Rozdział I
Zaślubiny
Będą nas winić za to, kim jesteśmy. Będą pluć i potępiać. Będą kląć, aż staniemy się zapomniani. To nieważne. Ostatecznie dobrzy okażą się złymi, a źli dobrymi. I tylko bogowie będą mogli nas osądzić.
Pięć Tomów Sentencji,
Poeta Verle
*
Intrencjusz Vultris poprawił kołnierz odświętnej koszuli, po czym obdarzył strażników znaczącym spojrzeniem. Przystrojeni w barwy cesarstwa mężczyźni natychmiast rzucili się na dwuskrzydłowe drzwi, wpuszczając gościa w progi komnaty.
Podskarbi odchrząknął i skwapliwie skorzystał z ich usłużności, wchodząc do środka. Urządzony na zachodnią modłę pokój nie przypadł mu do gustu. Mimo że dzieciństwo spędził w Anden, lyryjska prostota wystroju podobała mu się o wiele bardziej. Tutaj było zbyt pstrokato.
Naherys jednak nie protestowała, gdy pan na Santre zaproponował te komnaty. Przecież sama nalegała, aby jej obecność na uroczystości do ostatniej chwili pozostawała tajemnicą.
- Intrencjuszu. - Ciemne spojrzenie spowiło jego postać. Dłoń władczyni nie przestawała gładzić białego kota o wyjątkowo długim futrze, który nawet nie raczył spojrzeć na wchodzącego gościa. - Czy wszystko zostało przygotowane?
Mężczyzna skłonił się, zerkając na zwierzę z niezadowoleniem. Nie przepadał za kotami, a w Santre jak na złość było ich porażająco dużo.
Cesarzowa jednak najwyraźniej nie podzielała jego antypatii.
- Tak, Wasza Cesarska Mość - odparł powściągliwie. - Strażnicy są na swoich stanowiskach. Więzienna karoca również. Wprowadziłem na salę dwóch Władców Cieni, ich obecność z pewnością zagwarantuje nam przewagę.
- Przewagę. - Naherys parsknęła z udawanym rozbawieniem. - Intrencjuszu, moja przewaga zarysowała się wyraźnie w momencie, w którym przekroczyłam bramy tego miasta. Nie potrzebuję ciebie, strażników, karocy, a nawet Władców Cieni. Dziewczyna i tak jest moja.
Podskarbi zacisnął zęby, ale ponownie dygnął.
- Jeżeli będzie stawiać opór...
- Nie będzie - zaprzeczyła natychmiast Naherys. - Jest głupiutka, jej opór bierze się z przeświadczenia o własnej wartości. Gdy tylko wejdę na salę, to przeświadczenie wyparuje. Przypomnę jej, że w rzeczywistości należy do mnie.
- Nie rozumiem tylko...
- Nie musisz - zagrzmiała w odpowiedzi. - Czy znalazłeś dla mnie winowajcę tej całej... - skrzywiła się - afery?
Vultris przełknął ślinę. Wiedział, że to pytanie w końcu padnie, a on znowu pogrąży się w niełasce.
- DeArtes zniknął, Wasza Cesarska Mość. Tak samo jak widziane w Kotlinie Kota oddziały. Kazałem szpiegom w całym Lyr wypatrywać obcych, ale w cesarstwie jest zbyt wiele dróg.
- Jest na południu - stwierdziła Naherys pewnie. Chłód w jej głosie obniżył temperaturę w komnacie o kilka stopni. - Z tymi buntownikami. Podłymi zdrajcami.
- Południe nie wypowiedziało otwarcie żadnej wojny. Wydaje mi się, że oni...
- Dość - warknęła. - Mam dość twojego zbędnego gadania. Twoi szpiedzy są doprawdy bezwartościowi, jeżeli nie potrafią znaleźć na skrawku moich południowych włości jednego zdradzieckiego psa i jego złodziejskiej suki. - Westchnęła, uspokajając oddech. - Wyjdź stąd, Intrencjuszu. Zawiodłeś mnie tak jak inni. Czasami wydaje mi się, że niewyedukowany chłop rozprawiłyby się z wrogami cesarstwa lepiej niż wy.
Podskarbi opanował drżenie rąk, po raz kolejny skłonił się przed władczynią i ruszył ku drzwiom.
- Przywołaj moje służki - zawołała za nim. - W końcu to ślub mojej wiernej poddanej. Muszę prezentować się wyśmienicie.
*
Varlana uśmiechnęła się z radością, podziwiając swoje odbicie w lustrze. Wiedziała, że dzisiejszy dzień należy do niej - sama czuła się jak księżniczka. Jak sama cesarzowa. Nigdy nie sądziła, by pozycja papy mogła pozwolić jej na tak dobre zamążpójście. Wprawdzie należeli do jednego ze znaczniejszych lyryjskich rodów, ale w rodzinie brakowało pieniędzy. Varlana już od dzieciństwa była przygotowywana do zaślubienia kogoś, kto nie wniesie dobrego nazwiska, lecz pokaźny majątek.
Właśnie dlatego zapragnęła wymknąć się przeznaczeniu - zrobić na przekór rodzinie i losowi, który zgotował jej tak nudną dolę. Bez wiedzy ojca zgłosiła się do bezpośredniej służby cesarzowej. Wiedziała, że sama musi zawalczyć o swoją pozycję.
Naherys sceptycznie zareagowała na zapał młodej dziewczyny. Wysłała ją na szkolenie oddziałów specjalnych, ale szybko okazało się, że jedyne dziecko rodu Penkhellow nie posiada cudownych talentów. Po miesiącach nudnych treningów w końcu znalazło się odpowiednie zadanie dla Varlany. Trafiła do oddziału pościgowego wysłanego za bezczelną złodziejką. To, że miała w gruncie rzeczy jedynie donosić o występkach generała, traktowała jako coś nieszkodliwego. Została szpiegiem - kimś przydatnym. Kimś, kto może się wykazać. Nigdy nie zastanawiała się, w jakiej grze właściwie wzięła udział.
A potem wszystko potoczyło się inaczej, niż sobie wyobrażała. Przeciągające się poszukiwania, niewygoda, impertynenccy towarzysze i porażka, po której Varlana wróciła z Blytale'em do Carde. Do tego okazało się, że generał północy chciał najzwyczajniej w świecie ją wykorzystać. Ją! Młodą damę z dobrego domu!
Nieoczekiwana wieść o ślubie była dla niej darem od losu - próbą zadośćuczynienia za te wszystkie rozczarowania. Dziewczyna przyjęła ten podarunek z wrodzoną pewnością siebie. Dziedzic pana na Santre nie tylko spełniał wymagania papy pod względem majątku, ale i należał do wyższej półki kawalerów Lyr. A to tego onieśmielał swoją urodą i zachodnim obyciem.
Prawdziwy książę na białym koniu.
- Wszystko gotowe, pani. - Kuzynka pana młodego rozpromieniła się, obdarzając dziewczynę roziskrzonym spojrzeniem. - Wyglądasz doskonale. Jestem pewna, że mój kuzyn nie zasłużył sobie na taką piękność. - Varlana miała wrażenie, że w ostatnich słowach dziewczyny pojawiła się złośliwość, ale w takim dniu nie miała w sobie miejsca na gniew.
- Myślisz, że długo mu to zajmie? No wiesz, kapłanowi? - Młoda Penkhellow mimowolnie poprawiła fałdę sukni i po raz kolejny z przyjemnością przejrzała się w lustrze.
Symbolizująca nowe życie biel wspaniale podkreślała jej delikatną urodę - idealnie komponowała się z puklami jasnych włosów. Natomiast czarny tiul - symbol Daarath, śmierci czekającej na końcu każdej ścieżki - dodawał pannie młodej powabu i ostrości.
Wymarzona suknia - pomyślała Varlana, uśmiechając się po raz kolejny.
- Niestety, obawiam się, że ceremonia potrwa długo - odparła kuzynka spokojnie. - Kapłani Daarath słyną z przeciągania różnych uroczystości. Kochają słowa na równi z tym ich bogiem.
- Ich bogiem? - Brwi Varlany powędrowały ku górze. - Czy naszym?
- Wkrótce zrozumiesz, pani, że w Santre trochę inaczej podchodzi się do wiary. - Kuzynka dziedzica skrzywiła się niezauważalnie. - Nie jesteśmy tak rygorystyczni jak w pozostałych częściach Lyr.
Panna młoda tylko pokiwała głową. Ona też nie należała do najwierniejszych sług swojej wiary. Przyjęła ją, ponieważ tak nakazała cesarzowa. Nikt nie wiedział, dlaczego władczyni naciska na tę kwestię, ale nikt też wyborów Naherys kwestionować nie zamierzał. Varlana uczestniczyła w comiesięcznych ceremoniach w katedrze w Maren, jednak sprawa Daarath - ponurego boga - nigdy nie zajmowała na dłużej jej myśli.
- Szkoda, że zaślubiny nie odbędą się w starym obrządku - stwierdziła, siląc się na obojętność. - To byłoby ciekawe doświadczenie.
Kuzynka wzruszyła ramionami.
- Zaślubiny na dziko nie pasowałyby do naszej rodziny. Gdyby cesarzowa się o tym dowiedziała... - Mówiąc to, zadrżała z przestrachem. Jakby w obawie, że Naherys za chwilę wyłoni się zza firany. - Musimy już iść, pani. W złym guście jest zanadto spóźniać się na własne zaślubiny.
*
Ołtarz przystrojono bukietami białych tulipanów. Stojące na piedestale uosobienie śmierci rozpościerało ręce z czarnego marmuru, witając w swoich progach wszystkich przybyłych gości. Ten przyjazny gest nie zmywał jednak innych widocznych oznak czyhającej w ramionach groźby. Śmierć zapraszała na koniec. Na początek wszystkich końców, paradoksalną pętlę, która wieńczyła życie ludzi.
W lożach po obu stronach zasiadali szanowni oficjele. Wszyscy wystrojeni w najlepsze szaty, podekscytowani podniosłością chwili. Na ten jeden dzień katedra ponurego bóstwa zamieniła się w pole tulipanów, kolorowych sukien oraz barw Santre i Cesarstwa Lyr.
Krocząc środkową nawą, Varlana czuła się jak we śnie. W pięknej wizji swojego zwycięstwa. Tuż za nią podążali jej rodzice. Głowa rodu Penkhellow jeszcze nigdy nie wyglądała tak dumnie, natomiast matka... Varlana nie rozumiała dziwnego grymasu na jej ustach, ale nie zamierzała w to wnikać.
W końcu to była chwila triumfu.
Dziedzic pana na Santre czekał na nią tuż pod nogami olbrzymiego posągu Daarath. Varlana zrozumiała, że musiała urodzić się w dniu szczęśliwej gwiazdy, gdy tylko zobaczyła go po raz pierwszy. Młodzieniec był najprzystojniejszym mężczyzną, jakiego dotąd spotkała. Jasne włosy wspaniale kontrastowały z błękitem jego oczu, a smukła twarz i wyraziste rysy nadawały mu rycerskiego wyglądu. Podał dziewczynie dłoń - chłodną i zgrabną, a ona z wdzięcznością przyjęła zaproszenie. Nie mogła opanować szerokiego uśmiechu, który zakwitł na jej ustach.
Rodzice panny młodej zasiedli w swojej loży, zaraz obok pana na Santre i jego małżonki. W katedrze zapanowała całkowita cisza.
- Zebraliśmy się tu - zagrzmiał kapłan stojący na podwyższeniu - w obliczu Daarath, boga jedynej wartości, by w śmierci połączyć dusze dwojga miłujących się ludzi. Obłaskawiając naszego pana darami, a także obietnicą służby, zaskarbiamy sobie jego przychylność w życiu po życiu.
Varlana z trudem przypomniała sobie, jak oddychać. Jeszcze chwila - powtarzała sobie w myślach. Jeszcze moment i stanę się jedną z najbardziej szanowanych dam w Lyr.
- Czy ty, Allenie DeSantre, synu lorda DeSantre i oddany sługo Daarath, godzisz się pojąć za żonę Varlanę Penkhellow, córkę lorda Penkhellow i oddaną sługę Daarath?
- Tak - odparł pośpiesznie młodzieniec. Jego błękitne oczy zabłysły w dziwnej imitacji radości.
- Czy godzisz się służyć swojej małżonce nie tylko w tym życiu, ale i po śmierci, gdy Daarath na nowo połączy wasze dusze?
- Tak. - Kolejna prędka odpowiedź.
Kapłan odchrząknął i spojrzał na wszystkich z wyższością, po czym odwrócił się w stronę bladej Varlany.
- Czy ty, Varlano Penkhellow, córko lorda Penkhellow i oddana sługo Daarath, godzisz się pojąć za męża Allena DeSatre, syna lorda DeSantre i oddanego sługę Daarath?
- Tak - wyszeptała dziewczyna, nabierając tchu.
- Czy godzisz się służyć swojemu małżonkowi nie tylko w tym życiu, ale i po śmierci, gdy Daarath na nowo połączy wasze dusze?
- Tak - odparła nieco głośniej.
Kapłan wyprostował się z dumą i raz jeszcze spojrzał na wszystkich zgromadzonych w katedrze.
- Nim przejdziemy do dalszej części ceremonii, muszę zadać wam, pokorni słudzy, jedno pytanie. - Pozwolił, by to zdanie zawisło w powietrzu i dotarło do każdego z gości. - Czy jest wśród nas ktoś, kto sprzeciwia się związkowi Allena DeSantre i Varlany Penkhellow?
Minuta ciszy, dwie, trzy. Panna młoda miała wrażenie, że jej serce za moment wyskoczy z klatki piersiowej.
- W takim razie, skoro nie ma nikogo...
- Właściwie... - Dobiegło nagle z ostatnich loży. - Właściwie to mam pewne obiekcje.
Głowy wszystkich pomknęły w kierunku, z którego dochodził władczy głos. Katedra wypełniła się zdumionymi szeptami i szelestem kosztownego materiału.
Kapłan zmarszczył brwi z gniewem. Varlana spojrzała na dziedzica, który wydawał się na równi zszokowany.
- Kim jesteś, pani? I jakie wnosisz dowody?
Kobieta z tylnej loży odsłoniła gustowny welon, ukazując swoje oblicze. Wszyscy natychmiast umilkli, jakby magia podstępnie zasznurowała im języki.
- Jestem twoją cesarzową, kapłanie - odparła ze złością. Zgrabnie opuściła swoje miejsce, ruszając ku ołtarzowi. Doskonale wiedziała, że wszystkie spojrzenia koncentrują się na jej postaci. - Naherys Pierwsza Tego Imienia, Cesarzowa Lyr, Pani ziem Annamaru, Goldportu, Nademii, Carde, Złotogrodu, Aldris, a także Santre - dodała ze złośliwym uśmiechem. - Obecna tutaj Varlana Penkhellow przysięgała mi dozgonną służbę. Jej słowo należy zatem do mnie. Do nikogo innego.
Nie, nie, nie. Myśli dziewczyny szalały, wzburzone nagłym strachem. To nie dzieje się naprawdę!
- Wasza Cesarska Mość. - Ojciec Varlany ukłonił się niezgrabnie. Jego nogi drżały. - Nasza córka pozostanie wiernym sługą Cesarstwa Lyr. Te zaślubiny nie zmienią...
Naherys nie zamierzała go słuchać. Zagrała już swoją część przedstawienia - idealnie weszła w rolę, czekając do ostatniego momentu. Spojrzała na dwóch mężczyzn, którzy schowali się w cieniu potężnych filarów. Władcy Cieni tylko czekali na jej rozkaz.
- Weźcie ją. - Kiwnęła głową w stronę Varlany. - Zaślubiny właśnie dobiegły końca.
*
Przedarcie się przez strażników nie przedstawiało większych problemów. Małe miasteczko na północy szykowało się do czegoś. Rai nie miał pojęcia, dlaczego większa część służby biegała po niewielkim zameczku jak poparzona, ale szczerze powiedziawszy, niewiele go to obchodziło.
Gorączkowe przygotowania i porządki ułatwiły mu zadanie. Bez trudu znalazł przejście do prywatnych komnat kogoś, kto rządził tą dziurą na końcu świata. Wyminął służbę, wyminął strażników i nawet zamki w drzwiach nie czyniły mu problemów. Zupełnie jakby przyświecała mu gwiazda szczęścia.
To jest za proste - pomyślał, rozglądając się po zwykłej sypialni. Na łóżku leżała nowa, czysta pościel, z komód i mebli pościerano kurze, a wszystkie ozdoby oraz cenne rzeczy porozstawiano tak, by cieszyły oko.
- Oko złodzieja - mruknął pod nosem Rai, przechadzając się po pomieszczeniu. Zajrzał do kilku szuflad, przeszukał szafy i komody. Nie mógł się jednak zdecydować na nic konkretnego.
- Zabierz coś, co wpadnie ci w oko - powiedział mu chochlik wcześniej. - Oko złodzieja - dodał złośliwie. - Nie musisz mi nawet tego przynosić, nie zależy mi na nagrodzie, tylko na zakładzie.
- To skąd będziesz wiedział, że wypełniłem swoją część umowy? - zapytał wtedy.
- Po prostu będę - odparł chochlik chłodno, po czym rozpłynął się w mroku zimowej nocy.
Rai przeklinał pod nosem swoją głupotę, ale wiedział, że zakład z Dzieckiem Starej Magii jest ostatnią deską ratunku. Wszędzie szukał śladów swojego zaginionego dziecka, jednak wielomiesięczne śledztwo nie przyniosło żadnych rezultatów. Chochlik mógł mu udzielić informacji, na których trop Rai nigdy by nie wpadł.
- Cholera - warknął ze złością, po czym chwycił leżący na komódce sztylet. Wysadzana drobnymi, świecącymi kamykami rękojeść wyglądała na kosztowną. - Powinno się nadać.
Bez wyrzutów sumienia wsunął broń za pazuchę swojego długiego płaszcza i spokojnym krokiem opuścił komnatę. "Kluczem do sukcesu jest spokój", powtarzali mnisi na Wyspach Zamkniętych. Rai przez większość życia starał się stosować do tej filozofii.
- Złodziej! - krzyknął ktoś gwałtownie tuż za nim. Mężczyzna odwrócił się na pięcie, dostrzegając młodą służkę, która wpatrywała się w niego z przerażeniem. - Straż! Złodziej!
Bez chwili zwłoki ruszył przed siebie. Przebiegł przez dwa wąskie korytarze, spowalniając tempo czasu, uchylił się przed dwoma strażnikami, którzy zastąpili mu drogę, i już po chwili wypadł na główny dziedziniec. Dysząc ciężko, zerknął za siebie, szukając oznak pościgu.
I właśnie wtedy popełnił błąd.
Jego głowa z impetem uderzyła o coś twardego, świat stracił kontury wyrazistości, a świadomość Rai ogarnęła ciemność. Nawet nie poczuł, gdy jego ciało z łoskotem runęło na ziemię.