Wstęp
Wydawałoby się, że nic nas już nie zdziwi. Że po tylu doniesieniach, wyciekach, reportażach i procesach dotyczących księży znamy już każdy aspekt tych historii: chciwość, która ukrywa się za skarbonką "na biedne dzieci"; pożądanie, które przebiera się w sutannę; gniew, który zamiast w kazaniu wybucha w czyjejś czaszce. Że przestaliśmy się oburzać, a zaczęliśmy tylko wzruszać ramionami: "Znowu oni".
A jednak pytania wracają. Wystarczy otworzyć niepozorną teczkę z archiwum. Rozłożyć pożółkłe kartki, spojrzeć na policyjny szkic, napisany drukiem protokół, na zdjęcie - nieostre, szare, zrobione w pośpiechu. I nagle, jak trybiki, które zaskakują w zardzewiałym mechanizmie w sejfie: obraz składa się w całość. Ze słów i śladów wyłania się opowieść, która nie powinna spotkać żadnego człowieka, a już na pewno nie z rąk tych, którzy mienią się "sługami Boga".
Ile zła musi się skumulować, żebyśmy przestali powtarzać: "To tylko jednostkowy przypadek"? Ile razy trzeba usłyszeć: "Dobry ksiądz, wszyscy go szanowali", zanim zrozumiemy, że to właśnie bywa częścią problemu, nie odpowiedzią na zarzuty? Jak głęboko zapisane jest w nas przyzwyczajenie, by ufać, kiedy widzimy koloratkę, habit, tytuł przed nazwiskiem? Jaką cenę płaci się za wiarę nie w Boga, lecz w nieomylność ludzi, którzy nauczyli się pozorować świętość?
Zbrodnia w sutannie bywa brutalnie prosta. Chłodna, metodyczna, pozbawiona wahań. Zdolna do zaplanowania morderstwa co do minuty, a potem do powrotu na plebanię, do zakrystii, do kaplicy, jakby nic się nie wydarzyło. Nie stoi za nią ideologia zabijania, żaden manifest - najczęściej jest sumą frustracji, lęku, żądzy, poczucia bezkarności.
Kusi, by zadać najprostsze pytanie: "Dlaczego?". A może samo to pytanie jest pułapką? Bo jeśli motywy okażą się racjonalne - jeśli da się je wpisać w ciąg decyzji, interesów i kalkulacji - to co będzie to mówiło o nas, o ludzkiej naturze? A jeśli okażą się irracjonalne, jeśli stoi za nimi coś, czego nie potrafimy nazwać ani pojąć, to czy nie odsłonią kruchości całego porządku moralnego, którym tak chętnie się pocieszamy? Stracimy wtedy wygodne złudzenie, że zło jest zawsze gdzie indziej i zawsze w kimś innym.
Pisząc tę książkę, wciąż wracaliśmy do tej jednej myśli: niewyobrażalne zło bywa niepokojąco blisko sacrum. Czasem oddziela je tylko cienka ściana, a raczej półprzezroczysta zasłona z dymu kadzidła. Jak to jest możliwe, że w jednym grafiku dnia mieści się msza o siódmej rano i przestępstwo o dwudziestej drugiej? Jakim cudem te same usta, które szepczą "Pan z wami", potrafią wypowiedzieć słowa, których lepiej nie pamiętać? Być może rytuał sam w sobie bywa narzędziem rozszczepienia: ciało wykonuje dobrze znany gest, usta mówią wyuczony tekst, a sumienie... zostaje wyciszone jak odłożony telefon w zakrystii.
Kościół - ten instytucjonalny, hierarchiczny - potrafi być schronem. Daje dach, sens, język. Daje kostium, który porządkuje świat: "ksiądz", "siostra", "ojciec duchowny". Ale niebezpiecznie robi się wtedy, gdy ów schron zamienia się w bunkier. Gdy habit staje się tarczą, koloratka przepustką, hierarchia - łańcuchem wzajemnych alibi. Zamiast mówić o przestępstwach, łatwiej zrzucić wszystko na "grzechy". Zamiast nazywać kogoś ofiarą, lepiej prawić o "duszy wymagającej opieki duszpasterskiej". Zamiast wziąć odpowiedzialność za czyny - wygodniej obiecać przemianę na "drodze nawrócenia". Język zmienia temperaturę rzeczywistości.
Jest też ekonomia wybaczenia - księgowość winy i łaski. Jeśli wszystko da się zamknąć w ramy spowiedzi, rachunku sumienia, pokuty, rekolekcji dla "uzdrowienia", to łatwiej winę odroczyć, oswoić, rozpuścić w teologicznych rozróżnieniach. Liturgia bywa wtedy pralnią znaczeń: to, co powinno nazywać się przestępstwem, staje się słabością, słabość przechodzi w upadek, a upadek w epizod, który nie narusza porządku. Rytm świąt i nabożeństw przynosi ulgę - niestety nie zawsze tym, którzy cierpią, częściej tym, którzy chcieliby nie wiedzieć.
W tle są też profity znacznie bardziej przyziemne: prestiż, dostęp do informacji, "władza nad duszami" innych ludzi, prawo wstępu do miejsc, gdzie inni wchodzą tylko na kolanach. Kto stoi tak wysoko, temu łatwiej wyciąć w sobie "martwe pola" - obszary, do których nie dopuszcza się pytania "dlaczego?". A gdy pytanie jednak się pojawi - odbija się od ściany zbudowanej z pobożnych formułek i zbiorowego wyparcia. Bo gdyby prawda rzeczywiście dotarła do świadomości, trzeba byłoby od nowa urządzić cały świat.
Być może właśnie dlatego w świetle monstrancji cień bywa najgłębszy. Im jaśniej na ołtarzu, tym ciemniej pod ołtarzem. Zło nie stoi naprzeciw sacrum jak w klasycznej opowieści o walce światła z ciemnością. Ono bardzo często przysiada obok, przykrywa się tym samym welonem i uczy się mówić tym samym głosem.
Ta książka jest o ludziach, którzy wykorzystali ten mechanizm do końca. O duchownych, którzy zabijali, gwałcili, torturowali, tuszowali i kłamali. O miejscach, które miały być bezpiecznymi przystaniami, a stawały się sceną zbrodni. O wspólnotach, które wolały nie widzieć, bo to oznaczałoby konieczność działania. O dokumentach, które leżały latami w archiwach, zanim ktoś odważył się je przeczytać na głos.
W książce padają konkretne nazwiska sprawców i ich ofiar. W kolejnych rozdziałach spotkacie chłopca, którego ciało znaleziono nad rzeką, zakonnicę zamordowaną w zakrystii, księdza, który zamienił ołtarz w zasłonę dymną dla swoich czynów. A także tych, którzy latami przekładali akta z półki na półkę, wierząc, że w ten sposób da się ukryć prawdę. Każda z opisanych historii jest prawdziwa. Każda zostawiła po sobie ślad: w aktach sądowych, w gazetowych wycinkach, w pamięci ocalałych, w milczeniu tych, którzy już nie mówią.
Otwieramy te akta. Nie po to, by epatować przemocą, ale by nazwać po imieniu to, co przez lata ukrywano za zasłoną świętości. Prosimy, żebyście wybrali się w tę drogę razem z nami - do końca. Bo im dalej w głąb tych historii, tym wyraźniej słychać pytanie, którego nie da się już zignorować: jaką cenę płaci się za wiarę w ludzi, którzy nauczyli się grać rolę świętych lepiej, niż nauczyli się być przyzwoici?
Autorzy
Egzorcysta z piekła rodem. Historia Daniela Corogeanu
Rumunia, jaką pozostawił po upadku reżim Nicolae Ceau?escu, pod koniec XX wieku ruszyła gwałtownie dzięki transformacji politycznej, kulturowej i religijnej. Był to czas przemian, których skutki są widoczne do dziś. W ciągu pierwszej dekady zmiany były wyjątkowo dynamiczne. Reformy gospodarcze, zachodnie wpływy kulturowe, nowe media, zniesienie cenzury, większa swoboda religijna - wszystko to tworzyło przestrzeń, w której instytucje kościelne (w tym także prawosławne wspólnoty lokalne) łapały oddech i kreowały się na nowo. Szczególnie mocno odetchnęły tam Kościoły - zarówno katolicki, greckokatolicki, jak i prawosławny - które przez ponad czterdzieści lat były marginalizowane, kontrolowane przez służby i spychane do podziemia. Gdy reżim upadł, wiara wróciła z siłą huraganu.
Ludzie, którym latami zabraniano religijnych praktyk, tłumnie wypełniali cerkwie, monastyry i sanktuaria. Odbudowywano świątynie, reaktywowano zakony, w małych wsiach licznie powstawały nowe wspólnoty, którym przewodzili ludzie bez przygotowania teologicznego, bez jakiegokolwiek nadzoru hierarchii kościelnej. W sercu Karpat religia stała się najpotężniejszą siłą. Niestety ze wszystkimi tego konsekwencjami, łącznie z powrotem egzorcyzmów.
To właśnie w środowisku wiejskim - gorliwym i skłonnym do mistycyzmu, ale i pozbawionym choćby podstawowego wykształcenia oraz wiedzy - zaczęły pojawiać się przypadki rytuałów, które bardziej przypominały średniowieczne praktyki niż współczesne duszpasterstwo. Co prawda Rumunia podnosiła się już z komunizmu, ale nadal była jednym z najbiedniejszych krajów Europy. Dostęp do opieki zdrowotnej był dramatycznie ograniczony. Państwo systemowo nie doinwestowywało prowincji, kierując lekarzy głównie do miast. W wielu wsiach i miasteczkach nie dało się uświadczyć ani przychodni, ani stałych lekarzy, za to ich funkcję pełnili często felczerzy lub pielęgniarki - z minimalną pensją i bez dostępu do podstawowych leków. Szpitale w małych miasteczkach były chronicznie przepełnione, pozbawione sprzętu i pieniędzy, co sprawiało, że o fachowej pomocy medycznej mieszkańcy prowincji mogli jedynie pomarzyć. W regionach takich jak Vaslui, Neamţ czy Bacău (wschodnia Rumunia, część historycznej Mołdawii, obejmująca jedne z najuboższych i najsłabiej rozwiniętych społecznie powiatów kraju) psychiatra był luksusem zarezerwowanym dla dużych miast oraz osób z odpowiednim majątkiem. W tej sytuacji wielu ludzi widziało w Kościele ostatnią nadzieję, i to nie tylko w sensie duchowym. Kapłani i zakonnicy pełnili funkcję uzdrowicieli, terapeutów, lekarzy, a egzorcyzmy były nad wyraz popularną praktyką, stosowaną nie tylko wobec osób rzekomo opętanych, ale także tych, które cierpiały na depresję, epilepsję czy schizofrenię.
Niestety zdarzało się, że taka "duchowa pomoc" kończyła się tragedią. To tło jest kluczowe, by zrozumieć, co stało się w Tanacu, gdzie zabito zakonnicę, jakoby chorą psychicznie. Ofiarą była Maricica Irina Cornici, a do jej śmierci przyczynił się prawosławny duchowny Daniel Petru Corogeanu.
Zanim w 2005 roku świat usłyszał o śmierci nowicjuszki Cornici, w Rumunii (i nie tylko tam) znane były już przypadki przemocy dokonywanej w imię wiary, jednak nigdy dotąd nie odbiły się one takim echem, jak "egzorcyzmy w Tanacu".
W tej miejscowości, w powiecie Vaslui (wschodnia Rumunia) funkcjonowała lokalna wspólnota zakonna Rumuńskiego Kościoła Prawosławnego, która nie miała formalnego statusu; była raczej lokalnym ruchem modlitewnym i ascetycznym, nad którym opiekę duszpasterską sprawował dwudziestodziewięcioletni Daniel (Dan) Petru Corogeanu. Urodził się w latach siedemdziesiątych, w zwyczajnej rodzinie z Vaslui. W młodości nie wyróżniał się niczym szczególnym - był typowym chłopakiem, lubianym, wysportowanym, zafascynowanym piłką nożną i zapasami. Był piłkarzem w rodzinnym mieście. Zaczął studia religijne na Uniwersytecie w Jassach po tym, jak nie udało mu się dostać na Uniwersytet w Bukareszcie, gdzie chciał studiować sport albo prawo. Rok później biznesmen z jego rodzinnego miasta zwerbował go do budowy klasztoru w górach koło miasta.
Jego droga do ordynacji wydaje się nietypowa: nie ukończył pełnych studiów teologicznych przed uzyskaniem funkcji kapłańskiej (przynajmniej według części relacji). Tak naprawdę jednak w latach dziewięćdziesiątych Rumunia przeżywała spowodowany latami komunizmu deficyt duchownych, więc droga do sutanny była łatwiejsza niż kiedykolwiek. Kolejne cerkwie otwierano w pośpiechu, a młodych kandydatów często święcono bez pełnego przygotowania. Pomimo braku wykształcenia Daniel został skierowany do pracy w jednej z nowo powstałych cerkwi, gdzie został diakonem - duchownym drugiego stopnia, pomagającym księżom przy nabożeństwach. Był charyzmatyczny, inteligentny, lubiany przez wiernych. Ale miał też coś, co paradoksalnie budziło niepokój wśród jego przełożonych - silne przekonanie, że ma do wypełnienia szczególną misję. Dan Corogeanu chciał służyć Bogu i w pewnej chwili uwierzył, że jest w stanie stawać naprzeciw sił zła i wypędzać z ludzi demony.
Należał do tych, którzy nie byli zadowoleni z otwarcia na Zachód. Po 1989 roku zmiany ustrojowe przyniosły coś, czego Kościół się obawiał: zachodnią medycynę, psychologię, jednym słowem: świeckie idee, idee niebezpieczne, niedające się kontrolować duchownym. Dla wielu starszych księży i zakonników nowoczesność była równoznaczna z utratą duszy narodu. W małych klasztorach, zwłaszcza w północno-wschodniej części kraju, powstały enklawy konserwatyzmu, gdzie Biblia była czytana i interpretowana dosłownie, a każdy przejaw choroby psychicznej utożsamiano z działaniem szatana.
Konserwatywna Rumunia żyła w przekonaniu, że egzorcyzm to wciąż święty rytuał, a nawet część narodowej tradycji. W programach telewizyjnych pokazywano kapłanów modlących się nad chorymi, wypędzających diabły, a w sklepach z dewocjonaliami - niczym na średniowiecznym bazarze - sprzedawano "świętą sól" i "wodę na złe duchy".
Kilka zdań o prowincji Tanacu. Leży ona na wschodzie Rumunii, tam, gdzie lasy przechodzą w niekończące się pola uprawne, w powiecie Vaslui. Jest to jedna z najbiedniejszych prowincji kraju, gdzie czas zatrzymał się w miejscu, a wioski wyglądają jak żywcem przeniesione z XIX wieku. Zniszczone drogi, studnie zamiast wodociągów, zrujnowane pozbawione elektryczności domy i ludzie, dla których Kościół jest jedynym autorytetem oraz światłem nadającym kierunek ich życiu. Właśnie tam, na wzgórzu w pobliżu wioski Tanacu, powstał monastyr, który miał stać się symbolem religijnego obłędu.
Na przełomie 1999 i 2000 roku na wzgórzu zwanym Dealul Viei, kilka kilometrów od najbliższych zabudowań, zamożny przedsiębiorca ufundował niewielki skit pod wezwaniem Świętej Trójcy. Teren przekazała rada gminy, a powstanie wspólnoty pobłogosławił biskup Huşi, Ioachim Mareş. Latem 2000 roku, w niespełna miesiąc, postawiono pierwszą kaplicę.
Do powstającej fundacji ściągnięto właśnie Corogeanu, który w tym samym roku przerwał studia. Mimo braku dyplomu, dzięki wstawiennictwu prawnika z jego rodzinnej miejscowości i rekomendacji księdza Miny Dobzeu, został wyświęcony i objął nowy skit jako jego duchowny. To tu, z dala od oczu hierarchii i jej kontroli, mógł z czasem nadać wspólnocie własny, coraz bardziej samowolny rys. Nie była to oficjalna instytucja - raczej wspólnota ascetów odcięta od świata. Obdarzony "prorocką", rozłożystą rudą brodą Daniel był tam wszystkim: duchowym przewodnikiem, spowiednikiem, nauczycielem i sędzią.
W nowo powstałym nieoficjalnym klasztorze Świętej Trójcy w Tanacu panowała bardzo surowa atmosfera: ciszę przerywały jedynie słowa modlitwy. Wspólnota przyciągała kobiety z biednych rodzin, często po traumach, czasem z zaburzeniami psychicznymi. Czuły się tam bezpieczne, chronione przez autorytet duchownego. W zamian zgadzały się na całkowite posłuszeństwo. Choć kobiety, które zamieszkały w klasztorze, nie należały do żadnego uznawanego przez Kościół Prawosławny zgromadzenia zakonnego, były nazywane przez Dana "siostrami"; przekonywał je, że są niezwykle ważnymi trybami w poruszanej wolą Boga machinie. On miał ją tylko oliwić według boskich wskazówek.