FRANK MUSI SIĘ NAPIĆ
Kiedy wyszedłem z budynku, Frank siedział na kocich łbach. Purpurowy język zwisał mu z boku pyska.
Frank był czteroletnim czarno-brązowym psem tropiącym, specjalnie wyszkolonym dla mnie w pewnej parafii w Tangipahoa w Luizjanie przez eksperta w tej dziedzinie, Rogera Du Croix. Właściwie skomplikowana uprząż na tyle zakrywała ciało psa, że w zasadzie był cały czarny, jednak Roger wyjaśnił mi, że oficjalnie pies jest czarno-brązowy.
W Belgii nazywano go psem świętego Huberta, od imienia mnicha, który pierwszy w siódmym wieku szkolił psy tropiące i pozostał ich patronem. Pierwotne imię Franka brzmiało Duma Ponchatouli, ale przechrzciłem go ku czci Franka Sinatry, który w tamtych czasach był moim bohaterem. Kiedy chodziłem z postawionym kołnierzem De Keyserlei, lubiłem sobie wyobrażać, że wyglądam tak fajnie i wystrzałowo jak sam Frank Sinatra.
- Jak ci leci, Frank? - zapytałem. - Mam nadzieję, że prowadzisz się poprawnie.
Frank był całkiem posłusznym psem, ale od czasu do czasu pod wpływem - jak mówił Roger Du Croix - zapachu martwych szczurów dostawał bzika.
- Wszystko z nim w porządku, proszę pana - odparł kapral Little. - Nakarmiłem go szpikiem, a potem zrobił wielką kupę za rogiem.
- Dziękuję za relację. Posłuchaj, dzisiaj znowu będziemy musieli wyjść, jak tylko zrobi się ciemno.
Kapral Little popatrzył na płaski, wąski fronton budynku przy Markgravestraat numer 5 i rzucił pytanie:
- Wampiry?
- Bez cienia wątpliwości. Wypatroszyli ją jak śledzia.
- Święty Boże. Dowiedział się pan, kim była?
- Ann De Wouters, mniej więcej dwadzieścia osiem lat. Nie wiem, dlaczego akurat uparli się na nią, ale jej gospodyni przypuszcza, że miała jakieś powiązania z Białą Brygadą. Może więc była to zemsta? Kto wie? A może byli po prostu spragnieni?
Kapral Little rozejrzał się dookoła. Jego oczy zwęziły się, gdy wzrok natrafił na promienie październikowego słońca.
- Myśli pan, że uciekli daleko?
- Chyba nie. Kiedy z nią skończyli, zapewne już prawie dniało, a na całym tym obszarze od czwartej trzydzieści było aż gęsto od Kanadyjczyków. Moim zdaniem zaszyli się gdzieś niedaleko.
Kapral Little pochylił się i wytargał Franka za uszy.
- Słyszałeś? Wybieramy się na polowanie.
Kapral Little był pogodnym rudzielcem ostrzyżonym na jeża, o szerokich ramionach i twarzy pokrytej piegami w kolorze musztardy. Miał zadarty nos i jasnoniebieskie oczy, sprawiające wrażenie nieustannie zdziwionych, chociaż nigdy nie zauważyłem, żeby kapral był czymkolwiek naprawdę zaskoczony. Nawet kiedy po raz pierwszy wyjaśniałem mu, na czym będą polegać jego obowiązki, jedynie pokiwał głową i powiedział: "Rozumiem, jasne". Jakby ściganie wampirów w zniszczonych wojną miastach Francji i Belgii nie różniło się zbytnio od gonienia królików wśród zarośli. Rodzina kaprala Little'a hodowała psy tropiące z rodowodami w Oak Ridge w stanie Tennessee i właśnie dlatego kontrwywiad przydzielił go mnie. Gdyby psy tropiące mówiły jakimś językiem, kapral Little znałby go doskonale. Wystarczyło, że Frank podniósł łeb i popatrzył na niego zasmuconym, jakby skacowanym wzrokiem, a kapral Little już wiedział, o co mu chodzi.
- Herbatnika, Frank?
Frank uwielbiał speculoos, imbirowo-korzenne herbatniki wypiekane w Belgii, najlepiej nieco rozmiękczone w kawie kaprala Little'a.
Weszliśmy do mojego dżipa i kapral Little ruszył z powrotem wąskimi uliczkami, wśród których unosił się smród śmieci i odchodów. Samochód niemiłosiernie podskakiwał na kocich łbach, więc mimowolnie szczękałem zębami. Minęliśmy martwego konia, leżącego na chodniku. Niemiecki pocisk uderzył tutaj dwa dni temu i wyrwał w brzuchu konia trójkątną dziurę, dlatego jakiś przechodzień litościwie dobił zwierzę młotkiem.
Z północnego zachodu, od półwyspu Walcheren docierały do nas odgłosy ognia artyleryjskiego, które przypominały zatrzaskiwanie z impetem grubych tomów encyklopedii.
Skręciliśmy w Keizerstraat i zatrzymaliśmy się przed hotelem De Witte Lelie. Był to mały budynek z szesnastowieczną fasadą. Ściany holu wyłożone były dębową boazerią, a po brązowym marmurze podłogi nieustannie przemieszczali się oficerowie z brytyjskiej 11 Dywizji Pancernej oraz rozkrzyczany tłum belgijskich polityków, wymachujących rękami, popychających się i wykrzykujących coś po francusku. Brytyjscy oficerowie sprawiali wrażenie zbyt zmęczonych, by się nimi przejmować. Jeden spał w fotelu z szeroko otwartymi ustami.
Podszedłem do stołu, za którym zastępca dyrektora próbował zetrzeć z koszuli plamę po zupie, pomagając sobie śliną.
- Muszę porozmawiać z Leo Coopmanem.
Mężczyzna zapomniał na chwilę o koszuli i podniósł na mnie wyłupiaste, brązowe oczy.
- To ważne - powiedziałem. - Muszę z nim porozmawiać o Ann De Wouters. Mógłby mnie pan z nim skontaktować?
Zastępca dyrektora zrobił minę, która mogła oznaczać "tak" albo "być może", albo "do diabła, dlaczego przychodzisz z tym właśnie do mnie?"
- Będę w swoim pokoju do ósmej - powiedziałem. Postukałem palcem w zegarek i dodałem: - Acht uur, rozumiesz?
Kapral Little i ja wjechaliśmy rozklekotaną windą na czwarte piętro. Frank siedział na podłodze, wpatrując się w nas i sapiąc.
- Kiedy Ann De Wouters mordowano, jej dzieci znajdowały się w tym samym pokoju - powiedziałem. - Szczęśliwie chłopiec przez cały czas spał, ale dziewczynka się obudziła.
W lustrze windy zobaczyłem swoje odbicie. Nie zdawałem sobie sprawy, że wyglądam tak mizernie. Miałem tłuste włosy, grubymi pasmami opadające na czoło, a poplamione szkło odbijało moją twarz w ten sposób, jakbym zapadł na jakąś chorobę skóry.
- Zdołała panu opowiedzieć, jak wyglądali?
- Nie. Było zbyt ciemno. Jest jednak zupełnie pewna, że morderców było trzech i że u jednego widziała koło zawieszone na łańcuchu na szyi.
Szliśmy korytarzem wyłożonym niebieskim dywanem, dopóki nie dotarliśmy do pokoju numer 413. Jeśli weźmie się pod uwagę, że wciąż trwała wojna, mój pokój był urządzony z zaskakującym przepychem. Stały tu wielkie łóżko z baldachimem, przykryte złoto-kremową narzutą, oraz złocone fotele o ładnej tapicerce. Na ścianach wisiało kilka posępnych obrazów, prezentujących krajobrazy z Gandawy i Leuven, z ciężkimi chmurami i kanałami. Na haku wbitym w drzwi wisiała para szarych bryczesów z szelkami. Należały do niemieckiego oficera, który mieszkał w tym pokoju jeszcze kilka dni przed naszym przybyciem.
Kapral Little odpiął smycz Franka i pozwolił mu poczłapać do toalety i napić się wody z sedesu.
Pozamykałem okna. Od kiedy przyjechaliśmy tutaj w ubiegłym tygodniu, pokojówka otwierała je każdego ranka, mimo że pokój nie był ogrzewany. Otworzyłem nową paczkę papierosów, jednego zapaliłem i wypuściłem dym przez nos. Następnie rozłożyłem plan Antwerpii na stoliku ze szklanym blatem.
- Tutaj jest Markgravestraat, gdzie została zamordowana Ann De Wouters, tutaj wchodzi dywizja kanadyjska, zatem jest raczej nieprawdopodobne, by wampiry próbowały uciekać Martenstraat. Zakładam, że wyszły z budynku tylnymi drzwiami, co oznacza, że znalazły się tutaj, na Kipdorp. A to znaczy, że miały tylko dwie możliwości ucieczki. Albo skręciły w lewo i ruszyły na północny zachód, w kierunku Skaldy, albo skręciły w prawo i ruszyły przez Kipdorpbrug w stronę głównego dworca kolejowego.
Kapral Little patrzył uważnie na mapę.
- Nie sądzę, żeby ruszyły w kierunku rzeki. Bo gdzie poszłyby później?
Zgadzałem się z nim. Nie mogły uciekać na północ, ponieważ Niemcy wysadzili wszystkie mosty nad Kanałem Alberta. Poza tym Brytyjczycy opanowali tereny nad wodą, a wśród nich większość stanowili niedoświadczeni rekruci - kelnerzy, urzędnicy bankowi i sprzedawcy ze straganów warzywnych - którzy pociągali za spusty karabinów jeszcze szybciej niż Polacy. Najpierw wszczynali gwałtowną i bezładną strzelaninę, a dopiero potem rzucali pytanie: "Kto idzie?"
Zaznaczyłem ołówkiem pięć kwartałów ulic.
- Zaczniemy dookoła Kipdorp, a potem skierujemy się na wschód, wzdłuż Sint-Jacobsmarkt.
Kapral Little rozmasował upstrzony piegami kark.
- Z całym szacunkiem, proszę pana, ale to będzie cholernie ciężka robota. Niech pan tylko pomyśli o setkach piwnic, w których mogą się teraz kryć. Niech pan pomyśli o setkach strychów, setkach najróżniejszych komórek, szaf na bieliznę i kufrów. Mogą minąć całe dni, zanim Frank podejmie ich ślad, a w tym czasie wampiry będą już w połowie drogi do sobie tylko znanego celu.
- Znajdziemy je, Henry, obiecuję ci. W związku z tymi konkretnymi wampirami mam jakieś dziwne przeczucie.
- Z całym szacunkiem, proszę pana, miał pan przeczucie w związku z wampirami z Rouen. Miał pan też przeczucie co do wampirów w Brionne.
- Wiem. Ale wampiry, które złapaliśmy we Francji, były jak szczury zapędzone w pułapkę bez wyjścia, prawda? Biegały, chowały się i musieliśmy używać wszelkich środków, żeby za nimi nadążyć.
- Cóż, oczywiście. Ale co sprawia, że właśnie te wampiry uważa pan za inne?
- Tylko pomyśl. Muszą ukrywać się w jakiejś dziurze w centrum miasta, i to od pięciu tygodni. Chyba że mają miedziane cojones, które umożliwiają im wycofywanie się. Chciały się zemścić na Ann De Wouters i najwyraźniej lekceważyły ryzyko. Mówiły po niemiecku, choć przemieszczały się przez miasto pełne wojsk brytyjskich i kanadyjskich, prawda? I rozpruły kobietę w obecności jej dzieci. Przebywały przy tym w jej mieszkaniu wystarczająco długo, żeby wypić dziewięćdziesiąt procent jej krwi.
Na kapralu Little'u mój wywód z pewnością zrobił wrażenie, ale wciąż wyglądał na lekko zdezorientowanego.
- Do jakich wniosków nas to prowadzi?
- Nie kapujesz, Henry? One się nas nie boją. Nie boją się przebywać w otwartym terenie. To dlatego uważam, że je dopadniemy. Jedyny problem polega na tym, że kiedy już je znajdziemy, nie poddadzą się bez cholernie ciężkiej walki.
Kapral Little posłał mi uśmiech, w którym widoczne było rosnące zrozumienie.
- W takim razie, proszę pana, może tym razem podwoimy tylną straż? Co pan na to?
- Przygotuj zestaw, jasne? - rozkazałem mu.
Mimo wszelkich wysiłków nie mogłem się zorientować, czy kapral Little to geniusz, czy idiot savant.