text when sidebars are open.
Nie da się stale zadowolić wszystkich czytelników,
nie da się nawet zadowolić zawsze części z nich,
ale naprawdę powinniście spróbować czasem
zadowolić choć część ludzi.
Zdaje się, że to samo twierdził William Szekspir.
Stephen King,
Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika1
Obecna zgroza nie tyle jest straszna,
ile okropne twory wyobraźni.
William Shakespeare,
Makbet2
1 Stephen King, Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika, przeł. Paulina Braiter, Tomasz Wilusz, Prószyński i S-ka, Warszawa 2001, s. 191.
2 William Shakespeare, Makbet (akt 1, scena 3, wers 136-137). Wszystkie cytaty z Szekspira w niniejszej książce pochodzą z wydania The Horton Shakespeare, red. Stephen Greenblatt i in., Nowy Jork 1997. Nota od tłumaczki: polskie wydanie w przekładzie Stanisława Barańczaka (Makbet, Znak, Kraków 2000).
WSTĘP
W2017 roku przyjechałam z Bostonu, by zostać pierwszą kierowniczką Katedry Literatury im. Stephena E. Kinga na Uniwersytecie Maine w Orono. Stworzyła ją fundacja Harolda Alfonda i nazwała na cześć najsłynniejszego absolwenta wydziału anglistyki tej uczelni. Zostałam zatrudniona ze względu na moją znajomość dzieł Shakespeare'a, ale byłam szczęśliwa, że coś będzie mnie też łączyć z jednym z moich ulubionych pisarzy - nawet jeśli nie mogłam liczyć na spotkanie z nim.
Stephen King użyczył katedrze swojego nazwiska, ale na tym kończyło się jego zaangażowanie. W ciągu minionych dekad rzadko pojawiał się na kampusie. Krążyły pewne pogłoski na temat przyczyn tego dystansu. Zgodnie z jedną popularną teorią pisarz stał się odludkiem po wypadku z 1999 roku, gdy podczas spaceru w pobliżu domu w zachodnim Maine został potrącony przez samochód. Niezależnie jednak od przyczyn uniwersyteccy urzędnicy zalecali, żebym nie inicjowała kontaktu z legendarnym autorem. Wyobrażałam sobie, co mogłabym mu powiedzieć, zapraszając go na uczelnię albo zabierając studentów do jego domu w pobliskim Bangor, ale te monologi wygłaszałam tylko w moim Subaru w drodze do i z pracy.
Cztery lata później odebrałam w domu telefon: "Caroline, tu Steve King". Legenda uznała, że czas, byśmy się w końcu poznali. Wybełkotałam krępująco wiele komplementów i podziękowań, po czym udało mi się przekazać treść (choć w dość przypadkowej formie) od dawna ćwiczonego przemówienia. Stwierdziłam, że byłoby fantastycznie, gdyby zechciał porozmawiać ze studentami. A on się zgodził. Pamiętam, jak pomyślałam, że powinnam pierwsza zakończyć tę rozmowę, żeby oszczędzić mu niezręcznej sytuacji, i wyznałam, że muszę zawieźć syna na mecz baseballu z Liceum Bucksport. "Nazywaliśmy ich crushers [miażdżyciele]" - powiedział. Choć możliwe, że było to raczej mashers [zgniatacze] - wstrząs potrafi namieszać we wspomnieniach.
Później, gdy drużyna syna rzeczywiście została zmiażdżona, a ja trochę ochłonęłam, wysłałam Kingowi e-mail z pytaniem, czy chciałby zjawić się na kampusie i porozmawiać z grupą studentów filologii angielskiej albo o swoim Pamiętniku rzemieślnika, albo o ostatniej pracy nad zaadaptowaniem jego powieści Historia Lisey na serial telewizyjny. Zakładając, że nie będzie chciał robić wokół siebie zamieszania, zapewniłam go, że w spotkaniu nie weźmie udziału nikt poza nami - ani władze uniwersyteckie, ani prasa. Będzie tylko on i grupa młodych ludzi takich samych jak on pół wieku temu, desperacko pragnących pewnego dnia stać się nim. Odpisał "Jasne", a potem zaproponował, że przyjedzie na dwa dni, żeby porozmawiać o obu książkach.
Gdy przygotowywałam się do jego wizyty, włączył mi się odruch kontrolowania wszystkiego. Czekało mnie trudne zadanie: musiałam przewidzieć każdy możliwy problem - od stalkerów po nieświeżą sałatkę i odholowanie samochodu Kinga - i znaleźć jego rozwiązanie. Kazałam studentom złożyć przysięgę milczenia i powiadomiłam ochronę kampusu. Nawet zaproponowałam Kingowi, że go przywiozę, żeby uniknąć problemów z parkowaniem lub zgubieniem się po drodze, ale chciał sam przyjechać. "Możesz zabrać się ze mną. Będziesz mnie pilotować", dodał. No jasne. Zero presji.
Pierwszego dnia było mi niedobrze od analizowania wszystkich najgorszych scenariuszy. Zdobyłam na przykład pozwolenie na parkowanie dla gościa, ale co, jeśli nie będzie wolnego miejsca?
Moje obsesyjne skupienie na rozwiązywaniu mniejszych problemów zdradzało niepokój o sprawy, na które nie miałam wpływu: a jeśli King miał jakiś zatarg z uczelnią, a ja niechcący zaognię sprawę? A jeśli go jakoś obrażę? Na razie odnosił się do mnie uprzejmie, ale jeżeli jakaś niezręczna uwaga to zmieni i King zniszczy mnie w dwustu osiemdziesięciu znakach na oczach milionów obserwujących go na (wtedy) Twitterze?
Znalazłam wolne miejsce przy Neville Hall, siedzibie Katedry Anglistyki, gdzie się z nim umówiłam, i broniłam go przez pół godziny przed innymi chętnymi. W końcu zobaczyłam samochód Kinga i zaczęłam wymachiwać rękami jak żywy semafor. King zaparkował, otworzył drzwi swojego sedana i wyprostował się na pełną wysokość ponad stu osiemdziesięciu centymetrów. Spojrzał mi prosto w oczy (a raczej ukosem z góry - jestem niższa o dobre trzydzieści centymetrów) i się uśmiechnął. A potem usiedliśmy przy pobliskim stole piknikowym i rozmawialiśmy o pisaniu, studentach oraz o moich studiach na Uniwersytecie w Maine.
Oprowadziłam go po katedrze, nadal zajmującej ten sam budynek, w którym w latach 1966-1970 przebywał jako student, a w 1978 roku, gdy stał się sławny - jako artysta rezydent. Pokazał mi gabinet, który do niego należał, a ja pokazałam mu salę nazwaną na cześć jego ulubionego profesora, zmarłego przed trzynastu laty Burtona Hatlena.
Oczy studentów błysnęły nad obowiązkowymi maseczkami czasów pandemii, kiedy weszliśmy do wypełnionej przez nich auli. King przemawiał przez ponad godzinę i odpowiedział na wszystkie pytania. Co by radził początkującemu pisarzowi? Odpowiedź: "Czytać. Dużo. I codziennie pisać, nie czekając na natchnienie". King wyznał, że pisze każdego ranka, a po południu idzie na spacer, podczas którego przychodzą mu do głowy rozwiązania problemów z tekstem.
Inny student chciał wiedzieć, jak King konstruuje swoje opowieści, ten zaś odpowiedział, że w ogóle tego nie robi - pozwala, by to jego bohaterowie decydowali, jak rozwinie się akcja. Przy licznych postaciach, które początkowo nie mają ze sobą związku, taka metoda może się stać zawodna, dodał. Trzeba zbudować jakąś strukturę będącą rusztowaniem. Potem sięgnął po długopis i spięte spinaczem kartki, które trzymałam. Na ich odwrocie narysował sześć układających się w trójkąt kropek - trzy w dolnym rzędzie, potem dwie, na ich szczycie jedną. Wyjaśnił, że kiedy tworzył pierwszą wersję swojej epickiej powieści Bastion, musiał obmyślić, jak jego bohaterowie, którzy przybywali z różnych stron Ameryki, mają prowadzić swoje indywidualne wątki, by trafić w końcu do Las Vegas na ostateczne starcie dobra ze złem. Wyobraził sobie zatem, że ich droga wygląda "właśnie tak, jak piramida" - powiedział, pokazując studentom kartkę: każda postać zaczynała jako osobna kropka u podstawy, by - podążając za swoją historią - spotkać się z innymi w jednym punkcie na wierzchołku.
W trakcie rozmowy niektórzy słuchacze opowiadali własne anegdoty. Pewna studentka powiedziała, że pochodzi z Old Town w stanie Maine, gdzie dorastała żona Kinga, Tabitha. King uśmiechnął się, gdy podziękowała jemu i jego żonie za hojne wspieranie miejskiej biblioteki publicznej, dzięki której pokochała książki3.
Było magicznie.
To samo można powiedzieć o drugim dniu, gdy inna grupa studentów uczyła się od swojego idola i dzieliła się z nim swoimi opowieściami.
Pod koniec tego drugiego dnia odprowadziłam Kinga do samochodu. "No, śmiało" - powiedział. Uścisnęliśmy się więc mocno na pożegnanie i odjechał, a ja nadal nie mogłam uwierzyć, że to się naprawdę wydarzyło. Człowiek, który budził grozę w pokoleniach czytelników - łącznie ze mną - był bardzo... miły.
Co jeszcze bardziej zadziwiające, pozwolił nam ujrzeć mgnienie swojej literackiej magii.
Dorastałam w spokojnym budynku w Nowym Jorku z dwojgiem kochających rodziców i trojgiem rodzeństwa. Mój świat był bezpieczny. Ale pamiętam, że jako dziecko niemal nieustannie czułam lęk - zwłaszcza gdy nie miałam przy sobie mamy.
Gdy wychodziła, bałam się, że nigdy nie wróci. Czekałam na nią przy windzie, nasłuchując jej metalicznego klekotu i szumu i bojąc się, że przeciągłe mechaniczne puff rozsuwających się drzwi oznacza przybycie osoby wyczekiwanej przez kogo innego.
Kiedy moja przedszkolna grupa po raz pierwszy wyjechała na wycieczkę, udałam, że jestem chora, żeby zostać z mamą i nie ryzykować pobytu w obcym miejscu bez niej. Następnego dnia wszyscy rysowali swoje przygody z kózkami i pawiami, a ja narysowałam jedyne, co potrafiłam sobie wyobrazić: szkolny autobus pełen dzieci (żadne z nich nie było mną) mijający znak Stamford Nature Museum, za którym rozciągało się nieznane terytorium.
Wkrótce potem mama wprowadziła nowy rytuał: po powrocie z przedszkola siadałam przy kuchennym stole i czytałam jej na głos Czarnoksiężnika z Krainy Oz. Na kremowej okładce powieści widnieli Strach na Wróble i Blaszany Drwal niosący uśpioną Dorotkę z jej pieskiem Toto pod osłoną gigantycznego czerwonego maku4. Licząca dwieście trzydzieści siedem stron książka wydawała się ciężka i ważna w moich małych rączkach. I ja czułam się ważna, gdy czytałam te dziwne dorosłe słowa.
Poza dziewczynką z warkoczykami, główną bohaterką, wszystko w Czarnoksiężniku z Krainy Oz wydawało mi się obce. Mieszkając na trzynastym piętrze w nowojorskim bloku, nie wiedziałam nic o polach kukurydzy ani o trąbach powietrznych, które potrafią porwać dom i rzucić go do czarodziejskiej krainy. Nie chciałam nawet myśleć, co znaczy zostać sierotą. Były to dwie najstraszniejsze sytuacje, jakie potrafiłam sobie wyobrazić.
Poprzez Dorotkę mogłam doświadczać przerażenia - i może nawet okazywać odwagę. Strony były pełne nieznanych słów i światów, ale z każdym rozdziałem lepiej poznawałam Środkowy Zachód i zaczarowany las Oza ze złymi czarownicami i skrzydlatymi małpami. Mogłam przeżywać swoje najgorsze lęki, nie opuszczając domu i nie tracąc ukochanych.
Grecki filozof Arystoteles określił ten proces jako katharsis5. Kiedy ludzie widzą na scenie tragiczne wydarzenia, pozbywają się własnych lęków. Dla tak strachliwego dziecka jak ja czytanie było o wiele bezpieczniejszym działaniem. Przewracając strony książki Bauma, mogłam kontrolować tempo spotkań Dorotki z potworami i odtwarzać je w pamięci, gdy byłam na to gotowa.
Inaczej było, gdy zobaczyłam Złą Wiedźmę z Zachodu, pojawiającą się na ekranie telewizora w obłoku czerwonego dymu. Po tym pierwszym zaskakującym spotkaniu z filmową wersją historii nauczyłam się zamykać oczy przed jej przybyciem. Antycypacja, a po niej unikanie stały się moją podstawową strategią ochrony przed wszystkimi nieprzewidywalnymi i niemożliwymi do kontrolowania, a uosabianymi przez nią zagrożeniami - których nie mogłam oswoić dzięki czytaniu we własnym tempie i którym nie mogłam położyć kresu, zamykając książkę.
Co roku w czerwcu rodzice pakowali moje rodzeństwo i mnie do naszego kombi i wieźli nas ponad siedemset kilometrów z Nowego Jorku do Castine w Maine, nadmorskiej wioski na środku wybrzeża. Przez trzy miesiące rozkoszowaliśmy się wolnością: jeździliśmy na rowerach, poznawaliśmy okolice wokół domu - od miejsca do pływania po historyczny fort oraz (dla młodych śmiałków) rozległy zabytkowy cmentarz. W tym czasie ciasny krąg bezpieczeństwa, który nakreśliłam wokół naszego mieszkania ze mną w środku, zaczynał się rozluźniać i rozszerzać.
Pewnego sierpniowego dnia, gdy miałam siedem lat, biegłam za starszym bratem i siostrą, którzy wypadli z domu na poszukiwanie przygód. Drzwi wejściowe kołysały się za nimi - wyciągnęłam rękę, żeby je zatrzymać. Moja dłoń przebiła się przez szybę i nagle okazało się, że jestem na zewnątrz, na schodkach domu. Spojrzałam na wierzch dłoni - wyglądała na całą. Potem odwróciłam ją i ujrzałam pajęczynę czerwonych strużek wypływających z głębokich ran w dłoni i ramieniu.
Nie przywykłam do bycia w centrum uwagi, więc kiedy wokół mnie zaczęła buzować zbiorowa energia, stało się jasne, że coś jest bardzo nie w porządku. Moje rodzeństwo wezwało matkę, ta zaś tylko na mnie spojrzała i zaczęła działać z gorączkową skutecznością, której nigdy wcześniej u niej nie widziałam. Chwyciła ręcznik, mocno obwiązała moją rękę i zapędziła mnie do samochodu.
Pierwszy raz w życiu jechałam na przednim siedzeniu, ale słodycz bycia wreszcie najważniejszą trochę przyćmiło mi przekonanie, że zaraz umrę. Krzyczałam to raz po raz, gdy matka pruła na pełnym gazie do szpitala. Chodziłam przez wiele tygodni z białym bandażem na ręce, ukrywającym dziesiątki szwów, którymi połatano moje ciało.
I tyle było z mojego rumakowania tego lata, co zresztą mi odpowiadało. Blizna sięga tak głęboko, że nadal czuję czasem jej skurcze.
Pięć lat później ujrzałam moją zmasakrowaną rękę na okładce wyeksponowanego bestsellera w miejskiej bibliotece: była to Nocna zmiana Stephena Kinga. Ilustracja przedstawiała dłoń do połowy owiniętą bandażem, z ośmiorgiem oczu na palcach i poniżej. Spoglądały one prosto w moje dwunastoletnie oczy, w głąb mojej niespokojnej duszy, wydobywając ze mnie to, co wydawało mi się spotkaniem ze śmiercią. "Tak", zdawały się mówić, "my też to widziałyśmy. Mało brakowało, co?"
Nigdy wcześniej nie widziałam książki Stephena Kinga. Okładka przyciągnęła moją uwagę, ale to znajdujące się w środku słowa bez reszty zawładnęły moją wyobraźnią. Dwadzieścia opowiadań przedstawiło mi wszystkie rodzaje potworów: ogromne szczury, mordercze samochody, dzieci zdolne do wydłubania oczu i powieszenia ciała jak stracha na wróble. Ale to szósta historia zbioru - Czarny Lud - przeraziła mnie najbardziej.
Opowiadanie to przedstawia Lestera Billingsa, ojca trójki dzieci, które w ciągu pięciu lat zabił stwór ukrywający się w szafie. Billings relacjonuje szereg ponurych wydarzeń swojemu nowemu psychiatrze, doktorowi Harperowi, i wyznaje, że początkowo nie wierzył w potwora, gdy dwójka jego najstarszych dzieci krzyczała nocą na jego widok - nawet po tym, jak Denny, a potem Shirl zmarli w podejrzanych okolicznościach. Ale kilka lat po narodzinach swojego trzeciego dziecka zaczął sądzić, że potwór istnieje naprawdę i że idzie po jego syna, a także, co gorsze, niego samego.
Pewnej nocy, gdy jego żona Rita wyjechała odwiedzić chorą matkę, Lester przeniósł Andy'ego do oddzielnej sypialni i zostawił go w niej samego w łóżeczku jako przynętę. "Widzi pan, wiedziałem, że to pójdzie po niego, bo był słabszy. Więc zrobiłem to" - wyznaje6. Na koniec historii doktor Harper poleca Lesterowi przychodzić dwa razy w tygodniu. Ponieważ przy biurku nie ma pielęgniarki rezerwującej wizyty, Lester wraca, żeby powiadomić o tym doktora. Wtedy widzi, że drzwi szafy w jego gabinecie są uchylone, a przez szczelinę dobiega go stłumiony głos: "Jak miło... jak miło". Lester moczy się, a Czarny Lud wychodzi z szafy z maską doktora Harpera w "przegniłej dłoni".
Czarny Lud zrobił ze mną to, co świetne horrory (w jakich specjalizuje się King) robią najlepiej: wkradł się w środek mojego życia7 i znalazł tajemne drzwi do pokoju, o którego istnieniu nie wiedział nikt poza mną. W moich wyobrażeniach jedyną rzeczą gorszą od wyrwania domu i rzucenia go w nieznaną krainę był atak potwora, który pojawia się pod nieobecność rodziców. Działania zapobiegawcze i uniki na nic się nie przydają, gdy jest się uwięzionym w łóżeczku i nikt nie przyjdzie ci z pomocą. Jak stwierdził King w Danse macabre: "Literatura grozy stanowi chłodne dotknięcie nieznanego pośród znajomej scenerii, dotyk dobrej literatury grozy zaś jest nie tylko lodowaty, ale też niespodziewany i mocny"8. Potwory czekają w naszych sypialniach, aż znajdziemy się sami w ciemnościach. Do dzisiaj nie potrafię zasnąć w pobliżu otwartej szafy.
Z jednej strony mój uporczywy lęk przed Czarnym Ludem łączy się z moimi doświadczeniami i temperamentem. King i jego monstrum znaleźli sposób na przeniknięcie do mojego prywatnego pokoju lęków, zadając kłam równaniu, którego moja lękliwa psychika trzymała się latami: dom + mama = bezpieczeństwo. Z drugiej strony moje reakcje mają całkowicie zwyczajne źródło: wszyscy rodzimy się jako bezbronne istoty i matki są często naszą pierwszą opoką. Niektóre sprawdzają się lepiej w tej roli niż inne. Mogą - lub nie - mieć możliwości (i chęć), by chronić nas przed domowymi potworami, ludzkimi bądź innymi. Rita Billings chce dać Denny'emu lampkę, gdy ten płacze i woła "światło", i błaga męża, żeby nie przenosił Shirl z ich pokoju do pokoju zmarłego braciszka, ale Lester za każdym razem się jej sprzeciwia. Gdy ich trzecie dziecko znalazło się w niebezpieczeństwie - niemal złożone w ofierze - nie ma jej w domu. Matki nie zawsze mogą nas chronić. A jeśli pożyjemy wystarczająco długo, w końcu zostawią nas na zawsze.
Gdy stałam się nastolatką, w mojej wyobraźni pląsała już cała horda kingowskich stworów, które rozgościły się w niej na dobre. Dwunastoletni Danny Glick z Miasteczka Salem skrobał do mojego okna, prosząc, żebym go wpuściła, ścigała mnie martwa kobieta z pokoju 217 z Lśnienia, ociekająca krwią Carrie White budziła we mnie lęk przed tym, do czego są zdolne moje zmieniające się ciało i umysł. Cmętarz Zwieżąt zabił, pogrzebał i wykopał dwuletniego Gage'a Creeda, a potem jego matkę i zmienił oboje w oblepioną błotem zgrozę. Gdy wszystkie te monstra zdołały się przedostać przez tajne drzwi, znalazły dla siebie pod dostatkiem miejsca.
Nigdy bym nie pomyślała, że czterdzieści lat później będę pracować i mieszkać tak blisko miejsca, w którym Stephen King stworzył większość tych historii i w którym je po raz pierwszy przeczytałam. Przez piętnaście lat pracowałam na etacie w Boston College i mogłabym tam dożyć swoich zawodowych dni jako wykładowczyni literatury, ale gdy pojawiła się propozycja objęcia kierownictwa nad Katedrą Literatury im. Stephena Kinga i dowiedziałam się, że Wydział Filologii szuka kogoś wyspecjalizowanego w renesansie, poczułam, że to przeznaczenie. Od dziesiątek lat badałam dzieła Shakespeare'a, uczyłam o nim i pisałam. Wraz ze Stephenem Kingiem miał ogromny wpływ na moją wyobraźnię - obu odkryłam mniej więcej w tym samym czasie.
W liceum czytałam sztuki Shakespeare'a i grałam w niektórych z nich. Widziałam siebie w jego nastoletnich bohaterkach: Julii, Hermii, Violi. Ale tak naprawdę oczarowały mnie moc i poezja kryjące się w jego wersach - to, jak potrafił oddać ideę lub emocję za pomocą dźwięków, rytmu i znaczenia słów, tworząc zbitki i schematy, które zakotwiczały się w moim umyśle. Miałam pełnych pasji nauczycieli, którzy pokazywali mi, jak Shakespeare potrafił za sprawą swojego talentu oddawać wszelkie ludzkie uczucia, od miłości ("Mam w sobie miłość głęboką jak morze"9) po nihilistyczną rozpacz ("Jutro - i jutro - i jutro - i jutro: tak życie pełznie z dnia w następny dzień aż do ostatniej zgłoski w księdze czasu"10). Shakespeare znał się też na grozie. Potrafił tak manipulować słowami, by oddać to uczucie. Słowo "horror" pochodzi od łacińskiego horrere - "wzdrygać się". Odkryłam to, gdy mówiłam o Makbecie na kursie, który nazwałam "Horror i ludzkość", w trakcie którego czytaliśmy także Carrie Kinga. Gdy na początku sztuki Makbet po raz pierwszy spotyka wiedźmy i słyszy prorocze słowa "Witaj, Makbecie, przyszły królu Szkocji!"11, jego ciało natychmiast reaguje: włosy mu się jeżą, serce łomocze o żebra i coś "wstrząsa jego jestestwem".
Shakespeare rozumiał, że grozę jeżącą nam włosy na głowie często budzą stwory zrodzone z naszej wyobraźni. Dlatego Makbet stwierdza jasno, że nie boi się wiedźm: "Lepsza groza rzeczy, które istnieją, niż groza majaków". Obawia się więc czegoś, co zaczął sobie wyobrażać: "To morderstwo jest jedynie płodem imaginacji". Gdyby zabił króla Duncana, mógłby szybciej zgłosić swoje roszczenia do tronu. Ta myśl jest tak straszna, że "się jeży włos, a serce wbrew swej spokojnej naturze łomocze o klatkę żeber".
Czterysta lat później Stephen King znajdzie idealny sposób, by opisać tę dynamikę: "Miejsce, które czyni strach - tak jak miejsce, które czyni prąd - znajduje się u każdego gdzie indziej"12. Zgroza zaczyna się w głowie, ale czujemy ją w kościach, ciele, włosach, wnętrznościach. W bliznach. Jest jednocześnie uniwersalna i przeszywająco konkretna.
Pół roku po pierwszym spotkaniu z Kingiem zamierzałam iść na urlop naukowy. Miałam pomysł na książkę bazującą na mojej znajomości Shakespeare'a, ale przyszedł mi do głowy także inny projekt, na którego realizacji zależało mi bardziej. Chciałam zbadać, w jaki sposób King konstruuje swoje opowieści. Niemal wszystkie jego maszynopisy i ostateczne wersje tekstów zostały zebrane w nowym archiwum na tyłach wiktoriańskiego domu w Bangor, w którym wraz z żoną wychował trójkę dzieci. Tabitha, również parająca się z powodzeniem pisarstwem, poznała męża na Uniwersytecie w Maine i od tamtej pory się nie rozstawali. Ich dom wyglądał jak wyjęty z Nawiedzonego domu na wzgórzu Shirley Jackson albo Draculi Brama Stokera (te dwie osoby wywarły wpływ na twórczość Kinga). Przed jego bramą z kutego żelaza, ozdobioną wielkimi pająkami i trójgłowymi smokami, zawsze można było spotkać robiących zdjęcia fanów.
Dom Kingów w Bangor w stanie Maine
Kingowie zgodzili się udostępnić mi swoje prywatne archiwum. Dzięki ich wspaniałomyślności i zaufaniu stałam się pierwszą osobą spoza ich rodziny i fundacji, która mogła zajrzeć do tych niedawno zebranych materiałów.
Przez rok żyłam tymi tekstami, skupiając się na pięciu wczesnych książkach, które przeczytałam jako dziecko i które do tej pory mnie przerażają: Carrie, Miasteczku Salem, Lśnieniu, Nocnej zmianie i Cmętarzu Zwieżąt. King napisał je w latach siedemdziesiątych. Niektóre z nich przyniosły mu sławę, a wszystkie należą do jego ikonicznych dzieł. Przeczytałam tysiące stron, pracowicie odnotowywałam wszystkie zmiany tekstu, które zachowały się na licznych maszynopisach sprzed ery bezśladowej redakcji komputerowej - notki nanoszone ręcznie na marginesach, poprawki w tekście, wymiany uwag z redaktorami - i czasem rozmowy, które miałam szczęście prowadzić z Kingiem podczas pisania tej książki.
Niektóre z tych zmian są dość radykalne i interesujące dla fanów Kinga, inne - drobne, lecz fascynujące, jeśli kocha się myśleć o tym, jak odpowiednio dobrane i rozmieszczone słowa zyskują moc, która oddziałuje na nasze zmysły.
Kiedy znalazłam szczególnie uderzający przykład tego zjawiska w jednym z maszynopisów po redakcji i pokazałam go Kingowi, odparł, że liczy się historia, "ale ważniejsza jest scena. Wszystkie zmysły muszą być uruchomione". Według niego ten efekt można osiągnąć za pomocą słów: "Gdy piszę kolejną wersję, muszę wychwytywać powtórki i niezamierzone rymy, wszystko, co będzie dla czytelnika zgrzytem".
Słowa są ważne. Tak jak ich brzmienie. "Wszystkie zmysły muszą być uruchomione".
Gdy początkowo wyobrażałam sobie ten projekt, widziałam w nim sposób na dowiedzenie się czegoś nowego o procesie twórczym Kinga i o własnych najgłębszych lękach. Czytając pierwsze wersje scen i opisów potworów, które przerażały mnie w dzieciństwie, oraz śledząc proces ich konstruowania, chciałam zrozumieć, jak i dlaczego tak mi weszły do głowy - i może rozluźnić chwyt, w którym mnie nadal trzymały. W pewnym sensie mi się to udało. Ale gdy codziennie przemierzałam czterdzieści kilometrów między naszymi domami, jeżdżąc tymi samymi drogami, przy których mieszkało (i umierało) tak wielu jego bohaterów, jego opowieści zaczęły na mnie wpływać w nowy sposób, którego nie przewidziałam.
Okazało się, że próbując zracjonalizować swoje dawne straszne wyobrażenia, otworzyłam umysł na nowe. W ciągu tego roku kilka razy porzucałam pracę nad tą książką i podejmowałam ją na nowo. Maszynopisy Kinga prześladowały mnie, jakby było w nich coś więcej niż dobra "przenośna magia", którą według niego zawierają jego teksty. King opisuje tę magiczno-bibliofilską dynamikę między pisarzem i czytelnikiem w Pamiętniku rzemieślnika. W przedmowie jednak wyraża także pewną frustrację, przypominając moment, który zainspirował go do stworzenia Jak pisać. Wraz z Amy Tan poruszyli kwestię, o której nigdy nie mieli okazji rozmawiać na spotkaniach autorskich. "Nikt nigdy nie pyta o język", zauważyła Tan.
Ta książka to relacja z tego, co odkryłam, szukając odpowiedzi na pytanie, jak King stworzył swoje najstraszniejsze, najbardziej ikoniczne sceny, oraz co odpowiedział, gdy spytałam go o język. Jest to jednak także historia o tym, jak dorosła wykładowczyni języka angielskiego stawiła czoła swoim dziecięcym lękom i poznała człowieka, którego potwory je wyzwoliły.
A więc zaczynamy.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI
3 Misją Fundacji Stephena i Tabithy Kingów jest wspieranie społeczności stanu Maine poprzez dofinansowywanie bibliotek, projektów artystycznych, edukacyjnych, historycznych, a także związanych z ochroną przyrody oraz bezpieczeństwem publicznym.
4 Czytałam wydanie z 1956 roku wydawnictwa The Reilly & Lee Co. z oryginalnymi ilustracjami autorstwa Williama Wallace'a Denslowa.
5 Arystoteles omawia katharsis w Polityce i Poetyce, swoich traktatach z IV wieku p.n.e. King używa właśnie tego terminu, by opisać, w jaki sposób opowiadania i filmy grozy pomagają czytelnikom i widzom ująć w ramy ich "swobodnie krążące lęki". "Zmniejszają je do odpowiednich rozmiarów, czynią je konkretnymi, aby można było nimi manipulować. Kiedy uda się to zrobić, a potem nareszcie wszystko się kończy i po prostu jakby znika, prawdopodobnie ma to związek z pewną niewielką katharsis" (Randi Henderson, Stephen King Is Cashing In, "The Baltimore Sun", 26 VIII 1980; cyt. za: Bare Bones: Conversations on Terror with Stephen King, red. Tim Underwood i Chuck Miller, McGraw-Hill Book Company, Nowy Jork 1988, s. 192).
6 Stephen King, Czarny Lud, Nocna zmiana, Doubleday, Garden City 1978. Cytaty w niniejszej książce odnoszą się do wydania w miękkiej oprawie wydawnictwa New American Library, Nowy Jork 1979 (s. 103). [Polskie tłumaczenie za: Nocna zmiana, przeł. Michał Wroczyński, Albatros, Warszawa 2015, s. 215].
7 Stephen King, Danse Macabre, Everest House, Nowy Jork 1981. Cytaty w niniejszej książce odnoszą się do wydania Berkley Books z 1983 (Nowy Jork). Tutaj s. 4. [Polskie tłumaczenie za: Danse macabre, przeł. Paulina Braiter, Paweł Ziemkiewicz, Prószyński i S-ka, Warszawa 2014].
8 Tamże, s. 328.
9 William Shakespeare, Romeo i Julia, przeł. Stanisław Barańczak, W drodze, Poznań 1990, akt 2, scena 1, wers 175.
10 Tegoż, Makbet..., akt 5, scena 5, wers 18-19.
11 Tamże, akt 1, scena 3, wers 48. Makbet opisuje swoją reakcję na przepowiednię w monologu w akcie 1, scenie 3, wers 133-141.
12 Stephen King, maszynopis przedmowy do wydania Cmętarza Zwieżąt wydawnictwa Pocket Books, 20 IX 2000, pudełko 258, teczka 3, s. 1, Archiwum Stephena E. Kinga, Bangor (w dalszej części tekstu: Archiwum SEK). [Polskie tłumaczenie za: Cmętarz Zwieżąt, przeł. Paulina Braiter, Prószyński i S-ka, Warszawa 2011].