Potężna forteca - David Weber

-
Proszę czekać

.I.

Plac Jaszczurzy

Manchyr

Corisand

Nie wiem jak wy, ale ja mam serdecznie dosyć tego smoczego gówna! - wykrzyknął Paitryk Hainree z prowizorycznego podium dla mówcy, za jakie mu posłużyła cysterna miejskiej straży pożarnej.

- Dranie! - rozległ się głos kogoś z tłumku zebranego przed tawerną.

Był wczesny środowy ranek i ta tawerna, jak wszystkie spelunki w Manchyrze i na całym Schronieniu, została zamknięta do czasu, aż skończy się poranna msza. Słońce ledwie wzeszło, wąskie uliczki nadal przypominały wąwozy cienia, lecz chmury w górze już zapowiadały popołudniowy deszcz; zresztą nawet teraz panowała wysoka wilgotność.

I - jak zauważył Hainree - raczej nerwowa atmosfera. Tłum nie porażał wielkością, właściwie przyszło mniej ludzi, niż liczył, a w dodatku połowa znalazła się tutaj wyłącznie z ciekawości i po tych nie było widać zaangażowania. Jednakże ci, którzy byli już zaangażowani...

- Pieprzeni mordercy! - rzucił ktoś inny.

Hainree pokiwał zamaszyście głową, starając się, aby każdy z rozzłoszczonych gapiów rozpoznał ten gest. Z zawodu był wytwórcą srebrnej biżuterii, nie aktorem ani mówcą, a już na pewno nie księdzem! Ale w ciągu ostatniego pięciodnia zyskał okazję do skorzystania z doświadczenia i rad całkiem sporej liczby duchownych. Dowiedział się, jak emisja głosu i "spontaniczna" mowa ciała wspomagają i wzmacniają przekaz - zwłaszcza gdy ów przekaz ma swoje źródło w szczerej, palącej wściekłości.

- Tak! - zawołał w stronę ostatniego z krzyczących ludzi. - Cholerna racja, że to mordercy, chyba że ktoś chce wierzyć temu kłamliwemu draniowi Caylebowi! - Machnął ręką w wymownym geście pogardy. - Ależ oczywiście, że nie on to zrobił! Skądże, dlaczego miałby zlecać zabójstwo księcia Hektora?!...

Odpowiedział mu nowy gniewny chórek, tym razem dający wyraz czystemu gniewowi, a nie czemuś równie sztucznemu jak słowa. Hainree uśmiechnął się dziko.

- Przeklęci rzeźnicy! - ryczał ktoś. - Mordercy księży! Heretycy!!! Nie zapomnimy Feraydu!

- Tak! - Hainree pokiwał głową nie mniej żywiołowo niż przedtem. - Mogą sobie mówić, co chcą... ten nasz nowy "arcybiskup" i jego biskupi... ale ja nie byłbym taki pewien w sprawie drogiego Caylebowi "Kościoła Charisu"! Może niektórzy duchowni nadużywali swojej władzy. Nikt nie chce w to wierzyć... bo ja nie chcę, a wy? Ale przypomnijcie sobie, co arcybiskup Wyllym stwierdził w swoim raporcie na temat masakry w Feraydzie! Nie ma wątpliwości, że Cayleb łgał w sprawie potworności pierwotnego ataku, i jest prawdą jak cholera, że on i jego przydupasy kłamali, mówiąc, jaka to ich odpowiedź była "wyważona"! Ale tak czy inaczej Kościół Matka przyznaje, że powieszeni księża... powieszeni bluźnierczo, bez kościelnego procesu, przez własnych braci "arcybiskupa" Maikela, zważcie na moje słowa... nie byli bez winy. Kościół Matka to przyznaje, a wielki wikariusz wymierza pokutę wielkiemu inkwizytorowi za to, że do tego doszło! Czy macie wrażenie, że Kościołowi Matce nie można ufać? Że nie radzi sobie z wewnętrznymi nadużyciami i korupcją? Że jedynym wyjściem jest rzucenie wyzwania Kościołowi Boga Oczekiwanego? Pozbycie się hierarchów wyświęconych przez samego Langhorne'a?

Rozległ się kolejny gniewny pomruk, lecz jak zauważył Hainree, temu jakby brakowało mocy. Nieco go to rozczarowało, choć nie zdziwiło zbytnio. Mieszkańcy Corisandu w większości nigdy nie czuli się osobiście zagrożeni przez zakusy Kościoła Boga Oczekiwanego i Rycerzy Ziem Świątynnych. A już na pewno nie tak jak Charisjanie, gdy odkryli, że tenże Kościół potępił całe ich królestwo i skazał na wypalenie ogniem i wycięcie mieczem. A jeśli nawet nie cały Kościół, to przynajmniej ci, którzy nim rządzili.

Mimo to byłoby nieścisłością - i głupotą - twierdzić, że wśród Corisandczyków wcale nie ma takich, co żywią zastrzeżenia wobec obecnych możnych Kościoła. Manchyr, było nie było, znajdował się daleko od Ziem Świątynnych i Syjonu, a Corisandczycy jako ogół niewątpliwie przejawiali większą niezależność w sprawach religii, aniżeli Inkwizycja czy wikariat byłyby rade widzieć. Skoro już o tym mowa, wielu mieszkańców Corisandu straciło synów, braci albo ojców podczas bitwy w cieśninie Darcos, a jak było powszechnie wiadomo, bitwa ta stanowiła tragiczny skutek wojny, w której Corisand i jego sprzymierzeńcy mieli działać jako zbrojne ramię Kościoła. Tych najbardziej ortodoksyjnych motywowała religijna gorączka, pasja rozgrzana do białości i oślepiająca, przewyższająca wszystko inne. Jednakże większość Corisandczyków nie miała aż tak gorących głów. Ich opozycja w stosunku do Kościoła Charisu wynikała głównie z tego, że był to Kościół najeźdźców, ściśle w ich odczuciu połączony z dynastią Ahrmahków, która zawładnęła ich księstwem, niewiele zaś miała wspólnego z ortodoksją jako taką. Prawdę powiedziawszy, Corisand zamieszkiwali także zwolennicy reform i ci z kolei mogli lgnąć do rozłamowego Kościoła.

Nie koncentruj się zbytnio na kwestii herezji, Paitryku, nakazał sobie w duchu Hainree. Pozwól, aby ci, których ta sprawa rozpala, rozgorzeli samoistnie. Ojciec Aidryn nie myli się w tej sprawie: ci są gorący i bez twojej pomocy. Zachowaj więc swoją iskrę na inne drwa.

- Nie wątpię, że Bóg, jego apostoł Langhorne i archanioł Schueler zajmą się tym w swoim czasie - rzekł na głos. - Albowiem to sprawa Boga i Kościoła Matki, i im ją zostawiam! Lecz co się stanie poza Kościołem... co się stanie w Corisandzie albo tutaj, na ulicach Manchyru... to już ludzka sprawa. Nasza sprawa! Bo człowiek musi wiedzieć, za czym stoi, a kiedy już to wie, musi stać za tym murem, a nie machać rękami jak wiatrak i narzekać, że powinno być inaczej...

Ostatnie słowo wymsknęło mu się na wpół falsetem, na wpół pogardliwym prychnięciem i Hainree poczuł wzbierający w nim znów gniew.

- Hektor! - wrzasnął szczapowaty człowieczek z paskudnie kiedyś rozoranym, a teraz zabliźnionym policzkiem.

Hainree wprawdzie go nie dostrzegł, ale od razu rozpoznał głos. I nic dziwnego. W końcu Rahn Aimayl był jednym ze starszych czeladników w jego warsztacie, zanim inwazja Charisu na Corisand doprowadziła go do ruiny, podobnie jak wielu innych rzemieślników oblężonej stolicy; co więcej, Hainree na własne oczy widział, jak rozbita forma i strumień roztopionego srebra ranią twarz Aimayla.

- Hektor! - powtarzał Aimayl raz po raz. - Hektor!

- Hektor, Hektor! - podchwycili inni, a ktoś, kto by akurat patrzył na mówcę, mógłby pomyśleć, że ma przed sobą uśmiechającego się jaszczurodrapa.

- No! - podjął Hainree. - Cokolwiek mówić, nas jest znacznie więcej niż ich! I nie wiem, co wy myślicie, ale moim zdaniem wcale nie wszyscy nasi wielcy panowie i członkowie parlamentu chcą się podlizywać Caylebowi jak ta cała rada regencyjna! Może trzeba by pokazać, że i my nie zamierzamy tego robić!

* * *

- Hektor! Hektor!

Sierżant Edvard Waistyn skrzywił się, gdy tłum naparł, a krzyki stały się głośniejsze i groźniejsze. Nie miał kłopotu z rozróżnieniem słów, mimo że całkiem niedaleko rozdzwoniły się majestatycznie dzwony katedry. Oczywiście niewykluczone, że z taką łatwością zrozumiał, co skanduje tłum, dlatego że w minionych kilku pięciodniach nasłuchał się niemało podobnych okrzyków.

Niestety nie zanosi się na to, abym w nadchodzących kilku pięciodniach miał wysłuchiwać czegoś innego, pomyślał ponuro.

Sierżant, jeden ze snajperów-zwiadowców pierwszego batalionu trzeciej brygady piechoty morskiej Charisu, leżał jak długi na dachu, badawczym wzrokiem wodząc po wąskiej uliczce poniżej. Tłum płynący w dole nawet pomimo cienia rzucanego przez budynki po obu stronach w jego oczach zdawał się wahać. Gniew ludzi był nieudawany i sierżant nie wątpił, że wyruszyli przepełnieni szczerą wściekłością, teraz jednak w polu ich widzenia pojawiała się kopuła katedry z dzwonnicami po bokach. Pomysł okazywania... niezadowolenia przestał być sprawą odległej przyszłości. Dotyczył jak najbardziej teraźniejszości, tutaj i w chwili obecnej, i mógł przynieść niemiłe konsekwencje przynajmniej dla niektórych.

Aczkolwiek, pomyślał sierżant, nie sądzę, żeby to się miało rozejść po kościach. Wyczuwam trwałe łamanie w stawach, a nawet artretyzm.

Czujnym wzrokiem omiatał powoli ciżbę składającą się z mężczyzn oraz chłopców wymachujących pięściami i rzucających przekleństwa w stronę uzbrojonych w strzelby, odzianych w tradycyjne stroje piechoty morskiej Charisu - to jest białe spodnie i granatowe tuniki - żołnierzy, którzy otoczyli kordonem budynek katedry w Manchyrze. Strażnicy ci tworzyli żywą granicę pomiędzy krzykaczami a innym tłumem - cichszym, szybszym, poruszającym się po stopniach za nimi.

Jak dotąd żadna z tych sporadycznych "spontanicznych demonstracji" nie zakłóciła spokoju świątyni ani przyległych terenów. Właściwie to Waistyn był zdziwiony, że jeszcze do tego nie doszło, zważywszy, że "heretycki" Kościół Charisu dawał ludziom do ręki gotową broń przeciwko charisjańskiemu okupantowi. Może więc w Corisandzie było więcej niezadowolonych z istniejącego stanu rzeczy, gdy idzie o sprawy religijne, aniżeli sierżant byłby skłonny przyznać przed najazdem? A może raczej nawet najbardziej zawzięty buntownik dwa razy się zastanowił, zanim naruszył świętość Kościoła Matki?

Tak czy owak, ten tłumek wydaje się bardziej żądny przygód niż jego poprzednicy, z przekąsem stwierdził w duchu sierżant.

- Zdrajcy! - Ten okrzyk jakoś zdołał się przebić przez monotonny zaśpiew, który tak naprawdę był skandowanym bez końca imieniem zamordowanego corisandzkiego księcia. - Mordercy! Zabójcy!

- Wynoście się! Wynoście się, ale to już, i zabierzcie ze sobą tego swojego "cesarza" mordercę!

- Hektor! Hektor!

Krzyki stały się jeszcze głośniejsze, o ile w ogóle było to możliwe, i tłum począł napierać znowu, jakby z większą pewnością siebie, zupełnie jak gdyby wywrzaskiwane przekleństwa przepędziły precz wahanie ostatnich minut.

Szkoda, że nie ma tu generała Gahrvaia z jego ludźmi, zauważył w myślach Waistyn. Jeśli sprawy przybiorą tak zły obrót, na jaki chyba się zapowiada...

Grupa zbrojnych w biało-pomarańczowych barwach straży arcybiskupiej maszerowała miarowym krokiem ku katedrze, a głosy protestujących znowu przybrały na sile, gdy ci dostrzegli białą sutannę oraz przewiązany biało-pomarańczową kokardą czepiec na głowie człowieka idącego na czele kolumny.

- Heretyk! Zdrajca! - krzyknął ktoś. - Langhorne pozna swoich... i Shan-wei także!

Cudownie, skwitował w duchu Waistyn, krzywiąc się z niesmakiem. Nie mógł po prostu wejść od tyłu, prawda? No, nie bądźże głupcem, Edvardzie... Oczywiście, że nie mógł! Nie dziś!...

Sierżant potrząsnął głową. Zapowiadała się pyszna zabawa...

* * *

Na poziomie ulicy porucznik Brahd Tahlas, młody oficer dowodzący drugiego plutonu kompanii alfa, miał podobne myśli jak stary sierżant weteran na stanowisku powyżej niego. Szczerze mówiąc, były one o wiele jaśniej sformułowane z uwagi na bezpośrednią bliskość stale nacierającego tłumu.

Oraz ciążącą na nim bezpośrednią odpowiedzialność.

- Nie mogę powiedzieć, aby to mi się specjalnie podobało, sir - mruknął plutonowy Zhak Maigee.

Plutonowy był dwakroć starszy od Tahlasa, a w Królewskiej Piechocie Morskiej służył od piętnastego roku życia. Od tamtej pory zwiedził mnóstwo egzotycznych miejsc i zobaczył wiele rzeczy - czy też, jak czasem sam to ujmował: "Poznał wielu interesujących ludzi... a potem ich zabił!". Jedno można było o nim powiedzieć z całą pewnością - wiedział, co robi. To zazwyczaj czyniło zeń mile widzianego towarzysza, lecz w tym akurat momencie przybrał wyraz skupionego, skoncentrowanego w całości na bieżącym problemie doświadczonego podoficera. Był świadkiem sytuacji, która mogła się potoczyć w rozmaitych kierunkach, ale na pewno w żadnym dobrym. Dlatego odezwał się ściszonym głosem, tak by usłyszał go tylko Tahlas, który w odpowiedzi wzruszył ramionami.

- Ja też nie jestem zachwycony - przyznał również szeptem, nie mogąc się nadziwić własnemu opanowaniu. - Jeśli macie jakiekolwiek sugestie, jak w cudowny sposób zachęcić tych idiotów do zniknięcia, jestem na nie otwarty.

Pomimo powagi położenia Maigee parsknął. Lubił swego młodego przełożonego, któremu nie można było odmówić tego, że ma mocne nerwy. Zapewne z ich powodu został wyznaczony na obecne stanowisko przez majora Portyra.

- Cóż, sir, w tej akurat chwili nic mi nie przychodzi do głowy. Zastanowię się jeszcze i jeśli na coś wpadnę, natychmiast pana zawiadomię.

- Świetnie. Tymczasem miej oko na tych tam obok latarni. - Tahlas machnął lekko ręką, wskazując grupkę mężczyzn, o których mu chodziło. - Przyglądam im się od dłuższej chwili. Większość tych idiotów to zwykłe mąciwody i hołota, jakiej można by się spodziewać, ale nie ci tam.

Maigee przypatrzył się wskazanej przez Tahlasa grupce Corisandczyków i w duchu przyznał przełożonemu rację. Ci konkretni mężczyźni ani nie stali na czele tłumu, ani nie czaili się gdzieś z tyłu. Wydawali się jednak podejrzanie... zwarci. Jakby byli grupą samą w sobie, a nie częścią tłumu. Przyglądali się otaczającym ich ludziom z natężeniem odbiegającym od tego, które można było dojrzeć w oczach pozostałych. Niektórzy z protestujących odwzajemniali te spojrzenia. Zupełnie jakby... czekali na coś. Bądź też czegoś się spodziewali.

* * *

Straż kościelna zbliżyła się jeszcze bardziej i Waistyn nie mógł nie zauważyć, że tłum zrobił się agresywniejszy. Głośniejszy stać się już nie mógł, więc zamiast tego jął rzucać przekleństwami i obelgami o wyraźnym, niedwuznacznym religijnym zabarwieniu, które dołączyły do ciągłego zaśpiewu będącego powtarzanym bez ustanku imieniem księcia Hektora.

- No dobra, chłopaki - rzekł sierżant spokojnie do reszty snajperów-zwiadowców, którzy zajmowali z nim pozycje na dachu. - Sprawdźcie spłonki, ale niech mi żaden nawet okiem nie mrugnie bez rozkazu.

Odpowiedział mu cichy chór potwierdzeń, na co Waistyn chrząknął z aprobatą, ani na moment nie odrywając spojrzenia od ulicy w dole. Wbrew własnemu napomnieniu nie martwił się, że któregoś z jego chłopców zaświerzbi palec spragniony zetknięcia ze spustem. Ci ludzie byli zaprawionymi w boju żołnierzami piechoty morskiej i wszyscy wysłuchali słów majora Portyra, który wyraził się jasno - można by nawet rzec: boleśnie jasno. Ostatnie, czego było im trzeba, to otwarcie ognia do "nieuzbrojonego tłumu" cywilów na ulicach stolicy Corisandu. No, może przedostatnie... Waistyn był prawie pewien, że jeszcze gorzej zostałby odebrany nieszczęśliwy wypadek arcybiskupa Klairmanta. Właśnie po to tkwił na dachu ze swoim oddziałem - aby zapobiec takiej ewentualności.

Problem w tym, że jeśli nie zaczniemy strzelać w tym samym momencie, gdy ktoś znajdzie się w odległości strzału od hierarchy, możemy być ździebko spóźnieni, zwłaszcza gdy idzie o tę część z zapobieganiem, pomyślał kwaśno sierżant.

* * *

- Bluźniercy! - krzyknął Charlz Dobyns, grożąc pięścią nadchodzącej straży arcybiskupiej. Głos mu się łamał, do czego niestety miał tendencję w stresujących sytuacjach, ale oczy wciąż lśniły podnieceniem.

Gwoli szczerości, Charlz tak naprawdę nie opowiadał się jakoś szczególnie silnie po żadnej ze stron w idiotycznym jego zdaniem konflikcie z "Kościołem Charisu". I bynajmniej nie sam wpadł na pomysł, co będzie krzyczał - podpowiedział mu to kolega jego starszego brata, Rahn Aimayl. Lecz nie on jeden wykrzykiwał właśnie to słowo. Co najmniej sześć osób w tłumie, w większości rówieśnicy Charlza, również wrzeszczeli: "Bluźniercy!", tak jak im kazano, gdy tylko w polu widzenia pojawiał się arcybiskup Klairmant.

Sądząc z reakcji otaczających ich ludzi, Rahn nie mylił się, zapewniając, że oskarżenie o bluźnierstwo okaże się niezwykle skuteczne.

Charlz osobiście nie był do końca pewien, co dokładnie znaczy "bluźnierstwo" - jeśli nie liczyć razów zbieranych od matki, tłukącej go, ilekroć niepotrzebnie odwoływał się do imienia Langhorne'a. Nie rozumiał zupełnie, czym doktryna Charisjan może się różnić od tej obowiązującej w reszcie Kościoła. Żaden był z niego ksiądz i nie zamierzał udawać, że jest inaczej. Mimo to nawet jemu przychodziła z trudem wiara w orgie na ołtarzach i ofiary z dzieci. Rozsądek podpowiadał mu, że gdyby coś takiego działo się tutaj, w katedrze, wszyscy by o tym wiedzieli, a jak na razie nie spotkał nikogo, kto byłby naocznym świadkiem podobnych wydarzeń. Ani nawet nie słyszał o tym od kogoś, komu ufałby w sprawie tak prostej jak pogoda za oknem.

Co do reszty, jego zdaniem cały ten nowy "Kościół" może i miał trochę racji. Jeśli bowiem choć ćwierć z tego, co niektórzy gadali o tak zwanej Grupie Czworga, było prawdą, łatwo dało się zrozumieć, że ten czy ów mógł się wściec na jej członków. Ale to także nie miało znaczenia. Byli przecież wikariuszami, a z tego co widział Charlz, słowo wikariuszy stanowiło prawo. On więc na pewno nie zamierzał przeciw nim występować. Jeśli chciał to robić kto inny, wolna droga; Charlz wiedział, że całkiem sporo Corisandczyków zgadza się z Charisjanami. Po prawdzie, nawet w tej chwili znacznie więcej ludzi znajdowało się wewnątrz katedry niż przed nią.

Skoro już o tym mowa, rodzona matka Charlza była gospodynią na plebanii u Świętej Kathryn, a on doskonale wiedział, gdzie rodzicielka jest teraz. W ostatnich pięciodniach nasłuchał się, że nawet ojciec Tymahn coraz bardziej się skłania ku temu nowemu Kościołowi Charisu.

Jednakże i to właściwie się nie liczyło w wypadku Charlza. Na ogół podzielał matczyny respekt dla ojca Tymahna, ale tym razem uważał, że matce umyka sedno sprawy. Albowiem wcale nie chodziło o doktrynę ani o to, kto tu w Manchyrze nosi arcybiskupi czepiec... czy też nie chodziłoby o to, kto nosi ten czepiec, gdyby człowiek ów nie przysiągł wierności zarówno Kościołowi, jak i Imperium Charisu, aby go dostać!

Nie w tym rzecz, że Charlz był fanatycznym patriotą. W Corisandzie w ogóle nie było tak znów wielu patriotów, przynajmniej w rozumieniu obywateli nieistniejącej od tysiąclecia Federacji Terrańskiej. Lojalność na Schronieniu - może z wyjątkiem dwu krain, Charisu i Siddarmarku - ograniczała się do hołdów składanych najbliższemu baronowi, hrabiemu czy księciu. No, może jeszcze władcy takiemu czy innemu. Nigdy jednak nie dotyczyła narodu czy czegoś takiego jak państwo. Młody Charlz na przykład uważał się po prostu za Manchyrczyka, mieszkańca miasta Manchyr, a dopiero potem za poddanego księcia Manchyru. A gdy Hektor zasiadał na tronie, również za członka społeczności Corisandu.

Poza tym Charlz nigdy nie zastanawiał się głębiej nad zależnościami, w jakie jest uwikłany, a już na pewno nie robił tego przed inwazją Charisu. Co więcej, nie orientował się za dokładnie, co sprowokowało wrogość między Corisandem i Charisem. Na jego usprawiedliwienie można powiedzieć, że miał zaledwie szesnaście lat wedle rachuby Schronienia (to jest czternaście i pół, licząc wedle rachuby stosowanej na od dawna wyludnionej Ziemi), i nie orientował się w wielu sprawach. Nie miał jednak wątpliwości co do tego, że Corisand został zaatakowany, że miasto, w którym żył, znalazło się w stanie oblężenia, że armia Corisandu poszła w rozsypkę, i wreszcie że książę Hektor - jedyny wyrazisty (przynajmniej dla niego) symbol corisandzkiej tożsamości i jedności - zginął zamordowany.

Tyle wystarczyłoby do zdenerwowania każdego, prawda?

A jednak gdyby cokolwiek zależało od niego, byłby skłonny machnąć ręką, spuścić głowę i trzymać kciuki, żeby wszystko się ułożyło. Tymczasem nic od niego nie zależało. A w Manchyrze nie brakowało mieszkańców, którzy wcale nie zamierzali machać ręką ani spuszczać głowy - i to właśnie ci stawali się coraz głośniejsi i coraz bardziej natarczywi. Nawet Charlz zdawał sobie sprawę, że wkrótce ludzie zaczną stawać po którejś ze stron, a kiedy do tego przyjdzie, on nie będzie miał kłopotu z wyborem. Jakakolwiek była przyczyna waśni między Corisandem i Charisem, Charlz nie chciał, aby jacyś szmatławi obcokrajowcy wtykali patyki w gniazdo szerszeni w jego mieście rodzinnym.

(Bo to, że byli szmatławi, nie ulega kwestii, prawda? Przecież wszyscy obcokrajowcy są szmatławi!)

- Bluźniercy! - zakrzyknął więc ponownie Charlz.

- Bluźniercy! - usłyszał okrzyk kogoś innego.

Nie rozpoznał głosu. Zupełnie obcy ludzie podchwytywali zawołanie wojenne Charlza i jego przyjaciół. Chłopak wyszczerzył wszystkie zęby w uśmiechu, sięgnął pod tunikę i dotknął krótkiej ciężkiej pałki, którą trzymał zatkniętą za pasem.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki