Potężna wichura - Leffe Grimwalker & Dan Buthler

Kup ebooka

29.90 zł
22.43 zł (11,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Kon­te­ne­ro­wiec Sea Dra­gon, Atlan­tyk

Wy­cho­dzi z kon­te­nera przez spryt­nie ukryty właz, za­do­wo­lona, że nie za­blo­ko­wał go inny po­jem­nik. To jed­nak zgodne z pla­nem - tym ra­zem do­trzy­mali słowa. Jest noc, świsz­czy wiatr, ale deszcz i mrok dzia­łają na jej ko­rzyść. Ża­den czło­nek za­łogi nie zo­stał na po­kła­dzie, ma więc dość czasu na zlo­ka­li­zo­wa­nie dru­giego kon­te­nera i zła­pa­nie dwóch srok za ogon. Poza tym, że za­płacą jej za to, co ma zro­bić, zbliży się do swo­jego na­stęp­nego celu, a wła­dze nie do­wie­dzą się, że opu­ściła Chiny.

Na statku jest po­nad pięć ty­sięcy kon­te­ne­rów, ale je­śli do­stała pra­wi­dłowe in­for­ma­cje, to sta­lowa puszka, któ­rej szuka, po­winna znaj­do­wać się na sa­mym przo­dzie, na le­wej bur­cie.

Sta­tek to wie­kowy kon­te­ne­ro­wiec, a ona się za­sta­na­wia, czy na­prawdę ma po­zwo­le­nie na pły­wa­nie. Rdza i dźwięki zdra­dzają, że sta­ru­szek ma swoje lata.

Deszcz chłosz­cze ją po twa­rzy, musi ba­lan­so­wać w takt po­tęż­nych fal, które bu­jają jed­nostką z jed­nej strony na drugą. Grzy­wacz ude­rza w bok statku i mo­czy ją od stóp do głów. Chwyta się dra­binki i trzyma mocno, aż kon­te­ne­ro­wiec za­czyna znów prze­chy­lać się na prawą burtę. Ma w ustach słoną wodę i czuje się bar­dziej żywa niż przez ostat­nie ty­go­dnie. Serce bije jej ra­do­śnie, a ad­re­na­lina kipi w ciele. No ale z dru­giej strony mo­głaby za­miast tego le­żeć na plaży i są­czyć mo­jito.

Dla­czego ja to ro­bię?

Wie dla­czego. Dla pie­nię­dzy. Z obo­wiązku. Bo za­bi­ja­nie to je­dyna rzecz, którą po­trafi i w któ­rej jest wy­jąt­kowo do­bra. Kiedy przyj­mo­wała zle­ce­nie, wy­da­wało się pro­ste, ale to było przed sztor­mem.

Ciało czuje, że sie­działa za­mknięta w li­czą­cym pięć me­trów kwa­dra­to­wych po­miesz­cze­niu - schu­dła i utra­ciła siłę w mię­śniach. Idzie jak pi­jana i po­suwa się do przodu, cze­pia­jąc się słup­ków, które są roz­sta­wione co pięć me­trów, aż wresz­cie za­uważa nu­mer kon­te­nera na sa­mej gó­rze.

Prze­klina, kiedy staje so­bie sprawę, że musi się tam wspiąć. Tego nie było w pla­nach. Po­pra­wia sa­szetkę, którą ma na ra­mie­niu, i czeka dwie se­kundy, żeby wy­ko­rzy­stać ko­ły­sa­nie. To by­łaby praw­dziwa iro­nia, gdyby te­raz spa­dła i się za­biła.

Jej cel znaj­duje się o cztery kon­te­nery wy­żej. Z po­wodu sztormu i ko­ły­sa­nia bę­dzie po­trze­bo­wała paru mi­nut, żeby się tam do­stać. Kiedy wresz­cie do­ciera na górę, kilka razy nie­mal tra­cąc chwyt, nie ma na­wet od­wagi od­dy­chać. Wspi­na­czka to jedno, ale zej­ście to już zu­peł­nie inna hi­sto­ria.

Za­uważa otwory wen­ty­la­cyjne w kon­te­ne­rze, a kiedy pró­buje zaj­rzeć przez je­den z nich do środka, czuje za­pach potu, na­dziei i stra­chu.

Wyj­muje mocną, szczelną ta­śmę i za­czyna od pierw­szego otworu. Pra­cuje do­kład­nie, pil­nu­jąc, żeby nie prze­oczyć choćby szpary. Sły­szy głosy. Być może ktoś w kon­te­ne­rze zro­zu­miał, co się dzieje, ale to nie ma zna­cze­nia. Ło­mot fal i wia­tru tłumi wo­ła­nia.

Po pierw­szym otwo­rze prze­cho­dzi do na­stęp­nego. Ta sama pro­ce­dura - i za kilka go­dzin wszy­scy będą mar­twi. Trudno od­dy­chać bez tlenu.

Po­wrót do wła­snego kon­te­nera jest mo­zolny, a gdy wcho­dzi przez ukrytą klapę do kry­jówki, ła­mie pa­zno­kieć. W środku się prze­biera i wie­sza mo­kre ubra­nie do wy­schnię­cia. Na­stęp­nej nocy musi znów wspiąć się w to samo miej­sce, żeby zdjąć ta­śmę.

Roz­ciąga się i wy­ko­nuje te same ćwi­cze­nia jogi, które robi co­dzien­nie, ale na tym statku ćwi­czy dwa razy, żeby nie zwa­rio­wać. Sie­dze­nie ca­łymi ty­go­dniami w za­mknię­ciu na frach­towcu, na­wet je­śli ma się ma­te­rac i pu­chową koł­drę, to ćwi­cze­nie cier­pli­wo­ści, a cier­pli­wość jest klu­czem do prze­trwa­nia.

Za dwa dni ran­kiem sta­tek do­pły­nie do miej­sca prze­zna­cze­nia - portu w Aga­di­rze. Ona już wie, co się tam bę­dzie działo. Kiedy ma­ro­kań­skie służby celne tego sa­mego ranka znajdą kon­te­ner za­wie­ra­jący dwa­dzie­ścia ciał ko­biet, ka­pi­tan, An­glik De­rek Smith, zu­peł­nie zwy­czajny czło­wiek, wbrew swo­jej woli sta­nie się naj­bar­dziej zna­nym ma­ry­na­rzem w Eu­ro­pie.

Wła­dze ni­gdy się nie do­wie­dzą, że wszyst­kie zmarły po to, żeby uci­szyć jedną z nich. Nie wia­domo, co ta­kiego zro­biła ta dziew­czyna, żeby inne mu­siały po­dzie­lić ten strasz­liwy los, ale to w pew­nym sen­sie obo­jętne. Przy­naj­mniej nie będą mu­siały zno­sić cier­pie­nia. Cier­pie­nia, o któ­rym ona wie wszystko.

Ich ro­dziny za­pła­ciły na­wet po trzy­dzie­ści ty­sięcy ame­ry­kań­skich do­la­rów, żeby za­pew­nić córce lep­sze ży­cie w Eu­ro­pie i żeby kie­dyś mo­gła utrzy­my­wać ro­dzinę w oj­czy­stych Chi­nach. To tak zwane ży­cie miało jed­nak skła­dać się je­dy­nie z nie­skoń­cze­nie dłu­gich dni w nie­le­gal­nych bur­de­lach, w któ­rych za­trud­nie­nie bar­dzo od­biega od obo­wiąz­ków opie­kunki do dzieci. Sta­no­wi­sko pracy w sek­to­rze usłu­go­wym wy­maga pa­pie­rów, a te są zde­cy­do­wa­nie zbyt dro­gie i nie­bez­pieczne do zdo­by­cia. Roz­wią­za­niem jest od­pra­co­wa­nie długu w domu uciech.

Po kilku ty­go­dniach do­cho­dzą cią­gle nowe długi, ale wtedy więk­szość ko­biet już znie­czula się nar­ko­ty­kami, na które też mu­szą za­ro­bić. Fa­sadę utrzy­muje się za po­mocą wy­sy­ła­nych przez or­ga­ni­za­cję do ro­dzin zdjęć szczę­śli­wej córki lub sio­stry, która wie­dzie cu­do­wne ży­cie w wol­nym kraju.

Ma­ro­kań­ska po­li­cja bę­dzie ro­bić, co w jej mocy, by roz­wi­kłać tę za­gadkę, ale od­kryją tylko, że trans­port za­mó­wiła ja­kaś fik­cyjna spółka z Peru, a wszyst­kie pa­piery pro­wa­dzą w ślepe uliczki. Funk­cjo­na­riu­sze skon­tak­tują się z ko­le­gami z Hong­kongu, ale ci nie są szcze­gól­nie za­in­te­re­so­wani wy­ko­ny­wa­niem po­rząd­nej po­li­cyj­nej ro­boty, która jest rów­nie nie­bez­pieczna co nie­opła­calna. Gdyby chcieli, mo­gliby po­in­for­mo­wać Ma­ro­kań­czy­ków, że prze­myt lu­dzi jest moż­liwy dzięki temu, że część kon­te­ne­rów po pro­stu nie jest ska­no­wana ka­me­rami ter­mo­wi­zyj­nymi, ale tego nie zro­bią, a Hong­kong opusz­czą wkrótce ko­lejne trans­porty, bo zde­spe­ro­wa­nych lu­dzi, któ­rzy chcą się wy­do­stać z Chin, zde­cy­do­wa­nie nie bra­kuje.

Kiedy prawda wyj­dzie na jaw, bę­dzie już za późno. Wstyd jest sku­tecz­nym kne­blem.

Przy­bywa sta­tek za­ła­do­wany... na­dzieją.

Dwa dni póź­niej wy­cho­dzi ze swo­jego wię­zie­nia przez ukryty właz. Otwiera główny za­mek kon­te­nera i od­chyla skrzy­piące drzwi. Ka­wa­saki, które jest jej naj­ulu­bień­szą wła­sno­ścią, cały czas jej to­wa­rzy­szyło i nie chce zo­sta­wiać mo­toru. Czuje, że w na­stęp­nym miej­scu bę­dzie długo. Być może na­zbyt długo, chce więc mieć moż­li­wość wy­je­cha­nia wtedy, gdy naj­dzie ją na to ochota.

Rzuca ostat­nie spoj­rze­nie stat­kowi, który przez kilka ubie­głych ty­go­dni był jej do­mem. Dwa­dzie­ścia osób. Ni­gdy wcze­śniej nie za­biła aż tylu lu­dzi jed­no­cze­śnie i gdzieś w głę­boko ukry­tym miej­scu jej du­szy od­zywa się su­mie­nie. Otrząsa się z tego. Wie, że jest znie­czu­lona, i czę­sto czuje się jak ma­szyna.

Mimo że płacą jej bar­dzo do­brze, to i tak za mało jak na to, co robi. Nie bę­dzie jed­nak już długo da­wać się tak wy­ko­rzy­sty­wać. Jest jak larwa, która wkrótce się prze­po­czwa­rzy i prze­mieni w mo­tyla. Wszy­scy lu­dzie prze­cho­dzą w ży­ciu przez pewne sta­dia, a ona, cho­ciaż jest dość młoda, ma starą du­szę. Ży­cie wy­daje się wiecz­no­ścią i wkrótce na­dej­dzie pora, by za­jąć się sobą.

Nie ma mowy o la­ta­niu, nie chce być wi­dziana na ja­kim­kol­wiek lot­ni­sku, cho­ciaż po­siada kilka fał­szy­wych pasz­por­tów, które nie wzbu­dzi­łyby żad­nych po­dej­rzeń.

Je­dzie ka­wa­saki z le­wymi ta­bli­cami re­je­stra­cyj­nymi do na­stęp­nego środka trans­portu - por­tu­gal­skiego promu, który za­wie­zie ją do Por­tu­ga­lii. Stąd po­je­dzie do Ar­landy, zo­stawi po­jazd na dłu­go­ter­mi­no­wym par­kingu i roz­pocz­nie na­stępne zle­ce­nie.

Alex Storm.

Roz­dział 10

Park Skan­sen, Sztok­holm

Lily Rose śle­dzi obu męż­czyzn od trzech go­dzin, cze­ka­jąc na wła­ściwą oka­zję. Cho­dzi jej tylko o jed­nego z nich, ale jej cel ni­gdy nie jest sam.

Nie sły­szy tego, o czym wo­kół się mówi, po­zwala, by mu­zyka ze słu­cha­wek za­my­kała ją w jej świe­cie, w któ­rym dziś ota­cza ją za­pach zwie­rzę­cych od­cho­dów.

Ma na so­bie kurtkę z kap­tu­rem na­su­nię­tym na czapkę z dasz­kiem i czer­wone prze­ciw­sło­neczne oku­lary. Wy­gląda jak emo - i o to cho­dzi. Po­szar­pane dżinsy i cięż­kie buty, na ple­cach na­druk z go­tyc­kim ze­spo­łem HIM.

Park Skan­sen za­snuwa mgła. Lily jest roz­cza­ro­wana. Miała na­dzieję, że Szwe­cja bę­dzie wy­glą­dać tak, jak jej opo­wia­dano: że bę­dzie pełna śniegu i po­lar­nych niedź­wie­dzi, a tym­cza­sem jest tu rów­nie szaro i po­nuro jak w pierw­szym lep­szym chiń­skim mie­ście, tylko że samo mia­sto jest znacz­nie mniej­sze. A mimo to piękne i o wiele czyst­sze. Uda­jąc tu­rystkę, prze­szła przez sta­rówkę, ale po kwa­dran­sie jej się znu­dziło. Miała na­dzieję zo­ba­czyć skarb, który za­to­nął wraz ze stat­kiem Vasa, ale więk­szość to za­rdze­wiałe gwoź­dzie i drew­niane kubki.

W ręce trzyma pi­sto­let Ma­ka­rowa, nieco za duży jak na jej drobne dło­nie. Nie jest za­chwy­cona, że musi ich za­strze­lić. Wo­la­łaby, żeby wy­glą­dało to ra­czej na wy­pa­dek. W tym się wła­śnie spe­cja­li­zuje. Im po­li­cja mniej do­cieka, tym mniej wie. To był jed­nak po­mysł Pe­tera, a to on płaci. Chce mieć wojnę i bę­dzie ją miał.

Lily za­trzy­muje się przy za­gro­dzie dla wil­ków. Pró­buje któ­re­goś wy­pa­trzyć, ale albo żad­nego tu nie ma, albo się po­cho­wały. Po co komu za­groda, je­śli nie wi­dać zwie­rząt? Szwe­dzi są dziwni, a cho­ciaż wcale jej się nie po­doba po­mysł trzy­ma­nia zwie­rząt w klat­kach, chcia­łaby jed­nak zo­ba­czyć praw­dzi­wego wilka.

Na chwilę ogar­nia ją żal. Sama sie­działa kie­dyś w czymś w ro­dzaju wię­zie­nia. Dom dziecka miał za­kra­to­wane okna i ni­gdy nie wolno im było wy­cho­dzić poza mury. Aż do dnia, kiedy przy­szedł Pe­ter i ją uwol­nił.

Ma wo­bec niego dług i nie po­doba jej się to. Mimo że się od niego uwol­niła, wciąż ist­nieją mię­dzy nimi men­talne więzi, które bę­dzie mu­siała wkrótce prze­ciąć. Tyle że wcale nie ma pew­no­ści, czego na­prawdę chce.

Ży­cie je­dzie na au­to­pi­lo­cie, a ona tylko za­bija lu­dzi i bie­rze pie­nią­dze. Za­czyna jej się to nu­dzić, a te­raz na do­da­tek bę­dzie mu­siała niań­czyć Aleksa.

Jak na mie­szańca jest przy­stojny i wy­daje się miły, choć tro­chę cia­po­waty, je­śli wie­rzyć temu, co opo­wia­dał o nim Pe­ter. Lily Rose ro­zu­mie, dla­czego Pe­ter może tak wy­ko­rzy­sty­wać brata, prze­czuwa też, że wkrótce do­sta­nie roz­kaz zli­kwi­do­wa­nia Aleksa. Z tego, co ko­bieta ro­zu­mie, ten ostatni nie mówi Pe­te­rowi wszyst­kiego, a je­śli jest coś, czego Pe­ter nie­na­wi­dzi, to za­ta­ja­nie przed nim cze­go­kol­wiek. W drugą stronę to oczy­wi­ście nie działa.

Męż­czyźni idą da­lej i wo­kół nich nie ma w tej chwili ni­kogo.

Lily wi­działa wcze­śniej, jak zo­sta­wiają w swoim bmw ko­mórki, żeby nikt ich nie pod­słu­chi­wał. Roz­gląda się do­okoła. Pu­sto.

Po­woli wy­ciąga tłu­mik i przy­kręca go do lufy pi­sto­letu. Za­pach ma­ri­hu­any cią­gnie się za nimi jak we­lon. Je­den z nich jest wyż­szy od dru­giego. Na­leżą do sze­fo­stwa ja­kie­goś gangu z mia­sta, które na­zywa się Söder­tälje. Wszystko jedno, ważne, że mu­szą umrzeć.

Kiedy się za­trzy­mują i pró­bują wy­pa­trzyć wilki, Lily prze­cho­dzi za nimi. Krót­kie spoj­rze­nie przez ra­mię, po czym pod­nosi pi­sto­let i nie za­trzy­mu­jąc się, strzela obu męż­czy­znom w tył głowy. Pa­dają, jakby ktoś wy­łą­czył im bez­piecz­niki w mó­zgach. Zwa­lają się je­den na dru­giego. Lily od­kręca tłu­mik i na­wią­zuje kon­takt wzro­kowy z wil­kiem, który na nią pa­trzy. Za­trzy­muje się w pół kroku, a ota­cza­jący ich świat na kilka se­kund za­miera.

Zdej­muje słu­chawki i syci się tą chwilą. Świsz­czą­cym wia­trem i desz­czem gra­ją­cym swoją se­re­nadę. To je­den z naj­pięk­niej­szych mo­men­tów w jej ży­ciu. Lily na­biera ochoty, by wy­pu­ścić zwie­rzę z klatki. Pew­nego dnia bę­dzie miała wilka, my­śli, za­kłada z po­wro­tem słu­chawki i idzie da­lej, roz­ko­szu­jąc się wspo­mnie­niem tej chwili z dra­pież­ni­kiem.

Wilk unosi nos i wciąga po­wie­trze prze­sy­cone za­pa­chem krwi mar­twych męż­czyzn.

Przed skie­ro­wa­niem się do wyj­ścia Lily wy­rzuca paczkę pa­pie­ro­sów, którą ukra­dła pew­nemu prze­stępcy. Jego od­ci­ski pal­ców i DNA za­su­ge­rują, że to on za­mor­do­wał ry­wala.

Lily Rose włą­cza mu­zykę - w jej czaszce ło­mo­cze pio­senka HIM Join Me in De­ath.

Roz­dział 11

F?r­dala, Ty­resö

Storm włą­cza Fort­nite. Lubi grać w gry kom­pu­te­rowe, ale tym ra­zem nie ma na to ochoty, a sama myśl o tym, że usły­szy głos Pe­tera, spra­wia, że chciałby ob­ciąć so­bie uszy. To wszystko oczy­wi­ście po­mysł Pe­tera. Po­nie­waż Alex nie ma szy­fro­wa­nego te­le­fonu, można go pod­słu­chi­wać, a prze­chwy­ce­nie roz­mowy pro­wa­dzo­nej w trak­cie gry jest pra­wie nie­moż­liwe.

Fre­drika i Fanny leżą w ko­ły­skach, a on po­woli buja je sto­pami. Wy­jąt­kowo obie śpią. Nie do­ty­czy to oczy­wi­ście Fridy; sły­szy, jak córka wścieka się w dru­gim po­koju.

Alex za­kłada słu­chawki, lo­guje się i klika awa­tar oraz imię Pe­tera. W Szwe­cji jest szó­sta po po­łu­dniu, a w Hong­kongu pół­noc.

- Bra­cie, spóź­ni­łeś się dwie mi­nuty - mówi Pe­ter nie­na­gan­nym bry­tyj­skim an­giel­skim, a w tle sły­chać, jak ły­żeczka dzwoni o fi­li­żankę z her­batą.

- Tak, wiem. Sporo się te­raz dzieje - od­po­wiada Storm po an­giel­sku ze szwedz­kim ak­cen­tem.

- Jak się mie­wasz? - Pe­ter mówi to tak, jakby rze­czy­wi­ście chciał wie­dzieć, a Alex się od­pręża. Osta­tecz­nie są jed­nak braćmi.

- Szcze­rze mó­wiąc, śred­nio. Kiedy tylko przy­cho­dzę do domu, dzieci zaj­mują mi cały czas, tro­jaczki to nie prze­lewki.

- Ro­zu­miem. Jes­sice musi być ciężko. Dla­czego nie za­ła­twi­cie so­bie opie­kunki? Prze­cież was na to stać.

- Jes­sica nie chce ob­cych w domu. A ja się z nią po­nie­kąd zga­dzam. Moje ży­cie jest... nieco skom­pli­ko­wane.

Smo­czek wy­suwa się z ust Fanny i Alex wci­ska go na miej­sce. Fre­drika wy­pluwa swój - i tak w kółko. Alex przy­trzy­muje każdy z nich pal­cem wska­zu­ją­cym.

- Like a boss - mówi ci­cho, żeby Pe­ter go nie usły­szał.

Pe­ter się śmieje.

- Nie mu­sisz mi mó­wić. Tu jest tak samo, tylko że moje słu­żące wie­dzą, co się dzieje. Przy­ślę ci ko­goś, będę mu­siał część z nich wy­mie­nić, bo ro­bią się za stare. Po osiem­na­stce do ni­czego się już nie na­dają.

Alex wzdy­cha i od­ma­wia. W Hong­kongu na pewno świet­nie spraw­dza się gro­że­nie per­so­ne­lowi, żeby lu­dzie trzy­mali bu­zię na kłódkę, ale w Szwe­cji jest tro­chę ina­czej. W ciągu go­dziny sie­działby już na prze­słu­cha­niu na po­li­cji.

Pe­ter pije i od­sta­wia fi­li­żankę.

- A twoja sio­stra?

- Na­dal w śpiączce. Cza­sami z nią roz­ma­wiam. Wiesz, mó­wią, że trzeba tak ro­bić, że to do­brze robi pa­cjen­tom, ale sam nie wiem. Mó­wi­łem ci, że zo­stała zgwał­cona?

Twarz Storma się ściąga, roz­ma­so­wuje ją. Mó­wie­nie o tym na głos to żadna przy­jem­ność, zwłasz­cza Pe­te­rowi.

- Co ta­kiego? Nie, nie wspo­mi­na­łeś. Do­rwa­łeś już by­dlaka, który to zro­bił?

Aleksa za­czyna gryźć su­mie­nie. Po­wi­nien to zro­bić. Jest jej star­szym bra­tem i po­wi­nien był ją ochro­nić.

- Nie, jesz­cze nie - mówi, tak jakby rze­czy­wi­ście szu­kał sprawcy.

- Wkrótce go znaj­dziesz. Mogę ci przy­słać paru go­ści. Tacy lu­dzie nie za­słu­gują na to, by żyć.

- Ona jest w ciąży... - szep­cze Alex, za­sta­na­wia­jąc się, co za­mie­rza zro­bić jego matka. Zna sio­strę i wie, że chcia­łaby za­cho­wać dziecko, ale jest prze­cież w śpiączce i na­wet o nim nie wie. Za to ich matka... Storm jest prze­ko­nany, że za­żąda abor­cji. Od chwili kiedy do­wie­działa się o ciąży, za­cho­wuje się dziw­nie.

- O, fuck... - Pe­ter chrząka. - Czy mogę ja­koś po­móc?

- Nie, spoko. Za­ła­twimy to. W ten czy inny spo­sób.

Alex kła­dzie nogi na stole, ale szybko je zdej­muje, bo plecy dają mu się we znaki. Mu­siał je nad­wy­rę­żyć na ju-jitsu. Ma­suje so­bie de­li­kat­nie krzyż.

- Ro­zu­miem. Je­śli chciał­byś o tym po­roz­ma­wiać, to wiesz, gdzie mnie szu­kać.

- Dzięki.

- Ro­zu­miem, że dużo się dzieje, ale mu­simy po­ga­dać o in­te­re­sach. Szy­kuje się tro­chę rze­czy. Jak wy­glą­dają fi­nanse?

Alex opo­wiada o wy­ni­kach, a Pe­ter co ja­kiś czas po­mru­kuje. Wy­daje się, że spa­dek do­cho­dów ze sprze­daży nar­ko­ty­ków nie zro­bił na nim ja­kie­go­kol­wiek wra­że­nia.

- Nie ma pro­blemu. Świetny po­mysł z tym dra­pa­niem. Chyba otwo­rzę w Hong­kongu ze dwa ta­kie sa­lony. Wi­dzisz, Alex, po­trze­buję cię. Je­steś stwo­rzony do tej ro­boty.

Storm chce po­wie­dzieć, że za dwa mie­siące wy­pada z in­te­resu, ale mil­czy. Musi dzia­łać roz­waż­niej.

- Dzięki, wciąż jed­nak trak­tuję to jako coś tym­cza­so­wego. Czy zna­la­złeś już za­stępcę?

- Nie jest ła­two cię za­stą­pić, Alex. Nie mówmy o tym te­raz. Biz­nes przede wszyst­kim. Mu­sisz w ja­kiś spo­sób uło­żyć so­bie pry­watne ży­cie. Poza tym wkrótce do­sta­niesz po­moc. Wy­sła­łem ci ko­goś do po­mocy. Kiedy po­wiem, od­bierz ją z lot­ni­ska.

- Ją?

- Tak, to ko­bieta. Pro­szę, że­byś był z nią ostrożny. Jest dość... dziwna. Białe rę­ka­wiczki, Alex. Jest naj­groź­niej­szą osobą, jaką znam, nie jest też ta­nia. Ale po­trze­buję jej do tego, co wkrótce na­stąpi.

- A co ta­kiego na­stąpi?

Stor­mowi nie po­doba się to, co sły­szy. Osoba do po­mocy. Groźna. Ko­lejne plany Pe­tera wcią­gają jego brata co­raz głę­biej w gówno.

- Mam plan. Zo­ba­czysz. W Szwe­cji nie­długo na­sta­nie su­sza, a my bę­dziemy pod­le­wać.

- Jaka znowu su­sza?

- Po­ma­lutku, Alex, nie spiesz się tak. Wszystko bę­dzie do­brze, zo­ba­czysz, a my bę­dziemy się ką­pać w pie­nią­dzach. Chcę, że­byś zbu­do­wał dużą sieć dys­try­bu­cji. Masz na to ty­dzień.

- Ty­dzień? Na co? Na­wet nie wiem, co pla­nu­jesz. No i jak mam tak szybko zor­ga­ni­zo­wać sieć?

- Kto tu jest sze­fem, ty czy ja?

Storm bie­rze głę­boki od­dech i łyka ta­bletkę, gdy Pe­ter się wy­lo­go­wuje. Od­chyla się i gapi w su­fit. Dużą sieć? Jak on ma to, do cho­lery, zro­bić?

- Kurwa, Alex! - szept Jes­siki spra­wia, że jego serce na chwilę się za­trzy­muje.

Alex pod­ska­kuje.

- Kurde, ale mnie prze­stra­szy­łaś.

- To był twój brat? Mia­łeś prze­cież skoń­czyć z tym gów­nem. I kim, do cho­lery, jest ta ko­bieta, o któ­rej roz­ma­wia­li­ście?

Fuck...

Storm przy­myka oczy. Czuje się, jakby ska­kał bez końca z jed­nej kry na drugą, chwy­ta­jąc rów­no­wagę, żeby nie wy­lą­do­wać w lo­do­wa­tym mo­rzu.

- Kon­sul­tantka. Nie ma się czym przej­mo­wać, ko­cha­nie.

- Kon­sul­tantka. Tak to się te­raz na­zywa?

- Ależ ko­cha­nie, za­pew­niam cię, że to nic złego i nie mam in­nej ko­biety. Je­steś moją wielką mi­ło­ścią i...

- I co za sieć? Nie brzmi to jak ka­syno.

Jes­sica z rę­kami skrzy­żo­wa­nymi na piersi opiera się o fu­trynę. Alex nie śmie spoj­rzeć jej w oczy, ma­rzy tylko, by spo­koj­nie od­dy­chać, żeby to się już skoń­czyło. Dla­czego ży­cie musi być ta­kie trudne?

- Ka­syno sie­ciowe - kła­mie i mimo wstydu, że znów ją okła­muje, od­czuwa lekką dumę. Nie ma siły na walkę na wszyst­kich fron­tach, a już zwłasz­cza z Jes­sicą.

- Roz­ma­wia­łam z Be­nitą - mówi Jes­sica i pod­cho­dzi do niego.

Rany bo­skie...

- Tak? Su­per.

- Nie wiem, czy mi się to po­doba. Naj­wy­raź­niej ma­cie otwo­rzyć bur­del albo jak to się te­raz na­zywa. A ona za dwa mie­siące od­cho­dzi. Kiedy za­mie­rza­łeś mi o tym po­wie­dzieć?

- Do­wie­dzia­łem się do­piero dzi­siaj. I jaki znowu bur­del?

- Dra­pa­nie lu­dzi po plec­kach... Z happy en­dem, jak przy­pusz­czam. Kurwa mać, Alex, co ty od­wa­lasz?

Storm chce po­wie­dzieć, że to cał­kiem le­galna dzia­łal­ność, ale fakt, że jed­no­cze­śnie pro­wa­dzi bur­del, wszystko bru­dzi. Chciałby móc jej wszystko opo­wie­dzieć, ale Jes­sice na pewno by od­biło, może na­wet za­dzwo­ni­łaby po gliny. Skoń­czy­łoby się to dla niego roz­wo­dem i mnó­stwem lat w wię­zie­niu.

- Mu­sisz mi po pro­stu za­ufać. Idę te­raz do ga­rażu.

- Po­waż­nie, po pro­stu mnie ole­jesz i tak so­bie pój­dziesz? - Jes­sica roz­kłada ręce.

- Nie mam w tej chwili do tego głowy, okej? - mówi Alex, uno­sząc dło­nie. Nie czuje się na si­łach, by wal­czyć. Dwa smoczki wy­la­tują z ma­łych uste­czek i po trzech se­kun­dach dziew­czynki się bu­dzą.

- Nie, zu­peł­nie nie okej.

Storm mija ją bez słowa.

- Alex!

W ca­łym ciele mu strzyka, od pal­ców u stóp aż po kark. Nie może jej wy­ja­śnić, nie zro­zu­mia­łaby tego, zwłasz­cza te­raz, kiedy w jego wnę­trzu sza­leje tsu­nami. Po­wie­działby na pewno coś głu­piego, a tego nie chce.

Jest w tym wszyst­kim sa­motny, jak zwy­kle. Alex był sa­motny od uro­dze­nia. Na za­wsze ska­zany na ży­cie poza mar­gi­ne­sem, na za­wsze inny. Wy­śmie­wany w szkole, bo nie wy­glą­dał jak inni, wci­śnięty mię­dzy dwie różne kul­tury.

W ga­rażu wy­ciąga z za­mra­żarki lody. Scho­wał tam po­jem­nik, bo wie, że Jes­sica chcia­łaby, żeby żył bar­dziej zdrowo, mó­wiła na­wet o przej­ściu na we­ga­nizm i po­zby­ciu się pla­stiku. Jezu.

Po­chła­nia lody, jakby ktoś trzy­mał go na muszce pi­sto­letu. Za­ma­rza mu pod­nie­bie­nie, ale mu to nie prze­szka­dza. Ból prze­sła­nia wszystko, co go uwiera. Lody za­wsze były dla niego cu­dow­nym, uni­wer­sal­nym le­kiem. Ty­siąc pie­przo­nych ka­lo­rii na ku­bek. Na­stęp­nym ra­zem bę­dzie mu­siał in­ten­syw­niej po­tre­no­wać.

Jego brat ma plan i to go prze­raża. Poza tym jest jesz­cze inna sprawa, która cały czas wy­pływa na po­wierzch­nię. Pro­blem, który nie chce sam znik­nąć. Alex wie, że je­śli nie roz­wiąże tej za­gadki, to kie­dyś ugry­zie go ona w za­dek.

Gun­nar, re­wi­dent Gol­den Dra­gon, który do­stał kulkę w brzuch i któ­rego Alex zna­lazł tuż przed śmier­cią, po­wie­dział coś chwilę przed tym, jak du­sza opu­ściła jego ciało. Alex musi się do­wie­dzieć, o co cho­dziło Gun­na­rowi. Wi­dział w oczach umie­ra­ją­cego, że to ważne.

- Ty­siąc dzie­więć­set osiem­dzie­siąt cztery - po­wie­dział Gun­nar, a Alex wciąż nie wie, w czym rzecz. Poza tym, że sam uro­dził się w tym roku. Kiedy zna­lazł ko­na­ją­cego męż­czy­znę, w biu­rze nie było żad­nych do­wo­dów na to, czym się zaj­muje: ani kom­pu­tera, ani se­gre­ga­to­rów z ra­por­tami i umo­wami. Je­śli te ma­te­riały wpadną w nie­wła­ściwe ręce, to nie tylko Alex, ale też wiele in­nych osób bę­dzie za­ła­twio­nych.

Za­sta­na­wia się, czy ta data jest ko­dem do kasy pan­cer­nej albo cze­goś in­nego. Musi to roz­gryźć. Nie ma jed­nak punktu za­cze­pie­nia, nie ma z kim o tym po­roz­ma­wiać, nie li­cząc Be­nity, która też była przy śmierci Gun­nara.

Wpi­suje w wy­szu­ki­warkę Go­ogle'a "1984". Zde­cy­do­wana więk­szość wy­ni­ków ma zwią­zek z książką Geo­rge'a Or­wella, Alex jed­nak od­rzuca tę moż­li­wość. Gdzieś musi być ja­kiś sejf albo coś po­dob­nego. Musi cho­dzić o kod.

Wyj­muje jesz­cze je­den ku­be­czek i za­lewa emo­cje ma­li­no­wym sma­kiem. Ty­siąc ka­lo­rii w każ­dym kubku. Bę­dzie mu­siał zre­zy­gno­wać z obiadu. Znowu.

W jego czaszce sza­leje bu­rza śnieżna.

Ty­siąc dzie­więć­set osiem­dzie­siąt cztery. Co to w ogóle zna­czy?

Roz­dział 12

F?r­dala, Ty­resö

Jes­sica zrzuca z sie­bie ro­we­rowe buty - nie prze­szka­dza jej, że lą­dują na środku pod­łogi. Na­wet tre­ning jej nie uspo­kaja. Po­dej­rzewa, że Alex nie mówi ca­łej prawdy, a jed­no­cze­śnie sama nie może prze­stać my­śleć o wła­snej ta­jem­nicy. A ma nie­jedną.

Dla­czego nie mogą po pro­stu być szcze­rzy i wszystko so­bie po­wie­dzieć? Czy nie na tym po­lega praw­dziwa mi­łość? Czy prawda nie po­winna ich wzmoc­nić? Jak za­re­ago­wałby Alex, gdyby po­wie­działa, że za­mor­do­wała dla niego Johna Glansa? Praw­do­po­dob­nie by się z nią roz­wiódł i do­niósł na nią na po­li­cję. Cho­ciaż Jes­sica w głębi du­szy w to nie wie­rzy; Alex ra­czej za­mió­tłby to pod ka­napę i się­gnął po ko­lejne pu­dełko lo­dów.

Przy­cho­dzi jej do głowy, że wy­sy­łała do Glansa ma­ile, roz­ma­wiała z nim i pi­sała do niego wia­do­mo­ści. Za­sta­na­wia się, czy po­li­cja pro­wa­dzi śledz­two w spra­wie mor­der­stwa, czy sa­mo­bój­stwa. Po­winna była za­brać jego ko­mórkę. Ale czy ma to tak na­prawdę ja­kie­kol­wiek zna­cze­nie? Czy cy­frowe ślady nie ist­nieją wszę­dzie wo­kół nas?

Zrywa zę­bami sztuczny pa­zno­kieć i ko­pie za­bawkę, która pra­wie tra­fia w le­żą­cego na pod­ło­dze psa.

- Prze­pra­szam, Mimmi.

Pu­del na­wet nie pod­nosi głowy.

Tę­skni za pracą. Praca to inne okre­śle­nie urlopu od dzieci, a ona dzi­siaj po­trze­buje po pro­stu dłu­giego od­po­czynku. Od razu po­ja­wiają się wy­rzuty su­mie­nia. Ko­cha có­reczki bar­dziej niż co­kol­wiek in­nego na świe­cie, ale od ich uro­dze­nia cią­gle coś się dzieje i ani razu nie udało jej się prze­spać ośmiu go­dzin bez prze­rwy.

Nie tak to so­bie wy­obra­żała, kiedy za­szła w ciążę.

Gdyby ktoś jej wcze­śniej po­wie­dział, jak mę­czące jest po­sia­da­nie dzieci, od razu wy­rwa­łaby so­bie jaj­niki kom­bi­ner­kami.

Jes­sica nie­mal całe ży­cie miesz­kała w Ty­resö, nie li­cząc tych lat, o któ­rych nie ma ochoty mó­wić. Do­ra­stała w Bre­vik, bo­gat­szej dziel­nicy za­miesz­ka­łej przez stare, za­możne ro­dziny. Róż­nica mię­dzy do­mem jej i Aleksa a do­mem ro­dzi­ców jest taka jak mię­dzy wy­rem bez­dom­nego a pa­ła­cem. Jej mąż ma­wia, że miesz­kają w naj­brzyd­szym domu w Ty­resö i ona nie może się z tym nie zgo­dzić. Biała imi­ta­cja ce­gły przy za­wrotce, gdzie w ca­łej dziel­nicy la­tem śmier­dzi pod­pałką do grilla, a zimą spa­li­nami od są­siada, który nie­ustan­nie grze­bie przy swoim wy­ści­go­wym gru­cho­cie. Jes­sica ni­gdy nie czuła się tak ty­pową ma­ło­mia­stecz­kową Szwedką jak wtedy, kiedy prze­pro­wa­dziła się do Aleksa.

Cho­ciaż jej ro­dzice ofe­ro­wali im po­życzkę, nie chciał po­ży­czać od nich pie­nię­dzy, a te­raz miesz­kają w pu­dle po bu­tach z pod­da­szem. Cze­góż się jed­nak nie robi z mi­ło­ści? - my­śli Jes­sica i uśmie­cha się słabo.

Siada w fo­telu, bie­rze jedną có­reczkę i przy­sta­wia ją do piersi. Mleka nie wy­star­cza dla ca­łej trójki, a to z proszku, które dzieci nie bar­dzo lu­bią, pró­buje im wmu­szać. Jes­sica wzdy­cha.

- Gdzie Bruce Lee? - pyta ba­wiąca się z jedną z dziew­czy­nek Sus­sie.

- Po­dej­rze­wam, że ob­żera się lo­dami w ga­rażu.

- Ja­sne. Nie można, że tak po­wiem, zmu­sić in­flu­en­cerki, żeby prze­stała ro­bić so­bie sel­fie. Mam go za­ła­twić?

Jes­sica wy­bu­cha śmie­chem. Sus­sie jak zwy­kle jest nie­oce­nio­nym wspar­ciem. Wy­gląda jak hi­pi­ska: bran­so­letki na nad­garstku, luźne ciu­chy i włosy, które za­wsze wy­glą­dają tak, jakby prze­le­ciał przez nie or­kan.

- Nie, jesz­cze nie, ale mo­żesz go tro­chę po­tor­tu­ro­wać.

- Prze­stań­cie, nie po­win­ny­ście mó­wić ta­kich rze­czy - od­zywa się Ma­lin, matka Jes­siki, która sie­dzi z dziew­czynką o nie­bie­skich pa­znok­ciach. Ko­ły­sze ją do snu.

- Oj tam, po­wi­nien tro­chę po­cier­pieć. Do­brze mu to zrobi na cha­rak­ter. - Sus­sie zde­cy­do­wa­nie kiwa głową i mruga do Jes­siki.

- Nie te­raz, Sus­sie. Nie mam na to siły. - Jes­sica przy­myka oczy i ma­suje so­bie skro­nie.

- Ni­gdy nie da­dzą mi się po­ba­wić. - Przy­ja­ciółka wzdy­cha. - A przy oka­zji: czy on się przez ostat­nie ty­go­dnie nie za­cho­wuje ja­koś dziw­nie?

Zu­peł­nie jakby ze mną było ina­czej, my­śli Jes­sica. Ale Sus­sie ma ra­cję.

- Nie mo­żemy po­roz­ma­wiać o czymś in­nym?

- Do­brze, ko­cha­nie. Męż­czyźni za­wsze otrzy­mują za dużo uwagi. - Matka Jes­siki od­kłada dziew­czynkę i siada obok córki. - Masz wino?

- A czy Święty Mi­ko­łaj ma brodę? - od­po­wiada Sus­sie. - Czy mo­żemy już po­ło­żyć wszyst­kie po­twory? - pyta i wy­cho­dzi do kuchni.

Jes­sica też chęt­nie na­pi­łaby się wina, ale ju­tro z rana znowu bę­dzie tre­no­wać. Poza tym karmi pier­sią i nie użyła ścią­gaczki.

Sus­sie wcho­dzi z kie­lisz­kami i bu­telką, gdy tro­jaczki leżą już w łó­żecz­kach. Jes­sica cia­sno je owi­nęła; naj­le­piej śpią wła­śnie wtedy, gdy są w ta­kich ko­ko­nach. To oczy­wi­ście po­mysł matki. Po­winna ist­nieć ja­kaś apli­ka­cja albo po­rad­nik dla wszyst­kich świeżo upie­czo­nych ro­dzi­ców. Jes­sica ma już dość co­dzien­nych prób wy­naj­do­wa­nia koła od nowa, ale matka jest fan­ta­styczna, na­wet je­śli Alex nie za­wsze się z nią do­ga­duje. Po­dob­nie zresztą jak z oj­cem. W tym wy­padku jed­nak Jes­sica stoi po stro­nie Aleksa. Jej oj­ciec, Len­nart, to osobny roz­dział. Przez całe ży­cie pra­co­wał na eta­cie, ale twier­dzi, że jest fa­chow­cem od za­rzą­dza­nia. Przede wszyst­kim dla­tego, że czuje się ni­żej w hie­rar­chii, bo matka odzie­dzi­czyła mnó­stwo pie­nię­dzy po dziadku, który był biz­nes­me­nem i fi­nan­si­stą.

Wcho­dzi Storm i wi­dząc te­ściową, Sus­sie i kie­liszki na sto­liku przy ka­na­pie, od razu pró­buje się cof­nąć.

- Chodź, usiądź z nami - mówi Sus­sie, a Alex pa­trzy na Jes­sicę, która kiwa głową.

Ko­cha go - co prawda jest idiotą, ale jej wła­snym idiotą. Prę­dzej czy póź­niej wszystko zro­zu­mie i się na­uczy, po­trze­buje tylko tro­chę czasu, my­śli Jes­sica, gła­ska­jąc go po ple­cach, gdy siada obok niej.

- Pij.

Sus­sie po­daje mu kie­li­szek, lecz Storm się waha. Jes­sica wie, że jej mąż nie lubi al­ko­holu, ale z za­sko­cze­niem stwier­dza, że jed­nak bie­rze kie­li­szek i po­ciąga ły­czek. Musi się na­prawdę źle czuć.

Czy to ja je­stem głu­pia? - za­sta­na­wia się Jes­sica, przy­zna­jąc, że Alex w ostat­nich mie­sią­cach rze­czy­wi­ście sporo prze­żył. A czy ona za­cho­wy­wała się o wiele le­piej?

Po­lo­wała na niego es­toń­ska ma­fia, stra­cił biz­nes, zo­stał oj­cem tro­jacz­ków, jego pra­cow­nik spło­nął w po­ża­rze sie­dziby firmy, a do tego wszyst­kiego nie otrzy­mał ubez­pie­cze­nia za tę po­żogę. W pew­nym sen­sie do­stał też od losu pre­zent w po­staci brata. Który wkrę­cił go w nie­le­galny klub. Jes­sica nie­na­wi­dzi tego miej­sca. Z dru­giej strony przy­nosi im to pie­nią­dze. Bez no­wej pracy Aleksa być może nie star­czy­łoby im na kre­dyt na dom i całą resztę. Zro­bił to wszystko dla ro­dziny czy dla sie­bie?

Jej zda­niem dla ro­dziny. Je­śli o nią cho­dzi, za­wsze był fan­ta­styczny, zwłasz­cza bio­rąc pod uwagę, że do­ra­stał tylko z matką i sio­strą. Ale Jes­sica wie, że jako ten je­dyny ze sko­śnymi oczami czuje się obcy na­wet we wła­snej ro­dzi­nie.

Ca­łuje go w rękę i uśmie­cha się do niego.

- Spró­buj, ko­cha­nie.

- Spró­buję - mówi miękko Alex, wy­pusz­cza po­wie­trze z płuc, a jego ple­cak wy­daje się na­gle nieco lżej­szy. Pije du­żymi ły­kami, a Sus­sie mu do­lewa.

- Alex, dzi­siaj nie będę na cie­bie wrzesz­czeć, że je­steś pie­przo­nym głą­bem, ale jedną rzecz mu­szę ci po­wie­dzieć - mówi Sus­sie.

- O nie.

Pa­trzy na Jes­sicę, która wzru­sza ra­mio­nami. Alex za­wsze bę­dzie uwa­żać, że jego żona i jej przy­ja­ciółka mają dziwną re­la­cję.

- Zro­zu­mia­łam jedną rzecz i tylko dla­tego bę­dziesz miał spo­kojny wie­czór. To taki pre­zen­cik - cią­gnie Sus­sie.

- Su­per - mówi Storm, który już wy­daje się pod­chmie­lony.

- Nie mo­żesz być do­bry dla każ­dego, Alex. Nie je­steś cze­ko­ladą. - Sus­sie kła­nia się i siada. - Te­raz mo­że­cie kla­skać. Je­stem pie­przoną wy­rocz­nią.

- Dzwo­nił Budda, że chce do­stać z po­wro­tem swoje ko­mu­nały. - Alex bie­rze ko­lejny łyk. - Cał­kiem nie­złe.

- Szkoda, że nie uro­dzi­łeś się w Las Ve­gas. Bo to, co się tam dzieje, wła­śnie tam zo­staje.

Sus­sie chi­cho­cze z wła­snej elo­kwen­cji, a Alex ciężko wzdy­cha.

- Zu­peł­nie was nie ro­zu­miem - mówi matka Jes­siki, bie­rze kie­li­szek i siada z książką w fo­telu.

- Alex, mu­sisz się za­jąć bor­su­kiem, który roz­wala nam cały ogród - mówi Jes­sica.

- Oczy­wi­ście - zga­dza się Storm beł­ko­tli­wie, a Sus­sie wy­bu­cha śmie­chem.

- Idź do domu, Alex. Je­steś pi­jany.

- To nie ja je­stem pi­jany, tylko ty za­ma­zana. Poza tym już je­stem w domu, cho­ciaż trudno w to uwie­rzyć.

Storm wstaje, ca­łuje Jes­sicę i wy­cho­dzi do ga­rażu.

- Cza­sami, ale tylko cza­sami, za­cho­wuje się jak praw­dziwy czło­wiek.

Sus­sie siada na stole po tu­recku, a matka Jes­siki po­syła jej pełne dez­apro­baty spoj­rze­nie.

Jes­sica pa­trzy, jak Alex za­ta­cza się przed wej­ściem do ga­rażu. Ech, jak ona go ko­cha. Wszystko bę­dzie do­brze. Taką przy­naj­mniej ma na­dzieję.

Roz­dział 13

Hong­kong

Pe­ter Bao wy­siada z he­li­kop­tera na da­chu wie­żowca i wcho­dzi do windy, która za­biera go bez­po­śred­nio do jego pry­wat­nego biura w naj­więk­szej fir­mie praw­ni­czej jego kon­glo­me­ratu.

Cho­lerny he­li­kop­ter jak zwy­kle po­tar­gał mu włosy i ubra­nie, wcho­dzi więc od razu do pry­wat­nej ła­zienki, żeby do­pro­wa­dzić się do po­rządku. Uzy­ska­nie po­zwo­le­nia na la­ta­nie w mie­ście nie jest wcale ła­twe, zwłasz­cza te­raz, kiedy ko­mu­ni­styczne dra­nie z Chin wtrą­cają się we wszystko, co wcze­śniej dzia­łało tak gładko. Przy­naj­mniej dla tych, któ­rzy mają za­soby i ro­zu­mieją sys­tem.

Je­śli po­zwala so­bie na fan­ta­zjo­wa­nie, to przede wszyst­kim ma­rzy o tym, żeby zo­ba­czyć, jak ci par­tyjni sza­leńcy są od­su­wani od wła­dzy i li­kwi­do­wani. Ale je­śli cho­dzi o po­ru­sza­nie się po mie­ście, he­li­kop­ter tak na­prawdę nie ma kon­ku­ren­cji. Poza tym nikt nie od­wa­żyłby się go ze­strze­lić nad mia­stem. Ry­zyko, że ja­kiś de­spe­rat na mo­to­cy­klu uzna za sto­sowne wziąć na cel jego sa­mo­chód, było oczy­wi­ście nie­wiel­kie, ale też nie ze­rowe. Naj­ła­twiej jest oczy­wi­ście pra­co­wać z wy­god­nego biura, ale cza­sami trzeba się po­ka­zać, na­wet je­śli ozna­cza to nie­koń­czące się roz­mowy do­ty­czące zu­peł­nie try­wial­nych spraw. Bo je­śli czło­wieka nie wi­dać, to ktoś może so­bie po­my­śleć, że stra­cił pa­zury.

Ma jesz­cze go­dzinę do pierw­szego spo­tka­nia i do­staje śnia­da­nie do ga­bi­netu. W tu­tej­szym biu­rze, utrzy­ma­nym w zu­peł­nie in­nym stylu niż to w domu, do­mi­nuje stara chiń­ska sym­bo­lika i sto­no­wane, ciemne ko­lory. Biurko Pe­ter ma po ojcu - to wielka ko­lu­bryna z kam­fo­ro­wego drewna, któ­rej wy­cio­sa­nie mu­siało za­jąć ty­siące go­dzin.

Włą­cza kom­pu­ter i za­czyna me­to­dycz­nie czy­tać naj­waż­niej­sze cza­so­pi­sma ame­ry­kań­skie i eu­ro­pej­skie. In­we­sty­cja w na­ukę ję­zy­ków po­zwala mu być na bie­żąco rów­nież z ga­ze­tami hisz­pań­skimi i fran­cu­skimi. Na swój spo­sób tę­skni za cza­sami, kiedy do­star­czano mu wszyst­kie naj­waż­niej­sze świa­towe pe­rio­dyki, ale nie da się za­prze­czyć, że in­ter­net bar­dzo uła­twia orien­to­wa­nie się w spra­wach, choć bra­kuje mu sze­le­stu cien­kiego pa­pieru.

Ma­drycki "El País" sporo pi­sze o re­kor­do­wych kon­fi­ska­tach nar­ko­ty­ków, któ­rych hisz­pań­scy cel­nicy do­ko­nali tej nocy w Wa­len­cji. Jed­no­cze­śnie za­jęto ko­lejne do­stawy w Rot­ter­da­mie w Ho­lan­dii. Łącz­nie pięć­dzie­siąt ton he­ro­iny i po­nad dwa razy wię­cej ko­ka­iny, a do tego kilka ton in­nych nar­ko­ty­ków. Za­zwy­czaj nie prak­ty­kuje się ta­kich du­żych prze­sy­łek, ale nie­po­koje mię­dzy gan­gami w Mek­syku i Ko­lum­bii do­pro­wa­dziły do ol­brzy­miego za­po­trze­bo­wa­nia na rynku, które je­den z kar­teli za­mie­rzał za­spo­koić po­je­dyn­czą do­stawą. Ry­zyko nie­po­wo­dze­nia było prze­cież nie­zwy­kle małe, lu­dzie nie zdają so­bie sprawy, jak ol­brzymi jest ruch kon­te­ne­rowy na świe­cie. Do sa­mej Hisz­pa­nii każ­dego dnia wjeż­dża po­nad dwa­dzie­ścia ty­sięcy sa­mo­cho­dów i nie ma moż­li­wo­ści sta­ran­nego skon­tro­lo­wa­nia ta­kiej liczby po­jaz­dów. Pod­ję­cie ta­kiego ry­zyka nie było więc wcale bez­sen­sowne.

Pe­ter dużo za­in­we­sto­wał w siatkę szpie­gów wśród kon­ku­ren­tów i in­we­sty­cja ta za­czyna mu się zwra­cać.

In­for­ma­cja o tym, że dwie grupy nie­mal jed­no­cze­śnie wy­słały ła­du­nek, wy­daje się zbyt do­bra, by mo­gła być praw­dziwa. Praw­do­po­dob­nie nie uda się po­wią­zać Pe­tera z cyn­kiem, który In­ter­pol otrzy­mał o tych do­sta­wach. Jed­no­cze­śnie sam Bao zor­ga­ni­zo­wał dużo znacz­nie mniej­szych do­staw, za­równo lą­dem, jak i mo­rzem. Stwo­rzył so­bie ma­ga­zyn, a te­raz, gdy kon­ku­ren­cji bra­kuje to­waru, a wzmo­żony po­pyt win­duje ceny, po­wi­nien nie tylko dużo za­ro­bić, ale też ode­brać ważne czę­ści rynku tym, któ­rzy nie mogą do­star­czać dra­gów.

W branży nar­ko­ty­ko­wej kilka ty­go­dni to cała wiecz­ność. Przed wyj­ściem do sali za­rządu Pe­ter po­zwala so­bie na pa­pie­rosa.

Roz­dział 14

F?r­dala, Ty­resö

Czy nie mo­gliby po pro­stu wy­nieść się na bez­ludną wy­spę? On, Jes­sica i dzieci. Żad­nych ra­chun­ków, zwy­czajne ży­cie z tego, co daje na­tura, i miesz­ka­nie w pro­stej cha­cie. By­łoby cu­dow­nie. Bez te­le­wi­zora, me­diów spo­łecz­no­ścio­wych i drani, któ­rzy pró­bują go wcią­gać w różne pa­skudz­twa.

Storm się śmieje. Czuje, jak al­ko­hol spra­wia, że wszystko do­okoła robi się nie­wy­raźne i mięk­kie.

- Do­sto­suj się albo umie­raj - szep­cze, my­śląc o Pe­te­rze. Współ­czuje sam so­bie.

Sie­dzi na we­ran­dzie z łu­kiem blocz­ko­wym Ge­ar­head T24, z któ­rego jesz­cze pra­wie nie ko­rzy­stał. Ku­pił go, bo faj­nie wy­gląda z mi­li­tar­nym wy­koń­cze­niem. To ro­dzaj łuku, z któ­rym można po­lo­wać. Nie taki duży jak inne i znacz­nie lżej­szy. Jest wy­ko­nany z kom­po­zytu, który mimo nie­wiel­kiego cię­żaru jest moc­niej­szy niż wszyst­kie inne jego łuki.

Na końcu strzały przy­mo­co­wany jest czte­ro­ostrzowy grot. Jes­sica nie chce, żeby trzy­mał te po­twor­nie ostre strzały w domu. Nie­na­wi­dzi broni, więc Alex prze­cho­wuje je w ukry­ciu, tak jak swo­jego glocka pod pod­łogą na pod­da­szu.

Kiedy miał trzy­na­ście lat, spró­bo­wał łucz­nic­twa w szkole i tak mu już zo­stało. Uwiel­bia czuć, jak przy strze­la­niu wszyst­kie pro­blemy - stresy, nę­ka­nie, wy­ma­ga­nia - po pro­stu zni­kają, tak samo jak wtedy, kiedy tre­nuje ju-jitsu. Tak wła­śnie czuje się w tej chwili.

Trzyma strzałę me­cha­ni­zmem spu­sto­wym, ale nie na­piął łuku. Tylko czeka, a wo­kół niego cały świat szumi od wy­pi­tego al­ko­holu. Rze­czy­wi­stość nie wi­ruje zbyt szybko, po pro­stu jest mu przy­jem­nie. Ju­tro bę­dzie się źle czuł, ale było warto. To prze­rwa na za­czerp­nię­cie od­de­chu.

Coś szumi w krza­kach. Alex na­ciąga cię­ciwę, aż za­ska­kuje, i musi już tylko kon­tro­lo­wać cię­żar łuku.

- No chodź tu, bor­su­czy po­mio­cie - szep­cze, przy­kła­da­jąc palce do po­liczka. Cho­ciaż nie strze­lał od lat, bu­dzi się w nim do­świad­cze­nie. Czuje, że pa­nuje nad łu­kiem. W ży­ciu wy­strze­lił na pewno dzie­siątki ty­sięcy strzał i jego pa­mięć mię­śniowa nad wszyst­kim pa­nuje.

Wi­dzi ruch w krza­kach i za­uważa bok zwie­rzę­cia z wpa­tru­ją­cym się w ciem­ność okiem. Po­woli wy­pusz­cza po­wie­trze i zwal­nia strzałę. Od­głos łuku, który uwiel­bia, mie­sza się z wrza­skiem.

Czy bor­suki wrzesz­czą? Storm tego nie wie, ale jest pe­wien, że tra­fił. Trudno spu­dło­wać z dzie­się­ciu me­trów. Od­kłada łuk i wstaje, by od razu z po­wro­tem usiąść, gdy traci rów­no­wagę. Śmieje się do sie­bie, ma­jąc na­dzieję, że nikt go nie wi­dzi, szcze­gól­nie Sus­sie. Re­cho­ta­łaby z tego przez całe lata.

Alex chwyta kie­li­szek i znów wstaje. Idzie po­woli w stronę zwie­rzę­cia. Sły­szał kie­dyś, że je­śli można na­tknąć się na bor­suka, po­winno się mieć w bu­tach pie­czywo chrup­kie. Zwie­rzęta te zwal­niają chwyt do­piero wtedy, kiedy sły­szą chru­pa­nie. Czy ja­koś tak.

Za­trzy­muje się metr przed zwie­rzę­ciem. Zu­peł­nie nie przy­po­mina bor­suka. Roz­miar też nie taki.

- A niech to szlag!

Jes­sica otwiera drzwi na we­randę, w ręce ma kie­li­szek.

- Wszystko w po­rządku, Alex?

- Tak, tak, wra­caj. Nie­długo przyjdę.

Storm kuca, pod­cho­dzi do niego pies i za­czyna wę­szyć. Wabi się Mimmi, ale on woli na nią wo­łać Mif­fot. Nie ma z niej żad­nego po­żytku. Gapi się na męż­czy­znę, jakby się za­sta­na­wiała, co znowu od­wa­lił.

- Kurwa - sy­czy Alex. Wła­śnie za­mor­do­wał kota są­sia­dów.

Dwie go­dziny póź­niej Storm sie­dzi w re­stau­ra­cji Ri­che. Nie ma pew­no­ści, jak do tego do­szło. Miał się zdzwo­nić z kum­plem, żeby Jes­sica, Sus­sie i te­ściowa mo­gły so­bie zro­bić bab­ski wie­czór. Jes­sica od­pom­po­wała mleko i miała ochotę na wino.

Tak więc sie­dzi te­raz sa­motny przy ba­rze w środku mia­sta i są­czy piwo. Nie za­dzwo­nił do żad­nego ko­legi, bo nie ma zna­jo­mych. Żad­nego kum­pla, który chciałby sko­czyć z nim na piwo.

Alex od wielu lat nie był tak pi­jany. Spraw­dzał to kie­dyś w in­ter­ne­cie - Azjaci są czę­sto nad­wraż­liwi na al­ko­hol i bra­kuje im ja­kie­goś en­zymu, któ­rego na­zwy nie pa­mięta. Ale te­raz jest tu­taj, pi­jany i na do­da­tek do­pa­dła go aler­gia.

Sie­dzi przy ba­rze mię­dzy ludźmi, któ­rzy nie zwra­cają uwagi na jego obec­ność. Przy­gląda się sztu­ka­te­rii na su­fi­cie oraz ścia­nach i wiel­kim ży­ran­do­lom. Rzeźby na ko­lum­nach wy­dają się wie­rzyć, że umieją la­tać.

Po­wie­dział wszyst­kim, że pro­blemy w ogro­dzie po­winny się skoń­czyć, po czym za­ko­pał kota. Sus­sie stwier­dziła, że jest mor­dercą, Jes­sica na­to­miast dała mu ca­łusa, na­zy­wa­jąc go swoim ma­łym żoł­nie­rzy­kiem. Nie ośmie­lił się przy­znać, że za­miast bor­suka za­ła­twił kota z są­siedz­twa.

Jak zwy­kle roz­wią­zał pro­blem, po­wo­du­jąc jed­no­cze­śnie po­wsta­nie no­wego. Prawo Mur­phy'ego wy­grywa 2501:0.

Tego wie­czoru pró­buje o wszyst­kim za­po­mnieć. Wi­dzi dziew­czynę, która nie może mieć wię­cej niż sie­dem­na­ście lat, ale jest uma­lo­wana i ubrana tak, że wy­gląda na dwa­dzie­ścia pięć. Przy­gląda się jej od dłuż­szego czasu. Nie dla­tego, że go po­ciąga - Alex wi­dzi, że nie­zna­joma di­luje ko­ka­iną i chyba za­ra­bia na tym cał­kiem spore pie­nią­dze.

Wszy­scy chcą tego, co ofe­ruje. Ce­le­bryci, bo­ga­cze i lu­dzie z oko­licy. Wszy­scy wy­dają się ją znać i go­tówka raz po raz lą­duje w jej to­rebce. Gdyby sam tego nie wi­dział, to ni­gdy by w to nie uwie­rzył.

Dziew­czyna do­brze so­bie ra­dzi i trudno za­uwa­żyć, że pie­nią­dze i pro­chy prze­cho­dzą z rąk do rąk. Cały czas się uśmie­cha, pre­zen­tu­jąc ide­alne zęby. Ma dłu­gie blond włosy i modne ubra­nie. Wy­gląda, jakby po­cho­dziła z bo­ga­tej ro­dziny, a nie jak ktoś, kto po­trze­buje pie­nię­dzy. Wzbu­dza w ten spo­sób za­in­te­re­so­wa­nie Storma. A do tego wy­daje się znać wszyst­kie ważne osoby - wszy­scy naj­wy­raź­niej są z nią za­przy­jaź­nieni. Wi­docz­nie nie tylko sprze­daje cu­kierki za­moż­nym lu­dziom, ale też sama do­ra­stała w bo­ga­tym śro­do­wi­sku. Po co ona to robi? - za­sta­na­wia się Alex, gdy dziew­czyna pod­cho­dzi do baru.

- Słusz­nie, nie po­winno się pić w pracy - mówi do niej, gdy nie­zna­joma za­ma­wia bez­al­ko­ho­lowy na­pój.

Pa­trzy na jej od­bi­cie w wiel­kim lu­strze za ba­rem, gdzie stoją wszyst­kie bu­telki z al­ko­ho­lem, ła­pie jej spoj­rze­nie i się uśmie­cha.

- Czy my się znamy?

W jej gło­sie sły­chać za­do­wo­le­nie, ale wy­raz oczu spra­wia, że dziew­czyna nie wy­gląda na szczę­śliwą.

- Nie, ale je­śli kie­dyś na­bie­rzesz ochoty, żeby dla mnie pra­co­wać, wy­star­czy za­dzwo­nić.

Alex po­daje jej wi­zy­tówkę z nu­me­rem jed­nej z jego ko­mó­rek.

- Wąt­pliwe - od­po­wiada dziew­czyna, ale za­biera wi­zy­tówkę. Przy­gląda się jej, ale ra­czej z dez­apro­batą. Pew­nie nie­wła­ściwa czcionka, praca albo wła­ści­ciel.

- Ni­gdy nie wia­domo - od­po­wiada Alex i wstaje zza baru.

Nie chce już tu sie­dzieć. Chciałby wró­cić do domu i pójść spać. Ni­gdy nie lu­bił ta­kich ba­rów, woli mroczne puby, w któ­rych wy­kła­dzina z lat osiem­dzie­sią­tych śmier­dzi sta­rym pi­wem.

Nie­zna­joma nie od­po­wiada, za­biera szkla­neczkę i od­cho­dzi do to­wa­rzy­stwa, lecz Alex w od­bi­ciu w oknie przy ulicy do­strzega, że tamta się za nim ogląda. Może się za­sta­na­wia, czy jest po­li­cjan­tem, czy po pro­stu ja­kimś ob­le­chem.

Storm bie­rze tak­sówkę. Nie zdaje so­bie sprawy, że ktoś go ob­ser­wuje.

Roz­dział 15

Park Vic­to­ria Peak, Hong­kong

Pe­ter Bao w otwar­tym te­re­nie czuje się od­sło­nięty. Sie­dzi na ławce w parku Vic­to­ria Peak w to­wa­rzy­stwie tylko jed­nego ze swo­ich sta­rze­ją­cych się od­po­wied­ni­ków z or­ga­ni­za­cji Wo On Lok, która jest za­pewne nieco więk­sza od jego wła­snej.

Kiedy wy­słano do niego me­dia­tora, Pe­ter zro­zu­miał, że głowa smoka za­czyna tra­cić kon­trolę nad ludźmi i jest go­towa na roz­mowę o współ­pracy.

Spodo­bała mu się taka da­le­ko­wzrocz­ność - nie­ustanna kon­ku­ren­cja za­gra­żała wszyst­kim. Gdyby chiń­skie wła­dze się na to zde­cy­do­wały, mo­głyby bez trudu zdu­sić triady, jedną po dru­giej, je­śli jed­nak te by się zjed­no­czyły, taki ruch oka­za­łby się znacz­nie trud­niej­szy i bar­dziej kosz­towny. Cho­ciaż więc spo­tka­nie mo­gło być pu­łapką, Pe­ter po­sta­no­wił spraw­dzić, do czego taka roz­mowa może do­pro­wa­dzić.

Te­raz sie­dzą we dwóch na ławce. Mimo że Bao ma oczy­wi­ście kilku ochro­nia­rzy, nie może się po­wstrzy­mać i wciąż roz­gląda się do­okoła. Ma na­dzieję, że ten stary czło­wiek - co naj­mniej sześć­dzie­się­cio­dwu­letni, cho­ciaż wy­gląda na jesz­cze star­szego - nie zwróci uwagi na jego czuj­ność.

Pe­ter wy­po­wiada wy­ma­gane przez oby­czaj grzecz­no­ściowe for­mułki, pod­kre­śla­jąc mą­drość i suk­cesy roz­mówcy. Po tym wszyst­kim nad­cho­dzi wresz­cie czas, by przejść do rze­czy.

- A więc, pa­nie Naze, je­śli do­brze zro­zu­mia­łem, je­ste­śmy bar­dzo bli­scy po­ro­zu­mie­nia?

Pa­trzy w oczy sta­rego czło­wieka, szu­ka­jąc w nich oznak fał­szu. Nie znaj­duje ni­czego nie­po­ko­ją­cego; męż­czy­zna wy­gląda, jakby utra­cił całą dumę i zde­cy­do­wa­nie, ja­kie mu­siał mieć w so­bie, by zajść aż na szczyt.

Star­szy czło­wiek od­wraca głowę i kaszle chra­pli­wie w sta­ro­świecką płó­cienną chu­s­teczkę. Pe­ter my­ślał, że ta­kich rze­czy się już nie używa.

Wy­daje mu się, że za­nim męż­czy­zna wci­snął chu­s­teczkę z po­wro­tem do we­wnętrz­nej kie­szeni nie­na­gan­nego czar­nego gar­ni­turu, do­strzegł na niej krew. Jesz­cze jedno kaszl­nię­cie i znów na­wią­zują kon­takt wzro­kowy. Skóra starca spra­wia wra­że­nie, jakby już była mar­twa, ma chory, szary od­cień, który wy­gląda jesz­cze go­rzej w kon­tra­ście z ele­ganc­kim odzie­niem.

- Prze­pra­szam, ale pod­upa­dłem na zdro­wiu.

Jego głos po­twier­dza to, co Pe­ter już wie - że po­dob­nie jak on, męż­czy­zna też ode­brał wy­kształ­ce­nie w An­glii, w czym nie ma nic dziw­nego, bio­rąc pod uwagę, jak długo Hong­kong był czę­ścią im­pe­rium bry­tyj­skiego.

- To chyba żadna ta­jem­nica, że mam raka. Płuca... Paczka pa­pie­ro­sów dzien­nie oka­zała się kiep­skim po­my­słem, cho­ciaż kiedy by­łem młody, le­ka­rze re­kla­mo­wali to gówno.

Z ust męż­czy­zny wy­do­bywa się mie­szanka kaszlu i śmie­chu.

- Na­prawdę mi przy­kro, to pod­stępny prze­ciw­nik - mówi Pe­ter.

- Dzię­kuję, młody czło­wieku, ale jest, jak jest. Tylko głu­piec mar­nuje po­zo­stały mu czas na walkę z czymś, czego nie można po­ko­nać. Uzna­łem, że obie na­sze or­ga­ni­za­cje mogą wspól­nie rzu­cić wy­zwa­nie Sun Yee On.

Pe­ter zmu­sza się, by od­dy­chać nor­mal­nie. Oka­zuje się, że to, co Vic­tor Yu, jego men­tor i prawa ręka, wy­wnio­sko­wał z roz­mowy, która do­pro­wa­dziła do tego spo­tka­nia, jest prawdą. Gdyby Bao miał ko­mu­kol­wiek za­ufać, to wła­śnie Vic­to­rowi.

Od­po­wiada ostroż­nie:

- Cał­ko­wi­cie po­dzie­lam tę ocenę. Osłab­niemy, je­śli na­dal bę­dziemy wal­czyć. Tylko dzięki współ­pracy mo­żemy stać się wy­star­cza­jąco silni, żeby po­ko­nać wspól­nych wro­gów i sta­wić czoło tym wszyst­kim no­wo­ściom w ro­dzaju re­gu­la­cji ban­ko­wych i in­nych rze­czy, które wła­dze wy­mu­szają na świe­cie.

- Tak, ale nie­ła­two bę­dzie o ta­kie po­łą­cze­nie. Moja or­ga­ni­za­cja jest po­dzie­lona, od kiedy zdro­wie mi szwan­kuje, po­wstały w niej trzy różne frak­cje. Te­raz tylko cze­kają, aż zniknę. Jak wiesz, mam dwie córki i żonę i oba­wiam się, że będą pierw­szymi ofia­rami w woj­nie, którą zo­sta­wię w spadku po so­bie.

Męż­czy­zna upo­rczy­wie wbija wzrok w Pe­tera. Nie­wąt­pli­wie my­ślą o tym sa­mym: czy można za­ufać sta­remu wro­gowi? Czy wciąż ist­nieją lu­dzie, na któ­rych da się po­le­gać i któ­rzy wie­dzą, co ozna­cza słowo ho­noru?

- Mam więc na­stę­pu­jącą pro­po­zy­cję: moja ro­dzina bę­dzie mo­gła wkrótce wy­je­chać z Hong­kongu w miej­sce, które po­dam póź­niej. Po­zo­sta­wię bli­skich pod twoją opieką. Pie­nię­dzy im nie bra­kuje, ale chcę, żeby wszy­scy wie­dzieli, że są nie­ty­kalni. Do­pil­nuj, żeby mieli wszystko, czego bę­dzie im po­trzeba, a dzieci otrzy­mają do­bre wy­kształ­ce­nie i od­suną się od na­szej kul­tury.

Męż­czy­zna po­wta­rza pro­ce­durę z chu­s­teczką - rze­czy­wi­ście kaszle krwią. Z tru­dem chwyta po­wie­trze, po czym mówi da­lej:

- W za­mian po­dam ci na­zwi­ska dwóch lu­dzi, któ­rzy spró­bują prze­jąć wła­dzę, i przy­go­tuję trze­ciego na na­sze przy­szłe po­łą­cze­nie. Na­zywa się Chi­lon, je­śli po­zwo­lisz mu za­cho­wać twarz i za­pew­nisz od­po­wiedni za­kres wła­dzy, zrobi, co mu każę. Je­żeli usu­niesz po­zo­sta­łych z drogi, nikt nie ośmieli ci się sprze­ci­wić.

Pe­ter od­cze­kuje trzy se­kundy, za­nim od­po­wie.

- Czy mogę li­czyć na two­jego czło­wieka, tego Chi­lona?

- Wy­bra­łem naj­słab­szego. Jest zdolny, ale za mało twardy, by po­ko­nać po­zo­sta­łych. Je­śli tego nie zro­bimy, walkę o wła­dzę wy­gra je­den z dwóch po­zo­sta­łych i osłabi nas przy tym tak bar­dzo, że sta­niemy się ła­twym ce­lem. Zo­staw go mnie. Chcę jed­nak, że­byś dał mi słowo ho­noru, że za­opie­ku­jesz się moją ro­dziną.

- To, co mó­wisz, brzmi mą­drze: wszy­scy się wzmoc­nimy i każdy bę­dzie miał ja­kąś przy­szłość. Gwa­ran­tuję two­jej ro­dzi­nie moją ochronę tak długo, jak będę żył. Po­win­ni­śmy jak naj­szyb­ciej usta­lić szcze­góły.

Pe­ter uśmie­cha się do sta­rego czło­wieka, który jakby kur­czy się na oczach Bao.

Ulgi, jaką czuje, nie da się opi­sać sło­wami. Wkrótce bę­dzie rów­nież sze­fem Wo On Lok, naj­star­szej or­ga­ni­za­cji, która wciąż ist­nieje, a liczba jego pod­wład­nych i do­chody się po­dwoją. Stary może so­bie spo­koj­nie wy­obra­żać, że Pe­ter za­mie­rza rzu­cić wy­zwa­nie naj­sil­niej­szej tria­dzie, Sun Yee On, która wciąż ma zde­cy­do­waną prze­wagę. Nie, to je­dy­nie pierw­szy etap jego planu zjed­no­cze­nia ca­łego świata prze­stęp­czego Hong­kongu pod wo­dzą jed­nego li­dera. Pe­tera Bao.

- Wierz mi, nie była to ła­twa de­cy­zja, trudno za­po­mnieć o złej krwi - mówi stary czło­wiek z nieco chmur­nym spoj­rze­niem. - Ale dzięki temu moja or­ga­ni­za­cja uchroni się przed wojną i znisz­cze­niem, a jed­no­cze­śnie wszy­scy mają przed sobą ja­kąś przy­szłość. Poza tym wszy­scy wie­dzą, jaką bro­nią dys­po­nu­jesz, a je­śli za­grasz pra­wi­dłowo, to może zjed­no­czysz wię­cej grup. Ży­czę ci po­wo­dze­nia.

Pe­ter wstaje i kła­nia się męż­czyź­nie, któ­rego wła­śnie po­zba­wił mniej wię­cej dzie­się­ciu ty­sięcy żoł­nie­rzy, po czym idzie do cze­ka­ją­cego na niego sa­mo­chodu. Stary czło­wiek nie za­cho­wał się być może cał­kiem ho­no­rowo, ale zde­cy­do­wa­nie mą­drze. Mimo że wszystko trzyma się dzięki wię­ziom ro­dzin­nym, brak sy­nów ozna­cza rów­nież pewną wol­ność. Po­dob­nie jest z Alek­sem - więzy krwi, które łą­czą go z Pe­te­rem, spra­wiają, że jest uży­teczny, ale jed­no­cze­śnie dają mu wła­dzę. Bao li­czy, że jego brat nie zdaje so­bie sprawy z jej ogromu.

Kiedy Pe­ter wsiada do sa­mo­chodu, ta myśl krąży mu po gło­wie. Wy­daje się, że wszy­scy znają jego prze­klętą ta­jem­nicę.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

Roz­dział 2

F?r­dala, Ty­resö

Je­stem mor­der­czy­nią...

Jes­sica prze­ciąga się, żeby ze­brać my­śli i od­pę­dzić wy­rzuty su­mie­nia, ale wy­cho­dzi jej to śred­nio. Tak jakby prze­la­ty­wał przez nią gry­zący wiatr, by przy­po­mi­nać jej o bu­rzy, pod­czas któ­rej do­pu­ściła się tej po­twor­no­ści.

Za­kłada opa­skę na włosy za uszy, a Sus­sie leży na pod­ło­dze i bawi się z tro­jacz­kami.

Kiedy Alex jest w domu, robi oczy­wi­ście to, co do niego na­leży, ale to nie za dnia jest trudno. Alex nor­mal­nie pra­cuje, a w nocy za­wsze któ­raś z tro­jacz­ków nie śpi. Jes­sica nie wie, co by zro­biła bez Sus­sie. Jest jej naj­star­szą i naj­lep­szą przy­ja­ciółką. Tą, która ni­gdy nie za­wie­dzie, wszystko jedno, co się dzieje, i cho­ciaż wy­daje się tro­chę dziwna - jest zu­peł­nie stuk­nięta na punk­cie swo­ich krysz­ta­łów i co­raz to no­wych teo­rii spi­sko­wych o ilu­mi­na­tach - to ma wiel­kie serce. Za­wsze bę­dzie naj­bliż­szą przy­ja­ciółką Jes­siki.

Sa­lon za­czyna na­bie­rać kształ­tów, ale Jes­sica cią­gle nie jest za­do­wo­lona. Są tu sto­no­wane, przy­tulne ko­lory i mnó­stwo ko­ców na ka­na­pie. Wzo­ro­wała się na stylu ame­ry­kań­skim, chce uni­kać wszyst­kiego, co no­wo­cze­sne i nudne. Prze­by­wa­nie tu­taj po­winno być miłe i przy­jemne. Chcia­łaby zro­bić wię­cej, ale to miej­sce jest ra­czej przy­stan­kiem na dro­dze, za­nim znajdą dom ma­rzeń. Jes­sica robi więc wszystko jakby na pół gwizdka.

- Sus­sie, czas kłaść je do łó­żek.

- Nie ma pro­blemu, po­ło­żymy je z Alek­sem, że­byś miała tro­chę czasu dla sie­bie.

Jes­sica się śmieje, wy­cho­dzi na we­randę i pa­trzy w górę na czarne, bez­gwiezdne niebo. Obej­muje się ra­mio­nami. Jest zimno i wil­gotno, a ona nie ma w tej chwili siły na słu­cha­nie dzie­cię­cych wrza­sków. Tej nocy nie zmru­żyła oka. Alex przy­szedł do domu spóź­niony, po­wie­dział, że pra­co­wał po go­dzi­nach, bo była in­wen­ta­ry­za­cja. Kła­mał. Ona po pro­stu to wie.

Jest już zmę­czona tymi wszyst­kimi oszu­stwami. Ale nie po­winna być dla niego zbyt su­rowa, sama ma swoje ta­jem­nice, a jedna z nich jest naj­gor­sza w ca­łym jej ży­ciu.

Za­mor­do­wa­łam czło­wieka...

Każ­dego dnia w snach stoi tam i po­dej­muje tę samą de­cy­zję. Ko­cha Aleksa jak sza­lona, ale on wy­daje się tego nie poj­mo­wać. Zro­biła coś nie­wy­ba­czal­nego dla niego i dzieci, choć przede wszyst­kim chyba dla sie­bie.

Nie li­cząc tego, co sama upra­wia, ogród za do­mem to pro­jekt Aleksa, a ści­ślej mó­wiąc - to Alex za niego od­po­wiada. Tyle że nie bar­dzo so­bie z tym ra­dzi. Je­śli ona robi wszystko na pół gwizdka, to on tylko na jedną dzie­siątą. Woli mu nie bra­kuje, ale nie ma moż­li­wo­ści. Ga­raż na­leży do niego i obie­cał go prze­ma­lo­wać, udało mu się jed­nak skoń­czyć tylko je­den, krót­szy bok.

W krza­kach coś sze­le­ści i Jes­sica sztyw­nieje. Za­miera, gdy spod krzewu wy­cho­dzi bor­suk. Wpa­trują się w sie­bie do chwili, aż udaje jej się ru­szyć ręką, co pło­szy zwie­rzę, które szybko ucieka.

A więc to ten drań zżera wszystko, co udaje jej się wy­ho­do­wać. Wy­ko­pał ce­bulki kwia­tów, które wio­sną miały wpro­wa­dzić do ogrodu ko­lory. Alex po­wi­nien się tym za­jąć.

My­śli o mężu psują jej hu­mor. Chce wie­dzieć, ile pie­nię­dzy leży w ga­rażu, nie wie­rzy Alek­sowi, że nie wie, ile upchał na pod­da­szu.

Jes­sica idzie do ga­rażu, nie od­wra­ca­jąc wzroku od krza­ków. Do bor­su­ków od­nosi się pewna za­sada, którą prze­ka­zał jej dzia­dek: je­śli wi­dzisz jed­nego, trzy­maj się z dala, je­śli wi­dzisz kilka, ucie­kaj. A może cho­dziło o dziki? Nie pa­mięta już do­kład­nie. Bra­kuje jej dziadka. Za­wsze mo­gła na niego li­czyć. Był jej opoką i ni­gdy nie miał ta­jem­nic.

Wcho­dzi do ja­skini Aleksa i za­pala świa­tło. Na jed­nej ze ścian wi­szą łuki, a na bla­cie stoi mo­del sa­mo­lotu obok mo­delu ło­dzi pod­wod­nej, przy któ­rej dłu­bie jej mąż. Przy­cho­dzi tu za­wsze, kiedy ma ja­kiś pro­blem. Jes­sica za­uważa pod sto­łem trzy stare pu­dełka po lo­dach, które pró­bo­wał ukryć za pusz­kami farb.

Co za idiota! A po­tem na­rzeka, że przy­było mu parę kilo i nie ma po­ję­cia dla­czego.

Jes­sica wy­ciąga dra­binę i roz­sta­wia ją pod klapą wio­dącą na pod­da­sze. Oce­nia, że Alex ma tam co naj­mniej sto ty­sięcy. Ja­kiś czas temu zna­la­zła pod ro­bo­czym sto­łem ścinki pa­pieru, które oka­zały się ka­wał­kami pięć­set­ko­ro­no­wych bank­no­tów. Od tego wspo­mnie­nia czuje nie­smak w ustach.

Alex coś w ga­rażu ukrywa. Jes­sica to czuje. A jest tu tylko jedno miej­sce, gdzie można co­kol­wiek scho­wać.

Pró­buje pod­nieść klapę, ale jest ciężka. Wcho­dzi sto­pień wy­żej, na­ci­ska moc­niej i przez szcze­linę prze­do­staje się słabe czer­wone świa­tło.

- Co, do ch...

Gdy tylko uchy­liła nieco klapę, tuż przed jej oczami przez szcze­linę prze­ci­ska się pie­przony wąż! W ży­ciu nie wi­działa więk­szego.

Lą­duje na pod­ło­dze i od razu za­czyna się wić. Jest ja­sno­brą­zowy z czar­nym wzor­kiem. Kiedy pod­nosi głowę w stronę pierw­szego szcze­bla dra­biny i na nią pa­trzy, Jes­sica za­czyna gło­śno krzy­czeć i tu­pać no­gami. Serce pró­buje wy­sko­czyć jej z piersi, ale bez­sku­tecz­nie. Trudno jej od­dy­chać. Pa­jąki to jedno, ale cho­lerne węże to coś znacz­nie gor­szego.

Znów wrzesz­czy, a kiedy gad zbliża się do dru­giego stop­nia, Jes­sica pró­buje go kop­nąć.

- Spie­przaj stąd!

Tra­fia zwie­rzę w głowę i czuje obrzy­dze­nie. Ga­dzina wy­suwa ję­zyk i na nią sy­czy.

- Alex! Chodź tu, do cho­lery!

Otwie­rają się drzwi i do środka wpada jej mąż ra­zem z Sus­sie.

- Co się dzieje? - pyta.

- Za­bie­raj to by­dlę!

Alex pod­cho­dzi do węża, po­chyla się i go pod­nosi.

- Wy­lu­zuj, to tylko Oleg.

Wąż owija się wo­kół ra­mie­nia jej męża i wspina mu się na barki. Wciąż wpa­tru­jąc się w Jes­sicę.

- Oleg? Cał­kiem ci od­biło? Wy­rzuć go!

- No nie, nie mogę.

Alex ochrzcił węża po gang­ste­rze Olegu, który cią­gle psuł mu szyki. Jego zda­niem przy­po­mi­nał z wy­glądu gada.

- A wła­śnie że mo­żesz! - Jes­sica mocno trzyma się dra­biny, wcho­dzi jesz­cze wy­żej i musi się schy­lić, żeby nie ude­rzyć głową w dach.

- Boże, jaki śliczny - mówi Sus­sie i bie­rze węża od Aleksa. - Za­wsze ma­rzy­łam o boa. Chodź do ma­musi.

Sus­sie ca­łuje go w pysk, a Jes­sica czuje, jak ciarki z pręd­ko­ścią wy­ści­gówki bie­gną jej po ple­cach. W górę i w dół. Tam i z po­wro­tem.

- Chodź, ko­cha­nie. - Alex wy­ciąga rękę, ale ona po­trząsa głową i ją od­py­cha.

- Mało nie umar­łam. Po jaką cho­lerę trzy­masz węża na pod­da­szu? Zwa­rio­wa­łeś?

Czuje, jak wali jej serce.

- Ła­pie szczury i my­szy. Pil­nuje pie­nię­dzy.

- Ja­kich pie­nię­dzy? - pyta Sus­sie, a Alex wy­gląda, jakby ża­ło­wał, że nie ugryzł się w ję­zyk.

- Mo­ich oszczęd­no­ści.

Alex pa­trzy na Jes­sicę sze­roko otwar­tymi oczami, tak jakby to była jej wina, że Sus­sie do­wie­działa się o skrytce.

- Pie­przyć to - de­ner­wuje się Jes­sica, wciąż wpa­tru­jąc się w męża. - Mia­łeś tu węża i nic mi nie po­wie­dzia­łeś.

- Za­po­mnia­łem...

- Za­po­mnia­łeś? - Jes­sica pró­buje kop­nąć męża, ale o mało nie pusz­cza dra­biny.

- Za­po­mniał - mówi Sus­sie, wzno­sząc oczy do nieba.

- Tak, za­po­mnia­łem. Czy tu jest ja­kieś echo? - Alex ciężko wzdy­cha.

- Wiesz co, na twoim miej­scu bym tak nie py­sko­wała. Mo­głam umrzeć, do cho­lery!

- A wie­cie, że uro­dzi­łam się w znaku węża? - pyta Sus­sie. - Sym­bo­li­zuje siłę ży­ciową i zdro­wie­nie, poza tym za­po­wiada zmiany w ży­ciu czy coś ta­kiego. Jes­sica, przej­dziesz prze­mianę.

- Boże je­dyny, Sus­sie. Wiesz, że cię ko­cham, ale mo­gła­byś się za­mknąć.

- Zga­dzam się - mówi Alex i kiedy tylko za­uważa spoj­rze­nie Jes­siki, na­tych­miast tego ża­łuje. Ona nic nie mówi, ale ostrzega go unie­sio­nym pal­cem.

- Chodź, przy­stoj­niaku, pój­dziemy do domku i po­pie­ścimy się tro­szeczkę - mówi Sus­sie.

- Za­po­mnij, w ży­ciu nie wej­dzie do mo­jego domu. A kto zaj­muje się tro­jacz­kami? - pyta Jes­sica, pa­trząc wy­zy­wa­jąco na Aleksa i Sus­sie.

- Ja - od­po­wiada przy­ja­ciółka. - Ale śpią, więc wy­czi­luj, ma­leńka.

Kiwa głową na boki i pró­buje uda­wać upartą na­sto­latkę.

- You had one job - na­rzeka Jes­sica. - Po­waż­nie, Sus­sie, nie mo­żesz ich tak po pro­stu zo­sta­wiać, na­wet je­śli śpią.

- Co prawda, to prawda. Prze­pra­szam, już lecę - mówi, ale nie ru­sza się z miej­sca. Alex od­biera od niej węża, a Jes­sica wtyka głowę na pod­da­sze. Mija kilka se­kund, za­nim jej oczy przy­zwy­czają się do czer­wo­nego świa­tła do­cho­dzą­cego z pro­mien­nika. Po­tem za­uważa mnó­stwo pie­nię­dzy le­żą­cych w ści­śnię­tych gum­kami pli­kach. Jesz­cze ni­gdy nie wi­działa tyle go­tówki. Musi tam być co naj­mniej mi­lion. Skąd, do cho­lery, jej mąż zdo­był taką kasę? Ra­czej nie dzięki sta­no­wi­sku kie­row­nika zmiany. Chyba że kroi firmę, w któ­rej pra­cuje.

Pa­trzy na Aleksa, który od­ga­duje jej my­śli.

- Sorka... - mówi jak pię­cio­la­tek. Jes­sica ma ochotę kop­nąć go w twarz, ale od­pusz­cza, przy­naj­mniej na ra­zie. Tak strasz­nie ją za­wiódł. Cały czas kła­mał.

- Sus­sie, le­piej już idź.

- Mogę za­brać ze sobą węża.

Sus­sie wy­ciąga ręce w stronę Aleksa, który od­wraca się do niej bo­kiem.

- Nic z tego.

Męż­czy­zna wkłada gada do le­żą­cego przy stole wiel­kiego kar­tonu.

Jes­sica staje po dru­giej stro­nie stołu.

- Alex, mu­simy po­roz­ma­wiać. W tej chwili!

Roz­dział 3

Ma­tilda In­ter­na­tio­nal Ho­spi­tal, Hong­kong

Pe­ter sie­dzi przy umie­ra­ją­cej sta­rej ko­bie­cie oto­czo­nej per­so­ne­lem me­dycz­nym w naj­lep­szym szpi­talu w Hong­kongu. Nie­na­wi­dzi szpi­tali. Je­śli ktoś tam lą­duje, to wia­domo, że coś jest nie tak i można nie wyjść stam­tąd ży­wym. Nikt nie chce się tam zna­leźć, a cho­ciaż stara ko­bieta ma zdję­cie ojca Pe­tera, po­kój jest tak bez­oso­bowy, jak tylko się da. Ściany są nie­mal nie­zau­wa­żal­nie zie­lon­kawe, pod­łoga z li­no­leum bije na­to­miast po oczach zie­le­nią przy­po­mi­na­jącą skórkę awo­kado. Na­wet za­pach - choć nie­mal nie­wy­czu­walny, to jed­nak obecny - mówi o tym, jak ła­two zmyć cho­robę oraz śmierć i wto­czyć do środka ko­lej­nego pa­cjenta.

Jego azja­tycka część czuje sza­cu­nek i cześć dla star­szych, zwłasz­cza je­śli mowa o krew­nych. Ta za­chod­nia część my­śli bar­dziej trzeźwo. Bab­cia od strony ojca od­gry­wała w jego ży­ciu bar­dzo nie­wielką rolę i w su­mie Pe­ter nie wie, czy po­wi­nien czuć smu­tek albo tę­sk­notę.

Zdaje so­bie sprawę, że ta stara ko­bieta, która nie­dawno skoń­czyła dzie­więć­dzie­siąt sie­dem lat, po­cho­dzi cał­kiem do­słow­nie z in­nej rze­czy­wi­sto­ści. Uro­dziła się, za­nim świat za­pło­nął, za­nim sza­lo­nemu Mao udało się znisz­czyć dumne Chiny i za­mie­nić je w per­wer­syjną mie­szankę po­dejrz­li­wo­ści, głodu i śmierci. Tak na­prawdę babka była po­dróż­niczką w cza­sie, a ostatni przy­sta­nek tej po­dróży zbli­żał się bar­dzo szybko.

Ani ona, ani jego matka nie zaj­mo­wały w ży­ciu Pe­tera ja­kie­goś istot­nego miej­sca, za wszyst­kich de­cy­do­wali za­wsze dzia­dek i oj­ciec. Tak jakby męż­czyźni ży­jący przed nim uwa­żali prze­moc nie tylko za zło ko­nie­czne w nie­go­ścin­nym świe­cie, w któ­rym trzeba było wal­czyć o prze­trwa­nie, ale rów­nież za nie­złe roz­wią­za­nie wielu róż­nych pro­ble­mów.

Pe­tera za­częła zże­rać cie­ka­wość, kiedy obej­rzał do­ku­ment, w któ­rym ktoś twier­dził, że dzie­sięć pro­cent wszyst­kich męż­czyzn ma uszko­dze­nie mó­zgu po­wo­du­jące brak em­pa­tii. O ile do­brze pa­mięta, cho­dziło o płat przed­czo­łowy.

Czy­tał o tym tro­chę, a przy ja­kiejś wi­zy­cie u le­ka­rza za­py­tał, ja­kie ba­da­nie może stwier­dzić taki de­fekt. Prze­ra­żała go myśl, że kie­ruje nim coś in­nego niż ra­cjo­na­lne kal­ku­la­cje. Skan, któ­remu się pod­dał, nie wy­ka­zał żad­nych ano­ma­lii, ale po­nie­waż nie ma pew­no­ści, czy ta­kie rze­czy nie są dzie­dziczne, Pe­ter nie mógł z pew­no­ścią stwier­dzić, jak to było z jego przod­kami.

Wie­kowa ko­bieta się bu­dzi, a kiedy pie­lę­gniarki koń­czą swoją ro­botę i zo­sta­wiają ich sa­mych w po­koju, jakby tro­chę się oży­wia.

- Pró­bo­wa­łam ostrzec two­jego ojca, że je­śli ożeni się z gui-zi­liu, skoń­czy się to nie­szczę­ściem, ale to nic nie dało. Gdy­bym była prze­sądna, mo­gła­bym przy­siąc, że go za­cza­ro­wała. Twój oj­ciec był dum­nym czło­wie­kiem, ale bra­ko­wało mu two­jego chłodu. Zbyt czę­sto roz­wią­zy­wał pro­blemy, po­słu­gu­jąc się prze­mocą. Osła­bi­li­śmy się wo­bec in­nych or­ga­ni­za­cji. Ale ty je­steś mą­drzej­szy, bę­dziesz w sta­nie ode­brać to, co utra­cił twój oj­ciec.

Wy­si­łek wy­raź­nie po­zba­wił ją sił, znów za­pa­dła się w białe po­duszki.

To zu­peł­nie zwy­czajne szpi­talne łóżko, ale ko­bieta w ca­łej tej bieli przy­po­mina pi­sklę. Pe­ter nie ma nic do po­wie­dze­nia. Może po­wi­nien się wy­si­lić, by ją przy­tu­lić albo wy­du­sić z sie­bie kilka słów po­cie­sze­nia, ale po co - bab­cia i tak wkrótce odej­dzie. Wie, że ta ko­bieta nie­na­wi­dzi matki Aleksa bar­dziej niż ko­go­kol­wiek in­nego i bę­dzie tak też w go­dzi­nie jej śmierci.

Jego babka znów otwiera oczy, w spoj­rze­niu ma te­raz żar. Pod­nosi się po­woli i wska­zuje, żeby pod­szedł bli­żej, cho­ciaż są w po­koju sami. Pe­ter po­słusz­nie się nad nią po­chyla, a ona chwyta go za klapę ma­ry­narki.

- Pew­nie wiesz, że ta wredna kurwa znik­nęła nie tylko z moim wnu­kiem?

Mówi da­lej do­piero, kiedy Pe­ter kiwa głową.

- Nie wiem do­kład­nie, o co cho­dzi, ale ukra­dła pe­wien do­wód zwią­zany z ta­jem­nicą, która we­dług two­jego dziadka miała nas wszyst­kich chro­nić. W nie­wła­ści­wych rę­kach może gro­zić ca­łej ro­dzi­nie śmier­cią.

Roz­gląda się wo­kół, po czym jesz­cze bar­dziej ści­sza głos i mówi:

- Ani ty, ani twoje przy­szłe dzieci, ani cała or­ga­ni­za­cja nie bę­dzie­cie bez­pieczni, do­póki nie od­zy­skasz tego do­ku­mentu. Obie­caj mi, że znaj­dziesz tę prze­klętą ko­bietę i od­bie­rzesz to, co na­sze.

Od­dy­cha z wiel­kim wy­sił­kiem i kaszle, za­sła­nia­jąc usta grzbie­tem dłoni, ale wciąż wpa­truje się w Pe­tera.

Ten za­sta­na­wia się, co to za ta­jem­nica i jak po tych wszyst­kich la­tach mo­głaby na­dal go chro­nić albo mu za­gra­żać. A po­nie­waż rze­czy­wi­ście ma za­miar zro­bić to, o co prosi go ko­bieta, zmu­sza się do po­wie­dze­nia:

- Tak, bab­ciu, obie­cuję.

Sta­ruszka znów za­pada się mię­dzy po­duszki i wy­daje się nie­mal kur­czyć na oczach wnuka. Przez kilka mi­nut ciężko ła­pie po­wie­trze, a po­tem chyba za­sy­pia, bo jej od­dech staje się spo­koj­niej­szy. Na jej po­bruż­dżo­nej twa­rzy po­ja­wia się coś przy­po­mi­na­ją­cego de­li­katny uśmiech.

Pe­ter wciąż sie­dzi obok niej. Po mniej wię­cej dzie­się­ciu mi­nu­tach stara ko­bieta prze­staje od­dy­chać.

Trudno mu na­zwać wła­sne uczu­cia. Nie­wielu lu­dzi wie, kim jest, a te­raz, kiedy ona nie żyje, jest ich jesz­cze mniej.

Nie ma pew­no­ści, czy to do­brze, czy źle.

Roz­dział 4

F?r­dala, Ty­resö

Alex i Jes­sica leżą ci­cho w łóżku. Od­wró­cili się do sie­bie ple­cami, ale rów­nie do­brze mo­gliby być w od­dziel­nych po­ko­jach. On sły­szy, jak jej pierś unosi się i opada. Od­dech ko­biety, pach­nący wi­nem i czosn­kiem, za­lega mię­dzy nimi jak chmura.

Wła­śnie jej o wszyst­kim po­wie­dział: o Es­toń­czy­kach, o Olegu, z któ­rym wy­grał w karty i który po­tem oszu­kał go na dro­gim sa­mo­cho­dzie, a także o Ja­nu­sie, który mu gro­ził i na­wet pró­bo­wał go za­mor­do­wać, za­nim zo­stał za­strze­lony przez po­li­cję.

Alex obie­cał też, że z tym wszyst­kim już ko­niec, choć sam w to nie wie­rzył. Po­li­cja ni­gdy prze­cież nie zła­pała Olega, który był sze­fem es­toń­skiej or­ga­ni­za­cji. Nie wspo­mniał rów­nież o swoim bra­cie Pe­te­rze, który wcią­gnął go do triady. I o tym, że po­mógł za­ko­pać ciała, przez co stał się prze­stępcą pełną gębą. Jes­sica nie by­łaby w sta­nie tego wszyst­kiego wy­słu­chać, a co gor­sza - wy­rzu­ci­łaby go z domu. Zwłasz­cza gdyby po­wie­dział, skąd ma pie­nią­dze i że pro­wa­dzi w Älvsjö nie­le­galne ka­syno.

- Jes­sica?

Żona ma za­mknięte oczy i nie od­po­wiada, ale on wie, że ona nie śpi. Tak jakby już dała so­bie z nim spo­kój. Rów­nie do­brze mógłby mó­wić o no­wym mo­delu sa­mo­lotu, który ma zbu­do­wać. Spra­wia wra­że­nie, jakby na ni­czym jej nie za­le­żało, co jest jed­no­cze­śnie do­bre i nie­po­ko­jące.

Zo­stawi mnie...?

Alex skręca się w du­chu ze wstydu i od­dy­cha płytko. Gdyby wziął głę­boki od­dech, cały świat by się roz­padł - o ile jesz­cze do tego nie do­szło.

My­śli o swo­jej sio­strze Sa­rze, która za­szła w ciążę po gwał­cie. Ja­kim trzeba być po­pa­prań­cem, żeby zgwał­cić ko­bietę w śpiączce? Alex chciał się ze­mścić na tym zwy­rod­nialcu, ale nie miał czasu się tym za­jąć. Tak jakby nie­ustan­nie mu­siał roz­wią­zy­wać pro­blemy ge­ne­ro­wane przez in­nych.

Sara na szczę­ście nie wie, co się dzieje w świe­cie poza jej śpiącz­kową bańką. Alex uważa, że musi się tym za­jąć po­li­cja, ale ma też wra­że­nie, że po­wi­nien był chro­nić sio­strę. Wszy­scy wo­kół niego cier­pią, a on otula się po­czu­ciem winy jak płasz­czem.

Je­stem pie­przo­nym wi­ru­sem...

De­cy­zje, które po­dej­muje, koń­czą się ka­ta­stro­fal­nie dla wszyst­kich, któ­rzy mają tego pe­cha, że go ko­chają. Trzeba wresz­cie z tym skoń­czyć. Pra­gnie zo­stać ta­kim czło­wie­kiem, ja­kiego wszy­scy chcą w nim wi­dzieć. I tak bę­dzie. Taki wła­śnie się sta­nie.

- Ko­cham cię - szep­cze, od­wra­ca­jąc się. Leży bli­sko jej karku, kła­dzie dłoń na jej ra­mie­niu.

- Sły­szysz, ko­cham cię bar­dziej niż ko­go­kol­wiek in­nego na świe­cie. Jes­sica?

Po­trząsa jej ra­mie­niem. Chce wie­dzieć, co my­śli jego żona, zwa­riuje, je­śli ona nic nie po­wie.

- Mimo że śmier­dzisz czosn­kiem.

- Daj spo­kój. Nie mo­żesz się te­raz cho­wać za żar­ci­kami i mi­ło­ścią. Ja też cię ko­cham, Alex, ale to wszystko... Sama już nie wiem. Nie poj­muję, co ty w ogóle so­bie my­ślisz. Masz mnie, a ra­zem mamy tro­jaczki. Spro­wa­dzi­łeś gówno do na­szego domu!

Alex mówi ci­cho, żeby nie obu­dzić dzieci:

- Wiem, ko­cha­nie, ale to wszystko zmie­nię. Odejdę z pracy. Nie mam już na to siły. Odło­ży­łem tro­chę pie­nię­dzy i zro­bię so­bie wolne. Żeby być wię­cej z tobą i z dziew­czyn­kami.

Wsłu­chuje się w ci­szę. Sły­szy jej ury­wany od­dech i ci­che szlo­cha­nie. Coś pali go w piersi. Kła­dzie się na wznak, ale wciąż trzyma rękę na jej ra­mie­niu. Boi się, że Jes­sica za­żąda roz­wodu.

Ona od­wraca się do niego. Jej twarz jest mo­kra od łez. Mocno go przy­tula i pła­cze w jego szyję. Alex nie wy­trzy­muje, nie może za­ta­mo­wać łez i pła­cze ra­zem z nią - nad nią i nad sobą sa­mym. Obej­mują się mocno, aż Jes­sica za­sy­pia. A przy­naj­mniej tak mu się wy­daje.

Alex wstaje, za­kłada szla­frok, bie­rze ko­mórkę i wy­cho­dzi na we­randę. Na ja­kiś czas zbłą­dził, ale te­raz od­na­lazł dom. Ro­dzina przede wszyst­kim.

Cięż­kie chmury szybko prze­su­wają się po nie­bie, a bu­rza na ra­zie się pod­dała. Nie­na­wi­dzi pio­ru­nów i gdy je wi­dzi, za każ­dym ra­zem jest pewny, że umrze. Cza­sem śni, że umiera w cza­sie bu­rzy. Za każ­dym ra­zem to ten sam sen.

Siada na we­ran­dzie, opie­ra­jąc się o ścianę domu. Pa­trzy na nie­po­ma­lo­wany ga­raż. Nie ma siły się tym te­raz za­jąć. Do­okoła jest za dużo spraw do za­ła­twie­nia. Czuje się pu­sty w środku. Jest tylko wy­dmuszką i musi wy­peł­nić czymś tę pustkę. Pa­trzy na te­le­fon, jakby ten miał od­mie­nić jego ży­cie. W pew­nym sen­sie tak wła­śnie jest - jedna roz­mowa może spra­wić, że wszyst­kie ko­rze­nie zo­staną wy­rwane, a on znów sta­nie się po­łówką. Ale co in­nego może zro­bić? Je­śli opu­ści Jes­sicę, sta­nie się ni­kim i rów­nie do­brze mógłby umrzeć.

Dość tego. Wię­cej już nie zniosę.

Wy­stu­kuje nu­mer i bie­rze głę­boki od­dech. Pe­ter od razu od­biera.

- Mój ulu­biony bra­ci­szek - mówi, cho­ciaż nie ma in­nego ro­dzeń­stwa. - Jak się mie­wasz?

Wy­daje się iry­tu­jąco za­do­wo­lony.

- Chyba tak, jak na to za­słu­guję - mówi Alex smut­nym gło­sem.

- Sły­sza­łem o Es­toń­czy­kach. Chyba nie po­wie­dzia­łeś nic o nas?

Alex pod­nosi ka­myk, żeby rzu­cić nim w ga­raż, i pa­trzy na ob­rączkę na palcu. "Na do­bre i na złe". Zła­mał nie­jedną obiet­nicę z przy­sięgi mał­żeń­skiej.

- Nie, ani słowa. Słu­chaj...

- Świet­nie, świet­nie - prze­rywa mu Pe­ter. - Mamy wiel­kie plany. Przy­ślę ci asy­stentkę, wszystko ci opo­wie.

- Nie, Pe­ter, nie trzeba. Skoń­czy­łem z tym. Nie mogę już wię­cej okła­my­wać ro­dziny. Zro­bi­łem to, o co pro­si­łeś. Te­raz sprawy może prze­jąć Wong.

Pe­ter milk­nie, a dźwięki roz­brzmie­wa­jące w tle - szcze­gólna mie­szanka chiń­skiego, an­giel­skiego i ulicz­nego ru­chu - zdra­dzają, że jest na dwo­rze.

- Nie, bra­ciszku. Do­piero za­czy­namy. Ni­g­dzie się nie wy­bie­rasz. Sły­szysz?

- Sorry. Dla mnie to już ko­niec. Po­wie­dzia­łeś, że ma to po­trwać mie­siąc, a mi­nęło ich kilka. Mu­szę się sku­pić na ro­dzi­nie...

- Nic się nie koń­czy. Masz wo­bec mnie dług.

- Ju­tro od­dam ci pie­nią­dze. I od ju­tra je­stem już tylko twoim bra­tem.

Pe­ter śmieje się po dru­giej stro­nie li­nii, ale na­gle prze­staje, a jed­no­cze­śnie dźwięki w tle milkną. Mu­siał gdzieś wejść.

- W tym długu ni­gdy nie cho­dziło o pie­nią­dze, Alex. Chcia­łeś się spła­cić kasą, którą ode mnie do­sta­łeś? - Głos Pe­tera jest chłodny, cmoka z dez­apro­batą.

Alex jakby wi­dział go przed sobą. Jak sie­dzi z mi­nia­tu­rową fi­li­żanką her­baty w ka­wiarni w Hong­kongu, ubrany w gar­ni­tur, z ide­alną fry­zurą i z tymi swo­imi cho­ler­nymi okrą­głymi, ciem­nymi oku­la­rami. Oto­czony go­ry­lami i spoj­rze­niami prze­chod­niów.

- Nie mam żad­nych dłu­gów. Rze­czy, które zro­bi­łem, prze­śla­dują mnie w snach. To wszystko, o czym chciał­bym...

- Je­steś Bao i zo­sta­niesz Bao, a wtedy za­wsze ma się dług. Nie skoń­czysz, póki ży­jesz. Tak to działa. My­śla­łem, że ro­zu­miesz. Nie są­dzi­łem, że po­my­li­łem się co do cie­bie. Je­steś sła­be­uszem. Ale to mi­nie.

- Nie, Pe­ter, koń­czę z tym. Mu­sisz zna­leźć ko­goś in­nego.

Alex kła­dzie się na we­ran­dzie i wpa­truje się w czarne niebo. Ma wra­że­nie, że spada. Czy nie mo­głoby tu wy­lą­do­wać UFO i go po­rwać? By­łoby faj­nie.

Pe­ter par­ska.

- Mam film - mówi, a jed­no­cze­śnie ktoś obok niego coś woła.

- Jaki film? - Alex siada.

Ton głosu Pe­tera się zmie­nia. Jest tward­szy i jesz­cze chłod­niej­szy.

- Ten, na któ­rym je­steś ty i Marty. Nie chcę mó­wić o tym przez te­le­fon, ale wiesz, co mam na my­śli.

Z Aleksa wy­pływa du­sza, a po­tem od­la­tuje gdzieś w lep­sze miej­sce, pew­nie do ja­kie­goś bun­kra. Przy­myka oczy i przy­po­mina so­bie o tym, co wbija pa­zury w jego su­mie­nie. Pe­ter ma film, na któ­rym Storm za­bija Marty'ego, czło­wieka, który wcze­śniej przez pe­wien czas pro­wa­dził klub, za­nim Alex prze­jął to za­da­nie. To był wy­pa­dek. Kiedy oskar­żył Marty'ego o kra­dzież pie­nię­dzy, ten się na niego rzu­cił - bili się i jego prze­ciw­nik przy­pad­kiem skrę­cił kark.

Oczy­wi­ście, że Pe­ter ma to na­gra­nie i nie za­waha się go użyć, je­śli brat nie bę­dzie po­słuszny. Alex o tym wie i traci wszelką na­dzieję. Zo­stał uwię­ziony w tria­dzie na wieki. Al­ter­na­tywą jest wię­zie­nie, może tylko na dwa lata, je­śli uda mu się udo­wod­nić, że się bro­nił. Na­ra­sta w nim nie­na­wiść.

I tak kształ­tuje się plan. Dłu­go­ter­mi­nowy...

Ma tylko dwie moż­li­wo­ści: albo da­lej pra­co­wać dla triady, aż uda mu się z niej na do­bre wy­rwać, albo wy­lą­do­wać w wię­zie­niu. Wtedy zo­stawi Jes­sicę i dziew­czynki same. Jest jesz­cze trze­cie wyj­ście, być może naj­lep­sze. Umrzeć. Lufa pi­sto­letu w usta i bum! - nie ma go. Tylko że wtedy Jes­sica nie do­sta­nie ubez­pie­cze­nia na ży­cie. Alex za­wsze może jed­nak wje­chać w skalną ścianę bez pasa bez­pie­czeń­stwa.

- Alex, je­steś tam jesz­cze? Asy­stentka przy­je­dzie za dwa dni. Mo­żesz ją ode­brać z lot­ni­ska, prawda? Wszystko bę­dzie do­brze, bra­ciszku. Zro­bię z cie­bie króla. Twoja ro­dzina bę­dzie żyć w do­statku. Idźmy do przodu i za­po­mnijmy o wszyst­kich nie­przy­jem­no­ściach, o któ­rych mó­wi­li­śmy. Dziś jest nowy dzień. Do usły­sze­nia wkrótce.

Pe­ter się roz­łą­czył, za­nim Storm zdą­żył od­po­wie­dzieć. Wie, że musi do­ko­nać naj­gor­szego wy­boru w ży­ciu. Jes­sica siada obok niego, a on się za­sta­na­wia, ile udało jej się usły­szeć. Nie wy­gląda na za­gnie­waną, więc pew­nie nic.

- Z kim roz­ma­wia­łeś?

- Z bra­tem. Po­zdra­wia cię.

- Mhm, po­zdrów go ode mnie.

Sie­dzą, obej­mu­jąc się, jakby nic się nie stało - to chyba naj­pięk­niej­sza chwila od mie­sięcy.

- Skąd masz pie­nią­dze? - pyta Jes­sica, psu­jąc wszystko.

Alex wzdy­cha.

- Z ka­syna.

- Ile tego jest?

- W su­mie nie wiem, ale sporo.

Wy­daje się, że Jes­sice taka od­po­wiedź wy­star­cza. Kła­dzie głowę na jego ko­la­nie.

- Mu­simy po­roz­ma­wiać, i to po­waż­nie.

- Wiem. Wszystko na­pra­wię.

- Nie o to mi cho­dzi. Chcę, że­by­śmy usie­dli i po­roz­ma­wiali na­prawdę o wszyst­kim. Dość mam już ta­jem­nic - mówi, a jej ręce drżą.

- Ja też mam ich dość - kła­mie Alex.

Za­ła­twi sprawę z Pe­te­rem, a po­tem wszystko bę­dzie tak, jakby nic się nie wy­da­rzyło. A jak nie, to za­wsze znaj­dzie ja­kąś skalną ścianę. Ale to za­ła­twi - w ten czy inny spo­sób.

Roz­dział 5

Söder­malm, Sztok­holm

Nina Trygg jest w miesz­ka­niu Johna, a czte­rech tech­ni­ków kry­mi­na­li­styki prze­szu­kuje to miej­sce mi­li­metr po mi­li­me­trze. Jak do­tąd jed­nak nie zna­leźli tego, czego Nina szuka. W ca­łym domu nie ma na­wet jed­nego od­ci­sku palca, co ozna­cza, że John albo wy­jąt­kowo sta­ran­nie po­sprzą­tał, albo ni­kogo in­nego tu nie było. Goła ża­rówka na su­fi­cie. Na ko­mo­dzie kon­sola PS4 i ol­brzymi pła­ski te­le­wi­zor. Na stole w sa­lo­nie, obok w po­ło­wie opróż­nio­nej puszki z pi­wem, leży nie­umyty ta­lerz z po­je­dyn­czymi nit­kami ma­ka­ronu i reszt­kami ke­czupu. Miesz­ka­nie w Söder­malm jest ume­blo­wane po spar­tań­sku, tak jak to czę­sto bywa w przy­padku sa­mot­nych męż­czyzn po­ślu­bio­nych pracy. Pach­nie środ­kami czy­sto­ści. Te­raz, kiedy wła­ści­ciela już nie ma, miej­sce to spra­wia przy­gnę­bia­jące wra­że­nie. Nina pod­nosi opra­wioną w ramkę fo­to­gra­fię. Jest na niej ona sama. Uśmie­cha się, jakby nie wie­działa, że on robi jej zdję­cie. Nina wzdy­cha i od­sta­wia ramkę.

Nie może po­jąć, że John nie żyje. Roz­ma­wiała z nim za­le­d­wie dwa dni wcze­śniej. Na­wet się po­ca­ło­wali. Prze­ciąga ję­zy­kiem po gór­nej war­dze. Ktoś z jego ro­dziny pew­nie zaj­mie się prak­tycz­nymi spra­wami. Nie po­znała jesz­cze ni­kogo z nich, ale mimo to nosi w brzu­chu ich krew­niaka.

Nie chce jej się wie­rzyć, że John ode­brał so­bie ży­cie. To się po pro­stu nie trzyma kupy.

Nina za­dbała o to, by przy­dzie­lono jej to do­cho­dze­nie, mimo że jej szef był temu zde­cy­do­wa­nie prze­ciwny. Zmiękł, kiedy mu po­wie­działa, o czym mó­wił John - był pe­wien, że chiń­skie triady przy­były do Szwe­cji i za­ra­biają ogromne pie­nią­dze na dzia­łal­no­ści prze­stęp­czej. Uwa­żał też, że zna­lazł coś, co mo­gło po­grą­żyć cały ten pół­świa­tek. Nina po­wie­działa, że może wła­śnie dla­tego zo­stał za­mor­do­wany.

John miał do­wody na coś du­żego, a ona o tym wie­działa. Py­ta­nie tylko, gdzie je ukrył. Naj­pierw spraw­dzą miesz­ka­nie, a po­tem biuro. Prę­dzej czy póź­niej to znajdą.

Jest tu tro­chę wi­zy­tó­wek z jego na­zwi­skiem i ty­tu­łem kon­sul­tanta do spraw bez­pie­czeń­stwa, co jest tylko ele­gant­szym okre­śle­niem na pry­wat­nego de­tek­tywa. Wcze­śniej był woj­sko­wym i żoł­nie­rzem SOG, Spe­cjal­nej Grupy Ope­ra­cyj­nej, a więc nie na­le­żał do fa­ce­tów, któ­rych ła­two za­bić.

Za­żą­dała bil­lin­gów z jego te­le­fonu i ko­re­spon­den­cji ma­ilo­wej, ale John wie­dział, jak się chro­nić i fakt, że Nina pra­cuje dla Säpo, nie ma tu żad­nego zna­cze­nia. John dbał o klien­tów i pil­no­wał, żeby nikt nie mógł śle­dzić jego roz­mów i wia­do­mo­ści. Ale ona znaj­dzie to, czego szuka.

Te­le­fon to jedna sprawa. Może uzy­skać do­stęp do wy­kazu po­łą­czeń od szwedz­kiego ope­ra­tora, ale nie ma pew­no­ści co do ma­ili, które praw­do­po­dob­nie są za­szy­fro­wane. Po­li­cja bez­pie­czeń­stwa Säpo ma wię­cej wła­dzy od zwy­kłej po­li­cji, a ona za­mie­rza prze­su­nąć każdą gra­nicę, je­śli okaże się to po­trzebne.

Siada na jego nie­po­ście­lo­nym łóżku, które jak na jej gust jest za twarde. Na noc­nym sto­liku stoi pu­sta bu­telka po whi­sky. Prze­cież John nie pił... A może po tych wszyst­kich woj­nach miał ze­spół stresu po­ura­zo­wego i zu­peł­nie mu od­biło? Mało praw­do­po­do­bne, ale moż­liwe.

Je­śli rze­czy­wi­ście na­tknął się na do­wody, które mogą wy­wró­cić do góry no­gami cały prze­stęp­czy świa­tek, po­dej­rza­nych są ty­siące. Każdy kry­mi­na­li­sta o ni­skiej ran­dze za­mor­do­wałby Johna, nie wa­ha­jąc się na­wet przez se­kundę. Coś tu się jed­nak nie zga­dza. Krzy­czy o tym każda po­li­cyjna ko­mórka w jej ciele.

Obok bu­telki na noc­nym sto­liku leży książka o hi­sto­rii Chin, którą, są­dząc po za­kładce, John do­czy­tał tylko do po­łowy. Pod spodem jest inna książka, lek­kie czy­ta­dło. Nina za­czyna się za­sta­na­wiać, czy w ogóle go znała.

Wcho­dzi do ga­bi­netu Johna w są­sied­nim po­koju i czuje, że coś jej nie pa­suje. Przy­staje i przez chwilę się roz­gląda. Nie ma kom­pu­tera. Wi­dzi ka­ble, do któ­rych po­wi­nien być pod­łą­czony. Pa­trzy w górę w róg su­fitu. Za­uważa ka­merkę i śle­dzi wzro­kiem zni­ka­jący pod biur­kiem ka­bel. Jest po­łą­czony z ro­ute­rem pod sto­łem. Nina wzdy­cha. Miała na­dzieję na twardy dysk, ale dziś wszystko idzie prze­cież od razu na ja­kiś ser­wer, któ­rego umiej­sco­wie­nie znał tylko John.

Na stole wi­dzi kartkę z imio­nami i na­zwi­skami Jes­siki i Aleksa Stor­mów. Za na­zwi­skiem Aleksa znaj­duje się znak za­py­ta­nia.

Znowu Alex Storm...

Żół­to­dziób, który mało nie zro­bił pod sie­bie pod­czas prze­słu­cha­nia. Nina my­ślała, że John nie wie, co mówi, kiedy opo­wia­dał o tria­dach w Szwe­cji i o tym, że Alex jest w to za­mie­szany. Może to była tylko pa­ra­no­iczna myśl, która po­ja­wiła się w gło­wie Johna na sku­tek ze­społu stresu po­ura­zo­wego? Nie wia­domo - tak dużo się tu nie zga­dza...

Nina głasz­cze się po brzu­chu i my­śli o dziecku, które do­piero stało się ży­ciem. O tym, że John ni­gdy nie do­świad­czy ro­dzi­ciel­stwa i że dziecko ni­gdy nie po­zna ojca. Nie naj­lep­szy po­czą­tek ży­cia.

Nina za­mie­rza wy­wró­cić wszystko do góry no­gami, żeby się do­wie­dzieć, dla­czego John nie żyje.

Chce za­cząć od Jes­siki i Aleksa Stor­mów.

Roz­dział 6

Szpi­tal w Ka­ro­lin­ska, Solna

Sara nie­na­wi­dzi być w śpiączce. Ma ze­spół za­mknię­cia, ale o tym wie tylko ona sama. Jest przy­tomna, ale ciało rów­nie do­brze mo­głoby być mar­twe.

Rów­nie do­brze...

To cho­roba neu­ro­lo­giczna. Mózg działa, ale ciało jest jak spa­ra­li­żo­wane. Tro­chę tak, jakby była żyw­cem po­grze­bana. Nie ro­zu­mie, jak le­ka­rze z tego szpi­tala mo­gli tego nie za­uwa­żyć.

Leży na łóżku i ru­sza jed­nym pal­cem u stopy. Cza­sami jej się to udaje, ale oczy­wi­ście ni­gdy wtedy, gdy ktoś jest w po­koju. Tak jakby ciało z niej drwiło.

Prę­dzej czy póź­niej znów sta­nie się Sarą. Tą dziew­czyną ży­jącą na­prawdę, a nie nie­wi­do­czną i nie­ru­chomą pa­cjentką, którą jest dzi­siaj. Prę­dzej czy póź­niej ktoś za­uważy, że ona wciąż ist­nieje we­wnątrz tej po­włoki.

Coś ru­sza jej się w brzu­chu. To, co uzna­wała za od­ruch je­lit pro­te­stu­ją­cych prze­ciwko płyn­nemu od­ży­wia­niu, było pło­dem. Jako le­karka po­winna była to zro­zu­mieć. Ale to w su­mie bez zna­cze­nia.

Sara za­mie­rza wal­czyć, by wy­do­stać się z tej ja­skini, za­nim uro­dzi dziecko. Musi się nim za­jąć i po­wie­dzieć po­li­cji wszystko, co wie o Alek­sie: o tym, że za­bił czło­wieka i ukrył ciało, że han­dluje nar­ko­ty­kami, pro­wa­dzi ka­syno i bur­del, no i że jest głową smoka chiń­skiej triady w Szwe­cji, cho­ciaż sam le­dwo zdaje so­bie z tego sprawę. To dla niego je­dyny ra­tu­nek. Sara zna brata, wie, jaki jest. Alex nie skoń­czy z tym te­raz, skoro tak mocno się w to wplą­tał - to nie leży w jego na­tu­rze. Po­trze­buje naj­sil­niej­szego ciosu, jaki Sara może mu wy­mie­rzyć: dwóch lat w wię­zie­niu.

Chcia­łaby mieć we­hi­kuł czasu, cof­nąć się i do­pil­no­wać, żeby wy­lą­do­wał w pace już w mło­dym wieku. Wci­snąć przy­cisk "re­set". Po­wi­nien po­sie­dzieć w celi i na­prawdę za­sta­no­wić się nad swo­imi wy­bo­rami, do­świad­czyć efek­tów tego, co robi, żeby po­tem stać się osobą, którą po­wi­nien być. Czyli kimś, kto po­trafi po­dej­mo­wać wła­ściwe de­cy­zje i prze­wi­dy­wać kon­se­kwen­cje, za­nim staną się fak­tem.

Je­dyna droga to kara wię­zie­nia. Ina­czej Alex wy­ro­śnie na po­twora. Wi­działa to już wtedy, gdy miał kil­ka­na­ście lat, tak jakby w gwiaz­dach od za­wsze było za­pi­sane, że musi stać się kimś bar­dzo nie­bez­piecz­nym.

Nie­któ­rzy lu­dzie mają to bar­dzo głę­boko za­ko­rze­nione w so­bie, szcze­gól­nie Alex. De­mon, który w nim drze­mał, się zbu­dził. Sły­szała to w jego gło­sie za każ­dym ra­zem, kiedy do niej przy­cho­dził i spo­wia­dał się ze swo­ich grze­chów. Ob­rzu­cał ją wszyst­kimi swo­imi uczyn­kami i lę­kiem, jakby była cho­ler­nym czar­nym wor­kiem na śmieci.

Kiedy był młod­szy, czę­sto wda­wał się w bi­ja­tyki. Gdy się zaś bił, w tych sa­mych sko­śnych oczach, za które go wy­śmie­wano, wi­działa mrok. Ten mrok przej­mo­wał nad nim wła­dzę i spra­wiał, że Alex nie mógł prze­stać się bić, że był jak wy­głod­niały po­twór, który uwiel­bia prze­moc. Mimo że z cza­sem jej brat z tym skoń­czył, po­twór na­dal w nim miesz­kał. Drze­mał. Aż do te­raz.

Sara ko­cha Aleksa, na­wet bar­dziej niż samą sie­bie, i to wła­śnie dla­tego chce go wsa­dzić za kratki.

Dla jego wła­snego do­bra... dla do­bra dzieci...

Sara się kon­cen­truje. Nie ma wiele czasu. Każ­dego dnia Alex zbliża się do ka­ta­strofy. Jest ty­ka­jącą bombą i być może tylko ona może go za­trzy­mać. Za­nim bę­dzie za późno.

Sara oczysz­cza umysł ze wszyst­kich my­śli, kon­cen­truje się tylko na pal­cach u stóp. Długo leży i wy­ob­raża so­bie nerwy bie­gnące od mó­zgu aż do nóg. Daje z sie­bie wszystko i czuje się wy­koń­czona. Ale wy­si­łek się opłaca. Palce u obu stóp za­czy­nają się po­ru­szać.

Świę­tuje w du­chu, jakby Szwe­cja strze­liła gola na mun­dialu. Jest tak szczę­śliwa, że się roz­pra­sza, a wtedy palce znów za­mie­niają się w śnięte ryby.

Nie szko­dzi. Znów jej się uda, prę­dzej czy póź­niej.

Roz­dział 7

Hong­kong

Choć krótko ostrzy­żone, sie­dem­na­sto­let­nie bliź­niaczki są do­kład­nie ta­kie, jak chciał - śliczne, nie­winne i ubrane w szkolne mun­durki w czer­wono-zie­loną kratkę - i mimo szcze­rych wy­sił­ków ich ust Pe­ter Bao nie ma wy­try­sku. W zwy­kłej sy­tu­acji od razu by mu sta­nął, na­wet bez pi­gu­łek, ale dziś nie po­maga na­wet skry­wa­jący się w ich oczach lęk.

Kle­pie jedną z dziew­czyn po twa­rzy, wstaje z gi­gan­tycz­nej sofy, na któ­rej sie­dział od­chy­lony do tyłu, i je wy­rzuca.

- Zni­kaj­cie! Wra­cać do ro­boty.

Dziew­czyny szybko się wy­co­fują, od­wra­cają i spiesz­nie idą do drzwi wiel­kiego, luk­su­sowo wy­po­sa­żo­nego do­mo­wego ga­bi­netu. Gruba ja­sno­szara mata, która po­krywa całą po­wierzch­nię pod­łogi, tłumi dźwięki ich wy­so­kich ob­ca­sów.

Staje nagi przy ogrom­nym pa­no­ra­micz­nym oknie zaj­mu­ją­cym cały długi bok po­koju i przy­gląda się Hong­kon­gowi, który za­czyna bu­dzić się do ży­cia.

Wy­po­sa­że­nie jest w za­chod­nim stylu - wiel­kie biurko z chromu i szkła, ze­staw sof do nie­for­mal­nych roz­mów i stół kon­fe­ren­cyjny z ośmioma krze­słami.

Nie­mal nie­zau­wa­żal­nie po­ja­wia się stara go­spo­sia, która przy­go­to­wuje mu her­batę. W pierw­szym od­ru­chu chce się okryć szla­fro­kiem firmy De­rek Rose, po­sta­na­wia jed­nak da­lej stać przy oknie, aż ko­bieta wyj­dzie. Igno­ro­wa­nie sług to je­den ze spo­so­bów na po­ka­za­nie im, kto tu rzą­dzi. Z jego po­zy­cją nie może so­bie po­zwo­lić na oka­zy­wa­nie sła­bo­ści albo nie­zde­cy­do­wa­nia.

Lu­dzie za­wsze idą za sil­nym li­de­rem - albo wie­dzą, że on wie naj­le­piej, albo boją się kon­se­kwen­cji zwią­za­nych z nie­pod­da­niem się jego woli. Wszy­scy pra­cow­nicy Pe­tera za­wsze wie­dzą, czego chce i ocze­kuje, żeby nie mu­siał mar­no­wać czasu na try­wialne sprawy. Wie więc, że dziew­czyny już idą z po­wro­tem do stu­dia fil­mo­wego - por­nosy z bliź­niacz­kami są zbyt cenne, by tra­ciły czas w bur­delu.

Siada na obi­tym skórą biu­ro­wym fo­telu na kół­kach i składa głowę na wy­so­kim opar­ciu w ko­lo­rze czer­wo­nego wina. Nikt nie ro­zu­mie, jaki cię­żar nie­sie na swo­ich bar­kach, i nikt nie ma po­ję­cia, ja­kie sce­na­riu­sze musi ana­li­zo­wać, żeby prze­wi­dzieć ko­lejne po­su­nię­cia prze­ciw­ni­ków i im za­po­biec.

Triady kon­ku­rują o te same rynki, pró­bują uza­leż­nić od sie­bie osoby z kręgu wła­dzy i wal­czą o tych sa­mych klien­tów i te­ry­to­ria. Tylko silny daje radę ro­snąć, za­wsze kosz­tem ko­goś in­nego. Chwila nie­uwagi albo błąd może spro­wo­ko­wać na­paść. To jak pły­wa­nie w oce­anie, w któ­rym roi się od re­ki­nów. A re­kiny ni­gdy nie śpią.

Znów otwiera oczy, opiera się po­ku­sie wró­ce­nia do łóżka choćby na kwa­drans. Pięć go­dzin snu musi mu wy­star­czyć, jak zwy­kle.

Są­czy go­rącą her­batę z od­po­wied­nią ilo­ścią cu­kru, jest do­kład­nie taka, jaką lubi. Ekran na biurku po­ka­zuje, jak w ciągu nocy zmie­niły się rynki. Wie, że nie wy­da­rzyło się nic szcze­gól­nie dra­ma­tycz­nego, ma alarm, który go bu­dzi, je­śli w ja­kichś pa­ra­me­trach po­ja­wia się za duże od­chy­le­nie, trzeba jed­nak przyj­rzeć się wielu róż­nym zmien­nym. Jest cała masa in­nych kryp­to­wa­lut niż bit­coin, które trzeba śle­dzić, wszyst­kie jed­nak mają wielką wadę - są nie­prze­wi­dy­walne. Ale po­sia­da­nie du­żych ilo­ści tra­dy­cyj­nej wa­luty też wiąże się z nie­pew­no­ścią. Co­raz ostrzej­sze prawa fi­nan­sowe, ja­kie Stany Zjed­no­czone na­rzu­cają resz­cie świata, cały czas pod­no­szą ry­zyko. Pe­ter ma oczy­wi­ście mnó­stwo le­gal­nych firm o ol­brzy­mich za­so­bach, które może wy­ko­rzy­sty­wać do pra­nia po­zo­sta­łych do­cho­dów, ale na­wet one nie wy­star­czają, by ob­słu­żyć rzekę go­tówki w róż­nej wa­lu­cie spły­wa­ją­cej do niego przez całą dobę, każ­dego dnia.

Robi no­tatkę, żeby spraw­dzić, jak ra­dzi so­bie ze­spół pro­gra­mi­stów, który bu­duje jego wła­sną cy­frową wa­lutę.

Jak czę­sto w ostat­nich ty­go­dniach, za­uważa, że trudno mu się sku­pić na bar­dzo dłu­giej li­ście rze­czy do zro­bie­nia. Wzdy­cha, ob­raca krze­sło i sięga w stronę le­żą­cej na półce skrzynki, z któ­rej wy­ciąga paczkę pa­pie­ro­sów i za­pal­niczkę od Car­tiera w kształ­cie mi­nia­tu­ro­wego biurka. Za­pala pierw­szego tego dnia. Na­prawdę musi skoń­czyć z tym gów­nem, tak jak z kok­sem. Ale to musi jesz­cze po­cze­kać, aż w gło­wie prze­staną mu szu­mieć pro­blemy, które tylko on może roz­wią­zać.

Za­uważa, że gorzko się uśmie­cha, kiedy my­śli o ojcu i o tym, jak ten przy­go­to­wy­wał go do za­dań szefa jed­nej z naj­po­tęż­niej­szych triad w Hong­kongu. Pa­le­nie to za­le­d­wie je­den z wielu złych zwy­cza­jów, które odzie­dzi­czył.

Na szczę­ście nikt nie wi­dzi jego uśmie­chu - wła­śnie na ta­kie drobne oznaki sła­bo­ści nie może so­bie po­zwo­lić. Chyba czas zna­leźć ja­kie­goś za­stępcę, ko­goś, kto go od­ciąży. Pro­blem w tym, że za­wsze wiąże się to z ry­zy­kiem do­pusz­cze­nia ko­goś do ta­jem­nic, a ko­rzy­ści trzeba wy­wa­żyć z za­gro­że­niem, że czło­wiek stwo­rzy so­bie po­ten­cjal­nego wroga, i z ko­niecz­no­ścią wzmoc­nie­nia nad­zoru, gdyby przy­szło mu wpro­wa­dzić ta­kie roz­wią­za­nie. Na ra­zie naj­pro­ściej jest mu ota­czać się głu­pimi i nie­świa­do­mymi kar­kami, któ­rzy będą w sta­nie utrzy­mać go przy ży­ciu, kiedy bę­dzie zaj­mo­wał się my­śle­niem.

Gdy zo­stał zmu­szony do usu­nię­cia sta­rego z drogi, prze­jął or­ga­ni­za­cję znaj­du­jącą się praw­do­po­dob­nie na pią­tym lub szó­stym miej­scu w hie­rar­chii. Wcze­śniej była druga, ale oj­ciec za­nie­dbał dzia­łal­ność. Mimo że Pe­ter był zde­cy­do­wa­nie naj­młod­szym sze­fem w mie­ście, w któ­rym wciąż obo­wią­zy­wał sza­cu­nek dla wieku, udało mu się prze­su­nąć kilka szcze­bli w górę. Oczy­wi­ście przy tej oka­zji na­ro­bił so­bie wielu wro­gów, ale na to nic się nie da po­ra­dzić.

Oj­ciec miał ra­cję przy­naj­mniej w jed­nym: że świat na­leży do sil­nych. Je­śli czło­wiek nie de­cy­duje, to musi słu­chać. A on nie­na­wi­dzi słu­chać. Zwa­żyw­szy na to, co się dzieje na świe­cie, trzeba być w pierw­szym sze­regu po­stępu.

Chiny sta­rają się pod­po­rząd­ko­wać so­bie oto­cze­nie, a roz­wój tech­no­lo­giczny to woda na młyn re­żimu. Jak długo par­tia ko­mu­ni­styczna trzyma pań­stwo w że­la­znym uści­sku, Chiny do­brze so­bie ra­dzą, mimo że pro­blemy spo­łeczne cały czas na­ra­stają. Jed­no­cze­śnie le­niwa i nie­zdy­scy­pli­no­wana banda w Ame­ryce już te­raz, na­wet nie zda­jąc so­bie z tego sprawy, strze­liła so­bie w skroń. Iro­nia po­lega na tym, że lu­dzie ży­jący w za­chod­nim świe­cie są jak żywe trupy, ga­pią się na se­riale o zom­bie i ka­ta­stro­ficzne filmy, pod­czas gdy ich słabe de­mo­kra­cje chylą się ku nie­unik­nio­nemu upad­kowi. Pe­ter Bao znów się uśmie­cha. To, że lu­dzie Za­chodu, bar­dziej in­te­re­su­jący się za­ra­bia­niem co­raz więk­szych pie­nię­dzy niż są­sia­dami po dru­giej stro­nie ulicy, mają prawo de­cy­do­wać, który ło­buz bę­dzie rzą­dził ol­brzy­mim apa­ra­tem pań­stwo­wym, jest tak głu­pie, że aż trudno w to uwie­rzyć. Wy­star­czy po­pa­trzeć, jak silni po­li­tycy, tacy jak Er­do­?an w Tur­cji, ma­ni­pu­lują Eu­ropą, kie­ru­jąc stru­mie­nie uchodź­ców w stronę gra­nicy z Gre­cją i Buł­ga­rią. To­le­ran­cyjni głupcy w Eu­ro­pie, osła­bieni wła­snym do­bro­by­tem, nie wie­dzą już, czym jest nę­dza, i mimo wcze­śniej­szych kry­zy­sów wpusz­czają ko­lej­nych uchodź­ców w imię hu­ma­ni­zmu. Są jak owce, które same otwie­rają furtkę wil­kowi.

Ale z per­spek­tywy Pe­tera sy­tu­acja w Eu­ro­pie jest ko­rzystna. Otwarte gra­nice i lu­dzie, któ­rzy dzielą się na znu­dzo­nych i od­rzu­co­nych - wszystko to zwięk­szyło po­pyt na spe­cjalne usługi, które może za­ofe­ro­wać. A na do­da­tek jego przy­rodni brat świet­nie się spi­suje.

Alex oczy­wi­ście jesz­cze nie ro­zu­mie swo­jego wła­snego świata, wciąż jest słaby i nie­do­świad­czony, ale w im­po­nu­jący spo­sób prze­szedł na złą stronę prawa.

Nie­wąt­pli­wie fakt, że musi się zaj­mo­wać żoną i dziećmi, jest da­leki od ide­ału. Może to być prze­szkoda, kiedy Storm prze­nie­sie się do Hong­kongu, żeby za­jąć swoje na­tu­ralne miej­sce u jego boku. To pro­blem, który Pe­ter roz­wiąże, kiedy przyj­dzie na to czas. To jego pod­sta­wowa za­sada - zaj­muje się jed­nym kło­po­tem na­raz.

Co prawda jego przy­rodni brat jest pół­krwi, ale oka­zał się nie taki głupi, jak Pe­te­rowi się po­cząt­kowo wy­da­wało. Alex ma w so­bie wię­cej siły, niż sam za­uważa, w czym może zresztą kryć się ziarno za­gro­że­nia. Poza tym jest star­szy od Pe­tera, cho­ciaż ten bar­dzo nie chce się do tego przy­znać. Ist­nieje małe praw­do­po­do­bień­stwo, że Alex rzuci bratu wy­zwa­nie, ale po­rządny ogrod­nik za­wsze po­zo­staje czujny, mimo że żadne drzewo nie wy­ra­sta ku niebu.

Od Aleksa my­śli Pe­tera dry­fują znów ku ich ojcu. Brat jest nie­świa­domy iro­nii kry­ją­cej się w tym, że to on nie­sie da­lej tra­dy­cję, od­bu­do­wu­jąc or­ga­ni­za­cję ojca i wzmac­nia­jąc ją w kul­tu­rze, która cią­gle czci swo­ich przod­ków.

Ja­sne, że stary tro­chę Pe­tera na­uczył, ale jed­no­cze­śnie był bez­na­dziejną ska­mie­liną, która nie miała żad­nego in­nego planu do­ty­czą­cego swo­jej wła­dzy niż próby jej po­sze­rze­nia. Pe­ter jest wdzięczny za pod­sta­wowe prace, za to, że jego po­przed­nicy zbu­do­wali plat­formę, którą może te­raz wy­ko­rzy­stać do zdo­by­cia praw­dzi­wej po­tęgi. Wkrótce wpro­wa­dzi w ży­cie swoje za­mie­rze­nia, co­raz wię­cej ka­wał­ków ukła­danki tra­fia na swoje miej­sca. Bo wadą kul­tury czczą­cej wiek jest to, że czo­łowe or­ga­ni­za­cje są dziś pro­wa­dzone przez sta­rych i zmę­czo­nych męż­czyzn, któ­rym bra­kuje wi­zji i wie­dzy o tym, jak funk­cjo­nuje świat. Ale gdy Pe­ter sta­nie na czele ca­łego or­ga­ni­zmu kon­tro­lu­ją­cego z cie­nia Hong­kong, za­równo Chiny, jak i Za­chód będą cier­pieć za swoje wro­dzone sła­bo­ści.

Świat na­leży do sil­nych.

Roz­dział 8

F?r­dala, Ty­resö

Storm bu­dzi się i spo­gląda na ze­gar. Udało mu się prze­spać dwie go­dziny. Tro­jaczki leżą w łóżku, a dla niego zo­staje tylko dwa­dzie­ścia cen­ty­me­trów.

Nor­malka...

"Zróbmy so­bie dzieci", mó­wiła. "Bę­dzie faj­nie", mó­wiła, a po­tem wy­ci­snęła z sie­bie od razu trójkę. Pie­przyć karmę!

Jes­sica już nie śpi i karmi jedną z có­re­czek. Alex nie wie którą, ale za­uważa, że dziew­czynka ma nie­bie­ski pa­zno­kieć, więc to musi być Frida. Jes­sica po­ma­lo­wała pa­znok­cie dzieci na różne ko­lory. Córka z żół­tymi to Fre­drika, ta z nie­bie­skimi to Frida, a z zie­lo­nymi - Fanny, ale świeżo upie­czo­nemu ojcu wciąż trudno po­wią­zać imiona z bar­wami. Jes­sica wy­brała dwa imiona, a on jedno; zde­cy­do­wał się na Fanny, bo było to je­dyne imię na F, które przy­cho­dziło mu do głowy. Frida po Fri­dzie Kahlo, a Fre­drika po Fre­drice Bre­mer. Pra­wie współ­czuje Fanny.

Ca­łuje ją w czółko, a ona cią­gnie go pa­lusz­kami za włosy.

- Dla­czego dzieci tak cu­dow­nie pachną?

- Bo je ką­piemy. A ra­czej ja to ro­bię - od­po­wiada Jes­sica. A po chwili szep­cze: - Mia­łam dziś sen...

Alex wzdy­cha w du­chu. Ko­lejna hi­sto­ria z chorą liczbą szcze­gó­łów, o któ­rych bę­dzie ga­dać przez co naj­mniej kwa­drans.

- Zaj­miemy się tym póź­niej? - pyta, po­zwa­la­jąc Fanny chwy­cić go za pa­lec wska­zu­jący, i tań­czy z nią, cho­ciaż leży na ple­cach.

- Co?

- Nie, nic.

Alex pró­buje spra­wiać wra­że­nie, że sku­pia się na sło­wach Jes­siki, ma na­dzieję, że wie­czo­rem nie przyj­dzie jej do głowy znów ana­li­zo­wać swój sen. Jest na to zbyt zmę­czony, a jego my­śli krążą gdzie in­dziej.

- Halo, słu­chasz?

- Ja­sne. Wąż ze skrzy­dłami i mnó­stwo do­łów w ziemi.

- Nie do­łów. Za­pa­dlisk - pro­stuje Jes­sica i mówi da­lej.

Storm za­sta­na­wia się, jak może się z tego wszyst­kiego wy­plą­tać i unik­nąć ry­zyka, że Pe­te­rowi od­bije i znów zmusi go do dzia­ła­nia. Wie, że bę­dzie mu­siał pod­jąć dra­styczne kroki. Być może jest tylko je­den spo­sób, jedna droga. To wła­śnie nad tym się za­sta­na­wia. A także nad tym, czy po­trafi prze­kro­czyć tę gra­nicę.

Jes­sica naj­wy­raź­niej skoń­czyła swoją opo­wieść i Alex ostroż­nie wstaje, żeby nie zbu­dzić trze­ciego dziecka.

- I co o tym są­dzisz?

Sły­chać mla­śnię­cie, kiedy có­reczka z nie­bie­skimi pa­znok­ciami wy­pusz­cza su­tek z ust.

- O czym?

- O moim śnie, oczy­wi­ście - mówi Jes­sica, roz­kła­da­jąc ręce. Wy­gląda, jakby cze­kała na od­po­wiedź.

Alex wie, że to bę­dzie ciężka próba.

- Ja... po pro­stu bo­isz się węży.

- Po­waż­nie? Tylko tyle masz mi do po­wie­dze­nia?

- Wiesz, ra­dził­bym ci, że­byś po­roz­ma­wiała o tym z Sus­sie. Bar­dzo jej się to spodoba. A ja mu­szę le­cieć do pracy.

Ca­łuje po ko­lei każdą z dziew­czy­nek, po czym wstaje i od­cho­dzi.

Jes­sica coś mam­ro­cze, a Alex uznaje, że woli tego nie sły­szeć. Już ma pierw­sze ob­jawy ataku pa­niki. Czuje się tak, jakby za­ci­skała mu się tcha­wica, a płuca skur­czyły się do roz­miaru orzesz­ków.

W ła­zience bie­rze pi­gułki, które do­stał od Wonga. Nie ma po­ję­cia o ich skła­dzie, ale dzia­łają. Tekst jest po chiń­sku, a on w su­mie nie chce wie­dzieć, z czego są zro­bione. Pew­nie z cio­sów słoni i pra­żo­nych tru­ją­cych ro­puch.

Alex my­śli o swo­jej matce i o tym, że kiedy przy­le­ciała z Hong­kongu, gdy był ma­łym dziec­kiem, nie po­wie­działa mu wszyst­kiego. Wie­lo­krot­nie py­tał ją o swo­jego bio­lo­gicz­nego ojca, ale mil­czała, co strasz­nie go de­ner­wo­wało. Chciał wie­dzieć wię­cej - wszystko to, czego nie za­mie­rzała mu zdra­dzić. Na wszyst­kie py­ta­nia, które jej za­da­wał, do­sta­wał tylko wy­mi­ja­jące od­po­wie­dzi. A on chciał wie­dzieć, nie­za­leż­nie od tego, co to było. Wszyst­kie sprawy zwią­zane z oj­cem wy­da­wały się ja­kieś nie­do­koń­czone.

Całe jego ży­cie skła­dało się z nie­do­koń­czo­nych rze­czy. Za każ­dym ra­zem, kiedy matka do­sta­wała pracę w ko­lej­nej am­ba­sa­dzie, prze­pro­wa­dzał się wraz z nią. Ofi­cjalna wer­sja była za­wsze taka sama: praca zmu­szała ją do prze­no­sin na nową pla­cówkę w Peru, a sprawy ojca w Hong­kongu i tam­tej­sza kul­tura unie­moż­li­wiały mu jeż­dże­nie z nimi. Dla­tego ko­nie­czny był roz­wód. Oj­ciec źle zniósł ten cios i od­su­nął się od syna. Alex jed­nak za­wsze prze­czu­wał, że to nie­cała prawda, a kiedy wró­cił do szkoły w Szwe­cji, do­wie­dział się, że jego matka wpi­sała na for­mu­la­rzu "oj­ciec nie­znany".

W każ­dym no­wym miej­scu do­cho­dziło do bó­jek. Za­wsze od­sta­wał od in­nych, był brudną żółtą plamą wśród bieli. Na­wet dzieci roz­wod­ni­ków miały ojca.

Te­raz za­czyna po­woli od­zy­ski­wać ko­rze­nie, ale im wię­cej się o nich do­wia­duje, tym bar­dziej ma wra­że­nie, że może le­piej nic nie wie­dzieć. Zdaje so­bie sprawę, że jego oj­ciec był głową smoka w tria­dach, że dużo pił i był groźny. Nie wie dla­czego, ale jego matka po­czuła, że musi uciec.

Kiedy Alex skon­tak­to­wał się z przy­rod­nim bra­tem, żeby pro­sić o po­życzkę, która miała ura­to­wać jego sa­lon sa­mo­cho­dowy przed ban­kruc­twem, w za­mian mu­siał za­jąć się spra­wami brata w Szwe­cji. W za­ło­że­niu tylko na ja­kiś czas, po­tem Pe­ter miał zna­leźć ja­kie­goś za­stępcę. Alex jed­nak już ro­zu­miał, że ni­gdy do tego nie doj­dzie. Wpadł jak śliwka w kom­pot.

Wszystko za­częło się wtedy, gdy od­wie­dził grób ojca w Hong­kongu. To wła­śnie wów­czas zo­ba­czyli się po raz pierw­szy. Dziś Alex tego ża­łuje. Ale przy­naj­mniej zna­lazł ko­rzeń tej swo­jej po­łówki, która była tak ulotna. Stał się w mniej­szym stop­niu po­łową czło­wieka.

Po tym dniu bra­cia mieli ra­czej spo­ra­dyczny kon­takt. Cza­sami roz­ma­wiali, głów­nie dla­tego, że byli przy­rod­nim ro­dzeń­stwem. Cho­ciaż Alex my­ślał o tym, by znów po­je­chać do Hong­kongu, ni­gdy tego nie zro­bił. Tego też ża­łuje. Być może po­znałby brata le­piej i dzięki temu go przej­rzał. Te­raz jed­nak wy­gląda na to, że musi prze­ciąć tę więź, naj­le­piej w mą­dry spo­sób.

Go­dzinę póź­niej Storm wcho­dzi do re­stau­ra­cji Gol­den Dra­gon w Älvsjö, która pełni tylko funk­cję przy­krywki dla ka­syna. W czę­ści re­stau­ra­cyj­nej jest pra­wie pu­sto, ale kiedy wstu­kuje kod, by otwo­rzyć so­lidne drzwi do sa­mego ka­syna, czuje się, jakby wkra­czał do in­nego świata, do mi­nia­tu­ro­wych Chin.

W wiel­kiej sali wszę­dzie w coś się gra. Naj­pierw wi­dać stół do pai gow, czyli ty­siąc­let­niego chiń­skiego do­mina i jed­nej z naj­bar­dziej po­pu­lar­nych roz­ry­wek w lo­kalu. Wy­maga nie­sły­cha­nych umie­jęt­no­ści stra­te­gicz­nych i lo­gicz­nego my­śle­nia. Gra się przy uży­ciu trzy­dzie­stu dwóch po­nu­me­ro­wa­nych pły­tek i dwóch ko­stek. Pai gow przy­po­mina nieco po­kera, ale jest bar­dziej skom­pli­ko­wane.

Chiny to naj­więk­sze ka­syno świata. W Ma­kau ist­nieją dwa naj­więk­sze domy gry na świe­cie, a ob­roty z ha­za­rdu są w tym re­gio­nie więk­sze niż w Las Ve­gas.

W na­stęp­nej czę­ści gra się w sic bo. Trzy kostki pod za­słoną, ob­sta­wia się, co wy­pa­dło. Szybka i eks­cy­tu­jąca gra, jak jazda bez trzy­manki.

Poza sic bo i pai gow za­ra­biają na keno, po­ke­rze, au­to­ma­tach i ma­dżongu. Ni­gdy nie jest tu ci­cho, a gra się przez całą dobę. Roz­brzmie­wa­jące tu dźwięki spra­wiają, że Alex w prze­dziwny spo­sób czuje się jak w domu. Roz­gar­diasz, dzwo­niące ma­szyny, lu­dzie krzy­czący, kiedy wy­gry­wają lub tracą. Po pro­stu sza­lone ży­cie. Po­doba mu się to, mimo że jego brat prak­tycz­nie go zmu­sił, żeby się tym zaj­mo­wał. W ja­kiś dzi­waczny spo­sób od­naj­duje tu ko­rze­nie. Alex, ze swoim w po­ło­wie azja­tyc­kim po­cho­dze­niem, które przez całe ży­cie po­zo­sta­wało ukryte, uzy­skał dzięki temu miej­scu toż­sa­mość.

Dom...

To wła­śnie dla­tego czuje się zwią­zany z Pe­te­rem. Jest czę­ścią prze­szło­ści Aleksa i je­dyną po­zo­stałą mu wię­zią z Chi­nami. Tak to przy­naj­mniej od­czuwa.

Pi­jany sta­ru­szek szczy­pie w ty­łek jedną z ko­biet skła­da­ją­cych się na per­so­nel, na co ona re­aguje sy­kiem. Alex chwyta męż­czy­znę za ucho i wy­ciąga w stronę wyj­ścia, a stary jak ba­let­nica idzie za nim na pa­lusz­kach. Skarży się i ję­czy jak dzie­ciak.

- Mo­żesz wró­cić, jak wy­trzeź­wie­jesz i bę­dziesz go­towy ją prze­pro­sić - mówi Storm, wy­sta­wia­jąc go­ścia na dwór.

Na kilka se­kund robi się cał­kiem ci­cho, ale gdy tylko Alex za­myka drzwi, gwar i od­głosy au­to­ma­tów po­wra­cają, jakby nic się nie stało.

Ko­bieta z nie­śmia­łym uśmie­chem kiwa Stor­mowi głową. A on na­wet nie wie, jak dziew­czyna się na­zywa. Po­wi­nien na­uczyć się wszyst­kich imion, ale wy­gląda na to, że ni­gdy mu się to nie uda.

Wcho­dzi do biura, gdzie przed ekra­nami ka­mer mo­ni­to­ringu jak zwy­kle stoi Wong alias Big­foot. Wong kiwa tylko głową i wraca do ob­ser­wo­wa­nia ekra­nów.

Chiń­czyk nie mówi, nie ma ję­zyka. Waży mniej wię­cej sto czter­dzie­ści kilo, a jego twarz wy­gląda jak wy­pa­dek sa­mo­cho­dowy.

- Coś się działo? - pyta Alex, przy­glą­da­jąc się zy­skom tej nocy.

Wong po­trząsa głową i po­daje sze­fowi kartkę. "Po­roz­ma­wiaj z Ma". Alex ciężko wzdy­cha.

Ma to matka Wonga. Wy­gląda, jakby miała z ty­siąc lat, i zaj­muje się wszyst­kimi fi­nan­sami. Alex boi się jej chyba bar­dziej niż Wonga, a na­wet Jes­siki.

Wcale nie ma ochoty z nią roz­ma­wiać. Pra­gnie się stąd wy­do­stać, prze­stać być sze­fem, a jed­no­cze­śnie chce ro­bić to da­lej. Po­zo­stać tą chiń­ską czę­ścią, która...

- Alex! - sy­czy Ma za jego ple­cami.

Męż­czy­zna pod­ska­kuje. Ta baba jest jak cho­lerny ninja, my­śli. Spo­gląda na nią i sto­jącą obok niej Ding Ding, dziew­czynę w wieku mniej wię­cej dzie­więt­na­stu lat. Młoda ję­czy. Ma trzyma ją za włosy. Sta­ruszka waży może pięć­dzie­siąt kilo, ale roz­ta­cza wo­kół sie­bie aurę za­wod­nika sumo. Nie warto z nią za­dzie­rać.

- Co znowu?

- Ta mała franca pró­bo­wała ukraść pie­nią­dze i...

- Niech się tym zaj­mie Wong - mówi Alex, ale Chiń­czyk po­trząsa głową, re­choce i ma­cha prze­cząco pal­cem w po­wie­trzu, nie od­ry­wa­jąc wzroku od ekra­nów.

- A niech to szlag.

Alex przy­wo­łuje dziew­czynę ręką, Ma pusz­cza ją z nie­za­do­wo­lo­nym par­sk­nię­ciem, po czym wraca do kasy. Pew­nie po to, żeby da­lej li­czyć bank­noty.

Męż­czy­zna pro­wa­dzi młodą do nie­wiel­kiej sali, gdzie siada, po­ka­zu­jąc ręką, że i ona po­winna za­jąć miej­sce. Nie wy­gląda na prze­ra­żoną. Storm wzdy­cha.

- Dla­czego?

Dziew­czyna wyj­muje ko­mórkę i w niej szpera, więc Alex za­biera jej te­le­fon.

- Dla­czego? Mo­żesz spo­koj­nie po­roz­ma­wiać ze mną albo za­mknę cię w po­koju sam na sam z Ma.

Ding Ding szybko spo­gląda w górę i po­trząsa głową.

- Z Ma to nie chcę.

- No to po­wiedz, dla­czego wzię­łaś pie­nią­dze? Chyba do­brze za­ra­biasz w bur­delu?

Kiwa głową.

- A Be­nita do­brze cię trak­tuje.

Ko­lejne ski­nie­nie.

- I masz wszystko, czego po­trze­bu­jesz, prawda? Nikt cię do ni­czego nie zmu­sza. Nie mu­sisz na­wet z ni­kim upra­wiać seksu.

- Nie, Be­nita jest w po­rządku.

Dziew­czyna splata ner­wowo ręce.

- No więc dla­czego?

- Moja matka jest chora. Musi iść do pry­wat­nego szpi­tala. Nie stać mnie na to.

Jej oczy stają się wil­gotne, spusz­cza wzrok.

- Dla­czego nie przy­szłaś z tym do mnie albo nie zwró­ci­łaś się do Be­nity?

Dziew­czyna wzru­sza ra­mio­nami.

- Zro­bi­łam błąd. Prze­pra­szam. Pro­szę, nie wy­wa­laj­cie mnie.

Alex się od­chyla i gapi w su­fit. To nie jego pro­blem, tylko Be­nity. Pi­jani ko­le­sie też nie są jego pro­ble­mem, lecz Wonga. Dla­czego wszy­scy przez cały czas przy­cho­dzą do niego ze swo­imi kło­po­tami? Ma prze­cież dość wła­snych.

- No do­bra, zro­bimy tak: ile po­trze­buje twoja mama?

- Trzy­dzie­ści sześć ty­sięcy.

- Do­sta­niesz taką po­życzkę. Co mie­siąc bę­dziemy ci po­trą­cać z pen­sji ty­siąc ko­ron. Brzmi to roz­sąd­nie?

Dziew­czyna uśmie­cha się spod grzywki, rzuca się do przodu i ści­ska Aleksa.

- Dzięki, dzięki, dzięki!

- Do­brze już, do­brze, tylko wię­cej nie krad­nij. Na­stęp­nym ra­zem przy­chodź od razu do mnie. W po­rządku?

Dziew­czyna kiwa głową i od­cho­dzi roz­pro­mie­niona. Ma­cha rę­kami, jakby miała To­urette'a albo coś ta­kiego.

- Je­steś zbyt miły.

Ten głos brzmi jak sil­nik sta­rego forda i Alex pod­ska­kuje.

Ma. Znowu.

- Mo­gła­byś prze­stać się tak za­kra­dać? W końcu do­stanę za­wału.

Alex kła­dzie dłoń na sercu, żeby spraw­dzić, czy wciąż bije.

- Cipa.

- Co ta­kiego?

- Sły­sza­łeś. Kie­dyś się na tym prze­je­dziesz, Alex.

- Na pewno. Nie­wąt­pli­wie.

Nie ma jed­nak pew­no­ści, co sta­ruszka miała na my­śli.

- Twoje pie­nią­dze - rzuca Ma, kła­dąc mu na ko­la­nach wo­rek na śmieci wy­peł­niony bank­no­tami.

Wy­daje się cięż­szy niż zwy­kle. Storm za­gląda do środka - jak zwy­kle różne no­mi­nały i wa­luty.

- Ile tego jest?

- Trzy­sta pięt­na­ście ty­sięcy sześć­set pięć­dzie­siąt sześć ko­ron, w za­okrą­gle­niu.

- W za­okrą­gle­niu?

- W za­okrą­gle­niu.

Ma znika i zo­sta­wia go sa­mego. In­te­resy idą zbyt do­brze, co jest jed­no­cze­śnie po­zy­tywne i dość nie­po­ko­jące. Dzięki Alek­sowi ob­roty wzro­sły o dwie­ście pro­cent. Wpro­wa­dził do ka­syna wielu klien­tów spoza Chin i po­szła fama, że jest to je­dyny nie­le­galny klub, który działa we­dług mię­dzy­na­ro­do­wych za­sad i nie usta­wia gier, co zda­niem Aleksa po­winno trak­to­wać się z lek­kim przy­mru­że­niem oka.

Dzia­łal­ność bur­deli roz­wi­nęła się w po­dob­nym stop­niu przede wszyst­kim dzięki temu, że Alek­sowi przy­szło do głowy, by po­dzie­lić ją na różne ob­szary. Część z tra­dy­cyj­nymi usłu­gami i część przyj­mu­jącą tylko klien­tów, któ­rzy chcą być dra­pani po grzbie­cie. Wła­śnie ta branża eks­plo­do­wała. Lu­dzie z ca­łego Sztok­holmu walą tłum­nie do Sa­lonu Kli-Kli, za­ra­bia­ją­cego trzy razy tyle co stary bur­del, który można by rów­nie do­brze zli­kwi­do­wać.

Be­nita jest z tego po­wodu prze­szczę­śliwa, Alex też. Będą mu­sieli otwo­rzyć wię­cej sa­lo­nów dra­pa­nia, a Be­nita już pod­jęła od­po­wied­nie dzia­ła­nia. Alex ża­łuje, że sam nie wpadł na ten po­mysł, gdy spło­nął jego sa­lon sa­mo­cho­dowy.

Te­raz musi tylko wy­my­ślić, co ma zro­bić ze sprze­dażą nar­ko­ty­ków. Jego przy­rodni brat może po­go­dzi się z tym, że bur­del prze­ro­dził się w bar­dziej le­galną dzia­łal­ność, ale dragi przy­no­szą zde­cy­do­wa­nie za dużo pie­nię­dzy, żeby Pe­ter po­zwo­lił na za­mianę ich na coś in­nego.

Alex za­wią­zuje wo­rek na śmieci. Nie bę­dzie mógł scho­wać go w ga­rażu. Musi zna­leźć inne miej­sce. Tym ra­zem wy­jąt­kowo zrobi to, czego chciała Jes­sica.

Śmieje się.

- Je­stem pie­przo­nym ge­niu­szem...

Roz­dział 9

F?r­dala, Ty­resö

Storm spraw­dza na YouTu­bie, jak mon­to­wać pod­łogę, jed­no­cze­śnie zaś wy­kłada de­ski na pod­da­szu. Dra­pie się po ra­mio­nach. Mimo że ma rę­ka­wice, od­nosi wra­że­nie, że prze­klęta izo­la­cja żyje wła­snym ży­ciem.

Pach­nie stry­chem i wszę­dzie tu pełno sta­roci upchnię­tych w róż­nych pu­dłach. Za­uważa, że w jed­nym z na­roż­ni­ków ramy okien­nej za­lę­gła się czarna pleśń. Ma na­dzieję, że Jes­sica tego nie za­uważy, bo bę­dzie miał wię­cej ro­boty.

Wci­ska pliki bank­no­tów mię­dzy le­gary a nową pod­łogę. Bę­dzie mógł wsa­dzić tam kilka mi­lio­nów i nikt się o tym nie do­wie.

Wąż Oleg do­stał wła­sne ter­ra­rium w ga­rażu, a Jes­sica prze­li­czyła wszyst­kie pie­nią­dze. Mi­lion sto ty­sięcy. Za­uwa­żył, że za­częła się po­tem za­cho­wy­wać nieco ina­czej. Pie­nią­dze już tak dzia­łają.

Alex ma plan. Je­śli zbiorą dwa­dzie­ścia mi­lio­nów, to do końca ży­cia będą mo­gli utrzy­my­wać się z od­se­tek. Jes­sica spłaci kre­dyt na dom, a po­tem będą mo­gli go sprze­dać i prze­pro­wa­dzić się do no­wego, więk­szego. Alex jed­nak po­dej­rzewa, że nowy dom nie wy­star­czy, prę­dzej czy póź­niej będą mu­sieli prze­nieść się do in­nego kraju. Ni­gdy nie po­zbę­dzie się przy­rod­niego brata.

Do­cina czarny pa­nel pod­ło­gowy i poci się tak, jakby sie­dział w pie­kle. Jak na pod­da­sze jest tu cie­pło. Jes­sica chce, żeby zro­bić tu po­kój go­ścinny, a on wo­lałby po­miesz­cze­nie wy­po­czyn­kowe. Już wie, że żona wy­gra, ale nie podda się bez walki. Bę­dzie ję­czał i na­rze­kał, a gdy Jes­sica w końcu po­stawi na swoim, bę­dzie miał prze­wagę, kiedy w przy­szło­ści bę­dzie cze­goś chciał.

Mon­tuje pa­nel i pod­nosi się. Staje na pod­ło­dze - wszystko wy­daje się w naj­lep­szym po­rządku. Spraw­dza jesz­cze raz na fil­mie i stwier­dza, że źle wy­ko­nał cię­cie.

- Cześć, co ro­bisz? - pyta Jes­sica, która wła­śnie wspięła się na dra­binę.

- Ta-da! - woła Alex i cofa się tak, żeby mo­gła zo­ba­czyć cztery rzędy no­wych pa­neli, które udało mu się uło­żyć, a jed­no­cze­śnie za­sła­nia pleśń na oknie.

- Nie­sły­chane... Ukła­dasz pod­łogę? Prze­cież pro­si­łam o to za­le­d­wie dwa lata temu.

Wznosi oczy do nieba i jed­no­cze­śnie wy­bu­chają śmie­chem.

- Wszy­scy tylko kry­ty­kują...

- Wy­bacz. Ależ ty je­steś dzielny! Mój wła­sny mały sto­larz.

- Ja­koś so­bie ra­dzę...

- A izo­lu­jesz też?

Storm my­śli o le­żą­cych pod pod­łogą pie­nią­dzach. To tylko jedna war­stwa, reszta to wełna mi­ne­ralna.

- Ja­sna sprawa. Chyba nie uwa­żasz mnie za ama­tora?

Jes­sica przy­tula go od tyłu. Trzyma go mocno i de­li­kat­nie gry­zie w bark. Kiedy nosi wy­so­kie ob­casy, jest od niego wyż­sza, mimo że Alex ma pra­wie sto sie­dem­dzie­siąt pięć cen­ty­me­trów wzro­stu.

Oboje no­szą ma­ski i od­gry­wają role w swo­istym te­atrze. On to wie i ona to wie. Pod spodem zaś wrze brud. Alex bie­rze głę­boki wdech. Chęt­nie łyk­nąłby ta­bletkę, ale są w ła­zience.

De­li­kat­nie uwal­nia się z ob­jęć żony, od­wraca się i ją przy­tula. Prze­ciąga ręką po jej wło­sach.

- Wszystko bę­dzie do­brze, obie­cuję.

Jes­sica kiwa głową.

- Już to sły­sza­łam.

- Mu­sisz spró­bo­wać mi za­ufać. Jak tylko wy­plą­czę się z tego baj­zlu z ka­sy­nem i bra­tem, będę wolny. Ko­niec z ta­jem­ni­cami - mówi z nie­czy­stym su­mie­niem.

- Ko­niec z ta­jem­ni­cami - po­twier­dza Jes­sica.

Dwie go­dziny póź­niej Storm sie­dzi w sali kon­fe­ren­cyj­nej w klu­bie i za­sta­na­wia się, czy na­stępne ude­rze­nie serca bę­dzie jego ostat­nim. To pro­ste po­miesz­cze­nie bez okien. Nie li­cząc kilku ob­ra­zów z chiń­skimi mo­ty­wami, stoi tu tylko stół z ciem­nego ja­rzębu z pa­su­ją­cymi krze­słami.

Za me­blem roz­lega się cięż­kie wes­tchnie­nie. Alex udaje, że go nie sły­szał - wie, że Be­nita chce, żeby za­py­tał, o co cho­dzi.

Be­nita An­ders­son była jego główną księ­gową, kiedy jesz­cze miał sa­lon sa­mo­cho­dowy. Te­raz od­po­wiada za bur­del i sa­lon dra­pa­nia. Ge­nialna kon­cep­cja. Za czte­ry­sta ko­ron przez pół go­dziny jest się dra­pa­nym dłu­gimi dam­skimi pa­znok­ciami. Nie­któ­rzy uwa­żają, że to lep­sze od seksu. Mają wielu sa­mot­nych klien­tów, za­równo wśród ko­biet, jak i męż­czyzn. Bli­skość i fakt, że nie cho­dzi o seks, spra­wia, że to czy­sty in­te­res. Wy­gląda na to, że dzięki ta­kim se­sjom lu­dzie czują się mniej sa­motni.

Be­nita ma czter­dzie­ści sześć lat z ha­czy­kiem, jak sama czę­sto ma­wia, ma­jąc na my­śli okres, kiedy nad­uży­wa­nie he­ro­iny nisz­czyło jej twarz. Jej brą­zowe oczy wi­działy wię­cej, niż Alex chce wie­dzieć. Ta twarda i lo­jalna ko­bieta to jego krę­go­słup. Mnó­stwo jej za­wdzię­cza i za­wsze bę­dzie ją wspie­rał, na­wet je­śli ona sama uważa, że jest do­kład­nie od­wrot­nie.

Te­raz Be­nita pi­łuje pa­znok­cie i wzdy­cha co ja­kiś czas, co­raz gło­śniej, aż w końcu Storm nie wy­trzy­muje.

- No do­bra, o co cho­dzi?

- Co? Nie, o nic.

- Daj spo­kój, twoje wes­tchnie­nia sły­chać w Chi­nach. Za­raz za­dzwoni mój brat, żeby za­py­tać, co się z tobą dzieje.

Ko­lejne wes­tchnie­nie.

- Nie je­stem w tej chwili w na­stroju na twoje dow­cipy. Jak długo jesz­cze bę­dziesz cią­gnął to gówno, Alex?

- Ja­kie gówno? Za­ra­biasz chore pie­nią­dze, a nie­spe­cjal­nie się wy­si­lasz.

- Ko­cha­nie, pro­wa­dzimy bur­del. By­łam kie­dyś pro­sty­tutką. Chyba nie uwa­żasz, że to wy­ma­rzona praca? Może masz ochotę spró­bo­wać? Zo­ba­czył­byś wtedy, jak jest faj­nie, kiedy ca­łymi dniami ru­chają cię ja­kieś ob­le­śne dziady.

- Dziew­czyny mają do­brze, sama prze­cież o to dbasz.

- Do­brze? To tak, jak po­wie­dzieć, że fa­ceci za­le­wa­jący Fu­ku­shimę be­to­nem mają się do­brze, bo do­stają na dru­gie śnia­da­nie ka­na­pkę z kre­wet­kami. Dał­byś spo­kój.

- No tak, ra­cja. Już nie­długo. Ale wiesz co? Je­żeli prze­sta­niemy to ro­bić, ktoś inny przej­mie tę działkę, a wtedy dziew­czyny będą miały znacz­nie go­rzej.

Be­nita prze­staje pi­ło­wać pa­znok­cie i wpa­truje się w niego wzro­kiem tak cięż­kim, jakby jej spoj­rze­nia były wiel­kimi ka­mie­niami wrzu­ca­nymi do ple­caka, który Alex nosi na bar­kach.

- Chcesz po­wie­dzieć, że to jest w po­rządku?

- No prze­cież nie. Albo ra­czej tak. Albo cho­lera wie.

- Pięk­nie po­wie­dziane. Za­wsze miło się z tobą roz­ma­wia.

Be­nita mam­ro­cze, że jest idiotą, lecz Alex nie zwraca na to uwagi. Przy­naj­mniej w tej chwili. Nie chce, żeby wie­działa, co pla­nuje, bo wtedy naj­praw­do­po­dob­niej ta ko­bieta ze­trze jego plany w pył. Be­nita i Jes­sica to jego prze­kleń­stwa.

Wcho­dzi Ma, a za nią Wong. Alex za każ­dym ra­zem się dziwi, jak wielki to fa­cet i jak ma­leńka jest jego matka. Mimo że sam jest oj­cem tro­jacz­ków, nie może po­jąć, jak udało jej się uro­dzić ta­kiego gi­ganta.

Ma po­daje Stor­mowi kartkę z wy­ni­kami z tego mie­siąca. Jest tam ze­sta­wie­nie ob­ro­tów ka­syna, bur­delu i han­dlu nar­ko­ty­kami. Wy­na­gro­dze­nia i inne koszty. W go­tówce i w bit­co­in­ach. Wszy­scy pra­cow­nicy do­stają po­dwójną wy­płatę - mniej­sza część jest le­galna, a ta więk­sza nie.

Alex pró­buje czy­tać, ale cy­fry i li­tery ska­czą mu przed oczami po ca­łej kartce. Kiedy się stre­suje, jego dys­lek­sja się po­gar­sza.

- Ra­dzimy so­bie?

Be­nita bie­rze kartkę i rzuca na nią okiem.

- Po­dwo­ili­śmy wpływy z ka­syna i bur­delu, ale to już wiesz. A z dru­giej strony dragi ra­dzą so­bie go­rzej. Za­ro­bi­li­śmy dwa­dzie­ścia pro­cent mniej.

Alex bie­rze głę­boki od­dech i szuka ta­ble­tek, by za­raz zdać so­bie sprawę, że zo­sta­wił je w domu.

- I co z tym zro­bimy?

- Co ty z tym zro­bisz? - pyta Ma. - To nie moja działka, lecz twoja. Mu­sisz o tym po­roz­ma­wiać z Pe­te­rem.

- Oczy­wi­ście. A mo­żesz mi póź­niej na­pi­sać spra­woz­da­nie?

Storm wie, że musi po­ga­dać z bra­tem, ale wcale nie ma na to ochoty. Nie chce sprze­da­wać ko­ka­iny i me­tam­fe­ta­miny, nie chce sprze­da­wać ko­biet.

Ka­sy­nem może się zaj­mo­wać z czy­stym su­mie­niem, lecz cała reszta jest znacz­nie trud­niej­sza.

Pe­ter po­cząt­kowo mó­wił, że za­mie­rza wszyst­kie biz­nesy prze­kształ­cić w le­galne in­te­resy, lecz Alex po­dej­rzewa, że kła­mał. Do wzię­cia jest za dużo pie­nię­dzy, a brat na­leży do lu­dzi, któ­rzy rzu­cają się na każdy grosz.

- Omó­wię to z nim - obie­cuje i wstaje.

- Czy mogę z tobą pry­wat­nie po­roz­ma­wiać, Alex? - mówi Be­nita. On znów siada, a Ma i Wong wy­cho­dzą.

Ma mówi do syna po chiń­sku, mimo to Alex część z tego ro­zu­mie. Za­wsze w sa­mo­cho­dzie uczy się chiń­skiego przez apli­ka­cję. Ni­komu się z tym nie zdra­dził. Nie chce, żeby kto­kol­wiek wie­dział. Jesz­cze nie te­raz. Kiedy pró­buje wy­po­wia­dać część słów, ję­zyk wciąż strasz­nie mu się plą­cze.

- Za mie­siąc od­cho­dzę - mówi Be­nita, a serce Storma kur­czy się do wiel­ko­ści ziarna żwiru. Traci od­dech, a płuca ści­skają mu się jak stary akor­deon.

- Sły­sza­łeś, co po­wie­dzia­łam?

Alex może przy­siąc, że gwał­tow­nie po­gor­szył mu się wzrok. Przy­myka oczy i wy­du­sza z sie­bie od­po­wiedź:

- Nie mo-żesz.

- A jak mnie po­wstrzy­masz?

Be­nita jest bar­dziej za­dziorna niż zwy­kle.

- Nie chcę tu być, kiedy się wy­ko­pyrt­niesz. A na pewno to zro­bisz. W tej chwili pę­dzisz dwie­ście na go­dzinę pro­sto w skalną ścianę. Wiesz o tym, prawda?

Alex raz za ra­zem prze­łyka ślinę, ale to nie po­maga.

- Nie te­raz, Be­nito. Po­trze­buję tylko tro­chę czasu.

- Ta­kie wła­śnie będą twoje ostat­nie słowa. Za­wsze uwa­żasz to za roz­wią­za­nie. Ko­chany, ni­gdy do tego nie doj­dzie. Sorry, ale nie mogę zo­stać. Mam jesz­cze ja­kieś resztki su­mie­nia.

- Ro­zu­miem. Ale nie te­raz. Tylko dwa mie­siące. Pro­szę. W tej chwili nie po­ra­dzę so­bie bez cie­bie, ale w ciągu dwóch mie­sięcy wszystko za­ła­twię.

- Do­bra. Ale po­tem spły­wam, czy się z tego wy­grze­biesz, czy nie.

- A co bę­dziesz ro­bić?

- Otwo­rzę sa­lony dra­pa­nia. Za­ła­twi­łam już dwa lo­kale. Mo­żesz się przy­łą­czyć, ale tylko je­śli nie bę­dziesz zaj­mo­wał się tym gów­nem.

- Roz­krę­casz kon­ku­ren­cyjną dzia­łal­ność?

- Ja­sne, to chyba nie jest ja­kaś ta­jemna re­cep­tura. A może masz na to pa­tent?

Alex wzdy­cha.

- Po wszyst­kim, co dla cie­bie zro­bi­łem? Nie wcho­dzę w to, mu­sisz do­pil­no­wać pracy tu­taj, aż znajdę ko­goś od­po­wied­niego na za­stęp­stwo.

- Do­bra, dwa mie­siące - od­po­wiada Be­nita, wy­cią­ga­jąc do niego prawą rękę.

Alex nie chce jej uści­snąć i tym sa­mym po­twier­dzić, że się zga­dza, ale i tak to robi.

- Zo­ba­czymy.

Be­nita wy­gląda na za­do­wo­loną. Kle­pie go lekko po ra­mie­niu.

- Daj spo­kój, po­ra­dzisz so­bie z tym, Alex. Za­wsze ja­koś so­bie ra­dzisz. Ni­gdy nie spo­tka­łam ni­kogo, kto miałby tyle farta co ty.

Układa dłoń w sa­mo­lot, który roz­bija się o zie­mię.

Je­śli nie uda mu się z tego wy­plą­tać, Alex musi skło­nić ją do po­zo­sta­nia, w ten czy inny spo­sób. Albo zna­leźć za­stępcę. Tyle że nie bę­dzie ła­two o ko­goś, kto mógłby za­jąć miej­sce Be­nity.

Wzdy­cha. Fart. Je­śli cze­goś ni­gdy nie miał, to wła­śnie farta. To karma miota nim w różne strony. Nie­wiele ma to wspól­nego ze szczę­ściem.

Z ze­wnątrz do­bie­gają pod­nie­cone głosy, szcze­gól­nie wy­raź­nie sły­chać Ma.

- Co tym ra­zem, do cho­lery?

Kiedy wcho­dzą do ka­syna, wi­dzą Wonga trzy­ma­ją­cego Ma, która mimo to po­licz­kuje klienta, fa­ceta z Bał­ka­nów, rów­nie wiel­kiego jak Wong. Ten przyj­muje ciosy, nie pró­bu­jąc się osła­niać.

Wong po­wi­nien za­brać matkę, lecz Storm wątpi, czy się na to od­waży. Chiń­czyk za­do­wala się ogra­ni­cza­niem szkód.

Alex wcho­dzi mię­dzy nich i pa­trzy na Ma. Oczy ko­biety są czarne, gdy wska­zuje pal­cem na Bał­kań­czyka. Grozi mu po chiń­sku.

- Co się stało?

- Na­zwał mnie żółtą. Pew­nie my­ślał, że nie ro­zu­miem po szwedzku, co nie?

Alex od­wraca się w stronę po­bi­tego i za­dziera głowę. Chłop ma po­nad dwa me­try.

- To prawda?

Męż­czy­zna kiwa głową i krzywo się uśmie­cha.

- Za­jęła moje miej­sce przy stole do black jacka.

- Jest współ­wła­ści­cielką ka­syna. Może zaj­mo­wać każde miej­sce, ja­kie jej się spodoba - mówi Alex, wy­cią­ga­jąc ra­mię, żeby za­blo­ko­wać ko­lejny cios Ma.

Męż­czy­zna wy­daje się za­sko­czony. Pa­trzy na sto­ją­cego obok Aleksa Wonga. Za­uważa ta­tuaż na jego przed­ra­mie­niu i kiwa głową.

- Pro­szę o wy­ba­cze­nie. Nie wie­dzia­łem.

- Idiota - sy­czy Ma.

Alex nie chce już być w tym miej­scu. Za dużo tu dra­ma­tów, za dużo wszyst­kiego. Po­dej­rzewa, że fa­cet jest z bał­kań­skiej ma­fii i sy­tu­acja może wy­mknąć się spod kon­troli. Nie byłby to pierw­szy raz, kiedy śla­dami Ma kro­czy śmierć. Storm wie, że sta­ruszka za­wsze nosi ze sobą nóż i po­trafi się nim po­słu­gi­wać.

- Fuck it - mówi Alex. - Mu­si­cie to roz­wią­zać mię­dzy sobą.

Zo­sta­wia ich, nie ma ochoty się tym wszyst­kim zaj­mo­wać. To tylko kwe­stia czasu, za­nim stary Alex wróci do ży­cia. Ten, który ma wszystko w du­pie.