2
Krakowskie Błonia
Stał w miejscu i nie był w stanie wykrztusić z siebie słowa. Zawładnął nim dziwny niepokój. W jego głowie wybrzmiewała tylko jedna myśl. "Nie żyje dziennikarz".
- I co? - zapytał w końcu Radecki, bo Wolski wciąż się nie odzywał.
- Ten dziennikarz... On nie żyje... - Patrzył gdzieś przed siebie.
- W jakiej sprawie mieliście się w ogóle zobaczyć?
- Nie mam pojęcia. - Wolski wzruszył ramionami. - Był bardzo tajemniczy i oszczędny w słowach. Założyłem, że o wszystkim porozmawiamy w cztery oczy. Naprawdę nic o nim nie wiem, nie znałem go. Rozmawiałem z nim wtedy jeden jedyny raz.
- Ale widocznie on znał ciebie. Musiał wiedzieć, że jesteś dziennikarzem śledczym, i z jakiegoś powodu chciał się z tobą spotkać - podsumował Radecki. - Słuchaj, Paweł - odezwał się po chwili - przecież oni mają siedzibę w Krakowie. Jak już będziesz na miejscu, to odwiedź ich i postaraj się dowiedzieć, co się wydarzyło.
- Ma pan moje słowo. - Wolski podał Radeckiemu rękę, a ten mocno ją uścisnął. Następnie ruszył w kierunku drzwi.
- Paweł - zawołał naczelny, zanim dziennikarz wyszedł z gabinetu. - Uważaj na siebie.
Wsiadł do pociągu i zajął miejsce przy oknie. Wyciągnął z kieszeni telefon i napisał do żony, informując, że będzie w domu około dwudziestej pierwszej, następnie sięgnął do aktówki po notes. Odnalazł w nim dane dziennikarza, z którym miał się spotkać, po czym sprawdził w historii połączeń datę i godzinę ich ostatniej rozmowy. To był wtorek, dziewiąty listopada, godzina 16.21. Zapisał wszystko w notesie, po czym spuścił wzrok. Teraz żałował, że nie dopytał, co miałoby być tematem spotkania. Miał jednak dziwne przeświadczenie, że to, o czym chciał porozmawiać Ratajczak, miało jakiś związek z jego śmiercią. A to niepokoiło go jeszcze bardziej. Słowa naczelnego, by udać się do siedziby Ogólnopolskiego Portalu Informacyjnego, brzmiały sensownie. Powinien dowiedzieć się, co zaszło, i ustalić, w jakim celu tamten mężczyzna chciał się z nim spotkać, choćby dla świętego dziennikarskiego spokoju.
Poniedziałkowy poranek nie przyniósł zmiany pogody. Wciąż było pochmurno i deszczowo. Wstał z łóżka i skierował się prosto do kuchni. Uruchomił ekspres i patrzył, jak jego ulubiony kubek wypełnia się po brzegi czarną kawą. Po wszystkim chwycił go mocno i usiadł przy stole. Zegar wskazywał ósmą trzydzieści. Wziął pierwszy łyk, po czym wybrał w komórce numer kobiety, która kilka dni temu próbowała się z nim skontaktować. Przyłożył telefon do ucha. Po kilku sygnałach usłyszał ten sam kobiecy głos.
- Iwona Maik, Ogólnopolski Portal informacyjny, w czym mogę pomóc?
- Dzień dobry, pani Iwono. Moje nazwisko Wolski, Paweł Wolski, rozmawialiśmy w zeszłym tygodniu, pamięta pani?
- A tak, dzień dobry - odparła uprzejmie.
- Przepraszam, że niepokoję, ale czy mógłbym prosić panią o krótkie spotkanie?
- Mnie? O spotkanie?
- Zgadza się. Chodzi mi konkretnie o pana Marcina. Zastanawia mnie to, co się stało. Pan Marcin zadzwonił do mnie kilka dni temu i poprosił o spotkanie, nie powiedział jednak, czego miałoby dotyczyć, ale tak się składa, że również jestem dziennikarzem, dziennikarzem śledczym, zakładam więc, że mogło to mieć związek z jego pracą, i właśnie to nie daje mi spokoju.
- Jest pan dziennikarzem? - Sprawiała wrażenie bardzo zaskoczonej.
- Tak i przepraszam, że o to dopytuję, ale czy zna pani może okoliczności jego śmierci? - Przygryzł wargę. Nie miał pojęcia, jak kobieta zareaguje. Próbował ułożyć w myślach scenariusz na każdą ewentualność.
- Prosiłabym, żeby w tej sprawie skontaktował się pan z policją. Nie jestem upoważniona do rozmowy na temat śledztwa - odparła, choć Wolski odniósł wrażenie, że chwilę się zastanowiła nad odpowiedzią.
- Śledztwa? - Słowo to od razu wzbudziło w nim jeszcze większe obawy. - Proszę się nie obawiać, dzwonię prywatnie, nie służbowo.
- Ja naprawdę...
- Proszę - rzucił błagalnie. - Bardzo się zaniepokoiłem. Może będę w stanie jakoś pomóc?
- No dobrze... - Przełknęła ślinę. - Jest pan z Krakowa?
- Tak.
- Może pan podjechać o dziewiętnastej pod papieską skałę na Błoniach? Wie pan, gdzie to jest?
- Tak, wiem. Bardzo dziękuję. Będę o dziewiętnastej.
- Do zobaczenia. - Rozłączyła się.
Jej zachowanie utwierdziło go jedynie w przeświadczeniu, że śmierć dziennikarza może mieć związek z czymś, nad czym pracował. Kobieta sprawiała wrażenie przejętej i wystraszonej, a to w jeszcze większym stopniu napawało Wolskiego niepokojem.
Zaparkował wzdłuż ulicy, na wprost parku Jordana. Z nieba sączył się lekki deszcz. Wolski zgasił silnik, a następnie wysiadł z auta. Wyjął z bagażnika parasol i skierował się w alejkę, która ciągnęła się wokół Błoń. Zazwyczaj o tej porze było tu mnóstwo spacerowiczów, rowerzystów oraz rolkarzy, teraz był jednak zupełnie sam. Pogoda skutecznie zniechęciła wszystkich do jakichkolwiek spacerów.
Ruszył w stronę papieskiej skały i w oddali dostrzegł czyjąś sylwetkę. Przyśpieszył kroku. Kobieta, z którą się umówił, już tam na niego czekała.
- Pani Iwona? - Przystanął na wprost niej.
- Tak. Iwona Maik.
- Paweł Wolski. - Wyciągnął rękę w jej kierunku. - Dziękuję, że zechciałaś się ze mną spotkać. - Złożył parasol, bo ten i tak na nic się zdawał.
- Czy ta rozmowa zostanie między nami? - Spojrzała na dziennikarza nieufnie.
- Słowo honoru. Tak jak ci wspomniałem, spotykamy się prywatnie - odparł Wolski poważnym tonem.
- W porządku. - Skinęła głową.
- Wiesz może, jak zginął Marcin? - Dziennikarz postanowił zapytać o to, co go najbardziej interesowało.
- Nie wiem. Wiem tylko, że jego śmierć jest dość niejasna... - odpowiedziała tajemniczo.
- To znaczy?
- Nie są do końca znane okoliczności, w których zginął. - Te słowa kobieta wypowiedziała, jeszcze bardziej ściszając głos.
Wolski był coraz bardziej zaniepokojony. To wszystko zaczynało niestety potwierdzać jego przypuszczenia, że wydarzyło się coś złego. Przełknął ślinę.
- A wiadomo, nad czym pracował?
- Nie, i to jest właśnie dziwne. Marcin nie pracował w terenie.
- Nie prowadził żadnych spraw? - zdziwił się Wolski.
- Żadnych. Był dziennikarzem nocnym.
- Kim? - Nachylił się w jej kierunku, nie będąc przekonany, czy dobrze usłyszał.
- Dziennikarzem nocnym.
- Czyli?
- Sprawował opiekę nad serwisami w godzinach nocnych. Tłumaczył zagraniczne teksty, które napływały w nocy, przygotowywał materiały, by rano jego koledzy mogli je redagować i publikować. Bardzo dobrze znał francuski i niemiecki.
- Rozumiem - odparł, choć nie rozumiał niczego, zwłaszcza tego, po co ktoś, kto był raczej pomocnikiem dziennikarza niż samym dziennikarzem, chciał się spotkać właśnie z nim, osobą zajmującą się sprawami niewyjaśnionych morderstw czy zaginięć. To nie miało najmniejszego sensu. - A powiedz mi, wiadomo, gdzie to się wydarzyło?
- Naprawdę niewiele wiem, poza tym, że jakieś dwa, trzy dni przed śmiercią przestał pojawiać się w pracy.
- Może miał jakieś kłopoty rodzinne albo zawodowe?
- Nie - odparła bez zawahania. - Kochał rodzinę. Był też naprawdę sumienny i zawsze można było na niego liczyć... - Jej głos lekko się załamał. - Tu chodziło o coś innego.
- Masz jakieś przypuszczenia?
- Marcin marzył, żeby zostać prawdziwym dziennikarzem. Moim zdaniem w tajemnicy przed wszystkimi podjął się czegoś na własną rękę...
- Niewykluczone, że tak było...
Taki scenariusz w gruncie rzeczy był bardzo prawdopodobny, ale słowa "w tajemnicy" oznaczały, że aby się tego dowiedzieć, Wolski będzie skazany na samego siebie, bo nikt nie będzie w stanie mu w tej kwestii pomóc.
- To taka tragedia, nie chcę myśleć, co oni teraz zrobią...
- Oni?
- Jego rodzina, miał żonę, córkę i synka... - Jej głos drżał.
Wolski wcale się temu nie dziwił. Nie znał tamtego dziennikarza, ale fakt, że mężczyzna osierocił dzieci, dogłębnie go poruszył. Od razu pomyślał o Paulinie. Sam za jakieś dwa miesiące miał zostać ojcem.
Słowa kobiety bardzo go zasmuciły. Spojrzał na tonące w mroku Błonia. Odezwał się dopiero po dłuższej chwili.
- Czy policja była już w biurze?
- W biurze? Nie, a po co? - Sprawiała wrażenie zaskoczonej pytaniem.
- Bo wspomniałaś, że prowadzą w tej sprawie śledztwo.
- Ach tak, prowadzą, ale nie, nie było ich w biurze - zaprzeczyła, kręcąc przy tym głową. - Wiem tylko, że rozmawiali z szefem, ale powiedział im, że nie ma pojęcia, co Marcin tam robił, i w sumie na tym stanęło.
- Tam? - Wolski zmrużył oczy. - To znaczy gdzie?
Kobieta spuściła głowę. Była coraz bardziej zdenerwowana i roztrzęsiona.
- Przepraszam, ale naprawdę niewiele wiem, nie chcę kłamać...
- Możesz powiedzieć mi wszystko, nawet jeśli to tylko przypuszczenia. - Zdawał sobie sprawę, że nawet z tego można wyłonić jakiś obraz sytuacji.
- Podobno jego ciało odnaleźli w jakimś luksusowym ośrodku wczasowym nad Jeziorem Rożnowskim.
- Był tam z rodziną? - zapytał dziennikarz odruchowo.
- No właśnie nie, był tam całkiem sam.
- Mógł mieć romans...?
- Nie, na pewno nie.
- To faktycznie dziwne... - Jedyne, co wywnioskował z całej tej historii, to to, że skoro do zdarzenia doszło nad Jeziorem Rożnowskim, to dochodzenie musi prowadzić policja z Nowego Sącza i to tam będzie musiał udać się po jakiekolwiek informacje, by dowiedzieć się czegoś więcej. - No nic, bardzo ci dziękuję, że się ze mną spotkałaś. Skontaktuję się ze śledczymi i dopytam, czy ustalili coś w kwestii tego, co tam robił i co tak naprawdę się wydarzyło. - Nie widział sensu kontynuowania tej rozmowy, nawet nie wiedział, o co jeszcze mógłby zapytać. - Pozwolę sobie przedzwonić, gdybym miał jakieś pytania. - Wręczył kobiecie swoją wizytówkę. - W razie czego jestem dostępny pod tym numerem. - Schował rękę do kieszeni.
- Marcin nie zasłużył na śmierć... - skomentowała pod nosem, przyglądając się wizytówce.
- Nikt na nią nie zasługuje - skwitował.
Kobieta nieco się zmieszała. Szybko się odwróciła i zniknęła dziennikarzowi z pola widzenia. Wolski stał w miejscu. Czuł, że znów został wciągnięty w jakąś mroczną historię, i miał wrażenie nadciągających kłopotów.