Potwór. Oliver von Bodenstein i Pia Kirchhoff. Tom 11 - Nele Neuhaus

Kup ebooka

47.00 zł
36.66 zł (34,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

DZIE­WIĘĆ DNI PÓŹ­NIEJ

Po raz ostatni prze­szedł się po domu. Młode mał­żeń­stwo, które go ku­piło, ucie­szy się, że jesz­cze przed świę­tami bę­dzie mo­gło się wpro­wa­dzić; lada dzień spo­dzie­wali się na­ro­dzin dziecka.

Pod­łoga ko­ry­ta­rza była szorstka i zna­joma, kiedy szedł po niej boso. Przy­po­mniał so­bie, skąd w ogóle wziął się po­mysł, żeby tak wy­glą­dała. Na po­czątku ma­rzył o par­kie­cie w jo­dełkę, ale przy­pad­kowo tra­fił do sklepu, w któ­rym zo­ba­czył, że ist­nieje al­ter­na­tywa dla tego wzoru. Wy­brali sześć czy sie­dem róż­nych de­sek i uło­żyli je na za­pla­mio­nym dy­wa­nie ich dwu­po­ko­jo­wego miesz­kanka. Dzie­siątki razy prze­szli po nich w każdą stronę, do­ty­kali ich i przy­glą­dali się im w peł­nym słońcu, dys­ku­to­wali o fak­tu­rze i wy­glą­dzie, by osta­tecz­nie zde­cy­do­wać, że w ko­ry­ta­rzu na pod­łogę trafi szczot­ko­wana i bie­lona de­ska trój­war­stwowa z dębu ame­ry­kań­skiego z v-fugą - piękna, szla­chetna i zde­cy­do­wa­nie za droga. Po­woli wszedł scho­dami na pod­da­sze, my­śląc o tym, jak gra­ciar­nię zmie­nili w po­kój dla dziecka. Dziś prze­stronne po­miesz­cze­nie znów było pu­ste. Za­trzy­mał spoj­rze­nie na fu­try­nie. Dzie­sięć kre­sek. Co roku, szes­na­stego grud­nia, za­zna­czał na niej wzrost Ja­koba. To był ich ry­tuał. Przy­kuc­nął i przyj­rzał się ostat­niej kre­sce, zro­bio­nej co do dnia przed pię­cioma laty. Szes­na­stego grud­nia 2014 roku. W jego uro­dziny.

Pod­niósł się z wes­tchnie­niem i prze­szedł przez pu­ste po­miesz­cze­nie. Za­trzy­mał się przed ry­sun­kiem, który po­wie­sił na ścia­nie. Trzy osoby i mały, ła­ciaty pies, nie­bie­skie niebo i żółte słońce. Ja­kob pod­pi­sał go z uro­czym błę­dem tak: "Tata, mama, Ja­kob i Bella na pla­rzy".

Wy­cią­gnął dłoń i prze­su­nął pal­cami po pa­pie­rze, który z bie­giem czasu się po­fał­do­wał.

- Tata za­raz do cie­bie przyj­dzie - wy­szep­tał. - Do cie­bie, Ja­ko­bie, do mamy i Belli.

Po­tem od­wró­cił się i zszedł po­woli scho­dami. Pu­ste re­gały na książki, pu­ste szafki i pu­ste wnęki. Znik­nęło wszystko, co wcze­śniej sta­no­wiło część jego ży­cia. Nie zaj­rzał do sy­pialni, w któ­rej bu­dził się i za­sy­piał przez nie­mal dwa­dzie­ścia lat, z któ­rych pięt­na­ście było szczę­śli­wych, a pięć kosz­mar­nych. Mi­nął rów­nież ła­zienkę. Tam po raz ostatni wziął prysz­nic. Mu­siał zmyć ją z sie­bie. Jej za­pach. Po­przed­niego wie­czoru nie­spo­dzie­wa­nie sta­nęła przed jego drzwiami, z dwiema piz­zami i dwiema bu­tel­kami czer­wo­nego wina. Nie po­wi­nien był jej wpusz­czać. Nie mógł znieść jej wi­doku. Wzbu­dzała w nim obrzy­dze­nie. Nie, jesz­cze go­rzej - nie­na­wiść. Bo nie po­tra­fił się jej oprzeć. Znów go ku­siła. Znów go do­słow­nie zmu­szała tą swoją per­swa­zją i proś­bami. Jak za każ­dym ra­zem wcze­śniej. Jak za każ­dym ra­zem, kiedy po­tra­fiła na­kło­nić go do ro­bie­nia rze­czy, któ­rych ni­gdy w ży­ciu nie chciał ro­bić. Nie miała po­ję­cia, co się dziś wy­da­rzy, bo inni jej nie in­te­re­so­wali. Tylko ich wy­ko­rzy­sty­wała.

Te­raz le­żała na pod­ło­dze w to­a­le­cie dla go­ści. Po­miesz­cze­nie nie miało okien, za to po­sia­dało ma­sywne drzwi, które dla oszczęd­no­ści miej­sca otwie­rały się do środka. Nie mo­gła ich wy­ła­mać kop­nię­ciem.

O 8.32 po raz ostatni wy­szedł z domu. Ski­nie­niem głowy po­zdro­wił ko­bietę z mop­sem, którą wi­dy­wał nie­mal co­dzien­nie, otwo­rzył ga­raż i wsiadł do sa­mo­chodu. Wy­co­fał na ulicę i jesz­cze raz spoj­rzał na dom, ich gniazdko, które tak ko­chali.

- Trzy­maj się, domku - po­wie­dział ci­cho, po czym do­dał gazu i od­je­chał w stronę au­to­strady.

Wszystko do­kład­nie prze­my­ślał. Wszystko sta­ran­nie za­pla­no­wał. Dziś przy­szedł czas. W szes­na­ste uro­dziny Ja­koba.

Był go­tów.

SOBOTA 7 GRUD­NIA

Przez całe przed­po­łu­dnie śnieg był głów­nym te­ma­tem po­ru­sza­nym przez nie­licz­nych klien­tów, któ­rym udało się do­stać do ap­teki. Za­częło sy­pać już po­przed­niego wie­czoru i od tam­tego czasu śnieg pró­szył z ni­sko wi­szą­cych chmur, przy­sła­nia­jąc świat bia­łym ca­łu­nem. Miej­skie pługi le­d­wie ra­dziły so­bie z utrzy­ma­niem ulic w jako ta­kim sta­nie prze­jezd­no­ści, a je­śli ktoś rano za­dał so­bie trud oczysz­cze­nia chod­nika przed do­mem, pół go­dziny póź­niej mógł za­czy­nać od nowa. Biała pie­rzyna gru­bo­ści dwu­dzie­stu pię­ciu cen­ty­me­trów przy­kry­wa­jąca sa­mo­chody, da­chy i kon­te­nery na od­pady przy­po­mi­nała Anne Böh­le­feld czas dzie­ciń­stwa. Wów­czas każ­dej zimy pa­dało tyle śniegu i w jej wspo­mnie­niach mu­siały mi­nąć całe ty­go­dnie, za­nim za­czął się to­pić; nie to, co te­raz, kiedy wy­star­czyło kilka go­dzin, żeby biały puch na uli­cach zmie­nił się w bru­natną breję. Czuła dziwny spo­kój, gdy pa­dało, jak daw­niej, kiedy jesz­cze były cztery pory roku i nikt nie mó­wił o zmia­nach kli­matu.

Klienci na bu­tach wno­sili do ap­teki wil­gotny chłód i top­nie­jącą papkę. Młodsi na­rze­kali, bo nie po­do­bało im się od­śnie­ża­nie sa­mo­cho­dów, starsi bali się po­śli­zgnięć, upad­ków i po­ła­ma­nych koń­czyn, a ona my­ślała, ja­kie to ty­powo nie­miec­kie, że wszy­scy za­wsze sku­piali się na ne­ga­tyw­nych aspek­tach. Jed­nak tego dnia nic nie mo­gło ze­psuć jej hu­moru, bo po­przedni wie­czór był udany jak rzadko kiedy. Ra­zem z Jör­giem zo­stali za­pro­szeni do zna­jo­mych na obiad z grami kry­mi­nal­nymi, przy któ­rych śmiała się tak bar­dzo, że dziś bo­lały ją mię­śnie brzu­cha.

Około po­łu­dnia za­koń­czył się na­pływ i tak bar­dzo nie­licz­nych klien­tów.

- Przez ten śnieg nikt już dzi­siaj nie przyj­dzie - stwier­dziła sze­fowa. - Może pani skoń­czyć na dzi­siaj. Ja za­mknę.

Rze­czy­wi­ście, da­lej pa­dało bez prze­rwy, a ruch na uli­cach nie­mal ustał. Kilka osób wcze­śniej opo­wia­dało, że za­wie­szono kur­so­wa­nie au­to­bu­sów i li­nii S3, bo drzewo prze­wró­ciło się na li­nie trak­cyjne. Anne się­gnęła do kie­szeni i wy­jęła te­le­fon. Lissy jesz­cze się nie ode­zwała, więc na­pi­sała do córki krótką wia­do­mość. Za­pro­po­no­wała, że pod­je­dzie po nią do Sary, jej przy­ja­ciółki, żeby nie mu­siała wra­cać w tym śniegu. Po­tem spraw­dziła jesz­cze za­mó­wie­nia.

- Dzwo­niła pani Kreu­zer z Fal­ken­strasse - po­wie­działa. - Boi się wy­cho­dzić z domu. Wra­ca­jąc, pod­rzucę jej le­kar­stwa.

Spoj­rzała na ekran smart­fona. Lissy nie od­po­wie­działa. Dziwne. Otwo­rzyła okienko czatu. Przy wia­do­mo­ści, którą wy­słała chwilę wcze­śniej, wid­niał po­je­dyn­czy szary pta­szek. Lissy po raz ostatni ko­rzy­stała z apli­ka­cji po­przed­niego wie­czoru o 19.22. Anne prze­łknęła ner­wowo ślinę i wy­brała nu­mer córki. Wy­brany nu­mer jest cza­sowo nie­do­stępny. Spró­buj za­dzwo­nić póź­niej. Po­czuła ucisk pod most­kiem i gorzki smak w ustach. Cza­sowo nie­do­stępny. Po­je­dyn­czy szary pta­szek przy wia­do­mo­ści. To prze­cież nie­moż­liwe! Jej córka była do­słow­nie zro­śnięta z te­le­fo­nem, ni­gdy go nie wy­łą­czała i nie­mal ob­se­syj­nie pil­no­wała, żeby za­wsze mieć wy­star­cza­jąco na­ła­do­waną ba­te­rię. Anne uru­cho­miła apli­ka­cję z lo­ka­li­za­cją Find My. Lissy żar­to­wała, że wła­ściwą na­zwą by­łoby Stal­king-App, jed­nak nie miała nic prze­ciwko, żeby matka za­wsze mo­gła spraw­dzić, gdzie się aku­rat znaj­duje. W pierw­szej chwili Anne za­drżała z ra­do­ści i ulgi, bo punk­cik na ekra­nie po­ka­zy­wał ko­mórkę Lissy w Nie­der­höch­stadt, jed­nak po­tem ko­bieta prze­czy­tała pod­pis pod mapką Lis­Bo­e2003@t-on­line.de, Esch­born, Ste­in­ba­cher Strasse, 19 go­dzin temu. Za­raz po­tem punk­cik znik­nął. Brak lo­ka­li­za­cji.

Anne we­szła do po­koju dla pra­cow­ni­ków i za­mknęła za sobą drzwi. Wy­brała nu­mer Jörga. Gdyby Lissy zgu­biła ko­mórkę albo gdyby ktoś ją ukradł, z pew­no­ścią zna­la­złaby spo­sób, by po­wia­do­mić matkę o naj­strasz­liw­szym nie­szczę­ściu, ja­kie mo­gło spo­tkać na­sto­latkę. Nie, nie było po pro­stu żad­nego lo­gicz­nego wy­ja­śnie­nia, dla­czego Lissy od dzie­więt­na­stej dwa­dzie­ścia dwie po­przed­niego wie­czoru nie po­ja­wiła się on­line.

- No, od­bierz w końcu - mruk­nęła Anne, przy­ci­ska­jąc dłoń do mostka, lecz mąż się nie zgła­szał.

Wzięła głę­boki od­dech. Strach ustą­pił miej­sca złym prze­czu­ciom. Do kogo mo­głaby za­dzwo­nić? Do Sary? Nie, le­piej do jej matki. Violę Korb­ma­cher znała tylko z wy­wia­dó­wek, szkol­nych uro­czy­sto­ści i paru spo­tkań w kla­so­wym gro­nie. Trzę­sły jej się palce, gdy prze­wi­jała li­stę na­zwisk w książce ad­re­so­wej, by w końcu pod li­terą K tra­fić na wła­ściwy nu­mer.

- Pro­szę, bądź u nich! - szep­tała, cze­ka­jąc na sy­gnał wo­ła­nia. - Pro­szę, Lissy, bądź u Sary. Bła­gam. Na­wet je­śli zgu­bi­łaś te­le­fon, to nic się nie stało. Albo po pro­stu za­po­mnia­łaś go na­ła­do­wać. Pro­szę, pro­szę, pro­szę, Boże drogi, po­zwól, żeby po pro­stu za­spała...

- Wi­taj, Anne! - Za­sko­cze­nie w gło­sie Violi Korb­ma­cher było ni­czym cios w splot sło­neczny. Jak miło cię sły­szeć! Co u cie­bie?

- Cześć, Viola. - Anne sta­rała się za­pa­no­wać nad to­nem, by nie było w nim sły­chać pa­niki. - Słu­chaj, czy dziew­czynki jesz­cze śpią? Pró­bo­wa­łam do­dzwo­nić się do Lissy, ale ma wy­łą­czony te­le­fon.

- Hmmm...

Anne nie mo­gła na­brać od­de­chu. Ta chwila wa­ha­nia w każ­dej ko­mórce jej ciała po­ru­szyła coś, co było w nich od pierw­szej se­kundy, gdy wzięła Lissy w ra­miona: prze­ra­ża­jący, wszech­ogar­nia­jący strach o dziecko, który drze­mie w każ­dej matce.

- Lissy u nas nie no­co­wała - od­parła Viola, de­li­kat­nie za­sko­czona. - Sara ja­kiś czas temu po­je­chała z oj­cem do parku Al­ter Kur­park. Po­ma­gają tam przy sto­isku klubu spor­to­wego, bo w Bad So­den mamy w ten week­end jar­mark bo­żo­na­ro­dze­niowy.

- Ale... my­śla­łam... zna­czy... Lissy mó­wiła, że bę­dzie u was no­co­wać - wy­ją­kała Anne.

- Nie­stety, bar­dzo mi przy­kro - od­parła Viola gło­sem, jakby chciała po­wie­dzieć: "No cóż, moja droga, to cię córka okła­mała, nie ma co".

- Dzię­kuję - wy­szep­tała Anne i za­koń­czyła roz­mowę. Osu­nęła się na wą­skie łóżko i po­now­nie otwo­rzyła na What­sAp­pie chat z Lissy, wal­cząc ze stra­chem, który gro­ził po­chło­nię­ciem jej ni­czym po­tężna, czarna fala. Miała mę­tlik w gło­wie. Czy Lissy na pewno mó­wiła, że bę­dzie spać u Sary? A może miała na my­śli Mar­cellę, Lynn czy któ­rąś z po­zo­sta­łych ko­le­ża­nek? I dla­czego Jörg nie od­dzwa­niał? Anne od­czy­tała po­wtór­nie ostat­nią wia­do­mość, którą Lissy wy­słała jej po­przed­niego dnia, osiem­na­ście mi­nut po siód­mej wie­czo­rem. Na lo­do­wi­sku było su­per, pę­dzimy na po­ciąg. Do ju­tra, ko­cham Cię.

Anne za­ci­snęła usta i prze­wi­nęła wia­do­mo­ści. Za­wa­hała się, za­nim wy­brała na­gra­nie gło­sowe, które córka przy­słała jej sie­dem­na­ście po trze­ciej po po­łu­dniu.

- Hej, mamo - usły­szała jej głos. - Wy­cho­dzimy już z Sarą. Po­sprzą­ta­łam kuch­nię, po­kój ogarnę ju­tro, jak wrócę. Te­raz spo­ty­kamy się z Mar­cellą, Lynn i resztą, i ra­zem le­cimy na lo­do­wi­sko. Po­tem idziemy do Sary i bę­dziemy u niej no­co­wać wszyst­kie. Będą na­le­śniki, a ju­tro jesz­cze wy­sko­czymy na jar­mark, ale to ci mó­wi­łam. Daj znać, czy to na pewno okej? Ko­cham cię.

Ból prze­szył jej serce. Anne za­ci­snęła po­wieki.

*

Póź­niej nie była w sta­nie przy­po­mnieć so­bie, jak do­tarła do domu. Wpa­dła do środka, wbie­gła scho­dami na pię­tro i otwo­rzyła drzwi do po­koju Lissy, kie­ro­wana ir­ra­cjo­nalną na­dzieją, że zo­ba­czy tam śpiącą spo­koj­nie córkę. Jed­nak jej łóżko było pu­ste, a w po­miesz­cze­niu pa­no­wał ba­ła­gan, który obie­cała po­sprzą­tać po po­wro­cie. Otwarta szafa, wy­su­nięte szu­flady, po­roz­rzu­cane ubra­nia, a na biurku sterta szkol­nych rze­czy, ko­sme­ty­ków i za­ba­wek.

Ko­bieta po­czuła, jak siły opusz­czają jej ciało. Usia­dła ciężko na naj­wyż­szym stop­niu scho­dów i przez ja­kiś czas nie ru­szała się z miej­sca, pró­bu­jąc za­pa­no­wać nad ka­ru­zelą my­śli. Gdzie je­steś, Lissy?

Drgnęła prze­stra­szona, kiedy nie­spo­dzie­wa­nie roz­dzwo­niła się jej ko­mórka.

- Lissy! - Prze­mknęło jej przez głowę, lecz ku jej bez­gra­nicz­nemu roz­cza­ro­wa­niu na ekra­nie po­ja­wiło się na­zwi­sko Violi Korb­ma­cher.

- Lissy się ode­zwała? - za­py­tała matka Sary.

- Nie - od­po­wie­działa Anne, z tru­dem pa­nu­jąc nad gło­sem. - Ma wy­łą­czoną ko­mórkę. A nor­mal­nie ni­gdy jej nie wy­łą­cza.

- Za­dzwo­ni­łam do Sary - cią­gnęła Viola. - Ona też nie­stety nie wie, gdzie jest Lissy. Ale po­wie­działa, że po­przed­niego wie­czoru mocno się o coś po­spie­rały. Lissy była tak na nią zła, że chciała wra­cać do domu pie­chotą z Nie­der­höch­stadt.

- Po­kłó­ciły się? Niby o co? - wy­szep­tała Anne.

- Nie mam po­ję­cia.

Nie, to nie­moż­liwe. Lissy i Sara były jak pa­pużki nie­roz­łączki. Ni­gdy się nie kłó­ciły.

- Bar­dzo mi przy­kro, Anne. Gdy­bym tylko mo­gła ja­koś po­móc...

Anne prze­rwała po­łą­cze­nie. Z dołu do­biegł trzask zamka w drzwiach.

- Anne? - Przy scho­dach po­ja­wił się Jörg. Po­tarł pal­cem plamę ze smaru. Mu­siał pra­co­wać przy mo­to­cy­klu i dla­tego nie sły­szał, jak do niego dzwo­niła. - Ode­bra­łaś mięso od rzeź­nika?

Ich spoj­rze­nia się skrzy­żo­wały. Od mie­sięcy nie był tak roz­luź­niony i w do­brym hu­mo­rze. Po­przedni wie­czór do­brze mu zro­bił. Wie­czór pe­łen swo­bod­nego śmie­chu i seks po po­wro­cie do domu. W cza­sie, kiedy Lissy mo­gło stać się coś złego...

- Nie mogę do­dzwo­nić się do Lissy - po­wie­działa szep­tem, bo bała się, że głos od­mówi jej po­słu­szeń­stwa. - Od wczo­raj­szego wie­czoru ma wy­łą­czony te­le­fon. I wcale nie no­co­wała u Sary. Jörg, boję się, że coś jej się stało.

Miała na­dzieję, że wy­buch­nie śmie­chem i po­wie, że mała była z nim w ga­rażu i po­ma­gała przy mo­to­cy­klu. Ale tego nie zro­bił. Po­trze­bo­wał kilku se­kund, za­nim zro­zu­miał, co chciała mu prze­ka­zać.

Ra­zem ob­dzwo­nili wszyst­kich zna­jo­mych, zna­jome i przy­ja­ciółki córki. Bez skutku. Mar­cella i Lynn od wczo­raj nie miały z nią żad­nego kon­taktu, jed­nak nie­za­leż­nie od sie­bie po­twier­dziły, że Lissy i Sara bar­dzo mocno się po­kłó­ciły, kiedy wszyst­kie ra­zem wra­cały z lo­do­wi­ska na dwo­rzec w Nie­der­höch­stadt. Nie miały po­ję­cia, o co im po­szło. One dwie rów­nież miały no­co­wać u Sary, piec pier­niki i oglą­dać ulu­biony se­rial Ri­ver­dale, lecz ku ich roz­cza­ro­wa­niu, po kłótni z Lissy Sara bru­tal­nie po­dzię­ko­wała im za to­wa­rzy­stwo. Sara, Paula i Ju­lika wsia­dły w po­ciąg do Bad So­den, a Mar­cella i Lynn wró­ciły do do­mów pie­chotą. Ka­wa­łek drogi Lissy szła przed nimi, ale po­tem gdzieś skrę­ciła.

- Idziemy na po­li­cję - zde­cy­do­wał Jörg. - Od piątku pada śnieg. Je­śli co­kol­wiek jej się stało, je­śli jest ranna i gdzieś leży...

Nie mu­siał do­kań­czać zda­nia.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

SPIS PO­STACI

WY­DZIAŁ K11:

OLI­VER VON BODEN­STEIN, szef wy­działu K11

PIA SAN­DER, daw­niej Kirch­hoff, po­li­cjantka

DR NICOLA ENGEL, sze­fowa pionu kry­mi­nal­nego, dy­rek­torka ko­mendy w Ho­fheim

KAI OSTER­MANN, po­li­cjant

KATH­RIN FACHIN­GER, po­li­cjantka

CEM ALTU­NAY, po­li­cjant

TARIK OMARI, po­li­cjant

CHRI­STIAN KRÖGER, szef ze­społu tech­ni­ków kry­mi­na­li­styki

MERLE GRUM­BACH, rzecz­niczka praw ofiar

STE­FAN SMY­KALLA, rzecz­nik pra­sowy ko­mendy w Ho­fheim

TANJA GATZKE, sze­fowa ze­społu spe­cjal­nego

PROF. DR HEN­NING KIR­CH­HOFF, szef In­sty­tutu Me­dy­cyny Są­do­wej we Frank­fur­cie

RON­NIE BÖHME, asy­stent sek­cyjny

DR JULIUS ROSEN­THAL, pro­ku­ra­tor z Frank­furtu

JÖRG HEIDEN­FELD, pro­ku­ra­tor z Frank­furtu

I INNI W KO­LEJ­NO­ŚCI AL­FA­BE­TYCZ­NEJ:

PHI­LIP ALTVA­TER, wy­dział we­wnętrzny Fe­de­ral­nego Urzędu Śled­czego

SOPHIA VON BODEN­STEIN, córka Oli­vera

QUEN­TIN VON BODEN­STEIN, brat Oli­vera

ANNE BÖH­LE­FELD, matka Lissy

JÖRG BÖH­LE­FELD, jej mąż, oj­ciec Lissy

JONAS BÖH­LE­FELD, jego brat

WALID BOUAZIZ, pro­gra­mi­sta

MAR­KUS BURKHARDT, pra­cow­nik Fe­de­ral­nego Urzędu Śled­czego

HAN­NE­LORE FACHIN­GER, bab­cia Ka­th­rin

EWALD FRIT­SCHE, szef służb pre­wen­cji

KON­STAN­TIN HAWELKA, sę­dzia sądu okrę­go­wego we Frank­fur­cie

TURGAY KARA­MAN, rzeź­nik z Bad Cam­berg

CHRI­STINE KEL­MENDI, astro­lożka i me­dium

WER­NER KOLBE, są­siad Böh­le­fel­dów

SARA KORB­MA­CHER, naj­lep­sza przy­ja­ciółka Lissy

VIOLA KORB­MA­CHER, matka Sary

FAR­WAD MAH­MO­UDI, uchodźca z Afga­ni­stanu z ne­ga­tyw­nie roz­pa­trzo­nym wnio­skiem azy­lo­wym

VOL­KER MAZA­NEK, przed­się­biorca po­grze­bowy

DR JAN PFEF­FER­KORN, ad­wo­kat

DANIEL RAD­LOFF, mor­derca dziecka

ULRIKE RAD­LOFF, jego matka

DR CHRI­STOPH SAN­DER, mąż Pii i dy­rek­tor zoo fun­da­cji Opla

PRO­FE­SOR KARIM SHA­RI­TYAR, tłu­macz i oj­czym Ylvy

YLVA SHA­RI­TYAR, córka Jörga Böh­le­felda

WOLF SOL­L­BERG, ho­dowca grzy­bów

UDO SZA­MEIT, ad­wo­kat

DEN­NIS WEINERT, na­uczy­ciel wu­efu i ma­te­ma­tyki

LEONA WEINERT, jego żona

MARCO WESE­NICK, wła­ści­ciel ma­ga­zy­nów Blu­eSky

MAR­CELLA, LYNN, JULIKA i PAULA, przy­ja­ciółki Lissy