Potwór - Frank Peretti

Kup ebooka

14.90 zł
12.67 zł (12,22 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
 

ROZDZIAŁ I

 
 
 
 
 

Myśliwy, trzymając przed sobą gotową do strzału strzelbę, podążał tropem zwierzyny. Nagle stanął jak wryty i zastygł w bezruchu, niemalże niewidoczny wśród gęstych zarośli sośniny i jarzębu. Zatrzymał go dźwięk...

Pierwsze promienie słońca rozbłysły nad szczytem wzgórza na wschodzie. Półprzezroczyste smugi światła zaczęły się prześlizgiwać pomiędzy sosnowymi konarami i przedzierać przez poranną mgłę, wydobywając z cienia małe chmary wirujących owadów. Już wkrótce ciepły wiatr spłynie do wąwozu i sosny zaszumią niczym odległe morskie fale, lecz tymczasem, w ciszy poranka, pomiędzy chłodem nocy i ciepłem dnia, powietrze trwało w bezruchu i każdy dźwięk był niezwykle wyraźny. Myśliwy słyszał nawet bicie swojego serca. Gałęzie, ocierając się o rękawy jego kurtki w kolorze khaki, wydawały ostry, przenikliwy dźwięk, a patyki pękały pod jego stopami z przeraźliwym trzaskiem. 

Upiorne wycie było tak wyraźne, że dało się je słyszeć z odległości wielu mil. Nie zagłuszały go ani skrzeczenie sójek, ani piski wiewiórek. 

Dźwięk ustał na chwilę. Mężczyzna wstrzymał oddech i wytężył słuch. Nie musiał długo czekać: przeciągły, żałosny skowyt ponownie przeszył powietrze, sięgnął najwyższych tonów i zawisł na pełnej udręczenia nucie, a potem zamarł w oddali. 

Myśliwy zmarszczył brwi ukryte pod daszkiem czapki. Ten skowyt był zbyt głęboki i gardłowy jak na wilka. Puma też nie wydaje z siebie takich dźwięków. Niedźwiedź? Wykluczone. Jeśli to jest to zwierzę, którego tropem podążał, najwyraźniej coś zakłóciło mu spokój. 

I wygląda na to, że ukrywa się gdzieś daleko stąd. 

Mężczyzna ruszył dalej szybkim krokiem, uchylając się przed gałęziami i lustrując okolicę badawczym wzrokiem. 

 

Po niespełna dwóch milach dostrzegł w sklepieniu lasu lukę, przez którą wdzierało się dzienne światło. Najwyraźniej zbliżał się do polany. 

Zwolnił kroku, ukrył się za potężną powaloną jodłą i ostrożnie wychylił głowę zza drzewa. 

Parę jardów przed nim otwierała się przesieka - szeroki, bezdrzewny pas zasłany kawałkami drewna i świeżo ściętymi pniami. Przesiekę przecinała gruntowa droga, przy której piętrzyła się wysoka sterta konarów i ścinków przeznaczonych do spalenia, zaś w oddali stał uśpiony masywny, żółty buldożer z gąsienicami pokrytymi świeżo zaschniętą ziemią. Obok na transport oczekiwał ogromny, równo ułożony stos bali. 

Wszystko trwało w bezruchu, słychać było jedynie dobiegający warkot zdezelowanej półciężarówki stojącej w centralnej części przesieki. 

Myśliwy czekał, przyczajony, z głową tuż nad pniem zwalonej jodły. Wodził wzrokiem po przesiece w poszukiwaniu ludzi, którzy przecież musieli gdzieś tam być. Jednak nikt się nie pojawił i tylko silnik samochodu dalej cicho pracował. 

Przebiegł wzrokiem od auta do buldożera, potem przyjrzał się stosowi bali, a na koniec znów półciężarówce - jego uwagę przyciągnął jakiś podłużny przedmiot wystający zza tylnych kół. Szybkim ruchem przyłożył do oczu podręczną lornetkę i przyjrzał mu się dokładniej. 

Podłużny przedmiot okazał się ludzką ręką - nieruchomą i umazaną krwią.

Myśliwy rozejrzał się, odczekał jeszcze parę sekund, a potem, upewniwszy się, że jest sam, przeskoczył nad zwalonym pniem i zakradł się na przesiekę, stąpając ostrożnie po kamieniach, patykach i kępkach trawy, aby nie pozostawić po sobie żadnych śladów. Samochód stał zakopany w świeżej ziemi, w którą niedawno wgryzł się buldożer. Nie to było jednak w tym momencie najważniejsze. Mężczyzna szedł dalej, układając w myślach plan działania. 

Gdy dotarł do auta, zwolnił kroku i ostrożnie obszedł je dookoła, wyciągając szyję. Gdyby tylko mógł uniknąć tego przerażającego widoku... 

To, co znalazł po drugiej stronie auta, nie było dla niego niespodzianką, ale niewątpliwie było przerażające i bardzo komplikowało jego plany. Myśliwy oparł się o maskę samochodu i zaklął pod nosem. Potem zlustrował linię drzew i drogę i zaczął się zastanawiać. 

Zmaltretowane, zesztywniałe zwłoki to z pewnością ciało jednego z drwali, najpewniej brygadzisty, który poprzedniego wieczoru zbyt długo został sam na miejscu pracy. Mężczyzna leżał na brzuchu z twarzą w błocie. Ciało było zmiażdżone, na twarzy zastygły strużki krwi, która wyciekła z nosa i ust. Głowa zwisała groteskowo na złamanym karku. Parę kroków dalej leżał wywrócony kask, a ziemia wokół samochodu zasłana była metalowymi pozostałościami po pudełku śniadaniowym i plastikowymi torebkami, w które swego czasu było zawinięte jedzenie. 

 

"Nie mam na to czasu!", pomyślał.

Myśliwy szybko stłumił gniew. Musiał przecież myśleć, przewidywać, planować. 

Jego spojrzenie zatrzymało się na stosie bali. To mogło być wyjście z sytuacji. A gdyby tak upozorować wypadek? To byłoby jakieś uzasadnienie dla stanu, w jakim znajdowało się powyginane, rozdarte, podobne do starej szmacianej lalki ciało martwego drwala. 

Czy kluczyki do buldożera zostały w stacyjce? 

Oparł strzelbę o samochód, pobiegł do buldożera i wdrapał się do kabiny po masywnych, stalowych gąsienicach. Usiadł na wytartym siedzeniu kierowcy i zaczął się rozglądać za kluczykami. Po chwili uśmiechnął się pod nosem: jasne, przecież to nie miasto, gdzie smarkacze błąkają się bez celu, szukając okazji, żeby ukraść cokolwiek, co nie jest zamknięte na głucho, a poza tym ta maszyna nie nadaje się na beztroską przejażdżkę. Kluczyk tkwił w stacyjce. 

Upłynęło sporo czasu, odkąd jeszcze jako student spędzał wakacje na placu budowy, ale może ta maszyna nie różni się zbytnio od koparki, którą wtedy obsługiwał...

Ustawił kluczyk w pozycji "rozruch wstępny", odczekał chwilę, a potem odpalił silnik. 

Buldożer obudził się do życia, wypuszczając z komina kłąb czarnego dymu. 

Myśliwy, wciąż gorączkowo obmyślając kolejne posunięcia, wrzucił bieg i ruszył potężną maszyną w stronę stosu bali. Wsteczny zaskoczył bez problemu. Z przednim biegiem poszło jeszcze łatwiej. Ostrożnie manipulując hamulcami i dźwigniami, podjechał od tyłu do sterty bali i zostawił tam buldożer z włączonym silnikiem. 

Niełatwo będzie przesunąć ciało i nie narobić przy tym bałaganu - ale to jedyne wyjście. Myśliwy chwycił martwego mężczyznę za nadgarstki - prawa ręka wyglądała normalnie, lewa była poszarpana powyżej łokcia i wygięta jak gumowy wąż - i zaczął ciągnąć. Wlókł ciało po gałęziach, trawie, kamieniach i ścinkach. Głowa trupa szurała po ziemi, zwisając bezwładnie na złamanym karku. Myśliwy przeciągnął zwłoki przed stos bali i puścił ręce mężczyzny. Zesztywniałe ciało uderzyło głucho o ziemię. 

Myśliwy znowu zajął miejsce w kabinie buldożera, podjechał nieco do przodu i wsunął łyżkę pod dolną część stosu. Potem zdecydowanym ruchem dźwigni zaczął unosić łyżkę, a razem z nią bale - coraz wyżej i wyżej, i wyżej...

 

Wreszcie stos się rozsypał. Bale potoczyły się z hukiem w dół, podskakując, obijając się o siebie, uderzając twardo o ziemię i wzbijając tumany kurzu. 

W końcu całkowicie pogrzebały pod sobą ciało martwego drwala. 

"Nie ma czasu do stracenia!"

Myśliwy wycofał buldożer na stare miejsce, wyłączył silnik i zeskoczył na ziemię. Podbiegł do samochodu i zebrał do kieszeni wszystkie kawałki metalu i plastikowych torebek, jakie udało mu się znaleźć. Potem zarzucił strzelbę na ramię, podniósł z ziemi gałązkę sosny i cofając się krok po kroku, zamiótł nią ślady swoich stóp szybkimi, zamaszystymi ruchami. 

Jak oczekiwał, po chwili dał się słyszeć coraz donośniejszy odgłos samochodu zbliżającego się do przesieki po gruntowej drodze. Auto mozolnie pokonywało ostre zakręty, grzechotało na wybojach, silnik szarpał przy wrzucaniu kolejnych biegów i warczał na żwirowych fragmentach drogi. 

Mężczyzna odrzucił gałąź i pochylony pobiegł w stronę gąszczu. Ledwie zdążył wpaść pomiędzy drzewa, na drugim końcu przesieki z lasu wyłoniła się półciężarówka. Myśliwy zagłębiał się w las, powoli, ostrożnie stawiając kroki na miękkim, wysłanym igliwiem podłożu. Trzasnęły drzwi. Po chwili do jego uszu dobiegły podniesione głosy, a potem okrzyki przerażenia. Ci drwale na pewno długo nie zapomną tego poranka. 

 

A więc przez trzy i pół mili będziemy podążali szlakiem Cave Lake, a potem dotrzemy do tego rozwidlenia, gdzie szlak Lost Creek odbija w prawo. Beck? Czy ty mnie w ogóle słuchasz? 

Dwudziestoośmioletnia Rebecca Shelton podniosła wzrok znad lusterka. Nie udało jej się rozprowadzić tuszu na rzęsach jak należy, ale zrezygnowała z dalszych prób. 

- J-jaki szlak? 

Jej mąż Reed, mierzący sześć stóp osiłek, świadomy swojej krzepy, próbował zachować cierpliwość - Rebecca wyczuwała to bardzo dobrze. W ciągu sześciu lat małżeństwa wiele razy widziała już na jego twarzy ten wyraz zrozumienia podszytego irytacją. Reed jeszcze raz wskazał na rozpostartą na masce półterenowego forda mapę, na której wcześniej zdecydowanym ruchem zaznaczył pomarańczowym markerem trasę, którą mieli wspólnie pokonać. 

- Chodzi o ten szlak. Cave Lake. A później ten: Lost Creek. 

- Aha, teraz widzę. 

Wcześniej, podczas długiej jazdy samochodem, Rebecca usiłowała okazywać zainteresowanie, a nawet wykrzesać z siebie odrobinę entuzjazmu do tej podróży, czy też, jak mówił Reed, "wejścia do strefy przetrwania". Na pniu zwalonego drzewa zjedli miły lunch, czyli "wstępne racje żywnościowe", i nawet teraz, podczas "ostatniej odprawy", Rebecca robiła, co mogła, aby cieszyć się z Reedem tą wycieczką, ale trudno jej było skupić uwagę na tym, ile mil przejdą, ile czasu im to zajmie, jak trudne szlaki napotkają i jak dużo energii zużyją po drodze. Ta wyprawa nigdy nie była ich wspólnym pomysłem. To był jego pomysł. Reed miał bzika na punkcie podobnych imprez. Sam wybrał cały sprzęt, buty, plecaki, mapy, suszone morele i orzeszki - dosłownie wszystko. Pozwolił jej wskazać kolor plecaka - niebieski - ale to on zdecydował, jaki model ma kupić. 

- Jeśli będziemy szli ze średnią prędkością czterech mil na godzinę, dotrzemy tam za... trzy godziny - ciągnął Reed.

 

"Znowu się zaczyna!", Beck westchnęła ciężko.

Reed spojrzał na nią z ukosa i dodał:

- Ale ze względu na trudny teren przewidziałem na ten etap sześć godzin. Tyle czasu nam wystarczy, by dojść na miejsce przed zmrokiem. Masz swoją menażkę?

- P-p-pewnie.

Beck chciała, żeby zabrzmiało to przekonująco, ale stres sprawił, że jąkanie wróciło ze zdwojoną siłą.

- Pamiętaj, tylko woda pitna. Zanim wypijemy wodę, której zaczerpniemy po drodze, będziemy musieli ją uzdatnić.

- Bobrza biegunka?

- Właśnie.

Reed twierdził, że bobry załatwiają swoje potrzeby fizjologiczne w strumieniach, więc nie można pić tej wody, jeśli nie chce się złapać jakiejś straszliwej zarazy, której nazwy Beck nawet nie próbowała wymówić.

- Biegunka - powtórzyła Beck, dla samej satysfakcji, że potrafi powiedzieć to słowo bez problemu.

Litera "b" na początku wyrazów nie sprawiała jej zwykle większych kłopotów, zwłaszcza gdy była sama z Reedem. Najgorzej było, gdy słowo zaczynało się od "w" albo "s", a ona znajdowała się w towarzystwie obcych ludzi lub w stresującej sytuacji. Dźwięki "r" i "k" wprawiały ją zawsze w zdenerwowanie, więc skróciła swoje imię z Rebecca do Beck i dzięki temu nie musiała mówić "r" - wystarczyło, że wydusiła z siebie końcowe "k".

- Ważne, żebyś piła co najmniej dwie, trzy kwarty wody każdego dnia - powiedział Reed - pod warunkiem, że nie będziesz się przemęczała, więc nie pędź zbyt szybko pod górę. I sprawdzaj, ile oddajesz moczu. Jeśli nie mniej niż kwartę na dobę, jest OK.

- R-r-reed! - Beck nie wierzyła własnym uszom.

- Hej, po prostu chodzi o to, żebyś się nie odwodniła. Jeśli wystarczająco dużo płynów wychodzi na zewnątrz, to znak, że w drugą stronę też wszystko jest w porządku.

- S-s-skoro tak, to czy są tu jakieś ł-ł-łazienki?

Reed uśmiechnął się przekornie.

- Kochanie, a jak myślisz, po co zabraliśmy ze sobą saperki?

"Ach, tak. Te małe składane łopatki przytroczone do plecaków. Wspaniale".

- Nie zapomniałaś o papierze toaletowym, prawda?

Beck przewróciła oczami. 

- Oczywiście, że nie. Mam t-trochę w plecaku i w kieszeni. 

Od tego zaczęła pakowanie i dorzuciła kilka dodatkowych rolek. Oprócz składanej szczotki do włosów i minizestawu do makijażu była to dla niej ostatnia pozostałość po przyzwoitym, cywilizowanym i rozsądnym życiu, z którego tak nagle ją wyrwano.

- Świetnie. Liście i trawa mogłyby nam trochę podrażnić skórę.

Po tylu latach małżeństwa Beck do perfekcji opanowała spojrzenie wściekłej żony i właśnie skwapliwie tę umiejętność wykorzystała.

Ale Reed nie speszył się ani trochę. Zamiast tego wybuchnął śmiechem i pogładził ją po ramieniu. Beck nieco się rozluźniła.

 

- Nie martw się, skarbie. Jak tylko zaczniemy naszą lekcję przetrwania w tych górach, będziesz się zastanawiać, dlaczego do tej pory tego nie robiliśmy.

- Ale ja już teraz zastanawiam się, czemu my to właściwie robimy.

Reed spojrzał na nią badawczo.

- Ponieważ to jest dla nas dobre.

Beck chciała zaprotestować, ale Reed nie dał jej szansy.

- Posłuchaj, tego nam trzeba. Potrzebujemy paru dni z dala od codziennej harówki, od telewizji, komórek i tych małych klitek, w których się gnieździmy.

- Może to wy tego potrzebujecie - ty i Cap.

- Ale przecież Sing też tu z nami będzie.

- To zabawa dla facetów. Dla ciebie i Capa. Chyba przyznasz mi rację?

- Nie, to ty przyznasz mi rację. Trochę ruchu dobrze ci zrobi. Wygoda może być niebezpieczna. Tkwimy bez przerwy w naszych domach, gdzie jest przytulnie i nic się nie zmienia. Ani się obejrzymy, a już popadamy w bezczynność, przestajemy uczyć się nowych rzeczy, zmieniać się, rozwijać.

Reed wskazał w stronę strzelistych gór widniejących w oddali, o zboczach soczyście zielonych, przechodzących w lekko niebieskie, ze śniegiem wciąż jeszcze widocznym na skalistych graniach.

- Ta wyprawa zmieni twoje życie. Są jeszcze na świecie rzeczy, których nigdy nie widziałaś, nie odczułaś, a których powinnaś doświadczyć. Ta gra jest warta świeczki. - Reed spojrzał na Beck wzrokiem człowieka, który niejedno już w życiu widział, i dodał: - Czasem warto zrobić coś, co wymaga od ciebie wysiłku.

- Czy ty mnie pouczasz? - spytała Beck.

Ta uwaga dotknęła go do żywego. 

- Przecież mam na myśli nas wszystkich.

- Jasne. Nas wszystkich.

Beck rzuciła okiem na góry, a potem na swój strój podróżny - buty trekkingowe, długie skarpetki, szorty khaki z mnóstwem kieszeni, zgrabny i poręczny plecak z tysiącem zamków, troczków i rzepów, śpiwór oraz mikroskopijny zwijany namiot, który po rozłożeniu naprawdę mógł pomieścić dwie osoby, choć na pierwszy rzut oka trudno w to było uwierzyć. Reed zadbał o to, żeby wcześniej wypróbowali cały ten sprzęt na trzech - nie jednej, nawet nie dwóch, ale trzech - krótkich wyprawach "na rozgrzewkę". Sprawdzili ubrania, ciężar plecaków, buty, tempo rozbijania namiotu - dosłownie wszystko.

- No cóż, nie jestem w domu i wcale nie czuję się tu d-d-dobrze, więc możesz być z siebie z-z-zadowolony.

Reed uśmiechnął się.

- To dobry początek.

Beck miała ochotę go uderzyć.

Reed znowu zaczął wodzić palcem po mapie, a Beck próbowała za nim nadążyć.

- OK. Pójdziemy szlakiem Cave Lake aż do rozwidlenia, przy którym łączy się ze szlakiem Lost Creek, a później tym szlakiem przez osiem i pół mili. Powinniśmy bez problemu dojść do chaty myśliwskiej przed zmrokiem. Chata jest tutaj, nad samym strumieniem. Randy Thompson będzie tam na nas czekał.

- Z kolacją? - zapytała Beck.

- Jak znam Randy'ego, pokaże nam, jak rozpalić ognisko bez zapałek i upichcić sobie kolację z tego, co znajdziemy w lesie.

- To zajmie całe wieki.

Reed uniósł brew.

- Randy potrafi przyrządzić herbatę z igieł sosnowych w niecałe dwie minuty - a już za parę dni my będziemy umieli zrobić to samo.

- Herbata z igieł? - skrzywiła się Beck.

Reed wzruszył ramionami, niezniechęcony.

- Na pewno nie jest taka zła. Może nawet będzie nam smakować.

- Ale chyba nie będzie nam kazał jeść owadów i r-r-robali?

Reed uśmiechnął się przekornie.

- Mm, pewnie by ci zasmakowały.

Beck zaczerpnęła powietrza, żeby rzucić jakąś kąśliwą uwagę...

- Ruszajmy - powiedział Reed.

Zwinął mapę i wsunął ją do jednej z licznych zasuwanych kieszeni plecaka, który potem zarzucił sobie na ramiona.

Beck poszła w jego ślady. Reed trzymał jej plecak w górze, a ona próbowała wsunąć ręce za uchwyty. Ten worek nie jest taki ciężki... A może jednak jest?

Reed ruszył przodem przez wysypany żwirem parking w stronę miejsca, gdzie zaczynał się szlak. Beck poszła za nim. Rzuciła za siebie tylko jedno krótkie spojrzenie, żeby upewnić się, że nie zostawiła na parkingu niczego poza własnym rozsądkiem. Samochód tkwił samotnie na swoim miejscu, niczym wierny pies, który patrzy, jak jego pan odjeżdża sprzed domu.

- Usmażysz się w tej kurtce - powiedział Reed.

Beck przyjrzała się swojej traperskiej kurtce z koźlej skóry. Dostała ją w prezencie od ojca - również miłośnika wypraw na łono natury. Nigdy dotąd jej nie założyła, ale na tę okazję wydawała się odpowiednia.

- Chcę być jak Daniel Boone, masz coś przeciwko temu?

- To ty będziesz ją potem niosła.

- Zajmij się lepiej sobą, panie Mądralo.

Mimo ciężaru na plecach Reed szedł sprężystym krokiem. Widząc, jaki jest zadowolony, Beck pomyślała, że jej mąż naprawdę musi mieć nie po kolei w głowie.

- Tak, tego nam właśnie trzeba! - powiedział Reed.

"Chyba raczej tobie!" Może gdyby była w lepszym nastroju, mogłaby przyznać mu rację, ale w tej chwili nawet jej to przez myśl nie przeszło.

Nadeszła wielka chwila. Wyobrażając sobie siebie w roli Neila Armstronga, Beck ruszyła w ślad za swoim spragnionym przygody mężem i zrobiła ten "jeden mały krok" w kierunku szlaku. Idąc dalej, obejrzała się jeszcze dwukrotnie, aż w końcu gęstniejący las ukrył przed nią widok znajomego świata.

Przyspieszyła kroku i zostawiając jeden świat za plecami, wkroczyła w inny - całkiem obcy.

 
 

Latem droga numer 228 była "pod nadzorem", co w stanie Idaho oznacza tyle, że zostałaby ponownie utwardzona, gdyby deszcz wymył podłoże. Jest przejezdna, o ile kierowcy nie przeszkadzają uciążliwa tarka na drodze, oślepiający kurz, nieustanny chrzęst żwiru i głuchy stukot kamieni.

Doktor Michael Capella, przysadzisty, ciemnowłosy wykładowca uniwersytecki po trzydziestce, pędził drogą numer 228 swoją toyotą 4Runner. Samochód wspinał się coraz wyżej i wyżej po górzystej trasie, a kierowca wypatrywał każdego zakrętu i wykrotu, prowadząc swoje auto z prędkością, która nie należała do najbezpieczniejszych. Obok siedziała jego żona Sing, urocza Indianka z plemienia Coeur d'Alene. Miała zachmurzoną twarz, a styl jazdy męża wcale nie poprawiał jej humoru. 

- Niesamowite góry - zachwyciła się Sing.

Jej mąż w odpowiedzi tylko skinął głową i mocniej zacisnął dłonie na kierownicy.

- Cap, spójrz tylko na te widoki!

- Nie o widoki ci chodzi, prawda?

- Jest parę minut po czwartej. Dojedziemy do tego schroniska przed czasem, więc zrelaksuj się. Daj sobie trochę luzu. Czy nie o to właśnie chodzi w tej całej wyprawie?

Cap zdjął nogę z gazu. Sing nie zareagowała choćby słowem, ale przez jej twarz przemknął lekki uśmiech.

Cap zerknął w prawo, gdzie skraj drogi opadał ostro ku rzece St. Marie i samotny rybołów krążył nad bezbrzeżną leśną doliną. Odetchnął głęboko i rozluźnił dłonie ściskające kierownicę.

- Ciężko jest przestać myśleć o pracy.

Sing uśmiechnęła się.

- Spróbuj. Oni się nie liczą.

Cap zamyślił się, ale po chwili potrząsnął głową:

- Nie, to ja się nie liczę. I wciąż myślę, że powinienem być tam, gdzie oni.

Sing zaśmiała się.

- Ty i to twoje oświadczenie o zachowaniu poufności! Zauważyłeś, że przez to zrobiłeś się bardzo tajemniczy? 

- Przepraszam. Wiem, że jestem niemiły.

Sing dotknęła jego ręki. 

- Cap, nie musisz nic mówić i niczego udowadniać, zwłaszcza mnie. Znam mężczyznę, którego poślubiłam.

Cap skinął głową tylko po to, żeby uniknąć dalszej dyskusji. Rozmawiali już o tym wcześniej i wiedział, że miała rację, ale wciąż trudno mu było w to uwierzyć. 

- Nazwijmy to więc urlopem naukowym. Albo po prostu przerwą.

- Ale to przecież naprawdę urlop. To twoja przerwa. A Reed miał dobry pomysł. Tak myślę - dodała po chwili.

Cap wybiegł myślami w przyszłość. 

- Reed mówi, że Randy Thompson jest najlepszy w tych sprawach. A tak przy okazji, on też jest Indianinem.

- Cóż, kilkoro nas jeszcze zostało na tym świecie.

- Randy na pewno jest już na miejscu, przygotowuje chatę, uzupełnia zapasy. Organizuje te kursy przetrwania przez cały rok, zimą, latem - to dla niego bez różnicy. Reed mówi, że ten facet wiedziałby, jak przetrwać w każdym miejscu na ziemi.

Sing westchnęła cicho i na moment odwróciła głowę w stronę szyby. 

- A co potem? Umiejętność przetrwania to ważna rzecz, ale to nie wszystko. Liczy się nie to, czy, ale jak przeżyjemy nasze życie.

Cap uśmiechnął się i odpowiedział z lekką ironią w głosie:

- Muszę zawiesić sobie to zdanie na lodówce.

- Zapiszę je dla ciebie.

Sing odwróciła się w jego stronę i położyła mu rękę na ramieniu. 

- Cap, dobrze zrobiłeś. Jestem z ciebie dumna.

- Dobrze, że zdążyliśmy chociaż spłacić dom - uśmiechnął się z przymusem. - Zastanawiam się tylko, co będzie dalej.

 

Sing uśmiechnęła się. Cap wiedział, że akceptuje go takiego, jakim jest. I nie chce go zmieniać. 

- Jedziemy w góry, uczymy się, jak przetrwać, i wsłuchujemy się w głos Boga. Więcej na razie nie trzeba.

Cap prowadził przez chwilę w milczeniu, po raz pierwszy dostrzegając górskie szczyty i wodospady, a potem wyciągnął rękę i ścisnął dłoń Sing.

Po trzydziestu milach mozolnej jazdy po żużlowej drodze dotarli do Abney, górniczego miasteczka, które swoje najlepsze czasy miało już dawno za sobą, i trudno było zrozumieć, dlaczego w ogóle jeszcze istnieje.

- No, to miejsce ma swój klimat - powiedział Cap, gdy powoli toczyli się główną drogą, mijając zniszczone witryny sklepowe, pordzewiałe samochody i wyliniałe bezpańskie psy.

- Hmm, tak tutaj... rustykalnie - zauważyła Sing, starannie dobierając słowa.

Minęli opustoszałą drewnianą gospodę, zapadającą się jedną ścianą w ziemię, warsztat z rozmontowanymi samochodami, ciężarówkami i pługiem śnieżnym ustawionym na cegłach, sklep z artykułami żelaznymi i muzeum górnictwa w jednym - co ciekawe, ten budynek miał nową werandę - i pocztę rozmiaru budki telefonicznej. W zasięgu wzroku nie było żadnego mieszkańca.

- Nie mogę się doczekać widoku tego naszego kurortu - zażartowała Sing.

- Słyszałem, że wygląda naprawdę imponująco, jakby żywcem wyjęty z bogatej historii Idaho.

Przejechali całe miasteczko - nie zajęło im to zbyt wiele czasu - i na jego końcu znaleźli dużą drewnianą chatę, do której ktoś dobudował kiedyś kolejne piętro, ktoś inny dodał następne skrzydło i okno na poddaszu, potem jeszcze jeden pokój gościnny, i jeszcze cztery pokoje gościnne jak w motelu, a na koniec otoczył wszystko jedną długą werandą, żeby zebrać w całość te wszystkie drzwi i dodatki. Na łańcuchu nad podjazdem wisiała tabliczka "Pensjonat Tall Pine". Na drewnianym płocie zauważyli zniszczoną tabliczkę "WOLNE POKOJE"; raczej mało prawdopodobne, żeby kiedykolwiek potrzebna była tabliczka z napisem "BRAK MIEJSC". Parking był prawie pusty - najwyraźniej pensjonat Tall Pine nie był przesadnie oblegany przez turystów.

Cap zaparkował obok dwóch półciężarówek z wysokimi przyczepami do przewożenia drewna na opał i kombi ze smutnym, starym psem w środku - pewnie ojcem wszystkich pozostałych kundli w mieście - który przypatrywał się przybyszom przez tylne okno.

- Hmm... - zdziwił się Cap - Reed mówił, że o tej porze roku są tutaj tłumy.

Weszli do niewielkiego holu, wciśniętego pomiędzy kawiarnię a sklep z pamiątkami, udekorowanego wypchanymi łbami łosi, jeleni, saren i niedźwiedzi, z ogromnym żyrandolem z poroży wiszącym nad recepcją.

Siwy, pomarszczony właściciel powitał ich szerokim uśmiechem, prezentując przy okazji srebrne zęby. - Państwo, ee, Campenalla, jak sądzę? 

- Capella. To moja żona, Sing.

 

Sing wyciągnęła rękę na powitanie. Staruszek miał sękate dłonie, którymi na pewno ociosał w życiu niejedną kłodę i wygarbował wiele jelenich skór.

- Sing - zagadnął, lekko zdziwiony. - To pewnie jakieś zdrobnienie.

- Tak, od Sings in the Morning (Śpiew Poranka). Moi rodzice lubili zamierzchłe tradycje. 

Zresztą Sing też interesowała się starymi zwyczajami. W domu zebrała jedną z najwspanialszych kolekcji sztuki Indian z Północnego Zachodu i często, jak i tym razem, upinała swoje długie czarne włosy w tradycyjne warkocze.

Srebrne zęby właściciela znowu błysnęły w uśmiechu. 

- Bardzo ładne imię. Pasuje do pani.

Wyciągnął dłoń do Capa, a ten uścisnął ją mocno. 

- Mam na imię Michael, ale przyjaciele mówią na mnie Cap.

- Arlen Peak, bardzo mi miło. No dobrze, to teraz już się znamy i też mogę mówić do ciebie Cap.

- Pokaże nam pan pokój?

Peak podsunął Capowi formularz do wypełnienia. 

- Numer 104, tylko dla ciebie i twojej ukochanej.

Cap zaczął uzupełniać formularz, uśmiechając się pod nosem po raz pierwszy, odkąd wyjechali ze Spokane.

- No więc - zagadnął Peak - Randy mówił mi, że planujecie spędzić tydzień w naszych górach.

- Tak. Nasi znajomi pewnie już dochodzą na miejsce. Pójdziemy szlakiem w górę i dołączymy do nich jutro rano. Jesteśmy jeden dzień do tyłu, ale nadrobimy.

- Pewnie musieliście zostać dłużej w pracy?

- Tak, Sing musiała.

Sing spojrzała na męża z miłością, ale i z wyrzutem, a po chwili przerwała milczenie: 

- Jak wygląda ta górska chata?

Peak odchrząknął z zażenowaniem.

- No cóż, nie jest to może Hilton, ale jest w dobrym stanie. Niedawno razem ze znajomymi myśliwymi trochę ją odnowiliśmy. Położyliśmy nową podłogę, uszczelniliśmy dach, wygładziliśmy to i owo. Pamiętajcie, że to tylko schronienie dla myśliwych. Jest tam parę pledów, jakieś półki i wieszaki, ale niewiele więcej. Randy woli, żeby tak było. Mówi, że to pomaga ludziom wejść w klimat głuszy.

- Na to właśnie liczymy - powiedział Cap, oddając wypełniony formularz.

- Randy wyruszył tam dziś rano, więc na pewno też jest gotowy. 

Peak przerwał i przez chwilę stał zamyślony. 

- Ale uważajcie na siebie. Miejcie oczy i uszy otwarte i nie... nie błąkajcie się bez celu, jeśli... no wiecie, po prostu bądźcie rozsądni.

Cap i Sing patrzyli na niego, czekając na dalszy ciąg.

Peak podniósł wzrok i natrafił na ich spojrzenia.

- Wiem, trochę późno, żeby wam o tym mówić...

Cap wyczuł w jego głosie coś, co sprawiło, że nadstawił uszu. 

- Czy jest jakiś problem?

Staruszek spoważniał. 

- Panie Capella... Cap... nigdy dotąd nie mieliśmy tu żadnych problemów. Randy o tym wie i to samo powtarza swoim klientom, ale ostatnio próbowałem mu powiedzieć, że coś jest nie tak. Szkoda, że nie było was tu kilka godzin temu. Całe stado wapiti przebiegło tędy, w środku dnia, w wielkim pędzie. To do nich niepodobne. Nigdy jeszcze tak wcześnie nie schodziły na dół.

- Ale co z tego wynika? - spytał Cap.

Stali z Sing bez ruchu, czekając na wyjaśnienie.

Peak ociągał się, ale w końcu powiedział: 

- Mieszkam tu już od wielu lat, właśnie tutaj, w tym pensjonacie, a kiedy się żyje w tym samym miejscu przez dłuższy czas, człowiek wie, kiedy dzieje się coś nienormalnego.

 Wychylił się do przodu, żeby mieć lepszy widok na teren przed hotelem. Wyciągnął rękę w tamtym kierunku i ciągnął dalej: 

- Wiem, kiedy wapiti schodzą stadami z gór i wiem, o której godzinie każdego dnia jelenie przechodzą przez tamtą drogę, żeby dostać się do rzeki. Wiem, kiedy niedźwiedziom kończy się pasza i zaczynają pojawiać się na dole, żeby kraść jabłka z jabłoni. Wiem, jak powinno być. Spojrzał na nich raz jeszcze i dodał: 

- Wiem też, jak być nie powinno - potrząsnął lekko dłońmi. - Ale musielibyście jakiś czas tutaj pomieszkać, żeby zrozumieć, o czym mówię.

Cap zabębnił palcem o blat recepcji. 

- Czego dokładnie powinniśmy się obawiać?

Peak zamyślił się, podjął jakąś wewnętrzną decyzję i odpowiedział: 

- Zauważyliście pewnie, że to miejsce trochę opustoszało. Nie żebym nie chciał, by turyści u mnie nocowali, wręcz przeciwnie, ale mówię im, co wiem, a swoje wiem i nikt mi nie powie, że jest inaczej. 

To powiedziawszy, wskazał na pożółkły plakat na ścianie.

Capowi wydało się, że widział już kiedyś ten rysunek - niewyraźne powiększenie masywnej, podobnej do małpy istoty, przemierzającej na dwóch nogach usłane kłodami koryto rzeki. Cap poczuł, jak opuszcza go niepokój.

- Wielka Stopa?- zapytała Sing.

Cap widział, że z trudem powstrzymuje uśmiech.

- Nie śmiejcie się.

- Nie, nie, nie śmiejemy się.

Peak ze skupieniem wsłuchiwał się w coś, co tylko on mógł usłyszeć - jakieś żywe wspomnienie z odległej przeszłości. 

 

- Kiedyś, osiem, może dziewięć lat temu, usłyszałem wycie. Nie było podobne do niczego, co kiedykolwiek wcześniej słyszałem. Zmroziło mi krew w żyłach.

Sing pochyliła się ku staruszkowi, zaintrygowana jego poważnym tonem. 

- Jaki to był dźwięk? - spytała.

Peak zmarszczył nos i w myślach ponownie przywołał to wspomnienie.

- Coś pomiędzy wyciem wilka a rykiem lwa. Bardzo długie, rozbrzmiewające echem. Przerażające.

Cap przestał powstrzymywać uśmiech. 

- Ale to było dziewięć lat temu, prawda?

Peak spojrzał mu prosto w oczy, z kamienną twarzą. 

- To był pierwszy raz. Ale właśnie miałem powiedzieć, że takie samo wycie słyszałem przez ostatnich kilka nocy. Wydaje mi się, że tym razem tych stworów było więcej i były czymś zaniepokojone.

Cap czytał już podobne bzdury w brukowcach. Odchylił się do tyłu, skrzyżował ręce i zaczął błądzić wzrokiem po półkach za plecami właściciela pensjonatu.

- Zrobiły sobie dziewięcioletnią przerwę, a teraz znowu hałasują? - zapytał. 

- Cap, one nie wyją bez powodu. Stało się coś złego.

Cap znowu spojrzał mu w oczy i powiedział pobłażliwym tonem: 

- To mogły być wilki. Słyszałem, że odnawiają ich populację na północy.

Staruszek podniósł ręce w geście rezygnacji. 

- Dobrze, myślcie sobie, co chcecie, ale obiecajcie, że będziecie ostrożni.

Cap skinął głową. 

- Obiecujemy.

Sing przyglądała się zawartości szklanej gabloty pod plakatem z Wielką Stopą. W środku zamknięto wyblakłe wycinki z gazet, zdjęcia śladów, a w centralnym miejscu - gipsowy odlew wielkiej stopy. 

- Ha! Spójrz na to!

Cap oparł się o blat recepcji i obojętnym głosem powiedział: 

- Widzę, że jest pan miłośnikiem Wielkiej Stopy.

- Z konieczności - odpowiedział Peak.

- Widział pan kiedyś takiego stwora?

- Nie. A ty widziałeś wilkołaka?

Capowi to pytanie wydało się nieco dziwne. 

- Nie.

- Niewielu ludzi go widziało, a przecież wilkołaki istnieją.

Sing nadal studiowała zawartość gabloty. Peak wskazał palcem gipsowy odlew. 

- Dostałem go od badacza Wielkiej Stopy zaledwie przed rokiem. Znalazł ten odcisk właśnie tutaj, w tych górach.

- Pewnie kazał sobie za niego słono zapłacić - powiedział Cap.

- To już pozostanie między nami.

Sing pochyliła się nad gablotą.

Cap nie odpuszczał: 

- I nikt z tej okolicy nigdy nie widział tego stwora?

- Te stworzenia są bystre i nie chcą, żeby ktoś je zobaczył. Czy kiedykolwiek przyszło ci to na myśl?

- Ale to wcale nie znaczy... - Cap przerwał w pół słowa, bo dostrzegł wyraz twarzy Sing i wyczytał z niego, co jego żona teraz o nim myśli. 

- Ten odlew to kawał dobrej roboty - powiedziała Sing. Wyjęła okulary z kieszeni, założyła je i przebiegła wzrokiem linię odlewu, śledząc ją palcem. - Naprawdę świetna robota - podsumowała.

 
 

Wszystko na razie szło świetnie - kondycyjnie. Beck codziennie przed śniadaniem przebiegała dystans dwóch mil, była więc przygotowana na trudy wyprawy, a Reed, jako zastępca szeryfa, był dumny ze swojej formy. Utrzymywali szybkie tempo. Reed szedł żwawo, długimi krokami, demonstrując siłę i wydolność swoich mięśni i układu krwionośnego, a Beck nie ustępowała mu kroku. Ociepliło się i Beck musiała przyznać Reedowi rację w kwestii skórzanej kurtki: zdjęła ją już po kilku minutach drogi i zawiesiła na stelażu swojego plecaka.

W górę, w górę, ciągle w górę - taki był rytm tego dnia. Wspięli się już na strome, porośnięte drzewami zbocze, a potem krętym szlakiem ruszyli w dół - w sumie jedną milę - i znów wzwyż. Opadające gwałtownie zbocza góry mieli co chwila z innej strony - to z prawej, to znów z lewej, i tak bez końca.

Gdy ukończyli tę wspinaczkę i zaczęli schodzić północnym zboczem w prastary las, poczuli, jakby ich wyprawa ze zwykłej fizycznej rywalizacji zmieniła się w coś niemalże... metafizycznego. Nie był to zwyczajny las porośnięty ciasno zbitymi drzewami wielkości słupów telefonicznych i kolczastymi krzakami. Nie, ten las był jakby wyjęty z powieści fantasy pióra Tolkiena czy C.S. Lewisa - cudowne miejsce nie z tego świata, gdzie ziemia jest miękka od mchu i torfu, małe białe kwiatki migoczą na zielonym dywanie poszycia, świetliste owady ze skrzydełkami jak wróżki skrzą się w promieniach słońca, a odgłos kroków ginie w sproszkowanej korze milionów drzew, które rosły tutaj przez długie lata. To naprawdę działało na wyobraźnię Beck. Czytała o tym miejscu, a jako mała dziewczynka nawet pisała o nim dziecinne opowiadania. To miejsce przygód i intryg hobbitów i elfów, wróżek i księżniczek, rycerzy i ogrów, to tutaj, wśród wijących się, szponiastych korzeni czają się wszystkie złe stworzenia tego świata. To tutaj...

- Wiedziałaś, że pałka szerokolistna jest jadalna? - Reed wciąż sypał jak z rękawa ciekawostkami, którymi chciał za wszelką cenę podzielić się ze swoją żoną. - Można zjeść łodygę, pyłek, a nawet korzenie. Oczywiście pałki rosną na bagnach i terenach podmokłych, a my jesteśmy już zbyt wysoko, żeby się na nie natknąć.

Beck wydawało się, że jest na wycieczce przyrodniczej ze strażnikiem leśnym - tego już było za wiele jak na jej nerwy.

Szła dalej równym krokiem. Zaczęła przyglądać się chropowatej, pooranej bruzdami korze ogromnych drzew. Ile one mogą mieć lat? Jak wiele stuleci już przetrwały? Ile...

- Patrz, ślimak bez muszli. Wiesz, że takie ślimaki są jadalne? Oczywiście lepiej smakują po ugotowaniu, ale można je też jeść na surowo.

Dosyć tego! 

- N-n-nawet gdybyś zaserwował mi grillowanego ślimaka w s-s-sosie barbecue, i tak bym go nie tknęła. Zmień t-t-temat.

 

- A co powiesz na trawę? Pamiętasz tę łąkę, którą mijaliśmy? Mogliśmy ugotować sobie cały garnek trawy, a nawet przyrządzić z niej herbatę!

- Jeśli dobrze p-p-pamiętam, na kolację m-m-mamy dzisiaj herbatę z igieł sosnowych.

- O proszę, zapamiętałaś! Hej, a czy wiesz, jak znaleźć północ bez kompasu?

- Możesz choć na chwilę p-p-przestać mówić?

- Przecież mamy się uczyć tych wszystkich rzeczy.

- Ale ja naprawdę jestem zadowolona z tego, jak wygląda moje życie! Pracuję nad powieścią, dwoma obrazami, mam mnóstwo książek do przeczytania. Z przyjemnością bym to teraz robiła, ale nie, muszę się przedzierać przez jakąś dzicz, słuchając, jak mój rozmiłowany w naturze mąż plecie coś o jedzeniu ślimaków.

- Przyjdzie taki dzień, że będziesz żałować, że tego wszystkiego nie wiesz.

Beck bardzo chciała się tego dowiedzieć, ale za żadne skarby nie zdradziłaby się z tym Reedowi. Zerknęła nawet przelotnie na ślimaka, o którym mówił. "Ooo, nie, to nie dla mnie", pomyślała.

Reed zwolnił kroku. Dzięki temu Beck mogła ochłonąć i zacząć cieszyć się tą wyprawą - nawet więcej niż cieszyć. Zdążyła już zrozumieć, co wcześniej Reed próbował jej powiedzieć. Zobaczyła krajobrazy, jakich nigdy dotąd nie widziała, doświadczyła uczuć, jakich można doznać tylko w takim miejscu: samotność połączona z zachwytem. Niepowtarzalną pieśń lasu można usłyszeć tylko w ciszy natury.Beck miała ochotę uchwycić to wszystko na zdjęciach, ale jaki aparat mógłby utrwalić głębię tego krajobrazu? Jakimi słowami można by wyrazić te emocje? Bóg mówił do niej przez swoje dzieła, a Jego słowa przenikały prosto do serca. To wszystko było takie...

- O-o - Reed zatrzymał się, a pogrążona w zadumie Beck mało nie wpadła na jego plecy.

- Co się stało?

- Czy to jest ta chata myśliwska?

Przed nimi szlak opadał zakosami w cichy, cienisty wąwóz przecięty strumieniem, nad którym przerzucono most w postaci starego zwalonego pnia. Po drugiej stronie strumienia dostrzegli pozostałości po jakiejś budowli wzniesionej rękami człowieka, przytulonej do zbocza, w okolicy, która sprawiała wrażenie urokliwej - a przynajmniej taką spodziewali się ją zastać. Jeszcze niedawno ten budynek był surowym, ale dobrze spełniającym swoją funkcję schronieniem, zbitym z ręcznie heblowanych desek i osadzonym na fundamencie z rzecznych głazów. Kiedyś ta chata miała zadaszony ganek, drzwi wejściowe i okno z każdej strony. Kiedyś rzeczywiście była, jak opisywał ją w swoim surwiwalowym folderze Randy Thompson, "schronieniem w głuszy, wartym długiej wędrówki przez góry".

Schodząc w milczeniu szlakiem, Reed i Beck zerkali co chwila na chatę, która to prześwitywała spośród drzew, to za nimi znikała, żeby znów się pojawić. Każde spojrzenie przynosiło kolejne niewesołe nowiny: dach ganku zawalił się po tym, jak podtrzymujące go słupy, teraz ledwie widoczne pod pozostałościami zadaszenia, złamały się na dwoje; drzwi wejściowe zwisały krzywo na jednym zawiasie; na brzegu płytkiego strumienia leżały zgniecione i poszarpane fragmenty łóżka z roztrzaskaną ramą.

Gdy doszli do mostku z powalonego pnia, chata była już widoczna w całej okazałości. Reed ponownie zerknął na mapę i jeszcze raz sprawdził szczegółowe wskazówki Randy'ego Thompsona.

- To tutaj. To jest ta chata.

Jedno okno było rozbite, drugie wyrwane razem z framugą. Na ganku i na ziemi wokół chaty leżały wypatroszone puszki po jedzeniu, podarte opakowania, zmiażdżone konserwy, rozsypana mąka.

- Coś tutaj było - powiedział Reed. - Może niedźwiedź. 

- P-p-panie Thompson! - zawołała Beck. - Panie Thompson!

W odpowiedzi usłyszeli jedynie ponury szum strumienia.

 
 

ROZDZIAŁ II

 
 

Reed nie lubił trwać w niepewności.

- Sprawdźmy, co tam się stało - powiedział i ruszył w stronę chaty.

- N-n-nigdzie n-n-nie idę! - zaprotestowała Beck, nie ruszając się z miejsca.

- Dobrze, jak chcesz. - Reed zdjął plecak. - W takim razie zostań tu i popilnuj rzeczy.

Wyjął aparat cyfrowy z bocznej kieszeni plecaka, zrobił kilka panoramicznych ujęć z mostu, a potem przeszedł na drugą stronę strumienia.

Odezwały się nawyki z pracy w policji. Ostrożnie stawiał kroki, żeby nie zatrzeć tropów, szedł po kamieniach, unikając miękkiej ziemi, na której mógłby zostawić ślady. Zrobił jeszcze kilka zdjęć śmieci, chaty, wyrwanego okna, zapadniętego dachu ganku i połamanego łóżka na brzegu strumienia.

Pochylił się pod zwisającym dachem, odepchnął na bok zniszczone drzwi i zajrzał do środka. Zauważył drugie łóżko, połamane tak samo jak to na zewnątrz. Półki, które kiedyś wisiały na tylnej ścianie chaty, leżały na podłodze, potrzaskane na kawałki, razem z porwanymi na strzępy pustymi opakowaniami po żywności i zardzewiałą łopatą, która pewnie służyła do "zadań sanitarnych". Sproszkowane ciasto na naleśniki z rozprutego worka pokryło podłogę i półki białym pyłem. Pod nogami dostrzegł folię po chlebie tostowym, wylizaną do czysta puszkę po mielonce, pomarszczone, puste opakowanie po suszonym mięsie oraz menażkę z wodą.

 

- Czy ktoś tam jest? - zawołała Beck.

- Tak, ja.

- Bardzo śmieszne!

Reed wyszedł na zewnątrz.

Beck podeszła bliżej i podniosła pustą, poharataną puszkę po fasolce, rozdartą zębami lub pazurami.

- W środku jest tego więcej - powiedział Reed. - To na pewno niedźwiedź. Tak się kończy zostawianie jedzenia na wierzchu. Dlatego nigdy nie należy trzymać pożywienia w obozie. Trzeba je zawiesić gdzieś wysoko, poza zasięgiem zwierząt, z dala od namiotów.

Beck po raz pierwszy słuchała ze skupieniem i nie zaprotestowała ani słowem - zmiażdżona puszka, którą trzymała w ręce, była dla niej wystarczającym argumentem.

- Ale wygląda na to, że ktoś był tu całkiem niedawno - powiedział Reed. - To jedzenie było świeże, tak jakby ktoś dopiero co je tutaj przyniósł.

Chyba nie powinien był tego mówić. Beck westchnęła, zatrzepotała rękami, obróciła się na pięcie i przebiegła wzrokiem po ścianie lasu.

- Cudownie, po prostu cudownie! To gdzie ten k-k-ktoś jest teraz?

- Beck...

- Ch-ch-chyba twoją wielką wakacyjną wyprawę właśnie diabli w-w-wzięli.

- Beck! Uspokój się! Jesteśmy dorośli. Znamy się na rzeczy. Rozwiążemy ten problem!

Tym razem jego słowa miały lepszy skutek. Beck uspokoiła oddech, odgarnęła z twarzy kosmyk rudobrązowych włosów i spytała:

- To co r-robimy?

- Najpierw weźmiemy się w garść...

- Ja już się wzięłam! Co robimy?

To była jego chwila. W końcu to on tu jest macho, facetem, który ma gotową odpowiedź na każde pytanie. Zaczerpnął powietrza, żeby zyskać na czasie.

- Przemyślimy całą sprawę. Ale teraz lepiej zacznijmy rozbijać obóz. Za godzinę będzie już ciemno.

Beck przechyliła głowę i spojrzała na niego z niedowierzaniem.

- Mówisz po-po-po...

- Tak. Przenocujemy tutaj. Nie zdążylibyśmy wrócić na dół przed nocą.

- A co j-j-jeśli niedźwiedź w-w-wróci?

- Mamy swoje saperki, a w środku jest jeszcze jedna. Zakopiemy wszystkie śmieci, więc nie będzie miał po co wracać, a potem rozbijemy się w innym miejscu i zawiesimy nasze jedzenie na drzewie, z dala od obozowiska. Nie widzę problemu. Obozowicze robią tak bardzo często.

- A-a-a-a - wybełkotała Beck, cała roztrzęsiona. - Gdzie j-j-jest pan Thompson, czy ktoś mi to wreszcie po-po-po...

- Beck, jesteśmy w leśnej głuszy. Tutaj obowiązują inne zasady. Jeśli sami o siebie nie zadbamy, to nawet pan Thompson niewiele nam pomoże. Chodźmy.

- N-n-no dobrze - westchnęła zrezygnowana Beck i posłusznie ruszyła za mężem.

Poszli nieco dalej w górę strumienia i znaleźli dobre miejsce na obozowisko - suche, prawie zupełnie płaskie, położone dość wysoko, otoczone masywnymi jodłami i sosnami. Mieli stamtąd dobry widok na chatę myśliwską poniżej, a sami byli całkiem nieźle osłonięci przed każdym, kto patrzył z dołu - Beck bardzo się to podobało. Reed wyjął linę i wspólnym wysiłkiem (nie obyło się bez wdrapywania na drzewo) zawiesili swoje pojemniki z jedzeniem jak bieliznę na sznurze pomiędzy dwoma drzewami, w rozsądnej odległości od obozowiska. Nie wypakowali praktycznie niczego poza jedzeniem. Reed rozłożył na ziemi koc i rozwinęli na nim swoje śpiwory.

Zapadał już zmrok, więc Beck przebrała się w dżinsy i cieplejszą koszulę. Teraz, gdy chłodne powietrze zaczęło spływać do wąwozu, cieszyła się, że jednak wzięła swoją skórzaną kurtkę. Założyła ją z prawdziwą przyjemnością.

Po rozbiciu obozu usiedli na śpiworach i zabrali się za swoje kanapki. Zbliżała się noc.

- Schowamy pudełka i folie po kanapkach do pojemnika i zawiesimy na linie razem z resztą pożywienia.

Beck przeżuwała swoją rozmiękłą kanapkę.

- No, to chyba muszę zapomnieć o gorącej herbacie z igieł sosnowych.

- Może jutro - odpowiedział Reed i zrobił jej kilka szybkich zdjęć.

Uśmiechnęła się, choć policzek miała jeszcze wypchany kęsem kanapki. - Ciekawe, co się stało z panem Thompsonem?

 

- Gdyby Randy tu był, niedźwiedź nie spustoszyłby chaty. Pewnie zszedł na dół do Abney po resztę zapasów.

- Ale wygląda na to, że nasz mistrz sztuki przetrwania zapomniał najpierw zamknąć całe jedzenie w chacie?

Reed skinął głową, chociaż sam nie mógł uwierzyć, że Thompson o tym zapomniał.

- Tak, i nie skończyło się to zbyt dobrze...

Beck przełknęła kęs kanapki, po czym powiedziała:

- Może ma zamiar przyjść tutaj jutro rano razem z Sing i Capem?

- Właśnie dlatego lepiej, żebyśmy tu zostali. Musimy trzymać się planu.

Beck zastanowiła się nad tym, przeżuwając kolejny kęs. Brzmi sensownie. Jutro przed południem Randy Thompson przyjdzie do nich szlakiem z Abney. Po jakimś czasie dołączą Cap i Sing z resztą zapasów. Wszystko się wyjaśni i będą sobie jeszcze z tego żartować. Beck odetchnęła spokojniej. Reed chyba daje sobie radę. Może mu nawet zaufa. Może...

Położyła się na śpiworze, przeżuwając ostatni kawałek kanapki. Wierzchołki drzew zbiegły się nad jej głową na tle ciemniejącego nieba. Pojawiły się pierwsze gwiazdy. Beck musiała przyznać, że w tym momencie było jej nawet całkiem przyjemnie.

 
 

Nie minęło nawet pół godziny od chwili, gdy wślizgnęli się do swoich śpiworów, kiedy Beck przebudziła się, usiadła, zmrużyła oczy i wpatrzyła się w pogrążony w ciemności las, bezskutecznie usiłując coś dojrzeć. Odwróciła głowę, poczuła, jak poruszają się jej gałki oczne i zamrugała, żeby upewnić się, że naprawdę ma otwarte oczy.

"Gdzie ja jestem?", pomyślała.

Ciemność była tak głęboka i wszechogarniająca, że Beck musiała powtarzać sobie w myślach, że jest w lesie, gdzieś nad potokiem Lost Creek, niedaleko spustoszonej chaty myśliwskiej.

Nie widziała chaty. Nie widziała też strumienia ani szlaku.

Zaczęła szukać po omacku swojej latarki. Znalazła ją wewnątrz śpiwora.

"No dalej, gdzie jest ten przycisk?"

Latarka rozbłysła ostrym światłem i niemal ją oślepiła.

Teraz lepiej. Mrużąc oczy, Beck dostrzegła drzewa otaczające obozowisko. Zobaczyła też parę krzaków, paproci, korzeni i kamieni, które wynurzyły się z nieprzeniknionej ciemności.

Co się stało z tym urokliwym miejscem, które widziała za dnia, tym czarodziejskim lasem, miejscem przygód i intryg elfów, księżniczek i rycerzy, gdzie owady ze skrzydełkami jak wróżki skrzyły się w promieniach słońca? No tak, to było za dnia, a teraz przyszła noc.Beck poczuła, że traci orientację. Jakie są teraz reguły gry?

- Co ty wyprawiasz? - odezwał się nagle Reed.

Beck aż podskoczyła ze strachu.

Minęła chwila, zanim uspokoiła oddech i odpowiedziała z dłonią przyciśniętą do piersi: 

- P-p-prze... - zaczęła, ale nie dokończyła - Nic. Tylko się rozglądam.

- Idź spać.

Beck zgasiła latarkę. Teraz ciemność była jeszcze czarniejsza i Beck nie widziała już nic oprócz pozostałości po obrazach sprzed sekundy.

"Idź spać, dziewczyno", pomyślała. "Jest noc. Tak jest co dzień, a raczej co noc, co - zaraz, zaraz, ile - aha, co szesnaście godzin. Nie, inaczej - to tylko osiem godzin nocy po szesnastu godzinach dnia. Tak czy siak - noc się kiedyś skończy".

Położyła się na plecach i zamknęła oczy.

Trzask!

Beck zamarła i wytrzeszczyła oczy, ale zupełnie nic nie widziała.

- Słyszałeś to?

Reed nie odpowiedział. Chciała go szturchnąć, ale się powstrzymała.

Po chwili usłyszała to znowu, tylko wyraźniej: trzask gałązki, szelest krzaka. Trzask! Tym razem to już na pewno był odgłos łamanej gałęzi.

Szturchnęła Reeda w bok.

- Co?

- Coś tam jest!

Reed westchnął ciężko, oparł się na łokciu i nasłuchiwał przez dłuższą chwilę. Cisza. Odwrócił się do Beck, żeby rzucić jakąś zjadliwą uwagę, ale wtedy: Trzask!

Reed poczuł, jak ściska mu się żołądek. "No nieźle, ale mnie nakręciła". Ale nie mógł zaprzeczyć. Sam też to słyszał: coś poruszało się w gęstym mroku, gdzieś w dole, w wąwozie.

Szelest. Łup! Coś ciężkiego i drewnianego uderzyło o ziemię.

"To tylko zwierzęta", przyszło mu do głowy.

- To tylko zwierzęta - powtórzył na głos. - No wiesz, jelenie, wapiti i tak dalej.

- N-n-niedźwiedź?

- Kto wie, może i niedźwiedź. Zwierzęta często szukają jedzenia nocą. Nie ma w tym nic dziwnego.

- C-co, j-jeśli to niedźwiedź? - nalegała Beck.

- Niedźwiedzie szukają jedzenia, pamiętasz? Jeśli gdzieś pójdzie, to na pewno do chaty, wyczyścić resztki z półek. Nawet nie wie, że tu jesteśmy.

Nagle Reed wstrzymał oddech.

- O, cholera - szepnął.

- Co?

- Zapomniałem zawiesić te pojemniki z kanapkami. Są tutaj.

- M-m-może nic n-nie wyczuje.

- Nocą powietrze schodzi w dół. Jesteśmy pod wiatr.

Nasłuchiwali dalej, ale nic już nie przerywało ciszy.

Reed odezwał się pierwszy:

- Chyba już po wszystkim. 

Znowu ułożył się w śpiworze.

Beck siedziała jeszcze chwilę, a potem wsunęła się do śpiwora aż po brodę. Leżała na plecach, potem na boku, potem na drugim boku.

Wreszcie szepnęła:

- Śpisz?

- Nie - odpowiedział głośno Reed.

- J-j-jak się czujesz?

- W porządku.

- J-ja też.

- Denerwujesz się?

- N-nie.

 

Cisza.

- A ty?

- Nie. Ja nie.

- Ale p-p-przecież n-nie śpisz.

Reed westchnął i poruszył się niespokojnie.

- Obudziłaś mnie.

Znowu zaczął ją irytować.

- N-naprawdę się nie boję. D-d-dam sobie radę równie dobrze j-jak ty.

Kto jak kto, ale Reed nie czuł strachu.

- Wiesz co, Beck? Jedyne stworzenia w tym lesie, które boją się ciemności, to my. Zwierzęta nic sobie z tego nie robią, a tymczasem my trzęsiemy się ze strachu.

- O, m-my trzęsiemy się ze strachu?

- Mam na myśli nas jako grupę. Jesteśmy drużyną, mamy...

- S-s-serio? To po-po-powiedz mi jedno: która drużyna m-ma p-p-przewagę? Na czyim j-jesteśmy boisku?

- Zwierzętom to nie przeszkadza. Robią swoje...

Znowu hałas. Coś się poruszyło.

- To ch-chyba przy ch-chacie - szepnęła Beck.

- Ale chata jest w tamtą stronę.

- K-k-którą?

- Tamtą.

- Nie widzę, gdzie pokazujesz.

- To w takim razie siedź cicho i...

Takiego odgłosu nie słyszeli nigdy wcześniej. Był tak głośny i wyraźny, że chociaż Reed wiedział, że dobiega z wąwozu na dole, wydawało się, że cokolwiek go wydaje, jest tuż obok nich.

Przypominał rozpaczliwy płacz kobiety łkającej nad ciałem ukochanej osoby. Wznosił się, drżał, potem zatrzymał się na jednym tonie, aż przeszedł w syczący szloch i... koniec. Cisza.

Trzask! Chrzęst. Cokolwiek to było, szło dalej.

Kobieta znowu załkała, jej głos zadrżał, wzniósł się na rozdzierający uszy ton, a potem ucichł.

Beck mimo szeroko otwartych oczu nie widziała zupełnie nic, ale wyobraźnia podsuwała jej przeraźliwe obrazy: bezcielesne wiedźmy, przezroczyste zjawy, gnijące żywe trupy szukające zemsty...

"Och, przestań!", przywołała się do porządku.

Reed zaczął gorączkowo szukać latarki.

- N-nie włączaj jej! Zobaczy n-nas!

- Nie pozwolę, żeby to coś się do nas podkradło! - odpowiedział drżącym głosem Reed. - Ja tylko... po prostu chcę to zobaczyć!

Znowu ten płacz! Tym razem ciszej, jakby skomlenie zza zaciśniętych zębów. Reed znalazł przycisk. Błysk latarki był nagły i nieoczekiwany. Snop światła przeciął ciemność, dotarł do najbliższych drzew, po czym zaniknął gdzieś w głębi splątanego lasu, wydobywając z gęstego mroku tylko niewyraźne odblaski liści i martwych gałęzi oraz tańczące cienie. Beck nie patrzyła - bała się tego, co mogłaby zobaczyć. 

- A co jeśli rzeczywiście ktoś tam jest? - szepnął Reed. - Może potrzebuje pomocy?

- T-to dlaczego n-nic nie mówi?

Reed krzyknął:

- Halo! Jest tam kto?

Cisza.

"No, skoro on krzyczy...", pomyślała Beck.

- Halo! W-w-wszystko w p-porządku? 

Cisza.

Czekali. Nasłuchiwali. Czy to coś kryło się przed nimi?

- To ch-chyba nie była k-kobieta - wyszeptała Beck. 

Reed również ściszył głos:

- Brzmiało jak płacz kobiety. 

- N-nieprawda.

- Chyba ją odstraszyliśmy.

Chrząknięcie, prychnięcie. Niski, cichy dźwięk z drugiego krańca wąwozu, gdzieś w górnej części zbocza. Beck wyobraziła sobie wielkiego, rozwścieczonego stwora z ostrymi zębami, czającego się gdzieś w zaroślach.

Znowu ten dźwięk, tym razem bardziej natarczywy, podszyty gniewem. Stwór się przemieszczał - nie potrafili stwierdzić, w jakim kierunku, ale mieli nadzieję, że jak najdalej od nich...

Reed zaśmiał się pod nosem.

- Z cz-czego się ś-śmiejesz? - zapytała zdziwiona Beck.

- To kawał.

Jakoś nie chciało jej się w to wierzyć.

- To kawał - powtórzył Reed. - Cap z Randym Thompsonem próbują nas przestraszyć.

- S-skąd wiesz?

- To oczywiste. Wszyscy wiedzieli, że będziemy tu jeden dzień wcześniej niż Cap i Sing. I dziwnym trafem Thompson się nie pojawił, a potem zaczęły się te dziwne hałasy w lesie. To jeden wielki przekręt.

Beck siedziała na ziemi. Na jej przerażoną twarz padał odblask światła latarki Reeda. Modliła się, żeby Reed miał rację.

 

Mąż przekonywał dalej:

- Pamiętasz, jak byliśmy na obozie United Christian i poszliśmy na tę imprezę dla młodych małżeństw?

- Jasne.

- Jechaliśmy wszyscy na przyczepie z sianem ciężarówką George'a Johnsona.

- I n-nagle ciężarówka s-się zepsuła, a z lasu wyszedł n-n-niedźwiedź - powiedziała już spokojniejszym głosem Beck. - A to b-był tylko ten...

- Pan Farmer przebrany w skórę niedźwiedzia - zaśmiał się Reed. - Ale miałaś stracha!

- Byłam m-młoda! I ty też!

Siedzieli i nasłuchiwali.

- M-myślisz, że to naprawdę k-kawał? - spytała Beck.

- OK, możecie już wyjść! - krzyknął Reed. - Bardzo śmieszne! Ha! Ha!

- Bardzo śmieszne, Cap! - dołączyła się Beck. - Cap?

Żadnej odpowiedzi.

I wtedy usłyszeli dziwny, syczący dźwięk, jakby gwizd czajnika na gazie, tyle że głośniejszy i dziwnie świergotliwy. Dochodził z drugiego końca wąwozu. Ten stwór chyba znowu się przemieścił...

Nagle usłyszeli inny gwizd, jakby w odpowiedzi. Dobiegał z bliższej odległości, z ich strony wąwozu, z prawej. Beck usłyszała jakieś ciężkie kroki na igliwiu i gałęziach. Serce waliło jej jak młotem.

- A co j-jeśli to nie kawał? - zapytała.

- Hej!

- N-nie, n-nie, ale co jeśli to n-naprawdę Cap i Thompson, ale nas sprawdzają, ch-chcą nam pokazać, do czego zdolna j-jest wyobraźnia w nocy, w środku lasu?

Reed pomyślał chwilę:

- Taka symulacja?

- T-tak. Żebyśmy zobaczyli, j-jak łatwo jest spanikować i zrobić wszystko n-nie tak.

Reed skinął głową.

- Miałem takie rzeczy na szkoleniach w pracy. Miejsca zbrodni, branie zakładników...

- Właśnie!

- Może masz rację!

- To c-co powinniśmy zrobić?

- Jeśli to ma być niedźwiedź, to powinniśmy krzyczeć, narobić dużo hałasu, tak żeby go stąd przegonić.

Spojrzeli po sobie, a potem poderwali się na nogi i zaczęli krzyczeć, wrzeszczeć, hałasować.

- No dalej! Uciekaj! Już cię tu nie ma!

Kobiecy krzyk - niosący się przez wąwóz jak czarny ogień - zagłuszył ich całkowicie i przeszył strachem. Zarośla zakołysały się. Usłyszeli odgłos łamanego drewna, sypiących się drzazg, rozdzieranego materiału.

To musiało być połamane łóżko w chacie. Była aż tak blisko?!

Głośny, gardłowy ryk zatrząsł powietrzem i rozniósł się wśród drzew. Stwór, który wcześniej wydał z siebie ten gwizd, teraz ryczał z gniewu, strachu lub... cokolwiek to było, nie wróżyło najlepiej. Usłyszeli szybkie, ciężkie kroki nad strumieniem.

Kobieta krzyknęła w odpowiedzi, przebiegła z chlupotem przez wodę, a potem ruszyła wzdłuż brzegu w górę strumienia, jakby coś goniąc.

Reed i Beck cofnęli się instynktownie. Beck włączyła swoją latarkę. Dwa snopy światła omiotły okolicę. Drzewa. Krzaki. Nagie, martwe gałęzie. A dalej - całkowita ciemność.

- Jest ich troje - wymamrotała przerażonym głosem Beck.

"Myśl, myśl". 

- Nie panikuj. Myśl! - powiedział do niej, a tak naprawdę również do siebie Reed. 

Beck myślała na głos:

- W-wielkie głodne bestie, dwa m-miękkie, soczyste ludzkie c-ciała...

- Wyobraźnia cię ponosi, Beck.

- I co ja na to poradzę!

Wypuściła powietrze, próbując uspokoić oddech.

Zapadła cisza.

- T-tak sobie m-myślę... - powiedziała Beck.

- Tak?

- Cap i Sing n-nie zrobiliby tego. N-nigdy. George Johnson tak, ale n-nie Cap, nie Sing!

Reed zastanowił się przez chwilę. 

- Masz rację. 

Po chwili dorzucił: 

- Ale gdyby te stwory na nas polowały, nie robiłyby tyle hałasu, tylko się do nas zakradły.

Znów nasłuchiwali. Ciągle cisza. Nagle jakiś szelest nas brzegiem. Cokolwiek to było, nadal tu jest.

- L-lepiej uciekajmy - powiedziała Beck.

Trzask! Tupot.

- Nie panikuj. Jeśli spanikujemy, to po nas - Reed próbował uspokoić głos. 

Po chwili dodał: 

- Jeśli będziemy się trzymać planu, Thompson, Cap i Sing będą wiedzieli, gdzie nas szukać. A jeśli przyjdą tu jutro, a nas nie będzie...

Nagle skowyt. Gdzieś z lasu. To coś - a na pewno nie był to jakiś marny kojot ani wilk - było wściekłe.

- Może sobie idą. Nie panikuj - prosił Reed.

- Ale p-przecież ty też się boisz, n-nie udawaj.

- Nie boję się.

- Jasne! Trzęsie ci się głos!

- Zimno mi.

- A ja j-jestem w kurtce, ch-chcesz pożyczyć?

Reed zaczął przeszukiwać obozowisko.

- Co ty wyprawiasz?

- Pozbywam się tych pojemników z kanapkami.

- Ch-chcesz je teraz wieszać na drzewie?

- Wyrzucę je, byle jak najdalej od nas!

- J-jasne, a mnie zostawisz samą?

- A co, boisz się?

Nie odpowiedziała. Reed odwrócił się i odszedł z pojemnikami w rękach.

Beck została sama w ciemności. Światło jej latarki rozjaśniało tylko niewielką część mrocznej głębi. Cisza wcale jej nie cieszyła. Kiedy te stwory wydawały z siebie dźwięki, wiedziała przynajmniej, gdzie są.

Oho! Znowu ten skowyt, gdzieś na brzegu, po drugiej stronie wąwozu. Stwór chyba był przestraszony. Ale nie słychać odpowiedzi wyjącej kobiety. Gdzie ona jest?

Gwizd! Przeciągły, głośny jak para z czajnika, świszczący i... tuż obok niej.

Beck odwróciła się w tamtą stronę i omiotła drzewa latarką. Pnie drzew. Martwe gałęzie. Złamany patyk. Nic więcej.

 

Co do diabła...? Poczuła coś. Pociągnęła nosem, odwracając głowę najpierw w jedną, potem w drugą stronę. Okropny, przeraźliwy odór, jakby zgnilizny.

- R-r-reed? Cz-czujesz to?

Żadnej odpowiedzi.

- Reed?

Coś poruszyło się za jej plecami i znowu usłyszała gwizd, tym razem niski i świszczący. Odwróciła się na pięcie i drżącymi rękami skierowała snop światła w górę wzgórza. Omiotła nim rząd drzew, prześlizgnęła się po jakiejś plamie mroku i znowu oświetliła pnie i konary.

Coś błysnęło w tej czarnej plamie. Beck cofnęła latarkę.

Od razu wiedziała, co to jest. Kiedykolwiek ich pies patrzył w światło latarki albo jakiś kot spojrzał na reflektory ich samochodu, jego oczy zawsze odbijały światło - dokładnie jak to... to coś, na co teraz z przerażeniem się gapiła.

Dwoje ogromnych oczu wyglądało jak srebrzystozielone światła reflektorów w ciemności. Oczy spojrzały na nią, a potem zniknęły, jakby przesłonięte dłonią lub ramieniem. Ciężkie kroki. Trzask, chrzęst!

Beck wpadła między drzewa w poszukiwaniu Reeda. Może krzyczała, może nie, wiedziała tylko, że biegnie, uchylając się przed pniami, które co chwilę ukazywały się nagle w świetle jej latarki.

- R-r-r-r... - imię męża nie chciało przejść jej przez gardło. Przestała próbować, chciała po prostu wydać z siebie jakiś dźwięk, jakikolwiek.

- Tutaj...

Tym razem krzyknęła bez problemu, bez zastanowienia ani wysiłku, pewnie dlatego, że wpadła prosto w ramiona Reeda.

- Już, już, spokojnie!

Krzyczała, jąkała się, w końcu wyrzuciła z siebie coś o oczach, zapachu i o tym, jak blisko był ten stwór, na jakiej ogromnej wysokości miał oczy, jakie dźwięki wydawał...

Krzyki! Wściekłe wrzaski! Wycie! Szaleńcze wrzaski demonów, potępieńców, mrocznych sług piekła rozniosły się echem w dół wzgórza, odbijały się od drzew, wypełniły cały wąwóz, niemalże burząc wodę w strumieniu. Bestie były tuż-tuż, ich ciężkie kroki były podobne do uderzeń bębna.

Rozbiegane snopy światła latarek Reeda i Beck spotkały się jednocześnie na tym samym drzewie - splątanym, na wpół uschniętym cedrze. Oboje myśleli tylko o jednym: "Wdrap się tam! Wdrap się i nigdy już nie schodź, przenigdy!".

Reed podłożył rękę pod stopę Beck i pomógł jej wybić się do góry. Pierwsza gałąź, którą złapała Beck, nie była gałęzią tylko ręką w koszuli i ześlizgnęła się, gdy tylko Beck jej dotknęła. Zakrwawiona, złamana ręka osunęła się w dół i zawisła w powietrzu. Tym razem Beck nie krzyknęła. Nie mogła nawet złapać tchu. Zmrożona widokiem, przechyliła się do tyłu i poleciała w dół, aż w końcu zatrzymała się na splątanych zaroślach.

W świetle latarki Reeda ukazało się ciało mężczyzny o przerażonym wyrazie twarzy i szeroko otwartych oczach. Zwisał głową w dół, chybocząc się to w jedną, to w drugą stronę, z nogami zaplątanymi w gałęzie. Jego bezwładne, zsiniałe ciało ciążyło ku ziemi. Długi warkocz, podobny do czarnej żmii, kołysał się miarowo.

Głowa mężczyzny ledwie trzymała się szyi.

Biegli w szaleńczym pędzie, pomiędzy drzewami migającymi w świetle ich latarek, przez splątane zarośla, w nieprzeniknioną ciemność nocy - bez zastanowienia, bez odpoczynku, gnani strachem.

Początkowo zapomnieli o plecakach, ale w krótkim przypływie trzeźwego myślenia porwali je ze sobą, przebiegając przez obozowisko. Nie wiedzieli, jak trafić na szlak, pamiętali tylko, że wiedzie on dołem, przez wąwóz, więc zaczęli zbiegać, a raczej zsuwać się w dół, w stronę strumienia, chwytając się korzeni, roślin, pni, wszystkiego, co mogłoby powstrzymać ich od śmiertelnego upadku. 

Biegnąc, wciąż słyszeli dzikie wrzaski tych bestii, demonów, duchów lasu, jakby pogrążonych w ferworze walki. Wrzaski dochodziły z każdej strony; Beck musiała krzyczeć, żeby Reed mógł ją usłyszeć. Bełkotała coś o szlaku, o tym, że widzi szlak.

Jeszcze jeden sus i byli na ścieżce wiodącej w górę wąwozu. Teraz biegli już szlakiem, modląc się, żeby to była ta właściwa droga, dzięki której uciekną z tego piekielnego miejsca i dotrą do Abney - miasta, które znali tylko z opowieści.

Biegli ile sił w nogach, w żyłach pulsowała im adrenalina. Szlak, drzewa, zakosy ścieżki migające w świetle latarek. Wspinali się, ścinali zakręty, pokonywali skały, zwalone drzewa, byle dalej, byle dalej.

Doganiał ich jednak inny wróg, jak powolna, ale pewna śmierć: zmęczenie. Strome zbocze, wysokość, ciężkie plecaki - to wszystko przygniatało ich do ziemi, kradło oddech, wysysało siłę z mięśni.

Beck biegła z przodu, z trudem pokonując stromą, niebezpieczną część szlaku na czworakach, postękując, walcząc o każdy oddech. Spojrzała przez ramię. Twarz miała zalaną łzami. - G-g-gdzie...?

- Nie wiem. 

 

Reed zatrzymał się. Próbował uspokoić oddech, żeby usłyszeć, czy udało im się zostawić pogoń w tyle.

Przez moment nie słyszeli nic. Ale tylko przez moment.

Kobieta nadal tam była. Znowu usłyszeli jej przeciągłe wycie i skowyt innej bestii, dobywający się z głębokiego, pełnego flegmy gardła. 

- Są za nami - rzucił w końcu Reed.

Ruszyli znowu. Każdy krok sprawiał im piekielny ból.

Wdrapali się na szczyt zbocza wąwozu. Od tego miejsca szlak wreszcie zaczął schodzić w dół. Ciężko stawiali kroki, stopy mieli jak z ołowiu, nogi obolałe, płuca z trudem chwytały powietrze.

Beck poddała się. Upadła na ziemię i leżała bez ruchu. Tak było jej dobrze. Teraz żyć znaczyło dla niej trwać w bezruchu.

Reed padł na ziemię tuż obok, głośno dysząc. Cały mokry od potu, ocierał słone krople z oczu.

Nasłuchiwali, próbując przeszyć wzrokiem mrok.

Wrzaski i wycia ustały. 

Może już po wszystkim? Może zostawili całe zło za sobą? A może to tylko ta chwila wytchnienia i parę cennych wdechów sprawiły, że znów zaczęła wstępować w nich nadzieja - ulotne uczucie, że może jednak wyjdą z tego cało.

Reed wyciągnął z kieszeni mapę i zaczął rozkładać pogięte i pomarszczone strony, robiąc przy tym mnóstwo hałasu.

- Ciszej, ciszej! - błagała Beck.

- Muszę sprawdzić, gdzie jesteśmy i gdzie mamy teraz iść.

Oświetlił mapę, ustawił ją we właściwej pozycji i zaczął szukać znajomych punktów. - Szlak biegnie... na południowy wschód, chyba.

- Chyba tak.

Łup! Łup! Ziemia zatrzęsła się.

- O, nie, Boże, nie! - szepnęła płaczliwym głosem Beck.

Reed wyłączył latarkę i dał znak Beck, żeby zrobiła to samo. Prawie przestali oddychać. Słyszeli wyraźnie ciężkie kroki, trzaskające patyki. Coś schodziło w dół, było coraz bliżej i bliżej...

Nagle kroki ustały. Zapadła cisza. Czekali, wstrzymując oddech, choć ich płuca błagały o tlen. Rozpaczliwie próbowali przeniknąć ciemność słabym ludzkim wzrokiem.

- Jeśli będziemy cicho - Reed szepnął do ucha Beck - to może da sobie spokój i odejdzie.

Ale Beck dotknęła tylko palcem jego nosa, dając mu znak. Reed pociągnął cicho nosem. Oboje byli spoceni po długim, szalonym biegu, ale to na pewno nie od nich pochodził ten okropny smród. Beck wskazała w górę zbocza i Reed zrozumiał. Nocne powietrze spływa w dół. Ten stwór był gdzieś wyżej, nad nimi.

Potem usłyszeli długi, wyraźny gwizd zakończony czymś w rodzaju świergotu. Stwór był bliżej, niż im się wydawało.

Zorientowali się, że siedzenie w miejscu nic im nie da. Podnieśli się i znowu zaczęli biec, ale nogi uginały się pod nimi, wykończone ciała odmawiały posłuszeństwa, a poza tym znowu musieli włączyć latarki.

Znowu ten gwizd - z tyłu, tak samo blisko jak przedtem.

Szybciej, szybciej!

Kroki i trzaski łamanych gałęzi zamiast przycichnąć, jeszcze bardziej się nasiliły - były coraz bliżej i bliżej... Czuli się jak zwierzyna podczas polowania. Ten stwór polował na nich, bez trudu nadążał za ich tempem i, co gorsza, widział po ciemku.

Beck usłyszała szum wodospadu. Szlak nagle złączył się z korytem strumienia i biegł zakosami po śliskich, ostrych skałach. Reed zatrzymał się. Chwiał się na drżących nogach, próbując złapać równowagę na skałach. Pochylił się, jakby chciał znaleźć kamień, gałąź, której mógłby użyć jako broń, cokolwiek.

Beck po prostu chciała przebiec przez strumień, wrócić na gładki szlak. Wodospad szumiał głośno tuż obok niej, z prawej strony...

Nagle straciła równowagę, kamienie uciekły jej spod stóp. Przewróciła się na bok, a potem, koziołkując, potoczyła się w dół urwiska.

Plecak częściowo zamortyzował uderzenie, ale nadal turlała się w dół, błyskając latarką w powietrze.

Nagle uderzyła głową o kamień. Oślepiający błysk eksplodował w jej mózgu.

Reed usłyszał odgłos upadku i zaczął przeczesywać urwisko światłem latarki.

- Beck! 

Zobaczył ją na skałach parę jardów poniżej szlaku, leżała jak szmaciana lalka, z jedną nogą w strumieniu i strużką krwi na twarzy. Odnalazł wzrokiem okrężną, ale bezpieczną trasę pomiędzy zaroślami, gałęziami i młodymi drzewkami. 

- Beck!

Złapał najbliższą gałąź i opuścił się w dół, potem następna gałąź i następna... Byle niżej, byle niżej!

- Beck! Powiedz coś! Mów do mnie!

Nagle coś poruszyło się przy strumieniu. "Dobry Boże, tylko nie to..."

W świetle latarki zobaczył srebrzystozielony błysk dwóch źrenic, zawieszonych w górnej części masywnego czarnego kształtu, który pochłonął resztę światła. Reed krzyknął - ze strachu, ale też żeby wzbudzić strach. Czy nigdy nie pozbędą się tego straszydła?

Kształt przemieścił się tak szybko, że Reed stracił go z oczu. Zaczął rozpaczliwie wymachiwać latarką. Snop światła wyłowił na moment z mroku ciało jego żony. Leżała jak porzucona zabawka, z rozrzuconymi rękami i rudymi włosami.

Czarny kształt przesłonił ją jak koc. Reed usłyszał ciężkie, dudniące kroki na brzegu, a potem...

Pustka.

 
 

ROZDZIAŁ III

 
 
 
 
 

Reed przebiegł przez strumień, nerwowo świecąc latarką we wszystkich kierunkach, jednak nie widział nic oprócz splątanych gałęzi drzew. Jednostajny szum wodospadu tłumił nawet odgłos jego własnych kroków. Wydostał się z gąszczu i z trudem zaczął wspinać się na przeciwległy brzeg, nie mając bladego pojęcia, w którą stronę powinien pójść.

- Beck! - zawołał.

 

Cisza.

Beck nie była martwa. Nie mogła być. Nie mógł sobie pozwolić na takie myślenie. Żyła i był przekonany, że za chwilę usłyszy jej głos, jeśli tylko zawoła o pomoc...

"Myśl", przywołał się do porządku. "Nie panikuj. Nic nie widzisz, ale przecież słyszysz. Musisz korzystać ze wszystkich zmysłów".

Tak! Usłyszał dobiegający z góry dźwięk łamanych gałęzi. Ruszył w tamtą stronę, co chwila rzucając snop światła przed siebie. Zobaczył złamaną gałąź, zaraz potem następną. Zrzucił plecak i zanurkował między drzewa. Pełzł na oślep, szukając jakichkolwiek punktów zaczepienia, nasłuchując i co jakiś czas wołając Beck po imieniu.

Gdzieś w głowie odezwał się głos: "Nie masz broni. Żadnej broni. Musisz coś znaleźć!".

Kolejny szelest przykuł jego uwagę i zmusił do podniesienia głowy. Trafił na ścieżkę wydeptaną przez zwierzynę, na ziemi widać było tropy wapiti i jeleni. Nagle między śladami zauważył wyraźne, półokrągłe zagłębienie, być może odcisk obcasa. Czując przypływ sił, ruszył w górę zbocza, klucząc, na przemian gubiąc i znajdując trop. Kiedy ślad się urwał, podążył w kierunku, z którego - jak mu się wydawało - dobiegł go dźwięk.

- Beck! - las stłumił jego krzyk. 

Przyspieszył, z trudem kontynuował wspinaczkę, raz w górę, raz w dół, szedł, zawracał, aż strach i rozpacz ustąpiły miejsca wyczerpaniu. Wtedy zaczął sobie uświadamiać, że być może kręci się w kółko. Zaczął krzyczeć ile sił w płucach, ale czarna ściana lasu odpowiedziała milczeniem. Nie miał pojęcia, czy jego głos w ogóle dociera gdzieś dalej. Latarka dawała już jedynie stłumione światło, o wiele za słabe, żeby przebić przytłaczające ciemności, zalegające w dolinach.

Sekundy zlewały się w minuty, minuty w godziny. Szedł krok za krokiem, jard za jardem, mila za milą, ale las zdawał się nie mieć końca. Był wciąż tak samo gęsty, niedostępny, pełen splątanych gałęzi i korzeni i tak przerażająco ciemny.

Kiedy w końcu wydostał się na oświetloną bladym światłem księżyca łąkę, zobaczył gwiazdy i upadł na ziemię z cichym jękiem, wykończony do ostatka. W głowie tłukły mu się sprzeczne myśli.

"Nie znajdę jej. Nigdy jej nie znajdę.

Znajdziesz. Po prostu musisz szukać dalej.

Tylko gdzie? Gdzie, do diabła? Nie wiem nawet, gdzie zacząć...

Uspokój się. Jak zrobi się jasno, będzie łatwiej.

Do tego czasu coś już ją pożre. 

Nie! Bóg na to nie pozwoli.

Naprawdę? A do czego doprowadził do tej pory? Pamiętaj, gdzie jesteś. Tutaj obowiązują inne zasady". 

Reed złapał się za głowę, ze wszystkich sił próbując się uspokoić. Błądząc godzinami po lesie, nic nie zyskał, a ta wściekła gonitwa myśli z pewnością nie mogła mu pomóc.

Zmusił się do tego, żeby przez chwilę leżeć w bezruchu, uspokoić oddech. Leżał tak do czasu, aż udało mu się uformować pierwszą spójną myśl: "Nie znalazłem żony". Następna myśl: "W całym tym obłędnym kręceniu się w kółko mogłem równie dobrze oddalić się od niej, jak przybliżyć". I wreszcie trzecia: "Ja sam mam problem. Nie mam pojęcia, gdzie jestem. Nie mam broni ani żywności".

Ciągle miał przy sobie mapę i kompas. Gdy wzejdzie słońce, będzie mógł rozejrzeć się po okolicy i być może ustalić, gdzie się znajduje. Na razie był zbyt zmęczony i skołowany, żeby nawet próbować, a każdy następny krok mógł tylko pogorszyć sytuację. Dopóki nie odpocznie choć trochę i nie zrobi się jaśniej, nie będzie miał szansy pomóc ani sobie, ani Beck.

Latarka już prawie zgasła, ale w słabym świetle, które dawała, zdołał jeszcze zobaczyć jakąś rozpadlinę, zaledwie kilka kroków w górę zbocza. Choć coś w nim się buntowało, ostatecznie zwyciężył rozsądek.

Wpełzł do wykrotu, chcąc ochronić się przed chłodem nocy i odpocząć, przynajmniej do rana.

 
 

Beck... Beck... Beck!"

Beck śniła, z dala od strachu czającego się w ciemnościach, lekko tylko zdziwiona niepokojem w głosie swojego męża, który rozpaczliwie ją wołał.

Na skraju snu, w każdej części ciała czaił się tępo pulsujący ból. Wiedziała, że po drugiej stronie czeka na nią zamazany, wirujący przed oczami świat, ale nie budziła się. Nie chciała. To by bolało, a we śnie było jej dobrze. Płynęła, jak gdyby z nurtem strumienia, prześlizgując się między konarami drzew, wśród liści tańczących na wietrze z cichym szelestem, a ziemia była tak daleko. 

Było jej ciepło, jakby ktoś owinął ją grubym wełnianym kocem, i było ciemno, jak w jej własnej sypialni w środku nocy.

"Nie mogę się obudzić, nie chcę się budzić, nie otworzę oczu, będę śnić, czując na twarzy powiew wiatru..."

 
 

Ukryte w ciemnościach potwory. Ślina kapiąca z kłów. Pazury drące ziemię, wszędzie wokół, coraz bliżej... Beck! Beck! Nie był w stanie się poruszyć..."

- Reed! Beck!

Reed obudził się gwałtownie.

- Reed! - to mógł być głos Capa. 

Nie miał pojęcia, skąd dobiega. Zmusił swoje ręce i nogi do posłuszeństwa. Nadludzkim wysiłkiem, czepiając się splątanych korzeni i wystających głazów, kopiąc wściekle nogami, zdołał wydostać się z wykrotu - wprost w oślepiające światło dnia.

Znów usłyszał wołanie:

- Reed! Beck!

Stanął na mokrej od rosy trawie. W jasnym słońcu wszystko wyglądało zupełnie inaczej.

- Tutaj! - zawołał.

- Reed! Gdzie jesteś? - To była Sing.

- Tutaj! - powtórzył.

Poderwał się na nogi, ale zakręciło mu się w głowie i upadł, co przypomniało mu boleśnie, jak jest wycieńczony. Przez dłuższą chwilę jedyne, co mógł robić, to wołać słabym głosem. W końcu go znaleźli. Słyszał, jak z trudem przedzierają się przez gęste poszycie, by wreszcie wydostać się na polanę.

Mieli wyładowane plecaki, wysokie buty, ciepłe kurtki i cały ekwipunek potrzebny, by przeżyć przez dłuższy czas z dala od cywilizacji. Reed, widząc wyraz ich twarzy, zdał sobie sprawę, że musi wyglądać koszmarnie.

- Reed! Nad strumieniem znaleźliśmy twój plecak. Co się stało? - spytał Cap. - Gdzie jest Beck...?

 
 

Tego popołudnia w pensjonacie Tall Pine panował większy ruch, niż we wszystkich poprzednich sezonach razem wziętych. Naprzeciw okalającej dom werandy stały zaparkowane dwa wozy patrolowe z biura szeryfa hrabstwa Whitcomb. Po obu stronach stały pikapy, SUV-y, auta i motocykle, którymi przyjechali ratownicy. Kilkunastu ochotników nie traciło czasu. Rozpakowywali plecaki i wkładali do nich niezbędny sprzęt, testowali przenośne radia, zbierali surwiwalowy ekwipunek oraz zapas leków, bandaży i tym podobnych rzeczy. Niektórzy przygotowywali strzelby i pakowali pudełka z amunicją. Na parking zajechała ciężarówka, jednak wolne miejsce znalazła dopiero na jego drugim końcu. Na pace ujadał i głośno wył owczarek niemiecki. Po drugiej stronie parkingu, podpięty do przenośnego generatora prądu, stał przerobiony z autobusu szkolnego wóz dowodzenia służb ratowniczych, załadowany po brzegi sprzętem, radiostacjami, komputerami i inną elektroniką. Przed wejściem do pensjonatu stał błyszczący pikap z przedłużoną kabiną, z wymalowanym na drzwiach symbolem Departamentu Rybołówstwa i Łowiectwa stanu Idaho. 

Zastępca szeryfa Dave Saunders ubrany w zieloną polową kurtkę i czapkę z daszkiem, energicznie wyszedł na werandę, raportując przez trzymane w ręce radio:

- Tak, Jimmy Clark właśnie przesłuchuje świadka. Jak skończy, wszystko się wyjaśni. To pewnie atak niedźwiedzia, więc bierzemy paru myśliwych.

W tym momencie szeryf Patrick Mills przyłożył wskazujący palec do ust i szepnął oschle: 

- Dave, może trochę ciszej?

Zastępca podążył za wzrokiem szefa. Na drewnianej ławce nieco na skraju werandy, dokładnie naprzeciwko pokoju numer sto pięć, siedział Reed Shelton. Był wymizerowany, brudny, oszołomiony i najwyraźniej starał się wytłumaczyć coś Jimmy'emu Clarkowi, pracownikowi służby ochrony przyrody, który zadawał mu pytania. 

- Cholera! Przepraszam - speszył się Dave.

Szeryf Mills, wysoki, najwyraźniej doświadczony, jeśli chodzi o policyjną robotę mężczyzna z siwiejącymi wąsami, powrócił do rozmowy, którą prowadził z Capem i Sing na niedbale skleconej werandzie, niedaleko głównego wejścia. Miał na sobie ubranie do pracy w lesie, typową zieloną kurtkę z wielkim żółtym napisem "szeryf" na plecach, ale zamiast policyjnej czapki na głowie miał kowbojski kapelusz, ozdobiony z przodu gwiazdą szeryfa.

- Przepraszam - powiedział do Capa. - Co mówiłeś?

Cap wyglądał na zaniepokojonego; oddychał ciężko i przestępował z nogi na nogę, trzymając się kurczowo balustrady okalającej werandę. Profesor college'u mówił urywanymi zdaniami, a jego głos brzmiał wyjątkowo niepewnie. 

- Znaleźliśmy... to było na skale, tuż pod wodospadem.

- Krew - podpowiedział Mills.

- Właśnie. Przeczesaliśmy okolicę po obu stronach potoku, we wszystkich kierunkach, w górę i w dół zbocza...

- Jak daleko?

Cap wzruszył bezradnie ramionami. 

- Nie jestem pewien, jakieś czterdzieści, może pięćdziesiąt stóp... - spojrzał na Sing, jakby od niej oczekując odpowiedzi.

Sing siedziała na ręcznie ciosanej ławce naprzeciwko ściany z bali, patrząc ze zmarszczonym czołem na wyświetlacz aparatu cyfrowego Reeda Sheltona. Przeglądała fotografie zrobione przez Reeda w zdewastowanej chacie i zdjęcie Beck w obozie, z policzkami wypchanymi kanapką. Obok ławki, oparte o ścianę, stały zapakowane po brzegi plecaki Sing i Capa. Nie zdążyli ich nawet rozpakować. Sing we włosach i na ubraniu miała liście i sosnowe igły. 

- Według mnie szukaliśmy w promieniu około stu stóp. Nie było to proste, okolica jest strasznie zarośnięta.

Mills spojrzał przez ramię Sing na wyświetlacz aparatu: 

- Czy zrobił jakieś zdjęcia ciała Thompsona?

Sing przejrzała zdjęcia do końca. 

- Nie. Wygląda na to, że Reed nie był w nastroju do robienia zdjęć; razem z Beck byli zbyt zajęci ratowaniem własnych tyłków.

- Żadne z was nie wróciło, żeby to sprawdzić?

Cap był na skraju wyczerpania. Pokręcił głową. 

- Chcieliśmy tylko znaleźć Beck, to wszystko.

- Więc żadne z was nie widziało ciała na własne oczy?

- Nie... - Cap zniżył głos. - Reed powiedział, że Randy nie żyje i to nam wystarczyło. Martwiliśmy się wtedy tylko o Beck.

Sing potarła dłonią czoło.

- I tak nie byliśmy w stanie nic zrobić. Reed nie chciał wracać, ale wiedzieliśmy, że musimy zorganizować jakąś pomoc. 

Mills spojrzał na ludzi gromadzących się na parkingu. Część z nich stanowili zawodowi ratownicy, świetnie wyszkoleni. Wszyscy przybyli tutaj, żeby za wszelką cenę znaleźć Beck Shelton. 

- Podjęliście słuszną decyzję. Sing, jesteś naszą specjalistką od medycyny sądowej już od pięciu lat. Pracowałaś z niektórymi z tych ludzi. Wiesz, że są dobrzy w tym, co robią.

Sing przytaknęła i pomachała do treserki psów, która właśnie dzieliła się swoim śniadaniem z Cezarem, owczarkiem niemieckim. 

- Nie przypuszczałam, że kiedyś będę osobiście zamieszana w którąś ze spraw.

Szeryf Mills spojrzał ponad głowami Capa i Sing na Reeda, który wciąż jeszcze był przesłuchiwany przez Jimmy'ego Clarka. 

- Jak myślisz, na ile Reed jest świadomy tego, co się dzieje?

Cap zerknął w tamtym kierunku.

- Nie mam pojęcia. Na pewno jest w szoku, zupełnie jakby się przebudził z koszmaru. Jeśli powie Jimmy'emu to, co powiedział nam...

Sing wzdrygnęła się, po czym schowała aparat do pokrowca. 

- Reed miał rację co do chaty. Jeśli znajdziemy Randy'ego Thompsona zwisającego z drzewa, będziemy musieli uwierzyć również w resztę jego historii. 

- Każdy, kto spędzi dłuższy czas w ciemności, w lesie, może mieć wrażenie, że rzeczy wyglądają gorzej niż w rzeczywistości - zasugerował szeryf.

- Może to widok zwłok Randy'ego tak go zszokował - podsunął Cap - a potem, cóż, zniknęła Beck... Nie jestem pewien, ale myślę, że w takiej sytuacji sam zacząłbym widzieć straszne rzeczy...

- Reed jest zastępcą szeryfa - przerwała mu zimno Sing. - Nie zapominaj o tym.

Zapadła niezręczna cisza.

- Tak, pamiętamy - powiedział w końcu Mills. - Sing, zanieś aparat Reeda Marshy do wozu dowodzenia. Sprawdź, czy uda jej się zgrać i wydrukować zdjęcia Beck. 

Sing wstała energicznie. Chciała zacząć działać, coś zrobić - nieważne co, cokolwiek. 

- A czy potem możemy się tam spotkać?

Mills spojrzał na zegarek.

- Pete powiedział, że będzie za jakieś dziesięć minut.

- Nie mamy dziesięciu... - zaczął Cap i w tym momencie usłyszał hurkot opon na żwirze.

Stary brązowy pikap z dudniącym tłumikiem podjechał i zaparkował naprzeciw budynku, za czterema samochodami. Mężczyzna, który z niego wysiadł, sprawiał wrażenie, jakby w dziczy spędził większość życia i w każdym innym miejscu czuł się nieswojo. Miał na sobie sprane dżinsy, skórzaną, postrzępioną kurtkę i oklapnięty kapelusz z szerokim rondem, z otokiem ze skóry grzechotnika. Wyglądał, jakby u fryzjera był jakieś trzy albo cztery miesiące temu, ale nie wyglądało, by się tym specjalnie przejmował.

 

- Ach - powiedział Mills - oto i on. 

Kiedy Mills wyszedł na parking, Pete Henderson, szef ekipy poszukiwawczej i główny tropiciel, już oceniał sytuację. 

- Aha. Widzę, że jest tu Jimmy - zauważył Pete - co oznacza, że był i niedźwiedź. Ty tu jesteś, więc mamy do czynienia z trupem. Ściągnąłeś mnie i moich ludzi, czyli nie potrafisz ustalić, co dokładnie tu zaszło.

- Chodź - powiedział Mills.

Idąc przez parking, Mills przekazał Pete'owi skróconą wersję opowieści Reeda.

- Żartujesz...? Reed powiedział coś takiego?

- Miejmy nadzieję, że w końcu zacznie mówić z sensem.

Podeszli w milczeniu do miejsca, gdzie Jimmy właśnie kończył indagować Reeda. Jimmy siedział na krawędzi balustrady, trzymając w rękach długopis i notes. Z całkowitą bezwzględnością wyciskał z Reeda każdy, najmniejszy nawet strzęp informacji. Widać było, że mu się spieszy, by jak najszybciej wyruszyć na szlak. Jego robocze ubranie nie pozostawiało wątpliwości co do tego, jakim był człowiekiem - było przystosowane do dziczy, nie do miasta: żadnych szamerowanych spodni - grube zielone lewisy; żadnych wypolerowanych nosków - buty odpowiednie do poruszania się w trudnym, często bagnistym terenie; jego szara koszula miała co prawda naszyte epolety, ale była zniszczona i znać było na niej ślady częstego przedzierania się przez gęstwinę. Czapka z daszkiem z naszywką Departamentu Rybołówstwa i Łowiectwa stanu Idaho leżała na balustradzie. 

Reed siedział na ławce, oparty o budynek, nieruchomo, jakby był grzybem, który tam wyrósł. Włosy miał splątane od potu; wyglądał, jak człowiek, którego żona zaginęła i który spędził noc pod powalonym drzewem. Ledwo dosłyszalnym szeptem powiedział:

- To był Randy. Miał długi czarny warkocz, widziałem to wyraźnie. 

Jimmy spojrzał na Millsa i Pete'a. Wszyscy doskonale znali czarny warkocz Randy'ego.

Reed podniósł głowę i w jego oczach pojawił się słabiutki błysk nadziei. 

- Hej, Pete!

- Jesteśmy tu dla ciebie, stary - odpowiedział Pete.

- Prawie skończyliśmy - stwierdził Jimmy, po czym zwrócił się do Reeda:

- Jak on wyglądał? Czy widziałeś coś, co mogło wskazywać na atak niedź...

- Wisiał na drzewie! - powiedział z naciskiem Reed. - Z niemal oderwaną głową!

- Ale mógł się wdrapać na drzewo, żeby uciec przed niedźwiedziem, prawda?

Reed pomyślał przez chwilę, a potem skinął głową. 

- Tak, to ma sens, jeśli bardzo chcesz w to wierzyć.

Jimmy rozejrzał się wokół, jakby szukając właściwych słów.

- Reed, możesz mi wierzyć, nie podoba mi się to tak samo jak tobie.

Reed spuścił głowę, oczy wypełniły mu się łzami.

- Gdybyśmy wtedy nie rozbili obozu, gdybyśmy tylko zakopali śmieci, gdybyśmy nie zapomnieli powiesić tych cholernych pojemników z kanapkami...!

- Czy Beck miała okres?

- Nie.

- Czy wzięła ze sobą jakieś kosmetyki do makijażu?

Reed spojrzał na niego nieprzytomnie. Jimmy wyjaśnił: 

- Dla niedźwiedzia ten zapach oznacza jedzenie.

- Nie widziałem żadnego niedźwiedzia - powtórzył po raz setny Reed.

Jimmy zajrzał do swoich notatek. 

- Mogło być wiele powodów, Reed. Nie musisz się obwiniać. 

- Skończyliśmy? 

Jimmy skinął głową. 

- Tak, Reed, skończyliśmy. A teraz zamierzamy wziąć się do roboty.

Reed skoczył na równe nogi: 

- Przygotuję sprzęt.

Pobiegł do pokoju 105 i trzasnął za sobą drzwiami, nawet się nie odwracając.

Jimmy wstał z werandy i podszedł do Millsa i Pete'a.

- Cześć, Pete.

- Cześć.

Jimmy jeszcze raz zajrzał do notatek i powiedział półgłosem:

- Zakładam, że znasz już całą historię.

- Jakieś nowe szczegóły? - spytał Mills.

Jimmy rzucił ukradkowe spojrzenie na drzwi, za którymi zniknął Reed. 

- Raczej nie. Trudno dojść, co się rzeczywiście wydarzyło. Reed jest tak wstrząśnięty, że majaczy, mówi coś o krzyczącej kobiecie i gigantycznych potworach walczących w ciemnościach. Upiera się, że coś naprawdę wielkiego i cuchnącego goniło ich szlakiem, a potem złapało Beck. 

Spojrzenie Jimmy'ego było dosyć wymowne: "Czy muszę mówić dalej?".

- Reed mówił, że Beck spadła z wodospadu? - spytał Mills.

- Tak, tuż przed atakiem. Jeśli w istocie tak było, to zakładam, że stało się to na przecięciu szlaku na Abney i Scatter Creek.

- Cap i Sing mogą nam pokazać to miejsce. Właśnie stamtąd wrócili.

Jimmy raz jeszcze zajrzał do swoich notatek. Reed narysował, gdzie Beck znalazła ciało Randy'ego, w górze potoku, na pagórku nad chatą.

Mills zwrócił się do Pete'a:

- Będziemy potrzebować dwóch grup - jednej do przeszukania chaty, drugiej do sprawdzenia potoku.

- Wygląda na to, że jeżeli znajdziemy Beck, to w kawałkach - mruknął Pete i zerknął przez ramię na ratowników.

Jimmy pochylił się w stronę Millsa:

- Szeryfie, nie mogę wysłać tam Reeda.

- Zamierzasz go tu zatrzymać? Powodzenia.

- Będzie nam wszystko tylko utrudniał.

- Jeżeli naprawdę oszalał... - zawiesił głos Pete.

- Słuchajcie, Reed jest moim przyjacielem, ale nie mogę pozwolić, by poszedł z nami - z uporem powtórzył Jimmy.

- Pogadam z nim - powiedział Mills - a potem zajmiemy się tą sprawą.

Spojrzenie Jimmy'ego nie pozostawiało wątpliwości. 

- Szeryfie, to był atak niedźwiedzia. To ja zajmuję się takimi sprawami.

Mills nie dał się zbić z tropu. Był szeryfem, a co ważniejsze - za dobrze znał Jimmy'ego Clarka. 

- Jimmy, nie wiemy, co to jest, przynajmniej na razie. Zanim nie wyjaśnimy, o co tu chodzi, spróbujmy pracować zespołowo.

- Tu nie ma nic do wyjaśniania!

- OK, powiem w ten sposób: jeśli znajdziemy coś, co ma związek z niedźwiedziem, podlega to twojej jurysdykcji. Jeśli coś będzie dotyczyć ludzi, żywych czy martwych - tym będę zajmować się ja. Pasuje?

Jimmy wypuścił powietrze nosem, wciąż nie do końca przekonany.

- W porządku, pasuje. Na razie.

- Świetnie, zatem umowa stoi - Mills uznał sprawę za zamkniętą. - Powiedz mi teraz, gdzie zamierzasz rozpocząć polowanie na swojego niedźwiedzia.

- Najprawdopodobniej chata jest w centrum obszaru, na którym poluje niedźwiedź. Zamierzam zacząć właśnie tam.

 

- OK, Dave i ja pójdziemy z tobą. Pete, potrzebuję dwóch albo trzech ludzi.

Pete policzył półgłosem. 

- Da się zrobić.

 - Potrzebujemy również broni dla obu grup - powiedział Jimmy.

- Moi chłopcy są tutaj i... - Pete jeszcze raz rzucił okiem na grupę ochotników - wygląda na to, że mamy kilku nowych, których nie znam.

Mills zwrócił się do Pete'a:

- Twoja drużyna będzie szukała Beck - zaczniecie przy wodospadzie Scatter Creek. Weźcie psa. Jimmy, chciałbym, żeby Sing rzuciła okiem na teren dookoła chaty, zanim ktoś zatrze ślady.

Jimmy uśmiechnął się kpiąco i powiedział głośniej, niż zamierzał:

- Więc teraz robisz z tego miejsce zbrodni? 

- Ciała są moje, pamiętasz?

Jimmy machnął ręką. 

- Nieważne.

Zwrócił się do Pete'a:

- Pospiesz się z tym psem.

- Nie martw się - odparł Pete. - Jesteśmy gotowi? 

- Pete, jeszcze jedno - powiedział szeryf, kładąc rękę na ramieniu tropiciela. - Zapomnij o historiach, które do tej pory słyszałeś. Znajdziesz, co masz znaleźć i niech to mówi samo za siebie, dobra?

Pete skinął głową i poprawił kapelusz.

- Rozdzielę ochotników- powiedział i ruszył w stronę parkingu.

Szeryf i Jimmy Clark odprowadzili go wzrokiem. Ludzie Pete'a gromadzili się wokół niego, jakby był jakimś kaznodzieją.

- Ma rację co do jednego - powiedział Jimmy. - Za wiele to on nie znajdzie.

- Zobaczymy - odparł krótko Mills.

 
 
 

Pete przechylił głowę, oparł ręce na biodrach i zmierzył wzrokiem podekscytowany tłumek. To byli jego sąsiedzi: stolarz, gospodyni domowa, dwóch strażaków, nauczyciel, maszynista, asystent dentysty, operator ciężkiego sprzętu i kilku innych - wszyscy rzucili to, czym się zajmowali, aby z pełnym ekwipunkiem ruszyć w dzicz, nawet spać tam w razie potrzeby, nie biorąc za to ani grosza. Pracowali już razem wiele razy, bez względu na porę roku i pogodę, tylko dlatego, że ktoś zaginął albo potrzebował pomocy. Gdyby ktoś ich spytał "dlaczego?", odpowiedzieliby zapewne: "Bo ktoś musi to zrobić".

Pete zwrócił się do swojej drużyny.

- OK, teraz słuchajcie. Znacie sytuację. Musimy znaleźć dwie ofiary, uważając przy tym na niedźwiedzia, który może nas zaatakować. Ci z was, którzy chcą znaleźć niedźwiedzia, niech idą z Jimmym Clarkiem. Kto szuka ofiar, ze mną. Jeśli nie chcecie ani ze mną, ani z Jimmym, dołączcie do szeryfa Millsa. On wydaje rozkazy nam wszystkim. W porządku, Sing... Sing, gdzie ty jesteś, do diaska?!

Sing i Cap właśnie wysiadali z wozu dowodzenia, trzymając w rękach świeżo wydrukowane zdjęcia. Sing pomachała nimi, żeby przyciągnąć uwagę poszukiwaczy. 

- Dobra, Sing da wam zdjęcia i dokładny rysopis osób, których szukamy. Przejrzyjcie te rzeczy dokładnie.

Ochotnicy odbierali materiały z rąk Sing w ponurym milczeniu. Większość z nich znała przecież Randy'ego albo Beck. Albo oboje. 

Przyszła kolej na Jimmy'ego. Rozległ się jego tubalny głos:

- Zaczniemy poszukiwania jednocześnie z dwóch miejsc rozlewiska Lost Creek. Potrzebujemy ludzi, którzy znają się na tropieniu, polowaniu i - weźcie to na serio - odzyskiwaniu ludzkich szczątków. Atak niedźwiedzia to nie przelewki.

W grupce słuchaczy zapanowało nerwowe poruszenie.

- Pete zna wasze możliwości, więc to on podzieli ludzi. Twoja kolej, Pete.

Pete Henderson znów zwrócił się do zebranych:

- Ekipa medyczna, macie być w pobliżu. Zobaczmy, ilu mamy strzelców. OK, wy dwaj pójdziecie z Jimmym, wy dwaj ze mną. Don, ty bierzesz moje prawe skrzydło. Tyler, gotowy? Dobra, weźmiesz drugą stronę. 

 
 

Cap stał trochę z boku, wsłuchując się w każde słowo.

- Hej.

Cap wzdrygnął się, słysząc powitanie. To nie był najlepszy czas na pogawędkę. Przelotnie spojrzał na obciętego na jeża mężczyznę koło trzydziestki w ubraniu w kolorze khaki. Wyglądał jak myśliwy albo marines. Nosił strzelbę, musiał być jednym ze strzelców.

- Cześć - odparł Cap.

- Jestem Steve Thorne. Jeśli dobrze zrozumiałem, znalazłeś jedną z ofiar? 

Cap krótko uścisnął jego dłoń.

- Michael Capella. Tak. Jesteśmy przyjaciółmi Reeda i Beck Sheltonów. To moja żona, Sing.

Mężczyzna wymamrotał słowa powitania. Sing odpowiedziała lekkim uśmiechem, przysłuchując się uważnie temu, co mówił Pete.

- Naprawdę mi przykro - powiedział Thorne.

- Dzięki - odparł Cap, nie odwracając wzroku od Pete'a.

Zamiast odejść, Thorne zadał kolejne pytanie. 

- Co właściwie widział twój przyjaciel?

"Co to w ogóle za pytanie?" Cap spojrzał przeciągle na mężczyznę. Uznawszy, że Thorne po prostu stara się pomóc, odparł:

- Nie wiem, co widział. Właśnie staramy się tego dowiedzieć. 

- To chyba musiał być niedźwiedź. Nie mówił nic o niedźwiedziu?

- Naprawdę nie wiem. Było ciemno choć oko wykol i... nie wiem, po prostu nie wiem. To było dla niego straszne przeżycie i ciągle jest w szoku.

Pete mówił dalej: 

- Pozostali niech porozmawiają z Marshą. Ona przydzieli wam zadania aprowizacyjne i pod jej kierunkiem zajmiecie się komunikacją w punkcie dowodzenia.

- A więc tak naprawdę nic nie widział - naciskał Thorne.

Cap pohamował zniecierpliwienie. 

- Nie miał całkowitej pewności.

Thorne poklepał go przyjacielsko po plecach.

- Dzięki. Tak tylko pytam.

Cap znów skoncentrował się na słowach Pete'a, który właśnie spojrzał w jego kierunku.

- Cap. Tak się nazywasz, prawda? - spytał Thorne.

- Tak do mnie mówią.

- Miło cię poznać. Z którą drużyną idziesz?

- Chcę zbadać wodospad - odpowiedział.

- Kto to był? - spytała Sing.

Cap niecierpliwie wzruszył ramionami. 

- Jeden z myśliwych. Wyglądał na poszukiwacza sensacji.

 
 

Reed zrzucił brudne ubranie, po czym wyciągnął z plecaka świeżą koszulę i dżinsy. Założył brudne dżinsy i czystą koszulę. Zdjął koszulę. "Nie, zaraz, to ta czysta". Ubrał ją z powrotem i spróbował zdjąć spodnie, ale zapomniał, że zdążył już założyć buty. Rozwiązał sznurówki i w końcu zdjął spodnie. Gdzie są te czyste? Aha, rzucił je na stos z brudnymi rzeczami. Wyłowił czyste spodnie i je założył. Gdyby tylko jeszcze wiedział, gdzie jest pasek...

Ktoś zapukał do drzwi. 

- Reed? - to był szeryf Mills.

- Wejdź.

Mills wszedł do pokoju i cicho zamknął za sobą drzwi.

- Jak się czujesz?

Reed nie odpowiedział. Nie miał ochoty kłamać. Założył but i opadł ciężko na jedno z dwóch krzeseł znajdujących się w pokoju.

Mills wziął drugie krzesło i usiadł naprzeciw niego. Reed próbował założyć drugi but.

- Spytałem, jak się czujesz.

To brzmiało jak przesłuchanie. Mills wkraczał na prywatny teren Reeda, a to się Reedowi nie podobało. Zmierzył Millsa rozdrażnionym wzrokiem. 

- Z całym szacunkiem, szeryfie, to jest bardzo głupie pytanie.

- Muszę usłyszeć odpowiedź...

- Kiedy wyruszamy?

- ...albo nigdzie nie pójdziesz.

- Zaaresztuj mnie - odpowiedział Reed.

Mills dał mu w twarz. Reed zamarł, gapiąc się z niedowierzaniem na swojego przełożonego, który ciągle trzymał mu pięść przed nosem. Mills nawet nie dał mu dojść do słowa:

- Podziękujesz mi później - powiedział. - A teraz słuchaj. Na zewnątrz jest kilkunastu ochotników, którzy, być może, będą nadstawiali za ciebie karku i dlatego zanim cię stąd wypuszczę, lepiej się zdecyduj, jaką rolę masz zamiar grać. Potrzebujemy mężczyzn, nie ofiar. Histeria nie ułatwi nam zadania. Jeśli potrzebujesz czasu, żeby się z tym uporać i wziąć się w garść - nie ma sprawy, żadnych pytań, nie ma się czego wstydzić - ale muszę wiedzieć.

Reed zastanowił się przez chwilę, próbując się uspokoić.

- Nie wyszło nam to na dobre.

Mills słuchał. 

- To miało jej pomóc, miała się wyrwać z domu i znaleźć się w miejscu, gdzie mogłaby pobyć przez jakiś czas bez konieczności rozmawiania z kimkolwiek. Głęboko w lesie nie obowiązują przecież żadne zasady społeczne. Nie ma oczekiwań - spojrzał Millsowi prosto w oczy. - Nadawała się do takiego życia. Przełamałaby się. Wiedziałem, że ma to w sobie. Ludzie po prostu w nią nie wierzyli.

Mills skinął głową.

- Przełamałaby się. Masz całkowitą rację.

Oczy Reeda zaszkliły się. Spojrzał w dal, żeby uspokoić myśli. 

- Ja po prostu chciałem, żeby przestała się bać.

- Reed, popatrz na mnie.

Ich oczy się spotkały. Spojrzenie spod ronda kapelusza było przyjazne, ale śmiertelnie poważne.

- Ty i Beck chcieliście się sprawdzić. Cóż, właśnie to robisz, tylko nie ma nauczyciela i nie ma udawania, żadnej taryfy ulgowej. Jest za to masa problemów. Nie pomożesz Beck, pałętając się nam pod nogami i przeszkadzając, tylko dlatego, że masz coś za złe losowi. Ona teraz potrzebuje, żebyś myślał, jak rozwiązać ten problem. Musisz zrobić, co do ciebie należy. Wszyscy musimy. 

Wstał i podszedł do drzwi. 

- Wyruszamy za jakieś pięć minut. Daj mi znać, jaką podjąłeś decyzję. 

 
 

Mills wyszedł na werandę, zaczerpnął powietrza, po czym skinął na Sing. Spotkali się przy głównym wejściu. 

- Pewnie nie masz przy sobie sprzętu? - spytał.

- Przyjechałam na wakacje! Ale mam aparat fotograficzny. I notatnik. W końcu ta wyprawa miała być szkołą przetrwania. 

- Chciałbym, żebyś poszła z Saundersem i ze mną do chaty. Potraktujemy tę chatę jak miejsce zbrodni, udokumentujemy wszystko, co się da, dzięki czemu może w końcu dojdziemy, co się wydarzyło, a co w ogóle nie miało miejsca. 

W jej oczach ujrzał nieme pytanie.

- Reed opowiedział strasznie dziwną historię, w którą nikt nie będzie chciał uwierzyć, a to oznacza, że ludzie zaczną wierzyć w inne rzeczy. Zacznijmy od tego, a potem się zobaczy.

 
 

Reed, wreszcie ubrany tak jak trzeba, wyłonił się z pokoju 105 z plecakiem na ramieniu. Wyglądał jak pijany, z zaczerwienioną od emocji twarzą, podtrzymywał się ściany, żeby nie upaść. 

Jimmy właśnie kończył odprawę na parkingu. Mówił na tyle głośno, że Reed go usłyszał. 

- ...niedźwiedź może wciąż tam być, pilnując swojego łupu. Myśliwi muszą zająć pozycję i zabezpieczyć teren - ściszył głos, ale Reed ciągle słyszał, jak ich upomina. - Uważajcie na to, co mówicie. Reed niemal oszalał, ale doskonale go rozumiem. 

Kilku ludzi zauważyło Reeda i przywitało się z nim albo przynajmniej pomachało mu ręką. Niektórzy odwrócili głowy, patrząc na Jimmy'ego porozumiewawczo, chcąc mu dać znać, że Reed jest tutaj i słucha, ale Jimmy, ciągle zwrócony w stronę pensjonatu, nie zauważył tego i kontynuował:

- Niedźwiedzie lubią miękkie organy, ale tak naprawdę to zjedzą wszystko, włącznie z nogami i rękami. Nie zapomnijcie zabrać kilku toreb, możliwe, że ciało jest już w kawałkach. 

Reed stał jak sparaliżowany. Jedyne, co mógł robić, to gapić się na Jimmy'ego i zastanawiać, czemu go jeszcze nie zabił.

Jimmy w końcu się zorientował, że coś jest nie tak i spojrzał tam, gdzie kierowała się większość spojrzeń. Jego twarz pokrył rumieniec zażenowania. Za późno. Reed poczuł się jeszcze gorzej. Wpadł do recepcji, niezgrabnie zamykając za sobą drzwi. Podłoga falowała, jakby był na statku. Z wysiłkiem podszedł do balustrady, myślał, że zwymiotuje. Plecak zsunął mu się z ramion. Oparł ciężko łokcie o kontuar, jeszcze raz próbując wziąć się w garść. Musiał być silny, takiego potrzebowała go teraz Beck. Musiał zrobić to, co trzeba.

Miał wrażenie, że nawet blat recepcji falował. Dziękował Bogu, że nikogo nie ma w pokoju. Zatonął na chwilę w ciszy, oddychał miarowo, z utęsknieniem oczekując, aż myśli wrócą na swój tor. Potrzebował czasu, żeby wszystko przemyśleć. 

"Może faktycznie zwariowałem".

Szaleństwo wydało mu się nagle bardzo kuszące. Mogło ułatwić masę rzeczy. Wytłumaczyłoby wszystko i mógłby spokojnie uznać to za sen, zły sen, podobny do wielu innych, które miewał wcześniej.

Ta myśl wcale go nie pocieszyła. Choć w głowie wciąż kłębiły mu się przerażające wspomnienia zdarzeń, które nigdy nie miały miejsca, wiedział, że to jego własna podświadomość próbuje za wszelką cenę wyprzeć jeszcze straszniejszą prawdę.

Tak czy inaczej, gdyby nie blat recepcji, leżałby już na podłodze jak prawdziwy świr. Czy to nie przed tym ostrzegał go szeryf Mills? 

Wziął głęboki oddech. Modlił się przez chwilę, aż gonitwa myśli ustała, i uświadomił sobie, że jest za bardzo rozbity, że w dziczy może stanowić zagrożenie dla siebie i innych. Nie wytrzymałby tam, nie mówiąc już o tym, że nie byłby żadną pomocą dla drużyn ratowniczych - tak długo, jak długo nie mógł ufać własnym zmysłom.

"Wygląda na to, że nigdzie nie pójdę", pomyślał.

Potarł skronie. Ten gest oddawał jego ból i niepewność, ale oprócz tego Reed jakby chciał się upewnić, że nadal istnieje coś, co jest namacalne i rzeczywiste. Coś, czego mógł być pewien. Poczuł, że ciągle ma również łokcie - w końcu się na nich opierał. 

Co jeszcze było prawdziwe? Jego wzrok przesunął się po holu, zatrzymując się na chwilę na trofeach - głowa wapiti, jelenia, wielka skóra niedźwiedzia, kilka par poroża. Wyglądało na to, że ktoś tu znał się na rzeczy. Ktoś zupełnie nie z ligi Reeda.

Wzrok przesunął się w dół i niemal minął pożółkły plakat. 

Plakat? Utkwił w nim wzrok. Plakat przedstawiał czarne, dwunożne stworzenie brodzące wzdłuż usłanego pniami powalonych drzew koryta strumienia. Obrazek był zamazany i niewyraźny, ale zwierzę ewidentnie patrzyło w jego stronę. Reeda przeszył dreszcz. Nie widział srebrzystozielonych źrenic błyszczących w mroku, ale coś w tym obrazie sprawiło, że znów poczuł ten sam szarpiący nerwy, nieopanowany strach.

Przesunął wzrok na gablotkę pod plakatem i skupił się na gipsowym odcisku śladu ogromnej stopy. 

Gdy podszedł bliżej gabloty, przypomniał sobie dźwięk kroków w ciemnościach. Taki, jaki wydaje stąpanie tak wielkich stóp po miękkiej ziemi w środku lasu. Nagle prędkość i możliwości cienia, który widział, przestały być tak całkiem nieprawdopodobne.

Puls mu przyspieszył. Poczuł drżenie rąk. Rozejrzał się po holu, spojrzał przez okno na ludzi przygotowujących się do wymarszu na poszukiwania. Jimmy skończył swój wykład, jak sobie radzić z rozczłonkowanymi ciałami i oszalałymi ze strachu, majaczącymi członkami rodzin. Czy nikt z tych ludzi nie widział tego, co jest w gablotce, ani plakatu na ścianie? Czy nigdy nie przyszło im do głowy, że to wcale nie musi być niedźwiedź, że to może być...

Z trudem się powstrzymał, żeby nie wybiec stamtąd z krzykiem.

Oczywiście, że widzieli. Słyszeli też całą historię. Próbował zrozumieć, czemu przyjmują tylko jedną możliwość, jedno wyjaśnienie sytuacji, i znajdował tylko jedną odpowiedź - bo ich tam wczoraj nie było. 

Spojrzał raz jeszcze na plakat, próbując wyobrazić sobie tego stwora w ciemności...

- Nie jestem pewien, czy powinieneś na to patrzeć.

Arlen Peak, właściciel pensjonatu, wszedł do holu ze sklepu z pamiątkami. Stał pod wielką skórą niedźwiedzia i patrzył na Reeda, a w jego oczach widać było troskę.

Reed spojrzał na gablotkę. 

- Nigdy wcześniej go nie widziałem.

- Nie jest łatwo znaleźć kogokolwiek, kto go widział, a ci, którzy widzieli, niezbyt chętnie się tym chwalą.

- Widziałeś kiedyś jakiegoś?

Stary człowiek pokręcił głową niemal ze smutkiem.

- Nie.

Reed wiedział, że z tym człowiekiem może mówić szczerze.

- Wydaje mi się, że ja widziałem.

Peak podszedł bliżej i powiedział łagodnie:

- Synu, musisz być pewien. Nie chcę, żeby ktokolwiek pomyślał, że podrzucam ci jakieś szalone pomysły. 

Reed rzucił okiem na wielki odcisk stopy 

- Czy one... wydają z siebie płaczliwy odgłos jak kobieta? Nie krzyk, ale coś w rodzaju zawodzenia albo łkania?

Właściciel zajazdu uśmiechnął się półgębkiem i pokręcił przecząco głową.

- Skąd wiesz? - spytał Reed.

- Powiedzmy, że nikt do tej pory nie słyszał, żeby to robiły.

- A czy śmierdzą jak stare skarpety?

Peak zawahał się przez chwilę, w końcu odpowiedział: 

- Tylko kiedy są wystraszone albo złe. Wiele małp tak robi. To mechanizm obronny. 

- Czy wyją i krzyczą również jak małpy?

Srebrne zęby starego mężczyzny zabłysły w świetle padającym przez okno. 

- Owszem, słyszałem coś takiego.

- Czy gwiżdżą? - Reed zaczął naśladować dźwięk, który usłyszał, długi, przeraźliwy gwizd, przechodzący w lekki świergot. Peak wyprostował się gwałtownie i spojrzał mu prosto w oczy.

 

Grupy były gotowe do wymarszu. Jimmy Clark i szeryf Mills ze strzelbami przerzuconymi przez ramię wymienili spojrzenia z Pete'em Hendersonem, potem spojrzeli na frontowe drzwi. 

- Widziałeś go, prawda? - spytał Jimmy. - Jest tak wykończony, że wygląda, jakby był naćpany...

Szeryf Mills odczekał chwilę, patrząc na ludzi gromadzących się nieopodal, w końcu westchnął ciężko: 

- OK, bierzmy się do roboty. W drogę! - zawołał.

Frontowe drzwi otworzyły się. Wszyscy zamarli.

Reed wyszedł na zewnątrz, lekko pobladły, na trzęsących się nogach, lecz wyprostowany, z plecakiem na ramionach, w czapce szeryfa na głowie. Zanim ktokolwiek zdążył otworzyć usta, zmęczonym głosem powiedział do szeryfa Millsa:

 - Jestem gotowy, sir.

 
 

Beck usłyszała długi, wznoszący się, świergotliwy gwizd, a następnie głębokie, obrzydliwe chrząknięcie, coś jak odgłos gigantycznej lochy w bagnie. Kolejne niskie chrząknięcie. Kolejny przejmujący gwizd.

A potem zdała sobie sprawę, że ma usta pełne jakiegoś świństwa - bezkształtnego jak rozmoczone rodzynki i cierpkiego jak dzikie jagody. Poczuła, że jakaś wielka dłoń w skórzanej rękawiczce włożyła jej w usta jeszcze więcej tego obrzydlistwa.

Zadławiła się, odkaszlnęła, w końcu wypluła wszystko. 

I wtedy świat zawirował.

Beck otworzyła oczy. Były zaropiałe od długiego snu, wzrok miała mętny. Nic nie było prawdziwe, jeszcze nie.

Ktoś ją trzymał, zawiniętą w zatęchły brązowy koc. 

"Ratunek! Jestem uratowana!" 

I znów ten dźwięk, jakby gwizd czajnika.

Chlap! Więcej obrzydliwych jagód w ustach; część z nich znalazła się na jej twarzy. Odsunęła głowę, plując na wszystkie strony i mrugając, żeby odzyskać jasność widzenia. 

Gdy mogła już patrzeć, uświadomiła sobie, że nie była w domu. Dookoła widziała tylko poplątane gałęzie i zielone liście. Chłodny wiatr mówił jej, że ciągle była na zewnątrz, gdzieś w górach, gdzieś w kryjówce z gęstych krzewów. Krzewów z jagodami. Czarne jagody?

Spojrzała w górę. 

Nie!

W płucach wezbrało jej długie, rozpaczliwe westchnienie, ale nie śmiała odetchnąć. Rozchyliła usta w niemym przerażeniu, zaczęła jej drżeć broda. Ręce jej się trzęsły, nie miała odwagi się poruszyć ani wydać z siebie jakiegokolwiek dźwięku. Mogła tylko leżeć, sparaliżowana strachem, i patrzeć w głębokie, przerażająco wielkie oczy spoglądające na nią. 

Oczy potwora były ciemnobursztynowe, z brązową otoczką dookoła, całkowicie pozbawione białka. Spojrzenie było intensywne i badawcze, czuła się jak robak pod mikroskopem. Stwór miał głęboko osadzone oczy pod mocno zarysowanymi brwiami. Jego czerwonobrązowa twarz, skórzasta jak stare siodło, była otoczona grubymi potarganymi włosami. 

Beck poczuła na twarzy gorący, kwaśny oddech; stwór oddychał płytko. Wydatne wargi ściągnęły się, ukazując końce białych ostrych zębów, a potem potwór zagwizdał. 

Dokładnie ten sam dźwięk Beck słyszała w ciemnościach, kiedy patrzyły na nią gorejące oczy, a z drzewa zwisał trup. 

 

ROZDZIAŁ IV

 
 
 
 
 

Śmiertelnie przerażona Beck zareagowała odruchowo, tak jak nauczono ją reagować na szerszenie, pszczoły, grzechotniki i inne potwory z dzieciństwa. Zamarła - jedynie drżenia rąk nie udało jej się opanować.

Paluchami grubymi jak parówki stwór wepchnął jej jeszcze więcej jagód w usta. Na chwilę zapomniała, że trzyma je wciąż otwarte, i nagle zorientowała się, że znów są pełne. Odruchowo zacisnęła szczęki, jagody pozostały w jej ustach, tworząc nieprzeżutą masę. Wzrok potwora spoczął wyczekująco na jej twarzy. Oczy miał głęboko osadzone w grubo ciosanej, pokrytej futrem twarzy. Stwór chrząknął po raz kolejny, po czym położył grube, poplamione sokiem z jagód paluchy na jej ustach.

Zrozumiała, że powinna żuć. Jagody eksplodowały jej na języku, wypełniając usta na wpół słodkim, na wpół cierpkim sokiem. Na szerokim pysku potwora malowało się wyczekiwanie. Rytmicznie wciągał w szerokie, płaskie nozdrza ogromne ilości powietrza i ze świstem je wypuszczał.

Ciągle żuła, ale dopiero teraz przypomniała sobie, że sama też przecież musi oddychać. Jej spojrzenie padło na wielką łapę z czarnymi od brudu paznokciami, która obejmowała ją w pasie i przyciskała do ciemnorudawych włosów. Sierść stwora była tłusta i szorstka, ukryte pod nią wilgotne i ciepłe ciało wydzielało znany jej już, nieprzyjemny, kwaśny zapach potu. Wyczuwała potężną klatkę piersiową, która napierała na nią, a potem ustępowała w rytmie oddechów. Nigdy nie znajdowała się tak blisko czegoś z tak wielkimi płucami.

"Proszę, proszę, nie zabijaj mnie..."

Czy mogła uciec? Dokąd? Do tej pory udało się jej stwierdzić tylko tyle, że była gdzieś w lesie. Za splątanym gąszczem czarnych jagód widziała ścianę gęsto rosnących drzew i co jakiś czas spomiędzy konarów prześwitujące nieśmiało skrawki nieba.

Potężna, kudłata łapa sięgnęła po raz kolejny do gałęzi i zerwała następną porcję jagód. Dłoń większa od jej głowy zbliżyła się do warg Beck i kobiecie nawet przez myśl nie przeszło, żeby się sprzeciwić. Otworzyła usta i posłusznie zaczęła żuć.

Smak jagód i sam fakt, że może je teraz jeść, uświadomiły jej, że wciąż żyje - to było już coś, zważywszy na okoliczności. Tego, jak długo miała pozostać przy życiu, nie wiedziała - sytuacja nie wyglądała zbyt różowo.

Odwróciła głowę, na tyle, by jako tako zorientować się w sytuacji. Była w mocy stwora z wyglądu przypominającego ogromną małpę, podobną trochę do goryla.

Na czubku głowy miał charakterystyczny dla goryli wąski grzebień i wyraźnie zarysowaną linię brwi, ale jego szczęki nie były aż tak wysunięte, a wargi zdecydowanie bardziej elastyczne i mocniej zarysowane niż u goryla. Stwór siedział na przykurczonych nogach, ale jedna stopa była wyraźnie widoczna. Bezwłosa, pomarszczona podeszwa kończyła się rzędem pięciu palców równej długości. Patrząc na pełne, pokryte futrem podbrzusze stwora, Beck doszła do wniosku, że bestia jest samicą.

Siedziała w dziurze w ziemi, powstałej po wyrwanym z korzeniami drzewie. Gęste krzaki, w większości borówki, rosły wokół, tworząc swego rodzaju parawan chroniący przed światem. Samica trzymała Beck na kolanie, unieruchomiwszy ją żelaznym chwytem lewej łapy, a prawą karmiąc ją jagodami.

Kolejna partia jagód już czekała na przeżucie. Beck nie mogła zjeść dużo więcej, ale nie chciała, by owoce zostały rozsmarowane na jej twarzy...

Znowu otworzyła usta i pozwoliła, by bestia wepchnęła jej jagody. Żuła, ale poza tym nie wykonywała najmniejszych ruchów, nie wzdragała się ani nie wydawała jakiegokolwiek dźwięku - tylko ręce wciąż jej się trzęsły.

 

Nagle wielka kosmata łapa rozluźniła uścisk i stwór ją puścił. Ześlizgnęła się na ziemię po kudłatym cielsku.

"Uciekaj!" - natychmiast podpowiedział jej instynkt. Nie miało znaczenia, w którym kierunku. "Biegnij w stronę drzew!" Jednak wystarczył tylko najlżejszy nacisk na kostkę i...

 - Aaa! - z jękiem upadła na splątane gałęzie, chwytając się za nogę. Pomacała bolesne miejsce, szukając złamania. Twarz wykrzywił jej grymas bólu.

 - Aaaaaa! - ból eksplodował w jej nodze, jakby ktoś uderzył ją rozgrzanym do czerwoności pogrzebaczem. Oparła się plecami o krzak, przygniatając go do ziemi i łamiąc gałęzie. Dyszała ciężko. Zaczęła się zastanawiać, jak wydostać się z lasu z dwiema sprawnymi rękami i tylko jedną sprawną nogą.

Za późno. Zanim Beck zdążyła się odczołgać, bestia stanęła nad nią jak ogromna rdzaworuda chmura burzowa i zaczęła ją szturchać wielkim paluchem, tak mocno, że prawie przewracała ją z boku na bok. Przerażenie sprawiło, że Beck, która i tak miała kłopoty z mówieniem, nie mogła wydusić ani słowa. Potwór cofnął się i opadł na cztery łapy.

Gdy zebrała się na odwagę, by znów się poruszyć, obmacała kostkę, wciąż pod czujnym spojrzeniem bestii. Kość chyba nie była złamana, ale najwidoczniej poważnie ucierpiała w wyniku upadku ze zbocza. W najbliższej przyszłości Beck na pewno nie będzie w stanie chodzić, nie mówiąc już o bieganiu.

Spojrzała jeszcze raz na stwora. Czy porozumienie się z czymś takim w ogóle było możliwe? W zasięgu ręki widziała jagody. Wcześniej bestia chciała, by Beck je jadła, więc może, jeśli sprawi jej to przyjemność...

Zebrała się na odwagę i choć ręce wciąż jej drżały, zdołała sięgnąć w stronę krzaka, mając nadzieję, że ten pokojowy gest nie spotka się ze zbyt gwałtowną reakcją.

Powoli wysunęła rękę po jagody i zerwała je z krzaka. Małpiszon pozwolił na to, wydając jedynie dziwne chrząknięcia i jeszcze dziwniejsze odgłosy, przypominające dźwięk uderzających o siebie łodyg bambusa: Tok! Tok! Tok!

 

Beck włożyła jagody do ust i sięgnęła po następne, żując powoli. Wyraz pyska bestii jakby złagodniał. Kobieta usiadła w kucki i rozejrzała się. Dopiero teraz z pewnego dystansu mogła zobaczyć stwora w całej okazałości. Rzeczywiście przypominał gorylicę, ale o ciele wielkim jak beczka i z szyją tak szeroką, że płynnie zlewała się z ramionami. Nogi miał grube jak pnie drzew, pokryte długim włosiem, znacznie dłuższe, niż można by się spodziewać po małpie, ale łapy z kolei miał bardzo małpie - wystarczająco długie, by jednym płynnym ruchem dosięgnąć szyi Beck i pozbawić ją życia.

Beck leżała spokojnie, żując jagody. Tymczasem ból w kostce ustąpił na tyle, że poczuła tępo pulsujący ból głowy. Dotknęła czoła i wymacała guz - Au! - kolejny. Bolało! Pod palcami poczuła zakrzepłą krew.

"O mój Boże! Co mi się stało?" Pamiętała upadek, a potem już nic. Jeśli została pobita, to co się stało z Reedem? Czy leżał gdzieś w głębi lasu, w jeszcze gorszym stanie niż ona? Nie miała plecaka. Może potwór chciał dobrać się do ich prowiantu? Może Reed próbował ją bronić i odczuł na własnej skórze, co oznaczał gniew potwora...?

Nie śmiała nawet o tym myśleć.

Okazało się, że to nie koniec złych wieści. Szukając dalej, odkryła smugę krwi na swojej skórzanej kurtce, w miejscu, w którym stykała się z cielskiem potwora. Podniosła wzrok i ujrzała podobną ciemną plamę na lewym ramieniu wielkiej małpy.

Jeśli wcześniej jej strach ustąpił choć na moment, to teraz powrócił z całą mocą. Spojrzała w oczy bestii i pomyślała: "Coś ty zrobiła?".

Potwór nagle zesztywniał, czujny i gotowy do walki. Jego wargi cofnęły się, ukazując rzędy białych zębów - siekaczy i imponujących kłów.

Beck zamarła ze strachu. "O nie! Rozzłościłam ją!"

Ale wielka samica nie była zła. Nawet na nią nie patrzyła. Słuchała. Wyraz jej pyska, przenikliwe spojrzenie nieruchomych oczu i całkowity bezruch przypomniały Beck jej psa, Jonasza, który tak samo reagował, gdy usłyszał w oddali wycie kojota albo nadjeżdżającą ciężarówkę, gdy jeszcze była milę od domu. Znów poczuła znajomy zapach, silny i bardzo nieprzyjemny, bijący w nozdrza falami wywołującymi mdłości.

Wszystko stało się tak szybko, że Beck nie miała nawet czasu na reakcję. Zanim zdążyła choćby krzyknąć, wielkie łapska poderwały ją z ziemi, brutalnie i gwałtownie, o mało nie skręcając jej karku. Gałęzie i liście smagały jej policzki i ramiona. Zasłoniła twarz.

Stwór ruszył pędem. Przyspieszał tak gwałtownie, że poczuła powiew wiatru na twarzy. Podniosła wzrok.

Miała wrażenie, że leci przez las na wysokości prawie dwóch stóp. Jej ciało spoczywało w żelaznym uścisku dwóch potężnych ramion, przyciśnięte do obfitej piersi futrzanego stwora. Konary drzew migały jej przed oczami niczym słupki wzdłuż autostrady. Podkurczyła nogi i ze wszystkich sił trzymała się rudawego futra, jakby od tego zależało jej życie.

Stopy bestii dudniły o ziemię, gdy przeskakiwała zwalone pnie drzew i z zaskakującą gracją omijała gęsto splątane krzewy, nie zwalniając ani na chwilę.

 
 

Cezar z cichym skomleniem przebiegł kilka jardów nad ziemią ku linii  drzew, zawrócił, spojrzał w dół zbocza w stronę Agnes, swojej treserki, znów pobiegł w kierunku drzew, zaskomlał i w końcu, z podkulonym ogonem, podszedł do niej i skulił się za jej nogami. Agnes, właścicielka psów, które służyły w miejscowej policji, w biurze szeryfa i w straży obywatelskiej od dwunastu lat, wyglądała na co najmniej zaskoczoną. Pogłaskała przestraszonego psa po karku. 

- Co się stało? Cezar, co jest, piesku?

Reeda wcale nie dziwiło zachowanie psa. Czuł się dokładnie tak samo, z tą tylko różnicą, że nie zamierzał z tego powodu skomleć.

Pete Henderson i jego drużyna poszukiwawcza, skonsternowani tak samo jak Agnes, wpatrywali się w ścianę lasu, stojąc w prześwicie na zboczu góry. Scatter Creek toczył tędy swoje wody, przecinając szlak nieco poniżej miejsca, w którym się znajdowali, i spadał jeszcze niżej wodospadem, wysokim na dziesięć stóp. Agnes zabrała Cezara pod wodospad, do ostatniego miejsca, gdzie widziano Beck, i spuściła go ze smyczy. Pies zawahał się przez moment, cicho zaskomlał, przez chwilę kręcił się w kółko, w końcu złapał trop i ruszył przed siebie. Dotarł do linii drzew i zatrzymał się. Dopiero kilka ostrych słów z ust Agnes zmusiło go do wejścia między drzewa. Ale i tak po kilku jardach miał dość.

Radio Pete'a zaskrzeczało:

- Drużyna pierwsza na pozycji w obozowisku.

Pete rzucił do słuchawki: 

- Drużyna druga nad wodospadem.

Z niepewnym wyrazem twarzy spojrzał na psa.

- W tej chwili... - zawahał się - psy podjęły trop... Pomyślnych łowów. 

Zaczepił radio na pasku i spojrzał na szlak, gdzie Reed i reszta czekali na dalsze rozkazy.

Reed starał się nie okazywać zniecierpliwienia. Wiedział, że ci wszyscy ludzie tak samo jak on chcą znaleźć Beck i tak samo jak on są na granicy wytrzymałości. Drużyna składała się z dwójki ochotników ze służb ratowniczych, asystenta dentysty, operatora ciężkich urządzeń, dwóch młodych tropicieli, dwóch myśliwych, z których jeden, o nazwisku Thorne, wyglądał jak marines, oraz dwóch ratowników medycznych, objuczonych apteczkami, noszami i całą masą innego sprzętu. Poza tym byli z nimi Don Nelson i Tyler Jones, doświadczeni tropiciele, którzy razem z Pete'em tworzyli główną grupę tropiącą. Była też Agnes Hastings, treserka psów. I jeszcze Cap Capella, przyjaciel Reeda. Wszyscy byli zdeterminowani, by osiągnąć cel. Wszyscy chcieli znaleźć Beck, ale zdawali sobie sprawę z tego, że każdy nieostrożny czy zbyt pochopny ruch mógł zatrzeć ważny ślad. Pete musiał podjąć jakąś decyzję. Bardzo niepokoiło go zachowanie psa. 

- Czy on już kiedyś tak reagował? - spytał Agnes.

Wciąż głaszcząc Cezara, który nie odstępował jej ani na krok, treserka odparła: 

- Nie, nigdy.

- Ale tropił już niedźwiedzie, prawda? 

- Dziewięć razy w ciągu ostatnich dwóch lat.

Pete machnął ręką w stronę drzew. 

- Cóż, coś znalazł. Przestraszył się tego, to fakt, ale coś znalazł. 

Sięgnął po zestaw krótkich aluminiowych rurek, wiszących u poły jego kamizelki i zaczął łączyć je ze sobą w jeden pręt, długi na pięć stóp. Pręt miał na całej długości karby w jednocalowych odstępach i gumowy krążek służący do zaznaczania odległości. Tropiciele korzystali z takich prętów do mierzenia wielkości śladów i odległości między nimi.

- Don, Tyler, idźcie po bokach, ja pójdę środkiem. Zaczniemy od tego miejsca, gdzie Cezar nie miał odwagi wejść. Reed i Cap, wy też pójdziecie po bokach. Stawiajcie stopy w tych samych miejscach co Don i Tyler i niczego nie dotykajcie. Agnes, wiem, że Jimmy i druga ekipa chętnie skorzystają ze wsparcia Cezara. Pójdziesz do nich?

Treserka z rezygnacją wzruszyła ramionami. Wzięła Cezara na smycz i ruszyła szlakiem w stronę chaty. A Cezarowi najwyraźniej ten kierunek wydał się właściwszy.

Pete spojrzał w stronę Reeda: 

- Reed, stary, jesteś gotów?

Reed wiedział, że nie do końca odpowiada za to, co mówi, ale mimo wszystko odparł: 

- Jestem gotowy.

Pete zwrócił się do Capa. 

- Trzymaj się blisko niego. 

Spojrzał na szlak. 

- Joanie i Chris, uważajcie. Jak wpadniemy na trop, będę chciał, żebyście sprawdzili ewentualne odnogi. Chłopaki ze strzelbami, miejcie oczy otwarte. Idziemy w ciszy. Niedźwiedź może wciąż być w okolicy. Ratownicy czekają na sygnał radiowy.

Pete poprowadził grupę w górę zbocza. Obaj tropiciele szli po bokach, jeden z lewej, drugi z prawej strony, formując w ten sposób trójkąt z Pete'em na czele. Reed ruszył za mężczyzną z lewej strony, a Cap za tym z prawej. Strzelcy, z bronią gotową do strzału, z szeroko otwartymi oczami i wyczuleni na każdy, najsłabszy nawet szelest, zajęli miejsca na skrajach trójkątnej formacji. Kiedy Pete ruszył, wraz z nim ruszyła cała grupa, zupełnie jakby wszyscy stanowili jedno ciało. 

Pete prowadził powoli, zwracał uwagę na najdrobniejsze szczegóły; czujnie obserwował ścianę drzew, do której się zbliżali, drążek tropiciela trzymał w gotowości. Już po kilku krokach wskazał nim kępę przygniecionej trawy i kilka połamanych gałęzi. Ślady te mogło zostawić przechodzące zwierzę lub człowiek. 

 

- Nad ranem był tu spory ruch - powiedział ściszonym głosem. - Sztuczka będzie polegała na tym, żeby odróżnić znaki, które nas interesują, od reszty...

Reed i Cap spojrzeli po sobie. Razem z Sing spędzili sporo czasu, łażąc między drzewami i łamiąc gałęzie i tym samym zostawiając wiele świadectw własnych gorączkowych działań, oraz prawdopodobnie zacierając przez nieuwagę ślady, których teraz szukał Pete. Reed sam nie wiedział, czy pokornie przyjąć kolejny cios, czy raczej powinien być zirytowany tym, że życie jest nie fair.

- Odcisk buta z prawej - powiedział prawy skrzydłowy, wskazując ślad drążkiem.

Pete spojrzał w tym kierunku. 

- Kieruje się w twoją stronę, Tyler. 

Skrzydłowy z lewej strony ruszył ostrożnie naprzód, uważnie wypatrując innych tropów. 

- Dobra, mam - wskazał na zagłębienie w igliwiu, trochę dalej z przodu i odrobinę na lewo od Pete'a.

Pete pochylił się i drążkiem zmierzył odległość między śladami, po czym, prostując się, spytał: 

- Reed, Cap, czy któryś z was przechodził tędy dziś rano albo wczoraj w nocy?

Reed i Cap po raz kolejny spojrzeli po sobie, Cap potrząsnął głową, a Reed powiedział:

- Wydaje mi się, że ja.

- Pokaż mi podeszwę swojego lewego buta.

Reed dla zachowania równowagi przytrzymał się ramienia Capa, po czym podniósł lewą nogę, pokazując podeszwę.

Pete przyjrzał się bieżnikowi na zelówce, podczas gdy Tyler odrysowywał kontury śladu. Pete powiedział: 

- Dobra, trójkątny wzór bieżnika, drobniejszy wzór z prawej strony, od środka do lewej i do samego dołu. Rozszczepienie w prawym dolnym rogu. 

- To jego - powiedział Don, patrząc na ślad z prawej strony.

Tyler narysował schemat bieżnika na diagramie i podpisał go "Reed Shelton".

- Zakładam, że wczoraj w nocy bardzo ci się spieszyło? - spytał Pete.

- Owszem - przyznał Reed.

- Dobra, przynajmniej wiemy, że to byłeś ty. Dzięki.

Ruszyli dalej w głąb lasu, aż dotarli do miejsca, do którego wcześniej doszedł pies. Pete wskazał drążkiem jego ślad. Wyraźnie odciśnięte w igliwiu ślady łap, ślad pazura na przegniłym pniu - to były tropy pozostawione przez psa, który wcale nie miał ochoty tu być, i z pewnością nie wiedział, w którą stronę się skierować. To było to miejsce. To, co tak przestraszyło Cezara, musiało zostawić tu jakieś znaki swojej obecności.

Pete przyklęknął na jedno kolano i zamarł w bezruchu, jakby nasłuchiwał. Przebiegł wzrokiem po ściółce; uważnie przypatrywał się gałązkom, sosnowym szyszkom, igliwiu na ziemi, leżącym tu i ówdzie kamykom, źdźbłom trawy i rosnącym nisko krzaczkom. Reed widział, jak tropiciel zaciska szczęki.

W końcu Pete wskazał na coś drążkiem.

- Tak, to to - potwierdził Tyler.

Reed wyjrzał znad ramienia Tylera, ale nie zobaczył niczego godnego uwagi, tylko nieprawdopodobnie złożony i zawierający oszałamiającą ilość szczegółów wzór poszycia lasu.

Pete zdjął kapelusz i zaczął pełznąć na brzuchu, prawie przytykając bok głowy do ziemi. Przymknął jedno oko, patrzył tylko tym, które znajdowało się bliżej ziemi.

 

- Taaa...

Podniósł się, opierając się na ramieniu, i odcisnął kciukiem niewielki owalny znak na ziemi.

Potem pochylił się jeszcze bardziej, tak że jego nos znalazł się zaledwie kilka cali od maleńkich listków i kępek trawy.

- Taa... nie ma więcej niż pół dnia. To coś tędy przeszło zeszłej nocy.

Tyler szepnął do Reeda, wskazując coś drążkiem: 

- Widzisz to błyszczące coś, pod tamtym liściem? I maleńkie zagłębienie w igliwiu poniżej?

Reed długo patrzył we wskazanym kierunku, aż w końcu zobaczył ślad - a przynajmniej tak mu się zdawało.

- Tylna łapa? - spytał Don.

- Chcę znaleźć kolejny ślad - odpowiedział Pete, mierząc wgłębienie calówką. - Ma około pięciu... i pół cala szerokości. Nieźle! To jakiś cholerny rekordzista. W dodatku skurczybyk jest ciężki.

Kiedy Don oznaczał trop patyczkiem do lodów obwiązanym różową wstążeczką, Pete zatoczył półkole jednym końcem drążka, trzymając go w poziomie, a drugi koniec dokładnie nad znalezionym przez nich śladem. Powoli, ostrożnie śledził wzrokiem koniec drążka. 

- Dalej, chcę zobaczyć odcisk pięty.

Pete - a wraz z nim cała grupa - zaczęli, cal za calem, posuwać się do przodu. 

Don wskazał coś drążkiem. 

- Mam połamane gałęzie na pierwszej.

Wszyscy podnieśli głowy i zobaczyli uschnięte gałęzie wyrastające z pnia sosny, która albo złamała się, albo przewróciła, i oparła o zbocze.

- Bingo! - powiedział Pete, wyciągając pęsetę z kieszeni i chwytając nią długi, rudawy włos ze splątanego kłębowiska gałęzi. Przyjrzał mu się z zastanowieniem, po czym wręczył go Donowi, pytając:

- Czy to wygląda na włos niedźwiedzia?

Don przyjrzał się znalezisku pod światło. 

- Być może. Dość długi.

Pete zwrócil się do Reeda: 

- Jakiego koloru włosy ma teraz Beck?

Reed przyjrzał się włosowi trzymanemu przez Dona w pęsecie. 

- Rudobrązowe.

Pete ze świstem wypuścił powietrze.

- Oho! Boże drogi...

Don ostrożnie umieścił włos w zamykanej na zamek błyskawiczny plastikowej torbie.

Pete stał bez ruchu, wpatrując się w dal przymrużonymi oczami. Wreszcie wypuścił powietrze.

- Dobra - powiedział, wskazując. - Mamy kolejny.

Grupa tropicieli znów ruszyła ostrożnie naprzód.

Następny odcisk był lepiej widoczny - okrągłe zagłębienie w ziemi. Reed stwierdził, że ślad wygląda, jakby ktoś klęczał tu przez jakiś czas na jednym kolanie i zostawił jego odcisk.

Pete po raz kolejny położył się na brzuchu, uważnie przypatrując się śladowi, po czym zmierzył go. Wyprostował się nieco, ale nie podniósł z kolan. Wyglądał, jakby coś mu nie pasowało. Z dziwnym wyrazem twarzy spojrzał jeszcze raz na ziemię między jednym śladem a drugim. 

- Gdzie są ślady przednich łap?

- Coś przeoczyliśmy - przyznał Don, oznaczając ślad.

- Dobra, znajdziemy je - powiedział Pete. Sięgnął drążkiem, próbując zmierzyć odległość między śladami, ale nie udało mu się to. Zaśmiał się. - Albo coś przeoczyliśmy, albo ten niedźwiedź stawia strasznie długie kroki.

Ruszyli dalej, tym razem pokonując mniej więcej taką odległość, jak między pierwszymi dwoma tropami, jakie znaleźli. Trzeci ślad znaleźli tam, gdzie się go spodziewali. Była to zaledwie rysa na przewróconym gnijącym pniu drzewa, ale odległość między pierwszym a drugim i drugim a trzecim śladem była dokładnie taka sama. Mieli wzorzec.

 
 

Sing kucnęła w drzwiach starej opuszczonej chaty i po raz ostatni spojrzała na ślady zniszczeń w środku. Była pod wrażeniem. Zdarzało jej się już fotografować i rekonstruować miejsca zbrodni związane z aktami wandalizmu, sceny przemocy domowej, a nawet wybuch w laboratorium, w którym nielegalnie produkowano amfetaminę, ale to było coś, na co nie była przygotowana. Po pierwsze bestia, która dokonała takiego dzieła zniszczenia, nie mogła być oceniana w ludzkich kategoriach. Z całą pewnością ludzkie śmiecie przejawiały podobną pogardę dla cudzego mienia, ale łamanie dźwigarów podtrzymujących dach chaty i rozpruwanie ścian w taki sposób wymagałoby nieludzkiej wręcz siły. Nigdy nie spotkała kogoś, kto by taką siłą dysponował. Po drugie - co wciąż było dla niej nieco dziwne - tak naprawdę nie było to miejsce zbrodni, tylko idealnie logicznego działania, przynajmniej według panujących tu zasad. Niedźwiedź czuje głód, znajduje jedzenie i robi wszystko, by się do niego dostać. Wyważanie drzwi i okien, rozpruwanie ścian, rozbijanie garnków stojących na półkach, w zasadzie razem z półkami, mogło być szokujące, ale tylko z punktu widzenia człowieka i stojącej za nim cywilizacji - dla niedźwiedzia w istocie nie różniło się niczym od rozłupywania pnia starego drzewa, by dostać się do smakowitych termitów wewnątrz.

Było to przerażające i fascynujące, ale w sumie nie tak trudne do wyobrażenia.

Jeśli to był niedźwiedź.

- Jak ci idzie? - zawołał Jimmy z mostku. 

Wyraźnie się niecierpliwił, ale nie mogła mu się dziwić. Agnes dotarła już na miejsce z Cezarem i Jimmy razem z myśliwymi byli gotowi do dalszej drogi. Tylko Sing i zadanie, które przydzielił jej szeryf Mills, trzymały ich jeszcze tutaj. Sing obfotografowała obozowisko Reeda i Beck, ich biwakową spiżarnię, mostek z kłody i zaśmiecony obszar wokół chaty. Chodziła to tu, to tam, robiąc notatki. Wszystko, co było widać na pierwszy rzut oka, dokładnie opisała na kilku stronach notatnika. Pracowała szybko, ale mimo wszystko zabierało to cenne minuty. Jimmy jakimś cudem ustąpił szeryfowi w tej kwestii, ale i tak czuła na karku jego niecierpliwy oddech.

- Skończyłam! - zawołała z ulgą i wepchnęła aparat i notes do plecaka.

Jimmy od razu zwrócił się do Agnes: 

- Dobra. Złapmy trop i znajdźmy naszą zgubę! 

Ekipa myśliwych z takim entuzjazmem ruszyła za węszącym Cezarem, że o mały włos nie pospadali z mostku. 

Przeszli obok Sing, jakby była tylko kolejnym pniakiem, który trzeba ominąć po drodze. Sing ruszyła w swoją stronę. Z każdym krokiem odległość między nimi rosła. Członkowie ekipy poszukiwawczej pomału rozpraszali się tak, aby spenetrować jak największy obszar. Nawoływali się od czasu do czasu, by mieć pewność, że pozostają w zasięgu kontaktu głosowego; przemykali między drzewami jak pchły. Co jakiś czas widziała któregoś z nich, ale nigdzie nie dostrzegła szeryfa Millsa, któremu chciała złożyć raport...

 

- Sing! Tu, na górze!

To był on. Stał, machając do niej ręką z urwiska nad szlakiem. Wypatrzyła drogę na strome zbocze, na której było wystarczająco dużo korzeni i nisko rosnących gałęzi mogących posłużyć za punkty oparcia. Powoli wspięła się na górę. Na szczycie urwiska czekali na nią Mills i zastępca szeryfa Saunders. Przyglądali się obozowisku, na które składały się dwa śpiwory i karimata, upchnięte w ciasnym zagłębieniu między drzewami. Ze szlaku niełatwo było wypatrzyć to miejsce, o czym uprzedził ich zresztą Reed. 

- Znalazłaś coś niezwykłego tam w dole? - spytał Mills.

- Wszystko tam jest niezwykłe - odparła, patrząc na Jimmy'ego i członków ekipy poszukiwawczej, którzy czekali niedaleko chaty, aż Cezar złapie trop. - Niedźwiedź był bardzo głodny albo bardzo zły. Albo i jedno, i drugie... Tak czy owak, na pewno miał doskonałą motywację.

- Ale żadnych śladów Randy'ego nie znalazłaś?

Nie chciała odpowiadać na to pytanie. 

- Nie, sir.

Mills zasępiony spojrzał w głąb lasu, później jego wzrok spoczął na poszukiwaczach. 

- Musimy znaleźć ciało, Sing.

- Czemu nie ściągniemy tu Reeda, żeby po prostu pokazał nam, gdzie je widział? - zaproponował Saunders.

- On nie przestanie szukać Beck - odparła Sing.

Mills przyjrzał się prostej mapie wykonanej odręcznie przez Reeda. 

- Znaleźliśmy obóz i skrytkę z jedzeniem między drzewami... ale to drzewo tutaj, ten duży cedr, to jest to drzewo, na którym powinno wisieć ciało... Cóż, może to jest to drzewo, a może nie, ale na pewno żadnego ciała tu nie ma.

Wtem Jimmy zaklął tak głośno, że niemal podskoczyli.

Agnes zaczęła krzyczeć: 

- Cezar! Cezar, chodź tu piesku! Spokojnie, dobry pies... Spokój, Cezar!

Z miejsca, w którym stali, mieli dobry widok na to, co się działo.

Cezar starał się za wszelką cenę uciec jak najdalej od chaty, a Agnes biegła za nim ze smyczą w ręce. Pies w końcu zatrzymał się, słysząc jej polecenia, znów podkulił ogon pod siebie i widać było, że jest przerażony i z trudem powstrzymuje się przed paniczną ucieczką. Kiedy w końcu Agnes zdołała wziąć go na smycz, skulił się za jej nogami, trzęsąc się jak galareta i co chwila popuszczając mocz.

- Co z nim jest nie tak? - rzucił szorstko Jimmy, nerwowo ściskając karabin, choć w okolicy nie widać było niczego, do czego by można strzelać. - Spytałem: co z nim?

- Nie mam pojęcia - krzyknęła Agnes. - Będę musiała się go pozbyć, nigdy się tak nie zachowywał. 

Jej nogi zaplątały się w smycz.

- To w końcu pies do tropienia niedźwiedzi? - zapytał Jimmy.

- Tak, cholera, tropi niedźwiedzie, czarne, brunatne, grizzly, wszelkie niedźwiedzie!

- Cóż, jakoś szczególnie pomocny nie jest... - nagle Jimmy odwrócił się do jednego z myśliwych, którzy stali za jego plecami. - Coś ty powiedział?

Myśliwy nie należał do ludzi, których łatwo zastraszyć: 

- Powiedziałem, że być może wcale nie tropimy niedźwiedzia - odparł spokojnie.

Teraz Jimmy był już tak bliski wrzenia, że nawet stojąca na górze Sing mogła wyczuć jego wściekłość. Wycelował palec w mężczyznę. 

- Słuchaj uważnie, Janson! Jeśli chcesz być członkiem tej ekipy, to masz zachowywać się profesjonalnie, zrozumiano?

- Tak jest, sir. Zrozumiano.

Teraz Jimmy zwrócił się do całej trójki, tak głośno, jakby przemawiał do co najmniej setki: 

- Szukamy wściekłego niedźwiedzia. To poważna sprawa. Nie będziemy tracić czasu na żadne bzdury. Mamy zadanie do wykonania i nie chcemy, żeby komuś przy tym stała się krzywda. Czy to jasne?

Janson skinął głową, podobnie jak i pozostali myśliwi. Tylko Agnes, klęcząc, w milczeniu głaskała Cezara.

Jimmy pochylił się nad nią.

- Agnes, potrzebujemy psa, który wytropi tego przeklętego niedźwiedzia, i jeśli ten tego nie potrafi, to potrzebujemy jakiegoś innego. Czy to jasne?

- Taa, jasne jak słońce.

Przez chwilę jakby się zawahała, lecz zaraz potem gwizdnęła na psa i ruszyła razem z nim szlakiem w kierunku Abney.

 

- Chodź, piesku, oboje mamy już tego dość!

Cezar biegł przed nią, z wyraźną ulgą oddalając się od chaty.

Jimmy przez chwilę patrzył za odchodzącą treserką, po czym obrócił się na pięcie i zaczął się naradzać z myśliwymi. Mówił już ciszej, więc słychać było jedynie coś o przynętach i zasadzce. 

Zajście dobiegło końca. Szeryf Mills odwrócił się do Sing i Saundersa. 

- Damy poszukiwaczom jeszcze kilka minut, a potem będziemy musieli ściągnąć tu Reeda i Pete'a.

Sing przyszło na myśl, że warto mu przypomnieć o jednej sprawie:

- Szeryfie, wszystkie elementy historii Reeda znajdują potwierdzenie.

Szeryf spojrzał na chatę w dole. 

- Więc twoim zdaniem jeden człowiek nie byłby w stanie dokonać tam takich zniszczeń?

Prawie roześmiała mu się w twarz. 

- Nie ma takiej możliwości. Jak pamiętacie, Reed sfotografował zniszczoną chatę, zanim zrobił kilka zdjęć Beck, całej i zdrowej.

Mills skinął głową, ale zapytał: 

- Nie widziałaś nigdzie tropów niedźwiedzia, tam na dole, prawda?

Nagle odniosła wrażenie, że stąpa po cienkim lodzie - i być może Reed również. 

- Cóż, na dole jest piach, sporo kamieni, igliwia. Na takim podłożu nie widać śladów, a przynajmniej nie wypatrzy ich ktoś, kto nie jest tropicielem.

- Dobra, zobaczymy, co powie Pete.

- Jasne. Zobaczymy, co powie Pete, ale szeryfie... - poczuła zdenerwowanie - Reed nic nie wspominał o niedźwiedziu. Nie było żadnych niedźwiedzi w historii, którą nam opowiedział. Gdyby to wszystko miało być ukartowane... jeśli to jakaś nieczysta gra... 

Mills podniósł dłoń.

- Nie musisz mi mówić. 

- Dobrze to słyszeć, sir.

Mills odpowiedział krótko: 

- Ale i tak lepiej módlmy się, by odnaleźli Beck.

 
 

Drużyna Pete'a działała teraz szybciej, ponieważ wiedzieli już, czego szukają. Wspięli się w górę zbocza o jakieś sto stóp, a dwaj tropiciele pod eskortą strzelca Thorne'a zaczęli przecinać ich szlak w nadziei, że znajdą jakieś dodatkowe ślady. Z oddali dobiegały ich pokrzykiwania.

Reed miał wrażenie, że cały proces tropienia jest piekielnie żmudny i powolny. Beck z pewnością umrze, jeśli będą jej szukać w takim tempie. Cap musiał wyczuć nastrój przyjaciela, bo wciąż szeptał do niego: 

- Spokojnie, stary, mamy niezły czas, znajdziemy ją. Po prostu trzeba to robić jak należy.

- Co jest z tym stworem? Zrobił sobie pedicure, czy jak? - wymamrotał pod nosem Pete.

Wtem usłyszeli wołanie jednego z tropicieli z przodu.

- Mamy coś!

Pete zwrócił się do Reeda i Capa: 

- Lepiej tu zostańcie. 

Sam razem z resztą ruszył w kierunku tropicieli.

Minuty wlekły się w nieskończoność, ale Reed nie miał już siły dalej się spieszyć. Mógł jedynie stać w miejscu, co jakiś czas rzucając ukradkiem przestraszone spojrzenia na plecy Pete'a i jego ludzi, którzy już znikali w lesie. Przez dłuższy czas - zdawało się, że trwało to kilka godzin - Reed słyszał, jak przedzierają się przez zarośla, dobiegały go ich przytłumione głosy i urywane zdania. W końcu znów pojawili się w zasięgu wzroku. Byli dość daleko, ale na tle plątaniny gałęzi i gęsto rosnących drzew można było odróżnić ich sylwetki. Widział, że niosą jakiś przedmiot. 

Pete zawołał go:

- Reed, chodź tu!

Reed wziął głęboki oddech i przetarł oczy dłonią.

- Chodźmy - powiedział Cap, kładąc mu rękę na ramieniu.

Ruszyli między świerkami i sosnami mniej więcej tą samą drogą, którą niedawno szli Pete i reszta. Kiedy w końcu wydostali się spośród splątanej masy gałęzi, Reed ujrzał pozostałych zebranych wokół przewróconej kłody. Jedynie dwaj strzelcy czujnie rozglądali się na boki. W środku tego dziwnego kręgu spoczywał niebieski plecak, który nie wyglądał, jakby został tu położony, tylko raczej jakby spadł z urwiska przy wodospadzie. Był brudny i miał pogięty stelaż. Spojrzenia wszystkich skupiły się na Reedzie, w oczekiwaniu na jego werdykt.