Rozdział 8
F?rdala, Tyresö
Storm budzi się i spogląda na zegar. Udało mu się przespać dwie godziny. Trojaczki leżą w łóżku, a dla niego zostaje tylko dwadzieścia centymetrów.
Normalka...
"Zróbmy sobie dzieci", mówiła. "Będzie fajnie", mówiła, a potem wycisnęła z siebie od razu trójkę. Pieprzyć karmę!
Jessica już nie śpi i karmi jedną z córeczek. Alex nie wie którą, ale zauważa, że dziewczynka ma niebieski paznokieć, więc to musi być Frida. Jessica pomalowała paznokcie dzieci na różne kolory. Córka z żółtymi to Fredrika, ta z niebieskimi to Frida, a z zielonymi - Fanny, ale świeżo upieczonemu ojcu wciąż trudno powiązać imiona z barwami. Jessica wybrała dwa imiona, a on jedno; zdecydował się na Fanny, bo było to jedyne imię na F, które przychodziło mu do głowy. Frida po Fridzie Kahlo, a Fredrika po Fredrice Bremer. Prawie współczuje Fanny.
Całuje ją w czółko, a ona ciągnie go paluszkami za włosy.
- Dlaczego dzieci tak cudownie pachną?
- Bo je kąpiemy. A raczej ja to robię - odpowiada Jessica. A po chwili szepcze: - Miałam dziś sen...
Alex wzdycha w duchu. Kolejna historia z chorą liczbą szczegółów, o których będzie gadać przez co najmniej kwadrans.
- Zajmiemy się tym później? - pyta, pozwalając Fanny chwycić go za palec wskazujący, i tańczy z nią, chociaż leży na plecach.
- Co?
- Nie, nic.
Alex próbuje sprawiać wrażenie, że skupia się na słowach Jessiki, ma nadzieję, że wieczorem nie przyjdzie jej do głowy znów analizować swój sen. Jest na to zbyt zmęczony, a jego myśli krążą gdzie indziej.
- Halo, słuchasz?
- Jasne. Wąż ze skrzydłami i mnóstwo dołów w ziemi.
- Nie dołów. Zapadlisk - prostuje Jessica i mówi dalej.
Storm zastanawia się, jak może się z tego wszystkiego wyplątać i uniknąć ryzyka, że Peterowi odbije i znów zmusi go do działania. Wie, że będzie musiał podjąć drastyczne kroki. Być może jest tylko jeden sposób, jedna droga. To właśnie nad tym się zastanawia. A także nad tym, czy potrafi przekroczyć tę granicę.
Jessica najwyraźniej skończyła swoją opowieść i Alex ostrożnie wstaje, żeby nie zbudzić trzeciego dziecka.
- I co o tym sądzisz?
Słychać mlaśnięcie, kiedy córeczka z niebieskimi paznokciami wypuszcza sutek z ust.
- O czym?
- O moim śnie, oczywiście - mówi Jessica, rozkładając ręce. Wygląda, jakby czekała na odpowiedź.
Alex wie, że to będzie ciężka próba.
- Ja... po prostu boisz się węży.
- Poważnie? Tylko tyle masz mi do powiedzenia?
- Wiesz, radziłbym ci, żebyś porozmawiała o tym z Sussie. Bardzo jej się to spodoba. A ja muszę lecieć do pracy.
Całuje po kolei każdą z dziewczynek, po czym wstaje i odchodzi.
Jessica coś mamrocze, a Alex uznaje, że woli tego nie słyszeć. Już ma pierwsze objawy ataku paniki. Czuje się tak, jakby zaciskała mu się tchawica, a płuca skurczyły się do rozmiaru orzeszków.
W łazience bierze pigułki, które dostał od Wonga. Nie ma pojęcia o ich składzie, ale działają. Tekst jest po chińsku, a on w sumie nie chce wiedzieć, z czego są zrobione. Pewnie z ciosów słoni i prażonych trujących ropuch.
Alex myśli o swojej matce i o tym, że kiedy przyleciała z Hongkongu, gdy był małym dzieckiem, nie powiedziała mu wszystkiego. Wielokrotnie pytał ją o swojego biologicznego ojca, ale milczała, co strasznie go denerwowało. Chciał wiedzieć więcej - wszystko to, czego nie zamierzała mu zdradzić. Na wszystkie pytania, które jej zadawał, dostawał tylko wymijające odpowiedzi. A on chciał wiedzieć, niezależnie od tego, co to było. Wszystkie sprawy związane z ojcem wydawały się jakieś niedokończone.
Całe jego życie składało się z niedokończonych rzeczy. Za każdym razem, kiedy matka dostawała pracę w kolejnej ambasadzie, przeprowadzał się wraz z nią. Oficjalna wersja była zawsze taka sama: praca zmuszała ją do przenosin na nową placówkę w Peru, a sprawy ojca w Hongkongu i tamtejsza kultura uniemożliwiały mu jeżdżenie z nimi. Dlatego konieczny był rozwód. Ojciec źle zniósł ten cios i odsunął się od syna. Alex jednak zawsze przeczuwał, że to niecała prawda, a kiedy wrócił do szkoły w Szwecji, dowiedział się, że jego matka wpisała na formularzu "ojciec nieznany".
W każdym nowym miejscu dochodziło do bójek. Zawsze odstawał od innych, był brudną żółtą plamą wśród bieli. Nawet dzieci rozwodników miały ojca.
Teraz zaczyna powoli odzyskiwać korzenie, ale im więcej się o nich dowiaduje, tym bardziej ma wrażenie, że może lepiej nic nie wiedzieć. Zdaje sobie sprawę, że jego ojciec był głową smoka w triadach, że dużo pił i był groźny. Nie wie dlaczego, ale jego matka poczuła, że musi uciec.
Kiedy Alex skontaktował się z przyrodnim bratem, żeby prosić o pożyczkę, która miała uratować jego salon samochodowy przed bankructwem, w zamian musiał zająć się sprawami brata w Szwecji. W założeniu tylko na jakiś czas, potem Peter miał znaleźć jakiegoś zastępcę. Alex jednak już rozumiał, że nigdy do tego nie dojdzie. Wpadł jak śliwka w kompot.
Wszystko zaczęło się wtedy, gdy odwiedził grób ojca w Hongkongu. To właśnie wówczas zobaczyli się po raz pierwszy. Dziś Alex tego żałuje. Ale przynajmniej znalazł korzeń tej swojej połówki, która była tak ulotna. Stał się w mniejszym stopniu połową człowieka.
Po tym dniu bracia mieli raczej sporadyczny kontakt. Czasami rozmawiali, głównie dlatego, że byli przyrodnim rodzeństwem. Chociaż Alex myślał o tym, by znów pojechać do Hongkongu, nigdy tego nie zrobił. Tego też żałuje. Być może poznałby brata lepiej i dzięki temu go przejrzał. Teraz jednak wygląda na to, że musi przeciąć tę więź, najlepiej w mądry sposób.
Godzinę później Storm wchodzi do restauracji Golden Dragon w Älvsjö, która pełni tylko funkcję przykrywki dla kasyna. W części restauracyjnej jest prawie pusto, ale kiedy wstukuje kod, by otworzyć solidne drzwi do samego kasyna, czuje się, jakby wkraczał do innego świata, do miniaturowych Chin.
W wielkiej sali wszędzie w coś się gra. Najpierw widać stół do pai gow, czyli tysiącletniego chińskiego domina i jednej z najbardziej popularnych rozrywek w lokalu. Wymaga niesłychanych umiejętności strategicznych i logicznego myślenia. Gra się przy użyciu trzydziestu dwóch ponumerowanych płytek i dwóch kostek. Pai gow przypomina nieco pokera, ale jest bardziej skomplikowane.
Chiny to największe kasyno świata. W Makau istnieją dwa największe domy gry na świecie, a obroty z hazardu są w tym regionie większe niż w Las Vegas.
W następnej części gra się w sic bo. Trzy kostki pod zasłoną, obstawia się, co wypadło. Szybka i ekscytująca gra, jak jazda bez trzymanki.
Poza sic bo i pai gow zarabiają na keno, pokerze, automatach i madżongu. Nigdy nie jest tu cicho, a gra się przez całą dobę. Rozbrzmiewające tu dźwięki sprawiają, że Alex w przedziwny sposób czuje się jak w domu. Rozgardiasz, dzwoniące maszyny, ludzie krzyczący, kiedy wygrywają lub tracą. Po prostu szalone życie. Podoba mu się to, mimo że jego brat praktycznie go zmusił, żeby się tym zajmował. W jakiś dziwaczny sposób odnajduje tu korzenie. Alex, ze swoim w połowie azjatyckim pochodzeniem, które przez całe życie pozostawało ukryte, uzyskał dzięki temu miejscu tożsamość.
Dom...
To właśnie dlatego czuje się związany z Peterem. Jest częścią przeszłości Aleksa i jedyną pozostałą mu więzią z Chinami. Tak to przynajmniej odczuwa.
Pijany staruszek szczypie w tyłek jedną z kobiet składających się na personel, na co ona reaguje sykiem. Alex chwyta mężczyznę za ucho i wyciąga w stronę wyjścia, a stary jak baletnica idzie za nim na paluszkach. Skarży się i jęczy jak dzieciak.
- Możesz wrócić, jak wytrzeźwiejesz i będziesz gotowy ją przeprosić - mówi Storm, wystawiając gościa na dwór.
Na kilka sekund robi się całkiem cicho, ale gdy tylko Alex zamyka drzwi, gwar i odgłosy automatów powracają, jakby nic się nie stało.
Kobieta z nieśmiałym uśmiechem kiwa Stormowi głową. A on nawet nie wie, jak dziewczyna się nazywa. Powinien nauczyć się wszystkich imion, ale wygląda na to, że nigdy mu się to nie uda.
Wchodzi do biura, gdzie przed ekranami kamer monitoringu jak zwykle stoi Wong alias Bigfoot. Wong kiwa tylko głową i wraca do obserwowania ekranów.
Chińczyk nie mówi, nie ma języka. Waży mniej więcej sto czterdzieści kilo, a jego twarz wygląda jak wypadek samochodowy.
- Coś się działo? - pyta Alex, przyglądając się zyskom tej nocy.
Wong potrząsa głową i podaje szefowi kartkę. "Porozmawiaj z Ma". Alex ciężko wzdycha.
Ma to matka Wonga. Wygląda, jakby miała z tysiąc lat, i zajmuje się wszystkimi finansami. Alex boi się jej chyba bardziej niż Wonga, a nawet Jessiki.
Wcale nie ma ochoty z nią rozmawiać. Pragnie się stąd wydostać, przestać być szefem, a jednocześnie chce robić to dalej. Pozostać tą chińską częścią, która...
- Alex! - syczy Ma za jego plecami.
Mężczyzna podskakuje. Ta baba jest jak cholerny ninja, myśli. Spogląda na nią i stojącą obok niej Ding Ding, dziewczynę w wieku mniej więcej dziewiętnastu lat. Młoda jęczy. Ma trzyma ją za włosy. Staruszka waży może pięćdziesiąt kilo, ale roztacza wokół siebie aurę zawodnika sumo. Nie warto z nią zadzierać.
- Co znowu?
- Ta mała franca próbowała ukraść pieniądze i...
- Niech się tym zajmie Wong - mówi Alex, ale Chińczyk potrząsa głową, rechoce i macha przecząco palcem w powietrzu, nie odrywając wzroku od ekranów.
- A niech to szlag.
Alex przywołuje dziewczynę ręką, Ma puszcza ją z niezadowolonym parsknięciem, po czym wraca do kasy. Pewnie po to, żeby dalej liczyć banknoty.
Mężczyzna prowadzi młodą do niewielkiej sali, gdzie siada, pokazując ręką, że i ona powinna zająć miejsce. Nie wygląda na przerażoną. Storm wzdycha.
- Dlaczego?
Dziewczyna wyjmuje komórkę i w niej szpera, więc Alex zabiera jej telefon.
- Dlaczego? Możesz spokojnie porozmawiać ze mną albo zamknę cię w pokoju sam na sam z Ma.
Ding Ding szybko spogląda w górę i potrząsa głową.
- Z Ma to nie chcę.
- No to powiedz, dlaczego wzięłaś pieniądze? Chyba dobrze zarabiasz w burdelu?
Kiwa głową.
- A Benita dobrze cię traktuje.
Kolejne skinienie.
- I masz wszystko, czego potrzebujesz, prawda? Nikt cię do niczego nie zmusza. Nie musisz nawet z nikim uprawiać seksu.
- Nie, Benita jest w porządku.
Dziewczyna splata nerwowo ręce.
- No więc dlaczego?
- Moja matka jest chora. Musi iść do prywatnego szpitala. Nie stać mnie na to.
Jej oczy stają się wilgotne, spuszcza wzrok.
- Dlaczego nie przyszłaś z tym do mnie albo nie zwróciłaś się do Benity?
Dziewczyna wzrusza ramionami.
- Zrobiłam błąd. Przepraszam. Proszę, nie wywalajcie mnie.
Alex się odchyla i gapi w sufit. To nie jego problem, tylko Benity. Pijani kolesie też nie są jego problemem, lecz Wonga. Dlaczego wszyscy przez cały czas przychodzą do niego ze swoimi kłopotami? Ma przecież dość własnych.
- No dobra, zrobimy tak: ile potrzebuje twoja mama?
- Trzydzieści sześć tysięcy.
- Dostaniesz taką pożyczkę. Co miesiąc będziemy ci potrącać z pensji tysiąc koron. Brzmi to rozsądnie?
Dziewczyna uśmiecha się spod grzywki, rzuca się do przodu i ściska Aleksa.
- Dzięki, dzięki, dzięki!
- Dobrze już, dobrze, tylko więcej nie kradnij. Następnym razem przychodź od razu do mnie. W porządku?
Dziewczyna kiwa głową i odchodzi rozpromieniona. Macha rękami, jakby miała Tourette'a albo coś takiego.
- Jesteś zbyt miły.
Ten głos brzmi jak silnik starego forda i Alex podskakuje.
Ma. Znowu.
- Mogłabyś przestać się tak zakradać? W końcu dostanę zawału.
Alex kładzie dłoń na sercu, żeby sprawdzić, czy wciąż bije.
- Cipa.
- Co takiego?
- Słyszałeś. Kiedyś się na tym przejedziesz, Alex.
- Na pewno. Niewątpliwie.
Nie ma jednak pewności, co staruszka miała na myśli.
- Twoje pieniądze - rzuca Ma, kładąc mu na kolanach worek na śmieci wypełniony banknotami.
Wydaje się cięższy niż zwykle. Storm zagląda do środka - jak zwykle różne nominały i waluty.
- Ile tego jest?
- Trzysta piętnaście tysięcy sześćset pięćdziesiąt sześć koron, w zaokrągleniu.
- W zaokrągleniu?
- W zaokrągleniu.
Ma znika i zostawia go samego. Interesy idą zbyt dobrze, co jest jednocześnie pozytywne i dość niepokojące. Dzięki Aleksowi obroty wzrosły o dwieście procent. Wprowadził do kasyna wielu klientów spoza Chin i poszła fama, że jest to jedyny nielegalny klub, który działa według międzynarodowych zasad i nie ustawia gier, co zdaniem Aleksa powinno traktować się z lekkim przymrużeniem oka.
Działalność burdeli rozwinęła się w podobnym stopniu przede wszystkim dzięki temu, że Aleksowi przyszło do głowy, by podzielić ją na różne obszary. Część z tradycyjnymi usługami i część przyjmującą tylko klientów, którzy chcą być drapani po grzbiecie. Właśnie ta branża eksplodowała. Ludzie z całego Sztokholmu walą tłumnie do Salonu Kli-Kli, zarabiającego trzy razy tyle co stary burdel, który można by równie dobrze zlikwidować.
Benita jest z tego powodu przeszczęśliwa, Alex też. Będą musieli otworzyć więcej salonów drapania, a Benita już podjęła odpowiednie działania. Alex żałuje, że sam nie wpadł na ten pomysł, gdy spłonął jego salon samochodowy.
Teraz musi tylko wymyślić, co ma zrobić ze sprzedażą narkotyków. Jego przyrodni brat może pogodzi się z tym, że burdel przerodził się w bardziej legalną działalność, ale dragi przynoszą zdecydowanie za dużo pieniędzy, żeby Peter pozwolił na zamianę ich na coś innego.
Alex zawiązuje worek na śmieci. Nie będzie mógł schować go w garażu. Musi znaleźć inne miejsce. Tym razem wyjątkowo zrobi to, czego chciała Jessica.
Śmieje się.
- Jestem pieprzonym geniuszem...