Potęga produktywności. Jak kończyć to, co zaczęliśmy - Chris Bailey


Reflow text when sidebars are open.
Nieuchwytne cele
Kiedy dorastałem, moi rodzice - ku mojemu wielkiemu utrapieniu - wysyłali mnie na liczne pozaszkolne zajęcia sportowe. Szczerze mówiąc, pewnie po prostu chcieli, żebym wychodził z domu. Gdybym sam mógł decydować, przeciwnie - zostałbym w domu, aby poczytać albo zaprogramować coś na komputerze. Ale niestety, musiałem wybrać sobie coś ze sportu. Przez jakiś czas było to karate - głównie dlatego, że sensei pracujący w naszym lokalnym klubie często odwoływał zajęcia. Jednak kiedy lepiej się nad tym namyśliłem, ostatecznie wybrałem golf.
Nadal pamiętam swojego instruktora golfa. Bob, mężczyzna w średnim wieku o wyjątkowo łagodnym głosie - który z jakiegoś powodu najwyraźniej charakteryzuje wszystkich golfistów - dużo mnie nauczył w kwestii tego, jak zamachnąć się kijem. Na początku ledwie trafiałem w piłeczkę, nawet jeśli popędziłem do niej w stylu Farciarza Gilmore'a. Ale z radością mogę się pochwalić, że pod koniec nauk, które pobierałem u Boba, nie tylko trafiałem w piłeczkę za każdym zamachem, ale też uderzałem ją dobrze! I posyłałem daleko i prosto. (Dzięki Ci, Bob!)
Najbardziej interesująca lekcja, jakiej mi udzielił, dotyczyła techniki, która w największym stopniu doskonaliła mój wymach. Zanim podjąłem u niego naukę, uważałem, że mój trud kończy się w momencie, kiedy uderzę piłeczkę. (Szczerze mówiąc, czułem ogromną ulgę, że udało mi się trafić tę cholerną kulkę). Bob nauczył mnie jednak, że przy robieniu wymachu istotne jest, aby skupić się również na tym, co się dzieje już po uderzeniu piłeczki, a nie tylko koncentrować się przed uderzeniem. Zanim zaczął dawać mi lekcje, sądziłem, że ćwierćobrót, jaki wykonują golfiści po uderzeniu piłki, spoglądając na efekt swojego popisowego strzału, to niepotrzebny efekciarski gest. Jak się okazało, jest zupełnie przeciwnie.
Gdy machniesz kijem i wejdzie on w kontakt z piłeczką, twój wymach nie jest jeszcze dokończony - to dopiero połowa. Skupiając się na tym, co się dzieje, gdy piłeczka zetknie się z kijem, oraz upewniając się, że kij przez całą drogę zakreśla jednolity łuk, w ogromnym stopniu udoskonaliłem swój wymach. Kiedy skoncentrowałem się nie na przyłożeniu, lecz na wykończeniu, odkryłem, że uderzam piłeczkę bardziej konsekwentnie.
Rzecz jasna, liczy się to, jak się przykładasz do uderzenia, ale równie ważne jest jego wykończenie.
Kilka lat temu niecierpliwie wypatrywałem u siebie postępów w nauce gry na pianinie. Przyłapałem się na tym, że spoglądam wstecz na cmentarzysko celów, które w życiu usiłowałem osiągnąć, a ostatecznie je porzucałem. Dostrzegłem w tym dziwny wzorzec. Wprawdzie nie miałem problemu z rozpoczęciem czegoś nowego i podtrzymywaniem w sobie zapału, ale z jakiegoś powodu nie dociągałem do celów, zwłaszcza tych długoterminowych.
Nie zliczę, ile razy stawiałem sobie za cel zrzucenie iluś tam kilogramów, a w końcu wracałem do dawnych nawyków i odruchowych zachowań, co skutkowało ponownym przybraniem na wadze. Albo ile razy udawało mi się wykroić czas na cudowną codzienną przebieżkę, ale ostatecznie dałem sobie z tym spokój. W mojej piwnicy spoczywają niezliczone urządzenia z domowej siłowni, które kiedyś nabyłem i używałem ich wręcz nabożnie, a po miesiącu czy dwóch straciłem do nich zapał.
Wyznaczanie celów? Bułka z masłem. Sporządzanie szczegółowych planów, które mają doprowadzić do ich realizacji oraz regularnego zachowania produktywności? Też nie problem. Ale podążanie tak wytkniętą ścieżką przez dłuższy czas? I konsekwentne działania, które po tym dłuższym okresie zaowocowałyby porządnym postępem na danym polu? Jak sięgałem pamięcią, to okazywało się dla mnie o wiele trudniejsze.
Przez ostatnie dziesięć lat sporo pisałem o osobistej produktywności, zdobywając na ten temat dużo rzetelnej, popartej badaniami naukowymi wiedzy. Przeczytałem tak wiele książek i artykułów naukowych dotyczących produktywności, że na pewno bym ich nie zliczył A jednak mimo całej tej przyswojonej wiedzy mój osobisty cmentarz porzuconych celów rozrósł się jeszcze bardziej.
Zacząłem się więc zastanawiać nad powodem.
Dlaczego niektóre cele zdają się nie wymagać wysiłku, podczas gdy inne jawią się jako katorga?
Dlaczego pewne cele stale i uparcie pozostają poza naszym zasięgiem, choćbyśmy nie wiedzieć jak się starali?
Jak w ogóle działa ustanawianie celów i, co ważniejsze, ich osiąganie? A jak powinno działać?
Co mówią badania naukowe o tym, jak możemy częściej realizować własne plany?
Co musimy z siebie dać, by faktycznie osiągnąć cele i urzeczywistnić swoje zamiary?
Poszukując odpowiedzi na powyższe pytania, rozmawiałem z badaczami naukowymi, a nawet z buddyjskimi mnichami i znalazłem coś więcej niż tylko wyjaśnienia. Rzucę tutaj poważny spoiler: aby ukończyć rozpoczęte dzieło, należy intencjonalnie wytrwać w postanowieniu. Dlatego w tej książce, traktującej o osiąganiu celów, w dużej mierze skupiam się na intencjonalności.
Czasami intencjonalne podejście - czyli mocne postanowienie, że coś zrobimy - bywa nie za dobrze postrzegane, i nie bez powodów. Nie zawsze realizujemy zamiary, które sobie wyznaczymy. Wielu z nas ma w głowie leżące odłogiem poletko lub pole z porzuconymi niedokończonymi zamysłami na podobieństwo piwnicznego cmentarzyska pełnego zbierających kurz sprzętów do ćwiczeń fizycznych.
A teraz zdejmę nieco ciężaru z twoich przygniecionych poczuciem winy barków: to normalne. A nawet całkiem spodziewane. I po prostu ludzkie: wyznaczać sobie cele, lecz nigdy ich nie osiągać. Na szczęście dla nas wszystkich istnieje konkretna nauka podpowiadająca, jak możemy dążyć do wytkniętych celów dzień po dniu, tydzień po tygodniu czy rok po roku, a nawet przez całe życie. W procesie tym osiągnięcie celu zależy od tego, z jaką intencją do niego podchodzimy, ponieważ ta intencja zawsze poprzedza wykończenie dzieła. Przykładowo mimo najszczerszych chęci nie co dzień uda się nam wybrać na poranną przebieżkę - czasami przeszkodzi nam życie, innym razem nie zdobędziemy się na motywację. Ale jeśli faktycznie pobiegniemy, to dlatego, że od początku tak sobie postanowiliśmy.
Innymi słowy, intencjonalne postanowienie to mentalny proces, który poprzedza nasze działanie, w tym zbliżanie się do wyznaczonego celu. Intencja jest nierozerwalnie związana z osiągnięciem zamierzenia, ponieważ to ona stwarza działanie.
W idei i praktykowaniu intencjonalności kryje się fascynująca magia. Każdy z nas ma coś, co chciałby osiągnąć - czy to będzie picie większej ilości wody w ciągu dnia, pobiegnięcie w maratonie czy napisanie książki. Wszyscy mamy intencje wszelkiej maści i intensywności: duże i małe, trudne i łatwe do zrealizowania, ważkie i błahe.
Parafrazując powiedzenie Wayne'a Gretzky'ego, które przypuszczalnie słyszałeś już wiele razy: intencja to te "sto procent strzałów, które tracisz, gdy nie wykorzystasz okazji do ich oddania". Nie zawsze osiągniesz to, co sobie zamierzyłeś. Ale jeśli nie podejdziesz do swoich pragnień z intencją, nie zrealizujesz żadnego.
Ogólnie im częściej coś sobie mocno, intencjonalnie postanawiasz, tym lepiej ci idzie realizowanie postanowień. Pełny cytat z Gretzky'ego brzmi: "Tracisz sto procent strzałów, których nie oddasz, mimo że istnieje zaledwie od jednego do pięciu procent [prawdopodobieństwa], że zdobędziesz punkt"1. Na szczęście dla nas intencje dają nam znacznie większe prawdopodobieństwo sukcesu i dzięki mocnemu postanowieniu o wiele częściej mamy możliwość osiągnąć cel.
O tym, jak to zrobić, przeczytasz właśnie w tej książce.
W swoich poprzednich książkach pisałem o osobistej produktywności i mogłoby się wydawać, że osiąganie celów wiąże się z tą tematyką jedynie pośrednio. Produktywność wielu osobom kojarzy się z zimnym korporacyjnym naciskiem na pracownika. Jeśli jednak zaznajomiłeś się z moimi dotychczasowymi pracami, wiesz, że rozumiem te sprawy inaczej. Dla mnie produktywność oznacza bardziej rozmyślne i celowe podejście do własnej pracy i życia osobistego.
Jeśli produktywność ściśle powiążemy z intencją, wówczas z definicji jesteśmy idealnie produktywni, kiedy wykonamy swoje zamierzenia - czy to będzie prawdziwa, głęboka rozmowa z przyjacielem w kawiarni, czy porządny odpoczynek z dobrą książką na plaży, czy ostateczne wyzerowanie skrzynki odbiorczej pod koniec wytężonego dnia pracy. Do pewnego stopnia produktywność można postrzegać jako proces realizowania maleńkich krótkoterminowych celów, które wyznaczamy sobie w ciągu dnia.
Jak sam wiesz, gdy przychodzi do urzeczywistniania własnych zamiarów, znacznie łatwiej się mówi, niż wykonuje. Gdyby nasze intencje i cele nagle stały się czymś bezproblemowym, ta książka nie musiałaby powstać. Książki traktujące o produktywności - przynajmniej te pomocne! - też mogłyby wtedy zniknąć. Jednak, jak już się dowiedziałeś, w naszych celach i w trzymaniu się naszych intencji jest coś, co okazuje się zasadniczo nieuchwytne. W każdej dowolnej chwili mamy zestaw rzeczy, które chcemy osiągnąć: czy to będzie dotrzymanie terminu zlecenia, czy zrzucenie zbędnych kilogramów, czy choćby skończenie tej książki. Istnieje wiele powodów, dla których nie kończymy tego, co zaczęliśmy. Niektóre zadania i cele mogą nas za bardzo odrzucać (bo są trudne i niefajne), inne pochłaniają zbyt wiele czasu, a jeszcze inne zostają wyparte przez nawał codziennych spraw. Jeśli coś cię rozproszyło i odciągnęło od tej książki, możesz również wiedzieć, że często nawet nie zauważamy, jak powstają w naszej głowie intencje każące nam zrobić coś nowego i innego - nawet jeżeli zupełnie zawładną naszą uwagą.
Dobra wiadomość jest taka, że wcale tak być nie musi. Wystarczy obrać inną drogę, która poprowadzi nas do zrealizowania celów i zamiarów.
W tej książce omawiam szeroki zakres spraw, dlatego pozwolę tu sobie pokazać ją z odległości trzech kilometrów, aby dać czytelnikom z grubsza pojęcie, o czym będzie mowa. Oto główne idee, których należy się spodziewać:
Skąd się biorą intencje. Poczynimy rozróżnienie między intencjami, które pojawiają się niejako same, a rozmyślnymi postanowieniami. Te pierwsze może realizować każdy i jak zobaczysz, często takie bierne "poddawanie się sytuacji" bywa miłą przerwą. Jednak kiedy weźmiemy stery w swoje ręce i przyjmiemy odpowiedzialność za to, że zadziałamy po swojemu, odblokujemy więcej z tego, co intencja ma nam do zaoferowania. W tym procesie spędzimy czas znacznie bardziej produktywnie i sensownie. Ludzkie wartości. Prosto rzecz ujmując, nasze wartości to nasze motywacyjne koło zamachowe, które napędza nas do wszystkiego, co robimy. Rozumiejąc je, możemy tworzyć dla siebie intencje sprawiające wrażenie, jakby były naturalnym przedłużeniem tego, kim jesteśmy. Według najnowszych ustaleń naukowych istnieje dwanaście podstawowych, fundamentalnych ludzkich wartości, które do pewnego stopnia współdzielimy wszyscy, a potwierdzają to badania przeprowadzane na setkach tysięcy uczestników wywodzących się z różnych kultur z ponad osiemdziesięciu krajów. Wychodząc od owych dwunastu wartości, możemy konstruować intencje tak, aby prowadziły nas do wyraźnie lepszego osiągania celów. Dalej opiszę kilka związanych z wartościami rytuałów, z których osobiście korzystam, a które mogą pomóc nam wszystkim żyć w większej zgodzie z tym, co cenimy na co dzień, włącznie z praktykowaniem - jak to nazywam - "intencjonalnego dogadzania sobie". Pozwolą też dowiedzieć się, jakie są nasze "przeciwne wartości", i zmierzyć, jak spędzamy czas w odniesieniu do tego, co cenimy najbardziej. Wartości mogą się wydawać ckliwym lub nudnym tematem, ale jak się szybko przekonasz, są kluczowe w nauce zajmującej się osiąganiem celów - zakładając, że nauka jest dla ciebie autorytetem. Dlaczego i kiedy powinniśmy porzucić (lub edytować) cele, które już sobie wyznaczyliśmy. Z czasem im więcej celów sobie odpuścimy, tym więcej innych celów sprawdzamy pod kątem ich sensowności. Są takie cele, do których warto dążyć, przy innych zaś lepiej spasować. Rozdział trzeci pomoże ci odróżnić jedne od drugich. Co sprawia, że niektóre cele i intencje jawnie nas odstręczają. Okazuje się, że najbardziej odpychające cele i zadania, które należy podjąć, aby je osiągnąć, mają pewne szczególne cechy. Owe sześć cech awersji prowadzi nas do prokrastynacji - zjawiska, które możemy pokonać, jeśli je zrozumiemy i umiejętnie zrekompensujemy sobie niechęć, jaką budzą w nas określone cele. Co to są wyzwalacze chęci i jak należy je pielęgnować. Chodzi o te cechy celu lub działania, które sprawią, że z dużym prawdopodobieństwem ukończymy to, co sobie wyznaczymy. Jak niektóre cechy odpychają nas od wytkniętego celu, tak inne pociągają nas ku niemu. Każdy cel ma w sobie kombinację i jednych, i drugich. Kiedy pielęgnujemy te drugie, nasze zamierzenia stają się dla nas bardziej atrakcyjne, co naturalną koleją rzeczy sprawia, że raczej na pewno je urzeczywistnimy. Rytuały intencji. Warto zainwestować czas w drobne rytuały, które poprowadzą nas do częstszego realizowania celów, a więc: wykroić sobie w rozkładzie dnia "wysepki intencji", zastosować technikę "kontrastowania mentalnego", włączyć codzienne nawyki ustrukturyzowanej odpowiedzialności przed kimś zaufanym i inne. Konsekwentnie praktykując takie i podobne rytuały, niejako otoczymy swoje intencje fosą - proces ten umocni to, co pragniemy osiągnąć, dzięki czemu z większym prawdopodobieństwem wytrwamy w zamierzeniu.Moim celem jest, abyś po przeczytaniu tej książki był zaznajomiony z technikami, których potrzebujesz, by dokonać tego, co sobie postanowisz. W trakcie lektury nauczysz się stawiać sobie przemyślane cele i tworzyć intencje tak spersonalizowane, żeby odpowiadały twoim możliwościom, dzięki czemu częściej uda ci się osiągnąć upragnione cele.
Zanim przejdziemy do sedna, jeszcze tylko kilka szybkich uwag, które należy mieć w pamięci.
Przede wszystkim mała rada odnośnie do... rad. Jako że ta książka zgłębia temat osobistej produktywności (między innymi), warto wspomnieć, że osobista produktywność jest właśnie taka: osobista. A zatem nie wszystkie pomysły zawarte w tym poradniku będą ci pasowały.
Moim zdaniem to dobrze. Jednak z tego powodu pamiętaj, aby brać z książki tylko te porady, które się sprawdzą u ciebie, a pozostałe odpuścić. Wypróbuj ich możliwie jak najwięcej. Trafiły tutaj, ponieważ według najnowszych ustaleń naukowych - i zgodnie z moim skromnym doświadczeniem osobistym - działają. Bądź przygotowany, że zdziwisz się, odkrywając, które u ciebie zdają egzamin, a które nie. I eksperymentuj, eksperymentuj, eksperymentuj.
Na ile to było możliwe, treść tego poradnika oparto na naukowych poświadczeniach. Mamy do dyspozycji przebogaty zbiór badań naukowych przeprowadzonych w dziedzinie osiągania celów, i - co odkryłem, przekopując się przez tę skarbnicę - są one zarówno fascynujące, jak i inspirujące. Kiedy napotykam związane z produktywnością porady, które nie zostały zakorzenione w badaniach naukowych, zawsze podchodzę do nich ze zdumieniem. Na czym autorzy je opierają? Na życzeniowym myśleniu? Nadziejach i marzeniach? Proszku z rogu jednorożca? (Właściwie to ostatnie wydaje się całkiem niezłym pomysłem). W moim rozumieniu sensowne jest, że rady podpowiadające nam, jak mamy żyć, powinny mieć skuteczność popartą dowodami naukowymi albo - w absolutnej ostateczności - osobistym doświadczeniem autora. Mnóstwo porad, które na pozór brzmią dobrze, nie sprawdza się w praktyce. (Dalej w książce przytaczam na ten temat historyjkę czy dwie).
Nie jestem z wykształcenia naukowcem. Ale jedną z moich dziwacznych pasji stanowi pochłanianie artykułów naukowych traktujących o produktywności oraz o innych interesujących mnie sprawach. Dlatego w tej książce łączę na pozór oderwane idee pochodzące od badaczy i ekspertów, a nawet od buddyjskich mnichów. Pisząc ją, przegryzłem się przez tysiące artykułów i przeczytałem uważnie setki sprawozdań z projektów badawczych związanych z takimi tematami jak: osiąganie celów, intencjonalność, awersja, chęci i wartości, a wszystko to zostało przefiltrowane przez niepodważalne dowody na skuteczność. Po prostu uważam, że jeśli techniki związane z produktywnością są przebadane naukowo, zasługują na to, by im poświęcić czas, oraz okazują się bardziej interesujące. Mam nadzieję, że ty też jesteś tego zdania. Czytając te wszystkie prace naukowe, dołożyłem starań, żeby wykonać możliwie jak najwięcej roboty za ciebie.
Teksty naukowe, z których czerpię i do których się odnoszę, są wymienione w przypisach końcowych. Jeśli jakaś idea z tej książki wyda ci się frapująca, zajrzyj do odpowiedniego przypisu, by się dowiedzieć, skąd ją wziąłem. (Odnośniki do przypisów znajdziesz w postaci liczb w indeksie górnym). W ten sposób będziesz mógł dowiedzieć się więcej o źródłach naukowych, które cytuję, a jeśli jakaś idea szczególnie cię zaciekawi, może zechcesz też zajrzeć do tekstu źródłowego (choć oczywiście czytanie artykułów naukowych to zadanie nie dla każdego!).
Tu i tam zawarłem w tym poradniku ćwiczenia - wyizolowane propozycje, które możesz wypróbować, aby lepiej poznać wiele przedstawionych w książce pojęć. Jeśli nie chcesz, nie musisz ich wykonywać, ale zaprojektowałem je tak, byś zaczerpnął dodatkową wartość z omawianych idei. Jeżeli wykonywanie ćwiczeń miałoby cię wytrącić z płynnego czytania, nie martw się: ostatni rozdział podsunie ci klarowny plan wprowadzenia wszystkich taktyk z tej książki w życie. Zachęcam, żebyś w trakcie lektury wybrał własny sposób przyswajania wiadomości. Starałem się tak zbudować ten poradnik, by był dla ciebie użyteczny bez względu na to, jak zechcesz go czytać. Większość ćwiczeń pomoże ci odzyskać włożony w nie czas, podobnie jak sam opis taktyk.
Prawdziwa praca jest bardziej skomplikowana niż to, co dzieje się w laboratorium naukowym. Mam nadzieję, że moja książka, jedną nogą opierająca się na nauce, a drugą na taktycznym wdrażaniu pomysłów, posłuży ci jako pomocny most łączący owe dwa obszary.
Okej, dość już tytułem wstępu. Teraz, skoro masz zarys treści rozdziałów, a także ogólne pojęcie o moim podejściu do pisania tej książki, wgryźmy się w temat.
Zaczniemy od czegoś dla mnie absolutnie fascynującego: skąd się biorą intencje.
Uwaga o osiąganiu celów
Niefortunnym zrządzeniem losu porady dotyczące produktywności często wywołują w nas wrażenie, że niewystarczająco się staramy. Dążąc do większej produktywności, z reguły skupiamy się na własnych brakach: na tym, jak mało dokonaliśmy w ciągu dnia i jak wiele celów pozostało jeszcze do osiągnięcia. Jeśli ktoś zakłada, że powinien robić więcej, łatwo może dojść do (mylnego) wniosku, że robi za mało.
Z tego powodu kiedy staramy się o większą produktywność, powinniśmy jak najczęściej przypominać sobie wszystkie własne wysiłki, które w przeszłości przyniosły dobre rezultaty.
Moim ulubionym sposobem na to jest prowadzenie "listy dokonań". Jak podpowiada nazwa, jest to spis wszystkiego, co osiągnęliśmy. Możesz sporządzić taki wykaz z dowolnego wycinka czasu. Jeśli z najwyższym trudem brniesz przez zadania wyznaczone na dany tydzień, umieść na liście wszystko, co udało ci się załatwić w ciągu tego tygodnia - i duże rzeczy, i małe, a także własne zamiary. Jeżeli wolisz rozpatrywać większe własne dokonania, zrób wykaz swoich zakończonych sukcesem wysiłków z całego roku - zarówno na gruncie pracy zawodowej, jak i w domu. Sam wolę spisy całoroczne, ale gdy szczególnie brakuje mi motywacji, czasami sporządzam też listę tygodniową. Każda taka lista, podobnie jak dobrze ustrukturyzowany cel, świetnie działa, kiedy potrzebujemy motywującego zastrzyku.
Często na drodze do osiągnięcia większej produktywności staje nam na przeszkodzie negatywna rozmowa z samym sobą, utrudniając wprowadzenie zmian w życiu osobistym i zawodowym. Kiedy rozważasz to, co masz do załatwienia, nie zapominaj o wszystkim, czego już dokonałeś - dzięki pozytywnym wspomnieniom zrównoważysz negatywne głosy we własnej głowie i przypomnisz sobie, ile wspaniałych osiągnięć masz na koncie.
Stos intencji
"Patrzymy na świat raz, w dzieciństwie. Reszta jest wspomnieniem".
- Louise Glück1
Zawsze istnieje jakiś powód, dla którego działamy tak, a nie inaczej. Tym powodem - czy zadziałaliśmy świadomie, czy automatycznie - jest intencjonalność.
Intencja to inaczej postanowienie, powstający w nas plan, by coś zrobić. Nie musi być ono podejmowane rozmyślnie ani nawet świadomie. Jak to ujmują naukowcy: "Cechy środowiska mogą aktywować automatyczne [intencje], które wpływają na nakierowane na cel poznanie i zachowanie bez udziału świadomości". Z takich intencji "wynikają podobne rezultaty jak ze świadomych" postanowień2.
Innymi słowy: intencje powstają w naszych głowach, czy jesteśmy tego świadomi, czy nie, a ich źródłem są warunki panujące w naszym otoczeniu oraz w naszym umyśle.
Pewnego dnia, pracując nad tą książką, udałem się na rozmowę do buddyjskiego mnicha*. Byłem wówczas po uszy zanurzony w badaniach dociekających, skąd się biorą intencje. Rzecz jasna, nie oczekiwałem, że mnich ma najświeższe wiadomości na ten temat, i przypuszczalnie ich nie miał. W poszukiwaniu odpowiedzi mnisi na ogół zwracają się do wewnątrz - do ciągów przyczynowo-skutkowych zachodzących w umyśle - a nie do prac naukowych. Ale ponieważ i jedno, i drugie podejście analizuje przyczyny i skutki, nic dziwnego, że nieraz dochodzą do takich samych wniosków. Dlatego pod wpływem impulsu zadałem mu nurtujące mnie pytanie: skąd biorą się w nas intencje?
Z pozoru buddyzm i produktywność nie mają ze sobą nic wspólnego. W gruncie rzeczy jednak i tutaj, i tam chodzi o naszą relację z intencjonalnością - o to, aby naszym działaniom towarzyszyło więcej rozmysłu. Naturalnie nie jest to książka o buddyzmie, choć daje on nam wgląd w to, jak możemy obserwować własne intencje, między innymi poprzez praktyki medytacyjne, z których wiele polega na badaniu wewnętrznego działania umysłu.
Odpowiedź mnicha doskonale zgrała się z tym, co na temat intencjonalności ustaliły badania naukowe. Właściwie w pewien sposób człowiek ten nawet rozwinął wspomniany temat lepiej, niż potrafią to obecnie zrobić ludzie nauki. Według niego - oraz naukowców - intencje biorą się z następujących rzeczy:
naszej biologii (na przykład gdy podczas długiej podróży samochodem poczujemy, że musimy się zatrzymać przy najbliższej toalecie); środowiska społecznego, którego jesteśmy częścią (przykładowo kiedy stwierdzamy, że wraz z kolegami wyskoczymy na drinka w piątkowe popołudnie, zwłaszcza po ciężkim tygodniu); uwarunkowań rodzinnych lub kulturowych (na przykład gdy pałaszujemy posiłki przy rodzinnym stole tak samo szybko jak nasi rodzice, kiedy dorastaliśmy); naszych pragnień w dążeniu do szczęścia i unikaniu bólu (na przykład kiedy czując, że potrzebujemy życiowego towarzysza, postanawiamy zaprosić kogoś na pierwszą randkę); tego, czego nauczyliśmy się w przeszłości (na przykład gdy po zaliczeniu warsztatów doskonalących techniki konwersacyjne postanowimy odbyć z pewną osobą szczerą rozmowę); naszej zdolności do autorefleksji (chodzi o umiejętność zajrzenia w głąb siebie i rozważenia najlepszej drogi postępowania, przykładowo gdy zatrzymamy się, by pomyśleć, co właściwie chcemy osiągnąć w rozpoczynającym się pełnym pracy tygodniu).Jak widać, podejmujemy postanowienia - czy świadomie, czy nie - z najróżniejszych powodów.
Oprócz tego, że nosimy w sobie źródła intencji, możemy też mieć cechy, które wpływają na to, jakiego rodzaju postanowienia robimy i jakie cele sobie stawiamy. Na przykład ludzie o wysokiej samoświadomości na ogół snują ambitne plany. Im wyższe masz mniemanie o sobie, im bardziej jesteś nastawiony na współzawodnictwo i ogólnie w im lepszym jesteś nastroju, tym trudniejsze wyznaczysz sobie cele3.
Wprawdzie kluczem do realizowania postanowień jest bardziej intencjonalne podejście do nich, ale należy zauważyć, jak bardzo nieuchwytne bywają nasze intencje. Nie jest nam łatwo dociec, skąd dokładnie wzięła się która intencja, lecz okazuje się to fascynujące i pouczające. Intencje powstają w naszej głowie bez przerwy - dotyczą dosłownie wszystkiego, od zawiązania sznurówki po rozpoczęcie jakiegoś biznesu. Jednak ogromna ich część umyka naszej uwadze.
Umykające intencje
Oto szybkie wyzwanie dla ciebie. Nie zajmie ci wcale czasu, choć może wymagać nieco uwagi. Kiedy następnym razem w twoim umyśle powstanie intencja, żeby odłożyć tę książkę i zrobić coś innego, postaraj się to zauważyć.
Często nowe intencje przybierają formę palącego pragnienia, które popycha nas do zajęcia się czymś innym. Wyobraź sobie, że rozsiadłeś się w swoim ulubionym fotelu i rozkoszujesz się brzmieniem swojej ulubionej playlisty. Gdybyś ją zastopował w połowie i posiedział przez chwilę w ciszy, w końcu poczułbyś, jak powstaje nowa intencja: by posłuchać kolejnej piosenki. Twój umysł nieustannie tworzy podobne nowe intencje, tylko nie zawsze jesteś świadomy, że to wciąż się dzieje.
Jeśli uda ci się uchwycić moment powstawania kolejnej intencji, zadaj sobie proste pytanie: co sprawia, że ta nowa intencja się formuje? Postaraj się przeanalizować łańcuch wydarzeń, które do niej doprowadziły. Początkowo może się to okazać prawie niemożliwe. Ale spróbuj.
Na przykład:
- Czy jakiś fragment tekstu był tak nudny, że odechciało ci się czytać i zapragnąłeś zająć się czymś innym? (Jeśli tak - przepraszam!)
- Czy w twojej głowie nagle narodziła się pilna ochota na rozproszenie i inną stymulację umysłu albo po prostu na coś odmiennego niż czytanie tej książki?
- Czy podczas lektury pobłądziłeś myślami - mimo początkowego postanowienia, że będziesz czytał - i to doprowadziło cię do chęci zrobienia czegoś innego?
- Czy ktoś wszedł do pokoju i przerwał ci lekturę albo poprosił, żebyś mu w czymś pomógł?
- Czy zadzwonił telemarketer, przez co całkiem zapomniałeś o tej książce i zacząłeś bezmyślnie skrolować aplikacje w telefonie?
Intencje są fascynujące, ale wciąż się nam wymykają. Nasz umysł nieustannie je tworzy, choć często nawet tego nie zauważamy. Za każdym razem, gdy podejmujemy działanie służące jakiemuś celowi, postępujemy zgodnie z intencją, którą sami sobie wyznaczyliśmy. Czasami intencje powstają na skutek uprzednich uwarunkowań. Innym razem konstruujemy je bardziej świadomie, po przemyśleniu sytuacji i wybraniu opcji. Przybierają one najróżniejsze kształty i rozmiary.
Zwróć uwagę na najbliższą twoją intencję - następną, która zakłóci twoją bieżącą intencję związaną z czytaniem tej książki.
Ponieważ tak wiele naszych intencji powstaje automatycznie - poza możliwościami naszej świadomej obserwacji - ćwiczenie to może się okazać znacznie trudniejsze, niż się początkowo wydaje.
Z natury jesteśmy istotami złaknionymi szczęścia, poszukującymi większej przyjemności, a unikającymi niewygód i bólu. W miarę jak z czasem podejmujemy decyzje prowadzące nas do wygody i zadowolenia, nasz umysł podlega warunkowaniu - przez nas samych i innych - tak aby odpowiadał w określony sposób na wydarzenia i okoliczności. Czując się w życiu samotni, zapraszamy na pierwszą randkę swoją przyszłą drugą połówkę. Widząc przed sobą smakowity posiłek, szybko go pałaszujemy. Kiedy podczas podróży samochodowej poczujemy parcie na pęcherz, pilnie wypatrujemy najbliższego przystanku z toaletą.
Naukowcy odkryli, że takie warunkowanie typowo włącza u nas "tryb neuronalnego autopilota" i ten tryb aktywujemy, ilekroć automatycznie reagujemy na bodźce. Autopilot steruje naszym zachowaniem, kiedy aktywnie nie panujemy nad swymi intencjami4. Bez warunków nic w ogóle by się nie zadziało.
Intencje, które w nas powstają pod wpływem tego warunkowania, są intencjami odruchowymi. Zastanów się nad tym. Gdybyś obudził się pewnego ranka i nie robił nic z rozmysłem, i tak okazałoby się, że robisz... coś! Może nie byłoby to nic wielkiego ani znaczącego, nie przyniosłoby ci poczucia spełnienia ani szczęścia. Ale i tak zapełniłbyś sobie czas takimi czy innymi czynnościami. (Nawet gdybyś po prostu przeleżał cały dzień w łóżku! Postanowienie, aby od rana do wieczora nic nie robić, to też intencja, w dodatku wymagająca podtrzymywania przez cały dzień).
Naukowcy opisują interesujący podział między tym, ile czasu zajmują nam zachowania automatyczne, a ile rozmyślne. Odruchowe intencje wypełniają nam sporą część dnia: aż od 40 do 45 procent naszych codziennych czynności jest automatycznych. (Intencjonalne działania, podyktowane świadomymi postanowieniami, dopełniają reszty czasu: od 55 do 60 procent). Odruchowe intencje nie tylko mają wielką moc, lecz także ilustrują miejsce, jakie intencje zajmują w naszej codzienności i w życiu.
Oto jeszcze inny sposób zrozumienia odruchowych intencji: to one kształtują nasze nawyki. Te ostatnie wywodzą się z automatyzacji naszych zachowań, odbywającej się w mózgu bez udziału naszej woli. Oznacza to, że nie musimy myśleć o danej czynności podczas jej wykonywania, ponieważ mózg prowadzi nas przez nią w trybie autopilota. Właśnie to sprawia, że mają tak wielką moc.
Jeśli wyrobiłeś sobie nawyk codziennego picia pysznej, stawiającej na nogi kawy tuż po przebudzeniu, wówczas ilekroć napotkasz znajome warunki, które go wyzwalają (takie jak: właśnie wstałeś z łóżka, masz niski poziom energii, zaczął się nowy dzień), twój mózg sformuje plan zaparzenia kawy - i zrobi to za ciebie! To nie to samo, co mieć w domu na swoje usługi baristę, lecz blisko. Nie musisz się nawet całkowicie obudzić, by funkcjonowało.
Z wystarczającą świadomością (a także z udziałem kawy) możemy nawet zaobserwować, że nasz mózg włącza intencje, byśmy robili rzeczy, którym nie poświęcamy zbyt wiele myślenia. Po dwudziestu minutach leżenia w łóżku i obijania się po aplikacjach zauważamy, że coś pilnie wyciąga nas z pościeli, każe odłożyć telefon i zrobić poranną kawę. (Buddyjscy mnisi często określają ten specyficzny rodzaj motywacji jako "nawykową energię").
Każdy nawyk zostaje wyzwolony przez odruchową intencję, która sformowała się w odpowiedzi na jeden z pięciu "sygnałów nawykowych" zidentyfikowanych przez naukowców, a są to: określony czas, miejsce, wydarzenie poprzedzające, stan emocjonalny oraz obecność konkretnych ludzi5. Sygnały płynące ze środowiska wyciągają z nas odruchowe intencje: tak jak odruchowe intencje prowadzą do funkcjonowania na autopilocie, warunki należące do którejś z tych pięciu kategorii najpierw wyzwalają w nas owe intencje.
W odruchowych intencjach nie ma nic złego - w rzeczywistości poleganie na nich może nam bardzo dobrze służyć. Nawyki mają godną odnotowania moc, jeśli posługujemy się nimi strategicznie, na przykład rutynowo wchodzimy w skupienie, by uważniej pracować w ciągu dnia. Poza tym to miłe, że nie musimy zbytnio myśleć o takich nawykach jak mycie zębów przed snem.
Lecz gdy przychodzi do osiągnięcia większości celów, odruchowe intencje nie wystarczą. Aby wytyczyć sobie drogę w pracy i życiu osobistym, potrzebujemy pewnego poziomu celowości. Im bardziej świadomie podejmujemy postanowienia, tym większą mamy kontrolę nad swymi działaniami - co daje nam miejsce do wykonywania czynności inaczej - a w tym procesie wyrastamy i wyłamujemy się z ram, jakie narzuca nam warunkowanie. Dzięki temu możemy się wyrwać z nawyków, które już nam nie służą, i działać tak, żebyśmy byli bardziej produktywni. Pojawia się możliwość spędzania czasu w sposób, który nada naszej codzienności więcej znaczenia.
Aby dokonać znaczącej zmiany, nie możemy po prostu polegać na tych samych odruchowych intencjach, na których polegaliśmy w przeszłości. Musimy też podejmować świadome postanowienia.
Dalsza część w wersji pełnej
* Nie podam imienia tego człowieka, ponieważ zgodnie z zasadami obowiązującymi w klasztorze, w którym mieszka, nie udziela on wywiadów mediom (i nie zrobi tego również na potrzeby tej książki). Mam nadzieję, że wybaczysz mi tę dość bezosobową formę "mnich", którą go określam. Jeśli cię to interesuje, uwzględniłem go w podziękowaniach.
Niedawno gawędziłem z nowo poznanym sympatycznym człowiekiem i usłyszałem od niego coś, co mnie wprawiło w osłupienie. Powiedział mianowicie, że już nie czyta książek. Kiedyś je uwielbiał, ale obecnie, w dobie sztucznej inteligencji, zupełnie stracił do nich zaufanie. Bądź co bądź jak można być pewnym, że napisała to prawdziwa osoba, a nie jakiś algorytm?
Jako autor trzech książek (a teraz przybywa czwarta - witajcie!) poczułem się mocno zaskoczony. Jednak do pewnego stopnia muszę się zgodzić z moim nowym znajomym. Jako czytelnik chcę wiedzieć, czy autor nie pisał na odczepne i czy w ogóle faktycznie jest autorem. Dlatego zanim przejdziemy do treści poradnika, zamieszczam tu krótkie oświadczenie.
Ta książka opiera się na fundamentalnym założeniu mówiącym, że osiągnięcie wyznaczonego celu w ogromnej mierze zależy od tego, z jakim zaangażowaniem do niego dążymy. W takim ujęciu ludzka intencjonalność nie tylko jest piękna, lecz także ma potężną moc. Zamieniając swoje intencje w czyny, możemy zmierzać własną drogą do zrealizowania tego, co dla nas jest naprawdę najważniejsze. Nie ma nic złego w automatycznym zachowaniu, nawyki też mają wielką moc. Jednak aby osiągnąć swoje cele, musimy działać świadomie, z intencją. I właśnie o tym jest ta książka. Badania wykazują, że prawie połowę czynności w życiu wykonujemy nawykowo (od 40 do 45 procent), a ten poradnik omawia drugą połowę naszych działań - intencjonalną1.
Skoro tak, tworzenie tego rodzaju książki z pomocą AI byłoby z gruntu niewłaściwe. Z determinacją nie przepuściłem nawet maszynopisu przez narzędzie sprawdzające gramatykę, ponieważ uświadomiłem sobie, że jest ono wspierane przez sztuczną inteligencję. Koniec końców chcę z czystym sumieniem powiedzieć, że napisałem tę książkę osobiście, tak samo jak poprzednie.
A więc oto jest moje szybkie oświadczenie w sprawie AI: każdą część tej książki napisałem ja, Chris. (A pracami redakcyjnymi zajął się znakomity zespół z wydawnictwa Penguin Random House!)
Jedyny wyjątek stanowią przypisy końcowe z adresami bibliograficznymi artykułów naukowych, z których korzystałem i które wzmiankowałem w swoim tekście. Uwielbiam je czytać, ale nie cierpię sporządzać bibliografii. Nie sięgnąłem tutaj po AI, ponieważ wsparcia udzieliła mi koleżanka (dzięki, Dano!). Jednak gdyby nie jej pomoc - przyznaję uczciwie - pewnie posłużyłbym się sztuczną inteligencją. W przeszłości tak bardzo nie cierpiałem tej części procesu pisarskiego, że przypuszczalnie z ulgą zatrudniłbym AI, żeby zrobiła to za mnie.
To, moim zdaniem, jest coś, co ze spokojnym sumieniem można powierzyć sztucznej inteligencji. Powinna nas wspierać w żmudnych, półautomatycznych pracach, a nie w twórczych.
Podczas gdy ten poradnik idzie do druku, wciąż nie do końca wiadomo, jak nowe technologie wpłyną na powstawanie książek, a w szerszym ujęciu - w ogóle na branżę wydawniczą. Nie wspominając o innych formach twórczości. Osobiście mam nadzieję, że książka pozostanie czymś, co wychodzi spod ręki (i z umysłu) człowieka i nie jest generowane. Ufam, że wytworzone sztucznie obrazki i inne wytwory, które próbują uchodzić za ludzkie dzieło, ogólnie będą wzbudzały niechęć i spotkają się z odrzuceniem. Czas pokaże, czy rzeczywiście tak się stanie. Przekonania ludzi zapewne nie od razu okrzepną, ale... i tak mam nadzieję.
Tymczasem dokładam starań, by moja twórcza praca okazała się dla Was użyteczna i interesująca. Będę ją wykonywał osobiście, ze wsparciem nie maszyn, lecz badaczy naukowych, naukowców i wszystkich tych, którzy mi pomagają, a których wymieniam na końcu w podziękowaniach.
Ludzi.