Potwór z Damanor - Martyna Goszczycka

Kup ebooka

20.19 zł
16.76 zł (17,16 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Przedsłowie

Drodzy Czytelnicy i Czytelniczki,

zanim zanurzycie się w lekturę powieści, proszę - pochylcie się nad tymi kilkoma zdaniami. Nie mogłabym bowiem przekazać tego tekstu w Wasze ręce i nie wspomnieć o osobach, które do wydania tej książki się przyczyniły, pośrednio lub też bezpośrednio.

Po pierwsze chciałam podziękować mojej redaktorce, Justynie Karolak, która pomogła mi doprowadzić ten tekst do stanu, w jakim obecnie go widzicie. Współpraca z Justyną była dla mnie niezwykłym doświadczeniem. Od razu znalazłyśmy wspólny język, jakbyśmy znały się od lat. Wiele się dzięki niej nauczyłam i każdemu pisarzowi życzę tak wspaniałego redaktora: wnikliwego, sumiennego i niezwykle życzliwego. Sobie zaś życzę, by moja współpraca z Justyną trwała tak długo, jak to możliwe, a nasza znajomość utrzymywała się przez całe lata.

Po drugie: w przedmowie nie mogłabym pominąć moich bliskich, którzy być może nawet nie wiedzą, ile im zawdzięczam. Trzeba Wam, drodzy Czytelnicy i Czytelniczki, wiedzieć, że ten pierwszy tom cyklu o Potworze z Damanor powstawał w bardzo trudnym dla mnie czasie, którego nie przetrwałabym bez moich rodziców oraz siostry. Ich wsparcie było dla mnie nieocenione.

Po trzecie i najważniejsze: dedykacja. W moim życiu nie ma drugiego człowieka, który zasługiwałby na tę dedykację tak bardzo jak mój tata. Jestem przekonana, że gdyby nie on, nigdy nie napisałabym żadnego tekstu. To on zaszczepił mi miłość do książek, gdy jako dziecku czytał Hobbita do snu, tym samym wprowadzając mnie w niezwykły, pełen magii świat fantastyki. To wieczorne czytanie wspominam wielokrotnie, choć odbywało się lata temu. Dlatego też sądzę, że zarówno ta, jak i każda kolejna książka, jaką jeszcze napiszę, powstaje w pewnym sensie właśnie dzięki mojemu tacie.

Mojemu tacie

Rozdział V

Irvette nie mogła uwierzyć, że Wallace jakoś dał się namówić na ten szaleńczy pomysł. Sama miała wątpliwości, czy postępują słusznie, lecz zwierzchnik Silvaru wyjaśnił jej, że przez jakiś czas musi być pod obserwacją, na wypadek gdyby jej choroba - czymkolwiek była, a to nadal pozostawało tajemnicą - miała powrócić. Początkowo Irvette zaproponowała, by w takim razie Wallace został razem z nią, ale to wznieciło w oczach czarnego maga taki gniew, że straciła ochotę na forsowanie swojego pomysłu. Ten mężczyzna nie chciał na terenie swojej pustelni nikogo obcego. Jej również.

Wallace miał wybrać się ze zwierzchnikiem Silvaru do O'rior - miasta leżącego dzień jazdy od tego lasu. Tam miał czekać, aż tenare zdecyduje, że mogą już po nią wrócić. Nie było innego wyboru - oboje musieli zaufać osądowi długowiecznego, tak jak zrobili to wcześniej.

Wallace przyprowadził do pustelni białego wierzchowca Irvette, z grzbietu zdjął mu worek z jej skromnym ekwipunkiem i zaniósł go do chaty. Kiedy zostali znów sami, wyściskał ją za wszystkie czasy, kazał na siebie uważać i podarował jej swój sztylet. Poradził, by schowała go pod poduszką i nie przyznawała się, że posiada broń. Choć w obu butach miała specjalne kieszonki - w jednym na mały, zakrzywiony nożyk do ziół, w drugim zaś na dłuższe i szersze ostrze - nie mogła wykorzystać ich do przechowania broni od przyjaciela, jako że rękojeść sztyletu Wallace'a częściowo wystawałaby z tych niepozornych schowków. Obuwie to wykonał dla niej znakomity szewc z Cirem, który brał od niej za swe usługi połowę ceny, odkąd podniosła jego żonę praktycznie z łoża śmierci, ale i tak posłuchała rady Wallace'a i ukryła sztylet pod poduszką.

Kiedy odjechali, zapadał już zmrok. Do tego czasu raz jeszcze nasmarowała podrażnioną skórę śmierdzącą maścią. Czuła się znacznie lepiej i mogła poruszać się bez zawrotów głowy. Zniknęło też odrętwienie palców. A jednak nie spieszyło jej się do wstawania z łóżka - w nim czuła się najbezpieczniej, otoczona kocem i blaskiem bijącym z kominka.

Do tej pory nie poznała imienia czarnego maga, o ile w ogóle jakieś nosił. On sam okazał się inny od jej wcześniejszych wyobrażeń na jego temat. Nie mogła się nadziwić, że mężczyzna, który tak sprawnie prowadził kąśliwą dyskusję ze zwierzchnikiem Silvaru, nagle stał się lodową górą - niewydającą z siebie prawie żadnych odgłosów. Nie narzekała z tego powodu, przeciwnie nawet: w tej chwili nie miała ochoty na rozmowy z jego udziałem i była wdzięczna, że zostawił ją w chacie samą. Dzięki temu otrzymała szansę oswojenia się z nową sytuacją.

Wrócił nie wiadomo skąd, kiedy już przysypiała. Wtargnął do chaty bez pukania, wyrywając ją z półsnu i wzmagając bicie serca. Spojrzała na niego z wyrzutem spod koców, co umiejętnie zignorował. Wśród tańczących po izbie cieni jego wysoka, odziana w czerń postać wyglądała jeszcze upiorniej. Jasne oczy błyszczały w otworach zasłony jak ślepia bestii z najstraszniejszych koszmarów.

Na stole postawił miskę pełną parującej zupy pachnącej mięsem, po czym ulotnił się z pomieszczenia. Zsunęła nogi z łóżka i przez moment zastanawiała się, czy miał motywy, by ją otruć - po tym, kiedy dopiero co ją uratował. Nie mogła wiedzieć, czy nie zmienił zdania odnośnie do jej pobytu w pustelni. Dlatego gdy już usiadła na wysokim taborecie przy stole - ledwo sięgała posadzki czubkami palców - ostrożnie nabrała łyżkę strawy i najpierw powąchała intensywny zapach. Następnie zamoczyła jedynie usta w zupie i oblizała je, by poszukać podejrzanych smaków. Nie odkryła nic, co mogłoby wzbudzić niepokój. Powoli zabrała się więc za jedzenie. Spojrzała na kolekcję sztućców wiszącą na ścianie, na najróżniejsze kształty, kolory i tworzywa, i pomyślała o srokach gromadzących przedziwne rupiecie, a zaraz potem o smokach pilnujących błyszczących skarbów.

Prędko pochłonęła całą zawartość miski, nawet wypiła resztki z dna. Zupa pięknie wypełniła pusty żołądek i ku jej zadowoleniu - nie wywołała nowych mdłości.

Irvette włożyła świeżą koszulę, którą wygrzebała ze swojego podróżnego worka. Poprzednią spaliła w kominku - nie wiedziała, kiedy miałaby okazję ją wyprać, a niemiłosiernie cuchnęła rzygowinami. Do spania udała się w ubraniach wierzchnich. Przez chwilę zastanawiała się, czy nie zabarykadować drzwi, ale zrezygnowała z tego pomysłu - zastanowienie to trwało nie dłużej od mgnienia oka.

Sen przyszedł szybciej, niż się spodziewała - zmęczenie wygrało z niepokojem.

***

Ocknęła się o świcie, nieco obolała i z szumem w uszach. Podwinęła rękaw koszuli i zobaczyła, że skóra wygląda dużo lepiej: już nie było na niej śladów jak po wielu ukąszeniach. Czerwone place ładnie zróżowiały - oceniła, że chyba nazajutrz powinny zniknąć. Dotknęła twarzy, następnie szyi. Nie wyczuła żadnego obrzęku czy mrowienia, ale i tak sięgnęła do trzymanego przy łóżku worka, by wyciągnąć z niego małe lusterko. Obejrzała się w nim - na widok swojego oblicza lekko zmarszczyła czoło. Oczy miała podkrążone, a prawą część szczęki jeszcze lekko zaczerwienioną. Wygrzebała z worka grzebyk i rozczesała roztrzepane włosy, ale zostawiła je rozpuszczone.

Wygramoliła się spod koca i wzdrygnęła na widok posiłku już czekającego na nią na stole. Potwór z Damanor przygotowuje mi strawę - pomyślała z nieco histerycznym rozbawieniem. Nadal potrzebowała czasu, by odnaleźć się wśród tylu nowości. W ciągu ostatniej fazy została wielokrotnie wzgardzona i wyrzucona za drzwi, gdy szukała pomocy. Udała się do królestwa, którego mieszkańcy od setek cykli trwali w uprzedzeniu do ludzi, otarła się o śmierć i ostatecznie uzyskała pomoc u czarnego maga - osoby takiej samej jak ta, która władała mocą odpowiadającą za jej chorobę.

W misce z posrebrzanej zastawy odkryła gęstą owsiankę, słodką od miodu. Nie powstrzymała głupowatego uśmiechu, a kiedy zjadła, schowała twarz w dłoniach, by zapanować nad cisnącymi się do oczu łzami. Była na siebie zła, że poddaje się takiemu rozemocjonowaniu - zdecydowała się wyjść na zewnątrz, aby nieco ochłonąć.

Miała w końcu sposobność rozejrzeć się po okolicy. Polana - otoczona gęstniejącym stopniowo borem w oddali zlewającym się w czarną ścianę drzew - była gdzieniegdzie usiana karłowatą roślinnością. Konary odstające od pni porastających skraj samotni układały się w kopułę odsłoniętą pośrodku, więc promienie słońca dostawały się przez nią swobodnie i docierały do całej polany. Chata, w której dotąd przebywała Irvette, była utrzymana w charakterystycznym tenarskim stylu, uformowana w pokrytej mozaiką szarości skalnej masie - niczym odlana idealnie forma kanciastej bryły. Druga, mniejsza budowla składała się z dużych gładkich bloków. Na jej tyłach wybudowano piec - niezbędny dla każdego zielarza niemal tak samo jak dla kowala. Ten tutaj miał szerokie palenisko, nad którym Irvette mogłaby warzyć wiele specyfików jednocześnie. Oba budynki, choć z wyglądu surowe i solidne, miały w sobie również jakieś hipnotyzujące piękno. Na podwórcu znajdowały się także spore usypisko z drzwiami skrywającymi jakieś pomieszczenie i ogródek z wieloma grządkami. Dostrzegła tam niemało wschodzących dopiero ziół, ale już rozpoczynających walkę z silniejszymi chwastami. Być może gdyby nie roztaczający się dokoła mroczny las, miejsce nie wydawałoby się nawet w połowie tak nieprzyjazne.

Czarnego maga nie było nigdzie w pobliżu. Irvette nie miała pewności, czy chce wiedzieć, gdzie on jest i czym się zajmuje. Postanowiła wykorzystać sytuację, by dokładniej się rozejrzeć.

W skrzyniach stojących przy opartym o drugi budynek stole - zdecydowanie za wysokim, żeby mogła przy nim wygodnie pracować - znalazła pokaźne zapasy mikstur i wypełnione różnobarwnymi substancjami oraz fragmentami roślin słoje. Na ścianie budynku wisiało trochę suszonych ziół, a jeszcze więcej dostrzegła wewnątrz - zostały rozwieszone nad zagraconą fiolkami i płóciennymi woreczkami ławą, niższą niż stół na zewnątrz. Znajdowała się tu również długa prycza zasłana kocami oraz skórami, a wokół niej zbiorowisko przeróżnych, mniej i bardziej cennych rzeczy. Naczynia, luxańskie dywany, pękate sakiewki - wypchane najpewniej monetami. Jeszcze więcej szczelnie pozamykanych słoi i skrzyń, kosze przykryte chustami - w środku odkryła kolejne składowiska przedmiotów o rozbieżnej wartości i zastosowaniu - oraz zwisające ze stropu talizmany i łapacze snów. Do ściany przyciśnięty był regał zastawiony grubymi tomiskami, cienkimi książeczkami i następną stertą pojemników i różności. Przez cały ten bałagan ciągnęła się jedynie wąska ścieżka, której jedna odnoga prowadziła do pryczy, druga zaś do ławy.

Po wycofaniu się z izby raz jeszcze zbadała wzrokiem polanę, po czym skierowała się do usypiska. Zatrzymała się w otwartych drzwiach, przy których wisiała pochodnia, lecz nie było jej jak zapalić. Odczekała chwilę, a gdy uznała, że nikt jej nie obserwuje, zeszła do środka po kilku kamiennych schodkach. Poruszała się w snopie światła słonecznego, który wpadał przez otwarte drzwi. Nie widziała, co znajduje się w głębi pomieszczenia, lecz zainteresowały ją półki wydrążone w ziemistej ścianie przy wejściu i wysoki strop umocniony solidną konstrukcją z konarów i gałęzi. Na półkach stały skrzynie i słoje, bił od nich chłód, niektóre pokrywała warstewka lodu. Znalazła w skrzyniach zarówno mięso, jak i nabiał. Po tych oględzinach wyszła na zewnątrz tak zamyślona, że niemal wpadła na wysoką postać.

Nie bez trudu złapała równowagę i wstrzymała oddech, przeszyta wrogim spojrzeniem. Nie wiedząc, co powiedzieć, wyminęła mężczyznę i wróciła do chaty. Zamknąwszy za sobą drzwi, oparła się o nie i spróbowała przegonić obawy, bo w jej obecnym położeniu mogłyby ją przyprawić o postradanie zmysłów...

***

Randis i Wallace wyruszyli z kryjówki potwora, kiedy zapadał już zmrok, musieli więc zrobić postój w gęstwinie mrocznego boru. Wallace nie pamiętał koszmarów, jakie nawiedziły go tej nocy, ale obudził się spocony i z szumem w głowie. Z lasu wydostali się nazajutrz - zaraz po wschodzie słońca.

Całą drogę do fortu chłopakowi towarzyszyły myśli o Irvette. Przemierzając jard za jardem, coraz bardziej żałował, że przystał na propozycję potwora. Zwierzchnik namawiał go prawie świecę, tłumacząc, że jest to rozwiązanie konieczne, jeśli wszyscy chcą zyskać pewność, że skażenie Iv nie powróci. Ale ani zwierzchnik, ani zamaskowany nie potrafili mu powiedzieć, czym ono właściwie jest. To napawało go jeszcze większym niepokojem, a w myślach ciągle widział te upiorne oczy. Modlił się do Mestyrii i pomniejszych bogów, by trzymali jego przyjaciółkę w opiece. Wielokrotnie dopytywał pana Silvaru, czy na pewno można wierzyć, że Namir nie zachowa się wobec dziewczyny jak najgorszy rodzaj bestii. Tenare robił wtedy dziwną minę i odpowiadał, że akurat o to Wallace nie musi się martwić.

Dotarcie do O'rior zajęło im niemal cały dzień. Do zmierzchu zostały jakieś dwie świece, kiedy leśną drogą dostali się na trakt wychodzący na rozległą dolinę. Za zielonym trawiastym terenem zaczynała się następna część szerokiego na setki stóp boru, a na jego skraju rysowały się wysokie mury miasta.

Zabudowania były otoczone przez głębokie rowy, z których sterczały ostre jak kolce korzenie wyrastające z głębi ziemi. Do bramy puszczony był zwodzony most, a mury zdawały się niknąć pomiędzy drzewami. Wśród koron rozpościerały się platformy łączące się między sobą linowymi mostami. Kręcili się tam strażnicy wyposażeni w łuki i Wallace zgadywał, że w istocie jest ich dużo więcej, niż był w stanie zaobserwować. Kryli się między gałęziami - w przyklejonych do pni posterunkach.

W dole miasto prezentowało się surowo, chociaż pomiędzy domami uformowanymi z kamiennych bloków i skalnej masy nie brakowało roślinności. Wśród alejek panował porządek, tenare zajmowali się swoimi sprawami w ciszy z rzadka przerywanej rozmowami. Chociaż miasto nie należało do małych, ulice nie były zatłoczone. Spotkali w nim niewielu ludzi, w przewadze kupców.

Tak jak w Cirem poszczególne alejki zamieszkiwane były przez konkretnych rzemieślników, tak i w O'rior można było doszukać się pewnego schematu. Najpotężniejsze budowle, przeznaczone dla żołnierzy oraz magów specjalizujących się w walce, znajdowały się w centrum miasta, skąd stopniowo rozchodził się pierścień mniejszych, piętrowych domów, sklepów i warsztatów rzemieślniczych. Jeszcze dalej sytuowały się drewniane chaty, ogrody i sady. Wszystko to, czego Wallace dowiedział się od ojca i nauczyciela sprowadzanego do domu, teraz mógł odkrywać sam, a w razie wątpliwości podpytywał zwierzchnika.

Najwięcej kobiet przebywało w ostatnich kręgach miejskiego pierścienia. Pracowały przy roślinach i zwierzętach, z którymi miały szczególną więź dzięki wrodzonemu talentowi do posługiwania się żywiołem ziemi. Te, które nie posiadały magicznych umiejętności, służyły pozostałym kobietom pomocą lub zajmowały się swoimi interesami. Wśród mężczyzn - magowie okupowali każde możliwe stanowisko: nie tylko w O'rior, ale i w całym królestwie. Byli naczelnikami fortów, dyplomatami i doradcami, budowniczymi, a także zwykłymi strażnikami czy rzemieślnikami. Spora ich część wstępowała do Strzegących - oddziałów pilnujących najgłębszych podziemnych tuneli, których odnogi, jak wierzono, prowadziły do ukrytego we wnętrzu ziemi legowiska smoczycy Varanside. Tymczasem ludzcy magowie oddawali się głównie nauce i badaniom. Wojsku królestwa służyli tylko w wyjątkowych sytuacjach, a nieliczni zasiadali wśród doradców królów i diuków.

To, co jeszcze rzucało się Wallace'owi w oczy, to rozsypane po mieście kapliczki Mestyrii, przedstawionej oczywiście na tenarski sposób. Wysokie i smukłe kolumny z wyrzeźbionym na nich wizerunkiem dziwnej, acz pięknej bogini piętrzyły się po same korony drzew. Obok nich mieściły się czasami mniejsze pomniki Caitriony - ukazanej jako tenare. Rasa tej legendarnej kobiety od zawsze stanowiła kwestię sporną.

Redakcja Karolakowo.pl Justyna Karolak

Korekta Zyszczak.pl Paulina Zyszczak

Projektant okładki Łukasz Poller

Ilustracje Łukasz Poller, Łukasz Ciżmowski

? Martyna Goszczycka, 2021

? Łukasz Poller, projekt okładki, 2021

"Potwór z Damanor" to pierwszy tom cyklu pt. "Wędrowcy Mestyrii".

Poznajcie zielarkę Irvette, wojownika Wallace'a i samotnika Namira. Tajemnicza choroba dziewczyny łączy tych troje w walce o to, co słuszne. Czeka ich trudna, doprawdy zawiła droga...

Witajcie wśród malowniczych miast i wiosek, szeroko rozplanowanych struktur społecznych, skomplikowanych relacji i nieoczywistych powinności. Przeżyjcie niezwykłą przygodę w quasi-średniowiecznym świecie fantasy!

ISBN 978-83-8189-688-7

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero