2 - Schronienie w Dolinach
Jeśli Janner kiedykolwiek wątpił, czy Anniera jest prawdziwym miejscem, to teraz miał już pewność.
Przekonały go o tym nie tylko okropny, przesłaniający niebo dym czy jego zapach niesiony przez wiatr, lecz także spojrzenie jego matki. Wyglądało tak, jakby wzburzenie opuściło wody Morza Ciemności i zostawiło je w spokoju tylko po to, by zamieszkać w oczach Nii Wingfeather. Kiedy Janner na nią spojrzał, ujrzał na jej twarzy fale smutku, gniewu, bólu i strachu, zderzające się ze sobą i budzące głębokie pokłady pamięci. Janner uwierzył bardziej niż kiedykolwiek. Wierzył, ponieważ dla jego matki Anniera nie była tylko opowieścią - była wspomnieniem. Przechadzała się tam z mężczyzną, którego kochała. Tam urodziła dzieci. Przez jakiś czas tam mieszkała i oddychała legendą Świetlistej Wyspy.
Janner spoglądał na szare morze i czarny dym unoszący się nad falami i bolał nad jej stratą; nad swoją również. Stracił swój dom, tak jak ona. Kiedy pomyślał o pustej i ciemnej chacie Igibych oraz miasteczku Glipwood, teraz zaledwie zrujnowanej wiosce na skraju klifów, poczuł kłującą tęsknotę za domem. Pomyślał, że o ileż bardziej jego matka musi tęsknić za swoim królestwem, miastem, ludem - i mężem?
Od dnia, w którym uciekli z Glipwood, stale przemieszczali się z miejsca na miejsce. Z drzewnego domku wuja Arthama na wschodnie zakole rzeki Blapp; z Dugtown do Kimery; a teraz przez Morze Ciemności w kierunku Zielonych Dolin, które leżały gdzieś za horyzontem.
Janner miał dosyć uciekania. Pragnął miejsca, które mógłby nazwać swoim własnym, miejsca, w którym nie grasowaliby Fangowie, Stranderowie nie chcieliby poderżnąć mu gardła i gdzie on oraz jego rodzina mogliby wreszcie odnaleźć spokój. Pragnął odpoczynku. Przyszło mu nawet na myśl, że być może doniesienia o zniszczeniu Anniery nie były prawdziwe. Może znajdą sposób na osiedlenie się w krainie jego marzeń; może on i jego rodzina ponownie będą mogli zamieszkać w zamku Rysen, gdzie się urodził. W zamku!
Policzki Jannera zapłonęły od jego głupoty. Miał tylko dwanaście lat, ale był już wystarczająco duży, by wiedzieć, że życie zwykle nie układa się tak, jak w książkach. Mimo to do tej chwili pozwalał sobie na maleńką nadzieję, że białe brzegi Anniery na niego czekają. Teraz ta nadzieja zgasła i odpływała razem z dymem na horyzoncie.
- Mamo, jak to możliwe, że wyspa nadal płonie? - zapytała Leeli.
Usta Nii się zacisnęły, a oczy wypełniły łzami. Kiedy się nie odzywała, Podo odpowiedział za nią:
- Nie wiadomo, dzieweczko. Przypuszczam, że gdybyś chciała spalić na popiół wszystko w tej krainie, zabrałoby ci to całe lata.
- Dziewięć lat? - zapytał Kalmar.
Nia otarła oczy. Kiedy przemówiła, Janner usłyszał, jak jej głos drży od gniewu.
- Gnag ma w sercu wystarczająco dużo nienawiści, by stopić fundamenty zamku aż do najgłębszych pokładów wyspy. Nie spocznie, dopóki Anniera nie zatonie w morzu.
- Ale dlaczego? - spytał Janner. - Dlaczego tak bardzo jej nienawidzi? Kim on jest tak w ogóle?
- A kto to wie? Jeśli nienawiść szaleje wystarczająco długo, to potem nie potrzebuje już powodu. Płonie dla własnego żaru i pożera wszystko i wszystkich na swojej drodze. Przed wojną dotarły do nas wieści, że w górach czai się zło, ale Throg leży daleko od Anniery. Nigdy nie wyobrażaliśmy sobie, że to do nas nadejdzie. - Nia zamknęła oczy. - Kiedy zdaliśmy sobie sprawę, że Fangowie ciągną na Annierę, było już za późno. Wasz ojciec wierzył, że Cieśnina Symiańska nas ochroni albo przynajmniej da czas na zbudowanie obrony. - Pokręciła głową i spojrzała na dzieci. - Chodzi o to, że Gnag jakby zjawił się znikąd, jak uderzenie pioruna. Chciał Anniery. I chciał naszej śmierci.
- Ale on nie chce, abyśmy my umarli, mamo - zaprotestowała Leeli. - Udało nam się uciec tylko dlatego, że chce nas żywych.
Nia westchnęła.
- Masz rację. Nie potrafię nic z tego zrozumieć poza tym, że odkąd się urodziliście, on wie to samo co ja. - Upadła na kolana, odwróciła się plecami do zadymionego nieba i spojrzała w twarze dzieci. - On wie, że jesteście wyjątkowi. Jesteście cenniejsi, niż możecie sobie wyobrazić. Wygląda na to, że Gnag zbudował swoją armię Fangów z ludzi. - Kalmar odwrócił wzrok. Swoje wilcze uszy położył po sobie jak przestraszony pies, a Nia przyciągnęła go do siebie. - Ale kiedy zaatakował Annierę, zobaczyłam potwory tak okropne, że nie potrafię ich opisać. Gnag odkrył stare tajemnice dotyczące kamieni i pieśni, tajemnice, o których myślę, że Esben... o których myślę, że wasz ojciec coś wiedział.
Za każdym razem, gdy Janner słyszał imię Esbena, trzepotało mu w żołądku. Wciąż trudno było uwierzyć, że jego ojciec był królem. A wszystkie te historie o mocy, tajemnicach i kamieniach napawały go przerażeniem.
To prawda, że oni troje, mali Wingfeatherowie, potrafili robić rzeczy, których Janner nie potrafił wyjaśnić. Kiedy Leeli grała lub śpiewała, on słyszał w myślach głosy morskich smoków. Ich słowa brzęczały mu w głowie jak pszczoły w ulu. Czasami pieśni Leeli łączyły rodzeństwo ze sobą nawet wtedy, gdy byli daleko od siebie, a Kalmar zdawał się widzieć - naprawdę widzieć - to, czego nikt inny nie był w stanie.
Kilka razy coś się w nich obudziło, coś, czego nie umieli wyjaśnić. Nia powtarzała im, że to dar od Stwórcy, coś, czego nie mogli - i nie powinni - kontrolować. Jeśli jednak oni nie mogą tego kontrolować, to jak Gnag może tego chcieć? I dlaczego tego pragnie? Jak może wiedzieć o nich coś, co jest tajemnicą nawet dla ich matki?
- Chciałabym, aby zostawił nas w spokoju - powiedziała i westchnęła Leeli, opierając brodę na burcie i patrząc w dół na wodę.
- Chcę tylko, żeby wszystko wróciło do normy - odezwał się Kalmar. - W Zielonych Dolinach będzie normalnie, prawda?
Nia położyła dłoń na jego owłosionej twarzy.
- Mam nadzieję.
- Skąd będziemy wiedzieli, czy w Zielonych Dolinach nadal jest bezpiecznie? - spytał Janner.
- Mieszkańcy Dolin są silni i nigdy nie lubili obcych. Jeśli ktokolwiek powstrzymał Gnaga i zatrzymał jego armie poza granicami swego kraju - powiedziała Nia z uśmiechem - to na pewno mój ród.
- A co będzie, gdy Gnag dowie się, że tam jesteśmy? - dociekał Janner. - Co wtedy?
- Nie wiem. Ale im bardziej Gnag was szuka, tym bardziej nabieram przekonania, że się was boi. Boi się, dzieci. Nabierzcie więc odwagi. Mam przeczucie, że po bitwie pod Kimerą Gnag w końcu zrozumiał, by zostawić klejnoty Anniery w spokoju.
- A jeśli jeszcze z wami nie skończył - dodał Oskar - to zajrzy w każde miejsce poza tym pod jego własnym nosem. Gdybym był Gnagiem, to pomyślałbym, że wszyscy troje uciekacie na zachód, poza granice map, albo na południe, za Góry Zatopione - tak daleko od Dang, jak to możliwe. A oto jesteśmy tutaj i wślizgujemy się na jego tylne podwórze.
- Zielone Doliny to podwórze Gnaga Bezimiennego? - zapytał Kalmar.
- Południową granicę Dolin stanowią góry Killridge, gdzie, jak mówią, Gnag zasiada pośród gór na zamku Throg i rozmyśla o zniszczeniu świata - powiedział Oskar.
- Ale pasmo górskie jest ogromne - wtrąciła Nia. - I zdradzieckie. Nie ma szlaku na drugą stronę. Tylko graniobieżcy są na tyle szaleni, by tam mieszkać.
- Graniobieżcy! Ha! - zakrzyknął Oskar, starając się brzmieć jak marynarz. Splunął, ale zamiast wrzucić do morza zgrabną, gęstą, marynarską kulkę, wypluł z siebie rozpyloną białą ślinę, której część wylądowała na ramieniu Poda.
- Poćwicz jeszcze, stary przyjacielu - mruknął Podo, wycierając się. - Zanim spluniesz, upewnij się, że zrobiłeś bąbelki, i pamiętaj, że bardzo pomaga odchrząkanie. Poprawia konsystencję. Popatrz.
Podo cofnął się i chrząkał tak długo i głośno, że usłyszała to cała załoga. Patrzyli z podziwem, jak wypluł kulę śliny, która przefrunęła przez zdumiewającą odległość, zanim zniknęła w falach. Kimeranie pokiwali głowami i wymamrotali słowa aprobaty.
Podo otarł usta.
- Wybacz, dzieweczko. No wiesz, trzeba wykorzystać chwile sposobne do nauki. Kontynuuj.
- Jak już mówiłam - odezwała się ponownie Nia, mierząc Poda miażdżącym spojrzeniem - w górach mieszkają wyłącznie graniobieżcy.
- Ale graniobieżcy służą Gnagowi Bezimiennemu, prawda? - zapytała Leeli. Przecież Zouzab mu służył.
- Graniobieżcy służą sobie - sprostowała Nia. - Zouzab znalazł się w Skree wyłącznie dlatego, że Gnag go porwał. Albo przekupił owocami.
- Mają słabość do owoców - potwierdził Oskar.
Janner pomyślał o Mobriku, graniobieżcy z Fabryki Widelców. Gdyby nie trzy jabłka, Janner nigdy nie byłby w stanie przekupić tego małego człowieczka, a on sam zapewne nadal stałby pokryty sadzą na stanowisku skrawania razem z Sarą Cobbler i innymi.
Na myśl o Sarze Cobbler jego serce zabiło mocniej. Każdego dnia, odkąd uciekł z fabryki, myślał o jej jasnych, odważnych oczach. Prześladowało go wspomnienie tej uwięzionej za kratą dziewczyny, która wpadła w szpony Nadzorcy i Mobrika, podczas gdy on odjeżdżał w noc powozem. Co jednak mógł zrobić? Teraz był na drugim krańcu świata. Nawet gdyby nadal przebywał w Dugtown, nie był pewien, czy byłby w stanie jej pomóc.
- A czy Gnag nie może zwyczajnie obejść gór dookoła? - zapytał Nię Kalmar.
- O to także nie musisz się martwić. Ze wszystkich pozostałych stron Doliny są otoczone gęstymi lasami, pełnymi poskręcanych drzew. Nazywają je lasami Blackwood. O ile nam wiadomo, nikt nigdy w nich nie przetrwał. W lasach Blackwood roi się od wiekowych drzew i przerażających stworzeń. Pasterze, którzy podchodzili na tyle blisko, by zobaczyć skraj lasu, zawsze wracali z okropnymi historiami. Historiami o potworach.
Leeli się wzdrygnęła.
- Co to były za historie? - spytał Janner.
- Co to były za potwory? - spytał Kalmar.
- Mieszkańcy Dolin nazywają je zwierzoludami. To rozdwojone, wynaturzone istoty. Według strachopowieści Will Wygnaniec był zwierzoludem. - Nię przeszedł wyraźny dreszcz. - Chodzi o to, że przez Blackwood Gnag także nie da rady się przedrzeć. Nawet Fangowie nie byliby tak głupi. Zielone Doliny to dla nas najbezpieczniejsze miejsce na świecie.
- O ile coś z nich zostało, dzieweczko - wtrącił Podo. - Stwórca ci świadkiem, że masz rację - mieszkańcy Dolin to lud twardy i zdolny powstrzymać najazdy Fangów, ale minęło dziewięć lat i świat się zmienił. Nikt też nie przypuszczał, że Anniera upadnie.
Podo spojrzał ponurym wzrokiem na południe. Janner zastanawiał się, czy staruszka nawiedzały wspomnienia Anniery, gdzie Wendolyn - babcia Jannera - została zabita przez Fangów z Dang.
Jeden z członków załogi zawołał:
- Kapitanie! Coś się zbliża!
Wszystkie oczy zwróciły się w kierunku marynarza na przednim pokładzie, który wskazał na zadymione południowe niebo.
- Niech ktoś poda mi lunetę! - warknął Podo i w jednej chwili marynarz podał mu długą rurkę. Podo oparł się łokciem na poręczy i zmrużył jedno oko, patrząc przez jej szkło.
Chwilę później Janner zobaczył, że jakaś postać zbliża się do nich jak strzała wystrzelona z kłębów dymu.
- Bez obaw, chłopcy - oznajmił Podo. - To ptasznik.