4
Dollard wpuścił nas przez tylną furtkę. Zeszliśmy z dziedzińca na cementową ścieżkę. Szary budynek przypominał chmurę burzową; był ogromny, miał płaski dach i front jak lita płyta betonu. Ani śladu schodów czy podjazdu, po prostu brązowe, metalowe drzwi umieszczone na parterze. Małe kanciaste litery głosiły: "Starkweather: Bud. główny". Rzędy drobnych okien - bez krat - znaczyły betonową ścianę. Szyby zdawały się okropnie mętne, jakby zasnute jakąś maskującą warstewką. Nie były ze szkła, lecz z grubego, nietłukącego się plastiku, zmatowionego przez mieciony wiatrem piach. Być może widok krajobrazu na nic się nie zda, kiedy człowiek ma mętlik w głowie.
Drzwi nie były zamknięte na klucz. Dollard pchnął prawe skrzydło i weszliśmy do małej, zimnej recepcji, gdzie unosił się zapach pieczonego mięsa. Łososiowe ściany i czarne linoleum wyglądały blado w niebieskawym świetle jarzeniówek. W górze przewody klimatyzacyjne wydawały dźwięk, który przywodził na myśl szept ludzkich głosów.
Otyła kobieta koło trzydziestki, w okularach, siedziała za dwoma drewnianymi biurkami ustawionymi w kształt litery L i rozmawiała przez telefon. Miała na sobie żółtą włóczkową bluzkę bez rękawów i, podobnie jak Dollard, identyfikator ze zdjęciem. Na biurkach stały dwie tabliczki: "Punkt 1: Mam zawsze rację. 2: Patrz punkt 1." oraz "L. Schmitz". Między nimi leżała sterta broszur.
Telefon obsługiwał kilkanaście linii. W tej chwili błyskały na nim cztery lampki. Na ścianie za biurkiem wisiało kolorowe zdjęcie Emila Starkweathera, rozpromienionego wyborczym uśmiechem - arcydziełem sztuki protetycznej. Nad nim znajdowała się nalepka z prośbą do pracowników o datki na zabawki dla dzieci z domów dziecka i United Way. Na lewo wisiała wypaczona półeczka z trofeami sportowymi i triumfalne zdjęcia grupowe z podpisami sławiącymi sukcesy "Miotaczy", pracowniczej drużyny kręglarskiej szpitala Starkweathera - w ciągu dziesięciu lat siedmiokrotnie zajmowali pierwsze miejsce w rozgrywkach. Na prawo ciągnął się długi, jasny korytarz o ścianach upstrzonych tablicami ogłoszeń i dalszymi brązowymi drzwiami.
Dollard podszedł do biurka pani Schmitz, która jeszcze przez chwilę rozmawiała, aż wreszcie odłożyła słuchawkę.
- Dzień dobry, Lindeen. Ci panowie są umówieni na dziesiątą z panem Swigiem.
- Ciągle rozmawia, ale zaraz powinien skończyć. Kawy?
- Nie, dziękuję - odpowiedział Dollard, zerkając na zegarek.
- Jeszcze minutkę, Frank.
Milo wziął dwie broszurki i podał mi jedną. Lindeen zerknęła na niego i wróciła do telefonu, przytakując niechętnie. Odłożyła znowu słuchawkę i zapytała:
- Jesteście panowie z policji? W sprawie doktor Argent?
- Zgadza się. - Milo oparł się o biurko. - Znała ją pani?
- Tylko z widzenia. To straszne, co się jej przytrafiło.
I znów wróciła do telefonu.
Milo przez dłuższą chwilę nie odstępował od biurka. Lindeen posłała mu przelotny uśmiech, ale nie przerwała rozmowy. Podał mi ulotkę. Obaj zatopiliśmy się w lekturze.
Najpierw przejrzałem krótką historię szpitala stanowego Starkweathera, potem spisaną tłustym drukiem "Deklarację zamierzeń" z mnóstwem zdjęć Emila Malwersanta i otoczonego wianuszkiem bezimiennych dygnitarzy gubernatora, wbijającego w ziemię pozłacane ostrze pierwszej łopaty. Dalej szła historia budowy, od wykopów po wykończenie - dźwigi, buldożery, robotnicy w kaskach, uwijający się jak mróweczki - w końcu szeroka perspektywa budynku pod prześlicznym niebem, równie sztucznym, jak zęby Starkweathera. Ściany budowli już wtedy były poplamione. W dniu otwarcia szpital wyglądał przygnębiająco.
"Deklarację zamierzeń" napisał William T. Swig, doktor medycyny, dyrektor ośrodka. Podkreślał w niej potrzebę humanitarnego traktowania pacjentów, a zarazem konieczność ochrony społeczeństwa. Szeroko rozwodził się o celach, wytycznych, zamiarach, przekuwaniu teorii w praktykę. Kto uczył biurokratów pisać?
Złożyłem broszurę na pół i wsunąłem do kieszeni w momencie, kiedy Lindeen powiedziała:
- W porządku, jest wolny.
Ruszyliśmy za Dollardem i znaleźliśmy się w korytarzu. Na paru drzwiach pod szkłem znajdowały się tabliczki z nazwiskami, większość okienek była jednak pusta. Tablice ogłoszeń pokrywała warstwa urzędowych papierów: dyrektyw, notatek, ustaw, regulaminów. Nikt inny nie szedł korytarzem. Zdałem sobie sprawę, że wokół panuje zupełna cisza, jeśli nie liczyć syku przewodów nad naszymi głowami.
Drzwi do gabinetu Swiga nie różniły się od pozostałych, a jego tabliczka z nazwiskiem była równie nietrwała, jak wszystkie inne. Dollard zapukał jeden raz i wszedł, nie czekając na odpowiedź. Przeszliśmy do sekretariatu, gdzie siedziała kolejna recepcjonistka, starsza i większa od Lindeen.
- Śmiało, Frank.
Trzy wazony z wielkimi żółtymi różami, niewątpliwie z własnego ogrodu, stały na biurku. Z ekranu komputera patrzyła na nas Mona Lisa, robiąca za wygaszacz ekranu. Uśmiechała się, potem marszczyła brwi, znów uśmiechała, znowu marszczyła brwi...
Dollard wszedł prosto do gabinetu. Swig podał nam rękę na powitanie.
Był młodszy, niż się spodziewałem - miał góra trzydzieści pięć lat - szczupły i prawie zupełnie łysy. Miał okrągłą buzię dziecka, upstrzoną kilkoma złowróżbnymi pieprzykami na policzkach i podbródku. Odrobina włosów, która mu pozostała, miała kolor blond i przypominała delikatny puszek. Ubrany był w niebieską koszulę z krótkimi rękawami, krawat w kratkę, granatowe spodnie i mokasyny.
- Bill Swig - rzekł, podając nam po kolei zimną, drobną dłoń.
Nastąpiła ogólna prezentacja. Biurko Swiga było nieco większe niż jego sekretarki, ale nie przesadnie; żadnych dowcipnych tabliczek, tylko przybornik na ołówek i pióro, parę książek i folderów, kilka zwróconych tyłem do nas zdjęć w ramkach. Z prawej na ścianie wisiało zdjęcie przedstawiające Swiga w ciemnym garniturze, z kobietą o kręconych włosach i ostrym podbródku i dwoma ładnymi dziewczynkami w wieku około czterech-sześciu lat. Obie miały lekko orientalne rysy. Kilka książek i mnóstwo spiętych gumkami papierów leżało na półkach w jedynej gablotce. Z plastikowego okna roztaczał się oleisty widok na dziedziniec szpitala.
- Masz do mnie coś jeszcze?- spytał Dollard.
- Nie, dziękuję, Frank - odparł Swig i Dollard pośpiesznie wyszedł. - Siadajcie, panowie. Proszę mi wybaczyć, że kazałem panom czekać. To prawdziwa tragedia, ta historia z doktor Argent. Wciąż jestem w szoku.
- Domyślam się, że niełatwo pana zszokować - odezwał się Milo.
Swig się zmieszał.
- Mam na myśli pańską pracę - wyjaśnił Milo. - To, co pan widzi na co dzień.
- Och! To niezupełnie tak wygląda, panie Sturgis. W zasadzie to spokojne miejsce, pewnie bezpieczniejsze niż ulice Los Angeles. Zwłaszcza od kiedy naprawiono klimatyzację. W istocie równie łatwo mnie zaskoczyć, jak każdego innego.
- Klimatyzację? - zdziwił się Milo.
- Mieliśmy problem - odrzekł Swig. - Przed paru laty wysiadły nam skraplacze. - Rozłożył ręce. - Mój poprzednik nie zdołał ich naprawić. Jak się pan zapewne domyśla, wygoda naszych pacjentów nie ma najwyższego priorytetu w Sacramento. W końcu personel zaczął się wykruszać i coś drgnęło. Napisałem raport i wreszcie mamy nowy system. Dzisiejszy dzień jest doskonałym przykładem - może pan go sobie wyobrazić bez klimatyzacji?
- Jak radzili sobie z tym pacjenci?
Swig usiadł w fotelu.
- Była to dla nich swoista... próba. Ale... W czym mogę panom pomóc?
- Ma pan coś do powiedzenia na temat zabójstwa doktor Argent?
Swig pokręcił głową.
- Rozumiem pańskie podejrzenia, że miało coś wspólnego z pracą, ale osobiście uważam, iż to niemożliwe. Z jednego prostego powodu: pacjenci doktor Argent są tutaj, a ją zabito na zewnątrz. - Wskazał ręką na okno. - Dodajmy do tego fakt, że jej praca przebiegała bez zakłóceń. Nie ma punktu zaczepienia, prawda?
- Wzorowa pracownica?
- Byłem pod dużym wrażeniem jej osoby. Spokojna, zrównoważona, troskliwa. Wszyscy ją lubili, pacjenci także.
- Mówi pan, jakby pacjenci zachowywali się rozsądnie - zauważył Milo.
- Słucham?
- Lubili ja, więc by jej nie skrzywdzili. Myślałem, że ci faceci nie kierują się żadną logiką. Czy żaden z nich nie mógł usłyszeć głosu, który kazał mu poderżnąć gardło doktor Argent?
Milo ani słowem nie wspomniał o oczach; była to informacja poufna.
Swig zacisnął usta.
- Tak... Cóż, są psychotyczni, ale większość z nich jest w bardzo dobrym stanie. Zresztą co to zmienia? Sęk w tym, że nikt stąd nie wychodzi.
Milo wyjął notes i bazgrał w nim przez chwilę. To zawsze wywołuje jakąś reakcję. Swig uniósł brwi. Były jasnoblond, prawie niewidoczne, a ruch ten spowodował utworzenie się dwóch łukowatych zmarszczek ponad jasnymi, niebieskimi oczami.
Długopis się zatrzymał.
- Nikt nigdy stąd nie wychodzi? - spytał Milo.
Swig poprawił się na krześle.
- Nie twierdzę, że nigdy. Ale bardzo, bardzo rzadko.
- Jak rzadko?
- Tylko dwa procent w ogóle stara się o uzyskanie zwolnienia, a i tak większość z nich nie przechodzi przez sito naszej komisji rewizyjnej. Z tych, którzy stają przed komisją, z pięć procent dostaje zwolnienie warunkowe. To oznacza zakwaterowanie pod obserwacją i opiekę, regularne leczenie pozaszpitalne, losowe analizy moczu, które pozwalają sprawdzić, czy pacjent przyjmuje leki. Poza tym nie może wykazywać żadnych objawów niebezpiecznego nawrotu choroby. Każde, nawet najmniejsze załamanie - i wraca do nas. Z tych, którzy wychodzą, z powrotem trafia tutaj jakieś osiemdziesiąt procent. Odkąd tu jestem, żaden zwolniony pacjent nie popełnił zbrodni. Z czysto praktycznych względów podobne rozważania prowadzą donikąd.
- Od jak dawna pan tu pan jest?
- Od pięciu lat.
- A wcześniej?
- Wcześniej były pewne problemy.
- Właśnie - rzekł Milo, przeglądając notatki. - Przy tak małej liczbie zwolnionych, można łatwo śledzić ich dalsze losy.
Swig klasnął cicho.
- Owszem, ale wymagałoby to nakazu sądowego. Nawet nasi ludzie mają jakieś prawa; nie możemy na przykład przeglądać ich korespondencji bez przekonujących dowodów nasilenia się choroby.
- Możecie ich szprycować, ale nie szpiegować?
- Różnica jest taka, że szprycowanie stosuje się dla ich dobra. - Swig przysunął się z krzesłem bliżej. - Proszę posłuchać, nie chcę panu utrudniać pracy, ale nie bardzo wiem, do czego pan zmierza tymi pytaniami. Mogę zrozumieć pana początkowe przypuszczenia: doktor Argent pracowała z niebezpiecznymi typami, a teraz została zamordowana. Z pozoru wydaje się to logiczne. Ale jak już mówiłem, w szpitalu jest prawdopodobnie bezpieczniej niż w pańskim rewirze.
- Czyli muszę pogrzebać w papierach, żeby się dowiedzieć, kogo zwolniono?
- Obawiam się, że tak. Proszę mi wierzyć, że gdyby istniało jakieś oczywiste zagrożenie, natychmiast bym pana powiadomił. Chociażby dla własnego dobra. Nie możemy pozwolić sobie na błędy.
- W porządku - rzekł Milo tak spokojnie, że aż na niego spojrzałem. - Lećmy dalej. Co może mi pan powiedzieć o doktor Argent?
- Nie znałem jej za dobrze - odpowiedział Swig. - Była kompetentna, cicha, konkretna. Nie miała konfliktów z personelem ani pacjentami. - Wziął do ręki leżącą na biurku teczkę i przejrzał jej zawartość. - Tu jest coś co mogę panu dać. Jej akta.
- Dziękuję panu. - Milo oddał mi teczkę i wrócił do robienia notatek. W środku znajdowało się podanie Claire Argent o pracę, skrócony życiorys i zdjęcie legitymacyjne. Życiorys miał pięć stron: kilka publikacji, neuropsychologia, badanie czasu reakcji u alkoholików, same poważne pisma. Poza tym prowadziła wykłady w klinice. Dlaczego odeszła i trafiła tutaj?
Zdjęcie przedstawiało ładną, nieco szeroką twarz, rozjaśnioną nieśmiałym półuśmiechem; przytrzymywane białą opaską gęste, ciemne włosy do ramion, wywinięte na końcach, z przodu tworzyły puszystą grzywkę; jasnoniebieska bluzeczka bez kołnierzyka; czysta cera, prawie bez makijażu, duże, ciemne oczy. Pierwsze określenie, które przyszło mi do głowy, to "zdrowa dziewczyna". Może wyglądała trochę zbyt niewinnie jak na swój wiek, zwłaszcza że sprawiała wrażenie trzydziestolatki, a nie kobiety pod czterdziestkę. Z metryki wynikało, że miała trzydzieści dziewięć lat.
Na zdjęciu nie było daty, więc mogło zostać zrobione kilka lat wcześniej. Dziesięć lat temu doktor Argent obroniła pracę doktorską - może przy tej okazji zrobiła zdjęcie? Dalej przyglądałem się jej twarzy - najlepiej prezentowały się błyszczące, ciepłe oczy.
Teraz zmasakrowane. Czyżby miały stać się dla kogoś cennym trofeum?
- Obawiam się, że niewiele mam do powiedzenia - odezwał się Swig. - Jest tu ponad setka pracowników, w tym ponad dwudziestu psychologów i psychiatrów.
- Reszta to personel pomocniczy, tak jak Dollard?
- Sanitariusze, lekarze innych specjalności, pielęgniarki, sekretarki, kucharze, hydraulicy, elektrycy, strażnicy.
- I nie wie pan, czy któryś z tych ludzi utrzymywał jakąś znajomość z doktor Argent poza pracą?
- Nie mam pojęcia.
- Czy współpracowała z kimś na stałe?
- Musiałbym to sprawdzić.
- Bardzo proszę.
- Oczywiście. To potrwa kilka dni.
Milo wziął ode mnie teczkę, otworzył ją i przewertował papiery.
- Doceniam fakt, że udostępnił pan nam te dane, panie Swig. Kiedy ją zobaczyłem, wyglądała zupełnie inaczej.
Jakby odpierając komentarz, Swig zwrócił się do mnie:
- Pan jest psychologiem, doktorze Delaware? Sądowym?
- Klinicznym. Czasami udzielam konsultacji.
- Długo pan pracował z niebezpiecznymi psychotykami?
- Zaliczyłem staż w Atascadero. To wszystko.
- W tamtych czasach Atascadero musiało być dla pana ciężkim doświadczeniem.
- To prawda.
- Taaak. Zanim powstał Starkweather, Atascadero było najcięższym miejscem. Teraz trzymają tam głównie przestępców seksualnych - mówił dalej pobłażliwym tonem.
- Też macie paru takich, prawda? - wtrącił się Milo.
- Kilku - przytaknął Swig. - To recydywiści, których skazano akurat w okresie odwilży, gdy sąd zarządzał hospitalizację. Teraz idą do więzienia. Nie przyjęliśmy nikogo takiego od lat.
Zabrzmiało to tak, jakby szpital był college'em.
- Czy przestępców seksualnych umieszcza się razem z typowymi pacjentami, czy na górze, z tymi z 1368? - zapytałem.
- Z typowymi. - Swig dotknął jednego z pieprzyków na twarzy. - Ci z 1368 są w zupełnie innej sytuacji. Są naszymi gośćmi, nie stałymi mieszkańcami. Sąd nakazuje nam ich prześwietlić. Trzymamy ich osobno na czwartym piętrze.
- Żeby nie dawali złego przykładu tym z 1026?
Swig się zaśmiał.
- Nie sądzę, żeby tak łatwo dało się wpłynąć na tych z tysiąc dwadzieścia sześć. Nie, chodzi o bunt i ryzyko ucieczki. Przyjeżdżają i wyjeżdżają autobusem szeryfa; nie chcą się leczyć, marzą o tym, żeby się stąd wydostać. - Swig rozparł się wygodnie na fotelu, musnął dłonią pieprzyki na policzku. Dotykał ich delikatnie, jak niewidomy człowiek czytający alfabet Braille'a. - Mówimy o kryminalistach i symulantach, którzy myślą, że śliniąc się unikną San Quentin. Oceniamy ich i odsyłamy z powrotem. - Podniósł głos i lekko się zaczerwienił.
- Straszne zawracanie głowy - stwierdziłem.
- Odciąga nas od naszego głównego zadania.
- Czyli od opieki nad 1026 - rzucił Milo.
- Od leczenia chorych psychicznie morderców i trzymania ich na uboczu. Każdy z naszych pacjentów popełnił jakąś okrutną zbrodnię. Na zewnątrz słyszy się różne bzdury: "Każdy, kto zabija, musi być wariatem". Pan, doktorze, na pewno zdaje sobie sprawę, że to idiotyzm. Większość morderców jest w zupełności normalna. Nasi pensjonariusze to wyjątek. Przerażają społeczeństwo ewidentną przypadkowością zbrodni. Mają motyw, ale nie taki, który przemawia do ludzi. Jestem pewien, że pan mnie rozumie, doktorze Delaware.
- Głosy w głowie - odrzekłem.
- Właśnie. Z tym jest tak samo, jak z produkcją kiełbasy: im mniej społeczeństwo wie o tym, co robimy, tym lepiej dla nas i dla niego. Dlatego mam nadzieję, że śmierć Claire nie ściągnie na Starkweather powszechnego zainteresowania.
- Nie ma ku temu powodów - uspokoił go Milo. - Im szybciej wyjaśnię sprawę, tym prędzej zniknę z pańskiego życia.
Swig pokiwał głową i podrapał się w kolejny pieprzyk.
- Macie panowie coś jeszcze?
- Co dokładnie robiła tutaj doktor Argent?
- To co każdy psycholog. Indywidualnie dobierany trening behawioralny, trochę konsultacji, terapia grupowa - szczerze mówiąc, nie orientuję się w szczegółach.
- Słyszałem, że prowadziła grupę, która miała na celu trening podstawowych umiejętności.
- Zgadza się - przyznał Swig. - Przed paroma miesiącami poprosiła o pozwolenie na zorganizowanie zajęć.
- Po co, jeśli pacjenci stąd nie wychodzą?
- Starkweather to też społeczność. W niej również trzeba umieć sobie radzić.
- Ilu mężczyzn liczyła grupa?
- Nie mam pojęcia. Doktor Argent podejmowała samodzielnie decyzje o przyjęciu.
- Chciałbym się spotkać z tymi ludźmi.
- Po co?
- Na wypadek, gdyby coś wiedzieli.
- Nie wiedzą - stwierdził Swig. - Skąd mieliby... Nie, obawiam się, że nie mogę się na to zgodzić. To zbyt poważna ingerencja. Nie jestem pewien, czy którykolwiek zdaje sobie sprawę, co się z nią stało.
- Ma pan zamiar ich poinformować?
- To byłaby decyzja terapeutyczna.
- Czyli czyja?
- Głównego klinicysty, prawdopodobnie jednego z naszych starszych psychiatrów. Jeśli to wszystko...
- Jeszcze jedno - przerwał Swigowi Milo. - Doktor Argent zajmowała dobre stanowisko w szpitalu okręgowym. Ma pan jakiś pomysł, dlaczego zmieniła pracę?
Swig pozwolił sobie na lekki uśmiech.
- Naprawdę to pan pyta, dlaczego porzuciła wspaniały świat medycyny akademickiej dla naszego małego wariatkowa. Gdy ubiegała się o pracę u nas wspomniała, że chce zmienić tempo życia. Nie dopytywałem się więcej. Byłem szczęśliwy, że trafił mi się ktoś z takimi kwalifikacjami.
- Czy w czasie tej rozmowy powiedziała jeszcze coś, co mogłoby mi pomóc?
Swig ściągnął usta.
- Była bardzo zamknięta w sobie... Nie nieśmiała, raczej... opanowana. Ale miła, bardzo miła. To straszne, co ją spotkało.
Wstał, więc i my wstaliśmy. Milo mu podziękował.
- Chciałbym móc zrobić dla pana coś więcej.
- Właściwie... - stwierdził Milo. - Miło by było, gdybyśmy mogli rozejrzeć się tutaj trochę, tyle żeby poczuć atmosferę tego miejsca. Obiecuję, że nikogo nie zdenerwujemy, ale może moglibyśmy uciąć sobie pogawędkę z kimś z personelu, kto współpracował z doktor Argent?
Białe brwi znów się uniosły.
- Oczywiście, dlaczegóż by nie? - Swig otworzył drzwi do sekretariatu. Sekretarka układała róże w wazonie.
- Letty, zadzwoń, proszę, po Phila Hattersona. Detektyw Sturgis i doktor Delaware chcą się trochę rozejrzeć.