Potęga umysłu. Sekrety Hakera Umysłu - Łukasz Płoszajski

Kup ebooka

47.90 zł
37.94 zł (38,80 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Skoro trzy­masz wła­śnie w dło­niach tę książkę, to zna­czy, że roz­po­czy­nasz dziś nie­zwy­kłą po­dróż po ta­jem­ni­cach ludz­kiego umy­słu. Długo za­sta­na­wia­łem się nad tym, czy po­wi­nie­nem zdra­dzić te se­krety i jak do­ko­nać wła­ści­wej kom­pi­la­cji wie­dzy, którą udało mi się po­siąść przez po­nad dwa­dzie­ścia pięć lat mo­ich nie­usta­ją­cych stu­diów w tej jakże roz­le­głej i fa­scy­nu­ją­cej mnie dzie­dzi­nie. Wiele z tego, o czym za mo­ment prze­czy­tasz, to zdo­by­wana przez wieki całe, cho­wana czę­sto gdzieś w za­ka­mar­kach bi­blio­tek i ar­chi­wów, za­dzi­wia­jąca, a nie­kiedy wręcz za­ka­zana wie­dza. Ko­rzy­staj z niej więc mą­drze i wy­łącz­nie w szla­chet­nym celu. Bądź od­po­wie­dzialny i nie wy­rzą­dzaj ni­komu krzywdy tym, czego się na­uczysz w trak­cie lek­tury. Mam rów­nież szczerą na­dzieję, że czy­ta­jąc tę książkę, nie­je­den raz się uśmiech­niesz, a także głę­boko zdzi­wisz, po­zna­jąc ta­jem­nice mo­jego ży­cia, któ­rymi ni­gdy wcze­śniej tak szcze­rze ani pu­blicz­nie się nie dzie­li­łem. Być może wy­sta­wię też na próbę twoje do­tych­cza­sowe prze­ko­na­nia i wraż­li­wość. Ro­bię to wy­łącz­nie po to, że­byś uświa­do­mił so­bie dzia­ła­nia me­cha­ni­zmów, ja­kie stoją za tym, dla­czego my­ślisz tak, jak my­ślisz, czu­jesz to, co czu­jesz, je­steś, jaki je­steś.

In­struk­cja ob­sługi czło­wieka to w końcu naj­waż­niej­sza ze wszyst­kich in­struk­cji, ja­kie warto po­znać - a ta do­ty­czy na­szego naj­bar­dziej oso­bi­stego, naj­szla­chet­niej­szego i naj­droż­szego skarbu, jaki po­sia­damy: na­szego umy­słu.

Od­kryję przed tobą rów­nież me­tody czy­ta­nia my­śli ob­cych lu­dzi, tech­niki ma­ni­pu­la­cji oraz spo­soby, dzięki któ­rym już za mo­ment znacz­nie pod­nie­siesz ja­kość swo­jego ży­cia. Znaj­dziesz tu rów­nież od­nie­sie­nia do fa­scy­nu­ją­cego świata zwie­rząt, który jest nie­ro­ze­rwal­nie zwią­zany z nami, a także wielu le­gend i zja­wisk nad­przy­ro­dzo­nych po­wsta­łych na prze­strzeni wie­lo­let­niej hi­sto­rii świata. Być może za­sta­na­wiasz się, skąd ja to wszystko wiem - i na to py­ta­nie także już wkrótce po­znasz od­po­wiedź. Za­cznijmy za­tem od sa­mego po­czątku, czyli od tego, że wszyst­kim rzą­dzi przy­pa­dek.

Przy­pa­dek, czyli zbieg na­stę­pu­ją­cych po so­bie zda­rzeń bez żad­nego prze­my­śla­nego planu, któ­rego na­gle sta­łeś się głów­nym bo­ha­te­rem. Je­śli wie­rzysz w prze­zna­cze­nie oraz w to, że gdzieś tam każdy z nas ma za­pi­sany swój los, za­uważ, pro­szę, że na­wet to, iż po­ja­wi­łeś się na tym świe­cie, jest kom­plet­nym przy­pad­kiem. Fakt, że ów świat w ogóle po­wstał, to rów­nież nic wię­cej jak tylko przy­pa­dek. Na py­ta­nie, czy w ogóle po­wstał, czy po pro­stu ist­nieje, z pew­no­ścią też kie­dyś znaj­dziemy nie­pod­wa­żalną od­po­wiedź. Bo wła­ści­wie po­wstaje bez prze­rwy. Tym bo­wiem, co przy­świeca nie­usta­ją­cej hi­sto­rii na­szego Wszech­świata, jest wieczna zmiana. Na­sza pla­neta, po­dob­nie jak wszyst­kie inne ciała nie­bie­skie, a także cały świat zwie­rząt i ro­ślin, po­trze­bo­wała mi­liar­dów lat, za­nim osią­gnęła obecną formę. Czas jed­nak wciąż pę­dzi na­przód i za mi­liardy ko­lej­nych lat to wszystko, co nas ota­cza, także zwy­czaj­nie prze­sta­nie ist­nieć. Po­myśl o tych wszyst­kich plem­ni­kach two­jego taty, które skoń­czyły ży­wot tam, gdzie tylko on wie. O ko­mór­kach ja­jo­wych two­jej mamy, które ni­gdy nie po­da­ro­wały tego, co jest naj­cen­niej­sze, czyli sa­mego ży­cia. One także bez­pow­rot­nie gdzieś prze­pa­dły. Mia­łeś ko­smicz­nego farta, że w ogóle się uro­dzi­łeś - w swoim wy­jąt­ko­wym cza­sie, który bez­li­to­śnie pę­dzi na oślep, po­zo­sta­wia­jąc za sobą na­szą hi­sto­rię, która kie­dyś sta­nie się lek­cją dla przy­szłych po­ko­leń. Od ko­ły­ski ob­ser­wu­jemy nie­ustanną zmianę nas sa­mych, tak samo jak w hi­sto­rii Ziemi ob­ser­wu­jemy pro­ces zmiany ca­łego na­szego ga­tunku, kli­matu, roz­miesz­cze­nia kon­ty­nen­tów, które wie­lo­krot­nie zmie­niały swoje po­ło­że­nie, a także świata fauny i flory. Ich za­chwy­ca­jącą prze­szłość mo­żemy oglą­dać jak na dłoni pod mi­kro­sko­pem elek­tro­no­wym, tak samo jak od­kry­wamy prawdę o naj­dal­szych za­ka­mar­kach ko­smosu dzięki te­le­sko­powi Webba. I kiedy wy­do­by­wamy ma­je­sta­tyczne ko­ści ko­lej­nych wy­mar­łych di­no­zau­rów, które kró­lo­wały na na­szej pla­ne­cie przez około 160 mi­lio­nów lat i przez myśl im ni­gdy nie prze­szło, że mi­liony lat póź­niej bę­dziemy tu­taj żyć my, nie snu­jemy już le­gend przy ogni­sku jak nasi przod­ko­wie, któ­rzy ich ko­ści brali za na­ma­calny do­wód na to, że kie­dyś po tej pla­ne­cie cho­dziły smoki. Sta­jemy się co­raz mą­drzejsi, roz­wią­zu­jąc krok po kroku za­gadkę ży­cia, któ­rym rzą­dzi bez­duszne prze­mi­ja­nie. To wła­śnie ono spra­wia, że na­da­jemy wy­jąt­kowy sens wszyst­kiemu, co nas spo­tyka. Sta­ramy się naj­le­piej, jak umiemy, nadać chwi­lom war­tość. Bo wszystko trwa za­le­d­wie chwilę. Na­sza mło­dość, sta­rość, wdech, wy­dech. Wie­rzymy, że spo­tka­li­śmy na swo­jej dro­dze Pana Z, bo był nam pi­sany. Nie bie­rzemy przy tym zu­peł­nie pod uwagę faktu, że gdyby osa uką­siła psa i na­le­ża­łoby go za­brać do we­te­ry­na­rza, to wów­czas sio­stra Pana Z nie zdą­ży­łaby od­wieźć brata do pracy o wy­zna­czo­nej po­rze. Mu­siałby wziąć tak­sówkę lub wsiąść w au­to­bus i wszystko prze­su­nę­łoby się o kilka mi­nut, a Pan Z nie zna­la­złby się w tym miej­scu, w tym cza­sie ani w tym na­stroju, kiedy nie­spo­dzie­wa­nie skrzy­żo­wały się wa­sze spo­wo­do­wane oso­bi­stym przy­pad­kiem drogi. I to nikt inny, tylko wy sami nada­li­ście wy­jąt­kowe zna­cze­nie temu spo­tka­niu. Dla lu­dzi, któ­rzy was mi­jają, ono zu­peł­nie nic nie zna­czy. Na­wet go nie do­strze­gają. Spo­tka­li­ście się w tłu­mie przez przy­pa­dek, tak samo jak ja kie­dyś przez przy­pa­dek po­śród wielu ksią­żek tra­fi­łem na tę pierw­szą, szcze­gólną dla mnie, która ni­czym po­pchnięta pal­cem kostka do­mino po­rwała mnie w tę fa­scy­nu­jącą po­dróż mo­jego ży­cia. Na jej okładce znaj­do­wała się krysz­ta­łowa czaszka, która przy­kuła moją uwagę. Nie pa­mię­tam, w jaki spo­sób zna­la­zła się w mo­jej bi­blio­teczce. Nie pa­mię­tam rów­nież ani jej au­tora, ani ty­tułu, ale wciąż przed oczami mam tę okładkę - i hi­sto­rie za­pi­sane w środku: na te­mat Yeti, UFO, po­twora z Loch Ness, Trój­kąta Ber­mudz­kiego i in­nych nie­śmier­tel­nych le­gend prze­ka­zy­wa­nych z po­ko­le­nia na po­ko­le­nie. Wtedy chyba obu­dził się w moim sercu ro­man­tyzm. By­łem dziec­kiem i przyj­mo­wa­łem zu­peł­nie bez­kry­tycz­nie każdą z nich, ślepo wie­rząc, że wszystko, co czy­tam, wy­da­rzyło się na­prawdę. Tak prze­cież było na­pi­sane w książce. To za­dzi­wia­jące, ale wielu do­ro­słych my­śli po­dob­nie. Na­wet dziś, kiedy każdą in­for­ma­cję można zwe­ry­fi­ko­wać w rze­telny spo­sób, rzadko spraw­dzamy, kto jest au­to­rem słów i które wy­daw­nic­two stoi za pu­bli­ka­cją. A prze­cież to dwie naj­istot­niej­sze kwe­stie, na które po­win­ni­śmy zwró­cić szcze­gólną uwagę. Ku­pu­jemy ty­tuły ni­czym na­główki w ser­wi­sach plot­kar­skich. Nie za­sta­na­wiamy się nad ich wia­ry­god­no­ścią; ule­gamy emo­cjom i przy­swa­jamy książki, słowa, my­śli, które mo­de­lują nasz umysł ni­czym pla­ste­linę. Po­chła­nia­łem w ten spo­sób książki od naj­młod­szych lat, czy­ta­łem do­słow­nie wszystko, co wpa­dło mi w ręce - książki, ko­miksy, ga­zety - a moi ro­dzice na­wet nie za­uwa­żyli, kiedy opa­no­wa­łem tę nie­zwy­kłą umie­jęt­ność zdo­by­wa­nia wie­dzy. Któ­re­goś przed­po­łu­dnia po pro­stu usia­dłem na­prze­ciwko nich, wzią­łem do ręki ga­zetę, która le­żała na la­kie­ro­wa­nej ła­wie w du­żym po­koju, i za­czą­łem czy­tać na głos.

Fot. z ar­chi­wum pry­wat­nego au­tora

Ży­cie za­wsze przy­nosi naj­lep­sze hi­sto­rie. W czwar­tej kla­sie szkoły pod­sta­wo­wej za­czą­łem uczęsz­czać na koło hi­sto­ryczne pro­wa­dzone przez pana Ja­wor­skiego. To był chyba ten mo­ment, w któ­rym obu­dziły się we mnie ra­cjo­na­lizm i scep­ty­cyzm. Jak dziś pa­mię­tam tamte po­po­łu­dnia spę­dzane po lek­cjach w opu­sto­sza­łym i zu­peł­nie ci­chym bu­dynku szkoły. At­mos­fera była wręcz ma­giczna, szcze­gól­nie je­sie­nią i zimą, kiedy przy opusz­czo­nych ko­ta­rach na­uczy­ciel wy­świe­tlał nam - ma­łym cie­kaw­skim - prze­źro­cza i opo­wia­dał o hi­sto­rii sta­ro­żyt­nego Egiptu, Bi­zan­cjum, Me­zo­po­ta­mii. Ła­pa­łem się za głowę, słu­cha­jąc, ja­kich fan­ta­stycz­nych od­kryć z nauk ści­słych i przy­rod­ni­czych do­ko­nali wieki temu sta­ro­żytni Grecy, i o póź­niej­szych wie­kach ciem­no­ści, ja­kie spro­wa­dził na lu­dzi Ko­ściół ka­to­licki. Ta­les był w sta­nie prze­wi­dzieć za­ćmie­nia Słońca, co świad­czyło o jego za­awan­so­wa­nej wie­dzy na te­mat cy­kli astro­no­micz­nych. Anak­sy­man­der twier­dził, że Zie­mia jest za­wie­szona w prze­strzeni, a lu­dzie po­cho­dzą od in­nych zwie­rząt. Anak­sa­go­ras na­uczał, że Słońce to roz­ża­rzona masa, na­to­miast Em­pe­do­kles - że świa­tło pę­dzi z ol­brzy­mią pręd­ko­ścią, co po­twier­dziły póź­niej­sze od­kry­cia do­ty­czące pręd­ko­ści świa­tła. Ary­starch wpro­wa­dził he­lio­cen­tryczną teo­rię Wszech­świata, opartą na prze­ko­na­niu, że to Słońce, a nie Zie­mia, jest cen­trum układu pla­ne­tar­nego. Po­nadto po­dej­rze­wał, że gwiazdy to inne, od­le­głe słońca. Z ko­lei De­mo­kryt twier­dził, że wszyst­kie rze­czy skła­dają się z nie­wi­dzial­nych i nie­znisz­czal­nych ato­mów po­ru­sza­ją­cych się w próżni. Jego kon­cep­cje stały się pod­stawą póź­niej­szych teo­rii na te­mat ato­mów w fi­zyce i che­mii. Era­to­ste­nes pra­wi­dłowo ob­li­czył roz­miary Ziemi, spo­rzą­dził jej mapę oraz prze­ko­ny­wał, że można do­pły­nąć do In­dii, że­glu­jąc na za­chód z wy­brzeży Hisz­pa­nii. Hip­parch prze­wi­dział, że wszyst­kie gwiazdy ro­dzą się, wę­drują przez wieki całe, a na­stęp­nie giną. Ska­ta­lo­go­wał także ich po­ło­że­nie oraz roz­miary. Bi­blio­teka Alek­san­dryj­ska, do któ­rej na­le­żeli wszy­scy, o któ­rych wspo­mnia­łem, była naj­wspa­nial­szą skarb­nicą wie­dzy sta­ro­żyt­nego świata i gdyby nie do­szło do jej cał­ko­wi­tego znisz­cze­nia, ani Ko­per­nik, ani Ko­lumb, ani inni wielcy nie mu­sie­liby na nowo od­kry­wać tego, co setki lat temu zo­stało już opo­wie­dziane przez do­cie­ka­ją­cych prawdy lu­dzi. Mój na­uczy­ciel był cu­dow­nym czło­wie­kiem, który po­ka­zał mi, jak prawda hi­sto­ryczna prze­plata się z le­gen­dami mi­nio­nych cy­wi­li­za­cji, ich kul­turą i sztuką. Opo­wia­dał o praw­dzi­wych lu­dziach i wy­my­ślo­nych bo­gach, któ­rzy dawno temu ode­szli w za­po­mnie­nie, a jed­nak wy­warli ogromny wpływ na to, jak dziś wy­gląda nasz świat. Za­nim ukoń­czy­łem szkołę pod­sta­wową, zna­łem już całą mi­to­lo­gię Gre­ków i Rzy­mian oraz Bi­blię - książki pełne fan­ta­stycz­nych hi­sto­rii i nad­przy­ro­dzo­nych zja­wisk, które prze­cież nie mo­gły ni­gdy i ni­g­dzie tak na­prawdę się wy­da­rzyć. Moja wie­dza z hi­sto­rii była tak upo­rząd­ko­wana, że ka­te­cheta w ósmej kla­sie nie do­pu­ścił mnie do bierz­mo­wa­nia, po­nie­waż upar­cie pro­si­łem, aby nie łą­czył le­gend re­li­gii ju­de­ochrze­ści­jań­skiej z prawdą hi­sto­ryczną. W tam­tym cza­sie za­czy­ty­wa­łem się już w hor­ro­rach Gra­hama Ma­ster­tona, który po mi­strzow­sku po­tra­fił łą­czyć w fa­bule wie­rze­nia ple­mion In­dian z cza­sami współ­cze­snych Ame­ry­ka­nów i swo­imi opo­wie­ściami zdo­łał prze­jąć zu­pełną kon­trolę nad moim na­sto­let­nim umy­słem. Pa­mię­tam ciarki, kiedy za­my­ka­łem się z książką sam na sam w moim nie­wiel­kim po­koju na jed­nym z łódz­kich osie­dli. Nie mia­łem wów­czas jesz­cze wy­star­cza­ją­cej wie­dzy, żeby zro­zu­mieć me­cha­nizm, jaki stoi za tym, że za­pi­sane słowa wy­wo­łują w mo­jej gło­wie ta­kie ob­razy i ta­kie emo­cje. Tam­ten stan był jed­nak ni­czym nar­ko­tyk; książ­kami Ma­ster­tona kar­mi­łem się wła­ści­wie co­dzien­nie, aż w końcu prze­czy­ta­łem wszyst­kie, ja­kie wy­dano wów­czas w Pol­sce.

Kiedy wspo­mi­nam czasy dzie­ciń­stwa, pa­mię­tam zwłasz­cza to, że pra­wie bez prze­rwy czy­ta­łem albo oglą­da­łem filmy na do­mo­wym wi­deo lub w ki­nie. W wieku za­le­d­wie sze­ściu lat po­sta­no­wi­łem, że kiedy do­ro­snę, zo­stanę ak­to­rem. Nie­które ka­sety VHS oglą­da­łem tyle razy, że zna­łem na pa­mięć li­sty dia­lo­gowe, a kiedy Rambo wy­sa­dzał w po­wie­trze wiet­nam­skie wio­ski za po­mocą strzał z przy­mo­co­wa­nym ła­dun­kiem wy­bu­cho­wym za­miast grotu, na ekra­nie te­le­wi­zora ucie­kały ko­lory. Te ta­śmy na­dal stoją w po­koju mo­ich ro­dzi­ców i przy­po­mi­nają mi o tym, gdzie to wszystko się za­częło. Pa­mię­tam rów­nież, jak kie­dyś po­je­cha­łem tram­wa­jem do kina na drugi ko­niec mia­sta, żeby zo­ba­czyć naj­now­szy film Spiel­berga o di­no­zau­rach, które na wiel­kim ekra­nie wy­glą­dały jak żywe. Zu­peł­nie nie zwró­ci­łem uwagi na to, o któ­rej go­dzi­nie koń­czy się se­ans. Były to czasy, kiedy nie ist­niały jesz­cze te­le­fony ko­mór­kowe i nie mo­głem po­wia­do­mić ro­dzi­ców, że wrócę póź­niej niż zwy­kle, a że za­wsze by­łem słowny i punk­tu­alny, w domu cze­kał na mnie tata z awan­turą. Na szczę­ście nie zo­sta­łem ło­bu­zem, tylko olim­pij­czy­kiem z dzie­dziny kul­tury an­tycz­nej i ła­ciny, choć kra­inę Rzy­mian i Gre­ków zna­łem wów­czas je­dy­nie z kart ksią­żek i fil­mów. Ta wie­dza po­zwo­liła mi ła­twiej zdać ma­turę, a na­uczy­ciele z więk­szą po­błaż­li­wo­ścią pa­trzyli na moje nie­do­cią­gnię­cia z in­nych przed­mio­tów. Przy­dała mi się rów­nież pod­czas eg­za­mi­nów wstęp­nych na stu­dia w łódz­kiej fil­mówce, które były speł­nie­niem mo­ich dzie­cię­cych ma­rzeń. Pod­czas za­bawy za­wsze od­gry­wa­łem hi­sto­rie swo­ich ulu­bio­nych książ­ko­wych i fil­mo­wych bo­ha­te­rów. W moim dzie­cię­cym po­koju znaj­do­wała się ol­brzy­mia szu­flada pełna prze­róż­nych prze­brań, które non stop były w uży­ciu. Cza­sami po­sia­da­łem ma­giczną moc Jedi, dzięki któ­rej do­ko­ny­wa­łem cu­dów ni­czym Luke Sky­wal­ker, in­nym ra­zem tak jak Ody­se­usz prze­mie­rza­łem nie­bez­pieczne kra­iny i wy­ko­rzy­stu­jąc wro­dzony spryt, sta­wia­łem czoła wszyst­kim prze­ciw­no­ściom losu. Mo­że­cie się śmiać, ale po se­an­sie Po­wrotu Jedi spraw­dza­łem, czy uda mi się prze­su­nąć przed­mioty siłą wła­snego umy­słu, bo nie dość, że wi­dzia­łem to w fil­mach, to jesz­cze prze­czy­ta­łem o tym w książce. Nie miesz­ka­łem z ro­dzeń­stwem, jed­nak do­sko­nale po­tra­fi­łem ba­wić się w sa­mot­no­ści. Wy­da­wało mi się, że na tym wła­śnie po­lega za­wód ak­tora. Nie zda­wa­łem so­bie wów­czas sprawy, ja­kie to trudne, aby wia­ry­god­nie ode­grać rolę i wzbu­dzić nie w so­bie, ale w wi­dzu te praw­dziwe emo­cje, które od dziecka per­fek­cyj­nie wy­wo­ły­wały we mnie moje uko­chane książki i filmy. "Kła­mie pan!", "Nie wie­rzę panu!" - grzmiał raz po raz mój pro­fe­sor, Wal­de­mar Wil­helm, kiedy wcho­dzi­łem na scenę. Kom­plet­nie nie po­tra­fi­łem zro­zu­mieć, skąd on to wie i dla­czego tak uważa! Po­tra­fił sie­dzieć na wprost sceny, na któ­rej sta­łem bez­bronny przez wiele go­dzin za­jęć, i z za­mknię­tymi oczami po­wta­rzać bez prze­rwy: "Źle! Nie! E!". Prze­cież z ca­łych sił sta­ra­łem się do­brze za­grać po­wie­rzoną mi rolę. "Pan coś gra, pan coś udaje" - po­wta­rzał pro­fe­sor. "Pan ma nie grać. Pan ma być!" I te jego słowa, rzu­cone kie­dyś w Ło­dzi przy ulicy Tar­go­wej, otwo­rzyły na­gle ma­giczną klapkę w mo­jej gło­wie.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

Lata temu przez myśl mi nie prze­szło, że któ­re­goś dnia od­biorę wia­do­mość z pro­po­zy­cją na­pi­sa­nia książki do­ty­czą­cej wie­lo­let­niej pa­sji, którą dzielę się pod­czas re­ali­za­cji mo­jego pro­jektu Ha­ker Umy­słu. Jego głów­nym ce­lem jest za­pre­zen­to­wa­nie lu­dziom, że ist­nieją spo­soby po­zwa­la­jące czy­tać my­śli zu­peł­nie ob­cych osób, prze­wi­dy­wać ich de­cy­zje oraz ma­ni­pu­lo­wać ich umy­słem. Wszy­scy po­słu­gu­jemy się ja­kimś spo­so­bem my­śle­nia. Każdy z nas coś in­nego prze­żył, cze­goś in­nego się na­uczył i w coś in­nego wie­rzy. Moje za­in­te­re­so­wa­nia były od lat ukie­run­ko­wane na drogę po­szu­ki­wań, która po­tra­fi­łaby w rze­telny, ra­cjo­nalny i pod­party na­ukową wie­dzą spo­sób wy­ja­śnić, jak działa ludzki umysł. Li­czę na to, że od­kry­cia, wnio­ski i me­tody, któ­rymi się dzielę na ko­lej­nych stro­nach, po­da­rują rów­nież to­bie od­po­wiedź na wiele py­tań. Psy­cho­lo­giczne tech­niki, ja­kie tu znaj­dziesz, mają po­zwo­lić ci zro­zu­mieć ludz­kie za­cho­wa­nia i spo­soby wy­wie­ra­nia wpływu. Na­uczysz się, ja­kie efekty mo­żesz osią­gnąć, wy­ko­rzy­stu­jąc siłę su­ge­stii oraz swoją pa­mięć. Do­wiesz się, jak bar­dzo można po­znać dru­giego czło­wieka, zwra­ca­jąc uwagę na jego rze­czy i za­cho­wa­nie, co po­zwoli ci ustrzec się mię­dzy in­nymi przed kłam­stwem. Prze­każę ci roz­le­głą wie­dzę na te­mat hip­nozy, prze­wi­dy­wa­nia przy­szło­ści, zja­wisk pa­ra­nor­mal­nych i wielu in­nych dzie­dzin, za któ­rymi stoją moż­li­wo­ści ludz­kiego umy­słu. Spo­dzie­waj się rów­nież licz­nych hi­sto­rii z mo­jego pry­wat­nego ży­cia, które po­zwolą ci zer­k­nąć na moje oso­bi­ste prze­ży­cia. To książka dla tych, któ­rzy chcą wie­dzieć, zro­zu­mieć, od­kryć i na­uczyć się tego, co dla in­nych na za­wsze po­zo­sta­nie ta­jem­nicą.

Za­nim za­czniesz od­kry­wać po­tęgę umy­słu, po­znaj naj­pierw my­śli kilku wy­jąt­ko­wych osób, z któ­rymi mia­łem przy­jem­ność się spo­tkać pod­czas mo­ich licz­nych wy­stę­pów, i prze­czy­taj, co mają do prze­ka­za­nia na te­mat Ha­kera Umy­słu, któ­rym je­stem na­zy­wany.

Za­ry­zy­kuję tezę, że za­li­czy­łem naj­więk­szą liczbę obec­no­ści pod­czas wy­stę­pów Łu­ka­sza jako Ha­ker Umy­słu.

To, co jest im­ma­nentną czę­ścią show Łu­ka­sza Pło­szaj­skiego jako men­ta­li­sty, to cał­ko­wite za­sko­cze­nie i nie­do­wie­rza­nie, ja­kie ma­luje się za­wsze na twa­rzach uczest­ni­ków, któ­rzy po­ja­wiają się na sce­nie. To do­piero po­czą­tek! Bo naj­czę­ściej już po za­koń­cze­niu przed­sta­wie­nia Łu­kasz jest ob­le­gany przez część pu­blicz­no­ści i - co ważne - nie cho­dzi je­dy­nie o zdję­cie i au­to­graf, ale przede wszyst­kim o roz­mowę i wy­ja­śnie­nie, jak można czy­tać w my­ślach in­nych lu­dzi.

Wi­dzo­wie są tak za­sko­czeni tym, czego do­świad­czyli, że pra­gną się do­wie­dzieć, "jak on to zro­bił", bar­dzo czę­sto pro­szą o to, by po­wtó­rzyć już poza sceną eks­pe­ry­ment, w któ­rym brali udział, a co od­waż­niejsi sta­rają się sta­nąć w szranki, za wszelką cenę chcąc prze­chy­trzyć Łu­ka­sza... i ni­gdy się to im nie udaje.

To, co pre­zen­tuje Łu­kasz pod­czas swo­ich wy­stą­pień, jest ab­so­lut­nie wy­jąt­kowe, a także - co po­ka­zuje książka, którą trzy­masz w rę­kach - po­parte ol­brzy­mią wie­dzą i do­świad­cze­niem, tak więc... do zo­ba­cze­nia pod­czas show Ha­ker Umy­słu, bo je­śli za­in­te­re­suje cię teo­ria za­warta w książce, to po pro­stu bę­dziesz chciał zo­ba­czyć na żywo, "jak on to robi".

Igor Nur­czyń­ski

- dzien­ni­karz, sce­na­rzy­sta i ma­na­ger,m.in. za­ło­ży­ciel sta­cji ESKA TV,obec­nie dy­rek­tor kre­atywny w Mo­re­Than­Good

"Pro­szę mi po­dać sześć szczę­śli­wych liczb" - lu­dzie pro­szą mnie o to bar­dzo czę­sto. Może gdy­bym sam je znał, moje ży­cie po­to­czy­łoby się ina­czej... Moja naj­wyż­sza wy­grana to 120 zło­tych. Kiedy jesz­cze pro­wa­dzi­łem lo­so­wa­nia, prze­ko­na­łem się, że szóstki pa­dają czę­ściej przy za­wie­ra­niu za­kła­dów me­todą na chy­bił tra­fił. Nie wie­rzę w żadne cu­downe sys­temy, a je­dy­nie w szczę­ście... Pew­nego dnia Łu­kasz za­dzwo­nił i opo­wie­dział mi o swoim pro­gra­mie Ha­ker Umy­słu. Zgo­dzi­łem się na na­gra­nie live to tape, czyli bez du­bli oraz cięć mon­ta­żo­wych. I za­częło się... Łu­kasz po­pro­sił, że­bym my­ślał o swo­ich szczę­śli­wych licz­bach, a on pod­no­sił ko­lejne kule z ukry­tymi nu­me­rami pod spodem. Ostat­nią kulę pod­nio­słem sam - na chy­bił tra­fił. Ani on nie mógł wie­dzieć, ja­kie liczby mia­łem w gło­wie, ani ja nie wie­dzia­łem, ja­kie nu­mery kryją się pod ko­lej­nymi ku­lami, gdyż nie były one uło­żone w ko­lej­no­ści. Łu­kasz od­gadł wszyst­kie moje liczby i mój oso­bi­sty wy­bór oka­zał się rów­nież trafny. Kry­styna Dem­ska-Ol­brych­ska za­dzwo­niła do mnie, zna­jąc tę hi­sto­rię z opo­wia­dań Łu­ka­sza, i za­py­tała, czy rze­czy­wi­ście tak było. Od­po­wie­dzia­łem zgod­nie z prawdą, że tak, ale wąt­pię, że­by­śmy mo­gli na tym sko­rzy­stać. Wiem, że za­równo osoby, które wróżą, jak i te, które prze­po­wia­dają przy­szłość, za­wsze się wzbra­niają i ni­gdy nie chcą po­dać tych sze­ściu szczę­śli­wych liczb. Przy­po­mi­nam, że Łu­kasz od­gadł moje liczby. Łu­kasz - Ha­ker Umy­słu - jak on to zro­bił? To za­gadka, któ­rej roz­wią­za­nie zna tylko on.

Ry­szard Rem­bi­szew­ski

- wie­lo­letni pre­zen­ter Stu­dia Lotto

Łu­ka­sza znam od dawna. Mie­li­śmy przy­jem­ność pra­co­wać wspól­nie przy wielu pro­duk­cjach sta­cji Pol­sat. Wie­dzia­łem o jego pa­sji i pro­jek­cie Ha­ker Umy­słu, jed­nak kiedy za­pro­sił mnie do wzię­cia udziału w swoim eks­pe­ry­men­cie czy­ta­nia my­śli, i to w do­datku on­line, by­łem bar­dzo cie­kawy, czy uda mu się wła­mać także do mo­jego umy­słu i prze­wi­dzieć moje de­cy­zje. Zro­bił to bez­błęd­nie, wzbu­dza­jąc we mnie to­talne za­sko­cze­nie. Dzięki za fan­ta­styczne emo­cje.

Krzysz­tof Ibisz