ROZDZIAŁ 3 VICTOR
Kiedy wróciłem do hotelu Habitel, poszedłem od razu do baru. Nie mogłem nie poczuć, jak spojrzenie panny Sanchez wypala mi dziury w karku. Kilka razy obróciłem się na barowym stołku i popatrzyłem na nią. Spuszczała wtedy wzrok na papiery leżące przed nią na stole. Udawała, że zapisuje coś na kartce, ale widziałem, że długopis porusza się w powietrzu. Panna Sanchez prawdopodobnie po prostu martwiła się o mnie. I słusznie. Nie było wątpliwości co do tego, że mój żałosny wygląd spowodowany był przez wywiad, który całkowicie sknociłem. Miałem silne poczucie, że całe życie mi się zawaliło.
Moja mizeria stała w niemal zabawnym kontraście do otoczenia. Znajdowałem się w najbardziej ekskluzywnym hotelu w mieście, w barze zbudowanym ze szkła i mahoniu. W ręce trzymałem idealnie przygotowany dżin z tonikiem. Szczupły, dobrze ubrany barman z dumą poinformował mnie, że dżin to Tangueray No. Ten. Tonik był równie wysokiej klasy: East Imperial. Drink zaserwowano w pękatej szklance, w której starannie umieszczono mierzący pięć na pięć centymetrów blok przezroczystego lodu, a także gruby plasterek cytryny. Nie mogłem powstrzymać się od śmiechu z powodu kontrastu, jaki przyniosło mi życie, i pochłonąłem całą zawartość jednym haustem.
Tego wieczoru chciałem całkowicie zapomnieć o samym sobie.
Następnego dnia leżałem w hotelowym łóżku, cierpiąc tak, jak na to zasłużyłem. Zamówiłem do pokoju jajka na bekonie, jogurt i sałatkę owocową. Kilka godzin później zwróciłem wszystko, co zjadłem. Planowałem wracać do Stanów i zapomnieć, że kiedykolwiek w ogóle wybrałem się do Ekwadoru. Cieszyłem się na wznoszenie się w przestworza i patrzenie przez okno, jak Ambato staje się coraz mniejsze i mniejsze, aż wreszcie ginie we mgle. Jednak wieczorem równowaga chemiczna w moim ciele wróciła niemal do normy i zrobiło mi się lżej na duszy. Postanowiłem wyjść na spacer i okazało się, że pół godziny w ogrodzie botanicznym bardzo mi pomogło. Powróciła motywacja, która mnie tutaj doprowadziła. Drzemiący we mnie reporter znów zbudził się do życia. Chciałem jeszcze raz spotkać się z Pedrem.
Po powrocie do hotelu poszedłem do lobby i poprosiłem recepcjonistę, by zadzwonił do dyrektora więzienia, Victora Lascano.
- Chciałbym jeszcze raz spróbować przeprowadzić wywiad z Pedrem. Myśli pan, że się zgodzi?
- Wiem, że się zgodzi - odpowiedział pan Lascano spokojnie. - Kilka razy o pana pytał. Musiał pan na nim zrobić spore wrażenie. Wie pan, że jest pierwszą osobą, z jaką chciał rozmawiać? Nigdy nie przyjmował odwiedzin i całkowicie odrzucał możliwość kontaktu z dziennikarzami.
- Nie wiem, czy powinienem czuć się zaszczycony - odpowiedziałem, a Victor zachichotał.
- Ja też nie! Niech pan jednak wpadnie tu jutro o dziesiątej, a ja zorganizuję dwie godziny na wywiad. Tym razem porozmawiacie w mojej sali spotkań. W obecności mojej i kilku strażników. Będzie pan całkowicie bezpieczny, nie ma się czego obawiać.
Panna Sanchez znów przygotowała dla mnie worek z przekąskami. Tym razem jednak to jej ojciec podał mi go, kiedy przechodziłem obok niego w holu.
- Proszę bardzo. Powodzenia, panie Dexter.
Korpulentny i łysy dyrektor hotelu zatrzymał mnie na chwilę, by powiedzieć, jak jest dumny, że jego gościem jest dziennikarz, który jako pierwszy na świecie przeprowadzi wywiad z "potworem z Andów".
- Wie pan, że wszyscy w mieście o panu mówią? A może i w całym kraju. Widziałem artykuły o panu w kilku gazetach. Piszą jednak, że nie dał pan rady przeprowadzić tego wywiadu. Mogę zapytać dlaczego?
- Nie lubię być w centrum uwagi. Jestem dziennikarzem. To ja zadaję pytania. Ja stoję za kamerą. Tam najlepiej się czuję - odpowiedziałem krótko.
Dyrektor ze zrozumieniem skinął głową. Ruszyłem znów ku szklanym drzwiom hotelu, żeby wskoczyć do taksówki, która czekała na mnie na ulicy.
Było dwadzieścia jeden stopni. Często się to zdarza w Ekwadorze. Kraj znany jest z najprzyjemniejszej pogody na świecie - dwadzieścia jeden stopni przez okrągły rok. Ludzie bardzo za to Ekwador cenili, ja wolę jednak San Francisco. Lubię zimne dni. Kiedy mgła nadciąga nad zatokę, czuję się najlepiej na świecie. Mark Twain powiedział kiedyś: "Najchłodniejszą zimą, jaką kiedykolwiek przeżyłem, było lato w San Francisco". Kiedy dotarłem do więzienia, przy bramie czekał na mnie dyrektor Victor Lascano. Trzymał ręce za wyprostowanymi plecami, ale kiedy wysiadłem z taksówki, wyciągnął prawą na przywitanie.
- Witam, panie Dexter! To zaszczyt, że pan znów tu jest. Pan López właśnie jest wyprowadzany ze swojej celi.
Poczułem lekki wstyd, kiedy pomyślałem, że dyrektor z pewnością przeczytał list, który wysłałem kiedyś do Pedra. Opisywałem tam dokładnie swoją służbę korespondenta wojennego na Bliskim Wschodzie. Zastanawiałem się, jakie to myśli przelatywały Victorowi Lascano przez głowę, kiedy strażnicy opowiedzieli mu o moim pierwszym, chaotycznym spotkaniu z przestępcą. Na pewno powątpiewał w to, czy naprawdę byłem w stanie pracować w strefie wojny. Jeśli tak, to miał rację, bo prawda jest taka, że nigdy w życiu nie postawiłem stopy na innym kontynencie niż obie Ameryki.
Mała sala widzeń była niechlujnie pomalowana na różowo. Chwilę zajęło, zanim moje oczy przyzwyczaiły się do intensywnego koloru, zwłaszcza że promienie słońca wpadające przez zakratowane okno tworzyły na ścianach jaskrawą grę świateł. Pośrodku pomieszczenia, które nie było większe od mojej kuchni w San Francisco, stał kwadratowy stół wykonany z matowej stali, a także cztery podobne krzesła. Victor Lascano wyciągnął jedno z nich i usiadł przy stole, po czym delikatnie położył dłoń na sąsiednim krześle.
- Proszę usiąść tutaj.
Spojrzałem na Victora i pomyślałem, że musi mieć jakieś pięćdziesiąt lat. Do tego wniosku doprowadził mnie procent siwych włosów na jego głowie, liczba zmarszczek i ich położenie. W wieku pięćdziesięciu lat był w połowie posiwiały, a skóra pomarszczyła mu się przede wszystkim na czole i wokół oczu, podczas gdy reszta twarzy wciąż była w miarę gładka. Zauważyłem też, że zaczęły mu opadać powieki.
Do pokoju weszło dwóch uzbrojonych strażników o kamiennych twarzach i skupionym spojrzeniu. Ustawili się w dwóch kątach pomieszczenia. Kilka sekund później pojawił się Pedro Alonso López. Niewysoki, szczupły, ale z lekkim brzuszkiem, twarz cała w zmarszczkach. Kręcone brązowe włosy zaczesał na bok. Szeroki nos, złamany, więc krzywy. Oczy nieco zbyt szeroko rozstawione. Ręce przed sobą, w kajdankach. Za nim szło dwóch bardzo czujnych strażników. Doprowadzili więźnia do krzesła, które stało naprzeciw mnie.
- Cześć. Ty to Ronaldo? - powiedział Pedro i popatrzył na mnie w skupieniu.
- Tak, Ronaldo Dexter. Możesz mówić do mnie Ron.
Pedro się zaśmiał. Nie byłem w stanie ocenić, czy za tym śmiechem ukrywała się złość. Usiadł blisko naprzeciw mnie.
Poczułem, jak moje dłonie robią się mokre od potu, włożyłem je więc pod stół i dyskretnie wycierałem o spodnie. Kiedy uznałem, że znów do czegoś się nadają, wyciągnąłem przed siebie prawą rękę. Do Pedra. Popatrzył na zawieszoną między nami rękę, jakby to był obcy przedmiot z kosmosu. Przez kilka sekund pozwolił jej tak sterczeć, po czym podniósł ramiona, wciąż skute, i wziął moją prawą dłoń w swoją. A dłonie miał olbrzymie. Pedro ścisnął. Konkretnie. Poczułem, jak moje kości się poddają. Pedro z pewnością też to poczuł i ścisnął jeszcze troszkę mocniej. Widziałem, że opuszki moich palców robią się czerwone od gromadzącej się w nich krwi. Dyskretnie spojrzałem na dyrektora więzienia. Dlaczego nie reaguje? Kiedy ból był już nie do zniesienia i chciałem o tym powiedzieć, Pedro puścił. Tak jakby dokładnie wiedział, gdzie leży moja granica bólu.
- Nie wolno podawać ręki więźniom - pouczył mnie Victor.
Bierność dyrektora była więc jego sposobem na danie mi nauczki. Policzki mi płonęły. Jak głupim trzeba być, żeby wyciągnąć rękę do najbardziej niebezpiecznego seryjnego mordercy na świecie? Który w dodatku używał własnych rąk jako narzędzia zbrodni. Siedzący naprzeciw mnie mężczyzna prawdopodobnie wycisnął życie z ponad trzystu dziewczynek. Czasami tak brutalnie, że oczy wychodziły im z oczodołów.
Pochyliłem się do aktówki i wyjąłem z niej długopis i notatnik. Oddychaj. Skup się. Jesteś dziennikarzem i masz tu do wykonania robotę. Powtarzałem to zdanie w głowie jak mantrę. Wreszcie poczułem, że puls trochę zwolnił.
- Podobasz mi się... i ten list. Piszesz tam o ciekawych rzeczach, tak jakbyśmy już się znali. Wygląda na to, że mnie rozumiesz. Zainteresowałem się. Jesteś jedynym człowiekiem, z którym postanowiłem porozmawiać. Gratuluję. Dzięki mnie będziesz bogaty i sławny - powiedział Pedro.
- Dziękuję - odrzekłem, bo nic innego nie przychodziło mi do głowy.
Starannie ważyłem każde słowo, co sprawiało, że przez moje gardło przechodziły tylko krótkie wyrazy i zdania. Uznałem, że tak będzie najlepiej: mówić jak najmniej. Obserwować. Pozwolić, by Pedro prowadził rozmowę.
- Masz papierosy?
- Jasne - odpowiedziałem, otwierając znów aktówkę, i dałem mu osiem pudełek marlboro.
- Dzięki. - Pedro zerwał folię z jednej paczki i sprawnie wyciągnął papierosa. Jeden ze strażników wyciągnął rękę z zapalniczką i skrzesał ogieniek przed twarzą Pedra.
- Ron, zanim rozpoczniemy ten wywiad, mam jeszcze jedno życzenie - powiedział Pedro, po czym zaciągnął się głęboko, by dym dotarł do najdalszych zakamarków płuc.
- Tak? - spojrzałem na jego pobrużdżoną twarz. Popatrzył na mnie, ale później odwrócił się w stronę dyrektora więzienia.
- Chcę dotknąć przegubów pana pięknej córki - powiedział i wskazał żarzącym się papierosem na Victora.
Victor aż się poruszył, zaskoczony i zniesmaczony. Takiego otwarcia się nie spodziewał.
- Nie ma jej tutaj - odpowiedział szybko.
- A jest - poprawił go z przekonaniem Pedro. - Siedzi w pańskim biurze. Widziałem ją, idąc tutaj. Pozwólcie mi jej dotknąć, bo inaczej nic nie będzie z wywiadu z tym reporterem - oznajmił i wskazał papierosem tym razem na mnie.