Prolog
Dzień, w którym cały mój świat wywrócił się do góry nogami, zaczął się
jak każda sobota.
- Lacey! - zawołał tata. - Idziesz czy nie? Bo nie dotrzemy do kolacji!
Spojrzałam w lustro i zrobiłam minę. W każdą sobotę powtarzało się to
samo, może dlatego, że szykowałam się dłużej niż pozostali.
- Dlaczego po prostu nie możesz wcześniej wstać?
Mój brat Logan, jedenaście miesięcy starszy ode mnie, stanął w drzwiach
łazienki i z niezadowoleniem przyglądał się mojemu odbiciu. Wiedziałam,
że go po mnie wysłali. Nakładałam właśnie tusz na rzęsy i przerwałam, by
rzucić mu nienawistne spojrzenie.
- Bo muszę się wysypiać, żeby ładnie wyglądać - odparłam; starałam się,
by zabrzmiało to wyniośle.
Logan przewrócił oczami.
- Aaa - mruknął. - W takim razie chyba nadal śpisz za mało.
Cisnęłam w niego tubką pasty do zębów, ale zdążył się schować.
Po pięciu minutach zeszłam na dół. Tata, Logan i mój młodszy brat Tanner
stali już w przedpokoju w kurtkach i szalikach, gotowi do wyjścia. Była
dopiero połowa listopada, ale zrobiło się wyjątkowo zimno. W nocy złapał
przymrozek i trawę pokrył szron. Tata miał w rękach moją różową
puchówkę, a kiedy się zjawiłam, podał mi ją i puścił do mnie oczko,
unosząc przy tym kącik ust. Wiedziałam, że się wygłupia, ale kryje to
przed Loganem i Tannerem.
- Dlaczego zawsze musisz się tak grzebać? - rzucił Tanner. - Cieszę się,
że nie jestem dziewczyną.
Logan przybił mu piątkę. Tata podniósł na mnie wzrok.
- Czy Wasza Wysokość gotowa? - spytał i lekko się skłonił.
Zawsze tak żartował, kiedy się długo szykowałam. Choć czasem udawał, że
irytuje się jak Logan i Tanner, wiedziałam, że w duchu się na mnie nie
gniewa.
- A gdzie moja piękna żona? - zawołał śpiewnym tonem, kiedy zapinałam
kurtkę.
Mama wyszła z pokoju. Miała na sobie stary różowy szlafrok, ten sam,
który nosiła od lat i nie chciała go wyrzucić, bo był to pierwszy
prezent ode mnie i od Logana na gwiazdkę - Logan miał wtedy cztery lata,
a ja trzy i tata zabrał nas na świąteczne zakupy. W zeszłym roku
kupiliśmy jej nowy, ale za nic nie chciała zrezygnować ze starego.
Mama wyglądała jak zawsze rano: jej rudawobrązowe kręcone włosy do
ramion były przygniecione od poduszki i nieuczesane, a policzki
zaczerwienione i lekko opuchnięte, bo nie dotarła jeszcze do toaletki
wyposażonej w całą gamę kosmetyków do makijażu. Nieustająco żałowałam,
że nie odziedziczyłam po niej pięknych włosów, a po tacie -
nieskazitelnej cery, ale cóż, natura obdarzyła mnie przeciwnymi cechami:
miałam proste jak druty ciemnoblond włosy taty, które zawsze wyglądały
jak strąki, o ile nie podkręciłam ich trochę lokówką (na co, zważywszy
że dzieliłam łazienkę z dwoma chłopcami, nigdy nie wystarczało mi czasu)
i skłonną do trądziku cerę mamy. Całe szczęście istniał Clearasil,
jednak moją twarz i tak prawie zawsze zdobił przynajmniej jeden okazały
pryszcz, najczęściej możliwie najmniej atrakcyjnie położony, na przykład
pośrodku czoła lub w samym centrum brody.
- Zabierasz rodzinę i mnie opuszczasz? - spytała dramatycznie mama,
przyciskając ręce do serca. - I cóż ja teraz pocznę?
Mama powtarzała to samo co sobotę, gdy tata zabierał naszą trójkę na
śniadanie. Nazywał to "czasem dla ojca" i podczas gdy my wcinaliśmy
pancakes w Plymouth Diner, mama odbywała swój święty "czas dla matki",
który polegał na przesiadywaniu w szlafroku, popijaniu kawy i nakładaniu
maseczki przy jednoczesnym przewijaniu tych odcinków Chirurgów lub
Kryminalnych zagadek Las Vegas czy innego serialu, przy których w mijającym tygodniu przysnęła.
- Wasza matka sądzi, że robimy to dla niej - szeptał do nas tata, a mama
udawała, że nie słyszy - ale tak naprawdę to my mamy frajdę i obżeramy
się tłustym bekonem i plackami ziemniaczanymi, nie?
To był nasz poranny sobotni rytuał, odkąd pamiętałam. I ważny punkt
każdego tygodnia. Przy śniadaniu tata, Logan, Tanner i ja rozmawialiśmy
o szkole, o kolegach i tak dalej, a Tanner, który w przyszłości chciał
zostać komikiem, opowiadał jakiś głupi dowcip podchwycony w szkole lub w internecie. Kiedy wracaliśmy do domu, było tam zawsze trochę czyściej, a mama miała dobry humor. Jeśli nikogo nie czekało nic pilnego do
zrobienia, ruszaliśmy wszyscy na wycieczkę albo na rowery lub pograć w tenisa w lokalnym klubie, gdzie, jak zawsze upierała się mama,
powinniśmy wykupić członkostwo, a tata bez przekonania protestował.
Mama pocałowała tatę na pożegnanie, cmoknęła każde z nas w czubek głowy
i wyszliśmy.
- Pasy zapięte? - spytał tata, zapuszczając silnik samochodu.
Logan usiadł na miejscu pasażera z przodu.
- Tak jest! - odkrzyknęliśmy chórem.
Tata się odwrócił, uśmiechnął się do mnie i Tannera, siedzących z tyłu,
zapiął swój pas i wrzucił wsteczny. Kiedy wyjeżdżaliśmy z podjazdu,
zatrąbił do mamy i posłał jej całusa.
- Obciach! - jęknęliśmy z Loganem, a Tanner się zaśmiał.
Mama się uśmiechnęła, pomachała nam od drzwi i cofnęła się do domu.
Po trzech minutach wyjechaliśmy z naszej dzielnicy, Plymouth Heights, na
główną ulicę. Strasznie to dziwne, że aż do ostatniej chwili wszystko
było takie normalne. Pani Daniels szła podjazdem, by wyjąć gazetę ze
skrzynki. Pomachała do nas, a tata i Logan jej odmachali. Jay Cash i Anne Franklin z klasy Tannera grali w kosza przed garażem Cashe'ów.
Kiedy przejeżdżaliśmy, Anne właśnie potknęła się o sznurówkę, a ja się
odwróciłam, by sprawdzić, czy zacznie płakać. Nie zaczęła. Logan
przerzucał stacje radiowe i w końcu ustawił tę, która nadawała
klasycznego rocka. Leciał właśnie Hotel California grupy Eagles, jedna
z ulubionych piosenek taty. Tata śpiewał, a po refrenie, gdy zaczęło się
solo gitarowe, spojrzał w lusterku na mnie i na Tannera i wyszczerzył
zęby.
- Spodobałoby się wam w Kalifornii - powiedział. - Może kiedyś
wybierzemy się posurfować.
- Chcę surfować! - wrzasnął Tanner.
Miał jedenaście lat, właśnie odkrył jazdę na deskorolce i niedawno przy
kolacji ogłosił, że od razu po osiemnastce przeprowadza się na zachodnie
wybrzeże, farbuje włosy na blond i uczy się ślizgać na falach. Musiałam
przyznać, że u progu długiej zimy w Massachusetts brzmiało to całkiem
zachęcająco.
- Wiem, wiem! - zaśmiał się tata, gdy światło na Mayflower Avenue
zmieniło się na zielone, po czym zdjął nogę z hamulca i wcisnął gaz. -
No to aloha i jedziemy z tą falą!
I to były jego ostatnie słowa.
Myślę, że ułamek sekundy wcześniej wiedziałam, co zaraz nastąpi, ale nie
zdążyłam otworzyć ust ani wydobyć głosu przez zaciśnięte gardło.
Rozpędzony chevrolet suburban wjechał prosto w nas i z impetem uderzył w drzwi kierowcy, zgniatając cały bok samochodu, a mnie wciskając w fotel
taty. Miałam wrażenie, że nagle wszystko stało się o wiele mniejsze niż
przed chwilą. Potworny ból paraliżował całą lewą stronę mojego ciała,
zaczynał się w nodze, przeszywał bok i ramię. Wrzasnęłam, a Tanner
uczepił się mojej prawej ręki.
Wszystko pociemniało i stało się niewyraźne. Zostały tylko zamazane
kształty i stłumione dźwięki. Nie wiedziałam, czy umieram. Gdzieś z daleka dochodziły do mnie krzyk Logana i płacz Tannera. Ale głosu taty
nie było słychać. Dlaczego tata milczał?
Czułam, że w gardle mam watę, a kiedy próbowałam się odezwać, usta mnie
nie słuchały. Kilka razy otworzyłam je i zamknęłam, ale wydobył się z nich tylko jakiś bulgot, nie słowa. Pamiętam, że byłam przerażona, a kiedy teraz wracam do tego wspomnienia, myślę, że nie potrafiłam odezwać
się ze strachu. Kiedy w końcu mi się udało, wydusiłam jedno jedyne
słowo.
- Tatusiu? - wyszeptałam słabo.
Nie nazywałam go tak, odkąd skończyłam dwanaście lat.
A potem już nic nie pamiętałam. Zapadła ciemność.
*
Kiedy odzyskałam przytomność, byłam w szpitalu. Nie zdawałam sobie
sprawy, od jak dawana. Ale chyba wiedziałam już o tacie. Nie mam
pojęcia, skąd, bo nie widziałam go od chwili zderzenia z SUV-em, ale
podejrzewam, że jeśli ktoś jest ci bardzo bliski, to wyczuwasz, że już
go z tobą nie ma. W każdym razie tak sobie myślę.
Upłynęło parę minut, zanim zdołałam skupić wzrok na twarzy mamy.
Stopniowo wypływałam na powierzchnię świadomości. Mama miała przekrwione
oczy i czerwone plamy na twarzy. Od razu zauważyłam jej stary różowy
szlafrok, a pod nim piżamę. To, że nosiła ten strój w miejscu
publicznym, było całkowicie niezrozumiałe. Pracowała jako prawniczka w Bostonie, nigdy nie wychodziła z domu nieodpowiednio ubrana.
Szpitalna sala, nieprzyjemnie jaskrawa w świetle dużych jarzeniówek,
porażała bielą. Oblizałam wargi i zdałam sobie sprawę, że nie czuję
własnego ciała.
Mama przyskoczyła do łóżka i nachyliła się nade mną. Na jej twarzy
zobaczyłam strach.
- Wszystko będzie dobrze - wypaliła. - Masz złamaną kość udową w dwóch
miejscach, kilka pękniętych żeber i złamany lewy nadgarstek, ale lekarze
mówią, że wszystko się pięknie wygoi.
- Gdzie tata? - wydusiłam powoli nie swoim, za grubym głosem.
Dolna warga mamy się zatrzęsła, jakby mama próbowała zapanować nad jej
drżeniem. Jej oczy napełniły się łzami.
- Lacey, skarbie - powiedziała cicho, przysiadła na skraju łóżka i sięgnęła po moje ręce. Nie czułam jej dotyku. W ogóle niczego nie
czułam. - To był potworny wypadek.
Gapiłam się na nią przez dłuższą chwilę. Nie odpowiedziała mi na
pytanie.
- Gdzie tata? - powtórzyłam. - Gdzie Tanner i Logan?
Mama parę razy mrugnęła.
- Chłopcy są w poczekalni. Z wujkiem Paulem. Nic im nie będzie. Tanner
ma złamaną rękę, a Logan założone szwy, ale są cali i zdrowi.
Przypomniałam sobie, że na sekundę przed tym, gdy zapadła ciemność,
Tanner się do mnie przytulił. Musiał się przerazić z mojego powodu.
- A tata? - spytałam znowu, tym razem wyższym tonem, w który wkradła się
panika.
- Tata... - mama zaczęła i przerwała. Wzięła głęboki oddech, odwróciła
wzrok, a potem spojrzała na mnie zamglonymi, rozkojarzonymi oczami. -
Tamten samochód... uderzył prosto w fotel kierowcy - powiedziała powoli.
- Lekarze zrobili wszystko, co mogli, ale... - zawiesiła głos. Nie była
w stanie dokończyć.
- Tata nie żyje - zrobiłam to za nią.
Czułam, jak łzy zbierają mi się pod powiekami.
Mama skinęła głową. Dwie świeże łzy spłynęły jej po policzkach niczym
narciarze sunący w dół stoku. Pamiętałam ostatnie słowa taty i próbowałam sobie wyobrazić, że te łzy to nie narciarze, ale poruszający
się z gracją surferzy, którzy starają się wraz z falą dopłynąć do samej
plaży. Ale łzy stoczyły się poza linię żuchwy mamy i wsiąkły w jej
szlafrok, a mnie uderzyła myśl, że surferzy spadli z krawędzi fali i już
po nich. I to ona sprawiła, że w końcu wybuchnęłam płaczem.
Mama przytuliła się do mnie i szlochałyśmy razem. Nie musiałyśmy nic
więcej mówić.
Logan i Tanner weszli na chwilę do sali, by się ze mną zobaczyć, a potem
wujek Paul zabrał ich do domu. Mama usiadła przy mnie i opowiedziała o wypadku. Podobno tata natychmiast stracił przytomność. Lekarze
twierdzili, że najprawdopodobniej w ogóle nie widział kolizji, że nawet
nie poczuł strachu. Nie odzyskał świadomości, więc nie czuł też bólu.
Według nich śmierć była całkowicie bezbolesna. A więc w sobotni poranek
jedziesz sobie z trójką dzieci samochodem, śpiewasz i żartujesz, a za
moment nie istniejesz. Tata nawet nie wiedział. Nie miał szansy się
pożegnać.
Mama spytała, czy chcę coś jeszcze wiedzieć. Powiedziałam, że nie, ale
oczywiście to była nieprawda.
Chciałabym wiedzieć, co by było, gdybym nie musiała koniecznie podkręcać
włosów, nie upierała się przy malowaniu rzęs lub gdybym po prostu tak
się nie ociągała tylko po to, by wkurzyć braci. Ale nie musiałam o to
pytać. Sama wiedziałam, co by było. Siedzielibyśmy sobie w domu i zastanawiali się, czy zagrać w Monopoly, czy w Życie, a może w nic nie
grać, tylko obejrzeć jakiś film. Tata powoli gładziłby mamę po plecach,
a ja i Logan uśmiechalibyśmy się do siebie i przewracali oczami na widok
tych czułostek. Mama co chwila by wstawała, by załadować zmywarkę lub
nastawić pranie. Logan i Tanner kłóciliby się o pilota, bo Tanner
chciałby oglądać film o Pokemonach, a Logan sport.
Tata by żył.
I nie zginąłby przeze mnie.
Rozdział 1
Dziesięć miesięcy później
- Więc powiedziałam Willow, że te buty totalnie nie pasują
kolorystycznie do reszty, a w zasadzie to koszula jest brzydka i że nie
rozumiem, jak ona mogła chcieć w tym wyjść z domu, już nie wspominając o pójściu ze mną do kina, a potem Melixa mi mówiła, że...
Sydney nadawała z przedniego siedzenia, a ja próbowałam wyciszyć ją
sobie w głowie. Jej wysoki, piskliwy głos sprawiał jednak, że było to
niemożliwe. Razem z moją najlepszą koleżanką, Jennicą, doszłyśmy kiedyś
do wniosku, że Sydney próbuje łowić chłopaków na swój głos podobny do
dźwięku piszczącej gumowej zabawki, ale potem uznałam, że ten koszmarny
pisk przyciąga chyba tylko psy, wieloryby i inne stworzenia, które
odbierają dźwięki o wysokiej częstotliwości.
No ale ostatnio Sydney usidliła Logana, który najwyraźniej dał się
złapać na wysokie tony. A to w zasadzie oznaczało, że byłam na nią
skazana, bo teraz to ona podwoziła nas do szkoły. Po wypadku mama nie
pozwoliła mnie ani Loganowi zrobić prawa jazdy, więc w grę wchodził albo
autobus szkolny, albo cierpiąca na obsesję popularności dziewczyna
Logana.
- Yhy - odezwał się cierpliwie mój brat, jakby cokolwiek z tego
rejestrował. O ile się orientowałam, Sydney opowiadała właśnie
najdłuższą na świecie historię o jakichś starszych cheerleaderkach,
które kompletnie mnie nie obchodziły.
- I co sądzisz? - w końcu przerwała dla zaczerpnięcia oddechu, byłam
gotowa się założyć, że pierwszego od chwili rozpoczęcia jazdy.
- Hm... - rzucił Logan, jakby się zastanawiał. Stłumiłam uśmiech. Z całą
pewnością też nie słuchał. Z rozbawieniem przyglądałam się, jak
rozpaczliwie szuka słów. - Co ja sądzę? Sądzę, że jesteś najładniejszą
dziewczyną na świecie - wybrnął w końcu.
A niech mnie. Czekałam, aż Sydney sobie uświadomi, że Logan totalnie
zmienił wątek, ale ona tylko zachichotała, okryła się wdzięcznym pąsem i zerknęła na mnie w lusterku.
- A ty, co sądzisz, Lacey? - spytała. - Nie uważasz, że Summer zachowała
się jak totalna zdzira? Mam na myśli: zważywszy na to, że jest
praktycznie zaręczona z Robem Macaveyem?
- Ja jej nawet nie znam - westchnęłam.
- Summer Andrews znają wszyscy - odparła Sydney, patrząc na mnie jak
na wariatkę.
- No tak. - Ugryzłam się w język; chciałam sprostować, że owszem,
wszyscy wiedzą, kim jest Summer Andrews - lśniącowłosą cheerleaderką,
jeżdżącą BMW królową szkolnego roju - ale niewielu jest tych, których
ona zaszczyca zainteresowaniem. I ja do nich nie należę. Byłam lubiana w klasie, ale można mnie było raczej zaliczyć do kategorii moli
książkowych niż uczestniczek konkursów piękności, co oznaczało, że
Summer i jej świta nie zdawali sobie sprawy z mojego istnienia.
Z Loganem było zupełnie inaczej. Od pół roku, kiedy to zaczął się
spotykać z pnącą się po drabinie popularności Sydney, niejeden raz po
powrocie z imprezy z dumą donosił - oczywiście tak, by mama nie słyszała
- że pił z Summer Andrews i jej klonami, Willow i Melixą. Jakby to było
nie wiadomo jakie osiągnięcie.
Ja jednak nikomu tego nie powtarzałam, bo Logan chyba by mnie zabił,
gdybym pisnęła coś na ten temat. Cackał się z Sydney i uważał na każde
słówko, które przy niej mówi. Musiałam bezwiednie zrobić jakąś minę, bo
Sydney znów zerknęła na mnie w lusterku i prychnęła.
- Ej, no, Lacey - powiedziała. - To, że ty akurat nie masz czasu, bo
musisz mieć same piątki od góry do dołu, chodzić na zebrania samorządu i robić jeszcze nie wiem co, co tam uważasz za ważne, nie oznacza, że inni
nie mogą mieć żadnego życia.
Zagotowałam się w środku i próbowałam zapanować nad złością. Byłam
niezła w trzymaniu buzi na kłódkę i zamykaniu emocji w wewnętrznym
żelaznym sejfie, którego nie da się otworzyć. Wzięłam głęboki oddech,
kilka razy mrugnęłam i powiedziałam:
- No patrzcie, już prawie jesteśmy!
Zanim któreś z ich zdążyło zareagować, wyskoczyłam z samochodu i sprężystym krokiem, nie oglądając się za siebie, ruszyłam przez boisko w stronę wejścia do szkoły. Gdzieś za mną Sydney paplała, że nie wierzy,
że wysiadłam, zanim zdążyła zaparkować.
*
Kończył się trzeci tydzień szkoły i zdawało się, że nadeszła jesień. W zeszłym roku lato trwało całe wieki i dokuczało nam nieustępliwym
słońcem, które co dzień wpadało przez okna do klas. Ale w tym roku
zwyczajna, ponura, typowa dla Nowej Anglii aura rozpanoszyła się
wcześnie, przynosząc ze sobą toczące się po niebie szare chmury i lodowate wichry. Pierwsze liście z dnia na dzień zmieniały kolor z zielonego na ciemnoczerwony, pomarańczowy i złocisty - paletę, która
niezmiennie przywodziła na myśl zachód słońca. Nie byłam jeszcze gotowa
na kolejną jesień, ale pory roku nic sobie z tego nie robiły i następowały po sobie jak zawsze.
Czterdzieści pięć minut po opuszczeniu samochodu Sydney próbowałam
skupić się na trygonometrii, co wcale nie było takie łatwe, bo siedząca
obok mnie Jennica starała się zwrócić na siebie moją uwagę. Udawałam, że
ją ignoruję.
Matma przychodziła mi bez trudu. Od zawsze chciałam iść w ślady taty i zostać architektem. No i coś mnie pociągało w tym, że w matematycznych
równaniach nie było żadnych niedomówień - wszystko się zgadzało lub nie.
Szare plamy niejasności nie istniały. Obowiązywały konkretne zasady, a ja odkryłam, że jeśli się ich przestrzega, życie nabiera sensu.
- Psst - szepnęła Jennica.
Zerknęłam w prawo. Przesunęła trochę stolik, żeby go zbliżyć do mojego,
i wyciągała do mnie złożoną kartkę.
Spojrzałam na tablicę, na której pani Bost, nasza dwudziestokilkuletnia
matematyczka, wypisywała właśnie długie równanie z cosinusem. Przez parę
tygodni, które minęły od początku roku, zdążyłam się przekonać, że ma
ona nadludzki słuch. Podejrzewałam, że słyszy każdy dźwięk w promieniu
wielu kilometrów. Kaszlnęłam więc głośno, by stłumić szelest i szybko
otworzyłam podany przez Jennicę liścik.
"Nigdy nie uwierzysz: wczoraj Brian powiedział, że mnie KOCHA!" -
napisała. Czułam na sobie jej wzrok, więc starałam się nie zrobić
niczego nieodpowiedniego, na przykład nie zmarszczyć nosa lub wystawić
języka. Nie dlatego, że nie lubiłam Briana. Brian był w porządku. Ale
gruchali do siebie z Jennicą jak gołąbki. Od patrzenia na nich aż
mdliło. Poza tym, choć oczywiście nie bez trudu, musiałam przyznać, że
jestem trochę zazdrosna. Od pierwszej klasy, czyli odkąd się poznałyśmy,
to ja byłam nieodłączną towarzyszką i powierniczką Jenniki. A teraz
ciągle kręcił się przy niej Brian, ja zaś czułam się jak piąte koło u wozu.
Było tak, jakbym straciła najlepszą przyjaciółkę. Wiedziałam, że to
egoistyczne, więc zabroniłam sobie tak myśleć. Całkiem nieźle opanowałam
nakazywanie sobie, jak powinnam się czuć i jak nie powinnam. Czasem
miałam wrażenie, że reżyseruję film przedstawiający moje życie, że
krzyczę do siebie samej: "Akcja!", a potem nakręcam kolejne sceny
zgodnie z tym, jak moim zdaniem powinny wyglądać.
Wyjęłam telefon i, uważając, by pani Bost niczego nie zauważyła, szybko
napisałam do Jenniki: "Super". Patrzyłam, jak niepostrzeżenie wyjmuje
telefon z torby, czyta i marszczy czoło. Po chwili namysłu zaczęła
odpowiadać, a ja tymczasem spróbowałam znowu skupić się na tym, co mówi
nauczycielka. Wykład był jednak nudny, a ja znużona i trygonometrią, i chłopakami, i innymi głupimi rzeczami, które wiązały się z trzecią
klasą. Marzyłam już tylko o jednym - żeby skończyć tę szkołę i się z niej wydostać, by rozpocząć następny etap życia i zapomnieć o liceum
Plymouth East. Ale aby to się stało, musiał minąć jeszcze rok i dziewięć
miesięcy. Czyli potwornie dużo czasu.
Na ekranie pojawiła się ikonka nowej wiadomości. "Wiem, że jeszcze nie
byłaś zakochana, ale serio TO JEST COŚ" - napisała Jennica i dodała na
końcu uśmiechniętą buźkę, by mi pokazać, że nie próbuje być niemiła. Ale
jej słowa i tak mnie zabolały. Wiedziałam, że dla niej to naprawdę
coś. Jednak w moim świecie to, że chłopak mówi, że cię kocha, nie
wywierało równie druzgoczącego efektu jak to, że umiera ci tata.
"Oglądaliśmy Chirurgów - czytałam dalej - i Mcdrmy powiedział Mrdth,
że ją kocha & B odwrócił się do mnie i powiedział: kocham cię tak
jak Derek ją. Romantyczne, cooo?".
Już miałam odpisać, gdy drzwi do klasy skrzypnęły i stanął w nich pan
Dorsett, sekretarz dyrektora. Ktoś skrywał się za jego plecami. Pani
Bost uśmiechnęła się i odłożyła marker, którym pisała po tablicy.
- Przepraszam, że przeszkadzam - odezwał się pan Dorsett, szybko omiótł
salę wzrokiem i znowu spojrzał na panią Bost - ale przyprowadziłem
nowego ucznia.
Dwadzieścia cztery pary oczu skierowały się na wysokiego chłopaka w spłowiałej skórzanej kurtce i ciemnych dżinsach, który z chłodnym
spojrzeniem wbitym w dal ponad naszymi głowami wszedł do sali. Jego
ciemne włosy domagały się strzyżenia lub przynajmniej przyczesania - w niektórych miejscach dziko sterczały, w innych dotykały kołnierzyka, co
sprawiało, że chłopak wyglądał trochę jak szalony naukowiec, który
zapomniał o wizycie u fryzjera. Lśniące bladozielone oczy w oprawie
grubych rzęs mocno kontrastowały z jego opaloną skórą.
W klasie rozległ się szmer. Plymouth było niewielkim miastem, prawie
wszyscy chodziliśmy razem do podstawówki i gimnazjum, więc nieczęsto
trafiała się nieznajoma twarz. Może się przeniósł z liceum katolickiego,
czasem stamtąd przychodzili do nas nowi.
- Kto to? - wyszeptała z przejęciem Jennica, jak gdyby ją jedną zżerała
ciekawość.
Nie odrywając wzroku od chłopaka, wzruszyłam ramionami. Normalnie nie
zwracałam uwagi na takie rzeczy, ale te jego oczy były niesamowite.
Prawie tego samego koloru, co ocean przed burzą. Zawsze najbardziej
lubiłam patrzeć na wodę, gdy wiatr targał mi włosy, a w niebiosach,
które zaraz miały się otworzyć, rozlegały się głuche pomruki.
Pan Dorsett prowadził cichą wymianę zdań z panią Bost, a nowy
przestępował z nogi na nogę i usiłował na nikogo nie patrzeć. Nie
wiedziałam, czy to dlatego, że uważa się za lepszego od nas, czy ze
względu na tremę.
- Okej - powiedziała wreszcie pani Bost, odwracając się od pana
Dorsetta.
Sekretarz skinął do nas głową, niezgrabnie klepnął nowego w plecy i skierował się do wyjścia.
- Przedstawiam wam Samuela Stone'a - odezwała się nauczycielka, gdy pan
Dorsett wyszedł. - Będzie chodził na nasze zajęcia. Mam nadzieję, że go
miło przyjmiecie.
Wymieniłyśmy z Jennicą spojrzenia. W sali przez moment panowała cisza, a potem ktoś z tylnych rzędów zaczął powoli klaskać. Reszta się
przyłączyła. Nowy postąpił krok naprzód i szepnął coś do pani Bost.
- Słucham? - spytała i przeniosła wzrok na nas. - Proszę o ciszę! Ćśśś!
Harmider ucichł w samą porę, byśmy usłyszeli, jak nowy głośno mówi:
- Sam.
Wszystkie oczy skierowały się teraz na niego, a mnie zrobiło się go
szkoda. Wiedziałam, jak to jest. Rok temu jesienią, gdy wreszcie
wróciłam do szkoły po wypadku, byłam obiektem takich samych spojrzeń. To
najgorszy rodzaj uwagi - nikt się nie odzywa, wszyscy tylko patrzą;
patrzą i oceniają. Mruknęłam, odchrząknęłam i utkwiłam wzrok w podłodze.
- Sam - powtórzył chłopak głosem głębszym, niż się spodziewałam. -
Proszę na mnie mówić Sam.
- Aha - powiedziała pani Bost. - Przepraszam. Witaj, Samie. Tam masz
wolny stolik. Obok Lacey Mann. Lacey, pokaż się.
Zdziwiona podniosłam wzrok. Nie było chyba wielkiej potrzeby, żebym
podnosiła rękę, skoro pani Bost wskazywała prosto na mnie, ale i tak ją
podniosłam. Czułam, że się rumienię.
Sam ruszył między rzędami ławek, a siedzący w nich uczniowie gapili się
na niego jak na doświadczenie chemiczne. Trudno było się dziwić. Był nie
tylko nowy, lecz także cudowny. Cu-dow-ny.
- Cześć - przywitał się, zajmując miejsce obok mnie.
- Cześć - odpowiedziałam.
Przysunął sobie stolik bliżej mojego, żebyśmy mogli korzystać z jednej
książki, a kiedy się pochylił, by spojrzeć na tekst, poczułam na
ramieniu ciepło jego oddechu. Podniosłam wzrok i ze zdziwieniem
stwierdziłam, że mi się przygląda.
Spojrzał mi prosto w oczy. Odwróciłam się i udałam, że sprawdzam coś w książce. Kiedy znowu na niego zerknęłam, nadal na mnie patrzył.
Wtedy po raz pierwszy Sam Stone półgębkiem się do mnie uśmiechnął, a ja
poczułam ciarki na plecach. Odwzajemniłam uśmiech i odwróciłam głowę.
Rozdział 2
Sam Stone zjawił się też na rozszerzonym angielskim, który miałam na
szóstej lekcji. Kiedy stanął w drzwiach, na mój widok na jego twarzy
odmalowała się ulga.
- Hej - powiedział, siadając w ławce obok mnie po przydługim i krępującym powitaniu ze strony nauczycielki. - Też na to chodzisz.
To było najdłuższe zdanie, jakie wypowiedział przez cały dzień. Kiwnęłam
głową. Nie rozumiałam, dlaczego nie potrafię sklecić nawet kilku
prostych słów.
- Jesteś Lacey, tak? - spytał Sam, znów się do mnie uśmiechając.
- Tak - odparłam i oblałam się rumieńcem.
- Fajne imię - powiedział, a ja po raz pierwszy zauważyłam, że ma
dołeczki. Nie takie zwyczajne, tylko prawie pionowe. Te wgłębienia w policzkach sprawiały, że jego twarz wyglądała jak starannie wyrzeźbiona
przez naprawdę utalentowanego artystę. - Ja jestem Sam.
- Wiem.
Nie miałam pojęcia, co dodać, więc milczałam. Pewnie myślał, że jestem
niegrzeczna. A może po prostu mało rozgarnięta. Sama nie wiedziałam, co
gorsze.
Po lekcjach pojechałyśmy z Jennicą do mnie, żeby się razem uczyć do
piątkowej klasówki z trygonometrii. Sydney i Logan wybierali się na
spotkanie komitetu organizującego doroczny zjazd absolwentów, więc
byłyśmy skazane na autobus. Jennica też nie miała samochodu, choć
zrobiła prawo jazdy. Mama pozwalała jej korzystać z auta czasem w weekendy.
- Jak to się dzieje, że ty jesteś z tego taka dobra, a ja taka
beznadziejna? - narzekała, kiedy zasiadłyśmy już przy kuchennym stole i rozłożyłyśmy książki do matmy.
Mama, która, jak się zdawało, pracowała teraz w systemie dwadzieścia
cztery na siedem, spędzała całe dnie w biurze, a Tanner właśnie wrócił i od razu zamknął się w swoim pokoju, więc w domu panowała cisza.
Wzruszyłam ramionami.
- Nie jesteś beznadziejna - odpowiedziałam. - A mnie po prostu matma
łatwo przychodzi. Jak tobie pływanie.
Jennica, choć chodziła dopiero do trzeciej klasy, była kapitanem
szkolnej drużyny pływackiej.
- Uhm, jakby pływanie było umiejętnością, która naprawdę przyda mi się w życiu - prychnęła. - Tak, na pewno zdołam ją wykorzystać.
Wiedziałam, że ma na myśli studia i tak dalej, ale próbowałam obrócić to
w żart.
- Nigdy nic nie wiadomo - odparłam. - Może nadejdzie dzień, kiedy
uratujesz tonące dziecko.
- Dlaczego ciągle dziecko i dziecko? Nie mógłby tonąć jakiś celebryta
albo gwiazda filmowa? - spytała z uśmiechem.
- Jasne - sprostowałam. - Widzę to. Widzę, jak wyciągasz z wody Roberta
Pattinsona.
- Albo Shię LaBeouf - dodała Jennica, zamilkła i zachichotała. -
Wszystko może się zdarzyć.
- No bez jaj. Musiałabyś im zrobić sztuczne oddychanie. Usta-usta -
dodałam ze śmiertelną powagą. - Oczywiście dla ratowania życia.
- Taaaak. Masz rację. Zdecydowanie czeka mnie kariera ratowniczki wodnej
celebrytów - powiedziała Jennica i spuściła wzrok na książkę. - Ale
zanim do tego dojdzie, lepiej wytłumacz mi te sinusy i cosinusy. Żebym
miała jakiś plan awaryjny na wypadek, gdyby Roba i Shii jednak nie
wyrzuciło na brzeg u nas w Plymouth.
Wyszczerzyłam zęby. Przez następne czterdzieści pięć minut powoli
omawiałam równania i wzory, które poznaliśmy na lekcjach, i rysowałam
wykresy, by wyłożyć Jennice wszystko po kolei. Zdążyłam się do tego
przyzwyczaić: przyswojenie wiedzy w klasie przychodziło mojej
przyjaciółce z trudem. Potrzebowała dodatkowych wyjaśnień, zwłaszcza z matmy i przedmiotów ścisłych. Jej tato, pan Arroyo, nazywał mnie
"Manntastyczną nauczycielką", bo w siódmej klasie pomogłam jej się
wyciągnąć z dwa plus na cztery minus z nauki o Ziemi.
Wcale mi to nie przeszkadzało. Nawet lubiłam rolę nieoficjalnej
osobistej korepetytorki Jenniki, zwłaszcza ostatnio. Dzięki temu mogłam
spokojnie spędzić z nią trochę czasu bez towarzystwa Briana, który stale
się do niej kleił lub opiekuńczo oplatał ją ramieniem. Przypominało to
lata, kiedy byłyśmy jeszcze we dwie. Żałowałam, że nie da się zatrzymać
czasu lub zamrozić chwili i cieszyć się nią dłużej. Ale - podobnie jak
wszystko, co dobre - chwila mijała i zanim człowiek zdążył się obejrzeć,
już stawała się przeszłością.
- Masz coś do jedzenia? - spytała Jennica, kiedy dobrnęłyśmy do końca
zadania.
- Zobaczę. - Przeszłam przez kuchnię i szeroko otworzyłam lodówkę. -
Niespecjalnie.
- Ale coś musisz mieć - zaprotestowała Jennica. - Padam z głodu.
Ze zmarszczonym czołem patrzyłam na jaskrawo oświetlone półki. W lodówce
był karton przeterminowanego mleka, pięć puszek dietetycznej coli, trzy
jajka, parę marchewek i dwa kawałki pizzy z soboty. Zakupy zwykle robił
tata, a po wypadku mama czasem o tym zapominała. Pracowała do późna w Bostonie. Kiedy wracała do domu, była zbyt zmęczona, by się brać do
gotowania.
Myślałam, że sytuacja chociaż trochę poprawi się w lipcu, kiedy
zakończył się proces w sprawie spowodowania wypadku ze skutkiem
śmiertelnym. Kobieta, która w nas wjechała, była pod wpływem narkotyków.
Policja nie ustaliła, co robiła w naszej okolicy, bo mieszkała w oddalonym o piętnaście kilometrów North Carver. Mama codziennie stawiała
się w sądzie, wygłosiła też mowę na posiedzeniu, podczas którego
ogłoszono wyrok, ale kobieta i tak dostała tylko cztery lata, czasowo
odebrano jej prawo jazdy i zasądzono mandat. Nie mogłam uwierzyć, że
tyle było warte życie mojego taty.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki